Granty i smoki - Łukasz Kucharczyk

Kup ebooka

36.90 zł
27.68 zł (17,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Kla­syczny sche­mat mi­to­lo­gicz­nej wy­prawy bo­ha­tera jest po­więk­sze­niem wzoru spo­ty­ka­nego w ob­rzę­dach przej­ścia: od­dzie­le­nie - ini­cja­cja - po­wrót, który można na­zwać ją­drem mo­no­mitu. Bo­ha­ter ry­zy­kuje wy­prawę ze świata po­wsze­dnio­ści do kra­iny nad­na­tu­ral­nych dzi­wów; spo­tyka tam fan­ta­styczne siły i od­nosi roz­strzy­ga­jące zwy­cię­stwo, po czym po­wraca z tej ta­jem­ni­czej wy­prawy ob­da­rzony mocą czy­nie­nia do­bra ku po­żyt­kowi swych bliź­nich1.

Jo­seph Camp­bell, Bo­ha­ter o ty­siącu twa­rzy

Lecz na mi­łość i na­dzieję moją za­kli­nam cię, bra­cie: nie wy­rzu­caj bo­ha­tera z twej du­szy! Dzier­żyj świę­cie twą naj­wyż­szą na­dzieję2!

Frie­drich Nie­tz­sche, Tako rze­cze Za­ra­tu­stra

Where have all the good men gone

And where are all the gods?

Where's the stre­etwise Her­cu­les

To fi­ght the ri­sing odds?

Isn't there a white kni­ght upon a fiery steed?

Late at ni­ght I toss and I turn and I dream of what I need

I need a hero

I'm hol­ding out for a hero 'til the end of the ni­ght

He's gotta be strong

And he's gotta be fast

And he's gotta be fresh from the fi­ght

I need a hero

I'm hol­ding out for a hero 'til the mor­ning li­ght

He's gotta be sure

And it's gotta be soon

And he's gotta be lar­ger than life, lar­ger than life

Bon­nie Ty­ler, Hol­ding out for a hero

1 - J. Camp­bell, Bo­ha­ter o ty­siącu twa­rzy, tłum. A. Jan­kow­ski, Kra­ków 2013, s. 27.

2 - F. Nie­tz­sche, Tako rze­cze Za­ra­tu­stra, tłum. W. Be­rent, wol­ne­lek­tury.pl, s. 20.

Sty­pen­dia i ol­brzymy

Koło po­łu­dnia Jaś za­czął wspi­nać się po pę­dzie fa­soli w górę. Wspi­nał się, wspi­nał i był już tak wy­soko, że aż do­sta­wał za­wrotu głowy. Wtem, zu­peł­nie nie­ocze­ki­wa­nie, ude­rzył głową o skle­pie­nie nieba3.

Jo­seph Ja­cobs4, Jaś i ma­giczna fa­sola

Dzie­ciaki, chce­cie po­słu­chać ba­jek? No, to zrób­cie dziad­kowi miej­sce!

Lucca z Ku­cha­rii5, Klechdy i ba­ja­nia pió­rem uczniów spi­sane

Póź­niej, gdy wspo­mi­nano całe zaj­ście, miesz­kańcy nie po­tra­fili so­bie przy­po­mnieć, skąd do­kład­nie na­de­szli wę­drowcy. Od­po­wiedź jed­nak nie mo­gła być zbyt trudna - do Wiel­kich Lip pro­wa­dziła tylko jedna wy­słu­żona drew­niana brama.

Ewen­tu­al­nie można było pró­bo­wać prze­do­stać się od strony lasu, gro­ziło to jed­nak bli­skim spo­tka­niem z wil­kami, niedź­wie­dziami, ko­to­ła­kami i Gildą - żoną soł­tysa, prze­szu­ku­jącą krzewy w tro­sce o cnotę wiel­ko­lip­skiej mło­dzieży, rów­nie opie­kuń­czą, co srogą i skorą do uży­wa­nia ró­zgi.

Przyj­mijmy więc roz­wią­za­nie bez­piecz­niej­sze, pierw­sze, we­dle któ­rego opo­wieść roz­po­częła się tuż za wie­ko­wymi, za­wsze otwar­tymi i ni­gdy nie pil­no­wa­nymi wro­tami, wraz ze stu­ko­tem ko­pyt na wiej­skiej dro­dze.

Zdu­mieni miesz­kańcy od­ry­wali się od cięż­kiej pracy przy pługu, od tra­dy­cyj­nego tar­go­wa­nia się nad stra­ga­nami peł­nymi mięsa i wa­rzyw, od po­pi­ja­nia po­krze­pia­ją­cego sa­mo­gonu. Go­ście tra­fiali się w wio­sce rzadko, tym bar­dziej tak oso­bliwi. Dzie­ląca ich róż­nica wzro­stu była chyba tym, co dzi­wiło naj­mniej. Przy­by­sze za­trzy­mali się przy cha­cie z łu­pa­nym gon­tem - ta­kiej, o któ­rej mó­wił list trzy­many przez tego wyż­szego. Jako że wszyst­kie inne po­kryte były sło­mianą strze­chą, o po­myłce nie mo­gło być mowy. Na scho­dach sie­dział czło­wiek wy­glą­da­jący na go­spo­da­rza, wy­raź­nie zmar­twiony.

- Prze­pra­szam, czy mam przy­jem­ność z... Wo­ta­nem, sy­nem... Bol­tana? - za­py­tał przy­bysz, wpa­tru­jąc się w list.

- Tak. A wy, pa­nie, to... - bąk­nął chłop.

- Bo­ha­ter! - od­parł dum­nie za­py­tany, pod­no­sząc głowę znad per­ga­minu.

Nie było to pierw­sze okre­śle­nie, które przy­cho­dziło Wo­ta­nowi na myśl, gdy pa­trzył na mło­dzieńca. Bo roz­mówca był młody - nie ule­gało wąt­pli­wo­ści. Był też nie­sa­mo­wi­cie szczu­pły, wręcz wy­chu­dzony. No­szony przez niego (sta­now­czo za duży) hełm z wiel­kimi ro­gami biesa z pew­no­ścią za­kryłby mu całą twarz, gdyby nie złą­czone dru­tem, po­więk­sza­jące oczy szkła, roz­pacz­li­wie pod­trzy­mu­jące go na po­zio­mie czoła.

Zbyt ob­szerna kol­czuga przy­po­mi­nała bar­dziej prze­ście­ra­dło ze sta­lo­wej ple­cionki, które ktoś zło­śli­wie za­rzu­cił mu na ra­miona. W do­datku chłop za­wsze uwa­żał, że le­gen­darni he­rosi z opo­wie­ści, któ­rych słu­chał z wy­pie­kami na twa­rzy jako dziecko, po­winni mieć bujne brody - przy­naj­mniej tak so­bie ich wy­obra­żał. Twarz chło­paka, a i ow­szem, była buj­nie po­kryta, lecz nie brodą, a licz­nymi kro­stami - ko­lej­nym ob­ja­wem nie­doj­rza­ło­ści.

- Wy­bacz­cie, pa­nie... - pod­jął nie­pew­nie - ale nie bar­dzo ro­zu­miem...

- Przy­by­wam z Uni­wer­sy­tetu Wiel­ko­bo­ha­ter­skiego imie­nia Kelta Nie­zwy­cię­żo­nego, do­kład­nie z Wy­działu Nauk Bar­ba­rzyń­skich, Ka­te­dra Li­te­ra­tury Hy­bryj­skiej - oświad­czył chło­pak i po­ma­chał Wo­ta­nowi przed twa­rzą li­stem. - Wy­sła­li­ście do nas gońca z prośbą o po­moc, prawda? Ma­cie tu ja­kieś pro­blemy, które może roz­wią­zać tylko bo­ha­ter?

- No ta, ta, ale my­śmy my­śleli bar­dziej o...

- Prośba o po­moc była, co prawda, ad­re­so­wana do Ulryka Męż­nego - kon­ty­nu­ował mło­dzie­niec - ale pro­fe­sor pro­wa­dzi obec­nie kwe­rendę ar­chi­wów w Ga­le­onii, od­de­le­go­wał więc swo­jego naj­lep­szego dok­to­ranta. Czyli mnie - do­dał szybko na wy­pa­dek, gdyby chłop miał wąt­pli­wo­ści, o kim mowa.

- Ulryk Mężny? To on na­prawdę ist­nieje?! - wy­krzyk­nął męż­czy­zna, gdy od­żyły w nim dzie­cięce wspo­mnie­nia. - A Foba Bett?! Col­len Ła­sica?! Ge­ra­int z Ma­lory?!

- No... Pro­fe­sor Bett wła­śnie koń­czy swoją mo­no­gra­fię o Dun­sta­nie Ośmio­pal­cym, pro­fe­sor Ła­sica prze­niósł się na inny uni­wer­sy­tet, a pro­fe­sor Ge­ra­int jest za­an­ga­żo­wany w duży grant. Prawdę mó­wiąc, to nie wiem do­kład­nie, o co w nim cho­dzi, ale zdaje się, że dużą rolę od­gry­wają w nim Szczu­ro­łapy z Hu­xle­bury. Poza tym te­raz jest se­zon urlo­powy, na wy­dziale zo­sta­łem tylko ja. - Odro­binę się za­czer­wie­nił, gdy wy­po­wia­dał ostat­nie zda­nie. - Poza stu­diami dok­to­ranc­kimi pra­cuję też w an­ty­kwa­ria­cie na te­re­nie kam­pusu, więc za­wsze je­stem pod ręką.

- Ale po­wiedz­cie, pa­nie, sko­ro­ście uczniem ta­kich sław, to wy też mu­si­cie być po­tęż­nym wo­jem, bo­ha­ty­rem, bar­ba­rzyńcą? Do­brze ga­dam, a?

Ru­mie­niec na twa­rzy chło­paka za­ognił się ni­czym wschód słońca nad da­le­kimi pu­sty­niami Wiecz­nego Księ­stwa.

- W za­sa­dzie nie je­stem jesz­cze ani wo­jow­ni­kiem, ani bar­ba­rzyńcą - za­kło­po­tał się. - Do­piero pra­cuję nad dy­ser­ta­cją dok­tor­ską. Do­kład­niej rzecz uj­mu­jąc, pi­szę pracę z za­kresu teo­rii wo­jo­wa­nia, te­mat brzmi: Od "Ar­ghhh!" do "Po­sma­kuj tego, dra­niu!". Se­man­tyka okrzy­ków bi­tew­nych na przy­kła­dzie współ­cze­snych walk. To ozna­cza, że będę więc nie tyle prak­ty­kiem, co me­to­do­lo­giem. Ale znam całą li­te­ra­turę przed­miotu! - za­koń­czył dziar­sko.

Chłop prze­chy­lił lekko głowę i zmarsz­czył brwi.

- Nie ro­zu­mie, pa­nie. To wy­ście nie uczyli się pa­lić, rą­bać i siec? Ubi­jać smoki, wy­swa­ba­dzać dziewki, skarby dawno za­gi­nione od­naj­dy­wać?

Cil­ge­rana obu­rzyły tego typu sko­ja­rze­nia.

- No tłu­ma­czę prze­cież, że nie! To już czasy słusz­nie mi­nione, mamy wszak trzy­na­sty wiek! Na­uka po­dzie­liła się na wiele dys­cy­plin i sub­dy­scy­plin, ist­nieje wiele róż­no­rod­nych ośrod­ków ba­daw­czych, na­wet pry­watne sek­tory fi­nan­so­wa­nia na­uki, każdy z nich re­pre­zen­tuje od­mienną szkołę wnio­sko­wa­nia, de­fi­nio­wa­nia po­ję­cia prawdy, a do prze­pro­wa­dze­nia lo­gicz­nego wy­wodu, utrzy­ma­nia pro­cesu po­znaw­czego w ry­zach ba­daw­czego obiek­ty­wi­zmu nie­zbędny jest od­po­wiedni apa­rat na­ukowy, stąd ko­niecz­ność po­ja­wie­nia się ba­dań o na­tu­rze me­to­do­lo­gicz­nej. Nie można ot tak so­bie być bar­ba­rzyńcą, je­śli nie po­siada się ku temu od­po­wied­niego warsz­tatu teo­re­tycz­nego. Tym wła­śnie zaj­mu­jemy się w na­szej ka­te­drze - wy­tłu­ma­czył to­nem su­ge­ru­ją­cym, że mówi o rze­czach zu­peł­nie oczy­wi­stych. Osta­tecz­nie jego głos prze­szedł w rzę­że­nie, gdyż męż­czy­zna pra­wie udu­sił się z braku tchu.

Po chwili ci­szy, pod­czas któ­rej, gdzieś da­leko, zdą­żyły po­wstać i upaść cy­wi­li­za­cje, Wo­tan po­sta­no­wił za­re­pli­ko­wać:

- Hę?

- Ech, nie­ważne. Cóż to więc za pro­blem, o któ­rym pi­sze­cie w li­ście?

- Mo­ment... Po­wie­dzie­cie jesz­cze, pa­nie, jak was zwą i czy do­ko­na­li­ście już ja­kichś wiel... ja­kich­kol­wiek zu­chwa­łych czy­nów?

- Mam na imię Cil­ge­ran. Na uni­wer­sy­te­cie ko­le­dzy czę­sto wo­łali na mnie Tyczka, ale po praw­dzie to nie wiem czemu. Czyny... Raz, na dru­gim roku, mu­sia­łem po­pra­wiać ko­lo­kwium z geo­gra­fii Kam­brii, nie chcia­łem czwórki w in­dek­sie, ro­dzice by­liby nie­za­do­wo­leni. Czy to się li­czy? - za­py­tał z na­dzieją, jed­nak osłu­piały chłop mil­czał. - O, jesz­cze ura­to­wa­li­śmy damę w opa­łach, gdy zmie­rza­li­śmy do wio­ski!

- Po­waż­nie wąt­pię, czy rze­czona ko­bieta była damą, na pewno zaś nie była w opa­łach. - Drugi wę­dro­wiec ode­zwał się po raz pierw­szy. Był to ni­zio­łek i speł­niał wszel­kie wy­obra­że­nie o tym, jak ni­zio­łek wy­glą­dać po­wi­nien.

Ni­ski, kor­pu­lentny, odziany w ja­sno­zie­lony sur­dut, żółtą ka­mi­zelkę i brą­zowe spodnie. Obu­wia oczy­wi­ście nie po­sia­dał, a jego duże stopy po­kry­wała bujna szcze­cina. W wy­ra­zie jego twa­rzy było jed­nak coś, co od­róż­niało go od po­bra­tym­ców, wiecz­nie ra­do­snych i sze­roko uśmiech­nię­tych. Oczy tego tu­taj zda­wały się mó­wić, że wi­działy już wszystko, co świat ma do za­ofe­ro­wa­nia, na­to­miast wy­krzy­wione w gry­ma­sie usta świad­czyły o tym, że ich wła­ści­ciel dałby wiele za moż­li­wość by­cia w tym mo­men­cie gdzie­kol­wiek in­dziej.

- Wska­zy­wa­łoby na to - kon­ty­nu­ował - że do­mnie­many na­past­nik oka­zał się jej mę­żem, jej krzyki roz­pa­czy wcale nie były roz­pacz­liwe, w do­datku zgod­nie po­szczuli nas psami, krzy­cząc coś o za­kłó­ca­niu miru do­mo­wego. Więc chyba jed­nak się nie li­czy - skwi­to­wał roz­draż­nio­nym to­nem.

- Ra­cja, ale, jak ma­wia pro­fe­sor Do­ver, bez me­tody prób i błę­dów ni­gdy nie doj­dziemy do fi­nal­nego kształtu rze­czy­wi­sto­ści! - ob­ru­szył się Cil­ge­ran. - To jest pan Rorty Prag­ma­tic­buck - do­dał, za­uwa­żyw­szy py­ta­jące spoj­rze­nie chłopa.

- Czy to, pa­nie, wasz wierny gier­mek, druh na szlaku? A może to wasz ma­giczny cho­wa­niec, przy­wo­łany mocą ja­kie­goś dziwu czar­no­księ­skiego? - za­py­tał Wo­tan, wciąż tląc w so­bie resztkę na­dziei, że zi­ści się choć część dzie­cię­cych wy­obra­żeń o po­staci he­rosa.

- Eee... Nie, pro­wa­dzę jedną grupę na stu­diach za­ocz­nych w ra­mach prak­tyk. Pan Rorty, aby za­li­czyć ćwi­cze­nia, musi od­ro­bić nie­obec­no­ści na dy­żu­rach. Nie­stety z po­wodu mo­jego wy­jazdu to­wa­rzy­sze­nie mi w mi­sji jest je­dyną moż­liwą formą za­li­cze­nia, a za­leży mu na cza­sie, bo we wrze­śniu broni li­cen­cjat.

Chłop zro­zu­miał, że każde ko­lejne py­ta­nie bę­dzie tylko roz­bu­do­wy­wało fun­da­menty pa­łacu ab­surdu, który bły­ska­wicz­nie wzra­stał na jego oczach. O wierz­chowce, na któ­rych przy­byli wę­drowcy, nie mu­siał py­tać. Były to muły, moż­liwe do wy­na­ję­cia w każ­dej stajni na trak­cie.

- To ja już może po­wiem wasz­mo­ściom, o co się roz­cho­dzi. Zresztą naj­le­piej bę­dzie od razu po­ka­zać. Chodź­cie za mną - za­pro­po­no­wał zre­zy­gno­wany.

Za­pro­wa­dził przy­by­szów na śro­dek pola. Było to cał­kiem zwy­czajne pole, na któ­rym rzę­dami zie­le­niły się ka­pu­sta i ogórki, słońce od­bi­jało się od do­rod­nych po­mi­do­rów, równo usy­pane grządki mar­chwi i bu­ra­ków wzbi­jały swe na­cie ku niebu. I tylko je­den ele­ment bu­rzył ten spo­kojny pej­zaż: ogromny, zie­lony pień, rów­nie wielki, co długi, gdyż jego końca nie można było do­strzec - prze­sła­niały go chmury.

Do­piero po dłu­żej chwili młody teo­re­tyk bar­ba­rzyń­stwa stwier­dził, że to nie pień, a ło­dyga ogrom­nej fa­soli, z któ­rej wy­ra­stały po­tężne li­ście i strąki wiel­kie ni­czym głazy. Po­my­ślał, że ni­gdy w ży­ciu nie wi­dział cze­goś ta­kiego, po czym rzekł:

- Ni­gdy w ży­ciu nie wi­dzia­łem cze­goś ta­kiego.

- Ach, pa­nie, daj­cie spo­kój! Wszystko to wina mo­jego Janka. Co ten mój ju­niec so­bie umy­ślił! Przed­staw­cie so­bie, pa­nie, że mu ta­chlo­wać li­stow­nie się za­chciało!

- Co mu się za­chciało? - za­py­tali jed­no­cze­śnie wę­drowcy.

- No, zna­czy się... wy­mie­niać. Zo­ba­czył, nie­cnota jedna, na pło­cie ogło­sze­nie, że ktoś fa­soli tyle sprze­daje, że po­noć jesz­cze dla przy­szłych po­ko­leń star­czy. I sprzeda wszystko, co ma, za jedną krowę tylko, za­strzega jed­nak, że sprze­daż ino za po­śred­nic­twem goń­ców, li­stow­nie. Py­tam się, jakże to tak, bez lit­kup­ni­ków, bez oglę­dzin to­waru? Ale że plony u nas rok temu mało bo­gate były, zima ciężka, ja­dła po­trze­bo­wa­li­śmy, to za­wie­rzy­łem ju­no­chowi nie­po­czci­wemu! Ostat­nią kra­sulę wy­sła­li­śmy! Ła­ciata jej było, pięk­nuchna krowa, niech sko­nam! I co nam w za­mian przy­słali? Ziarnko fa­soli, wy­for­muj­cie so­bie pa­nie! Jakby dia­boł we mnie wstą­pił, puz­derko z fa­solą prze­klętą przez okno wy­rzu­ci­łem, a tego roz­pust­nika Janka na kwa­śne jabłko żem sprał! Bo ani krowy nie było, ani ja­dła. A jak to cho­ler­stwo uro­sło, to już sami pa­nie wi­dzi­cie.

- Uroki sprze­daży wy­sył­ko­wej - stwier­dził smutno Cil­ge­ran. - Też pa­dłem jej ofiarą. Za­mó­wi­łem Ostrze Wiecz­nego Mrozu z ogło­sze­nia. Przy­słali mi zwy­kły MMM.

- A cóż to jest ten MMM, pa­nie?

- Młot Mowy Mo­ty­wa­cyj­nej - wy­ja­śnił, a chłop do­piero te­raz za­uwa­żył, że mło­dzian ma przy­pięty do pasa sta­lowy młot. Tym sa­mym roz­wią­zała się za­gadka jego wieczne drżą­cych ko­lan. Do­tych­czas Wo­tan oskar­żał o to stres. Cil­ge­ran uniósł broń nad głowę i na­gle ze­wsząd roz­legł się sta­lowy, ale też cie­pły i przy­ja­zny głos:

- Pa­mię­taj, by za­wsze ro­bić tro­chę wię­cej, niż je­steś w sta­nie! Tylko od cie­bie za­leży, którą wer­sję sa­mego sie­bie wy­bie­rzesz!

- I to by było na tyle - prych­nął i przy­cze­pił młot z po­wro­tem do pasa. - Ale czego mo­głem się spo­dzie­wać za trzy ta­lary? W su­mie mo­gło być go­rzej, mo­gli przy­słać Ko­zik Czer­stwych Dow­ci­pów. No, ale wra­ca­jąc do wa­szej hi­sto­rii... Fa­sola rze­czy­wi­ście strasz­nie się roz­ro­sła, ale to chyba nie po­wód do hi­ste­rii? Wy­daje mi się, że żad­nych szkód nie robi.

- Ona nie - wark­nął Wo­tan - ale ol­brzym robi, i to ogromne!

- Ol­brzym?! Prze­cież ol­brzymy to bajki, le­gendy, zmy­ślone hi­sto­rie! - żach­nął się Rorty.

- Też tak so­bie my­śli­li­śmy, pa­nie, aż je­den nie zszedł z tej dia­bel­nej ło­dygi, uwa­lił że­la­zny zad na polu i po­szedł w szkodę, że hej! Plony w tym roku są z ko­lei dia­blo do­bre, a ten kurwi syn prze­trze­pał ku­ku­ry­dzę, ze­rwał wszyst­kie po­rzeczki i ma­liny, pie­truszkę już całą wy­zbie­rał, na­wet jed­nego ba­kła­żana nie zo­sta­wił! I żeby to raz! Ale gdzie tam, złazi zło­du­piec co dwa, trzy dni i krad­nie, co tylko się da! A wy­cho­dzi ze swo­jego le­go­wi­ska przez otwór w nie­bie, tak przy­naj­mniej lu­dzie ga­dają.

- A jak... Jak mniej wię­cej wy­gląda ten ol­brzym? - Słowa za­głu­szało gło­śne szczę­ka­nie zę­bów dok­to­ranta.

- Wielki jest, więk­szy niż naj­więk­sza cha­łupa w wio­sce, zę­bi­ska ma ostre jak kaj­man jaki, oczy podłe i czer­wone, z ryja bu­cha mu para, uszami smoła żrąca ciek­nie. Okrutne to by­dlę, oj, okrutne, pa­nie!

- Czy ata­ko­wał też lu­dzi?

- No wła­śnie nie! Wi­dać naj­pierw ja­rzyn chce się na­żreć, a jak te się skoń­czą, do­piero czas na nas, nie­bo­ra­ków, przyj­dzie! Póki co tylko na plony się za­sa­dza. Na­wet się be­styja przed­sta­wiła. Jak­że­śmy ze szwa­grem aku­rat w polu byli, złazł z ku­rew­skiej fa­soli i po­wie­dział, że jemu jest Gog­ma­gog Strasz­liwy, że ino se wa­rzyw na­zbiera i go nie ma. Nie dość, że po­twór ob­le­śny, to jesz­cze bez­czelny, przed­staw­cie so­bie, pa­nie! Nie ma rady: albo on, albo my. Jak tak da­lej pój­dzie, to w zimę co do garnca nie bę­dzie wło­żyć. To jak, po­mo­że­cie? - za­py­tał nie­pew­nie chłop.

Cil­ge­ran sta­rał się prze­nik­nąć wzro­kiem chmury osnu­wa­jące szczyt fa­soli. Nie­stety było to nie­moż­liwe - i to na­wet bez tak du­żej wady wzroku. Po­my­ślał o strasz­nym Gog­ma­gogu, a zimny dreszcz prze­szedł mu po ple­cach. Po­tem jed­nak przy­po­mniał so­bie uczel­nię i pro­fe­sora Ulryka, który ob­da­rzył go za­ufa­niem. Nie było in­nego wyj­ścia niż wspi­naczka aż do kresu nieba. Nie dla niego - dok­to­ranta, który za­wsze wy­wią­zy­wał się ze swych obo­wiąz­ków.

Przed wy­ru­sze­niem w drogę na­leży ze­brać... Nie, wróć, po­sta­no­wił za­py­tać o jesz­cze jedną sprawę, ale taką naj­wyż­szej wagi:

- A co z za­płatą?

- Nie mamy wiele, pa­nie - zmie­szał się Wo­tan - ale co mam, to za­pła­cimy, parę ta­la­rów się znaj­dzie. A i soł­tys pewno coś do­rzuci!

- Ta­la­rów? - zdzi­wił się młody ba­dacz. - Ja nie chcę ta­la­rów.

- Jak to, pa­nie? A co chce­cie? Prze­cie to tra­dy­cja, że bo­ha­tyr za po­ko­na­nie be­styi żąda na­grody - bąk­nął zbity z tropu chłop, pe­łen obaw, czy przy­pad­kiem Cil­ge­ran nie za­żąda, cze­goś, co ten za­sta­nie w domu, a czego się nie spo­dziewa. Lu­dzie po­wia­dali, że ta­kie rosz­cze­nia stały się ostat­nio modne na sku­tek co­raz więk­szej bez­czel­no­ści łow­ców po­two­rów.

- Chcę za­świad­cze­nie do sty­pen­dium.

- Za­świad... co? - zdzi­wił się Wo­tan, pewny, że cho­dzi o ja­kieś czar­no­ma­giczne in­gre­dien­cja.

Cil­ge­ran wes­tchnął. Przy­zwy­czaił się, że ar­kana ży­cia aka­de­mic­kiego dla wielu lu­dzi, na czele z sa­mymi aka­de­mi­kami, są kom­plet­nie nie­zro­zu­miałe i dzi­waczne.

- To do­ku­ment stwier­dza­jący mój udział w za­da­niu. Bo­ha­ter­ska wy­prawa za­li­cza się do puli "dzia­łań or­ga­ni­za­cyj­nych", a w tym roku mia­łem ich tro­chę mało, bar­dziej sku­pi­łem się na pu­bli­ka­cjach na­uko­wych, po­pu­lar­no­nau­ko­wych i pracy w sa­mo­rzą­dzie dok­to­ranc­kim. Nie chciał­bym, aby za­bra­kło mi punk­tów do sty­pen­dium. Do­stają je tylko trzy naj­lep­sze osoby na roku. Naj­le­piej by było, gdyby za­świad­cze­nie pod­pi­sał dy­rek­tor in­sty­tu­cji. A, no i pro­sił­bym o pie­czątkę, pie­czątki są bar­dzo ważne.

Chłop ode­tchnął z ulgą. Jego pie­nią­dze ni­g­dzie się nie wy­bie­rały.

- Soł­tys pió­rem ma­chać umi, on wam pi­sa­nie przy­go­tuje - obie­cał.

- Świet­nie. Aha, ostat­nia rzecz. Mam na­dzieję, że w ra­zie po­wo­dze­nia nie za­mier­za­cie od­dać mi ręki swo­jej córki?

- Ni mom córki, pa­nie...

Młody bo­ha­ter uśmiech­nął się sze­roko.

- Do­sko­nale. Sty­pen­dium dok­to­ranc­kie nie jest zbyt wy­so­kie, a randki po­chła­niają mnó­stwo pie­nię­dzy. Poza tym dziew­czyny od­cią­gają od pracy na­uko­wej, a na to nie mogę so­bie po­zwo­lić. Pa­nie Rorty, wy­ru­szamy!

Wo­tan pa­trzył, jak przy­by­sze wdra­pują się po ol­brzy­miej ło­dy­dze. Ich syl­wetki sta­wały się co­raz mniej­sze i mniej­sze, aż w końcu cał­kiem zni­kły, gdy prze­sło­nił je blask po­łu­dnio­wego słońca. Chłop jed­nak długo jesz­cze stał i wga­piał się w niebo. Wszel­kie wąt­pli­wo­ści go opu­ściły: miał do czy­nie­nia z wa­ria­tami.

Zdjął słom­kowy ka­pe­lusz i po­chy­lił głowę, bę­dąc pew­nym, że wię­cej już nie uj­rzy tej nie­co­dzien­nej pary.

We wspi­naczce wy­dat­nie po­ma­gały im gę­sto ro­snące li­ście i strąki. Sta­no­wiły punkt za­cze­pie­nia dla co­raz bar­dziej zbo­la­łych rąk i nóg. Dawno już prze­stali roz­róż­niać kształty na ziemi, wszystko zlało się w nie­wy­raźną masę. Nie­stety, żad­nego otworu w nie­bie wciąż nie było wi­dać. Od­dy­chało się co­raz cię­żej, po­wie­trze stało się roz­rze­dzone do gra­nic moż­li­wo­ści. Gdy my­śleli, że już wy­żej nie da­dzą rady się wspiąć, ręka Cil­ge­rana na­tra­fiła na ka­mień. Tuż nad ich gło­wami uno­siło się coś w ro­dzaju ka­mien­nej wy­spy. Mło­dzie­niec pod­cią­gnął się, na­stęp­nie po­mógł wejść Prag­ma­tic­buc­kowi.

Ich oczom uka­zał się ogród. Był to cał­kiem zwy­czajny ogród, z tą róż­nicą, że wszystko było o wiele więk­sze niż na ziemi. By roz­po­znać ro­dzaj kwiatu, mu­sieli wy­soko za­dzie­rać głowy. W dali do­strze­gli ule wiel­kie ni­czym chłop­skie chaty, a wo­kół nich la­ta­jące psz­czoły o roz­mia­rach do­rod­nych świń. Ci­le­ge­ran zdjął ple­cak i po­czął cze­goś za­wzię­cie szu­kać. Rorty ode­rwał wzrok od wiel­kich owa­dów i par­sk­nął:

- Dziura w nie­bie! Ech, chłopi i te ich ba­ja­nia, psia­krew... Co pan wła­ści­wie robi?

- Szu­kam no­ta­tek. Mo­jej trzy­let­niej pracy nad róż­nymi ro­dza­jami okrzy­ków bi­tew­nych.

- W jaki spo­sób ma nam to po­móc? - za­py­tał z po­li­to­wa­niem ni­zio­łek.

- Źró­dła hi­sto­ryczne czę­sto mó­wią o wro­gach, któ­rzy wy­co­fali się na sam dźwięk wo­jen­nego za­wo­ła­nia. Niech pan mi za­ufa, je­stem eks­per­tem. O, jest! - krzyk­nął i wy­cią­gnął z ple­caka po­kaźny zbiór per­ga­mi­nów po­wią­zany byle jak sznur­kiem. Prze­glą­dał kartki, w końcu od­chrząk­nął i za­in­to­no­wał: - CZAS OCZY­ŚCIĆ TO SIE­DLISZ­CZE!

Z gar­dła dok­to­ranta, po­mimo szcze­rych chęci, wy­do­był się tylko prze­cią­gły, pi­skliwy jęk. W ni­czym nie przy­po­mi­nał on ni­skich i groź­nych gło­sów le­gen­dar­nych wo­jów. Od­po­wie­działa im głu­cha ci­sza, od czasu do czasu prze­ry­wana brzę­cze­niem psz­czół. Ni­zio­łek ukrył twarz w dło­niach. Jed­nak po chwili ro­zej­rzał się do­okoła i za­wo­łał roz­en­tu­zja­zmo­wany:

- Niech pan pa­trzy! Tam da­lej jest ja­kiś dom!

Rze­czy­wi­ście, za ulami stał dom, ogromny ni­czym kró­lew­ski za­mek. Roz­miar był je­dy­nym, co go wy­róż­niało, w ni­czym in­nym nie od­stę­po­wał normą od ty­po­wych do­mów miesz­kań­ców kan­de­la­bryj­skich miast. Sta­nęli przed grubo cio­sa­nymi drzwiami. Cil­ge­ran po­now­nie za­czął prze­glą­dać per­ga­miny, po czym wrza­snął:

- ZA­GRAM NA TWO­ICH ZA­SA­DACH, BAN­DYTO! NOO, CHODŹ! GO­TUJ SIĘ NA ŚMIERĆ! PRZY­GO­TUJ SIĘ NA SPO­TKA­NIE Z PRZE­ZNA­CZE­NIEM!

- Tu jest coś na­pi­sane, pro­szę pana - prze­rwał mu Rorty, wska­zu­jąc pal­cem na wbitą w zie­mię ta­blicę.

- To pew­nie za­gadka za­pi­sana sta­ro­żyt­nymi ru­nami. By wejść do środka, mu­simy ją roz­wią­zać - stwier­dził Cil­ge­ran, przy­po­mniaw­szy so­bie za­ję­cia z hi­sto­rii gli­fów. - Może za­cznijmy od naj­bar­dziej po­spo­li­tych od­po­wie­dzi, ta­kich jak "przy­ja­ciel" czy "cztery je­dynki"?

- Tu jest na­pi­sane "pro­szę pu­kać" - wy­ja­śnił ni­zio­łek, wy­krzy­wia­jąc usta w drwią­cym uśmie­chu.

I tak też zro­bili. Usły­szeli cięż­kie kroki, drzwi otwo­rzyły się i spoj­rzeli w ob­li­cze Gog­ma­goga Strasz­li­wego. Jed­nak na ta­kiego strasz­li­wego to on znowu nie wy­glą­dał. Rze­czy­wi­ście, wzro­stem do­rów­ny­wał wieży, ale nie do­strze­gli ani czer­wo­nych ślepi, ani ostrych jak brzy­twa kłów. Ol­brzym był dość pu­cu­ło­waty i schlud­nie ubrany. Po­pa­trzył na nich, uśmie­cha­jąc się ser­decz­nie.

- Tak? Mogę w czymś pa­nom po­móc?

Cil­ge­ran kart­ko­wał no­tatki drżą­cymi rę­koma.

- ZA HORDĘ! Nie, to nie to... Za­raz, mo­ment... WIĘ­CEJ MANY! Nie, to też nie, pro­szę chwilkę po­cze­kać... ZA MAŁO MI­NE­RA­ŁÓW... Ojej, to też nie... - wy­du­kał chło­pak. Był bli­ski za­ła­ma­nia ner­wo­wego. Upu­ścił no­tatki, a te roz­pierz­chły się po ca­łym ogro­dzie.

Ol­brzym w zdu­mie­niu ob­ser­wo­wał całe przed­sta­wie­nie, aż w końcu rzekł:

- Prze­pra­szam, ale je­śli są pa­no­wie akwi­zy­to­rami, to z góry mó­wię, że ani ja, ani żona ni­czego nie ku­pimy. To­wary na­by­wamy je­dy­nie u spraw­dzo­nych do­staw­ców.

Cil­ge­ran spoj­rzał na ni­ziołka, lecz ten tylko bez­rad­nie roz­ło­żył ręce. Po­sta­no­wił po­wie­dzieć prawdę.

- Nie zaj­mu­jemy się sprze­dażą. Przy­sy­łają nas tu miesz­kańcy wio­ski. Cho­dzi o wa­rzywa, które pan re­gu­lar­nie pod­biera.

Gog­ma­gog na­gle się zmie­szał.

- No tak... To może wejdź­cie, po­roz­ma­wiamy przy her­ba­cie - bąk­nął i ge­stem za­pro­sił ich do środka.

Chwilę po­tem sie­dzieli na drew­nia­nych krze­słach, na które wejść można było do­piero po so­lid­nej wspi­naczce, i usi­ło­wali na­pić się her­baty z kub­ków wiel­ko­ści ba­lii. Opo­wie­dzieli, kim są, i uświa­do­mili mu skalę pro­blemu, ja­kim dla chło­pów były ubytki w plo­nach. Ol­brzym upił łyk na­poju i za­czął mó­wić, wy­raź­nie za­wsty­dzony, krę­cąc pal­cami młynka:

- Wiem, że to nie­ładne za­cho­wa­nie z mo­jej strony. Jest mi szcze­rze wstyd, chłopcy. Ale nie mam wyj­ścia, tu u nas nie chcą ro­snąć żadne wa­rzywa, ho­du­jemy tylko kwiaty i psz­czoły, a miodu w kółko jeść nie można. Moja żona, Gen­do­lina, cały czas ciosa mi kołki na gło­wie, bym zszedł na dół, zro­bił w wio­sce pie­kło, na­bił kilku wie­śnia­ków na pal i ugo­to­wał. Co dzień sły­szę: "Co z cie­bie za ol­brzym, po­krako?!". Ale pro­blem w tym, że ja je­stem pa­cy­fi­stą, na­wet w szkole ni­gdy się nie bi­łem. I nie lu­bię mięsa, je­stem we­ge­ta­ria­ni­nem. Go­tuję mo­jej Gen­dońce różne po­trawy, żeby ją tro­chę udo­bru­chać, ale śred­nio mi to wy­cho­dzi, cały czas jest nie­za­do­wo­lona. Mówi, że ją mdli od tych mo­ich wy­na­laz­ków - rzekł i spu­ścił ze smut­kiem głowę. - W ca­łej sy­tu­acji nie po­maga jej też ta nie­szczę­sna harfa.

- Harfa? - za­py­tali chó­rem wę­drowcy.

- Ano harfa, taka ze szcze­rego złota, ga­da­jąca. Moja żonka nosi ją za­wsze przy so­bie, a ta tylko ją pod­kręca, że żad­nego po­żytku ze mnie nie ma, że je­stem nie­udacz­nik, że może ja tak na­prawdę nie je­stem ol­brzy­mem, tylko udaję. Ona we wszyst­kim jej słu­cha. Naj­chęt­niej bym to ba­ra­chło przez okno wy­rzu­cił, ale wtedy do­piero by było! - Skwi­to­wał mach­nię­ciem ręki i upił nieco her­baty.

- Czy aby na pewno nic nie da się zro­bić? - za­py­tał prze­jęty Cil­ge­ran, który wciąż szu­kał spo­sobu na pod­nie­sie­nie kubka. - Ci chłopi w zimę ze­mrą z głodu!

Gog­ma­gog mil­czał przez chwilę, wpa­trzony we wła­sne dło­nie.

- Jest je­den spo­sób... Wie­cie, chłopcy, ja od dawna chcia­łem wy­pro­wa­dzić się z tej wy­spy, zejść na zie­mię, zwie­dzić nieco świata. Du­szę się tu, bo co niby ro­bić na tej wy­sepce? Tyle co so­bie na chmurki po­pa­trzę i uli do­glądnę... Wia­domo jed­nak, że sam nie pójdę, Gen­do­lina musi wy­ra­zić zgodę. Tak so­bie my­ślę, że gdy­bym jej przy­go­to­wał da­nie nad da­niami, to ob­ła­ska­wił­bym ją tro­chę i może by mnie wy­słu­chała! Ach, gdy­bym tylko miał Ga­stro­no­mi­con...

Wi­dząc ich nie­ska­żone wie­dzą spoj­rze­nia, ol­brzym za­brał się do wy­ja­śnień:

- Ga­stro­no­mi­con jest sta­ro­żytną księgą ku­li­narną, spi­saną przed wie­kami. Za­wiera prze­pisy to­talne, osta­teczne, do­pro­wa­dza­jące ku­beczki sma­kowe do po­nadna­tu­ral­nej bło­go­ści. Pra­dawni Mę­drcy zgro­ma­dzili w niej prze­pisy dla wszyst­kich ras zna­nego nam świata. Musi być w niej coś, co po­zwo­li­łoby mi udo­bru­chać żo­nuchnę! Wtedy może do­ce­ni­łaby mnie, wy­pro­wa­dzi­li­by­śmy się stąd i wszy­scy by­liby za­do­wo­leni! - za­koń­czył roz­ma­rzony i kla­snął w dło­nie.

- Ale gdzie szu­kać tej księgi? Skoro jest tak pra­dawna, to może wcale nie ist­nieje, a jest tylko le­gendą? - za­uwa­żył trzeźwo Rorty.

- Po­wia­dają, że prze­cho­wuje ją ostatni ży­jący uczeń Pra­daw­nych Mę­dr­ców. Nikt nie wie, jak na­prawdę ma na imię, ale zwą go Wiel­kim Nad­kuchtą. Mieszka po­noć za sied­mioma la­sami, za sied­mioma gó­rami, na szczy­cie Szkla­nej Góry.

Ni­zio­łek pra­wie opluł się her­batą.

- Za­raz, za­raz... Ale ta góra chyba tak na­prawdę nie jest ze szkła?

- Tak mó­wią le­gendy. To co, mamy umowę?

Młody bar­ba­rzyńca miał jesz­cze jedną wąt­pli­wość:

- A co, je­śli w tej księ­dze nie bę­dzie prze­pi­sów we­ge­ta­riań­skich?

- To Ga­stro­no­mi­con, księga nad księ­gami. W niej jest wszystko, je­stem o tym prze­ko­nany. To jak?

Zgod­nie przy­tak­nęli.

- Wła­ści­wie czemu mó­wią na pana strasz­liwy? - za­py­tał Cil­ge­ran. - Bez urazy, ale to ra­czej ostatni epi­tet, ja­kiego bym użył.

- Z na­zwi­skiem jak z ro­dziną, nie wy­bie­rasz. - Ol­brzym wzru­szył ra­mio­nami.

- A dziura w nie­bie? Chłopi mó­wili, że do­stać się tu można tylko przez dziurę w nie­bie! Żad­nej nie było! - wtrą­cił Rorty.

Gog­ma­gog za­śmiał się per­li­ście.

- A to do­bre! Dziura w nie­bie! Czego was tam jesz­cze uczą na dole? Że ma­gia nie ist­nieje? Albo że mie­cze nie mó­wią?

Roz­mowę prze­rwało prze­raź­liwe dud­nie­nie. Uśmiech mo­men­tal­nie spełzł z twa­rzy ol­brzyma, oczy roz­sze­rzyły mu się z prze­ra­że­nia.

- Gen­do­lina wraca! Szybko, ucie­kaj­cie przez okno! - za­wył bła­gal­nie.

W kilku su­sach po­ko­nali od­le­głość dzie­lącą ich od okna. Bę­dąc już na po­dwó­rzu, usły­szeli mro­żące krew w ży­łach wrza­ski:

- CO TO MA BYĆ?! CHWILĘ MNIE NIE MA, A TY SPRA­SZASZ KO­LESI?! TY NIE­RO­BIE, TY WAŁ­KO­NIU!

Nie­sieni na skrzy­dłach strasz­li­wego krzyku, bły­ska­wicz­nie wró­cili na dół, do wio­ski.

Po­krótce zdali Wo­ta­nowi re­la­cję z po­bytu u ol­brzyma. Chłop nie był do końca prze­ko­nany, czy fak­tycz­nie do­tarli na szczyt fa­soli, czy tylko po­sta­no­wili na­prędce wy­my­ślić ta­nią hi­sto­ryjkę i się ulot­nić. Do­wie­dzieli się od niego, że Szklana Góra wcale nie znaj­duje się za sied­mioma gó­rami i sied­mioma la­sami, a jest naj­wyż­szym szczy­tem Gór Szkar­łat­nych, trzy dni drogi od wio­ski.

Wy­ru­szyli czym prę­dzej, ile tylko sił w mu­ło­wych ko­py­tach. Po dro­dze Cil­ge­ran z prze­ję­ciem wer­to­wał ja­kąś księgę.

- Wy­prawa na szczyt góry, pra­dawny mistrz po­sia­da­jący mi­styczny ar­te­fakt! Nie­sa­mo­wite to wszystko, nie­zwy­kłe, zu­peł­nie jak w Mor­fo­lo­gii rze­czy­wi­sto­ści Prop­pe­usza, niech pan tylko po­słu­cha, pa­nie Rorty - po­wie­dział roz­en­tu­zja­zmo­wany i prze­czy­tał na głos: -"Rze­czy­wi­stość wpro­wa­dza nową po­stać. Można ją na­zwać do­na­to­rem lub do­star­czy­cie­lem. Ob­da­rza on bo­ha­tera pew­nym środ­kiem (za­zwy­czaj ma­gicz­nym), który po­zwala na­stęp­nie bo­ha­te­rowi na li­kwi­da­cję nie­szczę­ścia". To o nas! - po­wie­dział ura­do­wany. - Zdo­bę­dziemy księgę i ura­tu­jemy Wiel­kie Lipy! I da­lej też! "Bo­ha­ter jest pod­da­wany pró­bie, w na­stęp­stwie czego zo­staje ob­da­ro­wany ma­gicz­nym środ­kiem lub cu­dow­nym po­moc­ni­kiem - jest to pierw­sza funk­cja do­na­tora" - za­koń­czył i za­mknął książkę. - Cu­dow­nego po­moc­nika już mam - stwier­dził i po­ufale po­kle­pał stu­denta po ra­mie­niu. Ni­zio­łek skrzy­wił się. - Za­tem nie­chyb­nie znaj­dziemy ma­giczny śro­dek, czyli Ga­stro­no­mi­con. Cie­kawi mnie tylko, ja­kiej zo­sta­niemy pod­dani pró­bie.

- I gdzie znaj­dziemy bo­ha­tera? - mruk­nął Rorty.

Młody bar­ba­rzyńca nie usły­szał przy­tyku, wpa­trzony w bo­gato zdo­bioną ob­wo­lutę aka­de­mic­kiego pod­ręcz­nika.

Z od­dali Szkar­łatne Góry zda­wały się ką­pać w bla­skach ja­snego świa­tła. W końcu za­trzy­mali wierz­chowce u stóp naj­wyż­szego szczytu i od­kryli, co jest tego po­wo­dem. Szklana Góra nie skła­dała się z li­tego szkła - wbrew temu, co twier­dził ol­brzym - lecz i tak w pełni za­słu­gi­wała na swoją na­zwę. Wszę­dzie, nie­mal na każ­dym skrawku ścieżki, każ­dym ka­mie­niu, każ­dej kępce trawy, wa­lały się odłamki po­roz­bi­ja­nych bu­te­lek. Nie­mal nie­moż­li­wo­ścią było po­sta­wie­nie stopy bez na­ra­że­nia się na bo­le­sne ukłu­cie.

- Lu­dzie w dzi­siej­szych cza­sach nie mają żad­nego sza­cunku dla przy­rody - stwier­dził kwa­śno Rorty, ob­ra­ca­jąc w pal­cach okruch szkła.

- To prawda, nie­stety. Ale pro­szę pa­mię­tać, że nasz cel to szczyt tego śmiet­ni­ska, nie ma in­nej drogi. Ja za nic­nie­ro­bie­nie nie do­stanę za­świad­cze­nia, a pan nie od­robi nie­obec­no­ści.

Cil­ge­ran za­czął ostroż­nie sta­wiać kroki, la­wi­ro­wał po­mię­dzy ostrymi od­pry­skami. Ni­zio­łek wciąż nie zsiadł z muła.

- Pa­nie Rorty, nad czym się pan za­sta­na­wia?

- Nad wzię­ciem wa­runku - burk­nął.

Po chwili na­my­słu do­łą­czył do wy­kła­dowcy. Wę­drówka trwała długo. Każdy ko­lejny krok wy­ma­gał sku­pie­nia. Wy­glą­dali jak dzieci gra­jące w po­pu­larną grę "pod­łoga to smo­cza lawa". Naj­więk­sze trud­no­ści przy­szły, gdy ścieżka skoń­czyła się i mu­sieli roz­po­cząć wspi­naczkę po ka­mie­niach, na któ­rych szkła było rów­nie wiele, co na ścieżce. Po­ma­gali so­bie liną, którą ni­zio­łek za­brał z ju­ków. Na­gle ich oczom uka­zał się straszny wi­dok: na skale le­żało ludz­kie ciało, nie­mal w ca­ło­ści po­prze­bi­jane ka­wał­kami szkła. Za­schła krew po­kry­wała po­roz­ry­wane odzie­nie. Cil­ge­ran wal­czył ze sobą, aby nie pu­ścić pa­wia.

- Co mu się stało? - za­py­tał ci­cho.

- Za­truty, prze­cież wi­dać - wark­nął ni­zio­łek.

Wtem usły­szeli nad gło­wami ni­skie głosy:

- Ejże, Bert! Chyba coś ci się po­my­liło! Te­raz moja ko­lej, łach­myto! - po­wie­dział pierw­szy głos.

- Jak twoja, jak moja?! Dość już wy­żło­pa­łeś, Wil­liam, ty opoju! - od­po­wie­dział drugi.

- Ueee... - za­uwa­żył trzeci głos.

Unie­śli głowy. Na skal­nej półce, od­da­lo­nej od nich o kilka me­trów, sie­działy na ka­mien­nej ła­weczce trzy gór­skie trolle. Bo, że były to gór­skie trolle, nie ule­gało wąt­pli­wo­ści. Stwory wy­glą­dały, jakby wy­cio­sane były byle jak i na szybko, jak gdyby ich stwórca od­kła­dał pro­jekt na ostat­nią chwilę i w końcu siadł do niego w noc przed sa­mym za­li­cze­niem. Miały małe wredne oczka i ogromne pasz­cze, pełne ka­mien­nych kłów. Za ła­weczką stał cały za­pas peł­nych bu­te­lek i stos pu­stych.

- Coś słaba ta si­wu­cha. Trzeba znowu na­pi­sać do władz re... tego, no... re­zer­watu, zu­peł­nie nie dbają o tu­tej­szą faunę. Ej, za­raz, co to tam ni­żej?! - wy­krzyk­nął troll na­zwany Ber­tem.

- Lu­dziki! No po­pa­trz­cie, pa­no­wie, le­dwo pół wieku mi­nęło i znowu ktoś idzie! Ech, szybko czas leci przy do­brej za­ba­wie! - stwier­dził me­lan­cho­lij­nie drugi, Wil­liam.

- Jy­aju­sh­ne­mo­ge­hyba.... - włą­czył się w roz­mowę trzeci.

- U, pa­trzta, chło­paki, je­den ludź i je­den ni­zioł! - ucie­szył się Bert. - Tego w heł­mie tra­fię za pierw­szym ra­zem, o co się za­kła­damy?

- O go­rzałkę, a niby o co in­nego?! - usły­szał lo­giczną od­po­wiedź.

Le­dwo uchy­lili się przed pierw­szą le­cącą bu­telką. Po chwili pa­dał już na nich cały szklany deszcz. Wy­ko­nu­jąc uniki, wy­glą­dali, jakby po­grą­żeni byli w oso­bli­wym, sza­mań­skim tańcu. W końcu Cil­ge­ra­nowi udało się do­być młota, roz­legł się pro­mienny głos:

- Pa­mię­taj­cie: ten, kto boi się po­rażki, już prze­grał!

Za­cie­ka­wione trolle na mo­ment prze­rwały bom­bar­do­wa­nie. Wi­dząc jed­nak, że broń, poza za­chę­ca­niem do wło­że­nia wię­cej pracy w rzu­ca­nie, nic im nie zrobi, chwy­ciły za ko­lejne bu­telki.

- Pew­nie, pew­nie, za­ga­damy ich na śmierć! Co ty so­bie my­ślisz?! W nogi! - wy­darł się w nie­bo­głosy Prag­ma­tic­buck i po­cią­gnął chło­paka za rę­kaw. Prze­ska­ki­wali na ko­lejne ka­mie­nie, nie zwa­ża­jąc na ry­zyko upadku. Bu­telki wciąż tłu­kły im się tuż za pię­tami.

- Pa­nie Rorty, ro­zu­miem, że sy­tu­acja jest wy­jąt­kowa, ale przy­po­mi­nam o sa­voir vi­vre aka­de­mic­kim, stu­dent i wy­kła­dowca nie mogą do sie­bie mó­wić per "ty"... - wy­dy­szał dok­to­rant.

- Daj mi spo­kój, czło­wieku! Je­stem od cie­bie star­szy, mam żonę i małe dziecko! Po­sze­dłem na te stu­dia, bo mu­szę mieć pa­pier, by da­lej pra­co­wać w szkole! - krzy­czał ni­zio­łek, gdy ko­lejna bu­telka prze­la­ty­wała mu koło ucha.

W końcu bom­bar­do­wa­nie ustało, prze­stali też sły­szeć prze­kleń­stwa trolli. Usie­dli na naj­bliż­szym ka­mie­niu, od­dy­cha­jąc ciężko.

- Chyba nam ta cała afera po­mo­gła, niech pan po­pa­trzy! - Cil­ge­ran wska­zał na ja­ski­nię, któ­rej otwór ział za ich ple­cami. Oczy­wi­ście rów­nie do­brze mo­gła to być ja­ski­nia go­bli­nów lub ko­lej­nych skal­nych trolli. Jed­nak nie z każ­dej ja­skini czuć było miło draż­niący noz­drza za­pach przy­praw i nie z każ­dej do­cho­dziło ra­do­sne skwier­cze­nie sma­żo­nego na pa­telni mięsa. To mu­siała być ja­ski­nia Wiel­kiego Nad­kuchty.

Ko­ry­ta­rze prze­mie­rzali wie­dzeni no­sem, a do­kład­niej za­pa­chem ziem­niacz­ków i ko­tle­tów. Do­tarli do naj­więk­szej pie­czary. Na jej środku stał ka­mienny stół, pe­łen garn­ków, pa­telni i wsze­la­kiego ro­dzaju ja­dła. Mała, ubrana w płaszcz i kap­tur po­stać krzą­tała się przy ron­dlach, sie­ka­jąc wa­rzywa, do­pra­wia­jąc zupę, mie­sza­jąc różne skład­niki. Do­strze­gła ich do­piero, gdy sta­nęli w świe­tle pa­le­ni­ska, ja­kie bu­chało spod naj­więk­szego ko­tła.

- Wi­taj­cie, stru­dzeni wę­drowcy - prze­mó­wiła. - Zwą mnie...

- Do­na­to­rem lub do­star­czy­cie­lem. Pod­dasz nas pró­bie, po któ­rej wej­dziemy w po­sia­da­nie ma­gicz­nego przed­miotu. Wszystko już wiemy! - wtrą­cił Cil­ge­ran, po­kle­pu­jąc dzieło Prop­pe­usza po okładce.

Za­kap­tu­rzona po­stać gło­śno prych­nęła.

- Co za bez­czel­ność! Zwą mnie Wiel­kim Nad­kuchtą! Strzegę prze­pi­sów prze­ka­zy­wa­nych z po­ko­le­nia na po­ko­le­nie. Jak mnie­mam, je­ste­ście tu­ry­stami, któ­rzy ma­rzą o skosz­to­wa­niu spe­cja­łów z epok, dla któ­rych obecny świat był li czymś na kształt bły­sku wnuka w oku dziadka?!

- Nie, tak wła­ści­wie... - za­czął chło­pak, lecz Wielki Nad­kuchta nie dał so­bie prze­rwać.

- Na pewno za­sta­na­wia­li­ście się, skąd po­cho­dzą te spe­cjały. - Wska­zał ręką na naj­więk­szy ta­lerz, na któ­rym pię­trzyła się bli­żej nie­okre­ślona breja. - Otóż są to de­li­cje z po­łu­dnio­wej Me­za­bii, kra­iny, którą Ce­sar­stwo Aga­thu, w cza­sach swej świet­no­ści, na­zy­wało Me­th­ber­giem. Jed­na­ko­woż, pro­szę so­bie wy­obra­zić, aż do dziś w me­za­biń­skiej kuchni za­cho­wała się spe­cy­ficzna nutka aga­thej­skiego po­czu­cia tego, czym jest ostrość smaku. Na ta­le­rzu mamy na pół prze­cię­tego po­mi­dora, dwa sma­żone jaja, pół­krwi­sty stek i... pro­szę zwró­cić uwagę, jak pięk­nie się ru­mieni... króla tego ta­le­rza, czyli ka­la­fior. Te­raz, co na­stę­puje, nie­zwy­kle istotne jest, w ja­kiej ko­lej­no­ści roz­pocz­niemy ucztę. A roz­po­czy­namy ją od lek­kiego na­cię­cia ka­la­fiora, w któ­rego śro­dek wkła­damy po­mi­dor. Za­sta­na­wia­cie się pew­nie, mili pań­stwo, jak wiele ka­lo­rii za­wiera owo da­nie? Śpie­szę z od­po­wie­dzią: całe mnó­stwo! Po ta­kim śnia­da­niu me­za­bij­scy gó­rale mieli siłę, aby cały dzień ha­sać po naj­wyż­szych szczy­tach! Choć, jak ma­wiał książę Heth, ostrze­gam, że pa­no­wie mogą nie wy­trzy­mać ze śmie­chu, nie­ko­niecz­nie mu­siało cho­dzić o góry. Ale wra­ca­jąc, że się tak wy­rażę, na ta­lerz...

Pierw­szy z transu wy­bu­dził się Rorty.

- Przy­kro nam, ale nie upra­wiamy tu­ry­styki ku­li­nar­nej. Przy­by­li­śmy tu po Ga­stro­no­mi­con.

Wielki Nad­kuchta na dźwięk ostat­niego słowa upu­ścił wi­de­lec, na który za­mie­rzał na­bić ka­la­fior. Już ni­gdy nie mieli się do­wie­dzieć, w ja­kim celu me­za­bij­scy gó­rale wkła­dali w niego po­łówkę po­mi­dora. Po­pa­trzył na nich jak na wa­ria­tów, któ­rzy wła­śnie za­ko­mu­ni­ko­wali mu, że ka­ni­bale z Gór Sta­lo­wych to w grun­cie rze­czy sym­pa­tyczni lu­dzie o eks­cen­trycz­nych gu­stach ku­li­nar­nych, i krzyk­nął:

- Ga­stro­no­mi­con?! Ale... to nie­moż­liwe! To Księga Oj­ców Za­ło­ży­cieli Gil­dii Kuch­mi­strzów! Czy wie­cie, na co się pi­sze­cie?! By ją zdo­być, mu­si­cie pod­dać się Pró­bie Mi­strza Kuchni!

- Mó­wi­łem, że bę­dzie próba! - ucie­szył się Cil­ge­ran. - Na czym ona po­lega?

Wielki Nad­kuchta oparł dło­nie na bio­drach, wy­piął dum­nie pierś i groź­nie zmarsz­czył brwi.

- Mu­si­cie przy­rzą­dzić da­nie, które mnie za­chwyci!

Dłuż­szą chwilę mil­czeli, pa­trząc obo­jęt­nie na Mi­strza. Dra­ma­tyczną ci­szę prze­rwał ni­zio­łek, który wzru­szył ra­mio­nami i rzekł:

- Mo­gło być go­rzej.

- Nie­ła­two mnie za­chwy­cić! - od­po­wie­dział pew­nie Wielki Nad­kuchta i skrzy­żo­wał ra­miona. - Mo­że­cie ko­rzy­stać z mo­jej spi­żarni, śmiało!

Stwier­dzili, że pierw­szy spró­buje Prag­ma­tic­buck. Jak każdy ni­zio­łek uwiel­biał do­brze zjeść i miał wro­dzone pre­dys­po­zy­cje do go­to­wa­nia. Cil­ge­ran przy­siadł pod ścianą i pa­trzył, jak jego stu­dent ska­cze od garnka do garnka, mie­sza cho­chlą w ko­tle, za­cie­kle kroi pie­czarki i tłu­cze kur­częcą pierś. Wszystko to ni­zio­łek ro­bił z wiel­kim na­masz­cze­niem. Zgod­nie ze wska­zów­kami Babci Ale­go­rii do­dał nieco sza­franu, pół ły­żeczki wod­ni­ko­wej soli oraz szczyptę ogon­ków to­piel­nych ki­ja­nek.

Trudy po­dróży dały o so­bie znać - młody niby-bar­ba­rzyńca za­snął. Obu­dził go do­piero sma­ko­wity za­pach do­cho­dzący ze stołu. Rorty po­sta­wił przy­go­to­wane da­nie przed Wiel­kim Nad­kuchtą. Usły­szał, jak ten po­ciąga no­sem zza kap­tura.

- Co my tu mamy?

- Po­sta­wi­łem na tra­dy­cję. Oto zupa bu­ra­kowa i pierś kur­czaka sma­żona na pie­czar­kach. I nieco el­fiego chlebka. Tak dla smaku.

Mistrz na­brał nieco zupy na łyżkę i skosz­to­wał, ukroił ka­wa­łek piersi i długo żuł ją w ustach. Pod­czas pró­bo­wa­nia wy­da­wał z sie­bie dziwne chrząk­nię­cia i po­mruki. Krę­cił no­sem, przy­my­kał oczy, roz­drab­niał w pal­cach po­szcze­gólne skład­niki. W końcu orzekł:

- Do zupy do­da­łeś za dużo śmie­tany. Pierś na­to­miast sma­żyła się za krótko o całe pół se­kundy, poza tym do pie­cza­rek bar­dziej niż elfi chle­bek pa­sują kra­sno­ludz­kie su­chary, któ­rych tu aku­rat nie ma, ale każdy młody ku­charz to wie. Nie­stety, ale mu­sisz opu­ścić... To zna­czy... nie do­sta­niesz Ga­stro­no­mi­conu. Czy twój ko­lega chce spró­bo­wać?

Nie mieli in­nego wyj­ścia. Pro­blem po­le­gał na tym, że Cil­ge­ran nie miał po­ję­cia o go­to­wa­niu. Garnki i pa­tel­nie w ni­czym nie przy­po­mi­nały ksią­żek. Po­szpe­rał chwilę w ple­caku i wy­cią­gnął mały wo­re­czek.

- Po­trze­buję tro­chę prze­go­to­wa­nej wody.

- Mam cały gar­niec - rzekł Wielki Nad­kuchta, z za­cie­ka­wie­niem pa­trząc na to, co robi chło­pak.

A ten wy­sy­pał za­war­tość wo­reczka do kubka i cho­chlą na­lał do niego wody. Po­sta­wił na­czy­nie przed Mi­strzem.

- To zupka aka­de­micka. Ży­wi­łem się nią całe stu­dia. Wła­ści­wie na­dal to ro­bię.

- Hmm... Ni­gdy o tym nie sły­sza­łem... - Wielki Nad­kuchta nie­uf­nie wpa­try­wał się w ku­bek. - Z czego to się składa?

- Tego za­pewne nie wie nikt. Zresztą... le­piej zbyt­nio nie wni­kać - wtrą­cił pan Rorty.

Mistrz na­brał nieco zupki na łyżkę i spró­bo­wał, gło­śno sior­biąc. Na­gle całą pie­czarę wy­peł­niło nie­ludz­kie rzę­że­nie. Trzy­ma­jąc się za gar­dło upadł na pod­łogę.

- Skry­to­bójcy, tru­ci­ciele! Mor­dercy! To jest po­tworne! Sma­kuje jak szlam i po­piół jed­no­cze­śnie!- ję­czał.

- Ale to bar­dzo po­wszechna zupa u nas na uni­werku! Nic panu nie bę­dzie, słowo... - uspra­wie­dli­wiał się chło­pak, nie­zwy­kle zmie­szany.

Do Mi­strza nie tra­fiały jed­nak żadne tłu­ma­cze­nia. Wił się na ziemi, krzy­cząc na całe gar­dło:

- Da­ruj­cie mi ży­cie! Och, jak pali, jak strasz­li­wie pali!

- A Ga­stro­no­mi­con? My na­prawdę mu­simy...

- Łeee!!!

- Pro­szę, tu mam coś, co ukróci męki Mi­strza - rzekł Rorty, wy­cią­ga­jąc ku zbo­la­łemu Nad­kuch­cie szklankę z wodą. Gdy ten wy­cią­gnął drżącą dłoń ku na­czy­niu, ni­zio­łek ostrze­gaw­czo po­ma­chał pal­cem.

- O nie, nie, nic z tych rze­czy! Naj­pierw księga, po­tem woda! - rzekł, a twarz Mi­strza wy­krzy­wiła się, tym ra­zem nie z bólu, lecz z wście­kło­ści.

Wy­jął zza pa­zu­chy ob­ło­żoną w czarną skórę ksią­żeczkę i ci­snął nią w Cil­ge­rana. Czym prę­dzej wy­bie­gli z ja­skini.

Fakt, wy­szło nieco nie­zręcz­nie, ale naj­waż­niej­sze są efekty, jak w każ­dym ba­da­niu! - po­cie­szał się w du­chu chło­pak. Roz­po­częli mo­zolną po­dróż w dół, uważ­nie roz­glą­da­jąc się, czy aby gdzieś w po­bliżu nie ma ko­lej­nej ła­weczki trolli.

- My­śli pan, że do­trzyma słowa? - za­py­tał Rorty, gdy sta­nęli przed drzwiami ol­brzyma.

- Wy­glą­dał na uczci­wego - od­parł Cil­ge­ran i za­pu­kał.

Gog­ma­gog nie po­sia­dał się ze zdzi­wie­nia. Był tak pod­eks­cy­to­wany wi­do­kiem książki, że za­po­mniał za­pro­po­no­wać im her­baty. Z na­masz­cze­niem prze­glą­dał ko­lejne stro­nice.

- Nie­sa­mo­wite! Tu na­prawdę jest wszystko! Roz­działy po­dzie­lone po­dług prze­pi­sów dla kon­kret­nej rasy. Zo­ba­czymy... Hmm... Jest! Prze­pis osta­teczny dla ol­brzy­mów. "Nie jest wcale pysz­nym to, w czym prze­sa­dzisz z przy­pra­wami. Na­wet naj­lep­sze da­nie się psuje, gdy po­kpisz sprawę z ter­mi­nami". - Urwał i za­głę­bił się w dal­szą treść prze­pisu. Mru­czał pod no­sem: - Bu­raki mam, dwie ki­ście wi­no­gron też, po­mi­dory... Tro­chę jesz­cze zo­stało, po­winno wy­star­czyć... - Na­gle za­marł i wy­trzesz­czył oczy. - Błę­kitna ce­bula lub dwie głowy el­fów... W tym re­gio­nie nie ro­sną błę­kitne ce­bule! - Z gro­bową miną spoj­rzał na dok­to­ranta i stu­denta, po czym wstał ciężko.

- Nie, po­cze­kaj! Co chcesz zro­bić, Gog­ma­gogu?! - za­wył Cil­ge­ran i wbił się mocno w opar­cie fo­tela.

- Przy­kro mi, chłopcy... Na­prawdę chcę się stąd wy­rwać i udo­bru­chać żonę... Nie ma in­nego wyj­ścia.

- Ale my nie je­ste­śmy el­fami! Ja je­stem czło­wie­kiem! - za­ję­czał dok­to­rant.

- A ja ni­zioł­kiem! - wy­stę­kał Prag­ma­tic­buck.

- Nikt nie jest do­sko­nały - od­parł ci­cho Gog­ma­gog.

Ucie­kli pod ścianę, w naj­dal­szy kąt. Ol­brzym zbli­żał się do nich z wy­cią­gnię­tymi rę­kami. Trząsł się, po twa­rzy spły­wały mu kro­ko­dyle łzy. Cil­ge­ran za­mknął oczy i uniósł nad głowę młot. I w tym mo­men­cie wy­da­rzyło się kilka rze­czy jed­no­cze­śnie.

Ogromne drzwi otwo­rzyły się z hu­kiem i do po­koju wpa­dła ol­brzymka. Po­mi­ja­jąc suk­nie i dłu­gie włosy, wy­glą­dała (za­pewne je­dy­nie dla ludz­kiego oka) zu­peł­nie jak jej mąż. Pod pa­chą trzy­mała złotą harfę.

- CO ZNOWU WY­RA­BIASZ?! ZA­BA­WIASZ SIĘ W JA­KIEŚ GŁU­PIE GRY Z KO­LEŻ­KAMI, A OBIAD TO SIĘ SAM ZROBI, TAK?! KOGO JA SO­BIE WZIĘ­ŁAM ZA MĘŻA?! NIE­UDACZ­NIKA, OT CO!!! WRZODA NA ZDRO­WYM OR­GA­NI­ZMIE MŁO­DEJ, PEŁ­NEJ WI­GORU NIE­WIA­STY!!! PRZY­BŁĘDĘ BEZ PRZY­SZŁO­ŚCI!!! NIE­DO­RAJDĘ O UMY­ŚLE OPÓŹ­NIO­NEJ W ROZ­WOJU AMEBY!!!

- Wła­śnie, wła­śnie! - za­brzę­czała harfa. - Już dawno ci mó­wi­łam, że po­win­naś dać so­bie z nim spo­kój, z tym nie­ro­bem i du­żym dziec­kiem!

Gog­ma­gog pa­trzył na mał­żonkę czer­wo­nymi od łez oczami. Ręce drżały mu co­raz bar­dziej. I wtedy usły­szeli dźwięczny i spo­kojny głos:

- Ty sam kie­ru­jesz swoim lo­sem. Je­steś od­po­wie­dzialny za to, co zro­bisz, ale też za to, czego nie zro­bisz. Mu­sisz wziąć się w garść i de­cy­do­wać o so­bie. Nie po­zwól, aby inni de­cy­do­wali za cie­bie. Pa­mię­taj: je­steś wy­jąt­kowy i nie daj so­bie wmó­wić, że jest ina­czej!

Ol­brzym wpa­try­wał się w młot. Ka­mień z wy­ry­tym sen­sem tych słów długo le­ciał przez stud­nię umy­słu Gog­ma­goga. Gdy w końcu z plu­skiem roz­bił się o ta­flę wody, ol­brzym ob­ró­cił się w stronę żony i rzekł:

- Przy­kro mi, Gen­do­lino, ale od­cho­dzę. Dość już mam tego upo­ka­rza­nia. Chcę się roz­wi­jać, zwie­dzić świat, pójść na kurs go­to­wa­nia - po­wie­dział sta­now­czo i ru­szył w stronę wyj­ścia. - Aha, i jesz­cze jedno. Uwa­żam, że ta harfa ma na cie­bie zły wpływ - rzu­cił przez ra­mię.

- Znamy cał­kiem do­brego ku­cha­rza... - wy­mam­ro­tał Rorty, lecz nikt go nie słu­chał.

Usły­szeli trzask za­my­ka­nych drzwi. Gen­do­lina stała onie­miała.

- On ni­gdy się tak nie za­cho­wy­wał... Go­gu­siu, cze­kaj, opa­nuj się! Nie zo­sta­wię cię sa­mego, idę z tobą! - wy­krzyk­nęła, rzu­ciła harfę na pod­łogę i po­gnała za mę­żem.

Chło­pak i ni­zio­łek jesz­cze długo sie­dzieli w ką­cie, dy­sząc ciężko.

- Jed­nak sprze­daż wy­sył­kowa to nie taka zła rzecz... - szep­nął Cil­ge­ran, wpa­trzony w Młot Mowy Mo­ty­wa­cyj­nej.

Na dole przy­wi­tały ich grom­kie brawa miesz­kań­ców wio­ski. Nikt nie wie­dział, co do­kład­nie się wy­da­rzyło, za to wszy­scy wi­dzieli dwójkę ucie­ka­ją­cych ol­brzy­mów.

Wy­pra­wiono wielką ucztę na cześć he­ro­sów, a dok­to­rant otrzy­mał swoje za­świad­cze­nie, z pięk­nym pod­pi­sem i pie­czątką od sa­mego soł­tysa. Nie mo­gli wie­dzieć, że mgły hi­sto­rii, wiele wie­ków póź­niej, za­trą pa­mięć o Cil­ge­ra­nie Tyczce i jego wier­nym druhu, że głów­nym bo­ha­te­rem opo­wie­ści zo­sta­nie Ja­nek, sprawca ca­łego am­ba­rasu, a ja­kiś ry­mo­pis doda do opo­wie­ści nie­do­rzeczną kurę zno­szącą złote jaja. Póki co cie­szyli się ze wszyst­kimi, ba­wili i wino pili... To zna­czy ni­zio­łek pił, Cil­ge­ran uni­kał al­ko­holu, po­nie­waż ten tę­pił zmy­sły i nie po­zwa­lał od­po­wied­nio sku­pić się na lek­tu­rze.

- To co, pro­szę pana, za­li­czy­łem? - Rorty uśmiech­nął się do wy­kła­dowcy.

Cil­ge­ran po­grze­bał w ple­caku i wy­cią­gnął gruby dzien­nik. Po­pra­wił oku­lary i długo wer­to­wał stro­nice.

- Ćwi­cze­nia jak naj­bar­dziej, ale zo­stał jesz­cze eg­za­min z przy­go­do­znaw­stwa współ­cze­snego - stwier­dził uprzej­mie.

Jęk roz­pa­czy ni­ziołka uto­nął w ra­do­snym gwa­rze tłumu.

3 - Zob. http://na­sze-bajki.pl/pl/Baj­ka­Pod­glad.aspx?baj­kaid=2240 [do­stęp: 21.07.2021]

4 - Jo­seph Ja­cobs - po­wszech­nie znany i sza­nowny pi­sarz oraz ba­dacz, o któ­rym tak na­prawdę nikt o nim nie sły­szał.

5 - Lucca z Ku­cha­rii - po­wszech­nie nie­znany i nie­sza­no­wany ba­jarz oraz dziad pro­szalny.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki