1. Śmiechy w lesie
Czerwiec 1969
Mama zapakowała kanapki do jego ulubionego plecaczka. Dołożyła jabłko, butelkę soku pomarańczowego i kilka cukierków. Dennis uwielbiał podróże, które zawsze odbywał w czerwcu.
W tym roku jednak było jakoś inaczej, mama zwlekła z pozwoleniem na wyjście do lasku za domem, marudziła i złościła się na niego za to, że nie chciał jej posłuchać, a kiedy w końcu się zgodziła, skróciła zabawę.
- Pamiętaj, że masz wrócić do domu za godzinę, dobrze? - napominała go, aż w końcu kiwnął głową. Ach, co to jest godzina? Nic! Chciał się bawić znacznie dłużej, ale skoro mama powiedziała, że nie może, to musiał jej posłuchać. - Jeśli wrócisz wcześniej, to dostaniesz niespodziankę.
- Niespodziankę?! - krzyknął uszczęśliwiony. O rany, uwielbiał niespodzianki!
W obliczu takiej obietnicy nie czuł się tak bardzo pokrzywdzony, więc z radością ruszył do ogrodu, obiecując solennie, że wróci wcześniej, żeby dostać tę wymarzoną niespodziankę.
Radośnie podskakując, przeszedł przez niewielki ogródek za domem, który przytulał się do lasu tuż za płotem. Mały zagajnik stanowił dla niego plac zabaw, bo to właśnie tam odkrywał "tajemnice", które chowały się przed nim.
Miał już jedenaście lat, więc uważał się za dorosłego chłopca i rozumiał, że mama pozwala mu się bawić w tym miejscu tylko w jego urodziny. To był drugi raz, kiedy sam mógł tam iść, z plecakiem wypełnionym kanapkami i smakołykami.
Z tyłu ogrodzenia była mała furtka, przez którą mama wypuszczała codziennie ich psa Dino, żeby ten mógł się wybiegać. On też się tam skierował, radośnie myśląc zarówno o tym, co ma dla niego mama, jak i o samej wyprawie. Kiedy znalazł się tuż za ogrodzeniem, mama krzyknęła do niego, odwrócił się więc do niej i pomachał. Potem usiadł na kamieniu, po czym wyciągnął z plecaczka butelkę soku i wypił kilka łyków.
Przyroda śpiewała radośnie wokół niego, niezrażona nadciągającym upałem. W pobliżu dostrzegł kilka motyli, które trzepotały lekkimi skrzydełkami, a dalej na drzewie jakiś ptaszek radośnie ćwierkał.
- Cześć, malutki - przywitał się Dennis, ale kiedy się odezwał, ptaszek odleciał, spłoszony tubalnym szczekaniem Dino.
Chłopiec odwrócił się w stronę ich owczarka, który stał za ogrodzeniem i wpatrywał się w niego czarnymi oczami, a potem znów zaczął szczekać, jakoś tak groźniej i nieprzyjemnie, jak wtedy, gdy na podwórko przychodzili obcy ludzie. Dennis nie chciał jednak psuć sobie zabawy, więc odszedł w stronę lasu, żeby pies nie płoszył już ptaków i innych zwierzaków, które mogłoby się kryć w wysokiej trawie lub między drzewami. Uwielbiał małe sarenki, które widział dopiero dwie, właśnie w tym miejscu.
Dzieci sarny nazywały się oseskami, tak dowiedział się ostatnio, ale nie lubił tego słowa, więc wolał mówić, że to po prostu małe sarenki. Rozejrzał się wokół, ale niczego nie widział.
Szpaler drzew naprzeciwko niego szumiał lekko, zapraszająco, a poranne słońce muskało skórę jego twarzy i ramion, aż zaczerwieniła się lekko.
Wiedział, że później będzie go piekło, ale nie przejął się tym zbytnio, bo przygoda go wzywała, a w lesie był cień. Poczuł ulgę, kiedy w końcu schował się pod gęstymi konarami.
Na ściółkę leśną padało niewiele światła i wydawało się, że powietrze stało w miejscu. Gdy przekroczył ciemną ścianę lasu, zrozumiał, że coś się zmieniło, ale nie był pewny co takiego, dlatego usiadł na powalonym drzewie, z którego miał doskonały widok na dom i prowadzącą do niego ścieżkę. Ptaki śpiewały, ale nie w lesie, tylko na jego obrzeżach, bo tu w środku było bardzo cicho.
Uniósł głowę i przyjrzał się koronie drzew, która wisiała nieruchomo. Coś trzasnęło niedaleko, ale kiedy przestraszony rozejrzał się wokół, nie dostrzegł niczego niepokojącego. Z plecaczka wyjął więc kanapkę i rozsiadł się wygodnie, obserwując biegające po suchej ściółce leśnej duże mrówki. Mama opowiedziała mu kiedyś, jak one się nazywają, ale już zapomniał. Wielki kopiec opatulił jedną z sosen i sięgał mu prawie do ramienia. Nie lubił tych owadów, bo go przerażały, takie bardzo duże mrówki, ale rodzice powiedzieli mu, że nawet takie małe stworzenia są potrzebne w lesie, dlatego odrzucił myśl o zniszczeniu ich domu.
Niewielki las zapraszał go do zabawy, a z każdego jego miejsca miał widok na dom, który lśnił w słońcu i dawał poczucie bezpieczeństwa, więc czuł się dobrze. Przez chwilę widział nawet matkę, która stała przy ogrodzeniu i machała do niego energicznie; on odpowiedział jej takim samym gestem.
Powietrze jednak wciąż było dość ciężkie i dziwnie się czuł, chociaż nie miał pojęcia, co się stało, że otoczenie wyglądało, jakby zamarło.
Mama zniknęła z pola widzenia, ale słyszał Dina który szczekał głośno i spłoszył już wszystkie ptaszki.
Szkoda, ale pomyślał, że jeśli pójdzie na drugą stronę lasku, znajdzie tam inne ptaszki, a może także i małe sarenki, zacisnął więc dłonie na szelkach plecaka i wkroczył głębiej w las. Z tyłu usłyszał trzask gałęzi, lecz kiedy się odwrócił, ujrzał wiewiórkę, która obracała w swoich małych łapkach wielką szyszkę i patrzyła na niego ciemnymi, paciorkowatymi oczami.
- Cześć, mała przyjaciółko. Co porabiasz? - zapytał, ciekawy, czy ucieknie przed nim, gdy się do niej zbliży. Postąpił dwa kroki, ale wiewiórka nie uciekła.
Pochylił się w jej stronę i wyciągnął dłoń, lecz rude zwierzątko zerwało się i schroniło na drzewie. Rozczarowany chłopiec patrzył na jego niedoszłą przyjaciółkę, która zniknęła w końcu w gęstym listowiu, wysoko nad jego głową.
W oddali znów trzasnęła gałązka, lecz tym razem nie dostrzegł żadnego zwierzątka. Coś zamajaczyło jednak w zaroślach na końcu małego zagajnika, co mocno go zaniepokoiło, ale nie wystraszyło. Przecież widywał tu małe sarenki, a więc może to było one i chowały się przed nim, żeby ich nie odnalazł. Bardzo go to rozbawiło i ze śmiechem pobiegł w tamtą stronę.
W gęstwinie jednak niczego nie było, więc rozczarowany odwrócił się, żeby już wrócić do domu, lecz wtedy za plecami usłyszał śmiech. Śmiech ten był niespodziewany i nie widział osoby, do której należał, ale niewątpliwie był to śmiech dziecka.
Chłopiec rozejrzał się wokół i kątem oka dostrzegł jakichś ruch; ktoś przebiegł niedaleko, ale wydawało mu się, że widział jasne włosy dziewczynki i niebieską sukienkę. Skrzywił się zły, że jakaś obca dziewczyna chciała tu przyjść i zburzyć jego spokój, ruszył więc na jej poszukiwanie, chociaż powinien był już wracać. Musiał jednak znaleźć intruza, który naruszył ten skrawek lasu. Jego skrawek.
Wydawało mu się, że mama go woła, ale nie był pewny, bo dźwięk był niewyraźny, i to mogło być wszystko, nawet szum wiatru albo szczekanie psa sąsiada.
Znów usłyszał śmiech i tym razem dostrzegł dziewczynkę na drugim końcu zagajnika. Jasne włosy falowały jej wokół twarzy, gdy biegła i potrząsała głową, śmiejąc się wesoło. Skrzywił się, ale poczekał, aż do niego podbiegnie. Kiedy stanęła przed nim, zauważył, że była blada, pod oczami miała cienie, a uśmiech jakiś dziwny: trochę krzywy, smutny i sztuczny. Stwierdził, że dziewczynka musi być w jego wieku, ale nie był pewny, bo zawsze trzymał się z chłopakami i trudno było mu ocenić wiek nieproszonego gościa.
- Co tu robisz? - zapytał zły i skrzyżował ramiona. Trzymał się na dystans. Czuł dziwny niepokój, kiedy spojrzał w jej niebieskie oczy. Wyglądały tak, jakby to były oczy lalki, puste i pozbawione życia. Mimo to wydała mu się radosną dziewczynką, śmiała się przecież przed chwilą.
- Bawię się. A ty co tu robisz? - odezwała się miękkim, lekko drżącym głosem, od którego poczuł dreszcze, a włosy zjeżyły mu się na karku, chociaż nie miał pojęcia, dlaczego tak na nią reagował. Była drobna, mniejsza od niego i wyglądała na nieśmiałą.
- Ten lasek należy do moich rodziców, więc nie powinnaś się tu bawić. Zawołam mamę - burknął, zły, że dziewczyna postanowiła naruszyć jego prywatność.
Do tej pory nie sądził, że ktoś mógłby tu przychodzić bez zgody jego rodziców, którzy na pewno nie pozwoliliby się jej bawić w tym miejscu. I gdzie byli jej rodzice?
W zakamarkach pamięci szukał jej twarzy, bo nie pamiętał, by ta dziewczynka mieszkała w najbliższym sąsiedztwie, ale nie mógł sobie jej przypomnieć. Na pewno nie była stąd.
- Pobaw się ze mną - szepnęła dziewczynka proszącym głosem. Zaplotła drobne dłonie przed sobą i zaczęła się lekko kołysać w oczekiwaniu na jego odpowiedź. Nie chciał się z nią bawić, ale było mu żal już odchodzić.
Obejrzał się przez ramię i w jednej chwili podjął decyzję. Między drzewami dostrzegł jasne ściany domu, więc wiedział, że znajdował się blisko i w każdej chwili mógł po prostu od niej uciec. Był jednak zazdrosny o zagajnik, więc chciał poczekać, aż ona sobie pójdzie i zostawi to miejsce w spokoju.
Dzień był cudowny, skryci pod rozłożystymi koronami drzew mogli swobodnie biegać i bawić się w każdą zabawę, jaka przyszła im do głowy.
Od czasu do czasu lekki wiaterek przesiąknięty intensywnym zapachem lasu owiewał ich twarze, gdy biegli w kierunku, który wskazała dziewczynka.
- Jak masz na imię? - zapytał chłopiec, chociaż nie chciał wiedzieć. Zrobił to z grzeczności, bo mama zawsze uczyła go, żeby był miły wobec dziewczynek.
- Charlotta. A ty?
- Dennis - odpowiedział i rozejrzał się, zdumiony miejscem, w którym nagle się znaleźli. To nie był jego las! Okręcił się w miejscu, szukając ścieżki, którą przybiegli, ale znajdowali się w całkowicie obcej części zagajnika.
Drzewa były jakieś dziwne, stare, omszałe i powykręcane, a zarośla ciemne i przerażające. Wszędzie wokół panowała cisza i zrobiło się nawet chłodniej, aż dostał gęsiej skórki. Przygryzł wargę, niepewny tego, co się właściwie stało i jak w ogóle się tutaj znaleźli.
- Gdzie jesteśmy? - zapytał, ale nie był pewny, czy to pytanie było właściwie. Charlotta uśmiechnęła się do niego wesoło i pokiwała głową. Zacisnął dłonie w pięści i doskoczył do niej, żeby ją uderzyć, ale dziewczynka umknęła mu ze śmiechem i zaczęła biec przed siebie. - Zaczekaj! - krzyknął i ruszył za nią, a wściekłość na nią rozsadzała mu żyły.
Pierwszy raz chciał uderzyć dziewczynkę, chociaż mama ciągle powtarzała mu, że nie powinien bić koleżanek. W tej chwili jednak stwierdził, że zasłużyła. Chciał wrócić do domu, ale nie wiedział, jak się wydostać z tego miejsca, więc pobiegł za Charlottą, która śmiała się i potrząsała radośnie głową.
Dennis zdenerwował się, bo była taka beztroska, w ogóle nie zwracała na niego uwagi, a on chciał wracać już do domu. Nie podobało mu się, że dziewczynka zaczęła go ignorować, jakby w ogóle go tu nie było.
- Gdzie idziesz?! - krzyknął, a Charlotta odwróciła się do niego z szeroko otwartymi oczami.
- Nie krzycz! Możemy się bawić, ale musimy być cicho - szepnęła i przyłożyła palec do ust.
- Dlaczego? - Dennis pochylił się w jej stronę, szepcząc. Rozejrzał się nerwowo po dziwnym lesie, ale wokół było cicho, zrobiło się też chłodniej.
- Bo on tu przyjdzie - szepnęła. Patrzyła na niego ze strachem i zbladła, chociaż myślał, że bardziej już nie mogła.
- Kto? - dopytywał. Poczuł, jak włosy zjeżyły mu się na karku, ale powstrzymał się przed chęcią ucieczki, bo nawet nie wiedział, gdzie był i w którą stronę mógłby pobiec.
- On. Wielki włochaty człowiek - mruknęła i szybko się odsunęła.
Włochaty człowiek?
Dennis wyobraził sobie wielkiego człowieka pokrytego paskudnymi włosami na całym ciele, aż skrzywił się brzydko, szybko odsuwając od siebie tę okropną wizję.
Dziewczynka wciąż biegła, a las zdawał się wydłużać, ciemnieć, mech zaczął porastać już nie tylko powalone drzewa, ale również te rosnące, z każdą chwilą było coraz chłodniej i pragnął już uciec z tego miejsca.
Kim był Włochaty człowiek? Dlaczego musieli na niego uważać? Charlotta nie udzieliła mu żadnych odpowiedzi, bo wciąż gdzieś biegła, a on za nią, czego miał już serdecznie dość.