Granica - Zofia Nałkowska

-
Proszę czekać
?

1

Krótka i piękna kariera Zenona Ziembiewicza, zakończona tak groteskowo i tragicznie, dała się teraz od strony tego niedorzecznego finału rozważać całkiem na nowo. Jego powszechnie znana sylwetka, trochę pochylona, przemykająca prawie co dnia długim, odkrytym autem przez ulice miasta, jego twarz o garbatym profilu i ascetycznie wydłużonej dolnej szczęce, dla jednych przyjemna i nawet rasowa, dla innych jezuicka[1] i nienawistna, jego zachowanie się w różnych poszczególnych sytuacjach, jego niektóre zapamiętane słowa - to wszystko otrzymało teraz zupełnie inne kwalifikacje.

Katastrofa, która zwaliła się na dom Ziembiewiczów, wydawała się niczym nieprzygotowana, jak spadająca na głowę z otwartego okna doniczka z pelargonią. Nie wyjaśniała sytuacji, raczej zaciemniała ją do reszty. Istotne przyczyny wypadku nie dały się łatwo wyrozumieć - zwłaszcza jeżeli wziąć pod uwagę, że Ziembiewicz prowadził życie spokojne i dobrze zorganizowane, nie zdawał się poszukiwać żadnych przygód, a w lepszych kołach towarzyskich uchodził nawet za człowieka bardzo pod każdym względem przyzwoitego - mimo poglądów nowoczesnych i przynależności politycznej raczej nieprzyjemnej[2].

Umiera się w byle jakim miejscu życia[3]. I dzieje człowieka zawarte między urodzeniem jego a śmiercią wyglądają niekiedy jak nonsens. Któż bowiem jest w możności o każdej chwili przemijającej pamiętać, by mogła ona być na wszelki wypadek jego gestem ostatnim? Śmierć nieraz chwyta człowieka in flagranti[4], zanim zdążył przedsięwziąć jakiekolwiek środki ostrożności. Najbardziej logiczny plan życia, najściślej wyprowadzona formuła jego wartości rozpada się nagle, gdy ujawniona zostanie ostatnia niewiadoma.

W wypadku Zenona Ziembiewicza było to może tylko zobiektywizowanie. Bo póki żył - od strony siebie, umieszczony pośrodku swego życia, zabezpieczony swą świadomością i nią jakoś usprawiedliwiony - wyglądał na pewno inaczej. Miał swoje zasady, racje i motywy postępowania w taki właśnie sposób, nie inny. Nawet stosunek do może przystojnej, ale ostatecznie całkiem pospolitej dziewczyny musiał mieć jakiś sens w jego rozumieniu. Teraz wszelkie przesłanki subiektywne, motywy, konieczności, wszelkie imponderabilia[5] zapadły się wraz z nim. Był widziany już tylko od zewnątrz, od strony tej ulicy, która go sądziła z jego czynów, z jego publicznych słów, która znała tylko fakty. Nie było już czego temu przeciwstawić. Sprawa była taka, jak wyglądała: pospolity skandal, ujawnienie się romansu z wychowanką czy protegowaną własnej żony, rzecz niesmaczna, której nie umiał przyzwoicie ani dorzecznie, po męsku załatwić.

O przebywającej teraz w więzieniu owej dziewczynie, niejakiej Justynie Bogutównie, mówiono, że podczas swej ostatniej bytności u Ziembiewicza, w jego biurze, zachowywała się jak histeryczka, że jej krzyk słychać było w całym gmachu. Po aresztowaniu uspokoiła się natychmiast i przyznała do winy, nie chciała jednak wyjawić jej motywów. Mówiła tylko, jeszcze widocznie pod działaniem wstrząsu, że jest "przysłana od umarłych", i bez żadnych oznak protestu dała się odwieźć do więzienia.

Z pism miejscowych nie można się było wiele dowiedzieć, prawdopodobnie były inspirowane[6]. W "Niwie" przedstawiono czyn Bogutówny jako niepoczytalny. Jednocześnie gdzie indziej była wiadomość, że Bogutówna obłęd symuluje i ma być przewieziona do szpitala na obserwację. Były nawet próby wykorzystania nieszczęścia dla celów partyjnych. Jedno brukowe pisemko nazwało Bogutównę, nie wiadomo dlaczego, Charlottą Corday d'Armont[7].

Bogutówna była dzieckiem naturalnym[8] pewnej wdowy, która służyła po okolicznych dworach jako kucharka i nikogo z rodziny w tych stronach, jak się zdaje, nie miała. Po śmierci tej kobiety dziewczyna znalazła się w mieście na służbie u pewnej bardzo ciężko chorej osoby. W owym czasie zainteresowała się nią pani Ziembiewiczowa. Dzięki jej protekcji Bogutówna dostała miejsce naprzód ekspedientki, a później kasjerki w sklepie bławatnym[9] Torucińskiego przy ulicy Świętojańskiej, gdzie podobno byli z niej zupełnie zadowoleni. Po upływie paru miesięcy odeszła stamtąd na własne żądanie i przyjęła inne miejsce, w cukierni Chązowicza na rogu placu Narodowego i ulicy Emerytalnej. Ale tu nie podobało jej się od początku i posadę też wkrótce rzuciła.

Pani Tawnicka, długoletnia i siwowłosa kasjerka tej instytucji, pamiętała Bogutównę. Była to według niej dziewczyna inteligentna, grzeczna dla gości, nie kokietka, ale dosyć leniwa. U Torucińskich natomiast zostawiła po sobie opinię pracowitej.

Wracając do Ziembiewicza, to wbrew tendencyjnym zapewnieniom Bogutówny w czasie jej tyle pamiętnej rozmowy z ówczesną panną Biecką, nie był on wcale synem karbowego[10] z Boleborzy, a tym mniej z pochodzenia prostym chłopem. Można powiedzieć, że wręcz przeciwnie. Ojciec jego bowiem, Walerian Ziembiewicz, chlubił się do końca życia swoim klejnotem szlacheckim[11], którego malowany wizerunek - łącznie z wizerunkiem herbu żony, Joanny z Niemierów - stał dziwnie oprawiony na oszklonej szafce w rogu boleborzańskiego salonu. Pan Walerian umiał dokładnie wytłumaczyć zarówno proklamy[12] obu herbów, jak znaczenie gwiazdek, krzyżyków, rąk uciętych, hełmów i półksiężyców, które składały się na te godła. Mistyka rodu zawarta w tych symbolach była jednym z pierwszych doznań metafizycznych małego Zenona.

Boleborza należała do kompleksu majątków tutejszej rodziny obszarniczej Tczewskich. Był to niewielki, zapuszczony folwark, leżący na peryferiach tych włości, o ziemiach lekkich na przemian i bagnistych. Po stracie dwóch z kolei majątków, własnego i żony, Walerian Ziembiewicz dostał w Boleborzy miejsce rządcy na kilka lat przed wojną. Gospodarował tu uczciwie, ale równie nieumiejętnie i źle jak na ziemi własnej. Gospodarki nie lubił. Całymi godzinami, zamknięty w swym gabinecie, który nazywano kancelarią, robił sam naboje do dubeltówki albo na małym warsztacie naprawiał rozmaite przedmioty domowe, sklejał, przykręcał, ześrubowywał, nawet heblował. Był dumny, że nie ma rzeczy, której by nie umiał zreperować - począwszy od żółtego, długiego fortepianu w salonie, w którym raz po raz milkły jakieś klawisze, skończywszy na żoninym zegarku. Ponadto miał bardzo wrażliwe sumienie i z częstych grzechów lubieżności spowiadał się nie tylko znajomemu proboszczowi z Chązebnej, ale własnej wysokiej i chudej żonie, przed którą klękał, błagając ją we łzach o darowanie winy. Jako dowód przebaczenia otrzymywał do naprawy zacinający się zamek przy szufladzie kredensu albo łańcuszek od face a main[13]. Tak pokrzepiony, posyłał zaraz po butelkę starki[14] do piwnicy. Niestety, nawet niewielka ilość alkoholu wprawiała go w stan zaostrzonego erotyzmu - i wszystko zależało od tego, jaki kierunek dana chwila i koniunktura wyznaczyły tej sile elementarnej i życiodajnej. Były to często znowu manowce cudzołóstwa, którego dalsze efekty sprowadzały nowe krótkie spięcia i sceny liryczne, ożywiające niezmiernie monotonną, zatęchłą, jak tamtejszy staw z karpiami, atmosferę Boleborzy.

Tak źle zresztą rzeczy wyglądały tylko z zewnątrz oczywiście. Od wewnątrz, subiektywnie, znajdowały zupełnie inną ocenę. We własnym mniemaniu Walerian Ziembiewicz był człowiekiem przywiązanym do ziemi i na tej ziemi - na swoim czy na cudzym - pracować chciał do ostatniego tchnienia. Towarzyszkę tego swego losu prawdziwie kochał i głęboko szanował, dla swego jedynego dziecka zaś nie poskąpiłby własnej krwi. Póki mieli, było dobrze, dziś nie mają - drugie dobrze. Umieją poprzestać na małym i swoje po cichu robić.

Ziembiewicz nie był do zbijania pieniędzy, to trudno, nie umiał jak inni kręcić się koło swoich interesów. Wspominał też już teraz, w Boleborzy, o "pańskiej klamce", której nie myślał się trzymać, o "progach", których nie myślał wycierać. Pani Żancia ceniła wysoko tę męża niezależność charakteru i znajdowała w niej niewątpliwe oparcie wobec swoich zawodów życiowych. Pustka owych symbolów nie raziła jej wcale - chociaż te klamki i progi w promieniu Boleborzy w ogóle nie istniały, tak były niedostępne. A jedyną osobą, z którą należało się liczyć, był pan plenipotent[15] Czechliński, człowiek, którego nic tu nie obchodziło, obrabiał bowiem przy wojnie i polityce własne sprawy, dalekie nie tylko od losów Boleborzy, ale i całego klucza[16]. Z drugiej zaś strony zobaczenie kogoś z rodziny Tczewskich w kościele w Chązebnej albo rzadki udział w hrabiowskim polowaniu, gdy odbywało się przypadkiem na bagnach boleborzańskich, były dla Ziembiewicza tematem opowiadań i rozważań na całe tygodnie.

Powolne koleje wojny okręciły się wokół dworu w Boleborzy sposobem dekoracyjnym, zaledwie łudząco podobnym do rzeczywistości - jak okropna Racławicka Panorama[17]. Rekwirowane konie i krowy to nie był kłopot Ziembiewicza, wzięta do wojska część służby folwarcznej dała się jeszcze łatwiej zastąpić, chorujący we wsi na czerwonkę chłopi wymierali nieszkodliwie, skoro zaraza nie dotarła do dworu. Parokrotny przemarsz niewielkich wojskowych oddziałów boczną drogą za ogrodem, odgłosy strzałów spoza horyzontu, parę grobów w polu, które pojechało się oglądać do Gwareckiego Folwarku - to było wszystko. Pod wiszącą naftową lampą, w której rezerwuar Ziembiewicz na czas pewien wmontował palnik karbidowy, rozsiewający wysubtelnioną woń czosnku i grożący małymi eksplozjami, zasiadali naokoło białego obrusa naprzód oficerowie rosyjscy, później niemieccy, na końcu polscy. Ale sceneria tych uczt niewiele się zmieniała, nawet mundury były podobne. Szło zawsze o to, by ująć sobie gości sercem szczerym i niewymuszoną prostotą. Więc zarzynało się indyka, a z piwnicy "wytaczało" zacne trunki. Przy gorętszych okazjach, gdy rozwiązały się języki, Ziembiewicz mówił z zachwytem i zarazem ze skromnością:

- A znów ja, o mój miły Boże, na przykład jako tyli chłopczyna wyrzynałem sobie scyzorykiem w drzewie takie rzeczy przeróżne. Na przykład takie tam ramki do fotografii, do obrazków. Albo na przykład takie robiłem serce, a w tym sercu robiłem takiego orła. Albo znów figurkę tyciunią Kościuszki na koniu. Nic tam teraz prawie z tego nie zostało, temu się dało na pamiątkę, tamtemu, przy przenosinach z majątków też niejedna rzecz zginęła. Ale się przecież o tej Polsce tak czy inaczej myślało, coś się tam marzyło, czegoś się pragnęło - po cichu, skrycie...

Jednakże urzeczywistnienie tych cichych marzeń nie dało Walerianowi Ziembiewiczowi oczekiwanego zadowolenia. Przeciwnie. Pewne rzeczy budziły w nim zniechęcenie wyraźne.

- Jak sobie teraz patrzę na to wszystko, widzę to i tamto - to mię to boli. Że sobie człowiek od tylego chłopaka wyobrażał, jak toto będzie - a teraz jedne Żydy coś z tego naprawdę mają. Chciałoby się tak tych ludzi zatrzymać, chciałoby się zawołać: na Boga, opamiętajcie się, stójcie, co robicie! - Ale cóż... Ci, co mogą, to nie chcą albo i nie umieją. A ten, co by umiał... I, co tu mówić...

Cały ten fenomen Boleborzy dał się oglądać jeszcze od innej strony, mianowicie oczami Zenona - jako przedmiot pierwszej poważnej dziecinnej tragedii.

Zenon wracał z miasta do domu na święta, na wakacje, uczeń pilny i wzorowy, wiozący doskonałe stopnie i świadectwa. Wracał za każdym razem inny - coraz bardziej obcy, odjęty tutejszemu życiu, napełniony wagą rzeczy wiedzianych już i doznanych, wstrząśnięty do głębi swym młodym ujrzeniem świata. Być młodym - och, to nie jest rzecz zabawna. Młodość Zenona jest ciężka i gorzka, jest niezgodą na świat i niezgodą na siebie, jest od początku zmaganiem się z czułością i z cierpieniem. Zenon wracał i oczami coraz bardziej dorosłymi patrzył na rodziców. Od tego widzenia stygło mu serce i gorzki wstyd ściskał gardło, jak łzy. Każdy nauczyciel, o którym mówiono tu z lekceważeniem jako o belfrze ("jak to też teraz uczą!") - był mędrcem wobec tych ludzi najbliższych, którzy mu kiedyś imponowali i których przecież jakoś kochał. Francuskie zdania matki, powtarzane od dzieciństwa przed służbą, zasługiwały na dwójkę w trzeciej klasie - a jej muzyka! Jej walce w ciemnym salonie, którym przysłuchiwał się dawniej z takim wzruszeniem, niepewne dźwięki nigdy niestrojonego, długiego, żółtego fortepianu ze złotą firmą "Zakrzewski" - Dolores, Wenecja - jej śpiew: Lorsque tout est fini, quand se meurt vo-o-otre beau r?ve...[18] A to, co ojciec pamiętał z historii, co opowiadał o swoim herbie z XI wieku! Jego jedyna cytata łacińska, o której nie miał pojęcia, że jest z Terencjusza: Homo sum...[19] - zawsze zakończona błędem! Jego stosunek do chłopów! Wiedział o nich tylko to, że kradną, to było jedyne, co mógł o nich powiedzieć. Nie było mu wiadomo nic o historycznych i socjalnych przyczynach chłopskiej ciemnoty. Ale wyśmiewał, że dają im teraz bezpłatne szkoły - bo "jak zaczną się uczyć, to ciekawe, kto wtedy będzie pracował".

Ostatnich wakacji dopiero Zenon zrobił to niesłychane odkrycie - ojciec przecież nic nie robi! Wstaje o świtaniu, chodzi od rana po łąkach, po polu, pilnuje robót - zawsze z dubeltówką, o każdej porze roku strzela, co się zdarzy - choćby wrony, choćby cudze koty i psy. Kopie wyżła, gdy jest zły, krzyczy dzikim, histerycznym głosem na ludzi. Narzeka na nowe czasy i krępuje się już coraz bardziej - ale młode dziewuchy, ale małych chłopaków jednak bije. Gdy trzeba robić rachunki, woła do kancelarii matkę. Sam czyści strzelbę i patrzy pod światło świecy, jak wewnątrz luf przelewa się i wiruje blask, a ona wpisuje do książek pozycje i liczy. On jest tylko do pilnowania ludzi, żeby nie kradli pańskiego, jest tylko do pilnowania majątku tych nieznanych, tajemniczych, dalekich Tczewskich.

Zenon poznał już wtedy w mieście dom pani Kolichowskiej, ciężką, brzydką, trzypiętrową kamienicę z żelaznymi balkonami, przy ulicy Staszica (która dawniej nazywała się Zielona), i ogród za domem, miejsce wiosennej udręki. Drzewa owocowe były tam pomieszane z rabatami irysów, z bzami i jaśminami - nie jak w Boleborzy, gdzie sad był osobno. Kwitnące jabłonie rozgałęziały się tak nisko nad jasną, zębatą zielenią agrestów, że idąc błotnistą uliczką, z biało malowaną ławką na końcu, trzeba było uważać i raz po raz schylać głowę, a jeszcze z potrąconych gałęzi sypały się na włosy i na ubranie białe, trochę różowawe płatki. Obok szła mała, niechętna i zła mieszkanka tego domu i tego ogrodu, Elżbieta Biecka, nazywana przez uczniów szkoły panną Elżbiebiecką. Nie umiała sama zrobić najgłupszego zadania, a zachowywała się tak, jakby była mądrzejsza od niego. Była złośliwa i niegrzeczna. Ale kiedy chciał odejść, mówiła, żeby jeszcze został. A gdy odchodził naprawdę, mówiła, żeby przyszedł jutro. Elżbieta, Elżunia, Ela... Zenon poznał kuszące, niedobre szczęście, które jest w cierpieniu.

?

2

Pani Cecylia Kolichowska, z domu Biecka, wdowa po rejencie Aleksandrze, miała pięćdziesiąt lat i w życiu jej wszystko się już skończyło. Była zamężna dwukrotnie. Jej pierwszy mąż, Wąbrowski Konstanty, z którym przeżyła dziesięć ciężkich lat młodości, był socjalistą[1] i na krótko przed wojną z przyczyn niejasnych popełnił samobójstwo. Pamiętała różne rzeczy z tego czasu, ale do powiedzenia o tym miała niewiele. Natomiast drugie jej małżeństwo, ze starszym o lat piętnaście, bogatym i do wariactwa w niej zakochanym rejentem, dawało dużo tematów do daremnych rozpamiętywań i zgorzkniałych opowieści. W dziedzictwie po nim otrzymała tylko wiadomą kamienicę z ogrodem przy ulicy jeszcze wówczas Zielonej, nic prawie nieprzynoszącą i pożerającą masę podatków, a w kasie ogniotrwałej, ozdabiającej przez całe życie gabinet rejenta, znalazła po jego śmierci zamiast pieniędzy i wartościowych papierów zupełnie co innego.

Za mąż za Konstantego wyszła z prawdziwej miłości, więc można powiedzieć, że była sama sobie winna. Wkrótce po ślubie zapuścił czarną brodę, znikał i zjawiał się w niewłaściwych porach, upewniając ją, że nie ma się czym niepokoić, a rewizje i aresztowania uważał za dowód niewątpliwy, że to wszystko musi prędko się skończyć. Przez całe lata ją męczył, żeby przeczytała przynajmniej Mengera[2], co zrobiła wreszcie, ale przez czyste poświęcenie. Osiągnął także, że czas jakiś pamiętała, jaka jest różnica między Godwinem[3] i Owenem[4]. Zrobił z jej życia nie wiadomo co. Mimo to szanowała jego idee, drżała o jego los i do końca go kochała. Z tej epoki zachowała pani Cecylia sentyment dla melodii, na którą śpiewało się wówczas, że "nasz sztandar płynie ponad tro-o-ny"[5], a także dla głupiej piosenki operetkowej: Lecą świetliki, ach lecą, lecą[6], zapamiętała ją bowiem z rzadkich szczęśliwych wieczorów, gdy mieli trochę pieniędzy i mogli pójść do restauracji z muzyką na kolację. To życie skończyło się nagle, gdy Konstanty Wąbrowski musiał emigrować z kraju, zostawiając żonę z ośmioletnim synem bez środków, a później nawet bez wiadomości. O jego samobójstwie dowiedziała się z gazet.

No tak, ale w tym wszystkim sama zawiniła, sama tak chciała, kierując się uczuciem wbrew rozsądkowi. Tymczasem za drugim razem, gdy postąpiła z namysłem, trafiła jeszcze gorzej. Zakochany lirycznie, wykwintny starszy pan okazał się ponurym erotomanem, więził ją w domu, nie pozwalał bywać między ludźmi, nie pozwalał się ubierać, tańczyć, podróżować. Robił histeryczne sceny zazdrości, jak kobieta, z groźbami samobójstwa, symulowanym połykaniem szkła i spazmami. Wieczorem często wychodził gdzieś na karty, ale wybierał tylko lokale i domy, gdzie był telefon, by stamtąd dzwonić do domu i sprawdzać, czy żona gdzie nie wyszła. Pani Cecylia przeżyła w tym koszmarze szereg lat, znajdując oparcie w dwóch rzeczach, które uważała za aksjomaty[7], że jest kochana wyłącznie i "śmiertelnie" oraz że - na wszelki wypadek - ma zapewnioną spokojną starość. Tajemnicza kasa zgotowała jej w tym względzie rozczarowanie podwójne.

Obaj ci mężowie, Konstanty i Aleksander, urabiali kolejno jej moralną naturę. Toteż teraz każde zjawisko życia było dla niej dwojakie, złe i dobre, ujmowała je bowiem z dwóch jednocześnie stanowisk. Te sprzeczne sądy trwały w niej obok siebie, wspierając się nawzajem i uzupełniając dla stworzenia obrazu świata o podłożu wybitnie relatywistycznym[8].

Pani Cecylia Kolichowska zestarzała się źle. Zmarszczki na jej chudej twarzy powstały z samych min zirytowanych. Nawet fałdy po bokach ust, które się robią od śmiechu, były tak mocno ściągnięte w dół, że wyglądały jak wielkie rozgoryczenie. W istocie pani Cecylia uważała się za sponiewieraną przez życie i dopiero teraz brała sobie odwet. Odkąd nie żył zły i niewierny rejent, ona objęła rządy domem. Prowadziła nadal życie odosobnione, rozpięte między pozycjami komornego i podatków, jak na krzyżu. Tej kamienicy - groźnemu symbolowi klęski i obowiązku - służyła sama ona, dozorca, dozorczyni, ich dzieci, kucharka, młodsza[9] i wreszcie mała Elżbieta.

Jej świat podzielony był na piętra, na front i od podwórza, na strych i sutereny. Pewne nazwiska powtarzały się co dnia: Chąśba, Wylamowie, Gołąbscy, Posztrascy, Gorońscy. Dźwięki tajemnicze, naładowane dynamiką gniewu i zgryzoty. Przyciśnięta koniecznością pani Kolichowska przeprowadziła zwycięską walkę z komisją sanitarną i połowę piwnic zamieniła na mieszkania, kładąc w nich podłogi, instalując żelazne piecyki i bieląc po prostu wapnem ceglane mury. Zamieszkały tam niesforny żywioł miejskiej nędzy stanowił źródło nieustannego udręczenia. Dwa małe lokale, składające się z pokoju i ciemnej kuchni, wbudowane w strych i przylegające z dwu stron domu do ścian szczytowych, też sprawiły pani Kolichowskiej duży zawód. Do jednego sprowadzili się owi niejacy Gołąbscy, podający się za urzędników. Tymczasem ona żadnej w ogóle posady nie miała, zarabiała szyciem do sklepów i, choć wyglądała na dziewczynkę, w miesiąc po wprowadzeniu się urodziła swoje pierwsze dziecko. On zaś był kancelistą w małym prywatnym biurze przewozowym i od początku zaczął zalegać z komornym, płacić ratami i powoływać się na swą sytuację "skomplikowaną i niemożliwą". Niemożliwość sytuacji Gołąbskiego polegała na tym, że nie miał pieniędzy. Komplikacją zaś nazywał swoje przestrzelone pod Radzyminem[10] prawe płuco, gdyż to czyniło go niezdolnym do żadnej przyzwoitej rządowej posady. Drugi lokal szczytowy zajmowali już dawniej państwo Posztrascy i także nie płacili nic - i tu bowiem sytuacja była niemożliwa, a z pewnych względów nawet wyjątkowa. Pani Łucja Posztraska, mianowicie, była z dawnych lat przyjaciółką pani Cecylii, niegdyś bogatą i ładną damą, dziś zrujnowaną zupełnie i obarczoną mężem alkoholikiem. Ta przyjaźń ciążyła pani Kolichowskiej finansowo i towarzysko, ale nic na to nie mogła poradzić i dźwigała ten obowiązek, który pogłębiał tylko jej rozgoryczenie.

Rozległe, chociaż od śmierci męża do połowy zredukowane (tę drugą połowę z dobudowaną kuchnią najmowała rodzina Gierackich), mieszkanie własne pani Kolichowskiej mieściło się na prawo od bramy na niewysokim parterze, lekko od ulicy odsuniętym i ocienionym dwiema akacjami. Było całe dość ciemne od tej zieleni, zawalone ciężkimi, natłoczonymi meblami z dębu i orzecha, pełne pluszu, dywanów, portier, kozetek, otoman[11] i serwet. Szczególnie ciasny był salon, do którego wcielono cały dawny skórzany gabinet[12] rejenta z wielkim biurkiem i futrem niedźwiedzim na dywanie. Lampy ze stolikami i jedwabnymi abażurami, wielkimi jak parasole, z naftowych przerobione na elektryczne, czarne toczone słupy, haftowane i malowane parawany, żardiniery[13] dźwigające olbrzymie filodendrony i fikusy, obrazy w grubych ramach złoconych, pochodzące ze starych losowań Zachęty[14] - to wszystko mnożyło się i zagęszczało, odbite w dwóch sięgających od podłogi do sufitu lustrach. Na fortepianie okrytym jedwabną haftowaną kapą z chwastami[15], na biurku, stołach, stolikach i etażerkach, na dwóch małych orzechowych konsolkach[16] podpierających w dole oba wielkie lustra, między słoniami różnych rozmiarów (od wielkości dobrego kota do średniego chrabąszcza), wśród wazonów, figurek, kandelabrów, pater i bombonierek, obok całej orkiestry grających kotów z terakoty ("kocia muzyka") stały wszędzie nieprzeliczone fotografie w ramkach, wyobrażające członków trzech rodzin: Bieckich, Wąbrowskich i Kolichowskich, oraz osoby z nimi skoligacone lub zaprzyjaźnione. Inne jeszcze fotografie spoczywały w dwóch grubych pluszowych albumach obok albumów miejscowości zwiedzanych w podróży, albumów z kartami pocztowymi[17] i wydawnictw luksusowych z reprodukcjami Andriollego[18] i Siemiradzkiego[19].

Okurzenie, wytrzepanie, utrzymywanie w porządku wzorowym tej rupieciarni, tego świetnie zachowanego fragmentu muzealnego z ostatnich lat XIX stulecia, wymagało dosyć trudu i samo przez się mogło wypełnić egzystencję.

Dla Zenona Ziembiewicza, ucznia ósmej klasy gimnazjum, mieszkającego na stancji u nauczyciela gimnastyki, salon pani Kolichowskiej był najpiękniejszą rzeczą, jaką w tym rodzaju w ogóle oglądał. W zestawieniu z ubogą pustką i nędzą salonu w Boleborzy to wyładowane, wyścielone, wytapetowane, udrapowane tapicerskie wnętrze stanowiło ostatni wyraz przepychu, gustu i kultury. Pierwszy raz widział tu okryte haftem złotym i kolorowym poduszki jedwabne, leżące wprost na ziemi przy kanapkach, poduszki, na których można usiąść i przytulić głowę do kolan kochanej kobiety. Pierwszy raz widział porcelanową sowę ze świecącymi elektrycznymi oczami, a także dużą prawdziwą muszlę różową, w której wnętrzu umieszczoną żarówkę zapalała Elżbieta o wczesnym zmierzchu, zanim zrobiło się naprawdę ciemno. I od tego powietrze w salonie, zgłuszone pluszem portier i serwet, adamaszkiem[20] obić, jedwabistą wełną dywanów, stawało się gęste jak tokaj, ciepłe i powoli falujące. Wszystko tutaj rozmarzało, obudzało dziwne wzruszenie, dawało pewność, że istnieje naprawdę jakiś inny, wrogi, nieznośnie upragniony świat, a młodość jest prowadzącą do niego drogą, pełną nienawiści i udręczenia.

Na dwie drzemiące w złotych ramach kobiety Żmurki[21] o nozdrzach otwartych, ciężkich do udźwignięcia powiekach i piersiach obnażonych Zenon nie był w stanie patrzyć przy Elżbiecie. Niedaleko na tej samej ścianie wisiał portret rejenta robiony przez Lenca[22] - żółto-czarny i jeszcze przez te niespełna trzydzieści lat poczerniały niby cenny zabytek szkoły holenderskiej[23]. Wyobrażony na nim Aleksander Kolichowski w todze i birecie, z twarzą wygoloną i tak szlachetną, jakby w jego kasie ogniotrwałej leżały tylko pieniądze i najpewniejsze papiery[24], też reprezentował ów nienawistny świat wyższego rzędu, przeznaczony na zniszczenie i zgubę, wrogi i zarazem kuszący.

Przecież zawieszony obok i uszanowany przez panią Cecylię portret pierwszej żony rejenta przyciągał najbardziej uwagę Zenona. Była to pani z włosami blond, w sukni balowej bardzo wydekoltowanej i w dużym czarnym kapeluszu z czarnym piórem. Jakże była dziwna, taka cieniutka w pasie - i czyżby wtedy na bale chodziło się w kapeluszu? Elżbieta przypuszczała, że to musiało być w loży, na jakimś przedstawieniu w teatrze. I powiedziała, że ta pierwsza pani Kolichowska umarła młodo dlatego, że nie mogła mieć dzieci. Przedtem jeszcze zwariowała, a później umarła. "Czy można z tego zwariować?" - przeraził się Zenon. "Widocznie, że tak" - odpowiedziała Elżbieta z urazą, że mógł o tym wątpić.

Zenon nie śmiał usiąść na żadnej z haftowanych jedwabnych poduszek leżących na dywanie, a tym mniej przytulić głowy do kolan Elżbiety. Mimo to Elżbieta domyślała się z różnych jego min ponurych i tragicznych, że jest w niej zakochany. Przychodził, pomimo że powinien był siedzieć w domu i przygotowywać się do swych egzaminów piśmiennych. Przychodził prawie codziennie - nie zawsze po to, by pomagać jej w algebrze.

Dla człowieka w spodniach o tyle za wąskich i za krótkich trudno było mieć istotny szacunek - choćby był pierwszym uczniem w klasie. Elżbieta musiała mu dokuczać. Lubiła go tylko wtedy, gdy milkł obrażony, gdy chciał odejść i nie odchodził, jakby wcale nie miał ambicji. Za to jego dobry humor, jakieś chwile głupiego zadowolenia z siebie budziły w niej najgorsze uczucia. Tak samo, gdy w niedzielę przychodził w innym ubraniu, wyczyszczony, wyświeżony, z dopiero co wygoloną długą, kościstą twarzą, z lepiej niż co dzień przylizanymi włosami - uczuwała do niego wstręt. Bo wtedy musiała uznać, że pewne rzeczy w nim są ładne. Te przylizane włosy, bardzo gęste i równe, miały dziwny kolor - niby ciemny, ale złotawy - i kiedy były tak gładko z czoła do karku sczesane, wyglądały jak czapeczka. Ale Elżbieta nie była w stanie pomyśleć o nim żadnej dobrej rzeczy bez wstrętu. To zapewne były zmysły, tak to sobie tłumaczyła.

Elżbieta była wtedy zakochana w kim innym miłością prawdziwą, poważną, niewzajemną i tragiczną. Ten człowiek był rotmistrzem i nazywał się Awaczewicz. Miał takie dziwne, jakby niepolskie nazwisko i sam był dziwny, inny od wszystkich ludzi. Elżbieta widywała go rzadko i tylko u panny Julii Wagner, nauczycielki francuskiego. Zdarzało się, że panna Julia zamiast przyjść na lekcję przysyłała mały kratkowany sekretnik[25], że się źle czuje i żeby Elżbieta przyszła do niej. Elżbieta miała pewność, że go tam zastanie. Był w mieście tylko wtedy, gdy przyjeżdżał z frontu[26]. Jeżeli zaś go nie było, to znaczyło, że o każdej chwili mógł zginąć. Dlatego właśnie ta miłość była tragiczna.

Rotmistrz Awaczewicz miał siwiejące włosy, chociaż nie był stary, i oczy tak niezwykłe, że samo to już wystarczało do miłości. Oczy zupełnie popielatego koloru, zimne, przymrużające się uważnie i lekceważąco. Panna Julia mówiła do niego: kuzynie - i nic w tym nie było dziwnego, gdyż sama była Polką z pochodzenia, tylko wychowaną we Francji. Przyznawała zresztą, że pokrewieństwo jest dość dalekie. Rotmistrz uśmiechał się, przymrużał oczy i mówił, że, jego zdaniem, jest bardzo bliskie.

Był nie tylko oficerem, ale i artystą. Jedyne dwa obrazki, jakie wisiały w mieszkaniu panny Julii, on właśnie malował. Pokazywał rozmaite szkice ołówkiem z wojny, konie, trupy, typy jeńców bolszewickich[27] albo żołnierzy. Były tam też rysunki wyobrażające ludzi powieszonych. Na Elżbiecie zrobiło to straszne wrażenie. Rotmistrz objaśnił, że ich nie można żałować, bo to są zdrajcy.

Elżbieta myślała o nim z zachwytem, w którym był smutek niemający jakby żadnej przyczyny. Bo nie marzyła, kochając, o wzajemności, wcale jej nie pragnęła. Właśnie jedyny ratunek był w tym, że on jej nie kochał. Mimo to czasami wyobrażała sobie, jaka szczęśliwa musi być jego żona. Nigdy nie widziała tej kobiety, wiedziała jednak, że jest i że ma dwie córeczki. W tym miejscu zaczynały się rzeczy, o których niemożliwością było myśleć.

Jej miłość piętnastoletnia była sprawą ogromną i w życiu jedynie realną. Wszystko poza tym - szkoła, rówieśnice, dom, ciotka, Zenon, wojna trwająca nieustannie od samego dzieciństwa, rodzice mieszkający gdzieś daleko na świecie - i osobno - to wszystko stanowiło płaską, mglistą, daleką dekorację dla jej samotnego dramatu.

Niestety, ta sprawa ogromna i jedynie realna skończyła się dość prędko wielkim rozczarowaniem.

?

3

Dom był stary i wszystko w nim było stare, obrócone sobą na ten zawsze dla wszystkich już przeminiony czas, gdy to "lepiej się działo". Może to być pięćdziesiąt lat temu albo piętnaście, może to być po prostu przed wojną albo tylko dawniej. Kiedykolwiek - byle nie dziś, nie dziś. Jak gdyby jedynym właściwym czasem życia była przeszłość.

Dom był stary i prawie zawsze pusty. Pani Cecylia prowadziła życie samotne, gości nie zapraszało się nigdy. Różne starsze damy, które zjawiały się nieproszone - rzadko i nieśmiało - nie były witane chętnie. Gość najczęstszy, pani Posztraska, przyjaciółka, zakradała się do domu od kuchni, prawie podstępnie - i zawsze sprowadzona jakąś doraźną potrzebą. Zabiegająca, wesoła i rozmowna, usiłująca nie dostrzegać niechętnej miny i roztargnionych oczu gospodyni, wkupywała się jakąś specjalnie na ten cel przygotowaną nowiną, wiadomością o kimś z lokatorów, cennym doniesieniem czy ostrzeżeniem. Pani Cecylia nie była łatwa. Znała już te sposoby, niewiele było rzeczy, które mogłyby ją naprawdę zainteresować. Przecież ulegała pokusie i nie od razu siadając, pytała: "No cóż takiego, Łucjo, opowiadaj". A pani Posztraska czepiała się tego skrawka terenu, by się na nim rozeprzeć i niejako rozgospodarować, by zasiąść, pogadać i na końcu załatwić swoją sprawę. Zaczynało się od tego, że sąsiad spod dachu, Gołąbski, po chorobie stracił miejsce w tym zakładzie przewozowym, że teraz stara się o coś w banku, ale na próżno, że nie będzie płacił, bo skąd. Później zaś sposobem jakoś logicznym i naturalnym wynikała z tego rura od piecyka, która jest zupełnie przepalona i zwaliła się już drugi raz. Cały pokój był czarny od sadzy i ona i mąż wyglądali jak Murzyni. Pani Posztraska zrobiła wszystko, by rozśmieszyć swą przyjaciółkę tą opowieścią, a następnie uzyskać zakupienie nowej rury. Tak samo przychodziła czasami chyłkiem pani Tawnicka, która, zanim została kasjerką u Chązowicza, miała już za sobą jakąś lepszą przeszłość i opowiadanie o tych przemianach losu stanowiło moralną potrzebę jej natury. A także starsza pani Gieracka, sąsiadka najbliższa, chorowita i żałosna, krzywdzona przez syna, synową, wnuki i cały boży świat, a przez panią Cecylię trzymana z daleka i przyjmowana z oficjalnym chłodem.

Przecież parę razy do roku zdarzały się okazje, że paniusie nabierały śmiałości i zjawiały się liczniej. To było jakieś pogorszenie w stanie zdrowia pani Cecylii, o czym dowiadywały się zaraz niepojętym sposobem, lub jakaś nagle łącząca wszystkich sprawa publiczna, obchód czy święto, poruszające stare, wątłe niteczki przyjaźni i zaufania. A zwłaszcza stwarzała tę możliwość data, znana powszechnie i pamiętana, imienin pani Cecylii, przypadająca na dzień 22 listopada. Wtedy też trzeba było upiec zawsze jednakowy tort orzechowy, przyrządzić białą kawę z różnymi ciastami i wyjąć ze spiżarni dwie butelki porzeczkowego wina.

Hasło do tego zlotu widm dawała pani Łucja Posztraska, która przybiegała kuchnią najpierwsza, żeby, jak mówiła, trochę dopomóc. Zaraz później schodziły się gromadnie stare przyjaciółki, zapomniane krewne lub tylko rówieśnice. Wypełniały sobą siedzenia kanap i foteli w tym zawsze pustym, rozległym salonie. Zdejmowały niciane czarne rękawiczki i mieszając kawę, łyżeczki zostawiały w filiżankach. Elżbieta roznosiła talerzyki z tortem, a każda z pań mówiła przerażona: "Och, taki duży kawałek!". Za oknami dudnił uparty deszcz listopadowy, ale tutaj w salonie było ciepło i jasno. Zaciągnięte portiery z czerwonego pluszu osłaniały szyby i wszystkie lampy płonęły pod swymi jedwabnymi parasolami. W wazonach tkwiły wątłe miotełki przyniesionych kwiatów, białe chryzantemy podobne do astrów i amarantowe cyklameny. Pani Cecylia pilnowała surowo, czy wszystko jest w porządku, i pochmurnie patrzyła na zebrane panie.

Były nadmiernie grube lub przesadnie chude, pomarszczone i nabrzękłe, siwe lub wyłysiałe, poubierane w dystyngowane czarne suknie z różnych epok, z koronkami albo dżetami[1], spłowiałe i dziwnie pachnące. Były przeważnie ubogie, jednak nie wszystkie. Niektóre miały na barkach wyleniałe skunksy albo zżółkłe gronostaje[2], a w białych, naciągniętych uszach staromodne butony[3]. Ale wszystkie były stare.

Ich wielkie brzuchy wspierały się na cienkich nóżkach, jak beczki na zapałkach, podczas gdy inne znów nogi były grube i równe, pod wałkami czarnych pończoch wełnianych uchodzące do ciasno zesznurowanych trzewików. Twarze siedziały ciężko na tłustych podgardlach, podpiętych w dole broszkami z granatów, lub chwiały się na szyjach wydłużonych, przewiązanych pośrodku aksamitką, a widoczna gra mięśni, żył i ścięgien, które "chodziły" pod skórą żółtą i cienką, dodawała grymasom tych twarzy i słowom mówionym jakiejś patetycznej, sabatowej[4] ekspresji.

Pani Cecylia sama nosiła już na szyi aksamitkę, przez którą przewieszały się z przodu dwa woreczki niepotrzebnej skóry, i nie miała co do siebie żadnych złudzeń. Ale myśl, że i ona należy do tego "kongresu czarownic", do tej "parady wiedźm", że i ona jest z nich, była dla niej bardzo nieprzyjemna. Gorycz tej prawdy rozrastała się do niecierpliwego strachu, do jakiegoś panicznego popłochu.

Pamiętać dokładnie, jakie były dawniej, widzieć je teraz tak odmienione, widzieć, jak robią się coraz starsze, jedne prędzej od innych, i być w to wprzęgniętą całym swoim losem - cóż za urągowisko! Zdarzało się przecież, że między jedną a drugą wizytą przenosiły się do innej generacji. Niejedna odchodziła w wieku niebezpiecznym[5], a po roku wracała już jako staruszka.

Były okropne, ale całkowicie niewinne tego, jakie są. Gdyż te twarze - pokrzywione fałdami, gorzkie, fałszywie uśmiechnięte, ironiczne albo tragiczne - nie wyrażały żadnej prawdy ich charakterów. Na przykład zawsze impertynencko[6] uśmiechnięta pani Gieracka, przez wszystkich, jak wiadomo, pokrzywdzona, była właściwie nieśmiała i smutna - a jej uśmiech służył do podciągania opadających policzków, do ratowania małej resztki młodości. Sztywne znowu trzymanie się pani Tawnickiej, jej arystokratyczny port de t?te[7] miał na celu wygładzenie zmarszczonej szyi, a mógł dać powód do pomawiania jej o wyniosłość, tak niewłaściwą w jej skromnej obecnej sytuacji. Mecenasowej Warkoniowej wystarczyło tylko trochę "puścić" twarz, wystarczyło zwyczajnie na chwilę przestać mówić, by ogromne rysy zadumy i zgryzoty zaległy na jej masce, chociaż miała z natury bardzo wesołe usposobienie.

Każda z nich była kiedyś młoda, za każdą ciągnęła się ta jej młodość dawna jak gałąź kwitnąca, uczepiona brzegu niemodnej sukni. Były zestrychowane[8] z powierzchni życia, odrzucone na bok przez jego nurt głęboki, wspaniały i zły. Leżały zdyszane i zmęczone na jego brzegu, wspominające umarłych mężów, zabitych synów, zobojętniałą, daleką rodzinę. Wojna, rewolucja, zmieniony świat zostawiał je ich zdumieniu. Zapatrzone w samotny dramat artretyzmu i klimakterium, anarchii czasów dzisiejszych przeciwstawiały szczątki anarchii dawnych, rozbite kawałki wiar i zbankrutowanych przeświadczeń. Musiały jeszcze trochę żyć, żeby umrzeć.

Elżbieta włożyła do wazonu ostatnią wiązankę drobnych ciemnozłotych chryzantem i ostatniej przybyłej pani podała talerzyk z za dużym kawałkiem orzechowego tortu. Brała udział w tych obrzędach, pełna dziwnego niepokoju. Myślała, że każdą z tych starych kobiet mogłaby być ona sama. Nie jest. Jest tylko sobą. Nazywa się Elżbieta Biecka, mówi o sobie: ja. Tu są one wszystkie, razem z ciotką Cecylią - a tu ona jedna, osobna, skazana na siebie aż do końca. Jest to tylko przypadek, przerażający traf. I cały świat pełen jest takich przerażeń.

Można by myśleć, że one należą do odrębnego, szczególnego gatunku ludzkiego, który temu podlega, że starość ich tylko jest udziałem. A przecież wystarczy czekać - i to przyjdzie. Wystarczy zwyczajnie - żyć.

Zeszły się tu jakby na drugie Zaduszki, na swoją przedśmiertną ceremonię. Każda z nich mogła powiedzieć do Elżbiety te dawne słowa umarłej: Czym ty jesteś, ja byłam, czym ja jestem, ty będziesz. Westchnij do Boga i pomyśl!

I Elżbieta wiedziała, że starość jest tylko dalszym ciągiem młodości.

Paniusie piły wino porzeczkowe, chociaż to każdej z nich szkodziło. Co tam! Mogły sobie pozwolić raz na rok, przy takiej okazji. Na pomarszczone policzki występowały malutkie rumieńce. Coś się tam działo w tych organizmach, pod tą skórą, w tych ciałach. Miały jeszcze jakąś krew - i ta myśl była trochę obrzydliwa i nieprzyzwoita.

Rozmawiały z ożywieniem, całe jasne ciepłe powietrze salonu napełniały swym gwarem.

Mówiły o ostatnich pogrzebach i jak "odprawia" który ksiądz u Fary[9] i u Panny Marii. Ale wiedziały, że pani Cecylia tego nie lubi. Wspomniały rejenta Kolichowskiego, "człowieka, jakich teraz próżno szukać", i uważały, że na swym portrecie jest jak żywy. I wszystkie obróciły się w fotelach ku wiszącemu nad fortepianem ściemniałemu portretowi. Przecież i to nie podobało się solenizantce, która odpowiedziała milczeniem. Więc można było jeszcze mówić w ogóle o tych czasach, jakie nadeszły, o wojnie, o bolszewikach, o Żydach. I o służących. Elżbieta chodziła między nimi, sama jedna młoda i sama jedna zakochana w Awaczewiczu. Nie raczyła brać udziału w rozmowie. Tonem poważnym osoby, która ma za sobą "pokój dziecinny", odpowiadała grzecznie na pytania - nic więcej. Musiała jednak słuchać tego, co mówiły.

Pani Cecylia powiedziała surowo, że jej zdaniem służąca to jest taki sam człowiek jak każdy inny. Pamiętała tę prawdę z czasów pierwszego małżeństwa. Na to zgodziły się zasadniczo wszystkie panie.

"Taki sam człowiek, naturalnie" - powtórzyły jedna po drugiej, ale coraz ciszej, jakby stopniowo ogarnięte zastanowieniem. Elżbieta wiedziała, że kłamią. Służąca to jest zupełnie inne stworzenie, wcale nie takie samo jak każdy człowiek. Wystarczy powiedzieć: "panna Marianna" - i już można się śmiać. Dla niej są osobne schody, wąskie, ciemne i strome - i temu nikt się nie dziwi, chociaż tamtędy właśnie nosi się kosz z mięsem i jarzynami i kubły węgla z piwnicy. Nikt się nie dziwi, że gdy wszyscy zasiadają do nakrytego stołu, służąca je sama w kuchni. Naturalne to jest, że je wszystko zimne, gdy już wystygło w jadalni. Że je taką ilość i takie kawałki, jakie jej wydzielą w pokoju. Na przykład z kury może przez całe życie ani razu nie spróbować piersi, a z zająca zawsze dostaje przednią łapę. Jednakże pani Gorońska, zamieszkująca połowę drugiego piętra w kamienicy pani Cecylii i płacąca komorne, zgłosiła taką poprawkę: "Pewnie, że to prawda. Ale jak mi się dzisiaj dziewczyna w niedzielę wystroi w suknię jedwabną, włoży lakierowane pantofle i jeszcze na głowę kapelusz, to to przecież nie ma najmniejszego sensu". Chuda osoba w wyleniałych skunksach podjęła z irytacją: "Takiej to ja powiadam od razu, żeby mi się zabierała szukać sobie innego miejsca, bo ja potrzebuję służącej do tego, żeby robiła, nie do tego, żeby się stroiła lepiej niż ja i żeby chodziła na spacery z żołnierzami". Temu każda z pań musiała przyznać słuszność, nawet milczenie pani Cecylii - tym razem oznaczało zgodę.

Pani Warkoniowa znowu przypomniała sobie taką rzecz: "Dobrze, ale jakie te sługi są głupie, to przechodzi ludzkie wyobrażenie. Kiedy umarł mój mąż i jeszcze nikt nic nie wiedział, o piątej słychać od frontu dzwonek. Sługa poczciwa, zapłakana, wychodzi do przedpokoju i z kimś się tam ujada, z jakąś klientką, nie chce jej wpuścić. Powiada: "Kiedy pan mecenas pani nie przyjmie". A tamta mówi: "Jak to nie przyjmie? Proszę tylko zanieść bilet, to pan mecenas mnie przyjmie". Ta znowu: "Nie, kiedy pan mecenas pani nie przyjmie". "Ale - tamta mówi - przyjmie na pewno, jak tylko będzie wiedział kto". A sługa znowu: "Nie, pan mecenas pani nie przyjmie". Tak mnie to wreszcie zgniewało, że sama w żałobie wychodzę do przedpokoju i powiadam: "Proszę pani, pan mecenas pani nie przyjmie, bo właśnie umarł i leży w salonie na katafalku"".

Zgromadzenie przyjęło tę opowieść powściągliwym szmerem. Nikt nie wiedział, czy można naprawdę się śmiać. Bo z jednej strony głupota służącej nie ulegała wątpliwości, z drugiej jednak w grę wchodził prawdziwy nieboszczyk i do tego mecenas Warkoń, człowiek szanowany, którego wszystkie pamiętały. Ale pani Warkoniowa sama się śmiała i opowiadała dalej: "Ta moja sługa wtedy to była wdowa, tak miała ze czterdzieści lat, przyzwoita kobieta i religijna. Nikt by jej o nic nie był posądził. Ale coś mi się jakoś zaczęło nie podobać i raz powiadam do niej: "Moja Bogutowa, mnie się zdaje, że Bogutowa jest w ciąży". A ona się tak chwilę zastanowiła i mówi do mnie: "A i mnie się tak zdaje, proszę pani". Uśmiałam się i powiadam: "No, jak się Bogutowej tak zdaje, to trudno, to się musimy rozstać". Za nic nie chciała się przyznać, kto ani co, ale jakem ją odprawiła, to naprawdę potem miała dziecko. Głupia była kobieta aż strach, tylko że służąca była z niej pracowita i bardzo przywiązana. I jak jej się poszczęściło! U mnie tak się wyuczyła pierwszorzędnie gotować, że ją później razem z tym dzieckiem wzięła do służby sama młoda hrabina Tczewska. I podobno, że dotąd tam jest w pałacu w Chązebnej za kucharkę. A ta jej mała Justynka to podobno, że się tam bawi w ogrodzie z hrabiankami jak równa".

Panie ożywiły się wszystkie. Właśnie! Takim dzieciom się zawsze szczęści! Nawet pani Cecylia zestąpiła do tych zagadnień - ona, która chowała w swej pamięci niezagojoną, brudną tajemnicę ogniotrwałej kasy rejenta. Cały ten zespół żyć niedokończonych, pokrzywionych i głodnych ustawił się we wspólny front, obronny nagle wzmożoną czujnością wobec ogromnej dziedziny niezorganizowanego erotyzmu. Wróg niepokonany i odwieczny: "tamte"! Nie druga kobieta - taka jak każda z nich, nie równa i zrozumiała, z którą można się mierzyć - ale pojęcie kolektywne, żywioł nieprzenikniony, nieobliczalny, wszędzie zaczajony, który podważa układ pozorny świata i niweczy wszelki jego sens. Sens potrzebny koniecznie do tego, aby usprawiedliwić "zmarnowane życie" i przepadłą fikcję młodości.

Ze skwapliwej rozmowy wynikało jasno, że udziałem "tamtych" stają się pieniądze, samochody, podróże, że tamte wychodzą za hrabiów, ministrów i generałów i mając lat pięćdziesiąt, są jeszcze piękne. Tym zaś pozostają małe emerytury, niepewne koncesje[10] albo nic prócz tęsknoty za dziećmi, które poszły na swoje, i wspomnienia o mężach, którzy na długo przed tym, zanim umarli, stali się obcymi ludźmi.

Elżbieta nieraz słuchała takich rozmów, jej obecności nikt tu naprawdę nie brał pod uwagę. Wobec trucizny, sączącej się z tej wiedzy, miała w sobie gotową wzgardę i szyderstwo. Była obronna swoją miłością i całkowicie bezpieczna. Nie wyjdzie nigdy za mąż, nie ulegnie "zmysłom", będzie okrutna dla mężczyzn, o ile który odważy się ją pokochać.

Gdyby nie on, cóż by to było! Cóż by to było! Jakże dałoby się znieść życie - ohydny widok podwórza, tamci ludzie, los Fitka. Ciotka, do której nie można mieć pretensji, że jest niedobra i że jej nie kocha. I to, że od matki już trzeci miesiąc nie ma listu. Wszystkie męki tęsknoty i ambicji znajdowały zastosowanie w tamtym najsłodszym udręczeniu i karmiły je sobą jak krwią.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
?

PRZYPISY

WSTĘP

[1] Z. Nałkowska, Dzienniki, t. 3: 1918-1929, s. 310, 19 III 1928. Tu i dalej cytuję wydanie: Dzienniki 1899-1954, t. 1-6, oprac., wstęp i komentarz H. Kirchner, Warszawa 1975-2001 (t. 1: 1899-1905, Warszawa 1975; t. 2: 1909-1917, Warszawa 1976; t. 3: 1918-1929, Warszawa 1980; t. 4: 1930-1939, Warszawa 1988; t. 5: 1939-1944, Warszawa 1996; t. 6: 1945-1954, Warszawa 2001). W nawiasie po przytoczeniach podaję: skrót Dz, nr tomu, nr strony oraz datę wpisu, pod którą znajduje się cytowany tekst.
[2] Zob. Z. Nałkowska, Dzień ten, w tomie Koteczka, czyli białe tulipany (1909); a także Powróć do domu swego w tomie Lustra (1913): "dzika siostra moja, natura".
[3] Zob. Z. Nałkowska, Klamra, w: eadem, Widzenie bliskie i dalekie, Warszawa 1957, s. 341-345.
[4] Mowa o dramacie Z. Nałkowskiej Dom kobiet (1930). Zob. s. XLIX Wstępu.
[5] Jak się uczyli wybitni pisarze polscy. Ankieta "Wiadomości Literackich", "Wiadomości Literackie" 1926, nr 2, s. 2.
[6] W. Nałkowski, M. Komornicka, C. Jellenta, Forpoczty, Lwów 1895, s. 5, 10.
[7] Zob. H. Boguszewska, Czekamy na życie, Warszawa 1947.
[8] Zob. Z. Nałkowska, Widzenie bliskie i dalekie, w zbiorze pod tym samym tytułem (op. cit.), s. 33-37.
[9] Z. Nałkowska, Kobiety, Warszawa 1976, s. 120. Wszystkie cytaty z utworów Nałkowskiej podaję według edycji Dzieła, która ukazywała się w SW "Czytelnik".
[10] Cytat z listu do Zofii Villaume. Zob. przyp. 1 do notatki z 25 VIII 1903 (Dzienniki, t. 1, s. 349).
[11] Zob. Z. Nałkowska, Uwagi o etycznych zadaniach ruchu kobiecego, w: eadem, Widzenie bliskie i dalekie, s. 235-240.
[12] Zob. Z. Nałkowska, Dawne sprawy, w: jw., s. 241-264.
[13] Z. Nałkowska, Uwagi o etycznych zadaniach ruchu kobiecego, s. 236.
[14] C. Walewska, Ruch kobiecy w Polsce, cz. 1 i 2, Wydawnictwo Jubileuszowe im. Orzeszkowej, Warszawa 1909, s. 26.
[15] A. Schopenhauer, Miłość, tłum. A. W., Warszawa 1898.
[16] Z. Nałkowska, Sprawa St. Brzozowskiego, "Społeczeństwo" 1909, nr 12; Wspomnienia o sprawie Brzozowskiego, "Studio" 1936, nr 3-4. Przedr. w: eadem, Widzenie bliskie i dalekie, s. 274-288.
[17] parnasizm - kierunek w poezji francuskiej drugiej połowy XIX w. (nazwa pochodzi od tytułu zbioru wierszy Le Parnasse contemporain [Parnas współczesny], t. 1: 1866, t. 2: 1871, t. 3: 1876). Nawiązywał do hasła "sztuka dla sztuki" i kultury antycznej, cenił erudycję, wielbił sztuki plastyczne. Prekursorem nurtu był Théophile Gautier; przedstawiciele: Charles-Marie-René Leconte de Lisle, José-María de Heredia, Sully Prudhomme, w prozie - Gustave Flaubert (Salammb?) i Anatole France.
[18] Nota autorska ukazała się w numerze pierwszym półtygodnika "Nurt" z 1913 r., na końcu pierwszego odcinka drukowanej tam powieści Węże i róże. Gdy "Nurt" przestał wychodzić, utwór od początku, wraz z notą, publikował tygodnik "Sfinks" (1913).
[19] Zob. s. LXXXIV Wstępu.
[20] Z. Nałkowska, Powróć do domu swego, w: eadem, Lustra: Opowiadania, Warszawa 1984, s. 137.
[21] L. Choromański, [rec.: Z. Nałkowska, Kobiety], "Przegląd Społeczny" 1906, nr 31, s. 12.
[22] W. Feldman, Najmłodsi w literaturze polskiej: Zofia Rygier-Nałkowska, "Krytyka" 1910, t. 2, z. 2, s. 115-119.
[23] "Nowa seria mych książek jest inna - prawie jak gdyby pisał ją ktoś drugi. Nie tylko inne podejmuje tematy, ma także odmienną zupełnie formę" (Z. Nałkowska, O sobie, "Wiadomości Literackie" 1929, nr 47. Przedr. w: eadem, Widzenie bliskie i dalekie, s. 14).
[24] L. St. Liciński, Niedokończone powieści, w: idem, Z pamiętnika włóczęgi, Lwów 1908. Cyt. za wyd. L. St. Liciński, Halucynacje. Z pamiętnika włóczęgi, posłowie, oprac. tekstu, nota edytorska T. Lewandowski, Kraków 1978, s. 152.
[25] Przedr. w: Z. Nałkowska, Widzenie bliskie i dalekie, s. 38-45.
[26] Ibidem, s. 45.

GRANICA

[1] twarz jezuicka - tu: przebiegła, fałszywa, obłudna. Językowy ślad "czarnej legendy" zakonu jezuitów. Towarzystwo Jezusowe (Societas Jesu) założył w 1534 r. Ignacy Loyola do wspierania i obrony Kościoła i papieża, jako narzędzie kontrreformacji i nawracania pogan. Działania (z dewizą "cel uświęca środki") i potęga jezuitów skutkowały kasatą zakonu w 1773 r. (przywrócono go w 1814). W Polsce zakon ten był obecny od 1564 r., miał szczególne wpływy wśród szlachty, zwłaszcza w oświacie.
[2] przynależności politycznej [...] nieprzyjemnej - w opinii "lepszych kół towarzyskich": zapewne o orientacji endeckiej. Z uwagi na państwową funkcję bohatera mógł to być Bezpartyjny Blok Współpracy z Rządem (BBWR), wspierający rządy sanacji (1928-1935). Jego współzałożycielem był prezes płk Walery Sławek, piłsudczyk. BBWR grupował jednak też konserwatystów, część prawicy i ziemiaństwa.
[3] umiera się w byle jakim miejscu życia - refleksja zanotowana w dzienniku pisarki 3 III 1910 na wieść o śmierci Jadwigi Dawidowej (zob. Z. Nałkowska, Dzienniki, t. 2: 1909-1917, Warszawa 1976, s. 118), użyta w powieści Hrabia Emil (1920): "Umiera się bowiem w byle jakim miejscu życia - i często nie wie się wcale, że jest ono "ostatecznie dobre"". W przypadku Dzienników tu i dalej opieram się na wydaniu: Dzienniki 1899-1954, t. 1-6, oprac., wstęp i komentarz H. Kirchner, Warszawa 1975-2001 (t. 1: 1899-1905, Warszawa 1975; t. 2: 1909-1917, Warszawa 1976; t. 3: 1918-1929, Warszawa 1980; t. 4: 1930-1939, Warszawa 1988; t. 5: 1939-1944, Warszawa 1996; t. 6: 1945-1954, Warszawa 2001); edycję tę przywołuję następująco: skrót Dz, nr tomu, nr strony oraz ewentualnie data wpisu autorki.
[4] in flagranti (łac.) - na gorącym uczynku, w momencie popełnienia przestępstwa.
[5] imponderabilia (z łac.) - niedające się zauważyć, tj. niefizyczne i nieuchwytne czynniki oraz zjawiska, mające jednak znaczenie w świecie ludzkim.
[6] Chodzi o czasopisma, na które miały wpływ lokalne władze.
[7] Charlotte Corday d'Armont (1768-1793) - zabójczyni francuskiego rewolucjonisty, radykała (jakobina) Jeana-Paula Marata (1743-1793). Zasztyletowała go w wannie, gdy ciepłą kąpielą łagodził dolegliwości skórne. Zgilotynowana po czterech dniach.
[8] dziecko naturalne - dziecko nieślubne.
[9] sklep bławatny (przestarz.) - od: bławat - strój jedwabny, niebieski; sklep z tkaninami.
[10] karbowy - od: karb - nacięcie, daw. miara wykonanej pracy; dozorca, ekonom w majątku ziemskim.
[11] klejnot szlachecki (daw.) - herb.
[12] proklama (z łac.) - zawołanie rycerskie, herbowe szlacheckiego rodu.
[13] face a main (fr.) - okulary z rączką do trzymania; lorgnon.
[14] starka - wytrawna wódka zbożowa, znana od XV w. w Polsce, na Litwie i w Rosji, niegdyś w beczkach dębowych zakopywana w ziemi na co najmniej dziesięć lat.
[15] plenipotent (z łac.) - pełnomocnik.
[16] klucz - tu: kilka pobliskich majątków ziemskich lub wsi mających jednego właściciela.
[17] Panorama Racławicka - malowidło olejne rozpięte na ścianach rotundy, ukazujące przebieg bitwy pod Racławicami (1794). Dzieło zbiorowe Jana Styki, Wojciecha Kossaka i in. Eksponowane od 1894 r. we Lwowie, w 1944 uszkodzone, od 1985 po gruntownej renowacji udostępnione we Wrocławiu.
[18] Lorsque tout est fini... (fr.) - Skoro wszystko skończone, gdy umiera nasze piękne marzenie...
[19] Homo sum... (łac.) - początek słynnej maksymy Terencjusza Kartagińczyka (ok. 190 - 159 p.n.e.): Homo sum, humani nil a me alienum puto (Człowiekiem jestem, nic, co ludzkie, nie jest mi obce).
[1] był socjalistą - tu: członkiem i działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej, założonej w 1892 r. na zjeździe socjalistów różnych ugrupowań w Paryżu.
[2] Carl Menger (1840-1921) - ekonomista, profesor uniwersytetu w Wiedniu, założyciel austriackiej szkoły ekonomii.
[3] William Godwin (1756-1836) - angielski pisarz i myśliciel, teoretyk anarchizmu, swoje poglądy popularyzował w powieściach (m.in. Kaleb Williams, 1794, wyd. pol. 1954).
[4] Robert Owen (1771-1858) - angielski socjalista utopijny, pionier ruchu spółdzielczego, jeden z przywódców robotniczych stowarzyszeń spółdzielczych i zawodowych. W 1800 r. w New Lanark utworzył z zespołu fabryk włókienniczych i osiedla robotniczego eksperymentalną wspólnotę, w której przeprowadził szereg reform socjalnych. Postulował przebudowę społeczeństwa w duchu komunistycznym drogą ewolucji.
[5] "nasz sztandar..." - cytat z refrenu pieśni robotniczej Czerwony sztandar (1881), do słów Bolesława Czerwieńskiego i melodii pieśni francuskich komunardów (1871).
[6] "Lecą świetliki..." - piosenka z operetki berlińskiego kompozytora, Paula Linckego, Lizystrata (1902).
[7] aksjomat (z gr.) - pot. twierdzenie oczywiste, niewymagające dowodu, pewnik.
[8] relatywistyczny - odnoszący się do filozoficznego relatywizmu, zasady względności.
[9] młodsza - panna służąca, pokojówka.
[10] pod Radzyminem - pod tym miastem w pow. Wołomin (woj. mazowieckie) Wojsko Polskie toczyło ciężkie boje 13-16 sierpnia 1920 z Armią Czerwoną, podczas tzw. bitwy warszawskiej, przełomowej w wojnie polsko-bolszewickiej.
[11] otomana (z fr.) - niska kanapa z bocznymi wałkami i miękkim oparciem.
[12] skórzany gabinet - komplet mebli obitych skórą, wyposażenie gabinetu.
[13] żardiniera (z fr.) - ozdobny stojak, półka lub kosz na kwiaty doniczkowe.
[14] Zachęta - Towarzystwo Zachęty Sztuk Pięknych, organizacja artystów i miłośników sztuki, działająca w Warszawie w latach 1860-1939, od 1900 r. we własnym gmachu projektu Stefana Szyllera przy placu Małachowskiego. Towarzystwo, utworzone dla popularyzacji sztuki polskiej i pomocy artystom, urządzało wystawy, od 1904 r. doroczne salony. Zgromadziło bogatą kolekcję dzieł sztuki, wydawało publikacje, organizowało konkursy, fundowało stypendia. Reaktywowane w 1990 r. przy Galerii Zachęta.
[15] chwast (daw.) - frędzel, kita.
[16] konsolka (z fr.) - ozdobna podstawa pod lustro, wazon, zegar lub rzeźbę.
[17] albumy z kartami pocztowymi (fr. cartes postales) - wprowadzone do obiegu w Austrii w 1869 r., do międzynarodowego w 1875, osiągnęły niebywałą popularność i różnorodność tematyczną (I Wszechświatowa Wystawa Kart Pocztowych Wenecja 1894, wystawa polska Kraków 1899). W latach 1904-1908 rozwinęło się kolekcjonerstwo kart, wklejano je do albumów, pokazywano na wystawach. Powstawały niezliczone serie, m.in. krajobrazowe (stąd widokówki), w Polsce też historyczne, ważne dla edukacji patriotycznej (np. z rysunkami Grottgera). Zob. M. Baranowska, Posłaniec uczuć. Prywatna historia pocztówki, Warszawa 2003. W konkursie na polską nazwę carte postale (1909) zwyciężyła propozycja Henryka Sienkiewicza: "pocztówka".
[18] Michał Elwiro Andriolli (1836-1893) - rysownik, malarz, sławny ilustrator warszawskich czasopism oraz książek, m.in. dzieł Malczewskiego, Słowackiego, Mickiewicza (Pan Tadeusz, Konrad Wallenrod), Kraszewskiego. Malował też obrazy do kościołów. Powstaniec z 1863 r.
[19] Henryk Siemiradzki (1843-1902) - malarz. Tworzył wielkie rozmiarami sceny obyczajowe z dziejów Greków i Rzymian, a także pierwszych chrześcijan (Pochodnie Nerona, 1876), w stylu akademickiego klasycyzmu oraz naturalizmu. Twórca kurtyn w Teatrze im. Słowackiego w Krakowie (1894) i Teatrze Miejskim we Lwowie (1900).
[20] adamaszek - tkanina o atłasowym, satynowym splocie tła, we wzory o konturach schodkowych. Pochodzi ze Wschodu (nazwa pochodzi od miasta Damaszek), w Europie wytwarzana od XIII w.
[21] Franciszek Żmurko (1859-1910) - malarz, słynął ze zmysłowych portretów pięknych pań. Malował też akty i kompozycje antyczne, mitologiczne i fantastyczne. Od 1882 r. działał w Warszawie.
[22] Lenc (właśc. Stanisław Lentz; 1861-1920) - malarz, rysownik, karykaturzysta. Znakomity portrecista, głównie mężczyzn, korzystał z wzorów malarstwa holenderskiego XVII w. Tworzył też sceny zbiorowe, np. Strajk (1910).
[23] szkoła holenderska - twórczość wielkich mistrzów malarstwa siedemnastowiecznej Holandii: Rembrandta, Halsa, van Ruisdaela, Vermeera i in., którzy czerpali motywy z życia codziennego mieszczaństwa (sceny rodzajowe, martwe natury, portrety i pejzaże nadmorskie).
[24] najpewniejsze papiery - np. obligacje, akcje, weksle, czeki, bony premiowe, losy loteryjne, będące przedmiotem obrotu na giełdzie papierów wartościowych.
[25] mały kratkowany sekretnik - zapewne wiadomość na kartce złożonej w pakiecik, czyli górnym i dolnym brzegiem do środka, a bocznymi wsuniętymi jeden w drugi.
[26] przyjeżdżał z frontu - mowa o wojnie polsko-bolszewickiej 1919-1920. Nazwisko Awaczewicza (ormiańskie) świadczyć może o jego statusie "białego" emigranta ze zrewoltowanej Rosji.
[27] typy jeńców bolszewickich - wojna 1919-1920, zwana dotąd polsko-bolszewicką, zderzała siły młodego państwa narodowego z armią powołaną przez ponadnarodową partię zwycięskiej rewolucji w carskiej Rosji. Nazwa "bolszewicy" powstała podczas II Zjazdu Socjaldemokratów Rosyjskich w 1903 r., na którym grupa zwolenników Lenina uznała się za większość (ros. bolszinstwo). Bolszewicy stanęli następnie na czele rewolucji październikowej. W 1919 r. nazwę swej partii: Russkaja Komunisticzieskaja Partija (RKP), a od 1925 r. Wsiesojuznaja Komunisticzieskaja Partija (WKP), uzupełniali o: (bolszewików), w skrócie: WKP(b).
[1] dżety (z ang.) - czarne, błyszczące koraliki z odmiany węgla brunatnego lub z imitacji, służące do zdobienia kobiecych strojów.
[2] skunksy [...], gronostaje - tu: cenne futra zwierząt drapieżnych.
[3] butony (z fr. bouton 'pąk', 'guzik', 'metal szlachetny zmieszany z ołowiem') - duże kolczyki, zwykle ze sporym brylantem, tu: biżuteria niższej kategorii.
[4] sabatowy - tu: aluzja do zwrotu "sabat czarownic"; według wierzeń średniowiecza był to świąteczny zlot czarownic na nagich szczytach gór (np. na Łysej Górze), w towarzystwie diabłów i kozłów, dla zaplanowania nowych szkód, a także dla wyuzdanych zabaw i tańców.
[5] w wieku niebezpiecznym - tzw. wiek przejściowy, okres przekwitania, inaczej: klimakterium, menopauza.
[6] impertynencko (z fr.) - niegrzecznie, arogancko, grubiańsko, bezczelnie.
[7] port-de-t?te (fr.) - noszenie głowy wysoko uniesionej.
[8] zestrychowany (z niem.) - tu: skreślony, wykreślony. Oryginalnie "strychowanie" oznaczało wyrównywanie miar.
[9] fara (z niem.) - kościół parafialny.
[10] koncesja (z łac.) - tu: pozwolenie wydane przez władze na prowadzenie przedsiębiorstwa, działalności gospodarczej.
?

WSTĘP

I. BIOGRAFIA I DZIEŁO

Autorka Granicy. Zofia Nałkowska to najwybitniejsza (obok Marii Dąbrowskiej) postać w plejadzie talentów kobiecych, które objawiły się w literaturze polskiej od czasów Elizy Orzeszkowej, w międzywojennym dwudziestoleciu wręcz tłumnie. Mistrzyni prozy próbowała też sił w poezji, dramacie, krytyce literackiej i teatralnej oraz w przekładach z rosyjskiego i francuskiego. Pozostawiła znakomite szkice z podróży, ważne wypowiedzi publicystyczne i pisany przez lat blisko sześćdziesiąt dziennik intymny.

Prowadziła salon literacki (słynęła ze sztuki konwersacji), patronowała młodym twórcom, działała w instytucjach i organizacjach pisarskich, reprezentowała literaturę polską za granicą. Miała znaczący udział w przemianach dwudziestowiecznej polskiej prozy. Jej dzieło wpisuje się w losy modernistycznej literatury w Europie.

Ukształtowana przez kulturę europejską, zwłaszcza francuską, terminowała też u wielkiego mistrza literatury rosyjskiej, Fiodora Dostojewskiego. Pod jego patronatem i w zgodzie z tendencjami epoki do eksplorowania ludzkiego wnętrza badała mechanizmy osobowości, dokonując niekiedy odkryć równoległych do nowych rozpoznań w dziedzinie psychologii i psychosocjologii czy też antropologii kultury. Czasami nawet je wyprzedzała, co wybitnym twórcom się zdarza.

Utwory Nałkowskiej kwalifikowano zatem jako prozę psychologiczną, a niechętni krytycy (zwłaszcza lewicowi) pomawiali ją o tzw. psychologizm, podobnie zresztą jak wielu wyróżniających się pisarzy lat międzywojennych. Termin ten, o nacechowaniu pejoratywnym, oznaczać miał postrzeganie człowieka wyłącznie poprzez jego odruchy psychiczne, co naruszało jakoby spójność osobowości i deformowało obraz świata. Z perspektywy lat widać jednak, że dwudziestowieczna powieść psychologiczna stała się synonimem powieści nowoczesnej, z całym wachlarzem jej wynalazków formalnych. Wyłaniała się z niej istotnie owa diagnoza człowieka i świata.

Świeciły nad tą powieścią różne gwiazdy, ale najczęściej wymienia się dwie: Prousta i Freuda. Nałkowska odkryła Prousta w połowie lat dwudziestych, jako dojrzała autorka wielu już książek. Znalazła więc w nim raczej pokrewieństwa niż inspiracje: "Znowu Proust - jakie głębiny, jakie podobieństwa, jaka bliskość"[1]. Nie wiemy, kiedy sięgnęła po Freuda (tłumaczono go w Polsce od 1911 roku), nie ma w jej dzienniku śladów fascynacji wiedeńskim heretykiem psychologii, twórcą psychoanalizy. Jedyny dowód lektury pochodzi z 1930 roku. Pokrewieństwa czy zbieżności oczywiście zauważymy, ale bliższe ich źródło Nałkowska mogła znaleźć u filozofów, myślicieli i pisarzy Młodej Polski, w swoistym "prefreudyzmie" tego nurtu.

Tak więc domeną główną pisarstwa Nałkowskiej stały się analiza i diagnoza psychologiczna o odniesieniach społecznych. Ciekawiły ją jawne i ukryte procesy świadomości oraz ich zależność, często antagonistyczna, od natury i kultury. To z kolei prowadziło autorkę - już u progu twórczości - do prób zdefiniowania własnej tożsamości i perspektyw drogi życiowej zdeterminowanej przez płeć. Po krótkim epizodzie aktywności w ruchu feministycznym, do którego wniosła nutę osobną, porzuciła werbalne manifesty na rzecz kreacji literackiej - wcieleń własnego modelu "nowej kobiety". Szukała samodzielnie definicji kobiecości w opozycji do zastanych wzorów kultury, a po części także do postulatów ruchu kobiecego. Konfrontowała przy tym swoje bohaterki z najcięższymi dopustami losu i historii, przenikliwie dostrzeżonymi w rzeczywistości. Wczesne książki Nałkowskiej zaludnia zrozpaczona młodość, daremnie dobijająca się do bram "całego życia", przegrywająca z opresyjną kulturą oraz z nędzą ekonomiczną i moralną otoczenia. Pisarka każe nam patrzeć na świat oczami tych dziewczyn.

W późniejszych książkach autorka odmieni formy narracji i styl, porzuci optykę świadomości jednostkowej na rzecz wielogłosowej dialogiczności, wniknie też w świat mężczyzn, podmiotów wojny i władzy. Pozostanie jednak zawsze nieustępliwą rzeczniczką kobiecego losu - w wymiarze społecznym i egzystencjalnym.

Swoją definicję kobiecości młoda Nałkowska oparła na sprzeciwie wobec wzorów kultury obowiązujących u początków XX wieku w świecie patriarchalnym, androcentrycznym. Refren jednego z jej wczesnych tekstów: "Śliczna jej siostra, natura"[2], to głównie pieśń buntu przeciw kulturze, apologia swobody i szczerości instynktu. Biologiczna determinanta płci - macierzyństwo - jako naczelna funkcja kobiety wydawała się młodocianej buntowniczce znakiem upokarzającej redukcji do jednego tylko zadania, tj. rozrodu. Ona od "siostry natury" brała przede wszystkim piękno i sprzymierzała z nim intelekt jako najwyższy wykwit ewolucji. Ten drugi atrybut był nowością wobec tradycyjnego wizerunku kobiety. U autorki bezwarunkowo nierozłączny z pierwszym, bo razem miały budzić podziw i pożądanie, dawać siłę oraz gwarancję równości - w człowieczeństwie i we władzy.

Był to model na jej miarę, gdyż sama pisarka stanowiła szczęśliwy przypadek kobiecej kariery i społecznego autorytetu w świecie mężczyzn, a także socjologiczny przykład samodzielnej egzystencji kobiety zarobkującej piórem, bez oparcia w rodzinnym majątku czy pozycji ekonomicznej i socjalnej mężczyzny. We wspomnieniach współczesnych Zofia Nałkowska jawi się jako kobieta sukcesu, przy czym jej kariera i sława zawierają ważne komponenty: urodę, czar osobisty, famę uwodzicielki, walory lwicy salonowej i równocześnie dowcipnej sawantki. Towarzyszyły jej rozgłos, plotka i ciekawość niemal takie jak gwiazdom sceny, opery i filmu. Oczywistym i koniecznym dodatkiem w tym publicznym wizerunku byli męscy adoratorzy i partnerzy.

W tak błyszczącym publicznym kostiumie mieściła się przecież wysoka wartość talentu i niebywałej inteligencji, powaga światopoglądu i społeczny autorytet tej niezwykłej kobiety. "Światowy" aspekt swego wizerunku pisarka starannie podtrzymywała, nieraz za cenę ogromnego wysiłku, jako kwestię ambicji i dumy. Wyraźnie uwewnętrzniła własny model Feminy, w którym estetyzm był składnikiem niezbywalnym. Ile w tym jednak było presji tradycyjnego wzorca i odwiecznych wymagań wobec kobiety i jej ciała? Ten wymiar biografii Nałkowskiej jest niewątpliwie tekstem kulturowym, nieustająco, jak dotąd, aktualnym.

Zarówno życie, jak i dzieło Zofii Nałkowskiej są znamiennym świadectwem sytuacji i roli inteligencji polskiej we wstrząsach dziejowych XX stulecia oraz zawikłań świadomości tej formacji. Autorka ukształtowana została już w młodym wieku przez nakazy wrażliwości społecznej i stały inteligencki etos zobowiązań wobec zbiorowości, wreszcie przez aksjologię laicką. Sprawdzała potem nośność tych zasad w zmieniającej się rzeczywistości, wierna im do końca. Nieodmiennie przeciwna mentalności endeckiej, zwłaszcza szowinizmowi narodowemu i rasizmowi.

Była przy tym czujna na uroszczenia wszelkiej ideologii wobec jednostki i świadoma łatwości, z jaką wzniosłe idee obracają się w swoje przeciwieństwo, zmieniając funkcję wyzwoleńczą w ciemiężycielską. Śledziła ten proces z bliska na przykładzie przemiany bojowników o niepodległość w funkcjonariuszy władzy, a po 1945 roku boleśnie doznając nieprzystosowania własnej lewicowości do praktyk rządzących komunistów.

Genealogia. Zofia Nałkowska urodziła się 10 listopada 1884 w Warszawie, w rodzinie intelektualistów. Ojciec, Wacław Nałkowski, uczony, autor nowatorskich prac z dziedziny geografii, był też znakomitym publicystą społecznym, pedagogiem i działaczem oświatowym. Matka, Anna z Šafranków, zrazu młodziutka nauczycielka, zdobyła później wykształcenie w zakresie geografii, uczyła tego przedmiotu, pisała artykuły i podręczniki dla szkół, wielokrotnie wznawiane, popularyzowała odkrycia naukowe męża, opracowywała pośmiertne wydania jego prac. W roku 1880 Nałkowski i jego narzeczona przenieśli się z Krakowa do Warszawy (ślub w 1881). Ich pierworodna córka, Celina, przeżyła zaledwie rok. Trzecia córka, Hanna (1888-1970), p.v. Bickowa, s.v. Stefanowicz, została znakomitą rzeźbiarką, uczennicą Dunikowskiego i Kuny w warszawskiej Szkole Sztuk Pięknych. Doskonaliła swe umiejętności w pracowniach znanych rzeźbiarzy paryskich.

W roku 1885 Nałkowscy z córką Zofią wyjechali na dwanaście miesięcy do Lipska, gdzie pogłębiali wiedzę o geografii na wykładach słynnych profesorów tamtejszego uniwersytetu. Potem życie rodziny toczyło się już w Warszawie, w skromnych mieszkaniach w centrum miasta[3], a od 1895 roku także w drewnianym domku na granicy Kobyłki i Wołomina, na małym skrawku ziemi pofałdowanej w trzy wzniesienia (stąd domowa nazwa: Górki), w miejsko-podmiejskim krajobrazie Mazowsza. Sceneria miasta na przemian z widokami natury - ogrodu Górek, dookolnych łąk, lasów i wód - ustanowią rdzenną "małą ojczyznę" pisarki, domenę jej uczuć i wyobraźni. Żywić też będą twórczość.

Wacław Nałkowski, wychodźca ze stanu szlacheckiego, zyskał nową przynależność socjalną i kulturową do miejskiej inteligencji, formującej się wówczas żywiołowo. Umiejętności tej warstwy, której herbem były talent i wykształcenie, słabo wtedy opłacane (jeśli nie służyła możnym), nie zapewniały godziwej egzystencji; Stanisław Brzozowski znalazł dla niej nazwę "inteligentny proletariat".

Wacław był jedynym synem Michała Dyonizego, właściciela niewielkiego dziedzicznego folwarku Zawitała w Lubelskiem, który wkrótce został utracony. Jego żona, Celina z Rudnickich, wywodziła się z nieco lepiej sytuowanej rodziny ziemiańskiej. Mąż, niewydarzony gospodarz, równie źle zarządzał kolejnymi dzierżawami, zmarnował też ostatnią własność, biedny mająteczek we Wrotkowie na rzeką Bystrzycą, blisko Lublina. Milsze mu były zajęcia artystyczne i umysłowe: rzeźbił, majsterkował, grał na skrzypcach, zgłębiał matematykę. O środowisku ziemiańskim wyrażał się satyrycznie. Jako zupełny już bankrut objął marną posadkę urzędniczą w Lublinie. Syn licealista wspomagał rodziców zarobkami z korepetycji. Oboje osierocili Wacława w 1871 roku, pozostawiając go w skrajnej nędzy, gdy ledwie rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Wybitne uzdolnienia młodzieńca i zapewne pozytywistyczny kult nauki przesądziły o wyborze celu życiowego: zostać uczonym. Osiągnął to za cenę heroicznej wytrwałości, na przekór nędzy i chorobie.

Zofia, poznając w dzieciństwie dworkowy świat krewnych swojej babki, Celiny, też zresztą na ogół dzierżawy, przeżywała te wizyty jako inicjację w świat natury, w pejzaż Podlasia. Dopiero w latach trzydziestych, gdy zaczęła obmyślać książkę o ojcu, odtworzyła, na ile się dało, ziemiańskie koligacje Nałkowskich. Wśród szlachciców różnej rangi i daty był tam wuj, hrabia Paweł Scipio del Campo z Przewłoki, jak również mąż arystokratki, Emmy z Potockich, pułkownik wojsk napoleońskich Piotr Strzyżewski, krewny Celiny.

Ta genealogia sytuowała Nałkowską w historii, w dziejach kultury, ale pozostała dla niej światem odległym i nieaktualnym. W swoich książkach autorka przedstawiała warstwę ziemiańską krytycznie, jako zjawisko schyłkowe i pasożytnicze. Szlachectwo czy własność ziemska nie były dla niej sferą wartości ani nobilitacji.

W przeciwieństwie do krewnych ojca jeszcze skromniejsza rodzina matki zajmowała wiele miejsca w życiu i nawet twórczości pisarki (Dom kobiet, Niecierpliwi). Rodzice Anny przybyli do Krakowa, czyli do Galicji, jako do prowincji Austro-Węgier. Jan Šafranek był urzędnikiem kolejowym, Słowakiem, synem ubogich chłopów. Wcześnie odumarł żonę Antoninę, z domu Frank, Morawiankę z rodziny czesko-francuskiej. Wdowa szczęśliwie wydała za mąż trzy piękne córki: Janinę za dziennikarza i poetę, Henryka Hugona Wróblewskiego, Annę za uczonego geografa, Wacława Nałkowskiego, najmłodszą Teresę za urzędnika, Aleksandra Majewskiego. Wszystkie trzy wcześnie owdowiały. Janina z mężem mieszkała w Warszawie, była więc ostoją dla Anny, Teresa pozostała z matką w Krakowie. Później obie znalazły się u Anny na Górkach. Tam Teresa zmarła. Babka Antonina mieszkała u córki i wnuczek w Warszawie aż do śmierci w końcu 1927 roku.

Babka mówiąca z czeska po polsku oraz obie ciotki były bliskie Zofii, należały do "strony" ukochanej matki. Pisarka pokazała je światu w scenicznym studium kobiet - żałobnic po mężczyźnie, nieubłaganym fatum ich istnienia[4]. W literackich podróżach do Czechosłowacji z sentymentem wspominała swoje słowiańskie pokrewieństwo.

"Cudowne dziecko". Córka Nałkowskich odznaczała się bez wątpienia przedwcześnie dojrzałą inteligencją i wrodzonym "genem pisania". W roku 1901 zanotowała w dzienniku o sobie dwunastoletniej: "byłam zupełnie niezwykłym dzieckiem, zdumiewającym i dziwnym" (Dz, t. 1, s. 190, 29 VII 1901). Uczyła się w domu, pochłaniając przy tym najpoważniejsze lektury z domowej biblioteki. Brała też lekcje francuskiego i gry na fortepianie. Muzyka przez całe życie była jej niezbędna, stając się niekiedy przewodniczką do świata metafizyki.

Dopiero w wieku czternastu lat Zofia została uczennicą na pensji, czyli w prywatnej żeńskiej szkole Anieli Hoene (później żony Zenona Przesmyckiego, "Miriama", redaktora "Chimery") przy Mazowieckiej 4. Tam też uczył geografii Wacław Nałkowski. Pensjonarka Nałkowska wyróżniała się w klasie zwłaszcza oczytaniem, znała już: "literaturę Brandesa, historię filozofii Falckenberga, a także [dzieła - H. K.] Taine'a, Renana, Garborga, Hamsuna, Villiers de L'Isle Adama, Maeterlincka i Verlaine'a"[5], czyli komplet literatury fin-de-si?cle'u. Była ponadto w czasach szkolnych słuchaczką wykładów słynnego Uniwersytetu Latającego, założonej przez Jadwigę Szczawińską-Dawidową tajnej uczelni dla kobiet, działającej w prywatnych, wciąż zmienianych mieszkaniach (stąd nazwa). Tam również wykładał Nałkowski.

Formalną edukację Zofia zakończyła w 1901 roku z "patentem" prymuski. Studia były dla niej niedostępne. W Polsce pod zaborami uczelnie nie przyjmowały kobiet, a na wysłanie córki na zagraniczny uniwersytet Nałkowskich żadną miarą nie było stać. Jednak pasja samokształcenia pozwoliła jej zdobyć rozległą wiedzę i renomę intelektualistki.

Kult książki pozostał Nałkowskiej na całe życie. Znała klasyków literatury światowej, czytała w oryginale nowości francuskich autorów i dzieła pisarzy rosyjskich. W roku 1908 zaczęła się uczyć angielskiego, by poznać tamtejszych modernistów: Oscara Wilde'a, George'a Mereditha, George'a Moore'a, i eseistów: Johna Ruskina, Williama Morrisa i Waltera Patera, prawodawców nowej estetyki. Przyswajała sobie też później język niemiecki. Czytała namiętnie Skandynawów, rewelację literacką tej epoki. W latach dziewczęcych pociągała ją szczególnie postać słynnej żony i muzy Przybyszewskiego, Norweżki Dagny. Kupiła jej fotografię i cieszyła się opinią "Stacha", że tak podobna jest do Dagny: "na mój widok tłumić musi rozrzewnienie" (Dz, t. I, s. 339, 11 VI 1903). Wymowna jest decyzja nastoletniej Zofii, by wybrać na ikonę literatury Młodej Polski nie jej herolda, autora Confiteor (1899), tylko właśnie tajemniczą i tragiczną jego żonę. Pochłaniała oczywiście utwory pisarzy młodopolskich, tak jak później śledziła twórczość kolegów po piórze. Studiowała głośnych filozofów epoki: Arthura Schopenhauera i Friedricha Nietzschego (obaj kształtowali jej widzenie świata), S?rena Kierkegaarda, jak też Williama Jamesa i Henriego Bergsona. Przyswajała sobie nie tylko ważniejsze dzieła z zakresu humanistyki, dowiadywała się także z lektury o najnowszych odkryciach nauk ścisłych. W swej ostatniej młodopolskiej powieści Węże i róże rozsiała wzmianki o modnych tytułach, jako nieodzowny szyfr intelektualny.

Doskonaliła więc swoją sztukę pisarską na "pokarmach książkowych", odkrywając pokrewieństwa z cudzym pisaniem, i umacniała się we własnych wyborach literackich. Książka była dla Nałkowskiej czymś więcej niż tylko źródłem estetycznego doznania, krynicą wiedzy, wyprawą w cudze światy i pociechą. W czasie okupacji, gdy czytanie było wytęsknionym, rzadko dostępnym szczęściem, książka potwierdzała jej tożsamość.

Lektura nie jest ucieczką od straszliwości dzisiejszego życia, ani ucieczką od "ludzi". Jest to raczej doznawanie ich w stopniu najwyższym, jest to też odnajdywanie siebie w straszliwości świata. Gdy czytam książki o wojnie [...] to wszystko upewnia mię, że nie jest czymś wyjątkowym dzisiejszy człowieczy los, że nie jesteśmy tacy samotni.

[Dz, t. 5, s. 366, 18 IV 1942]

Dwunastoletnia Nałkowska zaczęła składać wiersze i pisać pamiętnik (tak wówczas zwano dziennik intymny). Dwa lata później, w 1898 roku, zaliczyła debiut poetycki (wiersz Pamiętam, "Przegląd Tygodniowy", nr 41). Zeszyty dziennika z lat 1896-1898 uległy zniszczeniu. Zachowały się te z lat dojrzewania przyszłej pisarki i one bardziej niż poezje dowodzą jej talentu. Są to po prostu juwenilia. Wczesne partie diariusza Nałkowskiej, zwierzenia młodej dziewczyny, to wyjątkowy w naszej literaturze zapis dorastania, rozwoju, gorączkowego poszukiwania tożsamości, niespokojnych i buntowniczych pytań o rolę i miejsce przypisane kobiecie przez wzorce ówczesnej kultury.

Mężczyzna może poznać pełnię życia, bo w nim żyje jednocześnie mężczyzna i człowiek. Dla kobiety zostaje tylko ułamek życia - musi być albo człowiekiem, albo kobietą. Nigdy nie jest tworem doskonałym.

Oto zbliża się chwila, w której muszę wybrać. To znaczy zostać kaleką, zatrzymać w rozwoju połowę swej istoty.

[Dz, t. 1, s. 24, 5 XI 1899]

- stwierdzała posępnie młodziutka myślicielka. Niebawem zdecyduje:

Nie wierzę, by możliwym było równouprawnienie bez zastrzeżeń - na nic nie zda się koedukacja - lepszym będzie raczej unormowanie i sformułowanie różnicy. Nigdy nie staniemy się zupełnymi mężczyznami, chociaż zadławimy cechy kobiece - lepiej więc rozwijać je w sobie i stawać się coraz wybitniej i swoiściej kobietami.

[Dz, t. 1, s. 117, 22 VII 1900]

W tych dziewczyńskich rozterkach krył się już wczesny wybór głównego wątku przyszłej twórczości.

Nastolatka nie wiązała jeszcze swej przyszłości z pisaniem mimo tych wierszy i samowiedzy: "Wszystko, co spotyka mię w życiu, rozpatruję l i t e r a c k o" (Dz, t. 1, s. 195, 8 I 1902). Odstraszał ją trud tworzenia, rodzaj niewoli, gdy ona rwała się do życia. Jednak wszyscy wokół pisali: rodzice i całe ich środowisko pisarzy i uczonych. Nie wiedziała wtedy, że już uprawia literaturę. Nie w zgrabnych, lecz konwencjonalnych "nastrojach", tylko właśnie w dzienniku. Uważała go jedynie za dokument życia. Wiersze pisała jeszcze dość długo i drukowały je znakomite pisma tamtych czasów: "Głos", "Tygodnik Ilustrowany", "Chimera", "Ogniwo", "Prawda" i inne, aż do 1908 roku. Zyskała renomę poetki, z czasem ustępującą sławie jej powieści i nowel.

W profesję literacką wchodziła mimo woli, podejmując dla zarobku prace nastręczane przez ojca: przekłady, artykuły do Wielkiej encyklopedii powszechnej ilustrowanej i do Poradnika dla samouków, wydawnictwa bardzo wtedy poczytnego. Musiały to być kształcące i pożyteczne dla prozy ćwiczenia pióra, bo wraz z ostatnim przekładem z rosyjskiego (Karawajewa Wskazówki dla samokształcenia, 1903) napisała pierwszą nowelę We dwie ("Wzięte trochę z tego dziennika", Dz, t. 1, s. 299, 20 III 1903). Do druku dała jednak opowiadanie Orlica (przymiotnik "biała" cenzor wyciął), które ukazało się w "Ogniwie" (1903, nr 12). Miała teraz pewność: "Poza tym chcę pisać" (Dz, t. 1, s. 348, 23 VIII 1903).

Rok 1903 to również czas decyzji życiowych: została narzeczoną młodego poety, później pedagoga polonisty, Leona Rygiera (ślub w lutym 1904). Małżeństwo wydało się wtedy dziewiętnastoletniej Nałkowskiej jedyną drogą do samodzielności. Wstąpiła w życie i powołanie pisarskie z posagiem ideowym i moralnym wyniesionym z domu.

Patronat ideowy. Autorka zawdzięczała go obojgu rodzicom, gdyż Anna Nałkowska dzieliła z mężem jego zasady i postawę wobec świata, tworząc pewien wzór partnerstwa duchowego kobiety i mężczyzny, a także dając przykład samorealizacji mimo ciężaru obowiązków żony i matki. Oczywiście wielki format postaci Nałkowskiego decydująco zaważył na wyborach ideowych córki. Nieustępliwy obrońca Wartości, potykający się z tępotą i sobkostwem "filistrów" i posiadaczy, orędownik idei emancypacji społecznej warstw i grup uciskanych, pozbawionych praw, oraz laickiej demokratycznej kultury, stał się autorytetem moralnym postępowej inteligencji zwanej wówczas radykalną. Jej dążenia znalazły swoje apogeum w rewolucji 1905 roku. Jednym z żywych ognisk intelektualnych tej formacji był tygodnik "Głos" (oraz jego mutacje: "Przegląd Społeczny" i "Społeczeństwo") redagowany przez wybitnego psychologa Jana Władysława Dawida i jego żonę Jadwigę. Nałkowski zamieszczał tam swoją znakomitą publicystykę, a Zofia bywała młodocianą wolontariuszką do rozmaitych prac redakcyjnych. Współpracownicy "Głosu" oraz inni wybitni intelektualiści to jego najbliższe środowisko. Oto niektóre z tych nazwisk: Ignacy Radliński, Janusz Korczak, Cezary Jellenta, Maria Komornicka, Leo Belmont, Ludwik Stanisław Liciński, Antoni Bolesław Dobrowolski, Ludwik Krzywicki, Ignacy Matuszewski. Córka Nałkowskiego od wczesnej młodości przebywała w tym kręgu i obcowanie z tak świetnymi umysłami wpływało niewątpliwie na jej rozwój.

Wyniesiony z pozytywizmu kult nauki, rozumu, oświaty łączył Nałkowski z romantyczną wizją Ducha-Rewolucjonisty, Bojownika o przyszłość ludzkości. U końca wieku XIX, w przejawach schyłkowej kultury, w "dekadencji" wyczuwał niezwykle cenne zjawisko: narodziny człowieka "przeduchowionego", więc bardziej wrażliwego na zło epoki.

Programowy szkic Nałkowskiego Forpoczty ewolucji psychicznej i troglodyci, zamieszczony w książce wspólnej z Jellentą i Komornicką Forpoczty (1895), okazał się wczesnym manifestem modernistycznego przełomu. Autor wskazywał w nim doniosłe dla ogółu znaczenie jednostek "o przewadze życia wewnętrznego nad zewnętrznym, duchowego nad cielesnym, ludzkiego nad zwierzęcym, refleksyjnego nad czynnym [...]. Typy niemogące wyżyć w atmosferze pospolitości, tym bardziej podłości [...]"[6].

Nałkowski na różne sposoby kształtował umysł przemądrzałej nastolatki: "Zabawnie niepodobne są nasze rozmowy do owych tradycyjnych rozmów ojców z córkami" (Dz, t. 1, s. 108, 5 VII 1900). Czytał z nią i omawiał Zaratustrę Nietzschego. W swej publicystyce analizował głośne książki epoki: Amiela i Garborga (będą to również lektury pensjonarki Zofii), wynosił wysoko geniusz kobiecy w osobie fenomenalnej matematyczki, Zofii Kowalewskiej.

Córka podzieli jego gniew na prześladowców Dreyfussa, jej dziecinny wolterianizm to też echo domowych opinii. "Byłam z ojcem, z którym zbliżamy się coraz bardziej. [...] Widzę w praktyce różnicę między wartością pracy i kapitału, między rezultatem cnoty i rezultatem lawirowania. Bardzo wiele różnych rzeczy rozumiem" - oznajmiła w dzienniku (Dz, t. 1, s. 190-191, 2 VIII 1901). W rok później zaliczyła już siebie do takiego grona: "ludzie mądrzy i społeczni jak Dawidowie, Matuszewski, Sieroszewski" (Dz, t. 1, s. 259, 24 V 1902). Ojciec zatem wpoił przyszłej pisarce swój inteligencki dekalog, w którym głównym przykazaniem były demokratyzm i walka z krzywdą - ludzi i zwierząt, wolność ducha i wierność ideałom za cenę ubóstwa, które stawało się cnotą. Aksjomatem była równość przedstawicieli wszelkiego stanu, wiary, narodowości i rasy. Godny uwagi jest fakt, że po latach zaliczył Nałkowskiego do genealogii opozycji demokratycznej w PRL Bohdan Cywiński w książce Rodowody niepokornych (1971).

Nałkowska przyjęła zasady ideowe i nakazy etyczne ojca i nigdy od nich nie odstąpiła. Z czasem wyrzucała sobie jedynie, że nie dotrzymała kroku jego heroicznym zmaganiom i że nie dość broniła jego poglądów. Przełożyła przykazania ojca na swoją osobną, kobiecą batalię o reguły istnienia w patriarchalnym społeczeństwie, w którym odpowiedzią na bunt emancypantek i sufrażystek była przemoc władzy i agresywny mizoginizm Weiningera, a także koryfeuszy modernizmu.

Wybitne przyjaciółki. W tle dojrzewania życiowego i artystycznego oraz w całej biografii twórczej Nałkowskiej obecne były dwie niezwykłe osobowości kobiece, całożyciowe przyjaźnie pisarki. Pierwsza to znana od dzieciństwa[7] Helena, córka uczonego religioznawcy Ignacego Radlińskiego, przyjaciela Wacława. Z męża Boguszewska, została utalentowaną pisarką i społeczniczką. Odegrała ważną rolę w literackim życiorysie Nałkowskiej w okresie pisania powieści Granica. Druga z nich, pół-Francuzka, Zofia Villaume, córka kolegi Nałkowskiego z lubelskiego liceum, z męża Zahrtowa, obdarzona niezwykłą inteligencją i niewykorzystanym, a dużym talentem pisarskim, była stałą i bezcenną partnerką literackich i filozoficznych rozważań Nałkowskiej o świecie, o człowieku, o jego "braciach mniejszych" - zwierzętach. To z nią (jako Martą) bohaterka Kobiet, debiutu powieściowego Nałkowskiej, roztrząsa na żydowskim cmentarzu zagadki bytu i z nią młodziutka Nałkowska czytać będzie Próchno Berenta oraz upajać się trującymi urokami dekadentyzmu[8].

Wczesna twórczość. Zofia Nałkowska debiutowała prozą, nie mając jeszcze lat dwudziestu - małżeństwo, a więc wtajemniczenie erotyczne, oraz wybuch potencji twórczej nastąpiły równocześnie. Drukowała najpierw część pierwszą powieści, Lodowe pola ("Prawda" 1904, nr 5-13), a następnie dopisała części: W czerwonym ogrodzie i Pieśń miłości, dając książce łączny tytuł Kobiety (1906). Tytuł-manifest to oczywista aluzja do powieści Mężczyźni (1886, wyd. pol. 1901) norweskiego pisarza, orędownika emancypacji, Arnego Garborga. Powieść młodej autorki jest wielogłosową wypowiedzią o kobiecie "przejściowej", stającej się dopiero, szukającej formuły na swoją tożsamość. Pisarka otwarcie i zuchwale sprowadza ją do eksponowanej "płciowości" właśnie i dla niej domaga się praw. Porusza się jeszcze w kręgu tradycyjnej kobiecej egzystencji, zakreślonym przez miłość i małżeństwo. Wyznania, postulaty i manifesty uczestniczek debaty dotyczą prawa do "wolnej miłości" i swobody obyczajowej, wygłaszane są w mieszczańskim salonie i wśród bohemy. Kobiety są piękne, dekoracyjne i bardzo inteligentne, skłonne do filozoficznej refleksji. Roztrząsają zwłaszcza kwestię miłosnego rozdarcia między naturę, czyli swobodę instynktu, i kulturę, a więc fałsz i obłudę konwenansu tamującego szczerość i spontaniczność pożądania, wyznaczającego kobiecie rolę i formy zachowań dogodne dla mężczyzny. Jest tu także katalog męskich obyczajów erotycznych i pokaz "podwójnej moralności".

Młoda autorka wyobraża też sobie, że kobiety "z ludu", zwłaszcza pracownice, bliższe naturze, cieszą się większą wolnością w sferze życia płciowego. Tworzy zresztą szczególną bohaterkę-hybrydę, córkę murarza, pracującą jako buchalterka, zarazem strojną, wytworną i wysoce kulturalną damę, która do tego ma zadatki na wybitną uczoną. Suknie Janki są kostiumami stylu, tożsamością przybraną. "Kiedy próbuję rozebrać się kolejno ze wszystkich swoich stylów - nie pozostaje nic"[9] - mówi o sobie w błysku autoironii. Tu objawia się romantyczny dandyzm, ważny składnik młodzieńczej świadomości Nałkowskiej. Dandys jest ikoną stylu epoki, ale też twórcą swego wizerunku duchowego, który doskonali niczym artysta. Coś z tego autokreacjonizmu w pisarce pozostanie.

W pierwocinach bowiem kryją się zapowiedzi indywidualności pisarza, potwierdzane i rozwijane później. W Kobietach, tej paradzie secesyjnych póz i epatujących haseł młodocianej buntowniczki, jest takich zapowiedzi parę. Autorka czerpie tutaj ze swego dziennika jak ze "spiżarni literackiej", czyli z własnej biografii ("prawie wszystko ze mnie"[10]). Egzaltowane tyrady bohaterki i jej narcyzm korygowane są jednak przez współistniejącą w niej skłonność do chłodnej autoanalizy i refleksyjnego oglądu zdarzeń, znajdującą wyraz w aforystycznej formule. W tym jest już "cała Nałkowska".

Tytułowy temat, problem, wątek odnajdziemy w każdej książce Nałkowskiej jako ideę, obraz i pytanie, wciąż domagające się odpowiedzi. W debiucie jest zarys projektu nowej kobiety - w postaciach i w dyskursie. Nałkowska rozwinie go w następnych powieściach: Rówieśnicach, Narcyzie, Wężach i różach. Wyposaży w nich swoje bohaterki w indywidualizm, cechę epoki, nietzscheańską "wolę mocy", gdyż chcą władać - mężczyzną i sobą, w umiłowanie wolności. Ich posagiem i bronią są dwa nierozłączne atrybuty: piękno i rozum. Młodopolski estetyzm rozlewa się szeroko we wczesnej twórczości pisarki, wydaje się podstawą światopoglądu, nasyca opis każdej cząstki bytu. Najbardziej rozpostarł się w Wężach i różach, jakby na pożegnanie secesyjnego widzenia świata, a tylko w Księciu, powieści o rewolucji 1905 roku, zostaje potępiony. Wielbiące piękno kobiety Nałkowskiej są zawsze wybitnie inteligentne i samodzielne, przeważnie pracują. Sybarytyzm dobrze sytuowanych mieszczańskich dam oceniany jest krytycznie. Jedynie w Kobietach zapalczywość młodej autorki każe jej spostponować figurę emancypantki: kobiety wykształconej, pracującej, zarazem żony i matki, ideowej partnerki mężczyzny (Smiłowiczowa towarzyszyła mężowi na Sybir), bo... nie dość estetyczna. Stronnicza, niekonsekwentna, ale zbuntowana debiutantka postawiła niewątpliwie pierwszy krok ku ujawnieniu i zbadaniu tego, co współcześnie określa się jako kulturowy obraz płci (gender).

Jak na juwenilia, powieść napisana jest nader sprawnie, według wszelkich zasad młodopolskiej poetyki, opartej na "korespondencji" sztuk i przenikaniu się gatunków. Rezonerska dialogiczność kobiet wzięta jest z reguł dramatu, zdobnictwo i "nastrojowość" stylu - z poezji, opis - z malarstwa. Kobiece postacie, żeńskie wcielenia dandysa, z ich ekstatycznym umiłowaniem piękna, to odmiana młodopolskiego artysty. Kompozycja powieści, otwarta, amorficzna, złożona z ciągu scen, odtwarza być może kapryśną dynamikę życia wewnętrznego postaci. Narracja w pierwszej osobie podkreśla indywidualizm bohaterki.

Prymat doświadczenia wewnętrznego twórcy nad rzeczywistością, czyli hasło "nagiej duszy", owocował w literaturze Młodej Polski wielosłowiem "nastrojów" i głębinowych treści psychicznych. Przybyszewski orzekł: "Na początku była Chuć", streszczając w tym nauki Schopenhauera o poruszającej światem, ślepej i okrutnej Woli, tj. o przemożnej sile życiowego instynktu, popędu seksualnego. Indywidualizm, "wola mocy", "poza dobrem i złem", witalizm Nietzschego oraz naturalistyczne podglebie świadomości modernistycznej fin-de-si?cle'u to w największym skrócie zespół idei i konwencji artystycznych, z których czerpała najmłodsza adeptka polskiego dekadentyzmu.

W roku 1906 Nałkowska przeniosła się z mężem do Kielc, gdzie Rygier objął redakcję postępowego dziennika "Echa Kieleckie". Pisarka drukowała tam artykuły (m.in. Ruch kobiecy), przekłady i opowiadania (wejdą do tomu Koteczka, czyli białe tulipany, 1909). Działała też społecznie w stowarzyszeniu prowadzącym kursy dla analfabetów. Warto dodać, że od 1905 roku współpracowała z sekcją literacką powstałego na fali rewolucji polskiego Stowarzyszenia Równouprawnienia Kobiet.

W czerwcu 1907 przyjechała do Warszawy na I Zjazd Kobiet Polskich, by wygłosić "w imieniu kobiet najmłodszych" referat Uwagi o etycznych zadaniach ruchu kobiecego[11], równie epatujący jak jej powieść. Domagała się w nim równouprawnienia dla kobiecej seksualności i przewartościowania obłudnej etyki, stworzonej przez mężczyzn i dla ich wygody, potępiającej kobiety "upadłe", a milczącej wobec "ustroju prostytucji", który służy mężczyznom.

Przywołane wystąpienie, na owe czasy akt pionierskiej odwagi, wyprzedzało o pół wieku postulaty późniejszych feministek. Referat drukowany w "Krytyce" (listopad 1907) wywołał też ostrą polemikę na łamach tego pisma[12]. Sala zaś przyjęła owacyjnie to "słowo nowe, słowo śmiałe, słowo rewolucyjne"[13].

Po zjeździe Nałkowska nie wróciła już do Kielc. Opuścił je też wkrótce Rygier po przegranej walce z zacofanym "Obrzydłówkiem", jak nazwał ówczesne Kielce Żeromski. Dla młodej pisarki nastąpił okres wzmożenia weny twórczej, współpracy z wieloma czasopismami i publikowania kolejnych książek. Druga jej powieść, Książę (1907), porywa bohaterkę w wir krwawych wydarzeń rewolucji w Warszawie, co odmienia jej los i mentalność. Alicja, salonowa estetka, porzuca wygodny status mieszczańskiej żony, by dzielić życie i czyn rewolucjonisty.

Zalążkiem utworu był dwugłos autorski małżonków Rygierów, nowela Dalecy. (Kilka listów), drukowana w rewolucyjnym piśmie "Młodość" (1905/1906). Dało tu o sobie znać przeżycie pokoleniowe Nałkowskiej. Pisała tę książkę po klęsce rewolucji, umieściła ją więc w długim łańcuchu prób naprawy złego świata, ludzkiej "tęsknoty do słońca niewidzialnego". Już w tej książce z kunsztownej stylistyki i wysokich dywagacji wyłaniają się sceny pełne surowej prostoty i realizmu, a wśród nich przejmujący opis manifestacji robotniczej, zmasakrowanej przez szarżę kozacką.

Następna powieść, Rówieśnice ("Sfinks" 1908, wyd. książk. 1909), konfrontuje losy i wyposażenie duchowe dwóch szkolnych koleżanek. Hania Ułuska, mecenasowa, opłakuje właśnie miłosną klęskę. Małgorzata Olszanka, proletariacka córka, urzędniczka, działalność w ruchu robotniczym przypłaca aresztem, rewizją i utratą pracy; straciła rodzinę, nie ma szans na miłość, jest jedyną opiekunką najmłodszego "ostatniego brata", gruźlika, i sparaliżowanej ciotki. Dzieje się to w mrocznym czasie po zdławieniu rewolucji.

Tym razem narracyjne "ja" zmienia się w dwa odrębne punkty widzenia i dwa światy, symbol społecznego podziału. Posągowa wręcz postać walecznej i dumnej Małgorzaty, którą zasłużona działaczka ruchu kobiecego, Cecylia Walewska, nazwała "Antygoną naszych czasów"[14], służy tu do osądu moralnego i społecznego drugiej rówieśnicy, ale też świata w ogóle. Rzeczywistość Małgorzaty opisana jest z drapieżnym zmysłem obserwacji i zadziwiającą wiedzą o życiu "dołów" społecznych. Ta druga, mieszczańska dama, sybarytka, pogrążona bez reszty w zgryzotach miłosnych, zapomina o wykrztuszonej z trudem prośbie Małgorzaty o pomoc w znalezieniu pracy.

Rówieśnice są jednak tożsame wykształceniem, kulturą literacką, finezyjną inteligencją, wyrafinowanym stylem. Można by sądzić, że to rozszczepienie tej samej osobowości. Satyryczny obraz Hani Ułuskiej zmienia się, gdy autorka powierza jej filozoficzne rozważania o naturze miłości i śmierci oraz wyposaża w nadzwyczajną wrażliwość artystyczną. A także w kilka szczegółów z własnej biografii. Myśli pani Ułuskiej są niewątpliwie transpozycją poglądów Schopenhauera na nieubłaganą Wolę gatunku, która sprawuje władzę poprzez bliźniacze bóstwo: śmierć, a zwą się oba Eros i Tanatos[15]. Pisarka przejęła ponadto od gdańskiego filozofa kategorię współczucia, która każe wyrzec się egoizmu i pozwala utożsamić się z cudzym cierpieniem. To przypisuje Małgorzacie.

Wszystkie niewątpliwe estetyzmy Rówieśnic mają jednak swój rewers - mroczny, tragiczny i szpetny. Tu znów w poetyczność stylu wdziera się miejscami dosadna, zgrzebna prostota. Wydaje się, że biografia twórcza Nałkowskiej to swoisty Bildungsroman, tak szybki i godny podziwu był jej rozwój artystyczny i duchowy.

Rok 1909 przyniósł, prócz sukcesu Rówieśnic, dwa doniosłe wydarzenia. Autorka u boku ojca zeznawała na procesie Stanisława Brzozowskiego w Krakowie, ogłosiła też sprawozdania z posiedzeń sądu w "Społeczeństwie" (mutacji "Głosu")[16]. Ponadto rozstała się z mężem i osiadła na rok w Krakowie, czyli za granicą, bo w zaborze austriackim. Zarabiała na życie jako dame de compagnie (pani do towarzystwa) Flory Epstein, osoby bogatej, która później zabrała ją w podróż do Włoch.

Pobyt w Krakowie, gdzie cieszyła się sławą utalentowanej pisarki i pięknej kobiety, był dla Nałkowskiej podszyty dramatem. Musiała bowiem wyrzec się tajonego a wzajemnego uczucia do Edmunda Szalita, szwagra Brzozowskiego. Zapłaciła za to poważnym rozstrojem nerwowym. Zdobyczą tego roku stała się natomiast znajomość z wybitnym krytykiem, Karolem Irzykowskim, przychylnym recenzentem młodej autorki i świetnym partnerem intelektualnym. Jego eksperymentalna powieść Pałuba mogła w niejednym ją zaciekawić. Pisarka została też jedyną czytelniczką tajnego dziennika Irzykowskiego.

W Krakowie powstała czwarta z kolei powieść Nałkowskiej o młodej kobiecie, która jest znowu centralną świadomością utworu. Jej tytuł, Narcyza (1910, wyd. drugie 1911), znaczy podwójnie: to imię i psyche zakochana w sobie. Fabuła dostarcza jednak przewrotnej wykładni tytułu. Ciężkie doświadczenia życiowe bohaterki każą jej wycofać się z biegu istnienia do swego rodzaju pustelni własnego "ja". Kult piękna zostaje stąd wypędzony, świat naokoło jest bolesny i brzydki. Narcyza samotnie dźwiga i podtrzymuje byt swojej ziemiańskiej rodziny, grona bezwstydnych pasożytów. Opiekuje się też umierającym rewolucjonistą, Maksem, któremu z litości kłamie, że odwzajemnia jego uczucie. Jest to wątek autobiograficzny: prototypem tej postaci był Ludwik Stanisław Liciński, zakochany w Zofii pisarz, etnograf i uczestnik rewolucji, który po jej klęsce umierał na gruźlicę w szpitalu w Warszawie, potem w Otwocku pod opieką Nałkowskich. Powieściowy dylemat etyczny - kłamstwo ze współczucia - był również jej udziałem.

Miłość, dotychczasowy sens istnienia bohaterek Nałkowskiej, i tu zostaje zakwestionowana, zdegradowana do świadomej decyzji chwilowego zaspokojenia głodu ciała. W otoczeniu Narcyzy miłość to pasmo krzywd, cierpienia i poniżenia kobiet, choć to one są kariatydami bytu.

Wycofanie się z życia i miłości na "lodowe pola" duszy, czy do klasztoru samotnego wyobcowania, stanowi kodę każdej z przywołanych czterech powieści młodej Nałkowskiej. W ubocznym wątku Księcia Janka Dernowiczówna, bohaterka Kobiet, odrzuca pomyślny wariant swojej bezwzajemnej dotąd miłości z lęku przed spełnieniem. Odbiera sobie życie, za nic mając własne wybitne osiągnięcia naukowe. Związek Alicji z rewolucjonistą, choć szczęśliwy, finał ma tragiczny. Samotna Małgorzata całą siłę uczucia lokuje w chorym bracie, daremnie walcząc o jego życie. Ogołocona ze wszystkich dóbr tego świata ucieka w baśniowe marzenie suflowane przez zakochanego w niej przegranego bojownika rewolucji. W jej bezlitośnie twardym życiu nie ma miejsca na miłość, jest tylko bezsilne, gorzkie współczucie dla poniewierki prostego człowieka. Samobójstwo, obłęd, choroba jako stałe składniki egzystencji bardzo wcześnie naznaczają biografię powieściowych postaci Nałkowskiej.

W pierwszych książkach poprzez liryczne ekstazy, dywagacje estetyczne i wszelakie secesyjne pozy co i raz przebija się surowa i przeraźliwa prawda o życiu. Objawia się też mistrzowskie użycie realistycznego szczegółu w funkcji symbolicznej. Kontemplacyjna osobowość autorki skłania ją do filozoficznego dystansu wobec zgiełku rzeczywistości i do przenoszenia konfliktów życia w sferę uniwersalnego uogólnienia, paraboli. Czujny rozum uzbraja ją w sceptycyzm, dostrzega bowiem coraz sprawniej podszewkę czynów, sądów i zdarzeń. Jednak inteligencja emocjonalna pisarki kazała jej zawsze sprzymierzać się z cudzym cierpieniem. To zaś budziło potrzebę ingerencji w zastany, źle urządzony świat, instynkt społecznika. Prócz wskazań ojca miała oczywiście wzorce wśród pisarzy młodopolskich, którzy angażowali się w konflikty społeczne epoki. Poza wielkimi postaciami: Żeromskim, Wyspiańskim, Reymontem i Strugiem, autorem Ludzi podziemnych, był blisko umierający Liciński, który uzbroił ją na całe życie w gorzką definicję ojczyzny. Był Brzozowski i był Berent, literacki idol młodej Nałkowskiej, autor Próchna, biblii dekadentyzmu, oraz Oziminy, wielogłosowej debaty o Polsce w przededniu rewolucji.

Ostatnia powieść młodopolska. Z początkiem 1911 roku nagle i przedwcześnie umiera Wacław Nałkowski. Następne trzy lata wdowa i córki przebyły na Górkach, w żałobie, ubóstwie i chorobach. Dopiero jesienią 1911 Zofia powraca do literatury i pisze mozolnie ostatnią swoją powieść młodopolską, Węże i róże ("Sfinks" 1913, wyd. książk. 1915), jak również obszerną nowelę Noc podniebna (1911), która wejdzie do tomu opowiadań Lustra (1913).

W powieści przetworzyła pisarka swoje krakowskie przeżycia i doświadczenia w materię gęstą i ozdobną, pełną erudycyjnych odniesień kulturowych, modnych lektur, kolekcjonerskich osobliwości i dygresji o sztuce. Posłużyła się tu écriture artiste parnasistów[17], poetyką Flauberta i braci Goncourtów. Jednocześnie połączyła w tym utworze zgęszczoną jakby estetykę modernizmu z deklaracjami o ciekawości dla osób i spraw prostych i codziennych. W tym zespoleniu przeciwieństw umieściła też dwie odmienne postacie kobiece: tę z własnego, wyzywającego, młodzieńczego marzenia, piękną intelektualistkę, zbuntowaną przeciw swej rodzinie - bogatym żydowskim finansistom, Raissę, a na drugim biegunie kobietę zwyczajną, matkę niedorozwiniętego dziecka, niekochaną, zdradzaną żonę, Marusię. Ta pierwsza jest silna i śmiała, zdobna w egzotykę swej rasy, jakby była wcieleniem, esencją starotestamentowej tradycji wspaniałych cór Izraela. Ta druga dygocze z lęku przed światem i ludźmi, "mała i niemądra", naczynie ciężkiej nerwicy. Obie ponoszą klęskę. Raissa przystaje w końcu na aranżowane małżeństwo z obcym i obojętnym jej bogaczem, Marusia zabija swoje chore dziecko i sama topi się w czarnej wodzie kanału - stałym symbolu śmierci w prozie Nałkowskiej.

Osobliwa posada pisarki owocowała w powieści krytycznym obrazem środowiska żydowskiej finansjery, w którym wówczas przebywała (przypomnijmy: jako opłacana dama do towarzystwa). Autorka źle się czuła wśród tych posiadaczy, w świecie obcych jej wartości. Toteż sprowadziła je, zgodnie ze stereotypem, do kultu pieniądza ponad wszystko. Druk powieści w prasie zbiegł się nieszczęśliwie z falą wznieconych przez endecję i jej wodza, Romana Dmowskiego, "dzikich igrzysk antysemickich". Tak je Nałkowska nazwała, w specjalnej nocie[18] odżegnując się od jakichkolwiek skojarzeń żydowskiego wątku swej książki z obcą jej i wrogą ideologią rasistowskiej nienawiści.

Raissa jest w tej powieści przewodniczką po duszy żydowskiej, po jej skarbach i odwiecznych atawizmach. Ona też prowadzi malarkę Ernestynę na żydowski cmentarz i czyta jej sentencje nagrobkowe na macewach poznawanych wcześniej przez bohaterki Kobiet. Była wśród nich i ta rytualna fraza, którą pisarka przeniesie po dziesięcioleciach do swej ostatniej powieści: "Niech będzie dusza jego wpleciona w węzeł życia"[19].

Autorka obdziela sobą zarówno Marusię, jak i wyrafinowaną intelektualnie artystkę Ernestynę - jej "dziennik myśli" zawiera niejeden cytat z diarystyki Nałkowskiej (powieść-dziennik to zresztą jeden z gatunków prozy młodopolskiej) oraz bywa wykładnią poglądów bohaterki na sztukę. Intelekt, gwiazda przewodnia kobiet Nałkowskiej i ich stworzycielki, podlega tu estetyzacji, a ponadto staje się częścią wyznawczego projektu Ernestyny (i pisarki): pomyślnego splotu "intelektualnego albo naukowego uczucia". Co się przekłada na poetycką spójnię Węży i róż w symbolice tytułu.

W dzienniku malarki więcej jeszcze idei i myśli dotyczy przyszłej twórczości Nałkowskiej. To m.in. rozważania o formie, decydującym czynniku w interakcji ludzi, czyli o konwencjach i wzorach kultury kształtujących osobowość. W Granicy zostanie to nazwane schematami.

Autorka zaczynała Węże i róże (powieść poetycką, według Iwaszkiewicza) pod znakiem Dostojewskiego i jego "surowej prostoty", gwarancji trwania wśród przemijających mód. Stworzyła jednak malowidło jaskrawe, w którym dojmujący chaos istnienia, jego potworność i ból usiłowała powlec sztuką. A przecież można dostrzec w tym dziele pożytki z czytania rosyjskiego mocarza literatury, plonujące różnorako w późniejszych książkach Nałkowskiej. To polifoniczność narracji, krzyżujące się punkty widzenia zamiast jednej świadomości ogarniającej całość obrazu. To jedność przeciwieństw, oboczność dobra i zła w każdej osobowości, to wreszcie zagadka kryminalna symbolizująca mroczną tajemnicę egzystencji i głębin ludzkiej psychiki.

Już w pisanej wcześniej lirycznej etiudzie Powróć do domu swego (z tomu Lustra) błyska nieoczekiwane wyznanie: "To, co banalne i mierne, interesuje mię, jak wszelkie prawo. Wydaje mi się rzeczą zajmującą w faktach małych i powszednich odnajdywać wbrew oczekiwaniu splot doniosłych motywów [...]"[20]. Jest to oznaka wewnętrznego przewartościowania materii i form twórczości.

Recenzenci wczesnej prozy Nałkowskiej z niejakim zaskoczeniem definiowali to, z czym wchodzi ona do literatury: "Rzeczą nową - przynajmniej w literaturze polskiej - jest traktowanie kobiety jako istoty całkiem równej mężczyźnie"[21] (Leon Choromański), oraz: "Kobieta autorka na rozdrożu wieków psychicznych odrywa się od typów przeszłości kompletnym zintelektualizowaniem"[22] (Wilhelm Feldman).

W młodopolskich książkach, znakomicie przecież napisanych, których autorka niesprawiedliwie się wyrzekła[23], jak gdyby "właściwa" Nałkowska narodziła się dopiero po 1918 roku, warzyły się już, jak w retortach, najważniejsze składniki osobowości tej Arcykobiety. Przeniosła je do swej nowej prozy, przybrała w stylistyczną prostotę. One jednak pozostały w tych pierwocinach na świadectwo nowatorskich przeczuć idei i spraw dwudziestowiecznego świata oraz wartości wielkiego talentu, który ujął je w słowa. Z odepchniętej w dwudziestoleciu Młodej Polski wyłonili się przecież nowatorzy: Witkacy, Schulz, Gombrowicz, a także admirator wczesnej prozy autorki Węży i róż, Iwaszkiewicz.

Wojna. Legiony. Detonatorem przemiany w pisarstwie Nałkowskiej był niewątpliwie kataklizm dziejowy. Wstrząs świadomości spowodowany wybuchem Wielkiej Wojny, nazwanej później pierwszą światową, wynikał głównie z faktu, że było to doświadczenie zbiorowe. Indywidualizm młodego "ja" musiał się cofnąć przed naporem zdarzeń i przeżyć gromadnych i prymarnych. Pierwszym odruchem pisarki był akt udziału w miejscowym Komitecie Obywatelskim i zaproszenia do niego przedstawicieli ludności żydowskiej. Dzieliła ze zbiorowością głód, strach i wkrótce bezdomność, gdy front zbliżył się do wiejskiego domku Nałkowskich i zajęli go rosyjscy żołnierze. Zofia i Hanna wraz z matką koczowały w cudzym mieszkaniu w Warszawie. Jednak autorka bardziej niż własne i bliskich udręki odczuwała sercem i wyobraźnią cierpienia zbiorowe. Notowała w dzienniku wszelkie okropności wojny, mękę ludności cywilnej i żołnierzy. Szczególnie dotkliwa była dla niej świadomość rozdarcia Polaków między trzy zaborcze armie i przymusowej wskutek tego walki bratobójczej.

Od początku wojny zastanawiała się usilnie, jak dociec istoty tego zjawiska, źródeł takiego zła. Zapisała: "Psychologia wojny - nie to, o co się walczy" (Dz, t. 2, s. 350, 7 IX 1914). Podejrzewała, że w tych wybuchach niszczycielskich sił następujących w każdym narodzie i od wieków kryje się jakiś pierwiastek biologiczny. Była bliska Freudowskiego odkrycia popędu agresji i śmierci w człowieku. Wszystkie ideologie i patriotyczna edukacja do zabijania są tylko przesłoną kultury na tym pierwotnym barbarzyństwie. Tragedią walki o wolność jest to, że musi uruchamiać te ciemne moce, posługiwać się zatem "mieczem wroga". Przypomniała sobie definicję Licińskiego, dla niej wyczerpującą zagadnienie: "Ci, co w imię "ojczyzny i wiary" w ojczyznę i wiarę innych celowali"[24]. Uważała, że zło wojny nie jest czymś odrębnym od życia, że tylko nasila jego krzywdy i cierpienia. Wobec pogłosek o polskich oddziałach u boku Austriaków rozważała możliwość odrodzenia niepodległej Polski i myślała z goryczą, że będzie endecka i antysemicka.

Bolesnym wysiłkiem myśli wyrabiała sobie orientację wobec Legionów Piłsudskiego. Sądziła najpierw, że "to tylko m a n i f e s t a c j a", bo: "Wszystko jedno z kim, ważne jest, o co", skazana na klęskę. Trapiła się możliwymi skutkami militaryzacji kultury: "Jest to bowiem [...] wtłoczenie całego życia umysłowego i twórczego w jedną sferę historyczno-bohaterską, przywalenie myśli przez impet instynktu narodowego" (Dz, t. 2, s. 393, 24 VIII 1915). Nie chciała w to wejść, a nie mogła przecież stać z boku. Poddać swoje pisanie wytartej konwencji? Bo "czy na przykład o wojnie można pisać prawdę"? (Dz, t. 2, s. 350, 7 IX 1914) - pytała.

Wiedziała jednak, z jaką pogardą zachowawcze mieszczaństwo mówi o Legionach, a Piłsudskiego uważa za przywódcę bandytów i socjalistę. Kiedy wreszcie słyszy relacje samych bojowników, latem 1915 roku pojedynczo zjawiających się w Warszawie, gdy czyta pisma legionowe, do głębi serca przeżywa ich samotną mordęgę i rozdzierający smutek mimo dziarskich słów i brawury. Wtedy "rozpada się boleśnie na myśl i uczucie". Myśli o tym, by zgłosić się na sanitariuszkę do Legionów. Oceniała wysoko czyn legionowy, ale nie mogła wyzbyć się zastrzeżeń i obaw. Na spotkaniu z legionistami mąż jej odwiecznej przyjaciółki, Stefan Boguszewski, "twierdzi, że jedynym wyjściem z zawiłości obecnych jest urządzenie żydowskiego pogromu" (Dz, t. 2, s. 401, 14 IX 1915). Ten sam wątek pojawi się w styczniu 1916 roku, na kolejnym spotkaniu z legionistami:

Młody żandarm polowy, malarz prócz tego, z niewinnym, figlarnym cynizmem mówił, jak zdarza mu się wieszać Żydów (jednych za szpiegostwo, innych dla przykładu) i że to nie robi wrażenia, taka silna jest w człowieku ta rasowa nienawiść. Kiedy już wiszą, wówczas rysuje ich w swym szkicowniku. W duszy raz po raz odzywa się dziwny sentyment, że oto - po tylu latach - widzi się przecież swoich wojowników, a potem dreszcz odrazy, że są przecież tacy ostatecznie, jak inni.

[Dz, t. 2, s. 420, 16 I 1916]

Szczególnym przypadkiem życie dostarczyło Nałkowskiej literackiego akompaniamentu do rozterek ideowych. Jesienią 1915 roku powierzono jej wykłady dla dziewcząt mających zdawać "na ten zupełnie nowy uniwersytet". Mówiła im o polskim romantyzmie, bardzo na czasie. Jednak w eseju Obrona słów. Glossy do "Kordiana" ("Sfinks", 1916)[25] skonfrontowała "czyn" orężny i "słowo" poety, odnosząc się do ówczesnego kultu Czynu oraz postponowania myśli i słowa na jego korzyść. Dowodziła więc, że słowo i myśl to również czyn o doniosłości większej niż "amunicja lub pieniądz". "Bo te są martwe bez rozkazu i komentarza, a komentarze, umowa, konwencja, warunki - wszystko to są właśnie słowa, słowa, słowa..."[26].

Zamęt uczuć i sądów wobec wojny i polskich nadziei na wywalczenie niepodległości znalazł wyraz w opowiadaniach tomu pod znamiennym tytułem Tajemnice krwi (1917). Zawierał "obrazki" z własnej obserwacji: polscy rekruci do carskiej armii jadący na front, przemarsz śmiertelnie zmęczonych żołnierzy ulicami Warszawy, dysputa o wojnie toczona w salonie przez mędrkujących inteligentów. Tymczasem jednej z obecnych spłonął dom w wojennej pożodze, a właścicielka salonu właśnie odebrała wiadomość o śmierci na wojnie jedynego syna. Jest tu także relacja z rozmowy pisarki z rosyjskim oficerem stacjonującym na Górkach. Alegoria Tym żywi, że umrzeć mogą mówi o tej manifestacji wolności, jaką autorka widziała w czynie legionowym. Włączyła do tomu również nowelę Motywy, pisaną pod wpływem doniesień o wojnie na Bałkanach w 1912 roku.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki