Granica. Na krawędzi Europy - Kapka Kassabova

Reflow text when sidebars are open.
Lato 1984 roku, plaże na południu Bułgarii. Przyleciały już wszystkie ptaki, przyjechali też wczasowicze - ci, którzy wyglądali tak jak my, i ci egzotyczni, z jasnymi brodami, jaskrawymi ręcznikami plażowymi i aurą permisywizmu. Rozpalone niebo przesłaniały tylko polujące na odpadki mewy, które atakowały małe plastikowe tacki po chrupanych przez wszystkich słonych, smażonych szprotkach.
Podniosłam wzrok znad zapiaszczonych kartek książki napisanej przez ekscytująco amerykańskiego pisarza Jacka Londona. Sportretowany w Martinie Edenie bohater topi się, gdyż sukces literacki nie miał w kapitalistycznym świecie żadnej wartości moralnej. Moją ulubioną powieścią tego autora był Zew krwi - o przygodzie, która poszła nie tak, ale jakże podniecającej! Tęskniłam za przygodą. Jeśli popłynąć z tej plaży na południe - jak to robił mój ojciec, który potrafił zniknąć w morzu na parę godzin - i minąć ławice olbrzymich meduz oraz campingi słynące z nudystów i przedstawicieli bohemy, zupełnie niepodobnych do naszych nudnawych rodzin, lądowało się w Turcji.
Choć Turcja leżała na tym samym wybrzeżu Morza Czarnego, to jednak po drugiej stronie granicy, a tego, co zawierało w sobie słowo "granica" - nawet jego brzmienie wydawało się nieco kolczaste, jak gra-gra wydawane przez mewy - lepiej było unikać. Nawet ja to wiedziałam. Na przykład ucieczka do innego kraju to był wyjazd "za granicę", postawienie się poza nawiasem, skąd nie ma już powrotu. O tych, którzy wyjechali za granicę i nie wrócili, mówiło się, że wybrali wolność. Potępiano ich zaocznie, a ponieważ ich samych nie można było ukarać, cierpiały za nich ich rodziny. Spośród osób z mojego środowiska wyjechał tylko mąż mojej nauczycielki gry na fortepianie, którego zresztą nigdy osobiście nie poznałam. Był jednym z setek bułgarskich muzyków, którzy koncertując za granicą, wybrali wolność. Ceną, jaką za to płacili, było ryzyko, że już nigdy nie zobaczą swojego domu.
Kiedy zaczynało nam świtać w głowie, dlaczego ustanowiono tam granicę (aby ludzie tacy jak my nie mogli wyjechać), odkryciu temu towarzyszyło stałe, przypominające niestrawność poczucie graniczności. Miałam wtedy dziesięć lat i byłam już na tyle duża, by ogarnęła mnie namiętność, której obiektem stał się starszy blondyn przebywający z rodzicami na wakacjach. Przyjechaliśmy z Sofii, oni z Berlina, i przez dwa tygodnie rozkosznych męczarni szpiegowaliśmy się nawzajem z naszych ręczników plażowych. Łączyła nas woń kremu Nivea i tęsknota typowa dla okresu przed pokwitaniem. Wyszedł jednak ze mnie brak doświadczenia i kiedy już zdarzyło się, że stanął za mną w kolejce po lody, wysoki i piękny jak Apollo, nie mogłam przypomnieć sobie ani jednego słowa po rosyjsku - naszym wspólnym języku, którego uczyliśmy się w szkole. Płakałam przez cały dzień, kiedy wyjechał wraz z rodziną. To jasne, że byliśmy sobie przeznaczeni.
Żadne z nas nie mogło jednak wiedzieć, że plaża była czujnie lustrowana przez prawdziwych szpiegów. Najwięcej, i to żyjących w pewnym przepychu, można ich było znaleźć w pobliskim legendarnym Międzynarodowym Ośrodku Młodzieży, gdzie przez trzydzieści lat złota młodzież z krajów bloku wschodniego przyjeżdżała bawić się i szpanować podczas konkursów piękności, festiwali Neptuna i imprez muzycznych na plaży. Nie były to zwykłe plaże. Była to czerwona riwiera, okno wystawowe świata komunistycznego, jak po ojcowsku ujął to Chruszczow, zresztą święcie przekonany o tym, że "przyjaźń, którą darzą nas Bułgarzy, jest szczególnie żarliwa". Niemcy z NRD i RFN, Norwegowie, Szwedzi, Węgrzy, Polacy, Czesi i Słowacy przyjeżdżali tutaj, by balować w kurortach Złote Piaski i Słoneczny Brzeg, które powstały w latach sześćdziesiątych XX wieku i szybko stały się dla państwa głównym źródłem dochodu. Ponieważ była to turystyka w warunkach totalitarnych, wszystko było tutaj państwowe, nawet piasek. Zatrzymywaliśmy się w nielegalnie wynajętym pokoju w jednym z miejscowych domów - nielegalnie, gdyż zgodnie z prawem usługi hotelarskie mogły być świadczone wyłącznie przez obiekty państwowe. Nasze senne nadmorskie miasteczko nosiło nazwę Miczurin, nadaną na cześć rosyjskiego biologa, który zrewolucjonizował metody uprawy roślin. Panujący tu śródziemnomorski klimat sprawił, że okolicę wybrano na miejsce szalonego i typowego dla świata sowieckiego eksperymentu agronomicznego, w ramach którego naukowcy próbowali wyhodować eukaliptusy, kauczukowce, herbatę i mandarynki. To prawda, tutejsza żyzna ziemia rodziła orzechy i migdały, figi i winogrona, ale chodziło o to, by pokazać, że dojrzałe państwo socjalistyczne potrafi kontrolować wszystko - od biegu historii po zachowania mikroorganizmów.
Co drugi barman był tutaj na usługach bułgarskiej służby bezpieczeństwa, natomiast specjalnie przeszkolona "grupa operacyjna" złożona z przebranych za wczasowiczów agentów radzieckiego KGB, czeskiej StB i wschodnioniemieckiej Stasi miała oko na hedonistów. Miejscowi nazywali enerdowców "sandalarzami", bo w swoich sandałach i kostiumach kąpielowych wymykali się nocami z plaży do rosnących na gra-gra granicy ciemnych lasów Strandży.
Ci, którzy nie znikali w lesie, ruszali ku wybrzeżu w skafandrach nurków, z nadmuchiwanymi pontonami lub materacami, by powiosłować na południe do Turcji, bo ta wydawała się tak bliska, dopóki nie zniosło ich na otwarte morze. Po drugiej stronie pozbawionego przypływów i odpływów Morza Czarnego - którego wody poza natlenioną wierzchnią warstwą były w dziewięćdziesięciu procentach pozbawione tlenu - rozciągał się Związek Radziecki.
Tęskniłam za swoim niemieckim wybrankiem nieświadoma tego, że tę tęsknotę dzieliły ze mną inne osoby wylegujące się na plaży w poszukiwaniu towarzystwa - do przelotnej przygody, także męsko-męskiej, do wymiany partnerów, do małżeństwa. Do znalezienia sposobu na przekroczenie granicy. Od początku lat sześćdziesiątych czerwona riwiera stała się targiem ludzi, na którym najdrożej chodziła nie miłość, ale wolność. Najwyższą zaś ceną, którą wielu zapłaciło, było życie.
Spacer od plaży do granicy tureckiej zabierał dużo czasu, a po drodze trzeba było przejść przez zalesione, rzucające głęboki cień na słoneczne kurorty zbocza Strandży. O samej Strandży wiedzieliśmy tylko, że pełna była strumieni, rododendronów i gadów, a w jej wioskach odprawiano rytuał ognia, którego uczestnicy chodzili po żarzących się węglach. Ku ogólnej konsternacji państwo zakazało jego praktykowania poza urzędowo wyznaczonymi miejscami w rodzaju Międzynarodowego Ośrodka Młodzieży. Chodzący po ogniu też byli odgórnie wyznaczeni, tak samo jak tańczące niedźwiedzie, które przyprowadzali ze sobą ku uciesze gawiedzi. Innymi słowy, były to niedźwiedzie oficjalne. Do Strandży nie wpuszczano bez specjalnej przepustki wydawanej przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, noszącej miano otkrit list. Krótko mówiąc, nie dało się tam dostać.
- Dlaczego nie możemy pojechać do Strandży? - spytałam, gdy chłopak z Niemiec wyjechał i lody straciły smak.
- Nic tam po nas - odpowiedział ojciec.
- W lesie jest mnóstwo żołnierzy - dodała mama.
Wzdłuż całej granicy ciągnęło się ogrodzenie z podłączonego do prądu drutu kolczastego. Jeśli ktoś poszedł w tym kierunku, natykał się na ostrzeżenia sformułowane w dwóch głównych językach desperacji:
ВНИМАНИЕ ГРАНИЧНА ЗОНА!
ACHTUNG GRENZZONE!
Skoro jednak przedzierając się dniami i nocami przez las pełen gadów, ktoś dotarł na tyle daleko, by ujrzeć ten znak, dlaczego miałby zawrócić?
Jeśli niewinność polega na poczuciu, że świat jest bezpieczny i sprawiedliwy, to tamtego lata zaczynałam ją tracić. Dlaczego nie mogliśmy pojechać za niemiecką rodziną do Berlina? Dlaczego nie mogliśmy - albo nie mogli choćby ci Niemcy - udać się do Turcji, tak po prostu, wzdłuż wybrzeża? Dlaczego pewien Niemiec musiał przefrunąć nad granicą wypełnionym gorącym powietrzem balonem, jak głosiła miejscowa legenda, o ile miała w sobie coś z prawdy? Ponieważ mieszkaliśmy w więzieniu na świeżym powietrzu. Zaczęła we mnie kiełkować skłonność do melancholijnego buntu.
Sześć lat później "sandalarze" nie musieli wybierać się w aż tak daleką podróż, gdyż runął mur berliński. Nasza rodzina przekroczyła granicę, choć nie tę, tylko inną, umowną, nad Oceanem Spokojnym, w drodze do nowego życia w Nowej Zelandii - miejscu słynącym z zupełnie innych plaż.
Gdy wróciłam tam po trzydziestu latach, też było lato.
Na lotnisku w Burgas wzdłuż pasa startowego rosły rzędy winorośli, a w powietrzu unosił się zapach paliwa i rychłego seksu. Przyleciałam z Edynburga czarterem, samolot był pełen wytatuowanych facetów i mocno umalowanych kobiet wybuchających co chwilę głośnym śmiechem. Dotknęłam ziemi bułgarskiej w otoczeniu napalonych i podekscytowanych Rosjan, młodych i pryszczatych od buzujących w nich hormonów Skandynawów oraz bladych jak ściana rodzin z Północy. Wszystkich tych konsumpcyjnie nastawionych turystów zabierano potem z tego tętniącego życiem miasta portowego i upychano jak sardynki w Złotych Piaskach i Słonecznym Brzegu. Moja czerwona riwiera stała się radosnym piekłem globalnego kapitalizmu.
Wypożyczyłam samochód i pojechałam wzdłuż wielobarwnych jezior solnych Zatoki Burgaskiej. Zduszone krzyki pelikanów, kormoranów i zimorodków, woń dojrzewających fig i zakurzonego, pełnego pożądania lata pachnącego kremem Nivea, żurawie w porcie i gigantyczne statki wyglądające jak nieruchome miasta. Tu zaczynały się ciemne wzgórza Strandży.
Skręciłam w nieuczęszczaną nadmorską drogę, którą ostatni raz oglądałam przed trzema dekadami z tylnej kanapy naszej rodzinnej škody. Nim szosa odbiła w głąb lądu, zatrzymałam się w ostatniej położonej nad morzem miejscowości - sennym Miczurinie z czasów mojego dzieciństwa, który w międzyczasie wrócił do swej dawnej nazwy Carewo, przez co nie mogłam go przez chwilę znaleźć na mapie. Dla mnie miasteczko to na zawsze pozostanie Miczurinem. Dawno już zarzucono próby wyhodowania eukaliptusów i kauczukowców, więc naokoło rosły występujące tu naturalnie figowce, winorośle, orzechy włoskie i migdałowce. Wzdłuż prowadzącej do centrum ulicy siedzieli na taboretach miejscowi, którzy trzymali w rękach kartki z odręcznie napisanym ogłoszeniem: "Pokoje do wynajęcia". W czasach czerwonej riwiery groziłby im areszt jako "prywaciarzom".
Stanęłam przy zatoce i zjadłam talerz smażonych szprotek. Dzieci wskakiwały z okrzykiem do wody i wszystko smakowało łzami. Przyjechałam tu jednak dla niegdyś zakazanej Strandży, a nie dla morza. Zebrałam się w sobie i ruszyłam dalej.
Strandża - dość było w nią wjechać, a wokół zamierał ruch i wszystko opanowywała zieleń. Droga była dziurawa i otoczona godną dżungli roślinnością, las pełen omszałych wykrotów i megalitycznych świątyń skalnych służących niegdyś kultom dionizyjskim. Minęła mnie tylko para Cyganów na furmance. Jak gdyby nigdy nic oślepili mnie uśmiechem swoich złotych zębów.
Przede mną szła stępa czwórka nieosiodłanych karych koni, które na dźwięk silnika zerwały się do galopu. Rozdzieliły się, by przepuścić samochód, a potem połączyły z powrotem jak w jakimś niemym filmie.
Kierowałam się do położonej w dolinie przygranicznej wioski, gdzie chciałam się zatrzymać na dłużej, by pokręcić się po okolicy. Zwiedziona nierównościami asfaltu i powyginanymi znakami drogowymi, które prowadziły na manowce, ostatecznie się zgubiłam. Kiedy zatrzymałam się na pustej drodze, by wyciągnąć z bagażnika butelkę wody, usłyszałam trzask gałązek. Ruszyłam sprawdzić, co to było; to nigdy nie jest dobry pomysł. W lesie poczułam, że coś zaczyna mnie osaczać ze wszystkich stron. Do nosa i ust zaczęły wlatywać mi muszki, więc rzuciłam się z powrotem do samochodu i o mało co nie nastąpiłam na splecione w kłębek żmije. Pojechałam dalej, trzymając kierownicę spotniałymi dłońmi.
Z biegnącej wysoko drogi otwierały się oszałamiające widoki. To było jak policzek, który zwala z nóg. Aksamitne zawroty głowy, pofałdowany świat, jakby trzeba było dać nurka, by wyłonić się po drugiej stronie otchłani.
Wydawnictwo Czarne sp. z o.o.
czarne.com.pl
Sekretariat: ul. Węgierska 25A, 38-300 Gorlice
tel. +48 18 353 58 93, fax +48 18 352 04 75
mateusz@czarne.com.pl, tomasz@czarne.com.pl
dominik@czarne.com.pl, ewa@czarne.com.pl
edyta@czarne.com.pl
Redakcja: Wołowiec 11, 38-307 Sękowa
redakcja@czarne.com.pl
Sekretarz redakcji: malgorzata@czarne.com.pl
Dział promocji: ul. Marszałkowska 43/1, 00-648 Warszawa
tel./fax +48 22 621 10 48
agnieszka@czarne.com.pl, dorota@czarne.com.pl
zofia@czarne.com.pl, marcjanna@czarne.com.pl
magda.jobko@czarne.com.pl
Dział marketingu: lukasz.sobolewski@czarne.com.pl
Dział sprzedaży: piotr.baginski@czarne.com.pl
agnieszka.wilczak@czarne.com.pl, honorata@czarne.com.pl
Audiobooki i e-booki: anna@czarne.com.pl
Skład: d2d.pl
ul. Sienkiewicza 9/14, 30-033 Kraków
tel. +48 12 432 08 52, e-mail: info@d2d.pl
Wołowiec 2019
Wydanie I
Zdarzyło się to w połowie podróży. Serpentyna wiła się wysoko zboczem przełomu rzeki w leżących na granicy grecko-bułgarskiej Rodopach, a gdy droga skończyła się na szczycie, przede mną pojawiła się ostatnia widmowa wioska z rzeźbionymi oknami domów i wyschłym, cembrowanym kamieniem źródłem. Nikt już tam nie mieszkał. Dalej ciągnęła się porastająca ziemię niczyją dąbrowa. Wydaje nam się, że możemy przejść przez życie, doświadczając rzeczy niesamowitych tylko w kinie, ale w tej wiosce coś sprawiło, że serce zamarło mi z przerażenia. Nadal nie wiem, czy było to rzeczywiste, ale uczucia temu towarzyszące wciąż rezonują w moim ciele.
Przybyłam do tego zapomnianego zakątka gór, szukając czegoś, i trafiłam na to. Może o to mi właśnie chodziło. W każdym razie zaczęłam nagle zbiegać w dół doliny lasem pełnym dzików i stromych skał. W promieniu dwudziestu kilometrów nie było żywej duszy, a bezlitosne słońce paliło mi głowę niczym wyrok za jakąś dawną zbrodnię.
Tam w górze pomiędzy szczytami było urwisko nazywane Sądem. Zrzucano stamtąd ciała w otchłań czasu, który ciągnął się od pierwszych ofiar z ludzi składanych przez Traków aż po koniec zimnej wojny. Biegłam jednak w przeciwnym kierunku - w dół, ku najbliższej opustoszałej wiosce, odległej, jak zresztą wszystko, co potrafiłam zrozumieć.
Poczucie, że nie było to nic stricte osobistego, że nie było to tylko moje przerażenie, wydaje się z perspektywy czasu na miejscu. Odbierałam częstotliwości, na których góra emitowała zawarte w sobie wydarzenia. Nie były to częstotliwości naturalne, tylko graniczne - częstotliwości lasu pooranego inicjałami tych, którzy w XX wieku byli młodzi i zdesperowani. Przybyłam tu, by poznać ich historie, ale czy rzeczywiście byłam na to gotowa?
Mówiono mi, że ludzie i rzeczy potrafią tutaj znikać, ale tak naprawdę nigdzie stąd nie odchodzą. Czułam to jak czyjąś obecność tuż za plecami. Choć była pełnia, górę Orfeusza spowił mrok. Dotarłam do odnogi rzeki i zatrzymałam się, by się napić. Lodowata woda ścięła mi gardło. Wiedziałam, że źródło rzeki nazywanej po bułgarsku Mesta, a po grecku Nestos znajduje się po drugiej stronie, w najwyższym paśmie górskim Półwyspu Bałkańskiego, a ona sama toczy swe wody jeszcze przez dwieście trzydzieści cztery kilometry, by ostatecznie ujść do Morza Egejskiego, ale jak tego rodzaju informacje mogły pomóc komuś w potrzebie? Tutaj nie była to zwykła rzeka. Niedaleko znajdowała się przepastna jaskinia skrywająca w sobie wodospad Diabelskie Gardło, gdzie wedle tradycji Orfeusz zstąpił do podziemia. Ponoć ktokolwiek i cokolwiek tam trafi, zostanie tam na zawsze, tak jak ostatnia wyprawa speleologów - mężczyzna i kobieta, którzy zniknęli w jaskini w latach siedemdziesiątych XX wieku. Nawet Orfeusz, jedyna istota żywa, której udało się na powrót wynurzyć z tego chtonicznego królestwa, ostatecznie został rozszarpany przez rozwścieczone menady. Jego głowę wrzuciły potem do rzeki Ewros, której bieg przed ujściem do Morza Egejskiego liczy jeszcze czterysta osiemdziesiąt kilometrów. Jakie było jego przewinienie? Pod koniec życia złamał zasadę lojalności, przekroczył dwie niebezpieczne granice, przechodząc od swego dawnego mentora i boga nocnych misteriów Dionizosa na stronę solarnego boga Apolla, oraz od miłości do kobiet ku miłości do mężczyzn. Naruszanie granic bywa groźne nawet dla bogów, nie wspominając o śmiertelnikach.
W dole rzeki spotkałam kobietę i dwóch mężczyzn ładujących do małej łódki chleb. Dziesiątki bochenków. Mieli długie włosy i twarze jaśniejące radością. Mój strach rozwiał się i zamiast niego poczułam zachwyt. Zaproponowali, że przewiozą mnie na drugi brzeg. A tam, po przeciwległej stronie...
Ale o tym później.
Czym zatem jest granica, skoro jej słownikowa definicja zawodzi? To coś, co niesiesz w sobie bezwiednie, dopóki nie trafisz w miejsce takie jak to. Krzyczysz w otchłań, której jedna ściana jest jasna, a druga tkwi w mroku, zaś echo zwielokrotnia życzenie, zniekształca twój głos i niesie go do odległej krainy, w której być może już kiedyś byłeś.
To opowieść o ostatniej europejskiej granicy. To tam schodzą się i rozchodzą Bułgaria, Grecja i Turcja, a granice zachowują swoją istotę. Tam też zaczyna się coś, co uważamy za Europę, i kończy coś innego, co niezupełnie jest Azją.
Tak mniej więcej wygląda geografia tego miejsca, ale mapa może nas zaprowadzić zaledwie na skraj pradawnego lasu, który żyje poza czasem, zaludniony przez cienie. Tam właśnie stawałam na drogach, prowadzących donikąd. Być może wszystkie granice brzmią na falach podświadomości - ostatecznie to tutaj materia rzednie. Jednak to pogranicze rozbrzmiewa szczególną syrenią nutą i wyróżnia się w trojaki sposób. Po pierwsze, chodzi o niezałatwione sprawy jeszcze z czasów zimnej wojny. Po drugie, to jedna z najgłuchszych dziczy w Europie. Po trzecie wreszcie, od samego początku istnienia kontynentów tutaj było miejsce ich styku.
Wraz z moimi rówieśnikami z Europy Wschodniej dorastałam w czasach, gdy upadał mur berliński. Granica rzucała cień na moje dzieciństwo, które spędziłam w Bułgarii schyłkowej fazy epoki "socjalizmu z ludzką twarzą", jak głosił ów nieszczęsny slogan. Dość naturalne było zatem, że granica szybko zaczęła mnie pociągać. Kiedy raz znajdziemy się blisko niej, nie sposób się jej oprzeć; rodzi pragnienie poddania się egzorcyzmom lub transgresji. Sama jej obecność jest jak zaproszenie. No chodź, szepce, przekrocz tę linię. Jeśli się ośmielisz. Przekraczanie jej, w słońcu lub pod osłoną nocy, to zrośnięte w jedno strach i nadzieja. A gdzieś oczekuje przewoźnik z zasłoniętą twarzą. Niektórzy umierają, przekraczając granicę lub tylko zbliżając się do niej. Szczęśliwcom przypadają w udziale ponowne narodziny już po drugiej stronie.
Pilnie strzeżona granica zawsze wiąże się z agresją: to tutaj władza nagle się ucieleśnia, zyskuje wręcz ludzką twarz, określa swoją ideologię. Jedną z najoczywistszych doktryn związanych z granicami jest nacjonalizm - granica ma oddzielać jedno państwo narodowe od drugiego. Jednak jej bardziej podstępna forma jest w praktyce centralistyczna - to przekonanie, że ośrodek władzy może z oddali bezkarnie wydawać rozkazy, które składają peryferia w ofierze, a wszystko, co pozostaje poza polem widzenia centrum, jest nieistotne. Strefy przygraniczne zawsze są peryferiami i zawsze lokują się poza zasięgiem wzroku centrum.
Dziwna sprawa, ale bodźcem do wyruszenia w tę nadgraniczną podróż stał się pobyt w pozbawionym granic kraju. Mieszkam w wiejskiej Szkocji, która stanowi pewnego rodzaju peryferia dla uznających za centrum "pas centralny" z Edynburgiem i Glasgow, a jeszcze bardziej dla tych, którzy swój główny punkt ciężkości mają w Londynie. Szkocja od wieków jest ziemią różnorodności i wolności, wysp i ekscentryzmu. Jednak i tutaj rozpoczyna się już era korporacyjnej biurokracji z ludzką twarzą i każdego dnia na żyjące swoim życiem społeczności nakładane są kolejne centralistyczne przepisy, następny las znika, by ustąpić miejsca kamieniołomom, elektrowni wiatrowej o pozostających w bezruchu łopatach czy olbrzymim słupom wysokiego napięcia z drutami, którymi nie płynie prąd. Pełne uroku dzikie zakątki zmieniają się w pustynie subsydiowanego zysku. Przyglądając się bezwzględnej sile demolującej Highlands, poczułam ciekawość moich rodzinnych bałkańskich peryferii. Chciałam zobaczyć, co się tam działo dwadzieścia pięć lat po moim wyjeździe.
Jeśli wprowadzimy rozróżnienie na twarde i miękkie granice administracyjne, to ta opisywana w tej książce ma w sobie twardość półwiecza zimnej wojny - Bułgaria na północy oraz Grecja i Turcja na południu wyznaczały linię graniczną między wchodzącymi w skład bloku wschodniego państwami Układu Warszawskiego a krajami Zachodu zgrupowanymi w Sojuszu Północnoatlantyckim. Krótko mówiąc, to była najdalej na południe wysunięta flanka żelaznej kurtyny, zalesiony mur berliński, na który cień rzucały armie trzech państw. Potrafiła być zabójcza, po dziś dzień wywołuje zresztą ukłucie strachu.
Obecnie granica grecko-bułgarska zmiękła wskutek wspólnego członkostwa w Unii Europejskiej. Linie podziału między Turcją a Bułgarią oraz Turcją a Grecją straciły swoją dawną twardość, ale zyskały równocześnie na ostrości: jej przejawem są zasieki z drutu kolczastego, które mają zatrzymać falę imigrantów z Bliskiego Wschodu. Zdarzyło mi się być na miejscu, gdy ich napływ zaczął przypominać krwotok. Globalne migracje i globalne wznoszenie barykad, nowy internacjonalizm i stare nacjonalizmy - to systemowa choroba w samym sercu naszego świata. Przenosi się z jednych peryferii na drugie, gdyż nie ma już miejsc odosobnionych. Przynajmniej dopóty, dopóki nie zgubimy się w lesie.
Jednak pierwotny emocjonalny impuls stojący za decyzją o ruszeniu w tę podróż był prosty: chciałam odwiedzić zakazane miejsca swojego dzieciństwa, niegdyś zmilitaryzowane przygraniczne wioski i miasta, rzeki i lasy, które były niedostępne dla dwóch pokoleń zwykłych śmiertelników. To był bunt przeciwko temu, że przez tak długi czas byliśmy uwięzieni za żelazną kurtyną jak jakieś niekochane psy. Powodowała mną też ciekawość; chciałam spotkać się z ludźmi zamieszkującymi terra incognita. Pochodzące z V wieku przed naszą erą słowa Herodota: "O Europie zaś widocznie nikt nie wie, zarówno co do jej części położonych na wschód jak i na północ, czy jest oblana morzem"[1], równie dobrze mogłyby odnosić się do tej części kontynentu na początku XXI wieku naszej ery. Kiedy wyruszałam, współdzieliłam zbiorową nieznajomość tego regionu nie tylko z mieszkańcami odległych od niego zakątków Europy, ale także z mieszczańskimi elitami tych trzech graniczących ze sobą państw. Dla tych, którzy tam nie mieszkają lub nie bywają, granica ta jest jak obcy kraj, trochę jak przeszłość, gdzie wszystko działa nieco inaczej.
Ilekroć przychodzi mówić o Bałkanach, nie sposób nie odwołać się do zużytego, starego toposu mostu, ale też nigdzie indziej nie jest on tak jawnie prawdziwy jak właśnie tam, w tej funkcjonującej na co dzień bramie między tym, co zwykliśmy nazywać Wschodem i Zachodem.
Zakrawa na paradoks, że pozostają one ukrytą fałdą globalnej matrycy. Część z przemierzonych przeze mnie miejsc jest tak piękna, że może przyprawić o zawał serca, choć pojawiają się tam tylko botanicy, ornitolodzy, przemytnicy, kłusownicy, herosi i zagubione dusze. Przede wszystkim jednak są tam miejscowi.
Powiadają, że historię piszą zwycięzcy, ale według mnie robią to przede wszystkim ci, których nie było na miejscu, co zresztą często wychodzi na to samo. Odczuwałam żywotną potrzebę: spojrzeć w oczy tym, którzy tam żyją, wysłuchać ich opowieści, zjeść z nimi posiłek i nauczyć się paru nowych słów. Jak to jest mieszkać na pograniczu tak naznaczonym starożytnymi i nowożytnymi mitami, tak psychicznie namagnetyzowanym? Nikomu z nas nie uda się uciec przed granicami - między nami samymi a innymi, miedzy zamierzeniem a czynem, śnieniem a przebudzeniem, życiem a śmiercią. Być może ludzie pogranicza mogą powiedzieć nam coś o przestrzeniach pośrednich.
Podróż, którą tu opisuję, jest okrężna i śledzi kontury naturalnych królestw strefy przygranicznej. Zaczęłam ją na brzegu Morza Czarnego, na skraju tajemniczych zboczy Strandży, gdzie spotykają się prądy śródziemnomorski i bałkański. Następnie udałam się w dół na przygraniczne równiny Tracji z jej szlakami pełnymi ruchu i handlu. Potem przemierzyłam przełęcze Rodopów, gdzie z każdym szczytem związana jest jakaś legenda, a żadna wioska nie jest tym, czym się na pierwszy rzut oka wydaje. Podróż zakończyłam po lustrzanej stronie początku, czyli na Strandży i Morzu Czarnym.
Zmienione zostały wszystkie - z paroma tylko wyjątkami - imiona i nazwiska, czasami także łączyłam w jedno szczegóły topograficzne lub biograficzne, chcąc zachować prywatność bohaterów lub płynność narracji. Bogata przyroda regionu zasługuje na szersze omówienie, ale skupiłam się na historiach ludzi. W nich bowiem granice - widzialne i niewidzialne, twarde i miękkie - są wszechobecne, a starodawna dzicz, która poprzedza je wszystkie, jest chtoniczna. Być może jest tak dlatego, że ta granica wciąż jest ziemią; starałam się oddać ją wiernie, wraz z zasiedlającymi ją ludźmi i duchami.
Kapka Kassabova
Highlands, Szkocja
Najdalej wysunięte na południowy wschód pasmo górskie Europy. Powierzchnia: dziesięć tysięcy kilometrów kwadratowych. Wiek: trzysta milionów lat. Łańcuch zaczyna się na wschodzie przy Morzu Czarnym i opada na zachodzie ku równinom Tracji. Uformowały go nachodzące na siebie płyty kontynentalne, których ostatnim tworem jest Bosfor. Kaniony rzek Strandży ukształtowane zostały przez ciągle obniżający się brzeg Morza Czarnego. I choć najwyższy szczyt pasma ma zaledwie tysiąc trzydzieści jeden metrów, człowiek czuje tutaj, że jest blisko gwiazd - zbyt blisko. Po tureckiej stronie nazywają to pasmo Y?ld?z, gwieździstym.
Ponieważ Strandżę ominęła ostatnia epoka lodowcowa, jest ona siedliskiem roślin pochodzących z trzeciorzędu, niczym położone na świeżym powietrzu muzeum, w którym występują gatunki reliktowe, w tym stary dobry Rhododendron ponticum sadzony również w innych częściach świata, ale tylko tutaj występujący nieprzerwanie od początku ery kenozoicznej. W tym raju ptaków, płazów i ssaków, w którym żyje też ponad dwadzieścia gatunków gadów, jedno jest pewne: choć ludzi nie ma tu zbyt wielu, nigdy nie jest się w lesie samotnym.
W Strandży wciąż znajdują się megalityczne miejsca kultu i inne tajemnicze pamiątki po starożytnych Trakach, którzy pozostawili po sobie niepisane świadectwa obecności. Z kolei nieliczne przetrwałe do dzisiaj sporządzone przez nich teksty są enigmatyczne, jak na przykład pochodzący z II wieku przed naszą erą przyjazny napis na kamieniu, głoszący w grece: "Gościu, który tu zawitałeś, miej się dobrze". Dla antycznych Greków to Trakowie byli obcymi, czyli "z dala świeżo przybyłymi"[3], jak napisał o nich Homer w Iliadzie, choć plemiona te zamieszkiwały te tereny od IV tysiąclecia przed naszą erą. Jednak dopiero około połowy II tysiąclecia przed naszą erą stały się one spójną etnicznie społecznością. Homer był pierwszym, który wzmiankował Traków i napisał o ich królu Resosie oraz jego wojsku walczącym podczas wojny trojańskiej u boku Trojan - miał on konie "bielsze niż śnieg, a w rozpędzie od lotnych wichrów śmiglejsze"[4], rydwan złotem i srebrem zdobiony i zbroję, co "nie nosić nam takiej, ludziom śmiertelnym, nieśmiertelnemu jedynie bogu powinna by służyć"[5]. Do złota przyjdzie nam jeszcze powrócić.
Przed XIV wiekiem naszej ery, kiedy pojawili się Turcy seldżuccy, przez Strandżę przebiegała granica bułgarsko-bizantyjska, a gdzieś w górach znajdowała się Paroria, zespół klasztorny wielkiego pustelnika Grzegorza z Synaju. Jego kwietystyczna filozofia hezychazmu położyła podwaliny pod specyficzną formę modlitwy psychosomatycznej, która podobna była do medytacji ekstatycznej. Jednak Paroria znikła bez śladu.
Wieśniacy ze Strandży tradycyjnie mówili po bułgarsku i grecku. Utrzymywali się z młynarstwa, wyrębu, wypalania węgla drzewnego i budowania łodzi, ale największym bogactwem tych gór były złoto i inwentarz żywy. Za czasów imperium osmańskiego (XIV-XX wiek) Strandża cieszyła się szczególnym statusem - stanowiła własność rodziny sułtana, przez co była niemal całkowicie zwolniona z płacenia podatków i nie wolno było osiedlać się w niej obcym. Rzeczywiście, od czasów antycznych aż po wojny bałkańskie (1912-1913) ludność Strandży żyła w izolacji. Dziś pasmo to dzieli granica bułgarsko-turecka, a po obu jej stronach mieszka w sumie około ośmiu tysięcy osób.
Wracając do złota. Trakowie, którzy bardzo je lubili, intensywnie je wydobywali w Strandży, a poszukiwacze skarbów i archeolodzy wciąż znajdują nadzwyczajne artefakty wykonane z czystego złota. To na tym pontyjskim wybrzeżu około 4600 roku przed naszą erą pochowano na nekropolii warneńskiej ciało osoby noszącej pierwszą w dziejach ludzkości złotą biżuterię. Z antycznych kopalń pozyskiwano także - szczególnie przed wojną trojańską - srebro, miedź i rudę żelaza, a miejscowe kamieniołomy były bogatym źródłem marmuru. Powiada się, że Strandża jest olbrzymim kawałkiem sera szwajcarskiego, pełnym starożytnych tuneli i zapieczętowanych podziemnych sekretów.
Taka wiedza wydawała mi się dobrym punktem wyjścia - przynajmniej do czasu, aż pojawiłam się w Wiosce w Dolinie.
Wioska w Dolinie leżała na końcu drogi. Schodziło się do niej lasem mieszanym, który był najstarszym rezerwatem na Bałkanach. W zielonkawym świetle pojawiały się i znikały pyski jeleni, a dzięcioły wystukiwały swoje zakodowane wiadomości.
Wynajęłam od nieobecnych na miejscu właścicieli niedawno postawiony dwupiętrowy dom na skraju wioski. Sąsiednie dwa zabudowania były opuszczone, a w ich ogrodach gęsto było od zdziczałych drzew owocowych, z których spadały do mojego ogródka złote gruszki. Każdego ranka przez trawnik przechodził żółw, by o zmierzchu wrócić tą samą drogą. Trzystuletnie puste drewniane domy miały dziwne, przesuwne dachówki, dzięki którym można było wpuścić do wnętrza światło albo podglądać sąsiadów.
Do lat dziewięćdziesiątych XX wieku mieszkało tutaj dwa tysiące osób, teraz zostało tylko dwieście. Szkoła z porozbijanymi szybami w oknach stała pusta, podobnie jak piekarnia, sklep spożywczo-przemysłowy i budynki wojskowe. Meandrująca obok wioski rzeka wylewała dwa razy w roku i aż do XX wieku mieszkańcy przestrzegali zwyczaju sięgającego jeszcze starożytnego Egiptu: zbierali żyzne osady rzeczne przy pomocy materiału rozpiętego na rosnących na brzegach orzechach włoskich. Same drzewa wciąż jeszcze stały, a ich gałęzie ciężkie były od owoców w zielonych łupinach.
Wioska swoją nazwę zawdzięczała greckiemu kupcowi, który ją założył. Jej mieszkańcy mówili po grecku aż do wojen bałkańskich, kiedy miliony osób straciły swoją małą ojczyznę, a niektórych spotkał jeszcze gorszy los. W zamian zasiedlali na obcej ziemi puste domostwa z jeszcze ciepłą pościelą. W tej niewesołej karuzeli nazywanej "wymianą ludności" greckojęzyczni mieszkańcy wiosek leżących w pobliżu Morza Czarnego przenieśli się pod Saloniki, a na ich miejsce nadciągnęli bułgarscy uchodźcy z Turcji. Z kolei do Turcji wygnano muzułmanów z obu tych krajów. Ta katastrofa humanitarna była tylko jedną ze zwrotek długiego trenu po imperium osmańskim.
Olśniewająca cerkiew, niegdyś pod wezwaniem lokalnych świętych opiekunów Konstantyna i Heleny, górowała nad wsią swoją drewnianą dzwonnicą. W środku pozostały ikony nietknięte od chwili, gdy sto lat temu uciekli stąd Grecy, zostawiając mimowolny prezent dla bułgarskich przybyszów. Wkrótce potem świątynia stanęła w ogniu. Wieśniacy przyglądali się pożarowi, aż w pewnym momencie usłyszeli ludzkie krzyki, więc wbiegli w płomienie. Wewnątrz nie było jednak nikogo, to krzyczały ikony.
Za moją uliczką były już tylko stare ścieżki i zalesione wzgórza, które ciągnęły się aż do granicy tureckiej. Nocami pod wioskę podchodziły szakale i szczekały. Odpowiadały im miejscowe psy, tworząc piekielną kakofonię. Nie mogłam usnąć, usiadłam więc na balkonie i wpatrywałam się w żółte oczy świecące na granicy lasu. Szerszenie wielkości wróbli przypuściły atak na dom, więc zbijałam je rosyjskimi książkami w twardych oprawach, które wzięłam z półki, bo jak mówili mi tutejsi, użądlenie tych owadów może zabić. Wojna i pokój okazała się idealnym wyborem.
Moim najbliższym sąsiadem z naprzeciwka był bardzo wysoki były mistrz koszykarski. Po stracie żony i syna spędzał lato w starym domu rodzinnym, którego ogród był jednak równie zaniedbany jak pozostałe we wsi. Jego twarz rozjaśniła się na mój widok.
- Pani też zakochała się w Strandży? - zapytał, nie oczekując odpowiedzi. - Zobaczy pani, zostanie pani jeszcze tydzień i nie będzie pani mogła wyjechać. Albo wyjedzie stąd pani i zachoruje z tęsknoty. Te góry tak mają.
Roześmiałam się przedwcześnie.
Główny plac wioski wyróżniały dwie rzeczy. Pierwszą z nich był wkopany w ziemię kamienny krąg. Raz na rok, podczas wiejskiego targu nazywanego panagir, rozpalano w nim ognisko i czciciele ognia, zwani nestinari, chodzili z ikonami w dłoniach po rozżarzonych węglach. Drugą była kawiarnia, gdzie wymieniano się plotkami. Wszyscy nowo przybyli musieli się w niej pojawić, w tym zmierzający do Stambułu turyści, których mylnie zwabiła w to miejsce nawigacja satelitarna (była to najkrótsza droga prowadząca w linii prostej do Turcji). Miejscowi nazywali ten lokal Disco, ponieważ w piwnicy znajdowała się metalowa rura umocowana pośrodku czegoś, co służyć miało jako parkiet, choć nigdy nie widziałam, żeby ktoś tam tańczył.
Właścicielami było tutejsze małżeństwo: Blago, gadatliwy grubas o małej twarzy, oraz szczupła i zazwyczaj milcząca Minka. Stawiała na stole zamówiony posiłek, mrucząc tylko fatalistycznie "smacznego". Wydawało się, że pod powiekami swoich szarych oczu śni monolityczne sny, jakby jej twarz - młoda, choć zarazem starożytna - wyrzeźbiona była z okolicznych wzgórz.
Blago przesiadywał w Disco całymi dniami, paląc papierosy, a jego ogolona na łyso głowa świeciła jak latarnia morska. Opowiedział mi, że kiedy był dzieckiem (byliśmy w podobnym wieku), we wsi pojawili się Grecy, którzy chcieli zobaczyć domy swoich przodków. Gdy odjechali, milicja otoczyła dzieciaki i wypytywała, czy wzięli coś od gości. Dzieci nie potrafiły kłamać, więc funkcjonariusze zabrali im gumy do żucia, długopisy i czekolady, a na koniec obcięli im włosy.
- To miała być nauczka, żebyśmy nie brali niczego od kapitalistów - prychnął Blago. - Nie dziw się tak, to było normalne - dodał. - Tak jak wtedy, gdy zbierali nas na placu, ilekroć przy drucie kolczastym złapali "sandalarzy". Musieliśmy patrzeć.
Na co?
- Traktowali ich okrutnie - ciągnął swoją opowieść. - Wciąż widzę ich twarze, jakby to było wczoraj. Młodzi, skuci kajdankami i z sandałami na nogach. Czasem krwawili, pogryzieni przez psy. Pamiętam ciemne ubrania, które miały ich maskować w lesie. "Oto nasi wrogowie", mówili gliniarze, a my im wierzyliśmy. Bo przecież w innym wypadku nie wpakowaliby się w taką kabałę, nie?
Blago zgasił papierosa.
- Smacznego - powiedziała Minka, stawiając przede mną sałatkę, po czym usiadła i spojrzała na wzgórza.
Minka była świadkiem czegoś, co sama nazywała "upadkiem upadku" swej uroczej wioski. Przyczyny były dwie - zimna wojna i granica, co w sumie sprowadzało się do tego samego.
Jesienią 1944 roku wkroczyła Armia Czerwona i Bułgarią, która wplątała się w samobójczy sojusz z nazistowskimi Niemcami, wstrząsnął równie autodestrukcyjny zamach stanu zwieńczony licznymi wyrokami śmierci wydawanymi z aprobatą Sowietów przez trybunały ludowe. To był kraj rolniczy (Bułgarski Ludowy Związek Chłopski był największą partią polityczną, a mniej więcej siedemdziesiąt procent mieszkańców pracowało na roli), jednak kiedy partia komunistyczna zdobyła władzę absolutną, zaczęła się kolektywizacja. Był to oczywiście eufemizm, za którym kryła się dokonana przez państwo kradzież, ale jeśli ktoś mówił o tym głośno, był mordowany, zmuszany do emigracji, wysyłany do obozu pracy lub uciszany w inny sposób. Ostatecznie zakazano działalności Związkowi Chłopskiemu, Robotniczej Partii Socjaldemokratycznej i pozostałym partiom opozycyjnym. Ci, którzy stracili swoją ziemię, czyli wszyscy posiadacze ziemscy, dostali do wyboru dwie możliwości: zatrudnić się w fabrykach postawionych w nowych, pobudowanych w ramach pięciolatek miastach lub dalej pracować na roli, która nie należała już do nich, by w czasie trwających w sumie czterdzieści pięć lat planów pięcioletnich próbować zrealizować niemożliwe do wykonania kontyngenty.
Mój pradziadek był nowoczesnym kupcem winnym i współzałożycielem Gamzy, kwitnącej spółdzielni winiarskiej działającej na północnych stokach Starej Płaniny. Z dnia na dzień stał się wrogiem ludu i ledwo uniknął egzekucji, choć pozbawiono go dochodów. Ostatnie dziesięć lat życia spędził, dzieląc malutkie mieszkanie w Sofii z córką, która go utrzymywała. Jednak nigdy nie stracił błysku w oku i smaku na wino. Zastanawiające, że mimo nagłej i agresywnej industrializacji główne produkty eksportowe wcale się nie zmieniły - pozostały nimi tytoń, owoce i warzywa, w które Bułgaria zaopatrywała blok wschodni.
Koniec końców uprzemysłowienie przyniosło rezultaty, które teoretycznie powinny prowadzić do rewolucji, a nie być jej efektem: w kraju bogatym w ziemię uprawną mieszkańcy miast i wsi byli po równo pozbawieni środków do życia.
- Nieco paradoksalne - skomentowałam.
- To historia dla ciebie. - Blago się uśmiechnął. - Wszystko to prowadziło tylko do paradoksów.
- Życie tutaj jest jak dowcip bez puenty - odezwała się Minka.
Jej rodzina mieszkała w wiosce przez cały ten czas. Podczas zimnej wojny nie pozwalano miejscowym przenieść się lub pracować gdzie indziej. Jeśli jednak przebywało się tutaj, trzeba było zdobyć specjalną pieczątkę z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, gdyż była to strefa nadgraniczna.
- Za zezwoleniem. Napiętnowani - kontynuowała Minka z beznamiętną miną. - Jednak wtedy było lepiej. Po prostu dlatego, że mieszkali tu ludzie. A teraz?
Do lat siedemdziesiątych industrializacja wydawała się sukcesem. Zbudowano wiele olbrzymich obiektów, w tym tamy jak ta, przez którą zniknęło pod wodą starożytne miasto Seuthopolis - największe trackie wykopalisko archeologiczne. W porządku, komunizm był w natarciu i nie było czasu ani miejsca na takie burżuazyjne przeżytki jak relikty przeszłości lub środowisko naturalne. Jednak cały ten nacisk położony na przemysł spowodował, że z przygranicznych wiosek i miasteczek wyciekło życie. Na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych państwo próbowało rozruszać miejscową gospodarkę, uruchamiając kopalnie miedzi i oferując mieszkania praktycznie za darmo. Było to jednak za mało i przyszło za późno.
Potem, po upadku komunizmu, podczas bezwzględnych lat dziewięćdziesiątych, kiedy wszystko puszczono samopas, wolny rynek szybko zburzył stare struktury gospodarki planowej. Pogranicznicy się wynieśli, a ludność masowo emigrowała. Okolica zdziczała, jakby dotknął ją jakiś kataklizm.
- Nie ma tu z czego żyć - wyznała Minka. - Ekoturystyka to nasza jedyna nadzieja.
- Tylko spójrz na drogi - dodał Blago.
Były tak dziurawe, że po każdej przejażdżce musiałam długo dochodzić do siebie, leżąc w ciemnym pokoju.
W kącie ogródka sołtysa leżała porzucona stara, ręcznie malowana tablica z napisem:
NIECH ŻYJE MIĘDZYNARODOWA JEDNOŚĆ KLASY ROBOTNICZEJ ORAZ WSZYSTKICH SIŁ POSTĘPOWYCH POŁĄCZONYCH W WALCE Z IMPERIALIZMEM O POKÓJ, DEMOKRACJĘ I SOCJALIZM!
Utopia, która skończyła się klęską dokładnie tam, gdzie powinna była odnieść sukces, zasługuje na minutę ciszy i dużo namysłu. Tutaj porażka była jeszcze dotkliwsza niż gdzie indziej i dlatego też miejscowi doświadczyli czegoś, co zazwyczaj występuje tylko podczas wojny - zbiorowej traumy. W Wiosce w Dolinie nie było żadnych kawiorowych socjalistów, żadnych antyglobalistów, żadnych antykomunistów ani antykapitalistów. Tylko ci, co ocaleli. Kobiety były stare, mężczyźni samotni, dzieci nie było w ogóle. Choć sprawiedliwość odwróciła się do nich plecami, mieszkańcy świętowali najmniejsze nawet sukcesy, a życie było tu zarazem pełne uroku i bolesne.
- Odpowiadam za wymierającą wioskę, której przepowiadają rychłą śmierć - powiedział sołtys, który dosiadł się do nas, gdy piliśmy kawę przy stolikach na zewnątrz. - Jak mawiała moja cioteczna babka, gdy wróżby z rozżarzonych węgli okazywały się niepomyślne: czerna czerniłka, czerń czerni. Mogę co najwyżej polepszyć nieco życie mieszkańców, co nie jest trudne, bo niewiele im potrzeba do szczęścia.
Cioteczna babka przepowiadała przyszłość, ale sołtys okazał się pragmatykiem. Był mechanikiem samochodowym, który całe swoje życie spędził w Burgas z rękoma uwalanymi smarem po łokcie, nosił japonki i szorty, a samochody naprawiał wszystkim za darmo. Jednak nawet jego pragmatyzm nie uchronił go od osobliwych marzeń, a swoją wioskę kochał tak bardzo, że wybudował plac zabaw dla nieobecnych dzieci. Ranki i noce przesiadywałam w Disco, obserwując orły nieruchomo zawieszone nad wzgórzami i czekając, aż zdarzy się cud. Cuda wydawały się tutaj równie nieuniknione jak katastrofy. Popołudnia spędzałam na przeglądaniu zbiorów wiejskiej biblioteki; książki wydane w latach mego dzieciństwa stały na półkach uporządkowane w kolejności alfabetycznej. Otwierała i zamykała ją bibliotekarka, choć poza mną tylko trzy osoby stale z niej korzystały: miły, dziewięćdziesięcioletni były pasterz, który w zaufaniu powiedział mi, że książki i góry nadają życiu jakiś sens, piękna Rosjanka i Nedko.
Piękna Rosjanka pracowała dla leśnictwa. Wraz z dwiema innym osobami znakowała drzewa i utrzymywała szlaki komunikacyjne. Jednym z jej współpracowników był sławny dudziarz - pulchny mężczyzna o rumianej cerze, którego nie sposób było oderwać od instrumentu. Zabierał go ze sobą do pracy i podczas przerwy obiadowej wyciągał piersiówkę z rakiją, siadał na pniu i grał starodawne, przejmujące melodie ze Strandży.
- Kiedy w dudach otwierają się piszczałki, wszyscy zapominamy o naszych troskach - opowiadała piękna Rosjanka. - A poza tym drzewa są milszym towarzystwem niż ludzie.
Miała za męża niegdyś błyskotliwego matematyka, który teraz jeszcze przed obiadem wypijał pół butelki rakii. Byli tak spłukani, że w ciągu ostatnich trzydziestu lat ani razu nie była w Rosji.
- Nie zostawiaj w ogródku prania na noc - wyszeptała do mnie pewnego ranka, schylając się nad filiżanką kawy.
- O tak - odezwał się Nedko. - Moja mama też tak mówiła.
Nedko, przystojny facet z niebieskimi oczami i spaloną słońcem twarzą, był jej przyjacielem. Kiedyś pracował w restauracji jako szef kuchni, ale od dekady doglądał chorych rodziców. Był dawno po trzydziestce, jego matka przykuta była do łóżka i choć bardzo ją kochał, wyglądał na osobę udręczoną własną sumiennością. Mieszkał w górze wsi w domu, z którego okien rozciągał się napawający radością, piękny widok na zalesione wzgórza.
- Są tu kobiety, które nocą włóczą się po wiosce, polewają ubrania innych ludzi złą wodą i brudzą je ziemią cmentarną. Jeśli włożysz potem te ubrania, będziesz przeklęta - opowiadał.
- Nie śmiej się - dodała piękna Rosjanka. - Któregoś dnia znalazłam przed drzwiami czarny krucyfiks i w swej niewiedzy wzięłam go do ręki. To było dwadzieścia lat temu. Od tamtej pory prześladuje mnie pech. Nigdy nie powinno się podnosić gołymi rękoma krzyża z ziemi.
- Mamy tu kobiety o złym oku, które przynosi nieszczęście - uzupełnił Nedko. - Nic na to nie mogą poradzić.
- Kto to taki? - Rozejrzałam się dokoła. Przeszła mi ochota na żarty.
Prawdę powiedziawszy, jedna ze staruszek spojrzała na mnie tak, że aż mnie zmroziło.
- Nie mogę tego powiedzieć - skinął głową Nedko. - Ale wszyscy wiedzą, o kogo chodzi.
Przy innym stoliku siedział S. - miły emigrant na emeryturze, który od trzydziestu lat mieszkał w Polsce, ale co roku przyjeżdżał na wakacje do domu rodzinnego.
- Nie wiem, dlaczego to robię - skomentował. - Jestem tu sam jak palec.
Jeździł błyszczącym land roverem i przechwalał się, że ma tyle dzieci, co wnuków, tyle samochodów, co domów, i już od młodości miał powodzenie u kobiet. Wychował się z ojcem, który był pogranicznikiem, w koszarach za drutami kolczastymi. Widział wszystko na własne dziecięce oczy. Na przykład Niemca, który korzystał z wykrywacza metalu, by przechytrzyć podłączone do alarmu ogrodzenie z drutu. Strażnicy dowiedzieli się o nim od innego Niemca, który miał mniej szczęścia.
Jak opowiadał emigrant, żołnierze śmiertelnie się nudzili i dla rozrywki polowali na zdziczałe świnie, z których robili potem kiełbasę. No i mieli wielki problem, bo brakowało im kobiet. Raz na jakiś czas odwiedzały ich żony lub prostytutki. Nie mógł tego wytrzymać, więc nie pozostało mu nic innego, jak stąd uciec.
- No i pomyśl sobie, udało mi się, co nie? - Roześmiał się gorzko. - Uciekłem od tych cholernych komunistów, którzy potrafili wszystko zatruć samym swoim spojrzeniem. Tak, złym spojrzeniem. Niezależnie od tego, jak dobrze się bawiliśmy. No i miałem wyjątkowe szczęście do kobiet.
Polubiłam S. i zastanawiałam się, dlaczego jego polska żona nigdy z nim nie przyjeżdżała. Pewnej niedzieli w Disco była impreza. W czyimś domu wylano betonowy podest i była okazja do świętowania. Minka gotowała w piwnicy, a wszyscy rozsiedli się za długim stołem ustawionym na dworze.
Stare matki przeżuwały kęsy wieprzowiny spłukiwanej kieliszkami rakii, śmiejąc się i prezentując przy tym braki w uzębieniu. Pochowały już nie tylko swoich mężów, więc mogły sobie pozwolić na śmiech.
Pośrodku usadzono akordeonistę, którego wszyscy nazywali Maleńkim, choć wcale nie był niski, był normalnego wzrostu. Obok niego siedział jego syn, chłopak o wyrazistych rysach i nieufnym spojrzeniu, który często zapadał się w sobie. W przeciwieństwie do Wielkiego Stamena, którego olbrzymie stopy wylewały się z japonek, a wydobywający się z jego gardła śmiech przypominał mi salwę z karabinu. Uśmiech ociekał mu apetytem, jak u przyjaznego młodego kanibala. Stół, szklanki do piwa, cała ta wioska - wszystko było dla niego za małe. Jak wszyscy inni tutaj był potomkiem uchodźców, którzy przybyli z wiosek po tureckiej stronie granicy, gdzie ich opuszczone domy rodzinne niszczały latami.
- Hej, Maleńki! - zawołał ktoś do akordeonisty. - Jaka jest twoja ulubiona piosenka?
- Komuna się skończyła - zaryczał Stamen.
Roześmiali się wszyscy z wyjątkiem paru, którzy tęsknili za minionymi czasami, bo te nowe były takie okropne.
- Nie - odezwał się Maleńki. - Coś takiego.
Zagrał piosenkę o pasterzu skrywającym tajemnicę, którą mógł zdradzić tylko górom. Maleńki hodował kiedyś świnie, a nim stracił swoje gospodarstwo i zatrudnił się w leśnictwie, jego głos całymi dniami niósł się po okolicznych wzgórzach.
- Nadal śpiewam, i to co noc, o tak! - zawołał. - Ponieważ piję, a nie mogę pić bez śpiewu.
Ilekroć miechował na starym niemieckim akordeonie, kiedy nabrzmiewały mu żyły na szyi i śpiewał swoim naznaczonym rozedmą płuc głosem, bałam się, że to będzie jego ostatnia piosenka. Wszyscy zgromadzeni tęgo pili, może poza D., który siedział na końcu stołu nad fantą. D. był już po czterdziestce i wszystko w nim było łagodne i powolne. Kiedyś pracował jako szef kuchni w restauracjach w nadmorskich kurortach, aż pewnej nocy wdał się w wiosce w pijacką bójkę i zbił przeciwnika na kwaśne jabłko. Wyszedł niedawno z więzienia, założył pasiekę i tego lata po raz pierwszy zebrał wysoko ceniony miód Mana, który pszczoły pozyskują z tutejszych lasów dębowych. Przed moim wyjazdem podarował mi lepki, ciemny plaster. Sam miodu nie ruszał, jakby w ramach pokuty nie pozwalał sobie na zbyt wiele przyjemności.
O następną piosenkę na życzenie poprosił młody policjant, który patrolował ulice miasteczek i kurortów na południowym wybrzeżu Morza Czarnego.
- Jak się pracuje? - zapytałam go.
- Latem obłęd, zimą spokój - odpowiedział. - Głównie pijani. Największymi ochlajtusami są Brytyjczycy. Ich kobiety potrafią być jak rozwścieczone słonie.
Bułgarska policja - nikłe echo tego, czym była w dawnych czasach - współpracowała z niemieckimi patrolami policyjnymi w tym najdalszym zakątku Europy, gdyż był on przystankiem końcowym dla wszelkiej maści poszukiwanych zbiegów, szmuglerów i desperados.
- Przyjeżdżają tutaj, żeby się ukryć - dodał, wskazując palcem na wyrastające wokół ciemne wzgórza. - Spójrz tylko, to doskonałe miejsce.
Niedługo miał zabrać swoją broń i pojechać przez las do Carewa na nocny patrol. Teraz jednak grał na wielkim bębnie z naciągiem z koźlej skóry, a za pałeczki miał dwie zepsute anteny samochodowe.
Ktoś zażyczył sobie balladę ludową zatytułowaną Dziewięć lat. Opowiadała ona historię młodego człowieka zakochanego w kobiecie rzucającej urok na każdego, kto był na tyle szalony, by dzielić z nią życie. Po dziewięciu latach mężczyźni marnieli i umierali. Matka bohatera błaga go, by rzucił swoją kochankę.
- Ale co to jest dziewięć lat, mamo? - pyta ją. - Całe moje życie bez niej było dotąd nic niewarte.
Niektórzy z zebranych mieli dziewczyny w innych wioskach, część była po rozwodzie, a inni byli samotni. Kobiety były wdowami lub mężatkami, jak Minka i piękna Rosjanka. Dziewięć lat to powoli płynąca melodia, więc nastrój się zmienił, towarzystwo pogrążyło się w żalu, jakby wkradła się między nich odczuwana przez wszystkich strata. Wzgórza pociemniały od burzowych chmur.
Siedzący w rogu stołu Iwan - najmłodszy z obecnych pogranicznik o nieobecnym spojrzeniu - poruszył się i sięgnął po swój karabin. Kiedy wybrzmiał ostatni akord, przeszedł przez opustoszały plac, wyraźnie coś kombinując. Strach ścisnął mi gardło, on zaś przybrał pozycję strzelecką, wycelował broń w nadciągającą burzę i wypalił pięciokrotnie. Łuski spadały na betonowy krąg, na którym rozpalano ogniska.
Po chwili wrócił i oparł karabin o ścianę.
- Tak jest lepiej - powiedział i usiadł na swoim miejscu.
- Aby poczuć się lepiej, musiałbym wypić o wiele więcej, ale teraz nie pora na to - odezwał się Stamen, rozładowując napięcie.
Akordeonista otarł twarz chusteczką, a ja zdałam sobie sprawę, że bębenki w moich uszach już nigdy nie będą takie same.
- To kawalerskie życie rzuca nam się na głowę - skomentował Stamen, podsuwając mi talerz z mięsem wieprzowym. - Zjadaj. Potrzeba nam kobiet, pięknych kobiet, które potrafią śpiewać. Dlaczego nie zostaniesz?
- Albo przynajmniej przyjeżdżaj tu co roku, tak jak ja - dodał polski emigrant.
- Te wszystkie duże i opuszczone domy - powiedziała piękna Rosjanka. - One tęsknią za ludźmi.
- W naszej cerkwi już od dwudziestu lat nie było żadnego ślubu - zauważyła matka Stamena.
Wtedy rozwarły się niebiosa i pusty placyk zniknął za ścianą deszczu. Stół opustoszał. Wróciłam do domu i zebrałam przed nocą pranie ze sznura. Nie to, że uwierzyłam w złe spojrzenie, ale wolałam się zabezpieczyć, tak na wszelki wypadek.
Kiedy deszcz ustał, usiadłam na balkonie i czekałam, aż z mgły wyłonią się szakale, a myśl, że wyjadę z tej wioski - co wcześniej czy później robili wszyscy - przeszyła mnie takim żalem, że chciało mi się wyć.