Granica - Don Winslow
33.99 zł
27.87 zł
(26,99 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
[1] Księga Ezechiela, 13, 10-11, Biblia Tysiąclecia, Pallottinum 1990 r. (Przyp. tłum.).
[2] Veterans of Foreign Wars (ang.) - amerykańskie stowarzyszenie weteranów wojennych. (Przyp. red.).
[3] Drug Enforcement Administration (ang.) - amerykańska agencja rządowa powołana do walki z narkotykami, w tym do spraw narkotykowych związanych z USA, lecz rozgrywających się poza granicami kraju. (Przyp. tłum.).
[4] Narco (los narcos) (hiszp.) - ogólne określenie handlarza narkotyków. (Przyp. red.).
[5] Policia Federal (hiszp.) - meksykańska policja federalna. (Przyp. red.).
[6] Halcón (los halcones) (hiszp.) - w slangu narkotykowym osoba postawiona na czatach lub w inny sposób pracująca w terenie dla kartelu. Halcones składają raporty o wszelkich nietypowych zdarzeniach w mieście, na przykład o przybyszach z zewnątrz, o ruchach żołnierzy konkurencyjnych karteli, policji i wojska, i tym podobne. (Przyp. red.).
[7] Sicario (los sicarios) (hiszp.), sykariusz - dosł. "zabójca", płatny morderca pracujący dla karteli. (Przyp. red.).
[8] Nazwa hiszpańska: Baja California. (Przyp. red.).
[9] W języku hiszpańskim: El Mastín. (Przyp. red.).
[10] Bridge of Dreams (ang.). (Przyp. tłum.).
[11] Yanqui (hiszp.) - jankes. (Przyp. red.).
[12] Life Without Parole (ang.) - kara dożywocia bez możliwości apelacji. (Przyp. tłum.).
[13] National Football League (ang.) - największa zawodowa liga futbolu amerykańskiego. (Przyp. tłum.).
[14] Federal Bureau of Prisons (ang.) - Federalne Biuro Więziennictwa. (Przyp. tłum.).
[15] Presentence investigation report (ang.) - przedstawiany sędziemu wstępny raport dot. życiorysu oskarżonego, jego pochodzenia, cech charakteru, wychowania, stanu zdrowia oraz innych szczegółów, które mogą wpłynąć na wysokość wyroku. (Przyp. tłum.).
[16] Gra słów: "victim" - ofiara. (Przyp. tłum.).
[17] La pista secreta (hiszp.) - dosłownie: tajny ślad. (Przyp. red.).
[18] Plaza (hiszp.) - tu w znaczeniu: szlak przemytniczy wiodący z Meksyku do USA. Termin bywa też stosowany na określenie haraczu, jaki handlarz musi zapłacić, by zyskać prawo do korzystania z danego szlaku. (Przyp. red.).
[19] Jefa, jefe (hiszp.) - szefowa, szef. (Przyp. red.).
[20] William Szekspir "Juliusz Cezar", akt II, scena 2, przeł. Józef Paszkowski, PIW 1973 r. (Przyp. tłum.).
Waszyngton, D.C.
Kwiecień 2017 r.
Keller jednocześnie widzi małego chłopca i błysk celownika.
Z ręką w dłoni matki dzieciak stoi wpatrzony w nazwiska na czarnym kamieniu. Czyżby tam kogoś szukał? Dziadka? Albo wuja? A może tylko, spacerując po National Mall, przystanęli przed pomnikiem Weteranów Wojny w Wietnamie?
Mur jest niski, ukryty jak grzeszny sekret, prywatny powód wstydu. Gdzieniegdzie leżą kwiaty, tu i ówdzie paczki papierosów i buteleczki alkoholu. Wietnam był dawno, w innym życiu. Od tamtej pory Keller prowadzi swoją własną i długą wojnę.
Ten mur nie opiewa chwały bitewnych pól. Nie znajdziecie tam nazw: Khe Sanh, Quang Tri czy Hamburger Hill. Może dlatego, myśli Keller, że wygraliśmy wszystkie bitwy, a przegraliśmy wojnę. Wszystkie te śmierci dla bezsensownej wojny... Bywając tutaj wcześniej, widywał mężczyzn opartych o ścianę i łkających jak dzieci.
Rozpacz ich zdruzgotała, złamała im serca.
Dziś zjawiło się ze czterdzieści osób, w większości turystów, poza tym rodziny i kilku mężczyzn, którzy wyglądają na weteranów. Dwaj z nich, starsi, w mundurach VFW[2], służą pomocą tym, którzy próbują odszukać na murze nazwiska swoich bliskich.
Teraz Keller znów jest na wojnie. To wojna z DEA[3], którą mógłby nazwać "swoją", z senatem USA, z meksykańskimi kartelami narkotykowymi, a nawet prezydentem Stanów Zjednoczonych.
W gruncie rzeczy są jednym i tym samym.
Każda granica, w której istnienie wierzył, została przekroczona.
Niektórzy chcą go uciszyć, uwięzić i zniszczyć. A kilku, jak podejrzewa, pragnie go zabić.
Wie, że stał się postacią kontrowersyjną, uosobieniem rozłamu, który się pogłębia, grożąc podziałem w łonie państwa. Wywołał skandal, którym było śledztwo sięgające od makowych pól Meksyku aż po Wall Street i sam Biały Dom.
Jest ciepły wiosenny dzień, lekki powiew wiatru unosi płatki kwiatu wiśni. Marisol, wyczuwając jego nastrój, ujmuje go za rękę.
Keller patrzy na malca i wtedy z prawej, od strony pomnika Waszyngtona, dostrzega nagły błysk. Jednym skokiem rzuca się na chłopca i jego matkę, powalając ich na ziemię.
A potem się obraca, by osłonić Mari.
Pocisk, który drasnął mu czaszkę i smagnął szyję, okręca go wokół osi.
Przez zalane krwią oczy widzi świat na czerwono, gdy wyciąga rękę ku Marisol i spycha ją na ziemię.
Okrywa ją swym ciałem, a jej laska ze stukotem pada na chodnik.
Kolejne pociski uderzają w mur tuż nad nimi.
Słyszy jęki i krzyki. Ktoś woła:
- Zamachowiec!
Wypatruje źródła strzałów i dostrzega, że padają z południowego wschodu, kierunek na dziesiątą, gdzieś zza małego budynku, w którym, jak zapamiętał, mieszczą się toalety. Odruchowo sięga za pas po sig sauera, ale zaraz uświadamia sobie, że jest nieuzbrojony.
Strzelec przełącza się na automat.
Pociski uderzają w mur nad Kellerem, odłupując kamień wraz z wyrytymi tam nazwiskami. Ludzie przywierają do ziemi lub kulą się do ściany. Kilkoro, ci bliżej krawędzi, przeczołguje się na drugą stronę i rusza biegiem w kierunku Constitution Avenue. Ale większość zamiera w osłupieniu.
Keller wrzeszczy:
- Snajper! Na ziemię! Padnij!
Widzi jednak, że to nic nie daje. Miejsce pamięci stało się śmiertelną pułapką. Ściana tworzy szerokokątne V, a jedyną drogą ucieczki w obu kierunkach jest wąska ścieżka wzdłuż niej. Jakaś para w średnim wieku rusza biegiem w stronę wyjścia na wschód, czyli tam, gdzie czai się zamachowiec, i nieszczęśnicy natychmiast padają niczym figury z koszmarnej gry wideo.
- Mari - szepcze Keller - musimy uciekać. Rozumiesz?
- Tak.
- Przygotuj się.
Czeka, aż seria ucichnie - znak, że strzelec zmienia magazynek - i zrywa się, chwyta Mari i przerzuca ją sobie przez ramię. Rusza biegiem wzdłuż ściany do zachodniego wyjścia, gdzie mur obniża się do wysokości pasa, po czym kładzie ją na ziemi za drzewem.
- Leż i się nie ruszaj! - krzyczy.
- Gdzie idziesz?
Strzelanina wybucha od nowa.
Keller ponownie przeskakuje mur i zaczyna spychać ludzi do wyjścia po stronie południowo-zachodniej.
- Tędy! Tędy! - woła, kładąc dłoń na karku jakiejś kobiety. Naciska jej głowę w dół, by zmusić ją do biegu. Ale zaraz słyszy ostry świst pocisku i odgłos uderzenia. Kobieta chwieje się i osuwa na kolana, a spomiędzy jej palców spływa krew.
Kiedy próbuje ją dźwignąć, tuż przy twarzy słyszy świst serii.
Podbiega do nich młody mężczyzna, wyciąga rękę w stronę rannej i woła:
- Jestem sanitariuszem!
Keller zostawia go z kobietą, obraca się i rzuca w tłum, by znów spychać ludzi z linii ognia. I wtedy ponownie widzi chłopca uczepionego dłoni matki. Malec ma oczy szeroko otwarte z przerażenia, a kobieta holuje go przed sobą, osłaniając własnym ciałem.
Keller w taki sposób obejmuje jej ramię, by choć pochylona, nadal posuwała się do przodu.
- Osłaniam cię, jestem tu, idź - powtarza, aż doprowadza ją na skraj muru, gdzie jest już bezpieczna, po czym wraca na poprzednie stanowisko.
Ogień znowu ustaje. Snajper po raz kolejny zmienia magazynek.
Chryste, myśli Keller, ile jeszcze ich ma?
Co najmniej jeden, gdyż strzały znów padają.
Ludzie potykają się i przewracają.
Wyją syreny, wirniki śmigłowca pulsują głębokim, rozedrganym basem.
Keller podtrzymuje jakiegoś mężczyznę, próbując pchnąć go w przód, lecz w tej samej chwili pocisk uderza w plecy nieszczęśnika, który pada u jego stóp.
Większość ludzi zdołała uciec wyjściem na zachód. Pozostali leżą wzdłuż ścieżki i na trawniku, przez który uciekali, wybierając niewłaściwy kierunek.
Woda z porzuconej butelki chlupie na chodnik.
Wciąż dzwoni jakaś komórka z pękniętym wyświetlaczem, która leży na ziemi obok tandetnej pamiątki - małego popiersia Lincolna. Jest zalana krwią.
Od strony wschodniej wyłania się funkcjonariusz Policji Parkowej. Z pistoletem w dłoni rusza w kierunku toalet, lecz po chwili pada z piersią przeszytą pociskiem.
Keller przypada do ziemi, czołga się w jego stronę i próbuje wymacać puls. Ale nic nie wyczuwa. Płasko przylgnąwszy do trawy, kryje się za martwym ciałem, w które uderza kolejny pocisk. Kiedy podnosi wzrok, wydaje mu się, że widzi sylwetkę snajpera. Przykucnął za budynkiem i po raz kolejny zmienia magazynek.
Art Keller spędził większość życia, walcząc po drugiej stronie granicy, aż wreszcie wrócił do domu.
Ale wojna wróciła razem z nim.
Wyjmuje z dłoni policjanta glocka 9 mm i przemyka się wśród drzew w stronę zamachowca.
Potwory są prawdziwe. Tak jak i duchy. One żyją w nas. I czasami wygrywają.
Stephen King
1 listopada 2012 r.
Art Keller wyłania się z dżungli w Gwatemali niczym uchodźca.
Pozostawia za sobą scenę rzezi. W małej wiosce Dos Erres piętrzą się stosy ciał. Jedne, częściowo spalone, tlą się jeszcze w ognisku, gdzie je wrzucono. Inne pokrywają polanę, na której padły od kul.
Większość ofiar to narcos[4], ludzie karteli. Rzekomo przybyli tu po to, by zawrzeć rozejm z konkurencją. Uzgodniono więc warunki porozumienia, po czym nastąpiła orgiastyczna uczta wydana z okazji zawartego pokoju. I wtedy narcos z kartelu Los Zetas wyciągnęli pistolety, noże i maczety, by zgotować tym z kartelu Sinaloa krwawą rzeź.
Keller dosłownie w to wpadł. Śmigłowiec, którym leciał, oberwał rakietą i wirując, twardo wylądował w samym środku jatki. Lecz sam Keller też nie był niewiniątkiem. Wspólnie z Adánem Barrerą, bossem kartelu Sinaloa, zamierzali wykończyć Zetas, wspomagając się oddziałem najemników.
Barrera chciał oszukać swych wrogów.
Rzecz w tym, że ci go uprzedzili.
Ale główne cele misji Kellera, czyli dwaj przywódcy Zetas, uległy likwidacji. Pierwszy skończył ze ściętą głową, drugi spłonął jak pochodnia. Potem, zgodnie z jednym z warunków trudnego i złego sojuszu, Keller wyruszył w głąb dżungli, by odszukać Barrerę i go wyprowadzić.
Miał wrażenie, że spędził całe swe dorosłe życie, tropiąc tego człowieka.
Po dwudziestu latach starań w końcu doprowadził do tego, że Barrera został aresztowany przez władze USA, lecz wkrótce przekazano go Meksykowi. Barrera został osadzony w zakładzie o zaostrzonym rygorze, lecz natychmiast uciekł i został szefem kartelu Sinaloa, zyskując jeszcze większą władzę, niż kiedykolwiek dotąd miał.
Wówczas Keller ponownie udał się do Meksyku, by go odszukać. Skończyło się jednak na tym, że po ośmiu latach trudów został sprzymierzeńcem Barrery w walce z Zetas, których należało zlikwidować.
Stanowili bowiem większe zło.
Tak się też stało.
Więc teraz Keller idzie, wyłaniając się z dżungli.
Garść peso dla pogranicznika otwiera mu drogę do Meksyku. Maszeruje kilkanaście kilometrów do wioski Campeche, gdzie rozpoczęli akcję.
A właściwie kuśtyka.
Poziom adrenaliny, gwałtownie pobudzonej widokiem rzezi, z wolna opada. Czuje ciepło słońca i bliskość lasu deszczowego. Bolą go nogi, pieką oczy, dławi fetor ognia, dymu i śmierci.
Smród palącego się ciała pozostaje w nozdrzach na zawsze.
Admirał Ordu?a czeka w śmigłowcu na wyciętym w lesie prowizorycznym pasie startowym. Dowódca jednostki specjalnej FES siedzi w luku black hawka. Keller i Ordu?a nawiązali bratnią współpracę podczas wojny z Zetas. Keller dostarczał admirałowi ważne informacje operacyjne zdobyte przez służby USA i często uczestniczył w akcjach elitarnej jednostki marines, prowadzonych na terenie Meksyku.
Ale tym razem było inaczej. Szansa na to, by zlikwidować dowództwo Zetas podczas jednorazowego ataku, pojawiła się w Gwatemali, gdzie meksykańscy marines nie mieli wstępu. Mimo to Ordu?a zorganizował dla ludzi Kellera bazę wypadową, zapewnił wsparcie logistyczne i przetransportował całą ekipę do Campeche. Teraz czekał, by sprawdzić, czy jego przyjaciel Art Keller wciąż żyje.
Gdy Keller wyłania się zza linii drzew, admirał szeroko się uśmiecha. Potem sięga do lodówki i wyjmuje zimne modelo.
- A reszta zespołu? - pyta Keller.
- Już ich wywieźliśmy - odpowiada Ordu?a. - Powinni już być w El Paso.
- Ofiary?
- Jeden poległy, czterech rannych. Nie wiedziałem, co z tobą. Gdybyś nie wrócił przed zmrokiem, to pieprzyć wszystko, ruszyłbym cię stamtąd wyciągać.
- Szukałem Barrery. - Keller jednym haustem wychyla piwo.
- I?
- I nie znalazłem.
- A co z Ochoa?
Ordu?a nienawidzi bossa Zetas niemal tak gorąco jak Keller Adána Barrery. Wojna narkotykowa miewa czasem bardzo osobisty charakter. Tak właśnie traktował ją Ordu?a od chwili, gdy jeden z jego oficerów zginął podczas ataku na Zetas. Ale ludziom gangu ta śmierć nie wystarczyła. Wieczorem po pogrzebie przyszli zamordować matkę, ciotkę, siostrę i braci poległego. Nazajutrz Ordu?a utworzył jednostkę o nazwie Matazetas, czyli Mordercy Zetas. Członkowie Matazetas zabijali narcos z Zetas przy każdej okazji, a więźniów trzymali dopóty, dopóki nie wyciągnęli z nich wszystkich informacji, po czym dokonywali egzekucji.
Keller miał inne powody, by nienawidzić Zetas.
Inne, lecz wystarczające.
- Ochoa nie żyje - mówi.
- To pewne?
- Sam widziałem. - Na jego oczach Eddie Ruiz wylał kanister nafty na rannego bossa Zetas, a następnie rzucił w niego zapałką. Ochoa umierał z wrzaskiem. - Forty też.
Forty był w kartelu człowiekiem numer dwa. I takim samym sadystą jak Ochoa.
- Widziałeś jego ciało?
- Widziałem jego głowę odrąbaną od ciała. Wystarczy?
- Może być. - Ordu?a się uśmiecha.
Tak naprawdę Keller nie widział głowy Forty'ego. Za to widział jego twarz, którą ktoś zdarł z czaszki i przyszył do piłki.
- Ruiz się pojawił?
- Jeszcze nie - odpowiada admirał.
- Kiedy go ostatnio widziałem, żył.
I patrzył, jak Ochoa płonie żywym ogniem. A potem stał na kamienistym podwórcu z czasu Majów i obserwował chłopca, który kopał tę dziwaczną piłkę.
- Może już odleciał? - rzuca Ordu?a.
- Może.
- Musimy uspokoić twoich ludzi. Dzwonią co piętnaście minut. - Ordu?a wybiera jakieś cyfry na jednorazowym telefonie, a potem mówi: - Taylor? Zgadnij, kogo tu mam.
Keller bierze aparat i słyszy Tima Taylora, szefa południowo-zachodniego okręgu DEA:
- Jezu Chryste! Myśleliśmy, że nie żyjesz!
- Wybacz, że was zawiodłem.
Czekają na niego w Clint w stanie Teksas. Motel Adobe leży przy mało uczęszczanej drodze kilka kilometrów na wschód od El Paso.
Wnętrze jest typowo motelowe. Duży pokój dzienny z aneksem kuchennym wyposażonym w mikrofalówkę, ekspres do kawy i małą lodówkę. W pokoju stoi sofa, obok stolik, dwa krzesła i telewizor. Ścianę zdobi tandetny pejzaż zachodzącego słońca na tle kaktusa. Drzwi na lewo, teraz otwarte, prowadzą do sypialni i łazienki. To odpowiednie, to znaczy wystarczająco nijakie miejsce na zwołanie odprawy.
Nastawiony na CNN telewizor jest przyciszony.
Tim Taylor siedzi na kanapie wpatrzony w ekran laptopa leżącego na stoliku. Przy komputerze leży telefon satelitarny.
John Downey, wojskowy dowódca akcji, stoi przy mikrofali i coś podgrzewa. Jest w cywilu. Ogolony i wykąpany, ma na sobie śliwkową koszulkę polo, dżinsy i adidasy.
Trzeci, facet z CIA, znany Kellerowi pod nazwiskiem Rollins, siedzi na krześle i ogląda telewizję.
Gdy Keller wchodzi, Downey podnosi wzrok.
- Gdzieś ty się, kurwa, podziewał, Art? Namierzał cię satelita, szukały śmigłowce...
Keller miał bezpiecznie wyprowadzić Barrerę. Taka była umowa.
- Co z twoimi ludźmi?
- Frruu... - Downey macha rękami, jakby płoszył stadko przepiórek. Keller wie, że w ciągu dwunastu godzin cała specgrupa rozpierzchnie się po kraju, a może i po świecie, każdy z jej członków zniknie z własną legendą na temat tego, co robił i gdzie był. - Brak tylko Ruiza. Miałem nadzieję, że wróci razem z tobą.
- Widziałem go po bitwie - informuje Keller. - Jak odchodził.
- I co? Rozpłynął się? - denerwuje się Rollins.
- Nie martw się o to, naprawdę.
- Jesteś za niego odpowiedzialny - podkreśla Rollins.
- Czort z Ruizem - przerywa im Taylor. - Co z Barrerą?
- Ty mi powiedz. - Keller patrzy pytająco.
- Nie odezwał się ani słowem.
- Widać coś nie wyszło.
- Nie chciałeś się ewakuować z innymi - naciska Rollins.
- Śmigłowiec musiał startować - mówi Keller. - A ja musiałem szukać Barrery.
- Ale go nie znalazłeś.
- Siły specjalne to nie służba hotelowa - ucina Keller. - Nie zawsze dostarczają na czas zamówienie. Bywa różnie.
I tak właśnie było od początku.
Wyruszyli śmigłowcami na teren walk, które trwały od chwili, gdy narcos z Los Zetas zaczęli rzeź narcos z Sinaloa. Nagle rakieta ziemia-powietrze uderzyła w prowadzący helikopter, czyli ten, którym leciał Keller. Jeden z pasażerów zginął, a drugi został ranny. Tak więc zamiast opuszczać się na linach w dogodnym miejscu, musieli awaryjnie lądować w ogniu walki, a następnie przerzucić zespół na inny helikopter.
I tak mieliśmy fart, że wyszliśmy cało, myśli Keller, nie wspominając o osiągnięciu głównego celu misji, czyli likwidacji kierownictwa Zetas. Jeśli nawet nie zdołaliśmy wyciągnąć Barrery, no cóż...
- Jak rozumiem - mówi - głównym celem misji była eliminacja dowództwa Zetas. Jeśli nawet Barrera jest skutkiem ubocznym...
- To tym lepiej - kończy za niego Rollins.
Nienawiść Kellera do Barrery nie jest tajemnicą.
Narkotykowy baron torturował, a potem zamordował jego partnera.
Keller nigdy o tym nie zapomniał, a już na pewno nie wybaczył.
- Nie będę po nim wylewał krokodylich łez - zamyka sprawę.
Zna sytuację w Meksyku lepiej niż ktokolwiek w tym pokoju. Czy się to komu podoba, czy nie, kartel Sinaloa stanowi gwarancję stabilności tego kraju. Gdyby się rozpadł wraz ze zniknięciem Barrery, runęłaby krucha pokojowa równowaga. Barrera też o tym wiedział. I dlatego stawiał twarde warunki zarówno rządowi meksykańskiemu, jak i Amerykanom. Żądał od nich nie tylko nietykalności, lecz i wsparcia w wojnie z konkurencją.
Dzwoni mikrofalówka i Downey wyjmuje tacę.
- Lazania Stouffera. Klasyczna.
- Nie wiemy nawet, czy Barrera zginął - dodaje Keller. - Ktoś widział ciało?
- Nie. - Taylor kręci głową.
- Do akcji weszło D-2 - mówi Rollins, wymieniając nazwę gwatemalskiej paramilitarnej agencji wywiadowczej. - Ale nie znaleźli Barrery. A także, dla ścisłości, żadnego z głównych obiektów misji.
- Mogę osobiście potwierdzić, że uległy likwidacji - informuje Keller. - Ochoa to kawałek węgla, a Forty... lepiej nie pytajcie. Tak czy owak, obaj należą już do przeszłości.
- Miejmy nadzieję, że Barrera nie - oświadcza Rollins. - Niestabilność kartelu Sinaloa oznacza niestabilność Meksyku.
- Takie jest prawo niezamierzonych skutków - kwituje Keller.
- Na mocy specjalnej umowy z meksykańskim rządem mamy asekurować Adána Barrerę. Zagwarantowaliśmy mu bezpieczeństwo. To nie Wietnam, Keller. Ani Phoenix. Jeśli się okaże, że pogwałciłeś umowę...
Keller wstaje.
- To gówno mi zrobicie. Cała ta operacja jest nieformalna i nielegalna. I jak mawiacie, nigdy się nie zdarzyła. Co mi zrobicie? Postawicie przed sądem? Wezwiecie na świadka? Pozwolicie zeznać pod przysięgą, że zawarliśmy układ z największym dilerem narkotyków na świecie? Że brałem udział w sponsorowanej przez USA akcji, która miała na celu likwidację jego rywali? Lepiej zapamiętaj to, o czym dobrze wie każdy, kto w tym siedzi: nigdy nie wyciągaj broni, jeśli nie chcesz nacisnąć na spust. Jesteś gotów go nacisnąć?
Bez odpowiedzi.
- Tak myślałem - kwituje Keller. - A tak dla jasności, to owszem, chciałem zabić Barrerę. I życzyłbym sobie tego. Lecz nie więcej.
Wstaje i kieruje się do drzwi.
Taylor rusza za nim.
- Gdzie się wybierasz?
- Nie twój interes, Tim.
- Do Meksyku? - nie ustępuje Taylor.
- Nic mnie już nie łączy z DEA. Nie pracuję dla ciebie, więc nie możesz mi niczego nakazać ani zakazać.
- Oni cię zabiją, Art - mówi Taylor. - Jeśli nie Zetas, to Sinaloa.
Pewnie tak, myśli Keller.
Ale jeśli nie pójdę, też mnie zabiją.
Dociera na miejsce. Ma mieszkanie w pobliżu EPIC, czyli Centrum Wywiadu w El Paso. Zrzuca brudne i przepocone moro, potem długo stoi pod ciepłym prysznicem. A na koniec idzie do sypialni, kładzie się i nagle zdaje sobie sprawę, że nie spał przez dwie doby i jest wykończony nie tylko fizycznie, ale również psychicznie. Jest zbyt wyczerpany, żeby zasnąć.
Wstaje, naciąga dżinsy, wkłada białą koszulę zapinaną na guziki, a potem idzie do schowka w sypialni i wyjmuje małego kompaktowego siga 380. Przypina kaburę do pasa, a w drzwiach narzuca na siebie granatową wiatrówkę.
Rusza do Sinaloa.
Po raz pierwszy przyjechał do Culiacán w latach siedemdziesiątych jako młody agent DEA. W tamtych czasach mieściło się tu najważniejsze centrum meksykańskiego handlu heroiną.
Culiacán znów pełni tę rolę, kwituje w duchu, idąc przez dworzec w stronę postoju taksówek. Wszystko zatoczyło pełny krąg.
Adán Barrera, wtedy zaledwie smarkacz, próbował robić karierę jako menedżer bokserski. Ale jego wuj, funkcjonariusz policji w Sinaloa, a zarazem drugi z największych plantatorów opium w tym stanie, żywił ambicję, by zostać pierwszym. W tamtych czasach, wspomina Keller, paliliśmy i niszczyliśmy pola maku, zmuszając wieśniaków do opuszczania domostw. W jednej z takich akcji złapano Adána. Federalni[5] zamierzali zrzucić go z samolotu, ale interweniowałem i uratowałem mu życie. I to był pierwszy z wielu błędów.
Świat byłby teraz dużo lepszym miejscem, gdybym pozwolił im zrobić z małego Adána Fruwającą Wiewiórkę. Niestety pozwoliłem mu żyć i wyrosnąć na największego barona narkotykowego na świecie.
Ale wtedy byliśmy przyjaciółmi.
Przyjaciółmi i sprzymierzeńcami.
Aż trudno w to uwierzyć.
A jeszcze trudniej zaakceptować.
Wsiada do taksówki i poleca kierowcy:
- Do śródmieścia.
- A dokładniej? - Taksówkarz obserwuje go w lusterku wstecznym.
- Wszystko jedno. I tak zdążysz zawiadomić bossa, że jakiś obcy jankes się tu kręci. - W każdym meksykańskim mieście kontrolowanym przez narcos niezbędni są też halcones[6], inaczej sokoły, czyli szpiedzy karteli. Zgodnie z powierzonym mu zadaniem, halcón obserwuje to wszystko, co się dzieje na określonym terenie. - Oszczędzę ci trudu - mówi dalej. - Poinformuj tych, do których zadzwonisz, że wieziesz Arta Kellera. Sami podadzą ci adres.
Kierowca sięga po telefon.
Z każdym kolejnym zdaniem jego głos staje się bardziej nerwowy. Keller zna ich zwyczaje. Taksówkarz łączy się z szefem lokalnej komórki, ten zawiadamia swojego szefa, który przekaże wiadomość dalej, aż w końcu nazwisko Keller dotrze na szczyt mafijnej hierarchii.
Patrzy przez okno, gdy samochód wjeżdża do miasta drogą 280. Na poboczu gęstnieje las symbolicznych nagrobków. To dowody pamięci o narcos, na ogół młodych mężczyznach, którzy zginęli w wojnach narkotykowych. Tu i ówdzie leżą bukiety kwiatów i butelki piwa pod tandetnie skleconymi krzyżami, gdzie indziej widnieją rozciągnięte na tyczkach kolorowe banery z fotografiami zmarłych, ale zdarzają się również kunsztownie wykonane marmurowe tablice.
Większość tych symbolicznych nagrobków wyrosła tu przed rokiem lub przed dwoma laty. Od czasu, gdy kartel Sinaloa pod rządami Barrery wygrał ostatnią wojnę (z twoją pomocą, dodaje w myślach Keller) i ustalił tak zwany Pax Sinaloa, rozlew krwi nieco ustał, a w Meksyku zapanował względny spokój.
Ale Keller dobrze wie, że gdy tylko wiadomość o masakrze w Dos Erres dotrze do miasta, pojawią się nowe nagrobki. Co najmniej stu sicarios[7] z Sinaloa udało się z Barrerą do Gwatemali, a powróci zaledwie kilku, lub nawet nikt.
Nagrobki pojawią się również w sercu terytorium Zetas, w Chihuahua i Tamaulipas na południowym wschodzie kraju, gdy tamtejsi żołnierze nie wrócą do domów.
Zetas są skończeni - Keller to wie. Ongiś groźna siła, która mogła przejąć rządy w kraju, paramilitarny kartel utworzony przez dawne oddziały specjalne, została pozbawiona dowództwa i sparaliżowana. Najlepsi spośród nich zginęli z rąk Ordu?y, a inni leżą martwi w Gwatemali.
Nie ma już nikogo, kto mógłby konkurować z Sinaloa.
- Mówią, żebym cię zawiózł do Rotarismo - rzuca nerwowo taksówkarz.
To dzielnica na odległym, północnym krańcu miasta, granicząca z pustkowiem wzgórz i pól.
Dobre miejsce. Łatwo tam porzucić martwe ciało.
- Do warsztatu samochodowego - dodaje taksówkarz.
Coraz lepiej, myśli Keller.
Mają tam narzędzia przydatne do cięcia samochodowych blach.
Lub ćwiartowania zwłok.
Zjazd wysokiej rangi narcos zawsze można rozpoznać po liczbie zaparkowanych SUV-ów, w duchu stwierdza Keller, gdy taksówka staje. Przed warsztatem stoi co najmniej tuzin suburbanów i fordów expedition. Jak kolce jeżozwierza sterczą z nich karabiny.
Wszystkie są wymierzone w ich samochód. Keller przeczuwa, że taksówkarz zaraz posika się ze strachu.
- Nic nam nie grozi - mówi uspokajająco.
Kilku umundurowanych sicarios stoi na straży przed budynkiem. Wedle obecnej mody, o czym Keller też wie, każda gałąź kartelu posiada własną uzbrojoną ochronę w charakterystycznych mundurach.
Ci tutaj noszą czapki od Armaniego i kamizelki Hermesa.
Zdaniem Kellera wygląda to nieco dziwacznie.
Z warsztatu zmierza ku nim jakiś mężczyzna, a po chwili otwiera szarpnięciem tylne drzwi taksówki.
- Wyłaź, do cholery - warczy do Kellera.
Który od razu go rozpoznaje. To Terry Blanco, wysokiej rangi funkcjonariusz policji stanu Sinaloa. Już w początkach kariery figurował na liście płac kartelu, a od tamtej pory jego czarna czupryna nieco posiwiała.
- Nie masz pojęcia, co tu się dzieje - mówi Blanco.
- Dlatego przyjechałem.
- Są jakieś wiadomości?
- Kto jest w środku?
- Nú?ez - odpowiada Blanco.
- No to chodźmy.
- Keller, jeśli tam wejdziesz, możesz już nie wyjść.
- Bez obaw.
Blanco prowadzi go przez warsztat obok stanowisk pracy i podnośników w stronę pustej przestrzeni z betonową posadzką, która wygląda na magazyn.
Scena taka sama jak w motelu, myśli Keller.
Tylko inni aktorzy.
Ale akcja podobna: ludzie z telefonami, włączone laptopy, wszyscy chcą odkryć, co się stało z Adánem Barrerą. W pomieszczeniu jest ciemno, a w grubych murach brak okien. To najlepsze rozwiązanie w klimacie, który pali słońcem lub mrozi północnym wiatrem. Tych ścian nie przeniknie upał ani wścibski wzrok. A jeśli ktoś tu umiera, krzyczy, płacze lub błaga, mury tego nie zdradzą.
Blanco kieruje się na zaplecze.
Gdy już są w małym pokoju, zamyka drzwi.
Za biurkiem, przy telefonie, siedzi mężczyzna, którego Keller poznaje. Ze szpakowatymi włosami i hiszpańską bródką, w marynarce w pepitkę i ze starannie zawiązanym krawatem, sprawia dystyngowane wrażenie. Najwyraźniej nie czuje się komfortowo w dusznym od smarów warsztatowym pomieszczeniu.
To Ricardo Nú?ez.
El Abogado, czyli Prawnik.
Były prokurator stanowy i naczelnik więzienia w Puente Grande, który zrzekł się stanowiska kilka tygodni przed ucieczką Barrery w dwa tysiące czwartym roku. Keller go przesłuchiwał, ale Nú?ez uparcie twierdził, że jest niewinny. Został jednak wykluczony z adwokatury i niebawem stał się prawą ręką Barrery, by zarabiać - jak mówiono - setki milionów na handlu kokainą.
Wyłącza telefon i podnosi wzrok.
- Zostawisz nas na chwilę, Terry?
Blanco wychodzi.
- Co ty tu robisz? - Nú?ez nie kryje zdziwienia na widok Kellera.
- Oszczędzam ci trudu łażenia za mną. - Milczy przez chwilę. - Oczywiście wiesz o Gwatemali.
- Adán poinformował mnie o waszym układzie - potwierdza Nú?ez. - Co tam się stało? - Gdy Keller powtarza to, co powiedział chłopakom w Teksasie, Nú?ez unosi brwi, po czym oznajmia: - Zapewniał, że go stamtąd wyciągniesz. Taka była umowa.
- Zetas dopadli go pierwsi. Był nieostrożny.
- Nie masz żadnej wiedzy o jego losie?
- Tylko to, co ci powiedziałem.
- Jego rodzina rozpacza - ciągnie Nú?ez. - Nie mają żadnych wiadomości. Nie znaleziono nawet... szczątków.
Na zewnątrz wybucha zamieszanie. Blanco blokuje wejście do pokoju, ale po chwili drzwi otwierają się z rozmachem i uderzają w ścianę.
Do środka wpada trzech mężczyzn.
Pierwszy - młody, około trzydziestki - w skórzanej kurtce od St. Laurenta za co najmniej trzy kawałki, ma na sobie motocyklowe rokkery i buty marki Air Jordan. Linię jego szczęki podkreśla modny zarost, a o kędzierzawe czarne włosy z pewnością dba drogi stylista.
Jest rozdygotany. Spięty. Zły.
- Gdzie mój ojciec? - atakuje Nú?eza. - Co się stało z moim ojcem?
- Wciąż nie wiemy - odpowiada El Abogado.
- Co znaczy, kurwa, nie wiemy?
- Spokojnie, Iván - ucisza go jeden z pozostałych. Też młody i kosztownie ubrany, ale nieogolony, z niechlujnie zmierzwionymi włosami wciśniętymi pod bejsbolówkę. Wydaje się podpity lub naćpany, a może jedno i drugie. Keller go nie zna, ale ten pierwszy to pewnie Iván Esparza.
Kartel Sinaloa miał ongiś trzy skrzydła, którymi kierowali: Barrera, Diego Tapia i Ignacio Esparza. Barrera grał pierwsze skrzypce, ale "Nacho" Esparza był jego szanowanym partnerem i - nieprzypadkowo - teściem. Esparza wydał bowiem swoją młodszą córkę, Evę, za barona narkotykowego, cementując w ten sposób zawarty z nim sojusz.
A więc ten młodzik musi być synem Esparzy i szwagrem Adána, myśli Keller. Wedle informacji wywiadu Iván Esparza kontroluje kluczowy dla kartelu teren w Kalifornii Dolnej[8] z ważnymi przejściami granicznymi w Tijuanie i Tecate.
- Czy on nie żyje? - wrzeszczy Iván. - Mój ojciec nie żyje?
- Wiemy, że był w Gwatemali z Adánem - mówi Nú?ez.
- Pierdol się! - Iván wali mu przed nosem pięścią w biurko. Rozgląda się za kimś, na kim mógłby się wyładować, i widzi Kellera. - Coś ty, kurwa, za jeden?! - Gdy Keller nie odpowiada, wrzeszczy jeszcze głośniej: - Zadałem ci pytanie!
- Słyszałem.
- Jebany gringo...
Rusza w jego stronę, ale trzeci z mężczyzn blokuje mu drogę.
Keller zna tę postać z materiałów wywiadowczych. To Tito Ascensión, były szef ochrony Nacha Esparzy. Bali się go wszyscy, nawet Zetas. I słusznie, bo zgładził ich dziesiątki. W nagrodę otrzymał własną organizację w stanie Jalisco. Z powodu potężnej budowy, wielkiej pochylonej głowy, czujności psa obronnego i wrodzonej brutalności, otrzymał przydomek Mastif[9].
Chwyta Ivána za ramiona i przytrzymuje.
Tymczasem Nú?ez spogląda na drugiego z młodzieńców.
- Gdzie ty byłeś, Ric? Wszędzie cię szukałem.
Ric wzrusza ramionami, jakby mówił: Czy to ma znaczenie?
Nú?ez marszczy brwi.
Ojciec i syn, myśli Keller.
- Pytałem, kim jest ten facet! - Iván wyrywa się z uścisku Ascensióna, ale już nie atakuje Kellera.
- Adán miał pewne... układy - wyjaśnia Nú?ez. - Ten człowiek był w Gwatemali.
- Widziałeś mojego ojca? - dyszy Iván.
Widziałem coś, co przypominało twojego starego, myśli Keller. To, co zostało z jego dolnej połowy, leżało w popiele gasnącego ogniska.
- Powinieneś liczyć się z tym, że twój ojciec już nie powróci - odpowiada.
Mina Ascensióna przypomina psa, do którego właśnie dotarło, że stracił ukochanego pana.
Oszołomienie.
Ból.
Wściekłość.
- Skąd to wiesz? - naciska Iván.
Ric obejmuje go ramieniem i mówi:
- Przykro mi, przyjacielu.
- Ktoś za to jeszcze zapłaci. - Iván zaciska zęby.
- Mam na linii Elenę. - Nú?ez włącza tryb głośnomówiący. - Eleno, masz jakieś wiadomości?
To pewnie Elena Sánchez, siostra Adána, myśli Keller. Wycofała się z rodzinnego biznesu po przekazaniu Esparzom kontroli nad Kalifornią Dolną.
- Żadnych, Ricardo, żadnych. A ty?
- Mamy potwierdzenie, że Ignacio zginął.
- Czy ktoś zawiadomił Evę? Ktoś z nią jest?
- Jeszcze nie - mówi Nú?ez. - Czekaliśmy na pewną informację.
- Ktoś powinien z nią być - powtarza Elena. - Straciła ojca i być może męża. Biedni chłopcy...
Eva ma z Adánem bliźniaków.
- Zaraz tam polecę - oznajmia Iván. - Zawiozę ją do mojej matki.
- Ona też będzie rozpaczać - mówi Nú?ez. - Potrzebujesz transportu z lotniska?
- Wciąż jeszcze mamy tam ludzi, Ricardo.
Jakby zapomnieli, że tu jestem, myśli Keller.
Ku jego zaskoczeniu przypomina sobie o nim naćpany młokos, chyba Ric, choć Keller nie jest tego pewien.
- Ej, a co robimy z tym tutaj? - pyta.
Na zewnątrz jest coraz głośniej.
Słychać krzyki.
Uderzenia i ciosy.
Jęki bólu, wrzaski.
Zaczęły się przesłuchania, domyśla się Keller. Kartel zgarnia wszystkich, którzy nawiną się pod rękę: podejrzanych Zetas, domniemanych zdrajców, gwatemalskich partnerów i każdego innego pechowca, byle tylko zdobyć jakieś informacje.
Wszelkimi koniecznymi środkami.
Dzwonią łańcuchy wleczone po betonie.
Syczą zapalane palniki acetylenowe.
Nú?ez spogląda na Kellera i unosi brwi.
- Przyszedłem wam powiedzieć, że zamykam sprawę - mówi Keller. - Dla mnie jest skończona. Zostaję jeszcze w Meksyku, ale nie chcę mieć z tym nic wspólnego. I nie szukajcie mnie, bo ja nie będę was szukał.
- Więc ty ocalałeś, a mój ojciec nie? - Iván wyciąga z kurtki glocka 9 mm i celuje Kellerowi prosto w twarz. - To nie przejdzie.
Ale popełnia błąd.
Trzyma broń za blisko Kellera.
Który odchyla głowę i chwyta lufę. Przekręca ją, wyrywa Ivánowi z rąk, a potem trzykrotnie wali go nią w twarz. Słyszy pękającą kość policzkową, zanim jeszcze młodziak osunie się jak rzucona na podłogę szmata.
Do akcji rusza Ascensión, ale Keller zdążył już zacisnąć przedramię na gardle Rica Nú?eza i przyłożyć mu lufę do skroni.
- Nawet nie próbuj.
Mastif zastyga w pół kroku.
- Co ja, kurwa, zrobiłem? - skamle Ric.
- Teraz słuchajcie - mówi Keller. - Zamierzam stąd wyjść. Będę żyć swoim życiem, a wy żyjcie swoim. Jeśli ktoś za mną pójdzie, zabiję wszystkich. Zrozumiano?
- Tak, dotarło - mówi Nú?ez.
Trzymając Rica przed sobą jak tarczę, Keller się wycofuje.
Widzi mężczyzn przykutych do ścian i kałuże krwi, czuje woń potu i moczu. W pokoju nikt się nie rusza. Wszyscy patrzą, jak się oddala.
Nic nie może zrobić dla ludzi przykutych do ścian.
Choćby jednej cholernej rzeczy.
Celują w niego z dwudziestu karabinów, ale nikt nie zaryzykuje. W końcu w grę wchodzi życie syna szefa.
Dociera do taksówki. Wyciąga rękę w tył i otwiera drzwi pasażera, po czym silnym pchnięciem powala Rica na ziemię.
Następnie wciska lufę w tył fotela kierowcy.
- Ándale!
W drodze na lotnisko dostrzega na poboczu pierwszy znak pamięci o Adánie.
Baner z namazanym sprayem napisem:
ADÁN VIVE.
Adán żyje.
Ciudad Juárez to miasto duchów.
Oto co myśli Art Keller, przemierzając taksówką jego ulice.
Ponad dziesięć tysięcy mieszkańców zginęło z rąk ludzi Adána Barrery podczas walk ze starym kartelem z Ciudad Juárez. Chodziło o przejęcie kolejnego przejścia do Stanów Zjednoczonych, o cztery mosty - Stanton Street Bridge, Ysleta International Bridge, Paso del Norte i Bridge of the Americas, czyli tak zwany Most Marzeń[10].
Dziesięć tysięcy ludzkich istnień, by Barrera mógł zawładnąć tymi mostami. W ciągu pięciu lat wojny między kartelami z Sinaloa i z Ciudad Juárez z miasta zbiegło ponad trzysta tysięcy mieszkańców. Pozostało około półtora miliona, z czego, jak Keller się dowiedział, jedna trzecia cierpiała na stres pourazowy.
I dziw, że nie więcej. W szczytowym okresie walk widok martwych ciał na chodnikach był tak powszechny, że mieszkańcy nauczyli się po prostu je omijać. Kartele wydawały kierowcom ambulansów radiowe polecenia decydujące o tym, którym z rannych udzielić pomocy, a którym pozwolić umrzeć. Atakowano szpitale, podobnie jak przytułki dla bezdomnych i placówki odwykowe.
Centrum niemal opustoszało. Połowa restauracji i jedna trzecia barów tego tętniącego ongiś nocnym życiem miasta zatrzasnęła swe drzwi. Zamknięto również sklepy. Prawie cała policja, burmistrz, rada miejska, wszyscy oni przeprawili się mostami do El Paso.
Ale w ciągu ostatnich dwu lat miasto znów zaczęło budzić się do życia. Powstawały firmy, uchodźcy wracali do domów, znacząco zmalała liczba zabójstw.
Keller zna przyczynę spadku przemocy.
Kartel Sinaloa wygrał wojnę.
I wprowadził tak zwany Pax Sinaloa.
Pierdol się, Adán, myśli, objeżdżając Plaza del Periodista i pomnik Małego Gazeciarza.
Do diabła z twoimi mostami.
I z twoim pokojem.
Przejeżdżając tędy, zawsze będzie widział rozrzucone szczątki swego przyjaciela Pabla.
Pablo Mora był dziennikarzem, który w swoim blogu atakował Zetas, ujawniając zbrodnie narcos. Porwali go i skatowali na śmierć, a potem poćwiartowali ciało i starannie ułożyli jego części wokół pomnika Gazeciarza.
Od czasu, gdy kartele zrozumiały, że muszą kontrolować nie tylko działania zbrojne, lecz i towarzyszącą im narrację, zamordowano wielu dziennikarzy, myśli Keller.
W związku z czym większość mediów przestała zamieszczać informacje dotyczące narcos.
Właśnie dlatego Pablo zaczął pisać swój samobójczy blog.
A potem była Jimena Abarca, piekarka z małego miasteczka w Dolinie Juáreza, która przeciwstawiła się narcos, federalnym, armii i rządowi. Rozpoczęła strajk głodowy, wymuszając uwolnienie niewinnie uwięzionych. Wówczas jeden ze zbirów Barrery dziewięciokrotnie strzelił jej w pierś na parkingu restauracji w Ciudad Juárez.
I jeszcze Giorgio, fotoreporter, któremu ścięto głowę za to, że fotografował martwych narcos.
A także Erika Valles, zamordowana i poćwiartowana jak kura. Dziewiętnastolatka, która odważyła się zostać jedyną policjantką w miasteczku, gdzie narcos zamordowali jej czterech poprzedników.
No i oczywiście Marisol.
Doktor Marisol Cisneros jest burmistrzem Valverde, leżącego w Dolinie Juáreza miasteczka, w którym żyła Jimena Abarca.
Objęła urząd po trzech kolejno zamordowanych poprzednikach. Nie zrezygnowała, gdy Zetas grozili, że również ją zabiją. A także później, gdy ostrzelali jej samochód, a kule trafiły ją w brzuch, klatkę piersiową i nogi, druzgocąc kość udową, dwa żebra oraz krąg.
Po tygodniach spędzonych w szpitalu i miesiącach rekonwalescencji Marisol powróciła do pracy i zwołała konferencję prasową. Pięknie ubrana, uczesana i umalowana, demonstrowała mediom swe blizny, a także worek stomijny. Patrząc prosto w kamery, mówiła do narcos:
- Wróciłam do roboty. Nie zdołacie mnie powstrzymać.
Keller nie znał słów, które mogłyby opisać taką odwagę.
Dlatego zawsze ogarnia go wściekłość, gdy amerykańscy politycy zarzucają wszystkim Meksykanom podatność na korupcję. Myśli wtedy o ludziach takich jak Pablo Mora, Jimena Abarca, Erica Valles i Marisol Cisneros.
Nie wszystkie duchy są martwe. Niektóre to cienie tych, którymi mogłyby być.
Sam jesteś duchem, myśli.
Duchem, który żyje półżyciem samego siebie.
Wróciłeś do Meksyku, bo lepiej ci wśród martwych niż pośród żywych.
Autostrada Carretera Federal 2 biegnie równolegle do granicy na wschód od Ciudad Juárez. Przez boczne okno wozu Keller widzi odległy zaledwie o kilka kilometrów Teksas.
Który równie dobrze mógłby leżeć na Księżycu.
Federalne władze Meksyku wysłały tu wojsko, by utrzymać spokój. Okazało się jednak, że narodowa armia jest równie brutalna jak kartele, a liczba zabitych w okresie wojskowej okupacji jeszcze wzrosła. Na drodze co kilka kilometrów stały posterunki kontrolne, budząc lęk mieszkańców. Zajmowały się bowiem jedynie przeszukaniami i wymuszeniami, nader często dokonując bezprawnych aresztowań połączonych z biciem i torturami, a także internowaniem do naprędce budowanych obozów znajdujących się przy tej samej trasie.
Jeśli nie straciłeś życia w porachunkach karteli, równie dobrze możesz zginąć z rąk żołnierzy.
Albo po prostu zniknąć.
To właśnie na tej drodze Zetas ostrzelali samochód Marisol i zostawili ją na poboczu, by się na śmierć wykrwawiła. Jednym z powodów, dla których Keller zawarł tymczasowy sojusz z Barrerą, była obietnica "Pana Niebios", że zapewni jej bezpieczeństwo.
Keller zerka w lusterko wsteczne, sprawdzając, czy nikt go nie śledzi, choć zdaje sobie sprawę, że nie ma takiej potrzeby. Dobrze wiedzą, gdzie zmierza, i będą również wiedzieć, gdy dotrze na miejsce. Halcones są wszędzie - to gliniarze, taksówkarze, dzieciaki na rogach ulic, staruszki w oknach i urzędnicy za biurkami. Dzisiaj wszyscy mają komórki i każdy skorzysta z okazji, by przysłużyć się kartelowi Sinaloa.
Jeśli zechcą mnie zabić, to zabiją.
A przynajmniej spróbują.
Wjeżdża do Valverde. Całe miasteczko to zaledwie dwadzieścia ulic skupionych w prostokącie na pustynnej płaszczyźnie. Budynki - przynajmniej te, które przetrwały - to w większości konstrukcje z żużlobetonu i śladowej ilości niewypalanej cegły. Niektóre odmalowano na jaskrawe barwy błękitu, czerwieni i żółci.
Ale ślady wojny wciąż są widoczne. Widzi je wszędzie, przejeżdżając szeroką główną ulicą. Piekarnia Abarca, ongiś centrum towarzyskie miasteczka, to nadal sterta zwęglonych zgliszcz. Ospowate ślady kul wciąż znaczą ściany, a niektóre budynki są opuszczone i zabite deskami. W czasie wojny tysiące mieszkańców Ciudad Juárez opuściło miasto - jedni ze strachu, inni zmuszeni groźbami Barrery. Ludzie budzili się rano, by ujrzeć wiszące na słupach telefonicznych stojących wzdłuż całej ulicy listy z nazwiskami mieszkańców, którzy tego dnia pod groźbą śmierci mają opuścić miasto.
Barrera wyludnił część miasta, by zastąpić jego dawnych mieszkańców swą lojalną gwardią z Sinaloa.
Można powiedzieć, że dosłownie skolonizował dolinę.
Ale teraz wojskowe posterunki zniknęły.
Podobnie jak barykada z worków wypełnionych piaskiem na głównej ulicy. Starzy ludzie siedzą w parkowym pawilonie na miejskim skwerze, rozkoszując się ciepłym popołudniem, na co nigdy by się nie odważyli przed kilkoma laty.
Keller dostrzega również, że otwarty jest maleńki sklepik, w którym ludzie znów mogą kupić niezbędne rzeczy.
Niektórzy powrócili do Valverde, inni nie, ale wygląda na to, że miasteczko powoli budzi się do życia. Mija małą przychodnię i wjeżdża na parking przed magistratem, piętrowym prostokątnym budynkiem z pustaków, gdzie mieści się to, co pozostało z urzędu miasta.
Parkuje samochód i wchodzi po zewnętrznych schodach do biura burmistrza.
Marisol siedzi za biurkiem. Jej laska wisi na poręczy krzesła. Wpatrzona w leżące przed nią papiery, nie dostrzega Kellera.
Jej uroda zapiera mu dech.
Ma na sobie prostą błękitną sukienkę, a czarne włosy upięła w surowy kok, co podkreśla wysokie kości policzkowe i barwę ciemnych oczu.
Wie, że nigdy nie przestanie jej kochać.
Marisol podnosi wzrok i na jego widok się uśmiecha.
- Arturo!
Chwyta laskę i się podnosi. Wstawanie z krzesła, podobnie jak i siadanie, wciąż sprawiają jej trudność. Keller dostrzega na jej twarzy lekki grymas bólu, gdy próbuje się dźwignąć. Krój sukni ukrywa stomię, trwałą pamiątkę po serii, która przeszyła jej jelito cienkie.
Zetas. Oni to zrobili.
Keller wyruszył do Gwatemali, by zabić tych, którzy wydali takie polecenie. Byli to Ochoa i Forty. Wyruszył tam, choć go błagała, by nie szukał zemsty. Teraz jednak obejmuje go ramionami i mocno się przytula.
- Bałam się, że nie wrócisz.
- Mówiłaś, że nie wiesz, czy tego chcesz.
- Nie rozumiem, jak mogłam to zrobić. - Kładzie mu głowę na piersi. - Tak mi przykro.
- Niepotrzebnie.
Marisol milczy przez kilka sekund, a potem pyta:
- Czy to skończone?
- Dla mnie tak.
Czuje na piersi jej westchnienie.
- Co teraz chcesz robić?
- Nie wiem.
Mówi prawdę. W gruncie rzeczy nie sądził, że przeżyje wyprawę do Dos Erres, a teraz, gdy jednak przeżył, nie bardzo wie, co dalej. Wie tylko tyle, że nie wróci już do Tidewater, firmy ochroniarskiej, która zorganizowała wyprawę do Gwatemali, i jest cholernie pewny, że nie wróci do DEA. Nie ma jednak pojęcia, co zrobić ze swym życiem.
Ale wie jedno - że jest tu, w Valverde.
Dla niej.
Zdaje sobie sprawę, że już nigdy nie doświadczą tego co kiedyś. Zbyt wiele wycierpieli, stracili zbyt wielu bliskich, a wszystkie te śmierci, niczym kolejne kamienie, wzniosły mur nie do obalenia.
- Mam dziś po południu dyżur w przychodni - mówi Marisol.
Jest burmistrzem i jedynym lekarzem w mieście. W Dolinie Juáreza żyje trzydzieści tysięcy mieszkańców, ale tylko ona praktykuje na pełny etat.
Dlatego postanowiła otworzyć bezpłatną przychodnię.
- Odprowadzę cię - proponuje Keller.
Marisol zawiesza laskę na nadgarstku i opierając się o poręcz, rusza w dół po zewnętrznym ciągu schodowym. Keller idzie tuż za nią, w każdej chwili gotów ją podtrzymać.
- Robię to kilka razy dziennie, Arturo - uspokaja go Marisol.
- Wiem.
Biedny Arturo, myśli Marisol. Tyle w nim smutku.
Zna cenę, jaką zapłacił za swą długą wojnę. Wie, że zamordowano jego partnera, że rozstał się z rodziną i że widział, a także dopuszczał się rzeczy, których wspomnienie budzi go po nocach, lub - co gorsza - spycha w otchłań koszmaru.
Ona też zapłaciła swoją cenę.
Rany zewnętrzne są widoczne, w przeciwieństwie do nieustępliwego bólu, który im towarzyszy, a jest nie mniej realny. Utraciła młodość i urodę, choć Arturo lubi sobie wyobrażać, że nadal jest piękna. Ale spójrz prawdzie w oczy, Marisol. Jesteś kobietą z laską i workiem gówna przypiętym do pasa.
Lecz nie to jest najgorsze. Marisol ma dostatecznie mocno rozwiniętą samoświadomość, by rozpoznać nękający ją ciężki kompleks winy. Wciąż przecież zadręcza się pytaniem: Dlaczego żyję, skoro wokół tak wielu zginęło? I wie, że Arturo zmaga się z tym samym.
- A co u Any? - pyta Keller.
- Bardzo się nią martwię. Ma depresję, za dużo pije. Będzie dziś w przychodni, zobaczysz ją.
- Jesteśmy wszyscy przetrąceni, prawda? - ni to pyta, ni stwierdza Keller. - Każde z nas.
- To prawda - ze smutkiem przyznaje Marisol.
Tak samo jak większość weteranów tej nienazwanej wojny, dodaje w duchu. Wojny, która, jak to mówią, nie jest "zamknięta".
Nie ma w niej zwycięzców ani pokonanych. Rozejmu ani trybunału wojennego. A już na pewno brak parad, medali, przemówień i podziękowań od wdzięcznego narodu.
Jest tylko powolny, smrodliwie pełzający spadek przemocy.
I druzgocąca świadomość utraty. Ziejąca pustka, której Marisol nie potrafi wypełnić bez względu na ilość zajęć w przychodni czy magistracie.
Przechodzą przez miejski skwer. Zebrani w pawilonie starzy ludzie uważnie im się przyglądają.
- Za chwilę ruszy młyn plotek - mówi Marisol. - Do piątej po południu będę z tobą w ciąży. Do siódmej weźmiemy ślub. Do dziewiątej porzucisz mnie dla młodszej kobiety, i zapewne będzie to blondynka.
Mieszkańcy Valverde dobrze znają Kellera. Zamieszkał tutaj po tym, jak postrzelono Marisol, i opiekował się nią, gdy walczyła o życie. Chodził do ich kościoła, świętował ich święta, uczęszczał na ich pogrzeby. Jeśli więc nawet nie jest jednym z nich, to nie jest też obcym, jakimś tam yanqui[11].
Kochają go, bo on kocha ją.
Keller bardziej wyczuwa, niż widzi samochód, który podąża za nimi ulicą. Wolno sięga do broni ukrytej pod wiatrówką i ściska rękojeść pistoletu. Stary lincoln z wolna ich wyprzedza. Tak kierowca, jak i pasażer nie wysilają się nawet, by ukryć zainteresowanie jego osobą.
On kiwa im głową.
Halcón odpowiada skinieniem, gdy wóz zaczyna się oddalać.
Sinaloa nie spuszczają go z oczu.
Marisol niczego nie dostrzega. Natomiast pyta:
- Zabiłeś go, Arturo?
- Kogo?
- Barrerę.
- Jest pewien stary brzydki dowcip - mówi Keller. - O pewnej kobiecie w noc poślubną. Gdy mąż pyta, czy jest dziewicą, odpowiada: "Dlaczego każdy zadaje mi to pytanie?".
- Dlaczego każdy zadaje ci to pytanie? - Marisol nie daje się zwieść. Przyrzekali sobie, że nigdy nie będą się okłamywać, a Arturo dotrzymuje słowa. Słysząc jego wykrętną odpowiedź, Marisol nabiera podejrzeń. - Mów tylko prawdę - nalega. - Czy go zabiłeś?
- Nie, Mari, nie zabiłem.
Keller mieszkał zaledwie kilka dni w domu Any w Ciudad Juárez, gdy pojawił się Eddie Ruiz.
Złożył dziennikarce ofertę, którą przyjęła. Ten dom nasuwał jej zbyt wiele wspomnień.
Szalony Eddie brał udział w misji w Gwatemali i Keller widział na własne oczy, jak ów młody narco, ten pocho, półkrwi Amerykanin i półkrwi Meksykanin z El Paso, wylał kanister nafty na rannego bossa Zetas, przytknął zapałkę i patrzył, jak Heriberto Ochoa płonie z wrzaskiem.
Ale Eddie wszedł do zamieszkałego przez Kellera domu w Ciudad Juárez nie sam.
Razem z nim jest Jesús Barajos, inaczej "Chucho". To siedemnastoletni schizofrenik dotknięty psychozą z powodu potworności, których doznał sam, tych, których był świadkiem, jak i tych, które zadał innym. Już jako jedenastolatek był cynglem narcos i nigdy nie dostał od życia żadnej innej szansy. Keller natknął się na niego w gwatemalskiej dżungli, gdzie Chucho spokojnie kopał futbolówkę z przyszytą do niej twarzą gościa, któremu obciął głowę.
- Po co go tu przywiozłeś? - pyta Eddiego, patrząc w puste źrenice Chucha. Omal nie zastrzelił gówniarza w Gwatemali, by wyrównać rachunek za morderstwo Eriki Valles.
I teraz Ruiz sprowadza go tu? Do mnie?
- Nie wiedziałem, co innego mógłbym z nim zrobić - wyznaje Eddie.
- Odeślij go z powrotem.
- Zabiją go. - Eddie kręci głową, patrząc, jak Chucho obojętnie przechodzi obok nich, a potem zwija się na kanapie i zapada w sen. Mały i cherlawy przypomina zagłodzonego kojota. - Zresztą i tak nie mógłbym go zabrać tam, gdzie się wybieram.
- Co zamierzasz?
- Przejdę na drugą stronę rzeki i się zgłoszę - mówi Eddie. - Wyjdę za cztery lata.
- To dobrze. - Taką umowę załatwił mu Keller.
- A ty? - pyta Eddie.
- Nie robię żadnych planów. - Keller wzrusza ramionami. - Po prostu będę żyć.
Tyle że nie wie jak.
Jego wojna już się skończyła, a on nie wie, jak żyć.
Nie wie również, co zrobić z Chuchem Barajosem.
Marisol nie zgadza się, by przekazać chłopaka pod opiekę meksykańskich władz.
- Nie przetrwa.
- Mari, on zabił...
- Wiem, Arturo - odpowiada. - Ale jest chory i wymaga pomocy. Jakiej pomocy udzieli mu ten system?
Oczywiście żadnej. Keller o tym wie, ale nie jest pewien, czy tak naprawdę jeszcze go to obchodzi. Chce już zakończyć tę wojnę, a nie ciągnąć jak kulę u nogi katatonika, który zamordował bliskich mu ludzi.
- Nie jestem tobą. Nie potrafię przebaczać jak ty.
- Twoja wojna będzie trwać dopóty, dopóki sam jej nie skończysz.
- A więc wygląda na to, że nie skończy się nigdy.
Ale nie odesłał Chucha.
Mari znalazła psychiatrę, który zgodził się leczyć go gratis, i sprowadzała leki przez swoją przychodnię. Ale i tak medyczne prognozy były "ostrożne". W najlepszym wypadku Chucho mógł prowadzić marginalną egzystencję, życie cienia, w którym najstraszliwsze ze wspomnień nawet jeśli nie zostaną wymazane, to przynajmniej ulegną wyciszeniu.
Keller nigdy nie potrafił wyjaśnić, czemu podjął się opieki nad chłopakiem.
Może to była pokuta?
Chucho pętał się po domu niczym kolejny duch w jego życiu. Spał w pokoju gościnnym, grał w gry wideo na Xboksie, który Keller kupił mu w Walmarcie w El Paso, i pożerał wszystkie posiłki, jakie ten przygotował, na ogół z puszek z etykietą firmy Hormel. Keller monitorował również cały koktajl jego leków i pilnował, by chłopak zażywał je zgodnie z zaleceniami.
Poza tym regularnie woził go do psychiatry i siedział w poczekalni, przeglądając hiszpańskie wydania "National Geographic" i "Newsweeka". Potem wsiadali do autobusu i jechali do domu, gdzie Chucho zasiadał przed telewizorem, a Keller robił kolację. Rzadko rozmawiali. Czasem z pokoju Chucha dobiegały krzyki, a wtedy Keller tam wchodził i budził go z sennych koszmarów. I choć nieraz go kusiło, by zostawić chłopca na pastwę tej udręki, nigdy tego nie zrobił.
W niektóre wieczory brał puszkę piwa, siadał na stopniach schodzących do małego ogródka na tyłach domu Any i wspominał spotkania, które się tam odbywały - muzykę, poezję, gorące dyskusje polityczne i śmiech. To właśnie tu poznał Anę, Pabla i Giorgia, a także "El Búho", czyli Sowę, guru meksykańskiego dziennikarstwa i wydawcę gazety, w której pracowali Ana i Pablo.
Czasami, gdy Marisol przyjeżdżała do miasta, by odwiedzić pacjenta, którego ulokowała w szpitalu w Ciudad Juárez, wybierali się wspólnie na kolację lub do kina w El Paso. A czasem jechał do Valverde, by zobaczyć ją po pracy w przychodni i porozmawiać w trakcie popołudniowego spaceru przez miasteczko.
Nigdy nie posunęli się dalej i za każdym razem wracał na noc do domu.
Życie ułożyło się w rytmie, który zdawał się tak nierealny, że wręcz surrealistyczny.
Po mieście krążyły różne plotki na temat Barrery. Jedne głosiły, że żyje, inne że nie. Keller nie zwracał na to uwagi. Od czasu do czasu jakiś samochód wolno przejeżdżał obok jego domu, a raz Terry Blanco zajrzał do niego spytać, czy czegoś nie słyszał lub czegoś nie wie.
Ale Keller o niczym nie słyszał i niczego nie wiedział.
Poza tymi drobnymi zdarzeniami, jak sobie tego życzył, dali mu spokój.
Do czasu.
Eddie Ruiz spłukuje stalowy klozet przytwierdzony do betonowej ściany. Następnie wciska tekturową rolkę po papierze toaletowym do rury spustowej i dmucha, by zepchnąć wodę głębiej w syfon. Potem zdejmuje z betonowej pryczy piankowy materac, zwija go na muszli klozetowej i zaczyna uciskać, jakby dokonywał reanimacji. Na koniec usuwa materac, wpycha do kibla trzy rolki papieru toaletowego, przyciska usta do tej, która leży najwyżej, i woła:
- El se?or!
Czeka kilka sekund, a potem słyszy:
- Eddie! Qué pasa, m'ijo?
"Co słychać, mój synu?". Eddie nie jest synem Rafaela Caro, ale cieszy się, że stary baron narkotykowy tak go nazywa, a może nawet tak myśli.
Caro przebywa we Florence niemal od chwili otwarcia zakładu w 1994 roku i jest jednym z pierwszych gości tego więzienia o zaostrzonym rygorze. To się nie mieści w pale, myśli Eddie. Rafael Caro siedzi sam w betonowym boksie dwa na trzy i pół metra z betonową pryczą, betonowym stołem i betonowym stołkiem - a jednak nie ześwirował.
Umiera Kurt Cobain, Caro jest w celi. Bill Clinton pali cygaro, Caro jest w celi. Pierdolone turbany wpieprzają się samolotami w dwie wieże, Caro jest w celi. Bez sensu atakujemy jakiś pieprzony kraj, czarny gość zostaje prezydentem, a Caro dalej siedzi w tej samej celi dwa na trzy i pół.
Przez dwadzieścia trzy godziny na dobę, siedem dni w tygodniu.
Ożeż kurwa, myśli Eddie, miałem czternaście lat i waliłem konia przy "Penthouse Letters", kiedy za Caro zamknęły się drzwi, a gość nadal siedzi i się nie pochlastał.
Rudolfo Sánchez spędził tu zaledwie osiemnaście miesięcy i stracił jaja. Ja kibluję w tym miejscu dopiero drugi rok i mało się nie posram. Pewnie by tak było, gdyby nie Caro i nasze pogaduchy przez klozetowy telefon.
Caro wciąż ma umysł ostry jak brzytwa. Eddie już rozumie, dlaczego kiedyś był jednym z głównych graczy w narkotykowej grze. Ale popełnił błąd, i jak widać, decydujący, a mianowicie źle obstawił zawodnika w starciu Güero Méndez kontra Adán Barrera.
Zawsze te wybory, myśli Eddie.
No i spotkało go to, co spotkało wielu wrogów Adána, czyli ekstradycja do USA. Ciążyło tam na nim poważne podejrzenie o udział w torturach i morderstwie agenta DEA, Erniego Hidalga. Nie zdołano jednak tego dowieść, dostał więc najwyższy wyrok za handel narkotykami, czyli dwadzieścia pięć lat do dożywocia zamiast LWOP[12].
Ale federalni byli tak nakręceni, że wysłano go do Florence, gdzie wsadzają takich speców jak Unabomber, Timothy McVeigh, zanim go załatwili, i tłum terrorystów. Osiel Contreras, dawny boss kartelu z Zatoki, też tu jest, a także kilku innych ważnych narcos.
No i ja, myśli Eddie.
Eddie Ruiz. Szalony Eddie. Pierwszy i jak dotąd jedyny Amerykanin, który kierował meksykańskim kartelem, cokolwiek to warte.
W gruncie rzeczy Eddie już wie, ile to warte.
Cztery lata.
Jest z tym zresztą pewien mały problem, gdyż niektórzy, w tym liczni lokatorzy tej instytucji, zastanawiają się, dlaczego tylko cztery.
Dla faceta jego rangi.
Dla Szalonego Eddiego.
Dawnego "Narco Polo", jak głosił napis na jego koszulce. Tego, który zatrzymał Zetas w Nuevo Laredo i poprowadził sicarios Diega Tapii najpierw przeciwko Zetas, a potem na Barrerę. Który przetrwał atak marines i egzekucję Diega Tapii, po czym objął przywództwo resztek jego organizacji.
Niektórych dziwi również to, że Eddie powrócił do Stanów, gdzie był poszukiwany pod zarzutem handlu narkotykami. Pytano, dlaczego pozwolił się aresztować i dostał zaledwie czteroletni wyrok odsiadki w federalnym pierdlu.
Oczywiste było podejrzenie, że Eddie to szczur, który sypie kumpli w zamian za łagodny wymiar kary. Ale Eddie gorąco zaprzeczał.
- Wymieńcie mi kogoś, kogo zgarnęli po tym, jak mnie tu wsadzono. Choć jednego. - Nie oczekiwał odpowiedzi, bo nikogo takiego nie było. - No i pomyślcie sami, czy gdybym wszedł z nimi w układ, to wybrałbym Florence? Najcięższe z więzień w tym kraju? - I na to nie było odpowiedzi. - A grzywna? Siedem milionów dolarów? - perswadował. - To ma być, kurwa, stawka dla szczura?
Ale jego głównym atutem był Caro. Gość, który ze wzgardą odrzucił wszelkie namowy na współpracę i bez słowa skargi przyjął wyrok dwudziestu pięciu lat więzienia, nawet by nie spojrzał na jakiegoś szpicla, a co dopiero mówić o przyjaźni.
Jeśli więc Eddie był w porządku dla Rafaela Caro, to był w porządku dla wszystkich. Woła więc teraz przez rolkę:
- Wszystko w porządku! A u pana?
- Nie narzekam, dzięki. Co nowego?
Co nowego? - myśli Eddie.
Nic.
W tym miejscu nie ma nigdy nic nowego. Każdy dzień jest taki sam jak poprzedni. Rano pobudka o szóstej, po której wsuwają przez metalową szparę coś, co nazywa się tu śniadaniem. Po tym posiłku Eddie bierze się do sprzątania. Robi to starannie, z religijnym wręcz namaszczeniem. Człowiek zamknięty w jednoosobowej celi po jakimś czasie pogrąża się w brudzie jak zwierzę, ale Eddie nie zamierza do tego dopuścić. Utrzymuje w czystości siebie, swoją celę i swoją odzież. Gdy już wyszoruje każdy centymetr, pierze w metalowym zlewie ubrania, wyżyma je i rozwiesza, by wyschły.
Nie ma ich zresztą wiele. Są to dwie regulaminowe koszule w kolorze pomarańczowym, dwie pary spodni khaki, dwie pary białych skarpet, dwie pary białych slipek i para plastikowych sandałów.
Po praniu przechodzi do ćwiczeń.
Sto pompek.
Sto przysiadów.
Eddie jest młodym facetem. Ma dopiero trzydzieści trzy lata i nie zamierza dopuścić, by więzienie zrobiło z niego starca. Kiedy wyjdzie stąd w wieku trzydziestu pięciu, chce dobrze wyglądać i mieć sprawny umysł.
Większość z tych, którzy tu siedzą, nigdy już nie zobaczy normalnego świata.
Zdechną w tej zasranej dziurze.
Po ćwiczeniach zazwyczaj bierze prysznic w kabince w rogu celi, a potem ogląda czarno-biały program w małym telewizorze, na który zasłużył sobie jako wzorowy więzień. Na tym bloku oznacza to mniej więcej tyle, że nie wrzeszczy przez cały czas, nie smaruje ścian własnym gównem i nie próbuje obsikać przez szparę strażników.
Telewizja w obwodzie zamkniętym jest ściśle kontrolowana. Dostępne są wyłącznie programy religijne i edukacyjne, ale niektóre kobietki są dość seksowne, no i przynajmniej można posłuchać ludzkiej mowy.
Mniej więcej w południe wsuwają przez drzwi coś, co nazywa się lunchem. A po południu, wieczorem lub kiedy im się, kurwa, spodoba, strażnicy zabierają go na wielkie godzinne wyjście. Zmieniają czas po to, by nie wprowadzać rutyny, jakby Eddie był w stanie zorganizować nalot powietrzny czy coś w tym stylu.
Ale kiedy w końcu przychodzą, staje tyłem do drzwi i wysuwa przez szparę ręce, które skuwają kajdankami. A gdy drzwi się otworzą, klęka jak do Pierwszej Komunii, by skuli mu kostki stóp i połączyli je łańcuchem.
Dopiero wtedy prowadzą go na spacerniak.
Co stanowi przywilej.
W pierwszych miesiącach nie miał prawa wychodzić na zewnątrz. Przysługiwał mu spacer w pozbawionym okien pomieszczeniu, które przypominało opróżniony basen. Teraz może zaczerpnąć powietrza w betonowej klatce o wymiarach trzy i pół metra na sześć, przykrytej u góry grubą gęstą siatką z kolczastego drutu przymocowaną do czerwonych belek. Są tu drążki do podciągania i kosze do koszykówki. A jeśli jesteś grzeczny i strażnicy są w humorze, mogą tam nawet wprowadzić kilku innych więźniów i pozwolić z nimi pogadać.
Caro nie posiada tego przywileju.
Zabił glinę i ma przejebane.
Ale zazwyczaj Eddie też jest sam. Podciąga się więc na drążku, ciska piłkę do kosza lub ją podrzuca. W szkole w Teksasie był najlepszy na drugiej linii i jako gwiazda bejsbolu mógł przebierać w najładniejszych cheerleaderkach. Teraz rzuca piłkę, biegnie za nią i łapie, lecz nikt mu nie wiwatuje.
Kiedyś uwielbiał wytrącać chłopakom piłkę. Walił w odpowiednie miejsce tak mocno, by powietrze uszło im z płuc, a piłka wypadła z rąk. Wyrywał serca z ich pieprzonych piersi.
Szkolny bejsbol.
Piątkowe wieczory.
Przed laty.
Ale pięć dni w miesiącu Eddie nie ćwiczy. Wychodzi tylko do holu, gdzie przez godzinę wolno mu telefonować.
Zazwyczaj dzwoni do żony.
Głównie do pierwszej, nie do drugiej.
To skomplikowane, bo nigdy oficjalnie nie rozwiódł się z Teresą, którą poślubił w USA. Tak więc wedle prawa nie jest mężem Priscilli, z którą się ożenił w Meksyku. Ma z Priscillą trzyletnią córkę i półtorarocznego syna, a z Teresą trzynastoletnią córkę i syna w wieku dziesięciu lat.
Rodziny nie są, powiedzmy, wzajemnie siebie świadome, i Eddie musi uważać, by dobrze pamiętać, z kim w danej chwili rozmawia. Wypisał nawet na ręce imiona swoich dzieci, żeby mu się coś nie popieprzyło i nie zagadnął czasem o te niewłaściwe, co byłoby niezręczne.
To samo dotyczy comiesięcznych widzeń z rodziną.
Musi je ustalać wymiennie i tłumaczyć na zmianę Teresie i Priscilli, czemu nie mogą się spotkać w kolejnym miesiącu. Używa z reguły tej samej wymówki:
- Skarbie, muszę wykorzystać ten czas na rozmowę z moim prawnikiem.
- Bardziej kochasz swojego prawnika niż żonę i dzieci?
- Muszę się z nim zobaczyć, żeby wrócić do domu, do mojej żony i dzieci.
No cóż, do którego domu i których dzieci, to inne kłopotliwe pytanie, ale przez dwa następne lata nie musi się tym kłopotać. Na razie myśli, że gdyby został mormonem, Teresa i Priscilla mogłyby być tak zwanymi siostrzanymi żonami.
Ale wtedy musiałby zamieszkać w Utah.
Czasem jednak naprawdę wykorzystuje prawo do comiesięcznych widzeń na spotkanie ze swym prawnikiem. "Minimum Ben" Tompkins przyjeżdża wtedy aż z San Diego, tym bardziej teraz, gdy jego najważniejszy klient znalazł się wśród zaginionych.
Eddie był w Gwatemali, gdy El Se?or żegnał się ze światem.
Ale nikomu o tym nie pisnął. Zresztą nie powinien tam wtedy być i naprawdę jest wdzięczny Kellerowi, że sukinsyn zabrał go ze sobą i pozwolił się rozprawić z Ochoa.
Czasem Eddie przywołuje ten obraz, by wypełnić długie, puste godziny. Wspomina z lubością, jak wylał na bossa Zetas cały kanister nafty, a następnie rzucił w niego zapałką. Mówią, że zemsta najlepiej smakuje na zimno. Ale ta naprawdę smakowała na gorąco, gdy patrzył, jak Ochoa zmienia się w pochodnię.
Godna zapłata za kumpla spalonego żywcem przez Ochoa.
Teraz Eddie trzyma twarz na kłódkę, bo winien jest to Kellerowi.
Zasrane wyroki, myśli. Powinni dać mi medal za tę robotę, a nie wsadzać do "supermax" Florence.
Tak jak i Kellerowi.
Bohaterskie z nas sukinsyny, on i ja.
Strażnicy Teksasu.
Barrerę żarły mrówki, a Tompkins potrzebował forsy, toteż aż nader chętnie przystał na to, by rozdysponować aktywa Eddiego zgromadzone na kontach rozrzuconych po całym świecie.
Siedem milionów kary? Pieprz się, wuju Samie, myśli Eddie. Tyle to mi wypada z kieszeni między poduszki sofy.
Eddie jest właścicielem czterech nocnych klubów w Acapulco i dwóch tamtejszych restauracji, a także dilerem samochodów i tylu gównianych firm, że sam już nie pamięta. No i jeszcze gotówki dojrzewającej na kontach w bankach na różnych wyspach. Jak już swoje odsiedzi, wyjdzie ustawiony na resztę życia.
Ale na razie kibluje we Florence, a Caro chce się dowiedzieć, co nowego.
Ale nie chodzi mu o to, co dzieje się we Florence, lecz w wolnym świecie, uświadamia sobie Eddie, który czasem coś słyszy, ćwicząc w klatce na świeżym powietrzu lub stojąc na pryczy i rozmawiając z sąsiadami przez otwór wentylacyjny.
Teraz Caro pyta:
- Wiesz coś o Sinaloa?
Eddie nie rozumie, czemu starzec tak się tym interesuje. Tamten świat skończył się dla niego dawno temu, po co więc o nim myśli? Choć właściwie o czym miałby myśleć? Pewnie dobrze mu robi takie gadanie, jakby nadal brał udział w grze.
Przypomina tych starych z El Paso, którzy snują się wokół boiska, wspominając czasy, kiedy sami grali, i spierając się o to, kogo nowy trener powinien wyznaczyć na rozgrywającego lub czy zrezygnować z miotacza na rzecz rozciągniętej formacji.
Ale Eddie szanuje starego Caro i cieszy go, że mogą pogadać.
- Podobno wznawiają produkcję heroiny - mówi, wiedząc, że Caro tego nie pochwali.
W latach siedemdziesiątych ten stary gomero widział, jak Amerykanie truli i palili napalmem pola maku, rozpędzając chłopów na cztery wiatry. Był też obecny na słynnym spotkaniu w Guadalajarze, gdzie Miguel Ángel Barrera, słynny M-1, radził gomeros, by odeszli od produkcji heroiny na rzecz kokainy. I był też świadkiem, jak M-1 tworzył Federację.
Eddie i Caro rozmawiali jeszcze o tym i owym przez minutę lub dwie, ale kontakt przez rurę kanalizacyjną jest uciążliwy. Dlatego narcos śmiertelnie boją się ekstradycji do amerykańskiego supermaksa. Praktycznie nie ma tu bowiem możliwości prowadzenia interesów, jak to bywa w meksykańskich więzieniach. Widzenia są ograniczone, jeśli w ogóle dozwolone, a ponadto monitorowane i nagrywane. Podobnie jak telefony. Stąd też nawet największe szychy otrzymują tu zaledwie strzępy informacji i nie mogą wydawać jasnych poleceń. Dlatego w krótkim czasie ich kontakty się urywają.
Caro przebywa tu od dawna.
Gdyby to był nabór do NFL[13], myśli Eddie, nie wzięto by go nawet pod uwagę.
Eddie siedzi przy stole naprzeciw Minimum Bena.
Docenia jego styl: lniana sportowa marynarka w kolorze khaki, błękitna koszula i do tego modny akcent, czyli muszka w kratę. Ponadto srebrne włosy, podkręcone wąsy oraz hiszpańska bródka.
Tompkins mógłby się wcielić w pułkownika Sandersa, założyciela KFC, gdyby szło tu o kury, nie o prochy.
- BOP[14] chce cię stąd przenieść - mówi. - To standardowa procedura. Masz dobrą opinię, więc zasługujesz na złagodzenie rygoru.
Amerykański system federalnego więziennictwa ma swą hierarchię. Najcięższe są placówki o maksymalnym rygorze i poziomie bezpieczeństwa, takie jak supermax Florence. Za mniej opresyjne uchodzą zakłady karne, gdzie więźniowe przebywają w więziennym bloku, a nie w pojedynczych celach. Po nich następują ośrodki poprawcze, czyli budynki internatowe za kolczastymi drutami, i wreszcie więzienia o złagodzonym rygorze.
- Do federalnego zakładu karnego - obwieszcza Tompkins. - Zważywszy na postawione ci zarzuty, nie można uzyskać więcej do czasu, aż przybliży się termin zwolnienia. Wtedy mogą cię nawet przenieść do ośrodka przejściowego. Jezu, Eddie, myślałem, że się ucieszysz...
- Taa... owszem, tylko...
- Tylko co? - Tompkins nie pojmuje. - Chłopie, jesteś sam w celi przez dwadzieścia trzy godziny na dobę. Nikogo nie widujesz...
- Może właśnie w tym rzecz. Mam ci to tłumaczyć? - Fakt, jest w izolatce. To upierdliwe, ale daje radę, przywykł. I czuje się bezpieczny w swojej celi, gdzie nikt go nie może dopaść. Jeśli go przeniosą na blok, może to rozbudzić nowe podejrzenia. Nie chce teraz omawiać sprawy na głos, bo nigdy nie wiadomo, kto opłaca którego strażnika. - Obiecano mi ochronę.
Tompkins zniża głos.
- I ją otrzymasz. Kiedy odbędziesz wyrok, obejmie cię program.
Ale by odsiedzieć swoje, muszę żyć, myśli Eddie. Jeśli mnie przeniosą, papiery pójdą za mną. Tu mogą schować pod kołdrę mój PSI[15], ale w zwykłym zakładzie karnym? Tam strażnicy sprzedadzą własne matki za baton czekoladowy.
- Gdzie mnie przenoszą?
- Mówią o Victorville.
Eddie omal się nie zakrztusił.
- Wiesz, kto rządzi w tym Victimville[16]? La Eme. Meksykańska mafia. Równie dobrze mogą mnie odesłać do Culiacán.
La Eme robi interesy z wszystkimi kartelami oprócz Zetas, myśli Eddie. Ale najgorsze stosunki ma z Sinaloa. Jeśli dostaną wgląd w moje PSI, po prostu mnie zatłuką.
- Umieścimy cię w nadzorowanym oddziale - zapewnia Tompkins.
Eddie nachyla się nad stołem.
- Słuchaj, jeśli mnie wsadzą na taki oddział, równie dobrze mogą obwieścić przez głośniki, że jestem szczurem. Myślisz, że nikt mnie tam nie dopadnie? Nie wiesz, jakie to proste? Wystarczy, żeby strażnik nie zamknął drzwi. Prędzej podetnę sobie żyły, niż dam się przenieść.
- Więc czego chcesz, Eddie?
- Chcę tu zostać.
- Nie możemy ci tego zapewnić.
- Bo co? Potrzebują celi?
- Tak jakby - potwierdza Tompkins. - Znasz Biuro Więziennictwa. Jak już zaczną te swoje procedury...
- Nie obchodzi ich, czy zginę. - To głupie, co mówi, i dobrze o tym wie. Oczywiście, że nic ich to nie obchodzi. Ludzie wciąż umierają w więzieniu i na ogół administracja nie uważa tego za stratę. To dodawanie przez odejmowanie. Tak również myśli społeczeństwo. Jesteś pieprzonym śmieciem, więc jeśli cię zutylizują, tym lepiej.
- Zrobię, co będę mógł - zapewnia Tompkins.
Eddie jest dziwnie pewny, że Tompkins nic nie będzie mógł. Jeśli dokumenty podążą za nim do V-Ville, już jest trupem.
- Musisz do kogoś zadzwonić w moim imieniu - mówi.
Keller odbiera telefon i słyszy Bena Tompkinsa.
- Czego chcesz? - pyta niezbyt uszczęśliwiony.
- Teraz reprezentuję Eddiego Ruiza.
- Jakoś mnie to nie dziwi.
- Eddie chce z tobą pogadać - mówi Tompkins. - Ma cenną informację.
- Nie jestem już w grze - mówi Keller. - Nie obchodzą mnie żadne informacje.
- To nie jest informacja cenna dla ciebie - wyjaśnia Tompkins. - To cenna informacja o tobie.
Keller leci do Denver, a stamtąd jedzie do Florence.
Eddie podnosi słuchawkę, by porozmawiać przez szybę.
- Musisz mi pomóc. - Opowiada o planowanym transferze do Victorville.
- Co to ma ze mną wspólnego? - pyta Keller.
- Tylko tyle masz mi do powiedzenia? Radź sobie sam?
- Zazwyczaj tak bywa. Musimy radzić sobie sami. Zresztą nie mam tu żadnych wejść.
- Nie pieprz.
- To prawda.
- Przyciskasz mnie do muru - mówi Eddie. - Zmuszasz do czegoś, czego żaden z nas nie chce.
- Grozisz mi?
- Proszę o pomoc. - Słychać, w jak wielkiej jest desperacji. - Ale jeśli odmówisz, będę musiał poradzić sobie sam i coś im opowiedzieć. Dobrze wiesz co.
Misja, której nie było.
Gwatemala.
Miejsce, w którym Eddie sprawił, że Heriberto Ochoa spłonął jak drogowa flara, a Keller stał i nawet nie drgnął.
A potem ruszył w dżunglę, by wyprowadzić stamtąd Barrerę.
I wyszedł z niej sam.
- Jeśli zaczniesz wywlekać pewne sprawy, Eddie - mówi Keller - może się okazać, że mam dosyć wpływów, żeby cię przenieść do skrzydła Zet.
Skrzydło Zet...
To gorsze niż supermax Florence. Wrzucają tam tych, którzy mają naprawdę przejebane. Rozbierają do naga, krępują ręce i stopy, i tak zostawiają.
Czarna dziura.
- Myślisz, że wytrzymasz tam dwa lata? - pyta Keller. - Gdy wyjdziesz stamtąd, będziesz bełkotał jak idiota, który bredzi o własnych urojeniach. Nikt nie uwierzy w jedno twoje słowo.
- Więc zatrzymaj mnie tutaj.
- Dobrze się zastanów - radzi Keller. - Jeśli zostaniesz we Florence, ci, których się obawiasz, mogą się zdziwić.
- Więc wymyśl coś lepszego - prosi. - Bo jeśli tutaj zginę, to nie z własnych rąk. Dlatego musisz zrozumieć, że następny telefon, który wykonam, to nie będzie telefon do ciebie, lecz o tobie.
- Zobaczę, co da się uzyskać - kwituje Keller.
- I musisz dla mnie zrobić jeszcze jedno.
- Co znowu?
- Przyślij mi Big Maca, podwójne frytki i colę,
- Tylko tyle? - dziwi się Keller. - Myślałem, że chcesz przelecieć jakąś cizię.
Eddie przez chwilę myśli, a potem kręci głową.
- Nie, wystarczy mi burger.
Stukanie w rurę. Caro chce rozmawiać. Eddie odbywa cały rytuał z rurą spustową, by na koniec przyłożyć ucho do rolki papieru toaletowego.
- Podobno cię przenoszą - słyszy.
Wiadomości szybko się tu rozchodzą, myśli Eddie. A Caro ma lepsze kontakty, niż myślałem.
- Zgadza się.
- Do Victorville.
- Mhm.
Nie obawia się transferu od chwili, gdy Keller telefonicznie go zapewnił, że jego akta są już czyste jak łza. Jeśli nawet ktoś je wyciągnie, to najwyżej dojdzie do wniosku, że ten łagodny wyrok jest wyłącznie zasługą dobrego obrońcy.
- Nie martw się - pociesza go Caro. - Mamy tam przyjaciół. Zajmą się tobą.
- Dzięki.
- Z La Mariposy.
La Mariposa... Tak nazywają La Eme, myśli Eddie.
- Będzie mi brakować naszych rozmów - dodaje Caro.
- I mnie.
- Dobry z ciebie chłopak, Eddie. Umiesz okazać szacunek. - Caro milczy przez kilka sekund, a potem dorzuca: - M'ijo, chciałbym, żebyś coś dla mnie zrobił w V-Ville.
- Czego tylko pan sobie życzy.
Cokolwiek to jest, Eddie nie ma najmniejszej ochoty tego robić.
Chce odsiedzieć swój wyrok i się wyautować.
Z biznesu i z branży.
Wciąż mu się roi, że kiedyś zrobi film o własnym życiu. To się nazywa biografia filmowa. I że byłby to wielki hit, gdyby zagrał w nim DiCaprio czy ktoś taki.
Ale nie powie tego Rafaelowi Caro. Gdyby tak zrobił, ci z La Eme zgotowaliby mu w V-Ville inne powitanie. Mogliby go załatwić od razu albo po prostu odizolować. Tak czy owak, nie miałby żadnych szans bez oparcia w gangu.
- Wiedziałem, że to powiesz. - Caro tak zniża głos, że Eddie ledwie słyszy.
- Znajdź nam jednego mayate.
Chodzi o czarnego.
- Z Nowego Jorku. Niedługo wychodzi. Niech zaciągnie u ciebie dług - instruuje Caro. - Rozumiesz?
Jezu! Eddie zdaje sobie nagle sprawę, że stary wciąż jest graczem.
Zaczyna liczyć. Caro odsiedział dwadzieścia z dwudziestu pięciu lat. To wyrok sądu federalnego. Może być utrzymany do ostatniego dnia, ale również skrócony do osiemdziesięciu pięciu procent, a nawet więcej.
A więc Caro ma już niewiele do odsiedzenia. Spogląda w stronę więziennej bramy. I chce wrócić do gry.
- Rozumiem - mówi Eddie. - Chce pan, żebym skumplował się z czarnym, który wkrótce wychodzi. Ale dlaczego?
- Bo Adán Barrera miał rację - odpowiada Caro.
Heroina to nasza przeszłość.
A nasza przeszłość jest naszą przyszłością.
Tego nie musi Eddiemu mówić.
Keller telefonuje do Bena O'Briena.
- Oddzwoń na bezpiecznej linii - mówi.
Po raz pierwszy spotkał go w pokoju hotelowym w Georgetown kilka tygodni przed akcją w Gwatemali. Nie przedstawili się sobie i Keller, który nigdy nie interesował się polityką, nie wiedział, że to senator z Teksasu. Wiedział tylko, że facet reprezentuje związane z ropą firmy gotowe sfinansować operację skierowaną przeciw dowództwu Zetas. Bowiem Z Company przejmowała cenne pola naftowe w północnym Meksyku.
Biały Dom odmówił im poparcia, ale upoważnił O'Briena, by nieoficjalnie nadzorował operację. Senator otworzył linię finansowania poprzez swoje kontakty w branży naftowej, a dzięki pośrednictwu pewnej prywatnej firmy z Wirginii pomógł sformować grupę najemników. Keller zrezygnował z pracy w DEA i zatrudnił się jako konsultant w niejakiej Tidewater Security.
O'Brien niezwłocznie oddzwania.
- Co się stało?
Keller informuje go o groźbach Eddiego, a na koniec pyta:
- Masz kogoś w BOP? Trzeba wyczyścić PSI Ruiza.
- Angielskie?
- Musisz dotrzeć do kogoś z BOP, kto usunie najmniejszy ślad zawartego przez niego układu - mówi Keller.
- Czyżbyśmy już ulegali szantażom dilerów?
- Niestety tak. Musisz to zrobić, jeśli nie chcemy odpowiadać na liczne pytania dotyczące Gwatemali.
- Załatwione - oznajmia O'Brien.
- Nie podoba mi się to tak samo jak tobie.
Przeklęty Barrera, myśli Keller, rozłączając się.
ADÁN VIVE.
Elena Sánchez Barrera nie chce przyznać nawet przed sobą samą, że jej brat zginął.
Rodzina żyła nadzieją przez cały długi okres ciszy trwającej najpierw dni, potem tygodnie, a teraz już miesiące, podczas których usiłowano zdobyć jakąś informację na temat tego, co wydarzyło się w Dos Erres.
Ale do tej pory nie napłynęła żadna nowa wiadomość. Władze również nie rozpowszechniały informacji, które otrzymywały z różnych źródeł. Wyglądało na to, że połowa organów ścigania uważa pogłoskę o śmierci Adána za zasłonę dymną, która pozwoli mu uniknąć aresztowania.
Gdyby to była prawda... myśli Elena.
Policja federalna to w istocie filia kartelu Sinaloa. Rząd nas popiera, bo dobrze mu płacimy, utrzymujemy porządek i nie zachowujemy się jak dzicy. Tak więc pomysł, że Adán sfingował własną śmierć, by uniknąć więzienia, jest równie niedorzeczny, jak powszechny.
Ale policja to nie wszystko. Są jeszcze media.
Elena oczywiście znała określenie "cyrk medialny", jednak nie uświadamiała sobie w pełni, co to znaczy, aż do czasu, gdy zaczęły krążyć plotki na temat śmierci Adána. Wtedy została wręcz osaczona. Reporterzy mieli nawet czelność zainstalować się naprzeciwko jej domu w Tijuanie. Gdy tylko wyszła za drzwi, atakowali ją pytaniami.
- Jak mam was przekonać, że nic nie wiem? - powtarzała w kółko. - Mogę tylko powiedzieć, że kocham mojego brata i modlę się o jego bezpieczeństwo.
- A więc potwierdza pani, że zaginął?
- Kocham mojego brata i modlę się o jego bezpieczeństwo.
- Czy to prawda, że pani brat był największym dilerem narkotyków na świecie?
- Mój brat jest biznesmenem. Kocham go i modlę się o jego bezpieczeństwo.
Każda nowa pogłoska wywoływała kolejny atak:
- Słyszeliśmy, że Adán jest w Kostaryce.
- Czy to prawda, że ukrywa się w USA?
- Podobno widziano go w Brazylii...
- W Kolumbii...
- W Paragwaju...
- W Paryżu...
- Mogę tylko powiedzieć, że kocham mojego brata i modlę się o jego bezpieczeństwo.
Stado hien pożarłoby żywcem małą Evę, rozszarpałoby ją na strzępy, gdyby tylko mogło ją znaleźć. Nie żeby nie próbowali. Media przeczesały Culiacán i Badiraguato. Ambitny reporter w Kalifornii wytropił nawet jej apartament w La Jolla. A gdy nie zdołali jej znaleźć, osaczyli Elenę.
- Gdzie jest Eva?
- Gdzie chłopcy?
- Podobno zostali porwani. Czy żyją?
- Se?ora Barrera żyje w odosobnieniu - odpowiada Elena. - Prosimy o poszanowanie jej prywatności w tym trudnym czasie.
- Jesteście osobami publicznymi.
- Nie jesteśmy - odpowiada. - Jesteśmy zwykłą rodziną biznesmenów.
To prawda. Wycofała się z la pista secreta[17] przed jedenastu laty, gdy zgodziła się przekazać plaza[18] w Kalifornii Dolnej Adánowi, aby mógł ją oddać Esparzom. Zrobiła to chętnie. Była zmęczona morderstwami i śmiercią nieodłącznie związanymi z ich branżą, i w pełni zadowalały ją środki płynące z jej licznych inwestycji.
Natomiast Eva wie tyle o narkobiznesie, co o cząstkach elementarnych. Ma dobre serce, jest piękna i głupia. Ale płodna. Spełniła swe zadanie. Dała Adánowi synów i następców. Urodziła bliźniaków, Miguela i Raúla. Ale co z nich wyrośnie? - zastanawia się Elena.
Eva to młoda Meksykanka z Sinaloa. Wobec prawdopodobnej śmierci jej ojca i męża zapewne podporządkuje się woli starszego brata. Elena zastanawia się i nad tym, co Iván jej nakazał.
Wiem, co ja bym jej doradziła, myśli. Masz amerykańskie obywatelstwo, podobnie jak chłopcy. I wystarczającą ilość pieniędzy, by resztę życia spędzić jak królowa. Zabieraj synów i wracaj do Kalifornii. Wychowaj ich z dala od tego interesu, zanim ty sama i oni utkwicie w nim na następne pokolenie. To nieco potrwa, ale w końcu ten cyrk medialny się spakuje i ruszy za inną sensacją do innego miasta.
Miejmy nadzieję.
Dziwaczna społeczna alchemia tego wulgarnego wieku przypisała Adánowi najcenniejszą z publicznych ról. Jego podobizny - stare zdjęcia z policyjnych kartotek, przypadkowe fotki ze spotkań towarzyskich - pojawiają się na ekranach telewizyjnych, monitorach komputerów i tytułowych stronach gazet. Szczegóły ucieczki z więzienia w dwa tysiące czwartym roku omawiane są z podnieceniem i zachwytem. Tak zwani eksperci włączają się w panele gadających głów, by potwierdzić jego bogactwo, władzę i wpływy. W licznych wywiadach meksykańscy "świadkowie" zaświadczają o filantropii Adána, wymieniając ośrodki zdrowia, które ufundował, a także szkoły i boiska sportowe. (Dla was to diler narkotyków. Dla nas bohater - brzmi podtekst).
Kultura celebrytów, myśli Elena.
To przecież oksymoron.
Słowa o sprzecznym znaczeniu.
Jeśli nawet zdołasz kontrolować tradycyjną prasę, próba opanowania mediów społecznościowych przypomina łapanie rtęci, która wymyka się z rąk i rozpada na tysiące cząsteczek. Internet, Twitter i Facebook elektryzuje każda kolejna wiadomość na temat Adána Barrery. Każda pogłoska, szept, insynuacja i dezinformacja rozprzestrzeniają się jak wirus. Ukryci za osłoną cyfrowej anonimowości ludzie, którzy tkwią w łonie tej organizacji, choć wiedzą, że nie powinni tego robić, to jednak zdradzają każdą posiadaną informację, wrzucając okruchy prawdy w morze fałszu.
A najbardziej szkodliwa z wszystkich jest pogłoska, że...
Adán żyje.
- To nie Adán był w Gwatemali, lecz jego sobowtór. Pan Niebios po raz kolejny przechytrzył swoich wrogów.
- Adán jest w śpiączce, ukryty w szpitalu w Dubaju.
- Widziałem Adána w Durango.
- W Los Mochis.
- W Kostaryce.
- W Mazatlán.
- Widziałem go we śnie. Jego duch przyszedł do mnie i powiedział, że wszystko będzie dobrze.
Zupełnie jak Jezus, myśli Elena. Zmartwychwstanie jest zawsze możliwe, gdy nie ma ciała. I tak jak Jezus, Adán ma już swych uczniów.
Przechodzi z salonu do ogromnej kuchni. Ponieważ jej synowie już dorośli i odeszli, chciałaby sprzedać ten dom i kupić mniejszy. Służące, które przygotowują śniadanie, odwracają wzrok i udają, że są bardzo zajęte, by uniknąć jej spojrzenia. Służba zawsze wie pierwsza, myśli Elena. Zawsze wie wcześniej od nas o każdej śmierci, każdych narodzinach, pośpiesznych zaręczynach i potajemnych romansach.
Nalewa ziołowej herbaty i wychodzi na taras. Jej dom leży na wzgórzach nad miastem. Patrzy z góry na przykrytą smogiem nieckę, którą jest Tijuana, i myśli o krwi, którą przelała jej rodzina - tak własnej, jak i cudzej - by uzyskać kontrolę nad tym miastem. To jej bracia - Adán i dawno już nieżyjący Raúl - tego dokonali. Opanowali plaza w Kalifornii Dolnej i stworzyli podwaliny dla narodowego imperium, które podnosiło się, upadało i znów podnosiło, a teraz...
Teraz objął je Iván Esparza.
I to on otrzyma koronę Adána.
Synowie Adána są jeszcze mali, natomiast Iván, jego najbliższy krewny, żarłocznie chce capnąć po nim berło. Ledwie otrzymali wiadomość o wydarzeniach w Gwatemali, a on już uznał, że jego ojciec i Adán zginęli, jak też oznajmił, że przejmuje ich władzę.
Elena i Nú?ez ściągnęli go na ziemię.
- To przedwczesne - perswadował Nú?ez. - Nie mamy jeszcze pewności, czy naprawdę zginęli, a ty nie powinieneś sięgać po najwyższą pozycję.
- Dlaczego? - żachnął się Iván.
- Bo to zbyt niebezpieczne - tłumaczył Nú?ez. - To miejsce, które chcesz zająć, jest zbyt eksponowane, za bardzo na widoku. Wiesz, czego powinieneś najbardziej się bać, gdy zabrakło twego ojca i Adána? Tego, że nie wiesz, kto okaże się lojalny.
- Niejasności dotyczące ich śmierci można wykorzystać - dodała Elena. - Wątpliwości co do faktycznego stanu rzeczy chwilowo powstrzymają ataki hien. Ale jeśli oznajmisz, że król nie żyje, wszyscy, począwszy od książąt przez baronów i rycerzy aż po kmieci, w słabości kartelu Sinaloa zwęszą szansę przejęcia tronu.
Iván niechętnie zgodził się czekać.
Jest klasycznym, wręcz stereotypowym przykładem rozpuszczonego bachora trzeciej narkogeneracji. Narwanego i skłonnego do agresji. Adán go nie lubił i mu nie ufał. Martwił się, że może przejąć biznes po Nachu, gdy ten umrze lub przejdzie w stan spoczynku.
Tak samo jak ja, myśli Elena.
Ale jedyną alternatywą są jej synowie.
To prawdziwi siostrzeńcy Adána. Płynie w nich krew Barrerów. Jej najstarszy syn, Rudolfo, zasłużył na to dosłownie i w przenośni. Wszedł do rodzinnego biznesu bardzo młodo, przerzucał kokainę z Tijuany do Kalifornii i przez lata dobrze sobie radził - kupował nocne kluby, topowe zespoły muzyczne i sponsorował zawodników boksu. Miał piękną żonę i trójkę pięknych dzieci.
Nikt nie kochał życia bardziej niż on.
A potem sprzedał dwieście pięćdziesiąt gramów koki tajniakowi z DEA w motelu w San Diego.
Dwieście pięćdziesiąt gramów, myśli Elena. Tak idiotycznie mało. Szmuglowali do Stanów tony kokainy, a biedny Rudolfo wpadł za ćwierć kilograma. Amerykański sędzia skazał go na sześć lat odsiadki w federalnym więzieniu.
Supermax.
Florence, Kolorado.
Zdaniem Eleny dlatego, że wywodził się z Barrerów.
Rodzina zrobiła wszystko, co mogła. Zaangażowała wielkie pieniądze i prawników, wykorzystała wszelkie możliwe wpływy i władzę. Stosowała szantaż i przymus, aż w końcu go wyciągnęła... no, Adán go wyciągnął - po zaledwie osiemnastu miesiącach.
Zaledwie? - reflektuje się po chwili.
Półtora roku w celi dwa na trzy i pół metra przez dwadzieścia trzy godziny na dobę zupełnie sam. Godzina dziennie na prysznic lub ćwiczenia w klatce ze skrawkiem nieba nad głową.
Gdy podczas powrotu do domu przechodził przez most Paso del Norte do Ciudad Juárez, Elena z trudem go poznała. Blady, wychudzony, udręczony... Wyglądał jak duch. Jej trzydziestopięcioletni tryskający życiem syn zmienił się w sześćdziesięciolatka.
To było przed rokiem.
Teraz Rudolfo prowadzi legalne interesy. Ma nocne kluby w Culiacán oraz w Cabo San Lucas, a także działa w branży muzycznej, czyli tworzy i promuje różne zespoły. Czasem wspomina o la pista secreta, ale Elena wie, że bardziej niż czegokolwiek boi się powrotu do więzienia. I jeśli nawet powie, że z chęcią zajmie honorowe miejsce przy stole, prawda jest taka, że sam się okłamuje.
O swego małego Luisa zupełnie się nie martwi. Skończył studia, został inżynierem i chwalić Pana, nie chce mieć nic wspólnego z interesami rodziny.
No i dobrze, myśli Elena.
Przecież chcieliśmy tego, czyż nie? Przecież o to nam właśnie chodziło. Nasze pokolenie miało zdobyć taką fortunę, by nasze dzieci nie musiały się już o to troszczyć. Ten biznes przyniósł nam niewyobrażalne bogactwo, ale dla wielu skończył się na cmentarzu.
Jej mąż i jej wuj, patriarcha "Tío" Barrera, a także jej brat Raúl, a od niedawna drugi brat, Adán, nie żyją. Podobnie jak jej siostrzeniec Salvador oraz wielu kuzynów, krewnych i przyjaciół.
A także wrogów.
Güero Méndez, bracia Tapia i tylu innych, których Adán pokonał. Walczyli o terytorium, myśli Elena, a jedynym terytorium, jakie ostatecznie dzielą i dziedziczą, jest cmentarz.
Lub więzienie.
Tu, w Meksyku, lub na północy.
W celi na dziesięciolecia lub na zawsze.
Śmierć za życia.
Jeśli więc Rudolfo chce prowadzić nocne kluby czy bawić się w muzycznego impresaria, a Luis pragnie budować mosty, to tym lepiej.
Jeśli świat im na to pozwoli.
- Wszyscy i tak umrzemy młodo! - woła Ric Nú?ez. - Stańmy się więc legendą, póki czas!
To była noc z szampanem i koką w Blue Marlin, nowym klubie Rudolfa Sáncheza. Tam właśnie zacumowali całą grupą nieformalnie zwaną Los Hijos. Ric, bracia Esparza, Rubén Ascensión i chmara dziewczyn przeczesali wszystkie modne kluby w Cabo, snując się od jednego VIP-roomu do drugiego, nigdy nie płacąc za wejście, lecz zawsze zostawiając sążniste napiwki, a teraz okupowali prywatny salonik w Marlinie. To właśnie tu Ric zapragnął "przejść na wyższy poziom".
Wyjął kolta 38 i położył go na stole.
Jakież to pieśni będą o nas śpiewali, marzy w kokainowym transie, ballady o młodych dziedzicach narkotykowego kartelu. Tych w ciuchach od Armaniego, Bossa i Gucciego, w rolls-royce'ach i najnowszych modelach ferrari, którzy wciągają pierwszy niuch przez studolarówki i wyrzucają je dla zgrywy.
Los Hijos. Byli razem zawsze. Razem chodzili do szkoły w Culiacán, razem bawili się na przyjęciach w domach rodziców, razem wyjeżdżali na wakacje do Cabo i Puerto Vallarta. Wymykali się razem, by wspólnie wypić piwo. Razem palili trawę i podrywali dziewczyny. Kilku z nich zaliczyło parę semestrów w college'u, ale większość zaraz po szkole weszła w rodzinny biznes.
Dobrze wiedzieli, kim są.
Kolejną generacją kartelu Sinaloa.
Jej synami.
LOS HIJOS.
A dziewczyny? Zawsze mieli najlepsze. W szkole średniej, a tym bardziej teraz. To oczywiste. Byli urodziwi, mieli pieniądze, prochy i broń. A także styl i lans - pewni siebie bywalcy VIP-roomów zawsze dostawali najlepsze stoliki w restauracjach, miejsca w pierwszych rzędach na obleganych koncertach i wejściówki za kulisy. Zespoły śpiewały dla nich piosenki o nich samych, hotelarze otwierali przed nimi drzwi, a kobiety rozwierały uda.
Los Hijos.
Teraz jedna z dziwek Ivána chwyta za telefon i wrzeszczy:
- Będziemy mieli milion wejść na YouTubie!
Zajebiście odlotowo, myśli Ric. Rozwalić sobie mózg na wideoklipie ot tak, dla lansu. Pokażmy światu, że mamy go gdzieś, że jesteśmy zdolni do wszystkiego, absolutnie wszystkiego.
- Okej, ten, na kogo wskaże lufa, przyłoży ją do głowy i naciśnie spust. Jeśli przeżyje, zrobimy powtórkę - mówi.
Energicznym ruchem wprawia pistolet w ruch. Wszyscy wstrzymują oddech, gdy kolt wiruje, po czym stopniowo zwalnia i się zatrzymuje. Na wprost niego.
Iván Esparza wybucha śmiechem.
- Ożeż kurwa, Ric!
Najstarszy z braci Esparzów od dzieciństwa go prowokował: "Co, nie skoczysz z tej skały do glinianki w kamieniołomie?", "Wymiękasz?", "Nie włamiesz się nocą do szkoły?", "Nie zwędzisz tacie whisky?", "Nie rozepniesz bluzki tej dziewczynie?". Opróżniali na wyścigi butelki wódki, pełnym gazem najeżdżali na siebie motorówkami, ścigali się samochodami na krawędzi skał, ale to...
Wśród chóralnego aplauzu Ric podnosi pistolet i przykłada go do prawej skroni.
Tak jak to zrobił ten jankeski glina.
Ten, który załatwił buźkę Ivána.
To już niemal rok, a blizna wciąż czerwienieje na jego policzku, i nawet najlepsi spece od chirurgii plastycznej nie mogą temu zaradzić. Iván oczywiście zgrywa twardziela, twierdząc, że wygląda przez to bardziej macho.
I przysięga, że pewnego dnia zabije tego gringo, tego całego Kellera.
Ręka Rica drży.
Chociaż pijany i naćpany, pragnie tylko jednego: nie naciskać na spust. Chciałby cofnąć czas choć o kilka minut, do chwili, gdy wpadł na ten obłąkańczo głupi pomysł, i zmienić bieg wydarzeń.
Ale jest w pułapce.
Nie może się wycofać, nie przed Ivánem, Alfredem i Oviedo, nie przed Rubénem. A już na pewno nie przed Belindą, która siedzi obok w czarnej skórzanej kurtce, topie z cekinami i w malowanych dżinsach. Jest równie szalona, jak piękna. To dziewczyna zdolna do wszystkiego. Teraz się do niego uśmiecha, a jej uśmiech mówi: Zrób to, chłopaku, zrób, a uszczęśliwię cię jak nigdy.
Jeśli przeżyjesz.
- Daj spokój, chłopie. Odłóż to - odzywa się Rubén. - To był żart.
Ale taki jest Rubén. Ostrożny i rozważny. "Hamulec bezpieczeństwa", jak nazwał go kiedyś Iván. Tak, może, ale Ric dobrze wie, że Rubén to nieodrodny syn swego ojca. El Cachorro - Szczeniak - jest śmiertelnie groźny, tak jak jego stary. Ale teraz nie wygląda groźnie. Wydaje się przerażony.
- Nie ma mowy - odpowiada Ric. Wprawdzie wszyscy usiłują go od tego odwieść, ale wie, że nie może się poddać. To on będzie tym, który stchórzył, nie oni. Ale jeśli naciśnie na spust i broń nie wypali, stanie się w ich oczach prawdziwym bohaterem.
I przyjemnie jest patrzeć, jak Iván panikuje.
- To był kawał, Ric. Nikt nie chciał, żebyś to zrobił! - wrzeszczy. Wygląda tak, jakby chciał się rzucić przez stół, by odebrać mu broń, a nie robi tego z obawy, że pistolet wystrzeli. Wszyscy siedzą sparaliżowani i patrzą na Rica, który kątem oka widzi, jak ich prywatny kelner wymyka się za drzwi.
- Odłóż broń - mówi Rubén.
- Okej, uwaga! - Ric zdaje się nie słyszeć. Z wolna zaciska palce na lufie, gdy nagle Belinda wyrywa mu z dłoni pistolet, wsuwa go sobie w usta i naciska spust.
Słychać, jak kurek uderza w pusty magazynek.
- Jezu, kurwa mać! - wrzeszczy Iván.
Wszyscy spanikowali, a ta szalona chava to zrobiła i spokojnie kładzie broń na stole, mówiąc:
- Następny.
Tyle że Rubén sięga po pistolet i wsuwa go do kieszeni.
- Myślę, że mamy dość.
- Cienias - parska Belinda.
Ric wie, że gdyby powiedział to facet, Rubén by nie odpuścił, tylko wycelował w siebie lub w niego. Ale to dziewczyna, więc nie szkodzi.
- Co z wami? - Belinda krzywi się pogardliwie. - Żyję, no nie?
Wtem drzwi się otwierają i wchodzi Rudolfo Sánchez.
- Co tu się, do cholery, wyprawia?
- Trochę się zabawiamy - odpowiada Iván, przejmując rolę przywódcy.
- Słyszałem. - Rudolfo marszczy brwi. - Mogę was o coś prosić? Jeśli chcecie się pozabijać, nie róbcie tego u mnie, okej?
Jest uprzejmy, ale gdyby trafili na innego właściciela klubu, powstałby problem. Iván musiałby się postawić, może i dać mu w pysk. A już na pewno zrobiłby demolkę, a potem rzucił kilka banknotów na pokrycie strat i dopiero wtedy opuścił lokal.
Ale Rudolfo nie jest zwykłym właścicielem klubu.
To siostrzeniec Adána Barrery, syn jego siostry, Eleny. Trochę od nich starszy, ale hijo, jak oni.
Patrzy na nich, jakby chciał zapytać: Czemu tu rozrabiacie? Dlaczego wybraliście właśnie mnie? A potem się odzywa:
- Co miałbym powiedzieć waszym ojcom, gdybym wam pozwolił się tu pozabijać?
Nagle milknie zażenowany, gdyż uświadamia sobie, że ojciec Ivána zginął z rąk Zetas w Gwatemali.
Ric czuje się nieswojo.
- Wybacz, Dolfo, jesteśmy nawaleni.
- Chyba powinniśmy poprosić o rachunek - dodaje Rubén.
- Jesteście tu gośćmi. - Rudolfo nie przyjmie zapłaty.
Ale Ric dostrzega, że nie mówi nic w rodzaju: "Ależ nie, zostańcie. Może jeszcze zechcecie coś wypić?".
Wszyscy wstają, życzą mu dobrej nocy i dziękują, okazując szacunek. A potem wychodzą na ulicę.
Gdzie Iván eksploduje:
- Pierdolony gnojek, ta gnida, ten dupoliz, melandro, pendejo, pinche, lambioso! "Co powiedziałbym waszym ojcom?". Cholernie śmieszne!
- Nie miał na myśli nic złego - mówi Rubén. - Chyba po prostu zapomniał.
- Tego się nie zapomina! - szaleje Iván. - Naprawdę nadepnął mi na fiuta. Kiedy przejmę...
- Facet nie jest sobą, od kiedy wrócił...
W odróżnieniu od nich Rudolfo był w więzieniu. W najcięższym z amerykańskich zakładów karnych o zaostrzonym rygorze. Podobno wrócił do domu zupełnie odmieniony i zniszczony psychicznie.
- To mięczak - upiera się Iván. - Zwykły złamas.
- Nikt z nas nie wie, jak by się zachował na jego miejscu - mityguje go Rubén. - Mój stary mówi, że więzienie to najgorsza rzecz, jaka może człowieka spotkać.
- Wyszedł stamtąd i jest okej - mówi Ric. - Ale twój tata to twardziel.
- Nikt z nas tego nie wie - powtarza Rubén.
- A ja pierdolę - oświadcza Iván. - Takie jest nasze życie. Jeśli cię wsadzą, trudno. Nie wolno pękać. Trzeba być mężczyzną.
- Rudolfo jest w porządku - przekonuje Ric. - Nie spedalił się i nie kapował.
- Bo wuj go wyciągnął - przypomina Iván.
- I dobrze - potwierdza Ric. - Zresztą to samo zrobił dla was.
Wszyscy wiedzą, że Adán postąpił identycznie, kiedy aresztowano jego siostrzeńca Sala po tym, jak ten zabił dwóch mężczyzn w bójce przed klubem. Adán tak pokierował sprawą, że wycofano zarzuty, ale krążyły pogłoski, że w zamian wsypał braci Tapia, wywołując wojnę domową, która niemal zniszczyła kartel.
A Sal i tak zginął.
Ten wariat Eddie Ruiz go załatwił.
Sal powinien tu teraz być i pić razem z nami, myśli Ric.
Niech Bóg cię ma w opiece, przyjacielu.
Iván dostrzega, że dziewczyny się na niego gapią.
- Na co tak patrzycie? Wsiadajcie do tych pieprzonych samochodów!
I raptem, równie szybko jak wpadł w furię, staje się pogodny i szczęśliwy. Obejmuje ramionami Rica i Rubéna, głośno wykrzykując:
- Jesteśmy braćmi! Na zawsze!
I wszyscy razem wołają:
- Los Hijos!
Naćpana, pijana i wychędożona dziewczyna zasypia.
Belinda kręci głową.
- Brak ci kondycji. Szkoda, że nie ma tu Gaby.
Przewraca się i patrzy na Rica.
Cholera, myśli Ric, wciąż jej mało. A ja już naprawdę nie mogę.
- Dam ci kilka minut - mówi Belinda. Po omacku znajduje skręta na stoliku nocnym, zapala, raz się zaciąga, a potem mu podaje.
Ric bierze go w palce.
- To, co zrobiłaś, było szalone.
- Chciałam cię wyciągnąć z pułapki, w którą się wpędziłeś.
- Mogłaś zginąć.
- Mogłam - gestem domaga się jointa - ale nic się nie stało. Zresztą mam obowiązek cię chronić.
Belinda Vatos - La Fósfora - to jefa[19] FEN, czyli Fuerza Especial de Nú?ez, zbrojnego skrzydła kierowanej przez Nú?eza frakcji Sinaloa. Kobiety w takiej roli są rzadkością, ale Bóg jeden wie, że Belinda na to zasłużyła, rozmyśla Ric.
Zaczęła jako kurier, potem pracowała w charakterze muła, aż w końcu zrobiła wielki krok naprzód, zgłaszając się na ochotnika, by zabić aktywistę Zetas, który wyczyniał straszne rzeczy z ich ludźmi w Veracruz. Facet nie przypuszczał, że piękna młoda kobieta z wielkimi okrągłymi cyckami i burzą czarnych kręconych włosów podejdzie do niego i dwukrotnie strzeli mu w twarz. A Belinda właśnie tak zrobiła.
Ona i jej kumpela Gabriela wypracowały skuteczną technikę. La Gaby siadała przy barze, spędzała tam jakiś czas, a potem odchodziła, udając pijaną. Po wyjściu osuwała się na chodnik, a gdy widząc to, obiekt przystawał, by jej pomóc, La Fósfora wyłaniała się z zaułka i zadawała finalny cios.
Ric wkrótce się dowiedział, że ma też bardziej wyrafinowane upodobania. Razem z Gaby i kilkoma mężczyznami lubiła porywać swe ofiary, ćwiartować je, a następnie porzucać fragmenty ciała na progach rodzinnych domów jako przestrogę.
Przekaz był nader czytelny.
La Fósfora stała się z czasem wśród narcos równie popularna, jak gwiazda rocka. W seksownych strojach pozowała na Facebooku i YouTubie, pisano o niej pieśni, a ojciec Rica powierzył jej odpowiedzialną funkcję szefa ochrony, gdy osadzono w więzieniu jej poprzednika.
Pierwszy raz Ric przeleciał ją dla zakładu.
- To tak, jakbyś się pieprzył ze śmiercią - kpił Iván.
- Mhm... ale tak szalona chawa musi być dobra w łóżku - upierał się Ric.
- Jeśli to przeżyjesz - parsknął Iván. - Bo wiesz, są takie pająki, które zabijają samca po kopulacji. Zresztą mówią, że to lesba.
- Biseks - sprostował Ric. - Sama mi powiedziała.
- No to bierz się za nią - zachęcał go Iván. - We trójkę jest zabawnie.
- O to jej właśnie chodzi - zgodził się Ric. - Ona i Gaby, mogę pieprzyć obie.
- Żyje się tylko raz...
Tak więc Ric poszedł do łóżka z Belindą i Gaby, ale najbardziej popieprzone było to, że zadurzył się w tej pierwszej. I choć nadal sypiał z różnymi kobietami, a czasami nawet z własną żoną, to Belinda była specjalna.
- Jestem twoją pokrewną duszą - wyjaśniła mu kiedyś - w tym sensie, że żadne z nas jej nie ma.
- Nie masz duszy?
- Lubię być na haju, lubię rżnąć dziewczyny i chłopaków, no i lubię zabijać - odparła. - Jeśli więc nawet mam duszę, to nie jest jej zbyt wiele.
A teraz Belinda patrzy na niego i mówi:
- Przecież nie mogłam pozwolić, żeby następca tronu rozwalił sobie mózg.
- O czym ty mówisz?
- Pomyśl tylko. - Oddaje mu skręta. - Barrera zapewne nie żyje. Co do Nacha nie ma już złudzeń. Rudolfo jest zerem. Twój ojciec? Kocham go, mogę dla niego zabijać i dla niego umrzeć, ale on tylko gra swoją rolę. To ty jesteś wybrankiem.
- Co ty wygadujesz. - Ric wzrusza ramionami. - Następcą jest Iván.
- Mówię, co mówię. - Bierze od niego jointa, odkłada na bok i całuje Rica. - Leż spokojnie, mały, jeśli nie możesz mnie pieprzyć, ja ci to zrobię. Daj mi się zerżnąć, dzieciaku.
Liże palec, a potem wsuwa mu go w odbyt.
- Lubisz tak, co?
- Pieprz.
- Och, zaraz - szepcze. - Zaraz ci będzie dobrze.
I tak jest.
Robi to ustami i dłońmi, a gdy on już dochodzi, głęboko wsuwa w niego palce i mówi:
- To może być twoje, wszystko. Cały kartel, cały kraj, jeśli tylko zechcesz.
Ric słyszy jeszcze:
- To ty jesteś następcą Adána Barrery.
- Prawowitym dziedzicem.
- El Ahijado.
- Synem Chrzestnym.
Minęły tygodnie, potem miesiące, a wreszcie rok.
Rocznica słynnej bitwy w Gwatemali pokrywała się z Dniem Zmarłych. W całym kraju, nawet w Ciudad Juárez, pojawiły się improwizowane kapliczki ku czci Adána Barrery, fotografie, świece, monety i buteleczki alkoholu z jego podobizną, a także papel picado, czyli kunsztowne wycinanki. Część z nich przetrwała nienaruszona, inne uległy zniszczeniu przez jego rozwścieczonych wyznawców, którzy głosili, że symbole są zbędne, bo "Adán Vive".
Dla Kellera święta Bożego Narodzenia nadeszły i minęły bez fanfar. Spotkał się z Marisol i Aną na smętnej kolacji, gdzie wymienili drobne podarunki, po czym wrócił do Ciudad Juárez i wręczył Chuchowi nową grę wideo, która chłopakowi nawet się spodobała. Nazajutrz prasa doniosła o tajemniczych dostawach zabawek dla ubogich dzieci z wiosek i miast w Sinaloa i Durango, których ofiarodawcą miał być "Tío Adán". Na miejskie place dostarczano również kosze żywności, które ponoć opłacił "El Se?or".
Keller prawie nie odnotował nadejścia Nowego Roku. Zjedli z Marisol wczesną kolację z kieliszkiem szampana, któremu towarzyszył wstrzemięźliwy pocałunek. Kiedy kula opadła na Times Square, spał już głębokim snem.
Dwa tygodnie po rozpoczęciu roku Chucho zniknął.
Kiedy Keller wrócił ze sklepu spożywczego, telewizor był wyłączony, a z konsoli wyjęto kable.
Z pokoju Chucha zniknął plecak, który mu kupił, a także kilka ubrań, które chłopak posiadał. Zniknęła również szczotka do zębów z półki w łazience. Cokolwiek działo się w głowie Chucha, pomyślał Keller, najwyraźniej skłoniło go do odejścia. Dobrze, że przynajmniej - co stwierdził, przeszukując pokój chłopca - zabrał ze sobą leki.
Objechał okolicę, wypytując o Chucha w sklepikach i kawiarenkach internetowych. Nikt go jednak nie widział. W słabej nadziei, że chłopak wybrał się do Valverde, zadzwonił do Marisol, ale tam też go nie było.
Może przeszedł przez most z powrotem do El Paso, tam, gdzie wyrósł, zastanawiał się Keller. Przejechał całą dzielnicę, pytając o Chucha kilku gości z ulicznych gangów. Ci jednak natychmiast wzięli go za glinę i oświadczyli, że nikogo takiego nie widzieli. Keller sięgnął do starych znajomości w sekcji narkotykowej policji El Paso, gdzie się okazało, że interesują się chłopakiem w związku z kilkoma morderstwami popełnionymi na tym terenie w dwa tysiące siódmym i ósmym roku i że chcieliby z nim pogadać. W każdym razie obiecali mieć to na uwadze i zawiadomić Kellera, gdyby go znaleźli.
Wracając do Ciudad Juárez, znalazł Terry'ego Blanca w San Martin przy Avenida Escobar, gdzie siedział przy barze i popijał caguamę.
- Kim jest ten dzieciak? - spytał glina, gdy dowiedział się, o co chodzi.
- Dobrze wiesz kim - odparł Keller. - Widziałeś go, gdy przeszukiwałeś mój dom.
- Sprawdzałem, jak się miewasz - odparł Blanco. Najwyraźniej wypił już niejedno piwo. - Ciężkie mamy czasy, Keller. Sami już nie wiemy, kogo słuchać. Myślisz, że on żyje?
- Kto?
- Barrera.
- Nie wiem. - Keller wzruszył ramionami. - Widziałeś tego chłopca?
- Masz pojęcie, ilu zasranych gówniarzy włóczy się po Meksyku? W samym pieprzonym Ciudad Juárez? Setki? Tysiące? Co znaczy jeden więcej? Kim on dla ciebie jest?
Keller nie znajdował na to odpowiedzi, więc rzucił tylko:
- Po prostu zgarnij go, jeśli się na niego natkniesz. I przywieź do mnie.
- Jasne. Czemu nie?
Keller rzucił banknot na bar za kolejne piwo dla Blanca. Potem wsiadł do samochodu, zadzwonił do Ordu?y i wyjaśnił sytuację.
- Ten Barajos był w Gwatemali?
- Tak.
- Jest świadkiem?
- Czego, Roberto?
- Okej.
- Słuchaj, jesteś mu coś winien. - Keller nie dawał za wygraną. - To on załatwił Forty'ego.
Nastąpiła długa chwila ciszy, po czym Ordu?a odparł:
- Na pewno się tym zajmiemy. Ale, Arturo, wiesz, że szanse są...
- Wiem.
Minimalne.
Długa wojna narkotykowa pozostawiła po sobie tysiące sierot, zniszczonych rodzin i bezdomnych nastolatków. Nie licząc tysięcy tych, którzy uciekając przed okrucieństwem gangów w Gwatemali, Salwadorze i Hondurasie, przekraczają Meksyk w drodze do Stanów Zjednoczonych, gdzie spodziewają się znaleźć schronienie. Wielu z nich nigdy tam nie dociera.
Chucho stał się potworem i duchem.
Dzwoni senator Ben O'Brien.
Jest w El Paso i prosi Kellera o spotkanie. A właściwie to mówi:
- Cześć, Keller, skoczyłbyś ze mną na piwo?
- Gdzie się zatrzymałeś?
- The Indigo przy Kansas Street. Wiesz, gdzie to jest?
Keller wie. Jedzie do miasta i spotykają się w barze hotelowym. O'Brien najwyraźniej wrócił do korzeni. Ma na sobie dżinsową bluzę i kowbojskie buty, na kolanach położył stetsona. Zgodnie z obietnicą przynosi dzban piwa, napełnia kufle i mówi:
- Jadąc dziś przez El Paso, widziałem coś interesującego. Ręcznie wykonany napis "Adán Vive".
Kellera to nie dziwi. Widział podobne w Ciudad Juárez i słyszał, że jest ich wiele w Sinaloa i Durango.
- Cóż mogę ci powiedzieć? Facet ma wyznawców.
- Jak Che Guevara. - O'Brien unosi brwi.
- Widać nieobecność rozpala serca.
- Słyszałeś może coś więcej? - dopytuje senator. - Na temat jego śmierci?
- Nie interesuje mnie już ich świat.
- Pieprzysz.
- Ale to prawda. - Keller wzrusza ramionami.
- Czytasz amerykańską prasę?
- Tylko wiadomości sportowe.
- A więc nie wiesz, co tam się dzieje ? - pyta senator. - Z heroiną.
- Nie.
- Wielu pracowników organów sprawiedliwości ucieszyła wiadomość o rzekomej śmierci Barrery - mówi O'Brien. - Ale prawda jest taka, że nie ograniczyło to przemytu narkotyków. W gruncie rzeczy proceder się nasilił. Dotyczy to zwłaszcza heroiny.
Senator relacjonuje, że w latach od dwutysięcznego do dwa tysiące szóstego roku przypadki przedawkowań utrzymywały się na poziomie dwóch tysięcy rocznie, a od roku dwa tysiące siódmego do dwa tysiące dziesiątego wzrosły do trzech tysięcy. Ale w dwa tysiące jedenastym już do czterech tysięcy. W dwa tysiące dwunastym było ich sześć tysięcy, a w dwa tysiące trzynastym osiem tysięcy, z tym że rok jeszcze się nie skończył. Wszystko wskazuje na to, że w dwa tysiące czternastym liczba ofiar przekroczy dwanaście tysięcy.
- Ujmując to z innej perspektywy - podsumowuje O'Brien - od dwa tysiące czwartego do teraz straciliśmy siedem tysięcy dwieście dwadzieścia dwie osoby spośród personelu wojskowego w Iraku i Afganistanie łącznie.
- Odwołując się do tego samego okresu - wchodzi mu w słowo Keller - ponad sto tysięcy Meksykanów zginęło z powodu wojen narkotykowych, a zaginęło kolejne dwadzieścia dwa tysiące. I to jest bardzo ostrożny szacunek.
- Wspierasz moją argumentację - mówi O'Brien. - Liczba ofiar w Meksyku, epidemia heroiny w Stanach, miliony ludzi za kratkami. Najwyraźniej to, co robimy, nie jest wystarczające.
- Jeśli zaprosiłeś mnie tutaj, żeby to powiedzieć, tracimy tylko czas. Dzięki za piwo, ale czego właściwie chcesz?
- Reprezentuję grupę senatorów i kongresmenów, którzy mają odpowiednie wpływy i możliwości, by usunąć obecnego szefa DEA i powołać nowego - wyjaśnia O'Brien. - Chcemy, żebyś to był ty.
Kellera rzadko można czymś zszokować, lecz właśnie tak się dzieje tym razem.
- Z całym szacunkiem, ale chyba postradaliście rozum.
- Kraj zalewa heroina, z czego ponad osiemdziesiąt procent trafia na rynek, a większość towaru pochodzi z Meksyku - mówi O'Brien. - Mam wyborców, którzy chodzą na cmentarze, by odwiedzać swoje dzieci.
- A ja widziałem meksykańskie dzieciaki grzebane przez buldożery - odpowiada Keller. - Nikt się tym nie przejmował. Dlatego zaczęliście mówić o epidemii heroiny, bo umierają biali.
- Proszę więc, żebyś się tym przejął - nalega O'Brien.
- Skończyłem już swoją wojnę.
- Tam umierają dzieci! A ty nie jesteś facetem, który weźmie pensję, siądzie na dupie i machnie na to wszystko ręką.
- To się okaże.
- Pomyśl o tym. - O'Brien zsuwa się ze stołka i podaje mu wizytówkę. - Zadzwoń.
- Nie zadzwonię.
- Zobaczymy.
Senator odchodzi.
A Keller zaczyna liczyć. O'Brien mówił, że liczba ofiar przedawkowania heroiny nieco wzrosła w dwa tysiące dziesiątym roku, po czym odnotowano gwałtowny skok w dwa tysiące jedenastym. A w dwa tysiące dwunastym wzrosła o połowę.
Wszystko za życia Adána.
Cholerny sukinsyn! To przecież jego dzieło, myśli Keller, ostatni śmiercionośny prezent dla świata. Przypomina mu się cytat z Szekspira:
Złe czyny ludzi żyją po ich śmierci,
Dobre bywają częstokroć grzebane z ich popiołami[20].
Czyż nie jest to prawdą?
Duch, a zarazem potwór.
Jedzą w Garufie, argentyńskiej restauracji przy bulwarze Tomása Fernándeza. Jest cholernie droga, ale chciał ją zabrać w jakieś przyjemne miejsce. Keller zamawia stek i z radością patrzy, jak Marisol z apetytem zajada łososia.
- Czemu mi o tym nie powiesz? - Marisol odkłada w końcu widelec.
- Dlaczego myślisz, że mam coś do powiedzenia?
- Bo cię znam. No więc wykrztuś to wreszcie.
Gdy opowiada jej o spotkaniu z O'Brienem, Marisol głębiej wsuwa się w krzesło.
- O Boże, Arturo, po prostu osłupiałam.
- Tak?
- Myślałam, że jesteś persona non grata.
- Ja też. - Relacjonuje, co powiedział O'Brien i co mu odpowiedział, a gdy Marisol milczy, niemal wykrzykuje: - Chryste, chyba nie uważasz, że powinienem się zgodzić?!
Marisol nadal milczy.
Keller już nie krzyczy, tylko w oczach ma wielkie pytanie, które wyraża jednym słowem:
- Powinienem???
- Art, pomyśl, jaką by ci to dało władzę - odzywa się w końcu Marisol rzeczowym tonem. - Ile dobrego mógłbyś robić. Jak wiele zmienić.
Keller czasem zapomina o jej zaangażowaniu politycznym. Teraz uświadamia sobie, że mówi to kobieta, która biwakowała na Zócalo w stolicy Meksyku w proteście przeciw sfałszowaniu wyborów i maszerowała wzdłuż Paseo de la Reforma, protestując przeciw brutalności policji. I że właśnie w takiej kobiecie się zakochał.
- Przecież jesteś przeciwna niemal wszystkiemu, co robi DEA. - Owszem, kocha, ale tym razem nie potrafi jej zrozumieć.
- Ale ty mógłbyś zmienić ich zasady.
- No nie wiem...
- Okej - mówi Marisol. - Spróbujmy to odwrócić. Dlaczego miałbyś nie móc?
Keller wymienia powody. Jednym z nich jest to, że skończył już swoją wojnę z narkobiznesem.
- Ale może ona nie skończyła z tobą?
- Czterdzieści lat to więcej niż dość. Poza tym nie jestem biurokratą ani zwierzęciem politycznym. Nie wiem nawet, czy mógłbym znów żyć w Stanach.
Ona natomiast wie, że jego matka była Meksykanką, a ojciec białym Amerykaninem, który przywiózł ich do San Diego, a potem porzucił. Ale Arturo wzrastał jako Amerykanin. Ukończył Uniwersytet Kalifornijski w Los Angeles, służył w Korpusie Piechoty Morskiej, a potem DEA przeniosła go z powrotem do Meksyku, gdzie licząc dorosłe lata, przebywał dłużej niż w Stanach.
Wie również, że zawsze był rozdarty między dwiema kulturami. I że z obiema łączy go tak miłość, jak i nienawiść.
I jeszcze że zamieszkał w Ciudad Juárez, bo uważał, że winien jest to miastu, które tak bardzo ucierpiało z powodu sprowokowanej przez USA wojny narkotykowej. Uważał również, że ma moralny obowiązek wspierania odbudowy miasta, nawet jeśli sprowadza się to jedynie do płacenia podatków, zakupów spożywczych i prowadzenia domu otwartego dla wszystkich.
I jeszcze do opieki nad Chuchem, którą traktował jak swój prywatny krzyż.
Ale chłopak zniknął.
Więc Marisol pyta:
- Dlaczego chcesz nadal mieszkać w Ciudad Juárez? Tylko nie kręć, mów, jak jest.
- Bo to miasto jest prawdziwe.
- Zgoda - przytakuje Mari. - A ty nie potrafisz przejść przez ulicę, nie wspominając wojny.
- Do czego zmierzasz?
- Do tego, że nic cię tu nie trzyma oprócz złych wspomnień i... - Urywa gwałtownie.
- Czego jeszcze? - naciska Keller.
- No dobra... mnie - wypala. - Mojego sąsiedztwa. Wiem, że wciąż mnie kochasz, Arturo.
- Nic na to nie poradzę.
- Nie proszę cię o to. - Jej głos drży. - Ale jeśli rezygnujesz z tej propozycji, by być bliżej mnie, to proszę, nie rób tego.
Kończą kolację, a potem idą na spacer, co dwa lata wcześniej nie byłoby możliwe.
- Słyszysz coś? - pyta Marisol.
- Nie.
- No właśnie - potwierdza z uśmiechem. - Nie słychać policyjnych syren i wycia karetek. A także strzałów.
- Pax Sinaloa.
- Czy to może trwać? - zastanawia się Mari.
Nie, myśli Keller.
To nie jest pokój, lecz cisza przed burzą.
- Odwiozę cię do domu - mówi.
- To długa jazda. - Marisol przez chwilę się namyśla. - Może zostałabym na noc u ciebie?
- Pokój Chucha jest wolny.
- A jeśli nie zechcę spać w pokoju Chucha?
Keller budzi się wcześnie, jeszcze przed świtem. Słyszy, jak zimny wiatr w Ciudad Juárez chłoszcze ściany domu i łomoce w okna.
To zabawne, myśli, że ważne decyzje w życiu nie zawsze następują po wielkich wydarzeniach czy radykalnych zmianach, ale nieraz wydają się czymś nieuchronnym, na co nie mamy wpływu i co od zawsze jest przesądzone.
Może zdecydował o tym ten napis?
ADÁN VIVE.
Bo to prawda, myśli Keller. Król mógł umrzeć, ale królestwo, które stworzył, pozostało. Rozsiewa wokół śmierć i cierpienie, jakby Barrera wciąż obejmował tron.
- Ale jest inna prawda, którą musisz uznać - mówi do siebie. - Jeśli ktoś na tym świecie ma to królestwo zniszczyć dzięki swojej przeszłości, doświadczeniu, motywacji, wiedzy i umiejętnościom, to tym kimś możesz być tylko ty.
Marisol też to wie. Gdy Keller wraca do łóżka i próbuje znów zasnąć, budzi się i pyta:
- Co się stało?
- Nic, śpij.
- Jakieś koszmary?
- Możliwe - odpowiada czule rozbawiony jej troską.
- Więc co?
- Chyba nie jestem jeszcze gotów, by stać się duchem - mówi. - Ani też żyć z duchami. Miałaś rację. Moja wojna jeszcze się nie skończyła.
- Przyjmiesz ich propozycję?
- Tak. - Obejmuje dłonią jej kark i przyciąga ją do siebie. - Ale tylko jeśli pojedziesz ze mną.
- Arturo...
- Nosimy nasz smutek, jakby to był medal, Mari. Ciągniemy go za sobą jak łańcuch, i to bardzo ciężki. Nie chcę pozwolić na to, by nas przygniótł i zniszczył. Straciliśmy tak wiele, nie traćmy jeszcze siebie. To zbyt wielka strata.
- Przychodnia...
- Zatroszczę się o nią. Obiecuję.
Pobrali się w Nowym Meksyku w klasztorze Najświętszego Zbawiciela na Pustyni, spędzili krótki miesiąc miodowy w Taos, po czym pojechali do Waszyngtonu, gdzie pośrednik polecony przez O'Briena przedstawił im oferty nieruchomości.
Zachwycił ich dom przy Hillyer Place, złożyli więc ofertę i go kupili.
Nazajutrz rano Keller był już w pracy.
Bo wie, że duch powrócił.
A wraz z nim i potwór.