Grandmuszkieter - Wiktor Gomulicki

Kup ebooka

10.00 zł
8.60 zł (7,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Grandmuszkieter

I.

Przez puszczę szedł człowiek.

Była wczesna jesień. Dzień dopiero się rodził.

Dreszcze biegły po olbrzymich drzewach, których czuby liściaste otrząsały się z resztek rosy i snu. Ptactwo cichymi piskami gotowiło się dopiero do porannych hejnałów. Wśród gęstych traw śmigały zające i inne drobne zwierzątka, spijając rozwieszone na źdźbłach wodne perły i diamenty.

Jeszcze w przyrodzie była ociężałość i jakby niechęć do porzucenia nocnych majaków - nad które cóż w życiu rozkoszniejszego!

Przez rosę, przez mgłę, wśród uperlonych traw i chwastów ubrylantowanych szedł człowiek. Właściwie nie szedł, lecz, drogi nie szukając, przez gąszcze się przedzierał. Pilno mu było; myśl jakaś uparta, nad wszystkim górująca, do celu go pchała. Mało zważał na kolce, rozdzierające mu odzież, na gałęzie, które mu twarz raniły.

Prawą ręką człowiek rozgarniał gęstwinę; w lewej trzymał małą klatkę z ptaszkiem. Przy stopach jego biegł piesek, cienko, lękliwie poszczekując.

Ptaszek i piesek były maleńkie. Człowiek był olbrzym. Potężny wzrostem i kształtami, z piersią gladiatora, barkami Herkulesa, karkiem żubra, wydawał się bratem dębów, których grube konary, gdy mu zawadzały, skręcał i łamał jak wicie wierzbowe.

Włosy jego były bardzo jasne, prawie białe; twarz, młoda i pełna, musiała być zwykle różowa, w tej chwili jednak pokrywała ją szara bladość, mówiąca o silnym wewnętrznym cierpieniu...

Odziany był ten człowiek w kontusz podnoszony, barwy pieprzowej; z pod kontusza wykwitał żupanik spłowiałym karmazynem maku polnego. Na głowie rogatywkę miał, byle jak włożoną i połataną, na stopach buty - podarte.

Strój wskazywał szlachcica - szaraczka może, lecz z aspiracjami wyższymi.

Co chwil parę, człowiek przemawiał to do ptaszka, to do pieska.

Pierwszego uspokajał:

- Cicho siedź, Herkul. Za moment wolny będziesz. Polecisz, dokąd zechcesz - odnajdziesz braci swych, krewnych, powinowatych...

Drugiemu nauki prawił:

- Ty, Goliat, nie opuścisz mnie. Na ziemi się położysz, szczekać i wyć będziesz. Usłyszy cię jaki dobry katolik: przyjdzie i co trzeba, zrobi. A jeśli wilk cię pożre, to lepiej. Bez pana życie miałbyś twarde...

Piesek szczekał, ptaszek świegotał - człowiek darł się a darł przez krzaki i chaszcze.

Niekiedy w miejscu stawał, głowę pochylał - zamyślał się. Ptaszek wówczas przycichał; piesek wydawał jękliwe skomlenie. Człowiekowi zdawało się braknąć siły. Ale wprędce prostował się, otrząsał...

- Furda, mospanie! - hardo wykrzykiwał.

I szedł dalej.

Tymczasem po puszczy, na kształt srebrnych dzwoneczków, rozsypały się cienkie głosy psów gończych. Tu i owdzie zajęczał róg, zadźwiękła trąbka. Na sennego jeszcze zwierza zakładano obławę. Podnosiły się nawet w oddaleniu nawoływania ludzi, ale mgła i mrok przedporanny zaraz je chłonęły.

Żadnego z tych głosów człowiek idący nie słyszał.

Jeszcze kroków kilkadziesiąt, kilkaset - jeszcze zmieszany, fałszywy chór szczeków, skomleń, pisków, świegotań - jeszcze jedno, drugie, dziesiąte szarpnięcie się, omdlenie, znów szarpnięcie - i człowiek znalazł się u celu.

Stanął, rozejrzał się...

Była to nieduża kotlinka, może zimowe leże dzika lub niedźwiedzia. Pnie starych, wywróconych drzew, mchami obrosłe, na pół zgniłe i spróchniałe, wśród chwastów butwiały. Pośrodku wystrzelała w niebo olbrzymia sosna, królowa sosen, z drzew puszczy może najwspanialsza i najroślejsza. Dolne jej konary wicher postrącał, zostały po nich tylko krótkie, sterczące wyrostki.

Miejsce dziwnie było głuche, jakby przez ludzi zapomniane i już poza granicami tego świata leżące. Znali je wszakże myśliwi. Wypalona trawa, resztki węgli i popiołu świadczyły, że tu palono ogniska.

Człowiek zatrzymał się, lecz mimo zmęczenia nie spoczął. Czapkę cisnął o ziemię, rękawem kontusza pot z czoła otarł - oczami po sośnie i po gałęziach utrąconych wodził. A dyszał ciężko, z wysiłkiem, jakby mu coś piersi rozsadzało.

Ptaszek w klatce osowiał i piórka nastroszył; psina rozciągnęła się na ziemi z językiem wywieszonym i drżała.

Niebawem człowiek sęk odpowiedni upatrzył i klatkę na nim zawiesił, wpierw ją otworzywszy.

- Bywaj zdrów, Herkul! - zawołał. - Leć na wolność, przyjacielu. Oby ci fortunniej szło niż twemu panu!...

Przez otwarte drzwiczki wysunął czerwoną główkę szczygiełek. Pokręcił nią ciekawie w prawo i lewo, skrzydełkami leniwie zatrzepotał, lecz z miejsca się nie ruszał. Upłynęła długa chwila, zanim wreszcie wychylił się cały i z wolna, jakby niechętnie, z klatki wyfrunął. Wyfrunąwszy, na wyższym sęku siadł - smutno ćwierkać zaczął...

Człowiek wciąż trzymał oczy, wbite w sosnę. Sęki najpierw oczami opatrywał, potem ręką próbował. Wybrawszy jeden, odstąpił od sosny - do rozwiązywania pasa się zabrał. A pas miał lity, pięknej roboty, - lepszych znać czasów zabytek.

Wspiąwszy się nieco na palce, jeden koniec pasa do sęka przytwierdził, drugi związał kształtem pętli. Pętlę do siebie przyciągnął, głowę wsunąć w nią próbował...

W tej chwili, piesek, żałośnie dotąd skomlący, z całej siły zaszczekał. Człowiek, nazbyt swą smutną robotą zajęty, nie zważał na to. Ale gdy szczek przeszedł w ujadanie, mimowolnie głowę odwrócił.

Poza nim, na pniu wywróconego dębu siedział mężczyzna lat średnich, w bogatym stroju myśliwskim, z pańska - ba, cale z magnacka - wyglądający...

 

II.

- Niech będzie pochwalony... - wyrzekł nieznajomy, uchylając nieco zielonego beretu ze strusiem piórem. - A co to waść czynisz?

Tamten cały dygotał, zęby mu dzwoniły. Drżącym głosem odrzekł:

- Na wieki wieków... Czynię, co moja wola.

- Waści, jak uważam, bies opętał... - ciągnął myśliwy.

- Nie bies, jeno mizeria. Wszelako... z kimże mam cześć?

- Branicki jestem.

- Z których Branickich?

- Z dobrych. A w osobie waści kogóż spotykam?

- Kiżgajłę.

- Z których Kiżgajłów?

- Z mocnych.

Skłonili się sobie z dala dość obojętnie. Twarz Kiżgajły mówiła wyraźnie, że spotkaniu nierad.

- Tak czy siak - ciągnął myśliwy - nie godzi się szlachcicowi duszy diabłu oddawać...

- Furda, mospanie! Ja w diabła nie wierzę.

- Z racji?...

- Gdym mu duszę w zastaw dawał, do cyrografu stanąć nie chciał. Próżnom na rozstajnych drogach zaklęcia powtarzał; próżnom w wirujący piasek rzucał nóż poświęcany - ani razu nie stanął. A czemu nie stanął? Bo go niema.

Branicki, słuchając do torby sięgnął, wydobył z niej butelkę i dwa spore pucharki. Ustawił to wszystko ostrożnie na kłodzie, i rzekł:

- Mości Kiżgajło! Polak, gdy głodny, to zły; gdy na czczo - trzy po trzy plecie. Spero, że mi waść dyshonoru nie wyrządzisz, aby ze mną kropli wina nie wypić. Czyste jest, uręczam. A po winie znajdzie się co i na głodny ząb położyć.

Tamten ręką tylko machnął, okazując, że mu to wszystko jedno.

Wypili. Olbrzym ani spostrzegł, jak mu nalano drugi pucharek, który przełknął równie gładko, jak tamten. A po trzeci sam już sięgnął, nie pytając.

Te trzy miarki cudownie go przemieniły. Po pierwszej ustąpiła z jego lica szarość i stał się jednostajnie blady. Po drugiej wystąpiły mu na policzki słabe rumieńce. Po trzeciej rozpłonił się cały jak róża. I wówczas dopiero okazało się, że jest chłop na schwał dorodny:

Na kłodzie zjawił się chleb biały i wędlina. Kiżgajło mięsa nie tknął, czując, żeby mu przez ściśnięte gardło nie przeszło. Kromkę chleba w palcach roztarłszy, rzucać jął okruchy na ziemię. Wnet do jadła przyczołgała się psina, a niebawem i szczygiełek, z sęka sfrunąwszy, do dziobania się zabrał.

Rozrzewniło to olbrzyma.

- Naści, Herkul!... Pyf, Goliat!... - powtarzał. - Ostatnie to wasze ze mną śniadanie - ostatnie!

I nieznacznie łzę ocierał, udając, że mu się oko zaprószyło.

Więc Branicki, z uwagą to śledzący, raźniej przemówi:

- Waść, widzę, serca złego nie masz. Jeszcze mi o zbawieniu waści wątpić nie trzeba. Kto o zwierzątka dbały, własnej duszy tym bardziej nie sponiewiera.

Nasrożył się tamten i gniewnie krzyknął:

- Furda, mospanie! Szlachcic bez substancji, jak ptak bez skrzydeł. Wzięli diabli fortunę, niech i mnie biorą!

- Twierdziłeś waść, że diabłów niema...

- Niema psubratów do dawania... ale porwać, capnąć, ukraść, zawżdy się znajdą.

- Od czegoż rozum, religia? Od czegóż moc, którą waść mieć musisz niemałą? Toż z mocnych wywiodłeś się Kiżgajłów.

- Furda, mospanie! Bez klejnotu niema szlachcica; bez trzosa pełnego niema mocy.

Branicki wąsa najeżył.

- Gdzież zatem do stu piorunów, waść trzos podziałeś? W naszej Rzeczpospolitej calamitas dziś wielka. Nie wydarł ci substancji Szwed, Moskal, ni Tatar!

Kiżgajło głowę zwiesił.

- Znalazł się gorszy od Szweda, Moskala, Tatara...

- Któż taki?

- Białogłowa.

- Acha! - zawołał Branicki -jużem w domu! Non dubio, że była młoda i urodziwa.

Tamten głową tylko kiwnął przytwierdzająco.

- Ano, może waść i nie za drogo ów towar kupiłeś?

- Właśnież, nicem nie kupił. Fortuny zbyłem, towaru mi nie dano...

- Jakże to?