Gracze lubią emocje - Katia Wolska

-
Proszę czekać

Berta z gamedevu

Zimowe, szare miasto nie nastrajało optymistycznie, nie kusiło ani wielkomiejskim klimatem, ani nerwową dynamiką, ani ubłoconą panoramą. Tego ranka nie mogło zauroczyć nikogo, a już na pewno nie miało nic do powiedzenia młodej kobiecie, która właśnie wróciła z białych gór. Patrzyła niechętnie na skulony na przystanku tłumek. Jeszcze czuła zapach miękkiej pościeli, ciepłe ręce swojego chłopaka na piersiach, smak wspólnych przebudzeń, śniadanie tylko we dwoje. To było tam, w małym górskim pensjonacie, gdzie spędzili kilka uroczych dni i sylwestra. A to jest tu: przystanek pełen zmarzniętych ludzi i ona pośród nich, po nos w kapturze. Nadjechał zatłoczony autobus. Wszędzie za dużo ludzi. Wcisnęła się jakoś za grubasem w uszatce. Stalowy most nad stalową wodą, krajobraz bez słońca - taki mniej więcej jak stan duszy Berty Kalinianki, graficzki, specjalistki od sztuki nowych mediów, jadącej autobusem czterysta dwa do pracy, po krótkiej przerwie na poświąteczne narty. Zanurzona w mgłach i mżawce, wspominała fajerwerki na górskim stoku, potem poranek w Nowy Rok w objęciach narzeczonego, zachłannego, zakochanego tak jak i ona. I nagle ten pełen brei i błota pejzaż miejski. Jedynie billboardy i ogromne reklamy zawieszone na ścianach budynków przedzierały się do mózgu krzykliwymi kolorami, kipiące erotyką, zbyt często tanie, kiczowate. Berta zwykle ćwiczyła na nich swoją kreatywność, więc i tym razem ożywiła się, ziewnęła: "witajcie w nowym roku" i złośliwie dorysowała uśmiechniętym idolom cienie pod oczami, symptomy totalnego kaca, kawałki czarnego kawioru na zębach. Berta miała dobry gust, sporą dozę złośliwości wobec komercyjnych plakatów i poczucie humoru, więc raz-dwa dokonywała korekt: okazały i wzniosły penis zamiast dezodorantu albo na przykład gołe pośladki wyglądające z kosza z owocami wzbogacały radośnie grzeczne billboardy. Wszystko w wyobraźni. Berta była zdolną graficzką, pracowała w branży zwanej gamedevem1 i zdecydowanie wolała przebywać w scenerii baśniowych gier komputerowych, które współtworzyła w niewielkim zespole Game Starsów, niż w realnym zimowym mieście, nie mówiąc o zatłoczonym autobusie. Berta była przy tym osobą obdarzoną bezpruderyjnym podejściem do obrazu i słowa. Seks to seks, dupa to dupa, a jak modelka ma piękne cycki, to niech je, u licha, pokaże. Takie odkryte trochę tu, trochę tam, działające na podświadomość odbiorcy, uważała Berta za bardziej nieprzyzwoite niż prawda o ludzkiej seksualności, wyrażona soczystym wulgaryzmem... Było to zresztą podejście szokujące już tylko dla pokolenia jej rodziców, bo w jej świecie, w graficznym teamie nikt się nie przejmował podobnymi stwierdzeniami ani sprośnymi żartami, jędrne słowa i gesty były na porządku dziennym. Berta lubiła pieprzne złośliwości kolegów. Lubiła gry komputerowe, możliwości, jakie dają programy graficzne, a poza tym Berta była także artystką w sensie klasycznym. Na co dzień z pasją tworzyła postacie i przestrzenie gier, ale po godzinach oddawała się malowaniu i rysowaniu własnych prac. Dlatego podpisywała się zawsze i przedstawiała jako Berta Kalinianka, chociaż rodzice jej byli zwykłymi Kalinami i w dowodzie miała napisane po prostu: Beata Irena (z nich zrobiła Bertę) Kalina. Ale "Kalinianka" brzmiało bardziej artystycznie, jakby pseudonim, jak Skarżanka, Nastulanka, jak przedwojenna Ordonka i tak dalej. Berta Kalinianka wnikliwie obserwowała ludzi i niejeden pasażer prozaicznego autobusu czterysta dwa, jadącego z Pragi na Służewiec, nie przypuszczał nawet, że staje się swoistym łupem malarki, modelem, który wkrótce znajdzie się na kartonie lub płótnie. Zresztą i tak przenigdy by się na nim nie rozpoznał. Berta podpatrywała ludzi, by wychwytywać coś, co pobudzało jej wyobraźnię, i bawiła się potem ołówkiem lub węglem. Jej obrazy przedstawiały awatary osób żywych, tych z miasta, tak, ale... ze żmijowatymi szyjami, z olbrzymimi oczami, zabawnymi torebkami wrośniętymi w miejsca genitaliów, rybimi ustami, kończynami na kształt gałęzi. Jeśli zachwyciła się urodą pasażerki, jeśli zapragnęła utrwalić jej figurę i linię ciała, potrafiła nawet pojechać za nią i śledzić ją aż do zniknięcia w czeluści jakiejś klatki schodowej. Ale nie tym razem.

Tego zimowego dnia Berta nie miała wiele czasu na artystyczne obserwacje. Denerwowała się i przestępowała z nogi na nogę, zerkała nerwowo na komórkę. Wyszła trochę za późno, przez Macieja, który niepotrzebnie zatrzymywał ją w korytarzu, wciągał z powrotem do mieszkania, kusił swoimi sposobami, ale w końcu wysunęła się z jego objęć, obiecała, że wróci wcześniej, wybiegła z mieszkania na jednym z blokowisk na Gocławiu. Nie mogła się spóźnić. W żadnym wypadku. Nie dzisiaj - pierwszego dnia pracy w nowym roku i w nowej siedzibie Game Stars, firmie o nazwie nieco na wyrost, bo chociaż rzeczywiście młody zespół produkował całkiem popularne gry na zamówienie dużych developerów, to do najjaśniej świecących gwiazd na tym rynku było im jeszcze daleko. Czemu szef Starsów, Kacper Brog, przeniósł siedzibę z centrum miasta na niemal obrzeża stolicy? To było jasne. Koszty, koszty, koszty. Ale czemu zwołał na dziś, pierwszy poniedziałek nowego roku, po urlopach, nartach, przedłużonych świętach, walne zebranie wszystkich członków zespołu - tego nie wiedział nikt. I było to bardzo ciekawe. Berta miała pewne podejrzenia. Od jesieni pracowali nad nową grą. Istniała wprawdzie dopiero w zarysie, ale pod koniec roku Kacper wysłał dokładny konspekt, kilka lokacji i kwadrans akcji do wydawcy, i pewnie miał pierwsze wyniki. Bertę te wyniki bardzo obchodziły, zawodowo i osobiście, bo czuła się matką pomysłu. Nie tylko dlatego, że jako artliderka odpowiadała za świat, który miał za chwilę narodzić się i zaistnieć na ekranach tysięcy komputerów, ale także dlatego, że to ona walczyła jak lwica, by odeszli od strzelanek w kierunku baśniowej przygody osadzonej w świecie słowiańskiej legendy. Coś specjalnie dla targetu żeńskiego. Wymyśliła temat i tytuł, gwarantowała, że spodoba się graczkom, miała narysować główną postać kobiecą - już ją stworzyła w swojej głowie. Oczyma wyobraźni widziała, jak miliony kobiet grają w jej Skarb Wenetów, odrywają się od garów i prasowania, jak wchodzą w słowiański świat i dają wciągnąć się w przygodę z legendy i baśni. Prawie czuła swąd przypalonego prasowania. Wiedziała też, że szef, Kacper, bardzo potrzebuje sukcesu, tak ideowego, jak komercyjnego, choćby dlatego, by ich firmę utrzymać. Po prostu - wynik testów, odpowiedź dużego wydawcy Grand Play, który kupiłby tę grę na rynek międzynarodowy, rosyjski i amerykański, to było ich być albo nie być. Oznaczało zamówienia i pracę na następnych kilka lat, pracę albo jej brak.

Dlatego Berta, coraz bardziej zła, że dała się wciągnąć swojemu chłopakowi w te pożegnalne igraszki w drzwiach, przestępowała w autobusie z nogi na nogę i wypatrywała zarysu biurowca. Jechała już pół godziny. Prawda, że Kacper, ich szef, wybrał wygwizdów. "Daleko w chuj! - Tak im oznajmił. - Ale za to bardzo nowoczesny biurowiec, w industrialnej dzielnicy miasta". Kiedy Berta opowiadała to w domu, widziała potępienie i wstyd na twarzy matki, więc dodała: "Przepraszam za wulgaryzm. Ale taki jest Kacper Brog. A ja tylko cytuję".

I gdzie był teraz ten biurowiec? Wyłaniał się z mgły wolniej niż wskazówka zegarka, nieuchronnie pokazująca, że jeszcze kwadrans, jeszcze dziesięć minut... Ups, czemu nie umiała rano uciec od razu przed Maćkiem, który pod pozorem opiekuńczego zapinania jej kurtki, zaczął ją właśnie rozpinać, nurkować rękami pod wełnianą spódnicę i łaskotać przez rajstopy, sam tyko w ręczniku, on bowiem miał jakiś trening tylko około południa. Uległa mu na chwilę i gdyby się nie opamiętała, z pewnością jeszcze czekałaby na autobus. Zarumieniła się nie tyle ze wstydu, co z gniewu, że dała się ponieść fali podniecenia, i gotowa była w tej kurtce, w korytarzu, zsunąć pospiesznie kolorowe rajstopy i uciąć z nim "poranny serwis w drzwiach". Tak to nazywał, lubieżnik, a ona już opierała się o ścianę, czekała, że uniesie ją trochę, na wysokość swoich bioder, bo była sporo niższa, ale lekka, a on silny, jak to trenujący różne sporty facet. Przypomniała sobie jednak naradę, pocałowała go trochę drapieżnie i pozbyła się jego rąk obietnicą zmysłowego wieczoru. "Zrób coś pysznego, ja pewno będę miała co opowiadać" - szepnęła mu w ucho, pozwoliła sobie jeszcze popatrzeć z apetytem na jego gotowość do miłości, udowodnioną wyraźnie sterczącym ręcznikiem, na zmierzwioną czuprynę i rozczarowanie w oczach, i sama niedopieszczona, jednak uciekła.

A teraz zostało już tylko pięć minut, biegła więc pędem przez obrotowe drzwi do biurowca, wyciągała w biegu identyfikator z kieszeni, przeszła zwycięsko przez dwie bramki i wskoczyła szybko do windy C, która akurat nadjechała i rozsunęła zapraszająco szklane drzwi. Berta chciała wcisnąć guziczek z cyfrą pięć, bo Game Starsi zajmowali całe piąte piętro. Ale oto nie było takiego guziczka. W ogóle nie było żadnych guziczków. To była pieprzona nowoczesna winda, która mogła cię zawieźć tylko tam, gdzie pozwalał identyfikator. Była tu ściana z lustrem, ekranik z cyfrą dwanaście, i tyle. Jakie dwanaście? Berta z przerażeniem zrozumiała, że jedzie właśnie z miłymi Azjatami na apartamentowe piętro dwunaste, bo nie zidentyfikowała się sama w czytniku na parterze, rejestrując swoje, piąte. Matrix, sieć poziomów ścian i szyb, te windy nigdy się nie mylą, a Azjaci zawsze się uśmiechają. Przymknęła oczy. W dodatku, jeśli wyjdzie z nimi na dwunastym, nie zjedzie, bo jej karta nie jest tam zaprogramowana... Poza tym cierpiała na niewielką klaustrofobię, generalnie nie znosiła wind i już zaczęła odczuwać lekkie duszności. "Chyba muszę poprosić tych miłych skośnych panów, żeby ktoś ze mną zjechał..." - pomyślała, szykując zdania w najlepszej angielszczyźnie, na jaką było ją stać. Ale zanim zdążyła otworzyć usta, błysnęło dwunaste i wszedł do windy przyjemny, przystojny, zamyślony facet po trzydziestce.

- Na które piętro pan jedzie, na Boga? - zapytała. Mężczyzna był ciemnookim blondynem. "Jak moi Weneci" - pomyślała. Uśmiechnął się i pokazał elektroniczną cyfrę, która pojawiła się na ekranie. Berta zapragnęła go uściskać. Jechał, jak ona, na piętro piąte, i tym samym ratował ją z opresji, bo miała jeszcze szansę wpaść w drzwi sali konferencyjnej dokładnie z wybiciem godziny dziewiątej na zegarkach komórek i innych elektronicznych czasomierzy.

I tak się stało, dokładnie tak. Nie zauważyła nawet, gdzie podział się jej przypadkowy wybawca, sforsowała kartą drzwi, zdążyła rzucić sekretarce swoją kurtkę i czapkę, zarumieniona od stresu i gorąca padła na jedyne wolne jeszcze krzesło przy owalnym stole. Marcin, drugi grafik, a przy tym genialny designer, podał jej wodę. Spotkała karcące spojrzenie szefa Kacpra, ale w końcu się nie spóźniła, a on miał tym razem ważniejsze sprawy niż nawoływanie zespołu do punktualności, co zawsze czynił z satysfakcją.

- Spóźnialska. Widzę w oczach rozpustę - syknął poufale Marcin, ale Kacper uciszył ich gestem ręki. Berta puściła oko do Gosi, asystentki szefa. Lubiły się, a Gosia była bardzo dowcipną, ale też najbardziej sprośną i bezpruderyjną dziewczyną, jaką Berta znała, a znała takich wyzwolonych wariatek niemało.

- Witajcie - powiedział Kacper. Starał się mówić spokojnym głosem, ale wszyscy natychmiast wyczuli, że ledwie się powstrzymuje, by nie eksplodować wiadomościami jak fontanna strumieniami wody. Musiały być dobre, bo uszy poczerwieniały mu z przejęcia. - Witajcie: wy po urlopach i wy, co pierwszy raz na nowych śmieciach. Mam dobre wieści. Bardzo dobre. Pierwsze testy okazały się pozytywne i... Granci zaakceptowali nasz projekt!

I co z tego? Spodziewali się, że pierwsze testy przeprowadzone wśród speców będą niezłe. Ale co dalej? Jaka skala? Jakie pieniądze pójdą za tymi ocenami?

Kacper nabrał powietrza, napuszył się jak kogut i wyrzucił to z siebie:

- Mamy kontrakt! Mamy ogromny budżet. Nasz stały wydawca Grand Play połączył się fuzją z dużym - nomen omen - graczem, z megawydawnictwem rosyjskim Wriemia Igry. Zdajecie sobie sprawę, jakie to daje możliwości. Jaki rynek zbytu, Rosjanki grać lubią... no i Wriemia już są megabogate. Szukali długo jakiegoś chwytu, nowego tematu, czegoś, co będzie inne niż cały świat. I tu.... - Kacper popatrzył na Bertę. - Brawo, Berta! Podchwycili właśnie Wenetów, twój temat słowiańsko-magiczny. Nasz. Widzieli konspekt i fragment demo - trzeba właściwie wszystko zacząć od początku, ale tak. Mamy to. Ruszamy.

- A ty chciałeś robić western - szepnęła złośliwie Berta do Marcina. - Pif-paf! W samo południe...

Czuła satysfakcję. Podniecenie ogarnęło cały team. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że to ogromna szansa. Jeśli się spodoba, jeśli ich gra stanie się kolekcjonerska, pójdzie w miliony, będą mogli spać spokojnie, bez strachu o pracę, kredyty i pensje, a te będą niemałe.

- Kto wie, co wolą moskwianki - odciął się. - Myślisz, że na pewno słowiańskiego rybaka w onucach, a nie superszeryfa, macho, co bez pudła strzela w dziesięciopensówkę?

- Oj, zaraz rybaka. - Berta ciekawa była, gdzie w wizji, od której Kacper tak pęczniał szczęściem, tkwi gorzkie źdźbło. Wiedziała, że gdzieś być musi, żyła na tym padole już prawie trzydzieści lat, a w świecie gamedevu osiem. Jako pochwalona autorka pomysłu, artliderka, miała odwagę zapytać głośno:

- A gdzie ta słabsza wiadomość?

Kacper westchnął. Wiedział, że jękną chóralnie, kiedy to powie. Ceną był czas. Sam nie miał z tym problemu, był singlem, poza pracą uprawiał myślenie o pracy, znał tylko ludzi z branży i marzył o sukcesie swoich gier. Wszyscy zresztą o tym wiedzieli, jak również o tym, że Kacprem nie kierowała żądza kasy dla samej kasy: wypasionych aut, willi z basenem i tak dalej. Jedyne luksusy, jakie kochał, to drogie zegarki, ale i je oddałby za wielki sukces gry i Game Starsów. Pożądał sukcesu, bo kochał gry. Były jego pasją, niwelowały poczucie samotności, dawały poczucie sprawczości. Chciał pieniędzy, pieniędzy w dużych ilościach, na następne projekty, na sprzęt, na ludzi, bo w myślach już rozbudowywał zespół, zgarniał nagrody, zajmował pierwsze miejsca w światowych rankingach. Sukces. Gra kolekcjonerska, która zachwyci świat. Akurat to ostatnie nagle okazało się możliwe...

- Ale? - nacisnęła Berta, czując milczące wsparcie kolegów.

- Ale musimy zrobić ją w siedem miesięcy.

Milczenie jakby zgęstniało. Długopisy zawisły nad kartkami, palce zastygły na komórkach. Ludzie wymienili spojrzenia, a Berta zawołała:

- Siedem? Na całą grę? Kiedy mamy zrobiony tylko kwadrans z kilku godzin?! I to do poprawy? Siedem miesięcy?

I wtedy nastąpił ów chóralny jęk, na który czekał Kacper. Na lipiec, czemu nie na maj? To jakby zbudować w tydzień piramidy. Jednej tylko galijskiej wiosce to się udało, w jednym tylko filmie, ale my nie mamy magicznego napoju. Na lipiec? Może na jutro? Siedem miesięcy? Nawet ciąża trwa dłużej... Piętnaście minut demo robili trzy miesiące, nie było jeszcze dokładnego gameplayu, czyli tak potrzebnej siatki rozgrywki. Mieli zaledwie prototyp GDD, bazowy dokument, z opisem działań w grze, fabułą, przedmiotami, spisem animacji... I zaliczyli niezły crunch2 przed oddaniem demo do testów, crunch, czyli czas intensywnej roboty nad ostatnim etapem, praca, praca dniami i nocami, bez wracania do domu na noce i na weekendy. Berta zamilkła porażona wizją tego, co przed nią: dziesiątki lokacji, minigierki, rekwizyty, postacie, wszystko trzeba narysować, sprawdzać spójność ilustracji innych, składać w całość. Silnik. Popatrzyła na programistę zwanego Liszką, potem na Wiesia od silników - nie wyglądali na zaskoczonych. Liszka zawsze mało gadał, a Wiesio, niepełnosprawny w nogach, ale genialny informatyk na wózku, i tak prawie stąd nie wyjeżdżał. Mimo wszystko powinni być bardziej poruszeni. Czyżby Kacper powiedział im wcześniej? Co szef im obiecał?

- No to chyba tu zamieszkamy - powiedziała głośno z ironią i rezygnacją.

- Jestem na to przygotowany - spokojnie oznajmił Kacper - nie dziś, nie jutro, ale jeśli będzie trzeba, zamieszkamy... to jest ta chwila: wszystkie ręce na pokład. Może zaistnieć taka sytuacja, że odetniemy się od życia i będziemy robić Skarb Wenetów. Kto nie da rady, proszę o decyzję teraz. To znaczy do końca tygodnia.

- Kacper - powiedziała niby łagodnie Edyta, zdolna graficzka, specjalistka od rysowania zwierząt, samotna matka bliźniąt - chyba kpisz?

- Spoko, Edzia. - Kacper widocznie przewidział ich pytania. - Masz czynną babcię, a jakby co weźmiesz swoich malców tutaj, zgadzam się. Myślę też o powiększeniu teamu. - Ubiegł pytanie Berty, która odpowiadała za organizację pracy grafików. - Ty, kochanie - zwrócił się do Gosi, której akurat najwyraźniej na chwilę zabrakło zwykłego poczucia humoru - ty, Goniu, będziesz panią tego domu. Prowiant, kawka, pizze na koszt firmy, będziemy tu jeść i spać, grać w cudze gry dla rozrywki.

- Cha, cha, cha! - Gosia wykonała grymas nie do podrobienia. Lichy, jasny koczek na czubku głowy i okrągłe okularki zachybotały razem z całą jej postacią. - Wszystko tu, szefie, będziemy robić, seksić się też będziemy tutaj, o tak? - Kciuk z palcem wskazującym zamknęła w kółko i długopisem wykonywała nieprzyzwoite ruchy w tym kółeczku. Wszyscy znali taką Gośkę, która głosiła, że ruchanko a miłość to zupełnie co innego, nikt się nie przejął, tylko Marcin parsknął śmiechem, a Kacper machnął na nią ręką. Chciał zmienić temat i miał na co.

- Kochani, Gośka w swoim żywiole, ale to nie koniec niespodzianek... Chcę wam kogoś przedstawić. - Piknął w komórkę.

- On chyba testuje siłę naszej psychiki jak w marines - szepnęła Edyta - i drogą eliminacji słabych wywali na bruk. Ja nie wiem, czy to przetrzymam.

- Cii, Edzia, czekaj, to ciekawe...