Sto lat później
Oś czasu:
23:58 czasu środkowoamerykańskiego standardowego,
1 lipca 1986 r.
Dla człowieka z misją sto lat może przeminąć w mgnieniu oka. Rzecz
jasna, dostęp do kamienia filozoficznego i dysponowanie owocami tysiąca
lat postępu w dziedzinie alchemii są tu bardzo pomocne, lecz tak
naprawdę zawsze liczyła się tylko misja. James Reed przyszedł na świat,
znając swój cel. Znając go, pozostawił swą mistrzynię w płytkim grobie,
a teraz, ściskając w dłoni owoce swej pracy, zamierza wznieść się na
wyżyny ludzkiej wiedzy. Niech szlag trafi każdego, kto ośmieli się
stanąć mu na drodze.
Niech ich wszystkich szlag!
Czeka na swój moment na końcu sali, w miejscu zaprojektowanym tak, by
nie docierało doń światło. Asphodel nauczyła go wszystkiego, co tylko
zdołała: subtelnej sztuki alchemii, bardziej obcesowej sztuki
kantowania, spijania wiedzy niczym mleka z matczynej piersi. Wszystko to
przedstawienie, a ci ludzie - ci pozbawieni godności, dumni ludzie,
którzy mają siebie za królów swego świata - są niczym więcej jak jego
sługusami.
(Kongres Alchemiczny nie pochwala jego kontaktów z bardziej przyziemnym
światem, twierdząc, że są one ryzykowne i stanowią przejaw arogancji.
Kongres Alchemiczny to banda hipokrytów. Jego członkowie są uosobieniem
arogancji, a ich sądny dzień nadejdzie szybciej, niż im się wydaje. O,
tak. Wkrótce przekonają się, że nie powinni byli wchodzić w drogę
Asphodel Baker ani jej synowi, jej następcy i najdoskonalszemu
stworzeniu).
To pokaz cudów, jego gabinet osobliwości, którym zamierza oświecić i uwieść nie masy, lecz garstkę wybranych.
Korytarz jest wystarczająco duży, by pomieścić stojące obok siebie dwa
łóżka polowe oświetlone żarówkami, zbyt przydymionymi, by można było w ich świetle zobaczyć, jaki kolor ma podłoga. Ledwie oświetlają ściany,
które równie dobrze mogą być białe, kremowe albo szare; światło jest
zbyt rozproszone, by kolory były jednoznaczne. Wzdłuż korytarza ciągną
się pomieszczenia. Żarówki w nich są jaśniejsze - oświetlają postacie za
lustrami weneckimi, przekształcając je w surowe reliefy, zmieniając z dzieci w osobliwości. Mają od dwóch do dwunastu lat. Są ubrane w kolorowe piżamy z postaciami z kreskówek, statkami kosmicznymi i niedorzecznie przyjaznymi dinozaurami. Śpią pod kocami w podobne wzory,
a jednak z powodu światła trudno rozpoznać w nich ludzi.
Mała dziewczynka wcisnęła się w kąt pokoiku. To czujna istotka o sarnich
oczach, obejmująca kolana ramionami i wpatrująca się w lustro, jak gdyby
jakimś cudem była w stanie dostrzec stojących po drugiej stronie
mężczyzn. Jej towarzysz śpi pod kocem w roboty, odwrócony twarzą do
ściany i plecami do reszty pokoju. Jeśli wierzyć tabliczce na drzwiach,
nazywają się Erin i Darren, mają po pięć lat, i nie ma w nich nic, co
nie zostałoby zrobione z rozmysłem.
Jednakże tego dnia uwaga nie skupia się na tym, co znajduje się w celach, lecz na trzech mężczyznach, miękkich, łysiejących stworzeniach w eleganckich garniturach biznesowych i praktycznych butach. Z tym
wyglądem pasowaliby idealnie do odbywającego się na sali posiedzeń
spotkania akcjonariuszy. Tutaj, w tej osobliwej, niebezpiecznej
przestrzeni wydają się tak nie na miejscu, jak śnieżyca we wnętrzu
wulkanu. Zaniepokojeni zbijają się w ciasną grupkę. To także ich dzieło.
To oni stawiali kropki nad i, podpisywali czeki. Dzięki nim to wszystko
było możliwe. Wszystko to należy do nich. Pod każdym względem. A jednak...
James Reed patrzy na nich z uśmiechem. Ich niepokój jest zamierzony, ma
równoważyć siły. Inwestorzy mogą być właścicielami wszystkiego, co
widzą, ale to jest jego dzieło: tutaj to on jest Bogiem wszechmogącym,
zdolnym tworzyć życie z niczego i dowodzić siłami wszechświata. Lepiej,
żeby o tym pamiętali, ci maluczcy ludzie z ich wąskimi umysłami i czystymi rękami. Lepiej, żeby o tym pamiętali.
Za szkłem chłopiec o oczach barwy betonu, patrzący przed siebie
niewidzącym wzrokiem, kołysze się w przód i w tył. Od siedmiu godzin
nuci coś pod nosem. Maleńkie mikrofony w jego pokoju - nigdy w "celi",
to nie więzienie, to hodowla przyszłości i język jest tutaj niezwykle
ważny - nagrywają każdą sekundę jego zawiłej piosenki. Tu nigdy nic się
nie marnuje. Nic nie może się wymknąć.
(Później kryptolodzy rozłożą jego piosenkę na matematyczne komponenty i ustalą, że atom po atomie ofiarował im chemiczną formułę. Powstanie z niej nowatorski środek przeciwbólowy pochodzący z kilku źródeł,
nieuzależniający i oferujący ulgę w przypadkach uważanych dotąd za
beznadziejne. Opatentowanie i wprowadzenie go na rynek zajmie kolejnych
dwanaście lat, lecz odpowiedzialna za kwestie farmaceutyczne firma
fasadowa zarobi na nim miliardy. Krok po kroku, dzięki momentom takim
jak ten, laboratorium staje się samowystarczalne. Już jest ogromne,
rozległe i tak kosztowne, jak kosztowne potrafią być rzeczy ogromne i rozległe. Do tego musi się utrzymać. Musi. Gdyby Kongres Alchemiczny
zapłacił choćby centa za jego stworzenie i utrzymanie, jego członkowie
oczekiwaliby, że inwestycja przyniesie zyski warte dziesięciokrotną
wartość jej wagi w złocie - a do tego nie można dopuścić. Nie teraz. Nie
kiedy Doktryna jest niemal na wyciągnięcie ręki).
- Panowie.
Reed dobrze wie, kiedy się odezwać. Jego słowa zdają się wyłaniać
spośród cieni, on zaś podąża za nimi. Każdy jego krok podkreśla różnice
między nim a inwestorami. Oni noszą spinki do mankietów kupione im przez
żony, a w ich łysiejących głowach można by się przejrzeć. On ubiera się
jak bohater powieści Raya Bradbury'ego: czarne spodnie, zapięta pod
szyję szafirowa koszula, frak z dziwnymi glifami wyhaftowanymi na
mankietach i połach. Złote hafty to przypomnienie obietnic, które
zjednały mu przychylność tych mężczyzn, tych ciem zwabionych obietnicą
trawiącego wszystko płomienia.
Asphodel - mistrzyni, mentorka, męczennica - nauczyła go, jak ważny jest
talent showmana. On był pojętnym uczniem i dobrze rozumie swoją
publiczność. Muszą widzieć w nim rozkojarzonego elegancika, postać z bajek dla dzieci, coś, co można tolerować i czym można pogardzać. W swej
arogancji muszą traktować go jak coś w rodzaju synekdochy, szarlatana,
który sztucznością próbuje załatać niedokładny obraz.
Te rozpieszczone stworzenia świata korporacji zapominają, że zawsze jest
jakiś drapieżnik, tak jak zawsze jest jakaś zwierzyna. Myślą o sobie, że
są lwami, podczas gdy każdy widzi, że to zebry - słabe i gotowe, by je
rozszarpać.
Jego szpony, odziane w aksamit i skryte za pozorami, są wystarczająco
ostre, by wymordować świat.
- Panowie - powtarza, a jego akcent jest wszystkim, a zarazem nie jest
niczym.
Doskonalił go przez ostatnie stulecie, wybierając spółgłoski zwarte i syczące, tak by brzmiały egzotycznie i pociągająco, ale nie "obco".
Istnieje powód, dlaczego wystawiane dzieci są takie blade, jak gdyby
ulepiono je z mleka i kości, a nie kamienia, ziemi i innych rzeczy, z których się wywodzą. Białe dzieci wydają się niemal ludzkie tym chciwym,
pazernym ludziom, a tutaj, w tym zimnym, sterylnym korytarzu, który
stanowi most między nauką a alchemią, rozumem a religią, pozory są
niemal tak ważne jak słowa.
Dzieci, które zdają się ludzkie, wzbudzają poczucie winy w ludziach,
którzy za nie zapłacili. Poczucie winy otwiera zaś portfele. To prosty
rasizm i prosta matematyka, które sprawiają, że rozpadlina jego
nienawiści jeszcze bardziej się pogłębia, albowiem kto przy zdrowych
zmysłach odrzuciłby którykolwiek z cudów, jakie ma do zaoferowania
ludzka rasa?
- Doktorze Reed - odzywa się jeden z mężczyzn, samozwańczy przywódca tej
nielicznej grupki, uwznioślony wysokim mniemaniem o sobie, a przede
wszystkim brakiem instynktu samozachowawczego. Pozostali dwaj trzymają
się nieco z tyłu, w czymś, co on zinterpretuje jako szacunek, a Reed
odczyta jako tchórzostwo. - Co tutaj robimy? Mówił pan, że macie nam do
pokazania rzecz wielką, przełomową, tymczasem wszystko to już
widzieliśmy.
U kogoś innego szok malujący się na twarzy wyglądałby niemal komicznie.
Ale nie u Reeda. U niego nigdy. Jak to mówią: "Praktyka czyni mistrza".
- Patrzycie na obiekty, które potrafią zajrzeć w przyszłość, które
żonglują możliwymi zdarzeniami jak piłeczkami, których komórki
regenerują się z prędkością, której nie jesteśmy w stanie zarejestrować
na naszym sprzęcie, a pan twierdzi, że "już to widzieliście"? Panie
Smith, zawstydza mnie pańska krótkowzroczność.
Mężczyzna - który wcale nie nazywa się Smith, traktuje pseudonim jak
konieczność; tak jak oni wszyscy. Prowadzenie tego rodzaju interesów,
ukrytych w cieniach i oscylujących na granicy prawa, pociąga za sobą
koszty. Mężczyzna prostuje się nieco i mruży oczy. Ten człowiek nie
traktuje go poważnie. To się musi skończyć.
- Pokazałeś nam cuda, lecz nie są to cuda chodliwe, Reed. Nie zmienimy
światowych zasobów ołowiu w złoto, nie niszcząc przy tym gospodarki,
którą staramy się kontrolować. Co możesz nam zaoferować?
- Przynajmniej zadaje pan właściwe pytania. Proszę.
Reed rusza miękkim, płynnym krokiem drapieżnika, którym przecież jest.
Mężczyźni w swych butach na płaskich podeszwach mogą pójść za nim albo
pozostać tu, czując na sobie niewidzialny wzrok dzieci, za których
stworzenie zapłacili.
Bez wahania ruszają dalej.
Korytarz ciągnie się jak toffi, a kolejne pokoje z pomalowanymi na biało
ścianami odsłaniają kolejne ubrane w piżamy dzieci. Niektóre starsze,
niemal nastoletnie, siedzą przy biurkach odwrócone plecami do luster
weneckich, świadome tego, że w każdej chwili ktoś może je obserwować.
Inne, młodsze, bawią się kolorowymi klockami albo śpią skulone pod
ręcznej roboty kołdrami. Ich opiekunowie twierdzą, że lepiej, jeśli
przedmioty, którymi otaczają się dzieci, są robione ręcznie, a nie
produkowane przez maszyny. Coś w procesie tworzenia nasyca przedmioty
nieożywione, a obiekty sypiają lepiej w otoczeniu przedmiotów o mniej
sterylnej przeszłości. Wychowywanie dzieci jest trudne nawet w najbardziej sprzyjających okolicznościach. A to, co odbywa się tutaj,
jest dużo bardziej skomplikowane.
Drzwi na końcu korytarza mają trzy zamki i klawiaturę numeryczną. Reed
otwiera je jeden po drugim i wpisuje kod, nawet nie próbując go ukryć.
Do rana i tak się zmieni. System zabezpieczeń to coś więcej niż tylko
pokazówka: to ostrzeżenie, które ma uświadomić mężczyznom, że to, co
zamierza im pokazać, należy traktować poważnie. Jeśli któryś z nich
choćby spróbuje zakwestionować jego władzę, nie obędzie się bez
konsekwencji.
Drzwi się otwierają i Reed puszcza inwestorów przodem. Gdy wchodzi za
nimi, drzwi zamykają się z hukiem, który przywodzi na myśl zasuwaną
płytę grobowca - zimnym i ostatecznym.
- Wszechświat działa zgodnie z kilkoma podstawowymi zasadami - mówi bez
wstępnych uwag. - Rzecz jasna, mam na myśli grawitację,
prawdopodobieństwo. Chaos i porządek. Jesteśmy częścią wszechświata, tak
więc rzeczy, które ucieleśniamy, dorównują boskością siłom, które
działają na nas od zewnątrz. Grawitacja jest ważna. Nikt nie chce
dryfować tylko dlatego, że więzi, które trzymały go na ziemi, zostały
nierozważnie zniszczone. Lecz miłość, ciekawość, przywództwo są równie
ważne, inaczej by nie istniały. Natura nie znosi próżni. Dlatego
wszystko zostało stworzone w jakimś celu.
Ciemno tu, w tym miejscu, z którego, jak się zdaje, nie ma wyjścia.
Jeśli Reed nie otworzy drzwi, nie wydostaną się stąd. Żaden z inwestorów
nie odzywa się ani słowem. Lubią sprawować władzę, kiedy nic im nie
zagraża, ale tu i teraz, w tej przestrzeni, nie mają nad niczym
kontroli. Są podirytowani. Reed widzi to i rozkoszuje się tym uczuciem.
- Jak wiecie, nasze badania skupiają się na stworzeniu dzieci
dostrojonych do tych tak zwanych "naturalnych sił". Wyobraźcie sobie
dziecko, które jest tak doskonałym ucieleśnieniem transmutacji, że samym
dotykiem przemienia podstawowe metale, albo inne, które potrafi
przemienić noc w dzień. Sukces oznacza, że wejdziemy w posiadanie
najpotężniejszych broni wszech czasów. Ich moc będzie nie do opisania.
Zostaliście wybrani, by wspierać nasze badania nie tylko z przyczyn
finansowych, lecz także dlatego, że dzięki waszym zasobom emocjonalnym
możecie pomóc wprowadzić świat w nową erę oświecenia i zrozumienia.
Za każdym razem, gdy wypowiada te słowa, Reed obawia się, że któraś z tych potulnych, spolegliwych owiec przypomni sobie, że sama kiedyś była
drapieżcą, i zacznie kąsać rękę, która ją karmi. I za każdym razem czuje
zarówno ulgę, jak i rozczarowanie, kiedy połykają jego słowa,
uśmiechając się i kiwając głowami z zadowoleniem. Tak, oczywiście, że
powstanie nowy porządek i naturalne jest, że to oni staną na jego czele.
W końcu na to zasłużyli. Zapłacili za to, a płacąc, przyznali sobie
prawo do wszelkich korzyści i możliwości. Wszystko to należy do nich i tylko do nich.
Głupcy. Ale bogaci głupcy. To dzięki bogactwu projekt zaszedł tak
daleko, z dala od tchórzy z Kongresu, do miejsca, gdzie mogą stać się
samowystarczalni i uniezależnić się od biznesmenów, którzy, patrząc na
największy cud stulecia, widzą jedynie symbol dolara. Już niedługo będą
wolni. Czepiając się tej myśli, Reed ciągnie:
- W naszych staraniach najważniejsza była siła zdefiniowana przez
starożytnych Greków jako Doktryna Etosu. Według niej muzyka może wpływać
na jednostki na poziomie emocjonalnym, psychicznym, a nawet fizycznym.
Teraz, kiedy wiemy, że każda jednostka sama w sobie stanowi mikrokosmos
stworzenia, wydaje się oczywiste, że coś, co potrafi oddziaływać na
jednego człowieka, może również oddziaływać na cały świat. Od tamtej
pory alchemicy starają się ucieleśnić Doktrynę.
Reed urywa, dając im czas na przyswojenie tego, co właśnie usłyszeli.
Nagle, ku jego zaskoczeniu, odzywa się jeden z inwestorów:
- Byłem tu dziewięć lat temu, kiedy to twierdził pan, że się wam udało.
Dlaczego znów do tego wracamy?
- Ponieważ jeśli był pan tu dziewięć lat temu, rozumie pan, że nasz
początkowy sukces pod wieloma względami okazał się porażką. - Reed z trudem panuje nad emocjami. Jak ten człowiek śmie tak się do niego
odzywać, jakby miał jakiekolwiek pojęcie o próbach będących nieodłączną
częścią takiego przedsięwzięcia? Oni zmieniają świat, a jego i jemu
podobnych interesuje wyłącznie kolor atramentu w księgach rachunkowych.
Inwestorzy zaczynają szeptać między sobą i Reed czuje, że ich traci.
- Nasza pierwsza próba ucieleśnienia Doktryny okazała się sukcesem -
mówi, nim poszeptywania zmienią się w otwarty bunt. - Zamknęliśmy
przewodnią zasadę wszechświata w ludzkim ciele. Owszem... wystąpiły
komplikacje, jednak teoria pozostaje niezmienna.
Komplikacje: chłopiec, którego głowę wypełnia taka ilość rzeczywistości,
że może obcować wyłącznie z tym, co widzi pod własnymi zamkniętymi
powiekami. Dziecko nigdy nie wypowiedziało choćby słowa. Przestało jeść
trzy lata temu i chociaż wciąż oddycha, podtrzymywane przy życiu przez
rozmaite urządzenia i zgłębniki do sztucznego karmienia, od półtora roku
nie otworzyło oczu. Doktryna została uwięziona w jego drżącym ciele.
Jedynym sposobem, żeby ją stamtąd wydobyć i sprawić, by świat zatańczył
tak, jak mu zagrają, jest znalezienie dla niej nowego domu i pogrzebanie
starego.
- Problem z Doktryną polega na jej rozmiarze. Umieszczona w umyśle nie
pozostawia miejsca na człowieczeństwo. Wierzymy, że dzieląc ją na jej
części składowe - matematykę i język - otrzymamy pewien gestalt. Dwoje
ludzi, będących uosobieniem konceptów, które próbujemy okiełznać, lecz o zdolnościach ograniczonych do tego stopnia, że gdyby ich rozdzielić,
pozostaną ulegli i łatwo ich będzie kontrolować.
- Jak bardzo ulegli? - pyta jeden z inwestorów.
- Wystarczająco. Zadbaliśmy o wychowanie, które pozwoli rozkwitnąć ich
zagrożonemu człowieczeństwu, i nauczy ich, że zadowalanie nas jest
rzeczą nadrzędną. Kiedy spotkają się ponownie, zrobią wszystko, czego od
nich zażądamy, jeśli będą chcieli zostać razem, a będą. Natura nie
pozostawi im wyboru. Będą nasi i to my będziemy kontrolować ich dostęp
do wszystkiego, w tym również do siebie nawzajem. - Ach, jakże słodką
udręką będzie odmawianie tym kukułczym dzieciom Doktryny spotkania ze
swoją drugą połówką aż do czasu, gdy zasłużą sobie na nie. - Nie będą to
zwykłe dzieci, co to to nie, ale to one wszystko zmienią.
- Jak długo przyjdzie nam czekać, zanim dowiemy się, czy nie skończy się
to kolejnym niepowodzeniem? - dopytuje pan Smith.
Reed zagryza zęby.
- Właśnie dlatego was tu przyprowadziłem - mówi.
Pstryka palcami i jedna ze ścian podnosi się, odsłaniając trzy małe,
białe pokoje. Pierwsze dwa są zajęte, jeden przez dwoje dzieci w wieku
mniej więcej dwóch lat, w drugim śpią niespełna roczne maluchy. Trzeci
jest pusty, nie licząc stojących w nim dwóch kołysek.
Inwestorzy gapią się na dzieci jak na zwierzęta w zoo. Widząc to, Reed
pozwala sobie na ironiczny uśmiech.
- Już odnieśliśmy sukces - oświadcza. Drzwi na tyłach trzeciego pokoju
otwierają się i do środka wchodzą dwie pielęgniarki, każda z dzieckiem
na ręku. Ostrożnie kładą noworodki do łóżeczek, po czym wychodzą.
Trzy pary dzieci, reprezentujące trzy lata narodzin. Wszystkie przyszły
na świat w wyniku cesarskiego cięcia, dokładnie o północy, wydarte z ciał matek we właściwym czasie, a każda z par została oddzielona od
siebie jednym pełnym obrotem ziemi wokół słońca. Oryginalna ucieleśniona
Doktryna została uwolniona ze swojej ziemskiej formy, gdy tylko trzecia
para skrojonych na miarę dzieci pierwszy raz zaczerpnęła powietrza. Cała
szóstka jest godnymi nosicielami, choć nikt nie wie, które z nich
posiadają teraz Doktrynę.
Choć może nie do końca jest to prawda. Bez względu na to, która z par
dała schronienie konceptom, wszystkie one wciąż należą do niego.
- Panowie, ofiarowuję wam Doktrynę Etosu - mówi Reed. - Jedna z tych par
stanie się ucieleśnieniem wszystkiego, nad czym pracowaliśmy, a gdy to
się wydarzy, wszechświat będzie nasz.
Nasz, a nie wasz, wy nadęci, krótkowzroczni głupcy, dodaje w myślach.
Inwestorzy tłoczą się przy szybie, walcząc o lepszy widok na swoją
przyszłość.
Dzieci śpią.
Później, kiedy rumiani z podniecenia inwestorzy zostają wyprowadzeni,
rozprawiając o tym, jak bardzo zmieni się świat i jak bardzo oni zmienią
świat, doktor Reed zdejmuje frak i wraca do laboratorium, by sprawdzić,
jak mają się jego najnowsze dzieła. Technicy i laboranci, którzy,
pracując na zmiany, siedzą tu o tak późnej porze, podnoszą wzrok, kiedy
drzwi się otwierają, a zaraz potem bledną i pośpiesznie wracają do
swoich obowiązków. Nikt nie chce zwrócić na siebie jego uwagi. Czasami
Reed wpada na pomysł, jak coś powinno być robione. A czasami wprowadza
swoje pomysły w życie metodami, po których zostają blizny.
Reed idzie wyprostowany z dumnie uniesioną głową, zadowolony z rozwoju
wypadków. Ci głupcy z Kongresu mówili, że to niemożliwe, że nie da się
zmieszać nauki i alchemii, nie tracąc tego, co najlepsze w jednym i drugim. Asphodel dokonała niewyobrażalnych rzeczy, byle tylko udowodnić
im, że się mylą, a teraz on jest tutaj, król wszelkich pomiarów i badań,
wciągający dawne zwyczaje do nowego świata. Wcielenia istniały od
zawsze, twierdził, kiedy to się zaczęło. On pragnie tylko nad nimi
zapanować. Może pomysły Asphodel były dla niego punktem wyjścia, ale na
Boga, resztę wymyślił on sam.
(Letni królowie i śnieżne królowe, leśne dziady i wodne rusałki; Reed
zna ich imiona, tak jak zna tajemne historie, które opowiada się o nich
szeptem w najmroczniejszych zakamarkach świata. Wie, że lepiej nie igrać
z naturalnym wcieleniem konceptów. Na to przyjdzie czas później. Kiedy
już będzie kontrolował Doktrynę, kiedy przyczyny i konsekwencje będą
tańczyły, jak im zagra, dopiero wtedy sięgnie po inne rzeczy, które
należą mu się zgodnie z prawem. Ujmie w dłonie wszechświat i biada temu,
kto poda w wątpliwość to, co zechce z nim zrobić).
- Tu jesteś. - Głosowi towarzyszy kobieta, która wyskakuje zza rogu jak
korek z butelki, jego osobisty dżin w niebieskich dżinsach i flanelowej
koszuli. Leigh jest najlepszą alchemiczką, jaką miał nieszczęście
spotkać od śmierci Asphodel, wulkanem energii z dziurami po kwasie na
koszuli i krótkimi włosami, tak by ograniczyć ryzyko ich podpalenia. Ma
szeroką, szczerą twarz i piegi rozsiane na grzbiecie nosa niczym
gwiazdy. Wygląda jak brzoskwinie z bitą śmietaną, jak sobotnie
popołudnia przy żabim stawie, niewinność i amerykański sen zapakowane
razem w uroczą paczkę. Ale to wszystko kłamstwo. Reed wierzy w eksploatowanie świata na swój własny użytek, gdy tymczasem ona
najchętniej puściłaby świat z dymem, choćby po to, żeby na jego
dogasających zgliszczach upiec pianki.
Jest głęboko niedoskonała i wręcz niemożliwie przydatna, przez co Reed
nie może doczekać się dnia, kiedy w końcu będzie mógł rozebrać ją na
części i zredukować do komponentów, z których złożył ją jej stwórca.
Stary głupiec zapomniał lekcje o Blodeuwedd i Frankensteinie: nigdy nie
twórz niczego mądrzejszego czy bardziej bezwzględnego od siebie.
Coś w tej myśli go niepokoi - coś, co ma związek z Asphodel, o której
można było powiedzieć wiele rzeczy, lecz nie to, że była głupia. Reed
odpycha od siebie tę myśl i skupia się na Leigh.
- Jak przebiegł poród?
- Gładko. Dobrze. Jak po maśle. Wybierz, które chcesz. Nadmiar materiału
został zebrany i usunięty. - Beztrosko macha ręką. - Nic nadzwyczajnego.
Reed wie, że kiedy mówi "nadmiar materiału", ma na myśli coś więcej niż
popłód, który dzięki metodzie tworzenia dzieci sam w sobie ma silne
alchemiczne właściwości. Ma na myśli kobietę, która nosiła je pod
sercem, przypadkową surogatkę dla pary kukułek. Nie wie, gdzie Leigh ją
znalazła, i ma w sobie dość człowieczeństwa, żeby nie pytać. Fakt, że ta
genialna alchemiczka jest na każde jego zawołanie, oznacza, że czasami
musi robić takie właśnie rzeczy, a ponieważ kobieta spędza dużo czasu z obiektami, jej ciało również może mieć alchemiczne właściwości. Nigdy
nic nie wiadomo.
- Co z chłopcem?
- Nie żyje. Czeka na ciebie w prywatnym laboratorium. Wiem, że chciałeś
osobiście przeprowadzić sekcję. - Wyraźnie niezadowolona obnaża zęby.
Kiedy trzeba rozebrać coś na części, woli to robić sama.
Reed nie zwraca uwagi na jej niezadowolenie.
- A obiekty?
- Samiec został wyciągnięty jako pierwszy, co znaczy, że to ona
najpewniej będzie stroną dominującą. Jest ładny, zdrowy i gotowy jechać
do rodziców adopcyjnych. Samica została wyciągnięta niespełna dwie
minuty później. Darła się przez pół godziny, zanim w końcu się
uspokoiła.
- Co ją uspokoiło?
- Samiec. Kiedy leżą obok siebie, samica nie płacze. - Leigh krzywi
usta. - Lot do jej nowego domu zapowiada się nieźle, co?
Reed kiwa głową.
- A pozostałe?
- Zaplanowano adopcje. Rozdzielamy je według humorów. Po dwa dla Ognia i Wody i po jednym dla Ziemi i Powietrza. - Na fasadzie pewności siebie
pierwszy raz pojawiają się pęknięcia. - Jesteś pewien, że musimy je
odesłać? To znaczy: naprawdę pewien? Wygodniej byłoby mieć je tutaj, pod
ręką, gdzie możemy je kontrolować.
- Dziewczynka...
- Wszystkie. - Leigh kręci głową. - Te dzieci są niezastąpione. Nigdy
dotąd na świecie nie było nikogo takiego. Ich miejsce jest tutaj, gdzie
można je badać. Monitorować. Układać. Umieszczanie ich w środowisku
naturalnym to proszenie się o to, żeby coś poszło nie tak.
- Plan został starannie przygotowany, tak, by zmaksymalizować szanse na
powodzenie.
- Nazywasz to "starannym przygotowaniem"? Rozdzielanie ich i umieszczanie jednej połówki w zwyczajnych rodzinach to twoim zdaniem
ostrożność? Przynajmniej druga połowa będzie z naszymi ludźmi, choć to i tak za mało. Nie tak kontrolujemy naszą inwestycję.
Reed wie, co robią; to on opracował protokół. Mimo to stara się nie
krzywić.
- Nie wiedziałem, że to "nasza" inwestycja - mówi.
- Wiesz, co mam na myśli. - Leigh lekceważąco macha dłonią.
- Czyżby? Już to przerabialiśmy. Jeśli chcemy, żeby dzieci uzyskały
dostęp do swoich talentów, należy wprowadzić element przypadkowości.
Wiemy, że sterylne warunki laboratoryjne nie nadają się do tego.
Co więcej, wychowując je z dala od laboratorium, uniknie się ryzyka, że
obiekty pojmą za dużo w zbyt krótkim czasie. Wiedza to potęga, zwłaszcza
w przypadku kukułek. Żyjąc w nieświadomości, będą bardziej spolegliwe, a Reed chce, żeby były spolegliwe, i to jak! Spolegliwe rzeczy łatwiej
kontrolować.
- Przynajmniej pozwól nam zatrzymać tu jedną z par. Tę ostatnią. Są
młode, nie poznają niczego poza tym, co im pokażemy. Wychowamy ich w pudełkach, z dala od siebie, będziemy kontrolować wszystko, co widzą i słyszą. Próbowaliśmy izolować je w parze. Ale nie oddzielnie.
- Bo to ich złamie.
Leigh wzrusza ramionami.
- Niektóre rzeczy trzeba złamać.
Na przykład takie jak ty, myśli Reed, ale na głos mówi:
- Moja wola jest tutaj prawem, Leigh.
- Ale...
- Moja wola jest prawem. - Jego ręka strzela do przodu, chwyta ją za
gardło i przyciska do ściany. Oczy Reeda błyskają złośliwą rozkoszą.
Tego właśnie chciała: żeby przypomniał jej, że to on jest tutaj
nadrzędnym drapieżcą i zasłużył sobie na to, by znaleźć się na szczycie
ich małej hierarchii. Przemoc go nuży. Wie jednak, że jest konieczna. -
Rozumiesz?
- Tak - szepcze.
- Tak, co?
- Tak, proszę pana.
- Grzeczna dziewczynka. - Zwalnia uścisk na jej gardle, cofa rękę i poprawia kołnierz. - Uwierz we mnie, Leigh. To wszystko, o co proszę.
Uwierz we mnie, a powiodę cię do światła.
- A światło nas poprowadzi - mówi Leigh i skłania głowę, tak że niemal
dotyka brodą mostka.
- Podążamy właściwą ścieżką - zapewnia Reed i dotyka jej ramienia.
W tej samej chwili zaczyna wyć alarm.
Oboje sztywnieją, podnoszą głowy i rozglądają się po laboratorium,
szukając oznak czegoś, co mogło pójść nie tak. Wszędzie dookoła
technicy, którzy skrupulatnie ignorowali ich sprzeczkę, robią to samo,
sprawdzają sprzęt i chemiczne odczyty z ekranów. Reed porusza się jako
pierwszy. Cofa rękę i biegnie do prywatnego laboratorium. Zamknięte
drzwi otwierają się, gdy zbliża do czytnika kartę, którą nosi zawieszoną
na smyczy na szyi.
Połowę przestronnego pomieszczenia zajmuje obracające się bez końca
astrolabium. Reed zamiera w progu. Leigh zatrzymuje się za jego plecami
i oboje patrzą.
Taniec planet został skalibrowany ręką mistrzyni i zaprojektowany tak,
by dokładnie odzwierciedlać ruchy ciał niebieskich. Asphodel poświęciła
temu urządzeniu lata swego życia, sądząc, że będzie ono kluczowym
składnikiem jej spuścizny, na koniec zaś wypchnęła je poza czas, tak by
pewnego dnia można je było użyć do wytyczenia ruchu Doktryny. Zamknięcie
go i wykorzystywanie jego mechanicznych horoskopów wyłącznie na własny
użytek sprawiło Reedowi wielką radość. To cud technicznej alchemii.
Tylko niewłaściwe wykorzystanie sił natury mogłoby zniszczyć ten
przyrząd ze złota, miedzi i wirujących klejnotów...
A teraz kręcił się w przeciwną stronę.
Reed powoli rozciąga usta w uśmiechu.
- Widzisz? - odzywa się. - Nie musimy czekać, żeby wiedzieć, czy tym
razem się powiedzie. Udało się. Wszyscy ci starzy głupcy, którym
wydawało się, że mogą panować nad światem - Baker, Hamilton, Poe, Twain,
nawet biedny, przeklęty Lovecraft - zawiedli. A nam się udało. Dwoje z tych dzieci, dwoje z sześciorga mądrych, bystrych dzieci, wyzerowało
właśnie swoją własną oś czasu. To działa. - Patrzy na nią
rozpromieniony.
- Będziemy kontrolować świat.
Leigh przekrzywia głowę, jakby podążała za jego słowami do logicznej
konkluzji.
- Czy to znaczy, że nie potrzebujemy już bankierów?
Trzymając drapieżniki na smyczy, należy dać im przestrzeń, żeby mogły
się wybiegać. Reed kiwa głową.
- Tak - mówi. - Ale dopilnuj, żeby zrozumieli, dlaczego zrywamy naszą
umowę. Zawsze jest lepiej, jeśli rozumieją.
Uśmiech na twarzy Leigh jest szeroki i jasny jak brama wiodąca do
nieprawdopodobnej drogi. Jest teraz bardziej upiorna niż piękna i Reed
zastanawia się, jak to możliwe, że ten, kto ją stworzył, nie widział
znaków ostrzegawczych.
- Uczynię to dziś w nocy - mówi.
- Dobrze. Ja zajmę się Kongresem. Wszystko idzie dokładnie zgodnie z planem. - Zwraca twarz w stronę okna, jego uśmiech jest mniejszy i bledszy niż uśmiech Leigh. - Niemożliwe Miasto będzie nasze.
Za jego plecami astrolabium Asphodel Baker obraca się w przeciwną
stronę, a wszystko to już się wydarzyło.
Nieprawdopodobna droga
Oś czasu:
02:13 czasu środkowoamerykańskiego standardowego,
3 lipca 1986 r.
Mężczyzna, który nie nazywa się Smith, budzi się w ciemnym, cichym
pokoju z uczuciem, że coś jest bardzo, ale to bardzo nie tak. Obok niego
pod kołdrą majaczy znajomy kształt śpiącej żony. W powietrzu unosi się
dziwny zwierzęcy zapach, miedziany i intensywny.
Nie jest sam.
W chwili, gdy nachodzi go owa myśl, zawisa nad nim inny kształt z szerokim uśmiechem, który obnaża wszystkie zęby. Są równe, białe i idealne, ale z jakiegoś powodu człowiek, który nie nazywa się Smith, nie
może przestać myśleć, że coś jest z nimi nie tak, że są niedopasowane,
jak zęby, które nie powinny były dzielić jednych ust i formować jednego,
przerażającego uśmiechu.
- Dobry wieczór, proszę pana - odzywa się kształt. Teraz go rozpoznaje.
To kobieta Reeda, wiecznie nachmurzona podległa mu ślicznotka, która
pojawia się na ich spotkaniach, jakby miała prawo w nich uczestniczyć.
Leigh. Tak ma na imię. Nigdy dotąd nie był tak blisko niej. Jej oczy...
Coś jest z nimi nie tak. Podobnie jak z jej uśmiechem. One również są
idealne, a jednak niewymownie niepasujące.
- Ani drgnij - mówi Leigh i człowiek, który nie nazywa się Smith,
wzdryga się, a przynajmniej próbuje. Ale ciało nie reaguje. Jest
zastygłe w bezruchu, podczas gdy ona wciąż się uśmiecha. - Mężczyźni -
ciągnie. - Głupi, głupi mężczyźni. Chcecie kontrolować świat, ale nie
przyszło wam do głowy, żeby spytać, co tak naprawdę to znaczy. Czym
naprawdę była alchemia, co mogła uczynić... Dbaliście wyłącznie o to, co
mogła wam ofiarować. Gratulacje. Ofiarowała mi was.
Teraz już wie, co to za zapach. Nie wie, jak to możliwe, że wcześniej go
nie rozpoznał, ale może wolał tego nie robić. Nie chciał rozpoznać woni
krwi, tak jak nie chciał zadawać sobie pytania, skąd się wzięła.
Jego żona leży nieruchomo i mężczyzna jest przerażająco pewien, że zna
odpowiedź.
- Dał mi ciebie Reed - ciągnie Leigh. - Widzisz, dotarliśmy do miejsca,
w którym nie potrzebujemy już inwestorów. Myślę jednak, że możesz
ofiarować jeszcze jeden ostatni datek, a to znaczy, że opowiem ci
historię. Słowa to potęga. Będziesz wart więcej, jeśli zrozumiesz,
dlaczego musisz umrzeć. To jak... homeopatyczny lek na duszę. Twoje
ciało zachowa wspomnienie wszystkiego, co ci powiem, a przez to stanie
się bardziej użyteczne. Wygodnie ci?
Mężczyzna, który nie nazywa się Smith, nie może mówić. Nie może jej
odpowiedzieć. Przerażony przewraca tylko oczami. Sądząc po tym, jak jej
uśmiech łagodnieje, znała odpowiedź, jeszcze zanim zadała pytanie.
- To dobrze - mówi. W dłoni trzyma nóż. Jak to możliwe? Przecież nawet
się nie poruszyła. - Oto historia kobiety, która miała za dużo pomysłów,
i mężczyzny, którego stworzyła, żeby je wszystkie urzeczywistnił.
Słyszałeś o A. Deborah Baker, prawda? Wszyscy słyszeli o A. Deborah
Baker.
Nóż, nóż, o Boże, nóż, a on nie może krzyczeć, nie może się ruszyć, ale
gdy ona unosi jego rękę, czuje na skórze lepką krew swojej żony. Ból
jest czysty i jasny i całe szczęście, że nie może obrócić głowy, żeby
zobaczyć, co ta kobieta pisze, raz za razem powoli przeciągając ostrzem.
- Napisała serię książek dla dzieci o miejscu, które nazwała Nad-i-Pod.
Wiem, że twoje dzieci je czytają. Widziałam je na półce, kiedy poszłam
odwiedzić Emily w jej pokoju.
Jeszcze nigdy w życiu nie chciał krzyczeć tak bardzo jak teraz.
- Napisała przed śmiercią czternaście książek. Na ich podstawie
nakręcono sześć filmów, cztery już po tym, jak zmieniła się w proch i pył. Jej ślad kulturowy znany jest na całym świecie. Wszyscy znają A.
Deborah Baker i jej dzieła: słodkiego Avery'ego i odważną Zib. Ale czy
wiedziałeś, że wypisawszy swój pierwszy czek, stałeś się jednym z jej
akolitów?
Głos ma spokojny, niemal kojący. Rytmiczny, jak gdyby szeptem próbowała
uśpić małe dziecko. Gdyby nie ból, gdyby nie leżące obok ciało żony i ciała dzieci w pokojach (całej trójki, Boże, on wie, że zabiła całą
trójkę, bo kobieta taka jak ona nie zostawia nikogo przy życiu, i dlaczego nie może się ruszyć) byłoby to niemal przyjemne.
- Naprawdę miała na imię Asphodel. To właśnie oznacza "A". Była
największym z amerykańskich alchemików. Nie bądź taki zaskoczony. Nie ma
lepszego sposobu na ukrycie swych nauk, niż zaszyfrować je w czymś, co
pokochają dzieci na całym świecie. Nakłoniła całe pokolenia, by myślały
tak jak ona. Odmieniła sposób, w jaki działa alchemia. To płaszczyzna
porozumienia między magią a nauką. Jej rezultaty są powtarzalne, ale
tylko wtedy, gdy ludzie naprawdę wierzą, że tak się stanie. Asphodel
Baker przepisała świat, swym piórem powołując do życia nowy. Tchnęła
życie w umierającą dyscyplinę i Kongres znienawidził ją za to, że
okazała się znacznie potężniejsza, niż się tego spodziewali. Nic
nieznaczący głupcy. Nadal jej nienawidzą, chociaż wiedzą o niej jedynie
to, co po sobie pozostawiła. Wszyscy zapłacą. Wkrótce i na wieki.
Ból jest tak ogromny, że pożera cały świat. Ona odcina z niego kawałek
po kawałku, a on nie może walczyć, nie może się bronić, tak jak nie mógł
obronić własnej rodziny.
- To ona stworzyła Reeda, udowadniając tym samym, że potrafi stworzyć
życie z poszczególnych kawałków. Stworzyła go i poleciła mu, by zrobił
to, czego ona nie zdołała, by dokończył to, co ona zdążyła ledwie
zacząć. I spójrz tylko - jej nie ma, a on trwa nadal. Prosił, żebym
podziękowała ci za twoje wsparcie i za to, że pomogłeś mu zajść tak
daleko. Ale twoje usługi nie będą już konieczne. Dotarłeś do końca
nieprawdopodobnej drogi.
Nóż się porusza, jeszcze raz i jeszcze, aż mężczyzna, który nie nazywa
się Smith, traci przytomność, a zaraz potem życie.
Leigh Barrow przysiada na skraju przesiąkniętego krwią łóżka, na którym
leży martwy mężczyzna. Jej uśmiech gaśnie i kobieta pochyla się do
przodu. Zaczyna się prawdziwa praca. Jest tyle do zebrania, a do świtu
pozostało tak niewiele godzin.
Nieprawdopodobna droga rozwija się jak okiem sięgnąć i tutaj zaczyna się
podróż.
Niemożliwe miasto
Oś czasu:
10:22 czasu środkowoamerykańskiego standardowego,
3 lipca 1986 r.
Reed nie czuł się tak dobrze od lat.
Leigh wróciła bezpiecznie do kompleksu, zajęta małostkowymi głupcami,
którzy przy odrobinie szczęścia okażą się bardziej przydatni po śmierci
niż za życia; trzy pary kukułek zostały rozdzielone i odesłane do nowych
domów, by dorastać w zwyczajnym świecie wśród zwyczajnych ludzi.
(Fakt, że trzy z tych tak zwanych "zwyczajnych" rodzin należą do niego
ciałem i duszą, jest bez znaczenia. Wszyscy oni to niespełnieni
alchemicy, uczeni, którzy mieli pragnienia, lecz nie posiadali
umiejętności, by służyć mu bardziej bezpośrednio. Będą udawać kochanków
- może niektórzy rzeczywiście się w sobie zakochają - i z oddaniem i troską wychowywać obiekty jego eksperymentu. To naukowcy. Mają ukończyć
projekt. Porażka nie wchodzi w grę, ich ciała byłyby wówczas zdane na
łaskę i niełaskę Leigh, a nikt, kto poznał tę kobietę, nie podejmie się
tego ryzyka. Prawie się dokonało. Niemożliwe Miasto będzie jego).
Samochód się zatrzymuje. Zanim otworzy drzwi, Reed poprawia kołnierz
koszuli. Zniknęły klejnoty i przyciągające wzrok runy, które zastąpiła
stosowna pogrzebowa czerń i zapinana pod samą szyję koszula, która
nadaje mu niemal prowincjonalny wygląd. W przeciwieństwie do poprzednich
gości Kongres nie da się nabrać na showmańskie sztuczki. Z nimi trzeba
postępować nieco... ostrożniej.
(Asphodel na końcu: Asphodel niczym feniks, tak sfrustrowana, że omal
nie stanęła w płomieniach. "Są tacy pewni, że wiedzą, co jest możliwe,
że się ograniczyli", warczy. Mógłby słuchać jej gniewu przez całą
wieczność, pomógłby jej rozedrzeć fundamenty świata, gdyby tego chciała.
Jest jego jedyną miłością, jego jedyną przełożoną i tylko jej żałuje,
albowiem oboje wiedzą, co się wydarzy. Oboje wiedzą, że to on będzie
musiał trzymać nóż).
Tak jak podejrzewał, czekają na niego, kiedy wchodzi do holu, a jego
kroki odbijają się echem w nieruchomym powietrzu. Miejscowi myślą, że to
kościół, choć nikt nie wie, jakiego wyznania ani nie zna nikogo, kto
przychodziłby tu na nabożeństwa. A jednak kształt się zgadza, a gdy w niedzielę rano mijają budynek, na trawniku zawsze stoją ludzie odziani w skromne garnitury i praktyczne sukienki. Cóż więc innego mogłoby to być?
Czasami najłatwiej jest ukryć coś na widoku. W końcu to, czego nie
trzeba szukać, bo po prostu jest, nie może być niebezpieczne.
Reed przygląda się czterem mężczyznom z uśmiechem na ustach i żądzą
mordu w sercu.
- Widzę, że słyszeliście wiadomości - mówi. - Myślałem, że zaskoczę
informacjami Mistrza Danielsa. Gdzie on jest?
- Mistrz Daniels ma ważniejsze zajęcia niż przestawanie z ludźmi twojego
pokroju - odzywa się jeden z mężczyzn, blady i z ledwie widocznymi
brwiami.
- Jestem członkiem Kongresu, prawda? - Reed nie przestaje się uśmiechać.
Zastanawia się, czy brak zarostu jest naturalny, czy może spowodował go
jakiś wypadek w laboratorium. Tak czy inaczej, problem można by
rozwiązać, stosując zwykłe kosmetyki, a wtedy mężczyzna przestałby
przypominać kosmitę. - Mam takie same prawo spotkać się z naszym
przełożonym jak wy.
- Stąpasz po grząskim gruncie - odzywa się drugi, niski i korpulentny w swoim ciemnografitowym garniturze. - Nie można ingerować w Doktrynę.
Śmierć twojej mistrzyni niczego cię nie nauczyła?
Uśmiech Reeda ani drgnie.
- Nie masz prawa o niej mówić. Ty, który złamałeś jej serce, i który
pogardzałeś jej pracą, co nie przeszkodziło ci wykorzystać ją dla
własnej korzyści. A może odzyskałeś swój chłopięcy wygląd dzięki innemu
mechanizmowi niż opracowany przez nią eliksir życia?
Mężczyzna oblewa się rumieńcem i pośpiesznie odwraca twarz. Reed robi
krok do przodu.
- Porozmawiam z Mistrzem Danielsem. Poinformuję go, że oblekłem Doktrynę
w ciało i dam Kongresowi jeszcze jedną szansę, by zapewnił mi pozycję i władzę, na jaką zasłużyłem swoimi osiągnięciami. Jeśli mi odmówi,
odejdę, a gdy w końcu obejmę władzę nad siłami rządzącymi światem,
doprowadzę do waszego upadku. Czy wyrażam się jasno?
- Jasno jak zawsze, James.
Reed się odwraca.
Mistrz Daniels był stary, gdy Asphodel Baker była młoda: wszystkie jej
osiągnięcia, choć przedłużały jego życie, nie wystarczyły, żeby cofnąć
czas. Jest teraz stary, niewyobrażalnie stary i wchodzi do zakrystii
kościoła, który nie jest kościołem, z ociężałą powolnością człowieka,
który dni wszelkiego pośpiechu dawno ma już za sobą. W przeciwieństwie
do odzianych w praktyczne garnitury mężczyzn, ma na sobie czerwone szaty
świadczące o jego stanowisku, ponadczasowe, a zarazem staroświeckie.
Jeśli w Kongresie jest ktoś, kto rozumie, jak ważna jest umiejętność
zainteresowania publiczności, tak jak rozumiała to Asphodel, tym kimś
jest Arthur Daniels. Uśmiech Reeda, kiedy patrzy na tego człowieka, jest
szczery. Może stoją po przeciwnych stronach barykady, ale przynajmniej
Daniels stoi z godnością.
(Asphodel na końcu: Asphodel skruszona, błagająca swego mistrza, by
zrozumiał, co próbowała osiągnąć całe swoje życie; z pochyloną głową i pięściami wbitymi w ziemię. Asphodel z oczami pełnymi łez, błagająca
starego głupca, by jej wysłuchał, by ujrzał w niej coś więcej niż tylko
kobietę o młodej twarzy i by ją usłyszał, czym bowiem jest alchemia,
jeśli nie wykorzystywaniem miriad kawałków stworzenia po to, by wykuć z nich lepszą całość? Odmawianie kobietom należnego im miejsca w zarządzie
Kongresu tylko je ogranicza i umniejsza to, co mogłyby zrobić. Tymczasem
Daniels, stary głupiec, odwraca się).
- A więc to prawda? - pyta, robiąc ostrożny krok w stronę Reeda. -
Zrobiłeś to?
- Doktryna żyje - mówi Reed. - Chodzi wśród nas, uwięziona w ciele,
uległa, młoda i niemądra. Dokonam tego. Jako twój sprzymierzeniec albo
wróg.
- Wierzysz, że będziesz w stanie ją kontrolować? Siłę tak potężną, że
potrafi odmienić czas?
- Wierzę, że już to zrobiłem.
Astrolabium kręci się, cofa... O, tak. Reed nad nim zapanuje.
Będzie sprawował władzę nad całym wszechświatem.
Daniels przez długą chwilę patrzy na niego w milczeniu, aż w końcu
skłania głowę.
- Wygląda na to, że musimy powitać cię w domu, alchemiku, wszak jest
wiele rzeczy, których musisz nas nauczyć.
Pozostali mężczyźni patrzą z niepokojem, jak gdyby nie dowierzali, że to
dzieje się naprawdę. Reed się uśmiecha i szybkim krokiem przecina
pomieszczenie, by przyklęknąć przed starym alchemikiem. Kiedy Daniels
głaszcze go po głowie, ma wrażenie, że dotykają go palce mumii:
pergaminowe, prastare, przesiąknięte zapachem olejków wotywnych
grobowca.
- Uwierz w nasze dzieła, a powiedziemy cię do światła - mówi Daniels.
(Asphodel na końcu, wykrwawiająca się na podłodze, z dziwnym
zadowoleniem malującym się na twarzy, jak gdyby zawsze wiedziała, że tak
będzie wyglądał jej koniec; jakby czekała. Jak gdyby jej klęska była jej
zwycięstwem. Reed wścieka się, widząc jej spojrzenie, ale jest już za
późno. Odeszła, odeszła. I jeśli rzeczywiście było to jej zwycięstwo,
zabrała je z sobą do grobu).
- A światło poprowadzi mnie do domu - mówi Reed.
Triumfuje w swej porażce.
Reed wie, że zanim to zrozumieją, będzie już za późno, a Asphodel, która
nie stworzyłaby go - swojego zabójcy - gdyby nie otaczający go teraz
małostkowi głupcy, zostanie pomszczona.
Musi tylko zaczekać, aż jego kukułki rozwiną skrzydła, a wszechświat
będzie jego.
Dziewczynka była bardzo blada, z wodorostami zaplątanymi we włosy i palce u nóg. Stopy miała bose i cała lśniła srebrzystym blaskiem, jakby
ktoś oprószył ją brokatem i wysłał w świat.
- Czym jesteś? - spytała Zib, zapominając o manierach.
Avery szturchnął ją łokciem w bok, ale było już za późno: pytanie
zostało zadane.
- Nazywam się Niamh - odparła dziewczynka. - Pochodzę z miasta głęboko
pod powierzchnią jeziora, z miejsca tak zimnego, że lód topnieje tam
tylko raz na sto lat.
- Ludzie nie mieszkają w głębi jezior - zauważył Avery. - Nie ma tam
powietrza. Tylko woda. Ludzie nie oddychają wodą.
- Tak, ale tam, skąd pochodzę, ludzie w ogóle nie oddychają. - Niamh
uśmiechnęła się, pokazując perłowe ząbki. - I tylko gdy stopnieje lód,
wychodzimy na powierzchnię, żeby zobaczyć, jak żyją inni. Ale kiedy
zbierałam na brzegu kamyki, nadeszła burza, pojawiła się Gończyni
Zamarzniętych Wód i przeniosła mnie do Króla Kielichów. To bardzo
okrutny władca i więził mnie tak długo, że lód zdążył zamarznąć, a ja
jestem utopioną dziewczynką bez miasta i muszę czekać na kolejną odwilż.
- Sto lat to bardzo długo - powiedział Avery. Nie chciał rozmyślać o tym, jak pięknie lśni jej skóra, ani o tym, że - jak twierdziła -
pochodzi z miejsca, w którym ludzie nie oddychają. Z pewnością żartowała
sobie z nich.
- Nie będziesz wtedy za stara, żeby pływać?
- Ależ nie. Kiedy jestem w domu, nie oddycham, a kiedy jestem tutaj, nie
starzeję się. Dzięki temu, jeśli będę mądra, zawsze będę mogła wrócić.
Tymczasem Zib miała, jej zdaniem, dużo ważniejsze pytanie.
- Kim jest Gończyni Zamarzniętych Wód?
Niamh spoważniała.
- To najgorsza ze wszystkich poddanych Króla, ponieważ kocha go i nienawidzi, i zrobi wszystko, żeby sprawić mu przyjemność. Rozkazuje
wronom, a one robią, co im każe. Dla niego zbiera wszystkie dziwne
rzeczy, które trafiają do Nad-i-Pod. Was też zabierze, jeśli nie
będziecie ostrożni.
Avery i Zib wymienili spojrzenia i przysunęli się do siebie, nagle
czując strach przed tą lśniącą dziewczynką i wszystkim, co mogła
oznaczać jej obecność.
A. Deborah Baker, Za murem Woodward
Wstęp
Oś czasu:
16:22 czasu wschodnioamerykańskiego standardowego,
9 kwietnia 1993 r.
(siedem lat po przeniesieniu)
- Odrobiłeś pracę domową?
- Nie - mówi Roger i chowa książkę pod biurkiem, zanim matka zobaczy.
Podoba jej się, że czyta. Że jest mądry. Słyszał, jak chwaliła się
przyjaciółkom swoim "małym profesorem" i tym, że kiedyś zmieni świat,
trzeba tylko poczekać. Ale nie lubi, jak czyta, kiedy powinien odrabiać
pracę domową, a ostatnio - po kilku niepokojących rozmowach z nauczycielką - zaczęła zabierać mu książki, kiedy jej zdaniem czytał,
żeby wymigać się od innych obowiązków.
Co, formalnie rzecz biorąc, jest prawdą. Na przykład ten zestaw zadań
powinien być zrobiony godzinę temu. Ale w książce tyle się działo
(zawsze tyle się dzieje), że przeczytanie kilku kolejnych stron wydawało
się ważniejsze od mnożenia kilku głupich liczb. W przeciwieństwie do
słów liczby nie potrzebują, żeby nadawał im znaczenie. Słowa nie znaczą
nic bez kogoś, kto je zrozumie. Liczby po prostu są. Dla nich jest czymś
redundantnym. "Redundantny" to jedno z nowo poznanych słów.
Roger Middleton ma siedem lat i tak bardzo kocha język, że w jego
świecie nie ma miejsca na nic innego. Nie uprawia sportu ani nie szuka
przygód w pobliskim lesie, nie chce psa i nie chce spędzać weekendów w domu przyjaciela. Chce tylko czytać, słuchać, poznawać i rozumieć
sylaby, które tworzą otaczający go wszechświat.
(Jego mama nie jest taka zła, jak mogłoby się wydawać. Zabiera mu
książki, kiedy Roger zaniedbuje obowiązki, takie jak praca domowa z matematyki, ale je oddaje, i nigdy nie powiedziała mu, że coś jest dla
niego "za poważne". Zamiast tego zasypuje go książkami - kupuje mu
każdą, o którą poprosi - i wydaje się zachwycona tym, jak szybko się
uczy. Podarowała mu nawet kilka książek napisanych w obcych językach -
hiszpańskim, niemieckim albo kantońskim - i zaśmiewa się, kiedy czyta
jej te historie! Śmieje się nawet wtedy, kiedy nic nie rozumie. Dlatego
Roger wie, że jest z niego dumna. Musi być).
Patrzy na nią i uśmiecha się z nadzieją, a ona mięknie. Jak zawsze.
- Dobrze, młody człowieku - mówi z udawaną powagą. - Wrócę tu za
piętnaście minut, żeby sprawdzić zadania. Lepiej odrób chociaż połowę z nich, bo inaczej na dwa dni pożegnasz się z książkami. Nawet tymi, które
schowałeś w szufladach.
Roger zachłystuje się z przerażenia.
- Dobrze, mamo - mówi. Z ołówkiem w dłoni pochyla się nad zeszytem i zabiera się do pracy, by zachować przywileje.
Dziesięć minut później jego wydajność spada gwałtownie i kolejny raz
spogląda na morze liczb i znaków, zastanawiając się, czy nie zaryzykować
i nie wyjąć spod biurka książki.
- Odpowiedź to szesnaście - mówi dziewczęcy głos. Nie dobiega z powietrza obok niego, raczej z przestrzeni, którą Roger zajmuje w tym
właśnie momencie. Nie jest to również jeden z tych głosów, które słyszy
czasami w głowie, gdy udaje, że jest słynnym autorem piszącym nową
powieść albo cenionym wykładowcą, który tłumaczy spragnionej wiedzy
publiczności definicję nowo odkrytego słowa. To nowy głos, z zewnątrz, i to nie on go wymyślił.
Roger sztywnieje. Głosy znikąd nie są czymś dobrym. Być mądrym i cichym
to słuchać, jak jego mama przechwala się nim przed przyjaciółkami. To
również słuchać, jak nauczyciele skarżą się, że martwi ich, iż jej syn
nie bawi się z innymi dziećmi i od towarzystwa ludzi woli towarzystwo
książek. Może coś z nim jest... nie tak. Mówią to wyłącznie szeptem i tylko wtedy, gdy myślą, że ich nie słyszy. Ale on słyszy.
Nie chce, żeby coś było z nim... nie tak. Dlatego się nie odzywa. Zwykle
ludzie odchodzą, kiedy z nimi nie rozmawia.
Dziewczynka wzdycha poirytowana.
- Słyszałeś, co powiedziałam? To szesnaście, głupku. Zapisz to.
Roger robi to odruchowo. Rozwiązanie wygląda poprawnie, umieszczone pod
ósemką i dwójką, i małym "x", który oznacza mnożenie. Nadal jednak się
nie odzywa.
- Jak chcesz, mogę zrobić pozostałe.
- Mogłabyś? - Zakrywa usta dłonią i nerwowo rozgląda się dookoła na
wypadek, gdyby mama weszła niepostrzeżenie do pokoju i usłyszała, jak
jej syn rozmawia z powietrzem. Chwilę później, zniżając głos, pyta raz
jeszcze: - Mogłabyś?
- Pewnie. Nudzę się. Mogę?
- No... dobrze.
Dyktuje mu rozwiązania tak szybko, jak szybko Roger jest w stanie je
zapisać. Czasami przeskakuje o dwa, trzy działania do przodu i wraca do
tych pominiętych. Niczego mu nie tłumaczy. Ale Roger nie jest tu po to,
żeby się uczyć: ma tylko notować, nie zastanawia się nad tym, co
powoduje człowiekiem, że ten chce odrabiać za kogoś pracę domową z matematyki. Kiedy wszystkie zadania są rozwiązane - łącznie z czterema
dodatkowymi na dole kartki, co nigdy dotąd mu się nie zdarzyło - odkłada
ołówek i wbija wzrok w pokrywające kartkę grafitowe zapiski.
- O ja cię.
- Co? To podstawy. Nuda. Powinniśmy się zająć rachunkiem
różniczkowo-całkowym.
Roger czuje, że dłużej nie wytrzyma.
- Kim jesteś? - pyta. - To jakaś sztuczka?
- Nie, głupku. To matematyka. Matematyka to nie żadne sztuczki. Ani
podstępy. Czasami sprawia problemy, ale zawsze istnieją rozwiązania. Nie
jak z głupim angielskim. - W głosie dziewczynki pobrzmiewa irytacja. -
Żaby nie noszą ubrań i nie jeżdżą samochodami, jeśli porwie cię tornado,
nie trafiasz do innego kraju, tylko umierasz, a droga nie może być
nieprawdopodobna. To wszystko głupie kłamstwa dla głupich kłamczuchów, a i tak każą nam się ich uczyć. To nie w porządku.
Oto coś, co Roger rozumie.
- To nie kłamstwo - oznajmia triumfalnie. - Tylko metafora. - Przeciąga
"e", przez co słowa brzmi jak "mee-tafora". Żadne z nich tego nie
zauważa. (W późniejszych latach, kiedy niepoprawna wymowa stanie się
jednym z jego największych lęków, spojrzy wstecz na tę chwilę, skrzywi
się z niesmakiem i będzie się zastanawiał, jak to możliwe, że zostali
przyjaciółmi, skoro wszystko zaczęło się od wypaczonego słowa). - To
wykorzystanie rzeczy, która nie jest prawdą, żeby opisać coś, co nią
jest.
- Jeśli coś nie jest prawdą, jest kłamstwem.
- Nie zawsze. - Nie zna odpowiednich słów, żeby wytłumaczyć jej,
dlaczego tak się dzieje: po prostu wie, że tak jest; że czasami rzeczy
są symbolami dla idei zbyt wielkich, by mogły istnieć bez ich pomocy, a nieprawdy bywają najprawdziwsze. - Dalej nie wiem, kim jesteś.
- Dodger Cheswich - odpowiada dziewczynka afektowanym głosem. Roger
rozpoznaje ten ton, bo sam go czasem używa: to głos najmądrzejszego
dzieciaka w szkole, któremu zadano bezsensowne pytanie. - Nasze imiona
się rymują. Ro-ger i Dod-ger.
Roger zamiera. Skąd wie, jak ma na imię? Nie może znać jego imienia,
chyba że naprawdę siedzi mu w głowie, a jeśli to właśnie stamtąd do
niego mówi, to znaczy, że coś jest z nim nie tak. A Roger nie chce, żeby
coś było nie tak z jego głową.
Tymczasem ona nie przestaje mówić. Mówi szybko i bez ustanku, przez co
łatwo zapomnieć o tym, co go martwi. Dziewczynka jest prawdziwa. Musi
taka być. Roger nigdy nie wyobraziłby sobie kogoś takiego jak ona.
- Może dlatego mogę odrabiać twoją pracę domową. Może wszystkie dzieci,
których imiona się rymują, mają tak samo. Masz jeszcze jakieś?
- Imiona?
- Nie, głuptasie. Zadania domowe.
- Nie dziś - odpowiada i czuje radość, gdy uświadamia sobie, że to
prawda: on i głos w jego głowie rozwiązali wszystkie zadania. Co więcej,
zrobił to wszystko sam, o czym świadczą odpowiedzi zapisane jego
charakterem pisma. Nagle marszczy brwi. - Czy ja ściągałem?
- Nie.
- Skąd wiesz?
- Bo często kłócę się z nauczycielami o to, czy ściągam, i żaden nigdy
nie powiedział, że "jeśli słyszysz w głowie głos, który dyktuje ci
odpowiedzi, to znaczy, że ściągasz". Czyli to nie to.
Ale jej odpowiedź rodzi kolejne pytania. Roger zaczyna się czuć, jakby
próbował wbiec na górę po schodzącej lawinie. Ta cała Dodger - która nie
jest prawdziwa, nie może być prawdziwa; głosy w głowie nie są prawdziwe
- jest zbyt męcząca, żeby być dobrą zmyśloną przyjaciółką.
- Chyba nie powinniśmy tego robić.
- Daj spokój. Nudzę się. - Wydaje się sfrustrowana. - Głupia Jessica
Nelson uderzyła mnie na przerwie w twarz czerwoną piłką i muszę teraz
siedzieć w gabinecie higienistki, aż przyjedzie mama i zabierze mnie do
domu. Opuszczę lekcję matematyki i tańca i nie zjadłam deseru.
Żadna z tych rzeczy nie pasuje do wyobrażenia Rogera o zmyślonych
przyjaciołach. Ani do tego, co wie na temat ludzi, którzy słyszą głosy.
Wie tylko, że ta dziewczynka brzmi tak... tak... smutno i że pomogła mu
odrobić pracę domową. Dlatego sięga po ołówek i czystą kartkę i mówi:
- Pozwól, że opowiem ci, czym są metafory.
Kiedy jakiś czas później jego matka zagląda do pokoju, Roger siedzi
pochylony nad kartką i pisze coś, mrucząc do siebie pod nosem. Matka
widzi leżące obok odrobione zadania i się uśmiecha.
Może jednak Roger nauczy się wykonywać polecenia.
Sekunda za sekundą do pokoju zakrada się północ. Roger pogrążony jest w głębokim, pocieszającym śnie - o pociągach, pluszowych misiach i dziwnych dźwiękach, które wydają drzwi do spiżarni - gdy czyjaś ręka
dotyka jego ramienia. Zrywa się, otwiera oczy i rozgląda się po pokoju,
wypatrując intruza.
Ale nikogo nie ma.
- O, super - mówi głos. - Nie śpisz. Nudziłam się.
- Kto tu jest? - Roger rozgląda się dookoła oszalałym wzrokiem.
Dziewczynka wzdycha.
- Halo, to ja, Dodger. Dlaczego moim zmyślonym przyjacielem musi być
głupi chłopiec, który nie lubi matematyki? Liczyłam na coś fajnego. Na
przykład słonia.
Roger opada na poduszkę i krzywiąc się, wbija wzrok w sufit. Leży w łóżku od ponad trzech godzin: fluorescencyjne gwiazdki już prawie
przestały świecić. Tylko kilka z nich emanuje słabym światłem, jakby
znajdowały się głęboko pod wodą.
- Nie jestem słoniem.
- Wiem. Dlaczego śpisz?
- Bo jest północ.
- Wcale nie. Jest dopiero dwudziesta pierwsza. Tata mówi, że muszę być w łóżku, żebym rano nie była upierdliwa. - Jej pogardliwy ton zdradza, co
sądzi na temat ojcowskiej porady. - Nie moja wina, że budzę się, zanim
on zdąży napić się kawy. Co robisz?
- Śpię - syczy Roger. - Nie jestem twoim zmyślonym przyjacielem. Jutro
muszę iść do szkoły.
- Ja też. I musisz być moim zmyślonym przyjacielem.
- Dlaczego?
- Bo jeśli nim nie jesteś, to znaczy, że gadam do siebie. - W jej głosie
jest coś znajomego: strach. Boi się, co by to znaczyło, gdyby
rzeczywiście zaczęła rozmawiać z samą sobą. Roger nieco łagodnieje.
Wszystko to nie ma sensu, ale może to wcale nie takie złe. Może dobrze
będzie mieć kogoś, z kim mógłby porozmawiać.
- Jak to możliwe, że ze mną rozmawiasz?
- Nie wiem. - Wyczuwa, że dziewczynka wzrusza ramionami. - Zamykam oczy
i jesteś. To tak, jakbym odbierała telefon. Jeśli się postaram, widzę
nawet to, co ty. Na przykład zadania z matematyki. Masz ich więcej?
- Nie. Chwileczkę.
Roger wstaje, choć nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Przez paplaninę
Dodger umysł ma rozbudzony, ale ciało wie, że powinno spać. Kiedy jest
już pewien, że się nie przewróci, powłócząc nogami, wychodzi z pokoju na
korytarz. Dom pogrążony jest w ciszy. Zegar w kuchni na dole tyka
głośno, gałąź drapie w okno na korytarzu, wiatr gwiżdże pod okapem.
Wszystko wydaje się dziwnie odrealnione, odcięte od rzeczywistości
dziwnością całej tej sytuacji.
(To musi wydarzyć się teraz, myśli, na wpół świadomy, że to, czego
doświadcza, powinno wydawać się niemożliwe. Dwa lata temu uznałby głosy
w głowie pomagające mu odrobić zadanie domowe z matematyki za coś tak
normalnego, że opowiadałby o nich wszystkim, nie wiedząc, że niektóre
rzeczy powinny pozostać tajemnicą. Dwa lata później pomyślałby, że fakt,
iż słyszy w swojej głowie głosy, oznacza, że mu odbija, i miałby ochotę
rozerwać się na strzępy, byle tylko je uciszyć. To idealny moment.
Jedyny punkt na osi czasu, kiedy można nawiązać kontakt, nie powodując
traumy. Roger nie ma pojęcia, skąd to wie, i dlaczego jest taki pewien,
że dwa lata w jedną czy drugą stronę wszystko by zmieniły, ale ma siedem
lat i nie zamierza tego kwestionować).
Drzwi do pokoju rodziców są zamknięte. Tylko on nie śpi. To znaczy on i Dodger, ale ona się nie liczy, prawda? Jest w innym domu, w zupełnie
innym miejscu. Jeśli w ogóle istnieje.
Idąc, wodzi dłonią po ścianie, wyczuwając pod palcami zniszczone miejsca
na tapecie. To on je zniszczył. Kiedy był mały, żeby ich dosięgnąć,
musiał wyciągać rękę na wysokość uszu. Kiedy podrósł, wystarczyło, że
podniósł rękę na wysokość ramienia. Teraz znajome miejsca znajdują się
nieco powyżej pasa. Czasami rano spogląda na ten zniszczony pas tapety i zastanawia się, co właściwie oznacza; ile czasu minie, nim będzie musiał
sięgać w dół, żeby poczuć pod palcami znajomy fragment ściany. Każdego
dnia rośnie odrobinę i wszystko wokół się zmienia.
Większość dzieci, które zna, śpieszy ku dorosłości i wyciągniętymi
rękami chwyta niepoznawalną przyszłość. Roger chciałby wiedzieć, jak
zaryć piętami w ziemię i zatrzymać się tam, gdzie jest. Choćby na
chwilę; wystarczająco długo, żeby zorientować się, co go czeka.
Znajduje drzwi do łazienki, otwiera je i zamyka za sobą. Słyszy w głowie
oddech Dodger - szybkie, podekscytowane wdechy i wydechy dziewczynki,
która nie ma pojęcia, co się dzieje, ale chętnie się dowie. Ona nie
zwolni, tego jest pewien; jeśli już, będzie biegła coraz szybciej ku
złotej mecie, do miejsca, gdzie kończy się dzieciństwo, a zaczyna
dorosłość, i gdzie człowiek może robić, co tylko chce.
- Zakryj oczy - mówi i samemu zamknąwszy oczy, włącza światło.
Jest tak jasne, że wdziera się pod zaciśnięte powieki. Roger czeka, aż
ból minie, po czym powoli otwiera oczy i odwraca się w stronę lustra.
Roger Middleton jest chudym dzieciakiem, wysokim na swój wiek, z czupryną zbyt długich, brązowych włosów, które bez względu na to, ile
czasu je czesze, za nic nie dają się ułożyć. Jest blady, bo rzadko
wychodzi na dwór i dlatego, że gdy tylko zbliży się do drzwi, matka
smaruje go kremem z filtrem przeciwsłonecznym. Czasami ma ochotę spalić
się na słońcu, żeby przekonać się, jak to jest. Rysy ma symetryczne,
regularne i przeciętne. To chłopiec, który we właściwym ubraniu i z odpowiednim podejściem mógłby zniknąć w każdym tłumie.
Oczy ma szare, a gdy patrzy, rozszerzają się, choć wcale im nie kazał.
Zamiast tego czuje, jak ogarnia go zaskoczenie Dodger, jej zdumienie
czymś, co jemu wydawało się zupełnie logicznym krokiem.
- To ty? - pyta dziewczynka.
Roger widzi wszystko za swoimi plecami i teraz wie, że na pewno jej tu
nie ma. Jest w łazience sam, ubrany w piżamę z Trzmielisiem1, z rozdarciem na prawym rękawie. Jego usta
się nie poruszają.
Przynajmniej do czasu, aż się odzywa.
- To ja - potwierdza. - To ja. A ty, gdzie jesteś?
- W łóżku. Moi rodzice jeszcze nie śpią. Zauważą, jak wstanę. - W jej
głosie słychać autentyczny żal, jakby nie mogła się doczekać, aż zrobi
to co on. - Masz takie same oczy jak ja. Gdzie mieszkasz?
- W Cambridge. - Roger wie, że nie powinien podawać adresu obcym
ludziom, ale miasto to nie adres. A poza tym, czy głos w jego głowie to
naprawdę ktoś obcy? Jeśli dziewczynka nie jest prawdziwa, to się nie
liczy, a jeśli istnieje naprawdę (co nie jest możliwe; to tylko bardzo
żywy, realny sen), to nawet gdyby znała nazwę miasta, nie trafi do jego
domu. - A ty?
- W Palo Alto. - Rodzice zapewne nie uprzedzali jej, żeby nie rozmawiała
z nieznajomymi, bo dodaje niefrasobliwie: - To w Kalifornii. Dlatego
jest tutaj dużo wcześniej. Cambridge jest w Massachusetts, prawda? To
daleko stąd. W zupełnie innej strefie czasowej.
- Co to strefa czasowa?
Czuje, jak dziewczynka się ożywia.
- Wrzuciłeś kiedyś pomarańczę do basenu?
- Że co?
- Nie zamoczy się cała od razu. Nieważne, jak szybko ją wrzucisz, jakaś
część zawsze uderzy w wodę pierwsza - tłumaczy rzeczowo. Najwyraźniej
można wytłumaczyć wszystko z pomocą cytrusa. - W tym przypadku światło
jest jak woda, a Ziemia jak pomarańcza. Dzień nie panuje na całym
świecie jednocześnie. Dlatego tam, gdzie jesteś, jest inna godzina niż
tam, gdzie jestem ja. Inaczej niektórzy ludzie musieliby wstawać w środku nocy i udawać, że jest ranek, a to by się nie sprawdziło.
W tym momencie Roger jest pewien - całkowicie pewien - dwóch rzeczy:
Dodger istnieje naprawdę, a on chce się z nią zaprzyjaźnić. Uśmiecha
się, a jego odbicie robi to samo, szczerbate i podekscytowane mimo
późnej godziny.
- To była prawie metafora.
- Co? - W głosie dziewczynki brzmi przerażenie. Roger nie wie, jak ona
wygląda, ale jest w stanie wyobrazić sobie jej minę: skonsternowaną i wściekłą. - Wcale nie! Odszczekaj to!
- Właśnie, że tak. Ziemia nie jest pomarańczą i nie możesz cisnąć
planety do basenu. Stworzyłaś metaforę. Nie wszystko jest kłamstwem.
- Ja... ty... to... - Oburzona Dodger jąka się przez chwilę. W końcu
wybucha: - Oszukałeś mnie!
Roger nie może się powstrzymać. Śmieje się, chociaż wie, że hałas może
obudzić rodziców. Uznaje jednak, że warto zaryzykować.
- Stworzyłaś metaforę! Zupełnie sama!
- Po co ja w ogóle z tobą gadam? Wracaj spać.
I tak po prostu wrażenie, że nie jest w łazience sam, znika, a Roger
jest śmiejącym się chłopcem w piżamie, sam na sam z własnym odbiciem.
Przestaje się śmiać. Jego uśmiech gaśnie.
- Dodger?
Cisza.
- Daj spokój. Tylko się wygłupiałem.
Ale odpowiedź nie nadchodzi. Kiedy do łazienki wchodzi rozespana,
poirytowana matka, żeby zagonić go z powrotem do łóżka, idzie
posłusznie, zbyt zdezorientowany, żeby się z nią wykłócać.
Rano wstanie, ubierze się i pójdzie do szkoły. Odda pracę domową, w tym
rozwiązane zadania z matematyki. Dostanie najwyższą ocenę, pierwszy raz,
odkąd zaczęli zajmować się czymś trudniejszym niż dodawanie i odejmowanie. Ale to wszystko przyszłość, po drugiej stronie oceanu nocy.
Bo tu i teraz Roger Middleton śpi.
Dopisek
Oś czasu:
13:08 czasu wschodnioamerykańskiego standardowego,
10 kwietnia 1993 r.
(następnego dnia)
- Przyznam, że część tego materiału budziła moje obawy - mówi panna
Lewis.
Jest najpiękniejszą kobietą na świecie, więc wszyscy jej słuchają, nawet
Marty Daniels, który normalnie woli czytać komiksy pod ławką. Panna
Lewis ma ciemnobrązową skórę, jeszcze ciemniejsze, brązowe włosy i oczy
jak niebo, kiedy zgasną wszystkie światła, tak bliskie czerni, że mogą
być w każdym kolorze, jaki istnieje na świecie.
Roger jest w niej zakochany, ale nie sądzi, żeby miała coś przeciwko,
gdyby się o tym dowiedziała, ponieważ ktoś tak piękny jak panna Lewis
musi wiedzieć, że wszyscy się w niej kochają. Chodzi otoczona mgiełką
miłości, uśmiechając się życzliwie do każdego, kto znajdzie się w jej
oparach. Inne zachowanie byłoby okrutne, a panna Lewis nigdy nie jest
okrutna. To najlepsza nauczycielka drugiej klasy w całym wszechświecie i Roger ma szczęście, że uczy właśnie jego. Warto było zdać te wszystkie
testy, żeby dostać się do programu AP2, bo dzięki temu trafił na
pannę Lewis.
Nagle widzi, co panna Lewis trzyma w dłoni, i kuli się w sobie. Przerwa
na lunch skończyła się zaledwie dziesięć minut temu. Jak to możliwe, że
zdążyła już sprawdzić zadania domowe z matematyki?
Będzie miał kłopoty. Napytał sobie biedy i nie będzie mógł czytać przez
tydzień, a...
A na górze kartki, którą panna Lewis położyła przed nim, brokatowym
mazakiem zapisano 100%, a obok narysowano uśmiechniętą buźkę.
Uśmiechniętą buźkę. To najrzadsza z wielu nagród panny Lewis, którą
nagradza tylko wyjątkowe postępy albo jeszcze bardziej wyjątkową pracę.
Roger widział już wcześniej uśmiechnięte buźki na dyktandach i wypracowaniach, ale nigdy na zadaniu domowym z matematyki. Na jego
zadaniu domowym z matematyki.
- Ale mnie zaskoczyliście - mówi panna Lewis i uśmiechając się do niego,
ciągnie: - Wszyscy spisaliście się bardzo, ale to bardzo dobrze. Myślę
nawet, że rozumiecie te zadania lepiej ode mnie.
Niektóre dzieci chichoczą na myśl, że mogłyby rozumieć pracę domową
lepiej od nauczycielki. Ale nie Roger. On nawet nie patrzy na pannę
Lewis. Wzrok ma utkwiony w zapisanej na górze kartki ocenie i czuje,
jakby gdzieś na dnie jego żołądka otworzyła się otchłań bez dna.
Dostał najwyższą ocenę.
Dostał najwyższą ocenę, bo pomogła mu Dodger.
Dostał najwyższą ocenę, bo pomogła mu Dodger, a teraz ona odeszła. A może nie. Jest tam, gdzie zawsze, w Kalifornii, tak daleko, że równie
dobrze mogłaby mieszkać na głupim księżycu. Nie może do niej zadzwonić i przeprosić za to, że się śmiał. Nie może powiedzieć, jak bardzo chce się
z nią zaprzyjaźnić i jak bardzo chce, żeby pomogła mu w matematyce. Może
tylko gapić się na najwyższą ocenę na górze kartki i czuć się jak oszust
i marny przyjaciel.
Kropla wody spada na papier. Roger ociera policzki - ledwie świadomy, że
płacze - i podnosi rękę.
Panna Lewis urywa i patrzy na niego.
- Tak, Roger?
- Panno Lewis, czy mogę... - Milknie, policzki mu płoną. Pytanie nigdy
nie jest proste, zwłaszcza kiedy reszta klasy odwraca się w jego stronę
i chichocze, jakby sami nigdy nie musieli skorzystać z toalety, jakby
ich ciała były ponad takimi sprawami. A przecież widział na własne oczy,
jak ci sami chłopcy próbują na przerwach strumieniem moczu trafić muszki
latające nad pisuarami; słyszał, jak kłócą się o to, który z nich
pierdzi najgłośniej. Podejrzewa, że dziewczyny nie robią takich rzeczy.
Ale kto to wie. Chichoczą tak samo jak chłopcy. - Mogę iść do łazienki?
- Oczywiście - odpowiada panna Lewis, litując się nad nim.
W innych okolicznościach spojrzałaby na zegar, który wskazuje, że lekcja
zaczęła się piętnaście minut temu, i przypomniała mu, że niektóre rzeczy
należy robić na przerwie, kiedy nie przeszkadzają w zajęciach. Ale Roger
zawsze był cichym chłopcem, który stronił od rówieśników i nie radził
sobie z matematyką. Jeśli potrzebuje czasu, żeby oswoić się z oceną,
panna Lewis da mu ten czas. Jest niewiele rzeczy, które może zrobić dla
wrażliwych dzieci, dlatego jeśli już może coś zrobić, robi to z przyjemnością.
Roger wstaje i na wpół idzie, na wpół wlecze się w stronę drzwi, udając,
że wcale nie jest skrępowany tym, że wszyscy na niego patrzą. Wie, że
mógłby zaczekać. Mógłby poczekać do końca zajęć i spróbować tego w domu,
we własnym pokoju, z talerzykiem świeżych ciasteczek, by uczcić swoje
niespodziewane matematyczne zwycięstwo. Jego mama piecze najlepsze
ciasteczka i myśl o nich - takich cukrowych, czekoladowych, jeszcze
ciepłych - sprawia, że przez chwilę czuje się lepiej.
Ale czekanie byłoby złe. Roger wie o tym, chociaż nie zna jeszcze
wszystkich słów, którymi mógłby to opisać. "Prokrastynacja" to jedno z nich. Podobnie jak "symulowanie". (Poznał je latem dzięki ojcu, kiedy
rodzice zaczęli używać najbardziej wymyślnych słów, tak by nie wiedział,
o czym rozmawiają. Ich plan się nie powiódł. Roger przypuszcza, że na
tym polega problem z dorosłymi. Im bardziej starają się decydować o tym,
co dzieci będą robiły, myślały albo kim zostaną w przyszłości, tym
bardziej spektakularne są ich porażki). Dostał uśmiechniętą buźkę, bo
Dodger pomogła mu rozwiązać zadania. Nie, nie pomogła - to ona odrobiła
za niego pracę domową z matematyki. A on ją wyśmiał.
Musi ją przeprosić. Chce, żeby wiedziała, że nie miał zamiaru jej
zdenerwować. Dlatego idzie pośpiesznie korytarzem, mijając klasy (drzwi
niektórych są otwarte i uczniowie odwracają się w jego stronę,
uśmiechając się złośliwie do chłopca, który był zbyt głupi, żeby
skorzystać z toalety na przerwie, kiedy nikt nie powiedziałby mu złego
słowa) i toalety, aż dociera do kantorku woźnego, którego niezamknięte
drzwi wyglądają zapraszająco.
Dzieciaki nie powinny tutaj wchodzić. Roger to wie. Ale pan Paul ("Pan
Paul, który czyści hol!", jak przedstawia się młodszym dzieciom,
pląsając przy tym, żeby poczuły się lepiej w towarzystwie tego
wielkiego, wytatuowanego człowieka, z którym dzielą swoją przestrzeń)
nie ma nic przeciwko, pod warunkiem że Roger nie będzie dotykał niczego,
czego nie powinien. Pan Paul, podobnie jak panna Lewis, zna czułe punkty
Rogera lepiej niż on sam. Pan Paul wie, co może się przydarzyć
wrażliwym, delikatnym dzieciom, jeśli dorośli nie wkroczą na czas i nie
zaoferują im swojej pomocy i ochrony. Przymykanie oka na nielegalne
przebywanie w kantorku woźnego i używanie go w charakterze kryjówki może
nie zapobiegnie nękaniu czy rozbitym nosom na placu zabaw, ale jeśli
dzięki temu niektóre rzeczy staną się prostsze, nie przeszkadza mu to, o ile Roger nie zacznie pić wybielacza czy czegoś podobnego.
Roger wślizguje się w tę chłodną, przesiąkniętą wonią cytrusów
przestrzeń. O tej godzinie pan Paul sprząta stołówkę, więc nie wróci
przez co najmniej piętnaście minut, a to znacznie więcej czasu, niż
Roger potrzebuje, nawet gdyby wrócił do klasy i powiedział pannie Lewis,
że musiał zrobić "dwójeczkę". (Przeraża go ta myśl, a fakt, że rozważa
ją choćby przez chwilę, sprawia, że robi mu się niedobrze z obrzydzenia.
Ale musi przeprosić, musi).
- Dodger? - Roger zamyka oczy, pamiętając jak przez mgłę, że to właśnie
robią bohaterowie kreskówek, kiedy próbują porozmawiać z kimś, kto jest
daleko. Zdarza się też, że składają ręce i modlą się, ale to byłoby
świętokradztwo - to jedno z jego ulubionych słów - a Roger nie chce
podpaść Jezusowi, próbując przeprosić za to, że okazał się marnym
przyjacielem. - Słyszysz mnie?
To, co wydarza się chwilę później, przynosi ulgę i zaskoczenie.
Krawędzie świata zaokrąglają się i Roger odkrywa, że patrzy na
sprawdzian z ortografii. Widzi dłoń trzymającą żółty ołówek. Palce są
smukłe, paznokcie obgryzione do żywego mięsa. Żadnych pierścionków czy
innych ozdób. Tylko piegi rozsiane po bladej skórze jak paciorki na
podłodze.
- Nie zaznaczaj tej odpowiedzi, jest niepoprawna - mówi, kiedy ołówek
zaczyna się poruszać. - Wybierz tę drugą. S-U-B-T-E-L-N-Y.
Dłoń zastyga, a zaraz potem opada w dół i zakreśla poprawną odpowiedź.
Dodger milczy - pewnie dlatego, że nadal jest w klasie - ale jej ręka
porusza się, zakreśla, zakreśla, gdy Roger dyktuje jej kolejne
rozwiązania. Dwa z zakreślonych słów są niepoprawne. W obu przypadkach
chodzi o przestawione litery i Roger uświadamia sobie, że jej ortografia
jest jeszcze gorsza niż jego matematyka. Gdyby oddała bezbłędną pracę,
byłoby wiadomo, że ściągała. Dzięki temu nauczycielka pomyśli, że
naprawdę się uczyła.
- Boże, aleś ty mądra - mówi z podziwem. - W życiu bym nie pomyślał.
Ręka Dodger strzela w powietrze, a drugie ramię przechyla się, przez co
uniesiona ręka wydaje się jeszcze dłuższa. Nauczycielka, która nie jest
tak ładna jak panna Lewis, i nawet w połowie nie wygląda na równie miłą,
wzdycha.
- Tak, panno Cheswich?
- Skończyłam. Czy mogę wyjść do toalety? - Dodger wypowiada słowa bez
wahania i nie wygląda na ani trochę zakłopotaną, chociaż niektóre dzieci
zakrywają usta dłońmi, żeby stłumić śmiech.
Roger rozdziawia buzię. Powieki ma zaciśnięte, tak by oglądać świat
oczami Dodger. Nie wyobraża sobie, że można być tak odważnym.
Nauczycielka Dodger nie wygląda na przekonaną. Podchodzi do ławki i sięga po sprawdzian. Przebiega wzrokiem po kartce i zdumiona otwiera
szeroko oczy. W końcu odkłada test i spogląda na Dodger.
- Bardzo dobrze, panno Cheswich. Jestem zaskoczona.
- Naprawdę się uczyłam. Czy mogę iść do łazienki, proszę? - Dla
podkreślenia swoich słów zaczyna wiercić się na krześle.
- Możesz - mówi nauczycielka. - Ale masz zaraz wrócić. Bez guzdrania się
i zatrzymywania przy wodotrysku. Nie chcę słyszeć, że za piętnaście
minut znowu musisz wyjść.
- Dziękuję, pani Butler - mówi Dodger, wypluwając z siebie słowa, jak
gdyby toczyła prywatną wojnę z przecinkami.
Wstaje i wychodzi z klasy, zanim nauczycielka zmieni zdanie. Idzie
szybko, ale nie na tyle szybko, żeby można było uznać, że łamie przepisy
zakazujące biegania po korytarzach.
Podobnie jak Roger mija toalety. Lecz w przeciwieństwie do Rogera nie
wchodzi do kantorku woźnego, ale szuka schronienia w szkolnej
bibliotece. Bibliotekarka podnosi głowę, widzi Dodger i krzywi się ze
współczuciem. W milczeniu patrzy, jak dziewczynka idzie na koniec
pomieszczenia, gdzie powietrze jest chłodne i przesycone zapachem
starych książek.
Dodger siada na podłodze, podciąga nogi pod brodę i opiera głowę na
kolanach, tworząc dla siebie małą, prywatną przestrzeń.
- Co ty wyprawiasz? - pyta. - Jestem w szkole.
- Wiem - odpowiada Roger, chociaż wychodząc z klasy, wcale nie był tego
taki pewien. - Która jest u ciebie godzina?
- Dziesiąta. Mam przed sobą prawie cały dzień i nie będę już mogła wyjść
do toalety. Pani Butler jest pod tym względem bardzo, bardzo surowa. -
Sprawia wrażenie urażonej, jakby fakt, że ktoś mówi jej, kiedy może, a kiedy nie może sikać, był zbrodnią przeciw naturze.
Roger ma wrażenie, że Dodger nie lubi, kiedy mówi się jej, co ma robić.
- Przepraszam - bąka. - Nie wiedziałem, która u ciebie jest godzina, a chciałem cię przeprosić.
Mija chwila, aż w końcu Dodger pyta ostrożnie:
- Za co?
- Za to, że się z ciebie śmiałem. Wiem, że się zdenerwowałaś, a nie
chciałem cię zdenerwować. Dlatego przepraszam.
- Przepraszasz za to, że się ze mnie śmiałeś? - Wydaje się szczerze
zdziwiona. - Wszyscy bez przerwy się ze mnie śmieją. I nikt nigdy mnie
nie przeprosił.
- A ilu z nich potrafi rozmawiać z tobą w twojej głowie? - Roger się
uśmiecha. Jego mama zawsze powtarza, że to słychać, kiedy ktoś się
uśmiecha. A on chce, żeby Dodger usłyszała, że się uśmiecha. - Idę o zakład, że gdyby potrafili, przeprosiliby cię.
- Może - mówi Dodger. Zdziwienie ustępuje miejsca ostrożności. -
Naprawdę jest ci przykro? Nie będziesz się już śmiał?
- Jest mi bardzo przykro. Pewnie będę się śmiał. W końcu przyjaciele
śmieją się z siebie, prawda?
- Nie wiem. - Dodger zmienia temat. - Dzięki, że pomogłeś mi na
sprawdzianie. Nienawidzę ortografii. Jest głupia i nie ma sensu. Ale
muszę się jej uczyć.
- Ja lubię ortografię - mówi Roger. - Czasami jedna albo dwie litery
decydują o znaczeniu słowa. Pomogę ci, jeśli ty pomożesz mi z matematyką.
- Umowa stoi - mówi Dodger.
- Dobrze, że celowo popełniłaś kilka błędów. Ja bym chyba tak nie
zrobił.
Dodger wzrusza ramionami.
- Ludzie nie wierzą rzeczom, które są zbyt idealne.
Jest w tym stwierdzeniu coś ważnego. Później Roger będzie się nad nim
zastanawiał i obracał je w myślach, szukając w nim jakichś wad.
Tymczasem, wiedząc, że kończy im się czas, pyta:
- Skąd wiedziałaś, że możesz ze mną rozmawiać?
- Mój tata.
Odpowiedź nie ma sensu. Roger waha się przez chwilę, po czym mówi:
- Nie rozumiem.
- Kłócił się z mamą o to, dlaczego nie mam więcej przyjaciół, czy coś
jest ze mną nie tak i że może powinni wysłać mnie do szkoły z internatem, gdzie poznam inne "uzdolnione" dzieci - mówią tak, żeby nie
używać słowa "dziwadło" - a gdy mama powiedziała, że potrzebuję czasu,
odparł, że "ten jej zmyślony przyjaciel był jedynym, który nocował u nas
w domu". Kiedy później zapytałam go, co miał na myśli, zaczął się jąkać,
aż w końcu powiedział, że kiedy byłam mała, przez cały czas rozmawiałam
ze zmyślonym chłopcem imieniem Roger, aż pewnego dnia przestałam. Tak
dowiedziałam się, jak masz na imię. Wiedziałam, że jeśli Roger był
prawdziwy i mogłam z nim rozmawiać, a z tobą mogłam, to ty musisz być
Roger.
Nie musi mówić nic więcej, bo Roger jest równie mądry jak ona i potrafi
dopowiedzieć sobie resztę. Są... podobni. Dodger jest samotna. Żeby to
ukryć, udaje arogancką - tak jak on udaje nieśmiałego - ale jest
samotna. Roger nie pamięta, żeby rozmawiał z nią, kiedy był młodszy, ale
szybko oswoił się z jej obecnością. Kiedy zaczęła odrabiać jego pracę
domową, był zaskoczony, nie wystraszony. Jak gdyby rozmawiał z nią już
wcześniej, tak dawno temu, że ma wrażenie, iż wszystko to sobie
wymyślił, ale nie dość dawno, żeby zapomniał, że kiedyś była jego
przyjaciółką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Porażka
Oś czasu:
o pięć minut za późno,
trzydzieści sekund przed końcem świata
Jest tyle krwi.
Roger nie sądził, że ludzkie ciało jest w stanie jej aż tyle pomieścić.
Wydaje się to wprost niemożliwe, niedorzeczne, istne marnotrawstwo
czegoś, co powinno być cenne i rzadkie i nad czym - przede wszystkim -
powinno się panować. Ta krew należy do ciała, w którym wzięła swój
początek, a jednak jest tutaj, podobnie jak on, i wszystko idzie nie tak
jak trzeba.
Dodger wciąż żyje mimo tej krwi, mimo wszystko. Jej pierś unosi się i opada, choć tak słabo, że prawie niezauważalnie. Widać, że walczy o każdy oddech. Nadal oddycha. Nadal krwawi.
Wkrótce przestanie, bo - dosłownie - zabraknie jej krwi. A kiedy ona
przestanie oddychać, on również przestanie.
Gdyby była przytomna, powiedziałaby mu, ile dokładnie krwi wylało się na
podłogę. Spojrzałaby na otaczający ich bałagan. Bez trudu obliczyłaby
powierzchnię i ilość płynu i zmieniła te wartości w konkretną liczbę, z dokładnością do siedmiu mililitrów. Uznałaby, że to pokrzepiające, nawet
gdyby wynik oznaczał: "Odchodzę". Nawet gdyby oznaczał: "Nie ma już
odwrotu".
Nawet gdyby oznaczał pożegnanie.
Może dla niej byłoby to pocieszające. Wynik by się zgadzał, a przecież
tylko tego pragnęła od świata. Roger zna słowa adekwatne do tej sytuacji
- wykrwawienie, hipowolemia, krwotok - lecz nie dodają mu one tej
otuchy, jaką ona znajduje w liczbach. Nigdy nie dodawały. Liczby to
proste, posłuszne rzeczy, pod warunkiem że rozumie się prawa, którymi
się rządzą. Słowa są bardziej podstępne. Wiją się i kąsają, i wymagają
większej uwagi. On musi myśleć, żeby zmienić świat. Jego siostra po
prostu to robi.
Nie bez konsekwencji. Oto, jak się tu znaleźli, po drugiej stronie muru
ogrodowego, na końcu nieprawdopodobnej drogi, na końcu wszystkiego. Nie
dotarli do Niemożliwego Miasta i nigdy tam nie dotrą. Król Kielichów
znowu wygrał.
Król Kielichów zawsze wygrywa. Każdy, kto twierdzi, że jest inaczej,
kłamie.
Huk wystrzału z zewnątrz jest głośniejszy i mniej dramatyczny, niż się
tego spodziewał, jakby ktoś odpalał petardy we wnętrzu puszki. Tyle że
petardy nigdy nie wyrządziły tylu szkód. Cienkie ściany robią się coraz
cieńsze. Kule dziurawią beton, a ludzie, którzy podążali za nimi
nieprawdopodobną drogą, wkrótce wejdą do środka. Erin nie może
powstrzymywać ich w nieskończoność, choćby nie wiem jak się starała.
Jak przez mgłę Roger uświadamia sobie, że wcale by tego nie chciał.
Jeśli to koniec drogi dla jednego z nich, niech to będzie koniec dla
nich obojga. Niech w tym miejscu wszystko zakończy się na dobre. Nikt -
nawet on - nie kroczy samotnie nieprawdopodobną drogą.
Chwyta Dodger za ramię, czuje jej prawdziwość, jej zasadniczą, zwartą
realność, i potrząsa nią delikatnie.
- Dodger. Hej, Dodge. Hej. Musisz się obudzić. Musisz pomóc mi zatamować
krwawienie.
Ale ona nie otwiera oczu. Jej pierś unosi się i opada, a każdy oddech
zdaje się płytszy od poprzedniego.
Tyle krwi.
Roger zna słowa. Szok, śmiertelna rana, brutalnie prosta, brutalnie
adekwatna śmierć. Znów go opuszcza, tym razem na zawsze. Odchodzi.
Odchodzi. Odeszła.
- Nie rób mi tego.
Jego własne rany nie są tak poważne jak jej. Na samym początku bitwy
zarobił pojedynczą kulkę w górną partię uda. Przeszła na wylot, omijając
główne arterie, a Dodger wciąż była na tyle przytomna, żeby pomóc mu
założyć opaskę uciskową. Mimo to, jeśli wkrótce nie otrzyma fachowej
pomocy lekarskiej, wciąż jeszcze może stracić nogę. Teraz to jednak
nieważne. Może on również jest w szoku. Może ma do tego pełne prawo.
- Nie możesz. Nie możesz umrzeć. Zaszliśmy tak daleko. Słyszysz mnie?
Nie możesz umrzeć. Potrzebuję cię.
Jej oczy pozostają zamknięte. Tyle krwi.
Jest jednak coś, co może zrobić. Być może jedna, jedyna rzecz. Może to
zawsze była ta jedna, jedyna rzecz, do której wszystko zmierzało.
Przypomina to porażkę, powrót do ogrodu, jest tyle krwi, i nieważne, że
zna tyle słów, że zna słowa na wszystko. Liczby ją zabierają. A on nie
dosięgnie ich bez niej.
- Sam tego nie zrobię. Przepraszam. Nie mogę.
Nachyla się do momentu, aż muska wargami muszlę jej ucha. Jej włosy są
lepkie od krwi, która zostaje mu na rękach, ale on nie próbuje jej
zetrzeć.
- Dodger - szepcze. - Nie umieraj. To polecenie. Rozkaz. Błaganie. Zrób,
co musisz zrobić, złam, co musisz złamać, ale nie umieraj. To rozkaz.
To...
I wtedy otwiera oczy. Na tle szarości tęczówek jej źrenice przypominają
łebki czarnych szpilek, aż wygląda, jakby przedawkowała opiaty. To złoto
skrzące się w szarości, jasno i krótko, gdy Niemożliwe Miasto próbuje
wezwać ją do domu. Roger czuje, jak złoto w jego własnych kościach
reaguje, jak wyciąga się ku złotu w kościach Dodger, pragnąc się z nim
połączyć.
To urwany huk wystrzału. Nie cichnący, lecz zamierający, jak gdyby
wyciszono cały świat.
Jak gdyby świat nagle zbladł.
To koniec.
Pomyliliśmy się pomyliliśmy się pomyliliśmy się pomyliliśmy się
pomyliliśmy...
W tym samym zwyczajnym mieście, przy tej samej zwyczajnej ulicy,
mieszkało dwoje zwyczajnych dzieci, których drogi nigdy się nie
przecięły. To również było zasmucająco zwyczajne, albowiem linia
oddzielająca uczniów, którzy chodzili do szkoły w zachodniej części
miasta, od uczniów, którzy chodzili do szkoły w jego wschodniej części,
biegła dokładnie pośrodku ich kwartału - niewidzialna bariera, która
podzieliła ich na pół, zanim byli zbyt dorośli, żeby to zauważyć.
Każdego ranka wstawali z łóżek, ubierali się, całowali rodziców na do
widzenia i wyszedłszy na zwyczajną ulicę zwyczajnego miasta, ruszali w dwóch zwyczajnych, przeciwnych kierunkach.
Tych dwoje dzieci było bardzo podobnych, a zarazem zupełnie od siebie
różnych, jak to zwykle bywa z dziećmi.
Dziewczynka nosiła imię Hephzibah, ponieważ jej rodzice byli leniwi i patrzyli na świat w sposób ekscentryczny. Mówili na nią "Zib",
rozumiejąc, że imię Hephzibah jest dłuższe od jej cienia. Każdego dnia
wypatrywali znaków, które świadczyłyby o tym, że dziewczynka dorasta do
swego imienia, i każdego dnia byli rozczarowani.
"Już niedługo", obiecywali sobie nawzajem. "Już niedługo".
Chłopiec nosił imię Avery, ponieważ jego rodzice byli uważni i patrzyli
na świat w sposób racjonalny. Mówili na niego "Avery", gdy byli
szczęśliwi, i "Avery Alexander Grey", gdy się złościli. Nie nadali mu
przezwiska. Przezwiska były dla ludzi o źle dobranych imionach, a rodzice Avery'ego dobrze go zmierzyli, nim wybrali dla niego imię.
"Dobrze się spisaliśmy", zapewniali się wzajemnie. "Dobrze się
spisaliśmy".
Oto więc mamy dwoje dzieci: zwyczajnych, przeciętnych i szalenie
wyjątkowych, jak to z dziećmi bywa. Nasza opowieść rozpoczyna się w zwyczajny, przeciętny dzień, dzień, który nigdy dotąd się nie wydarzył,
i jak czas długi i szeroki, nigdy więcej się nie wydarzy...
A. Deborah Baker, Za murem Woodward
...Doktryna Etosu, jak opisał ją Pitagoras, utrzymywała, że niektóre
instrumenty muzyczne i modusy mogą wpływać na równowagę między Logos
(zachowaniem racjonalnym) a Pathos (myślą emocjonalną). W późniejszych
czasach alchemicy dostrzegli w tym wzajemne oddziaływanie na siebie
dwóch połówek ludzkiego serca, a przede wszystkim równowagę między
językiem a matematyką: dwiema metodami, dzięki którym człowiek od zawsze
był w stanie wpływać na Naturę, a nawet jej rozkazywać. Dlatego należy
postrzegać Doktrynę jako najbardziej niebezpieczne i najbardziej
pożądane z alchemicznych wcieleń. Ludzie, którzy jako pierwsi przejmą
kontrolę nad Doktryną, będą władać wszystkim.
Panie i panowie z Kongresu Alchemicznego, wiecie, do czego jestem
zdolna. Widzieliście me arcydzieło świadczące o mych umiejętnościach.
Wierzę, iż jestem gotowa być ucieleśnieniem Doktryny, jeśli tylko wy
jesteście gotowi, by mi na to pozwolić.
Przemówienie Asphodel D. Baker
do Amerykańskiego Kongresu Alchemicznego, 1901
Geneza
Oś czasu:
11:14 czasu środkowoamerykańskiego standardowego,
31 października 1886 r.
Powietrze jest ciężkie od wyładowań elektrycznych, smakuje ozonem,
rtęcią i palącym w język alkahestem, uniwersalnym rozpuszczalnikiem,
który - jeśli nie obchodzić się z nim odpowiednio - ma paskudny zwyczaj
zżerania wszystkiego, co stanie mu na drodze. Tworzenie to skomplikowany
proces, niszczenie jest zaś jeszcze trudniejsze. Mimo to zaledwie kilka
kropel wystarczy, by pchnąć znacząco do przodu to, co z pozoru wydaje
się niewykonalne. Wygląda na to, że nawet śmierć można rozpuścić.
Kobieta, która nazywa siebie "Asphodel", powoli okrąża stół, wypatrując
we własnym dziele jakichkolwiek wad. Nie znajduje żadnych, a mimo to nie
przestaje krążyć, niespokojna jak rekin. Nie chce przystąpić do
ostatniego etapu zadania, dopóki nie będzie miała absolutnej pewności. W jej profesji pewność to podstawa. Dogłębna, twarda niczym skała pewność,
że jej wola jest wystarczająco silna, a pragnienia wystarczająco jasne,
by przerobić świat na swoje własne podobieństwo.
Jeszcze nie jest największą alchemiczką swoich czasów, ale nią będzie.
Nie ma co do tego absolutnie żadnych wątpliwości. Jeśli będzie musiała
siłą zawlec tych głupców z Kongresu ku jasnej, pięknej przyszłości,
która roztacza się przed jej oczami, zrobi to i nie będzie tego
żałowała. Skoro nie chcieli jej poprzeć, powinni mieć chociaż na tyle
rozsądku, żeby nie wchodzić jej w drogę.
Asphodel Baker ma dwadzieścia jeden lat. Trzynaście lat dzieli ją od
publikacji książki, która utrwali jej spuściznę w sercach i umysłach
dzieci na całym świecie, i dwadzieścia trzy od jej zniknięcia i "śmierci", a ona nie potrafi wyobrazić sobie, że mogłaby ponieść
porażkę, tak jak motyl nie wyobraża sobie, że mógłby rozwiązać równanie
matematyczne. Odmieni świat, przerobi go, uczyni lepszym, niż jest
teraz, i nikt jej nie powstrzyma. Ani rodzice, ani nauczyciele, a już na
pewno nie Kongres Alchemiczny.
Była zdolną uczennicą. Nikt, kto poznał ją i jej umiejętności, temu nie
zaprzeczy. Odmawianie jej talentu to tylko krótkowzroczność i złośliwość. Stara gwardia nie chce ujrzeć jasnej, cudownej przyszłości,
która pędzi ku nim niczym rycząca maszyna parowa. To jej czas. Jej
miejsce.
Asphodel przestaje krążyć i sięga po miskę, której zawartość mieni się
błyszczącym złotem i rtęcią. Zanurzywszy w niej palce, rysuje runy na
piersi doskonałego ciała, które leży przed nią z nagą skórą wystawioną
na powietrze. Mężczyzna jest piękny. Zadbały o to czas, troska, dostęp
do kilku kostnic i głodne, pozbawione skrupułów robactwo. Każdy kawałek
nabyła zgodnie ze szczegółowymi wytycznymi. Dzięki alkahestowi nie ma
nawet żadnych blizn. Jeśli umiejętnie się nim posłużyć, uniwersalny
rozpuszczalnik ma nieskończenie wiele zastosowań.
Skończywszy, Asphodel cofa się o krok i podziwia swe dzieło. Tak wiele
zależy od tego, czy ten kawałek będzie idealny. Lecz czymże jest
perfekcja, jeśli nie zwycięstwem? Jeśli więc zagwarantuje jej
zwycięstwo, będzie idealny, bez względu na jego niedoskonałości.
- Powstaniesz przeciwko mnie, mój piękny chłopcze - mówi Asphodel głosem
jak miód zmieszany z cykutą. - Doprowadzisz do mego upadku i przysięgniesz, że widziałeś moje kości. Odbierzesz mi koronę i tron,
poniesiesz me dzieło w nowy wiek i ani razu nie obejrzysz się, żeby
zobaczyć, co podąża twoim śladem. Będziesz moją dobrą prawicą i złowieszczą lewicą, a gdy polegniesz, nie ukończywszy mego dzieła,
umrzesz bez słowa skargi. Uczynisz to, czego ja nie mogę, albowiem twoja
ręka nigdy nie zadrży, a umysł nigdy się nie zawaha. Będziesz mnie
kochał i nienawidził, i udowodnisz, że miałam rację. Przede wszystkim
udowodnisz, że miałam rację.
Odstawia miskę i sięga po flakonik z płynnym światłem gwiazd, macicą
perłową, która tańczy i lśni zamknięta w szkle. Podnosi go do ust
mężczyzny i wlewa między rozchylone wargi jedną kroplę.
Mężczyzna złożony z ciał zmarłych otwiera oczy i patrzy na nią z lękliwym zdumieniem.
- Kim jesteś? - pyta.
- Asphodel - odpowiada. - Jestem twoją nauczycielką.
- A ja, kim jestem?
Asphodel się uśmiecha.
- Masz na imię James - mówi. - Jesteś początkiem mojego największego
dzieła. Witaj. Mamy tyle do zrobienia.
Mężczyzna siada, wciąż się jej przyglądając.
- Ale ja nie wiem, co mam robić.
- Nie martw się. - Jej uśmiech jest pierwszym kamieniem brukowym w czymś, co pewnego dnia nazwie nieprawdopodobną drogą. Dziś, teraz, w tym
właśnie momencie rozpoczyna się ich podróż do Niemożliwego Miasta. -
Pokażę ci - zapewnia go i klamka zapada.
Za późno już, żeby się wycofać.