Gra środkowa - Seanan McGuire

Kup ebooka

58.00 zł
48.48 zł (44,94 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Sto lat później

Oś czasu: 23:58 czasu środ­ko­wo­ame­ry­kań­skiego stan­dar­do­wego, 1 lipca 1986 r.

Dla czło­wieka z misją sto lat może prze­mi­nąć w mgnie­niu oka. Rzecz jasna, dostęp do kamie­nia filo­zo­ficz­nego i dys­po­no­wa­nie owo­cami tysiąca lat postępu w dzie­dzi­nie alche­mii są tu bar­dzo pomocne, lecz tak naprawdę zawsze liczyła się tylko misja. James Reed przy­szedł na świat, zna­jąc swój cel. Zna­jąc go, pozo­sta­wił swą mistrzy­nię w płyt­kim gro­bie, a teraz, ści­ska­jąc w dłoni owoce swej pracy, zamie­rza wznieść się na wyżyny ludz­kiej wie­dzy. Niech szlag trafi każ­dego, kto ośmieli się sta­nąć mu na dro­dze.

Niech ich wszyst­kich szlag!

Czeka na swój moment na końcu sali, w miej­scu zapro­jek­to­wa­nym tak, by nie docie­rało doń świa­tło. Aspho­del nauczyła go wszyst­kiego, co tylko zdo­łała: sub­tel­nej sztuki alche­mii, bar­dziej obce­so­wej sztuki kan­to­wa­nia, spi­ja­nia wie­dzy niczym mleka z mat­czy­nej piersi. Wszystko to przed­sta­wie­nie, a ci ludzie - ci pozba­wieni god­no­ści, dumni ludzie, któ­rzy mają sie­bie za kró­lów swego świata - są niczym wię­cej jak jego słu­gu­sami.

(Kon­gres Alche­miczny nie pochwala jego kon­tak­tów z bar­dziej przy­ziem­nym świa­tem, twier­dząc, że są one ryzy­kowne i sta­no­wią prze­jaw aro­gan­cji. Kon­gres Alche­miczny to banda hipo­kry­tów. Jego człon­ko­wie są uoso­bie­niem aro­gan­cji, a ich sądny dzień nadej­dzie szyb­ciej, niż im się wydaje. O, tak. Wkrótce prze­ko­nają się, że nie powinni byli wcho­dzić w drogę Aspho­del Baker ani jej synowi, jej następcy i naj­do­sko­nal­szemu stwo­rze­niu).

To pokaz cudów, jego gabi­net oso­bli­wo­ści, któ­rym zamie­rza oświe­cić i uwieść nie masy, lecz garstkę wybra­nych.

Kory­tarz jest wystar­cza­jąco duży, by pomie­ścić sto­jące obok sie­bie dwa łóżka polowe oświe­tlone żarów­kami, zbyt przy­dy­mio­nymi, by można było w ich świe­tle zoba­czyć, jaki kolor ma pod­łoga. Led­wie oświe­tlają ściany, które rów­nie dobrze mogą być białe, kre­mowe albo szare; świa­tło jest zbyt roz­pro­szone, by kolory były jed­no­znaczne. Wzdłuż kory­ta­rza cią­gną się pomiesz­cze­nia. Żarówki w nich są jaśniej­sze - oświe­tlają posta­cie za lustrami wenec­kimi, prze­kształ­ca­jąc je w surowe reliefy, zmie­nia­jąc z dzieci w oso­bli­wo­ści. Mają od dwóch do dwu­na­stu lat. Są ubrane w kolo­rowe piżamy z posta­ciami z kre­skó­wek, stat­kami kosmicz­nymi i nie­do­rzecz­nie przy­ja­znymi dino­zau­rami. Śpią pod kocami w podobne wzory, a jed­nak z powodu świa­tła trudno roz­po­znać w nich ludzi.

Mała dziew­czynka wci­snęła się w kąt poko­iku. To czujna istotka o sar­nich oczach, obej­mu­jąca kolana ramio­nami i wpa­tru­jąca się w lustro, jak gdyby jakimś cudem była w sta­nie dostrzec sto­ją­cych po dru­giej stro­nie męż­czyzn. Jej towa­rzysz śpi pod kocem w roboty, odwró­cony twa­rzą do ściany i ple­cami do reszty pokoju. Jeśli wie­rzyć tabliczce na drzwiach, nazy­wają się Erin i Dar­ren, mają po pięć lat, i nie ma w nich nic, co nie zosta­łoby zro­bione z roz­my­słem.

Jed­nakże tego dnia uwaga nie sku­pia się na tym, co znaj­duje się w celach, lecz na trzech męż­czy­znach, mięk­kich, łysie­ją­cych stwo­rze­niach w ele­ganc­kich gar­ni­tu­rach biz­ne­so­wych i prak­tycz­nych butach. Z tym wyglą­dem paso­wa­liby ide­al­nie do odby­wa­ją­cego się na sali posie­dzeń spo­tka­nia akcjo­na­riu­szy. Tutaj, w tej oso­bli­wej, nie­bez­piecz­nej prze­strzeni wydają się tak nie na miej­scu, jak śnie­życa we wnę­trzu wul­kanu. Zanie­po­ko­jeni zbi­jają się w cia­sną grupkę. To także ich dzieło. To oni sta­wiali kropki nad i, pod­pi­sy­wali czeki. Dzięki nim to wszystko było moż­liwe. Wszystko to należy do nich. Pod każ­dym wzglę­dem. A jed­nak...

James Reed patrzy na nich z uśmie­chem. Ich nie­po­kój jest zamie­rzony, ma rów­no­wa­żyć siły. Inwe­sto­rzy mogą być wła­ści­cie­lami wszyst­kiego, co widzą, ale to jest jego dzieło: tutaj to on jest Bogiem wszech­mo­gą­cym, zdol­nym two­rzyć życie z niczego i dowo­dzić siłami wszech­świata. Lepiej, żeby o tym pamię­tali, ci maluczcy ludzie z ich wąskimi umy­słami i czy­stymi rękami. Lepiej, żeby o tym pamię­tali.

Za szkłem chło­piec o oczach barwy betonu, patrzący przed sie­bie nie­wi­dzą­cym wzro­kiem, koły­sze się w przód i w tył. Od sied­miu godzin nuci coś pod nosem. Maleń­kie mikro­fony w jego pokoju - ni­gdy w "celi", to nie wię­zie­nie, to hodowla przy­szło­ści i język jest tutaj nie­zwy­kle ważny - nagry­wają każdą sekundę jego zawi­łej pio­senki. Tu ni­gdy nic się nie mar­nuje. Nic nie może się wymknąć.

(Póź­niej kryp­to­lo­dzy roz­łożą jego pio­senkę na mate­ma­tyczne kom­po­nenty i ustalą, że atom po ato­mie ofia­ro­wał im che­miczną for­mułę. Powsta­nie z niej nowa­tor­ski śro­dek prze­ciw­bó­lowy pocho­dzący z kilku źró­deł, nie­uza­leż­nia­jący i ofe­ru­jący ulgę w przy­pad­kach uwa­ża­nych dotąd za bez­na­dziejne. Opa­ten­to­wa­nie i wpro­wa­dze­nie go na rynek zaj­mie kolej­nych dwa­na­ście lat, lecz odpo­wie­dzialna za kwe­stie far­ma­ceu­tyczne firma fasa­dowa zarobi na nim miliardy. Krok po kroku, dzięki momen­tom takim jak ten, labo­ra­to­rium staje się samo­wy­star­czalne. Już jest ogromne, roz­le­głe i tak kosz­towne, jak kosz­towne potra­fią być rze­czy ogromne i roz­le­głe. Do tego musi się utrzy­mać. Musi. Gdyby Kon­gres Alche­miczny zapła­cił choćby centa za jego stwo­rze­nie i utrzy­ma­nie, jego człon­ko­wie ocze­ki­wa­liby, że inwe­sty­cja przy­nie­sie zyski warte dzie­się­cio­krotną war­tość jej wagi w zło­cie - a do tego nie można dopu­ścić. Nie teraz. Nie kiedy Dok­tryna jest nie­mal na wycią­gnię­cie ręki).

- Pano­wie.

Reed dobrze wie, kiedy się ode­zwać. Jego słowa zdają się wyła­niać spo­śród cieni, on zaś podąża za nimi. Każdy jego krok pod­kre­śla róż­nice mię­dzy nim a inwe­sto­rami. Oni noszą spinki do man­kie­tów kupione im przez żony, a w ich łysie­ją­cych gło­wach można by się przej­rzeć. On ubiera się jak boha­ter powie­ści Raya Brad­bury'ego: czarne spodnie, zapięta pod szyję sza­fi­rowa koszula, frak z dziw­nymi gli­fami wyha­fto­wa­nymi na man­kie­tach i połach. Złote hafty to przy­po­mnie­nie obiet­nic, które zjed­nały mu przy­chyl­ność tych męż­czyzn, tych ciem zwa­bio­nych obiet­nicą tra­wią­cego wszystko pło­mie­nia.

Aspho­del - mistrzyni, men­torka, męczen­nica - nauczyła go, jak ważny jest talent show­mana. On był pojęt­nym uczniem i dobrze rozu­mie swoją publicz­ność. Muszą widzieć w nim roz­ko­ja­rzo­nego ele­gan­cika, postać z bajek dla dzieci, coś, co można tole­ro­wać i czym można pogar­dzać. W swej aro­gan­cji muszą trak­to­wać go jak coś w rodzaju synek­do­chy, szar­la­tana, który sztucz­no­ścią pró­buje zała­tać nie­do­kładny obraz.

Te roz­piesz­czone stwo­rze­nia świata kor­po­ra­cji zapo­mi­nają, że zawsze jest jakiś dra­pież­nik, tak jak zawsze jest jakaś zwie­rzyna. Myślą o sobie, że są lwami, pod­czas gdy każdy widzi, że to zebry - słabe i gotowe, by je roz­szar­pać.

Jego szpony, odziane w aksa­mit i skryte za pozo­rami, są wystar­cza­jąco ostre, by wymor­do­wać świat.

- Pano­wie - powta­rza, a jego akcent jest wszyst­kim, a zara­zem nie jest niczym.

Dosko­na­lił go przez ostat­nie stu­le­cie, wybie­ra­jąc spół­gło­ski zwarte i syczące, tak by brzmiały egzo­tycz­nie i pocią­ga­jąco, ale nie "obco". Ist­nieje powód, dla­czego wysta­wiane dzieci są takie blade, jak gdyby ule­piono je z mleka i kości, a nie kamie­nia, ziemi i innych rze­czy, z któ­rych się wywo­dzą. Białe dzieci wydają się nie­mal ludz­kie tym chci­wym, pazer­nym ludziom, a tutaj, w tym zim­nym, ste­ryl­nym kory­ta­rzu, który sta­nowi most mię­dzy nauką a alche­mią, rozu­mem a reli­gią, pozory są nie­mal tak ważne jak słowa.

Dzieci, które zdają się ludz­kie, wzbu­dzają poczu­cie winy w ludziach, któ­rzy za nie zapła­cili. Poczu­cie winy otwiera zaś port­fele. To pro­sty rasizm i pro­sta mate­ma­tyka, które spra­wiają, że roz­pa­dlina jego nie­na­wi­ści jesz­cze bar­dziej się pogłę­bia, albo­wiem kto przy zdro­wych zmy­słach odrzu­ciłby któ­ry­kol­wiek z cudów, jakie ma do zaofe­ro­wa­nia ludzka rasa?

- Dok­to­rze Reed - odzywa się jeden z męż­czyzn, samo­zwań­czy przy­wódca tej nie­licz­nej grupki, uwznio­ślony wyso­kim mnie­ma­niem o sobie, a przede wszyst­kim bra­kiem instynktu samo­za­cho­waw­czego. Pozo­stali dwaj trzy­mają się nieco z tyłu, w czymś, co on zin­ter­pre­tuje jako sza­cu­nek, a Reed odczyta jako tchó­rzo­stwo. - Co tutaj robimy? Mówił pan, że macie nam do poka­za­nia rzecz wielką, prze­ło­mową, tym­cza­sem wszystko to już widzie­li­śmy.

U kogoś innego szok malu­jący się na twa­rzy wyglą­dałby nie­mal komicz­nie. Ale nie u Reeda. U niego ni­gdy. Jak to mówią: "Prak­tyka czyni mistrza".

- Patrzy­cie na obiekty, które potra­fią zaj­rzeć w przy­szłość, które żon­glują moż­li­wymi zda­rze­niami jak piłecz­kami, któ­rych komórki rege­ne­rują się z pręd­ko­ścią, któ­rej nie jeste­śmy w sta­nie zare­je­stro­wać na naszym sprzę­cie, a pan twier­dzi, że "już to widzie­li­ście"? Panie Smith, zawsty­dza mnie pań­ska krót­ko­wzrocz­ność.

Męż­czy­zna - który wcale nie nazywa się Smith, trak­tuje pseu­do­nim jak koniecz­ność; tak jak oni wszy­scy. Pro­wa­dze­nie tego rodzaju inte­re­sów, ukry­tych w cie­niach i oscy­lu­ją­cych na gra­nicy prawa, pociąga za sobą koszty. Męż­czy­zna pro­stuje się nieco i mruży oczy. Ten czło­wiek nie trak­tuje go poważ­nie. To się musi skoń­czyć.

- Poka­za­łeś nam cuda, lecz nie są to cuda cho­dliwe, Reed. Nie zmie­nimy świa­to­wych zaso­bów oło­wiu w złoto, nie nisz­cząc przy tym gospo­darki, którą sta­ramy się kon­tro­lo­wać. Co możesz nam zaofe­ro­wać?

- Przy­naj­mniej zadaje pan wła­ściwe pyta­nia. Pro­szę.

Reed rusza mięk­kim, płyn­nym kro­kiem dra­pież­nika, któ­rym prze­cież jest. Męż­czyźni w swych butach na pła­skich pode­szwach mogą pójść za nim albo pozo­stać tu, czu­jąc na sobie nie­wi­dzialny wzrok dzieci, za któ­rych stwo­rze­nie zapła­cili.

Bez waha­nia ruszają dalej.

Kory­tarz cią­gnie się jak toffi, a kolejne pokoje z poma­lo­wa­nymi na biało ścia­nami odsła­niają kolejne ubrane w piżamy dzieci. Nie­które star­sze, nie­mal nasto­let­nie, sie­dzą przy biur­kach odwró­cone ple­cami do luster wenec­kich, świa­dome tego, że w każ­dej chwili ktoś może je obser­wo­wać. Inne, młod­sze, bawią się kolo­ro­wymi kloc­kami albo śpią sku­lone pod ręcz­nej roboty koł­drami. Ich opie­ku­no­wie twier­dzą, że lepiej, jeśli przed­mioty, któ­rymi ota­czają się dzieci, są robione ręcz­nie, a nie pro­du­ko­wane przez maszyny. Coś w pro­ce­sie two­rze­nia nasyca przed­mioty nie­oży­wione, a obiekty sypiają lepiej w oto­cze­niu przed­mio­tów o mniej ste­ryl­nej prze­szło­ści. Wycho­wy­wa­nie dzieci jest trudne nawet w naj­bar­dziej sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach. A to, co odbywa się tutaj, jest dużo bar­dziej skom­pli­ko­wane.

Drzwi na końcu kory­ta­rza mają trzy zamki i kla­wia­turę nume­ryczną. Reed otwiera je jeden po dru­gim i wpi­suje kod, nawet nie pró­bu­jąc go ukryć. Do rana i tak się zmieni. Sys­tem zabez­pie­czeń to coś wię­cej niż tylko poka­zówka: to ostrze­że­nie, które ma uświa­do­mić męż­czy­znom, że to, co zamie­rza im poka­zać, należy trak­to­wać poważ­nie. Jeśli któ­ryś z nich choćby spró­buje zakwe­stio­no­wać jego wła­dzę, nie obę­dzie się bez kon­se­kwen­cji.

Drzwi się otwie­rają i Reed pusz­cza inwe­sto­rów przo­dem. Gdy wcho­dzi za nimi, drzwi zamy­kają się z hukiem, który przy­wo­dzi na myśl zasu­waną płytę gro­bowca - zim­nym i osta­tecz­nym.

- Wszech­świat działa zgod­nie z kil­koma pod­sta­wo­wymi zasa­dami - mówi bez wstęp­nych uwag. - Rzecz jasna, mam na myśli gra­wi­ta­cję, praw­do­po­do­bień­stwo. Chaos i porzą­dek. Jeste­śmy czę­ścią wszech­świata, tak więc rze­czy, które ucie­le­śniamy, dorów­nują bosko­ścią siłom, które dzia­łają na nas od zewnątrz. Gra­wi­ta­cja jest ważna. Nikt nie chce dry­fo­wać tylko dla­tego, że więzi, które trzy­mały go na ziemi, zostały nie­roz­waż­nie znisz­czone. Lecz miłość, cie­ka­wość, przy­wódz­two są rów­nie ważne, ina­czej by nie ist­niały. Natura nie znosi próżni. Dla­tego wszystko zostało stwo­rzone w jakimś celu.

Ciemno tu, w tym miej­scu, z któ­rego, jak się zdaje, nie ma wyj­ścia. Jeśli Reed nie otwo­rzy drzwi, nie wydo­staną się stąd. Żaden z inwe­sto­rów nie odzywa się ani sło­wem. Lubią spra­wo­wać wła­dzę, kiedy nic im nie zagraża, ale tu i teraz, w tej prze­strzeni, nie mają nad niczym kon­troli. Są podi­ry­to­wani. Reed widzi to i roz­ko­szuje się tym uczu­ciem.

- Jak wie­cie, nasze bada­nia sku­piają się na stwo­rze­niu dzieci dostro­jo­nych do tych tak zwa­nych "natu­ral­nych sił". Wyobraź­cie sobie dziecko, które jest tak dosko­na­łym ucie­le­śnie­niem trans­mu­ta­cji, że samym doty­kiem prze­mie­nia pod­sta­wowe metale, albo inne, które potrafi prze­mie­nić noc w dzień. Suk­ces ozna­cza, że wej­dziemy w posia­da­nie naj­po­tęż­niej­szych broni wszech cza­sów. Ich moc będzie nie do opi­sa­nia. Zosta­li­ście wybrani, by wspie­rać nasze bada­nia nie tylko z przy­czyn finan­so­wych, lecz także dla­tego, że dzięki waszym zaso­bom emo­cjo­nal­nym może­cie pomóc wpro­wa­dzić świat w nową erę oświe­ce­nia i zro­zu­mie­nia.

Za każ­dym razem, gdy wypo­wiada te słowa, Reed oba­wia się, że któ­raś z tych potul­nych, spo­le­gli­wych owiec przy­po­mni sobie, że sama kie­dyś była dra­pieżcą, i zacznie kąsać rękę, która ją karmi. I za każ­dym razem czuje zarówno ulgę, jak i roz­cza­ro­wa­nie, kiedy poły­kają jego słowa, uśmie­cha­jąc się i kiwa­jąc gło­wami z zado­wo­le­niem. Tak, oczy­wi­ście, że powsta­nie nowy porzą­dek i natu­ralne jest, że to oni staną na jego czele. W końcu na to zasłu­żyli. Zapła­cili za to, a pła­cąc, przy­znali sobie prawo do wszel­kich korzy­ści i moż­li­wo­ści. Wszystko to należy do nich i tylko do nich.

Głupcy. Ale bogaci głupcy. To dzięki bogac­twu pro­jekt zaszedł tak daleko, z dala od tchó­rzy z Kon­gresu, do miej­sca, gdzie mogą stać się samo­wy­star­czalni i unie­za­leż­nić się od biz­nes­me­nów, któ­rzy, patrząc na naj­więk­szy cud stu­le­cia, widzą jedy­nie sym­bol dolara. Już nie­długo będą wolni. Cze­pia­jąc się tej myśli, Reed cią­gnie:

- W naszych sta­ra­niach naj­waż­niej­sza była siła zde­fi­nio­wana przez sta­ro­żyt­nych Gre­ków jako Dok­tryna Etosu. Według niej muzyka może wpły­wać na jed­nostki na pozio­mie emo­cjo­nal­nym, psy­chicz­nym, a nawet fizycz­nym. Teraz, kiedy wiemy, że każda jed­nostka sama w sobie sta­nowi mikro­ko­smos stwo­rze­nia, wydaje się oczy­wi­ste, że coś, co potrafi oddzia­ły­wać na jed­nego czło­wieka, może rów­nież oddzia­ły­wać na cały świat. Od tam­tej pory alche­micy sta­rają się ucie­le­śnić Dok­trynę.

Reed urywa, dając im czas na przy­swo­je­nie tego, co wła­śnie usły­szeli. Nagle, ku jego zasko­cze­niu, odzywa się jeden z inwe­sto­rów:

- Byłem tu dzie­więć lat temu, kiedy to twier­dził pan, że się wam udało. Dla­czego znów do tego wra­camy?

- Ponie­waż jeśli był pan tu dzie­więć lat temu, rozu­mie pan, że nasz począt­kowy suk­ces pod wie­loma wzglę­dami oka­zał się porażką. - Reed z tru­dem panuje nad emo­cjami. Jak ten czło­wiek śmie tak się do niego odzy­wać, jakby miał jakie­kol­wiek poję­cie o pró­bach będą­cych nie­od­łączną czę­ścią takiego przed­się­wzię­cia? Oni zmie­niają świat, a jego i jemu podob­nych inte­re­suje wyłącz­nie kolor atra­mentu w księ­gach rachun­ko­wych.

Inwe­sto­rzy zaczy­nają szep­tać mię­dzy sobą i Reed czuje, że ich traci.

- Nasza pierw­sza próba ucie­le­śnie­nia Dok­tryny oka­zała się suk­ce­sem - mówi, nim poszep­ty­wa­nia zmie­nią się w otwarty bunt. - Zamknę­li­śmy prze­wod­nią zasadę wszech­świata w ludz­kim ciele. Ow­szem... wystą­piły kom­pli­ka­cje, jed­nak teo­ria pozo­staje nie­zmienna.

Kom­pli­ka­cje: chło­piec, któ­rego głowę wypeł­nia taka ilość rze­czy­wi­sto­ści, że może obco­wać wyłącz­nie z tym, co widzi pod wła­snymi zamknię­tymi powie­kami. Dziecko ni­gdy nie wypo­wie­działo choćby słowa. Prze­stało jeść trzy lata temu i cho­ciaż wciąż oddy­cha, pod­trzy­my­wane przy życiu przez roz­ma­ite urzą­dze­nia i zgłęb­niki do sztucz­nego kar­mie­nia, od pół­tora roku nie otwo­rzyło oczu. Dok­tryna została uwię­ziona w jego drżą­cym ciele. Jedy­nym spo­so­bem, żeby ją stam­tąd wydo­być i spra­wić, by świat zatań­czył tak, jak mu zagrają, jest zna­le­zie­nie dla niej nowego domu i pogrze­ba­nie sta­rego.

- Pro­blem z Dok­tryną polega na jej roz­mia­rze. Umiesz­czona w umy­śle nie pozo­sta­wia miej­sca na czło­wie­czeń­stwo. Wie­rzymy, że dzie­ląc ją na jej czę­ści skła­dowe - mate­ma­tykę i język - otrzy­mamy pewien gestalt. Dwoje ludzi, będą­cych uoso­bie­niem kon­cep­tów, które pró­bu­jemy okieł­znać, lecz o zdol­no­ściach ogra­ni­czo­nych do tego stop­nia, że gdyby ich roz­dzie­lić, pozo­staną ule­gli i łatwo ich będzie kon­tro­lo­wać.

- Jak bar­dzo ule­gli? - pyta jeden z inwe­sto­rów.

- Wystar­cza­jąco. Zadba­li­śmy o wycho­wa­nie, które pozwoli roz­kwit­nąć ich zagro­żo­nemu czło­wie­czeń­stwu, i nauczy ich, że zado­wa­la­nie nas jest rze­czą nad­rzędną. Kiedy spo­tkają się ponow­nie, zro­bią wszystko, czego od nich zażą­damy, jeśli będą chcieli zostać razem, a będą. Natura nie pozo­stawi im wyboru. Będą nasi i to my będziemy kon­tro­lo­wać ich dostęp do wszyst­kiego, w tym rów­nież do sie­bie nawza­jem. - Ach, jakże słodką udręką będzie odma­wia­nie tym kukuł­czym dzie­ciom Dok­tryny spo­tka­nia ze swoją drugą połówką aż do czasu, gdy zasłużą sobie na nie. - Nie będą to zwy­kłe dzieci, co to to nie, ale to one wszystko zmie­nią.

- Jak długo przyj­dzie nam cze­kać, zanim dowiemy się, czy nie skoń­czy się to kolej­nym nie­po­wo­dze­niem? - dopy­tuje pan Smith.

Reed zagryza zęby.

- Wła­śnie dla­tego was tu przy­pro­wa­dzi­łem - mówi.

Pstryka pal­cami i jedna ze ścian pod­nosi się, odsła­nia­jąc trzy małe, białe pokoje. Pierw­sze dwa są zajęte, jeden przez dwoje dzieci w wieku mniej wię­cej dwóch lat, w dru­gim śpią nie­spełna roczne malu­chy. Trzeci jest pusty, nie licząc sto­ją­cych w nim dwóch koły­sek.

Inwe­sto­rzy gapią się na dzieci jak na zwie­rzęta w zoo. Widząc to, Reed pozwala sobie na iro­niczny uśmiech.

- Już odnie­śli­śmy suk­ces - oświad­cza. Drzwi na tyłach trze­ciego pokoju otwie­rają się i do środka wcho­dzą dwie pie­lę­gniarki, każda z dziec­kiem na ręku. Ostroż­nie kładą nowo­rodki do łóże­czek, po czym wycho­dzą.

Trzy pary dzieci, repre­zen­tu­jące trzy lata naro­dzin. Wszyst­kie przy­szły na świat w wyniku cesar­skiego cię­cia, dokład­nie o pół­nocy, wydarte z ciał matek we wła­ści­wym cza­sie, a każda z par została oddzie­lona od sie­bie jed­nym peł­nym obro­tem ziemi wokół słońca. Ory­gi­nalna ucie­le­śniona Dok­tryna została uwol­niona ze swo­jej ziem­skiej formy, gdy tylko trze­cia para skro­jo­nych na miarę dzieci pierw­szy raz zaczerp­nęła powie­trza. Cała szóstka jest god­nymi nosi­cie­lami, choć nikt nie wie, które z nich posia­dają teraz Dok­trynę.

Choć może nie do końca jest to prawda. Bez względu na to, która z par dała schro­nie­nie kon­cep­tom, wszyst­kie one wciąż należą do niego.

- Pano­wie, ofia­ro­wuję wam Dok­trynę Etosu - mówi Reed. - Jedna z tych par sta­nie się ucie­le­śnie­niem wszyst­kiego, nad czym pra­co­wa­li­śmy, a gdy to się wyda­rzy, wszech­świat będzie nasz.

Nasz, a nie wasz, wy nadęci, krót­ko­wzroczni głupcy, dodaje w myślach. Inwe­sto­rzy tło­czą się przy szy­bie, wal­cząc o lep­szy widok na swoją przy­szłość.

Dzieci śpią.

Póź­niej, kiedy rumiani z pod­nie­ce­nia inwe­sto­rzy zostają wypro­wa­dzeni, roz­pra­wia­jąc o tym, jak bar­dzo zmieni się świat i jak bar­dzo oni zmie­nią świat, dok­tor Reed zdej­muje frak i wraca do labo­ra­to­rium, by spraw­dzić, jak mają się jego naj­now­sze dzieła. Tech­nicy i labo­ranci, któ­rzy, pra­cu­jąc na zmiany, sie­dzą tu o tak póź­nej porze, pod­no­szą wzrok, kiedy drzwi się otwie­rają, a zaraz potem bledną i pośpiesz­nie wra­cają do swo­ich obo­wiąz­ków. Nikt nie chce zwró­cić na sie­bie jego uwagi. Cza­sami Reed wpada na pomysł, jak coś powinno być robione. A cza­sami wpro­wa­dza swoje pomy­sły w życie meto­dami, po któ­rych zostają bli­zny.

Reed idzie wypro­sto­wany z dum­nie unie­sioną głową, zado­wo­lony z roz­woju wypad­ków. Ci głupcy z Kon­gresu mówili, że to nie­moż­liwe, że nie da się zmie­szać nauki i alche­mii, nie tra­cąc tego, co naj­lep­sze w jed­nym i dru­gim. Aspho­del doko­nała nie­wy­obra­żal­nych rze­czy, byle tylko udo­wod­nić im, że się mylą, a teraz on jest tutaj, król wszel­kich pomia­rów i badań, wcią­ga­jący dawne zwy­czaje do nowego świata. Wcie­le­nia ist­niały od zawsze, twier­dził, kiedy to się zaczęło. On pra­gnie tylko nad nimi zapa­no­wać. Może pomy­sły Aspho­del były dla niego punk­tem wyj­ścia, ale na Boga, resztę wymy­ślił on sam.

(Letni kró­lo­wie i śnieżne kró­lowe, leśne dziady i wodne rusałki; Reed zna ich imiona, tak jak zna tajemne histo­rie, które opo­wiada się o nich szep­tem w naj­mrocz­niej­szych zaka­mar­kach świata. Wie, że lepiej nie igrać z natu­ral­nym wcie­le­niem kon­cep­tów. Na to przyj­dzie czas póź­niej. Kiedy już będzie kon­tro­lo­wał Dok­trynę, kiedy przy­czyny i kon­se­kwen­cje będą tań­czyły, jak im zagra, dopiero wtedy się­gnie po inne rze­czy, które należą mu się zgod­nie z pra­wem. Ujmie w dło­nie wszech­świat i biada temu, kto poda w wąt­pli­wość to, co zechce z nim zro­bić).

- Tu jesteś. - Gło­sowi towa­rzy­szy kobieta, która wyska­kuje zza rogu jak korek z butelki, jego oso­bi­sty dżin w nie­bie­skich dżin­sach i fla­ne­lo­wej koszuli. Leigh jest naj­lep­szą alche­miczką, jaką miał nie­szczę­ście spo­tkać od śmierci Aspho­del, wul­ka­nem ener­gii z dziu­rami po kwa­sie na koszuli i krót­kimi wło­sami, tak by ogra­ni­czyć ryzyko ich pod­pa­le­nia. Ma sze­roką, szczerą twarz i piegi roz­siane na grzbie­cie nosa niczym gwiazdy. Wygląda jak brzo­skwi­nie z bitą śmie­taną, jak sobot­nie popo­łu­dnia przy żabim sta­wie, nie­win­ność i ame­ry­kań­ski sen zapa­ko­wane razem w uro­czą paczkę. Ale to wszystko kłam­stwo. Reed wie­rzy w eks­plo­ato­wa­nie świata na swój wła­sny uży­tek, gdy tym­cza­sem ona naj­chęt­niej puści­łaby świat z dymem, choćby po to, żeby na jego doga­sa­ją­cych zglisz­czach upiec pianki.

Jest głę­boko nie­do­sko­nała i wręcz nie­moż­li­wie przy­datna, przez co Reed nie może docze­kać się dnia, kiedy w końcu będzie mógł roze­brać ją na czę­ści i zre­du­ko­wać do kom­po­nen­tów, z któ­rych zło­żył ją jej stwórca. Stary głu­piec zapo­mniał lek­cje o Blo­deu­wedd i Fran­ken­ste­inie: ni­gdy nie twórz niczego mądrzej­szego czy bar­dziej bez­względ­nego od sie­bie.

Coś w tej myśli go nie­po­koi - coś, co ma zwią­zek z Aspho­del, o któ­rej można było powie­dzieć wiele rze­czy, lecz nie to, że była głu­pia. Reed odpy­cha od sie­bie tę myśl i sku­pia się na Leigh.

- Jak prze­biegł poród?

- Gładko. Dobrze. Jak po maśle. Wybierz, które chcesz. Nad­miar mate­riału został zebrany i usu­nięty. - Bez­tro­sko macha ręką. - Nic nad­zwy­czaj­nego.

Reed wie, że kiedy mówi "nad­miar mate­riału", ma na myśli coś wię­cej niż popłód, który dzięki meto­dzie two­rze­nia dzieci sam w sobie ma silne alche­miczne wła­ści­wo­ści. Ma na myśli kobietę, która nosiła je pod ser­cem, przy­pad­kową suro­gatkę dla pary kuku­łek. Nie wie, gdzie Leigh ją zna­la­zła, i ma w sobie dość czło­wie­czeń­stwa, żeby nie pytać. Fakt, że ta genialna alche­miczka jest na każde jego zawo­ła­nie, ozna­cza, że cza­sami musi robić takie wła­śnie rze­czy, a ponie­waż kobieta spę­dza dużo czasu z obiek­tami, jej ciało rów­nież może mieć alche­miczne wła­ści­wo­ści. Ni­gdy nic nie wia­domo.

- Co z chłop­cem?

- Nie żyje. Czeka na cie­bie w pry­wat­nym labo­ra­to­rium. Wiem, że chcia­łeś oso­bi­ście prze­pro­wa­dzić sek­cję. - Wyraź­nie nie­za­do­wo­lona obnaża zęby. Kiedy trzeba roze­brać coś na czę­ści, woli to robić sama.

Reed nie zwraca uwagi na jej nie­za­do­wo­le­nie.

- A obiekty?

- Samiec został wycią­gnięty jako pierw­szy, co zna­czy, że to ona naj­pew­niej będzie stroną domi­nu­jącą. Jest ładny, zdrowy i gotowy jechać do rodzi­ców adop­cyj­nych. Samica została wycią­gnięta nie­spełna dwie minuty póź­niej. Darła się przez pół godziny, zanim w końcu się uspo­ko­iła.

- Co ją uspo­ko­iło?

- Samiec. Kiedy leżą obok sie­bie, samica nie pła­cze. - Leigh krzywi usta. - Lot do jej nowego domu zapo­wiada się nie­źle, co?

Reed kiwa głową.

- A pozo­stałe?

- Zapla­no­wano adop­cje. Roz­dzie­lamy je według humo­rów. Po dwa dla Ognia i Wody i po jed­nym dla Ziemi i Powie­trza. - Na fasa­dzie pew­no­ści sie­bie pierw­szy raz poja­wiają się pęk­nię­cia. - Jesteś pewien, że musimy je ode­słać? To zna­czy: naprawdę pewien? Wygod­niej byłoby mieć je tutaj, pod ręką, gdzie możemy je kon­tro­lo­wać.

- Dziew­czynka...

- Wszyst­kie. - Leigh kręci głową. - Te dzieci są nie­za­stą­pione. Ni­gdy dotąd na świe­cie nie było nikogo takiego. Ich miej­sce jest tutaj, gdzie można je badać. Moni­to­ro­wać. Ukła­dać. Umiesz­cza­nie ich w śro­do­wi­sku natu­ral­nym to pro­sze­nie się o to, żeby coś poszło nie tak.

- Plan został sta­ran­nie przy­go­to­wany, tak, by zmak­sy­ma­li­zo­wać szanse na powo­dze­nie.

- Nazy­wasz to "sta­ran­nym przy­go­to­wa­niem"? Roz­dzie­la­nie ich i umiesz­cza­nie jed­nej połówki w zwy­czaj­nych rodzi­nach to twoim zda­niem ostroż­ność? Przy­naj­mniej druga połowa będzie z naszymi ludźmi, choć to i tak za mało. Nie tak kon­tro­lu­jemy naszą inwe­sty­cję.

Reed wie, co robią; to on opra­co­wał pro­to­kół. Mimo to stara się nie krzy­wić.

- Nie wie­dzia­łem, że to "nasza" inwe­sty­cja - mówi.

- Wiesz, co mam na myśli. - Leigh lek­ce­wa­żąco macha dło­nią.

- Czyżby? Już to prze­ra­bia­li­śmy. Jeśli chcemy, żeby dzieci uzy­skały dostęp do swo­ich talen­tów, należy wpro­wa­dzić ele­ment przy­pad­ko­wo­ści. Wiemy, że ste­rylne warunki labo­ra­to­ryjne nie nadają się do tego.

Co wię­cej, wycho­wu­jąc je z dala od labo­ra­to­rium, unik­nie się ryzyka, że obiekty pojmą za dużo w zbyt krót­kim cza­sie. Wie­dza to potęga, zwłasz­cza w przy­padku kuku­łek. Żyjąc w nie­świa­do­mo­ści, będą bar­dziej spo­le­gliwe, a Reed chce, żeby były spo­le­gliwe, i to jak! Spo­le­gliwe rze­czy łatwiej kon­tro­lo­wać.

- Przy­naj­mniej pozwól nam zatrzy­mać tu jedną z par. Tę ostat­nią. Są młode, nie poznają niczego poza tym, co im poka­żemy. Wycho­wamy ich w pudeł­kach, z dala od sie­bie, będziemy kon­tro­lo­wać wszystko, co widzą i sły­szą. Pró­bo­wa­li­śmy izo­lo­wać je w parze. Ale nie oddziel­nie.

- Bo to ich zła­mie.

Leigh wzru­sza ramio­nami.

- Nie­które rze­czy trzeba zła­mać.

Na przy­kład takie jak ty, myśli Reed, ale na głos mówi:

- Moja wola jest tutaj pra­wem, Leigh.

- Ale...

- Moja wola jest pra­wem. - Jego ręka strzela do przodu, chwyta ją za gar­dło i przy­ci­ska do ściany. Oczy Reeda bły­skają zło­śliwą roz­ko­szą. Tego wła­śnie chciała: żeby przy­po­mniał jej, że to on jest tutaj nad­rzęd­nym dra­pieżcą i zasłu­żył sobie na to, by zna­leźć się na szczy­cie ich małej hie­rar­chii. Prze­moc go nuży. Wie jed­nak, że jest konieczna. - Rozu­miesz?

- Tak - szep­cze.

- Tak, co?

- Tak, pro­szę pana.

- Grzeczna dziew­czynka. - Zwal­nia uścisk na jej gar­dle, cofa rękę i popra­wia koł­nierz. - Uwierz we mnie, Leigh. To wszystko, o co pro­szę. Uwierz we mnie, a powiodę cię do świa­tła.

- A świa­tło nas popro­wa­dzi - mówi Leigh i skła­nia głowę, tak że nie­mal dotyka brodą mostka.

- Podą­żamy wła­ściwą ścieżką - zapew­nia Reed i dotyka jej ramie­nia.

W tej samej chwili zaczyna wyć alarm.

Oboje sztyw­nieją, pod­no­szą głowy i roz­glą­dają się po labo­ra­to­rium, szu­ka­jąc oznak cze­goś, co mogło pójść nie tak. Wszę­dzie dookoła tech­nicy, któ­rzy skru­pu­lat­nie igno­ro­wali ich sprzeczkę, robią to samo, spraw­dzają sprzęt i che­miczne odczyty z ekra­nów. Reed poru­sza się jako pierw­szy. Cofa rękę i bie­gnie do pry­wat­nego labo­ra­to­rium. Zamknięte drzwi otwie­rają się, gdy zbliża do czyt­nika kartę, którą nosi zawie­szoną na smy­czy na szyi.

Połowę prze­stron­nego pomiesz­cze­nia zaj­muje obra­ca­jące się bez końca astro­la­bium. Reed zamiera w progu. Leigh zatrzy­muje się za jego ple­cami i oboje patrzą.

Taniec pla­net został ska­li­bro­wany ręką mistrzyni i zapro­jek­to­wany tak, by dokład­nie odzwier­cie­dlać ruchy ciał nie­bie­skich. Aspho­del poświę­ciła temu urzą­dze­niu lata swego życia, sądząc, że będzie ono klu­czo­wym skład­ni­kiem jej spu­ści­zny, na koniec zaś wypchnęła je poza czas, tak by pew­nego dnia można je było użyć do wyty­cze­nia ruchu Dok­tryny. Zamknię­cie go i wyko­rzy­sty­wa­nie jego mecha­nicz­nych horo­sko­pów wyłącz­nie na wła­sny uży­tek spra­wiło Reedowi wielką radość. To cud tech­nicz­nej alche­mii. Tylko nie­wła­ściwe wyko­rzy­sta­nie sił natury mogłoby znisz­czyć ten przy­rząd ze złota, mie­dzi i wiru­ją­cych klej­no­tów...

A teraz krę­cił się w prze­ciwną stronę.

Reed powoli roz­ciąga usta w uśmie­chu.

- Widzisz? - odzywa się. - Nie musimy cze­kać, żeby wie­dzieć, czy tym razem się powie­dzie. Udało się. Wszy­scy ci sta­rzy głupcy, któ­rym wyda­wało się, że mogą pano­wać nad świa­tem - Baker, Hamil­ton, Poe, Twain, nawet biedny, prze­klęty Love­craft - zawie­dli. A nam się udało. Dwoje z tych dzieci, dwoje z sze­ściorga mądrych, bystrych dzieci, wyze­ro­wało wła­śnie swoją wła­sną oś czasu. To działa. - Patrzy na nią roz­pro­mie­niony.

- Będziemy kon­tro­lo­wać świat.

Leigh prze­krzy­wia głowę, jakby podą­żała za jego sło­wami do logicz­nej kon­klu­zji.

- Czy to zna­czy, że nie potrze­bu­jemy już ban­kie­rów?

Trzy­ma­jąc dra­pież­niki na smy­czy, należy dać im prze­strzeń, żeby mogły się wybie­gać. Reed kiwa głową.

- Tak - mówi. - Ale dopil­nuj, żeby zro­zu­mieli, dla­czego zry­wamy naszą umowę. Zawsze jest lepiej, jeśli rozu­mieją.

Uśmiech na twa­rzy Leigh jest sze­roki i jasny jak brama wio­dąca do nie­praw­do­po­dob­nej drogi. Jest teraz bar­dziej upiorna niż piękna i Reed zasta­na­wia się, jak to moż­liwe, że ten, kto ją stwo­rzył, nie widział zna­ków ostrze­gaw­czych.

- Uczy­nię to dziś w nocy - mówi.

- Dobrze. Ja zajmę się Kon­gre­sem. Wszystko idzie dokład­nie zgod­nie z pla­nem. - Zwraca twarz w stronę okna, jego uśmiech jest mniej­szy i bled­szy niż uśmiech Leigh. - Nie­moż­liwe Mia­sto będzie nasze.

Za jego ple­cami astro­la­bium Aspho­del Baker obraca się w prze­ciwną stronę, a wszystko to już się wyda­rzyło.

Nieprawdopodobna droga

Oś czasu: 02:13 czasu środ­ko­wo­ame­ry­kań­skiego stan­dar­do­wego, 3 lipca 1986 r.

Męż­czy­zna, który nie nazywa się Smith, budzi się w ciem­nym, cichym pokoju z uczu­ciem, że coś jest bar­dzo, ale to bar­dzo nie tak. Obok niego pod koł­drą maja­czy zna­jomy kształt śpią­cej żony. W powie­trzu unosi się dziwny zwie­rzęcy zapach, mie­dziany i inten­sywny.

Nie jest sam.

W chwili, gdy nacho­dzi go owa myśl, zawisa nad nim inny kształt z sze­ro­kim uśmie­chem, który obnaża wszyst­kie zęby. Są równe, białe i ide­alne, ale z jakie­goś powodu czło­wiek, który nie nazywa się Smith, nie może prze­stać myśleć, że coś jest z nimi nie tak, że są nie­do­pa­so­wane, jak zęby, które nie powinny były dzie­lić jed­nych ust i for­mo­wać jed­nego, prze­ra­ża­ją­cego uśmie­chu.

- Dobry wie­czór, pro­szę pana - odzywa się kształt. Teraz go roz­po­znaje. To kobieta Reeda, wiecz­nie nachmu­rzona pod­le­gła mu ślicz­notka, która poja­wia się na ich spo­tka­niach, jakby miała prawo w nich uczest­ni­czyć. Leigh. Tak ma na imię. Ni­gdy dotąd nie był tak bli­sko niej. Jej oczy... Coś jest z nimi nie tak. Podob­nie jak z jej uśmie­chem. One rów­nież są ide­alne, a jed­nak nie­wy­mow­nie nie­pa­su­jące.

- Ani drgnij - mówi Leigh i czło­wiek, który nie nazywa się Smith, wzdryga się, a przy­naj­mniej pró­buje. Ale ciało nie reaguje. Jest zasty­głe w bez­ru­chu, pod­czas gdy ona wciąż się uśmie­cha. - Męż­czyźni - cią­gnie. - Głupi, głupi męż­czyźni. Chce­cie kon­tro­lo­wać świat, ale nie przy­szło wam do głowy, żeby spy­tać, co tak naprawdę to zna­czy. Czym naprawdę była alche­mia, co mogła uczy­nić... Dba­li­ście wyłącz­nie o to, co mogła wam ofia­ro­wać. Gra­tu­la­cje. Ofia­ro­wała mi was.

Teraz już wie, co to za zapach. Nie wie, jak to moż­liwe, że wcze­śniej go nie roz­po­znał, ale może wolał tego nie robić. Nie chciał roz­po­znać woni krwi, tak jak nie chciał zada­wać sobie pyta­nia, skąd się wzięła.

Jego żona leży nie­ru­chomo i męż­czy­zna jest prze­ra­ża­jąco pewien, że zna odpo­wiedź.

- Dał mi cie­bie Reed - cią­gnie Leigh. - Widzisz, dotar­li­śmy do miej­sca, w któ­rym nie potrze­bu­jemy już inwe­sto­rów. Myślę jed­nak, że możesz ofia­ro­wać jesz­cze jeden ostatni datek, a to zna­czy, że opo­wiem ci histo­rię. Słowa to potęga. Będziesz wart wię­cej, jeśli zro­zu­miesz, dla­czego musisz umrzeć. To jak... home­opa­tyczny lek na duszę. Twoje ciało zachowa wspo­mnie­nie wszyst­kiego, co ci powiem, a przez to sta­nie się bar­dziej uży­teczne. Wygod­nie ci?

Męż­czy­zna, który nie nazywa się Smith, nie może mówić. Nie może jej odpo­wie­dzieć. Prze­ra­żony prze­wraca tylko oczami. Sądząc po tym, jak jej uśmiech łagod­nieje, znała odpo­wiedź, jesz­cze zanim zadała pyta­nie.

- To dobrze - mówi. W dłoni trzyma nóż. Jak to moż­liwe? Prze­cież nawet się nie poru­szyła. - Oto histo­ria kobiety, która miała za dużo pomy­słów, i męż­czy­zny, któ­rego stwo­rzyła, żeby je wszyst­kie urze­czy­wist­nił. Sły­sza­łeś o A. Debo­rah Baker, prawda? Wszy­scy sły­szeli o A. Debo­rah Baker.

Nóż, nóż, o Boże, nóż, a on nie może krzy­czeć, nie może się ruszyć, ale gdy ona unosi jego rękę, czuje na skó­rze lepką krew swo­jej żony. Ból jest czy­sty i jasny i całe szczę­ście, że nie może obró­cić głowy, żeby zoba­czyć, co ta kobieta pisze, raz za razem powoli prze­cią­ga­jąc ostrzem.

- Napi­sała serię ksią­żek dla dzieci o miej­scu, które nazwała Nad-i-Pod. Wiem, że twoje dzieci je czy­tają. Widzia­łam je na półce, kiedy poszłam odwie­dzić Emily w jej pokoju.

Jesz­cze ni­gdy w życiu nie chciał krzy­czeć tak bar­dzo jak teraz.

- Napi­sała przed śmier­cią czter­na­ście ksią­żek. Na ich pod­sta­wie nakrę­cono sześć fil­mów, cztery już po tym, jak zmie­niła się w proch i pył. Jej ślad kul­tu­rowy znany jest na całym świe­cie. Wszy­scy znają A. Debo­rah Baker i jej dzieła: słod­kiego Avery'ego i odważną Zib. Ale czy wie­dzia­łeś, że wypi­saw­szy swój pierw­szy czek, sta­łeś się jed­nym z jej ako­li­tów?

Głos ma spo­kojny, nie­mal kojący. Ryt­miczny, jak gdyby szep­tem pró­bo­wała uśpić małe dziecko. Gdyby nie ból, gdyby nie leżące obok ciało żony i ciała dzieci w poko­jach (całej trójki, Boże, on wie, że zabiła całą trójkę, bo kobieta taka jak ona nie zosta­wia nikogo przy życiu, i dla­czego nie może się ruszyć) byłoby to nie­mal przy­jemne.

- Naprawdę miała na imię Aspho­del. To wła­śnie ozna­cza "A". Była naj­więk­szym z ame­ry­kań­skich alche­mi­ków. Nie bądź taki zasko­czony. Nie ma lep­szego spo­sobu na ukry­cie swych nauk, niż zaszy­fro­wać je w czymś, co poko­chają dzieci na całym świe­cie. Nakło­niła całe poko­le­nia, by myślały tak jak ona. Odmie­niła spo­sób, w jaki działa alche­mia. To płasz­czy­zna poro­zu­mie­nia mię­dzy magią a nauką. Jej rezul­taty są powta­rzalne, ale tylko wtedy, gdy ludzie naprawdę wie­rzą, że tak się sta­nie. Aspho­del Baker prze­pi­sała świat, swym pió­rem powo­łu­jąc do życia nowy. Tchnęła życie w umie­ra­jącą dys­cy­plinę i Kon­gres znie­na­wi­dził ją za to, że oka­zała się znacz­nie potęż­niej­sza, niż się tego spo­dzie­wali. Nic nie­zna­czący głupcy. Na­dal jej nie­na­wi­dzą, cho­ciaż wie­dzą o niej jedy­nie to, co po sobie pozo­sta­wiła. Wszy­scy zapłacą. Wkrótce i na wieki.

Ból jest tak ogromny, że pożera cały świat. Ona odcina z niego kawa­łek po kawałku, a on nie może wal­czyć, nie może się bro­nić, tak jak nie mógł obro­nić wła­snej rodziny.

- To ona stwo­rzyła Reeda, udo­wad­nia­jąc tym samym, że potrafi stwo­rzyć życie z poszcze­gól­nych kawał­ków. Stwo­rzyła go i pole­ciła mu, by zro­bił to, czego ona nie zdo­łała, by dokoń­czył to, co ona zdą­żyła led­wie zacząć. I spójrz tylko - jej nie ma, a on trwa na­dal. Pro­sił, żebym podzię­ko­wała ci za twoje wspar­cie i za to, że pomo­głeś mu zajść tak daleko. Ale twoje usługi nie będą już konieczne. Dotar­łeś do końca nie­praw­do­po­dob­nej drogi.

Nóż się poru­sza, jesz­cze raz i jesz­cze, aż męż­czy­zna, który nie nazywa się Smith, traci przy­tom­ność, a zaraz potem życie.

Leigh Bar­row przy­siada na skraju prze­siąk­nię­tego krwią łóżka, na któ­rym leży mar­twy męż­czy­zna. Jej uśmiech gaśnie i kobieta pochyla się do przodu. Zaczyna się praw­dziwa praca. Jest tyle do zebra­nia, a do świtu pozo­stało tak nie­wiele godzin.

Nie­praw­do­po­dobna droga roz­wija się jak okiem się­gnąć i tutaj zaczyna się podróż.

Niemożliwe miasto

Oś czasu: 10:22 czasu środ­ko­wo­ame­ry­kań­skiego stan­dar­do­wego, 3 lipca 1986 r.

Reed nie czuł się tak dobrze od lat.

Leigh wró­ciła bez­piecz­nie do kom­pleksu, zajęta małost­ko­wymi głup­cami, któ­rzy przy odro­bi­nie szczę­ścia okażą się bar­dziej przy­datni po śmierci niż za życia; trzy pary kuku­łek zostały roz­dzie­lone i ode­słane do nowych domów, by dora­stać w zwy­czaj­nym świe­cie wśród zwy­czaj­nych ludzi.

(Fakt, że trzy z tych tak zwa­nych "zwy­czaj­nych" rodzin należą do niego cia­łem i duszą, jest bez zna­cze­nia. Wszy­scy oni to nie­speł­nieni alche­micy, uczeni, któ­rzy mieli pra­gnie­nia, lecz nie posia­dali umie­jęt­no­ści, by słu­żyć mu bar­dziej bez­po­śred­nio. Będą uda­wać kochan­ków - może niektó­rzy rze­czy­wi­ście się w sobie zako­chają - i z odda­niem i tro­ską wycho­wy­wać obiekty jego eks­pe­ry­mentu. To naukowcy. Mają ukoń­czyć pro­jekt. Porażka nie wcho­dzi w grę, ich ciała byłyby wów­czas zdane na łaskę i nie­ła­skę Leigh, a nikt, kto poznał tę kobietę, nie podej­mie się tego ryzyka. Pra­wie się doko­nało. Nie­moż­liwe Mia­sto będzie jego).

Samo­chód się zatrzy­muje. Zanim otwo­rzy drzwi, Reed popra­wia koł­nierz koszuli. Znik­nęły klej­noty i przy­cią­ga­jące wzrok runy, które zastą­piła sto­sowna pogrze­bowa czerń i zapi­nana pod samą szyję koszula, która nadaje mu nie­mal pro­win­cjo­nalny wygląd. W prze­ci­wień­stwie do poprzed­nich gości Kon­gres nie da się nabrać na show­mań­skie sztuczki. Z nimi trzeba postę­po­wać nieco... ostroż­niej.

(Aspho­del na końcu: Aspho­del niczym feniks, tak sfru­stro­wana, że omal nie sta­nęła w pło­mie­niach. "Są tacy pewni, że wie­dzą, co jest moż­liwe, że się ogra­ni­czyli", war­czy. Mógłby słu­chać jej gniewu przez całą wiecz­ność, pomógłby jej roze­drzeć fun­da­menty świata, gdyby tego chciała. Jest jego jedyną miło­ścią, jego jedyną prze­ło­żoną i tylko jej żałuje, albo­wiem oboje wie­dzą, co się wyda­rzy. Oboje wie­dzą, że to on będzie musiał trzy­mać nóż).

Tak jak podej­rze­wał, cze­kają na niego, kiedy wcho­dzi do holu, a jego kroki odbi­jają się echem w nie­ru­cho­mym powie­trzu. Miej­scowi myślą, że to kościół, choć nikt nie wie, jakiego wyzna­nia ani nie zna nikogo, kto przy­cho­dziłby tu na nabo­żeń­stwa. A jed­nak kształt się zga­dza, a gdy w nie­dzielę rano mijają budy­nek, na traw­niku zawsze stoją ludzie odziani w skromne gar­ni­tury i prak­tyczne sukienki. Cóż więc innego mogłoby to być?

Cza­sami naj­ła­twiej jest ukryć coś na widoku. W końcu to, czego nie trzeba szu­kać, bo po pro­stu jest, nie może być nie­bez­pieczne.

Reed przy­gląda się czte­rem męż­czy­znom z uśmie­chem na ustach i żądzą mordu w sercu.

- Widzę, że sły­sze­li­ście wia­do­mo­ści - mówi. - Myśla­łem, że zasko­czę infor­ma­cjami Mistrza Danielsa. Gdzie on jest?

- Mistrz Daniels ma waż­niej­sze zaję­cia niż prze­sta­wa­nie z ludźmi two­jego pokroju - odzywa się jeden z męż­czyzn, blady i z led­wie widocz­nymi brwiami.

- Jestem człon­kiem Kon­gresu, prawda? - Reed nie prze­staje się uśmie­chać. Zasta­na­wia się, czy brak zaro­stu jest natu­ralny, czy może spo­wo­do­wał go jakiś wypa­dek w labo­ra­to­rium. Tak czy ina­czej, pro­blem można by roz­wią­zać, sto­su­jąc zwy­kłe kosme­tyki, a wtedy męż­czy­zna prze­stałby przy­po­mi­nać kosmitę. - Mam takie same prawo spo­tkać się z naszym prze­ło­żo­nym jak wy.

- Stą­pasz po grzą­skim grun­cie - odzywa się drugi, niski i kor­pu­lentny w swoim ciem­no­gra­fi­to­wym gar­ni­tu­rze. - Nie można inge­ro­wać w Dok­trynę. Śmierć two­jej mistrzyni niczego cię nie nauczyła?

Uśmiech Reeda ani drgnie.

- Nie masz prawa o niej mówić. Ty, który zła­ma­łeś jej serce, i który pogar­dza­łeś jej pracą, co nie prze­szko­dziło ci wyko­rzy­stać ją dla wła­snej korzy­ści. A może odzy­ska­łeś swój chło­pięcy wygląd dzięki innemu mecha­ni­zmowi niż opra­co­wany przez nią elik­sir życia?

Męż­czy­zna oblewa się rumień­cem i pośpiesz­nie odwraca twarz. Reed robi krok do przodu.

- Poroz­ma­wiam z Mistrzem Daniel­sem. Poin­for­muję go, że oble­kłem Dok­trynę w ciało i dam Kon­gre­sowi jesz­cze jedną szansę, by zapew­nił mi pozy­cję i wła­dzę, na jaką zasłu­ży­łem swo­imi osią­gnię­ciami. Jeśli mi odmówi, odejdę, a gdy w końcu obejmę wła­dzę nad siłami rzą­dzą­cymi świa­tem, dopro­wa­dzę do waszego upadku. Czy wyra­żam się jasno?

- Jasno jak zawsze, James.

Reed się odwraca.

Mistrz Daniels był stary, gdy Aspho­del Baker była młoda: wszyst­kie jej osią­gnię­cia, choć prze­dłu­żały jego życie, nie wystar­czyły, żeby cof­nąć czas. Jest teraz stary, nie­wy­obra­żal­nie stary i wcho­dzi do zakry­stii kościoła, który nie jest kościo­łem, z ocię­żałą powol­no­ścią czło­wieka, który dni wszel­kiego pośpie­chu dawno ma już za sobą. W prze­ci­wień­stwie do odzia­nych w prak­tyczne gar­ni­tury męż­czyzn, ma na sobie czer­wone szaty świad­czące o jego sta­no­wi­sku, ponad­cza­sowe, a zara­zem sta­ro­świec­kie.

Jeśli w Kon­gre­sie jest ktoś, kto rozu­mie, jak ważna jest umie­jęt­ność zain­te­re­so­wa­nia publicz­no­ści, tak jak rozu­miała to Aspho­del, tym kimś jest Arthur Daniels. Uśmiech Reeda, kiedy patrzy na tego czło­wieka, jest szczery. Może stoją po prze­ciw­nych stro­nach bary­kady, ale przy­naj­mniej Daniels stoi z god­no­ścią.

(Aspho­del na końcu: Aspho­del skru­szona, bła­ga­jąca swego mistrza, by zro­zu­miał, co pró­bo­wała osią­gnąć całe swoje życie; z pochy­loną głową i pię­ściami wbi­tymi w zie­mię. Aspho­del z oczami peł­nymi łez, bła­ga­jąca sta­rego głupca, by jej wysłu­chał, by ujrzał w niej coś wię­cej niż tylko kobietę o mło­dej twa­rzy i by ją usły­szał, czym bowiem jest alche­mia, jeśli nie wyko­rzy­sty­wa­niem miriad kawał­ków stwo­rze­nia po to, by wykuć z nich lep­szą całość? Odma­wia­nie kobie­tom należ­nego im miej­sca w zarzą­dzie Kon­gresu tylko je ogra­ni­cza i umniej­sza to, co mogłyby zro­bić. Tym­cza­sem Daniels, stary głu­piec, odwraca się).

- A więc to prawda? - pyta, robiąc ostrożny krok w stronę Reeda. - Zro­bi­łeś to?

- Dok­tryna żyje - mówi Reed. - Cho­dzi wśród nas, uwię­ziona w ciele, ule­gła, młoda i nie­mą­dra. Doko­nam tego. Jako twój sprzy­mie­rze­niec albo wróg.

- Wie­rzysz, że będziesz w sta­nie ją kon­tro­lo­wać? Siłę tak potężną, że potrafi odmie­nić czas?

- Wie­rzę, że już to zro­bi­łem.

Astro­la­bium kręci się, cofa... O, tak. Reed nad nim zapa­nuje.

Będzie spra­wo­wał wła­dzę nad całym wszech­świa­tem.

Daniels przez długą chwilę patrzy na niego w mil­cze­niu, aż w końcu skła­nia głowę.

- Wygląda na to, że musimy powi­tać cię w domu, alche­miku, wszak jest wiele rze­czy, któ­rych musisz nas nauczyć.

Pozo­stali męż­czyźni patrzą z nie­po­ko­jem, jak gdyby nie dowie­rzali, że to dzieje się naprawdę. Reed się uśmie­cha i szyb­kim kro­kiem prze­cina pomiesz­cze­nie, by przy­klęk­nąć przed sta­rym alche­mi­kiem. Kiedy Daniels głasz­cze go po gło­wie, ma wra­że­nie, że doty­kają go palce mumii: per­ga­mi­nowe, pra­stare, prze­siąk­nięte zapa­chem olej­ków wotyw­nych gro­bowca.

- Uwierz w nasze dzieła, a powie­dziemy cię do świa­tła - mówi Daniels.

(Aspho­del na końcu, wykrwa­wia­jąca się na pod­ło­dze, z dziw­nym zado­wo­le­niem malu­ją­cym się na twa­rzy, jak gdyby zawsze wie­działa, że tak będzie wyglą­dał jej koniec; jakby cze­kała. Jak gdyby jej klę­ska była jej zwy­cię­stwem. Reed wścieka się, widząc jej spoj­rze­nie, ale jest już za późno. Ode­szła, ode­szła. I jeśli rze­czy­wi­ście było to jej zwy­cię­stwo, zabrała je z sobą do grobu).

- A świa­tło popro­wa­dzi mnie do domu - mówi Reed.

Trium­fuje w swej porażce.

Reed wie, że zanim to zro­zu­mieją, będzie już za późno, a Aspho­del, która nie stwo­rzy­łaby go - swo­jego zabójcy - gdyby nie ota­cza­jący go teraz małost­kowi głupcy, zosta­nie pomsz­czona.

Musi tylko zacze­kać, aż jego kukułki roz­winą skrzy­dła, a wszech­świat będzie jego.

Dziew­czynka była bar­dzo blada, z wodo­ro­stami zaplą­ta­nymi we włosy i palce u nóg. Stopy miała bose i cała lśniła sre­brzy­stym bla­skiem, jakby ktoś opró­szył ją bro­ka­tem i wysłał w świat.

- Czym jesteś? - spy­tała Zib, zapo­mi­na­jąc o manie­rach.

Avery szturch­nął ją łok­ciem w bok, ale było już za późno: pyta­nie zostało zadane.

- Nazy­wam się Niamh - odparła dziew­czynka. - Pocho­dzę z mia­sta głę­boko pod powierzch­nią jeziora, z miej­sca tak zim­nego, że lód top­nieje tam tylko raz na sto lat.

- Ludzie nie miesz­kają w głębi jezior - zauwa­żył Avery. - Nie ma tam powie­trza. Tylko woda. Ludzie nie oddy­chają wodą.

- Tak, ale tam, skąd pocho­dzę, ludzie w ogóle nie oddy­chają. - Niamh uśmiech­nęła się, poka­zu­jąc per­łowe ząbki. - I tylko gdy stop­nieje lód, wycho­dzimy na powierzch­nię, żeby zoba­czyć, jak żyją inni. Ale kiedy zbie­ra­łam na brzegu kamyki, nade­szła burza, poja­wiła się Goń­czyni Zamar­z­nię­tych Wód i prze­nio­sła mnie do Króla Kie­li­chów. To bar­dzo okrutny władca i wię­ził mnie tak długo, że lód zdą­żył zamar­z­nąć, a ja jestem uto­pioną dziew­czynką bez mia­sta i muszę cze­kać na kolejną odwilż.

- Sto lat to bar­dzo długo - powie­dział Avery. Nie chciał roz­my­ślać o tym, jak pięk­nie lśni jej skóra, ani o tym, że - jak twier­dziła - pocho­dzi z miej­sca, w któ­rym ludzie nie oddy­chają. Z pew­no­ścią żar­to­wała sobie z nich.

- Nie będziesz wtedy za stara, żeby pły­wać?

- Ależ nie. Kiedy jestem w domu, nie oddy­cham, a kiedy jestem tutaj, nie sta­rzeję się. Dzięki temu, jeśli będę mądra, zawsze będę mogła wró­cić.

Tym­cza­sem Zib miała, jej zda­niem, dużo waż­niej­sze pyta­nie.

- Kim jest Goń­czyni Zamar­z­nię­tych Wód?

Niamh spo­waż­niała.

- To naj­gor­sza ze wszyst­kich pod­da­nych Króla, ponie­waż kocha go i nie­na­wi­dzi, i zrobi wszystko, żeby spra­wić mu przy­jem­ność. Roz­ka­zuje wro­nom, a one robią, co im każe. Dla niego zbiera wszyst­kie dziwne rze­czy, które tra­fiają do Nad-i-Pod. Was też zabie­rze, jeśli nie będzie­cie ostrożni.

Avery i Zib wymie­nili spoj­rze­nia i przy­su­nęli się do sie­bie, nagle czu­jąc strach przed tą lśniącą dziew­czynką i wszyst­kim, co mogła ozna­czać jej obec­ność.

A. Debo­rah Baker, Za murem Woodward

Wstęp

Oś czasu: 16:22 czasu wschod­nio­ame­ry­kań­skiego stan­dar­do­wego, 9 kwiet­nia 1993 r. (sie­dem lat po prze­nie­sie­niu)

- Odro­bi­łeś pracę domową?

- Nie - mówi Roger i chowa książkę pod biur­kiem, zanim matka zoba­czy.

Podoba jej się, że czyta. Że jest mądry. Sły­szał, jak chwa­liła się przy­ja­ciół­kom swoim "małym pro­fe­so­rem" i tym, że kie­dyś zmieni świat, trzeba tylko pocze­kać. Ale nie lubi, jak czyta, kiedy powi­nien odra­biać pracę domową, a ostat­nio - po kilku nie­po­ko­ją­cych roz­mo­wach z nauczy­cielką - zaczęła zabie­rać mu książki, kiedy jej zda­niem czy­tał, żeby wymi­gać się od innych obo­wiąz­ków.

Co, for­mal­nie rzecz bio­rąc, jest prawdą. Na przy­kład ten zestaw zadań powi­nien być zro­biony godzinę temu. Ale w książce tyle się działo (zawsze tyle się dzieje), że prze­czy­ta­nie kilku kolej­nych stron wyda­wało się waż­niej­sze od mno­że­nia kilku głu­pich liczb. W prze­ci­wień­stwie do słów liczby nie potrze­bują, żeby nada­wał im zna­cze­nie. Słowa nie zna­czą nic bez kogoś, kto je zro­zu­mie. Liczby po pro­stu są. Dla nich jest czymś redun­dant­nym. "Redun­dantny" to jedno z nowo pozna­nych słów.

Roger Mid­dle­ton ma sie­dem lat i tak bar­dzo kocha język, że w jego świe­cie nie ma miej­sca na nic innego. Nie upra­wia sportu ani nie szuka przy­gód w pobli­skim lesie, nie chce psa i nie chce spę­dzać week­en­dów w domu przy­ja­ciela. Chce tylko czy­tać, słu­chać, pozna­wać i rozu­mieć sylaby, które two­rzą ota­cza­jący go wszech­świat.

(Jego mama nie jest taka zła, jak mogłoby się wyda­wać. Zabiera mu książki, kiedy Roger zanie­dbuje obo­wiązki, takie jak praca domowa z mate­ma­tyki, ale je oddaje, i ni­gdy nie powie­działa mu, że coś jest dla niego "za poważne". Zamiast tego zasy­puje go książ­kami - kupuje mu każdą, o którą poprosi - i wydaje się zachwy­cona tym, jak szybko się uczy. Poda­ro­wała mu nawet kilka ksią­żek napi­sa­nych w obcych języ­kach - hisz­pań­skim, nie­miec­kim albo kan­toń­skim - i zaśmiewa się, kiedy czyta jej te histo­rie! Śmieje się nawet wtedy, kiedy nic nie rozu­mie. Dla­tego Roger wie, że jest z niego dumna. Musi być).

Patrzy na nią i uśmie­cha się z nadzieją, a ona mięk­nie. Jak zawsze.

- Dobrze, młody czło­wieku - mówi z uda­waną powagą. - Wrócę tu za pięt­na­ście minut, żeby spraw­dzić zada­nia. Lepiej odrób cho­ciaż połowę z nich, bo ina­czej na dwa dni poże­gnasz się z książ­kami. Nawet tymi, które scho­wa­łeś w szu­fla­dach.

Roger zachły­stuje się z prze­ra­że­nia.

- Dobrze, mamo - mówi. Z ołów­kiem w dłoni pochyla się nad zeszy­tem i zabiera się do pracy, by zacho­wać przy­wi­leje.

Dzie­sięć minut póź­niej jego wydaj­ność spada gwał­tow­nie i kolejny raz spo­gląda na morze liczb i zna­ków, zasta­na­wia­jąc się, czy nie zary­zy­ko­wać i nie wyjąć spod biurka książki.

- Odpo­wiedź to szes­na­ście - mówi dziew­częcy głos. Nie dobiega z powie­trza obok niego, raczej z prze­strzeni, którą Roger zaj­muje w tym wła­śnie momen­cie. Nie jest to rów­nież jeden z tych gło­sów, które sły­szy cza­sami w gło­wie, gdy udaje, że jest słyn­nym auto­rem piszą­cym nową powieść albo cenio­nym wykła­dowcą, który tłu­ma­czy spra­gnio­nej wie­dzy publicz­no­ści defi­ni­cję nowo odkry­tego słowa. To nowy głos, z zewnątrz, i to nie on go wymy­ślił.

Roger sztyw­nieje. Głosy zni­kąd nie są czymś dobrym. Być mądrym i cichym to słu­chać, jak jego mama prze­chwala się nim przed przy­ja­ciół­kami. To rów­nież słu­chać, jak nauczy­ciele skarżą się, że mar­twi ich, iż jej syn nie bawi się z innymi dziećmi i od towa­rzy­stwa ludzi woli towa­rzy­stwo ksią­żek. Może coś z nim jest... nie tak. Mówią to wyłącz­nie szep­tem i tylko wtedy, gdy myślą, że ich nie sły­szy. Ale on sły­szy.

Nie chce, żeby coś było z nim... nie tak. Dla­tego się nie odzywa. Zwy­kle ludzie odcho­dzą, kiedy z nimi nie roz­ma­wia.

Dziew­czynka wzdy­cha poiry­to­wana.

- Sły­sza­łeś, co powie­dzia­łam? To szes­na­ście, głupku. Zapisz to.

Roger robi to odru­chowo. Roz­wią­za­nie wygląda popraw­nie, umiesz­czone pod ósemką i dwójką, i małym "x", który ozna­cza mno­że­nie. Na­dal jed­nak się nie odzywa.

- Jak chcesz, mogę zro­bić pozo­stałe.

- Mogła­byś? - Zakrywa usta dło­nią i ner­wowo roz­gląda się dookoła na wypa­dek, gdyby mama weszła nie­po­strze­że­nie do pokoju i usły­szała, jak jej syn roz­ma­wia z powie­trzem. Chwilę póź­niej, zni­ża­jąc głos, pyta raz jesz­cze: - Mogła­byś?

- Pew­nie. Nudzę się. Mogę?

- No... dobrze.

Dyk­tuje mu roz­wią­za­nia tak szybko, jak szybko Roger jest w sta­nie je zapi­sać. Cza­sami prze­ska­kuje o dwa, trzy dzia­ła­nia do przodu i wraca do tych pomi­nię­tych. Niczego mu nie tłu­ma­czy. Ale Roger nie jest tu po to, żeby się uczyć: ma tylko noto­wać, nie zasta­na­wia się nad tym, co powo­duje czło­wie­kiem, że ten chce odra­biać za kogoś pracę domową z mate­ma­tyki. Kiedy wszyst­kie zada­nia są roz­wią­zane - łącz­nie z czte­rema dodat­ko­wymi na dole kartki, co ni­gdy dotąd mu się nie zda­rzyło - odkłada ołó­wek i wbija wzrok w pokry­wa­jące kartkę gra­fi­towe zapi­ski.

- O ja cię.

- Co? To pod­stawy. Nuda. Powin­ni­śmy się zająć rachun­kiem róż­nicz­kowo-cał­ko­wym.

Roger czuje, że dłu­żej nie wytrzyma.

- Kim jesteś? - pyta. - To jakaś sztuczka?

- Nie, głupku. To mate­ma­tyka. Mate­ma­tyka to nie żadne sztuczki. Ani pod­stępy. Cza­sami spra­wia pro­blemy, ale zawsze ist­nieją roz­wią­za­nia. Nie jak z głu­pim angiel­skim. - W gło­sie dziew­czynki pobrzmiewa iry­ta­cja. - Żaby nie noszą ubrań i nie jeż­dżą samo­cho­dami, jeśli porwie cię tor­nado, nie tra­fiasz do innego kraju, tylko umie­rasz, a droga nie może być nie­praw­do­po­dobna. To wszystko głu­pie kłam­stwa dla głu­pich kłam­czu­chów, a i tak każą nam się ich uczyć. To nie w porządku.

Oto coś, co Roger rozu­mie.

- To nie kłam­stwo - oznaj­mia trium­fal­nie. - Tylko meta­fora. - Prze­ciąga "e", przez co słowa brzmi jak "mee-tafora". Żadne z nich tego nie zauważa. (W póź­niej­szych latach, kiedy nie­po­prawna wymowa sta­nie się jed­nym z jego naj­więk­szych lęków, spoj­rzy wstecz na tę chwilę, skrzywi się z nie­sma­kiem i będzie się zasta­na­wiał, jak to moż­liwe, że zostali przy­ja­ciółmi, skoro wszystko zaczęło się od wypa­czo­nego słowa). - To wykorzysta­nie rze­czy, która nie jest prawdą, żeby opi­sać coś, co nią jest.

- Jeśli coś nie jest prawdą, jest kłam­stwem.

- Nie zawsze. - Nie zna odpo­wied­nich słów, żeby wytłu­ma­czyć jej, dla­czego tak się dzieje: po pro­stu wie, że tak jest; że cza­sami rze­czy są sym­bo­lami dla idei zbyt wiel­kich, by mogły ist­nieć bez ich pomocy, a nie­prawdy bywają naj­praw­dziw­sze. - Dalej nie wiem, kim jesteś.

- Dodger Che­swich - odpo­wiada dziew­czynka afek­to­wa­nym gło­sem. Roger roz­po­znaje ten ton, bo sam go cza­sem używa: to głos naj­mą­drzej­szego dzie­ciaka w szkole, któ­remu zadano bez­sen­sowne pyta­nie. - Nasze imiona się rymują. Ro-ger i Dod-ger.

Roger zamiera. Skąd wie, jak ma na imię? Nie może znać jego imie­nia, chyba że naprawdę sie­dzi mu w gło­wie, a jeśli to wła­śnie stam­tąd do niego mówi, to zna­czy, że coś jest z nim nie tak. A Roger nie chce, żeby coś było nie tak z jego głową.

Tym­cza­sem ona nie prze­staje mówić. Mówi szybko i bez ustanku, przez co łatwo zapo­mnieć o tym, co go mar­twi. Dziew­czynka jest praw­dziwa. Musi taka być. Roger ni­gdy nie wyobra­ziłby sobie kogoś takiego jak ona.

- Może dla­tego mogę odra­biać twoją pracę domową. Może wszyst­kie dzieci, któ­rych imiona się rymują, mają tak samo. Masz jesz­cze jakieś?

- Imiona?

- Nie, głup­ta­sie. Zada­nia domowe.

- Nie dziś - odpo­wiada i czuje radość, gdy uświa­da­mia sobie, że to prawda: on i głos w jego gło­wie roz­wią­zali wszyst­kie zada­nia. Co wię­cej, zro­bił to wszystko sam, o czym świad­czą odpo­wie­dzi zapi­sane jego cha­rak­te­rem pisma. Nagle marsz­czy brwi. - Czy ja ścią­ga­łem?

- Nie.

- Skąd wiesz?

- Bo czę­sto kłócę się z nauczy­cie­lami o to, czy ścią­gam, i żaden ni­gdy nie powie­dział, że "jeśli sły­szysz w gło­wie głos, który dyk­tuje ci odpo­wie­dzi, to zna­czy, że ścią­gasz". Czyli to nie to.

Ale jej odpo­wiedź rodzi kolejne pyta­nia. Roger zaczyna się czuć, jakby pró­bo­wał wbiec na górę po scho­dzą­cej lawi­nie. Ta cała Dodger - która nie jest praw­dziwa, nie może być praw­dziwa; głosy w gło­wie nie są praw­dziwe - jest zbyt męcząca, żeby być dobrą zmy­śloną przy­ja­ciółką.

- Chyba nie powin­ni­śmy tego robić.

- Daj spo­kój. Nudzę się. - Wydaje się sfru­stro­wana. - Głu­pia Jes­sica Nel­son ude­rzyła mnie na prze­rwie w twarz czer­woną piłką i muszę teraz sie­dzieć w gabi­ne­cie higie­nistki, aż przy­je­dzie mama i zabie­rze mnie do domu. Opusz­czę lek­cję mate­ma­tyki i tańca i nie zja­dłam deseru.

Żadna z tych rze­czy nie pasuje do wyobra­że­nia Rogera o zmy­ślo­nych przy­ja­cio­łach. Ani do tego, co wie na temat ludzi, któ­rzy sły­szą głosy. Wie tylko, że ta dziew­czynka brzmi tak... tak... smutno i że pomo­gła mu odro­bić pracę domową. Dla­tego sięga po ołó­wek i czy­stą kartkę i mówi:

- Pozwól, że opo­wiem ci, czym są meta­fory.

Kiedy jakiś czas póź­niej jego matka zagląda do pokoju, Roger sie­dzi pochy­lony nad kartką i pisze coś, mru­cząc do sie­bie pod nosem. Matka widzi leżące obok odro­bione zada­nia i się uśmie­cha.

Może jed­nak Roger nauczy się wyko­ny­wać pole­ce­nia.

Sekunda za sekundą do pokoju zakrada się pół­noc. Roger pogrą­żony jest w głę­bo­kim, pocie­sza­ją­cym śnie - o pocią­gach, plu­szo­wych misiach i dziw­nych dźwię­kach, które wydają drzwi do spi­żarni - gdy czy­jaś ręka dotyka jego ramie­nia. Zrywa się, otwiera oczy i roz­gląda się po pokoju, wypa­tru­jąc intruza.

Ale nikogo nie ma.

- O, super - mówi głos. - Nie śpisz. Nudzi­łam się.

- Kto tu jest? - Roger roz­gląda się dookoła osza­la­łym wzro­kiem.

Dziew­czynka wzdy­cha.

- Halo, to ja, Dodger. Dla­czego moim zmy­ślo­nym przy­ja­cie­lem musi być głupi chło­piec, który nie lubi mate­ma­tyki? Liczy­łam na coś faj­nego. Na przy­kład sło­nia.

Roger opada na poduszkę i krzy­wiąc się, wbija wzrok w sufit. Leży w łóżku od ponad trzech godzin: flu­ore­scen­cyjne gwiazdki już pra­wie prze­stały świe­cić. Tylko kilka z nich ema­nuje sła­bym świa­tłem, jakby znaj­do­wały się głę­boko pod wodą.

- Nie jestem sło­niem.

- Wiem. Dla­czego śpisz?

- Bo jest pół­noc.

- Wcale nie. Jest dopiero dwu­dzie­sta pierw­sza. Tata mówi, że muszę być w łóżku, żebym rano nie była upier­dliwa. - Jej pogar­dliwy ton zdra­dza, co sądzi na temat ojcow­skiej porady. - Nie moja wina, że budzę się, zanim on zdąży napić się kawy. Co robisz?

- Śpię - syczy Roger. - Nie jestem twoim zmy­ślo­nym przy­ja­cie­lem. Jutro muszę iść do szkoły.

- Ja też. I musisz być moim zmy­ślo­nym przy­ja­cie­lem.

- Dla­czego?

- Bo jeśli nim nie jesteś, to zna­czy, że gadam do sie­bie. - W jej gło­sie jest coś zna­jo­mego: strach. Boi się, co by to zna­czyło, gdyby rze­czy­wi­ście zaczęła roz­ma­wiać z samą sobą. Roger nieco łagod­nieje. Wszystko to nie ma sensu, ale może to wcale nie takie złe. Może dobrze będzie mieć kogoś, z kim mógłby poroz­ma­wiać.

- Jak to moż­liwe, że ze mną roz­ma­wiasz?

- Nie wiem. - Wyczuwa, że dziew­czynka wzru­sza ramio­nami. - Zamy­kam oczy i jesteś. To tak, jak­bym odbie­rała tele­fon. Jeśli się posta­ram, widzę nawet to, co ty. Na przy­kład zada­nia z mate­ma­tyki. Masz ich wię­cej?

- Nie. Chwi­leczkę.

Roger wstaje, choć nogi odma­wiają mu posłu­szeń­stwa. Przez papla­ninę Dodger umysł ma roz­bu­dzony, ale ciało wie, że powinno spać. Kiedy jest już pewien, że się nie prze­wróci, powłó­cząc nogami, wycho­dzi z pokoju na kory­tarz. Dom pogrą­żony jest w ciszy. Zegar w kuchni na dole tyka gło­śno, gałąź dra­pie w okno na kory­tarzu, wiatr gwiż­dże pod oka­pem. Wszystko wydaje się dziw­nie odre­al­nione, odcięte od rze­czy­wi­sto­ści dziw­no­ścią całej tej sytu­acji.

(To musi wyda­rzyć się teraz, myśli, na wpół świa­domy, że to, czego doświad­cza, powinno wyda­wać się nie­moż­liwe. Dwa lata temu uznałby głosy w gło­wie poma­ga­jące mu odro­bić zada­nie domowe z mate­ma­tyki za coś tak nor­mal­nego, że opo­wia­dałby o nich wszyst­kim, nie wie­dząc, że nie­które rze­czy powinny pozo­stać tajem­nicą. Dwa lata póź­niej pomy­ślałby, że fakt, iż sły­szy w swo­jej gło­wie głosy, ozna­cza, że mu odbija, i miałby ochotę roze­rwać się na strzępy, byle tylko je uci­szyć. To ide­alny moment. Jedyny punkt na osi czasu, kiedy można nawią­zać kon­takt, nie powo­du­jąc traumy. Roger nie ma poję­cia, skąd to wie, i dla­czego jest taki pewien, że dwa lata w jedną czy drugą stronę wszystko by zmie­niły, ale ma sie­dem lat i nie zamie­rza tego kwe­stio­no­wać).

Drzwi do pokoju rodzi­ców są zamknięte. Tylko on nie śpi. To zna­czy on i Dodger, ale ona się nie liczy, prawda? Jest w innym domu, w zupeł­nie innym miej­scu. Jeśli w ogóle ist­nieje.

Idąc, wodzi dło­nią po ścia­nie, wyczu­wa­jąc pod pal­cami znisz­czone miej­sca na tape­cie. To on je znisz­czył. Kiedy był mały, żeby ich dosię­gnąć, musiał wycią­gać rękę na wyso­kość uszu. Kiedy pod­rósł, wystar­czyło, że pod­niósł rękę na wyso­kość ramie­nia. Teraz zna­jome miej­sca znaj­dują się nieco powy­żej pasa. Cza­sami rano spo­gląda na ten znisz­czony pas tapety i zasta­na­wia się, co wła­ści­wie ozna­cza; ile czasu minie, nim będzie musiał się­gać w dół, żeby poczuć pod pal­cami zna­jomy frag­ment ściany. Każ­dego dnia rośnie odro­binę i wszystko wokół się zmie­nia.

Więk­szość dzieci, które zna, śpie­szy ku doro­sło­ści i wycią­gnię­tymi rękami chwyta nie­po­zna­walną przy­szłość. Roger chciałby wie­dzieć, jak zaryć pię­tami w zie­mię i zatrzy­mać się tam, gdzie jest. Choćby na chwilę; wystar­cza­jąco długo, żeby zorien­to­wać się, co go czeka.

Znaj­duje drzwi do łazienki, otwiera je i zamyka za sobą. Sły­szy w gło­wie oddech Dodger - szyb­kie, pod­eks­cy­to­wane wde­chy i wyde­chy dziew­czynki, która nie ma poję­cia, co się dzieje, ale chęt­nie się dowie. Ona nie zwolni, tego jest pewien; jeśli już, będzie bie­gła coraz szyb­ciej ku zło­tej mecie, do miej­sca, gdzie koń­czy się dzie­ciń­stwo, a zaczyna doro­słość, i gdzie czło­wiek może robić, co tylko chce.

- Zakryj oczy - mówi i samemu zamknąw­szy oczy, włą­cza świa­tło.

Jest tak jasne, że wdziera się pod zaci­śnięte powieki. Roger czeka, aż ból minie, po czym powoli otwiera oczy i odwraca się w stronę lustra.

Roger Mid­dle­ton jest chu­dym dzie­cia­kiem, wyso­kim na swój wiek, z czu­pryną zbyt dłu­gich, brą­zo­wych wło­sów, które bez względu na to, ile czasu je cze­sze, za nic nie dają się uło­żyć. Jest blady, bo rzadko wycho­dzi na dwór i dla­tego, że gdy tylko zbliży się do drzwi, matka sma­ruje go kre­mem z fil­trem prze­ciw­sło­necz­nym. Cza­sami ma ochotę spa­lić się na słońcu, żeby prze­ko­nać się, jak to jest. Rysy ma syme­tryczne, regu­larne i prze­ciętne. To chło­piec, który we wła­ści­wym ubra­niu i z odpo­wied­nim podej­ściem mógłby znik­nąć w każ­dym tłu­mie.

Oczy ma szare, a gdy patrzy, roz­sze­rzają się, choć wcale im nie kazał. Zamiast tego czuje, jak ogar­nia go zasko­cze­nie Dodger, jej zdu­mie­nie czymś, co jemu wyda­wało się zupeł­nie logicz­nym kro­kiem.

- To ty? - pyta dziew­czynka.

Roger widzi wszystko za swo­imi ple­cami i teraz wie, że na pewno jej tu nie ma. Jest w łazience sam, ubrany w piżamę z Trzmie­li­siem1, z roz­dar­ciem na pra­wym ręka­wie. Jego usta się nie poru­szają.

Przy­naj­mniej do czasu, aż się odzywa.

- To ja - potwier­dza. - To ja. A ty, gdzie jesteś?

- W łóżku. Moi rodzice jesz­cze nie śpią. Zauważą, jak wstanę. - W jej gło­sie sły­chać auten­tyczny żal, jakby nie mogła się docze­kać, aż zrobi to co on. - Masz takie same oczy jak ja. Gdzie miesz­kasz?

- W Cam­bridge. - Roger wie, że nie powi­nien poda­wać adresu obcym ludziom, ale mia­sto to nie adres. A poza tym, czy głos w jego gło­wie to naprawdę ktoś obcy? Jeśli dziew­czynka nie jest praw­dziwa, to się nie liczy, a jeśli ist­nieje naprawdę (co nie jest moż­liwe; to tylko bar­dzo żywy, realny sen), to nawet gdyby znała nazwę mia­sta, nie trafi do jego domu. - A ty?

- W Palo Alto. - Rodzice zapewne nie uprze­dzali jej, żeby nie roz­ma­wiała z nie­zna­jo­mymi, bo dodaje nie­fra­so­bli­wie: - To w Kali­for­nii. Dla­tego jest tutaj dużo wcze­śniej. Cam­bridge jest w Mas­sa­chu­setts, prawda? To daleko stąd. W zupeł­nie innej stre­fie cza­so­wej.

- Co to strefa cza­sowa?

Czuje, jak dziew­czynka się oży­wia.

- Wrzu­ci­łeś kie­dyś poma­rań­czę do basenu?

- Że co?

- Nie zamo­czy się cała od razu. Nie­ważne, jak szybko ją wrzu­cisz, jakaś część zawsze ude­rzy w wodę pierw­sza - tłu­ma­czy rze­czowo. Naj­wy­raź­niej można wytłu­ma­czyć wszystko z pomocą cytrusa. - W tym przy­padku świa­tło jest jak woda, a Zie­mia jak poma­rań­cza. Dzień nie panuje na całym świe­cie jed­no­cze­śnie. Dla­tego tam, gdzie jesteś, jest inna godzina niż tam, gdzie jestem ja. Ina­czej nie­któ­rzy ludzie musie­liby wsta­wać w środku nocy i uda­wać, że jest ranek, a to by się nie spraw­dziło.

W tym momen­cie Roger jest pewien - cał­ko­wi­cie pewien - dwóch rze­czy: Dodger ist­nieje naprawdę, a on chce się z nią zaprzy­jaź­nić. Uśmie­cha się, a jego odbi­cie robi to samo, szczer­bate i pod­eks­cy­to­wane mimo póź­nej godziny.

- To była pra­wie meta­fora.

- Co? - W gło­sie dziew­czynki brzmi prze­ra­że­nie. Roger nie wie, jak ona wygląda, ale jest w sta­nie wyobra­zić sobie jej minę: skon­ster­no­waną i wście­kłą. - Wcale nie! Odszcze­kaj to!

- Wła­śnie, że tak. Zie­mia nie jest poma­rań­czą i nie możesz cisnąć pla­nety do basenu. Stwo­rzy­łaś meta­forę. Nie wszystko jest kłam­stwem.

- Ja... ty... to... - Obu­rzona Dodger jąka się przez chwilę. W końcu wybu­cha: - Oszu­ka­łeś mnie!

Roger nie może się powstrzy­mać. Śmieje się, cho­ciaż wie, że hałas może obu­dzić rodzi­ców. Uznaje jed­nak, że warto zary­zy­ko­wać.

- Stwo­rzy­łaś meta­forę! Zupeł­nie sama!

- Po co ja w ogóle z tobą gadam? Wra­caj spać.

I tak po pro­stu wra­że­nie, że nie jest w łazience sam, znika, a Roger jest śmie­ją­cym się chłop­cem w piża­mie, sam na sam z wła­snym odbi­ciem. Prze­staje się śmiać. Jego uśmiech gaśnie.

- Dodger?

Cisza.

- Daj spo­kój. Tylko się wygłu­pia­łem.

Ale odpo­wiedź nie nad­cho­dzi. Kiedy do łazienki wcho­dzi roze­spana, poiry­to­wana matka, żeby zago­nić go z powro­tem do łóżka, idzie posłusz­nie, zbyt zdez­o­rien­to­wany, żeby się z nią wykłó­cać.

Rano wsta­nie, ubie­rze się i pój­dzie do szkoły. Odda pracę domową, w tym roz­wią­zane zada­nia z mate­ma­tyki. Dosta­nie naj­wyż­szą ocenę, pierw­szy raz, odkąd zaczęli zaj­mo­wać się czymś trud­niej­szym niż doda­wa­nie i odej­mo­wa­nie. Ale to wszystko przy­szłość, po dru­giej stro­nie oce­anu nocy. Bo tu i teraz Roger Mid­dle­ton śpi.

Dopisek

Oś czasu: 13:08 czasu wschod­nio­ame­ry­kań­skiego stan­dar­do­wego, 10 kwiet­nia 1993 r. (następ­nego dnia)

- Przy­znam, że część tego mate­riału budziła moje obawy - mówi panna Lewis.

Jest naj­pięk­niej­szą kobietą na świe­cie, więc wszy­scy jej słu­chają, nawet Marty Daniels, który nor­mal­nie woli czy­tać komiksy pod ławką. Panna Lewis ma ciem­no­brą­zową skórę, jesz­cze ciem­niej­sze, brą­zowe włosy i oczy jak niebo, kiedy zga­sną wszyst­kie świa­tła, tak bli­skie czerni, że mogą być w każ­dym kolo­rze, jaki ist­nieje na świe­cie.

Roger jest w niej zako­chany, ale nie sądzi, żeby miała coś prze­ciwko, gdyby się o tym dowie­działa, ponie­waż ktoś tak piękny jak panna Lewis musi wie­dzieć, że wszy­scy się w niej kochają. Cho­dzi oto­czona mgiełką miło­ści, uśmie­cha­jąc się życz­li­wie do każ­dego, kto znaj­dzie się w jej opa­rach. Inne zacho­wa­nie byłoby okrutne, a panna Lewis ni­gdy nie jest okrutna. To naj­lep­sza nauczy­cielka dru­giej klasy w całym wszech­świe­cie i Roger ma szczę­ście, że uczy wła­śnie jego. Warto było zdać te wszyst­kie testy, żeby dostać się do pro­gramu AP2, bo dzięki temu tra­fił na pannę Lewis.

Nagle widzi, co panna Lewis trzyma w dłoni, i kuli się w sobie. Prze­rwa na lunch skoń­czyła się zale­d­wie dzie­sięć minut temu. Jak to moż­liwe, że zdą­żyła już spraw­dzić zada­nia domowe z mate­ma­tyki?

Będzie miał kło­poty. Napy­tał sobie biedy i nie będzie mógł czy­tać przez tydzień, a...

A na górze kartki, którą panna Lewis poło­żyła przed nim, bro­ka­to­wym maza­kiem zapi­sano 100%, a obok nary­so­wano uśmiech­niętą buźkę. Uśmiech­niętą buźkę. To naj­rzad­sza z wielu nagród panny Lewis, którą nagra­dza tylko wyjąt­kowe postępy albo jesz­cze bar­dziej wyjąt­kową pracę. Roger widział już wcze­śniej uśmiech­nięte buźki na dyk­tan­dach i wypra­co­wa­niach, ale ni­gdy na zada­niu domo­wym z mate­ma­tyki. Na jego zada­niu domo­wym z mate­ma­tyki.

- Ale mnie zasko­czy­li­ście - mówi panna Lewis i uśmie­cha­jąc się do niego, cią­gnie: - Wszy­scy spi­sa­li­ście się bar­dzo, ale to bar­dzo dobrze. Myślę nawet, że rozu­mie­cie te zada­nia lepiej ode mnie.

Nie­które dzieci chi­cho­czą na myśl, że mogłyby rozu­mieć pracę domową lepiej od nauczy­cielki. Ale nie Roger. On nawet nie patrzy na pannę Lewis. Wzrok ma utkwiony w zapi­sa­nej na górze kartki oce­nie i czuje, jakby gdzieś na dnie jego żołądka otwo­rzyła się otchłań bez dna.

Dostał naj­wyż­szą ocenę.

Dostał naj­wyż­szą ocenę, bo pomo­gła mu Dodger.

Dostał naj­wyż­szą ocenę, bo pomo­gła mu Dodger, a teraz ona ode­szła. A może nie. Jest tam, gdzie zawsze, w Kali­for­nii, tak daleko, że rów­nie dobrze mogłaby miesz­kać na głu­pim księ­życu. Nie może do niej zadzwo­nić i prze­pro­sić za to, że się śmiał. Nie może powie­dzieć, jak bar­dzo chce się z nią zaprzy­jaź­nić i jak bar­dzo chce, żeby pomo­gła mu w mate­ma­tyce. Może tylko gapić się na naj­wyż­szą ocenę na górze kartki i czuć się jak oszust i marny przy­ja­ciel.

Kro­pla wody spada na papier. Roger ociera policzki - led­wie świa­domy, że pła­cze - i pod­nosi rękę.

Panna Lewis urywa i patrzy na niego.

- Tak, Roger?

- Panno Lewis, czy mogę... - Milk­nie, policzki mu płoną. Pyta­nie ni­gdy nie jest pro­ste, zwłasz­cza kiedy reszta klasy odwraca się w jego stronę i chi­cho­cze, jakby sami ni­gdy nie musieli sko­rzy­stać z toa­lety, jakby ich ciała były ponad takimi spra­wami. A prze­cież widział na wła­sne oczy, jak ci sami chłopcy pró­bują na prze­rwach stru­mie­niem moczu tra­fić muszki lata­jące nad pisu­arami; sły­szał, jak kłócą się o to, który z nich pier­dzi naj­gło­śniej. Podej­rzewa, że dziew­czyny nie robią takich rze­czy. Ale kto to wie. Chi­cho­czą tak samo jak chłopcy. - Mogę iść do łazienki?

- Oczy­wi­ście - odpo­wiada panna Lewis, litu­jąc się nad nim.

W innych oko­licz­no­ściach spoj­rza­łaby na zegar, który wska­zuje, że lek­cja zaczęła się pięt­na­ście minut temu, i przy­po­mniała mu, że nie­które rze­czy należy robić na prze­rwie, kiedy nie prze­szka­dzają w zaję­ciach. Ale Roger zawsze był cichym chłop­cem, który stro­nił od rówie­śni­ków i nie radził sobie z mate­ma­tyką. Jeśli potrze­buje czasu, żeby oswoić się z oceną, panna Lewis da mu ten czas. Jest nie­wiele rze­czy, które może zro­bić dla wraż­li­wych dzieci, dla­tego jeśli już może coś zro­bić, robi to z przy­jem­no­ścią.

Roger wstaje i na wpół idzie, na wpół wle­cze się w stronę drzwi, uda­jąc, że wcale nie jest skrę­po­wany tym, że wszy­scy na niego patrzą. Wie, że mógłby zacze­kać. Mógłby pocze­kać do końca zajęć i spró­bo­wać tego w domu, we wła­snym pokoju, z tale­rzy­kiem świe­żych cia­ste­czek, by uczcić swoje nie­spo­dzie­wane mate­ma­tyczne zwy­cię­stwo. Jego mama pie­cze naj­lep­sze cia­steczka i myśl o nich - takich cukro­wych, cze­ko­la­do­wych, jesz­cze cie­płych - spra­wia, że przez chwilę czuje się lepiej.

Ale cze­ka­nie byłoby złe. Roger wie o tym, cho­ciaż nie zna jesz­cze wszyst­kich słów, któ­rymi mógłby to opi­sać. "Pro­kra­sty­na­cja" to jedno z nich. Podob­nie jak "symu­lo­wa­nie". (Poznał je latem dzięki ojcu, kiedy rodzice zaczęli uży­wać naj­bar­dziej wymyśl­nych słów, tak by nie wie­dział, o czym roz­ma­wiają. Ich plan się nie powiódł. Roger przy­pusz­cza, że na tym polega pro­blem z doro­słymi. Im bar­dziej sta­rają się decy­do­wać o tym, co dzieci będą robiły, myślały albo kim zostaną w przy­szło­ści, tym bar­dziej spek­ta­ku­larne są ich porażki). Dostał uśmiech­niętą buźkę, bo Dodger pomo­gła mu roz­wią­zać zada­nia. Nie, nie pomo­gła - to ona odro­biła za niego pracę domową z mate­ma­tyki. A on ją wyśmiał.

Musi ją prze­pro­sić. Chce, żeby wie­działa, że nie miał zamiaru jej zde­ner­wo­wać. Dla­tego idzie pośpiesz­nie kory­ta­rzem, mija­jąc klasy (drzwi nie­któ­rych są otwarte i ucznio­wie odwra­cają się w jego stronę, uśmie­cha­jąc się zło­śli­wie do chłopca, który był zbyt głupi, żeby sko­rzy­stać z toa­lety na prze­rwie, kiedy nikt nie powie­działby mu złego słowa) i toa­lety, aż dociera do kan­torku woź­nego, któ­rego nie­za­mknięte drzwi wyglą­dają zapra­sza­jąco.

Dzie­ciaki nie powinny tutaj wcho­dzić. Roger to wie. Ale pan Paul ("Pan Paul, który czy­ści hol!", jak przed­sta­wia się młod­szym dzie­ciom, plą­sa­jąc przy tym, żeby poczuły się lepiej w towa­rzy­stwie tego wiel­kiego, wyta­tu­owa­nego czło­wieka, z któ­rym dzielą swoją prze­strzeń) nie ma nic prze­ciwko, pod warun­kiem że Roger nie będzie doty­kał niczego, czego nie powi­nien. Pan Paul, podob­nie jak panna Lewis, zna czułe punkty Rogera lepiej niż on sam. Pan Paul wie, co może się przy­da­rzyć wraż­li­wym, deli­kat­nym dzie­ciom, jeśli doro­śli nie wkro­czą na czas i nie zaofe­rują im swo­jej pomocy i ochrony. Przy­my­ka­nie oka na nie­le­galne prze­by­wa­nie w kan­torku woź­nego i uży­wa­nie go w cha­rak­te­rze kry­jówki może nie zapo­bie­gnie nęka­niu czy roz­bi­tym nosom na placu zabaw, ale jeśli dzięki temu nie­które rze­czy staną się prost­sze, nie prze­szka­dza mu to, o ile Roger nie zacznie pić wybie­la­cza czy cze­goś podob­nego.

Roger wśli­zguje się w tę chłodną, prze­siąk­niętą wonią cytru­sów prze­strzeń. O tej godzi­nie pan Paul sprząta sto­łówkę, więc nie wróci przez co naj­mniej pięt­na­ście minut, a to znacz­nie wię­cej czasu, niż Roger potrze­buje, nawet gdyby wró­cił do klasy i powie­dział pan­nie Lewis, że musiał zro­bić "dwó­jeczkę". (Prze­raża go ta myśl, a fakt, że roz­waża ją choćby przez chwilę, spra­wia, że robi mu się nie­do­brze z obrzy­dze­nia. Ale musi prze­pro­sić, musi).

- Dodger? - Roger zamyka oczy, pamię­ta­jąc jak przez mgłę, że to wła­śnie robią boha­te­ro­wie kre­skó­wek, kiedy pró­bują poroz­ma­wiać z kimś, kto jest daleko. Zda­rza się też, że skła­dają ręce i modlą się, ale to byłoby świę­to­kradz­two - to jedno z jego ulu­bio­nych słów - a Roger nie chce pod­paść Jezu­sowi, pró­bując prze­pro­sić za to, że oka­zał się mar­nym przy­ja­cie­lem. - Sły­szysz mnie?

To, co wyda­rza się chwilę póź­niej, przy­nosi ulgę i zasko­cze­nie. Kra­wę­dzie świata zaokrą­glają się i Roger odkrywa, że patrzy na spraw­dzian z orto­gra­fii. Widzi dłoń trzy­ma­jącą żółty ołó­wek. Palce są smu­kłe, paznok­cie obgry­zione do żywego mięsa. Żad­nych pier­ścion­ków czy innych ozdób. Tylko piegi roz­siane po bla­dej skó­rze jak paciorki na pod­ło­dze.

- Nie zazna­czaj tej odpo­wie­dzi, jest nie­po­prawna - mówi, kiedy ołó­wek zaczyna się poru­szać. - Wybierz tę drugą. S-U-B-T-E-L-N-Y.

Dłoń zastyga, a zaraz potem opada w dół i zakre­śla poprawną odpo­wiedź. Dodger mil­czy - pew­nie dla­tego, że na­dal jest w kla­sie - ale jej ręka poru­sza się, zakre­śla, zakre­śla, gdy Roger dyk­tuje jej kolejne roz­wią­za­nia. Dwa z zakre­ślo­nych słów są nie­po­prawne. W obu przy­pad­kach cho­dzi o prze­sta­wione litery i Roger uświa­da­mia sobie, że jej orto­gra­fia jest jesz­cze gor­sza niż jego mate­ma­tyka. Gdyby oddała bez­błędną pracę, byłoby wia­domo, że ścią­gała. Dzięki temu nauczy­cielka pomy­śli, że naprawdę się uczyła.

- Boże, aleś ty mądra - mówi z podzi­wem. - W życiu bym nie pomy­ślał.

Ręka Dodger strzela w powie­trze, a dru­gie ramię prze­chyla się, przez co unie­siona ręka wydaje się jesz­cze dłuż­sza. Nauczy­cielka, która nie jest tak ładna jak panna Lewis, i nawet w poło­wie nie wygląda na rów­nie miłą, wzdy­cha.

- Tak, panno Che­swich?

- Skoń­czy­łam. Czy mogę wyjść do toa­lety? - Dodger wypo­wiada słowa bez waha­nia i nie wygląda na ani tro­chę zakło­po­taną, cho­ciaż nie­które dzieci zakry­wają usta dłońmi, żeby stłu­mić śmiech.

Roger roz­dzia­wia buzię. Powieki ma zaci­śnięte, tak by oglą­dać świat oczami Dodger. Nie wyobraża sobie, że można być tak odważ­nym.

Nauczy­cielka Dodger nie wygląda na prze­ko­naną. Pod­cho­dzi do ławki i sięga po spraw­dzian. Prze­biega wzro­kiem po kartce i zdu­miona otwiera sze­roko oczy. W końcu odkłada test i spo­gląda na Dodger.

- Bar­dzo dobrze, panno Che­swich. Jestem zasko­czona.

- Naprawdę się uczy­łam. Czy mogę iść do łazienki, pro­szę? - Dla pod­kre­śle­nia swo­ich słów zaczyna wier­cić się na krze­śle.

- Możesz - mówi nauczy­cielka. - Ale masz zaraz wró­cić. Bez guz­dra­nia się i zatrzy­my­wa­nia przy wodo­try­sku. Nie chcę sły­szeć, że za pięt­na­ście minut znowu musisz wyjść.

- Dzię­kuję, pani Butler - mówi Dodger, wyplu­wa­jąc z sie­bie słowa, jak gdyby toczyła pry­watną wojnę z prze­cin­kami.

Wstaje i wycho­dzi z klasy, zanim nauczy­cielka zmieni zda­nie. Idzie szybko, ale nie na tyle szybko, żeby można było uznać, że łamie prze­pisy zaka­zu­jące bie­ga­nia po kory­ta­rzach.

Podob­nie jak Roger mija toa­lety. Lecz w prze­ci­wień­stwie do Rogera nie wcho­dzi do kan­torku woź­nego, ale szuka schro­nie­nia w szkol­nej biblio­tece. Biblio­te­karka pod­nosi głowę, widzi Dodger i krzywi się ze współ­czu­ciem. W mil­cze­niu patrzy, jak dziew­czynka idzie na koniec pomiesz­cze­nia, gdzie powie­trze jest chłodne i prze­sy­cone zapa­chem sta­rych ksią­żek.

Dodger siada na pod­ło­dze, pod­ciąga nogi pod brodę i opiera głowę na kola­nach, two­rząc dla sie­bie małą, pry­watną prze­strzeń.

- Co ty wypra­wiasz? - pyta. - Jestem w szkole.

- Wiem - odpo­wiada Roger, cho­ciaż wycho­dząc z klasy, wcale nie był tego taki pewien. - Która jest u cie­bie godzina?

- Dzie­siąta. Mam przed sobą pra­wie cały dzień i nie będę już mogła wyjść do toa­lety. Pani Butler jest pod tym wzglę­dem bar­dzo, bar­dzo surowa. - Spra­wia wra­że­nie ura­żo­nej, jakby fakt, że ktoś mówi jej, kiedy może, a kiedy nie może sikać, był zbrod­nią prze­ciw natu­rze.

Roger ma wra­że­nie, że Dodger nie lubi, kiedy mówi się jej, co ma robić.

- Prze­pra­szam - bąka. - Nie wie­dzia­łem, która u cie­bie jest godzina, a chcia­łem cię prze­pro­sić.

Mija chwila, aż w końcu Dodger pyta ostroż­nie:

- Za co?

- Za to, że się z cie­bie śmia­łem. Wiem, że się zde­ner­wo­wa­łaś, a nie chcia­łem cię zde­ner­wo­wać. Dla­tego prze­pra­szam.

- Prze­pra­szasz za to, że się ze mnie śmia­łeś? - Wydaje się szcze­rze zdzi­wiona. - Wszy­scy bez prze­rwy się ze mnie śmieją. I nikt ni­gdy mnie nie prze­pro­sił.

- A ilu z nich potrafi roz­ma­wiać z tobą w two­jej gło­wie? - Roger się uśmie­cha. Jego mama zawsze powta­rza, że to sły­chać, kiedy ktoś się uśmie­cha. A on chce, żeby Dodger usły­szała, że się uśmie­cha. - Idę o zakład, że gdyby potra­fili, prze­pro­si­liby cię.

- Może - mówi Dodger. Zdzi­wie­nie ustę­puje miej­sca ostroż­no­ści. - Naprawdę jest ci przy­kro? Nie będziesz się już śmiał?

- Jest mi bar­dzo przy­kro. Pew­nie będę się śmiał. W końcu przy­ja­ciele śmieją się z sie­bie, prawda?

- Nie wiem. - Dodger zmie­nia temat. - Dzięki, że pomo­głeś mi na spraw­dzia­nie. Nie­na­wi­dzę orto­gra­fii. Jest głu­pia i nie ma sensu. Ale muszę się jej uczyć.

- Ja lubię orto­gra­fię - mówi Roger. - Cza­sami jedna albo dwie litery decy­dują o zna­cze­niu słowa. Pomogę ci, jeśli ty pomo­żesz mi z mate­ma­tyką.

- Umowa stoi - mówi Dodger.

- Dobrze, że celowo popeł­ni­łaś kilka błę­dów. Ja bym chyba tak nie zro­bił.

Dodger wzru­sza ramio­nami.

- Ludzie nie wie­rzą rze­czom, które są zbyt ide­alne.

Jest w tym stwier­dze­niu coś waż­nego. Póź­niej Roger będzie się nad nim zasta­na­wiał i obra­cał je w myślach, szu­ka­jąc w nim jakichś wad. Tym­cza­sem, wie­dząc, że koń­czy im się czas, pyta:

- Skąd wie­dzia­łaś, że możesz ze mną roz­ma­wiać?

- Mój tata.

Odpo­wiedź nie ma sensu. Roger waha się przez chwilę, po czym mówi:

- Nie rozu­miem.

- Kłó­cił się z mamą o to, dla­czego nie mam wię­cej przy­ja­ciół, czy coś jest ze mną nie tak i że może powinni wysłać mnie do szkoły z inter­na­tem, gdzie poznam inne "uzdol­nione" dzieci - mówią tak, żeby nie uży­wać słowa "dzi­wa­dło" - a gdy mama powie­działa, że potrze­buję czasu, odparł, że "ten jej zmy­ślony przy­ja­ciel był jedy­nym, który noco­wał u nas w domu". Kiedy póź­niej zapy­ta­łam go, co miał na myśli, zaczął się jąkać, aż w końcu powie­dział, że kiedy byłam mała, przez cały czas roz­ma­wia­łam ze zmy­ślonym chłop­cem imie­niem Roger, aż pew­nego dnia prze­sta­łam. Tak dowie­dzia­łam się, jak masz na imię. Wie­dzia­łam, że jeśli Roger był praw­dziwy i mogłam z nim roz­ma­wiać, a z tobą mogłam, to ty musisz być Roger.

Nie musi mówić nic wię­cej, bo Roger jest rów­nie mądry jak ona i potrafi dopo­wie­dzieć sobie resztę. Są... podobni. Dodger jest samotna. Żeby to ukryć, udaje aro­gancką - tak jak on udaje nie­śmia­łego - ale jest samotna. Roger nie pamięta, żeby roz­ma­wiał z nią, kiedy był młod­szy, ale szybko oswoił się z jej obec­no­ścią. Kiedy zaczęła odra­biać jego pracę domową, był zasko­czony, nie wystra­szony. Jak gdyby roz­ma­wiał z nią już wcze­śniej, tak dawno temu, że ma wra­że­nie, iż wszystko to sobie wymy­ślił, ale nie dość dawno, żeby zapo­mniał, że kie­dyś była jego przy­ja­ciółką.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Porażka

Oś czasu: o pięć minut za późno, trzy­dzie­ści sekund przed koń­cem świata

Jest tyle krwi.

Roger nie sądził, że ludz­kie ciało jest w sta­nie jej aż tyle pomie­ścić. Wydaje się to wprost nie­moż­liwe, nie­do­rzeczne, istne mar­no­traw­stwo cze­goś, co powinno być cenne i rzad­kie i nad czym - przede wszyst­kim - powinno się pano­wać. Ta krew należy do ciała, w któ­rym wzięła swój począ­tek, a jed­nak jest tutaj, podob­nie jak on, i wszystko idzie nie tak jak trzeba.

Dodger wciąż żyje mimo tej krwi, mimo wszystko. Jej pierś unosi się i opada, choć tak słabo, że pra­wie nie­zau­wa­żal­nie. Widać, że wal­czy o każdy oddech. Na­dal oddy­cha. Na­dal krwawi.

Wkrótce prze­sta­nie, bo - dosłow­nie - zabrak­nie jej krwi. A kiedy ona prze­sta­nie oddy­chać, on rów­nież prze­sta­nie.

Gdyby była przy­tomna, powie­dzia­łaby mu, ile dokład­nie krwi wylało się na pod­łogę. Spoj­rza­łaby na ota­cza­jący ich bała­gan. Bez trudu obli­czy­łaby powierzch­nię i ilość płynu i zmie­niła te war­to­ści w kon­kretną liczbę, z dokład­no­ścią do sied­miu mili­li­trów. Uzna­łaby, że to pokrze­pia­jące, nawet gdyby wynik ozna­czał: "Odcho­dzę". Nawet gdyby ozna­czał: "Nie ma już odwrotu".

Nawet gdyby ozna­czał poże­gna­nie.

Może dla niej byłoby to pocie­sza­jące. Wynik by się zga­dzał, a prze­cież tylko tego pra­gnęła od świata. Roger zna słowa ade­kwatne do tej sytu­acji - wykrwa­wie­nie, hipo­wo­le­mia, krwo­tok - lecz nie dodają mu one tej otu­chy, jaką ona znaj­duje w licz­bach. Ni­gdy nie doda­wały. Liczby to pro­ste, posłuszne rze­czy, pod warun­kiem że rozu­mie się prawa, któ­rymi się rzą­dzą. Słowa są bar­dziej pod­stępne. Wiją się i kąsają, i wyma­gają więk­szej uwagi. On musi myśleć, żeby zmie­nić świat. Jego sio­stra po pro­stu to robi.

Nie bez kon­se­kwen­cji. Oto, jak się tu zna­leźli, po dru­giej stro­nie muru ogro­do­wego, na końcu nie­praw­do­po­dob­nej drogi, na końcu wszyst­kiego. Nie dotarli do Nie­moż­li­wego Mia­sta i ni­gdy tam nie dotrą. Król Kie­li­chów znowu wygrał.

Król Kie­li­chów zawsze wygrywa. Każdy, kto twier­dzi, że jest ina­czej, kła­mie.

Huk wystrzału z zewnątrz jest gło­śniej­szy i mniej dra­ma­tyczny, niż się tego spo­dzie­wał, jakby ktoś odpa­lał petardy we wnę­trzu puszki. Tyle że petardy ni­gdy nie wyrzą­dziły tylu szkód. Cien­kie ściany robią się coraz cień­sze. Kule dziu­ra­wią beton, a ludzie, któ­rzy podą­żali za nimi nie­praw­do­po­dobną drogą, wkrótce wejdą do środka. Erin nie może powstrzy­my­wać ich w nie­skoń­czo­ność, choćby nie wiem jak się sta­rała.

Jak przez mgłę Roger uświa­da­mia sobie, że wcale by tego nie chciał. Jeśli to koniec drogi dla jed­nego z nich, niech to będzie koniec dla nich obojga. Niech w tym miej­scu wszystko zakoń­czy się na dobre. Nikt - nawet on - nie kro­czy samot­nie nie­praw­do­po­dobną drogą.

Chwyta Dodger za ramię, czuje jej praw­dzi­wość, jej zasad­ni­czą, zwartą real­ność, i potrząsa nią deli­kat­nie.

- Dodger. Hej, Dodge. Hej. Musisz się obu­dzić. Musisz pomóc mi zata­mo­wać krwa­wie­nie.

Ale ona nie otwiera oczu. Jej pierś unosi się i opada, a każdy oddech zdaje się płyt­szy od poprzed­niego.

Tyle krwi.

Roger zna słowa. Szok, śmier­telna rana, bru­tal­nie pro­sta, bru­tal­nie ade­kwatna śmierć. Znów go opusz­cza, tym razem na zawsze. Odcho­dzi. Odcho­dzi. Ode­szła.

- Nie rób mi tego.

Jego wła­sne rany nie są tak poważne jak jej. Na samym początku bitwy zaro­bił poje­dyn­czą kulkę w górną par­tię uda. Prze­szła na wylot, omi­ja­jąc główne arte­rie, a Dodger wciąż była na tyle przy­tomna, żeby pomóc mu zało­żyć opa­skę uci­skową. Mimo to, jeśli wkrótce nie otrzyma facho­wej pomocy lekar­skiej, wciąż jesz­cze może stra­cić nogę. Teraz to jed­nak nie­ważne. Może on rów­nież jest w szoku. Może ma do tego pełne prawo.

- Nie możesz. Nie możesz umrzeć. Zaszli­śmy tak daleko. Sły­szysz mnie? Nie możesz umrzeć. Potrze­buję cię.

Jej oczy pozo­stają zamknięte. Tyle krwi.

Jest jed­nak coś, co może zro­bić. Być może jedna, jedyna rzecz. Może to zawsze była ta jedna, jedyna rzecz, do któ­rej wszystko zmie­rzało. Przy­po­mina to porażkę, powrót do ogrodu, jest tyle krwi, i nie­ważne, że zna tyle słów, że zna słowa na wszystko. Liczby ją zabie­rają. A on nie dosię­gnie ich bez niej.

- Sam tego nie zro­bię. Prze­pra­szam. Nie mogę.

Nachyla się do momentu, aż muska war­gami muszlę jej ucha. Jej włosy są lep­kie od krwi, która zostaje mu na rękach, ale on nie pró­buje jej zetrzeć.

- Dodger - szep­cze. - Nie umie­raj. To pole­ce­nie. Roz­kaz. Bła­ga­nie. Zrób, co musisz zro­bić, złam, co musisz zła­mać, ale nie umie­raj. To roz­kaz. To...

I wtedy otwiera oczy. Na tle sza­ro­ści tęczó­wek jej źre­nice przy­po­mi­nają łebki czar­nych szpi­lek, aż wygląda, jakby przedaw­ko­wała opiaty. To złoto skrzące się w sza­ro­ści, jasno i krótko, gdy Nie­moż­liwe Mia­sto pró­buje wezwać ją do domu. Roger czuje, jak złoto w jego wła­snych kościach reaguje, jak wyciąga się ku złotu w kościach Dodger, pra­gnąc się z nim połą­czyć.

To urwany huk wystrzału. Nie cich­nący, lecz zamie­ra­jący, jak gdyby wyci­szono cały świat.

Jak gdyby świat nagle zbladł.

To koniec.

Pomy­li­li­śmy się pomy­li­li­śmy się pomy­li­li­śmy się pomy­li­li­śmy się pomy­li­li­śmy...

W tym samym zwy­czaj­nym mie­ście, przy tej samej zwy­czaj­nej ulicy, miesz­kało dwoje zwy­czaj­nych dzieci, któ­rych drogi ni­gdy się nie prze­cięły. To rów­nież było zasmu­ca­jąco zwy­czajne, albo­wiem linia oddzie­la­jąca uczniów, któ­rzy cho­dzili do szkoły w zachod­niej czę­ści mia­sta, od uczniów, któ­rzy cho­dzili do szkoły w jego wschod­niej czę­ści, bie­gła dokład­nie pośrodku ich kwar­tału - nie­wi­dzialna bariera, która podzie­liła ich na pół, zanim byli zbyt doro­śli, żeby to zauwa­żyć.

Każ­dego ranka wsta­wali z łóżek, ubie­rali się, cało­wali rodzi­ców na do widze­nia i wyszedł­szy na zwy­czajną ulicę zwy­czaj­nego mia­sta, ruszali w dwóch zwy­czaj­nych, prze­ciw­nych kie­run­kach.

Tych dwoje dzieci było bar­dzo podob­nych, a zara­zem zupeł­nie od sie­bie róż­nych, jak to zwy­kle bywa z dziećmi.

Dziew­czynka nosiła imię Heph­zi­bah, ponie­waż jej rodzice byli leniwi i patrzyli na świat w spo­sób eks­cen­tryczny. Mówili na nią "Zib", rozu­mie­jąc, że imię Heph­zi­bah jest dłuż­sze od jej cie­nia. Każ­dego dnia wypa­try­wali zna­ków, które świad­czy­łyby o tym, że dziew­czynka dora­sta do swego imie­nia, i każ­dego dnia byli roz­cza­ro­wani.

"Już nie­długo", obie­cy­wali sobie nawza­jem. "Już nie­długo".

Chło­piec nosił imię Avery, ponie­waż jego rodzice byli uważni i patrzyli na świat w spo­sób racjo­nalny. Mówili na niego "Avery", gdy byli szczę­śliwi, i "Avery Ale­xan­der Grey", gdy się zło­ścili. Nie nadali mu prze­zwi­ska. Prze­zwi­ska były dla ludzi o źle dobra­nych imio­nach, a rodzice Avery'ego dobrze go zmie­rzyli, nim wybrali dla niego imię.

"Dobrze się spi­sa­li­śmy", zapew­niali się wza­jem­nie. "Dobrze się spi­sa­li­śmy".

Oto więc mamy dwoje dzieci: zwy­czaj­nych, prze­cięt­nych i sza­le­nie wyjąt­ko­wych, jak to z dziećmi bywa. Nasza opo­wieść roz­po­czyna się w zwy­czajny, prze­ciętny dzień, dzień, który ni­gdy dotąd się nie wyda­rzył, i jak czas długi i sze­roki, ni­gdy wię­cej się nie wyda­rzy...

A. Debo­rah Baker, Za murem Woodward

...Dok­tryna Etosu, jak opi­sał ją Pita­go­ras, utrzy­my­wała, że nie­które instru­menty muzyczne i modusy mogą wpły­wać na rów­no­wagę mię­dzy Logos (zacho­wa­niem racjo­nal­nym) a Pathos (myślą emo­cjo­nalną). W póź­niej­szych cza­sach alche­micy dostrze­gli w tym wza­jemne oddzia­ły­wa­nie na sie­bie dwóch połó­wek ludz­kiego serca, a przede wszyst­kim rów­no­wagę mię­dzy języ­kiem a mate­ma­tyką: dwiema meto­dami, dzięki któ­rym czło­wiek od zawsze był w sta­nie wpły­wać na Naturę, a nawet jej roz­ka­zy­wać. Dla­tego należy postrze­gać Dok­trynę jako naj­bar­dziej nie­bez­pieczne i naj­bar­dziej pożą­dane z alche­micz­nych wcie­leń. Ludzie, któ­rzy jako pierwsi przejmą kon­trolę nad Dok­tryną, będą wła­dać wszyst­kim.

Panie i pano­wie z Kon­gresu Alche­micz­nego, wie­cie, do czego jestem zdolna. Widzie­li­ście me arcy­dzieło świad­czące o mych umie­jęt­no­ściach. Wie­rzę, iż jestem gotowa być ucie­le­śnie­niem Dok­tryny, jeśli tylko wy jeste­ście gotowi, by mi na to pozwo­lić.

Prze­mó­wie­nie Aspho­del D. Baker do Ame­ry­kań­skiego Kon­gresu Alche­micz­nego, 1901

Geneza

Oś czasu: 11:14 czasu środ­ko­wo­ame­ry­kań­skiego stan­dar­do­wego, 31 paź­dzier­nika 1886 r.

Powie­trze jest cięż­kie od wyła­do­wań elek­trycz­nych, sma­kuje ozo­nem, rtę­cią i palą­cym w język alka­he­stem, uni­wer­sal­nym roz­pusz­czal­ni­kiem, który - jeśli nie obcho­dzić się z nim odpo­wied­nio - ma paskudny zwy­czaj zże­ra­nia wszyst­kiego, co sta­nie mu na dro­dze. Two­rze­nie to skom­pli­ko­wany pro­ces, nisz­cze­nie jest zaś jesz­cze trud­niej­sze. Mimo to zale­d­wie kilka kro­pel wystar­czy, by pchnąć zna­cząco do przodu to, co z pozoru wydaje się nie­wy­ko­nalne. Wygląda na to, że nawet śmierć można roz­pu­ścić.

Kobieta, która nazywa sie­bie "Aspho­del", powoli okrąża stół, wypa­tru­jąc we wła­snym dziele jakich­kol­wiek wad. Nie znaj­duje żad­nych, a mimo to nie prze­staje krą­żyć, nie­spo­kojna jak rekin. Nie chce przy­stą­pić do ostat­niego etapu zada­nia, dopóki nie będzie miała abso­lut­nej pew­no­ści. W jej pro­fe­sji pew­ność to pod­stawa. Dogłębna, twarda niczym skała pew­ność, że jej wola jest wystar­cza­jąco silna, a pra­gnie­nia wystar­cza­jąco jasne, by prze­ro­bić świat na swoje wła­sne podo­bień­stwo.

Jesz­cze nie jest naj­więk­szą alche­miczką swo­ich cza­sów, ale nią będzie. Nie ma co do tego abso­lut­nie żad­nych wąt­pli­wo­ści. Jeśli będzie musiała siłą zawlec tych głup­ców z Kon­gresu ku jasnej, pięk­nej przy­szło­ści, która roz­ta­cza się przed jej oczami, zrobi to i nie będzie tego żało­wała. Skoro nie chcieli jej poprzeć, powinni mieć cho­ciaż na tyle roz­sądku, żeby nie wcho­dzić jej w drogę.

Aspho­del Baker ma dwa­dzie­ścia jeden lat. Trzy­na­ście lat dzieli ją od publi­ka­cji książki, która utrwali jej spu­ści­znę w ser­cach i umy­słach dzieci na całym świe­cie, i dwa­dzie­ścia trzy od jej znik­nię­cia i "śmierci", a ona nie potrafi wyobra­zić sobie, że mogłaby ponieść porażkę, tak jak motyl nie wyobraża sobie, że mógłby roz­wią­zać rów­na­nie mate­ma­tyczne. Odmieni świat, prze­robi go, uczyni lep­szym, niż jest teraz, i nikt jej nie powstrzyma. Ani rodzice, ani nauczy­ciele, a już na pewno nie Kon­gres Alche­miczny.

Była zdolną uczen­nicą. Nikt, kto poznał ją i jej umie­jęt­no­ści, temu nie zaprze­czy. Odma­wia­nie jej talentu to tylko krót­ko­wzrocz­ność i zło­śli­wość. Stara gwar­dia nie chce ujrzeć jasnej, cudow­nej przy­szło­ści, która pędzi ku nim niczym rycząca maszyna parowa. To jej czas. Jej miej­sce.

Aspho­del prze­staje krą­żyć i sięga po miskę, któ­rej zawar­tość mieni się błysz­czą­cym zło­tem i rtę­cią. Zanu­rzyw­szy w niej palce, rysuje runy na piersi dosko­na­łego ciała, które leży przed nią z nagą skórą wysta­wioną na powie­trze. Męż­czy­zna jest piękny. Zadbały o to czas, tro­ska, dostęp do kilku kost­nic i głodne, pozba­wione skru­pu­łów robac­two. Każdy kawa­łek nabyła zgod­nie ze szcze­gó­ło­wymi wytycz­nymi. Dzięki alka­he­stowi nie ma nawet żad­nych blizn. Jeśli umie­jęt­nie się nim posłu­żyć, uni­wer­salny roz­pusz­czal­nik ma nie­skoń­cze­nie wiele zasto­so­wań.

Skoń­czyw­szy, Aspho­del cofa się o krok i podzi­wia swe dzieło. Tak wiele zależy od tego, czy ten kawa­łek będzie ide­alny. Lecz czymże jest per­fek­cja, jeśli nie zwy­cię­stwem? Jeśli więc zagwa­ran­tuje jej zwy­cię­stwo, będzie ide­alny, bez względu na jego nie­do­sko­na­ło­ści.

- Powsta­niesz prze­ciwko mnie, mój piękny chłop­cze - mówi Aspho­del gło­sem jak miód zmie­szany z cykutą. - Dopro­wa­dzisz do mego upadku i przy­się­gniesz, że widzia­łeś moje kości. Odbie­rzesz mi koronę i tron, ponie­siesz me dzieło w nowy wiek i ani razu nie obej­rzysz się, żeby zoba­czyć, co podąża twoim śla­dem. Będziesz moją dobrą pra­wicą i zło­wiesz­czą lewicą, a gdy pole­gniesz, nie ukoń­czyw­szy mego dzieła, umrzesz bez słowa skargi. Uczy­nisz to, czego ja nie mogę, albo­wiem twoja ręka ni­gdy nie zadrży, a umysł ni­gdy się nie zawaha. Będziesz mnie kochał i nie­na­wi­dził, i udo­wod­nisz, że mia­łam rację. Przede wszyst­kim udo­wod­nisz, że mia­łam rację.

Odsta­wia miskę i sięga po fla­ko­nik z płyn­nym świa­tłem gwiazd, macicą per­łową, która tań­czy i lśni zamknięta w szkle. Pod­nosi go do ust męż­czy­zny i wlewa mię­dzy roz­chy­lone wargi jedną kro­plę.

Męż­czy­zna zło­żony z ciał zmar­łych otwiera oczy i patrzy na nią z lękli­wym zdu­mie­niem.

- Kim jesteś? - pyta.

- Aspho­del - odpo­wiada. - Jestem twoją nauczy­cielką.

- A ja, kim jestem?

Aspho­del się uśmie­cha.

- Masz na imię James - mówi. - Jesteś począt­kiem mojego naj­więk­szego dzieła. Witaj. Mamy tyle do zro­bie­nia.

Męż­czy­zna siada, wciąż się jej przy­glą­da­jąc.

- Ale ja nie wiem, co mam robić.

- Nie martw się. - Jej uśmiech jest pierw­szym kamie­niem bru­ko­wym w czymś, co pew­nego dnia nazwie nie­praw­do­po­dobną drogą. Dziś, teraz, w tym wła­śnie momen­cie roz­po­czyna się ich podróż do Nie­moż­li­wego Mia­sta. - Pokażę ci - zapew­nia go i klamka zapada.

Za późno już, żeby się wyco­fać.