Gra pozorów. Tom 1 - Joanna Opiat-Bojarska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Po­nie­dzia­łek

Ni­ski głos drżał; py­tał i oskar­żał jed­no­cze­śnie. Był stu­pro­cen­towo mę­ski. Po­tężny, do­mi­nu­jący i bru­talny.

- Czego jesz­cze chcesz?! Ni­komu nie po­wiem! Na­wet już za­po­mnia­łem, o czym! - obie­cy­wał. - Zo­staw mnie. Pro­szę, nie! Nie rób tego! Nie...

Ko­lejne "nie" zo­stało za­głu­szone przez od­głos wy­strzału. Kula tra­fiła w ma­sywne udo i ro­ze­rwała dżinsy. Na ich po­wierzchni po­ja­wiła się ciemna plama.

Męż­czy­zna wrza­snął i zła­pał się za nogę. Zbli­żył twarz do krwa­wią­cej rany, jakby nie wie­rzył w to, co wła­śnie się stało.

Kiedy im­puls wzro­kowy do­tarł do mó­zgu, świa­do­mość tego, co miało za chwilę na­stą­pić, uru­cho­miła re­ak­cję obronną. Męż­czy­zna opadł na zie­mię z ję­kiem, ale wciąż pró­bo­wał ne­go­cjo­wać:

- Odłóż broń, pro­szę. Je­stem bez­bronny. Wi­dzisz? Trzy­mam ręce w gó­rze. Bła­gam, prze­cież mam ro­dzinę, żonę, dzieci! Pro­szę, nie za­bi­jaj mnie! Nieee!

W od­po­wie­dzi ko­lejny po­cisk ude­rzył w ciało.

Fe­liks Górny się­gnął po pi­lota i włą­czył pauzę. Wie­dział, że ten po­cisk bę­dzie ostatni. Oglą­dał to na­gra­nie - a wła­ści­wie słu­chał go - wie­lo­krot­nie. Za każ­dym ra­zem li­czył, że za­uważy coś no­wego. Coś, co po­może mu od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, co było da­lej.

???

Alek­san­dra Wilk nie­chęt­nie unio­sła po­wieki. Za oknem tań­czyły wierz­chołki drzew, po­słusz­nie pod­da­jące się po­dmu­chom wia­tru. Niebo ukryło się za chmu­rami, a słońce nie ro­biło so­bie nic ze swo­ich obo­wiąz­ków. Była po­łowa maja, po­winno ra­do­śnie in­for­mo­wać Po­la­ków o zbli­ża­ją­cym się le­cie.

- Ko­cha­nie? - Alek­san­dra pró­bo­wała sku­pić wzrok na naj­bliż­szym obiek­cie.

Kuba stał przy łóżku i dum­nie trzy­mał przed sobą laurkę.

- Wszyst­kiego naj­lep­szego, mamo. Żeby ci się speł­niły wszyst­kie ma­rze­nia!

- Dzię­kuję! - Roz­pro­mie­niła się i uści­skała syna. - Jak miło, że pa­mię­ta­łeś!

Przy­jęła pre­zent. Za­równo war­stwa gra­ficzna, jak i li­te­racka były cha­rak­te­ry­styczne dla ośmio­latka. Ser­duszka wy­peł­nione czer­wie­nią wo­sko­wych kre­dek i ko­lo­rowe li­tery na­ka­zy­wały jej ży­cie w szczę­ściu i sło­dy­czy. Alek­san­dra była dumna z Kuby, że nie tylko po­my­ślał o jej imie­ni­nach, ale spę­dził przy biurku tro­chę czasu, by w ta­jem­nicy przy­go­to­wać pre­zent.

- Ktoś ci po­ma­gał?

Kuba po­krę­cił głową. Miał ta­kie samo spoj­rze­nie jak jego oj­ciec. Uro­cze, ale jed­no­cze­śnie ło­bu­zer­skie.

- Ko­cham cię. - Przy­tu­liła go po raz ko­lejny. - To co - do­dała nie­chęt­nie - wsta­jemy?

Chło­pak po­now­nie za­prze­czył. Czego in­nego mo­gła się spo­dzie­wać? Nikt nie lu­bił po­nie­dział­ko­wych po­ran­ków. Wszyst­kie za­czy­nały się wy­brzmie­niem de­ner­wu­ją­cego bu­dzika, który oznaj­miał ko­niec week­en­do­wego le­ni­stwa. Z trybu "nie ma po­śpie­chu" na­gle trzeba było prze­łą­czyć się na tryb "bły­ska­wiczne wy­ko­ny­wa­nie obo­wiąz­ków".

Alek­san­dra wy­sko­czyła z łóżka i po­bie­gła do kuchni, po­ga­nia­jąc syna.

- Z czym chcesz ka­napki?

- Z nu­tellą.

Na­tych­miast po­ża­ło­wała py­ta­nia. Jej syn był ła­su­chem - gar­dził mię­sem, na­bia­łem czy wa­rzy­wami. Gdyby tylko mógł, za­brałby do szkoły słoik tego cze­ko­la­do­wego pa­skudz­twa, by na każ­dej prze­rwie osła­dzać so­bie ży­cie. Wy­ja­dałby krem pa­lu­chami, tak jak Ku­buś Pu­cha­tek, po­mru­ku­jąc przy tym z roz­ko­szy i złosz­cząc się, wi­dząc dno.

- Nie ma mowy! - krzyk­nęła, pa­trząc na ze­ga­rek.

Z po­wodu braku czasu za­mknęła w trzech sło­wach wy­kład do­ty­czący zdro­wego od­ży­wia­nia, szko­dli­wo­ści nad­miaru wę­glo­wo­da­nów, ka­lo­rycz­no­ści po­sił­ków i od­por­no­ści szkliwa zę­bów. Za go­dzinę po­winna być w są­dzie. Przed­tem mu­siała się ubrać, od­wieźć dzieci do szkoły i do­trzeć do cen­trum mia­sta.

Pierw­sze za­da­nie nie było zbyt trudne. Alek­san­dra po pro­stu otwie­rała szafę i chwy­tała to, co aku­rat zna­la­zło się w za­sięgu ręki. Rze­czy, któ­rych nie no­siła, były po­upy­chane na wyż­szych pół­kach, reszta znaj­do­wała się na wie­sza­kach. Dwie pary jed­na­ko­wych dżin­sów i kil­ka­na­ście blu­zek na każdą po­godę: krótki rę­kaw na lato, długi ba­weł­niany na wio­snę i je­sień, do tego je­den swe­ter roz­pi­nany i je­den wcią­gany przez głowę, z de­kol­tem w se­rek. Ce­chą łą­czącą wszyst­kie ubra­nia był ko­lor: czerń. A także ko­mu­ni­kat: chcę być nie­wi­doczna.

- Ja­każ cie­pła, ro­dzinna at­mos­fera. - We­ro­nika wy­szła wła­śnie z ła­zienki i wy­krzy­wiła twarz w po­gar­dli­wym uśmie­chu. - Lol.

Od ja­kie­goś czasu jej ży­cie było bez­na­dziejne. Matka i brat ro­bili wszystko, by ją wku­rzyć. Na­uczy­cielki w gim­na­zjum tylko się cze­piały, a oj­ciec... Fra­jer opu­ścił ją w mo­men­cie, w któ­rym naj­bar­dziej go po­trze­bo­wała.

Matka za­wsze sztor­co­wała, wy­ma­gała i ma­ru­dziła; oj­ciec roz­piesz­czał, po­cie­szał i cza­sami na­wet kłó­cił się z żoną z po­wodu córki.

We­ro­nika wie­działa, że to głu­pie, ale cza­sami my­ślała, że zro­bił to spe­cjal­nie. Znik­nął, bo chciał, żeby sama za­częła dbać o swoje in­te­resy. Dał się za­bić na oczach ca­łej Pol­ski, bo uznał, że w ten spo­sób za­har­tuje córkę.

Naj­gor­sze w tym wszyst­kim było to, że... miał ra­cję. W ciągu kilku mie­sięcy We­ro­nika wy­do­ro­ślała. Z uko­cha­nej có­reczki ta­tu­sia stała się młodą i silną ko­bietą.

- Wróć do ła­zienki i zmyj te kre­ski - za­żą­dała Alek­san­dra. Na po­wie­kach dziew­czyny wid­niały dwie grube czarne li­nie. - Po­spiesz się. Za kwa­drans wy­cho­dzimy.

- Ale mamo! - We­ro­nika była go­towa wal­czyć o swoje. Prze­cież więk­szość ko­le­ża­nek ro­biła so­bie ma­ki­jaż, dla­czego więc ona nie mo­gła?! Dla­tego, że jej matka nie dbała o sie­bie? Za­zdro­ściła córce, że po­trafi uży­wać ey­eli­nera?

- Po­wie­dzia­łam i nie będę po­wta­rzać. Od wczo­raj nic się nie zmie­niło.

Rze­czy­wi­ście: od wczo­raj nic się nie zmie­niło. Alek­san­dra na­dal to­czyła wojnę ze swo­imi dziećmi. Z Kubą o sło­dy­cze, z We­ro­niką o czarne kre­ski na po­wie­kach. To była ba­ta­lia ma­jąca na celu wy­czer­pa­nie prze­ciw­nika.

- Masz do­piero pięt­na­ście lat. Nie bę­dziesz cho­dziła do szkoły w ma­ki­jażu. Ro­zu­miem, że chcia­ła­byś wy­glą­dać pięk­niej, może bar­dziej ko­bieco, ale wierz mi, jesz­cze się w ży­ciu na­ma­lu­jesz.

- Kre­ski to nie ma­ki­jaż! - Znie­cier­pli­wiony głos córki do­tarł do Alek­san­dry, kiedy wcią­gała na sie­bie spodnie.

- We­rka!

- Mamo, no! Zro­zum mnie!

Alek­san­dra wiele ro­zu­miała. Była też to­le­ran­cyjna i em­pa­tyczna. Wie­działa, że teo­re­tycz­nie naj­le­piej by­łoby te­raz usiąść z córką na ka­na­pie, po­gła­dzić ją po ręce, wy­słu­chać jej ar­gu­men­tów, przed­sta­wić swoje i sta­rać się do­ciec, dla­czego ma­lo­wa­nie się jest dla We­ro­niki tak ważne. Może uważa się za brzydką bez czar­nych kre­sek? Może ktoś jej po­wie­dział, że ma nie­ładne albo zbyt małe oczy? A może się za­ko­chała lub chciała ko­muś przy­po­do­bać?

Ist­niało jesz­cze wiele in­nych "może". W teo­rii, bo w prak­tyce Alek­san­dra była w nie­do­cza­sie. Mu­siała jesz­cze przy­go­to­wać dzie­ciom ka­napki i rzu­cić okiem na opi­nię psy­cho­lo­giczną, któ­rej miała bro­nić w są­dzie - dzi­siaj, za dłuż­szą chwilę. Co prawda sama ją na­pi­sała, ale kilka mie­sięcy temu.

???

Boże, czy te kro­ple mu­szą tak ha­ła­so­wać? Walą w szybę, jakby chciały ją roz­wa­lić.

Mo­ment, gdzie ja je­stem? W sa­mo­cho­dzie. To dla­tego jest mi tak nie­wy­god­nie. Ścier­pły mi nogi.

Sa­mo­chód jest mój. Ta­pi­cerka za­ku­rzona. Kie­dyś tu sprzątnę. Jak znajdę czas, czyli pew­nie ni­gdy. Ooo, na sie­dze­niu pa­sa­żera leży moja to­rebka.

Tylko dla­czego tu sie­dzę? Gdzie ja je­stem? Stare domy, za­dbana zie­leń i sa­mo­chody z po­znań­skimi bla­chami. Czy wła­śnie tu przy­je­cha­łam? A może od­jeż­dżam?

Nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć na ani jedno py­ta­nie. Albo są zbyt trudne, albo dzieje się ze mną coś dziw­nego.

Jak się na­zy­wam? Ha, wiem. Alek­san­dra Wilk. Lat trzy­dzie­ści pięć. Aku­rat o tym mo­gła­bym nie pa­mię­tać. Sta­rzeję się. Albo mam prze­peł­niony twardy dysk, albo goni mnie al­zhe­imer. Sama nie wiem, co gor­sze.

Chry­ste, ale boli mnie głowa. Wła­ści­wie to na­pier­dala. We­zmę ta­bletkę, może jak ból ze­lżeje, to bę­dzie mi ła­twiej my­śleć.

Czemu ta to­rebka jest taka wielka?! Ni­gdy nie mogę w niej nic zna­leźć! No, w końcu. Ibu­prom. Ju­tro umó­wię się do le­ka­rza. Może mam guza mó­zgu? Albo tęt­niaka? To tłu­ma­czy­łoby tak silny ból.

Czuję, jak pod czaszką wszystko pul­suje. Mózg mi spuchł. Wszystko mnie boli.

Za­raz ta­bletka za­cznie dzia­łać i bę­dzie OK. Taką mam na­dzieję. Prze­cho­dzi. Po­woli. Nie wiem, co jest sku­tecz­niej­sze: ta­bletka czy wi­zja nad­cho­dzą­cej wi­zyty u le­ka­rza? Naj­waż­niej­sze, że w końcu mogę się sku­pić. Po­woli i spo­koj­nie. Naj­pierw ze­bra­nie da­nych.

Po śmierci Ga­briela film ury­wał mi się zde­cy­do­wa­nie za czę­sto. Je­stem w au­cie. Za­par­ko­wa­łam na po­bo­czu. Jak się na­zywa ta ulica? Nie wi­dzę.

Za­raz!

Kuba! O czter­na­stej mu­szę go ode­brać ze szkoły! Która go­dzina? Nie wiem. Te­le­fon jak zwy­kle roz­ła­do­wany, ze­garka jesz­cze się nie do­ro­bi­łam. Trzeba było brać, jak da­wali. Ga­briel chciał ku­pić mi w pre­zen­cie, ale ma­ru­dzi­łam, że to głupi po­mysł. Po co ze­ga­rek na ręce, skoro mam go w ko­mórce.

Tak na­prawdę ba­łam się ze­garka jako pre­zentu. Moja matka, kró­lowa za­bo­bo­nów, przez lata wbi­jała mi głu­poty do głowy. By­łam oporna, ale za­pa­mię­ta­łam, że od uko­cha­nego nie przyj­muje się ani ze­garka, ani bu­tów. Po­da­ro­wany ze­ga­rek bę­dzie od­mie­rzał czas do końca wa­szego związku, a w bu­tach odej­dziesz od dar­czyńcy. Słowa matki do te­raz brzmią mi w uszach. Ze­garka nie przy­ję­łam, a on i tak od­szedł. Zo­sta­wił mnie samą.

Serce wali mi jak mło­tem. To pew­nie dla­tego, że znowu o nim my­śla­łam. Kie­dyś mi pęk­nie. Ko­bieto, nie roz­czu­laj się nad sobą! Po­myśl o czymś kon­struk­tyw­nym. Tak po­wie­działby Ga­briel.

Obo­wiązki. Dzieci. Kuba. Go­dzina. Szkoła.

Gdzie są klu­czyki? Uru­cho­mię sil­nik, włą­czę ra­dio, usły­szę, która go­dzina, a póź­niej wyjdę na ulicę i spró­buję się zo­rien­to­wać, gdzie je­stem. Plan jest do­bry. Tylko niech prze­sta­nie mnie bo­leć ta cho­lerna głowa.

Alek­san­dra po­dą­żała szpi­tal­nym ko­ry­ta­rzem w kie­runku drzwi z na­pi­sem: "Od­dział psy­chia­tryczny dla do­ro­słych".

Na­dal bo­lała ją głowa, ale przy­naj­mniej od­zy­skała orien­ta­cję. Po wyj­ściu z sa­mo­chodu po­szła przed sie­bie i szybko tra­fiła na skrzy­żo­wa­nie. Sam wi­dok sta­rych drzew i do­mów jed­no­ro­dzin­nych nie­wiele jej mó­wił. Za­uwa­żyła jed­nak znak in­for­mu­jący o na­zwach prze­ci­na­ją­cych się ulic: Hoża i Mio­dowa.

Mio­dowa do­cho­dziła do Szpi­tal­nej, przy któ­rej - jak sama na­zwa wska­zy­wała - znaj­do­wał się szpi­tal. To on roz­ja­śnił jej pa­mięć. Pra­co­wała w nim. Z po­wo­dów pry­wat­nych tylko na pół etatu, ale i tak bar­dzo lu­biła tu przy­cho­dzić.

Kiedy we­szła do środka, od razu za­po­mniała o po­czu­ciu za­gu­bie­nia i lęku. Naj­wy­raź­niej to ból wy­wo­łał chwi­lową dez­orien­ta­cję. Wi­docz­nie miała pro­blem ze zna­le­zie­niem wol­nego miej­sca na par­kingu. Sku­piła się na po­szu­ki­wa­niu wol­nych dwóch me­trów kwa­dra­to­wych tak bar­dzo, że za­gu­biła się w cza­so­prze­strzeni.

Ze­gar wi­szący na ścia­nie wska­zy­wał dzie­siątą. Od ósmej po­winna sta­no­wić try­bik spraw­nie dzia­ła­ją­cego od­działu psy­chia­trycz­nego.

- Pani Alek­san­dro? - Pa­cjentka spod trójki po­ja­wiła się przy drzwiach. - Chcia­łam za­py­tać...

- Za chwilę - rzu­ciła, wbie­ga­jąc do po­koju le­kar­skiego. Li­czyła, że prze­bie­rze się nie­zau­wa­żona i rzuci w wir pracy.

- Ooo, zna­la­zła się na­sza zguba! - Ko­biecy głos wy­pro­wa­dził ją z błędu.

- Zguba? - Za­rzu­ciła biały far­tuch na bluzkę i spoj­rzała na Olgę Brzo­zow­ską, psy­chia­trę.

Przy­jaź­niły się od lat. Ra­zem pra­co­wały, ra­zem roz­wią­zy­wały pro­blemy ro­dzinne, ra­zem wspie­rały się w chwi­lach zwąt­pie­nia i opy­chały ciast­kami. Aż do tam­tego dnia, w któ­rym po śmierci Ga­briela Alek­san­dra po­pro­siła przy­ja­ciółkę o re­ceptę na ben­zo­dia­ze­piny.

- Za­gi­niona psy­cho­log.

- Za­gi­niona?

Olga była świetna w swoim fa­chu. Za­wo­dowo bez za­rzutu. Pry­wat­nie miała jedną wadę - wy­ol­brzy­miała wszel­kie frag­menty rze­czy­wi­sto­ści, szcze­gól­nie je­śli do­ty­czyły jej oso­bi­ście.

- Olga, o czym ty mó­wisz? Spóź­ni­łam się zale...

- O to­bie, ko­bieto! - Wy­ma­chi­wała rę­koma. - Mia­ły­śmy ra­zem świę­to­wać twoje imie­niny!

- Moje imie­niny? Ach, tak. - Kiw­nęła głową, kiedy przy­po­mniała so­bie laurkę, którą do­stała od Kuby.

- Tak, tak... No wiesz co?! Chyba się na cie­bie ob­rażę. Ola­łaś mnie, ład­nie to tak?

- Olga, o co ci cho­dzi?

- Świę­to­wa­łaś sama, i to tak mocno, że stra­ci­łaś po­czu­cie czasu!

Alek­san­dra tylko się uśmiech­nęła i od­wró­ciła. Nie miała siły się za­sta­na­wiać, co przy­ja­ciółka ma na my­śli. Uznała oskar­że­nie za nie­udany żart lub próbę na­wią­za­nia roz­mowy.

Schy­liła się, by pod­łą­czyć te­le­fon ko­mór­kowy do wy­sta­ją­cej z kon­taktu ła­do­warki. Ból znów za­czął roz­sa­dzać jej głowę. Czuła, jakby mózg puchł i na­pie­rał co­raz moc­niej na ko­ści czaszki. Bo­lała ją na­wet skóra twa­rzy.

- Do­brze się czu­jesz? - Olga za­uwa­żyła gry­mas na twa­rzy przy­ja­ciółki.

- Tak. Za szybko się schy­li­łam. Cho­ler­stwo znowu się roz­ła­do­wało. - Wska­zała na ko­mórkę, którą usi­ło­wała re­ani­mo­wać.

- Dzień do­bry, jest pani pro­szona do or­dy­na­tora. - Jedna z pie­lę­gnia­rek sta­nęła w drzwiach.

- Ja? - Olga jak zwy­kle wy­rwała się do od­po­wie­dzi.

- Nie, pani Wilk.

???

- Pa­nie or­dy­na­to­rze?

- Pani Alek­san­dro! Na­resz­cie! Co się z pa­nią działo? - Pro­fe­sor Jan Wę­glarz nie krył obu­rze­nia.

Ni­gdy wcze­śniej nie spo­tkał się z taką sy­tu­acją. Pre­zen­to­wał ra­czej ludzki spo­sób za­rzą­dza­nia od­dzia­łem - wy­ma­gał, ale też do­ce­niał ciężką pracę. Po­tra­fił zro­zu­mieć pra­cow­ni­ków i je­śli tylko ist­niała taka moż­li­wość, sta­rał się iść im na rękę.

Z tego po­wodu udzie­lił Alek­san­drze mie­sięcz­nego urlopu po za­mor­do­wa­niu jej męża, a póź­niej zgo­dził się także na uela­stycz­nie­nie czasu pracy. Etat tym­cza­sowo zmniej­szył do po­łowy, a go­dziny do­pa­so­wał tak, by ko­bieta miała czas także na inne obo­wiązki. Mu­siała prze­cież ogar­nąć ży­cie i za­jąć się nie tylko sobą, ale przede wszyst­kim dziećmi i wszyst­kimi spra­wami, któ­rych nie do­koń­czył jej mąż.

- Co pan ma na my­śli?

Alek­san­dra po śmierci Ga­briela prze­szła me­ta­mor­fozę. Cał­ko­wi­cie ukryła swoją ko­bie­cość - za­po­mniała, czym jest ma­ki­jaż, i prze­stała zwra­cać uwagę na strój. Za­wsze ubie­rała się tak samo. Ale nie można było jej ni­czego za­rzu­cić. Była schludna, czy­sta i ucze­sana.

- Na li­tość bo­ską, jak pani wy­gląda...? - Pro­fe­sor nie mógł po­wstrzy­mać się od ko­men­ta­rza.

Tym ra­zem wy­gląd ko­biety po­zo­sta­wiał wiele do ży­cze­nia. Jej twarz była zie­mi­sto­blada, oczy jakby nie­obecne, a rude krę­cone włosy żyły wła­snym ży­ciem - naj­wy­raź­niej dawno nie wi­działy grze­bie­nia. Po­pla­mione dżinsy bła­gały o pra­nie, a nie­za­pięty far­tuch przy­kry­wał po­gnie­cioną ko­szulkę.

- Prze­pra­szam... - Spe­szona do­tknęła wło­sów i chyba się zo­rien­to­wała, że za­po­mniała ich ucze­sać. Spraw­nym ru­chem od­gar­nęła włosy z czoła, ze­brała z tyłu głowy i za­mo­tała, two­rząc coś w ro­dzaju pro­wi­zo­rycz­nego koka.

- Prze­pra­szam? - po­wtó­rzył po­wścią­gli­wie.

Nie wie­dział, czy Alek­san­dra prze­pra­sza go za swój wy­gląd, czy za lek­ce­wa­że­nie obo­wiąz­ków za­wo­do­wych. Nie był zbyt wy­czu­lony na za­pa­chy, ale to, co do­cie­rało do jego nosa, nie było przy­jemne. Woń po­tę­go­wała wra­że­nie, że ko­bieta jest prze­mę­czona, spo­cona i mocno nie­dzi­siej­sza.

- Prze­pra­szam za spóź­nie­nie.

- Spóź­nie­nie? Pani Alek­san­dro! Nie było pani na od­dziale przez sie­dem dni. To chyba wy­myka się de­fi­ni­cji spóź­nie­nia.

- Sie­dem dni? - po­wtó­rzyła jak ro­bot.

- Pro­szę bez żar­tów. Pani Alek­san­dro, to zbyt po­ważna sprawa!

- Prze­cież...

- Pani Alek­san­dro, ja je­stem to­le­ran­cyjny, ale tylko w pew­nym za­kre­sie. Ro­zu­miem, że prze­cho­dzi pani ciężki okres. Śmierć naj­bliż­szej osoby za­wsze boli, ale, na mi­łość bo­ską, pani Alek­san­dro, ile to jesz­cze bę­dzie trwało?

Słu­chała go i ku­liła się na krze­śle jak mała dziew­czynka.

- Rok wy­star­czy! Dwa­na­ście dłu­gich mie­sięcy. Ob­ser­wuję pa­nią od po­czątku. Prze­szła pani przez wszyst­kie pod­ręcz­ni­kowe fazy ża­łoby. Te­raz czas na po­wrót do ży­cia. Czas się od­ciąć. Wszy­scy pani współ­czu­li­śmy. Współ­czu­jemy na­dal, ale to nie może być wy­mówką na za­wsze. Pani Alek­san­dro, uprze­dzam uczci­wie, że je­śli ta­kie nie­od­po­wie­dzialne za­cho­wa­nie się po­wtó­rzy, będę zmu­szony pa­nią zwol­nić.

- Ro­zu­miem. Ma pan na my­śli...

- Sa­mo­wolne opusz­cze­nie miej­sca pracy. Prze­cież pani w ogóle nie po­ja­wiła się na swo­ich dy­żu­rach! Nie od­bie­rała pani te­le­fo­nów, nikt nie wie­dział, gdzie pani jest. Nie wpły­nął ża­den wnio­sek o urlop ani zwol­nie­nie le­kar­skie. Zo­sta­wiła nas pani w sta­nie cał­ko­wi­tej nie­wie­dzy.

- Prze­pra­szam.

Znowu prze­pra­szała. Nie mó­wiła nic wię­cej. Jan Wę­glarz za­czy­nał wąt­pić w to, czy do­brze ro­bił. Wilk nie była jego pa­cjentką, ale mimo wszystko oce­niał ją przez pry­zmat do­świad­cze­nia za­wo­do­wego.

Mo­ra­li­za­tor­ski mo­no­log ni­gdy nie przy­no­sił za­mie­rzo­nych efek­tów. Jego od­biorca wy­łą­czał się i cze­kał tylko na za­koń­cze­nie gadki. Wszyst­kie mą­dre słowa omi­jały nie­za­in­te­re­so­wa­nego, nie­za­leż­nie od tego, czy roz­mówca był pa­cjen­tem, czy kimś bli­skim.

Może po­wi­nien nie­zwłocz­nie ode­słać Wilk do domu z na­ka­zem wy­ką­pa­nia się, wy­spa­nia i zre­se­to­wa­nia? Ju­tro mo­gliby wró­cić do roz­mowy i prze­pro­wa­dzić ją jak dwoje do­ro­słych i my­ślą­cych lu­dzi.

Spoj­rzał w ka­len­darz i przy­po­mniał so­bie, że we wto­rek i w środę nie bę­dzie go na od­dziale. Nie miał du­żego pola ma­newru. Mu­siał za­koń­czyć re­pry­mendę dzi­siaj.

- Pani Alek­san­dro! Cały ze­spół miał przez pa­nią pro­blemy. Mu­sie­li­śmy zmie­nić gra­fik, wszy­scy się gim­na­sty­ko­wali, by szpi­tal dzia­łał bez za­rzutu. A po­tem jesz­cze dzwo­nili do mnie z sądu! Z pre­ten­sjami! Do mnie! Miała pani ze­zna­wać na roz­pra­wie na­szego pa­cjenta, ale nie do­tarła pani na czas. Uro­czy eu­fe­mizm, prawda? Nie do­tarła na czas. W ogóle tam pani nie do­tarła! To wstyd dla na­szej pla­cówki. Nie chcę, by ktoś po­my­ślał, że je­ste­śmy nie­rze­telni. By­cie psy­cho­lo­giem zo­bo­wią­zuje. Czy zdaje so­bie pani sprawę, w ja­kiej sy­tu­acji mnie pani po­sta­wiła? Nie tylko mnie, ale i cały ze­spół?!

- Pa­nie pro­fe­so­rze, prze­pra­szam. Po­sta­ram się na­pra­wić, co ze­psu­łam. Obie­cuję też, że to się nie po­wtó­rzy. - Alek­san­dra pa­trzyła mu w oczy. Szcze­rze ża­ło­wała. Była prze­ra­żona i spa­ni­ko­wana.

Do­kład­nie taki efekt za­mie­rzał osią­gnąć. Uznał, że sprawa jest za­mknięta.

- Oba­wiam się, że ani dy­rek­cji szpi­tala, ani są­dowi nie wy­star­czy pani "prze­pra­szam". - Zre­zy­gno­wał ze służ­bo­wego tonu. - Pani Alek­san­dro, co się z pa­nią działo?

- Nie wiem, pa­nie pro­fe­so­rze, nie wiem - szep­nęła i spu­ściła głowę.

Ta­kiej od­po­wie­dzi się nie spo­dzie­wał. Oczy­wi­ście nie mu­siała mu się spo­wia­dać, ale też nie po­winna go okła­my­wać. Wy­szedł zza biurka i pod­szedł do pod­wład­nej. Chciał po­czuć jej za­pach z bli­ska. Z pre­me­dy­ta­cją po­szu­ki­wał al­ko­ho­lo­wej nuty. Świe­żej lub prze­tra­wio­nej, do­brze mu zna­nej.

- Jest pani chora? Źle pani wy­gląda.

- Nie. - Za­wa­hała się. - Wszystko w po­rządku. Przy­naj­mniej na tyle, na ile może być.

- Wszystko w po­rządku? Śmiem wąt­pić. Ale do­brze. - Uspo­ko­jony, że nie wy­czuł tego, czego się spo­dzie­wał, wró­cił do biurka. - Może pani odejść.

- Dzię­kuję i jesz­cze raz prze­pra­szam.

- Pani Alek­san­dro, mar­twi­li­śmy się. Ktoś z pani bli­skich za­wia­do­mił po­li­cję. Prze­słu­chi­wali mnie w spra­wie pani za­gi­nię­cia. Wy­py­ty­wali o ko­goś, kto mógłby pani zro­bić krzywdę. O kon­flikty na od­dziale, o ewen­tu­alne po­gróżki i o to, czy jest ktoś, dla kogo pani opi­nia psy­cho­lo­giczna mo­gła być ostat­nim gwoź­dziem do trumny.

Zer­kam na wy­świe­tlacz ko­mórki i nie wie­rzę. Dwu­dzie­sty piąty maja?! Ty­dzień?! Nie by­łam w pracy przez ty­dzień?! To się nie dzieje na­prawdę! Wcze­śniej gu­bi­łam się już w cza­so­prze­strzeni - ow­szem, było mi to na rękę. Ale ni­gdy nie na tak długo!

TY­DZIEŃ?!

Dzieci! Skoro nie było mnie w pracy, mo­gło nie być mnie też w domu. Mu­szę jak naj­szyb­ciej do­dzwo­nić się do We­ro­niki.

Du­szę się. Za­raz ze­mdleję. Mu­szę usiąść.

Za­dzwo­nię do We­ro­niki. No i co jej po­wiem? "Cześć, mówi mama. We­ro­nika, skar­bie, kiedy ostat­nio się wi­dzia­ły­śmy?".

Nie, to głupi po­mysł. Jesz­cze po­my­śli, że osza­la­łam. Tak jak wtedy, kiedy miała sie­dem lat. Do­wie­działa się, że je­stem psy­cho­lo­giem i pra­cuję z ludźmi cho­rymi umy­słowo. Była prze­ra­żona. Tłu­ma­czy­łam jej, że cho­roby umy­słowe nie róż­nią się od grypy. Że przy od­po­wied­nich le­kach i po­mocy le­ka­rza wiele z nich można wy­le­czyć.

Efekt? Py­tała w kółko, czy się nie za­rażę. Za­pa­mię­tała sko­ja­rze­nie z grypą, a ja mu­sia­łam ją prze­ko­ny­wać, że je­stem bez­pieczna. Nie można prze­cież za­ra­zić się de­pre­sją, schi­zo­fre­nią czy za­bu­rze­niami oso­bo­wo­ści.

Prze­mil­cza­łam wtedy naj­czę­ściej po­wta­rzany ste­reo­typ do­ty­czący osób stu­diu­ją­cych psy­cho­lo­gię. Żar­to­wa­li­śmy na wy­kła­dach, że ni­czym się nie za­ra­zimy od pa­cjen­tów, bo sami je­ste­śmy już mocno po­krę­ceni.

Do ja­snej cho­lery, ucie­kło mi sie­dem dni! Boże, ko­bieto, nie pa­ni­kuj! Skup się. Za­po­mnij o emo­cjach i sy­gna­łach, które wy­syła twoje ciało. Lo­gika. Wszystko da się lo­gicz­nie wy­tłu­ma­czyć. Trzeba tylko ze­brać dane i je prze­ana­li­zo­wać.

Te­le­fon do We­ro­niki od­pada. Co te­raz? Je­śli rze­czy­wi­ście znik­nę­łam na sie­dem dni, to co ro­bi­łam? Nie wiem. Głowa tak mnie na­pier­dala, że na­wet nie mogę się za­sta­no­wić.

Je­śli nie było mnie w domu... We­ro­nika bę­dzie zła, ale za­opie­ko­wała się Kubą, tego je­stem pewna. Nie pierw­szy raz mu­siała mu mnie za­stę­po­wać. Tuż po śmierci Ga­briela czę­sto od­pły­wa­łam.

Je­śli nie było mnie w szpi­talu, to nie przyj­mo­wa­łam rów­nież w pry­wat­nej po­radni. Cały ty­dzień? Jedna czwarta przy­cho­dów z po­radni ucie­kła! Cho­lera, żeby tylko pa­cjenci nie zre­zy­gno­wali.

Do­bra, po ko­lei. Naj­pierw dzieci. W dro­dze po Kubę ob­dzwo­nię pa­cjen­tów. Prze­pro­szę, ja­koś to bę­dzie. Olka, nie pa­ni­kuj. Te­raz wszystko jest w two­ich rę­kach.

- Ruda zdzira przy­szła!

Oho! Wy­socka mnie za­uwa­żyła; stała pa­cjentka z cho­robą afek­tywną se­zo­nową. Tra­fia do nas jak w ze­garku, dwa razy do roku. Je­sie­nią z ciężką de­pre­sją, za­gra­ża­jącą jej ży­ciu, a w okre­sie wio­senno-let­nim - z epi­zo­dami sil­nej ma­nii. Nie wiem, co gor­sze.

Wy­socka jest jak pies przy­wią­zany do budy: szczeka gło­śno, gdy ko­goś wi­dzi, i ata­kuje, kiedy uzna, że ofiara jest w za­sięgu.

Ominę ją zgrab­nie. Na dziś wy­star­czy mi eks­tre­mal­nych prze­żyć.

- Zośka, weź ty się tak głu­pio nie uśmie­chaj. Za­biję cię, je­śli bę­dziesz szcze­rzyć zęby! - Wy­socka kon­ty­nu­uje po­szu­ki­wa­nie roz­mówcy i za­cze­pia pa­cjentkę le­żącą na łóżku obok.

Mu­szę do­py­tać pie­lę­gniarki o za­le­cone le­cze­nie. Jest zbyt po­bu­dzona, by le­żeć na sali z in­nymi cho­rymi.

- Pani Alek­san­dro?

Znowu ktoś mnie za­cze­pia. Pie­lę­gniarka. Nie, bła­gam, nie te­raz! Mu­szę jak naj­szyb­ciej wyjść ze szpi­tala i spraw­dzić, czy z dziećmi wszystko w po­rządku. Poza tym głowa mi pęka. Niech nikt ode mnie ni­czego nie chce, do cho­lery! Cho­ciaż przez chwilę!

- Mo­men­cik! - od­po­wia­dam i bie­gnę do to­a­lety.

Mu­szę zwy­mio­to­wać. Nie chcę, ale czuję, że żo­łą­dek pod­cho­dzi mi do gar­dła. Muszla klo­ze­towa oglą­dana z bli­ska za­wsze mnie za­dzi­wia. Mam wra­że­nie, że ostat­nio czę­sto ją oglą­dam.

Wi­bruje mi kie­szeń far­tu­cha. Dwa razy. Krót­kie drże­nia. To na pewno SMS. Może od We­ro­niki? Się­gam z na­dzieją po te­le­fon. Pa­trzę zdzi­wiona - wia­do­mość zo­stała wy­słana z in­ter­ne­to­wej bramki SMS przez ano­ni­mo­wego nadawcę:

Dzię­kuję za upojny ty­dzień. Pa­mię­taj, to na­sza ta­jem­nica. Je­śli ją ko­muś zdra­dzisz, za­biję cię. XXX

???

- Pani Alek­san­dro? - Pie­lę­gniarka opie­rała się o ścianę obok drzwi do to­a­lety.

- Tak, już je­stem. Prze­pra­szam, coś mu­siało mi za­szko­dzić.

- W po­koju le­kar­skim cze­kają na pa­nią po­li­cjanci.

- Po­li­cjanci? - Alek­san­dra się sku­liła. - Do­brze, już idę.

Pie­lę­gniarka ode­szła, a Alek­san­dra po­ko­ny­wała ko­lejne me­try szpi­tal­nego ko­ry­ta­rza, wal­cząc z prze­ra­że­niem. Przed chwilą do­wie­działa się, że od ty­go­dnia nie po­ja­wiła się w pracy, nie miała po­ję­cia, co się w tym cza­sie działo z dziećmi, a jakby tego było mało, do­stała nie­zro­zu­miałą wia­do­mość, w któ­rej ktoś gro­ził, że ją za­bije.

Pa­nika na­ra­stała. Alek­san­dra bała się tego, co miało na­stą­pić za chwilę. Wie­działa, że to nie jest do­bry mo­ment na pro­wa­dze­nie roz­mów z po­li­cją. Nie­za­leż­nie od tego, co działo się w jej ży­ciu, jedna rzecz była stała - jej sto­su­nek do po­li­cji.

Przez głowę prze­mknęła jej myśl, że może po­winna zaj­rzeć jesz­cze do Wy­soc­kiej i po­zwo­lić się po­bić? Zy­ska­łaby na cza­sie.

Nie była jed­nak prze­ko­nana, czy czas jest jej sprzy­mie­rzeń­cem. Kiedy sta­nęła przed drzwiami po­koju le­kar­skiego, za­gry­zła usta i przy­po­mniała so­bie swoje po­li­cyjne pe­ry­pe­tie. Bar­dzo się na­pra­co­wała, by oto­cze­nie za­po­mniało o grze­chach jej mło­do­ści. Sama sta­rała się o nich nie pa­mię­tać, ale w pod­bram­ko­wych sy­tu­acjach otwie­rała szu­fladę ze wspo­mnie­niami. Czer­pała z niej siłę. Skoro tyle prze­żyła, to te­raz też wróci z tar­czą.

We­szła zde­cy­do­wa­nym kro­kiem do po­koju i przed­sta­wiła się bez zbęd­nej zwłoki. Chciała za­koń­czyć to jak naj­szyb­ciej. Nie od­da­lała się od drzwi, by móc uciec w każ­dej chwili. Za­sto­so­wać wy­mówkę zwią­zaną z pracą, usły­szeć nie­ist­nie­jące wo­ła­nie pie­lę­gniarki lub pa­cjenta.

- Alek­san­dra Wilk. Po­dobno mnie pa­no­wie szu­kali.

- Wi­tamy po­now­nie.

W ta­kim sa­mym skła­dzie, ale na ko­men­dzie, po­li­cjanci spo­ty­kali się z Alek­san­drą Wilk po­nad rok temu.

Lech Bie­law­ski stał przy re­gale. Po­ja­wie­nie się Alek­san­dry Wilk ode­rwało go od prze­glą­da­nia en­cy­klo­pe­dii le­ków. Odło­żył opa­sły tom na półkę i po­dra­pał się po czole. W ta­kich chwi­lach, kiedy ręka sty­kała się ze skórą głowy, przy­po­mi­nał so­bie o swo­ich za­ko­lach.

Na­dal ich nie ak­cep­to­wał i ten stan trwał nie­zmien­nie od po­nad dwu­dzie­stu lat. W mło­do­ści in­ter­pre­to­wał je jako bło­go­sła­wień­stwo, bo w końcu zmie­niał się z chłopca w męż­czy­znę. Z bu­zu­ją­cego w nim te­sto­ste­ronu prze­stał się cie­szyć, kiedy zwe­ry­fi­ko­wał kilka nie­sku­tecz­nych spe­cy­fi­ków na po­rost wło­sów. Wtedy też za­przy­jaź­nił się z bejs­bo­lówką.

Ma­riusz Ku­jawa, part­ner Bie­law­skiego, sie­dział na so­fie, która słu­żyła le­ka­rzom do uci­na­nia so­bie drze­mek na noc­nych dy­żu­rach. Przy­glą­dał się ko­bie­cie spode łba. Psy­cho­log pre­zen­to­wała się dość kiep­sko, jak marna ko­pia sa­mej sie­bie.

- Nie ro­zu­miem, dla­czego pana ko­lega tak głup­ko­wato się uśmie­cha - wark­nęła Alek­san­dra do po­li­cjanta bez czapki.

Ku­jawa spoj­rzał na Bie­law­skiego, ale nie za­re­ago­wał. Nie ru­szały go ni­czyje pre­ten­sje, a jego part­ner rze­czy­wi­ście szcze­rzył kły, zwy­kle nie­ade­kwat­nie do sy­tu­acji. Ku­jawa przy­zwy­czaił się też do tego, że jego part­ner i żona męż­czy­zny, któ­rego eg­ze­ku­cję emi­to­wały wszyst­kie sta­cje te­le­wi­zyjne, się nie lu­bili. Dzia­łali na sie­bie jak płachta na byka. Bie­law­ski był płachtą na Wilk, a Wilk - na Bie­law­skiego.

- Ma­rio! - Ulu­bioną sa­mo­gło­ską Bie­law­skiego było "o". Kładł na nią ak­cent zwłasz­cza w sy­tu­acjach, w któ­rych chciał wy­ra­zić iro­nię. - Wła­śnie prze­ży­wamy déja vu. Rok temu przyj­mo­wa­li­śmy zgło­sze­nie za­gi­nię­cia Ga­briela Wilka, a te­raz...

- Cie­szy mnie to - prze­rwała mu Alek­san­dra - że zdaje pan so­bie sprawę z tego, ile czasu upły­nęło od tam­tego wy­da­rze­nia. Co zro­bi­li­ście? Py­tam: co?! Och, prze­pra­szam! Za­da­wa­li­ście mnie i moim bli­skim głu­pie py­ta­nia, które w ni­czym nie po­mo­gły! Przez rok nie od­na­leź­li­ście ani ciała mo­jego męża, ani jego mor­dercy!

- Śledz­two zo­stało za­koń­czone. - Bie­law­ski wzru­szył ra­mio­nami. Do­sko­nale wie­dział, że taką od­po­wie­dzią roz­ju­szy ko­bietę.

- Nie­wy­kry­ciem sprawcy za­bój­stwa! - za­cy­to­wała ofi­cjalne pi­smo, które otrzy­mała ja­kiś czas temu. - Nie wstyd panu?! - Spoj­rze­niem wier­ciła dziurę w jego gło­wie. Była tak zła, że gdyby tylko miała pod ręką coś cięż­kiego, przy­wa­li­łaby mu bez wa­ha­nia. Z przy­jem­no­ścią oka­le­czy­łaby lub po­zba­wiła ży­cia tę ka­na­lię, która dys­po­no­wała wszel­kimi na­rzę­dziami, by wy­ja­śnić, dla­czego za­bito jej męża, a która tego nie zro­biła.

Była wście­kła. Tra­ciła czas. Za­miast wy­ty­kać brak kom­pe­ten­cji i za­an­ga­żo­wa­nia po­li­cjan­tom, po­winna już je­chać do szkoły. Cią­gle jed­nak coś ją za­trzy­my­wało. Wszy­scy prze­szka­dzali jej w spraw­dze­niu tego, co działo się pod­czas jej nie­obec­no­ści.

- Na szczę­ście się pani od­na­la­zła. - Śmier­dzący pa­pie­ro­sami Ku­jawa po­sta­no­wił za­in­ter­we­nio­wać i zwró­cić na sie­bie uwagę. - Przy­znam szcze­rze, że gdy wpły­nęło do nas za­wia­do­mie­nie o pani za­gi­nię­ciu, ba­łem się, że po­wtó­rzy się sce­na­riusz sprzed roku.

- Po­dzi­wiam wy­obraź­nię - burk­nęła. - No chyba że to było my­śle­nie ży­cze­niowe pana part­nera.

Ku­jawa pu­ścił uwagę mimo uszu. Miał czter­dzie­ści lat, a tę sztukę tre­no­wał od dwu­dzie­stu pię­ciu. Mógł się na­wet po­chwa­lić kil­koma suk­ce­sami. Wspo­mi­nał o nich za­wsze w to­wa­rzy­stwie kie­liszka i wódki. Mię­dzy jed­nym a dru­gim to­a­stem beł­ko­tał, że naj­więk­szym było ży­cie w jed­nym miesz­ka­niu z pełną uwag i pre­ten­sji matką, która nie wy­trzy­mała jego obo­jęt­no­ści i zmarła w dwa ty­siące pią­tym.

- Do­brze - ce­dził Ku­jawa. - Pro­szę nam po­wie­dzieć, co się z pa­nią działo w ciągu ostat­nich sied­miu dni.

Bie­law­ski uśmie­chał się iro­nicz­nie, cze­ka­jąc na od­po­wiedź. Za­miast niej przez kilka se­kund słu­chali od­gło­sów do­cho­dzą­cych z ko­ry­ta­rza. Od­dział psy­chia­tryczny żył we­dług ści­śle okre­ślo­nych sche­ma­tów. Ob­chód, za­ję­cia gru­powe, roz­mowy in­dy­wi­du­alne.

- Co się z pa­nią działo? - za­ata­ko­wał znie­cier­pli­wiony Bie­law­ski. Zbli­żył się do Alek­san­dry, by na­ru­szyć jej prze­strzeń oso­bi­stą.

- Nic.

- Nic?

- Od­po­czy­wa­łam.

- Ja­koś nie wy­gląda pani na wy­po­czętą.

- Pan rów­nież.

- Od­po­czy­wała pani?

Ku­jawa nie­chęt­nie uniósł się z sofy. Uznał, że musi po­ja­wić się w za­sięgu wzroku part­nera. W prze­ciw­nym ra­zie bę­dzie ob­ser­wa­to­rem bru­tal­nej sceny, w któ­rej prze­słu­chi­wana i po­li­cjant rzucą się so­bie do gar­deł.

- Od­po­czy­wała? Tak po pro­stu? - po­wtó­rzył Bie­law­ski.

- Chyba na tym po­lega od­po­czy­nek. - Wilk hardo wy­pięła pierś w ocze­ki­wa­niu na jego ruch. - To czas po­świę­cony na nic­nie­ro­bie­nie.

- Dro­dzy pań­stwo, w taki spo­sób do ni­czego nie doj­dziemy. - Ku­jawa wszedł mię­dzy Le­cha a Alek­san­drę. Mię­dzy tym dwoj­giem iskrzyło jak ja­sna cho­lera, a prze­cież nie mógł po­zwo­lić na bójkę. - Przez ty­dzień nie po­ja­wiła się pani ani w miej­scach pracy, ani w miej­scu za­miesz­ka­nia.

Kiw­nęła głową. Po­li­cjant po­twier­dził jej naj­gor­sze obawy. Zo­sta­wiła dzieci bez opieki na dłu­gie sie­dem dni.

- Gdzie za­tem pani prze­by­wała?

- A mogę li­czyć na dys­kre­cję?

Taka od­po­wiedź za­sko­czyła obu po­li­cjan­tów. Z twa­rzy Bie­law­skiego znik­nął na­wet iro­niczny uśmiech.

- Oczy­wi­ście - przy­tak­nęli nie­mal jed­no­cze­śnie.

Wzięła głę­boki wdech i spoj­rzała w oczy Bie­law­skiego, a po­tem Ku­jawy.

- Mu­sia­łam się ze­rwać. - Wy­pu­ściła z sie­bie po­wie­trze. - Ucie­kłam. Głu­pio to przy­znać, ale ży­cie mnie przy­gnio­tło. Naj­pierw znik­nął mój uko­chany mąż. Bu­dzi­łam się w nocy i na­słu­chi­wa­łam. Mia­łam na­dzieję, że wróci. Co ja mó­wię! Obie­cy­wa­łam dzie­ciom, że wróci! Po­tem po­ja­wił się ten film... - Alek­san­drze trudno było na­zy­wać rze­czy po imie­niu, ale po­li­cjanci wie­dzieli, że miała na my­śli film, który na­grała ka­mera szpie­gow­ska od­na­le­ziona w dłu­go­pi­sie jej męża. - Wszyst­kie sta­cje te­le­wi­zyjne emo­cjo­no­wały się śmier­cią Ga­briela. Każdy re­por­ter chciał o niej opo­wie­dzieć, za­po­mi­na­jąc, że za­bity męż­czy­zna był czło­wie­kiem, miał bli­skich, ro­dzinę, dzieci, żonę... Dla nas roz­trzą­sa­nie eg­ze­ku­cji było nie­sa­mo­wi­cie bo­le­sne. Kuba, mój syn, za­czął się mo­czyć w nocy. Wik­to­ria nie od­zy­wała się przez bli­sko trzy ty­go­dnie. A ja uda­wa­łam silną. Trzy­ma­łam się. Przyj­mo­wa­łam kon­do­len­cje, wy­trzy­my­wa­łam te wszyst­kie współ­czu­jące spoj­rze­nia... Wy­słu­chi­wa­łam co­raz now­szych py­tań re­to­rycz­nych i spe­ku­la­cji. Mie­siąc, dwa, pięć. W końcu po­czu­łam, że nie wy­trzy­mam ko­lej­nego dnia. Du­si­łam się. Mu­sia­łam uciec, choć na chwilę wy­rwać się z przy­tła­cza­ją­cej mnie rze­czy­wi­sto­ści.

- Ro­zu­miem. - Ku­jawa po­ki­wał głową.

- Wąt­pię. - Alek­san­dra Wilk po szcze­rym wy­zna­niu wró­ciła do wa­lecz­nej po­stawy. - Żeby zro­zu­mieć, nie wy­star­czy roz­wi­nięta wy­obraź­nia. Trzeba to prze­żyć. Przy­znaję, przy­gnio­tły mnie rze­czy­wi­stość, ża­łoba, praca, dom. Do tego sku­mu­lo­wany stres i ocze­ki­wa­nia oto­cze­nia. Wsty­dzę się tego, co wciąż nie zmie­nia faktu, że ucie­kłam.

- Po­wia­do­miła pani ko­goś o za­mia­rze wy­jazdu? - Bie­law­ski trzy­mał dłu­go­pis przy­go­to­wany do ro­bie­nia no­ta­tek.

- Pan jak zwy­kle mnie nie słu­cha! Nie wy­je­cha­łam. Ucie­kłam! Wi­dzi pan sub­telną róż­nicę? Ucieczka po­lega na tym, że ni­komu się o niej nie mówi.

- Do­ro­sła ko­bieta, matka... Nie mówi ni­komu o tym, że jej nie bę­dzie. Dla­czego?

- Nie wiem. Może dla­tego, że wtedy po­ja­wi­łyby się ko­lejne py­ta­nia. Co się dzieje? Do­kąd je­dziesz? Po co? Po­ja­wi­łyby się też osądy. Chcia­łam ich unik­nąć.

- Nie za­pew­niła pani opieki dzie­ciom - za­uwa­żył ła­god­nie Bie­law­ski.

- Je­stem kiep­ską matką, to prawda. Nie mam nic na swoje uspra­wie­dli­wie­nie. Ale było mi ła­twiej pod­jąć taką de­cy­zję, bo wie­dzia­łam, że szwa­gierka się nimi za­opie­kuje. Za­wsze im mat­ko­wała.

- Wy­szła pani do pracy i prze­pa­dła.

- Tak. Je­cha­łam na roz­prawę są­dową, ale nie­spo­dzie­wa­nie pod­ję­łam de­cy­zję o wa­ga­rach i wy­je­cha­łam z mia­sta.

- Gdzie pani spę­dziła te sie­dem dni?

- W nie­wiel­kim le­śnym ośrodku. - Alek­san­dra się za­wa­hała. Wie­działa, że nie ma zbyt wielu opcji.

- Ktoś może to po­twier­dzić?

- Nie są­dzę. Uni­ka­łam lu­dzi. Jesz­cze nie ma se­zonu. Wszę­dzie jest pu­sto. Sie­dzia­łam w po­koju...

- Gdzie jest ten ośro­dek?

- Jak się na­zywa?

- Nie wiem, pa­no­wie, nie pa­mię­tam! - Alek­san­dra się skrzy­wiła. Ból głowy znowu da­wał o so­bie znać. Leki naj­wy­raź­niej po­mo­gły na krótko. - Nie mam pa­mięci do nazw. A te­raz prze­pra­szam, ale mu­szę po­roz­ma­wiać z pa­cjentką, a po­tem ode­brać syna ze szkoły.

- A co ze sprawą pani za­gi­nię­cia? - rzu­cił na od­chodne Ku­jawa.

- Mo­że­cie ją za­mknąć. To ja­kieś kosz­marne nie­po­ro­zu­mie­nie. Za­miast szu­kać mor­der­ców i zło­dziei, szu­ka­cie ko­biety, która tylko na chwilę wy­rwała się z domu!

???

Tego, co łą­czyło Ma­riu­sza Ku­jawę i Le­cha Bie­law­skiego, ża­den z nich nie na­zwałby przy­jaź­nią. Uni­kali wiel­kich słów, de­kla­ra­cji i roz­mów na pry­watne te­maty. Znali się od dawna, byli w po­dob­nym wieku, a pracę w po­li­cji roz­po­czy­nali w tym sa­mym cza­sie i w tej sa­mej jed­no­stce. Po dwóch cięż­kich la­tach, kiedy na­bie­rali do­świad­cze­nia, ży­cie roz­dzie­liło ich, by po ja­kimś cza­sie po­now­nie wrzu­cić ra­zem do jed­nego po­koju w wy­dziale kry­mi­nal­nym.

Spę­dzali ze sobą dużo czasu. Ob­ser­wo­wali się wza­jem­nie i ro­zu­mieli bez słów. Mieli po­dobne prio­ry­tety, po­dej­ście do pracy i ży­cia. Nie prze­pra­co­wy­wali się, ale w miarę su­mien­nie wy­ko­ny­wali obo­wiązki służ­bowe.

Wie­dzieli też, że za­wsze mogą na sie­bie li­czyć. Nie tylko w pracy, ale rów­nież po niej. Je­śli któ­ryś z nich miał pro­blem, to szli na wódkę. Mil­czące zro­zu­mie­nie przy­no­siło im o wiele wię­cej sa­tys­fak­cji niż roz­mowy o pro­ble­mach.

- Mu­sisz się z nią tak dro­czyć? - Tym ra­zem Ku­jawa nie mógł prze­mil­czeć za­cho­wa­nia part­nera.

- Ja z nią?

- Mógł­byś od­pu­ścić.

- Ma­rio! Baba tak mnie wkur­wia, że...

- Że idziesz na czo­łowe. - Na szczę­ście Ma­riu­sza nic nie ru­szało. Ani am­bi­cja, ani głu­pie tek­sty, ani tym bar­dziej fe­ro­mony, zna­czące spoj­rze­nia czy wiel­kie cycki.

- Zmie­niła się, nie?

Bie­law­ski pa­mię­tał ich pierw­sze spo­tka­nie. Prze­py­ty­wał ją na oko­licz­ność za­gi­nię­cia męża. Była zde­ner­wo­wana, za­gu­biona i go­towa w każ­dej chwili ugryźć rękę, która chce jej po­móc.

Prze­wra­cała nie­bie­skimi oczami i opo­wia­dała o cu­dow­nym Ga­brielu, który po­ja­wił się w jej ży­ciu ni­czym ry­cerz na bia­łym ko­niu. Fa­cet od lat pro­wa­dził firmę in­for­ma­tyczną o mocno ugrun­to­wa­nej po­zy­cji. Za­ra­biał kon­kretne pie­nią­dze, a jego ro­dzina żyła jak pączki w ma­śle.

- Czy ja wiem? - Ku­jawa wzru­szył ra­mio­nami. - Za­pa­mię­ta­łem ją jako za­dbaną, rudą babę, która z ja­kie­goś po­wodu nas nie lubi.

- A znasz ko­goś, kto nas lubi?

- W su­mie to nie. Na­wet cie­bie le­dwo zno­szę.

- I wza­jem­nie. Ale wra­ca­jąc do Wil­ko­wej... Ładna była. Smutna, ale taka wy­mu­skana. I te jej włosy, skrę­cone rude sprę­żynki. Lu­bisz rude?

- Czy ja wiem? Rude są wredne. I py­skate.

- E tam, co ty wiesz o du­pach. Rude są dzi­kie!

- Na­wet je­śli Wil­kowa była dzika, to chyba ta dzi­kość umarła. I w su­mie nie ma się czemu dzi­wić.

Śledz­two w spra­wie za­gi­nię­cia Ga­briela Wilka dość szybko przy­nio­sło nie­ocze­ki­wane efekty. Po spraw­dze­niu miejsc, w któ­rych by­wał, i po prze­py­ta­niu naj­bliż­szych współ­pra­cow­ni­ków usta­lili, że w dniu za­gi­nię­cia Ga­briel umó­wił się na spo­tka­nie z no­wym klien­tem.

Był tylko je­den pro­blem - nikt nie znał jego na­zwi­ska. W fir­mie od lat po­zy­ski­wano i utrzy­my­wano stra­te­gicz­nych klien­tów wy­łącz­nie dzięki kon­tak­tom pre­zesa.

Osoba za­trud­niona na sta­no­wi­sku przed­sta­wi­ciela han­dlo­wego zaj­mo­wała się co prawda wy­szu­ki­wa­niem kan­dy­da­tów na no­wych klien­tów, ale tylko wśród ma­łych i śred­nich przed­się­biorstw. Je­dy­nie pre­ze­sowi uda­wało się na­wią­zy­wać kon­takty z klien­tami in­sty­tu­cjo­nal­nymi, któ­rzy przy­no­sili fir­mie po­nad osiem­dzie­siąt pro­cent przy­cho­dów.

W ka­len­da­rzu za­gi­nio­nego kartka z szes­na­stego maja dwa ty­siące czter­na­stego roku za­wie­rała ha­słowy spis za­dań: "ze­bra­nie, Ry­chu, ZUS, księ­gowa". To go­dzina sie­dem­na­sta wy­róż­niała się od in­nych. Zo­stała ob­ra­mo­wana czer­wo­nym kół­kiem. Do­pi­sek "spo­tka­nie" zwra­cał uwagę, ale nie niósł ze sobą żad­nych kon­kret­nych in­for­ma­cji.

Se­kre­tarka przy­ci­śnięta do muru przez Ku­jawę przy­znała, że szef pro­sił ją po po­łu­dniu o spraw­dze­nie do­jazdu do ulicy Że­glar­skiej. Do­my­ślała się, że to tam za­mie­rzał do­trzeć.

Pa­trol spraw­dził wska­zaną ulicę. Bez pro­blemu zna­lazł na niej prze­pi­sowo za­par­ko­wany sa­mo­chód Wilka. Pod­czas roz­py­ta­nia są­sia­dów usta­lono, że jedna z ko­biet wi­działa po­szu­ki­wa­nego męż­czy­znę. Wy­siadł z sa­mo­chodu, roz­ma­wiał krótko przez te­le­fon, a po­tem ru­szył w dół ulicy, gło­śno klnąc.

- Po­wiem ci, że nie­wiele mnie ru­sza. - Ku­jawa lu­bił pod­kre­ślać swoją obo­jęt­ność na każ­dym kroku. - Ale tamto miej­sce, ogromna ka­łuża za­schnię­tej krwi i na­gra­nie z dłu­go­pisu...

Bie­law­ski też pa­mię­tał to miej­sce. Wielka gi­mela na ty­łach nie­za­miesz­ka­nej po­se­sji. Bla­szany ga­raż, be­to­nowa pod­łoga, wa­la­jące się wszę­dzie ni­komu nie­po­trzebne rze­czy.

Po­li­cjanci przy­jęli wtedy na po­trzeby śledz­twa, że skoro Wilk zo­sta­wił sa­mo­chód i ru­szył pie­szo, to naj­pierw mu­szą prze­szu­kać nie­ru­cho­mo­ści w naj­bliż­szej oko­licy. Tak tra­fili do ga­rażu, w któ­rym zna­le­ziono frag­menty skóry, krew Ga­briela Wilka i bar­dzo dużo krwi.

- Naj­gor­szy był ten film. Gdyby fa­cet wie­dział, że dzięki swo­jej ob­se­sji na­gry­wa­nia spo­tkań służ­bo­wych sta­nie się gwiazdą me­diów! Eg­ze­ku­cja czło­wieka. Ide­alny ma­te­riał dla dzien­ni­ka­rzy. Lu­dzie uwiel­biają przy­glą­dać się dra­ma­tom in­nych. A tu mieli dra­mat na twa­rzy Wilka, który umie­rał na wi­zji. On na wi­zji, a jego żona w do­mo­wym za­ci­szu.

- No i też pew­nie dla­tego tak wy­gląda. Jak zjawa.

- A kie­dyś była taka ładna.

- Ładna, nie­ładna... Naj­waż­niej­sze, że się od­na­la­zła.

Ku­jawa nie miał ochoty na kon­ty­nu­owa­nie roz­mowy. Alek­san­dra Wilk się od­na­la­zła - dzięki temu mógł za­mknąć sprawę i za­jąć się pro­wa­dze­niem in­nych. Już dawno wpadł w ru­tynę i nie ru­szały go ko­lejne przy­padki.

Lu­dzie cią­gle zgła­szali za­gi­nię­cia swo­ich bli­skich - oj­ców, mę­żów, dzieci, żon, ma­tek. Mę­czyło go to. Wie­lo­krot­nie mu­siał po­dej­mo­wać czyn­no­ści zmie­rza­jące do usta­le­nia miej­sca po­bytu osoby, która mocno się na­pra­co­wała, by jej nie od­na­le­ziono.

???

Ta­jem­nica, groźby i bu­ziaczki na końcu wia­do­mo­ści? Ja­kiś kre­tyn robi so­bie żarty?! Na szczę­ście po­tra­fi­łam nad sobą za­pa­no­wać i roz­mowa z po­li­cjan­tami po­szła mi dość gładko.

A je­śli to nie żarty? Je­śli rze­czy­wi­ście coś się stało?

Mu­szę ko­niecz­nie zo­ba­czyć dzieci. Spraw­dzić, czy u nich wszystko w po­rządku. Od kwa­dransa dzwo­nię do We­ro­niki, ale nie od­biera. Pew­nie jesz­cze ma lek­cje. Spró­buję póź­niej.

Wy­mknę­łam się ze szpi­tala, wła­śnie bie­gnę do sa­mo­chodu. Mu­szę ode­brać Kubę ze szkoły.

Im szyb­ciej wrócę do co­dzien­no­ści, tym le­piej. Od czasu śmierci Ga­briela je­stem pod ob­strza­łem wścib­skich spoj­rzeń. Są­sie­dzi, eks­pe­dientki w skle­pie spo­żyw­czym, na­uczy­cielki - wszy­scy przy­glą­dają mi się z ocze­ki­wa­niem, że się po­tknę, roz­sy­pię! Tylko cze­kają na to, aby po­wie­dzieć, że "wie­dzieli, że tak bę­dzie"!

Ale ja­koś so­bie ra­dzę. Nie dam sa­tys­fak­cji tym pi­jaw­kom!

Do szkoły Kuby mam dzie­sięć mi­nut sa­mo­cho­dem. W dro­dze ob­dzwo­nię pa­cjen­tów, któ­rym w ze­szłym ty­go­dniu prze­pa­dły spo­tka­nia.

Mu­szę wy­my­ślić tylko ja­kieś sen­sowne wy­tłu­ma­cze­nie. Olga przy­jęła, że się spi­łam. W su­mie to do­bra wer­sja, ale tylko dla zna­jo­mych. Co po­wiem dzie­ciom i pa­cjen­tom? Nie­pla­no­wany wy­jazd służ­bowy. Tak, to bę­dzie OK. Kon­fe­ren­cja. Szko­le­nie. Stan­dar­dowa wy­mówka żo­na­tych ko­chan­ków.

- Halo!

Sły­szę swój krzyk i na­tych­miast po­dej­muję de­cy­zję, żeby po­ha­mo­wać znie­cier­pli­wie­nie. Zbyt wy­raź­nie sły­chać je w moim gło­sie. Nie chcę, żeby kto­kol­wiek wie­dział, że dzieje się coś złego.

- Ooo, pani Alek­san­dro! Dzień do­bry, w końcu pa­nią zła­pa­łem. Dzwo­nię i dzwo­nię, i już na­dzieję stra­ci­łem! Wła­ści­wie to dzwo­nię już z przy­zwy­cza­je­nia, by wy­słu­chać pani głosu na po­czcie gło­so­wej.

Świet­nie, aku­rat tego mi te­raz bra­ko­wało. Głowa na­dal mnie boli, a ten mę­czy mnie swoim pi­skli­wym gło­sem!

- Dzień do­bry, pa­nie Mi­chale. - To na­wet za­brzmiało miło. Jak chcę, to po­tra­fię.

- Mu­simy po­roz­ma­wiać.

- Coś się stało?

I tylko niech mi nie mówi, że tak, ale nie pa­mięta co, bo go wy­śmieję! Dzi­siaj to ja wiodę prym w nie­ogar­nia­niu rze­czy­wi­sto­ści.

Tak bar­dzo bra­kuje mi Ga­briela. Mo­gła­bym się do niego przy­tu­lić, po­roz­ma­wiać, po­ra­dzić się. Nie ma go ze mną od po­nad roku, a mnie na­dal zda­rza się wi­dzieć w nocy jego syl­wetkę sie­dzącą przy biurku.

Boże, jak kie­dyś mnie to wku­rzało! Zby­wał mnie, ka­zał iść spać, wy­ma­wiał się cie­ka­wym fil­mem albo książką, a kiedy już za­sy­pia­łam, sia­dał do kom­pu­tera. Kie­dyś obu­dzi­łam się w środku nocy. Nie wi­dzia­łam ekranu, ale cał­ko­wi­cie sku­pioną twarz męża. Za­zdro­sna wy­sko­czy­łam z łóżka. By­łam świę­cie prze­ko­nana, że ogląda por­nole. Za­czę­łam się awan­tu­ro­wać i ro­bić z sie­bie idiotkę.

Wtedy wy­znał mi, że z ukry­cia na­grywa swoje kon­takty z klien­tami. Po­ka­zał spe­cjalny dłu­go­pis z mi­kro­ka­merą i frag­ment jed­nego filmu. Wy­tłu­ma­czył, że na­gry­wa­nie lu­dzi bez ich zgody jest nie­le­galne, dla­tego nikt nie może się o tym do­wie­dzieć.

Mó­wił o zy­skach pły­ną­cych z póź­niej­szej ana­lizy fil­mów. O ob­ser­wa­cji prze­biegu spo­tka­nia, eks­pre­sji roz­mówcy, oceny jego re­ak­cji, szcze­ro­ści, in­ten­cji i ocze­ki­wań oraz moż­li­wo­ści za­uwa­że­nia wła­snych błę­dów.

- Pani Olu? To pilna sprawa. Opo­wiem, jak się spo­tkamy. Bę­dzie pani za kwa­drans w po­radni?

Pilna sprawa? Pier­do­le­nie. Mi­chał Mań­czak, oso­bo­wość hi­strio­niczna. Utrwa­lony wzo­rzec eg­zal­to­wa­nego za­cho­wa­nia i usta­wicz­nych prób zwra­ca­nia na sie­bie uwagi. Ni­gdy nie scho­dzi ze sceny, za­wsze gra swoją rolę. Chce wy­wie­rać wra­że­nie na in­nych i mieć nad nimi kon­trolę.

Do czter­na­stej mam jesz­cze go­dzinę, ale ko­niecz­nie mu­szę zo­ba­czyć Kubę. Te­raz, za­raz! Spraw­dzić, czy nic mu nie jest.

- Pani Olu? Bar­dzo mi za­leży!

Do­bra, niech mu bę­dzie! W końcu klient nasz pan. Na­wet je­śli klien­tem jest Mi­chał Mań­czak. Ra­chunki same się nie za­płacą. A gdyby co­kol­wiek stało się moim dzie­ciom, po­li­cjanci by mi o tym po­wie­dzieli. Na pewno za­dzwo­niły do mo­jej wred­nej szwa­gierki Ilony, a ta za­jęła się nimi z ra­do­ścią. Jak zwy­kle.

- Będę, ale mam dla pana je­dy­nie dwa­dzie­ścia mi­nut.

???

- Wszystko dla niej ro­bi­łem. Na­wet zgo­dzi­łem się na wi­zyty u psy­cho­loga. I co? - Mań­czak wy­ma­chi­wał te­atral­nie rę­kami. - Wszystko na nic! Ode­szła. Ode­szła bez słowa! Po kilku mie­sią­cach wspól­nego ży­cia! Znisz­czyła wszyst­kie na­sze plany! Za­rę­czyny, po­dróż po­ślubną, dzieci!

Kiedy pięć lat temu Alek­san­dra Wilk otwie­rała pry­watny ga­bi­net, po­ma­lo­wała ściany ja­sno­błę­kitną farbą. Wie­rzyła w psy­cho­lo­gię ko­lo­rów. Nie­bie­ski uspo­ka­jał emo­cje i po­ma­gał w ko­mu­ni­ka­cji. Uroz­ma­iciła go bia­łymi ver­ti­ca­lami za­sła­nia­ją­cymi okno, biur­kiem oraz okrą­głym sto­łem, który sta­nął w cen­tral­nej czę­ści po­miesz­cze­nia.

Wo­kół stołu po­ja­wiły się trzy wy­ma­rzone fo­tele Egg - pre­zent od męża na do­bry po­czą­tek. Za­le­żało jej na ta­kich, które miały za­okrą­glone opar­cie obej­mu­jące sie­dzą­cego w nim czło­wieka. Chciała uciec od nie­wy­god­nych ste­reo­ty­pów. Z do­świad­cze­nia wie­działa, że pa­cjent sia­da­jący na prze­stron­nej so­fie lub ko­zetce i roz­ma­wia­jący z le­ka­rzem znaj­du­ją­cym się za biur­kiem, jest onie­śmie­lony i po­trze­buje znacz­nie wię­cej czasu na otwar­cie się.

- Ode­szła bez słowa? - Alek­san­dra po­wtó­rzyła słowa Mań­czaka.

Lu­biła, kiedy w jej nie­bie­skim, chłod­nym i dość neu­tral­nym oto­cze­niu po­ja­wiali się pa­cjenci. Dość szybko na­uczyła się na­zy­wać ich klien­tami. Po pierw­sze sami pła­cili za swoje wi­zyty. Po dru­gie nie chciała, by my­śleli o so­bie, że są cho­rzy. Przy­cho­dzili do niej po po­moc w iden­ty­fi­ko­wa­niu i po­zby­wa­niu się pro­ble­mów.

- Tak.

- I jak się z tym czu­jesz?

- De­ner­wuje mnie to! - Męż­czy­zna te­atral­nie ude­rzył ręką w kra­wędź fo­tela. - Ode­szła, jakby mnie nie było! Jak­bym nie ist­niał! Jakby prze­stała mnie za­uwa­żać! To wku­rza­jące! Tak bar­dzo sta­ra­łem się jej do­go­dzić!

- Co ro­bi­łeś?

- Cho­dzi­łem z nią na kon­certy, cho­ciaż nie­na­wi­dzę ta­kich spę­dów.

- Nie lu­bisz, ale z nią sze­dłeś?

- Ko­cha­łem ją. Chcia­łem, żeby była szczę­śliwa.

- Co jesz­cze ro­bi­łeś, żeby ją uszczę­śli­wić?

- Spę­dza­łem nie­dziele z jej ro­dzi­cami. Za­bie­ra­łem na ko­la­cje. Dba­łem o nią. Dla­czego prze­stała mnie ko­chać?

- Spę­dza­łeś nie­dziele z jej ro­dzi­cami. Lu­bi­łeś to?

- Nie. Jej oj­ciec był cią­gle pi­jany, a matka zrzę­dziła.

- A ko­la­cje na mie­ście?

- Dużo lep­sze.

- Co było w nich wy­jąt­ko­wego?

- Ona lu­biła ku­li­narne eks­pe­ry­menty. Za każ­dym ra­zem pró­bo­wała in­nej po­trawy. Pa­trzyła na mnie z za­chwy­tem. Nie spo­ty­kała się ni­gdy wcze­śniej z fa­ce­tem, który mógłby za­bie­rać ją do ta­kich knajp.

Alek­san­dra za­no­to­wała, że klient nie lubi im­prez, zrzę­dli­wych ko­biet i pi­ja­nych męż­czyzn.

- Wasz zwią­zek się za­koń­czył. Czego bę­dzie ci naj­bar­dziej bra­ko­wać?

- Bra­ko­wać? - Mań­czak się za­my­ślił.

Wie­działa, że py­ta­nie jest pod­chwy­tliwe, ale chciała po­znać od­po­wiedź. Dzięki niej mo­gła spraw­dzić, na ja­kim eta­pie znaj­duje się te­ra­pia.

Oso­bo­wo­ści hi­strio­niczne mają ten­den­cję do uzna­wa­nia swo­ich związ­ków z in­nymi ludźmi za bliż­sze, niż są w rze­czy­wi­sto­ści. Poza tym po­sia­dają cią­głą po­trzebę uwo­dze­nia. Są cza­ru­jące i do­sto­so­wują się do part­nera. Za wszelką cenę chcą wy­dać się ide­ałem. Za­kła­dają ma­ski. Udają ko­goś, kim nie są i ni­gdy nie będą.

Alek­san­dra była cie­kawa, czy po dwóch mie­sią­cach re­gu­lar­nych se­sji świa­do­mość klienta roz­sze­rzyła się na tyle, by ten mógł za­uwa­żyć, że w ten spo­sób po­stę­po­wał wbrew so­bie.

- Tak, bra­ko­wać - po­wtó­rzyła.

Mań­czak mu­siał sku­pić się na te­raź­niej­szo­ści. Per­cep­cyj­nie, zmy­słowo i emo­cjo­nal­nie do­świad­czyć na nowo sie­bie i swo­jej sy­tu­acji. Pro­ste za­ło­że­nie tech­nik Ge­stalt, które Alek­san­dra prak­ty­ko­wała, było trudne w przy­padku oso­bo­wo­ści hi­strio­nicz­nej.

- Co za głu­pie py­ta­nie! - Męż­czy­zna uniósł głos. - Mnie ni­czego nie bra­kuje! Głu­pia cipa mnie zo­sta­wiła! Bez słowa!

Alek­san­dra się sku­liła. Bo­lała ją głowa, a agre­sja męż­czy­zny pod­sy­cała lęk. Od chwili, w któ­rej od­czy­tała SMS-a, to­wa­rzy­szyło jej prze­ko­na­nie, że nadawcą może być tylko ten, kto spę­dził z nią ostatni ty­dzień.

Na szczę­ście ze­ga­rek za­wie­szony na ścia­nie wska­zał, że za mi­nutę se­sja do­bie­gnie końca. Alek­san­dra od­cze­kała jesz­cze sześć­dzie­siąt se­kund, po czym usta­liła z Mań­cza­kiem ter­min ko­lej­nej wi­zyty i grzecz­nie go po­że­gnała.

Kiedy zo­stała sama, po­my­ślała, że po­winna umó­wić się z su­per­wi­zo­rem. Roz­mowa z psy­cho­te­ra­peutą nad­zo­ru­ją­cym jej pracę za­wsze po­ma­gała upo­rać się z ku­mu­lo­wa­nym gnie­wem, który wy­no­siła ze spo­tkań z klien­tami. Tym ra­zem jed­nak mu­siała li­czyć tylko na sie­bie. Nadawca wia­do­mo­ści nie po­zo­sta­wiał wąt­pli­wo­ści: wy­ja­wie­nie ta­jem­nicy znik­nię­cia Alek­san­dry zo­sta­nie uka­rane śmier­cią.

???

- To ty?

Ilona Drze­wiecka chciała się skrzy­wić, by pod­kre­ślić swoje obu­rze­nie, ale ostatni bo­toks znacz­nie jej to utrud­nił.

Alek­san­dra nie za­re­ago­wała. Stała w progu luk­su­so­wej re­zy­den­cji sio­stry zmar­łego męża i od­dy­chała głę­boko. Obie­cała so­bie, że tym ra­zem nie da się spro­wo­ko­wać.

- Są tu moje dzieci? - za­py­tała, za­ci­ska­jąc pię­ści.

- TWOJE dzieci U MNIE? Do­bre!

Ilona ce­lowo trzy­mała drzwi tak, by utrud­nić bra­to­wej zaj­rze­nie do środka. Wy­dy­mała przy tym usta wy­peł­nione do gra­nic moż­li­wo­ści kwa­sem hia­lu­ro­no­wym. Jej twarz już dawno stra­ciła na­tu­ralne rysy. Ilona była wła­ści­cielką sa­lonu ko­sme­tycz­nego, a także stałą klientką ga­bi­ne­tów chi­rur­gów pla­stycz­nych i sa­lo­nów fry­zjer­skich.

- Kuba, We­ro­nika! - Alek­san­dra sta­rała się krzyk­nąć w nie­wielką prze­strzeń mię­dzy drzwiami a fra­mugą. Z le­d­wo­ścią po­wstrzy­my­wała się od zro­bie­nia awan­tury. W my­ślach li­czyła do dzie­się­ciu.

Po pracy po­je­chała do szkoły. Kuba po­wi­nien cze­kać na nią o czter­na­stej pod kasz­ta­now­cem, jak zwy­kle. Na miej­sce do­tarła pięć mi­nut póź­niej. Kuby nie było ani pod drze­wem, ani w bu­dynku.

Zde­ner­wo­wała się i wal­czyła przez chwilę z pe­sy­mi­styczną wi­zją: być może po­ry­wacz zo­ba­czył, że w szpi­talu roz­ma­wiała z po­li­cjan­tami... Obie­cał, że ją za­bije, ale... prze­cież ła­twiej bę­dzie po­rwać i za­bić jej syna!

Ze­stre­so­wana po­bie­gła do dy­rek­torki. Po kwa­dran­sie udało im się usta­lić, że Kubę pro­sto po lek­cjach ode­brała ko­bieta - czar­no­włosa, za­dbana, wy­pach­niona, wy­ma­lo­wana i po­da­jąca się za ro­dzinę. Wy­cho­waw­czyni nie po­my­ślała, że wy­pusz­cze­nie chłopca z cio­cią bę­dzie przy­czyną ja­kich­kol­wiek pro­ble­mów. Po pierw­sze ko­bieta była bar­dzo po­dobna do ojca chłopca. Po dru­gie on sam za­re­ago­wał en­tu­zja­stycz­nie na jej po­ja­wie­nie się. Po trze­cie ciotka przy­wo­ziła i od­wo­ziła Kubę przez ostat­nie kilka dni.

Po wi­zy­cie w szkole znowu pró­bo­wała do­dzwo­nić się do We­ro­niki. Bez­sku­tecz­nie. Wsia­dła więc do sa­mo­chodu i po­je­chała do Wa­rzelni, osie­dla luk­su­so­wych do­mów i apar­ta­men­tów.

- Ooo, cześć, mamo! - We­ro­nika po­ka­zała się w ko­ry­ta­rzu.

Ilona na­tych­miast zmie­niła na­sta­wie­nie. Z jej twa­rzy znikł gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. Za­miast niego po­ja­wił się prze­sym­pa­tyczny uśmiech, zu­peł­nie jakby ucie­szyła się z od­wie­dzin bra­to­wej.

- Olka, no wejdź, nie daj się pro­sić! - Była świetną ak­torką. Wy­raz twa­rzy, ge­sty i słowa: wszystko jed­no­znacz­nie wska­zy­wało na do­bre in­ten­cje.

- Ko­cha­nie! - Alek­san­dra po­de­szła do córki i ją uści­skała. - Co ty masz na so­bie?

- Su­kienkę.

- Wi­dzę. Skąd?

Nie po­do­bało jej się to, co wi­działa. Pa­sia­sta su­kienka na cien­kich ra­miącz­kach pod­kre­ślała bu­dzącą się ko­bie­cość jej córki. Eks­po­no­wała de­kolt, uwy­dat­niała biust i opi­nała za­okrą­glone bio­dra.

- Cio­cia mi ku­piła! - Dumna We­ro­nika okrę­ciła się, pre­zen­tu­jąc naj­now­szy pre­zent.

Alek­san­dra po­gła­skała córkę po gło­wie. Chciała jak naj­szyb­ciej za­brać dzieci do domu.

- Idź po Kubę - za­rzą­dziła.

Córka znik­nęła za ro­giem, a Alek­san­dra nie mo­gła opa­no­wać gniewu.

- Znowu to ro­bisz?! - wark­nęła.

- Co?

- Roz­piesz­czasz ją. Ku­pu­jesz dro­gie ciu­chy.

- Dro­gie? Może dla cie­bie. Roz­piesz­czam ją, moja droga, nie mam in­nego wyj­ścia. Ktoś musi. Skoro ty tego nie ro­bisz, zo­staję już tylko ja...

- Żal mi cię. My­ślisz, że lu­dzi można ku­pić?!

Ilona po śmierci Ga­briela za­częła prze­sa­dzać z pre­zen­tami dla bra­tan­ków. Ku­po­wała im wszystko, o czym tylko za­ma­rzyli, zu­peł­nie nie zwra­ca­jąc uwagi na ceny. Po­cząt­kowo Alek­san­dra tłu­ma­czyła za­cho­wa­nie szwa­gierki szo­kiem po stra­cie brata bliź­niaka. Póź­niej jed­nak za­częła za­uwa­żać sub­telną róż­nicę po­mię­dzy tro­ską o naj­młod­szych człon­ków ro­dziny Wil­ków a udzia­łem w wy­ima­gi­no­wa­nym wy­ścigu "kto jest faj­niej­szy".

Tym ra­zem bez pro­blemu roz­po­znała logo pro­jek­tanta wid­nie­jące na no­wej su­kience We­ro­niki. To nie była kiecka z sie­ciówki za kil­ka­dzie­siąt zło­tych.

- Kłó­ci­cie się? - Głos Kuby bły­ska­wicz­nie przy­wró­cił uda­wany spo­kój obu ko­biet.

Żadna nie chciała być tą, która krzyw­dzi drugą. Obie zda­wały so­bie sprawę, że dzieci ko­chały je oby­dwie. Przy­naj­mniej na ra­zie.

- Kuba! - Alek­san­dra rzu­ciła się na syna i za­częła go ści­skać. - Jak do­brze, że je­steś cały. Stę­sk­ni­łam się za tobą!

- Kłó­ci­cie się?

- Nie kłó­cimy się, ko­cha­nie. Gło­śno dys­ku­tu­jemy.

- Mamo, cio­cia ku­piła mi kon­solę! Będę mógł na niej grać, jak do niej przy­jadę!

- Su­per. A te­raz za­bierz swoje rze­czy i wra­camy do domu.

- Ale ja te­raz gram! - Kuba od­wró­cił się na pię­cie i po­biegł do po­koju.

- Wi­dzisz? - Ilona ode­zwała się do­piero wtedy, kiedy upew­niła się, że dzieci jej nie usły­szą. - U mnie jest im dużo le­piej niż w twoim domu.

- Kon­sola?! Do ko­rzy­sta­nia wy­łącz­nie w twoim domu? To nie­uczciwe za­gra­nie!

Zda­wała so­bie sprawę z tego, że szwa­gierka chce ją spro­wo­ko­wać. Chciała jak naj­szyb­ciej zo­stać ze swo­imi dziećmi sam na sam. Na­cie­szyć się nimi i spraw­dzić, jak ten ty­dzień wy­glą­dał z ich per­spek­tywy.

- Nie bę­dziesz pra­wiła mi ka­zań. Kim ty je­steś?! To przez cie­bie dzieci nie mają ojca, a ja brata! - Ilona prze­stała pa­no­wać nad sobą i za­częła ge­sty­ku­lo­wać, jed­no­cze­śnie wwier­ca­jąc w Alek­san­drę wście­kłe spoj­rze­nie. - Tylko uda­jesz ich matkę. Żadna matka nie zo­sta­wi­łaby swo­ich dzieci bez opieki! Na sie­dem dni! Mo­gły umrzeć z głodu! Je­steś nie­od­po­wie­dzialna!

- Na szczę­ście ty się nimi za­opie­ko­wa­łaś! - Alek­san­dra, usa­tys­fak­cjo­no­wana wy­bu­chem Ilony, uśmiech­nęła się bez­czel­nie. W końcu role się od­wró­ciły. Te­raz to ona roz­da­wała karty.

- Oczy­wi­ście. A ty, moja droga, za­miast mi po­dzię­ko­wać, masz pre­ten­sje. Ku­pi­łam im to i owo, by za­po­mniały cho­ciaż na chwilę, że zo­stały opusz­czone przez matkę!

- Od­wra­casz kota ogo­nem.

- A ty śmiesz się na­zy­wać matką tylko dla­tego, że je uro­dzi­łaś! Te­raz są dla cie­bie kulą u nogi, tylko nie masz od­wagi tego przy­znać! Mam na­dzieję, że do­brze się ba­wi­łaś z ko­chan­kiem. Gdzie by­li­ście? Za­gra­niczne wczasy czy spa w Pol­sce?!

- Nie twoja sprawa.

- Za­dzwo­ni­ła­byś, gdy­byś je ko­chała! Cho­ciaż raz! Rok temu stra­ciły ojca. Te­raz ty znik­nę­łaś bez słowa. Wszy­scy by­li­śmy prze­ko­nani, że za kilka dni do­sta­niemy na­gra­nie z two­jej eg­ze­ku­cji!

???

Na­gra­nie z mo­jej eg­ze­ku­cji! Też wy­my­śliła. Kto jak kto, ale na­wet Ilona nie po­winna opo­wia­dać ta­kich głu­pot! Zwłasz­cza przy dzie­ciach.

Stoję na klatce scho­do­wej i szu­kam klu­czy do miesz­ka­nia. Jak zwy­kle ukryły się w mo­jej zbyt du­żej to­rebce. Ga­briel za­wsze się śmiał, że je­śli chciałby coś przede mną ukryć, to scho­wałby to wła­śnie tam.

Ga­briel. Nie ma go ze mną od trzy­stu sie­dem­dzie­się­ciu czte­rech dni. I z każ­dym ko­lej­nym dniem co­raz bar­dziej tracę kon­trolę nad swoim ży­ciem. Dziś się­gnę­łam dna. Opieprz od or­dy­na­tora. Zero pa­mięci wstecz­nej. Głu­pie SMS-owe żarty. Prze­ra­ża­jący ból głowy i pu­sta chata. Dzieci wo­lały zo­stać u Ilony, prze­ku­piła je pizzą.

W su­mie... dla­czego się dzi­wię? We­ro­nika i Kuba tę­sk­nią za na­szym daw­nym luk­su­so­wym sty­lem ży­cia. Ilona daje im to, na co mnie nie stać.

Naj­gor­sze jest jed­nak to, że ja też tę­sk­nię. Nie tyle za luk­su­sem, ile za spo­ko­jem. Kie­dyś nie mu­sia­łam mar­twić się o to, czy wy­star­czy mi do pierw­szego. Nie mu­sia­łam dzie­lić wy­dat­ków na nie­zbędne, ko­nieczne, ważne i błahe.

Ilona ma wszystko: ko­cha­ją­cego męża, swo­bodę fi­nan­sową, nowe usta, spor­towy sa­mo­chód i dom na naj­bar­dziej wy­pa­sio­nym osie­dlu w Po­zna­niu.

Ma też geny, oczy i uśmiech Ga­briela. Tak samo marsz­czy czoło, kiedy się zło­ści. I na­wet kan­cia­sta żu­chwa, którą stara się przy­kryć sta­ran­nie przy­strzy­żo­nym bo­bem, przy­po­mina mi tę Ga­briela.

Ilona Drze­wiecka z domu Wilk. Po­cho­dze­nia nie ukry­jesz. Dawno temu my­śla­łam, że Wilk to ta­kie samo na­zwi­sko jak Ko­wal­ski. My­li­łam się. Ro­dzina Wil­ków to wa­taha. Miesz­kają bli­sko sie­bie, dzia­łają ra­zem, mają okre­śloną we­wnętrzną hie­rar­chię.

Ilona jest wil­czycą alfa. Ma ab­so­lutną wła­dzę nad człon­kami wa­tahy. Wszy­scy de­mon­strują jej swoją pod­le­głość. Po­dej­muje de­cy­zje, roz­wią­zuje pro­blemy, za­że­gnuje kon­flikty.

To ona naj­prę­dzej i naj­gwał­tow­niej re­aguje na po­ja­wie­nie się in­tru­zów. Tak, mnie uznała za in­truza. Bez­sprzecz­nie. Ni­gdy nie zmie­niła zda­nia. Na prośbę Ga­briela po na­szym ślu­bie zła­go­dziła swoje re­ak­cje, ale od kiedy umarł, znowu czuję się obca. Nie lubi mnie. Chce się mnie po­zbyć. Chce za­brać moje dzieci.

Kie­dyś się cie­szy­łam, że Ilona jest taka tro­skliwa! Sama za­ofe­ro­wała po­moc w opiece nad We­rką. Pod­rzu­ca­li­śmy małą do cioci, a sami z Ga­brie­lem wy­ska­ki­wa­li­śmy do kina albo na tańce. Ko­rzy­sta­li­śmy z ży­cia. Zbyt późno za­uwa­ży­łam, że Ilona za­miast po­ma­gać, zwy­czaj­nie się sza­ro­gęsi. Igno­ro­wała na­sze wy­tyczne i zaj­mo­wała się dziec­kiem po swo­jemu.

"U mnie jest im dużo le­piej niż w twoim domu" - tak po­wie­działa. Ude­rzyła cel­nie, pro­sto w serce. Wbiła w nie nóż, a po­tem prze­krę­ciła, by spra­wić mi jesz­cze wię­cej bólu. Nie dość, że MOIM dzie­ciom jest le­piej u Ilony, to jesz­cze ten "mój dom" jest bar­dziej Ilony niż mój. To miesz­ka­nie Wil­ków, kie­dyś ro­dzi­ców Ga­briela i Ilony. Po ich śmierci wła­sność bliź­nia­ków.

Tak, po­łowa miesz­ka­nia, w któ­rym usi­łuję po­skle­jać swoje ży­cie, na­leży do mo­jego naj­więk­szego wroga.

Smród do­cho­dzący z szafki pod zle­wem alar­mo­wał o tym, że w ko­szu za­le­gają śmieci. Alek­san­dra rzu­ciła w kąt to­rebkę. Otwo­rzyła okna. Z ko­sza wy­jęła wo­rek z mało przy­jemną za­war­to­ścią, po czym po­bie­gła go wy­rzu­cić. Osie­dle żyło swoim ryt­mem. Mło­dzi od­krywcy po­szu­ki­wali skar­bów w pia­skow­nicy, a ro­dzice od­kryw­ców cia­sno wy­peł­niali dwie ławki nie­opo­dal. Są­siadka spod czwórki sie­działa w oknie i kon­tro­lo­wała ruch na osie­dlu.

Alek­san­dra wy­rzu­ciła śmieci i za­do­wo­lona wró­ciła do miesz­ka­nia. Od­no­siła wra­że­nie, że po­woli od­zy­skuje kon­trolę nad swoim ży­ciem. Miała do­bry plan: ką­piel oraz po­si­łek, który na pewno sprawi, że po­zbę­dzie się za­równo bólu głowy, jak i czar­nych my­śli.

Było, mi­nęło. Trzeba żyć tu i te­raz. Co z tego, że nie było jej przez ty­dzień? Żyła. Wró­ciła do domu i po­winna cie­szyć się wol­no­ścią.

W bły­ska­wicz­nym tem­pie po­ko­nała schody i zdy­szana wbie­gła na czwarte pię­tro. Nie zdą­żyła wy­jąć klu­czy, gdy jej oczom uka­zał się Jo­achim, są­siad.

- Ola, jak miło cię wi­dzieć!

Miał na so­bie szarą pod­ko­szulkę i spodnie moro. Przy­glą­dał się ko­bie­cie wy­cze­ku­jąco. Był tak za­do­wo­lony, jakby od dłuż­szego czasu cza­to­wał przy wi­zje­rze na po­wrót ru­dej są­siadki.

- Cie­bie rów­nież, Jo­achi­mie - od­po­wie­działa uprzej­mie.

Nie pa­mię­tała na­zwi­ska męż­czy­zny. Wła­ści­wie to nie­wiele o nim wie­działa. Tylko tyle, ile jej po­wie­dział. Po­cho­dził z Ło­dzi i prze­pro­wa­dził się do Po­zna­nia w ze­szłym roku.

Utrzy­my­wał, że pra­cuje na ja­kiejś uczelni, jed­nak jego wy­gląd bu­dził po­dej­rze­nia. Męż­czy­zna był mocno "zu­żyty", co utrud­niało okre­śle­nie jego wieku. Mógł mieć za­równo trzy­dzie­ści, jak i pięć­dzie­siąt lat. Był prze­raź­li­wie chudy, łysy i miał blade, za­pad­nięte oczy.

Kiedy Alek­san­dra zo­ba­czyła go po raz pierw­szy, po­my­ślała, że musi być nar­ko­ma­nem. Pro­wa­dziła kie­dyś te­ra­pię gru­pową dla osób uza­leż­nio­nych od nar­ko­ty­ków i po­tra­fiła roz­po­znać ten po­wód wy­nisz­cze­nia or­ga­ni­zmu.

Uznała jed­nak, że nie może go osą­dzać. Czy męż­czy­zna miał za sobą nar­ko­ty­kową prze­szłość? Praw­do­po­dob­nie tak. Czy uciekł Ło­dzi do Po­zna­nia tylko po to, by zo­sta­wić po­kusę da­leko za sobą? Za­pewne, ale wła­śnie bu­do­wał ży­cie od nowa.

Gdy Alek­san­dra go po­znała, sama nie bar­dzo ra­dziła so­bie z rze­czy­wi­sto­ścią. Wła­śnie stra­ciła męża, sens ży­cia i chęć do wsta­wa­nia z łóżka. Odu­rzała się sil­nymi psy­cho­tro­pami i mo­głaby wiele po­wie­dzieć o nar­ko­tycz­nych od­lo­tach.

- Po­cze­kaj, mam dla cie­bie pocztę. Wi­dzia­łem, że was nie ma, więc wyj­mo­wa­łem wszystko ze skrzynki. No wiesz, żeby nie le­żało. Jesz­cze ja­kiś zło­dziej za­in­te­re­so­wałby się pu­stym miesz­ka­niem nu­mer dzie­sięć.

- Świet­nie, dzię­kuję. Wej­dziesz? - za­pro­po­no­wała szybko bez za­sta­no­wie­nia.

Bły­ska­wicz­nie kiw­nął głową. Cof­nął się po li­sty i trza­snął drzwiami.

W miesz­ka­niu hu­lał wiatr. Mimo że słu­pek rtęci po­ka­zy­wał po­nad dwa­dzie­ścia dwa stop­nie, wiatr był chłodny.

- Mu­sia­łam prze­wie­trzyć i po­zbyć się za­du­chu. - Alek­san­dra za­mknęła okna. - Po­cze­kasz chwilę? Tylko sko­czę do ła­zienki. Na­lej so­bie soku albo zrób kawy.

Ni­gdy wcze­śniej nie utrzy­my­wała bliż­szych kon­tak­tów z są­sia­dami. Ga­briel uczył żonę nie­uf­no­ści wo­bec in­nych. Ow­szem - nie miał nic prze­ciwko wy­mie­nia­niu z są­sia­dami uprzej­mo­ści, ale pro­te­sto­wał wo­bec dzie­le­nia się z nimi bar­dziej pry­wat­nymi in­for­ma­cjami.

"Nie znasz tych lu­dzi" - po­wta­rzał. "Nie wiesz, ja­kie są ich in­ten­cje. Oni nie mu­szą wie­dzieć, jak nam się żyje i co mamy. Nie po­winni zda­wać so­bie sprawy z na­szych pro­ble­mów. Od szcze­rych roz­mów jest ro­dzina".

Dzi­wiła się tym sło­wom. Prze­cież Ga­briel spę­dził w tym bloku całe swoje dzie­ciń­stwo. Wielu są­sia­dów znał dłu­żej niż ją, wła­sną żonę!

Cza­sem wy­da­wało jej się, że nie lu­bił tych lu­dzi. Pro­po­no­wała prze­pro­wadzkę, prze­cież było ich stać na kupno domu. Jed­nak Ga­briel za­pie­rał się rę­kami i no­gami. Tłu­ma­czył, że w tym miesz­ka­niu spę­dził cu­downe dzie­ciń­stwo, a trzy po­koje są ide­alne dla czte­rech osób.

- Już je­stem. - Wró­ciła do po­koju, za­do­wo­lona z szyb­kiego od­świe­że­nia się. - Da­łeś so­bie radę?

- Tak, otwo­rzy­łem sok po­rzecz­kowy. Ostatni.

Zna­jo­mość z Jo­achi­mem to­czyła się na­tu­ral­nie. Wy­na­jął pu­ste miesz­ka­nie znaj­du­jące się na tym sa­mym pię­trze co miesz­ka­nie Wil­ków. Przy­szedł się przed­sta­wić. Przy­niósł cia­sto droż­dżowe. Ich pierw­sze spo­tka­nie wy­glą­dało jak scena z ame­ry­kań­skiego se­rialu.

Wię­cej - lu­bił ame­ry­kań­skie kino. Miesz­kał sam. Wie­czo­rami słu­chał Bruce'a Spring­ste­ena. Miał dwie mę­skie ręce, i to nie­ko­niecz­nie lewe. Po­tra­fił od­krę­cić rze­czy, z któ­rymi nie ra­dziły so­bie ko­biece dło­nie, na­pra­wić wy­rwane gniazdko czy re­ani­mo­wać sa­mo­chód. Nie miał też nic prze­ciwko temu, by od czasu do czasu za­mie­nić się w nia­nię.

W za­mian nie ocze­ki­wał nic poza ko­bie­cym re­wan­żem, to jest za­peł­nie­niem w jego miesz­ka­niu bra­ków wy­ni­ka­ją­cych z by­cia sa­mot­nym męż­czy­zną. Jo­achim nie po­tra­fił przy­szy­wać gu­zi­ków czy wy­bie­rać pre­zen­tów dla ro­dzi­ców. Cza­sem miał pro­blem z roz­szy­fro­wa­niem prze­pi­sów ku­li­nar­nych, a po­ję­cia ta­kie jak: "zblan­szo­wać", "przez chwilę" albo "do zgęst­nie­nia" były dla niego czarną ma­gią.

- Wiesz, nie chcę wyjść na naj­więk­szego ka­pu­sia na osie­dlu, ale mogę wy­ja­śnić ci, skąd ten za­duch i prze­brane za­pasy.

- No?

- Pod­czas two­jej nie­obec­no­ści We­ro­nika urzą­dziła im­prezę. Za­kła­dam, że jesz­cze się tym nie chwa­liła.

- Po­wiedzmy, że nie zdą­żyła. - Prze­wró­ciła oczami. Ro­ze­śmiali się nie­malże jed­no­cze­śnie.

- Jak już zdąży, to do­py­taj ją, skąd mieli trawkę.

- Trawkę?

- Znam ten za­pach.

- Boże...

- Ola, wy­lu­zuj. Mło­dość ma swoje prawa. Nie ma sta­rych, jest im­prezka. Al­ko­hol, gło­śna muza, te sprawy...

- Jo­achim, prze­pra­szam cię. Głu­pio mi. Pew­nie był ha­łas i nie mo­głeś spać.

- Są­siadka z dołu przy­szła do mnie w sa­mej pi­dża­mie. - Jo­achim się skrzy­wił, chcąc za­de­mon­stro­wać prze­ra­że­nie, w ja­kie wpra­wił go ten wi­dok. - Chciała, że­by­śmy za­dzwo­nili na po­li­cję.

- Rany bo­skie!

- Luz. Po­wie­dzia­łem, że to za­ła­twię. Za­pu­ka­łem do was, a wła­ści­wie za­dzwo­ni­łem. We­ro­nika mnie wpu­ściła. Roz­sia­dłem się jak u sie­bie. Stra­te­gia za­dzia­łała. Dzie­ciaki ro­ze­szły się szybko, bo jed­nak im­preza z ta­kim wap­nia­kiem jak ja nie ma w so­bie nic in­te­re­su­ją­cego.

- Dzięki.

- Nie ma za co. A gdzie są dzieci?

- U Ilony.

- Do­brze z nią masz. Za­wsze ci po­może.

- Do­brze, nie­do­brze. Wiesz co, chyba źle to ro­ze­gra­łam. Ta cała ża­łoba... Sku­pi­łam się na so­bie, swo­jej stra­cie, a dzieci po­trak­to­wa­łam... Sama nie wiem. Za­po­mnia­łam, że one też prze­żyły stratę. Zmę­czona je­stem. Oczy mi się za­my­kają, a głowa na­pie­prza mnie tak, że... - Nie do­koń­czyła. Za­bra­kło jej od­po­wied­niego słowa.

Jo­achi­mowi nie trzeba było dwa razy po­wta­rzać.

- Wy­śpij się. - Do­pił sok, od­sta­wił szklankę do zlewu i trza­snął drzwiami.

???

Nie wiem, co się dzieje. Je­stem już w domu. Dzieci są całe i zdrowe u Ilony, a mnie ja­koś tak zbyt mocno ko­ła­cze serce.

Boję się. Bar­dzo się boję. Ten głu­chy od­głos za­trza­sku­ją­cych się drzwi. To on wy­wo­łał mój nie­po­kój.

Nie, nie za­sko­czył mnie ha­łas. Spo­dzie­wa­łam się tego. Jo­achim nie po­trafi ina­czej za­my­kać drzwi. Za­wsze po­py­cha je za mocno i czeka, aż ude­rzą we fra­mugę, a za­mek za­sko­czy. Mo­gła­bym pro­wa­dzić dzien­nik jego wejść i wyjść. Sie­dzia­ła­bym przed te­le­wi­zo­rem albo czy­ta­ła­bym książkę i no­to­wała go­dziny, w któ­rych są­siad bru­tal­nie za­myka swoje miesz­ka­nie.

Jed­nak moje po­czu­cie braku bez­pie­czeń­stwa i dys­kom­fortu, któ­rego źró­dła w tej chwili nie po­tra­fię okre­ślić, spo­wo­do­wane jest czymś in­nym.

Tylko czym, je­śli nie ha­ła­sem?

W szu­fla­dzie z le­kami czeka na mnie moja de­ska ra­tun­kowa. Pi­gułka, która po­zwo­liła mi prze­trwać pierw­sze mie­siące ża­łoby. Szkoda, że tylko jedna. Może po­może mi się po­zbyć ir­ra­cjo­nal­nego lęku? Przy­naj­mniej na chwilę.

Prze­cież je­stem w swoim miesz­ka­niu. Bez­pieczna. Ni­komu nie po­wie­dzia­łam o tym, co mnie spo­tkało. Zresztą... Co mia­ła­bym po­wie­dzieć? Że ni­czego nie pa­mię­tam? I po co? Żeby ktoś zro­bił zmar­twioną minę? Bez sensu.

Głu­chy dźwięk. Drewno ude­rza­jące o drewno, z dużą siłą. Ru­mor roz­cho­dzący się po ścia­nie. Skąd ja to znam? Ha­łas jest przy­tła­cza­jący. Tak go za­pa­mię­ta­łam. Gło­śny, ale krótki. Głu­chy, ale głę­boki. Od­rywa mnie z odrę­twie­nia i jed­no­cze­śnie zwia­stuje coś złego.

Mu­szę się sku­pić. Mu­szę to usły­szeć jesz­cze raz.

???

Trzask drzwi prze­rywa ci­szę. Ko­bieta pod­ska­kuje na łóżku. Na chwilę jakby od­zy­skuje przy­tom­ność. Prze­ciera oczy, nad­sta­wia uszu. Wstaje z po­ścieli, po­ty­ka­jąc się o wła­sne stopy. Kie­ruje się w stronę je­dy­nego otworu w po­miesz­cze­niu.

Drzwi. Ktoś nimi trza­snął. Ktoś mu­siał tu być.

Szuka tropu ni­czym pies my­śliw­ski. Nie jest tak zwinna i szybka, ale de­ter­mi­na­cja robi swoje. Chce od­na­leźć cho­ciaż szcząt­kowy za­pach oprawcy. Ob­wą­chuje prze­strzeń przed drzwiami. Kła­dzie się i pró­buje wcią­gnąć po­wie­trze spod dol­nej szcze­liny. Bez­sku­tecz­nie.

Po­wie­trze jest bez­barwne i ni­ja­kie. Zu­peł­nie, jakby nic się nie wy­da­rzyło. Jakby ko­bie­cie przy­śniły się nie­ist­nie­jące dźwięki.

W ciem­nym po­miesz­cze­niu świeci ża­rówka. Nie do­star­cza jed­nak świa­tła. Jest ża­ło­sna. Bra­kuje jej mocy. Lub chęci. Ko­bieta jest w sta­nie uwie­rzyć w to dru­gie.

Prze­bywa w za­mknię­ciu wy­star­cza­jąco długo, by jej wzrok do­sto­so­wał się do pa­nu­ją­cych ciem­no­ści. Wi­dzi wszystko. Ciemne ściany, ni­ski su­fit, drew­niane łóżko, roz­kła­dany sto­lik, na któ­rym od czasu do czasu po­ja­wia się coś do je­dze­nia - za­wsze po trza­śnię­ciu drzwi. Po­dob­nie jak słup świa­tła wpa­da­jący przez otwór. Za­trzy­muje się na prze­ciw­le­głej ścia­nie, a ob­raz, który ze sobą nie­sie, bu­dzi skry­wany w ko­bie­cie mrok.

Nie chce na niego pa­trzeć. Pra­gnie się go po­zbyć. Ze­psuć. Wy­rzu­cić i ze ściany, i z pa­mięci. Nie za­mie­rza prze­ży­wać wszyst­kiego od po­czątku.

Na­past­nik jed­nak wszystko prze­wi­dział. Otwór zo­stał za­bez­pie­czony przed nie­na­wi­ścią prze­trzy­my­wa­nej ko­biety.

Uśmiech­nięta twarz zaj­muje już pra­wie całą ścianę. Męż­czy­zna od­gar­nia grzywkę z oczu i na­gle zerka w obiek­tyw. Jego spoj­rze­nie jest pełne zło­ści.

???

- Nie!

Alek­san­dra z krzy­kiem ze­rwała się ka­napy. Znowu śnił jej się Ga­briel. Był na nią zły. W jego piw­nych oczach pre­ten­sje mie­szały się z agre­sją.

Tak bar­dzo go ko­chała. Po­zo­stało jej je­dy­nie wspo­mnie­nie. Po­stać męża, która przy­cho­dziła do niej w snach. Dla­czego jej nie uwo­dził? Nie dbał o nią? Nie pie­ścił? Nie przy­tu­lał? Dla­czego za­wsze miał do niej pre­ten­sje?!

Za­da­wała so­bie ko­lejne py­ta­nia, jed­no­cze­śnie jak naj­da­lej ucie­ka­jąc od od­po­wie­dzi. Znała je, ale były trudne do za­ak­cep­to­wa­nia.

- Ilona ma ra­cję. - Się­gnęła po sto­jącą na półce ramkę ze zdję­ciem męża. - To moja wina. Umar­łeś przeze mnie.

Gdyby wcze­śniej zgło­siła za­gi­nię­cie męża. Gdyby nie od­cze­kała czter­dzie­stu ośmiu go­dzin. Gdyby po­szła na ko­mi­sa­riat wie­czo­rem. Gdyby po­li­cjanci od razu za­częli po­szu­ki­wać śla­dów. Gdyby do­tarli do sa­mo­chodu Ga­briela wcze­śniej, dużo wcze­śniej. Kil­ka­na­ście go­dzin wcze­śniej we­szliby też do tam­tego ga­rażu. Zna­leź­liby...

No wła­śnie, co? Każ­dego wie­czoru, kiedy le­żała w łóżku, biła się z my­ślami. Być może po­li­cjanci zna­leź­liby Ga­briela! Może jesz­cze ży­wego? Może udzie­li­liby mu pierw­szej po­mocy? A na­wet je­śli nie, to może zna­leź­liby go mar­twego?

Po­li­cji nie udało się jed­nak usta­lić, kto i kiedy wy­niósł ciało Ga­briela. Wia­domo jed­nak, że po utra­cie tak du­żej ilo­ści krwi nie byłby w sta­nie opu­ścić ga­rażu o wła­snych si­łach.

Alek­san­dra odło­żyła zdję­cie na miej­sce. Po­szła do kuchni, na­lała so­bie szklankę wody i wy­piła dusz­kiem. Głowa wciąż pul­so­wała bó­lem.

Wró­ciła do po­koju. Chciała wy­łą­czyć świa­tło i w końcu się po­ło­żyć. Jej wzrok padł jed­nak na li­sty, które przy­niósł Jo­achim. Wśród prze­syłki z elek­trowni i ko­lo­ro­wych re­klam za­błą­kała się brą­zowa ko­perta bą­bel­kowa.

Alek­san­dra nie mu­siała otwie­rać li­stu z elek­trowni. Czy­tała wiele przy­go­to­wa­nych przez tę firmę we­zwań do za­płaty. Wła­ści­wie w ciągu ostat­niego roku zmu­szona była do igno­ro­wa­nia kilku we­zwań od do­staw­ców me­diów. Wszyst­kie brzmiały rów­nie smutno i bez­barw­nie.

Się­gnęła po brą­zową ko­pertę i ro­ze­rwała ją ener­gicz­nie. W środku zna­la­zła nie­opi­saną płytę DVD.

Z cie­ka­wo­ści wło­żyła ją do od­twa­rza­cza. Wcze­śniej nie miała oka­zji uru­cha­miać sprzętu. Kilka dni przed śmier­cią Ga­briel ku­pił now­szy i po­dobno naj­bar­dziej od­pi­co­wany mo­del. Za­wsze go­nił za tech­no­lo­gicz­nymi no­win­kami. Alek­san­dra uwa­żała to za nie­szko­dliwą ułom­ność. "Le­piej go­nić za tech­no­lo­gią niż za ko­bie­tami" - żar­to­wał, kiedy kry­ty­ko­wała jego ko­lejny za­kup.

Przez chwilę wal­czyła z pi­lo­tem. W końcu od­na­la­zła wła­ściwy przy­cisk, a na ekra­nie po­ja­wił się ob­raz.

Liczby znaj­du­jące się w pra­wym dol­nym rogu ekranu, datę pięt­na­stego maja dwa ty­siące czter­na­stego roku oraz go­dzinę szes­na­stą. Ma­sywny, czar­no­włosy męż­czy­zna wła­śnie opusz­czał bu­dy­nek. Jedną ręką pod­trzy­my­wał oparty na bio­drze nie­wielki kar­ton, drugą od­gar­nął grzywkę z twa­rzy. Po chwili wy­jął z kie­szeni spodni klu­czyki i ru­szył w kie­runku par­kingu.

Mi­jał lu­dzi. Blon­dynka w służ­bo­wym uni­for­mie pla­cówki me­dycz­nej przez chwilę szła za nim, ale póź­niej skrę­ciła w stronę przy­stanku tram­wa­jo­wego. Chło­pak z dwoma kar­to­nami pizzy za­gad­nął męż­czy­znę. Nie było sły­chać, o czym roz­ma­wiali. Film nie miał ścieżki dźwię­ko­wej.

Męż­czy­zna wska­zał ręką na bu­dy­nek, z któ­rego wy­szedł, a do­stawca pizzy po­ki­wał głową.

Kiedy obiekt ob­ser­wa­cji do­tarł do par­kingu, sta­nął przy czar­nym sa­mo­cho­dzie. Otwo­rzył drzwi, wrzu­cił kar­ton na tylne sie­dze­nie i usiadł za kie­row­nicą.

Na­gle ob­raz za­czął się de­li­kat­nie przy­bli­żać. Sa­mo­chód sta­wał się więk­szy i więk­szy, a wszystko co­raz bar­dziej drżało.

Po­więk­sze­nie za­trzy­mało się na re­je­stra­cji auta. PO i nu­mer. Alek­san­dra wpa­try­wała się w te­le­wi­zor z prze­ra­że­niem. Znała ten sa­mo­chód i tego męż­czy­znę.

- Ktoś fil­mo­wał mo­jego męża - po­wie­działa gło­śno, żeby w ogóle uwie­rzyć w to, co wi­dzi. - I to dzień przed jego za­gi­nię­ciem.

Do­cie­ra­jący do niej ob­raz spra­wiał ból. Oglą­da­nie ży­wego Ga­briela bo­le­śnie uświa­da­miało jej brak. Tak bar­dzo go ko­chała, tak bar­dzo tę­sk­niła. Z le­d­wo­ścią ra­dziła so­bie bez jego cie­pła, wspar­cia i obec­no­ści. Ni­gdy o nim nie za­po­mniała, ale od ja­kie­goś czasu z trud­no­ścią od­da­lała od sie­bie wspo­mnie­nia z prze­szło­ści.

- Ga­briel! - Miała ochotę przy­tu­lić te­le­wi­zor.

Na ko­lej­nym uję­ciu ob­raz drgał o wiele bar­dziej. Czło­wiek trzy­ma­jący ka­merę mu­siał iść. We­dług ze­gara film zo­stał za­re­je­stro­wany pół go­dziny po po­przed­nim.

Ga­briel Wilk wy­szedł z sa­mo­chodu, kiedy obok pod­je­chało czarne vo­lvo. Ko­bieta, która z niego wy­sia­dła, po­de­szła do Ga­briela i po­ca­ło­wała go na­mięt­nie. Ob­jął ją i ra­zem po­szli w kie­runku dru­cia­nej furtki. Kiedy znik­nęli za drew­nia­nym ogro­dze­niem, ob­raz po­więk­szył się do tego stop­nia, że bez trudu można było od­czy­tać nu­mer z ta­bliczki wi­szą­cej na ogro­dze­niu. Osiem­na­ście.

Rów­no­cze­śnie z ostat­nim wnio­skiem po­ja­wiły się łzy. Nu­mer prze­stał mi­gać, a na ekra­nie po­ja­wiła się biała plan­sza z czar­nym na­pi­sem: "Wie­dzia­łaś?".

???

Nie mogę się sku­pić. Co to za film? Od kogo? Dla­czego ktoś mi go prze­słał?!

Wiem, że to ir­ra­cjo­nalne, ale boję się. O ży­cie. O prze­szłość. O przy­szłość. Je­dyna rzecz, która może zła­go­dzić moje nerwy, leży w szu­fla­dzie. Nie, nie leży. Prze­cież już ją za­ży­łam. Ostat­nią sztukę. Dla­czego nie wy­rzu­ci­łam pu­stego opa­ko­wa­nia? Żeby za­fun­do­wać so­bie ko­lejną fru­stra­cję?

Obej­rzę ten film jesz­cze raz. Może to ja­kiś fo­to­mon­taż? Głupi żart?

Zdra­dzał cię. Okła­my­wał. Oszu­ki­wał. Ni­gdy nie ko­chał. Dla­czego miałby mnie zdra­dzać? W domu nie bra­ko­wało mu seksu. Czemu okła­my­wał? Prze­cież brzy­dził się kłam­stwami! Oszu­ki­wał? Po co? Ni­gdy mnie nie ko­chał?

Na­pisy, które uka­zują się na czar­nej plan­szy, je­den po dru­gim, spra­wiają, że tracę pew­ność sie­bie.

Chwi­leczkę. Już wi­dzia­łam ta­kie słowa!

Skup się, ko­bieto, skup!

Wiel­kie li­tery na ścia­nie. Tak, do­kład­nie ta sama czcionka. Wi­dzia­łam to. Zdra­dzał cię. Okła­my­wał. Oszu­ki­wał. Obok na­pi­sów twarz Ga­briela. Ogromna. Przy­tu­la­łam się do niej i pła­ka­łam. Była chro­po­wata i zimna jak ściana...

Osza­la­łam?

Mu­szę się uspo­koić. Ko­ły­sa­nie, gła­ska­nie, przy­tu­la­nie. Po­zorna bli­skość. Imi­ta­cja ru­chów, które po­win­nam pa­mię­tać z dzie­ciń­stwa i ko­ja­rzyć z mat­czyną mi­ło­ścią.

- Ała! - Gła­ska­nie le­wego ra­mie­nia przy­nosi nową dawkę bólu. - Co to jest?

Furtka była otwarta. Alek­san­dra pchnęła ją i szła przed sie­bie jak w amoku. Dzień zmie­rzał do końca, a ona z go­dziny na go­dzinę czuła się co­raz bar­dziej za­gu­biona. Kiedy w lu­strze zo­ba­czyła na swoim le­wym ra­mie­niu ślady wkłuć, uświa­do­miła so­bie po­wagę sy­tu­acji.

To, co ją spo­tkało, nie było głu­pim żar­tem czy nie­szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści. Ktoś przez ostat­nie dni ją wię­ził i ogłu­piał nar­ko­ty­kami czy in­nymi sub­stan­cjami psy­cho­ak­tyw­nymi. To dzięki nim utrzy­mał ją na miej­scu. Gdyby była w pełni sił fi­zycz­nych i umy­sło­wych, wal­czy­łaby z na­past­ni­kiem i pró­bo­wała się wy­do­stać. Nie zo­sta­wi­łaby dzieci bez opieki z wła­snej nie­przy­mu­szo­nej woli.

Film nie po­ka­zy­wał, do któ­rej czę­ści bliź­niaka wszedł Ga­briel z ko­chanką. To Alek­san­dra mu­siała oce­nić sama.

Ist­niało praw­do­po­do­bień­stwo, że ko­chanka Ga­briela na­dal miesz­kała w tym sa­mym miej­scu. Alek­san­dra przyj­rzała się do­kład­nie fil­mowi. Na­wet zro­biła zdję­cia kilku ka­drów. Była pewna, że je­śli tylko zo­ba­czy tę ko­bietę, to ją roz­po­zna.

Chciała z nią po­roz­ma­wiać. Spy­tać, czy to prawda. Chciała wie­dzieć!

Przy­glą­dała się oko­licy na na­gra­niu. Ni­gdy tam nie była, ale ko­ja­rzyła styl ar­chi­tek­to­niczny. Mocno skan­dy­naw­ski: lekki, pro­sty i na­tu­ralny. Do­mi­nu­jąca w ele­wa­cjach biel była po­łą­czona z nie­ma­lo­wa­nym drew­nem. Kan­cia­ste ciągi po­ukła­da­nych równo brył. Małe ogródki. Zie­leń.

Ten ob­raz siel­skiego osie­dla mi­gnął jej kil­ka­na­ście razy. Do­słow­nie. Re­klamy skan­dy­naw­skich dom­ków po­kry­wały miej­skie au­to­busy. Nie mo­gła jed­nak sko­ja­rzyć ani lo­ka­li­za­cji, ani na­zwy de­we­lo­pera, który je bu­do­wał.

Uru­cho­miła wy­szu­ki­warkę i za­częła prze­glą­dać oferty do­mów na sprze­daż. Dość szybko tra­fiła na ofertę po­dob­nego domu.

- Bingo! - krzyk­nęła, gdy spraw­dziła lo­ka­li­za­cję osie­dla.

Dą­brówka.

???

Te­resa Przy­by­łek wy­ry­wała chwa­sty, które po­ja­wiły się nie­pro­szone na ra­ba­cie z la­wendą.

Mro­zo­od­porne i wiecz­nie zie­lone krzaki ku­piła ze­szłego lata. Bała się, czy rze­czy­wi­ście prze­trwają zimę, szcze­gól­nie że ta była sroga i bar­dziej sy­be­ryj­ska niż eu­ro­pej­ska. Ro­śliny wy­grały jed­nak walkę z prze­ciw­no­ściami po­gody i na wio­snę ożyły, by dać Te­re­sie na­dzieję na speł­nie­nie ma­rze­nia.

Pra­gnęła z okien sy­pialni mieć wi­dok na fio­le­towy dy­wan, małą na­miastkę Pro­wan­sji, która za­chwy­cała jej ro­dzinę pod­czas każ­dych wa­ka­cji. Wszystko szło zgod­nie z pla­nem. Ro­śliny zo­stały fa­chowo przy­cięte i na wio­snę wy­pu­ściły dużo no­wych pę­dów. Krzaki roz­ra­stały się, po­woli zaj­mu­jąc całą ra­batę.

Te­resa roz­pro­sto­wała ko­ści i od razu za­uwa­żyła in­truza. Obca ko­bieta zmie­rzała w stronę wej­ścia do bu­dynku. Nie szła zbyt pew­nie i roz­glą­dała się ner­wowo.

Od furtki do drzwi do obu po­łó­wek bliź­niaka pro­wa­dziła wą­ska alejka, z jed­nej strony ogra­ni­czona wy­so­kim drew­nia­nym ogro­dze­niem, a z dru­giej ogro­dem Przy­był­ków.

Do dru­giej czę­ści domu przy­na­le­żał ogród znaj­du­jący się z tyłu bu­dynku. Mąż na­ma­wiał Te­resę na kupno tam­tej po­łówki. Nie wy­obra­żał so­bie, żeby obok jego ogrodu pa­łę­tali się ja­cyś lu­dzie. Te­resa - wręcz prze­ciw­nie. Po­cho­dziła z ma­łej wsi i ni­gdy nie po­zbyła się prze­ko­na­nia, że ob­ser­wa­cja są­sia­dów i wie­dza o tym, kto, co i kiedy robi, jest nie­zbędna do szczę­ścia. To dla­tego zde­cy­do­wała się na za­kup domu z fron­to­wym ogro­dem.

- Pani ko­goś szuka?

- Ja? Tak. - Ko­bieta była ewi­dent­nie zdzi­wiona. Po­de­szła do płotu i się uśmiech­nęła. - Dzień do­bry.

Te­resa ni­gdy wcze­śniej jej nie wi­działa. Była ruda i cał­kiem blada. Wy­glą­dała bar­dzo nie­zdrowo.

- Do­bry wie­czór - burk­nęła.

- A tak, do­bry wie­czór. Jest już tak długo ja­sno, że czło­wiek traci po­czu­cie...

- Pani ko­goś szuka? - Te­resa nie za­mie­rzała wy­słu­chi­wać traj­ko­ta­nia o po­go­dzie. Całe ży­cie uni­kała ru­dych bab. Były fał­szywe, blade i za­wsze tylko uda­wały sym­pa­tię.

- A tak, ko­le­żanki.

- Tu­taj?

- Tak.

- A jak się na­zywa?

- No wła­śnie nie pa­mię­tam. Pani mieszka sama?

- Nie pa­mięta pani imie­nia ko­le­żanki? Pro­szę stąd iść!

- Prze­pra­szam, nie chcia­łam pani prze­stra­szyć. Szu­kam kum­peli ze szkol­nego po­dwórka. Mó­wi­li­śmy na nią "Noga", bo w piłkę nożną grała le­piej niż chło­pacy. Spo­tka­łam ją ja­kiś czas temu na mie­ście. Za­mie­ni­ły­śmy kilka słów. Po­wie­działa, że mieszka te­raz w Dą­brówce i że mam wpaść do niej na kawę. Za­pa­mię­ta­łam ulicę i nu­mer osiem­na­ście.

- Może po­my­liła pani ad­res?

- Nie, to nie­moż­liwe. Na pewno zna pani Nogę. Taka szczu­pła ba­beczka. Tro­chę jak szara myszka. Jeź­dzi czar­nym vo­lvo.

- Mówi pani o Mi­lew­skiej?

- Mi­lew­skiej? Być może, nie ko­ja­rzę, ale pew­nie nosi te­raz na­zwi­sko męża.

- Hanna Mi­lew­ska, mieszka pod dwójką.

- Do­kład­nie, Hanka "Noga". To ona! Dzię­kuję bar­dzo, pójdę do niej.

- Mi­lew­skich nie ma. Ja­kieś pół roku temu wy­je­chali za gra­nicę.

Te­resa Przy­by­łek ugry­zła się w ję­zyk. Wie­działa, że tak bę­dzie. Ruda baba wy­cią­gnęła z niej in­for­ma­cję, że dom stoi pu­sty.

- Pół roku temu?

- Yhm.

- Świet­nie, ja to mam po­czu­cie czasu! - zmar­twiła się ko­bieta. - Pew­nie za­pro­sze­nie się już prze­ter­mi­no­wało. Prze­pra­szam za kło­pot.

Skie­ro­wała się w stronę furtki. Po kilku kro­kach od­wró­ciła się w stronę Te­resy, która stała w tym sa­mym miej­scu i uważ­nie ob­ser­wo­wała jej za­cho­wa­nie.

- Jesz­cze jedno. - Ru­do­włosa wró­ciła do ogro­dze­nia i wy­cią­gnęła swój te­le­fon. - Czy wi­działa pani tu­taj tego męż­czy­znę?

Te­resa zer­k­nęła na wy­świe­tlacz, ale wy­łącz­nie z cie­ka­wo­ści. Wie­działa, że za­prze­czy - nie­za­leż­nie od tego, czy bę­dzie znała tego męż­czy­znę, czy nie.

- Skąd pani ma to zdję­cie? - wy­du­siła z sie­bie.

- Wi­działa go pani?

- Niech już pani idzie. Ja zresztą też mu­szę!

- Wi­działa go pani? Wi­działa!

- Jak mia­łam go nie wi­dzieć? Prze­cież to Mi­lew­ski, nasz są­siad i mąż Hani. Niech pani już idzie, bo we­zwę po­li­cję!