Rozdział 1
Poniedziałek
Niski głos drżał; pytał i oskarżał jednocześnie. Był stuprocentowo męski. Potężny, dominujący i brutalny.
- Czego jeszcze chcesz?! Nikomu nie powiem! Nawet już zapomniałem, o czym! - obiecywał. - Zostaw mnie. Proszę, nie! Nie rób tego! Nie...
Kolejne "nie" zostało zagłuszone przez odgłos wystrzału. Kula trafiła w masywne udo i rozerwała dżinsy. Na ich powierzchni pojawiła się ciemna plama.
Mężczyzna wrzasnął i złapał się za nogę. Zbliżył twarz do krwawiącej rany, jakby nie wierzył w to, co właśnie się stało.
Kiedy impuls wzrokowy dotarł do mózgu, świadomość tego, co miało za chwilę nastąpić, uruchomiła reakcję obronną. Mężczyzna opadł na ziemię z jękiem, ale wciąż próbował negocjować:
- Odłóż broń, proszę. Jestem bezbronny. Widzisz? Trzymam ręce w górze. Błagam, przecież mam rodzinę, żonę, dzieci! Proszę, nie zabijaj mnie! Nieee!
W odpowiedzi kolejny pocisk uderzył w ciało.
Feliks Górny sięgnął po pilota i włączył pauzę. Wiedział, że ten pocisk będzie ostatni. Oglądał to nagranie - a właściwie słuchał go - wielokrotnie. Za każdym razem liczył, że zauważy coś nowego. Coś, co pomoże mu odpowiedzieć na pytanie, co było dalej.
???
Aleksandra Wilk niechętnie uniosła powieki. Za oknem tańczyły wierzchołki drzew, posłusznie poddające się podmuchom wiatru. Niebo ukryło się za chmurami, a słońce nie robiło sobie nic ze swoich obowiązków. Była połowa maja, powinno radośnie informować Polaków o zbliżającym się lecie.
- Kochanie? - Aleksandra próbowała skupić wzrok na najbliższym obiekcie.
Kuba stał przy łóżku i dumnie trzymał przed sobą laurkę.
- Wszystkiego najlepszego, mamo. Żeby ci się spełniły wszystkie marzenia!
- Dziękuję! - Rozpromieniła się i uściskała syna. - Jak miło, że pamiętałeś!
Przyjęła prezent. Zarówno warstwa graficzna, jak i literacka były charakterystyczne dla ośmiolatka. Serduszka wypełnione czerwienią woskowych kredek i kolorowe litery nakazywały jej życie w szczęściu i słodyczy. Aleksandra była dumna z Kuby, że nie tylko pomyślał o jej imieninach, ale spędził przy biurku trochę czasu, by w tajemnicy przygotować prezent.
- Ktoś ci pomagał?
Kuba pokręcił głową. Miał takie samo spojrzenie jak jego ojciec. Urocze, ale jednocześnie łobuzerskie.
- Kocham cię. - Przytuliła go po raz kolejny. - To co - dodała niechętnie - wstajemy?
Chłopak ponownie zaprzeczył. Czego innego mogła się spodziewać? Nikt nie lubił poniedziałkowych poranków. Wszystkie zaczynały się wybrzmieniem denerwującego budzika, który oznajmiał koniec weekendowego lenistwa. Z trybu "nie ma pośpiechu" nagle trzeba było przełączyć się na tryb "błyskawiczne wykonywanie obowiązków".
Aleksandra wyskoczyła z łóżka i pobiegła do kuchni, poganiając syna.
- Z czym chcesz kanapki?
- Z nutellą.
Natychmiast pożałowała pytania. Jej syn był łasuchem - gardził mięsem, nabiałem czy warzywami. Gdyby tylko mógł, zabrałby do szkoły słoik tego czekoladowego paskudztwa, by na każdej przerwie osładzać sobie życie. Wyjadałby krem paluchami, tak jak Kubuś Puchatek, pomrukując przy tym z rozkoszy i złoszcząc się, widząc dno.
- Nie ma mowy! - krzyknęła, patrząc na zegarek.
Z powodu braku czasu zamknęła w trzech słowach wykład dotyczący zdrowego odżywiania, szkodliwości nadmiaru węglowodanów, kaloryczności posiłków i odporności szkliwa zębów. Za godzinę powinna być w sądzie. Przedtem musiała się ubrać, odwieźć dzieci do szkoły i dotrzeć do centrum miasta.
Pierwsze zadanie nie było zbyt trudne. Aleksandra po prostu otwierała szafę i chwytała to, co akurat znalazło się w zasięgu ręki. Rzeczy, których nie nosiła, były poupychane na wyższych półkach, reszta znajdowała się na wieszakach. Dwie pary jednakowych dżinsów i kilkanaście bluzek na każdą pogodę: krótki rękaw na lato, długi bawełniany na wiosnę i jesień, do tego jeden sweter rozpinany i jeden wciągany przez głowę, z dekoltem w serek. Cechą łączącą wszystkie ubrania był kolor: czerń. A także komunikat: chcę być niewidoczna.
- Jakaż ciepła, rodzinna atmosfera. - Weronika wyszła właśnie z łazienki i wykrzywiła twarz w pogardliwym uśmiechu. - Lol.
Od jakiegoś czasu jej życie było beznadziejne. Matka i brat robili wszystko, by ją wkurzyć. Nauczycielki w gimnazjum tylko się czepiały, a ojciec... Frajer opuścił ją w momencie, w którym najbardziej go potrzebowała.
Matka zawsze sztorcowała, wymagała i marudziła; ojciec rozpieszczał, pocieszał i czasami nawet kłócił się z żoną z powodu córki.
Weronika wiedziała, że to głupie, ale czasami myślała, że zrobił to specjalnie. Zniknął, bo chciał, żeby sama zaczęła dbać o swoje interesy. Dał się zabić na oczach całej Polski, bo uznał, że w ten sposób zahartuje córkę.
Najgorsze w tym wszystkim było to, że... miał rację. W ciągu kilku miesięcy Weronika wydoroślała. Z ukochanej córeczki tatusia stała się młodą i silną kobietą.
- Wróć do łazienki i zmyj te kreski - zażądała Aleksandra. Na powiekach dziewczyny widniały dwie grube czarne linie. - Pospiesz się. Za kwadrans wychodzimy.
- Ale mamo! - Weronika była gotowa walczyć o swoje. Przecież większość koleżanek robiła sobie makijaż, dlaczego więc ona nie mogła?! Dlatego, że jej matka nie dbała o siebie? Zazdrościła córce, że potrafi używać eyelinera?
- Powiedziałam i nie będę powtarzać. Od wczoraj nic się nie zmieniło.
Rzeczywiście: od wczoraj nic się nie zmieniło. Aleksandra nadal toczyła wojnę ze swoimi dziećmi. Z Kubą o słodycze, z Weroniką o czarne kreski na powiekach. To była batalia mająca na celu wyczerpanie przeciwnika.
- Masz dopiero piętnaście lat. Nie będziesz chodziła do szkoły w makijażu. Rozumiem, że chciałabyś wyglądać piękniej, może bardziej kobieco, ale wierz mi, jeszcze się w życiu namalujesz.
- Kreski to nie makijaż! - Zniecierpliwiony głos córki dotarł do Aleksandry, kiedy wciągała na siebie spodnie.
- Werka!
- Mamo, no! Zrozum mnie!
Aleksandra wiele rozumiała. Była też tolerancyjna i empatyczna. Wiedziała, że teoretycznie najlepiej byłoby teraz usiąść z córką na kanapie, pogładzić ją po ręce, wysłuchać jej argumentów, przedstawić swoje i starać się dociec, dlaczego malowanie się jest dla Weroniki tak ważne. Może uważa się za brzydką bez czarnych kresek? Może ktoś jej powiedział, że ma nieładne albo zbyt małe oczy? A może się zakochała lub chciała komuś przypodobać?
Istniało jeszcze wiele innych "może". W teorii, bo w praktyce Aleksandra była w niedoczasie. Musiała jeszcze przygotować dzieciom kanapki i rzucić okiem na opinię psychologiczną, której miała bronić w sądzie - dzisiaj, za dłuższą chwilę. Co prawda sama ją napisała, ale kilka miesięcy temu.
???
Boże, czy te krople muszą tak hałasować? Walą w szybę, jakby chciały ją rozwalić.
Moment, gdzie ja jestem? W samochodzie. To dlatego jest mi tak niewygodnie. Ścierpły mi nogi.
Samochód jest mój. Tapicerka zakurzona. Kiedyś tu sprzątnę. Jak znajdę czas, czyli pewnie nigdy. Ooo, na siedzeniu pasażera leży moja torebka.
Tylko dlaczego tu siedzę? Gdzie ja jestem? Stare domy, zadbana zieleń i samochody z poznańskimi blachami. Czy właśnie tu przyjechałam? A może odjeżdżam?
Nie potrafię odpowiedzieć na ani jedno pytanie. Albo są zbyt trudne, albo dzieje się ze mną coś dziwnego.
Jak się nazywam? Ha, wiem. Aleksandra Wilk. Lat trzydzieści pięć. Akurat o tym mogłabym nie pamiętać. Starzeję się. Albo mam przepełniony twardy dysk, albo goni mnie alzheimer. Sama nie wiem, co gorsze.
Chryste, ale boli mnie głowa. Właściwie to napierdala. Wezmę tabletkę, może jak ból zelżeje, to będzie mi łatwiej myśleć.
Czemu ta torebka jest taka wielka?! Nigdy nie mogę w niej nic znaleźć! No, w końcu. Ibuprom. Jutro umówię się do lekarza. Może mam guza mózgu? Albo tętniaka? To tłumaczyłoby tak silny ból.
Czuję, jak pod czaszką wszystko pulsuje. Mózg mi spuchł. Wszystko mnie boli.
Zaraz tabletka zacznie działać i będzie OK. Taką mam nadzieję. Przechodzi. Powoli. Nie wiem, co jest skuteczniejsze: tabletka czy wizja nadchodzącej wizyty u lekarza? Najważniejsze, że w końcu mogę się skupić. Powoli i spokojnie. Najpierw zebranie danych.
Po śmierci Gabriela film urywał mi się zdecydowanie za często. Jestem w aucie. Zaparkowałam na poboczu. Jak się nazywa ta ulica? Nie widzę.
Zaraz!
Kuba! O czternastej muszę go odebrać ze szkoły! Która godzina? Nie wiem. Telefon jak zwykle rozładowany, zegarka jeszcze się nie dorobiłam. Trzeba było brać, jak dawali. Gabriel chciał kupić mi w prezencie, ale marudziłam, że to głupi pomysł. Po co zegarek na ręce, skoro mam go w komórce.
Tak naprawdę bałam się zegarka jako prezentu. Moja matka, królowa zabobonów, przez lata wbijała mi głupoty do głowy. Byłam oporna, ale zapamiętałam, że od ukochanego nie przyjmuje się ani zegarka, ani butów. Podarowany zegarek będzie odmierzał czas do końca waszego związku, a w butach odejdziesz od darczyńcy. Słowa matki do teraz brzmią mi w uszach. Zegarka nie przyjęłam, a on i tak odszedł. Zostawił mnie samą.
Serce wali mi jak młotem. To pewnie dlatego, że znowu o nim myślałam. Kiedyś mi pęknie. Kobieto, nie rozczulaj się nad sobą! Pomyśl o czymś konstruktywnym. Tak powiedziałby Gabriel.
Obowiązki. Dzieci. Kuba. Godzina. Szkoła.
Gdzie są kluczyki? Uruchomię silnik, włączę radio, usłyszę, która godzina, a później wyjdę na ulicę i spróbuję się zorientować, gdzie jestem. Plan jest dobry. Tylko niech przestanie mnie boleć ta cholerna głowa.
Aleksandra podążała szpitalnym korytarzem w kierunku drzwi z napisem: "Oddział psychiatryczny dla dorosłych".
Nadal bolała ją głowa, ale przynajmniej odzyskała orientację. Po wyjściu z samochodu poszła przed siebie i szybko trafiła na skrzyżowanie. Sam widok starych drzew i domów jednorodzinnych niewiele jej mówił. Zauważyła jednak znak informujący o nazwach przecinających się ulic: Hoża i Miodowa.
Miodowa dochodziła do Szpitalnej, przy której - jak sama nazwa wskazywała - znajdował się szpital. To on rozjaśnił jej pamięć. Pracowała w nim. Z powodów prywatnych tylko na pół etatu, ale i tak bardzo lubiła tu przychodzić.
Kiedy weszła do środka, od razu zapomniała o poczuciu zagubienia i lęku. Najwyraźniej to ból wywołał chwilową dezorientację. Widocznie miała problem ze znalezieniem wolnego miejsca na parkingu. Skupiła się na poszukiwaniu wolnych dwóch metrów kwadratowych tak bardzo, że zagubiła się w czasoprzestrzeni.
Zegar wiszący na ścianie wskazywał dziesiątą. Od ósmej powinna stanowić trybik sprawnie działającego oddziału psychiatrycznego.
- Pani Aleksandro? - Pacjentka spod trójki pojawiła się przy drzwiach. - Chciałam zapytać...
- Za chwilę - rzuciła, wbiegając do pokoju lekarskiego. Liczyła, że przebierze się niezauważona i rzuci w wir pracy.
- Ooo, znalazła się nasza zguba! - Kobiecy głos wyprowadził ją z błędu.
- Zguba? - Zarzuciła biały fartuch na bluzkę i spojrzała na Olgę Brzozowską, psychiatrę.
Przyjaźniły się od lat. Razem pracowały, razem rozwiązywały problemy rodzinne, razem wspierały się w chwilach zwątpienia i opychały ciastkami. Aż do tamtego dnia, w którym po śmierci Gabriela Aleksandra poprosiła przyjaciółkę o receptę na benzodiazepiny.
- Zaginiona psycholog.
- Zaginiona?
Olga była świetna w swoim fachu. Zawodowo bez zarzutu. Prywatnie miała jedną wadę - wyolbrzymiała wszelkie fragmenty rzeczywistości, szczególnie jeśli dotyczyły jej osobiście.
- Olga, o czym ty mówisz? Spóźniłam się zale...
- O tobie, kobieto! - Wymachiwała rękoma. - Miałyśmy razem świętować twoje imieniny!
- Moje imieniny? Ach, tak. - Kiwnęła głową, kiedy przypomniała sobie laurkę, którą dostała od Kuby.
- Tak, tak... No wiesz co?! Chyba się na ciebie obrażę. Olałaś mnie, ładnie to tak?
- Olga, o co ci chodzi?
- Świętowałaś sama, i to tak mocno, że straciłaś poczucie czasu!
Aleksandra tylko się uśmiechnęła i odwróciła. Nie miała siły się zastanawiać, co przyjaciółka ma na myśli. Uznała oskarżenie za nieudany żart lub próbę nawiązania rozmowy.
Schyliła się, by podłączyć telefon komórkowy do wystającej z kontaktu ładowarki. Ból znów zaczął rozsadzać jej głowę. Czuła, jakby mózg puchł i napierał coraz mocniej na kości czaszki. Bolała ją nawet skóra twarzy.
- Dobrze się czujesz? - Olga zauważyła grymas na twarzy przyjaciółki.
- Tak. Za szybko się schyliłam. Cholerstwo znowu się rozładowało. - Wskazała na komórkę, którą usiłowała reanimować.
- Dzień dobry, jest pani proszona do ordynatora. - Jedna z pielęgniarek stanęła w drzwiach.
- Ja? - Olga jak zwykle wyrwała się do odpowiedzi.
- Nie, pani Wilk.
???
- Panie ordynatorze?
- Pani Aleksandro! Nareszcie! Co się z panią działo? - Profesor Jan Węglarz nie krył oburzenia.
Nigdy wcześniej nie spotkał się z taką sytuacją. Prezentował raczej ludzki sposób zarządzania oddziałem - wymagał, ale też doceniał ciężką pracę. Potrafił zrozumieć pracowników i jeśli tylko istniała taka możliwość, starał się iść im na rękę.
Z tego powodu udzielił Aleksandrze miesięcznego urlopu po zamordowaniu jej męża, a później zgodził się także na uelastycznienie czasu pracy. Etat tymczasowo zmniejszył do połowy, a godziny dopasował tak, by kobieta miała czas także na inne obowiązki. Musiała przecież ogarnąć życie i zająć się nie tylko sobą, ale przede wszystkim dziećmi i wszystkimi sprawami, których nie dokończył jej mąż.
- Co pan ma na myśli?
Aleksandra po śmierci Gabriela przeszła metamorfozę. Całkowicie ukryła swoją kobiecość - zapomniała, czym jest makijaż, i przestała zwracać uwagę na strój. Zawsze ubierała się tak samo. Ale nie można było jej niczego zarzucić. Była schludna, czysta i uczesana.
- Na litość boską, jak pani wygląda...? - Profesor nie mógł powstrzymać się od komentarza.
Tym razem wygląd kobiety pozostawiał wiele do życzenia. Jej twarz była ziemistoblada, oczy jakby nieobecne, a rude kręcone włosy żyły własnym życiem - najwyraźniej dawno nie widziały grzebienia. Poplamione dżinsy błagały o pranie, a niezapięty fartuch przykrywał pogniecioną koszulkę.
- Przepraszam... - Speszona dotknęła włosów i chyba się zorientowała, że zapomniała ich uczesać. Sprawnym ruchem odgarnęła włosy z czoła, zebrała z tyłu głowy i zamotała, tworząc coś w rodzaju prowizorycznego koka.
- Przepraszam? - powtórzył powściągliwie.
Nie wiedział, czy Aleksandra przeprasza go za swój wygląd, czy za lekceważenie obowiązków zawodowych. Nie był zbyt wyczulony na zapachy, ale to, co docierało do jego nosa, nie było przyjemne. Woń potęgowała wrażenie, że kobieta jest przemęczona, spocona i mocno niedzisiejsza.
- Przepraszam za spóźnienie.
- Spóźnienie? Pani Aleksandro! Nie było pani na oddziale przez siedem dni. To chyba wymyka się definicji spóźnienia.
- Siedem dni? - powtórzyła jak robot.
- Proszę bez żartów. Pani Aleksandro, to zbyt poważna sprawa!
- Przecież...
- Pani Aleksandro, ja jestem tolerancyjny, ale tylko w pewnym zakresie. Rozumiem, że przechodzi pani ciężki okres. Śmierć najbliższej osoby zawsze boli, ale, na miłość boską, pani Aleksandro, ile to jeszcze będzie trwało?
Słuchała go i kuliła się na krześle jak mała dziewczynka.
- Rok wystarczy! Dwanaście długich miesięcy. Obserwuję panią od początku. Przeszła pani przez wszystkie podręcznikowe fazy żałoby. Teraz czas na powrót do życia. Czas się odciąć. Wszyscy pani współczuliśmy. Współczujemy nadal, ale to nie może być wymówką na zawsze. Pani Aleksandro, uprzedzam uczciwie, że jeśli takie nieodpowiedzialne zachowanie się powtórzy, będę zmuszony panią zwolnić.
- Rozumiem. Ma pan na myśli...
- Samowolne opuszczenie miejsca pracy. Przecież pani w ogóle nie pojawiła się na swoich dyżurach! Nie odbierała pani telefonów, nikt nie wiedział, gdzie pani jest. Nie wpłynął żaden wniosek o urlop ani zwolnienie lekarskie. Zostawiła nas pani w stanie całkowitej niewiedzy.
- Przepraszam.
Znowu przepraszała. Nie mówiła nic więcej. Jan Węglarz zaczynał wątpić w to, czy dobrze robił. Wilk nie była jego pacjentką, ale mimo wszystko oceniał ją przez pryzmat doświadczenia zawodowego.
Moralizatorski monolog nigdy nie przynosił zamierzonych efektów. Jego odbiorca wyłączał się i czekał tylko na zakończenie gadki. Wszystkie mądre słowa omijały niezainteresowanego, niezależnie od tego, czy rozmówca był pacjentem, czy kimś bliskim.
Może powinien niezwłocznie odesłać Wilk do domu z nakazem wykąpania się, wyspania i zresetowania? Jutro mogliby wrócić do rozmowy i przeprowadzić ją jak dwoje dorosłych i myślących ludzi.
Spojrzał w kalendarz i przypomniał sobie, że we wtorek i w środę nie będzie go na oddziale. Nie miał dużego pola manewru. Musiał zakończyć reprymendę dzisiaj.
- Pani Aleksandro! Cały zespół miał przez panią problemy. Musieliśmy zmienić grafik, wszyscy się gimnastykowali, by szpital działał bez zarzutu. A potem jeszcze dzwonili do mnie z sądu! Z pretensjami! Do mnie! Miała pani zeznawać na rozprawie naszego pacjenta, ale nie dotarła pani na czas. Uroczy eufemizm, prawda? Nie dotarła na czas. W ogóle tam pani nie dotarła! To wstyd dla naszej placówki. Nie chcę, by ktoś pomyślał, że jesteśmy nierzetelni. Bycie psychologiem zobowiązuje. Czy zdaje sobie pani sprawę, w jakiej sytuacji mnie pani postawiła? Nie tylko mnie, ale i cały zespół?!
- Panie profesorze, przepraszam. Postaram się naprawić, co zepsułam. Obiecuję też, że to się nie powtórzy. - Aleksandra patrzyła mu w oczy. Szczerze żałowała. Była przerażona i spanikowana.
Dokładnie taki efekt zamierzał osiągnąć. Uznał, że sprawa jest zamknięta.
- Obawiam się, że ani dyrekcji szpitala, ani sądowi nie wystarczy pani "przepraszam". - Zrezygnował ze służbowego tonu. - Pani Aleksandro, co się z panią działo?
- Nie wiem, panie profesorze, nie wiem - szepnęła i spuściła głowę.
Takiej odpowiedzi się nie spodziewał. Oczywiście nie musiała mu się spowiadać, ale też nie powinna go okłamywać. Wyszedł zza biurka i podszedł do podwładnej. Chciał poczuć jej zapach z bliska. Z premedytacją poszukiwał alkoholowej nuty. Świeżej lub przetrawionej, dobrze mu znanej.
- Jest pani chora? Źle pani wygląda.
- Nie. - Zawahała się. - Wszystko w porządku. Przynajmniej na tyle, na ile może być.
- Wszystko w porządku? Śmiem wątpić. Ale dobrze. - Uspokojony, że nie wyczuł tego, czego się spodziewał, wrócił do biurka. - Może pani odejść.
- Dziękuję i jeszcze raz przepraszam.
- Pani Aleksandro, martwiliśmy się. Ktoś z pani bliskich zawiadomił policję. Przesłuchiwali mnie w sprawie pani zaginięcia. Wypytywali o kogoś, kto mógłby pani zrobić krzywdę. O konflikty na oddziale, o ewentualne pogróżki i o to, czy jest ktoś, dla kogo pani opinia psychologiczna mogła być ostatnim gwoździem do trumny.
Zerkam na wyświetlacz komórki i nie wierzę. Dwudziesty piąty maja?! Tydzień?! Nie byłam w pracy przez tydzień?! To się nie dzieje naprawdę! Wcześniej gubiłam się już w czasoprzestrzeni - owszem, było mi to na rękę. Ale nigdy nie na tak długo!
TYDZIEŃ?!
Dzieci! Skoro nie było mnie w pracy, mogło nie być mnie też w domu. Muszę jak najszybciej dodzwonić się do Weroniki.
Duszę się. Zaraz zemdleję. Muszę usiąść.
Zadzwonię do Weroniki. No i co jej powiem? "Cześć, mówi mama. Weronika, skarbie, kiedy ostatnio się widziałyśmy?".
Nie, to głupi pomysł. Jeszcze pomyśli, że oszalałam. Tak jak wtedy, kiedy miała siedem lat. Dowiedziała się, że jestem psychologiem i pracuję z ludźmi chorymi umysłowo. Była przerażona. Tłumaczyłam jej, że choroby umysłowe nie różnią się od grypy. Że przy odpowiednich lekach i pomocy lekarza wiele z nich można wyleczyć.
Efekt? Pytała w kółko, czy się nie zarażę. Zapamiętała skojarzenie z grypą, a ja musiałam ją przekonywać, że jestem bezpieczna. Nie można przecież zarazić się depresją, schizofrenią czy zaburzeniami osobowości.
Przemilczałam wtedy najczęściej powtarzany stereotyp dotyczący osób studiujących psychologię. Żartowaliśmy na wykładach, że niczym się nie zarazimy od pacjentów, bo sami jesteśmy już mocno pokręceni.
Do jasnej cholery, uciekło mi siedem dni! Boże, kobieto, nie panikuj! Skup się. Zapomnij o emocjach i sygnałach, które wysyła twoje ciało. Logika. Wszystko da się logicznie wytłumaczyć. Trzeba tylko zebrać dane i je przeanalizować.
Telefon do Weroniki odpada. Co teraz? Jeśli rzeczywiście zniknęłam na siedem dni, to co robiłam? Nie wiem. Głowa tak mnie napierdala, że nawet nie mogę się zastanowić.
Jeśli nie było mnie w domu... Weronika będzie zła, ale zaopiekowała się Kubą, tego jestem pewna. Nie pierwszy raz musiała mu mnie zastępować. Tuż po śmierci Gabriela często odpływałam.
Jeśli nie było mnie w szpitalu, to nie przyjmowałam również w prywatnej poradni. Cały tydzień? Jedna czwarta przychodów z poradni uciekła! Cholera, żeby tylko pacjenci nie zrezygnowali.
Dobra, po kolei. Najpierw dzieci. W drodze po Kubę obdzwonię pacjentów. Przeproszę, jakoś to będzie. Olka, nie panikuj. Teraz wszystko jest w twoich rękach.
- Ruda zdzira przyszła!
Oho! Wysocka mnie zauważyła; stała pacjentka z chorobą afektywną sezonową. Trafia do nas jak w zegarku, dwa razy do roku. Jesienią z ciężką depresją, zagrażającą jej życiu, a w okresie wiosenno-letnim - z epizodami silnej manii. Nie wiem, co gorsze.
Wysocka jest jak pies przywiązany do budy: szczeka głośno, gdy kogoś widzi, i atakuje, kiedy uzna, że ofiara jest w zasięgu.
Ominę ją zgrabnie. Na dziś wystarczy mi ekstremalnych przeżyć.
- Zośka, weź ty się tak głupio nie uśmiechaj. Zabiję cię, jeśli będziesz szczerzyć zęby! - Wysocka kontynuuje poszukiwanie rozmówcy i zaczepia pacjentkę leżącą na łóżku obok.
Muszę dopytać pielęgniarki o zalecone leczenie. Jest zbyt pobudzona, by leżeć na sali z innymi chorymi.
- Pani Aleksandro?
Znowu ktoś mnie zaczepia. Pielęgniarka. Nie, błagam, nie teraz! Muszę jak najszybciej wyjść ze szpitala i sprawdzić, czy z dziećmi wszystko w porządku. Poza tym głowa mi pęka. Niech nikt ode mnie niczego nie chce, do cholery! Chociaż przez chwilę!
- Momencik! - odpowiadam i biegnę do toalety.
Muszę zwymiotować. Nie chcę, ale czuję, że żołądek podchodzi mi do gardła. Muszla klozetowa oglądana z bliska zawsze mnie zadziwia. Mam wrażenie, że ostatnio często ją oglądam.
Wibruje mi kieszeń fartucha. Dwa razy. Krótkie drżenia. To na pewno SMS. Może od Weroniki? Sięgam z nadzieją po telefon. Patrzę zdziwiona - wiadomość została wysłana z internetowej bramki SMS przez anonimowego nadawcę:
Dziękuję za upojny tydzień. Pamiętaj, to nasza tajemnica. Jeśli ją komuś zdradzisz, zabiję cię. XXX
???
- Pani Aleksandro? - Pielęgniarka opierała się o ścianę obok drzwi do toalety.
- Tak, już jestem. Przepraszam, coś musiało mi zaszkodzić.
- W pokoju lekarskim czekają na panią policjanci.
- Policjanci? - Aleksandra się skuliła. - Dobrze, już idę.
Pielęgniarka odeszła, a Aleksandra pokonywała kolejne metry szpitalnego korytarza, walcząc z przerażeniem. Przed chwilą dowiedziała się, że od tygodnia nie pojawiła się w pracy, nie miała pojęcia, co się w tym czasie działo z dziećmi, a jakby tego było mało, dostała niezrozumiałą wiadomość, w której ktoś groził, że ją zabije.
Panika narastała. Aleksandra bała się tego, co miało nastąpić za chwilę. Wiedziała, że to nie jest dobry moment na prowadzenie rozmów z policją. Niezależnie od tego, co działo się w jej życiu, jedna rzecz była stała - jej stosunek do policji.
Przez głowę przemknęła jej myśl, że może powinna zajrzeć jeszcze do Wysockiej i pozwolić się pobić? Zyskałaby na czasie.
Nie była jednak przekonana, czy czas jest jej sprzymierzeńcem. Kiedy stanęła przed drzwiami pokoju lekarskiego, zagryzła usta i przypomniała sobie swoje policyjne perypetie. Bardzo się napracowała, by otoczenie zapomniało o grzechach jej młodości. Sama starała się o nich nie pamiętać, ale w podbramkowych sytuacjach otwierała szufladę ze wspomnieniami. Czerpała z niej siłę. Skoro tyle przeżyła, to teraz też wróci z tarczą.
Weszła zdecydowanym krokiem do pokoju i przedstawiła się bez zbędnej zwłoki. Chciała zakończyć to jak najszybciej. Nie oddalała się od drzwi, by móc uciec w każdej chwili. Zastosować wymówkę związaną z pracą, usłyszeć nieistniejące wołanie pielęgniarki lub pacjenta.
- Aleksandra Wilk. Podobno mnie panowie szukali.
- Witamy ponownie.
W takim samym składzie, ale na komendzie, policjanci spotykali się z Aleksandrą Wilk ponad rok temu.
Lech Bielawski stał przy regale. Pojawienie się Aleksandry Wilk oderwało go od przeglądania encyklopedii leków. Odłożył opasły tom na półkę i podrapał się po czole. W takich chwilach, kiedy ręka stykała się ze skórą głowy, przypominał sobie o swoich zakolach.
Nadal ich nie akceptował i ten stan trwał niezmiennie od ponad dwudziestu lat. W młodości interpretował je jako błogosławieństwo, bo w końcu zmieniał się z chłopca w mężczyznę. Z buzującego w nim testosteronu przestał się cieszyć, kiedy zweryfikował kilka nieskutecznych specyfików na porost włosów. Wtedy też zaprzyjaźnił się z bejsbolówką.
Mariusz Kujawa, partner Bielawskiego, siedział na sofie, która służyła lekarzom do ucinania sobie drzemek na nocnych dyżurach. Przyglądał się kobiecie spode łba. Psycholog prezentowała się dość kiepsko, jak marna kopia samej siebie.
- Nie rozumiem, dlaczego pana kolega tak głupkowato się uśmiecha - warknęła Aleksandra do policjanta bez czapki.
Kujawa spojrzał na Bielawskiego, ale nie zareagował. Nie ruszały go niczyje pretensje, a jego partner rzeczywiście szczerzył kły, zwykle nieadekwatnie do sytuacji. Kujawa przyzwyczaił się też do tego, że jego partner i żona mężczyzny, którego egzekucję emitowały wszystkie stacje telewizyjne, się nie lubili. Działali na siebie jak płachta na byka. Bielawski był płachtą na Wilk, a Wilk - na Bielawskiego.
- Mario! - Ulubioną samogłoską Bielawskiego było "o". Kładł na nią akcent zwłaszcza w sytuacjach, w których chciał wyrazić ironię. - Właśnie przeżywamy déja vu. Rok temu przyjmowaliśmy zgłoszenie zaginięcia Gabriela Wilka, a teraz...
- Cieszy mnie to - przerwała mu Aleksandra - że zdaje pan sobie sprawę z tego, ile czasu upłynęło od tamtego wydarzenia. Co zrobiliście? Pytam: co?! Och, przepraszam! Zadawaliście mnie i moim bliskim głupie pytania, które w niczym nie pomogły! Przez rok nie odnaleźliście ani ciała mojego męża, ani jego mordercy!
- Śledztwo zostało zakończone. - Bielawski wzruszył ramionami. Doskonale wiedział, że taką odpowiedzią rozjuszy kobietę.
- Niewykryciem sprawcy zabójstwa! - zacytowała oficjalne pismo, które otrzymała jakiś czas temu. - Nie wstyd panu?! - Spojrzeniem wierciła dziurę w jego głowie. Była tak zła, że gdyby tylko miała pod ręką coś ciężkiego, przywaliłaby mu bez wahania. Z przyjemnością okaleczyłaby lub pozbawiła życia tę kanalię, która dysponowała wszelkimi narzędziami, by wyjaśnić, dlaczego zabito jej męża, a która tego nie zrobiła.
Była wściekła. Traciła czas. Zamiast wytykać brak kompetencji i zaangażowania policjantom, powinna już jechać do szkoły. Ciągle jednak coś ją zatrzymywało. Wszyscy przeszkadzali jej w sprawdzeniu tego, co działo się podczas jej nieobecności.
- Na szczęście się pani odnalazła. - Śmierdzący papierosami Kujawa postanowił zainterweniować i zwrócić na siebie uwagę. - Przyznam szczerze, że gdy wpłynęło do nas zawiadomienie o pani zaginięciu, bałem się, że powtórzy się scenariusz sprzed roku.
- Podziwiam wyobraźnię - burknęła. - No chyba że to było myślenie życzeniowe pana partnera.
Kujawa puścił uwagę mimo uszu. Miał czterdzieści lat, a tę sztukę trenował od dwudziestu pięciu. Mógł się nawet pochwalić kilkoma sukcesami. Wspominał o nich zawsze w towarzystwie kieliszka i wódki. Między jednym a drugim toastem bełkotał, że największym było życie w jednym mieszkaniu z pełną uwag i pretensji matką, która nie wytrzymała jego obojętności i zmarła w dwa tysiące piątym.
- Dobrze - cedził Kujawa. - Proszę nam powiedzieć, co się z panią działo w ciągu ostatnich siedmiu dni.
Bielawski uśmiechał się ironicznie, czekając na odpowiedź. Zamiast niej przez kilka sekund słuchali odgłosów dochodzących z korytarza. Oddział psychiatryczny żył według ściśle określonych schematów. Obchód, zajęcia grupowe, rozmowy indywidualne.
- Co się z panią działo? - zaatakował zniecierpliwiony Bielawski. Zbliżył się do Aleksandry, by naruszyć jej przestrzeń osobistą.
- Nic.
- Nic?
- Odpoczywałam.
- Jakoś nie wygląda pani na wypoczętą.
- Pan również.
- Odpoczywała pani?
Kujawa niechętnie uniósł się z sofy. Uznał, że musi pojawić się w zasięgu wzroku partnera. W przeciwnym razie będzie obserwatorem brutalnej sceny, w której przesłuchiwana i policjant rzucą się sobie do gardeł.
- Odpoczywała? Tak po prostu? - powtórzył Bielawski.
- Chyba na tym polega odpoczynek. - Wilk hardo wypięła pierś w oczekiwaniu na jego ruch. - To czas poświęcony na nicnierobienie.
- Drodzy państwo, w taki sposób do niczego nie dojdziemy. - Kujawa wszedł między Lecha a Aleksandrę. Między tym dwojgiem iskrzyło jak jasna cholera, a przecież nie mógł pozwolić na bójkę. - Przez tydzień nie pojawiła się pani ani w miejscach pracy, ani w miejscu zamieszkania.
Kiwnęła głową. Policjant potwierdził jej najgorsze obawy. Zostawiła dzieci bez opieki na długie siedem dni.
- Gdzie zatem pani przebywała?
- A mogę liczyć na dyskrecję?
Taka odpowiedź zaskoczyła obu policjantów. Z twarzy Bielawskiego zniknął nawet ironiczny uśmiech.
- Oczywiście - przytaknęli niemal jednocześnie.
Wzięła głęboki wdech i spojrzała w oczy Bielawskiego, a potem Kujawy.
- Musiałam się zerwać. - Wypuściła z siebie powietrze. - Uciekłam. Głupio to przyznać, ale życie mnie przygniotło. Najpierw zniknął mój ukochany mąż. Budziłam się w nocy i nasłuchiwałam. Miałam nadzieję, że wróci. Co ja mówię! Obiecywałam dzieciom, że wróci! Potem pojawił się ten film... - Aleksandrze trudno było nazywać rzeczy po imieniu, ale policjanci wiedzieli, że miała na myśli film, który nagrała kamera szpiegowska odnaleziona w długopisie jej męża. - Wszystkie stacje telewizyjne emocjonowały się śmiercią Gabriela. Każdy reporter chciał o niej opowiedzieć, zapominając, że zabity mężczyzna był człowiekiem, miał bliskich, rodzinę, dzieci, żonę... Dla nas roztrząsanie egzekucji było niesamowicie bolesne. Kuba, mój syn, zaczął się moczyć w nocy. Wiktoria nie odzywała się przez blisko trzy tygodnie. A ja udawałam silną. Trzymałam się. Przyjmowałam kondolencje, wytrzymywałam te wszystkie współczujące spojrzenia... Wysłuchiwałam coraz nowszych pytań retorycznych i spekulacji. Miesiąc, dwa, pięć. W końcu poczułam, że nie wytrzymam kolejnego dnia. Dusiłam się. Musiałam uciec, choć na chwilę wyrwać się z przytłaczającej mnie rzeczywistości.
- Rozumiem. - Kujawa pokiwał głową.
- Wątpię. - Aleksandra Wilk po szczerym wyznaniu wróciła do walecznej postawy. - Żeby zrozumieć, nie wystarczy rozwinięta wyobraźnia. Trzeba to przeżyć. Przyznaję, przygniotły mnie rzeczywistość, żałoba, praca, dom. Do tego skumulowany stres i oczekiwania otoczenia. Wstydzę się tego, co wciąż nie zmienia faktu, że uciekłam.
- Powiadomiła pani kogoś o zamiarze wyjazdu? - Bielawski trzymał długopis przygotowany do robienia notatek.
- Pan jak zwykle mnie nie słucha! Nie wyjechałam. Uciekłam! Widzi pan subtelną różnicę? Ucieczka polega na tym, że nikomu się o niej nie mówi.
- Dorosła kobieta, matka... Nie mówi nikomu o tym, że jej nie będzie. Dlaczego?
- Nie wiem. Może dlatego, że wtedy pojawiłyby się kolejne pytania. Co się dzieje? Dokąd jedziesz? Po co? Pojawiłyby się też osądy. Chciałam ich uniknąć.
- Nie zapewniła pani opieki dzieciom - zauważył łagodnie Bielawski.
- Jestem kiepską matką, to prawda. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Ale było mi łatwiej podjąć taką decyzję, bo wiedziałam, że szwagierka się nimi zaopiekuje. Zawsze im matkowała.
- Wyszła pani do pracy i przepadła.
- Tak. Jechałam na rozprawę sądową, ale niespodziewanie podjęłam decyzję o wagarach i wyjechałam z miasta.
- Gdzie pani spędziła te siedem dni?
- W niewielkim leśnym ośrodku. - Aleksandra się zawahała. Wiedziała, że nie ma zbyt wielu opcji.
- Ktoś może to potwierdzić?
- Nie sądzę. Unikałam ludzi. Jeszcze nie ma sezonu. Wszędzie jest pusto. Siedziałam w pokoju...
- Gdzie jest ten ośrodek?
- Jak się nazywa?
- Nie wiem, panowie, nie pamiętam! - Aleksandra się skrzywiła. Ból głowy znowu dawał o sobie znać. Leki najwyraźniej pomogły na krótko. - Nie mam pamięci do nazw. A teraz przepraszam, ale muszę porozmawiać z pacjentką, a potem odebrać syna ze szkoły.
- A co ze sprawą pani zaginięcia? - rzucił na odchodne Kujawa.
- Możecie ją zamknąć. To jakieś koszmarne nieporozumienie. Zamiast szukać morderców i złodziei, szukacie kobiety, która tylko na chwilę wyrwała się z domu!
???
Tego, co łączyło Mariusza Kujawę i Lecha Bielawskiego, żaden z nich nie nazwałby przyjaźnią. Unikali wielkich słów, deklaracji i rozmów na prywatne tematy. Znali się od dawna, byli w podobnym wieku, a pracę w policji rozpoczynali w tym samym czasie i w tej samej jednostce. Po dwóch ciężkich latach, kiedy nabierali doświadczenia, życie rozdzieliło ich, by po jakimś czasie ponownie wrzucić razem do jednego pokoju w wydziale kryminalnym.
Spędzali ze sobą dużo czasu. Obserwowali się wzajemnie i rozumieli bez słów. Mieli podobne priorytety, podejście do pracy i życia. Nie przepracowywali się, ale w miarę sumiennie wykonywali obowiązki służbowe.
Wiedzieli też, że zawsze mogą na siebie liczyć. Nie tylko w pracy, ale również po niej. Jeśli któryś z nich miał problem, to szli na wódkę. Milczące zrozumienie przynosiło im o wiele więcej satysfakcji niż rozmowy o problemach.
- Musisz się z nią tak droczyć? - Tym razem Kujawa nie mógł przemilczeć zachowania partnera.
- Ja z nią?
- Mógłbyś odpuścić.
- Mario! Baba tak mnie wkurwia, że...
- Że idziesz na czołowe. - Na szczęście Mariusza nic nie ruszało. Ani ambicja, ani głupie teksty, ani tym bardziej feromony, znaczące spojrzenia czy wielkie cycki.
- Zmieniła się, nie?
Bielawski pamiętał ich pierwsze spotkanie. Przepytywał ją na okoliczność zaginięcia męża. Była zdenerwowana, zagubiona i gotowa w każdej chwili ugryźć rękę, która chce jej pomóc.
Przewracała niebieskimi oczami i opowiadała o cudownym Gabrielu, który pojawił się w jej życiu niczym rycerz na białym koniu. Facet od lat prowadził firmę informatyczną o mocno ugruntowanej pozycji. Zarabiał konkretne pieniądze, a jego rodzina żyła jak pączki w maśle.
- Czy ja wiem? - Kujawa wzruszył ramionami. - Zapamiętałem ją jako zadbaną, rudą babę, która z jakiegoś powodu nas nie lubi.
- A znasz kogoś, kto nas lubi?
- W sumie to nie. Nawet ciebie ledwo znoszę.
- I wzajemnie. Ale wracając do Wilkowej... Ładna była. Smutna, ale taka wymuskana. I te jej włosy, skręcone rude sprężynki. Lubisz rude?
- Czy ja wiem? Rude są wredne. I pyskate.
- E tam, co ty wiesz o dupach. Rude są dzikie!
- Nawet jeśli Wilkowa była dzika, to chyba ta dzikość umarła. I w sumie nie ma się czemu dziwić.
Śledztwo w sprawie zaginięcia Gabriela Wilka dość szybko przyniosło nieoczekiwane efekty. Po sprawdzeniu miejsc, w których bywał, i po przepytaniu najbliższych współpracowników ustalili, że w dniu zaginięcia Gabriel umówił się na spotkanie z nowym klientem.
Był tylko jeden problem - nikt nie znał jego nazwiska. W firmie od lat pozyskiwano i utrzymywano strategicznych klientów wyłącznie dzięki kontaktom prezesa.
Osoba zatrudniona na stanowisku przedstawiciela handlowego zajmowała się co prawda wyszukiwaniem kandydatów na nowych klientów, ale tylko wśród małych i średnich przedsiębiorstw. Jedynie prezesowi udawało się nawiązywać kontakty z klientami instytucjonalnymi, którzy przynosili firmie ponad osiemdziesiąt procent przychodów.
W kalendarzu zaginionego kartka z szesnastego maja dwa tysiące czternastego roku zawierała hasłowy spis zadań: "zebranie, Rychu, ZUS, księgowa". To godzina siedemnasta wyróżniała się od innych. Została obramowana czerwonym kółkiem. Dopisek "spotkanie" zwracał uwagę, ale nie niósł ze sobą żadnych konkretnych informacji.
Sekretarka przyciśnięta do muru przez Kujawę przyznała, że szef prosił ją po południu o sprawdzenie dojazdu do ulicy Żeglarskiej. Domyślała się, że to tam zamierzał dotrzeć.
Patrol sprawdził wskazaną ulicę. Bez problemu znalazł na niej przepisowo zaparkowany samochód Wilka. Podczas rozpytania sąsiadów ustalono, że jedna z kobiet widziała poszukiwanego mężczyznę. Wysiadł z samochodu, rozmawiał krótko przez telefon, a potem ruszył w dół ulicy, głośno klnąc.
- Powiem ci, że niewiele mnie rusza. - Kujawa lubił podkreślać swoją obojętność na każdym kroku. - Ale tamto miejsce, ogromna kałuża zaschniętej krwi i nagranie z długopisu...
Bielawski też pamiętał to miejsce. Wielka gimela na tyłach niezamieszkanej posesji. Blaszany garaż, betonowa podłoga, walające się wszędzie nikomu niepotrzebne rzeczy.
Policjanci przyjęli wtedy na potrzeby śledztwa, że skoro Wilk zostawił samochód i ruszył pieszo, to najpierw muszą przeszukać nieruchomości w najbliższej okolicy. Tak trafili do garażu, w którym znaleziono fragmenty skóry, krew Gabriela Wilka i bardzo dużo krwi.
- Najgorszy był ten film. Gdyby facet wiedział, że dzięki swojej obsesji nagrywania spotkań służbowych stanie się gwiazdą mediów! Egzekucja człowieka. Idealny materiał dla dziennikarzy. Ludzie uwielbiają przyglądać się dramatom innych. A tu mieli dramat na twarzy Wilka, który umierał na wizji. On na wizji, a jego żona w domowym zaciszu.
- No i też pewnie dlatego tak wygląda. Jak zjawa.
- A kiedyś była taka ładna.
- Ładna, nieładna... Najważniejsze, że się odnalazła.
Kujawa nie miał ochoty na kontynuowanie rozmowy. Aleksandra Wilk się odnalazła - dzięki temu mógł zamknąć sprawę i zająć się prowadzeniem innych. Już dawno wpadł w rutynę i nie ruszały go kolejne przypadki.
Ludzie ciągle zgłaszali zaginięcia swoich bliskich - ojców, mężów, dzieci, żon, matek. Męczyło go to. Wielokrotnie musiał podejmować czynności zmierzające do ustalenia miejsca pobytu osoby, która mocno się napracowała, by jej nie odnaleziono.
???
Tajemnica, groźby i buziaczki na końcu wiadomości? Jakiś kretyn robi sobie żarty?! Na szczęście potrafiłam nad sobą zapanować i rozmowa z policjantami poszła mi dość gładko.
A jeśli to nie żarty? Jeśli rzeczywiście coś się stało?
Muszę koniecznie zobaczyć dzieci. Sprawdzić, czy u nich wszystko w porządku. Od kwadransa dzwonię do Weroniki, ale nie odbiera. Pewnie jeszcze ma lekcje. Spróbuję później.
Wymknęłam się ze szpitala, właśnie biegnę do samochodu. Muszę odebrać Kubę ze szkoły.
Im szybciej wrócę do codzienności, tym lepiej. Od czasu śmierci Gabriela jestem pod obstrzałem wścibskich spojrzeń. Sąsiedzi, ekspedientki w sklepie spożywczym, nauczycielki - wszyscy przyglądają mi się z oczekiwaniem, że się potknę, rozsypię! Tylko czekają na to, aby powiedzieć, że "wiedzieli, że tak będzie"!
Ale jakoś sobie radzę. Nie dam satysfakcji tym pijawkom!
Do szkoły Kuby mam dziesięć minut samochodem. W drodze obdzwonię pacjentów, którym w zeszłym tygodniu przepadły spotkania.
Muszę wymyślić tylko jakieś sensowne wytłumaczenie. Olga przyjęła, że się spiłam. W sumie to dobra wersja, ale tylko dla znajomych. Co powiem dzieciom i pacjentom? Nieplanowany wyjazd służbowy. Tak, to będzie OK. Konferencja. Szkolenie. Standardowa wymówka żonatych kochanków.
- Halo!
Słyszę swój krzyk i natychmiast podejmuję decyzję, żeby pohamować zniecierpliwienie. Zbyt wyraźnie słychać je w moim głosie. Nie chcę, żeby ktokolwiek wiedział, że dzieje się coś złego.
- Ooo, pani Aleksandro! Dzień dobry, w końcu panią złapałem. Dzwonię i dzwonię, i już nadzieję straciłem! Właściwie to dzwonię już z przyzwyczajenia, by wysłuchać pani głosu na poczcie głosowej.
Świetnie, akurat tego mi teraz brakowało. Głowa nadal mnie boli, a ten męczy mnie swoim piskliwym głosem!
- Dzień dobry, panie Michale. - To nawet zabrzmiało miło. Jak chcę, to potrafię.
- Musimy porozmawiać.
- Coś się stało?
I tylko niech mi nie mówi, że tak, ale nie pamięta co, bo go wyśmieję! Dzisiaj to ja wiodę prym w nieogarnianiu rzeczywistości.
Tak bardzo brakuje mi Gabriela. Mogłabym się do niego przytulić, porozmawiać, poradzić się. Nie ma go ze mną od ponad roku, a mnie nadal zdarza się widzieć w nocy jego sylwetkę siedzącą przy biurku.
Boże, jak kiedyś mnie to wkurzało! Zbywał mnie, kazał iść spać, wymawiał się ciekawym filmem albo książką, a kiedy już zasypiałam, siadał do komputera. Kiedyś obudziłam się w środku nocy. Nie widziałam ekranu, ale całkowicie skupioną twarz męża. Zazdrosna wyskoczyłam z łóżka. Byłam święcie przekonana, że ogląda pornole. Zaczęłam się awanturować i robić z siebie idiotkę.
Wtedy wyznał mi, że z ukrycia nagrywa swoje kontakty z klientami. Pokazał specjalny długopis z mikrokamerą i fragment jednego filmu. Wytłumaczył, że nagrywanie ludzi bez ich zgody jest nielegalne, dlatego nikt nie może się o tym dowiedzieć.
Mówił o zyskach płynących z późniejszej analizy filmów. O obserwacji przebiegu spotkania, ekspresji rozmówcy, oceny jego reakcji, szczerości, intencji i oczekiwań oraz możliwości zauważenia własnych błędów.
- Pani Olu? To pilna sprawa. Opowiem, jak się spotkamy. Będzie pani za kwadrans w poradni?
Pilna sprawa? Pierdolenie. Michał Mańczak, osobowość histrioniczna. Utrwalony wzorzec egzaltowanego zachowania i ustawicznych prób zwracania na siebie uwagi. Nigdy nie schodzi ze sceny, zawsze gra swoją rolę. Chce wywierać wrażenie na innych i mieć nad nimi kontrolę.
Do czternastej mam jeszcze godzinę, ale koniecznie muszę zobaczyć Kubę. Teraz, zaraz! Sprawdzić, czy nic mu nie jest.
- Pani Olu? Bardzo mi zależy!
Dobra, niech mu będzie! W końcu klient nasz pan. Nawet jeśli klientem jest Michał Mańczak. Rachunki same się nie zapłacą. A gdyby cokolwiek stało się moim dzieciom, policjanci by mi o tym powiedzieli. Na pewno zadzwoniły do mojej wrednej szwagierki Ilony, a ta zajęła się nimi z radością. Jak zwykle.
- Będę, ale mam dla pana jedynie dwadzieścia minut.
???
- Wszystko dla niej robiłem. Nawet zgodziłem się na wizyty u psychologa. I co? - Mańczak wymachiwał teatralnie rękami. - Wszystko na nic! Odeszła. Odeszła bez słowa! Po kilku miesiącach wspólnego życia! Zniszczyła wszystkie nasze plany! Zaręczyny, podróż poślubną, dzieci!
Kiedy pięć lat temu Aleksandra Wilk otwierała prywatny gabinet, pomalowała ściany jasnobłękitną farbą. Wierzyła w psychologię kolorów. Niebieski uspokajał emocje i pomagał w komunikacji. Urozmaiciła go białymi verticalami zasłaniającymi okno, biurkiem oraz okrągłym stołem, który stanął w centralnej części pomieszczenia.
Wokół stołu pojawiły się trzy wymarzone fotele Egg - prezent od męża na dobry początek. Zależało jej na takich, które miały zaokrąglone oparcie obejmujące siedzącego w nim człowieka. Chciała uciec od niewygodnych stereotypów. Z doświadczenia wiedziała, że pacjent siadający na przestronnej sofie lub kozetce i rozmawiający z lekarzem znajdującym się za biurkiem, jest onieśmielony i potrzebuje znacznie więcej czasu na otwarcie się.
- Odeszła bez słowa? - Aleksandra powtórzyła słowa Mańczaka.
Lubiła, kiedy w jej niebieskim, chłodnym i dość neutralnym otoczeniu pojawiali się pacjenci. Dość szybko nauczyła się nazywać ich klientami. Po pierwsze sami płacili za swoje wizyty. Po drugie nie chciała, by myśleli o sobie, że są chorzy. Przychodzili do niej po pomoc w identyfikowaniu i pozbywaniu się problemów.
- Tak.
- I jak się z tym czujesz?
- Denerwuje mnie to! - Mężczyzna teatralnie uderzył ręką w krawędź fotela. - Odeszła, jakby mnie nie było! Jakbym nie istniał! Jakby przestała mnie zauważać! To wkurzające! Tak bardzo starałem się jej dogodzić!
- Co robiłeś?
- Chodziłem z nią na koncerty, chociaż nienawidzę takich spędów.
- Nie lubisz, ale z nią szedłeś?
- Kochałem ją. Chciałem, żeby była szczęśliwa.
- Co jeszcze robiłeś, żeby ją uszczęśliwić?
- Spędzałem niedziele z jej rodzicami. Zabierałem na kolacje. Dbałem o nią. Dlaczego przestała mnie kochać?
- Spędzałeś niedziele z jej rodzicami. Lubiłeś to?
- Nie. Jej ojciec był ciągle pijany, a matka zrzędziła.
- A kolacje na mieście?
- Dużo lepsze.
- Co było w nich wyjątkowego?
- Ona lubiła kulinarne eksperymenty. Za każdym razem próbowała innej potrawy. Patrzyła na mnie z zachwytem. Nie spotykała się nigdy wcześniej z facetem, który mógłby zabierać ją do takich knajp.
Aleksandra zanotowała, że klient nie lubi imprez, zrzędliwych kobiet i pijanych mężczyzn.
- Wasz związek się zakończył. Czego będzie ci najbardziej brakować?
- Brakować? - Mańczak się zamyślił.
Wiedziała, że pytanie jest podchwytliwe, ale chciała poznać odpowiedź. Dzięki niej mogła sprawdzić, na jakim etapie znajduje się terapia.
Osobowości histrioniczne mają tendencję do uznawania swoich związków z innymi ludźmi za bliższe, niż są w rzeczywistości. Poza tym posiadają ciągłą potrzebę uwodzenia. Są czarujące i dostosowują się do partnera. Za wszelką cenę chcą wydać się ideałem. Zakładają maski. Udają kogoś, kim nie są i nigdy nie będą.
Aleksandra była ciekawa, czy po dwóch miesiącach regularnych sesji świadomość klienta rozszerzyła się na tyle, by ten mógł zauważyć, że w ten sposób postępował wbrew sobie.
- Tak, brakować - powtórzyła.
Mańczak musiał skupić się na teraźniejszości. Percepcyjnie, zmysłowo i emocjonalnie doświadczyć na nowo siebie i swojej sytuacji. Proste założenie technik Gestalt, które Aleksandra praktykowała, było trudne w przypadku osobowości histrionicznej.
- Co za głupie pytanie! - Mężczyzna uniósł głos. - Mnie niczego nie brakuje! Głupia cipa mnie zostawiła! Bez słowa!
Aleksandra się skuliła. Bolała ją głowa, a agresja mężczyzny podsycała lęk. Od chwili, w której odczytała SMS-a, towarzyszyło jej przekonanie, że nadawcą może być tylko ten, kto spędził z nią ostatni tydzień.
Na szczęście zegarek zawieszony na ścianie wskazał, że za minutę sesja dobiegnie końca. Aleksandra odczekała jeszcze sześćdziesiąt sekund, po czym ustaliła z Mańczakiem termin kolejnej wizyty i grzecznie go pożegnała.
Kiedy została sama, pomyślała, że powinna umówić się z superwizorem. Rozmowa z psychoterapeutą nadzorującym jej pracę zawsze pomagała uporać się z kumulowanym gniewem, który wynosiła ze spotkań z klientami. Tym razem jednak musiała liczyć tylko na siebie. Nadawca wiadomości nie pozostawiał wątpliwości: wyjawienie tajemnicy zniknięcia Aleksandry zostanie ukarane śmiercią.
???
- To ty?
Ilona Drzewiecka chciała się skrzywić, by podkreślić swoje oburzenie, ale ostatni botoks znacznie jej to utrudnił.
Aleksandra nie zareagowała. Stała w progu luksusowej rezydencji siostry zmarłego męża i oddychała głęboko. Obiecała sobie, że tym razem nie da się sprowokować.
- Są tu moje dzieci? - zapytała, zaciskając pięści.
- TWOJE dzieci U MNIE? Dobre!
Ilona celowo trzymała drzwi tak, by utrudnić bratowej zajrzenie do środka. Wydymała przy tym usta wypełnione do granic możliwości kwasem hialuronowym. Jej twarz już dawno straciła naturalne rysy. Ilona była właścicielką salonu kosmetycznego, a także stałą klientką gabinetów chirurgów plastycznych i salonów fryzjerskich.
- Kuba, Weronika! - Aleksandra starała się krzyknąć w niewielką przestrzeń między drzwiami a framugą. Z ledwością powstrzymywała się od zrobienia awantury. W myślach liczyła do dziesięciu.
Po pracy pojechała do szkoły. Kuba powinien czekać na nią o czternastej pod kasztanowcem, jak zwykle. Na miejsce dotarła pięć minut później. Kuby nie było ani pod drzewem, ani w budynku.
Zdenerwowała się i walczyła przez chwilę z pesymistyczną wizją: być może porywacz zobaczył, że w szpitalu rozmawiała z policjantami... Obiecał, że ją zabije, ale... przecież łatwiej będzie porwać i zabić jej syna!
Zestresowana pobiegła do dyrektorki. Po kwadransie udało im się ustalić, że Kubę prosto po lekcjach odebrała kobieta - czarnowłosa, zadbana, wypachniona, wymalowana i podająca się za rodzinę. Wychowawczyni nie pomyślała, że wypuszczenie chłopca z ciocią będzie przyczyną jakichkolwiek problemów. Po pierwsze kobieta była bardzo podobna do ojca chłopca. Po drugie on sam zareagował entuzjastycznie na jej pojawienie się. Po trzecie ciotka przywoziła i odwoziła Kubę przez ostatnie kilka dni.
Po wizycie w szkole znowu próbowała dodzwonić się do Weroniki. Bezskutecznie. Wsiadła więc do samochodu i pojechała do Warzelni, osiedla luksusowych domów i apartamentów.
- Ooo, cześć, mamo! - Weronika pokazała się w korytarzu.
Ilona natychmiast zmieniła nastawienie. Z jej twarzy znikł grymas niezadowolenia. Zamiast niego pojawił się przesympatyczny uśmiech, zupełnie jakby ucieszyła się z odwiedzin bratowej.
- Olka, no wejdź, nie daj się prosić! - Była świetną aktorką. Wyraz twarzy, gesty i słowa: wszystko jednoznacznie wskazywało na dobre intencje.
- Kochanie! - Aleksandra podeszła do córki i ją uściskała. - Co ty masz na sobie?
- Sukienkę.
- Widzę. Skąd?
Nie podobało jej się to, co widziała. Pasiasta sukienka na cienkich ramiączkach podkreślała budzącą się kobiecość jej córki. Eksponowała dekolt, uwydatniała biust i opinała zaokrąglone biodra.
- Ciocia mi kupiła! - Dumna Weronika okręciła się, prezentując najnowszy prezent.
Aleksandra pogłaskała córkę po głowie. Chciała jak najszybciej zabrać dzieci do domu.
- Idź po Kubę - zarządziła.
Córka zniknęła za rogiem, a Aleksandra nie mogła opanować gniewu.
- Znowu to robisz?! - warknęła.
- Co?
- Rozpieszczasz ją. Kupujesz drogie ciuchy.
- Drogie? Może dla ciebie. Rozpieszczam ją, moja droga, nie mam innego wyjścia. Ktoś musi. Skoro ty tego nie robisz, zostaję już tylko ja...
- Żal mi cię. Myślisz, że ludzi można kupić?!
Ilona po śmierci Gabriela zaczęła przesadzać z prezentami dla bratanków. Kupowała im wszystko, o czym tylko zamarzyli, zupełnie nie zwracając uwagi na ceny. Początkowo Aleksandra tłumaczyła zachowanie szwagierki szokiem po stracie brata bliźniaka. Później jednak zaczęła zauważać subtelną różnicę pomiędzy troską o najmłodszych członków rodziny Wilków a udziałem w wyimaginowanym wyścigu "kto jest fajniejszy".
Tym razem bez problemu rozpoznała logo projektanta widniejące na nowej sukience Weroniki. To nie była kiecka z sieciówki za kilkadziesiąt złotych.
- Kłócicie się? - Głos Kuby błyskawicznie przywrócił udawany spokój obu kobiet.
Żadna nie chciała być tą, która krzywdzi drugą. Obie zdawały sobie sprawę, że dzieci kochały je obydwie. Przynajmniej na razie.
- Kuba! - Aleksandra rzuciła się na syna i zaczęła go ściskać. - Jak dobrze, że jesteś cały. Stęskniłam się za tobą!
- Kłócicie się?
- Nie kłócimy się, kochanie. Głośno dyskutujemy.
- Mamo, ciocia kupiła mi konsolę! Będę mógł na niej grać, jak do niej przyjadę!
- Super. A teraz zabierz swoje rzeczy i wracamy do domu.
- Ale ja teraz gram! - Kuba odwrócił się na pięcie i pobiegł do pokoju.
- Widzisz? - Ilona odezwała się dopiero wtedy, kiedy upewniła się, że dzieci jej nie usłyszą. - U mnie jest im dużo lepiej niż w twoim domu.
- Konsola?! Do korzystania wyłącznie w twoim domu? To nieuczciwe zagranie!
Zdawała sobie sprawę z tego, że szwagierka chce ją sprowokować. Chciała jak najszybciej zostać ze swoimi dziećmi sam na sam. Nacieszyć się nimi i sprawdzić, jak ten tydzień wyglądał z ich perspektywy.
- Nie będziesz prawiła mi kazań. Kim ty jesteś?! To przez ciebie dzieci nie mają ojca, a ja brata! - Ilona przestała panować nad sobą i zaczęła gestykulować, jednocześnie wwiercając w Aleksandrę wściekłe spojrzenie. - Tylko udajesz ich matkę. Żadna matka nie zostawiłaby swoich dzieci bez opieki! Na siedem dni! Mogły umrzeć z głodu! Jesteś nieodpowiedzialna!
- Na szczęście ty się nimi zaopiekowałaś! - Aleksandra, usatysfakcjonowana wybuchem Ilony, uśmiechnęła się bezczelnie. W końcu role się odwróciły. Teraz to ona rozdawała karty.
- Oczywiście. A ty, moja droga, zamiast mi podziękować, masz pretensje. Kupiłam im to i owo, by zapomniały chociaż na chwilę, że zostały opuszczone przez matkę!
- Odwracasz kota ogonem.
- A ty śmiesz się nazywać matką tylko dlatego, że je urodziłaś! Teraz są dla ciebie kulą u nogi, tylko nie masz odwagi tego przyznać! Mam nadzieję, że dobrze się bawiłaś z kochankiem. Gdzie byliście? Zagraniczne wczasy czy spa w Polsce?!
- Nie twoja sprawa.
- Zadzwoniłabyś, gdybyś je kochała! Chociaż raz! Rok temu straciły ojca. Teraz ty zniknęłaś bez słowa. Wszyscy byliśmy przekonani, że za kilka dni dostaniemy nagranie z twojej egzekucji!
???
Nagranie z mojej egzekucji! Też wymyśliła. Kto jak kto, ale nawet Ilona nie powinna opowiadać takich głupot! Zwłaszcza przy dzieciach.
Stoję na klatce schodowej i szukam kluczy do mieszkania. Jak zwykle ukryły się w mojej zbyt dużej torebce. Gabriel zawsze się śmiał, że jeśli chciałby coś przede mną ukryć, to schowałby to właśnie tam.
Gabriel. Nie ma go ze mną od trzystu siedemdziesięciu czterech dni. I z każdym kolejnym dniem coraz bardziej tracę kontrolę nad swoim życiem. Dziś sięgnęłam dna. Opieprz od ordynatora. Zero pamięci wstecznej. Głupie SMS-owe żarty. Przerażający ból głowy i pusta chata. Dzieci wolały zostać u Ilony, przekupiła je pizzą.
W sumie... dlaczego się dziwię? Weronika i Kuba tęsknią za naszym dawnym luksusowym stylem życia. Ilona daje im to, na co mnie nie stać.
Najgorsze jest jednak to, że ja też tęsknię. Nie tyle za luksusem, ile za spokojem. Kiedyś nie musiałam martwić się o to, czy wystarczy mi do pierwszego. Nie musiałam dzielić wydatków na niezbędne, konieczne, ważne i błahe.
Ilona ma wszystko: kochającego męża, swobodę finansową, nowe usta, sportowy samochód i dom na najbardziej wypasionym osiedlu w Poznaniu.
Ma też geny, oczy i uśmiech Gabriela. Tak samo marszczy czoło, kiedy się złości. I nawet kanciasta żuchwa, którą stara się przykryć starannie przystrzyżonym bobem, przypomina mi tę Gabriela.
Ilona Drzewiecka z domu Wilk. Pochodzenia nie ukryjesz. Dawno temu myślałam, że Wilk to takie samo nazwisko jak Kowalski. Myliłam się. Rodzina Wilków to wataha. Mieszkają blisko siebie, działają razem, mają określoną wewnętrzną hierarchię.
Ilona jest wilczycą alfa. Ma absolutną władzę nad członkami watahy. Wszyscy demonstrują jej swoją podległość. Podejmuje decyzje, rozwiązuje problemy, zażegnuje konflikty.
To ona najprędzej i najgwałtowniej reaguje na pojawienie się intruzów. Tak, mnie uznała za intruza. Bezsprzecznie. Nigdy nie zmieniła zdania. Na prośbę Gabriela po naszym ślubie złagodziła swoje reakcje, ale od kiedy umarł, znowu czuję się obca. Nie lubi mnie. Chce się mnie pozbyć. Chce zabrać moje dzieci.
Kiedyś się cieszyłam, że Ilona jest taka troskliwa! Sama zaoferowała pomoc w opiece nad Werką. Podrzucaliśmy małą do cioci, a sami z Gabrielem wyskakiwaliśmy do kina albo na tańce. Korzystaliśmy z życia. Zbyt późno zauważyłam, że Ilona zamiast pomagać, zwyczajnie się szarogęsi. Ignorowała nasze wytyczne i zajmowała się dzieckiem po swojemu.
"U mnie jest im dużo lepiej niż w twoim domu" - tak powiedziała. Uderzyła celnie, prosto w serce. Wbiła w nie nóż, a potem przekręciła, by sprawić mi jeszcze więcej bólu. Nie dość, że MOIM dzieciom jest lepiej u Ilony, to jeszcze ten "mój dom" jest bardziej Ilony niż mój. To mieszkanie Wilków, kiedyś rodziców Gabriela i Ilony. Po ich śmierci własność bliźniaków.
Tak, połowa mieszkania, w którym usiłuję posklejać swoje życie, należy do mojego największego wroga.
Smród dochodzący z szafki pod zlewem alarmował o tym, że w koszu zalegają śmieci. Aleksandra rzuciła w kąt torebkę. Otworzyła okna. Z kosza wyjęła worek z mało przyjemną zawartością, po czym pobiegła go wyrzucić. Osiedle żyło swoim rytmem. Młodzi odkrywcy poszukiwali skarbów w piaskownicy, a rodzice odkrywców ciasno wypełniali dwie ławki nieopodal. Sąsiadka spod czwórki siedziała w oknie i kontrolowała ruch na osiedlu.
Aleksandra wyrzuciła śmieci i zadowolona wróciła do mieszkania. Odnosiła wrażenie, że powoli odzyskuje kontrolę nad swoim życiem. Miała dobry plan: kąpiel oraz posiłek, który na pewno sprawi, że pozbędzie się zarówno bólu głowy, jak i czarnych myśli.
Było, minęło. Trzeba żyć tu i teraz. Co z tego, że nie było jej przez tydzień? Żyła. Wróciła do domu i powinna cieszyć się wolnością.
W błyskawicznym tempie pokonała schody i zdyszana wbiegła na czwarte piętro. Nie zdążyła wyjąć kluczy, gdy jej oczom ukazał się Joachim, sąsiad.
- Ola, jak miło cię widzieć!
Miał na sobie szarą podkoszulkę i spodnie moro. Przyglądał się kobiecie wyczekująco. Był tak zadowolony, jakby od dłuższego czasu czatował przy wizjerze na powrót rudej sąsiadki.
- Ciebie również, Joachimie - odpowiedziała uprzejmie.
Nie pamiętała nazwiska mężczyzny. Właściwie to niewiele o nim wiedziała. Tylko tyle, ile jej powiedział. Pochodził z Łodzi i przeprowadził się do Poznania w zeszłym roku.
Utrzymywał, że pracuje na jakiejś uczelni, jednak jego wygląd budził podejrzenia. Mężczyzna był mocno "zużyty", co utrudniało określenie jego wieku. Mógł mieć zarówno trzydzieści, jak i pięćdziesiąt lat. Był przeraźliwie chudy, łysy i miał blade, zapadnięte oczy.
Kiedy Aleksandra zobaczyła go po raz pierwszy, pomyślała, że musi być narkomanem. Prowadziła kiedyś terapię grupową dla osób uzależnionych od narkotyków i potrafiła rozpoznać ten powód wyniszczenia organizmu.
Uznała jednak, że nie może go osądzać. Czy mężczyzna miał za sobą narkotykową przeszłość? Prawdopodobnie tak. Czy uciekł Łodzi do Poznania tylko po to, by zostawić pokusę daleko za sobą? Zapewne, ale właśnie budował życie od nowa.
Gdy Aleksandra go poznała, sama nie bardzo radziła sobie z rzeczywistością. Właśnie straciła męża, sens życia i chęć do wstawania z łóżka. Odurzała się silnymi psychotropami i mogłaby wiele powiedzieć o narkotycznych odlotach.
- Poczekaj, mam dla ciebie pocztę. Widziałem, że was nie ma, więc wyjmowałem wszystko ze skrzynki. No wiesz, żeby nie leżało. Jeszcze jakiś złodziej zainteresowałby się pustym mieszkaniem numer dziesięć.
- Świetnie, dziękuję. Wejdziesz? - zaproponowała szybko bez zastanowienia.
Błyskawicznie kiwnął głową. Cofnął się po listy i trzasnął drzwiami.
W mieszkaniu hulał wiatr. Mimo że słupek rtęci pokazywał ponad dwadzieścia dwa stopnie, wiatr był chłodny.
- Musiałam przewietrzyć i pozbyć się zaduchu. - Aleksandra zamknęła okna. - Poczekasz chwilę? Tylko skoczę do łazienki. Nalej sobie soku albo zrób kawy.
Nigdy wcześniej nie utrzymywała bliższych kontaktów z sąsiadami. Gabriel uczył żonę nieufności wobec innych. Owszem - nie miał nic przeciwko wymienianiu z sąsiadami uprzejmości, ale protestował wobec dzielenia się z nimi bardziej prywatnymi informacjami.
"Nie znasz tych ludzi" - powtarzał. "Nie wiesz, jakie są ich intencje. Oni nie muszą wiedzieć, jak nam się żyje i co mamy. Nie powinni zdawać sobie sprawy z naszych problemów. Od szczerych rozmów jest rodzina".
Dziwiła się tym słowom. Przecież Gabriel spędził w tym bloku całe swoje dzieciństwo. Wielu sąsiadów znał dłużej niż ją, własną żonę!
Czasem wydawało jej się, że nie lubił tych ludzi. Proponowała przeprowadzkę, przecież było ich stać na kupno domu. Jednak Gabriel zapierał się rękami i nogami. Tłumaczył, że w tym mieszkaniu spędził cudowne dzieciństwo, a trzy pokoje są idealne dla czterech osób.
- Już jestem. - Wróciła do pokoju, zadowolona z szybkiego odświeżenia się. - Dałeś sobie radę?
- Tak, otworzyłem sok porzeczkowy. Ostatni.
Znajomość z Joachimem toczyła się naturalnie. Wynajął puste mieszkanie znajdujące się na tym samym piętrze co mieszkanie Wilków. Przyszedł się przedstawić. Przyniósł ciasto drożdżowe. Ich pierwsze spotkanie wyglądało jak scena z amerykańskiego serialu.
Więcej - lubił amerykańskie kino. Mieszkał sam. Wieczorami słuchał Bruce'a Springsteena. Miał dwie męskie ręce, i to niekoniecznie lewe. Potrafił odkręcić rzeczy, z którymi nie radziły sobie kobiece dłonie, naprawić wyrwane gniazdko czy reanimować samochód. Nie miał też nic przeciwko temu, by od czasu do czasu zamienić się w nianię.
W zamian nie oczekiwał nic poza kobiecym rewanżem, to jest zapełnieniem w jego mieszkaniu braków wynikających z bycia samotnym mężczyzną. Joachim nie potrafił przyszywać guzików czy wybierać prezentów dla rodziców. Czasem miał problem z rozszyfrowaniem przepisów kulinarnych, a pojęcia takie jak: "zblanszować", "przez chwilę" albo "do zgęstnienia" były dla niego czarną magią.
- Wiesz, nie chcę wyjść na największego kapusia na osiedlu, ale mogę wyjaśnić ci, skąd ten zaduch i przebrane zapasy.
- No?
- Podczas twojej nieobecności Weronika urządziła imprezę. Zakładam, że jeszcze się tym nie chwaliła.
- Powiedzmy, że nie zdążyła. - Przewróciła oczami. Roześmiali się niemalże jednocześnie.
- Jak już zdąży, to dopytaj ją, skąd mieli trawkę.
- Trawkę?
- Znam ten zapach.
- Boże...
- Ola, wyluzuj. Młodość ma swoje prawa. Nie ma starych, jest imprezka. Alkohol, głośna muza, te sprawy...
- Joachim, przepraszam cię. Głupio mi. Pewnie był hałas i nie mogłeś spać.
- Sąsiadka z dołu przyszła do mnie w samej pidżamie. - Joachim się skrzywił, chcąc zademonstrować przerażenie, w jakie wprawił go ten widok. - Chciała, żebyśmy zadzwonili na policję.
- Rany boskie!
- Luz. Powiedziałem, że to załatwię. Zapukałem do was, a właściwie zadzwoniłem. Weronika mnie wpuściła. Rozsiadłem się jak u siebie. Strategia zadziałała. Dzieciaki rozeszły się szybko, bo jednak impreza z takim wapniakiem jak ja nie ma w sobie nic interesującego.
- Dzięki.
- Nie ma za co. A gdzie są dzieci?
- U Ilony.
- Dobrze z nią masz. Zawsze ci pomoże.
- Dobrze, niedobrze. Wiesz co, chyba źle to rozegrałam. Ta cała żałoba... Skupiłam się na sobie, swojej stracie, a dzieci potraktowałam... Sama nie wiem. Zapomniałam, że one też przeżyły stratę. Zmęczona jestem. Oczy mi się zamykają, a głowa napieprza mnie tak, że... - Nie dokończyła. Zabrakło jej odpowiedniego słowa.
Joachimowi nie trzeba było dwa razy powtarzać.
- Wyśpij się. - Dopił sok, odstawił szklankę do zlewu i trzasnął drzwiami.
???
Nie wiem, co się dzieje. Jestem już w domu. Dzieci są całe i zdrowe u Ilony, a mnie jakoś tak zbyt mocno kołacze serce.
Boję się. Bardzo się boję. Ten głuchy odgłos zatrzaskujących się drzwi. To on wywołał mój niepokój.
Nie, nie zaskoczył mnie hałas. Spodziewałam się tego. Joachim nie potrafi inaczej zamykać drzwi. Zawsze popycha je za mocno i czeka, aż uderzą we framugę, a zamek zaskoczy. Mogłabym prowadzić dziennik jego wejść i wyjść. Siedziałabym przed telewizorem albo czytałabym książkę i notowała godziny, w których sąsiad brutalnie zamyka swoje mieszkanie.
Jednak moje poczucie braku bezpieczeństwa i dyskomfortu, którego źródła w tej chwili nie potrafię określić, spowodowane jest czymś innym.
Tylko czym, jeśli nie hałasem?
W szufladzie z lekami czeka na mnie moja deska ratunkowa. Pigułka, która pozwoliła mi przetrwać pierwsze miesiące żałoby. Szkoda, że tylko jedna. Może pomoże mi się pozbyć irracjonalnego lęku? Przynajmniej na chwilę.
Przecież jestem w swoim mieszkaniu. Bezpieczna. Nikomu nie powiedziałam o tym, co mnie spotkało. Zresztą... Co miałabym powiedzieć? Że niczego nie pamiętam? I po co? Żeby ktoś zrobił zmartwioną minę? Bez sensu.
Głuchy dźwięk. Drewno uderzające o drewno, z dużą siłą. Rumor rozchodzący się po ścianie. Skąd ja to znam? Hałas jest przytłaczający. Tak go zapamiętałam. Głośny, ale krótki. Głuchy, ale głęboki. Odrywa mnie z odrętwienia i jednocześnie zwiastuje coś złego.
Muszę się skupić. Muszę to usłyszeć jeszcze raz.
???
Trzask drzwi przerywa ciszę. Kobieta podskakuje na łóżku. Na chwilę jakby odzyskuje przytomność. Przeciera oczy, nadstawia uszu. Wstaje z pościeli, potykając się o własne stopy. Kieruje się w stronę jedynego otworu w pomieszczeniu.
Drzwi. Ktoś nimi trzasnął. Ktoś musiał tu być.
Szuka tropu niczym pies myśliwski. Nie jest tak zwinna i szybka, ale determinacja robi swoje. Chce odnaleźć chociaż szczątkowy zapach oprawcy. Obwąchuje przestrzeń przed drzwiami. Kładzie się i próbuje wciągnąć powietrze spod dolnej szczeliny. Bezskutecznie.
Powietrze jest bezbarwne i nijakie. Zupełnie, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby kobiecie przyśniły się nieistniejące dźwięki.
W ciemnym pomieszczeniu świeci żarówka. Nie dostarcza jednak światła. Jest żałosna. Brakuje jej mocy. Lub chęci. Kobieta jest w stanie uwierzyć w to drugie.
Przebywa w zamknięciu wystarczająco długo, by jej wzrok dostosował się do panujących ciemności. Widzi wszystko. Ciemne ściany, niski sufit, drewniane łóżko, rozkładany stolik, na którym od czasu do czasu pojawia się coś do jedzenia - zawsze po trzaśnięciu drzwi. Podobnie jak słup światła wpadający przez otwór. Zatrzymuje się na przeciwległej ścianie, a obraz, który ze sobą niesie, budzi skrywany w kobiecie mrok.
Nie chce na niego patrzeć. Pragnie się go pozbyć. Zepsuć. Wyrzucić i ze ściany, i z pamięci. Nie zamierza przeżywać wszystkiego od początku.
Napastnik jednak wszystko przewidział. Otwór został zabezpieczony przed nienawiścią przetrzymywanej kobiety.
Uśmiechnięta twarz zajmuje już prawie całą ścianę. Mężczyzna odgarnia grzywkę z oczu i nagle zerka w obiektyw. Jego spojrzenie jest pełne złości.
???
- Nie!
Aleksandra z krzykiem zerwała się kanapy. Znowu śnił jej się Gabriel. Był na nią zły. W jego piwnych oczach pretensje mieszały się z agresją.
Tak bardzo go kochała. Pozostało jej jedynie wspomnienie. Postać męża, która przychodziła do niej w snach. Dlaczego jej nie uwodził? Nie dbał o nią? Nie pieścił? Nie przytulał? Dlaczego zawsze miał do niej pretensje?!
Zadawała sobie kolejne pytania, jednocześnie jak najdalej uciekając od odpowiedzi. Znała je, ale były trudne do zaakceptowania.
- Ilona ma rację. - Sięgnęła po stojącą na półce ramkę ze zdjęciem męża. - To moja wina. Umarłeś przeze mnie.
Gdyby wcześniej zgłosiła zaginięcie męża. Gdyby nie odczekała czterdziestu ośmiu godzin. Gdyby poszła na komisariat wieczorem. Gdyby policjanci od razu zaczęli poszukiwać śladów. Gdyby dotarli do samochodu Gabriela wcześniej, dużo wcześniej. Kilkanaście godzin wcześniej weszliby też do tamtego garażu. Znaleźliby...
No właśnie, co? Każdego wieczoru, kiedy leżała w łóżku, biła się z myślami. Być może policjanci znaleźliby Gabriela! Może jeszcze żywego? Może udzieliliby mu pierwszej pomocy? A nawet jeśli nie, to może znaleźliby go martwego?
Policji nie udało się jednak ustalić, kto i kiedy wyniósł ciało Gabriela. Wiadomo jednak, że po utracie tak dużej ilości krwi nie byłby w stanie opuścić garażu o własnych siłach.
Aleksandra odłożyła zdjęcie na miejsce. Poszła do kuchni, nalała sobie szklankę wody i wypiła duszkiem. Głowa wciąż pulsowała bólem.
Wróciła do pokoju. Chciała wyłączyć światło i w końcu się położyć. Jej wzrok padł jednak na listy, które przyniósł Joachim. Wśród przesyłki z elektrowni i kolorowych reklam zabłąkała się brązowa koperta bąbelkowa.
Aleksandra nie musiała otwierać listu z elektrowni. Czytała wiele przygotowanych przez tę firmę wezwań do zapłaty. Właściwie w ciągu ostatniego roku zmuszona była do ignorowania kilku wezwań od dostawców mediów. Wszystkie brzmiały równie smutno i bezbarwnie.
Sięgnęła po brązową kopertę i rozerwała ją energicznie. W środku znalazła nieopisaną płytę DVD.
Z ciekawości włożyła ją do odtwarzacza. Wcześniej nie miała okazji uruchamiać sprzętu. Kilka dni przed śmiercią Gabriel kupił nowszy i podobno najbardziej odpicowany model. Zawsze gonił za technologicznymi nowinkami. Aleksandra uważała to za nieszkodliwą ułomność. "Lepiej gonić za technologią niż za kobietami" - żartował, kiedy krytykowała jego kolejny zakup.
Przez chwilę walczyła z pilotem. W końcu odnalazła właściwy przycisk, a na ekranie pojawił się obraz.
Liczby znajdujące się w prawym dolnym rogu ekranu, datę piętnastego maja dwa tysiące czternastego roku oraz godzinę szesnastą. Masywny, czarnowłosy mężczyzna właśnie opuszczał budynek. Jedną ręką podtrzymywał oparty na biodrze niewielki karton, drugą odgarnął grzywkę z twarzy. Po chwili wyjął z kieszeni spodni kluczyki i ruszył w kierunku parkingu.
Mijał ludzi. Blondynka w służbowym uniformie placówki medycznej przez chwilę szła za nim, ale później skręciła w stronę przystanku tramwajowego. Chłopak z dwoma kartonami pizzy zagadnął mężczyznę. Nie było słychać, o czym rozmawiali. Film nie miał ścieżki dźwiękowej.
Mężczyzna wskazał ręką na budynek, z którego wyszedł, a dostawca pizzy pokiwał głową.
Kiedy obiekt obserwacji dotarł do parkingu, stanął przy czarnym samochodzie. Otworzył drzwi, wrzucił karton na tylne siedzenie i usiadł za kierownicą.
Nagle obraz zaczął się delikatnie przybliżać. Samochód stawał się większy i większy, a wszystko coraz bardziej drżało.
Powiększenie zatrzymało się na rejestracji auta. PO i numer. Aleksandra wpatrywała się w telewizor z przerażeniem. Znała ten samochód i tego mężczyznę.
- Ktoś filmował mojego męża - powiedziała głośno, żeby w ogóle uwierzyć w to, co widzi. - I to dzień przed jego zaginięciem.
Docierający do niej obraz sprawiał ból. Oglądanie żywego Gabriela boleśnie uświadamiało jej brak. Tak bardzo go kochała, tak bardzo tęskniła. Z ledwością radziła sobie bez jego ciepła, wsparcia i obecności. Nigdy o nim nie zapomniała, ale od jakiegoś czasu z trudnością oddalała od siebie wspomnienia z przeszłości.
- Gabriel! - Miała ochotę przytulić telewizor.
Na kolejnym ujęciu obraz drgał o wiele bardziej. Człowiek trzymający kamerę musiał iść. Według zegara film został zarejestrowany pół godziny po poprzednim.
Gabriel Wilk wyszedł z samochodu, kiedy obok podjechało czarne volvo. Kobieta, która z niego wysiadła, podeszła do Gabriela i pocałowała go namiętnie. Objął ją i razem poszli w kierunku drucianej furtki. Kiedy zniknęli za drewnianym ogrodzeniem, obraz powiększył się do tego stopnia, że bez trudu można było odczytać numer z tabliczki wiszącej na ogrodzeniu. Osiemnaście.
Równocześnie z ostatnim wnioskiem pojawiły się łzy. Numer przestał migać, a na ekranie pojawiła się biała plansza z czarnym napisem: "Wiedziałaś?".
???
Nie mogę się skupić. Co to za film? Od kogo? Dlaczego ktoś mi go przesłał?!
Wiem, że to irracjonalne, ale boję się. O życie. O przeszłość. O przyszłość. Jedyna rzecz, która może złagodzić moje nerwy, leży w szufladzie. Nie, nie leży. Przecież już ją zażyłam. Ostatnią sztukę. Dlaczego nie wyrzuciłam pustego opakowania? Żeby zafundować sobie kolejną frustrację?
Obejrzę ten film jeszcze raz. Może to jakiś fotomontaż? Głupi żart?
Zdradzał cię. Okłamywał. Oszukiwał. Nigdy nie kochał. Dlaczego miałby mnie zdradzać? W domu nie brakowało mu seksu. Czemu okłamywał? Przecież brzydził się kłamstwami! Oszukiwał? Po co? Nigdy mnie nie kochał?
Napisy, które ukazują się na czarnej planszy, jeden po drugim, sprawiają, że tracę pewność siebie.
Chwileczkę. Już widziałam takie słowa!
Skup się, kobieto, skup!
Wielkie litery na ścianie. Tak, dokładnie ta sama czcionka. Widziałam to. Zdradzał cię. Okłamywał. Oszukiwał. Obok napisów twarz Gabriela. Ogromna. Przytulałam się do niej i płakałam. Była chropowata i zimna jak ściana...
Oszalałam?
Muszę się uspokoić. Kołysanie, głaskanie, przytulanie. Pozorna bliskość. Imitacja ruchów, które powinnam pamiętać z dzieciństwa i kojarzyć z matczyną miłością.
- Ała! - Głaskanie lewego ramienia przynosi nową dawkę bólu. - Co to jest?
Furtka była otwarta. Aleksandra pchnęła ją i szła przed siebie jak w amoku. Dzień zmierzał do końca, a ona z godziny na godzinę czuła się coraz bardziej zagubiona. Kiedy w lustrze zobaczyła na swoim lewym ramieniu ślady wkłuć, uświadomiła sobie powagę sytuacji.
To, co ją spotkało, nie było głupim żartem czy nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności. Ktoś przez ostatnie dni ją więził i ogłupiał narkotykami czy innymi substancjami psychoaktywnymi. To dzięki nim utrzymał ją na miejscu. Gdyby była w pełni sił fizycznych i umysłowych, walczyłaby z napastnikiem i próbowała się wydostać. Nie zostawiłaby dzieci bez opieki z własnej nieprzymuszonej woli.
Film nie pokazywał, do której części bliźniaka wszedł Gabriel z kochanką. To Aleksandra musiała ocenić sama.
Istniało prawdopodobieństwo, że kochanka Gabriela nadal mieszkała w tym samym miejscu. Aleksandra przyjrzała się dokładnie filmowi. Nawet zrobiła zdjęcia kilku kadrów. Była pewna, że jeśli tylko zobaczy tę kobietę, to ją rozpozna.
Chciała z nią porozmawiać. Spytać, czy to prawda. Chciała wiedzieć!
Przyglądała się okolicy na nagraniu. Nigdy tam nie była, ale kojarzyła styl architektoniczny. Mocno skandynawski: lekki, prosty i naturalny. Dominująca w elewacjach biel była połączona z niemalowanym drewnem. Kanciaste ciągi poukładanych równo brył. Małe ogródki. Zieleń.
Ten obraz sielskiego osiedla mignął jej kilkanaście razy. Dosłownie. Reklamy skandynawskich domków pokrywały miejskie autobusy. Nie mogła jednak skojarzyć ani lokalizacji, ani nazwy dewelopera, który je budował.
Uruchomiła wyszukiwarkę i zaczęła przeglądać oferty domów na sprzedaż. Dość szybko trafiła na ofertę podobnego domu.
- Bingo! - krzyknęła, gdy sprawdziła lokalizację osiedla.
Dąbrówka.
???
Teresa Przybyłek wyrywała chwasty, które pojawiły się nieproszone na rabacie z lawendą.
Mrozoodporne i wiecznie zielone krzaki kupiła zeszłego lata. Bała się, czy rzeczywiście przetrwają zimę, szczególnie że ta była sroga i bardziej syberyjska niż europejska. Rośliny wygrały jednak walkę z przeciwnościami pogody i na wiosnę ożyły, by dać Teresie nadzieję na spełnienie marzenia.
Pragnęła z okien sypialni mieć widok na fioletowy dywan, małą namiastkę Prowansji, która zachwycała jej rodzinę podczas każdych wakacji. Wszystko szło zgodnie z planem. Rośliny zostały fachowo przycięte i na wiosnę wypuściły dużo nowych pędów. Krzaki rozrastały się, powoli zajmując całą rabatę.
Teresa rozprostowała kości i od razu zauważyła intruza. Obca kobieta zmierzała w stronę wejścia do budynku. Nie szła zbyt pewnie i rozglądała się nerwowo.
Od furtki do drzwi do obu połówek bliźniaka prowadziła wąska alejka, z jednej strony ograniczona wysokim drewnianym ogrodzeniem, a z drugiej ogrodem Przybyłków.
Do drugiej części domu przynależał ogród znajdujący się z tyłu budynku. Mąż namawiał Teresę na kupno tamtej połówki. Nie wyobrażał sobie, żeby obok jego ogrodu pałętali się jacyś ludzie. Teresa - wręcz przeciwnie. Pochodziła z małej wsi i nigdy nie pozbyła się przekonania, że obserwacja sąsiadów i wiedza o tym, kto, co i kiedy robi, jest niezbędna do szczęścia. To dlatego zdecydowała się na zakup domu z frontowym ogrodem.
- Pani kogoś szuka?
- Ja? Tak. - Kobieta była ewidentnie zdziwiona. Podeszła do płotu i się uśmiechnęła. - Dzień dobry.
Teresa nigdy wcześniej jej nie widziała. Była ruda i całkiem blada. Wyglądała bardzo niezdrowo.
- Dobry wieczór - burknęła.
- A tak, dobry wieczór. Jest już tak długo jasno, że człowiek traci poczucie...
- Pani kogoś szuka? - Teresa nie zamierzała wysłuchiwać trajkotania o pogodzie. Całe życie unikała rudych bab. Były fałszywe, blade i zawsze tylko udawały sympatię.
- A tak, koleżanki.
- Tutaj?
- Tak.
- A jak się nazywa?
- No właśnie nie pamiętam. Pani mieszka sama?
- Nie pamięta pani imienia koleżanki? Proszę stąd iść!
- Przepraszam, nie chciałam pani przestraszyć. Szukam kumpeli ze szkolnego podwórka. Mówiliśmy na nią "Noga", bo w piłkę nożną grała lepiej niż chłopacy. Spotkałam ją jakiś czas temu na mieście. Zamieniłyśmy kilka słów. Powiedziała, że mieszka teraz w Dąbrówce i że mam wpaść do niej na kawę. Zapamiętałam ulicę i numer osiemnaście.
- Może pomyliła pani adres?
- Nie, to niemożliwe. Na pewno zna pani Nogę. Taka szczupła babeczka. Trochę jak szara myszka. Jeździ czarnym volvo.
- Mówi pani o Milewskiej?
- Milewskiej? Być może, nie kojarzę, ale pewnie nosi teraz nazwisko męża.
- Hanna Milewska, mieszka pod dwójką.
- Dokładnie, Hanka "Noga". To ona! Dziękuję bardzo, pójdę do niej.
- Milewskich nie ma. Jakieś pół roku temu wyjechali za granicę.
Teresa Przybyłek ugryzła się w język. Wiedziała, że tak będzie. Ruda baba wyciągnęła z niej informację, że dom stoi pusty.
- Pół roku temu?
- Yhm.
- Świetnie, ja to mam poczucie czasu! - zmartwiła się kobieta. - Pewnie zaproszenie się już przeterminowało. Przepraszam za kłopot.
Skierowała się w stronę furtki. Po kilku krokach odwróciła się w stronę Teresy, która stała w tym samym miejscu i uważnie obserwowała jej zachowanie.
- Jeszcze jedno. - Rudowłosa wróciła do ogrodzenia i wyciągnęła swój telefon. - Czy widziała pani tutaj tego mężczyznę?
Teresa zerknęła na wyświetlacz, ale wyłącznie z ciekawości. Wiedziała, że zaprzeczy - niezależnie od tego, czy będzie znała tego mężczyznę, czy nie.
- Skąd pani ma to zdjęcie? - wydusiła z siebie.
- Widziała go pani?
- Niech już pani idzie. Ja zresztą też muszę!
- Widziała go pani? Widziała!
- Jak miałam go nie widzieć? Przecież to Milewski, nasz sąsiad i mąż Hani. Niech pani już idzie, bo wezwę policję!