Gra pozorów - Jim Butcher

Reflow text when sidebars are open.
W mojej głowie siedziała tykająca bomba zegarowa, a jedyna osoba, której mogłem powierzyć jej wydobycie, nie pojawiła się ani nie rozmawiała ze mną od ponad roku.
To wystarczająco dużo czasu, by zacząć stawiać sobie pytania. Kim jestem? Co zrobiłem ze swoim życiem?
Komu mogę zaufać?
To ostatnie to grubszy problem, który nie daje ci spokoju w chwilach zwątpienia. Czasami, kiedy budzisz się w nocy, zastanawiasz się, czy obdarzyłeś zaufaniem właściwych ludzi. A kiedy zostajesz sam, z jakiegokolwiek powodu, analizujesz wszystkie najdrobniejsze informacje o danej osobie, szukając w pamięci detali, które mogłeś przeoczyć.
Przepełnia cię to strachem. Zaczynasz myśleć, że być może ostatnio popełniłeś jakieś straszliwe błędy. Pragniesz działać, ale kiedy tkwisz na wyspie na środku jeziora Michigan, masz ograniczone możliwości rozładowania napięcia.
Postawiłem na zwyczajowe rozwiązanie. Ganiałem długimi tunelami pełnymi demonów, potworów i koszmarów, ponieważ to łatwiejsze od ćwiczenia na siłowni.
Tunele o ścianach z ziemi i kamienia były szerokie jak niektóre z podziemnych ulic pod Chicago i wiły się pośród czegoś, co przypominało korzenie, choć na tej głębokości nie mogło być częścią żadnego drzewa. Co kilka metrów wznosiły się kopce z lśniących bladozielonych kryształów kwarcu. W ich wnętrzu kryły się mroczne postaci. Niektóre miały rozmiary średniej wielkości psa. Inne były wielkie jak domy.
Właśnie skończyłem pokonywać jeden z olbrzymich kopców i biegłem w stronę kolejnego, pierwszego w ciągu trzech wzniesień o rozmiarach mojego świętej pamięci volkswagena.
- Parkour! - zawołałem i skoczyłem. Odbiłem się dłońmi od szczytu kopca i przesadziłem go jednym susem. Wylądowałem po drugiej stronie, przetoczyłem się przez ramię i zerwałem na nogi.
- Parkour! - wykrzyknąłem przed następnym kopcem i przeskoczyłem go, tym razem opierając się tylko na jednej dłoni i ustawiając ciało w poziomie. Po wylądowaniu nie zwolniłem biegu.
- Parkour! - wrzasnąłem przed trzecim kopcem i przeleciałem nad nim po długim łuku głową naprzód.
Zamierzałem wylądować na rękach, zwinnie się przetoczyć i pomknąć dalej, ale nic z tego nie wyszło. Źle oszacowałem wysokość skoku, zaczepiłem stopą o jeden z kryształów i runąłem po drugiej stronie wzniesienia, uderzając twarzą o piach.
Przez chwilę leżałem na ziemi, odzyskując oddech. Niespecjalnie przejąłem się upadkiem. Zaliczyłem ich już wiele. Przetoczyłem się na plecy i stęknąłem.
- Harry, masz zdecydowanie za dużo czasu.
Mój głos odbił się echem w tunelu, siódmym z trzynastu.
- Parkour - odpowiedziało odległe echo.
Potrząsnąłem głową, podniosłem się i powędrowałem w stronę wyjścia. Spacerowanie tunelami pod wyspą Demonreach zawsze stanowiło nie lada doświadczenie. Kiedy biegłem, szybko mijałem kolejne kopce.
Kiedy szedłem, tkwiący w nich więźniowie mieli czas, żeby do mnie przemawiać.
Spełnię każde twoje pragnienie, zawodził jedwabisty głos w mojej głowie.
Krew i władza, bogactwo i siła, mogę dać ci to wszystko, obiecywał drugi.
Pewnego dnia, śmiertelniku, będę wolny, a wtedy wyssę szpik z twoich kości, warknął kolejny.
Skłoń przede mną głowę w strachu i grozie!
Znienawidź mnie, pozwól się pożreć, a wtedy spełnię twoje marzenia.
Uwolnij mnie albo cię zniszczę!
Zaśnij. Zaśnij. Śpij i wpuść mnie do swojego wnętrza...
Krewbólśmierćkrewmięsokrewbólśmierć...
BLARGLE SLORG NOTH HARGHLE FTHAGN!
Sami wiecie.
Normalka.
Ominąłem niewielki kopiec - jego mieszkaniec ostatnim razem przesłał do mojego umysłu obraz, za którego sprawą przez dwie noce nie mogłem zmrużyć oka - po czym przeszedłem obok jednego z ostatnich kopców na drodze do wyjścia.
Kiedy go mijałem, mieszkaniec kopca westchnął w myślach i przesłał mi charakterystyczny obraz człowieka przewracającego oczami. Oho. Ktoś nowy.
Przystanąłem i uważnie przyjrzałem się kopcowi. Z zasady nie rozmawiałem z więźniami. Jeśli ktoś był zamknięty w podziemiach Demonreach, musiał być istotą rodem z koszmarów, którą niewielu ludzi było w stanie zrozumieć - nieśmiertelną, dziką i w dodatku obłąkaną, jak wściekłe zwierzę, które najadło się szaleju.
Ale... ja także byłem w zamknięciu od wielu miesięcy, uwięziony na tej wyspie i w jej podziemnych jaskiniach. Nie miałem wyboru. Coś tkwiło w mojej głowie i tylko wyspa mogła nad tym zapanować. Czasami ktoś mnie odwiedzał, ale zimowe miesiące były niebezpieczne na jeziorze Michigan, ze względu na pogodę i lód, a wiosna dopiero zaczynała odmieniać świat. Od dawna z nikim się nie widziałem.
Dlatego przyjrzałem się kopcowi, który miał wielkość trumny, i spytałem:
- O co chodzi?
Oczywiście o ciebie, odpowiedział więzień. Czy w ogóle masz pojęcie, co oznacza słowo zastój? Oznacza, że nic się nie dzieje. To, że tutaj stoisz, chodzisz, a nawet, na Boga, mówisz do mnie, wywraca wszystko do góry nogami. To typowe dla takich nowicjuszy jak ty. Jak to się mówi? A tak. Pryskaj stąd.
Uniosłem brwi. Jak dotąd każdy więzień, który próbował się ze mną komunikować, albo chciał się uwolnić, albo bredził bez sensu. Ten gość brzmiał jak... Brytyjczyk.
- Aha - odrzekłem.
Nie słyszałeś, Strażniku? Pryskaj.
Przez chwilę rozważałem, czy z czystej złośliwości nie potraktować jego prośby dosłownie, ale uznałem, że fizjologiczny humor nie przystoi Magowi Białej Rady i Strażnikowi Demonreach, czym dowiodłem, że nie mają racji wszyscy ci, którzy uważają mnie za przerośniętego rozwydrzonego młokosa.
- Kim jesteś? - spytałem.
Długo milczał, a potem do mojej głowy wpłynęła myśl pełna straszliwego znużenia i czysto emocjonalnej rozpaczy, jakiej sam doświadczałem tylko w najtragiczniejszych chwilach życia. Jednakże dla tej istoty taki ból nie był najgorszym momentem, tylko ciągłym stanem. Kimś, kto musi tutaj być. Odejdź, chłopcze.
Zalała mnie potężna fala nudności. Powietrze nagle stało się zbyt jasne, delikatny blask kryształów był zbyt przeszywający. Cofnąłem się o kilka kroków od kopca i wtedy to okropne doznanie zelżało, ale przypływ emocji i tak wywołał u mnie gwałtowny ból głowy, przez który nie byłem w stanie utrzymać się na nogach.
Opadłem na jedno kolano i zacisnąłem zęby, żeby stłumić wrzask. Bóle głowy stawały się coraz dotkliwsze i chociaż przez całe życie musiałem radzić sobie z cierpieniem, chociaż dysponowałem potęgą Rycerza Zimy, już przed kilkoma tygodniami zaczęły rozkładać mnie na łopatki.
Przez chwilę czułem tylko ból i przytłaczające mdłości.
W końcu te odczucia powoli zaczęły słabnąć, a kiedy podniosłem wzrok, zobaczyłem nad sobą rosłą postać w mrocznej pelerynie. Miała trzy albo trzy i pół metra wzrostu i proporcje muskularnego człowieka, chociaż tak naprawdę nigdy nie widziałem istoty pod peleryną. Postać wpatrywała się we mnie, a jej oczy miały postać dwóch punkcików zielonego, ognistego światła lśniących w głębi kaptura.
- STRAŻNIKU - zagrzmiała. - CHWILOWO POWSTRZYMAŁEM PASOŻYTA.
- Najwyższy czas, Alfredzie - szepnąłem.
Usiadłem i przyjrzałem się sobie. Wyglądało na to, że dość długo leżałem na ziemi. Pot na mojej skórze wysechł. Niedobrze. Przedwieczny duch wyspy przez rok nie dopuszczał, by ta rzecz w mojej głowie mnie zabiła. Jeszcze kilka tygodni temu wystarczyło, by się pojawił i wypowiedział jedno słowo, a ból znikał.
Tym razem trwało to ponad godzinę.
Cokolwiek znajdowało się w mojej głowie - jakiegoś rodzaju duchowa istota, która wykorzystywała mnie, by rosnąć w siłę - najwyraźniej przygotowywało się, by mnie uśmiercić.
- ALFREDZIE? - powtórzył duch. - TO MA BYĆ MOJE NOWE IMIĘ?
- Pozostańmy przy Demonreach - odrzekłem.
Potężny duch przez chwilę się nad tym zastanawiał.
- JESTEM WYSPĄ.
- Owszem - przyznałem, podnosząc się z ziemi. - Jej duchem. Jej genius loci.
- A ZARAZEM JESTEM ODRĘBNĄ ISTOTĄ. NACZYNIEM.
Przyjrzałem się duchowi.
- Wiesz, że "Alfred" to żart, prawda?
Duch wbił we mnie wzrok. Nieistniejący wiatr poruszył skrajem jego peleryny.
Załamałem ręce.
- No dobrze. Przyda ci się także imię. Niech będzie Alfred Demonreach.
Oczy istoty na chwilę rozbłysły jaśniej i duch skłonił głowę pod kapturem.
- ONA TU JEST.
Gwałtownie podniosłem głowę i szybciej zabiło mi serce. W mojej głowie odezwały się ciche echa bólu. Czyżby wreszcie odpowiedziała na moje wiadomości?
- Molly?
- NIE NOWICJUSZKA. JEJ NOWA MATKA.
Poczułem, że moje ramiona i szyja sztywnieją.
- Mab - odezwałem się niskim, surowym głosem.
- TAK.
- Fantastycznie - szepnąłem.
Mab, Królowa Powietrza i Ciemności, Monarchini Zimowego Dworu Sidhe, pani i nauczycielka wszystkich niegodziwych mieszkańców Krainy Elfów - moja szefowa - ignorowała mnie od miesięcy. Wysyłałem do niej coraz częstsze wiadomości, ale bez żadnego odzewu. Do dzisiaj.
Co się zmieniło? Dlaczego pojawiła się teraz, po tylu miesiącach milczenia?
- Ponieważ, głupku, czegoś chce - mruknąłem pod nosem. Zwróciłem się w stronę Demonreach. - W porządku, Alfredzie. Gdzie?
- NABRZEŻE.
Sprytnie. Demonreach, jak każde więzienie w historii, równie skutecznie powstrzymywało gości przed dostaniem się do środka, jak więźniów przed ucieczką. Kiedy cholerny Kroczący z Zewnętrza pojawił się ze swoją drużyną, żeby wyzwolić więźniów, udało się go powstrzymać dzięki wysiłkom obrońców wyspy i kilku kluczowych sojuszników.
Przez ostatni rok poznawałem tajemnice wyspy i jej systemy obronne, o których istnieniu nawet nie wiedziałem, a które mógł uruchomić tylko Strażnik. Gdyby Kroczący spróbował ponownie, mógłbym go załatwić na własną rękę. Nawet Mab, mimo całej swojej potęgi, powinna mieć się na baczności, gdyby spróbowała sprawiać mi kłopoty na terenie Demonreach.
Właśnie dlatego stała na nabrzeżu.
Spodziewała się, że będę niezadowolony. Najwyraźniej czegoś potrzebowała.
Wiedziałem z doświadczenia, że kiedy Królowa Powietrza i Ciemności postanawia, że czegoś od ciebie chce, najlepiej wczołgać się do jakiejś dziury i zasypać ziemią.
Jednakże moja głowa lekko pulsowała bólem. W ciągu ostatnich kilku lat bóle głowy stopniowo stawały się coraz dotkliwsze, ale dopiero niedawno odkryłem ich przyczynę - cierpiałem na przypadłość, która wymagała wyleczenia, zanim coś, co zagnieździło się w mojej łepetynie, postanowi się z niej wyrwać. Nie śmiałem opuścić wyspy, dopóki nie wydobrzeję, a jeśli Mab w końcu postanowiła odpowiedzieć na moje wiadomości, nie miałem innego wyjścia, jak się z nią spotkać.
Zapewne właśnie z tego powodu nie pojawiła się wcześniej.
- Cholerne elfy i ich intrygi - mruknąłem do siebie. Potem ruszyłem do schodów, którymi mogłem wydostać się ze Studni na powierzchnię wyspy. - Trzymaj się w pobliżu i uważaj - poleciłem duchowi.
- SPODZIEWASZ SIĘ, ŻE ZECHCE CIĘ SKRZYWDZIĆ?
- Być może - odrzekłem, ruszając po schodach. - Tak czy inaczej, chodźmy.
Mój brat i ja zbudowaliśmy nabrzeże Whatsup Dock przy jednej z trzech niewielkich plaż Demonreach, tej położonej najbliżej luki w kamiennych rafach otaczających wyspę. Na wzgórzu nad plażą kiedyś leżało miasteczko, ale mieszkańcy opuścili je jakieś sto lat temu, po tym jak mroczna energia otaczająca ohydne istoty uwięzione pod wyspą stopniowo doprowadziła ich do szaleństwa.
Po miasteczku pozostały ruiny, częściowo pochłonięte przez las, jak zwłoki powoli pożerane przez grzyb i mech. Czasami zastanawiałem się, jak długo będę w stanie pozostawać na wyspie, zanim ja też oszaleję.
Przy nabrzeżu zacumował drogi jacht silnikowy, biały z mnóstwem chromowanych elementów, który był tutaj równie nie na miejscu jak ferrari w zagrodzie dla bydła. Zobaczyłem dwóch majtków, ich marynarskie stroje wyglądały jak kostiumy. Kanty były zbyt prosto zaprasowane, a ubrania za czyste i zbyt dokładnie dopasowane. Kiedy na nich patrzyłem, nie miałem wątpliwości, że są uzbrojeni i wyszkoleni w zabijaniu. Byli sidhe, władcami elfów, rosłymi, pięknymi i niebezpiecznymi. Nie robili na mnie wrażenia.
Głównie dlatego, że nie byli tak urodziwi ani groźni jak kobieta, która stała na samym końcu nabrzeża, z czubkami drogich butów oddalonymi o kilka centymetrów od brzegu Demonreach. Kiedy wokół ciebie krąży rekin, trudno przejmować się dwiema barakudami pływającymi w pobliżu.
Mab, Królowa Powietrza i Ciemności, miała na sobie szyty na miarę biznesowy żakiet w kolorze papieru gazetowego usmarowanego węglem i mrożonych barwinków. Pod spód włożyła bluzkę, śnieżnobiałą jak jej włosy, kunsztownie ufryzowane w stylu z lat czterdziestych. Na jej uszach i szyi lśniły ciemnozielone i ciemnoniebieskie opale, pasujące do zmieniających się odcieni zimnych, pozbawionych wyrazu oczu. Była blada, piękna w sposób wymykający się prostemu opisowi i przepełniała mnie zdrową, racjonalną grozą.
Zszedłem na nabrzeże po starych kamiennych stopniach wyciętych w zboczu i zatrzymałem się na wyciągnięcie ręki od Mab. Nie ukłoniłem się, tylko oficjalnie skinąłem głową. Na łodzi znajdowali się także inni sidhe, którzy byli świadkami naszego spotkania. Już dawno odkryłem, że chociaż nie jestem w stanie urazić dumy Mab, nie toleruje ona braku szacunku dla swojego urzędu. Byłem pewien, że gdyby Rycerz Zimy otwarcie przeciwstawił się jej w obliczu jej Dworu, stanowiłoby to deklarację wojny, a mimo wszystkiego, co już wiedziałem o wyspie, nie miałem zamiaru do tego doprowadzić.
- Moja Królowo - odezwałem się przyjemnym głosem. - Jak twoje knowania?
- Doskonale, mój Rycerzu - odpowiedziała. - Jak zwykle. Wejdź na pokład.
- Dlaczego? - spytałem.
Lekko skrzywiła usta, ale w jej oczach pojawił się błysk zadowolenia.
- Jestem przewidywalny, prawda? - dodałem.
- Pod wieloma względami - odrzekła. - Mam ci odpowiedzieć dosłownie?
- Byłbym wdzięczny.
Mab pokiwała głową. Potem lekko się pochyliła, jej spojrzenie nabrało głębi i odezwała się głosem zimniejszym i surowszym od zmrożonego kamienia.
- Ponieważ ci każę.
Przełknąłem ślinę, a mój żołądek wywinął fikołka.
- Co się stanie, jeśli odmówię? - spytałem.
- Dasz mi wyraźnie do zrozumienia, że będziesz mi się opierał, jeśli spróbuję bezpośrednio zmusić cię do wykonywania moich rozkazów - odrzekła Mab. - Staniesz się wtedy dla mnie bezużyteczny, ale jako że chwilowo wolałabym nie kłopotać się szkoleniem zastępstwa, nie poniesiesz żadnych konsekwencji.
Zamrugałem zdziwiony.
- Żadnych? Mógłbym ci się przeciwstawić, a ty byś po prostu... odeszła?
- Owszem - potwierdziła Mab i odwróciła się. - Umrzesz za trzy dni, a do tej pory już zdążę znaleźć kogoś na twoje miejsce.
- Eee, co takiego?
Mab umilkła i obejrzała się przez ramię.
- Pasożyt w twoim wnętrzu wydostanie się wtedy na zewnątrz. Z pewnością zauważyłeś, że ból staje się coraz bardziej dokuczliwy.
Jeszcze jak. Do tego cierpienie się nawarstwia.
- Psiakrew - warknąłem na tyle cicho, by nie usłyszały mnie zbiry na pokładzie. - Wrobiłaś mnie.
Mab odwróciła się w moją stronę i posłała mi ledwie dostrzegalny uśmiech.
- Każdego przeklętego dnia posyłałem Toota i Lacunę do ciebie i Molly. Żadne z nich nie dotarło, prawda?
- Są elfami - odrzekła Mab. - A ja jestem Królową Elfów.
- A moje wiadomości do Molly?
- Kiedy się z tobą pożegnałam, mój Rycerzu, utkałam sieci, które miały przechwycić wszystkie zaklęcia opuszczające wyspę - wyjaśniła. - Wiadomości, które wysłałeś do niej za pośrednictwem swoich przyjaciół, zostały zmienione zgodnie z moimi potrzebami. To bardzo użyteczne, że nawet najdrobniejsza doza nieufności może prowadzić do niezrozumienia. Twoi przyjaciele próbują cię odwiedzić od kilku tygodni, ale lód na jeziorze w tym roku wyjątkowo długo się utrzymuje. Niestety.
Zazgrzytałem zębami.
- Wiedziałaś, że potrzebowałem jej pomocy.
- Wciąż tak jest - odparła lakonicznie.
Trzy dni.
Na wszystkie dzwony piekieł.
- Nie przyszło ci do głowy, żeby po prostu grzecznie poprosić mnie o pomoc? - spytałem.
Uniosła bladą brew.
- Nie jestem twoją klientką.
- Więc od razu przechodzisz do wymuszenia?
- Nie mogę cię do niczego zmusić - odrzekła rzeczowym tonem. - Dlatego muszę się postarać, by wyręczyły mnie okoliczności. Obezwładniający ból nie pozwoli ci opuścić wyspy, a nie możesz posłać po pomoc, jeśli na to nie pozwolę. Kończy ci się czas, mój Rycerzu.
- Dlaczego? - spytałem przez zaciśnięte zęby. - Dlaczego zapędziłaś mnie w kozi róg?
- Może dlatego, że to konieczne. Może po to, żeby uchronić cię przed sobą samym. - W jej oczach błysnęła odległa furia, niczym burza na horyzoncie. - A może po prostu dlatego, że mogę. Ostatecznie powody nie mają znaczenia. Liczy się tylko to, co jest.
Kilka razy odetchnąłem, starając się, by gniew nie pobrzmiewał w moim głosie. Zważywszy na to, czym się zajmowała, zmanipulowanie mnie i grożenie mi śmiercią według jej standardów mogło być grzeczną prośbą. Ale nie musiałem być tym zachwycony.
Poza tym miała rację. Jeśli Mab powiedziała, że pozostały mi trzy dni życia, to nie żartowała. Nie miała możliwości ani powodu, by wprost mnie okłamywać. A jeśli to była prawda, o czym niestety byłem przekonany, to miała mnie w garści.
- Czego chcesz? - zapytałem. Zabrzmiałem niemal grzecznie.
To pytanie wywołało na jej ustach uśmiech zadowolenia. Skinęła głową, jakby z uznaniem.
- Chciałabym, żebyś wykonał dla mnie pewne zadanie.
- Czy tak się składa, że muszę to zrobić poza wyspą?
- Oczywiście.
Wskazałem palcem swoją skroń.
- W takim razie mamy problem z obezwładniającym bólem. Najpierw musisz mnie uleczyć.
- Gdybym to zrobiła, nigdy byś się nie zgodził - odpowiedziała spokojnie. - A wtedy musiałabym cię kimś zastąpić. Dlatego, ze względu na swoje zdrowie i bezpieczeństwo, założysz to. - Wyciągnęła w moją stronę otwartą dłoń.
Leżał na niej niewielki kamień, ciemnoniebieski opal. Nachyliłem się i uważnie go obejrzałem. Był osadzony w srebrnej wkrętce - kolczyku.
- On powinien powstrzymać pasożyta na wystarczająco długi czas - wyjaśniła. - Załóż go.
- Nie mam przekłutych uszu - zaprotestowałem.
Mab uniosła brew.
- Jesteś Rycerzem Zimy czy małym mazgajem?
Skrzywiłem się.
- Podejdź tutaj i to powtórz.
Wtedy Mab spokojnie zeszła na brzeg Demonreach i stanęła przede mną, tak że nasze stopy niemal się stykały. Miała ponad metr dziewięćdziesiąt wzrostu i niemal nie musiała podnosić ręki, żeby ująć w palce płatek mojego ucha.
- Zaraz - odezwałem się. - Chwileczkę.
Znieruchomiała.
- Lewe.
Przekrzywiła głowę.
- Dlaczego?
- To... Chodzi o pewne zwyczaje śmiertelników. Po prostu przekłuj lewe ucho.
Wypuściła powietrze nosem. Potem pokręciła głową i chwyciła mnie za drugie ucho. Poczułem gorące ukłucie bólu, a potem powolne pulsowanie niemal uwodzicielskiego chłodu, niczym dotyk jesiennego wieczornego powietrza, gdy otwierasz okna w sypialni i śpisz jak kamień.
- Gotowe - powiedziała Mab, umieszczając kolczyk na miejscu. - Było tak trudno?
Posłałem jej nieprzychylne spojrzenie i dotknąłem kamienia lewą dłonią. Moje opuszki potwierdziły to, o czym donosiło ucho - opal był zimny w dotyku.
- Skoro już mam coś, co pozwoli mi bezpiecznie opuścić wyspę, mogę rozkazać Alfredowi, by natychmiast wtrącił cię do celi, i samodzielnie rozwiązać swoje problemy. Co mnie może powstrzymać? - spytałem bardzo cicho.
- Ja - odrzekła Mab. Na jej ustach pojawił się bardzo delikatny, bardzo chłodny uśmiech. Uniosła palec, a ja zobaczyłem szkarłatną kropelkę mojej krwi na jej bladej skórze. - Gdyby Mab zniknęła, twój śmiertelny świat poniósłby srogie konsekwencje. Ciebie spotkałby jeszcze gorszy los, gdybyś tego spróbował. Możesz sprawdzić, magu. Chętnie to zobaczę.
Przez chwilę rozważałem tę możliwość. Tak bardzo się przede mną zabezpieczyła, że z pewnością chciała mnie nakłonić do zrobienia czegoś paskudnego. Nigdy nie chciałem służyć Mab. Nie mogłaby być moją szefową, gdybym uwięził ją w krysztale kilkadziesiąt metrów pod wodami jeziora Michigan. Zresztą zasłużyła sobie na dłuższy pobyt w zamrażarce. Mab była autentycznym złoczyńcą.
Tylko że... była naszym złoczyńcą. Chociaż potrafiła być okrutna i straszna, chroniła świat przed istotami, które były jeszcze gorsze. Usunięcie jej z tego układu mogło spowodować katastrofę.
Zresztą bądź wobec siebie szczery, Dresden. Boisz się. A gdybyś spróbował ją załatwić i nie trafił? Pamiętasz, co się stało z ostatnim gościem, który zdradził Mab? Nigdy jej nie pokonałeś. Nie byłeś nawet blisko.
Powstrzymałem drżenie. Uznałaby to za oznakę słabości, a tej nie należy okazywać elfom. Wypuściłem powietrze i oderwałem wzrok od jej lodowatych oczu.
Mab lekko skłoniła głowę w geście zwycięstwa. Potem okręciła się na pięcie i wróciła na nabrzeże.
- Zabierz wszystko, czego potrzebujesz. Wyruszamy natychmiast.
Jacht Mab zabrał nas do przystani Belmont, gdzie nietypowo ciepły poranek stopił lód. Moje ucho od czasu do czasu pulsowało zimnem, ale głowa nie bolała i kiedy zacumowaliśmy, przeskoczyłem przez reling i wylądowałem na molo z dużym marynarskim workiem w jednej i nową laską maga w drugiej dłoni.
Mab z godnością zeszła po trapie i zmierzyła mnie wzrokiem.
- Parkour - wyjaśniłem.
- Jesteśmy umówieni - odrzekła, mijając mnie.
Czekała na nas limuzyna, a w niej kolejni dwaj sidhe w kostiumach ochroniarzy. Zawieźli nas Lake Shore Drive do centrum miasta, gdzie skręcili w stronę Chicago Loop i zatrzymali się przed Carbide & Carbon Building, potężnym grafitowym gmachem, który przypominał mi monolit z Odysei Kosmicznej 2001, nie licząc mosiężnych zdobień. Zawsze uważałem, że wygląda bardzo barokowo i czadowo, a potem otwarto w nim Hard Rock Hotel.
Przed budynkiem czekali dwaj kolejni sidhe w strojach ochroniarzy, wysocy i nieludzko piękni. Niezauważalnie wszyscy zmienili się z nieskazitelnych modeli w zbirów o kwadratowych szczękach, z krótko przystrzyżonymi włosami i słuchawkami w uszach - urok, legendarna moc iluzji elfów. Mab nie kłopotała się zmianą wyglądu, nie licząc założenia okularów przeciwsłonecznych od znanego projektanta. Czterech osiłków otoczyło nas, gdy weszliśmy do budynku, i razem pomaszerowaliśmy do czekającej windy. Cyfry na wyświetlaczu wkrótce wskazały ostatnie piętro, a następnie przeskoczyły na kolejny poziom.
Drzwi otworzyły się i zobaczyłem wnętrze ekstrawaganckiego apartamentu. Z głośników płynęła muzyka Mozarta, w takiej jakości, że przez chwilę szukałem wzrokiem żywych muzyków. Za oknami, które sięgały od podłogi do znajdującego się ponad cztery metry wyżej sufitu, rozciągał się widok na jezioro i wybrzeże na południe od hotelu. Posadzki wykonano z polerowanego twardego drewna. W pomieszczeniu posadzono tropikalne drzewa, a także jaskrawe kwitnące rośliny, które przeprowadzały czynną napaść na zmysł węchu. Meble stały rozsiane po całym wnętrzu, niektóre na podłodze, inne na platformach wznoszących się na różnych poziomach. Były tutaj także bar i niewielka scena z systemem nagłośnienia, a schody po przeciwnej stronie poddasza prowadziły na wzniesioną platformę, która, sądząc po łóżku, zapewne służyła jako sypialnia.
Za drzwiami windy czekała na nas kolejna piątka zbirów w czarnych garniturach i z dopasowanymi kolorystycznie śrutówkami w dłoniach. Kiedy drzwi się otworzyły, przeładowali broń, ale w nas nie wycelowali.
- Kim pani jest? - odezwał się jeden z nich, znacznie młodszy od pozostałych.
Mab wpatrywała się w nich intensywnie zza okularów przeciwsłonecznych. Potem uniosła brew, tak nieznacznie, że żaden z pewnością tego nie zauważył.
Stęknąłem, poruszyłem dłonią i szepnąłem "Infriga".
Nie włożyłem w zaklęcie dużej mocy, ale to wystarczyło, by wysłać wiadomość. Z nagłym chrzęstem dolne dwie trzecie ciał zbirów, ich buty, broń i trzymające ją dłonie, pokryły się grubą warstwą szronu. Zaskoczeni mężczyźni drgnęli i syknęli z niezadowoleniem, ale nie rzucili broni.
- Pani nie rozmawia ze sługusami - odezwałem się. - Zresztą dobrze wiecie, kim jest. Jeśli któryś z was, tumany, ma choćby kawałek mózgu, niech natychmiast powiadomi waszego szefa, że ona tu jest, zanim poczuje się obrażona.
Młody zbir, który się wcześniej odezwał, chwiejnym krokiem ruszył w głąb poddasza, omijając mur drzew i kwiatów, podczas gdy pozostali stanęli naprzeciwko nas, beznamiętni, ale wyraźnie niepewni.
Mab popatrzyła na mnie i zapytała szeptem:
- Co to było?
- Nie zamierzam zabijać śmiertelników, tylko po to, żeby coś udowodnić - odpowiedziałem grzecznie.
- W tym samym celu byłeś gotów zabić jednego z moich sidhe.
- Gram w twojej drużynie, ale nie pochodzę z twojego miasteczka - odrzekłem.
Zerknęła na mnie ponad krawędziami szkieł.
- Taka delikatność nie przystoi Rycerzowi Zimy.
- Nie chodzi o delikatność, Mab - odparłem.
- Nie - przyznała. - Chodzi o słabość.
- No cóż, jestem tylko człowiekiem - odrzekłem, odwracając się.
Mab nie spuszczała ze mnie wzroku, lodowatego i ciężkiego jak śnieżna pokrywa.
- Na razie.
Wcale nie zadrżałem. Po prostu czasami miewam skurcze mięśni. To wszystko.
Zbir potrafiący mówić po ludzku wrócił i pokłonił się w pas przed Mab, starając się nie nawiązywać z nikim kontaktu wzrokowego.
- Wasza Wysokość. Zapraszam dalej. Pani straż może tutaj zaczekać, razem z tą czwórką, a ja panią do niego zaprowadzę.
Mab nawet nie drgnęła w odpowiedzi na jego słowa. Po prostu wyszła z windy, stukając obcasami o posadzkę, rytmicznie jak metronom, a my staraliśmy się dotrzymać jej kroku.
Okrążyliśmy żywopłot, za którym wcześniej zniknął zbir, i dotarliśmy do rozbudowanej platformy, na którą prowadziły trzy szerokie stopnie. Całą konstrukcję otaczała roślinność, upodabniając ją do przytulnej altanki. Ustawiono na niej drogie meble do siedzenia, tworzące idealne warunki do rozmowy, i właśnie tam czekała na nas osoba, z którą była umówiona Mab.
- Proszę pana - odezwał się zbir. - Jej Wysokość królowa Mab oraz Rycerz Zimy.
- Którego nie trzeba przedstawiać - rzekł mężczyzna głębokim, donośnym głosem.
Rozpoznałem go. Ten głos kiedyś był łagodny i potoczysty, ale teraz zabrzmiał nieco chrapliwie i szorstko, niczym jedwab ślizgający się po żwirze.
Z jednego z foteli wstał mężczyzna średniego wzrostu i przeciętnej budowy ciała. Miał na sobie czarny jedwabny garnitur, czarną koszulę i znoszony szary krawat. Miał ciemne włosy naznaczone siwizną oraz ciemne oczy i poruszał się z gracją węża. Na jego ustach gościł uśmiech, ale w oczach nie było wesołości, gdy obrócił się w moją stronę.
- No proszę. Harry Dresden.
- Nicodemus Archleone. Słyszę, że moje cięcie przysłużyło się twojemu głosowi.
Coś nieprzyjemnego błysnęło w głębi jego oczu, a głos stał się jeszcze bardziej szorstki. Jednak uśmiech nie zniknął.
- Od dawna nikt nie był tak blisko jak ty.
- Może zaczynasz robić błędy na starość - odrzekłem. - Zaczyna się od drobiazgów. Na przykład zapomniałeś pozbawić języka jednego ze swoich zbirów. Poczuje się wykluczony, jeśli tylko on będzie mógł mówić.
Niocodemus uśmiechnął się jeszcze szerzej. Już wcześniej spotkałem jego bandę popleczników. Wszyscy mieli wycięte języki.
Odwrócił się w stronę Mab i zgiął wpół, bardziej elegancko niż kiedykolwiek byłem w stanie. To były maniery z innej epoki.
- Wasza Wysokość.
- Nicodemusie - odpowiedziała Mab lodowatym tonem. A potem, bardziej neutralnym głosem, dodała: - Andurielu.
Nicodemus nawet nie drgnął, ale jego cholerny cień skłonił głowę. Nieważne, ile razy widziałem takie akcje, wciąż przyprawiały mnie o dreszcze.
Nicodemus był Rycerzem Poczerniałego Denara, a dokładniej rzecz biorąc, był najważniejszym z nich. Miał przy sobie jedną z trzydziestu srebrnych monet, która zawierała esencję upadłego anioła Anduriela. Z Denarianami lepiej nie zadzierać - chociaż anioły nie mogły swobodnie korzystać ze swojej mocy, gdyż pętała je więź z ich śmiertelnymi partnerami, były równie niebezpieczne jak najgorsze istoty kryjące się w cieniach, a kiedy łączyły siły z takimi szaleńcami jak Nicodemus, stawały się o wiele gorsze. Z tego, co wiedziałem, Nicodemus siał ferment od dwóch tysiącleci. Był bystry, bezwzględny i twardy, a zabicie człowieka znaczyło dla niego tyle samo co wyrzucenie pustej puszki po piwie.
Kiedyś wygrałem nasze starcie. Jemu też raz się to udało. Żaden z nas nie był w stanie zabić drugiego.
Na razie.
- Proszę o chwilę cierpliwości - rzekł Nicodemus do Mab. - Zanim przejdziemy dalej, jestem zmuszony zająć się drobną kwestią dotyczącą wewnętrznego protokołu.
Przez ułamek sekundy wyczuwałem w powietrzu atmosferę niezadowolenia, aż w końcu Mab się odezwała.
- Oczywiście.
Nicodemus ponownie się ukłonił, a potem oddalił się o kilka kroków i zwrócił w stronę zbira, który nas przyprowadził. Przywołał go do siebie gestem.
- Podejdź, bracie Jordanie.
Jordan stanął na baczność, przełknął ślinę, a następnie podszedł sztywnym krokiem, przystanął dokładnie przed Nicodemusem i ponownie wyprostował się jak struna.
- Przeszedłeś próby Bractwa - odezwał się Nicodemus ciepłym głosem. - Twoi towarzysze mają o tobie najwyższe mniemanie. Poza tym z niezachwianą odwagą stawiłeś czoło niebezpiecznemu wrogowi. W mojej ocenie wykazałeś się lojalnością oraz oddaniem naszej sprawie w stopniu wykraczającym poza ramy jakiejkolwiek przysięgi. - Położył dłoń na ramieniu młodzieńca. - Masz jakieś ostatnie słowa?
W oczach chłopaka zabłysły emocje, a jego oddech przyśpieszył.
- Dziękuję, panie.
- Dobrze powiedziane - szepnął Nicodemus z uśmiechem. - Deirdre.
Druga osoba w altance wstała. Była to młoda kobieta w prostej czarnej sukience. Miała szczupłą, surową twarz i ciało obdarzone nieznacznie zarysowanymi, eleganckimi krągłościami, które przywodziły na myśl brzytwę. Jej długie ciemne włosy pasowały do czarnych oczu, identycznych jak u Nicodemusa, a kiedy podeszła do Jordana, posłała mu niemal siostrzany uśmiech.
A potem się przemieniła.
Najpierw mroczne kule jej oczu upodobniły się do jam wypełnionych ognistym karmazynowym blaskiem. Druga para oczu, lśniąca zielono, otworzyła się ponad pierwszymi. Twarz kobiety się wykrzywiła, kości poruszyły się pod skórą, która zafalowała, a następnie stężała i pociemniała, przybierając brzydki fioletowy kolor świeżego siniaka i grubiejąc jak u zwierzęcia. Suknia zamigotała i zniknęła, ukazując dotychczas podkurczone nogi, a znacznie wydłużone stopy wyglądały, jakby zginały się w przeciwną stronę. Zmieniły się także jej włosy - urosły, wysuwając się z jej czaszki jak dziesiątki wijących się węży, po czym upodobniły się do twardych, metalicznych i czarnych jak noc wstęg, które szeleściły, poruszały się i samoistnie falowały.
W tym samym czasie cień Nicodemusa urósł, chociaż oświetlenie w pomieszczeniu nie uległo zmianie. Rozciągnął się za jego plecami i rozlał po ścianie, aż w końcu całkowicie objął tę część ogromnego poddasza.
- Będziecie świadkami przemiany brata Jordana w giermka Jordana - odezwał się cicho.
Zielone oczy Deirdre rozbłysły, gdy delikatnie uniosła zakończone pazurami dłonie do twarzy młodzieńca. Następnie zbliżyła się i pocałowała go rozchylonymi ustami.
Mój żołądek wywinął koziołka. Nie dałem tego po sobie poznać.
Głowa Deidre drgnęła do przodu, a ciało Jordana zesztywniało. Zza pieczęci jej ust wyrwał się stłumiony krzyk, który szybko się urwał. Zobaczyłem, jak Deirdre zaciska zęby, a po chwili gwałtownie szarpnęła głową do tyłu, jak rekin wyrywający kęs z ofiary. Odchyliła głowę do tyłu w straszliwej ekstazie, a ja zobaczyłem między jej zębami zakrwawiony język Jordana.
Fontanna krwi trysnęła z ust młodzieńca. Wydał z siebie nieartykułowany dźwięk, a następnie zatoczył się i opadł na jedno kolano.
Deirdre kilkakrotnie szarpnęła głową, jak mewa pożerająca rybę, wydając przy tym ciche odgłosy przełykania. Potem zadrżała i powoli otworzyła płonące oczy. Odwróciła się i podeszła do Nicodemusa z fioletowymi ustami poczerniałymi od krwi.
- Gotowe, ojcze - wyszeptała.
Nicodemus pocałował ją w usta, a fakt, że zrobił to z językiem, tym razem zaszokował mnie jeszcze bardziej niż wtedy, gdy zobaczyłem to po raz pierwszy.
Po chwili oderwał się od ust Deirdre.
- Powstań, giermku Jordanie.
Młodzieniec chwiejnie dźwignął się na nogi. Dolna połowa jego twarzy była zalana krwią, która skapywała mu po brodzie i szyi.
- Przyłóż do rany lód i idź do lekarza, giermku - polecił Nicodemus. - Gratuluję.
Oczy Jordana ponownie rozbłysły, a usta wykrzywił makabryczny uśmiech. Odwrócił się i pośpiesznie oddalił, zostawiając za sobą krwawe ślady.
Skręcało mnie w żołądku. Pewnego dnia będę musiał się nauczyć trzymać gębę na kłódkę. Nicodemus właśnie okaleczył chłopaka, tylko dlatego, że pozwoliłem sobie na drobną złośliwość. Zacisnąłem zęby i postanowiłem, że to, co się stało, będzie stanowiło przypomnienie, z jakim potworem mam do czynienia.
- Już po wszystkim - odezwał się Nicodemus do Mab. - Przepraszam za wszelkie niedogodności.
- Dokończymy nasze sprawy? - spytała Mab. - Mój czas jest cenny.
- Oczywiście - zgodził się Nicodemus. - Wiesz, dlaczego się z tobą skontaktowałem.
- Owszem - przyznała Mab. - Anduriel kiedyś zaoferował mi usługi swojego... wspólnika. Teraz spłacam ten dług, użyczając ci swojego człowieka.
- Chwileczkę. Co takiego? - wtrąciłem się.
- Doskonale - rzekł Nicodemus i podał Mab wizytówkę. - Spotkamy się tutaj w naszym skromnym gronie o świcie.
Mab sięgnęła po wizytówkę i pokiwała głową.
- Zgoda.
Chwyciłem wizytówkę, zanim zdążyła ją przyjąć.
- Wcale nie - rzuciłem. - Nie zamierzam pracować z tym psychopatą.
- Raczej socjopatą - odrzekł Nicodemus. - Chociaż ze względów praktycznych te określenia są stosowane niemal wymiennie.
- W każdym razie paskudny z ciebie typ i ani trochę ci nie ufam - burknąłem i odwróciłem się do Mab. - Powiedz, że nie mówisz poważnie.
- Śmiertelnie poważnie - odparła surowym tonem. - Pójdziesz z Archleone i udzielisz mu wszelkiej możliwej pomocy, dopóki nie wypełni swojego zadania.
- Jakiego zadania? - spytałem ostro.
Mab na niego popatrzyła.
Nicodemus posłał mi uśmiech.
- To niezbyt skomplikowane, chociaż trudne, nie przeczę. Obrabujemy skarbiec.
- Nie potrzebujesz do tego niczyjej pomocy - odparłem. - Możesz poradzić sobie z każdym skarbcem na świecie.
- To prawda - przyznał Nicodemus. - Ale ten skarbiec nie znajduje się tutaj, tylko w Podziemnym Świecie.
- W Podziemnym Świecie? - spytałem.
Miałem złe przeczucia.
Nicodemus uśmiechnął się bez emocji.
- Do kogo należy? - spytałem. - Czyj skarbiec zamierzasz obrabować?
- Przedwiecznej istoty o ogromnej mocy - odpowiedział szorstkim głosem i uśmiechnął się szerzej. - Być może znasz go pod imieniem Hades, władca Podziemnego Świata.
- Hades - powtórzyłem. - Ten Hades. Grecki bóg.
- Właśnie on.
Powoli przeniosłem wzrok na Mab.
Jej twarz była piękna i doskonała. Mały kolczyk podtrzymujący mnie przy życiu rytmicznie pulsował chłodem.
- Aha - odezwałem się cicho. - Na wszystkie dzwony piekieł.
Mój mózg zwiększył obroty.
Zostałem przyparty do muru, ale to nie było dla mnie nic nowego. Przez lata takie sytuacje nauczyły mnie, że warto za wszelką cenę zyskać nieco przestrzeni, czasu lub wsparcia.
Złowiłem nieprzejednane spojrzenie Mab.
- Musimy postawić jeden warunek - stwierdziłem.
Zmrużyła oczy.
- Jaki warunek?
- Wsparcie - odrzekłem. - Chcę, żeby towarzyszyła mi jeszcze jedna para oczu. Ktoś, kogo sam wybiorę.
- Dlaczego?
- Ponieważ Nicodemus to morderczy morderca - wyjaśniłem. - A jeśli werbuje drużynę, zapewne będzie się składała z takich samych drani. Chcę pomocnika, który zadba o to, żeby któryś z nich nie strzelił mi w plecy, gdy tylko popatrzę w inną stronę. W końcu tylko wypożyczasz Rycerza Zimy. Nie pozbywasz się go.
Mab uniosła brew.
- Cóż...
- Obawiam się, że to wykluczone - odezwał się Nicodemus. - Wszystko już zostało zaplanowane i nie ma miejsca na dodatkowe osoby.
Mab bardzo powoli odwróciła ku niemu głowę.
- O ile pamiętam - odparła arktycznym tonem - kiedy sam użyczyłeś mi swoich usług, zabrałeś ze sobą swój pomiot. Uważam, że ten warunek zapewnia symetrię.
Nicodemus zmrużył oczy. Wziął głęboki wdech, a potem lekko skłonił głowę.
- Nie mam pełnej władzy nad wszystkimi zaangażowanymi stronami. Nie mogę zagwarantować bezpieczeństwa ani twojego Rycerza, ani jego... dodatkowego pomocnika.
Mab niemal się uśmiechnęła.
- A ja nie mogę zagwarantować twojego bezpieczeństwa, Sir Archleone, jeśli sprzeniewierzysz się warunkom umowy zawartej w dobrej wierze. Proponuję rozejm do chwili wykonania zadania.
Nicodemus przez chwilę się nad tym zastanawiał, aż wreszcie skinął głową.
- Zgoda.
- A więc załatwione - rzekła Mab i wyjęła wizytówkę z mojej dłoni. - Idziemy, mój Rycerzu?
Wbiłem wzrok w Nicodemusa i jego córkę o zakrwawionych ustach. Włosy Deirdre zgrzytały i szeleściły, ocierając się o siebie jak długie, kręte paski blachy.
Za cholerę nie pomogę temu szaleńcowi.
To jednak nie był odpowiedni czas ani miejsce na takie deklaracje.
- Tak - odpowiedziałem przez zaciśnięte zęby. - Dobrze.
Nawet na chwilę nie odwracając się plecami do Denarian, podążyłem za Mab do windy.
***
Na dole budynku odwróciłem się w stronę ochroniarzy Mab.
- A teraz wyjdźcie i przyprowadźcie samochód - poleciłem, ale żaden z nich nawet nie drgnął. - W porządku. Zadeklarowaliście w jakimś formularzu, co ma się stać z waszymi szczątkami, prawda?
Sidhe zamrugali. Popatrzyli na Mab.
Mab wpatrywała się przed siebie. Widywałem posągi, które silniej manifestowały swoje pragnienia.
Ochroniarze wyszli.
Zaczekałem, aż zamkną się za nimi drzwi windy, po czym poruszyłem palcem i szepnąłem "Hexus", wkładając w to niewielką dawkę siły woli. Śmiertelni magowie i technologia to kiepskie połączenie. Sama bliskość kogoś używającego magii wystarczy, by uszkodzić większość urządzeń elektronicznych. A kiedy mag rzeczywiście próbuje zniszczyć takie urządzenia, niewiele z nich może mu się oprzeć.
Panel kontrolny windy zaiskrzył i poczerniał. Żarówki zgasły z trzaskiem, podobnie jak światła awaryjne, i wnętrze windy nagle pogrążyło się w ciemności, którą przełamywała tylko odrobina dziennego światła sączącego się pod drzwiami.
- Postradałaś zmysły? - spytałem Mab.
Nie podnosząc głosu.
W kabinie było wystarczająco dużo światła, żebym zobaczył błysk jej oczu, gdy na mnie popatrzyła.
- Nie zamierzam pomagać temu palantowi - warknąłem.
- Zrobisz dokładnie to, czego się od ciebie wymaga.
- Nie zrobię - odparłem. - Wiem, jak to działa. Cokolwiek on robi, będą z tego same problemy. Komuś stanie się krzywda, a ja nie będę w tym uczestniczył. Nie pomogę mu.
- Najwyraźniej niezbyt uważnie mnie słuchałeś - odpowiedziała Mab.
- Najwyraźniej nic nie rozumiesz - odburknąłem. - Są takie rzeczy, których po prostu się nie robi, Mab. Jedną z nich jest pomaganie takiemu potworowi w osiągnięciu jego celów.
- Nawet jeśli odmowa będzie cię kosztowała życie?
Westchnąłem.
- Nie widziałaś, co się działo przez ostatnie dwa lata? Masz jeszcze jakieś wątpliwości, że wolę umrzeć niż stać się częścią czegoś takiego?
Jej zęby błysnęły bielą w ciemności.
- A jednak tutaj jesteś.
- Naprawdę zamierzasz to przeforsować? - spytałem. - Już chcesz stracić swojego nowego lśniącego rycerzyka?
- Trudno mówić o stracie, jeśli nie chce wykonywać prostych poleceń - odparła Mab.
- Będę wykonywał polecenia. Już to robiłem.
- Owszem, na swój nieudolny sposób.
- Po prostu nie tym razem.
- Zrobisz to, o co zostaniesz poproszony - odrzekła Mab i zbliżyła się do mnie o krok. - W przeciwnym razie czekają cię konsekwencje.
Przełknąłem ślinę.
Ostatni Rycerz, który rozgniewał Mab, błagał mnie, żebym go zabił. Biedak był za to wdzięczny.
- Jakie konsekwencje? - spytałem.
- Pasożyt - wyjaśniła Mab. - Kiedy cię zabije i z ciebie wyjdzie, odszuka wszystkich, których znasz. Wszystkich, których kochasz. Następnie doszczętnie ich zniszczy - zaczynając od pewnego dziecka.
Moje ręce pokryły się gęsią skórką. Mówiła o Maggie. Mojej córce.
- Ona nie ma z tym nic wspólnego - wyszeptałem. - Jest chroniona.
- Nie przed czymś takim - odpowiedziała obojętnym tonem. - Nie przed istotą stworzoną z twojej esencji, podobnie jak ona. Twoja śmierć przywoła na świat śmiercionośne stworzenie, mój Rycerzu, które będzie wiedziało wszystko to, co ty, o twoich sojusznikach. Kochankach. Rodzinie.
- Tak się nie stanie - odrzekłem. - Wrócę na wyspę. Poinstruuję Alfreda, żeby uwięził tę istotę, gdy tylko się uwolni.
Mab tym razem szczerze się uśmiechnęła. Wyglądało to groźniej od jej surowego spojrzenia.
- Moje słodkie dziecko. - Pokręciła głową. - A dlaczego uważasz, że pozwolę ci wrócić?
Zacisnąłem pięści i zęby.
- Ty... ty suko.
Mab mnie spoliczkowała.
No dobrze, to nie do końca oddaje to, co się stało. Jej ręka się poruszyła. Jej dłoń trafiła w mój lewy policzek, a po chwili prawa strona mojej czaszki trzasnęła o drzwi windy. Moja głowa odbiła się jak piłeczka pingpongowa, nogi zrobiły się miękkie jak z gumy i przyjrzałem się z bliska marmurowej posadzce. Metal zabrzęczał jak gong i wciąż wibrował dwie minuty później, kiedy powoli usiadłem. A może to była moja głowa.
- Cenię twoje sugestie, pytania, myśli i argumenty, mój Rycerzu - odezwała się Mab spokojnym głosem. Z gracją przesunęła jedną stopę i oparła czubek obcasa na moim gardle. Tylko lekko nacisnęła, ale ból był piekielny. - Ale jestem Mab, śmiertelniku. Nie masz prawa mnie osądzać. Rozumiesz?
Nie mogłem się odezwać, ponieważ jej obcas naciskał moją krtań. Lekko kiwnąłem głową.
- Jeśli chcesz, możesz mi się sprzeciwić - ciągnęła. - Nie mogę ci tego zabronić. Jeśli tylko jesteś gotowy zapłacić za to cenę.
Cofnęła stopę z mojego gardła.
Usiadłem i rozmasowałem szyję.
- To niezbyt mądry sposób na podtrzymanie zdrowych relacji zawodowych - wychrypiałem.
- Uważasz mnie za głupią, mój Rycerzu? - spytała. - Zastanów się.
Zmierzyłem ją wzrokiem. Mówiła z całkowitym spokojem. Nie spodziewałem się tego po tym, co jej powiedziałem, po moim sprzeciwie. Nigdy nie cofała się przed okazywaniem oburzenia, gdy czuła, że są ku temu powody. Taki idealny spokój... nie był dla niej nietypowy, ale spodziewałem się, że znacznie bardziej się przejmie. Mój bunt zagrażał jej planom, a to nigdy nie wprowadzało jej w dobry nastrój.
Chyba że...
Zamknąłem oczy i powtórzyłem w myślach jej słowa.
- Poleciłaś mi, żebym poszedł z Archleone i udzielił mu wszelkiej możliwej pomocy, dopóki nie wypełni swojego zadania - powiedziałem powoli.
- Zgadza się. A to zadanie, jak sam stwierdził, polega na usunięciu zawartości pewnego skarbca. - Pochyliła się, chwyciła mnie jedną ręką za koszulę i podniosła tak łatwo, jakbym był pieskiem chihuahua. - Nie powiedziałam, co masz zrobić potem.
Zamrugałem. Kilkakrotnie.
- Chcesz... - zacząłem i od razu urwałem. - Chcesz, żebym go oszukał?
- Oczekuję, że spłacisz mój dług, wypełniając moje polecenia - odrzekła Mab. - A potem... - W ciemności znów ujrzałem jej chytry uśmiech. - Potem masz być sobą.
- Cokolwiek Nicodemus knuje tym razem... ty też chcesz go powstrzymać - wydyszałem.
Lekko przekrzywiła głowę.
- Dobrze wiesz, że nie uszanuje rozejmu - dodałem cicho. - W którymś momencie spróbuje mnie załatwić. Zdradzi mnie.
- Oczywiście - zgodziła się. - Dlatego oczekuję od ciebie jeszcze skuteczniejszej i bardziej kreatywnej zdrady.
- A zarazem zamierzasz dotrzymać słowa i mu pomóc? - spytałem ostro.
Jej uśmiech stał się bardziej drapieżny.
- Czy nie na tym polega gra? - spytała. - Kiedy byłam młodsza, uwielbiałam takie wyzwania.
- No tak - odrzekłem. - Kurczę. Dzięki.
- Kapryśność nie przystoi Rycerzowi Zimy. - Odwróciła się w stronę drzwi windy, na których widniało potężne wgniecenie w kształcie łba maga, a one otworzyły się ze zgrzytem sprzeciwu. - Jeśli to dla mnie zrobisz, zadbam o bezpieczne usunięcie pasożyta.
- W drużynie Nicodemusa jest jego córka i Bóg raczy wiedzieć, kto jeszcze - odrzekłem. - Będę miał związane ręce i oczekujesz, że wyjdę z tego cało?
- Jeśli chcesz przeżyć, jeśli zależy ci na życiu twoich przyjaciół i rodziny, zrobisz coś więcej - rzuciła Mab, wychodząc z windy. - Nie tylko wyjdziesz z tego cało, ale obedrzesz ich żywcem ze skóry.
- Trzeba przyznać Mab, że w pewnym sensie prosi cię o zrobienie czegoś, w czym jesteś dobry - zauważyła Karrin Murphy.
Zamrugałem.
- Co to ma niby znaczyć?
- Masz tendencję do wykręcania się z układów, w które się wplątujesz, Harry - odrzekła. - Robiłeś to nie raz.
- Czyli nie powinienem się przeciwstawiać? - spytałem ostro.
- Raczej powinieneś się skupić na tym, żeby w ogóle nie pakować się w takie sytuacje, ale to tylko opinia skromnej byłej policjantki.
Siedzieliśmy w salonie Karrin, w małym domu z różanym ogrodem, który odziedziczyła po babci. Popijała herbatę, a jej muskularne ciało leniwie spoczywało zwinięte w kłębek na końcu kanapy. Siedziałem w fotelu naprzeciwko niej. Mój wielki szary kocur, Mister, prężył się i mruczał na moich kolanach, gdy czochrałem go po grzbiecie.
- Dobrze się nim opiekowałaś - zauważyłem. - Dziękuję.
- Lubię jego towarzystwo - odrzekła. - Chociaż nie jestem pewna, czy nie byłoby mu lepiej z tobą.
Zacząłem drapać Mistera za uszami, tak jak lubił najbardziej. Jego mruczenie przypominało odgłos miniaturowej motorówki. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo tęsknię za tym futrzakiem, dopóki nie podbiegł do mnie i nie przywarł bokiem do mojej piszczeli. Mister ważył prawie piętnaście kilogramów. Zastanawiałem się, jak drobna Karren broniła się przed powaleniem na podłogę za każdym razem, gdy wylewnie ją witał. Może stosowała jakieś techniki aikido.
- Możliwe - odrzekłem. - Już się... zadomowiłem. A na wyspie nie ma niczego wystarczająco dużego, by mu zagrażać. Ale zimy są tam mroźne, a on się starzeje.
- Wszyscy się starzejemy - zauważyła Karrin. - Zresztą tylko na niego popatrz.
Mister przewrócił się na grzbiet i radośnie podgryzał moje opuszki palców oraz trącał łapami moje przedramiona i dłonie, nie wysuwając pazurów. Owszem, był starym kocurem, który nosił na ciele ślady licznych bitew, miał kikut ogona i nadszarpnięte ucho, ale jednocześnie był cholernie uroczy i nagle łzy stanęły mi w oczach.
- No tak - odrzekłem. - W końcu jest moim kumplem, prawda?
Niebieskie oczy Karrin uśmiechnęły się do mnie ponad krawędzią filiżanki. Gdyby nie charakter, byłaby jak dziecko. Złocistobrązowe włosy, które chyba jeszcze nigdy nie były tak długie, związała w kucyk. Miała na sobie spodnie do jogi, podkoszulek bez rękawów i flanelową koszulę, a kiedy się u niej pojawiłem, właśnie ćwiczyła sztuki walki.
- Oczywiście - zgodziła się. - Mógłbyś też podejść do tego od drugiej strony.
- Co masz na myśli?
- Mógłbyś tutaj zamieszkać - wyjaśniła, po czym dodała, nieco zbyt pośpiesznie: - W Chicago. Naprawdę mógłbyś wrócić do miasta.
Zmarszczyłem czoło, nie przestając bawić się z kotem.
- Nie... Kiedy następny dziwoląg spali moje mieszkanie, mogę nie mieć tyle szczęścia co ostatnim razem.
- Ostatnim razem skończyłeś ze złamanym kręgosłupem i na usługach potwora - przypomniała Karrin.
- No właśnie. A tylko dzięki autentycznej boskiej interwencji nie zginął żaden z moich sąsiadów. - Pokręciłem głową. - Wyspa nie jest przyjemnym miejscem, ale nikt nie będzie tam szukał kłopotów.
- Poza tobą - odrzekła łagodnie. - Boję się, co się z tobą stanie, jeśli zostaniesz tam zbyt długo. Taka izolacja ci nie służy, Harry.
- To konieczne - stwierdziłem. - Bezpieczniejsze dla mnie i wszystkich dookoła mnie.
- Co za bzdury - odparła bez złości. - Po prostu się boisz.
- Żebyś wiedziała - przyznałem. - Boję się, że jakiś dziwoląg o owadzich oczach zabije niewinnych ludzi, ponieważ przypadkiem znajdą się niedaleko mnie.
- Nie, wcale nie to cię przeraża. - Machnęła ręką. - Nie chcesz, żeby to się stało, i będziesz z tym walczył, jeśli do tego dojdzie, ale nie tego się boisz.
Zmarszczyłem czoło, opuszczając wzrok na Mistera.
- Naprawdę... nie mam ochoty o tym rozmawiać.
- Pogódź się z tym - powiedziała Karrin, jeszcze łagodniej. - Harry, kiedy wampiry porwały Maggie... zburzyły twoje życie. Odebrały ci wszystko, co znałeś. Twoje biuro. Twój dom. Nawet tamtego błazeńskiego starego grata.
- Niebieski Chrabąszcz wcale nie był błazeński - sprzeciwiłem się ostro. - To była machina sprawiedliwości.
Nie patrzyłem na nią, ale słyszałem w jej głosie wesołość, a także coś, co mogło uchodzić za współczucie.
- Jesteś przywiązany do swoich nawyków, Harry. A oni odebrali ci wszystkie znajome miejsca i przedmioty. To cię zraniło.
Coś mrocznego i wściekłego poruszyło się w moim wnętrzu, grożąc wyrwaniem się na wolność. Powstrzymałem to.
- Dlatego idea fortecy, znajomego miejsca, którego nikt nie może ci zabrać, tak bardzo do ciebie przemawia - stwierdziła Karrin. - Nawet jeśli to oznacza odcięcie się od wszystkich.
- To nie tak - odparłem.
Chodziło o coś innego.
Ale czy na pewno?
- Poza tym jestem zadowolony - dodałem.
- Wcale nie - odrzekła Karrin spokojnie. - Daleko ci do zadowolenia. Musisz to sobie uświadomić.
Futro Mistera było miękkie i bardzo ciepłe w dotyku. Jego łapy delikatnie muskały moje dłonie. Miał ostre zęby, którymi delikatnie kąsał mnie po nadgarstkach. Już zapomniałem, jak wielką przyjemność sprawiały mi dotyk i bliskość tego futrzaka.
Jak mogłem o tym zapomnieć?
("Jestem tylko człowiekiem").
("Na razie").
Powoli pokręciłem głową.
- To... nie jest najlepsza chwila na analizowanie moich uczuć.
- Wiem o tym - przyznała. - Ale nie widziałam cię od miesięcy. A jeśli nie będę miała kolejnej okazji? - Odstawiła filiżankę na spodek. - Wiem, że masz zadanie do wykonania, ale musisz zrozumieć, że twoi przyjaciele się o ciebie martwią. To też jest ważne.
- Moi przyjaciele - odrzekłem. - Więc to... grupowy projekt?
Karrin przez chwilę mi się przyglądała. Potem wstała i stanęła obok fotela. Przez kilka sekund się zastanawiała, a następnie odgarnęła mi włosy z oczu.
- Chodzi o mnie, Harry.
Poczułem, że zamykają mi się oczy. Przywarłem do ręki Karrin. Jej skóra była niezwykle gorąca w porównaniu z lodowatymi palcami Mab, które musnęły mnie wcześniej. Przez jakiś czas tak trwaliśmy, a gardłowe mruczenie Mistera rozbrzmiewało w pomieszczeniu.
W dotyku drugiego człowieka kryje się wielka moc. Nieustannie dajemy temu wyraz za pomocą drobnych gestów. Nie bez powodu ludzie witają się uściskiem dłoni, trzymają się za ręce, przybijają piątki czy zderzają się pięściami.
To ma swój początek w naszych najwcześniejszych wspomnieniach, gdy przychodzimy na ten świat oślepieni światłem i kolorami, ogłuszeni chaotycznym dźwiękiem, miotając się w zaskakująco olbrzymiej przestrzeni bez żadnych punktów orientacyjnych, drżąc z zimna, trawieni głodem, w zrozumiały sposób przerażeni i oszołomieni. A co zmienia ten pierwotny stan grozy?
Dotyk czyichś dłoni.
Dłoni, które otaczają nas ciepłem i przytulają. Dłoni, które prowadzą nas do schronienia, wygody, pożywienia. Dłoni, które nas podtrzymują, dotykają i pocieszają podczas pierwszego kryzysu i kierują ku pierwszemu schronieniu przed cierpieniem. Pierwszym, czego się uczymy, jest fakt, że czyjś dotyk może złagodzić ból i wszystko naprawić.
Oto prawdziwa moc. Tak fundamentalna, że większość ludzi nie zdaje sobie sprawy z jej istnienia.
Oparłem się głową o dłoń Karrin i ponownie zadrżałem.
- W porządku - powiedziałem cicho. - W porządku. To też jest ważne.
- Dobrze - odrzekła. Jeszcze przez chwilę trzymała palce w moich włosach, a potem cofnęła rękę. Zabrała nasze filiżanki i odniosła je do kuchni. - A więc dokąd się wybrałeś po opuszczeniu hotelu?
- Słucham? - zdziwiłem się.
Jej głos płynął do mnie z kuchni.
- Z tego, co mi mówiłeś, wyszedłeś od Nicodemusa jakieś trzy godziny temu. Co robiłeś od tamtej pory?
- Eee... no tak.
Wróciła do pokoju i popatrzyła na mnie z uniesionymi złocistymi brwiami.
- A gdybym ci powiedział, że musisz mi zaufać?
Zmarszczyła czoło i przekrzywiła głowę, ale po chwili na jej ustach pojawił się uśmiech.
- Szukałeś informacji, prawda?
- Eee... Powiedzmy, że dopóki nie będę wiedział więcej na temat tego, z czym muszę się zmierzyć, zamierzam być dużo bardziej dyskretny niż zwykle.
Zmarszczyła czoło.
- Powiedz, że nie robisz tego, by mnie chronić.
- Skopałabyś mi tyłek - odrzekłem. - Robię to, żeby chronić siebie.
- Dziękuję - odpowiedziała. - Chyba.
- Nie dziękuj mi. Wciąż coś przed tobą ukrywam. Ale uważam, że to konieczność.
- Czyli mam ci zaufać.
- Tak.
Rozłożyła ręce.
- No dobrze. Więc jaki masz plan? Zakładam, że chcesz, abym zwerbowała oddział wsparcia i czekała na rozwój wydarzeń, podczas gdy ty i Thomas będziecie się bawili ze złoczyńcami.
Pokręciłem głową.
- Nic z tych rzeczy. Chcę, żebyś poszła ze mną.
To na chwilę odebrało jej mowę. Jej oczy lekko się rozszerzyły.
- Z tobą. Kiedy będziesz napadał na greckiego boga.
- Technicznie rzecz biorąc, to będzie włamanie - odrzekłem. - Gdyby ktoś wycelował spluwę w Hadesa, zasługiwałby na wszystko, co go spotka.
- Dlaczego ja? - spytała. - Thomas ma noże i nadludzką siłę.
- Nie potrzebuję noży ani nadludzkiej siły - odparłem. - Jaka jest pierwsza zasada bezpieczeństwa na ulicy?
- Czujność - odpowiedziała natychmiast. - Niezależnie od tego, jakim jesteś twardzielem, jeśli nie zobaczysz, że zbliżają się kłopoty, nie będziesz w stanie się obronić.
- Właśnie. Jesteś mi potrzebna, ponieważ nie masz nadludzkich zdolności. Nigdy ich nie miałaś. Nigdy na nich nie polegałaś. Potrzebuję dodatkowej pary oczu. Muszę wiedzieć, co się dzieje, mieć kogoś, kto będzie mnie pilnował, zwracał uwagę na szczegóły. Jako detektyw dostrzegłaś, że nadprzyrodzone zjawiska są prawdziwe, podczas gdy wszyscy inni starali się je wytłumaczyć. Stawiałaś czoło najgorszym wrogom i przeżyłaś. Nie znam nikogo bardziej spostrzegawczego.
Karrin przez chwilę się nad tym zastanawiała, a potem powoli pokiwała głową.
- I uważasz... że jestem na tyle zwariowana, by się zgodzić?
- Potrzebuję cię - odrzekłem.
Spochmurniała.
- Idę po broń.
Karrin zawiozła nas pod adres z wizytówki swoim nowym samochodem, jednym z tych niewielkich japońskich SUV-ów, które tak lubią w Consumer Reports. Dotarliśmy na miejsce mniej więcej dziesięć minut przed zmierzchem.
- Opuszczona rzeźnia - zauważyła. - Elegancko.
- Myślałem, że zburzono i przebudowano dzielnicę zagród dla bydła.
Karrin zaparkowała i sprawdziła pistolet SIG, który trzymała w kaburze pod pachą.
- Prawie w całości. Pozostało kilka ruin.
Ruiną, o którą chodziło, był długi dwupiętrowy budynek o prostej kanciastej konstrukcji, ciągnący się przez całą przecznicę. Był zapadnięty, brudny, pokryty plamami i graffiti. Koszmarek, który zapewne stał tutaj od czasów drugiej wojny światowej. Na boku budynku widniał niemal nieczytelny napis: SPÓŁKA MIĘSNA SULLIVANA. Wokół niego wznosiły się odnowione kamienice przeznaczone na biura, ale zauważyłem, że żadna z pracujących w nich osób nie zdecydowała się zostawić auta od strony rzeźni.
Nie musiałem wysiadać z samochodu, by poczuć energię otaczającą budynek - mroczną, złą aurę, która skłania ludzi i zwierzęta do omijania pewnych miejsc, pozornie bez powodu. Ruch uliczny bezmyślnie kłębił się po obrzeżach okolicznych przecznic, naśladując ruchy Browna. W każdym mieście są takie miejsca, do których ludzie nie chcą się zapuszczać. Nie uciekają z nich z wrzaskiem, ale tak się składa, że nikt nigdy nie znajduje powodu, by skręcić w daną ulicę albo na niej przystanąć. Nie bez powodu.
W takich miejscach dzieją się złe rzeczy.
- Wchodzimy? - spytałem Karrin.
- Poobserwujmy przez chwilę - odrzekła. - Zobaczymy, co się wydarzy.
- Jasne, pani obserwatorko.
- Wyobraź sobie, że właśnie kopię cię w kostkę - syknęła Karrin. - Nie zrobię tego naprawdę, ponieważ to poniżej mojej godności.
- Od kiedy?
- Nie chcę, żeby przeszły na mnie twoje chłopackie zarazki - odparła, patrząc na ulicę. - Co chce zdobyć Nicodemus?
- Nie mam pojęcia - odpowiedziałem. - A jeśli nawet powie, możemy bezpiecznie założyć, że skłamie.
- W takim razie odwróćmy to pytanie. Co takiego ma Hades?
- Otóż to. Moje źródła donoszą, że jest kolekcjonerem nadprzyrodzonego świata. Słynie z tego. Dzieła sztuki, skarby, klejnoty, biżuteria, antyki, ma wszystko.
- Nicodemus nie wygląda na amatora antyków.
Parsknąłem.
- To zależy. Są różne antyki. Stare monety. Stare miecze.
- Uważasz, że może chodzić o jakiś magiczny artefakt?
- Tak, o coś konkretnego - przyznałem. - Wszystko inne mógłby zdobyć z innych źródeł.
- A może chce coś osiągnąć poprzez sam akt włamania?
Wzruszyłem ramionami.
- Na przykład co? Nie licząc wkurzenia potężnego i patologicznie mściwego cholernego greckiego bóstwa. Ci goście traktują takie sprawy osobiście.
- No tak. A jeśli chce sprawić, by włamanie wyglądało na robotę kogoś innego?
Stęknąłem.
- Warto to rozważyć. Ale mam wrażenie, że istnieją na to prostsze sposoby niż włamanie do czyjejś wersji piekła. - Zmarszczyłem czoło. - Mogę cię o coś zapytać?
- Jasne.
- Zamierzasz zabrać ze sobą któryś z mieczy?
Karrin posiadała dwa miecze, których ostrza wykuto z wykorzystaniem gwoździ z Krzyża (tak, tego Krzyża). Były to potężne talizmany, które dzierżyli Rycerze Miecza, naturalni wrogowie Nicodemusa i jego drużyny trzydziestu szaleńców ze srebrnikami (tak, tymi srebrnikami).
Zmarszczyła czoło, nie przestając obserwować ulicy, i przez chwilę nie odpowiadała. Kiedy wreszcie się odezwała, miałem wrażenie, że starannie dobiera słowa.
- Wiesz, że muszę ostrożnie się z nimi obchodzić.
- To broń, a nie szklane figurki, Karrin - odrzekłem. - Jaki jest sens posiadania dwóch świętych mieczy służących do walki ze złem, jeśli od czasu do czasu, no wiesz, nie walczysz nimi ze złem?
- Miecze są dziwne - odparła. - To najskuteczniejsze napędzane siłą mięśni narzędzia do zabijania. Ale zarazem są delikatne. Jeśli niewłaściwie się ich używa, pękają jak szkło.
- Denarianie są na polu bitwy - zauważyłem. - To przeciwko nim miały być używane miecze.
- Miały być używane przeciwko temu, co tkwi wewnątrz monet. Natomiast osoby, które dzierżą monety, miały być ocalone - odrzekła ze współczuciem w głosie. - Właśnie dlatego ich nie zabrałam. Nie chcę ocalić tych zwierząt, Harry. Poza tym nie wystarczy użyć mieczy przeciwko właściwemu wrogowi. Trzeba ich użyć z właściwego powodu, w przeciwnym razie można je stracić na zawsze. Nie zamierzam się do tego przyczynić.
- Więc po prostu będą u ciebie bezczynnie leżały? - spytałem.
- Przekażę je komuś, kto według mnie będzie je mądrze i dobrze wykorzystywał - odpowiedziała spokojnie. - Ale tacy ludzie nie pojawiają się każdego dnia. Bycie strażnikiem mieczy to poważne zadanie, Harry. Przecież wiesz.
Westchnąłem.
- Tak, wiem. Ale Nicodemus i jego córka są w tamtym budynku i przydałaby nam się każda przewaga.
Karrin nagle się uśmiechnęła. Przemieniło to jej twarz, chociaż oczy nie przestały lustrować okolicy.
- Musisz mieć odrobinę wiary.
- Wiary?
- W to, że jeśli Rycerz Miecza ma się tutaj pojawić, to tak się stanie. Sanya może w każdej chwili nadejść ulicą i wsiąść do naszego samochodu.
Skrzywiłem się na tę myśl, chociaż Karrin zapewne miała rację. Kiedy Rycerz Miecza ma zainterweniować, zawsze się pojawia, niezależnie od tego, kto i co stanie mu na drodze. Widziałem to nie raz. Ale... jakaś część mnie nie chciała rezygnować z przewagi, jaką dałyby nam miecze.
Oczywiście właśnie na tym polega wiara - na odpuszczeniu i zaufaniu Komuś Innemu.
Może magowie po prostu mają trudności z oddawaniem kontroli. Zwłaszcza gdy dysponują tak wielką osobistą mocą. Kiedy ktoś już uzyska dostęp do pierwotnych potęg, które stworzyły wszechświat, nie jest mu łatwo wypuścić je z rąk. To by z pewnością tłumaczyło, dlaczego prawie żaden ze znanych mi magów nie był choć odrobinę religijny.
Poza tym to wyraźnie pokazywało, dlaczego nigdy, przenigdy nie mógłbym zostać Rycerzem. Oczywiście nie licząc tego, że pracowałem dla królowej niegodziwych elfów i wchodziłem w konszachty z takimi palantami jak Nicodemus.
Karrin zerknęła we wsteczne lusterko i skupiła wzrok.
- Samochód - powiedziała cicho.
Gdyby to był film szpiegowski, spokojnie obserwowałbym przybyszów w lusterku albo w specjalnych lustrzanych okularach. Ale nie jestem szpiegiem, nie jestem spokojny i nie przywiązuję zbytniej wagi do dyskrecji, więc okręciłem się na siedzeniu i wyjrzałem przez tylną szybę.
Biały sedan z naklejką wypożyczalni na zderzaku podjechał do krawężnika w połowie przecznicy. Zadrżał przy tym, jakby jego silnik odmawiał współpracy, mimo że auto było nowe. Zanim całkowicie się zatrzymało, drzwi od strony pasażera otworzyły się i z samochodu wysiadła kobieta.
Robiła oszałamiające wrażenie - była smukła, miała prawie metr osiemdziesiąt wzrostu i mocno kręcone ciemne włosy sięgające niemal do pasa. Nosiła ciemne okulary, jeansy oraz gruby, obcisły szkarłatny sweter, który wypełniała wyraźniej niż większość kobiet. Jej kowbojki śmiało uderzały o asfalt, gdy przemierzała ulicę długimi krokami, kierując się do starej rzeźni. Wysunęła do przodu ostry podbródek, mocno zacisnęła usta i kroczyła tak, jakby była pewna, że ma wolną drogę - a przynajmniej powinna mieć.
- Niezła laska - zauważyła Karrin neutralnym tonem. - Człowiek?
Nie wyczuwałem od niej żadnych nadprzyrodzonych wibracji, ale zagrożenie można rozpoznać na więcej sposobów.
- Nie jestem pewien - odrzekłem. - Ale chyba wiem, kim ona jest.
- Kim?
- Czarnoksiężnikiem.
- To mag, który zszedł na złą drogę, prawda?
- Tak. Kiedy byłem w Straży, rozsyłano plakaty z podobiznami poszukiwanych czarnoksiężników, żeby Strażnicy mogli ich rozpoznać. Nie polowałem na nich, ale również otrzymywałem te przesyłki.
- Dlaczego tego nie robiłeś? - spytała. - Podobno są niebezpieczni.
- Większość z nich to niebezpieczne dzieci - odparłem. - Dzieciaki, których nikt nie nauczył Praw Magii lub nawet im o nich nie powiedział. - Wskazałem kobietę głową. - Ona nazywa się Hannah Ascher. Ukrywała się dłużej niż jakikolwiek inny czarnoksiężnik w najnowszej historii. Myśleliśmy, że sześć lat temu zginęła w pożarze w... Australii, jeśli się nie mylę.
- Ty kiedyś utonąłeś. Jak dużą presję wywierała na tobie Rada, gdy już było po wszystkim?
- Masz rację - przyznałem.
- Co ona przeskrobała? - spytała Karrin.
- Pierwotnie? Ascher spaliła trzech mężczyzn żywcem, od środka.
- Jezu.
- Zabiła jednego Strażnika, jeszcze zanim rozpocząłem służbę. Trzech kolejnych posłała do szpitala.
- Tych magów szkolono, żeby polowali na czarnoksiężników, a ona ich załatwiła?
- Owszem. Pewnie dlatego teraz nie boi się tam wejść.
- My też się nie przestraszymy - odrzekła Karrin.
- Nie ma mowy - zgodziłem się.
- Wysiada kierowca.
Otworzyły się drzwi po stronie kierowcy i auto opuścił łysy, masywny mężczyzna średniego wzrostu ubrany w drogi czarny garnitur. Rozpoznałem go, jeszcze zanim zdjął okulary przeciwsłoneczne i odsłonił oczy przypominające małe zielone agaty. Karrin także go poznała i cicho warknęła. Schował okulary do kieszeni, poprawił coś, zapewne broń, w kaburze pod pachą, a następnie pośpiesznie ruszył w ślad za Ascher, z wyrazem rozdrażnienia na twarzy o tępych rysach.
- Binder - powiedziała.
- Ernest Armand Tinwhistle - dodałem. - Nic dziwnego, że z takim głupawym nazwiskiem zdecydował się na przydomek.
Chociaż tak naprawdę to nie on go wybrał. Przydomek Binder, czyli "Wiążący", nadali mu Strażnicy, gdy odkryli, że jakimś cudem zdołał związać i zmusić do posłuszeństwa cały klan istot z Nigdynigdy. Potrafił przywołać skromną hordę humanoidalnych istot, które najwyraźniej nie odczuwały bólu ani strachu i były gotowe bez wahania poświęcić życie. Binder był jednoosobową armią, a ja powiedziałem temu małemu palantowi, że jeśli ponownie zobaczę go w moim mieście, to go wykończę. Kazałem mu się trzymać z dala, tymczasem on właśnie się tutaj pojawił.
Przez jakieś trzy sekundy nie mogłem myśleć o niczym więcej poza pozbawieniem go życia. Musiałbym to zrobić szybko, sprzątnąć go, zanim zdoła przywołać swoich kumpli, na przykład skręcić mu kark. Otworzyć drzwi auta. Wysiadając, przywołać rozbłysk światła, żeby go oślepić, skoro właśnie zdjął okulary. Kilkanaście szybkich kroków, potem chwyt za szczękę i tył głowy, gwałtowny ruch w górę i w bok, a następnie postawienie tarczy, na wypadek gdyby jego mózg pozostał przy życiu na tyle długo, by rzucić na mnie śmiercionośną klątwę.
- Harry - odezwała się Karrin cichym, surowym głosem.
Uświadomiłem sobie, że ciężko dyszę, a mój oddech zmienia się w szron, gdy moc Rycerza Zimy zaczęła przejmować kontrolę nad moimi odruchami zgodnie z pierwotnym pragnieniem obrony terytorium przed intruzem. Temperatura w samochodzie spadła, zupełnie jakby Karrin podkręciła klimatyzację. Woda skraplała się na szybach.
Kiedy Zima zbudziła się we mnie, zamknąłem oczy i ją powstrzymałem. Robiłem to tak często w ciągu ostatniego roku spędzonego na wyspie, że prawie weszło mi to w krew. Nie da się stłumić wyjącego, prymitywnego pragnienia przemocy, które towarzyszy mocy Zimy, za pomocą zwykłych technik głębokiego oddychania. Odkryłem tylko jeden skuteczny sposób. Musiałem dopuścić do głosu swój racjonalny umysł. Dlatego powtórzyłem w myślach tabliczkę mnożenia i kilka podstawowych matematycznych wzorów, co zajęło mi kilka sekund, a następnie przeciwstawiłem bezlitosną logikę pragnieniu zamordowania Bindera na ulicy.
- Po pierwsze, świadkowie - wyszeptałem. - Chociaż okolica jest opustoszała, to wciąż Chicago i ktoś może zwrócić na mnie uwagę. Po drugie, tam jest Ascher, która może stanąć po jego stronie i uderzyć na mnie od tyłu, zanim zdążę się obronić. Po trzecie, jeśli facet okaże się na tyle zwinny, by nie dać się pochwycić, zaatakują mnie z dwóch stron.
Gdzieś w moim wnętrzu Zima warknęła i splunęła z rozczarowaniem, ale wycofała się i odpłynęła z moich myśli. Chociaż pozostawiła mnie zmęczonym i osłabionym, mój oddech i temperatura ciała wróciły do normy.
Patrzyłem, jak Binder ociężałym truchtem dogania Ascher. Rozmawiając cicho, weszli do dawnej rzeźni.
- Po czwarte, zabijanie ludzi jest złe - mruknąłem pod nosem.
Zdałem sobie sprawę, że Karrin na mnie patrzy. Zerknąłem na jej twarz. Trudno było cokolwiek z niej wyczytać.
Dotknęła mojej dłoni.
- Harry? Wszystko w porządku?
Nie poruszyłem się ani nie odpowiedziałem.
- Mab - rzuciła. - To o nią chodzi, prawda? Właśnie to ci zrobiła.
- Chodzi o Zimę - odrzekłem. - To moc, ale... bardzo prymitywna. Brutalna. Ona nie myśli. Jest czystym instynktem, uczuciami, emocjami. A kiedy jest w tobie i pozwolisz, żeby emocje przejęły nad tobą kontrolę, ona...
- Upodabnia cię do Lloyda Slate'a - przerwała mi Karrin. - Albo tamtej suki Maeve.
Cofnąłem dłoń.
- Już mówiłem, że to nie jest właściwa chwila na rozmowę o uczuciach.
Przypatrywała mi się przez kilka sekund.
- No cóż, to strasznie popieprzone.
Parsknąłem cichym śmiechem, tak że łzy prawie stanęły mi w oczach, a niedawno rozbudzona Zima znów drgnęła w moim wnętrzu.
Odważyłem się spojrzeć Karrin w oczy.
- Nie chcę taki być - powiedziałem.
- Więc się z tego wyplącz - odparła.
- Z tego można wyjść tylko nogami do przodu.
Pokręciła głową.
- Nie wierzę w to. Zawsze istnieje jakieś wyjście. Sposób na polepszenie sytuacji.
O rany.
Chciałbym w to wierzyć.
Na zewnątrz zachodziło słońce. Zachód słońca to nie tylko przesunięcie się gwiazdy poniżej względnego horyzontu planety, ale także zmiana w nadprzyrodzonej energii. Nie wierzycie? Oddalcie się kiedyś od świateł cywilizacji i usiądźcie samotnie gdzieś, gdzie nie ma żadnych budynków, samochodów, telefonów ani tłumów. Usiądźcie w ciszy i poczekajcie, aż zacznie robić się ciemno. Poczujcie, jak wydłużają się cienie. Poczujcie, jak istoty, które nie ujawniają się za dnia, poruszają się i wychodzą z kryjówek. Właśnie tak wasze ciało tłumaczy tę energię waszym zmysłom. Dla maga takiego jak ja zachód słońca jest jak pojedyncze uderzenie w niewyobrażalnie ogromny bęben.
W nocy z ukrycia wychodzą mroczne istoty.
Nie miałem teraz czasu zastanawiać się, na czym stoję. Miałem tylko trzy dni na oszukanie Nicodemusa Archleone i jego drużyny oraz usunięcie tego czegoś, co tkwi w mojej głowie, unikając przy tym śmierci, swojej i mojej przyjaciółki. Musiałem skupić się właśnie na tym.
Później będę się przejmował innymi sprawami.
- Już czas - odezwałem się do Karrin i otworzyłem drzwi samochodu. - Chodźmy. Mamy robotę do wykonania.
Wysiedliśmy z niewielkiego SUV-a Karrin i ruszyliśmy w stronę budzącej niepokój dawnej rzeźni pełnej groźnych istot. Co dość dobrze podsumowuje, jaki miałem dzień.
Czasami mam wrażenie, że każdy mój dzień tak wygląda.
Bez wyjątków.
Z drugiej strony nie jestem pewien, jak bym sobie poradził w innych okolicznościach. W pewnym momencie swojego życia musiałem się z tym zmierzyć - doświadczenie i skłonności predysponują mnie do siania zniszczenia.
- Szkoda - westchnęła Karrin.
- Szkoda, że co?
- Że nie zdążyliśmy zabrać cię do fryzjera. Sam się strzygłeś? Może bez lustra?
Lekko speszony dotknąłem swoich włosów.
- Pomagał mi Generał. Poza tym ja się nie czepiam twoich męskich buciorów.
- Mają stalowe okucia - odpowiedziała spokojnie. - Na wypadek gdybym musiała kopnąć w tyłek kogoś, kto nazwie je męskimi buciorami. Naprawdę pozwoliłeś, żeby Toot pomagał ci w strzyżeniu włosów?
- Na pewno nie mogłem pozwolić, żeby to zrobił Alfred. Pewnie zdarłby ze mnie włosy lodowcem albo coś w tym stylu.
- Jaki Alfred?
- Demonreach.
Karrin zadrżała.
- Aha, to coś.
- Nie jest taki zły - odrzekłem. - Trudno go nazwać miłym towarzyszem, ale nie jest okropny.
- Jest demonem, który wpędził całe miasteczko w obłęd, żeby nikt go nie niepokoił.
- Mógłby zrobić coś znacznie gorszego - odparłem. - Jest jak wielki brzydki pies. Każdy policjant wie, o czym mówię.
- Cieszymy się, że jest w naszym domu podczas włamania, ponieważ doprowadza włamywacza do obłędu i miasto może wymazać ten incydent z akt.
- Otóż to. A wtedy nikt nie pamięta o twoich brzydkich męskich buciorach.
Dotarliśmy do drzwi. Oboje wiedzieliśmy, dlaczego sobie dogryzamy. Nie kierowała nami złośliwość.
Baliśmy się.
Zamierzałem wejść jako pierwszy. Mój opleciony zaklęciami czarny skórzany płaszcz stanowił lepszą zbroję niż kamizelka kuloodporna, którą nosiła Karrin. Zacisnąłem dłoń na swojej nowej lasce i przygotowałem umysł do postawienia tarczy, gdyby to było konieczne. Już kiedyś to robiliśmy: gdyby coś nas zaatakowało, ja bym to powstrzymał, a ona zaczęłaby dziurawić to kulami.
Karrin skrzyżowała ręce na piersi, zbliżając dłoń do rękojeści pistoletu, i skinęła głową. Odwzajemniłem gest, upewniłem się, że mam szczelnie zapięty płaszcz, i otworzyłem drzwi.
Nic nie wyskoczyło na nas z wrzaskiem z ciemności. Nikt nie zaczął do nas strzelać. Jak dotąd było nieźle.
Za drzwiami ciągnął się długi korytarz. Na jego końcu paliło się światło, które oświetlało drogę. Stare i popękane wewnętrzne ściany budynku przez kilkadziesiąt lat pokrywano kolejnymi warstwami graffiti. Noc przyniosła zimny wiatr znad jeziora, a budynek skrzypiał i stękał. W powietrzu unosiła się woń pleśni i czegoś jeszcze, czegoś niemal poza granicą percepcji, co działało mi na nerwy - bardzo starej śmierci.
- Te dziwolągi spod ciemnej gwiazdy zawsze spotykają się w najbardziej uroczych zakątkach - odezwała się Karrin.
- Gromadzi się tutaj mroczna energia - wyjaśniłem. - Dzięki niej nikt przypadkowy tutaj nie wejdzie i im nie przeszkodzi. No i sprawia, że czują się jak w domu.
- Wiem, że dawno nie spaliłeś żadnego budynku - powiedziała Karrin - ale jeśli najdzie cię ochota...
Na końcu korytarza znaleźliśmy schody prowadzące na górę. Ruszyliśmy po nich w milczeniu i dotarliśmy do drzwi, za którymi znajdował się balkon wychodzący na dużą dwupoziomową halę fabryczną o długości około stu metrów. Wciąż znajdowały się tam pozostałości przenośnika do transportu wołowych tusz z rzeźni do stacji przerobu, ale cała maszyneria zniknęła. Pozostały tylko ciężkie metalowe ramy, w których kiedyś tkwiły urządzenia, oraz kilka zardzewiałych, starych wagoników, zapewne dawniej przewożących pakunki z żeberkami, stekami i mieloną wołowiną.
Na środku hali sześć nowiutkich lamp jaskrawo oświetlało ogromny drewniany stół konferencyjny otoczony okazałymi skórzanymi fotelami. Drugi stół był zastawiony naczyniami z rozmaitymi potrawami i napojami, obok których stał drogi ekspres do kawy. Metr dalej znajdowała się niewielka zagroda z siatki, w której stało kilkanaście niespokojnych brązowych kóz.
Kozy. Hmm.
Nicodemus przysiadł na krawędzi stołu konferencyjnego ze styropianowym kubeczkiem w dłoni i uśmiechał się przyjaźnie. Ascher właśnie zajmowała miejsce w fotelu, który jeden ze strażników Nicodemusa usłużnie odsunął od stołu. Siedzący obok Binder skinął głową do Nicodemusa i skrzyżował ręce na piersi z miną człowieka, który jest gotowy cierpliwie czekać. Deirdre, w ludzkiej postaci, podeszła do stołu, trzymając w dłoniach kubki z kawą, i z sympatycznym uśmiechem podała je nowo przybyłym.
Na kładkach ponad halą pełniło straż sześciu pozbawionych języka ludzi Nicodemusa, a giermek Jordan, który już doprowadził się do porządku, czekał na nas po przeciwnej stronie balkonu. Miał broń, ale trzymał ją w kaburze.
- Cześć, Jordanie - odezwałem się. - Co to za kozy?
Popatrzył na mnie beznamiętnie i nic nie odpowiedział.
- Nie podoba mi się, że nad nami będą ludzie z bronią - mruknęła Karrin. - Chrzanić to.
- Właśnie - zgodziłem się. - Powiedz swojemu szefowi, że zejdziemy dopiero, kiedy jego sługusy znajdą sobie inne zajęcie.
Jordan sprawiał wrażenie urażonego moimi słowami.
- Nie obchodzi mnie, co o tym myślisz, Jordanie - dodałem. - Przekaż mu moje słowa albo sobie pójdę. Ciekawe, jak mu wtedy wytłumaczysz, że straciłeś ważnego pomocnika.
Jordan zacisnął zęby, ale po chwili okręcił się sztywno, zszedł po starych metalowych schodach i zbliżył się do Nicodemusa. Napisał coś w niewielkim notatniku i podał go swojemu szefowi.
Nicodemus podniósł wzrok i uśmiechnął się. Potem oddał notatnik Jordanowi, pokiwał głową i coś powiedział.
Jordan zacisnął usta i trzykrotnie przeszywająco zagwizdał, co natychmiast zwróciło uwagę strażników. Potem zakręcił palcem nad głową, a oni zeszli z kładek i do niego dołączyli, po czym oddalili się ku przeciwnej stronie hali.
Ascher i Binder obejrzeli się na mnie, ona z fascynacją i zainteresowaniem, a on ze zrozumiałą obawą. Kiedy strażnicy zniknęli z pola widzenia, ruszyłem w dół schodów, a Karrin szła krok za mną, nieco z boku.
- Stałeś się bardziej podejrzliwy, Dresden - odezwał się Nicodemus, gdy się zbliżyłem.
- Wobec ciebie nie da się być zbyt podejrzliwym, Nicky - odparłem.
Nicodemusowi nie spodobało się to poufałe przezwisko. Na jego twarzy błysnęła irytacja.
- Chyba nie mogę cię za to winić. Od zawsze jesteśmy przeciwnikami. Nigdy dotychczas nie zdarzyło nam się współpracować.
- Ponieważ jesteś dupkiem - odrzekłem. Usiadłem w fotelu dwa miejsca od Bindera. Popatrzyłem na niego spokojnie, a potem znów zwróciłem się do Nicodemusa: - Już mamy sprzeczne interesy.
- Czyżby?
Wskazałem kciukiem Bindera.
- Ten facet. Zapowiedziałem, że kiedy znów spróbuje działać w Chicago, będziemy mieli problem.
- Chryste - rzucił Binder z silnym londyńskim akcentem, po czym popatrzył na Nicodemusa. - Mówiłem, że będzie kłopot.
- Jakiekolwiek masz pretensje do pana Tinwhistle, to twój osobisty problem, Dresden - rzekł Nicodemus. - Dopóki nie wykonamy zadania, masz go tratować jako kolegę po fachu i sojusznika. Jeżeli tego nie zrobisz, nie uznam długu Mab za spłacony i będę zmuszony poinformować wszystkich o tym niefortunnym fakcie.
Czyli: ucierpi dobre imię Mab. Dobrze wiedziałem, kto za to zapłaci.
Obejrzałem się przez ramię na Karrin, która stała w gotowości za moimi plecami z nieobecnym wyrazem twarzy, nie skupiając wzroku na niczym konkretnym. Lekko wzruszyła ramionami.
- W porządku - rzuciłem, odwracając się do Nicodemusa. Zerknąłem na Bindera. - Daję ci trzydniową dyspensę, Binder. Ale pamiętaj, że kiedy będzie po wszystkim, odpowiesz za to, co zrobiłeś w moim mieście. Na twoim miejscu miałbym się na baczności.
Binder przełknął ślinę. Ascher wstała z fotela.
- Cześć - odezwała się z serdecznym uśmiechem. - Nie znamy się. Jestem Hannah. Odczep się od mojego partnera, zanim stanie ci się krzywda.
- Wiem kim jesteś, ślicznotko - odparłem, nie wstając. Położyłem laskę na stole. - Poza tym właśnie odpuściłem twojemu partnerowi. W przeciwnym razie widziałabyś tutaj plamy krwi. Bądź grzeczna, Ascher.
Uśmiech zniknął z jej twarzy i zmrużyła ciemne oczy. Nieśpiesznie stuknęła paznokciami o blat, jakby coś rozważała. Jej usta wykrzywił kpiący grymas.
- A więc to jest ten niesławny Dresden. - Ascher przeniosła wzrok na Karrin. Była od niej o trzydzieści centymetrów wyższa. - A to twoja ochrona? Poważnie? Ochroniarze nie powinni być nieco więksi?
- Reprezentuje cech Manczkinów - odpowiedziałem. - Chętnie będzie go reprezentowała także po twoim trupie, jeśli nie okażesz jej odrobiny szacunku.
- Chciałabym to zobaczyć - odparła Ascher.
- Nie zdążysz - odpowiedziała Karrin cicho.
W pomieszczeniu na chwilę zapadła pełna napięcia cisza, mimo że Karrin nawet nie drgnęła. Wiedziałem, że stoi nieruchomo, nie patrzy na nikogo konkretnego, ale wszystkich obserwuje. Wyglądała groźnie - jeśli wie się, jak wyglądają naprawdę niebezpieczni ludzie. Acher to wiedziała. Zauważyłem, że napięła szyję i ramiona oraz zacisnęła zęby.
- Spokojnie, Hannah - odezwał się Binder łagodnym głosem. Wiedział, jak szybko Karrin posługuje się bronią. Kiedy ostatnio był w mieście, rozprawiła się z kilkoma jego sługusami. - Dresden zawarł rozejm. Wszyscy jesteśmy zawodowcami, prawda? Spokojnie.
- Panie i panowie - przemówił Nicodemus cierpliwym ojcowskim tonem. Oczywiście usiadł u szczytu stołu. - Czy możemy zabrać się do pracy?
- Jak najbardziej - odrzekłem, nie odrywając wzroku od Bindera i Ascher, która w końcu pociągnęła nosem i wróciła na swoje miejsce.
- Zapraszam do stołu, panno Murphy - zaproponował Nicodemus.
- Dziękuję, postoję - odparła Karrin.
- Wedle uznania - odrzekł Nicodemus swobodnym tonem.
Deirdre zgarnęła plik teczek i rozdała je wszystkim osobom siedzącym przy stole. Rozmyślnie pominęła Karrin, która ją zignorowała. Otworzyłem cienką teczkę i zobaczyłem stronę tytułową z napisem: DZIEŃ PIERWSZY.
- Wszyscy obecni znają nasz główny cel, chociaż na razie nie będę wchodził w szczegóły - odezwał się Nicodemus. - Jestem przekonany, że nie muszę podkreślać, jak ważna jest dyskrecja. Nasz cel dysponuje wieloma sposobami zdobywania informacji, a jeśli dowie się o naszym przedsięwzięciu, z pewnością położy mu gwałtowny i ostateczny kres.
- Mamy trzymać gęby na kłódkę - rzuciłem na tyle głośno, by zirytować pozostałych. - Rozumiemy.
Nicodemus ponownie obdarzył mnie niewesołym uśmiechem.
- Żeby przekonać was, jak zyskowna może to być operacja, gwarantuję, że po zdobyciu celu każde z was otrzyma dwa miliony dolarów.
Karrin na chwilę wstrzymała oddech. Mój żołądek podskoczył.
O kurczę. Dwa miliony dolarów.
Oczywiście nie zamierzałem przyjąć pieniędzy Nicodemusa. Nie robiłem tego dla forsy. Ona także. Ale oboje nie byliśmy zbyt zamożni i wciąż wisiały nam nad głową rachunki do zapłacenia. Na gwiazdy i kamienie, za dwa miliony dolców można kupić mnóstwo zupy r?men.
- Poza tym możecie zabrać ze skarbca, co tylko zechcecie - dodał Nicodemus. - Znajdują się tam nieprzebrane bogactwa, więcej, niż zdołalibyście wywieźć pociągiem.
- Jakie bogactwa? - spytał Binder. - Chodzi o gotówkę?
- Można tak powiedzieć - odrzekł Nicodemus z nutą pogardy w głosie. - Ale podejrzewam, że zgromadzone tam pieniądze mają raczej wartość kolekcjonerską. Prawdziwy skarb to złoto. Klejnoty. Dzieła sztuki. Bezcenne historyczne artefakty. Trafił tam praktycznie każdy rzadki i cenny przedmiot, który zaginął w tajemniczych okolicznościach w ciągu ostatnich dwóch tysięcy lat. Moim zdaniem napełnienie kilku plecaków kamieniami szlachetnymi byłoby rozwiązaniem najbardziej zyskownym i najtrudniejszym do wykrycia, ale jeśli zapragniecie zabrać coś bardziej charakterystycznego, nie będę was powstrzymywał, dopóki nie spowolni to naszej wędrówki. Myślę, że w ten sposób każde z was będzie w stanie dołożyć do swojego honorarium jego dziesięciokrotność.
Zatem nie dwa miliony dolarów.
Dwadzieścia dwa miliony.
To taka góra pieniędzy, że niemal nie potrafiłem jej sobie wyobrazić... co samo w sobie działało na wyobraźnię.
- A na czym tobie zależy? - spytała Ascher, wyraźnie podejrzliwa. - Skoro jesteś gotów zapłacić każdemu z nas po dwa miliony dolarów, to z pewnością nie brakuje ci pieniędzy. Nie potrzebujesz plecaka brylantów.
Ta uwaga sprawiła, że nieco bardziej ją polubiłem. Jej ton dodatkowo spotęgował ten efekt.
Nicodemus się uśmiechnął.
- Wyjaśnię to, zanim wejdziemy do skarbca. Na razie zdradzę jedynie, że chodzi o pojedynczy, niewielki przedmiot o względnie małej wartości pieniężnej.
Łżesz, pomyślałem.
- Jak już mówiłem Dresdenowi, miał on okazję poznać mnie wyłącznie jako wroga. Swoją reputację w większości zawdzięczam moim przeciwnikom, oczywiście tym, którzy uszli z życiem. - Uśmiechnął się i upił łyk kawy. - Ale ten medal ma dwie strony. Nie da się działać tak długo jak ja, zdradzając swoich sojuszników. To po prostu niepraktyczne. Owszem, w starciu z wrogiem używam każdej możliwej broni, ale nie mam zwyczaju odwracać się od swoich wspólników ani ich porzucać. Nie powodują mną sentymenty. Na przestrzeni wieków współpracowałem z wieloma osobami i wiem, że zdrada to kiepska długoterminowa inwestycja. Źle odbija się na interesach.
Łżesz, pomyślałem. Ale być może z mniejszym przekonaniem niż poprzednio. To, co mówił, miało sens. W nadprzyrodzonym świecie było mnóstwo ludzi i istot, które żyły wiele stuleci. Jeśli narazisz się magowi w młodości, trzysta lat później możesz odkryć, że wcale o tym nie zapomniał i przez cały ten czas gromadził wpływy niezbędne, by pokazać ci, że twoje postępowanie było niewłaściwe. Jeśli narazisz się wampirowi, może nie dawać ci spokoju przez tysiąclecia.
Dlatego sojusze między nadprzyrodzonymi istotami były możliwe tylko dzięki bezwzględnemu pragmatyzmowi. Widziałem to na przykładzie swojego dziadka i zawodowego zabójcy zwanego Ogarem Piekieł. Doświadczyłem tego, gdy przez całe lata mierzyłem się z rozmaitymi złoczyńcami, którzy przeważnie byli gotowi zawrzeć ze mną jakiś układ. Cholera, sam to zrobiłem wobec Mab, a ona teraz robiła to ponownie, przekazując mnie w ręce Nicodemusa.
Niewykluczone, że Nicodemus się zmienił. A przynajmniej równie poważnie jak ja podchodził do tego sojuszu. Musieliśmy coś dla niego wykraść i uciec. Byłem przekonany, że dopóki tego nie zrobimy, będzie wobec nas uczciwy.
A potem wszystko rozsypie się jak domek z kart.
Z drugiej strony Nicodemus zadał sobie sporo trudu, by wymazać pamięć o swoich czynach, niszcząc dotyczące ich materiały z ostatnich stuleci. Ktoś, kto naprawdę się zmienił, nie stara się za wszelką cenę ukryć tego, co zrobił.
Oczywiście nie miało to żadnego znaczenia. Mab dała mu słowo. Musiałem grać zgodnie z zasadami, dopóki nie zdobędziemy naszego łupu w Hadesie albo dopóki Nicodemus nie spróbuje wbić mi noża w plecy.
Czysta przyjemność.
Przerzuciłem strony i znalazłem zdjęcie znajomej kobiety, której nie widziałem od... na dzwony piekieł, czyżby od prawie dziesięciu lat? Nie zmieniła się zbytnio przez ten czas, może tylko wyszczuplała i spoważniała. Nie byłem pewien, czy ucieszy ją mój widok, i nie miałem najmniejszych wątpliwości, co pomyśli o Nicodemusie.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki