Gra pozorów - Jim Butcher

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ PIERW­SZY

W mojej gło­wie sie­działa tyka­jąca bomba zega­rowa, a jedyna osoba, któ­rej mogłem powie­rzyć jej wydo­by­cie, nie poja­wiła się ani nie roz­ma­wiała ze mną od ponad roku.

To wystar­cza­jąco dużo czasu, by zacząć sta­wiać sobie pyta­nia. Kim jestem? Co zro­bi­łem ze swoim życiem?

Komu mogę zaufać?

To ostat­nie to grub­szy pro­blem, który nie daje ci spo­koju w chwi­lach zwąt­pie­nia. Cza­sami, kiedy budzisz się w nocy, zasta­na­wiasz się, czy obda­rzy­łeś zaufa­niem wła­ści­wych ludzi. A kiedy zosta­jesz sam, z jakie­go­kol­wiek powodu, ana­li­zu­jesz wszyst­kie naj­drob­niej­sze infor­ma­cje o danej oso­bie, szu­ka­jąc w pamięci detali, które mogłeś prze­oczyć.

Prze­peł­nia cię to stra­chem. Zaczy­nasz myśleć, że być może ostat­nio popeł­ni­łeś jakieś strasz­liwe błędy. Pra­gniesz dzia­łać, ale kiedy tkwisz na wyspie na środku jeziora Michi­gan, masz ogra­ni­czone moż­li­wo­ści roz­ła­do­wa­nia napię­cia.

Posta­wi­łem na zwy­cza­jowe roz­wią­za­nie. Gania­łem dłu­gimi tune­lami peł­nymi demo­nów, potwo­rów i kosz­ma­rów, ponie­waż to łatwiej­sze od ćwi­cze­nia na siłowni.

Tunele o ścia­nach z ziemi i kamie­nia były sze­ro­kie jak nie­które z pod­ziem­nych ulic pod Chi­cago i wiły się pośród cze­goś, co przy­po­mi­nało korze­nie, choć na tej głę­bo­ko­ści nie mogło być czę­ścią żad­nego drzewa. Co kilka metrów wzno­siły się kopce z lśnią­cych bla­do­zie­lo­nych krysz­ta­łów kwarcu. W ich wnę­trzu kryły się mroczne postaci. Nie­które miały roz­miary śred­niej wiel­ko­ści psa. Inne były wiel­kie jak domy.

Wła­śnie skoń­czy­łem poko­ny­wać jeden z olbrzy­mich kop­ców i bie­głem w stronę kolej­nego, pierw­szego w ciągu trzech wznie­sień o roz­mia­rach mojego świę­tej pamięci volks­wa­gena.

- Par­kour! - zawo­ła­łem i sko­czy­łem. Odbi­łem się dłońmi od szczytu kopca i prze­sa­dzi­łem go jed­nym susem. Wylą­do­wa­łem po dru­giej stro­nie, prze­to­czy­łem się przez ramię i zerwa­łem na nogi.

- Par­kour! - wykrzyk­ną­łem przed następ­nym kop­cem i prze­sko­czy­łem go, tym razem opie­ra­jąc się tylko na jed­nej dłoni i usta­wia­jąc ciało w pozio­mie. Po wylą­do­wa­niu nie zwol­ni­łem biegu.

- Par­kour! - wrza­sną­łem przed trze­cim kop­cem i prze­le­cia­łem nad nim po dłu­gim łuku głową naprzód.

Zamie­rza­łem wylą­do­wać na rękach, zwin­nie się prze­to­czyć i pomknąć dalej, ale nic z tego nie wyszło. Źle osza­co­wa­łem wyso­kość skoku, zacze­pi­łem stopą o jeden z krysz­ta­łów i runą­łem po dru­giej stro­nie wznie­sie­nia, ude­rza­jąc twa­rzą o piach.

Przez chwilę leża­łem na ziemi, odzy­sku­jąc oddech. Nie­spe­cjal­nie prze­ją­łem się upad­kiem. Zali­czy­łem ich już wiele. Prze­to­czy­łem się na plecy i stęk­ną­łem.

- Harry, masz zde­cy­do­wa­nie za dużo czasu.

Mój głos odbił się echem w tunelu, siód­mym z trzy­na­stu.

- Par­kour - odpo­wie­działo odle­głe echo.

Potrzą­sną­łem głową, pod­nio­słem się i powę­dro­wa­łem w stronę wyj­ścia. Spa­ce­ro­wa­nie tune­lami pod wyspą Demon­re­ach zawsze sta­no­wiło nie lada doświad­cze­nie. Kiedy bie­głem, szybko mija­łem kolejne kopce.

Kiedy sze­dłem, tkwiący w nich więź­nio­wie mieli czas, żeby do mnie prze­ma­wiać.

Speł­nię każde twoje pra­gnie­nie, zawo­dził jedwa­bi­sty głos w mojej gło­wie.

Krew i wła­dza, bogac­two i siła, mogę dać ci to wszystko, obie­cy­wał drugi.

Pew­nego dnia, śmier­tel­niku, będę wolny, a wtedy wyssę szpik z two­ich kości, wark­nął kolejny.

Skłoń przede mną głowę w stra­chu i gro­zie!

Znie­na­widź mnie, pozwól się pożreć, a wtedy speł­nię twoje marze­nia.

Uwol­nij mnie albo cię znisz­czę!

Zaśnij. Zaśnij. Śpij i wpuść mnie do swo­jego wnę­trza...

Krew­ból­śmierć­krew­mię­so­krew­ból­śmierć...

BLAR­GLE SLORG NOTH HAR­GHLE FTHAGN!

Sami wie­cie.

Nor­malka.

Omi­ną­łem nie­wielki kopiec - jego miesz­ka­niec ostat­nim razem prze­słał do mojego umy­słu obraz, za któ­rego sprawą przez dwie noce nie mogłem zmru­żyć oka - po czym prze­sze­dłem obok jed­nego z ostat­nich kop­ców na dro­dze do wyj­ścia.

Kiedy go mija­łem, miesz­ka­niec kopca wes­tchnął w myślach i prze­słał mi cha­rak­te­ry­styczny obraz czło­wieka prze­wra­ca­ją­cego oczami. Oho. Ktoś nowy.

Przy­sta­ną­łem i uważ­nie przyj­rza­łem się kop­cowi. Z zasady nie roz­ma­wia­łem z więź­niami. Jeśli ktoś był zamknięty w pod­zie­miach Demon­re­ach, musiał być istotą rodem z kosz­ma­rów, którą nie­wielu ludzi było w sta­nie zro­zu­mieć - nie­śmier­telną, dziką i w dodatku obłą­kaną, jak wście­kłe zwie­rzę, które naja­dło się sza­leju.

Ale... ja także byłem w zamknię­ciu od wielu mie­sięcy, uwię­ziony na tej wyspie i w jej pod­ziem­nych jaski­niach. Nie mia­łem wyboru. Coś tkwiło w mojej gło­wie i tylko wyspa mogła nad tym zapa­no­wać. Cza­sami ktoś mnie odwie­dzał, ale zimowe mie­siące były nie­bez­pieczne na jezio­rze Michi­gan, ze względu na pogodę i lód, a wio­sna dopiero zaczy­nała odmie­niać świat. Od dawna z nikim się nie widzia­łem.

Dla­tego przyj­rza­łem się kop­cowi, który miał wiel­kość trumny, i spy­ta­łem:

- O co cho­dzi?

Oczy­wi­ście o cie­bie, odpo­wie­dział wię­zień. Czy w ogóle masz poję­cie, co ozna­cza słowo zastój? Ozna­cza, że nic się nie dzieje. To, że tutaj sto­isz, cho­dzisz, a nawet, na Boga, mówisz do mnie, wywraca wszystko do góry nogami. To typowe dla takich nowi­cju­szy jak ty. Jak to się mówi? A tak. Pry­skaj stąd.

Unio­słem brwi. Jak dotąd każdy wię­zień, który pró­bo­wał się ze mną komu­ni­ko­wać, albo chciał się uwol­nić, albo bre­dził bez sensu. Ten gość brzmiał jak... Bry­tyj­czyk.

- Aha - odrze­kłem.

Nie sły­sza­łeś, Straż­niku? Pry­skaj.

Przez chwilę roz­wa­ża­łem, czy z czy­stej zło­śli­wo­ści nie potrak­to­wać jego prośby dosłow­nie, ale uzna­łem, że fizjo­lo­giczny humor nie przy­stoi Magowi Bia­łej Rady i Straż­ni­kowi Demon­re­ach, czym dowio­dłem, że nie mają racji wszy­scy ci, któ­rzy uwa­żają mnie za prze­ro­śnię­tego roz­wy­drzo­nego mło­kosa.

- Kim jesteś? - spy­ta­łem.

Długo mil­czał, a potem do mojej głowy wpły­nęła myśl pełna strasz­li­wego znu­że­nia i czy­sto emo­cjo­nal­nej roz­pa­czy, jakiej sam doświad­cza­łem tylko w naj­tra­gicz­niej­szych chwi­lach życia. Jed­nakże dla tej istoty taki ból nie był naj­gor­szym momen­tem, tylko cią­głym sta­nem. Kimś, kto musi tutaj być. Odejdź, chłop­cze.

Zalała mnie potężna fala nud­no­ści. Powie­trze nagle stało się zbyt jasne, deli­katny blask krysz­ta­łów był zbyt prze­szy­wa­jący. Cof­ną­łem się o kilka kro­ków od kopca i wtedy to okropne dozna­nie zelżało, ale przy­pływ emo­cji i tak wywo­łał u mnie gwał­towny ból głowy, przez który nie byłem w sta­nie utrzy­mać się na nogach.

Opa­dłem na jedno kolano i zaci­sną­łem zęby, żeby stłu­mić wrzask. Bóle głowy sta­wały się coraz dotkliw­sze i cho­ciaż przez całe życie musia­łem radzić sobie z cier­pie­niem, cho­ciaż dys­po­no­wa­łem potęgą Ryce­rza Zimy, już przed kil­koma tygo­dniami zaczęły roz­kła­dać mnie na łopatki.

Przez chwilę czu­łem tylko ból i przy­tła­cza­jące mdło­ści.

W końcu te odczu­cia powoli zaczęły słab­nąć, a kiedy pod­nio­słem wzrok, zoba­czy­łem nad sobą rosłą postać w mrocz­nej pele­ry­nie. Miała trzy albo trzy i pół metra wzro­stu i pro­por­cje musku­lar­nego czło­wieka, cho­ciaż tak naprawdę ni­gdy nie widzia­łem istoty pod pele­ryną. Postać wpa­try­wała się we mnie, a jej oczy miały postać dwóch punk­ci­ków zie­lo­nego, ogni­stego świa­tła lśnią­cych w głębi kap­tura.

- STRAŻ­NIKU - zagrzmiała. - CHWI­LOWO POWSTRZY­MA­ŁEM PASO­ŻYTA.

- Naj­wyż­szy czas, Alfre­dzie - szep­ną­łem.

Usia­dłem i przyj­rza­łem się sobie. Wyglą­dało na to, że dość długo leża­łem na ziemi. Pot na mojej skó­rze wysechł. Nie­do­brze. Przed­wieczny duch wyspy przez rok nie dopusz­czał, by ta rzecz w mojej gło­wie mnie zabiła. Jesz­cze kilka tygo­dni temu wystar­czyło, by się poja­wił i wypo­wie­dział jedno słowo, a ból zni­kał.

Tym razem trwało to ponad godzinę.

Cokol­wiek znaj­do­wało się w mojej gło­wie - jakie­goś rodzaju duchowa istota, która wyko­rzy­sty­wała mnie, by rosnąć w siłę - naj­wy­raź­niej przy­go­to­wy­wało się, by mnie uśmier­cić.

- ALFRE­DZIE? - powtó­rzył duch. - TO MA BYĆ MOJE NOWE IMIĘ?

- Pozo­stańmy przy Demon­re­ach - odrze­kłem.

Potężny duch przez chwilę się nad tym zasta­na­wiał.

- JESTEM WYSPĄ.

- Ow­szem - przy­zna­łem, pod­no­sząc się z ziemi. - Jej duchem. Jej genius loci.

- A ZARA­ZEM JESTEM ODRĘBNĄ ISTOTĄ. NACZY­NIEM.

Przyj­rza­łem się duchowi.

- Wiesz, że "Alfred" to żart, prawda?

Duch wbił we mnie wzrok. Nie­ist­nie­jący wiatr poru­szył skra­jem jego pele­ryny.

Zała­ma­łem ręce.

- No dobrze. Przyda ci się także imię. Niech będzie Alfred Demon­re­ach.

Oczy istoty na chwilę roz­bły­sły jaśniej i duch skło­nił głowę pod kap­tu­rem.

- ONA TU JEST.

Gwał­tow­nie pod­nio­słem głowę i szyb­ciej zabiło mi serce. W mojej gło­wie ode­zwały się ciche echa bólu. Czyżby wresz­cie odpo­wie­działa na moje wia­do­mo­ści?

- Molly?

- NIE NOWI­CJUSZKA. JEJ NOWA MATKA.

Poczu­łem, że moje ramiona i szyja sztyw­nieją.

- Mab - ode­zwa­łem się niskim, suro­wym gło­sem.

- TAK.

- Fan­ta­stycz­nie - szep­ną­łem.

Mab, Kró­lowa Powie­trza i Ciem­no­ści, Monar­chini Zimo­wego Dworu Sidhe, pani i nauczy­cielka wszyst­kich nie­go­dzi­wych miesz­kań­ców Kra­iny Elfów - moja sze­fowa - igno­ro­wała mnie od mie­sięcy. Wysy­ła­łem do niej coraz częst­sze wia­do­mo­ści, ale bez żad­nego odzewu. Do dzi­siaj.

Co się zmie­niło? Dla­czego poja­wiła się teraz, po tylu mie­sią­cach mil­cze­nia?

- Ponie­waż, głupku, cze­goś chce - mruk­ną­łem pod nosem. Zwró­ci­łem się w stronę Demon­re­ach. - W porządku, Alfre­dzie. Gdzie?

- NABRZEŻE.

Spryt­nie. Demon­re­ach, jak każde wię­zie­nie w histo­rii, rów­nie sku­tecz­nie powstrzy­my­wało gości przed dosta­niem się do środka, jak więź­niów przed ucieczką. Kiedy cho­lerny Kro­czący z Zewnę­trza poja­wił się ze swoją dru­żyną, żeby wyzwo­lić więź­niów, udało się go powstrzy­mać dzięki wysił­kom obroń­ców wyspy i kilku klu­czo­wych sojusz­ni­ków.

Przez ostatni rok pozna­wa­łem tajem­nice wyspy i jej sys­temy obronne, o któ­rych ist­nie­niu nawet nie wie­dzia­łem, a które mógł uru­cho­mić tylko Straż­nik. Gdyby Kro­czący spró­bo­wał ponow­nie, mógł­bym go zała­twić na wła­sną rękę. Nawet Mab, mimo całej swo­jej potęgi, powinna mieć się na bacz­no­ści, gdyby spró­bo­wała spra­wiać mi kło­poty na tere­nie Demon­re­ach.

Wła­śnie dla­tego stała na nabrzeżu.

Spo­dzie­wała się, że będę nie­za­do­wo­lony. Naj­wy­raź­niej cze­goś potrze­bo­wała.

Wie­dzia­łem z doświad­cze­nia, że kiedy Kró­lowa Powie­trza i Ciem­no­ści posta­na­wia, że cze­goś od cie­bie chce, naj­le­piej wczoł­gać się do jakiejś dziury i zasy­pać zie­mią.

Jed­nakże moja głowa lekko pul­so­wała bólem. W ciągu ostat­nich kilku lat bóle głowy stop­niowo sta­wały się coraz dotkliw­sze, ale dopiero nie­dawno odkry­łem ich przy­czynę - cier­pia­łem na przy­pa­dłość, która wyma­gała wyle­cze­nia, zanim coś, co zagnieź­dziło się w mojej łepe­ty­nie, posta­nowi się z niej wyrwać. Nie śmia­łem opu­ścić wyspy, dopóki nie wydo­brzeję, a jeśli Mab w końcu posta­nowiła odpo­wie­dzieć na moje wia­do­mo­ści, nie mia­łem innego wyj­ścia, jak się z nią spo­tkać.

Zapewne wła­śnie z tego powodu nie poja­wiła się wcze­śniej.

- Cho­lerne elfy i ich intrygi - mruk­ną­łem do sie­bie. Potem ruszy­łem do scho­dów, któ­rymi mogłem wydo­stać się ze Studni na powierzch­nię wyspy. - Trzy­maj się w pobliżu i uwa­żaj - pole­ci­łem duchowi.

- SPO­DZIE­WASZ SIĘ, ŻE ZECHCE CIĘ SKRZYW­DZIĆ?

- Być może - odrze­kłem, rusza­jąc po scho­dach. - Tak czy ina­czej, chodźmy.

ROZ­DZIAŁ DRUGI

Mój brat i ja zbu­do­wa­li­śmy nabrzeże What­sup Dock przy jed­nej z trzech nie­wiel­kich plaż Demon­re­ach, tej poło­żo­nej naj­bli­żej luki w kamien­nych rafach ota­cza­ją­cych wyspę. Na wzgó­rzu nad plażą kie­dyś leżało mia­steczko, ale miesz­kańcy opu­ścili je jakieś sto lat temu, po tym jak mroczna ener­gia ota­cza­jąca ohydne istoty uwię­zione pod wyspą stop­niowo dopro­wa­dziła ich do sza­leń­stwa.

Po mia­steczku pozo­stały ruiny, czę­ściowo pochło­nięte przez las, jak zwłoki powoli poże­rane przez grzyb i mech. Cza­sami zasta­na­wia­łem się, jak długo będę w sta­nie pozo­sta­wać na wyspie, zanim ja też osza­leję.

Przy nabrzeżu zacu­mo­wał drogi jacht sil­ni­kowy, biały z mnó­stwem chro­mo­wa­nych ele­men­tów, który był tutaj rów­nie nie na miej­scu jak fer­rari w zagro­dzie dla bydła. Zoba­czy­łem dwóch majt­ków, ich mary­nar­skie stroje wyglą­dały jak kostiumy. Kanty były zbyt pro­sto zapra­so­wane, a ubra­nia za czy­ste i zbyt dokład­nie dopa­so­wane. Kiedy na nich patrzy­łem, nie mia­łem wąt­pli­wo­ści, że są uzbro­jeni i wyszko­leni w zabi­ja­niu. Byli sidhe, wład­cami elfów, rosłymi, pięk­nymi i nie­bez­piecz­nymi. Nie robili na mnie wra­że­nia.

Głów­nie dla­tego, że nie byli tak uro­dziwi ani groźni jak kobieta, która stała na samym końcu nabrzeża, z czub­kami dro­gich butów odda­lo­nymi o kilka cen­ty­me­trów od brzegu Demon­re­ach. Kiedy wokół cie­bie krąży rekin, trudno przej­mo­wać się dwiema bara­ku­dami pły­wa­ją­cymi w pobliżu.

Mab, Kró­lowa Powie­trza i Ciem­no­ści, miała na sobie szyty na miarę biz­ne­sowy żakiet w kolo­rze papieru gaze­to­wego usma­ro­wa­nego węglem i mro­żo­nych bar­win­ków. Pod spód wło­żyła bluzkę, śnież­no­białą jak jej włosy, kunsz­tow­nie ufry­zo­wane w stylu z lat czter­dzie­stych. Na jej uszach i szyi lśniły ciem­no­zie­lone i ciem­no­nie­bie­skie opale, pasu­jące do zmie­nia­ją­cych się odcieni zim­nych, pozba­wio­nych wyrazu oczu. Była blada, piękna w spo­sób wymy­ka­jący się pro­stemu opi­sowi i prze­peł­niała mnie zdrową, racjo­nalną grozą.

Zsze­dłem na nabrzeże po sta­rych kamien­nych stop­niach wycię­tych w zbo­czu i zatrzy­ma­łem się na wycią­gnię­cie ręki od Mab. Nie ukło­ni­łem się, tylko ofi­cjal­nie ski­ną­łem głową. Na łodzi znaj­do­wali się także inni sidhe, któ­rzy byli świad­kami naszego spo­tka­nia. Już dawno odkry­łem, że cho­ciaż nie jestem w sta­nie ura­zić dumy Mab, nie tole­ruje ona braku sza­cunku dla swo­jego urzędu. Byłem pewien, że gdyby Rycerz Zimy otwar­cie prze­ciw­sta­wił się jej w obli­czu jej Dworu, sta­no­wi­łoby to dekla­ra­cję wojny, a mimo wszyst­kiego, co już wie­dzia­łem o wyspie, nie mia­łem zamiaru do tego dopro­wa­dzić.

- Moja Kró­lowo - ode­zwa­łem się przy­jem­nym gło­sem. - Jak twoje kno­wa­nia?

- Dosko­nale, mój Ryce­rzu - odpo­wie­działa. - Jak zwy­kle. Wejdź na pokład.

- Dla­czego? - spy­ta­łem.

Lekko skrzy­wiła usta, ale w jej oczach poja­wił się błysk zado­wo­le­nia.

- Jestem prze­wi­dy­walny, prawda? - doda­łem.

- Pod wie­loma wzglę­dami - odrze­kła. - Mam ci odpo­wie­dzieć dosłow­nie?

- Był­bym wdzięczny.

Mab poki­wała głową. Potem lekko się pochy­liła, jej spoj­rze­nie nabrało głębi i ode­zwała się gło­sem zim­niej­szym i surow­szym od zmro­żo­nego kamie­nia.

- Ponie­waż ci każę.

Prze­łkną­łem ślinę, a mój żołą­dek wywi­nął fikołka.

- Co się sta­nie, jeśli odmó­wię? - spy­ta­łem.

- Dasz mi wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że będziesz mi się opie­rał, jeśli spró­buję bez­po­śred­nio zmu­sić cię do wyko­ny­wa­nia moich roz­ka­zów - odrze­kła Mab. - Sta­niesz się wtedy dla mnie bez­u­ży­teczny, ale jako że chwi­lowo wola­ła­bym nie kło­po­tać się szko­le­niem zastęp­stwa, nie ponie­siesz żad­nych kon­se­kwen­cji.

Zamru­ga­łem zdzi­wiony.

- Żad­nych? Mógł­bym ci się prze­ciw­sta­wić, a ty byś po pro­stu... ode­szła?

- Ow­szem - potwier­dziła Mab i odwró­ciła się. - Umrzesz za trzy dni, a do tej pory już zdążę zna­leźć kogoś na twoje miej­sce.

- Eee, co takiego?

Mab umil­kła i obej­rzała się przez ramię.

- Paso­żyt w twoim wnę­trzu wydo­sta­nie się wtedy na zewnątrz. Z pew­no­ścią zauwa­ży­łeś, że ból staje się coraz bar­dziej dokucz­liwy.

Jesz­cze jak. Do tego cier­pie­nie się nawar­stwia.

- Psia­krew - wark­ną­łem na tyle cicho, by nie usły­szały mnie zbiry na pokła­dzie. - Wro­bi­łaś mnie.

Mab odwró­ciła się w moją stronę i posłała mi led­wie dostrze­galny uśmiech.

- Każ­dego prze­klę­tego dnia posy­ła­łem Toota i Lacunę do cie­bie i Molly. Żadne z nich nie dotarło, prawda?

- Są elfami - odrze­kła Mab. - A ja jestem Kró­lową Elfów.

- A moje wia­do­mo­ści do Molly?

- Kiedy się z tobą poże­gna­łam, mój Ryce­rzu, utka­łam sieci, które miały prze­chwy­cić wszyst­kie zaklę­cia opusz­cza­jące wyspę - wyja­śniła. - Wia­do­mo­ści, które wysła­łeś do niej za pośred­nic­twem swo­ich przy­ja­ciół, zostały zmie­nione zgod­nie z moimi potrze­bami. To bar­dzo uży­teczne, że nawet naj­drob­niej­sza doza nie­uf­no­ści może pro­wa­dzić do nie­zro­zu­mie­nia. Twoi przy­ja­ciele pró­bują cię odwie­dzić od kilku tygo­dni, ale lód na jezio­rze w tym roku wyjąt­kowo długo się utrzy­muje. Nie­stety.

Zazgrzy­ta­łem zębami.

- Wie­dzia­łaś, że potrze­bo­wa­łem jej pomocy.

- Wciąż tak jest - odparła lako­nicz­nie.

Trzy dni.

Na wszyst­kie dzwony pie­kieł.

- Nie przy­szło ci do głowy, żeby po pro­stu grzecz­nie popro­sić mnie o pomoc? - spy­ta­łem.

Unio­sła bladą brew.

- Nie jestem twoją klientką.

- Więc od razu prze­cho­dzisz do wymu­sze­nia?

- Nie mogę cię do niczego zmu­sić - odrze­kła rze­czo­wym tonem. - Dla­tego muszę się posta­rać, by wyrę­czyły mnie oko­licz­no­ści. Obez­wład­nia­jący ból nie pozwoli ci opu­ścić wyspy, a nie możesz posłać po pomoc, jeśli na to nie pozwolę. Koń­czy ci się czas, mój Ryce­rzu.

- Dla­czego? - spy­ta­łem przez zaci­śnięte zęby. - Dla­czego zapę­dzi­łaś mnie w kozi róg?

- Może dla­tego, że to konieczne. Może po to, żeby uchro­nić cię przed sobą samym. - W jej oczach bły­snęła odle­gła furia, niczym burza na hory­zon­cie. - A może po pro­stu dla­tego, że mogę. Osta­tecz­nie powody nie mają zna­cze­nia. Liczy się tylko to, co jest.

Kilka razy ode­tchną­łem, sta­ra­jąc się, by gniew nie pobrzmie­wał w moim gło­sie. Zwa­żyw­szy na to, czym się zaj­mo­wała, zma­ni­pu­lo­wa­nie mnie i gro­że­nie mi śmier­cią według jej stan­dar­dów mogło być grzeczną prośbą. Ale nie musia­łem być tym zachwy­cony.

Poza tym miała rację. Jeśli Mab powie­działa, że pozo­stały mi trzy dni życia, to nie żar­to­wała. Nie miała moż­li­wo­ści ani powodu, by wprost mnie okła­my­wać. A jeśli to była prawda, o czym nie­stety byłem prze­ko­nany, to miała mnie w gar­ści.

- Czego chcesz? - zapy­ta­łem. Zabrzmia­łem nie­mal grzecz­nie.

To pyta­nie wywo­łało na jej ustach uśmiech zado­wo­le­nia. Ski­nęła głową, jakby z uzna­niem.

- Chcia­ła­bym, żebyś wyko­nał dla mnie pewne zada­nie.

- Czy tak się składa, że muszę to zro­bić poza wyspą?

- Oczy­wi­ście.

Wska­za­łem pal­cem swoją skroń.

- W takim razie mamy pro­blem z obez­wład­nia­ją­cym bólem. Naj­pierw musisz mnie ule­czyć.

- Gdy­bym to zro­biła, ni­gdy byś się nie zgo­dził - odpo­wie­działa spo­koj­nie. - A wtedy musia­ła­bym cię kimś zastą­pić. Dla­tego, ze względu na swoje zdro­wie i bez­pie­czeń­stwo, zało­żysz to. - Wycią­gnęła w moją stronę otwartą dłoń.

Leżał na niej nie­wielki kamień, ciem­no­nie­bie­ski opal. Nachy­li­łem się i uważ­nie go obej­rza­łem. Był osa­dzony w srebr­nej wkrętce - kol­czyku.

- On powi­nien powstrzy­mać paso­żyta na wystar­cza­jąco długi czas - wyja­śniła. - Załóż go.

- Nie mam prze­kłu­tych uszu - zapro­te­sto­wa­łem.

Mab unio­sła brew.

- Jesteś Ryce­rzem Zimy czy małym mazga­jem?

Skrzy­wi­łem się.

- Podejdź tutaj i to powtórz.

Wtedy Mab spo­koj­nie zeszła na brzeg Demon­re­ach i sta­nęła przede mną, tak że nasze stopy nie­mal się sty­kały. Miała ponad metr dzie­więć­dzie­siąt wzro­stu i nie­mal nie musiała pod­no­sić ręki, żeby ująć w palce pła­tek mojego ucha.

- Zaraz - ode­zwa­łem się. - Chwi­leczkę.

Znie­ru­cho­miała.

- Lewe.

Prze­krzy­wiła głowę.

- Dla­czego?

- To... Cho­dzi o pewne zwy­czaje śmier­tel­ni­ków. Po pro­stu prze­kłuj lewe ucho.

Wypu­ściła powie­trze nosem. Potem pokrę­ciła głową i chwy­ciła mnie za dru­gie ucho. Poczu­łem gorące ukłu­cie bólu, a potem powolne pul­so­wa­nie nie­mal uwo­dzi­ciel­skiego chłodu, niczym dotyk jesien­nego wie­czor­nego powie­trza, gdy otwie­rasz okna w sypialni i śpisz jak kamień.

- Gotowe - powie­działa Mab, umiesz­cza­jąc kol­czyk na miej­scu. - Było tak trudno?

Posła­łem jej nie­przy­chylne spoj­rze­nie i dotkną­łem kamie­nia lewą dło­nią. Moje opuszki potwier­dziły to, o czym dono­siło ucho - opal był zimny w dotyku.

- Skoro już mam coś, co pozwoli mi bez­piecz­nie opu­ścić wyspę, mogę roz­ka­zać Alfre­dowi, by natych­miast wtrą­cił cię do celi, i samo­dziel­nie roz­wią­zać swoje pro­blemy. Co mnie może powstrzy­mać? - spy­ta­łem bar­dzo cicho.

- Ja - odrze­kła Mab. Na jej ustach poja­wił się bar­dzo deli­katny, bar­dzo chłodny uśmiech. Unio­sła palec, a ja zoba­czy­łem szkar­łatną kro­pelkę mojej krwi na jej bla­dej skó­rze. - Gdyby Mab znik­nęła, twój śmier­telny świat poniósłby sro­gie kon­se­kwen­cje. Cie­bie spo­tkałby jesz­cze gor­szy los, gdy­byś tego spró­bo­wał. Możesz spraw­dzić, magu. Chęt­nie to zoba­czę.

Przez chwilę roz­wa­ża­łem tę moż­li­wość. Tak bar­dzo się przede mną zabez­pie­czyła, że z pew­no­ścią chciała mnie nakło­nić do zro­bie­nia cze­goś paskud­nego. Ni­gdy nie chcia­łem słu­żyć Mab. Nie mogłaby być moją sze­fową, gdy­bym uwię­ził ją w krysz­tale kil­ka­dzie­siąt metrów pod wodami jeziora Michi­gan. Zresztą zasłu­żyła sobie na dłuż­szy pobyt w zamra­żarce. Mab była auten­tycz­nym zło­czyńcą.

Tylko że... była naszym zło­czyńcą. Cho­ciaż potra­fiła być okrutna i straszna, chro­niła świat przed isto­tami, które były jesz­cze gor­sze. Usu­nię­cie jej z tego układu mogło spo­wo­do­wać kata­strofę.

Zresztą bądź wobec sie­bie szczery, Dres­den. Boisz się. A gdy­byś spró­bo­wał ją zała­twić i nie tra­fił? Pamię­tasz, co się stało z ostat­nim gościem, który zdra­dził Mab? Ni­gdy jej nie poko­na­łeś. Nie byłeś nawet bli­sko.

Powstrzy­ma­łem drże­nie. Uzna­łaby to za oznakę sła­bo­ści, a tej nie należy oka­zy­wać elfom. Wypu­ści­łem powie­trze i ode­rwa­łem wzrok od jej lodo­wa­tych oczu.

Mab lekko skło­niła głowę w geście zwy­cię­stwa. Potem okrę­ciła się na pię­cie i wró­ciła na nabrzeże.

- Zabierz wszystko, czego potrze­bu­jesz. Wyru­szamy natych­miast.

ROZ­DZIAŁ TRZECI

Jacht Mab zabrał nas do przy­stani Bel­mont, gdzie nie­ty­powo cie­pły pora­nek sto­pił lód. Moje ucho od czasu do czasu pul­so­wało zim­nem, ale głowa nie bolała i kiedy zacu­mo­wa­li­śmy, prze­sko­czy­łem przez reling i wylą­do­wa­łem na molo z dużym mary­nar­skim wor­kiem w jed­nej i nową laską maga w dru­giej dłoni.

Mab z god­no­ścią zeszła po tra­pie i zmie­rzyła mnie wzro­kiem.

- Par­kour - wyja­śni­łem.

- Jeste­śmy umó­wieni - odrze­kła, mija­jąc mnie.

Cze­kała na nas limu­zyna, a w niej kolejni dwaj sidhe w kostiu­mach ochro­nia­rzy. Zawieźli nas Lake Shore Drive do cen­trum mia­sta, gdzie skrę­cili w stronę Chi­cago Loop i zatrzy­mali się przed Car­bide & Car­bon Buil­ding, potęż­nym gra­fi­to­wym gma­chem, który przy­po­mi­nał mi mono­lit z Ody­sei Kosmicz­nej 2001, nie licząc mosięż­nych zdo­bień. Zawsze uwa­ża­łem, że wygląda bar­dzo baro­kowo i cza­dowo, a potem otwarto w nim Hard Rock Hotel.

Przed budyn­kiem cze­kali dwaj kolejni sidhe w stro­jach ochro­nia­rzy, wysocy i nie­ludzko piękni. Nie­zau­wa­żal­nie wszy­scy zmie­nili się z nie­ska­zi­tel­nych modeli w zbi­rów o kwa­dra­to­wych szczę­kach, z krótko przy­strzy­żo­nymi wło­sami i słu­chaw­kami w uszach - urok, legen­darna moc ilu­zji elfów. Mab nie kło­po­tała się zmianą wyglądu, nie licząc zało­że­nia oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych od zna­nego pro­jek­tanta. Czte­rech osił­ków oto­czyło nas, gdy weszli­śmy do budynku, i razem poma­sze­ro­wa­li­śmy do cze­ka­ją­cej windy. Cyfry na wyświe­tla­czu wkrótce wska­zały ostat­nie pię­tro, a następ­nie prze­sko­czyły na kolejny poziom.

Drzwi otwo­rzyły się i zoba­czy­łem wnę­trze eks­tra­wa­ganc­kiego apar­ta­mentu. Z gło­śni­ków pły­nęła muzyka Mozarta, w takiej jako­ści, że przez chwilę szu­ka­łem wzro­kiem żywych muzy­ków. Za oknami, które się­gały od pod­łogi do znaj­du­ją­cego się ponad cztery metry wyżej sufitu, roz­cią­gał się widok na jezioro i wybrzeże na połu­dnie od hotelu. Posadzki wyko­nano z pole­ro­wa­nego twar­dego drewna. W pomiesz­cze­niu posa­dzono tro­pi­kalne drzewa, a także jaskrawe kwit­nące rośliny, które prze­pro­wa­dzały czynną napaść na zmysł węchu. Meble stały roz­siane po całym wnę­trzu, nie­które na pod­ło­dze, inne na plat­for­mach wzno­szą­cych się na róż­nych pozio­mach. Były tutaj także bar i nie­wielka scena z sys­te­mem nagło­śnie­nia, a schody po prze­ciw­nej stro­nie pod­da­sza pro­wa­dziły na wznie­sioną plat­formę, która, sądząc po łóżku, zapewne słu­żyła jako sypial­nia.

Za drzwiami windy cze­kała na nas kolejna piątka zbi­rów w czar­nych gar­ni­tu­rach i z dopa­so­wa­nymi kolo­ry­stycz­nie śru­tów­kami w dło­niach. Kiedy drzwi się otwo­rzyły, prze­ła­do­wali broń, ale w nas nie wyce­lo­wali.

- Kim pani jest? - ode­zwał się jeden z nich, znacz­nie młod­szy od pozo­sta­łych.

Mab wpa­try­wała się w nich inten­syw­nie zza oku­la­rów prze­ciw­sło­necz­nych. Potem unio­sła brew, tak nie­znacz­nie, że żaden z pew­no­ścią tego nie zauwa­żył.

Stęk­ną­łem, poru­szy­łem dło­nią i szep­ną­łem "Infriga".

Nie wło­ży­łem w zaklę­cie dużej mocy, ale to wystar­czyło, by wysłać wia­do­mość. Z nagłym chrzę­stem dolne dwie trze­cie ciał zbi­rów, ich buty, broń i trzy­ma­jące ją dło­nie, pokryły się grubą war­stwą szronu. Zasko­czeni męż­czyźni drgnęli i syk­nęli z nie­za­do­wo­le­niem, ale nie rzu­cili broni.

- Pani nie roz­ma­wia ze słu­gu­sami - ode­zwa­łem się. - Zresztą dobrze wie­cie, kim jest. Jeśli któ­ryś z was, tumany, ma choćby kawa­łek mózgu, niech natych­miast powia­domi waszego szefa, że ona tu jest, zanim poczuje się obra­żona.

Młody zbir, który się wcze­śniej ode­zwał, chwiej­nym kro­kiem ruszył w głąb pod­da­sza, omi­ja­jąc mur drzew i kwia­tów, pod­czas gdy pozo­stali sta­nęli naprze­ciwko nas, bez­na­miętni, ale wyraź­nie nie­pewni.

Mab popa­trzyła na mnie i zapy­tała szep­tem:

- Co to było?

- Nie zamie­rzam zabi­jać śmier­tel­ni­ków, tylko po to, żeby coś udo­wod­nić - odpo­wie­dzia­łem grzecz­nie.

- W tym samym celu byłeś gotów zabić jed­nego z moich sidhe.

- Gram w two­jej dru­ży­nie, ale nie pocho­dzę z two­jego mia­steczka - odrze­kłem.

Zer­k­nęła na mnie ponad kra­wę­dziami szkieł.

- Taka deli­kat­ność nie przy­stoi Ryce­rzowi Zimy.

- Nie cho­dzi o deli­kat­ność, Mab - odpar­łem.

- Nie - przy­znała. - Cho­dzi o sła­bość.

- No cóż, jestem tylko czło­wie­kiem - odrze­kłem, odwra­ca­jąc się.

Mab nie spusz­czała ze mnie wzroku, lodo­wa­tego i cięż­kiego jak śnieżna pokrywa.

- Na razie.

Wcale nie zadrża­łem. Po pro­stu cza­sami mie­wam skur­cze mię­śni. To wszystko.

Zbir potra­fiący mówić po ludzku wró­cił i pokło­nił się w pas przed Mab, sta­ra­jąc się nie nawią­zy­wać z nikim kon­taktu wzro­ko­wego.

- Wasza Wyso­kość. Zapra­szam dalej. Pani straż może tutaj zacze­kać, razem z tą czwórką, a ja panią do niego zapro­wa­dzę.

Mab nawet nie drgnęła w odpo­wie­dzi na jego słowa. Po pro­stu wyszła z windy, stu­ka­jąc obca­sami o posadzkę, ryt­micz­nie jak metro­nom, a my sta­ra­li­śmy się dotrzy­mać jej kroku.

Okrą­ży­li­śmy żywo­płot, za któ­rym wcze­śniej znik­nął zbir, i dotar­li­śmy do roz­bu­do­wa­nej plat­formy, na którą pro­wa­dziły trzy sze­ro­kie stop­nie. Całą kon­struk­cję ota­czała roślin­ność, upo­dab­nia­jąc ją do przy­tul­nej altanki. Usta­wiono na niej dro­gie meble do sie­dze­nia, two­rzące ide­alne warunki do roz­mowy, i wła­śnie tam cze­kała na nas osoba, z którą była umó­wiona Mab.

- Pro­szę pana - ode­zwał się zbir. - Jej Wyso­kość kró­lowa Mab oraz Rycerz Zimy.

- Któ­rego nie trzeba przed­sta­wiać - rzekł męż­czy­zna głę­bo­kim, dono­śnym gło­sem.

Roz­po­zna­łem go. Ten głos kie­dyś był łagodny i poto­czy­sty, ale teraz zabrzmiał nieco chra­pli­wie i szorstko, niczym jedwab śli­zga­jący się po żwi­rze.

Z jed­nego z foteli wstał męż­czy­zna śred­niego wzro­stu i prze­cięt­nej budowy ciała. Miał na sobie czarny jedwabny gar­ni­tur, czarną koszulę i zno­szony szary kra­wat. Miał ciemne włosy nazna­czone siwi­zną oraz ciemne oczy i poru­szał się z gra­cją węża. Na jego ustach gościł uśmiech, ale w oczach nie było weso­ło­ści, gdy obró­cił się w moją stronę.

- No pro­szę. Harry Dres­den.

- Nico­de­mus Archle­one. Sły­szę, że moje cię­cie przy­słu­żyło się two­jemu gło­sowi.

Coś nie­przy­jem­nego bły­snęło w głębi jego oczu, a głos stał się jesz­cze bar­dziej szorstki. Jed­nak uśmiech nie znik­nął.

- Od dawna nikt nie był tak bli­sko jak ty.

- Może zaczy­nasz robić błędy na sta­rość - odrze­kłem. - Zaczyna się od dro­bia­zgów. Na przy­kład zapo­mnia­łeś pozba­wić języka jed­nego ze swo­ich zbi­rów. Poczuje się wyklu­czony, jeśli tylko on będzie mógł mówić.

Nio­co­de­mus uśmiech­nął się jesz­cze sze­rzej. Już wcze­śniej spo­tka­łem jego bandę poplecz­ni­ków. Wszy­scy mieli wycięte języki.

Odwró­cił się w stronę Mab i zgiął wpół, bar­dziej ele­gancko niż kie­dy­kol­wiek byłem w sta­nie. To były maniery z innej epoki.

- Wasza Wyso­kość.

- Nico­de­mu­sie - odpo­wie­działa Mab lodo­wa­tym tonem. A potem, bar­dziej neu­tral­nym gło­sem, dodała: - Andu­rielu.

Nico­de­mus nawet nie drgnął, ale jego cho­lerny cień skło­nił głowę. Nie­ważne, ile razy widzia­łem takie akcje, wciąż przy­pra­wiały mnie o dresz­cze.

Nico­de­mus był Ryce­rzem Poczer­nia­łego Denara, a dokład­niej rzecz bio­rąc, był naj­waż­niej­szym z nich. Miał przy sobie jedną z trzy­dzie­stu srebr­nych monet, która zawie­rała esen­cję upa­dłego anioła Andu­riela. Z Dena­ria­nami lepiej nie zadzie­rać - cho­ciaż anioły nie mogły swo­bod­nie korzy­stać ze swo­jej mocy, gdyż pętała je więź z ich śmier­tel­nymi part­ne­rami, były rów­nie nie­bez­pieczne jak naj­gor­sze istoty kry­jące się w cie­niach, a kiedy łączyły siły z takimi sza­leń­cami jak Nico­de­mus, sta­wały się o wiele gor­sze. Z tego, co wie­dzia­łem, Nico­de­mus siał fer­ment od dwóch tysiąc­leci. Był bystry, bez­względny i twardy, a zabi­cie czło­wieka zna­czyło dla niego tyle samo co wyrzu­ce­nie pustej puszki po piwie.

Kie­dyś wygra­łem nasze star­cie. Jemu też raz się to udało. Żaden z nas nie był w sta­nie zabić dru­giego.

Na razie.

- Pro­szę o chwilę cier­pli­wo­ści - rzekł Nico­de­mus do Mab. - Zanim przej­dziemy dalej, jestem zmu­szony zająć się drobną kwe­stią doty­czącą wewnętrz­nego pro­to­kołu.

Przez uła­mek sekundy wyczu­wa­łem w powie­trzu atmos­ferę nie­za­do­wo­le­nia, aż w końcu Mab się ode­zwała.

- Oczy­wi­ście.

Nico­de­mus ponow­nie się ukło­nił, a potem odda­lił się o kilka kro­ków i zwró­cił w stronę zbira, który nas przy­pro­wa­dził. Przy­wo­łał go do sie­bie gestem.

- Podejdź, bra­cie Jor­da­nie.

Jor­dan sta­nął na bacz­ność, prze­łknął ślinę, a następ­nie pod­szedł sztyw­nym kro­kiem, przysta­nął dokład­nie przed Nico­de­mu­sem i ponow­nie wypro­sto­wał się jak struna.

- Prze­sze­dłeś próby Brac­twa - ode­zwał się Nico­de­mus cie­płym gło­sem. - Twoi towa­rzy­sze mają o tobie naj­wyż­sze mnie­ma­nie. Poza tym z nie­za­chwianą odwagą sta­wi­łeś czoło nie­bez­piecz­nemu wro­gowi. W mojej oce­nie wyka­za­łeś się lojal­no­ścią oraz odda­niem naszej spra­wie w stop­niu wykra­cza­ją­cym poza ramy jakiej­kol­wiek przy­sięgi. - Poło­żył dłoń na ramie­niu mło­dzieńca. - Masz jakieś ostat­nie słowa?

W oczach chło­paka zabły­sły emo­cje, a jego oddech przy­śpie­szył.

- Dzię­kuję, panie.

- Dobrze powie­dziane - szep­nął Nico­de­mus z uśmie­chem. - Deir­dre.

Druga osoba w altance wstała. Była to młoda kobieta w pro­stej czar­nej sukience. Miała szczu­płą, surową twarz i ciało obda­rzone nie­znacz­nie zary­so­wa­nymi, ele­ganc­kimi krą­gło­ściami, które przy­wo­dziły na myśl brzy­twę. Jej dłu­gie ciemne włosy paso­wały do czar­nych oczu, iden­tycz­nych jak u Nico­de­musa, a kiedy pode­szła do Jor­dana, posłała mu nie­mal sio­strzany uśmiech.

A potem się prze­mie­niła.

Naj­pierw mroczne kule jej oczu upodob­niły się do jam wypeł­nio­nych ogni­stym kar­ma­zy­no­wym bla­skiem. Druga para oczu, lśniąca zie­lono, otwo­rzyła się ponad pierw­szymi. Twarz kobiety się wykrzy­wiła, kości poru­szyły się pod skórą, która zafa­lo­wała, a następ­nie stę­żała i pociem­niała, przy­bie­ra­jąc brzydki fio­le­towy kolor świe­żego siniaka i gru­bie­jąc jak u zwie­rzę­cia. Suk­nia zami­go­tała i znik­nęła, uka­zu­jąc dotych­czas pod­kur­czone nogi, a znacz­nie wydłu­żone stopy wyglą­dały, jakby zgi­nały się w prze­ciwną stronę. Zmie­niły się także jej włosy - uro­sły, wysu­wa­jąc się z jej czaszki jak dzie­siątki wiją­cych się węży, po czym upodob­niły się do twar­dych, meta­licz­nych i czar­nych jak noc wstęg, które sze­le­ściły, poru­szały się i samo­ist­nie falo­wały.

W tym samym cza­sie cień Nico­de­musa urósł, cho­ciaż oświe­tle­nie w pomiesz­cze­niu nie ule­gło zmia­nie. Roz­cią­gnął się za jego ple­cami i roz­lał po ścia­nie, aż w końcu cał­ko­wi­cie objął tę część ogrom­nego pod­da­sza.

- Będzie­cie świad­kami prze­miany brata Jor­dana w giermka Jor­dana - ode­zwał się cicho.

Zie­lone oczy Deir­dre roz­bły­sły, gdy deli­kat­nie unio­sła zakoń­czone pazu­rami dło­nie do twa­rzy mło­dzieńca. Następ­nie zbli­żyła się i poca­ło­wała go roz­chy­lo­nymi ustami.

Mój żołą­dek wywi­nął koziołka. Nie dałem tego po sobie poznać.

Głowa Deidre drgnęła do przodu, a ciało Jor­dana zesztyw­niało. Zza pie­częci jej ust wyrwał się stłu­miony krzyk, który szybko się urwał. Zoba­czy­łem, jak Deir­dre zaci­ska zęby, a po chwili gwał­tow­nie szarp­nęła głową do tyłu, jak rekin wyry­wa­jący kęs z ofiary. Odchy­liła głowę do tyłu w strasz­li­wej eks­ta­zie, a ja zoba­czy­łem mię­dzy jej zębami zakrwa­wiony język Jor­dana.

Fon­tanna krwi try­snęła z ust mło­dzieńca. Wydał z sie­bie nie­ar­ty­ku­ło­wany dźwięk, a następ­nie zato­czył się i opadł na jedno kolano.

Deir­dre kil­ka­krot­nie szarp­nęła głową, jak mewa poże­ra­jąca rybę, wyda­jąc przy tym ciche odgłosy prze­ły­ka­nia. Potem zadrżała i powoli otwo­rzyła pło­nące oczy. Odwró­ciła się i pode­szła do Nico­de­musa z fio­le­to­wymi ustami poczer­nia­łymi od krwi.

- Gotowe, ojcze - wyszep­tała.

Nico­de­mus poca­ło­wał ją w usta, a fakt, że zro­bił to z języ­kiem, tym razem zaszo­ko­wał mnie jesz­cze bar­dziej niż wtedy, gdy zoba­czy­łem to po raz pierw­szy.

Po chwili ode­rwał się od ust Deir­dre.

- Powstań, giermku Jor­da­nie.

Mło­dzie­niec chwiej­nie dźwi­gnął się na nogi. Dolna połowa jego twa­rzy była zalana krwią, która ska­py­wała mu po bro­dzie i szyi.

- Przy­łóż do rany lód i idź do leka­rza, giermku - pole­cił Nico­de­mus. - Gra­tu­luję.

Oczy Jor­dana ponow­nie roz­bły­sły, a usta wykrzy­wił maka­bryczny uśmiech. Odwró­cił się i pośpiesz­nie odda­lił, zosta­wia­jąc za sobą krwawe ślady.

Skrę­cało mnie w żołądku. Pew­nego dnia będę musiał się nauczyć trzy­mać gębę na kłódkę. Nico­de­mus wła­śnie oka­le­czył chło­paka, tylko dla­tego, że pozwo­li­łem sobie na drobną zło­śli­wość. Zaci­sną­łem zęby i posta­no­wi­łem, że to, co się stało, będzie sta­no­wiło przy­po­mnie­nie, z jakim potwo­rem mam do czy­nie­nia.

- Już po wszyst­kim - ode­zwał się Nico­de­mus do Mab. - Prze­pra­szam za wszel­kie nie­do­god­no­ści.

- Dokoń­czymy nasze sprawy? - spy­tała Mab. - Mój czas jest cenny.

- Oczy­wi­ście - zgo­dził się Nico­de­mus. - Wiesz, dla­czego się z tobą skon­tak­to­wa­łem.

- Ow­szem - przy­znała Mab. - Andu­riel kie­dyś zaofe­ro­wał mi usługi swo­jego... wspól­nika. Teraz spła­cam ten dług, uży­cza­jąc ci swo­jego czło­wieka.

- Chwi­leczkę. Co takiego? - wtrą­ci­łem się.

- Dosko­nale - rzekł Nico­de­mus i podał Mab wizy­tówkę. - Spo­tkamy się tutaj w naszym skrom­nym gro­nie o świ­cie.

Mab się­gnęła po wizy­tówkę i poki­wała głową.

- Zgoda.

Chwy­ci­łem wizy­tówkę, zanim zdą­żyła ją przy­jąć.

- Wcale nie - rzu­ci­łem. - Nie zamie­rzam pra­co­wać z tym psy­cho­patą.

- Raczej socjo­patą - odrzekł Nico­de­mus. - Cho­ciaż ze wzglę­dów prak­tycz­nych te okre­śle­nia są sto­so­wane nie­mal wymien­nie.

- W każ­dym razie paskudny z cie­bie typ i ani tro­chę ci nie ufam - burk­ną­łem i odwró­ci­łem się do Mab. - Powiedz, że nie mówisz poważ­nie.

- Śmier­tel­nie poważ­nie - odparła suro­wym tonem. - Pój­dziesz z Archle­one i udzie­lisz mu wszel­kiej moż­li­wej pomocy, dopóki nie wypełni swo­jego zada­nia.

- Jakiego zada­nia? - spy­ta­łem ostro.

Mab na niego popa­trzyła.

Nico­de­mus posłał mi uśmiech.

- To nie­zbyt skom­pli­ko­wane, cho­ciaż trudne, nie prze­czę. Obra­bu­jemy skar­biec.

- Nie potrze­bu­jesz do tego niczy­jej pomocy - odpar­łem. - Możesz pora­dzić sobie z każ­dym skarb­cem na świe­cie.

- To prawda - przy­znał Nico­de­mus. - Ale ten skar­biec nie znaj­duje się tutaj, tylko w Pod­ziem­nym Świe­cie.

- W Pod­ziem­nym Świe­cie? - spy­ta­łem.

Mia­łem złe prze­czu­cia.

Nico­de­mus uśmiech­nął się bez emo­cji.

- Do kogo należy? - spy­ta­łem. - Czyj skar­biec zamie­rzasz obra­bo­wać?

- Przed­wiecz­nej istoty o ogrom­nej mocy - odpo­wie­dział szorst­kim gło­sem i uśmiech­nął się sze­rzej. - Być może znasz go pod imie­niem Hades, władca Pod­ziem­nego Świata.

- Hades - powtó­rzy­łem. - Ten Hades. Grecki bóg.

- Wła­śnie on.

Powoli prze­nio­słem wzrok na Mab.

Jej twarz była piękna i dosko­nała. Mały kol­czyk pod­trzy­mu­jący mnie przy życiu ryt­micz­nie pul­so­wał chło­dem.

- Aha - ode­zwa­łem się cicho. - Na wszyst­kie dzwony pie­kieł.

ROZ­DZIAŁ CZWARTY

Mój mózg zwięk­szył obroty.

Zosta­łem przy­party do muru, ale to nie było dla mnie nic nowego. Przez lata takie sytu­acje nauczyły mnie, że warto za wszelką cenę zyskać nieco prze­strzeni, czasu lub wspar­cia.

Zło­wi­łem nie­prze­jed­nane spoj­rze­nie Mab.

- Musimy posta­wić jeden waru­nek - stwier­dzi­łem.

Zmru­żyła oczy.

- Jaki waru­nek?

- Wspar­cie - odrze­kłem. - Chcę, żeby towa­rzy­szyła mi jesz­cze jedna para oczu. Ktoś, kogo sam wybiorę.

- Dla­czego?

- Ponie­waż Nico­de­mus to mor­der­czy mor­derca - wyja­śni­łem. - A jeśli wer­buje dru­żynę, zapewne będzie się skła­dała z takich samych drani. Chcę pomoc­nika, który zadba o to, żeby któ­ryś z nich nie strze­lił mi w plecy, gdy tylko popa­trzę w inną stronę. W końcu tylko wypo­ży­czasz Ryce­rza Zimy. Nie pozby­wasz się go.

Mab unio­sła brew.

- Cóż...

- Oba­wiam się, że to wyklu­czone - ode­zwał się Nico­de­mus. - Wszystko już zostało zapla­no­wane i nie ma miej­sca na dodat­kowe osoby.

Mab bar­dzo powoli odwró­ciła ku niemu głowę.

- O ile pamię­tam - odparła ark­tycz­nym tonem - kiedy sam uży­czy­łeś mi swo­ich usług, zabra­łeś ze sobą swój pomiot. Uwa­żam, że ten waru­nek zapew­nia syme­trię.

Nico­de­mus zmru­żył oczy. Wziął głę­boki wdech, a potem lekko skło­nił głowę.

- Nie mam peł­nej wła­dzy nad wszyst­kimi zaan­ga­żo­wa­nymi stro­nami. Nie mogę zagwa­ran­to­wać bez­pie­czeń­stwa ani two­jego Ryce­rza, ani jego... dodat­ko­wego pomoc­nika.

Mab nie­mal się uśmiech­nęła.

- A ja nie mogę zagwa­ran­to­wać two­jego bez­pie­czeń­stwa, Sir Archle­one, jeśli sprze­nie­wie­rzysz się warun­kom umowy zawar­tej w dobrej wie­rze. Pro­po­nuję rozejm do chwili wyko­na­nia zada­nia.

Nico­de­mus przez chwilę się nad tym zasta­na­wiał, aż wresz­cie ski­nął głową.

- Zgoda.

- A więc zała­twione - rze­kła Mab i wyjęła wizy­tówkę z mojej dłoni. - Idziemy, mój Ryce­rzu?

Wbi­łem wzrok w Nico­de­musa i jego córkę o zakrwa­wio­nych ustach. Włosy Deir­dre zgrzy­tały i sze­le­ściły, ocie­ra­jąc się o sie­bie jak dłu­gie, kręte paski bla­chy.

Za cho­lerę nie pomogę temu sza­leń­cowi.

To jed­nak nie był odpo­wiedni czas ani miej­sce na takie dekla­ra­cje.

- Tak - odpo­wie­dzia­łem przez zaci­śnięte zęby. - Dobrze.

Nawet na chwilę nie odwra­ca­jąc się ple­cami do Dena­rian, podą­ży­łem za Mab do windy.

***

Na dole budynku odwró­ci­łem się w stronę ochro­nia­rzy Mab.

- A teraz wyjdź­cie i przy­pro­wadź­cie samo­chód - pole­ci­łem, ale żaden z nich nawet nie drgnął. - W porządku. Zade­kla­ro­wa­li­ście w jakimś for­mu­la­rzu, co ma się stać z waszymi szcząt­kami, prawda?

Sidhe zamru­gali. Popa­trzyli na Mab.

Mab wpa­try­wała się przed sie­bie. Widy­wa­łem posągi, które sil­niej mani­fe­sto­wały swoje pra­gnie­nia.

Ochro­nia­rze wyszli.

Zacze­ka­łem, aż zamkną się za nimi drzwi windy, po czym poru­szy­łem pal­cem i szep­ną­łem "Hexus", wkła­da­jąc w to nie­wielką dawkę siły woli. Śmier­telni mago­wie i tech­no­lo­gia to kiep­skie połą­cze­nie. Sama bli­skość kogoś uży­wa­ją­cego magii wystar­czy, by uszko­dzić więk­szość urzą­dzeń elek­tro­nicz­nych. A kiedy mag rze­czy­wi­ście pró­buje znisz­czyć takie urzą­dze­nia, nie­wiele z nich może mu się oprzeć.

Panel kon­tro­lny windy zaiskrzył i poczer­niał. Żarówki zga­sły z trza­skiem, podob­nie jak świa­tła awa­ryjne, i wnę­trze windy nagle pogrą­żyło się w ciem­no­ści, którą prze­ła­my­wała tylko odro­bina dzien­nego świa­tła sączą­cego się pod drzwiami.

- Postra­da­łaś zmy­sły? - spy­ta­łem Mab.

Nie pod­no­sząc głosu.

W kabi­nie było wystar­cza­jąco dużo świa­tła, żebym zoba­czył błysk jej oczu, gdy na mnie popa­trzyła.

- Nie zamie­rzam poma­gać temu palan­towi - wark­ną­łem.

- Zro­bisz dokład­nie to, czego się od cie­bie wymaga.

- Nie zro­bię - odpar­łem. - Wiem, jak to działa. Cokol­wiek on robi, będą z tego same pro­blemy. Komuś sta­nie się krzywda, a ja nie będę w tym uczest­ni­czył. Nie pomogę mu.

- Naj­wy­raź­niej nie­zbyt uważ­nie mnie słu­cha­łeś - odpo­wie­działa Mab.

- Naj­wy­raź­niej nic nie rozu­miesz - odburk­ną­łem. - Są takie rze­czy, któ­rych po pro­stu się nie robi, Mab. Jedną z nich jest poma­ga­nie takiemu potwo­rowi w osią­gnię­ciu jego celów.

- Nawet jeśli odmowa będzie cię kosz­to­wała życie?

Wes­tchną­łem.

- Nie widzia­łaś, co się działo przez ostat­nie dwa lata? Masz jesz­cze jakieś wąt­pli­wo­ści, że wolę umrzeć niż stać się czę­ścią cze­goś takiego?

Jej zęby bły­snęły bielą w ciem­no­ści.

- A jed­nak tutaj jesteś.

- Naprawdę zamie­rzasz to prze­for­so­wać? - spy­ta­łem. - Już chcesz stra­cić swo­jego nowego lśnią­cego ryce­rzyka?

- Trudno mówić o stra­cie, jeśli nie chce wyko­ny­wać pro­stych pole­ceń - odparła Mab.

- Będę wyko­ny­wał pole­ce­nia. Już to robi­łem.

- Ow­szem, na swój nie­udolny spo­sób.

- Po pro­stu nie tym razem.

- Zro­bisz to, o co zosta­niesz popro­szony - odrze­kła Mab i zbli­żyła się do mnie o krok. - W prze­ciw­nym razie cze­kają cię kon­se­kwen­cje.

Prze­łkną­łem ślinę.

Ostatni Rycerz, który roz­gnie­wał Mab, bła­gał mnie, żebym go zabił. Bie­dak był za to wdzięczny.

- Jakie kon­se­kwen­cje? - spy­ta­łem.

- Paso­żyt - wyja­śniła Mab. - Kiedy cię zabije i z cie­bie wyj­dzie, odszuka wszyst­kich, któ­rych znasz. Wszyst­kich, któ­rych kochasz. Następ­nie doszczęt­nie ich znisz­czy - zaczy­na­jąc od pew­nego dziecka.

Moje ręce pokryły się gęsią skórką. Mówiła o Mag­gie. Mojej córce.

- Ona nie ma z tym nic wspól­nego - wyszep­ta­łem. - Jest chro­niona.

- Nie przed czymś takim - odpo­wie­działa obo­jęt­nym tonem. - Nie przed istotą stwo­rzoną z two­jej esen­cji, podob­nie jak ona. Twoja śmierć przy­woła na świat śmier­cio­no­śne stwo­rze­nie, mój Ryce­rzu, które będzie wie­działo wszystko to, co ty, o two­ich sojusz­ni­kach. Kochan­kach. Rodzi­nie.

- Tak się nie sta­nie - odrze­kłem. - Wrócę na wyspę. Poin­stru­uję Alfreda, żeby uwię­ził tę istotę, gdy tylko się uwolni.

Mab tym razem szcze­rze się uśmiech­nęła. Wyglą­dało to groź­niej od jej suro­wego spoj­rze­nia.

- Moje słod­kie dziecko. - Pokrę­ciła głową. - A dla­czego uwa­żasz, że pozwolę ci wró­cić?

Zaci­sną­łem pię­ści i zęby.

- Ty... ty suko.

Mab mnie spo­licz­ko­wała.

No dobrze, to nie do końca oddaje to, co się stało. Jej ręka się poru­szyła. Jej dłoń tra­fiła w mój lewy poli­czek, a po chwili prawa strona mojej czaszki trza­snęła o drzwi windy. Moja głowa odbiła się jak piłeczka ping­pon­gowa, nogi zro­biły się mięk­kie jak z gumy i przyj­rza­łem się z bli­ska mar­mu­ro­wej posadzce. Metal zabrzę­czał jak gong i wciąż wibro­wał dwie minuty póź­niej, kiedy powoli usia­dłem. A może to była moja głowa.

- Cenię twoje suge­stie, pyta­nia, myśli i argu­menty, mój Ryce­rzu - ode­zwała się Mab spo­koj­nym gło­sem. Z gra­cją prze­su­nęła jedną stopę i oparła czu­bek obcasa na moim gar­dle. Tylko lekko naci­snęła, ale ból był pie­kielny. - Ale jestem Mab, śmier­tel­niku. Nie masz prawa mnie osą­dzać. Rozu­miesz?

Nie mogłem się ode­zwać, ponie­waż jej obcas naci­skał moją krtań. Lekko kiw­ną­łem głową.

- Jeśli chcesz, możesz mi się sprze­ci­wić - cią­gnęła. - Nie mogę ci tego zabro­nić. Jeśli tylko jesteś gotowy zapła­cić za to cenę.

Cof­nęła stopę z mojego gar­dła.

Usia­dłem i roz­ma­so­wa­łem szyję.

- To nie­zbyt mądry spo­sób na pod­trzy­ma­nie zdro­wych rela­cji zawo­do­wych - wychry­pia­łem.

- Uwa­żasz mnie za głu­pią, mój Ryce­rzu? - spy­tała. - Zasta­nów się.

Zmie­rzy­łem ją wzro­kiem. Mówiła z cał­ko­wi­tym spo­ko­jem. Nie spo­dzie­wa­łem się tego po tym, co jej powie­dzia­łem, po moim sprze­ci­wie. Ni­gdy nie cofała się przed oka­zy­wa­niem obu­rze­nia, gdy czuła, że są ku temu powody. Taki ide­alny spo­kój... nie był dla niej nie­ty­powy, ale spo­dzie­wa­łem się, że znacz­nie bar­dziej się przej­mie. Mój bunt zagra­żał jej pla­nom, a to ni­gdy nie wpro­wa­dzało jej w dobry nastrój.

Chyba że...

Zamkną­łem oczy i powtó­rzy­łem w myślach jej słowa.

- Pole­ci­łaś mi, żebym poszedł z Archle­one i udzie­lił mu wszel­kiej moż­li­wej pomocy, dopóki nie wypełni swo­jego zada­nia - powie­dzia­łem powoli.

- Zga­dza się. A to zada­nie, jak sam stwier­dził, polega na usu­nię­ciu zawar­to­ści pew­nego skarbca. - Pochy­liła się, chwy­ciła mnie jedną ręką za koszulę i pod­nio­sła tak łatwo, jak­bym był pie­skiem chi­hu­ahua. - Nie powie­dzia­łam, co masz zro­bić potem.

Zamru­ga­łem. Kil­ka­krot­nie.

- Chcesz... - zaczą­łem i od razu urwa­łem. - Chcesz, żebym go oszu­kał?

- Ocze­kuję, że spła­cisz mój dług, wypeł­nia­jąc moje pole­ce­nia - odrze­kła Mab. - A potem... - W ciem­no­ści znów ujrza­łem jej chy­try uśmiech. - Potem masz być sobą.

- Cokol­wiek Nico­de­mus knuje tym razem... ty też chcesz go powstrzy­mać - wydy­sza­łem.

Lekko prze­krzy­wiła głowę.

- Dobrze wiesz, że nie usza­nuje rozejmu - doda­łem cicho. - W któ­rymś momen­cie spró­buje mnie zała­twić. Zdra­dzi mnie.

- Oczy­wi­ście - zgo­dziła się. - Dla­tego ocze­kuję od cie­bie jesz­cze sku­tecz­niej­szej i bar­dziej kre­atyw­nej zdrady.

- A zara­zem zamie­rzasz dotrzy­mać słowa i mu pomóc? - spy­ta­łem ostro.

Jej uśmiech stał się bar­dziej dra­pieżny.

- Czy nie na tym polega gra? - spy­tała. - Kiedy byłam młod­sza, uwiel­bia­łam takie wyzwa­nia.

- No tak - odrze­kłem. - Kur­czę. Dzięki.

- Kapry­śność nie przy­stoi Ryce­rzowi Zimy. - Odwró­ciła się w stronę drzwi windy, na któ­rych wid­niało potężne wgnie­ce­nie w kształ­cie łba maga, a one otwo­rzyły się ze zgrzy­tem sprze­ciwu. - Jeśli to dla mnie zro­bisz, zadbam o bez­pieczne usu­nię­cie paso­żyta.

- W dru­ży­nie Nico­de­musa jest jego córka i Bóg raczy wie­dzieć, kto jesz­cze - odrze­kłem. - Będę miał zwią­zane ręce i ocze­ku­jesz, że wyjdę z tego cało?

- Jeśli chcesz prze­żyć, jeśli zależy ci na życiu two­ich przy­ja­ciół i rodziny, zro­bisz coś wię­cej - rzu­ciła Mab, wycho­dząc z windy. - Nie tylko wyj­dziesz z tego cało, ale obe­drzesz ich żyw­cem ze skóry.

ROZ­DZIAŁ PIĄTY

- Trzeba przy­znać Mab, że w pew­nym sen­sie prosi cię o zro­bie­nie cze­goś, w czym jesteś dobry - zauwa­żyła Kar­rin Mur­phy.

Zamru­ga­łem.

- Co to ma niby zna­czyć?

- Masz ten­den­cję do wykrę­ca­nia się z ukła­dów, w które się wplą­tu­jesz, Harry - odrze­kła. - Robi­łeś to nie raz.

- Czyli nie powi­nie­nem się prze­ciw­sta­wiać? - spy­ta­łem ostro.

- Raczej powi­nie­neś się sku­pić na tym, żeby w ogóle nie pako­wać się w takie sytu­acje, ale to tylko opi­nia skrom­nej byłej poli­cjantki.

Sie­dzie­li­śmy w salo­nie Kar­rin, w małym domu z róża­nym ogro­dem, który odzie­dzi­czyła po babci. Popi­jała her­batę, a jej musku­larne ciało leni­wie spo­czy­wało zwi­nięte w kłę­bek na końcu kanapy. Sie­dzia­łem w fotelu naprze­ciwko niej. Mój wielki szary kocur, Mister, prę­żył się i mru­czał na moich kola­nach, gdy czo­chra­łem go po grzbie­cie.

- Dobrze się nim opie­ko­wa­łaś - zauwa­ży­łem. - Dzię­kuję.

- Lubię jego towa­rzy­stwo - odrze­kła. - Cho­ciaż nie jestem pewna, czy nie byłoby mu lepiej z tobą.

Zaczą­łem dra­pać Mistera za uszami, tak jak lubił naj­bar­dziej. Jego mru­cze­nie przy­po­mi­nało odgłos minia­tu­ro­wej moto­rówki. Nie zda­wa­łem sobie sprawy z tego, jak bar­dzo tęsk­nię za tym futrza­kiem, dopóki nie pod­biegł do mnie i nie przy­warł bokiem do mojej pisz­czeli. Mister ważył pra­wie pięt­na­ście kilo­gra­mów. Zasta­na­wia­łem się, jak drobna Kar­ren bro­niła się przed powa­le­niem na pod­łogę za każ­dym razem, gdy wylew­nie ją witał. Może sto­so­wała jakieś tech­niki aikido.

- Moż­liwe - odrze­kłem. - Już się... zado­mo­wi­łem. A na wyspie nie ma niczego wystar­cza­jąco dużego, by mu zagra­żać. Ale zimy są tam mroźne, a on się sta­rzeje.

- Wszy­scy się sta­rze­jemy - zauwa­żyła Kar­rin. - Zresztą tylko na niego popatrz.

Mister prze­wró­cił się na grzbiet i rado­śnie pod­gry­zał moje opuszki pal­ców oraz trą­cał łapami moje przed­ra­miona i dło­nie, nie wysu­wa­jąc pazu­rów. Ow­szem, był sta­rym kocu­rem, który nosił na ciele ślady licz­nych bitew, miał kikut ogona i nad­szarp­nięte ucho, ale jed­no­cze­śnie był cho­ler­nie uro­czy i nagle łzy sta­nęły mi w oczach.

- No tak - odrze­kłem. - W końcu jest moim kum­plem, prawda?

Nie­bie­skie oczy Kar­rin uśmiech­nęły się do mnie ponad kra­wę­dzią fili­żanki. Gdyby nie cha­rak­ter, byłaby jak dziecko. Zło­ci­sto­brą­zowe włosy, które chyba jesz­cze ni­gdy nie były tak dłu­gie, zwią­zała w kucyk. Miała na sobie spodnie do jogi, pod­ko­szu­lek bez ręka­wów i fla­ne­lową koszulę, a kiedy się u niej poja­wi­łem, wła­śnie ćwi­czyła sztuki walki.

- Oczy­wi­ście - zgo­dziła się. - Mógł­byś też podejść do tego od dru­giej strony.

- Co masz na myśli?

- Mógł­byś tutaj zamiesz­kać - wyja­śniła, po czym dodała, nieco zbyt pośpiesz­nie: - W Chi­cago. Naprawdę mógł­byś wró­cić do mia­sta.

Zmarsz­czy­łem czoło, nie prze­sta­jąc bawić się z kotem.

- Nie... Kiedy następny dzi­wo­ląg spali moje miesz­ka­nie, mogę nie mieć tyle szczę­ścia co ostat­nim razem.

- Ostat­nim razem skoń­czy­łeś ze zła­ma­nym krę­go­słu­pem i na usłu­gach potwora - przy­po­mniała Kar­rin.

- No wła­śnie. A tylko dzięki auten­tycz­nej boskiej inter­wen­cji nie zgi­nął żaden z moich sąsia­dów. - Pokrę­ci­łem głową. - Wyspa nie jest przy­jem­nym miej­scem, ale nikt nie będzie tam szu­kał kło­po­tów.

- Poza tobą - odrze­kła łagod­nie. - Boję się, co się z tobą sta­nie, jeśli zosta­niesz tam zbyt długo. Taka izo­la­cja ci nie służy, Harry.

- To konieczne - stwier­dzi­łem. - Bez­piecz­niej­sze dla mnie i wszyst­kich dookoła mnie.

- Co za bzdury - odparła bez zło­ści. - Po pro­stu się boisz.

- Żebyś wie­działa - przy­zna­łem. - Boję się, że jakiś dzi­wo­ląg o owa­dzich oczach zabije nie­win­nych ludzi, ponie­waż przy­pad­kiem znajdą się nie­da­leko mnie.

- Nie, wcale nie to cię prze­raża. - Mach­nęła ręką. - Nie chcesz, żeby to się stało, i będziesz z tym wal­czył, jeśli do tego doj­dzie, ale nie tego się boisz.

Zmarsz­czy­łem czoło, opusz­cza­jąc wzrok na Mistera.

- Naprawdę... nie mam ochoty o tym roz­ma­wiać.

- Pogódź się z tym - powie­działa Kar­rin, jesz­cze łagod­niej. - Harry, kiedy wam­piry porwały Mag­gie... zbu­rzyły twoje życie. Ode­brały ci wszystko, co zna­łeś. Twoje biuro. Twój dom. Nawet tam­tego bła­zeń­skiego sta­rego grata.

- Nie­bie­ski Chra­bąszcz wcale nie był bła­zeń­ski - sprze­ci­wi­łem się ostro. - To była machina spra­wie­dli­wo­ści.

Nie patrzy­łem na nią, ale sły­sza­łem w jej gło­sie weso­łość, a także coś, co mogło ucho­dzić za współ­czu­cie.

- Jesteś przy­wią­zany do swo­ich nawy­ków, Harry. A oni ode­brali ci wszyst­kie zna­jome miej­sca i przed­mioty. To cię zra­niło.

Coś mrocz­nego i wście­kłego poru­szyło się w moim wnę­trzu, gro­żąc wyrwa­niem się na wol­ność. Powstrzy­ma­łem to.

- Dla­tego idea for­tecy, zna­jo­mego miej­sca, któ­rego nikt nie może ci zabrać, tak bar­dzo do cie­bie prze­ma­wia - stwier­dziła Kar­rin. - Nawet jeśli to ozna­cza odcię­cie się od wszyst­kich.

- To nie tak - odpar­łem.

Cho­dziło o coś innego.

Ale czy na pewno?

- Poza tym jestem zado­wo­lony - doda­łem.

- Wcale nie - odrze­kła Kar­rin spo­koj­nie. - Daleko ci do zado­wo­le­nia. Musisz to sobie uświa­do­mić.

Futro Mistera było mięk­kie i bar­dzo cie­płe w dotyku. Jego łapy deli­kat­nie muskały moje dło­nie. Miał ostre zęby, któ­rymi deli­kat­nie kąsał mnie po nad­garst­kach. Już zapo­mnia­łem, jak wielką przy­jem­ność spra­wiały mi dotyk i bli­skość tego futrzaka.

Jak mogłem o tym zapo­mnieć?

("Jestem tylko czło­wie­kiem").

("Na razie").

Powoli pokrę­ci­łem głową.

- To... nie jest naj­lep­sza chwila na ana­li­zo­wa­nie moich uczuć.

- Wiem o tym - przy­znała. - Ale nie widzia­łam cię od mie­sięcy. A jeśli nie będę miała kolej­nej oka­zji? - Odsta­wiła fili­żankę na spodek. - Wiem, że masz zada­nie do wyko­na­nia, ale musisz zro­zu­mieć, że twoi przy­ja­ciele się o cie­bie mar­twią. To też jest ważne.

- Moi przy­ja­ciele - odrze­kłem. - Więc to... gru­powy pro­jekt?

Kar­rin przez chwilę mi się przy­glą­dała. Potem wstała i sta­nęła obok fotela. Przez kilka sekund się zasta­na­wiała, a następ­nie odgar­nęła mi włosy z oczu.

- Cho­dzi o mnie, Harry.

Poczu­łem, że zamy­kają mi się oczy. Przy­war­łem do ręki Kar­rin. Jej skóra była nie­zwy­kle gorąca w porów­na­niu z lodo­wa­tymi pal­cami Mab, które musnęły mnie wcze­śniej. Przez jakiś czas tak trwa­li­śmy, a gar­dłowe mru­cze­nie Mistera roz­brzmie­wało w pomiesz­cze­niu.

W dotyku dru­giego czło­wieka kryje się wielka moc. Nie­ustan­nie dajemy temu wyraz za pomocą drob­nych gestów. Nie bez powodu ludzie witają się uści­skiem dłoni, trzy­mają się za ręce, przy­bi­jają piątki czy zde­rzają się pię­ściami.

To ma swój począ­tek w naszych naj­wcze­śniej­szych wspo­mnie­niach, gdy przy­cho­dzimy na ten świat ośle­pieni świa­tłem i kolo­rami, ogłu­szeni cha­otycz­nym dźwię­kiem, mio­ta­jąc się w zaska­ku­jąco olbrzy­miej prze­strzeni bez żad­nych punk­tów orien­ta­cyj­nych, drżąc z zimna, tra­wieni gło­dem, w zro­zu­miały spo­sób prze­ra­żeni i oszo­ło­mieni. A co zmie­nia ten pier­wotny stan grozy?

Dotyk czy­ichś dłoni.

Dłoni, które ota­czają nas cie­płem i przy­tu­lają. Dłoni, które pro­wa­dzą nas do schro­nie­nia, wygody, poży­wie­nia. Dłoni, które nas pod­trzy­mują, doty­kają i pocie­szają pod­czas pierw­szego kry­zysu i kie­rują ku pierw­szemu schro­nie­niu przed cier­pie­niem. Pierw­szym, czego się uczymy, jest fakt, że czyjś dotyk może zła­go­dzić ból i wszystko napra­wić.

Oto praw­dziwa moc. Tak fun­da­men­talna, że więk­szość ludzi nie zdaje sobie sprawy z jej ist­nie­nia.

Opar­łem się głową o dłoń Kar­rin i ponow­nie zadrża­łem.

- W porządku - powie­dzia­łem cicho. - W porządku. To też jest ważne.

- Dobrze - odrze­kła. Jesz­cze przez chwilę trzy­mała palce w moich wło­sach, a potem cof­nęła rękę. Zabrała nasze fili­żanki i odnio­sła je do kuchni. - A więc dokąd się wybra­łeś po opusz­cze­niu hotelu?

- Słu­cham? - zdzi­wi­łem się.

Jej głos pły­nął do mnie z kuchni.

- Z tego, co mi mówi­łeś, wysze­dłeś od Nico­de­musa jakieś trzy godziny temu. Co robi­łeś od tam­tej pory?

- Eee... no tak.

Wró­ciła do pokoju i popa­trzyła na mnie z unie­sio­nymi zło­ci­stymi brwiami.

- A gdy­bym ci powie­dział, że musisz mi zaufać?

Zmarsz­czyła czoło i prze­krzy­wiła głowę, ale po chwili na jej ustach poja­wił się uśmiech.

- Szu­ka­łeś infor­ma­cji, prawda?

- Eee... Powiedzmy, że dopóki nie będę wie­dział wię­cej na temat tego, z czym muszę się zmie­rzyć, zamie­rzam być dużo bar­dziej dys­kretny niż zwy­kle.

Zmarsz­czyła czoło.

- Powiedz, że nie robisz tego, by mnie chro­nić.

- Sko­pa­ła­byś mi tyłek - odrze­kłem. - Robię to, żeby chro­nić sie­bie.

- Dzię­kuję - odpo­wie­działa. - Chyba.

- Nie dzię­kuj mi. Wciąż coś przed tobą ukry­wam. Ale uwa­żam, że to koniecz­ność.

- Czyli mam ci zaufać.

- Tak.

Roz­ło­żyła ręce.

- No dobrze. Więc jaki masz plan? Zakła­dam, że chcesz, abym zwer­bo­wała oddział wspar­cia i cze­kała na roz­wój wyda­rzeń, pod­czas gdy ty i Tho­mas będzie­cie się bawili ze zło­czyń­cami.

Pokrę­ci­łem głową.

- Nic z tych rze­czy. Chcę, żebyś poszła ze mną.

To na chwilę ode­brało jej mowę. Jej oczy lekko się roz­sze­rzyły.

- Z tobą. Kiedy będziesz napa­dał na grec­kiego boga.

- Tech­nicz­nie rzecz bio­rąc, to będzie wła­ma­nie - odrze­kłem. - Gdyby ktoś wyce­lo­wał spluwę w Hadesa, zasłu­gi­wałby na wszystko, co go spo­tka.

- Dla­czego ja? - spy­tała. - Tho­mas ma noże i nad­ludzką siłę.

- Nie potrze­buję noży ani nad­ludz­kiej siły - odpar­łem. - Jaka jest pierw­sza zasada bez­pie­czeń­stwa na ulicy?

- Czuj­ność - odpo­wie­działa natych­miast. - Nie­za­leż­nie od tego, jakim jesteś twar­dzie­lem, jeśli nie zoba­czysz, że zbli­żają się kło­poty, nie będziesz w sta­nie się obro­nić.

- Wła­śnie. Jesteś mi potrzebna, ponie­waż nie masz nad­ludz­kich zdol­no­ści. Ni­gdy ich nie mia­łaś. Ni­gdy na nich nie pole­ga­łaś. Potrze­buję dodat­ko­wej pary oczu. Muszę wie­dzieć, co się dzieje, mieć kogoś, kto będzie mnie pil­no­wał, zwra­cał uwagę na szcze­góły. Jako detek­tyw dostrze­głaś, że nad­przy­ro­dzone zja­wi­ska są praw­dziwe, pod­czas gdy wszy­scy inni sta­rali się je wytłu­ma­czyć. Sta­wia­łaś czoło naj­gor­szym wro­gom i prze­ży­łaś. Nie znam nikogo bar­dziej spo­strze­gaw­czego.

Kar­rin przez chwilę się nad tym zasta­na­wiała, a potem powoli poki­wała głową.

- I uwa­żasz... że jestem na tyle zwa­rio­wana, by się zgo­dzić?

- Potrze­buję cię - odrze­kłem.

Spo­chmur­niała.

- Idę po broń.

ROZ­DZIAŁ SZÓ­STY

Kar­rin zawio­zła nas pod adres z wizy­tówki swoim nowym samo­cho­dem, jed­nym z tych nie­wiel­kich japoń­skich SUV-ów, które tak lubią w Con­su­mer Reports. Dotar­li­śmy na miej­sce mniej wię­cej dzie­sięć minut przed zmierz­chem.

- Opusz­czona rzeź­nia - zauwa­żyła. - Ele­gancko.

- Myśla­łem, że zbu­rzono i prze­bu­do­wano dziel­nicę zagród dla bydła.

Kar­rin zapar­ko­wała i spraw­dziła pisto­let SIG, który trzy­mała w kabu­rze pod pachą.

- Pra­wie w cało­ści. Pozo­stało kilka ruin.

Ruiną, o którą cho­dziło, był długi dwu­pię­trowy budy­nek o pro­stej kan­cia­stej kon­struk­cji, cią­gnący się przez całą prze­cznicę. Był zapad­nięty, brudny, pokryty pla­mami i graf­fiti. Kosz­ma­rek, który zapewne stał tutaj od cza­sów dru­giej wojny świa­to­wej. Na boku budynku wid­niał nie­mal nie­czy­telny napis: SPÓŁKA MIĘ­SNA SUL­LI­VANA. Wokół niego wzno­siły się odno­wione kamie­nice prze­zna­czone na biura, ale zauwa­ży­łem, że żadna z pra­cu­ją­cych w nich osób nie zde­cy­do­wała się zosta­wić auta od strony rzeźni.

Nie musia­łem wysia­dać z samo­chodu, by poczuć ener­gię ota­cza­jącą budy­nek - mroczną, złą aurę, która skła­nia ludzi i zwie­rzęta do omi­ja­nia pew­nych miejsc, pozor­nie bez powodu. Ruch uliczny bez­myśl­nie kłę­bił się po obrze­żach oko­licz­nych prze­cznic, naśla­du­jąc ruchy Browna. W każ­dym mie­ście są takie miej­sca, do któ­rych ludzie nie chcą się zapusz­czać. Nie ucie­kają z nich z wrza­skiem, ale tak się składa, że nikt ni­gdy nie znaj­duje powodu, by skrę­cić w daną ulicę albo na niej przy­sta­nąć. Nie bez powodu.

W takich miej­scach dzieją się złe rze­czy.

- Wcho­dzimy? - spy­ta­łem Kar­rin.

- Poob­ser­wujmy przez chwilę - odrze­kła. - Zoba­czymy, co się wyda­rzy.

- Jasne, pani obser­wa­torko.

- Wyobraź sobie, że wła­śnie kopię cię w kostkę - syk­nęła Kar­rin. - Nie zro­bię tego naprawdę, ponie­waż to poni­żej mojej god­no­ści.

- Od kiedy?

- Nie chcę, żeby prze­szły na mnie twoje chło­pac­kie zarazki - odparła, patrząc na ulicę. - Co chce zdo­być Nico­de­mus?

- Nie mam poję­cia - odpo­wie­dzia­łem. - A jeśli nawet powie, możemy bez­piecz­nie zało­żyć, że skła­mie.

- W takim razie odwróćmy to pyta­nie. Co takiego ma Hades?

- Otóż to. Moje źró­dła dono­szą, że jest kolek­cjo­ne­rem nad­przy­ro­dzo­nego świata. Sły­nie z tego. Dzieła sztuki, skarby, klej­noty, biżu­te­ria, antyki, ma wszystko.

- Nico­de­mus nie wygląda na ama­tora anty­ków.

Par­sk­ną­łem.

- To zależy. Są różne antyki. Stare monety. Stare mie­cze.

- Uwa­żasz, że może cho­dzić o jakiś magiczny arte­fakt?

- Tak, o coś kon­kret­nego - przy­zna­łem. - Wszystko inne mógłby zdo­być z innych źró­deł.

- A może chce coś osią­gnąć poprzez sam akt wła­ma­nia?

Wzru­szy­łem ramio­nami.

- Na przy­kład co? Nie licząc wku­rze­nia potęż­nego i pato­lo­gicz­nie mści­wego cho­ler­nego grec­kiego bóstwa. Ci goście trak­tują takie sprawy oso­bi­ście.

- No tak. A jeśli chce spra­wić, by wła­ma­nie wyglą­dało na robotę kogoś innego?

Stęk­ną­łem.

- Warto to roz­wa­żyć. Ale mam wra­że­nie, że ist­nieją na to prost­sze spo­soby niż wła­ma­nie do czy­jejś wer­sji pie­kła. - Zmarsz­czy­łem czoło. - Mogę cię o coś zapy­tać?

- Jasne.

- Zamie­rzasz zabrać ze sobą któ­ryś z mie­czy?

Kar­rin posia­dała dwa mie­cze, któ­rych ostrza wykuto z wyko­rzy­sta­niem gwoź­dzi z Krzyża (tak, tego Krzyża). Były to potężne tali­zmany, które dzier­żyli Ryce­rze Mie­cza, natu­ralni wro­go­wie Nico­de­musa i jego dru­żyny trzy­dzie­stu sza­leń­ców ze srebr­ni­kami (tak, tymi srebr­ni­kami).

Zmarsz­czyła czoło, nie prze­sta­jąc obser­wo­wać ulicy, i przez chwilę nie odpo­wia­dała. Kiedy wresz­cie się ode­zwała, mia­łem wra­że­nie, że sta­ran­nie dobiera słowa.

- Wiesz, że muszę ostroż­nie się z nimi obcho­dzić.

- To broń, a nie szklane figurki, Kar­rin - odrze­kłem. - Jaki jest sens posia­da­nia dwóch świę­tych mie­czy słu­żą­cych do walki ze złem, jeśli od czasu do czasu, no wiesz, nie wal­czysz nimi ze złem?

- Mie­cze są dziwne - odparła. - To naj­sku­tecz­niej­sze napę­dzane siłą mię­śni narzę­dzia do zabi­ja­nia. Ale zara­zem są deli­katne. Jeśli nie­wła­ści­wie się ich używa, pękają jak szkło.

- Dena­ria­nie są na polu bitwy - zauwa­ży­łem. - To prze­ciwko nim miały być uży­wane mie­cze.

- Miały być uży­wane prze­ciwko temu, co tkwi wewnątrz monet. Nato­miast osoby, które dzierżą monety, miały być oca­lone - odrze­kła ze współ­czu­ciem w gło­sie. - Wła­śnie dla­tego ich nie zabra­łam. Nie chcę oca­lić tych zwie­rząt, Harry. Poza tym nie wystar­czy użyć mie­czy prze­ciwko wła­ści­wemu wro­gowi. Trzeba ich użyć z wła­ści­wego powodu, w prze­ciw­nym razie można je stra­cić na zawsze. Nie zamie­rzam się do tego przy­czy­nić.

- Więc po pro­stu będą u cie­bie bez­czyn­nie leżały? - spy­ta­łem.

- Prze­każę je komuś, kto według mnie będzie je mądrze i dobrze wyko­rzy­sty­wał - odpo­wie­działa spo­koj­nie. - Ale tacy ludzie nie poja­wiają się każ­dego dnia. Bycie straż­ni­kiem mie­czy to poważne zada­nie, Harry. Prze­cież wiesz.

Wes­tchną­łem.

- Tak, wiem. Ale Nico­de­mus i jego córka są w tam­tym budynku i przy­da­łaby nam się każda prze­waga.

Kar­rin nagle się uśmiech­nęła. Prze­mie­niło to jej twarz, cho­ciaż oczy nie prze­stały lustro­wać oko­licy.

- Musisz mieć odro­binę wiary.

- Wiary?

- W to, że jeśli Rycerz Mie­cza ma się tutaj poja­wić, to tak się sta­nie. Sanya może w każ­dej chwili nadejść ulicą i wsiąść do naszego samo­chodu.

Skrzy­wi­łem się na tę myśl, cho­ciaż Kar­rin zapewne miała rację. Kiedy Rycerz Mie­cza ma zain­ter­we­nio­wać, zawsze się poja­wia, nie­za­leż­nie od tego, kto i co sta­nie mu na dro­dze. Widzia­łem to nie raz. Ale... jakaś część mnie nie chciała rezy­gno­wać z prze­wagi, jaką dałyby nam mie­cze.

Oczy­wi­ście wła­śnie na tym polega wiara - na odpusz­cze­niu i zaufa­niu Komuś Innemu.

Może mago­wie po pro­stu mają trud­no­ści z odda­wa­niem kon­troli. Zwłasz­cza gdy dys­po­nują tak wielką oso­bi­stą mocą. Kiedy ktoś już uzy­ska dostęp do pier­wot­nych potęg, które stwo­rzyły wszech­świat, nie jest mu łatwo wypu­ścić je z rąk. To by z pew­no­ścią tłu­ma­czyło, dla­czego pra­wie żaden ze zna­nych mi magów nie był choć odro­binę reli­gijny.

Poza tym to wyraź­nie poka­zy­wało, dla­czego ni­gdy, przeni­gdy nie mógł­bym zostać Ryce­rzem. Oczy­wi­ście nie licząc tego, że pra­co­wa­łem dla kró­lo­wej nie­go­dzi­wych elfów i wcho­dzi­łem w kon­szachty z takimi palan­tami jak Nico­de­mus.

Kar­rin zer­k­nęła we wsteczne lusterko i sku­piła wzrok.

- Samo­chód - powie­działa cicho.

Gdyby to był film szpie­gow­ski, spo­koj­nie obser­wo­wał­bym przy­by­szów w lusterku albo w spe­cjal­nych lustrza­nych oku­la­rach. Ale nie jestem szpie­giem, nie jestem spo­kojny i nie przy­wią­zuję zbyt­niej wagi do dys­kre­cji, więc okrę­ci­łem się na sie­dze­niu i wyj­rza­łem przez tylną szybę.

Biały sedan z naklejką wypo­ży­czalni na zde­rzaku pod­je­chał do kra­węż­nika w poło­wie prze­cznicy. Zadrżał przy tym, jakby jego sil­nik odma­wiał współ­pracy, mimo że auto było nowe. Zanim cał­ko­wi­cie się zatrzy­mało, drzwi od strony pasa­żera otwo­rzyły się i z samo­chodu wysia­dła kobieta.

Robiła osza­ła­mia­jące wra­że­nie - była smu­kła, miała pra­wie metr osiem­dzie­siąt wzro­stu i mocno krę­cone ciemne włosy się­ga­jące nie­mal do pasa. Nosiła ciemne oku­lary, jeansy oraz gruby, obci­sły szkar­łatny swe­ter, który wypeł­niała wyraź­niej niż więk­szość kobiet. Jej kow­bojki śmiało ude­rzały o asfalt, gdy prze­mie­rzała ulicę dłu­gimi kro­kami, kie­ru­jąc się do sta­rej rzeźni. Wysu­nęła do przodu ostry pod­bró­dek, mocno zaci­snęła usta i kro­czyła tak, jakby była pewna, że ma wolną drogę - a przy­naj­mniej powinna mieć.

- Nie­zła laska - zauwa­żyła Kar­rin neu­tral­nym tonem. - Czło­wiek?

Nie wyczu­wa­łem od niej żad­nych nad­przy­ro­dzo­nych wibra­cji, ale zagro­że­nie można roz­po­znać na wię­cej spo­so­bów.

- Nie jestem pewien - odrze­kłem. - Ale chyba wiem, kim ona jest.

- Kim?

- Czar­no­księż­ni­kiem.

- To mag, który zszedł na złą drogę, prawda?

- Tak. Kiedy byłem w Straży, roz­sy­łano pla­katy z podo­bi­znami poszu­ki­wa­nych czar­no­księż­ni­ków, żeby Straż­nicy mogli ich roz­po­znać. Nie polo­wa­łem na nich, ale rów­nież otrzy­my­wa­łem te prze­syłki.

- Dla­czego tego nie robi­łeś? - spy­tała. - Podobno są nie­bez­pieczni.

- Więk­szość z nich to nie­bez­pieczne dzieci - odpar­łem. - Dzie­ciaki, któ­rych nikt nie nauczył Praw Magii lub nawet im o nich nie powie­dział. - Wska­za­łem kobietę głową. - Ona nazywa się Han­nah Ascher. Ukry­wała się dłu­żej niż jaki­kol­wiek inny czar­no­księż­nik w naj­now­szej histo­rii. Myśle­li­śmy, że sześć lat temu zgi­nęła w poża­rze w... Austra­lii, jeśli się nie mylę.

- Ty kie­dyś uto­ną­łeś. Jak dużą pre­sję wywie­rała na tobie Rada, gdy już było po wszyst­kim?

- Masz rację - przy­zna­łem.

- Co ona prze­skro­bała? - spy­tała Kar­rin.

- Pier­wot­nie? Ascher spa­liła trzech męż­czyzn żyw­cem, od środka.

- Jezu.

- Zabiła jed­nego Straż­nika, jesz­cze zanim roz­po­czą­łem służbę. Trzech kolej­nych posłała do szpi­tala.

- Tych magów szko­lono, żeby polo­wali na czar­no­księż­ni­ków, a ona ich zała­twiła?

- Ow­szem. Pew­nie dla­tego teraz nie boi się tam wejść.

- My też się nie prze­stra­szymy - odrze­kła Kar­rin.

- Nie ma mowy - zgo­dzi­łem się.

- Wysiada kie­rowca.

Otwo­rzyły się drzwi po stro­nie kie­rowcy i auto opu­ścił łysy, masywny męż­czy­zna śred­niego wzro­stu ubrany w drogi czarny gar­ni­tur. Roz­po­zna­łem go, jesz­cze zanim zdjął oku­lary prze­ciw­sło­neczne i odsło­nił oczy przy­po­mi­na­jące małe zie­lone agaty. Kar­rin także go poznała i cicho wark­nęła. Scho­wał oku­lary do kie­szeni, popra­wił coś, zapewne broń, w kabu­rze pod pachą, a następ­nie pośpiesz­nie ruszył w ślad za Ascher, z wyra­zem roz­draż­nie­nia na twa­rzy o tępych rysach.

- Bin­der - powie­działa.

- Ernest Armand Tin­whi­stle - doda­łem. - Nic dziw­nego, że z takim głu­pa­wym nazwi­skiem zde­cy­do­wał się na przy­do­mek.

Cho­ciaż tak naprawdę to nie on go wybrał. Przy­do­mek Bin­der, czyli "Wią­żący", nadali mu Straż­nicy, gdy odkryli, że jakimś cudem zdo­łał zwią­zać i zmu­sić do posłu­szeń­stwa cały klan istot z Nig­dy­nigdy. Potra­fił przy­wo­łać skromną hordę huma­no­idal­nych istot, które naj­wy­raź­niej nie odczu­wały bólu ani stra­chu i były gotowe bez waha­nia poświę­cić życie. Bin­der był jed­no­oso­bową armią, a ja powie­dzia­łem temu małemu palan­towi, że jeśli ponow­nie zoba­czę go w moim mie­ście, to go wykoń­czę. Kaza­łem mu się trzy­mać z dala, tym­cza­sem on wła­śnie się tutaj poja­wił.

Przez jakieś trzy sekundy nie mogłem myśleć o niczym wię­cej poza pozba­wie­niem go życia. Musiał­bym to zro­bić szybko, sprząt­nąć go, zanim zdoła przy­wo­łać swo­ich kum­pli, na przy­kład skrę­cić mu kark. Otwo­rzyć drzwi auta. Wysia­da­jąc, przy­wo­łać roz­błysk świa­tła, żeby go ośle­pić, skoro wła­śnie zdjął oku­lary. Kil­ka­na­ście szyb­kich kro­ków, potem chwyt za szczękę i tył głowy, gwał­towny ruch w górę i w bok, a następ­nie posta­wie­nie tar­czy, na wypa­dek gdyby jego mózg pozo­stał przy życiu na tyle długo, by rzu­cić na mnie śmier­cio­no­śną klą­twę.

- Harry - ode­zwała się Kar­rin cichym, suro­wym gło­sem.

Uświa­do­mi­łem sobie, że ciężko dyszę, a mój oddech zmie­nia się w szron, gdy moc Ryce­rza Zimy zaczęła przej­mo­wać kon­trolę nad moimi odru­chami zgod­nie z pier­wot­nym pra­gnie­niem obrony tery­to­rium przed intru­zem. Tem­pe­ra­tura w samo­cho­dzie spa­dła, zupeł­nie jakby Kar­rin pod­krę­ciła kli­ma­ty­za­cję. Woda skra­plała się na szy­bach.

Kiedy Zima zbu­dziła się we mnie, zamkną­łem oczy i ją powstrzy­ma­łem. Robi­łem to tak czę­sto w ciągu ostat­niego roku spę­dzo­nego na wyspie, że pra­wie weszło mi to w krew. Nie da się stłu­mić wyją­cego, pry­mi­tyw­nego pra­gnie­nia prze­mocy, które towa­rzy­szy mocy Zimy, za pomocą zwy­kłych tech­nik głę­bo­kiego oddy­cha­nia. Odkry­łem tylko jeden sku­teczny spo­sób. Musia­łem dopu­ścić do głosu swój racjo­nalny umysł. Dla­tego powtó­rzy­łem w myślach tabliczkę mno­że­nia i kilka pod­sta­wo­wych mate­ma­tycz­nych wzo­rów, co zajęło mi kilka sekund, a następ­nie prze­ciw­sta­wi­łem bez­li­to­sną logikę pra­gnie­niu zamor­do­wa­nia Bin­dera na ulicy.

- Po pierw­sze, świad­ko­wie - wyszep­ta­łem. - Cho­ciaż oko­lica jest opu­sto­szała, to wciąż Chi­cago i ktoś może zwró­cić na mnie uwagę. Po dru­gie, tam jest Ascher, która może sta­nąć po jego stro­nie i ude­rzyć na mnie od tyłu, zanim zdążę się obro­nić. Po trze­cie, jeśli facet okaże się na tyle zwinny, by nie dać się pochwy­cić, zaata­kują mnie z dwóch stron.

Gdzieś w moim wnę­trzu Zima wark­nęła i splu­nęła z roz­cza­ro­wa­niem, ale wyco­fała się i odpły­nęła z moich myśli. Cho­ciaż pozo­sta­wiła mnie zmę­czo­nym i osła­bio­nym, mój oddech i tem­pe­ra­tura ciała wró­ciły do normy.

Patrzy­łem, jak Bin­der ocię­ża­łym truch­tem doga­nia Ascher. Roz­ma­wia­jąc cicho, weszli do daw­nej rzeźni.

- Po czwarte, zabi­ja­nie ludzi jest złe - mruk­ną­łem pod nosem.

Zda­łem sobie sprawę, że Kar­rin na mnie patrzy. Zer­k­ną­łem na jej twarz. Trudno było cokol­wiek z niej wyczy­tać.

Dotknęła mojej dłoni.

- Harry? Wszystko w porządku?

Nie poru­szy­łem się ani nie odpo­wie­dzia­łem.

- Mab - rzu­ciła. - To o nią cho­dzi, prawda? Wła­śnie to ci zro­biła.

- Cho­dzi o Zimę - odrze­kłem. - To moc, ale... bar­dzo pry­mi­tywna. Bru­talna. Ona nie myśli. Jest czy­stym instynk­tem, uczu­ciami, emo­cjami. A kiedy jest w tobie i pozwo­lisz, żeby emo­cje prze­jęły nad tobą kon­trolę, ona...

- Upo­dab­nia cię do Lloyda Slate'a - prze­rwała mi Kar­rin. - Albo tam­tej suki Maeve.

Cof­ną­łem dłoń.

- Już mówi­łem, że to nie jest wła­ściwa chwila na roz­mowę o uczu­ciach.

Przy­pa­try­wała mi się przez kilka sekund.

- No cóż, to strasz­nie popie­przone.

Par­sk­ną­łem cichym śmie­chem, tak że łzy pra­wie sta­nęły mi w oczach, a nie­dawno roz­bu­dzona Zima znów drgnęła w moim wnę­trzu.

Odwa­ży­łem się spoj­rzeć Kar­rin w oczy.

- Nie chcę taki być - powie­dzia­łem.

- Więc się z tego wyplącz - odparła.

- Z tego można wyjść tylko nogami do przodu.

Pokrę­ciła głową.

- Nie wie­rzę w to. Zawsze ist­nieje jakieś wyj­ście. Spo­sób na polep­sze­nie sytu­acji.

O rany.

Chciał­bym w to wie­rzyć.

Na zewnątrz zacho­dziło słońce. Zachód słońca to nie tylko prze­su­nię­cie się gwiazdy poni­żej względ­nego hory­zontu pla­nety, ale także zmiana w nad­przy­ro­dzo­nej ener­gii. Nie wie­rzy­cie? Oddal­cie się kie­dyś od świa­teł cywi­li­za­cji i usiądź­cie samot­nie gdzieś, gdzie nie ma żad­nych budyn­ków, samo­cho­dów, tele­fo­nów ani tłu­mów. Usiądź­cie w ciszy i pocze­kaj­cie, aż zacznie robić się ciemno. Poczuj­cie, jak wydłu­żają się cie­nie. Poczuj­cie, jak istoty, które nie ujaw­niają się za dnia, poru­szają się i wycho­dzą z kry­jó­wek. Wła­śnie tak wasze ciało tłu­ma­czy tę ener­gię waszym zmy­słom. Dla maga takiego jak ja zachód słońca jest jak poje­dyn­cze ude­rze­nie w nie­wy­obra­żal­nie ogromny bęben.

W nocy z ukry­cia wycho­dzą mroczne istoty.

Nie mia­łem teraz czasu zasta­na­wiać się, na czym stoję. Mia­łem tylko trzy dni na oszu­ka­nie Nico­de­musa Archle­one i jego dru­żyny oraz usu­nię­cie tego cze­goś, co tkwi w mojej gło­wie, uni­ka­jąc przy tym śmierci, swo­jej i mojej przy­ja­ciółki. Musia­łem sku­pić się wła­śnie na tym.

Póź­niej będę się przej­mo­wał innymi spra­wami.

- Już czas - ode­zwa­łem się do Kar­rin i otwo­rzy­łem drzwi samo­chodu. - Chodźmy. Mamy robotę do wyko­na­nia.

ROZ­DZIAŁ SIÓDMY

Wysie­dli­śmy z nie­wiel­kiego SUV-a Kar­rin i ruszy­li­śmy w stronę budzą­cej nie­po­kój daw­nej rzeźni peł­nej groź­nych istot. Co dość dobrze pod­su­mo­wuje, jaki mia­łem dzień.

Cza­sami mam wra­że­nie, że każdy mój dzień tak wygląda.

Bez wyjąt­ków.

Z dru­giej strony nie jestem pewien, jak bym sobie pora­dził w innych oko­licz­no­ściach. W pew­nym momen­cie swo­jego życia musia­łem się z tym zmie­rzyć - doświad­cze­nie i skłon­no­ści pre­dys­po­nują mnie do sia­nia znisz­cze­nia.

- Szkoda - wes­tchnęła Kar­rin.

- Szkoda, że co?

- Że nie zdą­ży­li­śmy zabrać cię do fry­zjera. Sam się strzy­głeś? Może bez lustra?

Lekko spe­szony dotkną­łem swo­ich wło­sów.

- Poma­gał mi Gene­rał. Poza tym ja się nie cze­piam two­ich męskich bucio­rów.

- Mają sta­lowe oku­cia - odpo­wie­działa spo­koj­nie. - Na wypa­dek gdy­bym musiała kop­nąć w tyłek kogoś, kto nazwie je męskimi bucio­rami. Naprawdę pozwo­li­łeś, żeby Toot poma­gał ci w strzy­że­niu wło­sów?

- Na pewno nie mogłem pozwo­lić, żeby to zro­bił Alfred. Pew­nie zdarłby ze mnie włosy lodow­cem albo coś w tym stylu.

- Jaki Alfred?

- Demon­re­ach.

Kar­rin zadrżała.

- Aha, to coś.

- Nie jest taki zły - odrze­kłem. - Trudno go nazwać miłym towa­rzy­szem, ale nie jest okropny.

- Jest demo­nem, który wpę­dził całe mia­steczko w obłęd, żeby nikt go nie nie­po­koił.

- Mógłby zro­bić coś znacz­nie gor­szego - odpar­łem. - Jest jak wielki brzydki pies. Każdy poli­cjant wie, o czym mówię.

- Cie­szymy się, że jest w naszym domu pod­czas wła­ma­nia, ponie­waż dopro­wa­dza wła­my­wa­cza do obłędu i mia­sto może wyma­zać ten incy­dent z akt.

- Otóż to. A wtedy nikt nie pamięta o two­ich brzyd­kich męskich bucio­rach.

Dotar­li­śmy do drzwi. Oboje wie­dzie­li­śmy, dla­czego sobie dogry­zamy. Nie kie­ro­wała nami zło­śli­wość.

Bali­śmy się.

Zamie­rza­łem wejść jako pierw­szy. Mój ople­ciony zaklę­ciami czarny skó­rzany płaszcz sta­no­wił lep­szą zbroję niż kami­zelka kulo­od­porna, którą nosiła Kar­rin. Zaci­sną­łem dłoń na swo­jej nowej lasce i przy­go­to­wa­łem umysł do posta­wie­nia tar­czy, gdyby to było konieczne. Już kie­dyś to robi­li­śmy: gdyby coś nas zaata­ko­wało, ja bym to powstrzy­mał, a ona zaczę­łaby dziu­ra­wić to kulami.

Kar­rin skrzy­żo­wała ręce na piersi, zbli­ża­jąc dłoń do ręko­je­ści pisto­letu, i ski­nęła głową. Odwza­jem­ni­łem gest, upew­ni­łem się, że mam szczel­nie zapięty płaszcz, i otwo­rzy­łem drzwi.

Nic nie wysko­czyło na nas z wrza­skiem z ciem­no­ści. Nikt nie zaczął do nas strze­lać. Jak dotąd było nie­źle.

Za drzwiami cią­gnął się długi kory­tarz. Na jego końcu paliło się świa­tło, które oświe­tlało drogę. Stare i popę­kane wewnętrzne ściany budynku przez kil­ka­dzie­siąt lat pokry­wano kolej­nymi war­stwami graf­fiti. Noc przy­nio­sła zimny wiatr znad jeziora, a budy­nek skrzy­piał i stę­kał. W powie­trzu uno­siła się woń ple­śni i cze­goś jesz­cze, cze­goś nie­mal poza gra­nicą per­cep­cji, co dzia­łało mi na nerwy - bar­dzo sta­rej śmierci.

- Te dzi­wo­lągi spod ciem­nej gwiazdy zawsze spo­ty­kają się w naj­bar­dziej uro­czych zakąt­kach - ode­zwała się Kar­rin.

- Gro­ma­dzi się tutaj mroczna ener­gia - wyja­śni­łem. - Dzięki niej nikt przy­pad­kowy tutaj nie wej­dzie i im nie prze­szko­dzi. No i spra­wia, że czują się jak w domu.

- Wiem, że dawno nie spa­li­łeś żad­nego budynku - powie­działa Kar­rin - ale jeśli naj­dzie cię ochota...

Na końcu kory­ta­rza zna­leź­li­śmy schody pro­wa­dzące na górę. Ruszy­li­śmy po nich w mil­cze­niu i dotar­li­śmy do drzwi, za któ­rymi znaj­do­wał się bal­kon wycho­dzący na dużą dwu­po­zio­mową halę fabryczną o dłu­go­ści około stu metrów. Wciąż znaj­do­wały się tam pozo­sta­ło­ści prze­no­śnika do trans­portu woło­wych tusz z rzeźni do sta­cji prze­robu, ale cała maszy­ne­ria znik­nęła. Pozo­stały tylko cięż­kie meta­lowe ramy, w któ­rych kie­dyś tkwiły urzą­dze­nia, oraz kilka zardze­wia­łych, sta­rych wago­ni­ków, zapewne daw­niej prze­wo­żą­cych pakunki z żeber­kami, ste­kami i mie­loną woło­winą.

Na środku hali sześć nowiut­kich lamp jaskrawo oświe­tlało ogromny drew­niany stół kon­fe­ren­cyjny oto­czony oka­za­łymi skó­rza­nymi fote­lami. Drugi stół był zasta­wiony naczy­niami z roz­ma­itymi potra­wami i napo­jami, obok któ­rych stał drogi eks­pres do kawy. Metr dalej znaj­do­wała się nie­wielka zagroda z siatki, w któ­rej stało kil­ka­na­ście nie­spo­koj­nych brą­zo­wych kóz.

Kozy. Hmm.

Nico­de­mus przy­siadł na kra­wę­dzi stołu kon­fe­ren­cyj­nego ze sty­ro­pia­no­wym kubecz­kiem w dłoni i uśmie­chał się przy­jaź­nie. Ascher wła­śnie zaj­mo­wała miej­sce w fotelu, który jeden ze straż­ni­ków Nico­de­musa usłuż­nie odsu­nął od stołu. Sie­dzący obok Bin­der ski­nął głową do Nico­de­musa i skrzy­żo­wał ręce na piersi z miną czło­wieka, który jest gotowy cier­pli­wie cze­kać. Deir­dre, w ludz­kiej postaci, pode­szła do stołu, trzy­ma­jąc w dło­niach kubki z kawą, i z sym­pa­tycz­nym uśmie­chem podała je nowo przy­by­łym.

Na kład­kach ponad halą peł­niło straż sze­ściu pozba­wio­nych języka ludzi Nico­de­musa, a gier­mek Jor­dan, który już dopro­wa­dził się do porządku, cze­kał na nas po prze­ciw­nej stro­nie bal­konu. Miał broń, ale trzy­mał ją w kabu­rze.

- Cześć, Jor­da­nie - ode­zwa­łem się. - Co to za kozy?

Popa­trzył na mnie bez­na­mięt­nie i nic nie odpo­wie­dział.

- Nie podoba mi się, że nad nami będą ludzie z bro­nią - mruk­nęła Kar­rin. - Chrza­nić to.

- Wła­śnie - zgo­dzi­łem się. - Powiedz swo­jemu sze­fowi, że zej­dziemy dopiero, kiedy jego słu­gusy znajdą sobie inne zaję­cie.

Jor­dan spra­wiał wra­że­nie ura­żo­nego moimi sło­wami.

- Nie obcho­dzi mnie, co o tym myślisz, Jor­da­nie - doda­łem. - Prze­każ mu moje słowa albo sobie pójdę. Cie­kawe, jak mu wtedy wytłu­ma­czysz, że stra­ci­łeś waż­nego pomoc­nika.

Jor­dan zaci­snął zęby, ale po chwili okrę­cił się sztywno, zszedł po sta­rych meta­lo­wych scho­dach i zbli­żył się do Nico­de­musa. Napi­sał coś w nie­wiel­kim notat­niku i podał go swo­jemu sze­fowi.

Nico­de­mus pod­niósł wzrok i uśmiech­nął się. Potem oddał notat­nik Jor­da­nowi, poki­wał głową i coś powie­dział.

Jor­dan zaci­snął usta i trzy­krot­nie prze­szy­wa­jąco zagwiz­dał, co natych­miast zwró­ciło uwagę straż­ni­ków. Potem zakrę­cił pal­cem nad głową, a oni zeszli z kła­dek i do niego dołą­czyli, po czym odda­lili się ku prze­ciw­nej stro­nie hali.

Ascher i Bin­der obej­rzeli się na mnie, ona z fascy­na­cją i zain­te­re­so­wa­niem, a on ze zro­zu­miałą obawą. Kiedy straż­nicy znik­nęli z pola widze­nia, ruszy­łem w dół scho­dów, a Kar­rin szła krok za mną, nieco z boku.

- Sta­łeś się bar­dziej podejrz­liwy, Dres­den - ode­zwał się Nico­de­mus, gdy się zbli­ży­łem.

- Wobec cie­bie nie da się być zbyt podejrz­li­wym, Nicky - odpar­łem.

Nico­de­mu­sowi nie spodo­bało się to poufałe prze­zwi­sko. Na jego twa­rzy bły­snęła iry­ta­cja.

- Chyba nie mogę cię za to winić. Od zawsze jeste­śmy prze­ciw­ni­kami. Ni­gdy dotych­czas nie zda­rzyło nam się współ­pra­co­wać.

- Ponie­waż jesteś dup­kiem - odrze­kłem. Usia­dłem w fotelu dwa miej­sca od Bin­dera. Popa­trzy­łem na niego spo­koj­nie, a potem znów zwró­ci­łem się do Nico­de­musa: - Już mamy sprzeczne inte­resy.

- Czyżby?

Wska­za­łem kciu­kiem Bin­dera.

- Ten facet. Zapo­wie­dzia­łem, że kiedy znów spró­buje dzia­łać w Chi­cago, będziemy mieli pro­blem.

- Chry­ste - rzu­cił Bin­der z sil­nym lon­dyń­skim akcen­tem, po czym popa­trzył na Nico­de­musa. - Mówi­łem, że będzie kło­pot.

- Jakie­kol­wiek masz pre­ten­sje do pana Tin­whi­stle, to twój oso­bi­sty pro­blem, Dres­den - rzekł Nico­de­mus. - Dopóki nie wyko­namy zada­nia, masz go tra­to­wać jako kolegę po fachu i sojusz­nika. Jeżeli tego nie zro­bisz, nie uznam długu Mab za spła­cony i będę zmu­szony poin­for­mo­wać wszyst­kich o tym nie­for­tun­nym fak­cie.

Czyli: ucierpi dobre imię Mab. Dobrze wie­dzia­łem, kto za to zapłaci.

Obej­rza­łem się przez ramię na Kar­rin, która stała w goto­wo­ści za moimi ple­cami z nie­obec­nym wyra­zem twa­rzy, nie sku­pia­jąc wzroku na niczym kon­kret­nym. Lekko wzru­szyła ramio­nami.

- W porządku - rzu­ci­łem, odwra­ca­jąc się do Nico­de­musa. Zer­k­ną­łem na Bin­dera. - Daję ci trzy­dniową dys­pensę, Bin­der. Ale pamię­taj, że kiedy będzie po wszyst­kim, odpo­wiesz za to, co zro­bi­łeś w moim mie­ście. Na twoim miej­scu miał­bym się na bacz­no­ści.

Bin­der prze­łknął ślinę. Ascher wstała z fotela.

- Cześć - ode­zwała się z ser­decz­nym uśmie­chem. - Nie znamy się. Jestem Han­nah. Odczep się od mojego part­nera, zanim sta­nie ci się krzywda.

- Wiem kim jesteś, ślicz­notko - odpar­łem, nie wsta­jąc. Poło­ży­łem laskę na stole. - Poza tym wła­śnie odpu­ści­łem two­jemu part­ne­rowi. W prze­ciw­nym razie widzia­ła­byś tutaj plamy krwi. Bądź grzeczna, Ascher.

Uśmiech znik­nął z jej twa­rzy i zmru­żyła ciemne oczy. Nie­śpiesz­nie stuk­nęła paznok­ciami o blat, jakby coś roz­wa­żała. Jej usta wykrzy­wił kpiący gry­mas.

- A więc to jest ten nie­sławny Dres­den. - Ascher prze­nio­sła wzrok na Kar­rin. Była od niej o trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów wyż­sza. - A to twoja ochrona? Poważ­nie? Ochro­nia­rze nie powinni być nieco więksi?

- Repre­zen­tuje cech Mancz­ki­nów - odpo­wie­dzia­łem. - Chęt­nie będzie go repre­zen­to­wała także po twoim tru­pie, jeśli nie oka­żesz jej odro­biny sza­cunku.

- Chcia­ła­bym to zoba­czyć - odparła Ascher.

- Nie zdą­żysz - odpo­wie­działa Kar­rin cicho.

W pomiesz­cze­niu na chwilę zapa­dła pełna napię­cia cisza, mimo że Kar­rin nawet nie drgnęła. Wie­dzia­łem, że stoi nie­ru­chomo, nie patrzy na nikogo kon­kret­nego, ale wszyst­kich obser­wuje. Wyglą­dała groź­nie - jeśli wie się, jak wyglą­dają naprawdę nie­bez­pieczni ludzie. Acher to wie­działa. Zauwa­ży­łem, że napięła szyję i ramiona oraz zaci­snęła zęby.

- Spo­koj­nie, Han­nah - ode­zwał się Bin­der łagod­nym gło­sem. Wie­dział, jak szybko Kar­rin posłu­guje się bro­nią. Kiedy ostat­nio był w mie­ście, roz­pra­wiła się z kil­koma jego słu­gu­sami. - Dres­den zawarł rozejm. Wszy­scy jeste­śmy zawo­dow­cami, prawda? Spo­koj­nie.

- Panie i pano­wie - prze­mó­wił Nico­de­mus cier­pli­wym ojcow­skim tonem. Oczy­wi­ście usiadł u szczytu stołu. - Czy możemy zabrać się do pracy?

- Jak naj­bar­dziej - odrze­kłem, nie odry­wa­jąc wzroku od Bin­dera i Ascher, która w końcu pocią­gnęła nosem i wró­ciła na swoje miej­sce.

- Zapra­szam do stołu, panno Mur­phy - zapro­po­no­wał Nico­de­mus.

- Dzię­kuję, postoję - odparła Kar­rin.

- Wedle uzna­nia - odrzekł Nico­de­mus swo­bod­nym tonem.

Deir­dre zgar­nęła plik teczek i roz­dała je wszyst­kim oso­bom sie­dzą­cym przy stole. Roz­myśl­nie pomi­nęła Kar­rin, która ją zigno­ro­wała. Otwo­rzy­łem cienką teczkę i zoba­czy­łem stronę tytu­łową z napi­sem: DZIEŃ PIERW­SZY.

- Wszy­scy obecni znają nasz główny cel, cho­ciaż na razie nie będę wcho­dził w szcze­góły - ode­zwał się Nico­de­mus. - Jestem prze­ko­nany, że nie muszę pod­kre­ślać, jak ważna jest dys­kre­cja. Nasz cel dys­po­nuje wie­loma spo­so­bami zdo­by­wa­nia infor­ma­cji, a jeśli dowie się o naszym przed­się­wzię­ciu, z pew­no­ścią położy mu gwał­towny i osta­teczny kres.

- Mamy trzy­mać gęby na kłódkę - rzu­ci­łem na tyle gło­śno, by ziry­to­wać pozo­sta­łych. - Rozu­miemy.

Nico­de­mus ponow­nie obda­rzył mnie nie­we­so­łym uśmie­chem.

- Żeby prze­ko­nać was, jak zyskowna może to być ope­ra­cja, gwa­ran­tuję, że po zdo­by­ciu celu każde z was otrzyma dwa miliony dola­rów.

Kar­rin na chwilę wstrzy­mała oddech. Mój żołą­dek pod­sko­czył.

O kur­czę. Dwa miliony dola­rów.

Oczy­wi­ście nie zamie­rza­łem przy­jąć pie­nię­dzy Nico­de­musa. Nie robi­łem tego dla forsy. Ona także. Ale oboje nie byli­śmy zbyt zamożni i wciąż wisiały nam nad głową rachunki do zapła­ce­nia. Na gwiazdy i kamie­nie, za dwa miliony dolców można kupić mnó­stwo zupy r?men.

- Poza tym może­cie zabrać ze skarbca, co tylko zechce­cie - dodał Nico­de­mus. - Znaj­dują się tam nie­prze­brane bogac­twa, wię­cej, niż zdo­ła­li­by­ście wywieźć pocią­giem.

- Jakie bogac­twa? - spy­tał Bin­der. - Cho­dzi o gotówkę?

- Można tak powie­dzieć - odrzekł Nico­de­mus z nutą pogardy w gło­sie. - Ale podej­rze­wam, że zgro­ma­dzone tam pie­nią­dze mają raczej war­tość kolek­cjo­ner­ską. Praw­dziwy skarb to złoto. Klej­noty. Dzieła sztuki. Bez­cenne histo­ryczne arte­fakty. Tra­fił tam prak­tycz­nie każdy rzadki i cenny przed­miot, który zagi­nął w tajem­ni­czych oko­licz­no­ściach w ciągu ostat­nich dwóch tysięcy lat. Moim zda­niem napeł­nie­nie kilku ple­ca­ków kamie­niami szla­chet­nymi byłoby roz­wią­za­niem naj­bar­dziej zyskow­nym i naj­trud­niej­szym do wykry­cia, ale jeśli zapra­gnie­cie zabrać coś bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nego, nie będę was powstrzy­my­wał, dopóki nie spo­wolni to naszej wędrówki. Myślę, że w ten spo­sób każde z was będzie w sta­nie doło­żyć do swo­jego hono­ra­rium jego dzie­się­cio­krot­ność.

Zatem nie dwa miliony dola­rów.

Dwa­dzie­ścia dwa miliony.

To taka góra pie­nię­dzy, że nie­mal nie potra­fi­łem jej sobie wyobra­zić... co samo w sobie dzia­łało na wyobraź­nię.

- A na czym tobie zależy? - spy­tała Ascher, wyraź­nie podejrz­liwa. - Skoro jesteś gotów zapła­cić każ­demu z nas po dwa miliony dola­rów, to z pew­no­ścią nie bra­kuje ci pie­nię­dzy. Nie potrze­bu­jesz ple­caka bry­lan­tów.

Ta uwaga spra­wiła, że nieco bar­dziej ją polu­bi­łem. Jej ton dodat­kowo spo­tę­go­wał ten efekt.

Nico­de­mus się uśmiech­nął.

- Wyja­śnię to, zanim wej­dziemy do skarbca. Na razie zdra­dzę jedy­nie, że cho­dzi o poje­dyn­czy, nie­wielki przed­miot o względ­nie małej war­to­ści pie­nięż­nej.

Łżesz, pomy­śla­łem.

- Jak już mówi­łem Dres­de­nowi, miał on oka­zję poznać mnie wyłącz­nie jako wroga. Swoją repu­ta­cję w więk­szo­ści zawdzię­czam moim prze­ciw­ni­kom, oczy­wi­ście tym, któ­rzy uszli z życiem. - Uśmiech­nął się i upił łyk kawy. - Ale ten medal ma dwie strony. Nie da się dzia­łać tak długo jak ja, zdra­dza­jąc swo­ich sojusz­ni­ków. To po pro­stu nie­prak­tyczne. Ow­szem, w star­ciu z wro­giem uży­wam każ­dej moż­li­wej broni, ale nie mam zwy­czaju odwra­cać się od swo­ich wspól­ni­ków ani ich porzu­cać. Nie powo­dują mną sen­ty­menty. Na prze­strzeni wie­ków współ­pra­co­wa­łem z wie­loma oso­bami i wiem, że zdrada to kiep­ska dłu­go­ter­mi­nowa inwe­sty­cja. Źle odbija się na inte­re­sach.

Łżesz, pomy­śla­łem. Ale być może z mniej­szym prze­ko­na­niem niż poprzed­nio. To, co mówił, miało sens. W nad­przy­ro­dzo­nym świe­cie było mnó­stwo ludzi i istot, które żyły wiele stu­leci. Jeśli nara­zisz się magowi w mło­do­ści, trzy­sta lat póź­niej możesz odkryć, że wcale o tym nie zapo­mniał i przez cały ten czas gro­ma­dził wpływy nie­zbędne, by poka­zać ci, że twoje postę­po­wa­nie było nie­wła­ściwe. Jeśli nara­zisz się wam­pi­rowi, może nie dawać ci spo­koju przez tysiąc­le­cia.

Dla­tego soju­sze mię­dzy nad­przy­ro­dzo­nymi isto­tami były moż­liwe tylko dzięki bez­względ­nemu prag­ma­ty­zmowi. Widzia­łem to na przy­kła­dzie swo­jego dziadka i zawo­do­wego zabójcy zwa­nego Oga­rem Pie­kieł. Doświad­czy­łem tego, gdy przez całe lata mie­rzy­łem się z roz­ma­itymi zło­czyń­cami, któ­rzy prze­waż­nie byli gotowi zawrzeć ze mną jakiś układ. Cho­lera, sam to zro­bi­łem wobec Mab, a ona teraz robiła to ponow­nie, prze­ka­zu­jąc mnie w ręce Nico­de­musa.

Nie­wy­klu­czone, że Nico­de­mus się zmie­nił. A przy­naj­mniej rów­nie poważ­nie jak ja pod­cho­dził do tego soju­szu. Musie­li­śmy coś dla niego wykraść i uciec. Byłem prze­ko­nany, że dopóki tego nie zro­bimy, będzie wobec nas uczciwy.

A potem wszystko roz­sy­pie się jak domek z kart.

Z dru­giej strony Nico­de­mus zadał sobie sporo trudu, by wyma­zać pamięć o swo­ich czy­nach, nisz­cząc doty­czące ich mate­riały z ostat­nich stu­leci. Ktoś, kto naprawdę się zmie­nił, nie stara się za wszelką cenę ukryć tego, co zro­bił.

Oczy­wi­ście nie miało to żad­nego zna­cze­nia. Mab dała mu słowo. Musia­łem grać zgod­nie z zasa­dami, dopóki nie zdo­bę­dziemy naszego łupu w Hade­sie albo dopóki Nico­de­mus nie spró­buje wbić mi noża w plecy.

Czy­sta przy­jem­ność.

Prze­rzu­ci­łem strony i zna­la­złem zdję­cie zna­jo­mej kobiety, któ­rej nie widzia­łem od... na dzwony pie­kieł, czyżby od pra­wie dzie­się­ciu lat? Nie zmie­niła się zbyt­nio przez ten czas, może tylko wyszczu­plała i spo­waż­niała. Nie byłem pewien, czy ucie­szy ją mój widok, i nie mia­łem naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, co pomy­śli o Nico­de­mu­sie.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki