Gra o wszystko. tom 3 - Joanna Opiat-Bojarska

Kup ebooka

39.90 zł
33.12 zł (27,93 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Roz­dział 1

Wto­rek

Biały ob­rus. Świeczki. Sztućce. Szkło. Jej oczy przy­jęły to wszystko jako za­po­wiedź nie­zwy­kle uda­nego wie­czoru. Żo­łą­dek przy­po­mi­nał o swoim ist­nie­niu de­li­kat­nym ssa­niem.

W ta­kiej opra­wie nie li­czyło się na­wet to, co bę­dzie ja­dła. Ka­ta­rzyna sie­działa przy per­fek­cyj­nie przy­go­to­wa­nym stole i za­sta­na­wiała się, jak po­winna użyć tych wszyst­kich dziw­nych sztuć­ców. Po le­wej stro­nie ta­le­rza le­żały trzy wi­delce, po pra­wej ko­lejny - po­dej­rza­nie mały - oraz łyżka do zupy, ły­żeczka i trzy noże.

Pewna była je­dy­nie prze­zna­cze­nia wi­del­czyka le­żą­cego sa­mot­nie nad ta­le­rzem.

- Mam na­dzieję, że spodoba się pani na­sze menu de­gu­sta­cyjne. Na po­czą­tek pro­po­nuję kre­wetki ty­gry­sie z ma­słem kla­ro­wa­nym, oliwą, czosn­kiem i na­tką pie­truszki.

Na stole po­ja­wił się ta­lerz z owo­cami mo­rza, po nim krem z cu­ki­nii z oliwą ba­zy­liową, a na­stęp­nie sa­łatka z pie­czo­nym ko­zim se­rem, su­szo­nymi po­mi­do­rami i pra­żo­nymi orze­chami wło­skimi.

- Nie sma­ko­wało pani? - do­py­ty­wał dys­kret­nie kel­ner, wska­zu­jąc na nie­do­je­dzone resztki sa­łatki.

- Wręcz prze­ciw­nie! Wszystko jest prze­pyszne. I tak pięk­nie po­dane, że trudno się temu oprzeć. Ale wie pan, oczy chcą, a żo­łą­dek...

- Na­le­gam jed­nak, żeby zja­dła pani to, co ma na ta­le­rzu.

- Chcia­ła­bym zo­sta­wić so­bie jesz­cze tro­chę miej­sca na da­nie główne i de­ser.

- Spo­koj­nie, je­stem pe­wien, że znaj­dzie pani miej­sce.

Kel­ner pod­szedł do niej z boku. Jedną rękę trzy­mał scho­waną za sie­bie, drugą do­tknął jej brzu­cha.

- Przy­tyło się pani od ostat­niej wi­zyty u nas, prawda?

- Yyy... - za­wa­hała się. Nie była pewna, czy po­winna od­po­wie­dzieć zgod­nie z prawdą. - Rze­czy­wi­ście. - Kiw­nęła głową. - Pięć ki­lo­gra­mów w mie­siąc...

- No pięk­nie. Gra­tu­luję. Je­stem pod wra­że­niem!

Za­chwyt w oczach kel­nera spra­wił, że ero­tyczne na­pię­cie, które czuła od chwili, kiedy spoj­rzała na za­sta­wiony stół, wzro­sło kil­ka­krot­nie. Uwiel­biała to uczu­cie. Na­krę­cała się za­wsze, kiedy ob­ser­wo­wała, że jej krą­gło­ści bu­dzą po­żą­da­nie męż­czyzn. Że do­dat­kowe ki­lo­gramy sta­no­wią afro­dy­zjak, a oponka wy­le­wa­jąca się spod ob­ci­słej ko­szuli spra­wia, że fa­ceci z tru­dem opa­no­wują swoje sam­cze in­stynkty.

Wie­działa, że gdyby nie kon­wen­cja re­stau­ra­cji, kel­ner rzu­ciłby się na nią i zdarł z niej ubra­nie. Przy­jem­ność pły­nąca z ugnia­ta­nia na­giego brzu­cha jest prze­cież nie­współ­mier­nie więk­sza od do­ty­ka­nia go przez ma­te­riał.

Do­póki nie za­częła tyć, nie wie­działa, że wiel­bi­cieli ko­biet w roz­mia­rze XXL jest aż tylu. My­ślała, że prze­wa­żają fani ra­chi­tycz­nych mo­de­lek i nie­doj­rza­łych kształ­tów. Im była więk­sza, tym moc­niej do­cie­rało do niej, że stwier­dze­nie "ko­cha­nego ciała ni­gdy dość" to nie ba­nalna uprzej­mość, lecz pra­wi­dło­wość. I że wielu męż­czyzn na żony wy­biera chu­dziny, ale roz­ko­szy szuka u praw­dzi­wych ko­biet. Ta­kich z mięk­kimi biu­stami i sze­ro­kimi bio­drami.

- Cud­nie wy­gląda pani z tymi do­dat­ko­wymi ki­lo­gra­mami!

Nie mo­gła po­zo­stać obo­jętna na ta­kie kom­ple­menty. Do­ja­dła sa­łatkę, pa­trząc kel­ne­rowi w oczy.

- Dzię­kuję - szep­nęła, od­su­wa­jąc od sie­bie pu­sty ta­lerz.

- A nie mó­wi­łem, że się zmie­ści? W ta­kim ra­zie już bie­gnę po da­nie główne. Pap­par­delle z po­lę­dwicą wo­łową, czer­wo­nym pe­sto, li­śćmi szpi­naku i par­me­za­nem, a wszystko to w de­li­kat­nym so­sie śmie­ta­no­wym. Na pewno się pani nie oprze.

Nie za­mie­rzała. Lu­biła się ob­że­rać. Do­pro­wa­dzać się do stanu, w któ­rym nie miała siły ru­szyć się z krze­sła. Za­my­kała wtedy oczy i wręcz czuła, jak po­karmy, które wła­śnie do­star­czyła or­ga­ni­zmowi, prze­kształ­cają się w tłuszcz.

Pap­par­delle wy­glą­dało obłęd­nie, cho­ciaż jego ilość nie miała nic wspól­nego z por­cjami de­gu­sta­cyj­nymi. W nor­mal­nej sy­tu­acji wy­star­czy­łoby dla trzy­oso­bo­wej ro­dziny.

- Pro­szę się nie przy­glą­dać, tylko jeść - upo­mniał kel­ner.

Od­po­wie­działa uśmie­chem i wpa­ko­wała do ust wi­de­lec pe­łen dłu­gich, sze­ro­kich wstą­żek. Kom­po­zy­cja sma­ków spra­wiła, że chciała do­świad­czyć jej jesz­cze raz. A po­tem ko­lejny i ko­lejny, ale w pew­nym mo­men­cie po­czuła od­ruch wy­miotny.

- Coś nie tak? - Kel­ner stał nad nią i ob­ser­wo­wał każdy kęs.

- Nie, wszystko w po­rządku. Może zro­bię so­bie małą prze­rwę? Już nie mogę...

- Przy­kro mi, ale prze­rwa nie wcho­dzi w grę. Za kwa­drans musi pani zwol­nić sto­lik, a czeka na pa­nią jesz­cze de­ser i po­łowa dru­giego da­nia.

- To może od razu przejdźmy do de­seru? - Odło­żyła wi­de­lec.

- Wy­klu­czone! Musi pani to zjeść. Nie chce pani zro­bić przy­kro­ści ku­cha­rzowi, prawda? - Spoj­rzał na nią tak wy­mow­nie, że nie była mu w sta­nie od­mó­wić.

Była już pełna. Ab­so­lut­nie pełna.

- Wy­gląda pani tak sek­sow­nie, gdy wciąga te wstążki do ust. Po­wiem szcze­rze, że będę na­le­gał na częst­sze pani wi­zyty u nas, bo ten wi­dok nie­zwy­kle mnie pod­nieca.

Ją pod­nie­cało jego za­an­ga­żo­wa­nie. Na­wi­nęła na wi­de­lec ko­lejną por­cję ma­ka­ronu, ale za­nim wło­żyła ją do ust, po­sta­no­wiła spraw­dzić, czy kel­ner może dać z sie­bie coś wię­cej.

- Ale ja już nie mogę. - Odło­żyła wi­de­lec na ta­lerz i do­tknęła swo­jego brzu­cha. Świa­do­mie dą­żyła do tego, by pod­krę­cić jesz­cze tro­chę i tak już wręcz nie­zno­śne pod­nie­ce­nie. - Nie dam rady wmu­sić w sie­bie ko­lej­nej por­cji.

- To tylko po­zory! Je­stem prze­ko­nany, że da pani radę! Za ku­cha­rza, za mnie, za sie­bie, za mi­łość. Jesz­cze cztery kęsy, hm?

Za­pro­te­sto­wała de­li­kat­nie, tak żeby go nie ura­zić. Chciała, żeby na nią na­pie­rał, żeby zmu­szał i do­ma­gał się po­słu­szeń­stwa. Nie mógł od­pusz­czać!

Wie­działa, że jest na gra­nicy ob­żar­stwa. Po­chło­nięte już da­nia do­star­czyły jej wiele przy­jem­no­ści, ale to, co na nią cze­kało, miało spra­wić, że przy­jem­ność przej­dzie w eks­tazę.

- Dwa. Za mnie i za pana.

- I za mi­łość - do­po­wie­dział.

Zro­biła, o co pro­sił. Kiedy wło­żyła do ust ostat­nią, trze­cią por­cję ma­ka­ronu, po­czuła, że prze­kro­czyła gra­nicę. Jej brzuch za chwilę miał pęk­nąć. Nie mar­twiła się tym jed­nak - prze­cież po­woli do­zna­wała speł­nie­nia. Wra­że­nie po­tę­go­wało za­an­ga­żo­wa­nie kel­nera.

- Tak nie może być! Za dużo zo­stało. Pro­szę zjeść jesz­cze tro­chę.

- Nie mogę, na­prawdę nie mogę. Przejdźmy do de­seru.

Z nie­ukry­wa­nym nie­za­do­wo­le­niem za­brał ta­lerz i wró­cił z ko­lej­nym.

- Tort wę­gier­ski.

- Uwiel­biam! - za­re­ago­wała en­tu­zja­stycz­nie, bo wi­dok cia­sta wy­krze­sał z niej nowe po­kłady ape­tytu.

Kru­cha war­stwa cze­ko­lady roz­pa­dała się pod na­po­rem jej zę­bów, bisz­kopt roz­pły­wał się w ustach, a kwa­śna wi­śnia nie tylko przy­jem­nie rów­no­wa­żyła słodki smak kremu, ale rów­nież po­zo­sta­wiała po­smak do­brego, moc­nego al­ko­holu.

Pierw­szy kęs spra­wił, że za­pra­gnęła ko­lej­nego. Mniej wię­cej przy czwar­tym po­czuła, że na­stępny za­koń­czy się wy­mio­tami. Do­sko­nale wie­działa, kiedy może prze­su­wać gra­nicę, a kiedy do­cho­dzi do muru.

- Na dziś wy­star­czy.

- Nie zja­dła pani wszyst­kiego.

- Wiem, ale nie je­stem w sta­nie wci­snąć w sie­bie nic wię­cej.

- Na­le­gam! Tort wę­gier­ski naj­szyb­ciej wcho­dzi w uda.

Pró­bo­wała. Wsu­nęła do ust ko­lejny ka­wa­łek słod­ko­ści, pró­bu­jąc so­bie wy­obra­zić, jak tłu­sty krem prze­miesz­cza się do ud i uwy­pu­kla cel­lu­lit. Na­stęp­nie umysł pod­su­nął ob­raz męż­czy­zny, który gła­dzi jej nogi, za­chwy­ca­jąc się, że ma skórę jak z plu­szu.

Nie­stety nie­wiele to dało. Od­ruch wy­miotny był zbyt silny. Za­trzy­mała go, ale mu­siała wy­pluć tort.

- Je­śli miała pani to w ustach, pro­szę to te­raz zjeść.

- Prze­stań! Za­bierz to ode mnie!

- Da pani radę!

- Nie, za­bierz to! Już mi nie­do­brze, nie mogę na to pa­trzeć!

- Jesz­cze je­den kęs...

- Prze­stań, pro­szę. Ko­niec za­bawy. Mo­żesz wyjść z roli.

- Prze­cież to nie jest za­bawa.

- Stop. Pro­szę cię, prze­cież nie je­ste­śmy w pie­przo­nej re­stau­ra­cji, tylko u mnie w miesz­ka­niu. Prze­pra­szam, je­śli ze­psu­łam ci za­bawę. Je­śli skoń­czy­łam za szybko... Na­stęp­nym ra­zem po­sta­ram się być bar­dziej głodna.

- Na­stęp­nym ra­zem? Nie bę­dzie na­stęp­nego razu.

***

Ur­szula Zi­miń­ska za­trzy­mała się przed drzwiami, wzięła kilka głę­bo­kich od­de­chów i za­pu­kała.

- Wejść! - Głos Wal­de­mara Ba­ra­niaka, na­czel­nika wy­działu kry­mi­nal­nego, brzmiał jak zwy­kle. Czyli od­py­cha­jąco.

Był jej prze­ło­żo­nym, a ich re­la­cje od czasu roz­wią­za­nia za­gadki za­bój­stwa słyn­nej ak­torki znaj­do­wały się na polu mi­no­wym ozna­czo­nym na­pi­sem: "ZA­WIE­SZE­NIE BRONI". Każdy nie­roz­ważny ruch mógł do­pro­wa­dzić do eks­plo­zji.

Zda­wała so­bie sprawę, że musi być ostrożna. Nie tylko tu­taj, w jego ga­bi­ne­cie, ale także poza ko­mendą, gdzie pró­bo­wała zna­leźć funk­cjo­na­riuszki ma­jące po­móc jej po­zba­wić Ba­ra­niaka sta­no­wi­ska. Po­ru­szała się de­li­kat­nie i nie zo­sta­wiała za sobą śla­dów, ale wie­działa, że pro­wa­dzi nie­bez­pieczną grę.

- Po­dobno mia­łam się sta­wić?

- Tak. - Ode­rwał wzrok od ekranu kom­pu­tera i spoj­rzał na nią z wyż­szo­ścią. - Zi­miń­ska, mam dla cie­bie do­bre wie­ści. Je­dziesz do Po­zna­nia.

- Słu­cham?

- Zo­sta­łaś od­de­le­go­wana.

- Co?!

Przed rzu­ce­niem się na Ba­ra­niaka po­wstrzy­my­wała ją je­dy­nie myśl, że nie po­winna dać się spro­wo­ko­wać. Swę­działy ją jed­nak ręce i ję­zyk. Zro­bi­łaby nie­mal wszystko, żeby tylko jej do­tknął. A póź­niej roz­wa­li­łaby mu nos. Z przy­jem­no­ścią i wiel­kim za­an­ga­żo­wa­niem.

- Przy­szedł roz­kaz o od­de­le­go­wa­niu.

- Ro­zu­miem. I oczy­wi­ście nie ma to nic wspól­nego z...

- Skończ! - prze­rwał jej. - Mó­wi­łem już, że twoje za­cho­wa­nie zrzu­ci­łem na karb pro­ble­mów hor­mo­nal­nych. Dawno za­po­mnia­łem o tym, że pró­bo­wa­łaś mnie szan­ta­żo­wać, więc dla­czego miał­bym się na to­bie mścić? Taki już je­stem. - Za­re­cho­tał. - Wy­ba­czam lu­dziom błędy. Mo­żesz to przy­jąć do wia­do­mo­ści lub nie. Te­raz jed­nak pro­po­no­wał­bym sku­pić się na Po­zna­niu.

- Szcze­góły.

- Pół roku w po­znań­skim wy­dziale kry­mi­nal­nym. To nie kara, jak pró­bu­jesz so­bie wma­wiać, ale wy­róż­nie­nie. Je­steś im po­trzebna. Mu­sisz za­jąć się ważną sprawą, do któ­rej masz naj­lep­sze kwa­li­fi­ka­cje.

- Ro­zu­miem, że na ca­łym kon­ty­nen­cie nie ma ni­kogo in­nego, kto mógłby to zro­bić?

- Też mnie to dziwi, ale wi­docz­nie ko­men­dant wo­je­wódzki uznał, że nie.

- Kiedy za­czy­nam?

- Ju­tro rano.

- Że co?!

Po­dał jej kartkę. Spoj­rzała na datę wid­nie­jącą w pra­wym gór­nym rogu.

- Prze­cież ten roz­kaz jest z li­sto­pada!

- Tak? Co za pech, mu­siał się za­po­dziać gdzieś na biurku mo­jej se­kre­tarki...

Flaga z na­pi­sem: "ZA­WIE­SZE­NIE BRONI" znik­nęła z pola mi­no­wego, a trium­fu­jący uśmiech Ba­ra­niaka in­for­mo­wał, że wy­ko­rzy­stał ten czas, aby przy­go­to­wać się do wojny - krót­kiej i ob­li­czo­nej na wy­nisz­cze­nie prze­ciw­nika.

***

Re­nata Trze­ciak cze­kała na osiem­na­stą trzy­dzie­ści. Chciała jak naj­szyb­ciej opu­ścić szpi­tal, sta­nąć na przy­stanku au­to­bu­so­wym wśród lu­dzi, któ­rzy jej nie za­uwa­żają, roz­piąć kurtkę i po­zwo­lić, żeby wraz ze spad­kiem tem­pe­ra­tury ciała opa­dło z niej na­pię­cie.

- Cześć! - W po­koju pie­lę­gnia­rek po­ja­wiła się Alina. Była opa­tu­lona sza­li­kiem, czapkę miała na­cią­gniętą po same brwi i cała była ob­sy­pana śnie­giem. - Cho­lera, jak sy­pie. Na mie­ście oczy­wi­ście wszystko stoi.

- Na­resz­cie je­steś! - Re­nata po­de­rwała się z krze­sła. Po­ja­wie­nie się pie­lę­gniarki z ko­lej­nej zmiany ozna­czało, że wresz­cie mo­gła za­koń­czyć naj­gor­szy dy­żur w swoim ży­ciu.

Pra­co­wała w szpi­talu od ośmiu lat. Do­zna­wała róż­nych upo­ko­rzeń, była obecna przy zgo­nach, wy­słu­chi­wała obelg i sta­rała się, żeby to wszystko po niej spły­wało. Dzi­siaj coś jed­nak w niej pę­kło.

Kiedy ner­wowo zbie­rała swoje rze­czy, spoj­rzała na po­kój pie­lę­gnia­rek. Za­równo sprzęty, ściany, jak i ko­le­żanki po fa­chu bu­dziły w niej od­razę.

- Cie­kawe, czy śnieg utrzyma się do week­endu. Ma­rzy mi się wyj­ście z dzie­cia­kami na sanki. Sły­sza­łam, że ten przy­stojny dok­to­rek z kar­dio­lo­gii wy­je­chał na narty. - Mal­wina, sa­motna matka, nie spie­szyła się ani do domu, ani do dzieci. Sie­działa na krze­śle i oglą­dała pa­znok­cie, de­mon­stru­jąc go­to­wość do plot­ko­wa­nia.

- To zde­cy­duj się, czy ma­rzą ci się sanki, czy narty z dok­tor­kiem.

- Oj, Alinka, Alinka, spójrz mi w oczy i po­wiedz, że gdyby cię za­pro­sił, to­byś od­mó­wiła.

Re­nata nie chciała słu­chać tych głu­pot. Już się prze­brała, mu­siała tylko wło­żyć kurtkę i po­że­gnać się z ko­le­żan­kami.

- Spie­szysz się? - za­gad­nęła ją Alina.

- A co cię to in­te­re­suje? - burk­nęła.

- Rany, wy­lu­zuj! Tylko za­py­ta­łam. Co cię ugry­zło?

Nie zdą­żyła zde­cy­do­wać, czy wra­cać my­ślami do mi­ja­ją­cego dnia, czy może dać so­bie spo­kój. Alina już pró­bo­wała do­py­tać po­zo­stałe pie­lę­gniarki, o co cho­dzi.

- Mnie nie py­taj. - Mal­wina wzru­szyła ra­mio­nami. - Ja do­piero przy­szłam.

- Re­nata, co jest?

- Ciężki dzień.

- Od­dzia­łowa?

- Nie. Wszystko jest bez sensu. - Re­nata ska­pi­tu­lo­wała, czu­jąc, jak do oczu na­pły­wają jej łzy. Na­gro­ma­dze­nie pro­ble­mów w ży­ciu pry­wat­nym spra­wiło, że prze­stała pa­no­wać nad swo­imi re­ak­cjami. Tym ra­zem nie miała do­kąd uciec. W po­koju sie­działy ko­le­żanki. Gdyby z niego wy­szła, mo­głaby na­tknąć się na spa­ce­ru­ją­cych po ko­ry­ta­rzu pa­cjen­tów lub ich bli­skich. Nie chciała wzbu­dzać sen­sa­cji. Mu­siała opa­no­wać łzy.

- Re­nata?

- Co ci mam po­wie­dzieć? - Spoj­rzała ko­le­żance w pro­sto w oczy. - Jedna wielka ma­sa­kra! Wszystko za sprawą tej cho­ler­nej baby z ósemki.

- W ósemce leży te­raz ta "hra­bina", Ilona Drze­wiecka - do­po­wie­działa Mal­wina.

- Aha, ta, co ze trzy mie­siące była nie­przy­tomna. Co dziś wy­kom­bi­no­wała?

- Znowu zro­biła jazdę.

- Bo? Nie do­stała obiadu na czas?

- Nie. Oznaj­miła mi, że chce roz­ma­wiać z po­li­cją, i to wła­śnie ja mam ją we­zwać. Za­częła się wy­dzie­rać, że mam to zro­bić, cza­isz?

- Ale po co po­li­cja? Żeby prze­pro­wa­dzić do­cho­dze­nie w spra­wie cią­głych opóź­nień firmy ca­te­rin­go­wej?

- Nie, żeby od­po­wied­nie służby wy­ja­śniły, jak do­szło do wy­padku, który, cy­tuję: "Na pewno nie był wy­pad­kiem, lecz próbą za­bój­stwa".

- Te­raz chce zgło­sić? Cho­ciaż z tego, co pa­mię­tam, jak przy­jęto ją na od­dział, to po­ja­wiła się kwe­stia za­wia­do­mie­nia po­li­cji o ewen­tu­al­nym po­bi­ciu, ale ja­koś nikt się tym nie za­jął. Może dla­tego, że mąż pa­cjentki i or­dy­na­tor w nie­jedną par­tyjkę squ­asha grali...

Alina wy­glą­dała na roz­ba­wioną, jed­nak Re­na­cie wcale nie było do śmie­chu. Naj­pierw w miarę grzecz­nie, a póź­niej - praw­do­po­dob­nie zbyt ner­wowo - sta­rała się wy­bić pa­cjentce z głowy ten po­mysł. Sku­tek był opła­kany, nie­po­ro­zu­mie­nie w bły­ska­wicz­nym tem­pie uro­sło do rangi pro­blemu, któ­rym obar­czony zo­stał or­dy­na­tor. I wcale mu się to nie spodo­bało.

- Co za de­bilka... Chyba też bym przy­chy­liła się do wer­sji o za­bój­stwie. Nie uwie­rzę, że jest ktoś, w kim ta baba nie bu­dzi mor­der­czych in­stynk­tów. A tak w ogóle, to co ona się tak na­gle obu­dziła? Od kiedy tu leży? Miała chyba wy­star­cza­jąco dużo czasu, żeby za­wia­do­mić po­li­cję.

- Od sierp­nia. Po­ja­wiła się u nas jako ofiara wy­padku sa­mo­cho­do­wego, stan ciężki, długo była nie­przy­tomna. Od trzech ty­go­dni do­cho­dzi do sie­bie. Wszystko wska­zuje na to, że lada dzień bę­dzie mo­gła wyjść do domu.

- Może wła­śnie to ją prze­raża, co? Po­wrót do domu. Do­maga się uwagi? Nie przej­muj się.

- Ła­two ci po­wie­dzieć. Na­wet or­dy­na­tor do­stał zjebkę. Jak my­ślisz, na kim się wy­żył? Na do­da­tek Fi­lip się wy­pro­wa­dził, matka ob­wi­nia mnie za to, że je­stem starą panną, Drze­wiecka za znę­ca­nie się nad nią, a or­dy­na­tor... Mam dość! - Gło­śno wy­pu­ściła po­wie­trze przez usta i za­kryła twarz dłońmi.

- Re­nata, prze­stań! To tylko głu­pia baba. Prze­cież ma te­le­fon, mo­gła sama za­dzwo­nić po po­li­cję.

- Tłu­ma­czyła, że nie może, bo ją szpie­gują, pod­słu­chują i w ogóle. I że to, co się jej przy­da­rzyło w sierp­niu, to nie był wy­pa­dek. Że ktoś chciał ją za­bić i ona na­dal czuje się za­gro­żona.

Sy­gnał dźwię­kowy prze­rwał im roz­mowę, oznaj­mia­jąc, że któ­ryś z pa­cjen­tów po­trze­buje po­mocy. Mal­wina spoj­rzała na ta­blicę i jęk­nęła:

- O rany, to z ósemki. Która do niej pój­dzie?

***

- Pani Alek­san­dro, wi­działa to pani? Na każ­dej wy­sta­wie skle­po­wej stra­szą te okropne świą­teczne de­ko­ra­cje! Gwiaz­dory, bombki, cho­inki, pre­zenty. Do świąt jesz­cze pra­wie dwa­dzie­ścia dni, a od co naj­mniej dwóch ty­go­dni świat za­lewa fala świą­tecz­nej ra­do­ści!

Wi­dzia­łam. Nie po­wie­dzia­ła­bym jed­nak, że stra­szą. Nie mam do nich aż tak emo­cjo­nal­nego sto­sunku. Chwi­lami je­stem im na­wet wdzięczna, bo po­ma­gają mi do­strzec, że czas pły­nie, na­wet je­śli pró­buję go lek­ce­wa­żyć.

Wła­ści­wie każdą wolną chwilę spę­dzam w ga­bi­ne­cie. Klien­tów - na szczę­ście! - nie bra­kuje. Przy­cho­dzą i opo­wia­dają o swo­ich pro­ble­mach, dzięki czemu mnie jest ła­twiej za­po­mi­nać o swo­ich. Lub cho­ciaż pró­bo­wać za­po­mi­nać.

Ja­kich pro­ble­mach? Chcia­ła­bym się ro­ze­śmiać i stwier­dzić, że żad­nych. Prze­cież psy­cho­log nie ma prawa mieć pro­ble­mów. Nie może mieć wąt­pli­wo­ści. Nie może nie ra­dzić so­bie z emo­cjami lub ży­ciem. Prze­cież teo­re­tycz­nie wie o ży­ciu wszystko. Tak, teo­re­tycz­nie. Za­sto­so­wa­nie wie­dzy w prak­tyce jest trudne. To, że je­stem psy­cho­lo­giem, nie ozna­cza, że je­stem też ro­bo­tem do ana­li­zo­wa­nia po­trzeb i emo­cji.

Pro­blemy? Na­dal mam dach nad głową, dzieci są zdrowe, mam za co żyć, a dzięki nie­malże dwu­dzie­sto­go­dzin­nym dy­żu­rom w ga­bi­ne­cie na kon­cie przy­bywa pie­nię­dzy.

- Jaki jest pana sto­su­nek do świąt? - do­py­tuję, bo sły­szę, że klient za­milkł. Ja­sno­nie­bie­ska ja­ski­nia zwie­rzeń do­brze działa na tych wszyst­kich, któ­rzy przy­cho­dzą dzie­lić się ze mną swo­imi tro­skami. A może to ja na nich tak dzia­łam? Nie­ważne.

- Bez­na­dziejny.

- Ro­zu­miem. Bez­na­dziejny. A gdyby miał pan po­wie­dzieć coś wię­cej?

- Wku­rzają mnie ci wszy­scy lu­dzie, któ­rzy pró­bują na­rzu­cić in­nym swoją ra­dość i ocze­ki­wa­nie. Wku­rzają mnie ci, któ­rzy ule­gają tej świą­tecz­nej hi­ste­rii. Do­pa­so­wują się do reszty, by uda­wać, że też cze­kają. Że jest na co.

- A nie ma?

- Mam czter­dzie­ści pięć lat i za sobą co naj­mniej czter­dzie­ści świąt Bo­żego Na­ro­dze­nia, które pa­mię­tam. Za­pyta pani, czy się róż­niły? Tak. Te z od­le­głej prze­szło­ści nio­sły ze sobą ma­gię. Na coś się cze­kało, było coś nie­zwy­kłego w tych dniach. Ro­dzice sie­dzieli przy stole, roz­ma­wiali i się śmiali, a ja ba­wi­łem się no­wymi za­baw­kami.

- Ro­zu­miem. Jak się wtedy pan czuł?

- Jak... wy­róż­niony? Tak, to do­bre słowo. Bo Gwiaz­dor do­kład­nie wie­dział, co chciał­bym do­stać, i wła­śnie to mi do­star­czył.

- Aż w końcu do­tarło do pana, że Gwiaz­dor nie ist­nieje?

Pod­czas ta­kich se­sji za­sta­na­wiam się, czy li­te­ra­tura i filmy nie przy­no­szą lu­dziom wię­cej złego niż do­brego. Ow­szem, cza­sem dają na­dzieję, roz­śmie­szają i pod­trzy­mują na du­chu. Ale z dru­giej strony ide­ali­zują przy­jaźń, mi­łość i inne kon­takty mię­dzy­ludz­kie. Po­ka­zują baj­kową wi­zję świata. Na­rzu­cają my­śle­nie, że je­śli nie je­steś szczę­śliwy, to mu­sisz zmie­nić całe swoje ży­cie, bo praw­dziwe szczę­ście gdzieś tam na cie­bie czeka.

A póź­niej ga­bi­nety są pełne za­gu­bio­nych klien­tów, prze­ko­na­nych, że mu­szą do­ko­nać re­wo­lu­cji w swoim ży­ciu. Chcą rzu­cić pracę, zmie­nić part­nera, wy­je­chać do Du­baju czy na Is­lan­dię, by od­na­leźć mi­łość lub sens ży­cia. A pod ko­niec te­ra­pii są nie­zmier­nie roz­cza­ro­wani, że szczę­ście wy­maga od nich nie od­wagi i re­wo­lu­cji, a cier­pli­wo­ści, de­ter­mi­na­cji i po­świę­ceń. Że cza­sem sama zmiana spo­sobu ko­mu­ni­ka­cji z naj­bliż­szymi po­pra­wia ja­kość ży­cia.

I cho­ciaż brzmi to ba­nal­nie, w prak­tyce oka­zuje się, że o wiele ła­twiej by­łoby trza­snąć drzwiami, sprze­dać cały do­by­tek i po­le­cieć na ten drugi ko­niec świata, niż zmie­nić przy­zwy­cza­je­nia. Swoje i swo­jego part­nera. Ła­twiej, niż na­uczyć się za­uwa­żać, że znowu wcho­dzi się na te same ślepe ścieżki ko­mu­ni­ka­cji.

- Kiedy się do­wie­dzia­łem, że Gwiaz­dor nie ist­nieje? W szkole pod­sta­wo­wej, ale to na­wet nie był ten mo­ment, kiedy ma­gia znik­nęła. Bo wtedy jesz­cze ży­łem na­dzieją, że ma­gię da się od­two­rzyć. Że zbu­duję swoją ro­dzinę, że po­ja­wią się dzieci, że to dla nich bę­dziemy z żoną każ­dego roku od­gry­wać całe to świą­teczne przed­sta­wie­nie.

- Po­ja­wiły się dzieci. I co da­lej?

- I wiel­kie gówno! Te za­kupy, ko­lejki, kłót­nie o sprzą­ta­nie, po­ma­ga­nie, pa­ko­wa­nie pre­zen­tów... Przy tym wszyst­kim trudno o ma­gię!

- Ale to jed­nak czas, kiedy można usiąść i po­być z bli­skimi.

- I w tym chyba tkwi pro­blem, pani Alek­san­dro. Można. A na­wet trzeba. Za­trzy­mać się, do­znać wy­jąt­ko­wo­ści tej chwili. Spo­strzec, że ma się cu­downe ży­cie, wspa­niałą ko­bietę u boku, mniej lub bar­dziej zdolne dzieci. I sa­mo­chód przed blo­kiem.

- I my­śli pan, że lu­dzie tak ro­bią?

- Ro­bią. - Ro­ze­śmiał się gło­śno. - Sia­dają do stołu. Wpie­przają grzy­bową, kar­pia, po­py­chają to wszystko ma­kieł­kami i mają na­dzieję, że ja­koś do­trwają do końca wi­gi­lij­nej wie­cze­rzy. W tych bia­łych ko­szul­kach ze zbyt cia­snymi koł­nie­rzy­kami, z uśmie­chami, które po­wo­dują ból mię­śni. Ga­dają o po­go­dzie, po­li­tyce i są­sia­dach, byle unik­nąć zbyt oso­bi­stych te­ma­tów. A po­tem kładą się spać, po­cie­sza­jąc się, że jesz­cze tylko dwa dni i wrócą do pracy.

- Uni­kają bli­sko­ści. Jak pan my­śli, dla­czego?

- Nie wiem. Ale wiem, że mu­szę... Nie, nie mu­szę, po pro­stu chcę... - Pa­trzy na mnie z na­dzieją. - Chcę to zmie­nić.

Za­uwa­żam, że sama de­kla­ra­cja przy­nio­sła mu ulgę. Jego twarz roz­luź­nia się, ale na krótko.

Za­raz po tym klient marsz­czy czoło i prze­ma­wia ni­skim, jakby nie swoim gło­sem:

- Po pro­stu mam dość ży­cia w kłam­stwie...

***

- Prze­stań! Pro­szę, nie wy­głu­piaj się.

Ka­ta­rzyna mio­tała się jak zwie­rzę zła­pane w si­dła. Pró­bo­wała od­zy­skać kon­trolę nad sy­tu­acją. Krzy­kiem, uśmie­chem, prośbą. Nie ro­biła mię­dzy nimi przerw, przez co wszyst­kie wy­ra­żane przez nią emo­cje zle­wały się w cuch­nący stra­chem beł­kot.

- Wi­dzisz na mo­jej twa­rzy uśmiech?

- Nie.

- No wła­śnie.

Po­zo­stało cze­ka­nie na ciąg dal­szy. Dla niego klu­czowe były od­po­wie­dzi na py­ta­nia: jak da­leko jest w sta­nie się po­su­nąć, żeby prze­stał? Co zrobi, co po­wie, żeby go za­do­wo­lić? Na co się zgo­dzi, żeby tylko po­czuł się speł­niony i wy­szedł?

Wrzu­cił do blen­dera resztki tortu wę­gier­skiego i ma­ka­ronu. Do­lał odro­binę wody, wci­snął po­krywkę i uru­cho­mił sprzęt. Sil­nik bły­ska­wicz­nie wszedł na wy­so­kie ob­roty i za­czął wy­da­wać z sie­bie zło­wiesz­czy war­kot.

- Co ro­bisz? Prze­stań! Sły­szysz? Prze­stań! Idź już! Chcę, że­byś so­bie po­szedł! To moje miesz­ka­nie! Wy­no­cha!

Nie re­ago­wał na jej krzyki. Dzia­łał sys­te­ma­tycz­nie i zde­cy­do­wa­nie. Wszystko za­pla­no­wał od A do Z. Roz­pi­sał na kartce, na­uczył się tego na pa­mięć, a te­raz re­ali­zo­wał punkt po punk­cie.

Się­gnął do torby, wy­jął zgłęb­nik, strzy­kawki i rę­ka­wiczki.

- Co ro­bisz? Co to jest? Pra­cu­jesz w szpi­talu? Na Boga, co ci się stało? Ode­zwij się! Prze­pra­szam, je­śli ze­psu­łam ci za­bawę! Je­śli skoń­czy­łam za szybko! Je­śli bę­dziesz chciał, to na­stęp­nym ra­zem po­ba­wimy się w szpi­tal, po­sta­ram się być bar­dziej głodna!

- Mó­wi­łaś, że lu­bisz się ob­że­rać. Że tu­cze­nie sie­bie spra­wia ci mnó­stwo przy­jem­no­ści...

- Tak, tak, wszystko się zga­dza!

Pod­szedł do stołu i przez chwilę przy­glą­dał się, jak zde­ner­wo­wana ko­bieta pró­buje wstać. Próba unie­sie­nia się z krze­sła skoń­czyła się jed­nak nie­po­wo­dze­niem. Była zbyt ob­je­dzona i zbyt gruba, żeby dzia­łać ener­gicz­nie. To on miał prze­wagę. Kon­tro­lo­wał sy­tu­ację. Był szyb­szy.

Do­sko­czył do niej i do­ci­snął jej ob­le­śne ciało do krze­sła.

- Jesz­cze nie skoń­czy­łaś jeść - wy­ce­dził przez zęby. Chciał, żeby w końcu zro­zu­miała, że on wie, co robi. I że skoń­czy do­piero wtedy, gdy do­trze do ostat­niego punktu swo­jego planu.

Roz­dział 2

Środa

Po­ste­run­kowy Leon Le­wicki otrzy­mał roz­kaz po­ja­wie­nia się w szpi­talu, w celu spi­sa­nia ze­znań Ilony Drze­wiec­kiej. Nie miał nic prze­ciwko, wo­lał to niż sie­dze­nie na ko­mi­sa­ria­cie. I tak więk­szość przyj­mo­wa­nych przez niego za­wia­do­mień o po­peł­nie­niu prze­stęp­stwa do­ty­czyła zda­rzeń, któ­rych sprawcy ni­gdy nie zo­staną za­trzy­mani.

"Pa­pier jest cier­pliwy, wszystko przyj­mie" - tak po­wta­rzała mu matka, dzien­ni­karka i wiel­bi­cielka wszel­kiego ro­dzaju trun­ków. Pi­sał więc od dziecka. Oczy­wi­ście jego tek­sty ni­gdy nie za­do­wa­lały matki, ale co­wie­czorny ry­tuał roz­po­czy­na­jący się od na­pi­sa­nia słów "Drogi pa­mięt­niku" po­ma­gał mu prze­trwać w trud­nych chwi­lach.

Wy­ga­da­nie się - a ra­czej wy­pi­sa­nie - spra­wiało, że ka­li­ber pro­ble­mów stop­niowo się zmniej­szał, aż w końcu sta­wał się na tyle mały, że Leon mógł ich nie za­uwa­żać.

Zre­zy­gno­wał z pro­wa­dze­nia pa­mięt­nika, kiedy zo­stał po­li­cjan­tem. Ni­gdy nie my­ślał nad po­wo­dem. Może był już na to zbyt do­ro­sły? A może spi­sy­wa­nie żali za­ję­łoby mu więk­szość dnia? Może nie chciał już ich iden­ty­fi­ko­wać i neu­tra­li­zo­wać, bo było ich zbyt wiele? Wo­lał uda­wać, że ich nie za­uważa, że tak wła­śnie wy­gląda do­ro­słe ży­cie.

Żale za­trzy­my­wał dla sie­bie, ale sam stał się cho­dzą­cym pa­mięt­ni­kiem. Wy­słu­chi­wał i spi­sy­wał uty­ski­wa­nia okra­dzio­nych sta­ru­szek, po­bi­tych na­sto­lat­ków, oszu­ka­nych ko­biet, obu­rzo­nych kie­row­ców od­ho­lo­wa­nych po­jaz­dów i in­nych osób ślepo wie­rzą­cych w to, że po­li­cja im po­może.

Cho­ciaż nie. Nie wszy­scy w to wie­rzyli. Sta­łym by­wal­com ko­mi­sa­riatu wy­star­czało, że ich wy­słu­chał. Że po­świę­cił im czas i prze­zna­czył tro­chę pa­pieru na uwiecz­nie­nie ich wer­sji wy­da­rzeń.

- Pani Ilona Drze­wiecka? - upew­nił się.

Pie­lę­gniarka, którą po­pro­sił o po­moc, wska­zała mu salę nu­mer osiem oraz do­dała, że Drze­wiecka to "hra­bina le­żąca pod oknem".

- Tak.

- Po­dobno chciała pani za­wia­do­mić o po­peł­nie­niu prze­stęp­stwa.

- Tak, je­stem jego ofiarą.

Leon wy­jął no­tes i dłu­go­pis, ale za­nim za­czął no­to­wać, przyj­rzał się ko­bie­cie. Miała dłu­gie czarne włosy, piwne oczy i pełne pre­ten­sji spoj­rze­nie. Ubrana była w sa­ty­nową pi­żamę i na tle szpi­tal­nych sprzę­tów pre­zen­to­wała się za­ska­ku­jąco... ele­gancko. Nie wy­glą­dała na ofiarę, ale lata pracy w po­li­cji od­uczyły Le­ona osą­dza­nia lu­dzi po wy­glą­dzie.

- Co pani przez to ro­zu­mie?

- Do szpi­tala tra­fi­łam w wy­niku wy­padku. Pa­mię­tam, że tam­tego fe­ral­nego dnia wra­ca­łam ze swo­jego sa­lonu ko­sme­tycz­nego do domu. Za­nim do­szłam do sa­mo­chodu, ktoś mnie za­cze­pił.

- W jaki spo­sób? Za­gad­nął?

- Nie, zła­pał za ra­mię od tyłu. Od­wró­ci­łam się, ale nie wi­dzia­łam twa­rzy na­past­nika, bo miał ją ukrytą pod ko­mi­niarką. Za­nim zdą­ży­łam za­py­tać, o co cho­dzi, do­sta­łam kilka cio­sów.

- W którą część ciała?

Ko­bieta prze­wró­ciła oczami, jakby wła­śnie osza­co­wała ilo­raz jego in­te­li­gen­cji i stwier­dziła, że wy­nik mie­ści się w ka­te­go­rii "upo­śle­dze­nie umy­słowe". Nic so­bie jed­nak z tego nie ro­bił. Był po­li­cjan­tem i mu­siał py­tać na­wet o naj­bar­dziej oczy­wi­ste rze­czy.

- W głowę, a po­tem w brzuch. Spis mo­ich ob­ra­żeń znaj­dzie pan w do­ku­men­ta­cji me­dycz­nej. To było kilka mie­sięcy temu. Pa­mię­tam je­dy­nie, że w pew­nym mo­men­cie na­past­nik prze­stał mnie bić. Nie wiem dla­czego. Może ko­goś usły­szał albo zo­ba­czył? By­łam przy­tomna, ale obo­lała. Wsta­łam z chod­nika i ja­koś do­tar­łam do sa­mo­chodu.

- Gdzie znaj­do­wał się sa­mo­chód?

- Za­wsze par­kuję w ma­łej uliczce, tuż obok sa­lonu. To zna­czy za ro­giem. Wy­szłam z Pa­ris i na­wet wi­dzia­łam już auto, wtedy na­stą­pił atak.

- Na­past­nik uciekł? W którą stronę? Coś mó­wił? Ktoś mógł go wi­dzieć?

- Nie pa­mię­tam.

- Byli ja­cyś świad­ko­wie?

- Nie wiem. Tam­tego dnia sie­dzia­łam dłu­żej w sa­lo­nie. Wy­szłam długo po za­mknię­ciu. Było już ciemno, a na ulicy ani ży­wej du­szy.

- Do­brze. Wsia­dła pani do sa­mo­chodu?

- Tak, ale nie zdą­ży­łam za­mknąć drzwi. Ta sama osoba we­szła za mną i znowu za­częła mnie bić. Tym ra­zem czymś cięż­kim.

- Ja­kimś na­rzę­dziem?

- Pro­szę pana, gdy­bym wie­działa czym, po­wie­dzia­ła­bym! Skoro mó­wię, że czymś cięż­kim, to zna­czy, że czu­łam, że to nie pię­ści. Bo­lało dużo bar­dziej. Pew­nie wtedy uszko­dzono mi że­bra.

Spo­sób ar­ty­ku­la­cji słów i pre­ten­sja w gło­sie spra­wiły, że Leon zro­zu­miał, dla­czego pie­lę­gniarka na­zwała Drze­wiecką "hra­biną". Pa­cjentka za­cho­wy­wała się ra­czej jak pełna pre­ten­sji szlach­cianka, a nie ofiara po­bi­cia.

- Za­pa­mię­tała pani jesz­cze ja­kieś szcze­góły zda­rze­nia?

- Nie. W sa­mo­cho­dzie stra­ci­łam przy­tom­ność. Obu­dzi­łam się tu­taj, w szpi­talu.

- Kiedy do­szło do zda­rze­nia?

- W sierp­niu, nie pa­mię­tam daty, pro­szę za­py­tać le­ka­rza lub pie­lę­gnia­rek, od kiedy tu je­stem.

- Czyli około czte­rech mie­sięcy temu, dość dawno.

- Mam na­dzieję, że nie jest zbyt późno, żeby zna­leźć na­past­nika? - Tym ra­zem ton głosu Drze­wiec­kiej za­wie­rał w so­bie nie tyle pre­ten­sję, ile obiet­nicę, że je­śli się okaże, że win­nego nie da się po­cią­gnąć do od­po­wie­dzial­no­ści, to ona od­po­wie­dzial­no­ścią obar­czy Le­ona. Nie za po­bi­cie, lecz za za­nie­dba­nia, nie­re­gu­la­mi­nowe za­cho­wa­nie lub co­kol­wiek in­nego. Liczba win­nych po­winna się zga­dzać.

- To się okaże. Ro­zu­miem, że wie pani, kto to zro­bił?

- Nie wiem. To zna­czy nie mam stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, nie mam do­wo­dów, ale to wy je­ste­ście od tego. Tylko jedna osoba chcia­łaby się mnie po­zbyć.

- Chęt­nie za­no­tuję jej imię i na­zwi­sko.

- Alek­san­dra Wilk. Ko­bieta, która zaj­muje moje miesz­ka­nie. Dwa dni przed zda­rze­niem by­łam u niej i ka­za­łam jej się wy­pro­wa­dzić.

***

- Pod­ko­mi­sarz Ur­szula Zi­miń­ska, mel­duję się.

- Dzień do­bry, ko­men­dant Raj­mund Kuczma. Za­akli­ma­ty­zo­wała się pani już w Po­zna­niu?

Ula po­sta­no­wiła zo­sta­wić py­ta­nie bez od­po­wie­dzi. Kiedy miała się za­akli­ma­ty­zo­wać, je­śli na za­mknię­cie swo­jego łódz­kiego ży­cia, spa­ko­wa­nie naj­po­trzeb­niej­szych rze­czy i prze­nie­sie­nie się do Po­zna­nia miała mniej niż dwa­dzie­ścia cztery go­dziny?

- Do­tar­łam do Po­zna­nia do­piero trzy go­dziny temu.

- Czyli prze­pro­wadzka na ostat­nią chwilę. W miesz­ka­niu służ­bo­wym wszystko jest tak, jak na­leży?

- Oczy­wi­ście. - Wy­krzy­wiła twarz w grzecz­no­ścio­wym uśmie­chu.

Miesz­ka­nie służ­bowe oka­zało się mi­kro­sko­pijną ka­wa­lerką, za­pro­jek­to­waną w stylu to­kij­skim. Na dwu­dzie­stu me­trach kwa­dra­to­wych znaj­do­wały się kuch­nia, ła­zienka, sy­pial­nia, sa­lon i miej­sce do pracy - a ra­czej ich ja­poń­skie od­po­wied­niki. W ła­zience mo­gła jed­no­cze­śnie ko­rzy­stać z to­a­lety i myć zęby nad zle­wem, w przed­po­koju zdej­mo­wać buty i przy­go­to­wy­wać obiad, a w sy­pialni le­żeć na łóżku i ko­rzy­stać z lap­topa sto­ją­cego na biurku. Je­dy­nym plu­sem miesz­ka­nia była jego lo­ka­li­za­cja. Znaj­do­wało się przy ulicy Szy­linga, nie­malże na­prze­ciwko ko­mendy.

- Gdyby coś było nie tak, pro­szę dać mi znać. Chcę, żeby mo­gła pani kom­for­towo pra­co­wać, dla­tego ofi­cjal­nie in­for­muję, że ma pani wspar­cie moje i ca­łego ze­społu. A te­raz, skoro uprzej­mo­ści za nami, przejdźmy do kon­kre­tów. Pro­szę usiąść.

Ko­mi­sarz Kuczma za­jął miej­sce za biur­kiem, po­pra­wił ko­szulę i przy­stą­pił do prze­ka­zy­wa­nia nie­zbęd­nych in­for­ma­cji. Ur­szula przy­sia­dła na krze­śle z boku. Sta­rała się nie uprze­dzać do no­wego prze­ło­żo­nego, ale w ga­bi­ne­cie Kuczmy czuła się nie­mal jak u Ba­ra­niaka.

- Spro­wa­dzi­li­śmy pa­nią, żeby za­jęła się pani utwo­rze­niem ko­mórki do ba­da­nia za­bójstw z ar­chi­wum. Cały Po­znań czeka na po­li­cyjne Ar­chi­wum X z praw­dzi­wego zda­rze­nia.

- Po­zwolę so­bie za­prze­czyć. Ta na­zwa ko­ja­rzy się ra­czej z agen­tem Mul­de­rem i agentką Scully i spra­wami nie­moż­li­wymi do wy­ja­śnie­nia na dro­dze kon­wen­cjo­nal­nego ro­zu­mo­wa­nia. Po­dej­rze­wam, że w Po­zna­niu, mimo że leży dość bli­sko Wy­la­towa, za­bójstw nie do­ko­nują ko­smici? - Ur­szula za­wie­siła głos, bacz­nie ob­ser­wu­jąc prze­ło­żo­nego.

Skrzy­wił się, jakby wła­śnie przy­po­mniał so­bie, że wła­śnie tam znaj­do­wały się słynne kręgi w zbożu, ucho­dzące za ślady lą­do­wa­nia UFO.

- Przed­mio­tem za­in­te­re­so­wa­nia ko­mórki, którą mam zbu­do­wać, będą dawne za­bój­stwa, któ­rych do­ko­nali lu­dzie, prawda? - kon­ty­nu­owała Ur­szula. - Za­tem pro­po­nuję uni­kać sfor­mu­ło­wa­nia "Ar­chi­wum X". Je­śli już ko­niecz­nie chce pan uży­wać ja­kiejś na­zwy, lep­sze bę­dzie "Ar­chi­wum Z". "Z" jak za­bój­stwo.

- Ar­chi­wum Z? Po­doba mi się. Me­diom też się spodoba.

- Me­diom?

- Tak. To drugi punkt na pani li­ście za­dań. Na pewno wi­działa pani, jaką na­gonkę roz­pę­tano w te­le­wi­zji. Śpiewka, że Po­znań nie wie, jak za­brać się do spraw ar­chi­wal­nych, stała się już nie do znie­sie­nia. I dla mnie, i dla mo­ich prze­ło­żo­nych.

- Po­znań nie wie? - po­wtó­rzyła.

Nie miała jesz­cze czasu, żeby spraw­dzić w in­ter­ne­cie opi­nie o po­znań­skiej po­li­cji. Wie­działa tylko, że praca z me­diami pa­trzą­cymi na ręce jest wy­jąt­kowo trudna dla każ­dego kry­mi­nal­nego.

To już nie pole mi­nowe, a jedno wiel­kie ba­gno. Każdy ko­lejny krok ozna­cza za­pad­nię­cie się co­raz głę­biej.

- Czy gdy­by­śmy wie­dzieli, to go­ścił­bym pa­nią w swoim ga­bi­ne­cie? I mar­no­wał czas na wpro­wa­dze­nie pani w sprawy? Mogę je­dy­nie po­wie­dzieć, że pró­bo­wa­li­śmy kilku me­tod, ale efekty były marne. Nie mamy czasu na po­ru­sza­nie się po omacku, bo na­gonka po­woli zmie­nia się w głę­boki me­dialny kry­zys, z któ­rego mu­simy jak naj­szyb­ciej wyjść. Pani, mam na­dzieję, bę­dzie na­szym wspar­ciem.

- Po­dej­rze­wam, że le­piej w tej roli spraw­dziłby się spe­cja­li­sta od PR-u.

Ur­szula uni­kała ka­mer jak ognia. Nie chciała się po­ja­wiać na szkla­nym ekra­nie, w miesz­ka­niach i do­mach Po­la­ków. Miała zie­mi­stą cerę, krótko ścięte włosy, nie ma­lo­wała się, nie na­kła­dała na twarz ma­se­czek ani nie cho­dziła do ko­sme­ty­czek. Róż­niła się od in­nych ko­biet. Sku­piała się na pracy. Cią­gle my­ślała nad ja­ki­miś spra­wami. Przy­go­to­wy­wała pro­file psy­cho­lo­giczne. Ana­li­zo­wała akta. Ty­po­wała spraw­ców. Dawno stra­ciła oznaki ko­bie­co­ści i wcale jej to nie prze­szka­dzało.

- Dzien­ni­ka­rze wy­cią­gnęli na świa­tło dzienne sprawę sprzed bli­sko trzy­dzie­stu lat i wy­ty­kają błędy po­li­cji. A my na gwałt po­trze­bu­jemy suk­cesu, czyli ko­goś, kto roz­wiąże sprawę. I tu wła­śnie za­czyna się pani rola. Akta cze­kają na biurku. Li­czę, że zaj­mie się pani tym nie­zwłocz­nie.

- I że nie­zwłocz­nie po­jawi się prze­łom w spra­wie? - za­żar­to­wała po­nuro.

Twarz Kuczmy się roz­pro­mie­niła, a Ur­szula zy­skała pew­ność, że Ba­ra­niak wie­dział, co robi. Pew­nie li­czył na to, że zła­mie ją na tyle, by prze­stała sta­no­wić dla niego za­gro­że­nie.

- Wi­dzę, że ro­zu­miemy się bez słów. To bar­dzo do­brze wróży na­szej współ­pracy!

- Nie by­ła­bym taka pewna. Spraw z ar­chi­wum nie roz­wią­zuje się pod pu­bliczkę.

Mu­siała za­de­mon­stro­wać swój sprze­ciw. Nie była pierw­szą lep­szą po­li­cjantką, a pro­fi­lerką, która uczest­ni­czyła w roz­wią­za­niu wielu spraw z ar­chi­wum. Wie­działa, że czas, który upły­nął od mo­mentu zda­rze­nia do chwili po­now­nego wczy­ta­nia się w sprawę, po­wo­do­wał, że praca była nie tylko żmudna i trudna, ale czę­sto koń­czyła się fia­skiem.

- Niech się pani nie mar­twi pu­blicz­no­ścią.

- Nie je­stem cu­do­twórcą. Nie gwa­ran­tuję, że...

- Stop! Wy­da­łem pani roz­kaz. Ko­men­dant po­wie­dział, że po­trze­bu­jemy świe­żego spoj­rze­nia. Osoby spoza ukła­dów to­wa­rzy­skich. Sku­tecz­nej i zde­ter­mi­no­wa­nej. Mamy więc pa­nią. Skończmy za­tem bez­pro­duk­tywne roz­mowy i niech każde z nas zaj­mie się swoją pracą.

W ga­bi­ne­cie po­wia­dało chło­dem. Ur­szula spoj­rzała na ze­ga­rek. W ciągu dzie­się­ciu mi­nut oboje zu­żyli wszyst­kie uprzejme uśmie­chy i po­kłady ła­god­no­ści. Po­zo­stały im tylko obo­jętne twa­rze służ­bi­stów.

- Za­nim zajmę się ak­tami, pro­szę o pod­su­mo­wa­nie: ja­kie są ocze­ki­wa­nia w sto­sunku do mnie?

- Po pierw­sze zre­wi­do­wa­nie sprawy, która jest te­raz na świecz­niku. Po dru­gie uru­cho­mie­nie ko­mórki do spraw ar­chi­wal­nych, w czym oczy­wi­ście za­wiera się nie tylko re­kru­ta­cja od­po­wied­nich osób, ale także ich prze­szko­le­nie. Po trze­cie pół roku to wy­star­cza­jąco dużo czasu, żeby roz­wią­zać jesz­cze kilka in­nych spraw z ar­chi­wum. Tak jak mó­wi­łem, bę­dzie miała pani pełne ręce ro­boty. Nie traćmy więc czasu.

***

Ga­bi­net. Dom. Ga­bi­net. Dom.

Noc. Dzień. Noc. Dzień.

Ży­cie prze­cieka mi przez palce. Re­ali­zuję obo­wiązki, za­pew­niam byt ro­dzi­nie, za­ra­biam i pla­nuję, że kie­dyś zwol­nię. Albo za­trzy­mam się, cho­ciaż na chwilę.

Dzień. Mie­siąc. Rok. Dwa. Czas mija nie­zmier­nie szybko. Przy­bywa mi zmarsz­czek, ale i pie­nię­dzy. Tych dru­gich nie gro­ma­dzę z sa­mej chęci po­sia­da­nia. Mu­szę być go­towa, je­śli na­gle się okaże, że po­wraca pro­blem miesz­ka­nia. Ilona na ra­zie jest w szpi­talu, ale kie­dyś z niego wyj­dzie i znowu za­żąda, że­by­śmy się wy­pro­wa­dzili.

- Mamo, nie mam czy­stych skar­pe­tek. - Kuba stoi w progu swo­jego po­koju i pa­trzy na mnie bez­rad­nie.

- Jak to nie masz?

- No nie mam.

- Kuba, spóź­nimy się! Po­spiesz się!

Za mniej niż pół go­dziny za­czy­nają się lek­cje, a mój klient po­wi­nien po­ja­wić się w ga­bi­ne­cie.

- Spie­szę się - mówi, na­dal nie ru­sza­jąc się z miej­sca. - Mam iść bez skar­pe­tek?

Jak tor­nado wpa­dam do jego po­koju i bie­gnę do ko­mody, omi­ja­jąc le­żące na pod­ło­dze spodnie od pi­żamy, sa­mo­chody i pod­ręcz­niki.

- Kuba, czemu tu jest taki ba­ła­gan?! Nie dzi­wię się, że nie mo­żesz tu ni­czego zna­leźć! Kiedy ostat­nio sprzą­ta­łeś?

- W so­botę. Mamo, skar­petki, nie sku­piaj się na ba­ła­ga­nie, bo się spóź­nimy.

Celna uwaga tra­fia mnie pro­sto w serce. Kuba ma spoj­rze­nie swo­jego ojca i mój by­stry umysł. Udu­si­ła­bym go, gdy­bym nie ko­chała.

- Nie ma w ko­mo­dzie.

- Mó­wi­łem.

- Ale za to mnó­stwo leży na pod­ło­dze! Za łóż­kiem, za biur­kiem. Mó­wi­łam ci prze­cież, że brudne trzeba wrzu­cać do pralki. Gdy­byś je wrzu­cił, wy­pra­ła­bym je i miał­byś czy­ste.

- Mamo!

Dys­cy­pli­nuje mnie dzie­wię­cio­la­tek. Cza­sami my­ślę, że bez niego bym so­bie nie po­ra­dziła.

- Trudno. Włóż skar­petki z wczo­raj, może dzięki temu za­pa­mię­tasz, że brudy od­kłada się w jedno miej­sce. - Ogra­ni­czam ka­za­nie do mi­ni­mum, cho­ciaż nie jest to ła­twe. Bu­zuje we mnie złość. Na te prze­klęte skar­petki, na Kubę, na to, że mu­szę mu wszystko po­wta­rzać mi­lion razy. I na to, że je­ste­śmy sami.

Do­brze, że za­in­te­re­so­wa­nie pi­sma­ków po ko­lej­nej - już praw­dzi­wej - śmierci Ga­briela opa­dło. W prze­ciw­nym ra­zie mu­sia­ła­bym czy­tać na­główki "Wdowa Alek­san­dra Wilk nie ra­dzi so­bie z ży­ciem ro­dzin­nym" albo "Uko­chany syn Alek­san­dry Wilk drugi dzień z rzędu cho­dzi w tych sa­mych skar­pet­kach".

- Le­cimy? - Kuba znacz­nie przy­spie­szył, bo ma na so­bie już nie tylko skar­petki, ale i buty.

- Le­cimy. Jak zwy­kle. - Sta­ram się uśmiech­nąć. Niech przy­naj­mniej na ko­niec uświad­czy ła­god­nej twa­rzy matki. - Oj, Ku­buś, Ku­buś, czy my kie­dyś bę­dziemy wy­cho­dzić z domu bez po­śpie­chu?

- Nie, mamo. Bo je­ste­śmy Wil­kami i wszystko ro­bimy na ostat­nią chwilę.

?***

Li­ce­alistka Anna Su­kien­nik nie mo­gła prze­stać my­śleć. Na li­ście za­ku­pów miała wpi­saną zgrzewkę mleka peł­no­tłu­stego, a na skle­po­wej półce zna­la­zła je­dy­nie kar­tony z na­pi­sem: "1,5%". Wzięła to z niż­szą za­war­to­ścią tłusz­czu oraz inne pro­dukty z li­sty, od­stała swoje przy ka­sie i opu­ściła sklep, ale im bar­dziej od­da­lała się od Bie­dronki, tym więk­sze miała wąt­pli­wo­ści.

Nie prze­pa­dała za mle­kiem, ale je­śli już mia­łaby je wy­pić, to wo­la­łaby to z naj­mniej­szą za­war­to­ścią tłusz­czu. Za­kupy nie miały jed­nak słu­żyć do wy­peł­nie­nia do­mo­wej spi­żarni, bo o to dbała jej mama, ale do wy­peł­nie­nia lo­dówki i sza­fek w miesz­ka­niu Ka­ta­rzyny Hałki.

Dziew­czyny po­znały się pod­czas warsz­ta­tów ma­ki­jażu w osie­dlo­wym klu­bie. Sie­działy obok sie­bie. Za­częły roz­ma­wiać o ko­sme­ty­kach, a skoń­czyły na kul­tu­ro­znaw­stwie. Anna bar­dzo chciała je stu­dio­wać, a Ka­ta­rzyna była już na trze­cim roku.

Za­zna­jo­miły się na tyle, że Anna stała się czę­stym go­ściem Ka­ta­rzyny. Od­wie­dzała ją re­gu­lar­nie i po­ży­czała ko­lejne książki. Cza­sem roz­ma­wiały o ży­ciu, cza­sem o pro­ble­mach. Któ­re­goś dnia Kaśka przy­znała się, że z jej tu­szą trudno ro­bić duże za­kupy.

- No nie! - zde­ner­wo­wała się Anna.

Mo­tyw mu­zyczny z naj­pięk­niej­szego filmu o mi­ło­ści roz­brzmie­wał w kie­szeni jej spodni, a ona nie miała wol­nej ręki, żeby się­gnąć po te­le­fon. Za­trzy­mała się i ro­zej­rzała w po­szu­ki­wa­niu ściany, o którą oprze siatki.

- Halo?

- Już my­śla­łam, że nie od­bie­rzesz.

- Żar­tu­jesz? Chcia­łam tro­chę po­słu­chać mu­zyczki ze Zmierz­chu.

- Bella i Edward? Anka, na­wet mi nie przy­po­mi­naj tej ide­al­nej pary, bo się po­pła­czę. Po­kłó­ci­łam się z Rad­kiem. Tym ra­zem to na­prawdę ko­niec. Mogę wpaść do cie­bie?

- Pew­nie, że mo­żesz, ale nie te­raz. Nie ma mnie w domu.

- A gdzie je­steś? Ry­czeć mi się chce.

- Idę z za­ku­pami do klientki.

- A, no tak, dziś środa. Idziesz do gru­bej Ka­chy? Do­brze by jej zro­biło, gdyby sama wy­szła.

Anna nie za­mie­rzała o tym dys­ku­to­wać. Ka­ta­rzyna była inna niż reszta zna­nych jej lu­dzi. Chyba nie miała wielu zna­jo­mych.

Anna nie po­tę­piała in­nych. Też chcia­łaby być inna, ale bra­ko­wało jej od­wagi. Kiedy umó­wiła się z Ka­ta­rzyną, że bę­dzie jej ro­bić za­kupy w za­mian za nie­wiel­kie kwoty, po­sta­no­wiła, że uzbiera pie­nią­dze na ta­tuaż. To on po­każe lu­dziom, że jest inna.

- Za­ła­twię to szybko. Wpa­daj, naj­wy­żej chwilę po­cze­kasz. Matka jest w domu, otwo­rzy ci.

- To mnie za­chę­ci­łaś! - Przy­ja­ciółka się ro­ze­śmiała. - Wstrzy­mam się do czasu, aż skoń­czysz, bo cze­ka­nie u cie­bie... Wy­bacz, nie na­leży do naj­bar­dziej kom­for­to­wych. Twoja matka znowu bę­dzie wy­py­ty­wała o szkołę, chło­pa­ków i ta­kie tam.

- No do­bra. Uwinę się jak naj­szyb­ciej. Spo­tkamy się przed klatką, do­bra?

- Tylko szybko, pro­szę! Już mam łzy w oczach.

Anna scho­wała te­le­fon do kie­szeni. Zła­pała siatki i ru­szyła przed sie­bie. Do po­ko­na­nia miała krótką uliczkę i schody pro­wa­dzące na trze­cie pię­tro.

Ka­ta­rzyna miesz­kała w ni­skim bloku i Anna po­dej­rze­wała, że już wdra­py­wa­nie się po scho­dach kosz­to­wało ją na­prawdę sporo. Jej sa­mej wno­sze­nie cięż­kich to­reb z za­ku­pami, które za­pew­ni­łyby prze­ży­cie czte­ro­oso­bo­wej ro­dzi­nie przez kilka dni, spra­wiało odro­binę trud­no­ści, mimo że była szczu­pła, miała szes­na­ście lat i piątki z WF-u.

Kiedy do­tarła przed drzwi, po­ło­żyła część re­kla­mó­wek na ziemi i za­pu­kała.

Ci­sza.

Po chwili po­wtó­rzyła pu­ka­nie. Na­stęp­nie na­ci­snęła dzwo­nek. Ka­ta­rzyna, wbrew ocze­ki­wa­niom, nie po­ja­wiała się w drzwiach. Się­gnęła do to­rebki. Klu­cze do miesz­ka­nia le­żały na sa­mym dnie. Wrzu­ciła je tam dawno temu i ani razu nie sko­rzy­stała. Po chwili na­ci­snęła klamkę i we­szła do środka.

- Ka­siu, to ja! Przy­nio­słam za­kupy! - za­wo­łała gło­śno na wy­pa­dek, gdyby ko­le­żanka spała lub za­ba­wiała się w łóżku z ja­kimś fa­ce­tem. Dla ostroż­no­ści uznała, że nie bę­dzie za­glą­dać do sy­pialni.

Się­gnęła po za­kupy i we­szła do sa­lonu. Jedno spoj­rze­nie w prawo na ike­ow­ski re­gał od­dzie­la­jący część wy­po­czyn­kową od ja­dalni i aneksu ku­chen­nego spra­wiło, że Anna ode­tchnęła z ulgą.

- Kaśka! Wo­łam cię i wo­łam! Halo, sły­szysz mnie?

Ko­le­żanka sie­działa przy stole, z głową opartą o blat. Obok stały kie­li­szek z resztką wina i bu­telka.

- Przy­nio­słam za­kupy. Nie było mleka tłu­stego, ku­pi­łam pół­tłu­ste, mam na­dzieję, że mnie nie za­bi­jesz z tego po­wodu.

Zgrzewka mleka tra­fiła do szafki, jajka do lo­dówki. Ka­ta­rzyna wciąż mil­czała.

- To się za­pra­wi­łaś, dziew­czyno! - Anna uznała, że ko­le­żanka wy­piła zbyt dużo i za­snęła przy stole. - Kaśka, obudź się, leć pod prysz­nic i na za­ję­cia. Mó­wi­łaś, że w środę nie mo­żesz opusz­czać wy­kła­dów z kul­tury kon­sump­cji, bo baba ma świetną pa­mięć do twa­rzy. Kaśka!

Po­nie­waż krzyk nie przy­no­sił ocze­ki­wa­nych re­zul­ta­tów, Anna zmie­niła stra­te­gię. Po­de­szła do ko­le­żanki i pró­bo­wała unieść jej głowę. Przez chwilę si­ło­wała się z bez­wład­nym cia­łem i do­piero po kilku se­kun­dach uświa­do­miła so­bie, że ciało Kaśki jest nie­na­tu­ral­nie sztywne i zimne.

Cof­nęła się. Od­gar­nęła włosy za­sła­nia­jące wcze­śniej twarz i za­uwa­żyła, że po­li­czek ko­le­żanki miał ko­lor zbli­żony do od­cie­nia skóry wam­pi­rzego bo­ha­tera Zmierz­chu.

Ostroż­nie przy­ło­żyła rękę do gru­bej szyi, pró­bu­jąc zna­leźć puls. Przy­ci­skała skórę w kilku miej­scach, ale w żad­nym nie czuła cha­rak­te­ry­stycz­nego ru­chu tęt­nic. Drżą­cymi rę­koma wy­jęła ko­mórkę z kie­szeni spodni i wy­brała nu­mer.

- No cześć. Nie... Nie cze­kaj na mnie. Kaśka chyba... nie żyje.

***

Ur­szula przy­wi­tała się z funk­cjo­na­riu­szami sie­dzą­cymi w po­koju i za­jęła miej­sce za biur­kiem. Na szczę­ście nie było mi­kro­sko­pijne, mo­gła więc oko­pać się za ak­tami, tak jak lu­biła.

- Skąd cię prze­nie­śli? - za­py­tał męż­czy­zna sie­dzący przy biurku obok.

- Z Ło­dzi - od­po­wie­działa uprzej­mie, po czym się­gnęła po stare do­ku­menty, o któ­rych wspo­mi­nał prze­ło­żony.

Nie chciała ani roz­ma­wiać, ani tym bar­dziej opo­wia­dać o so­bie. Nie te­raz. Naj­pierw mu­siała po­czuć się bez­piecz­niej w no­wym miej­scu, obej­rzeć, jak dzia­łają w nim tu­tejsi funk­cjo­na­riu­sze, i roz­gryźć łą­czące ich za­leż­no­ści.

W dniu 30.05.1987 roku około go­dziny 20 ro­dzice Ma­rysi W. za­nie­po­ko­ili się tym, że ich córka nie wró­ciła jesz­cze z ko­ścioła. Trwał biały ty­dzień.

Pierw­sze czy­ta­nie akt było ra­czej po­bieżne. Spo­glą­dała na wy­brane aka­pity, by na­brać wstęp­nego wy­obra­że­nia o spra­wie.

Oj­ciec Je­rzy W. po­je­chał ro­we­rem do od­da­lo­nego o sześć ki­lo­me­trów ko­ścioła w Skó­rze­wie, by spraw­dzić, czy msza się nie prze­dłu­żyła. Ko­ściół był już pu­sty. Nie zna­lazł córki ani na przy­stanku au­to­bu­so­wym, ani w jego oko­li­cach, ani po dro­dze. Kiedy wró­cił do domu, do­wie­dział się od ko­le­żanki córki, że ostatni raz wi­działa Ma­ry­się W. na przy­stanku au­to­bu­so­wym na ulicy Zło­tow­skiej. To tam dzieci z osie­dla Baj­ko­wego, do­jeż­dża­jące na biały ty­dzień, wy­sia­dły z au­to­busu. Je­rzy W. po­je­chał na naj­bliż­szy po­ste­ru­nek mi­li­cji, by zgło­sić za­gi­nię­cie córki.

- I jak? My­ślisz, że da się to ugryźć?

- Mo­żesz przy­po­mnieć mi swoje imię?

- Star­szy sier­żant To­masz Chmie­lew­ski.

- Mogę po pro­stu To­masz?

- Pew­nie.

- To­masz. Je­śli coś mogę ugryźć, to tylko cie­bie. Po­ką­sać. Do­piero do tego usia­dłam, a ty już py­tasz mnie o zda­nie.

- Mó­wili, że je­steś su­per...

- A nie mó­wili przy­pad­kiem, że nie lu­bię tra­cić czasu na bez­sen­sowne roz­mowy?

Chmie­lew­ski burk­nął coś pod no­sem, a Ula mo­gła wró­cić do lek­tury akt.

Po­szu­ki­wa­nia roz­po­częły się około go­dziny 23, a za­koń­czyły o 2.30. Dziew­czynki nie od­na­le­ziono. Za­rzą­dzono prze­rwę do go­dziny 5, a po­tem po­now­nie prze­szu­ki­wano te­reny, któ­rymi mo­gła po­dą­żać w dro­dze z przy­stanku do domu. Około 6.30 na te­re­nie La­sku Mar­ce­liń­skiego przy­le­ga­ją­cego do ulicy Le­śnych Skrza­tów ujaw­niono zwłoki Ma­rysi W.

Ciało było uło­żone w za­głę­bie­niu, przy­sy­pane zie­mią i ga­łę­ziami. Pierw­szą osobą, która za­uwa­żyła ciało, był Je­rzy W., oj­ciec dziew­czynki. Miej­sce ujaw­nie­nia zwłok to las ko­mu­nalny o po­wierzchni 230 hek­ta­rów, w któ­rym znaj­dują się liczne ścieżki spa­ce­rowe, szlaki ro­we­rowe, a także góra sa­necz­kowa i staw. Zwłoki znaj­do­wały się z dala od le­śnej uliczki oraz w znacz­nej od­le­gło­ści (100 me­trów) od naj­bliż­szej ulicy i około 450 me­trów od stawu.

Skrze­czący głos To­ma­sza co rusz prze­szka­dzał Ur­szuli.

- Masz już wy­niki sek­cji zwłok

Pod­no­siła głowę i spraw­dzała, co się dzieje. Po­koje kry­mi­nal­nych wy­glą­dały pra­wie tak samo w ca­łej Pol­sce. Ten po­znań­ski był tro­chę więk­szy od prze­cięt­nego, wy­peł­niony me­ta­lo­wymi sza­fami i wszech­obec­nym te­sto­ste­ro­nem. Je­den z po­li­cjan­tów roz­ma­wiał przez te­le­fon, drugi jadł ka­napkę, a trzeci dro­czył się z To­ma­szem. Wró­ciła do lek­tury akt. Tym ra­zem jed­nak nie sku­piła się na tek­ście, lecz na czarno-bia­łych zdję­ciach.

Ofiara przy­sy­pana zie­mią. Głowa za­mor­do­wa­nej tylko czę­ściowo przy­pró­szona. Lewa ręka i palce stóp wy­sta­jące z ziemi. Ka­wa­łek bia­łej tka­niny. Biały pa­sek. Naj­bliż­sza oko­lica.

- Fuck! - wy­rwało jej się.

- Co jest? - To­masz za­re­ago­wał bły­ska­wicz­nie.

- Czarno-białe zdję­cia.

- Mo­giła, nie?

Kiw­nęła głową. Po­winna się przy­zwy­czaić do zdjęć spraw z ar­chi­wum. Wszyst­kie były czarno-białe, nie­ostre i w tak kiep­skiej ja­ko­ści, że bar­dziej fru­stro­wały, niż po­ma­gały.

Wró­ciła do lek­tury.

Zwłoki Ma­rysi W. uło­żone były w wy­ko­pa­nym za­głę­bie­niu o wy­mia­rach: dłu­gość 130 cen­ty­me­trów, sze­ro­kość 40 cen­ty­me­trów, głę­bo­kość 15 cen­ty­me­trów. Le­żały na wznak, za­sy­pane zie­mią, która two­rzyła nie­wielki pa­gó­rek. Kop­czyk przy­kryto ga­łę­ziami aka­cji. Głowa ofiary była prze­krzy­wiona na prawą stronę, po­wieki za­mknięte, usta pół­otwarte. Lewa ręka dziew­czynki nieco od­wie­dziona od ciała, po­wy­żej nad­garstka wi­doczne zła­ma­nie. Prawa ręka od­chy­lona do boku i tyłu, a dłoń opie­rała się na pra­wym bio­drze. Nogi wy­pro­sto­wane, stopy lekko na­cho­dziły na sie­bie (prawa na lewą).

Po­now­nie spoj­rzała na pierw­sze zdję­cie. Pnie, kop­czyk ukry­wa­jący ciało. Na nim kilka ga­łęzi. Wy­sta­jąca z boku dzie­cięca dłoń. I ta twarz: biała i obo­jętna, tylko z kil­koma zia­ren­kami ziemi.

Ten kon­trast po­mię­dzy ukry­tym cia­łem i od­krytą twa­rzą bu­dził w Ur­szuli emo­cje. Każde miej­sce zbrodni było efek­tem dy­na­micz­nej wy­miany ener­gii po­mię­dzy za­bójcą a ofiarą. Ukry­cie zwłok w taki spo­sób mó­wiło coś o za­bójcy, o jego sto­sunku do ofiary lub o łą­czą­cej ich więzi. Za­ko­pa­nie ciała, przy jed­no­cze­snym za­cho­wa­niu od­sło­nię­tej twa­rzy dziew­czynki, wy­ma­gało pre­cy­zji i uwagi.

- Fuck! - jęk­nęła znowu. - To­masz?

- Co jest?

- Da­leko jest ten La­sek Mar­ce­liń­ski? - Chciała po­czuć prze­strzeń wszyst­kimi zmy­słami, zo­rien­to­wać się w od­le­gło­ściach od drogi, w oto­cze­niu i we wszyst­kim, co mo­gło mieć wpływ na za­cho­wa­nie za­bójcy.

Oczy­wi­ście zda­wała so­bie sprawę, że w osiem­dzie­sią­tym siód­mym ten te­ren mógł wy­glą­dać tro­chę ina­czej, ale chciała po­rów­nać zdję­cia z rze­czy­wi­sto­ścią.

- Ka­wa­łek. Mogę cię tam za­wieźć, je­śli chcesz.

- Ka­wa­łek, czyli ile? Pięć mi­nut? Dzie­sięć?

- A weź­miesz mnie do swo­jego ze­społu?

- Po­my­ślę.

- To po­myśl, a te­raz się zbie­raj. Je­dziesz ze mną. Mamy trupa, mu­simy to spraw­dzić. Na Bu­kow­skiej, stam­tąd do La­sku jest ja­kieś pięt­na­ście mi­nut pie­chotą.

***

- Cześć, cio­ciu.

Głos We­ro­niki do­dał Ilo­nie skrzy­deł. Bar­dzo długo za­sta­na­wiała się, czy po­winna za­dzwo­nić do bra­ta­nicy. Do­my­ślała się, że ta­kim za­cho­wa­niem może zde­ner­wo­wać jej matkę - i to ją prze­ko­nało. Le­żała jed­nak w szpi­talu już od tak dawna, że brak obec­no­ści bli­skich sercu lu­dzi za­czął do­skwie­rać jej tak mocno, że chyba po­woli wpa­dała w de­pre­sję.

- Wi­taj, moja ulu­biona wil­czyco!

Pa­cjentka sie­dząca na łóżku obok za­miast za­jąć się krzy­żów­kami, które roz­wią­zy­wała od rana do wie­czora, odło­żyła gruby ka­je­cik i spoj­rzała zdzi­wiona na Ilonę.

Ta wstała z łóżka i wy­szła z sali. Na ko­ry­ta­rzu nie było le­piej. Wszę­dzie krę­cili się lu­dzie w zu­ży­tych pi­ża­mach i wy­pło­wia­łych szla­fro­kach. Nie pa­so­wała tu. Jej pi­żama kosz­to­wała po­nad dwie­ście zło­tych, a szla­frok był z li­mi­to­wa­nej se­rii. Wpa­tru­jąc się w zie­lo­nom­dłą pod­łogę, do­tarła do to­a­lety.

- Już je­stem. Prze­pra­szam cię, We­ro­niczko. - Za­mknęła się w ka­bi­nie i ode­tchnęła z ulgą, że w końcu bę­dzie mo­gła swo­bod­nie po­roz­ma­wiać przez te­le­fon. Bez pod­słu­chi­wa­nia i dziw­nych spoj­rzeń pa­cjen­tów. Nie miała z czego się tłu­ma­czyć. Tak, ona, Ilona Drze­wiecka, też miała ro­dzinę i lu­dzi, któ­rych ko­chała, cho­ciaż wszy­scy w szpi­talu trak­to­wali ją jak wredną zołzę.

- Dawno nie dzwo­ni­łaś, cio­ciu.

- Dawno. Nie mia­łam moż­li­wo­ści. Tyle spraw... - Na­gle po­my­ślała, że się za­pę­dziła. Nie chciała okła­my­wać We­ro­niki. W ogóle nie chciała już kła­mać. Po prze­bu­dze­niu w szpi­talu uznała, że do­stała od Boga drugą szansę. Po­my­ślała, że naj­bar­dziej ra­cjo­nalne by­łoby wy­ko­rzy­sta­nie jej na na­prawę błę­dów z po­przed­niego ży­cia - Ach, szkoda ga­dać. Co u cie­bie, We­ro­niczko?

- Wszystko do­brze. Cho­ciaż dużo się dzieje. Oj, dużo. Masz czas? Nie je­steś w sa­lo­nie albo gdzieś w dro­dze?

Ilona uśmiech­nęła się słabo. Druga szansa naj­wi­docz­niej była jej bar­dzo po­trzebna, skoro córka jej zmar­łego brata spra­wia wra­że­nie zdzi­wio­nej te­le­fo­nem.

- Oczy­wi­ście, że mam. Opo­wia­daj!

- Bo ja miesz­kam w Ło­dzi, wiesz?

- Jak to w Ło­dzi? Wy­pro­wa­dzi­li­ście się z Po­zna­nia?

- Nie. Mama i Kuba zo­stali, tylko ja.

- Jak to zo­stali? We­ro­nika, co się stało? Mama się na to zgo­dziła czy ucie­kłaś z domu?

Od­głosy z ka­biny obok po­in­for­mo­wały Ilonę, że prze­stała być sama. Ktoś naj­pierw trza­snął drzwiami, a póź­niej przez chwilę mo­co­wał się z za­suwą.

- Pod ko­niec gim­na­zjum wy­my­śli­ły­śmy z Be­atą, że idziemy ra­zem do li­ceum. Ale nie ta­kiego zwy­kłego, tylko spor­to­wego. Wy­szło nam, że naj­lep­sze bę­dzie to w Ło­dzi. Cio­ciu, tu jest bar­dzo wy­soki po­ziom na­uki, nie bez po­wodu na­zy­wają ich szkołą mi­strzow­ską. Naj­lepsi tre­ne­rzy, ma­sa­ży­ści, bo­iska... Nor­mal­nie kie­dyś zo­ba­czysz mnie na mi­strzo­stwach Pol­ski!

We­ro­nika ra­do­śnie opo­wia­dała o tym, jak obie z Be­atą za­fun­do­wały swoim mat­kom huś­tawkę emo­cjo­nalną, gdy do­zo­wały im szcze­góły do­ty­czące wy­ma­rzo­nej przy­szło­ści. Jak po­woli, krok po kroku, przy­zwy­cza­jały je do my­śli o li­ceum spor­to­wym, a do­piero wtedy, kiedy ro­dzi­cielki się z tym oswo­iły i wy­ra­ziły zgodę, dziew­czyny do­dały, że in­te­re­suje je wy­łącz­nie naj­lep­sza szkoła, w Ło­dzi.

- Mama gło­śno pro­te­sto­wała, że niby da­leko, że za młoda je­stem, że nie mogę być sama.

- We­ro­nika, ale dla­czego Łódź?

- Cio­ciu, tu jest bo­sko. Świetne za­ję­cia, na­uka ja­koś mi idzie. Miesz­kamy z Be­atą w in­ter­na­cie. Wożą nas au­to­bu­sem na tre­ningi. Je­dze­nie jest do­bre. I mam spo­kój. Mę­czyło mnie to wszystko. No wiesz...

Ilona naj­chęt­niej opu­ści­łaby kry­jówkę, bo z ka­biny obok prze­do­stał się gry­zący pa­pie­ro­sowy dym, ale nie chciała prze­ry­wać roz­mowy z roz­e­mo­cjo­no­waną sio­strze­nicą. Pa­mię­tała ze swo­jej mło­do­ści, że naj­bar­dziej wku­rzały ją sy­tu­acje, w któ­rych w naj­cie­kaw­szym mo­men­cie snu­tej przez nią opo­wie­ści matka mó­wiła: "Wiesz co, opo­wiesz mi o tym póź­niej, te­raz mu­szę...", po czym wy­mie­niała jedną z czyn­no­ści typu: "wyjść do pracy", "umyć głowę", "od­ku­rzyć w po­koju".

- Co cię mę­czyło? Mama? - za­py­tała, sta­ra­jąc się po­wstrzy­mać złość.

Pa­le­nie pa­pie­ro­sów w to­a­le­cie było za­bro­nione. Nie za­mie­rzała śmier­dzieć, bo ktoś mu­siał za­spo­koić swój na­łóg. Wy­szła z ukry­cia, otwo­rzyła sze­roko okno i od­kaszl­nęła gło­śno.

- Nie, nie tylko ona. Wszystko. Miesz­ka­nie, w któ­rym wszy­scy by­li­śmy szczę­śliwi. Ja­koś nie mo­głam o tym pa­mię­tać, pa­trzy­łam na ściany, ka­napę, na łóżko i wannę. I cią­gle my­śla­łam o tym, że nie tak dawno miesz­kał z nami oj­ciec. Że krzy­czał, ale też przy­tu­lał. Chra­pał i od­ku­rzał co so­botę. A te­raz go nie ma, bo dał się za­bić. Prze­pra­szam, cio­ciu, że tak mó­wię, ale to nie było fair. Miał nas. Mnie, Kubę i mamę, a wplą­tał się w te in­te­resy... Wy­je­cha­łam z Po­zna­nia i od razu mi le­piej, wiesz? Mam już szes­na­ście lat, je­stem sa­mo­dzielna i w końcu zo­sta­wi­łam złość na ojca za sobą. Tak mi się przy­naj­mniej wy­daje. To chyba prze­ko­nało mamę.

- Naj­waż­niej­sze, że je­steś szczę­śliwa.

- Je­stem. Mu­sisz tu kie­dyś przy­je­chać i to zo­ba­czyć.

Tak wła­śnie za­mie­rzała zro­bić. Przy­je­chać i zo­stać. Na za­wsze.