Rozdział 2
Środa
Posterunkowy Leon Lewicki otrzymał rozkaz pojawienia się w szpitalu, w celu spisania zeznań Ilony Drzewieckiej. Nie miał nic przeciwko, wolał to niż siedzenie na komisariacie. I tak większość przyjmowanych przez niego zawiadomień o popełnieniu przestępstwa dotyczyła zdarzeń, których sprawcy nigdy nie zostaną zatrzymani.
"Papier jest cierpliwy, wszystko przyjmie" - tak powtarzała mu matka, dziennikarka i wielbicielka wszelkiego rodzaju trunków. Pisał więc od dziecka. Oczywiście jego teksty nigdy nie zadowalały matki, ale cowieczorny rytuał rozpoczynający się od napisania słów "Drogi pamiętniku" pomagał mu przetrwać w trudnych chwilach.
Wygadanie się - a raczej wypisanie - sprawiało, że kaliber problemów stopniowo się zmniejszał, aż w końcu stawał się na tyle mały, że Leon mógł ich nie zauważać.
Zrezygnował z prowadzenia pamiętnika, kiedy został policjantem. Nigdy nie myślał nad powodem. Może był już na to zbyt dorosły? A może spisywanie żali zajęłoby mu większość dnia? Może nie chciał już ich identyfikować i neutralizować, bo było ich zbyt wiele? Wolał udawać, że ich nie zauważa, że tak właśnie wygląda dorosłe życie.
Żale zatrzymywał dla siebie, ale sam stał się chodzącym pamiętnikiem. Wysłuchiwał i spisywał utyskiwania okradzionych staruszek, pobitych nastolatków, oszukanych kobiet, oburzonych kierowców odholowanych pojazdów i innych osób ślepo wierzących w to, że policja im pomoże.
Chociaż nie. Nie wszyscy w to wierzyli. Stałym bywalcom komisariatu wystarczało, że ich wysłuchał. Że poświęcił im czas i przeznaczył trochę papieru na uwiecznienie ich wersji wydarzeń.
- Pani Ilona Drzewiecka? - upewnił się.
Pielęgniarka, którą poprosił o pomoc, wskazała mu salę numer osiem oraz dodała, że Drzewiecka to "hrabina leżąca pod oknem".
- Tak.
- Podobno chciała pani zawiadomić o popełnieniu przestępstwa.
- Tak, jestem jego ofiarą.
Leon wyjął notes i długopis, ale zanim zaczął notować, przyjrzał się kobiecie. Miała długie czarne włosy, piwne oczy i pełne pretensji spojrzenie. Ubrana była w satynową piżamę i na tle szpitalnych sprzętów prezentowała się zaskakująco... elegancko. Nie wyglądała na ofiarę, ale lata pracy w policji oduczyły Leona osądzania ludzi po wyglądzie.
- Co pani przez to rozumie?
- Do szpitala trafiłam w wyniku wypadku. Pamiętam, że tamtego feralnego dnia wracałam ze swojego salonu kosmetycznego do domu. Zanim doszłam do samochodu, ktoś mnie zaczepił.
- W jaki sposób? Zagadnął?
- Nie, złapał za ramię od tyłu. Odwróciłam się, ale nie widziałam twarzy napastnika, bo miał ją ukrytą pod kominiarką. Zanim zdążyłam zapytać, o co chodzi, dostałam kilka ciosów.
- W którą część ciała?
Kobieta przewróciła oczami, jakby właśnie oszacowała iloraz jego inteligencji i stwierdziła, że wynik mieści się w kategorii "upośledzenie umysłowe". Nic sobie jednak z tego nie robił. Był policjantem i musiał pytać nawet o najbardziej oczywiste rzeczy.
- W głowę, a potem w brzuch. Spis moich obrażeń znajdzie pan w dokumentacji medycznej. To było kilka miesięcy temu. Pamiętam jedynie, że w pewnym momencie napastnik przestał mnie bić. Nie wiem dlaczego. Może kogoś usłyszał albo zobaczył? Byłam przytomna, ale obolała. Wstałam z chodnika i jakoś dotarłam do samochodu.
- Gdzie znajdował się samochód?
- Zawsze parkuję w małej uliczce, tuż obok salonu. To znaczy za rogiem. Wyszłam z Paris i nawet widziałam już auto, wtedy nastąpił atak.
- Napastnik uciekł? W którą stronę? Coś mówił? Ktoś mógł go widzieć?
- Nie pamiętam.
- Byli jacyś świadkowie?
- Nie wiem. Tamtego dnia siedziałam dłużej w salonie. Wyszłam długo po zamknięciu. Było już ciemno, a na ulicy ani żywej duszy.
- Dobrze. Wsiadła pani do samochodu?
- Tak, ale nie zdążyłam zamknąć drzwi. Ta sama osoba weszła za mną i znowu zaczęła mnie bić. Tym razem czymś ciężkim.
- Jakimś narzędziem?
- Proszę pana, gdybym wiedziała czym, powiedziałabym! Skoro mówię, że czymś ciężkim, to znaczy, że czułam, że to nie pięści. Bolało dużo bardziej. Pewnie wtedy uszkodzono mi żebra.
Sposób artykulacji słów i pretensja w głosie sprawiły, że Leon zrozumiał, dlaczego pielęgniarka nazwała Drzewiecką "hrabiną". Pacjentka zachowywała się raczej jak pełna pretensji szlachcianka, a nie ofiara pobicia.
- Zapamiętała pani jeszcze jakieś szczegóły zdarzenia?
- Nie. W samochodzie straciłam przytomność. Obudziłam się tutaj, w szpitalu.
- Kiedy doszło do zdarzenia?
- W sierpniu, nie pamiętam daty, proszę zapytać lekarza lub pielęgniarek, od kiedy tu jestem.
- Czyli około czterech miesięcy temu, dość dawno.
- Mam nadzieję, że nie jest zbyt późno, żeby znaleźć napastnika? - Tym razem ton głosu Drzewieckiej zawierał w sobie nie tyle pretensję, ile obietnicę, że jeśli się okaże, że winnego nie da się pociągnąć do odpowiedzialności, to ona odpowiedzialnością obarczy Leona. Nie za pobicie, lecz za zaniedbania, nieregulaminowe zachowanie lub cokolwiek innego. Liczba winnych powinna się zgadzać.
- To się okaże. Rozumiem, że wie pani, kto to zrobił?
- Nie wiem. To znaczy nie mam stuprocentowej pewności, nie mam dowodów, ale to wy jesteście od tego. Tylko jedna osoba chciałaby się mnie pozbyć.
- Chętnie zanotuję jej imię i nazwisko.
- Aleksandra Wilk. Kobieta, która zajmuje moje mieszkanie. Dwa dni przed zdarzeniem byłam u niej i kazałam jej się wyprowadzić.
***
- Podkomisarz Urszula Zimińska, melduję się.
- Dzień dobry, komendant Rajmund Kuczma. Zaaklimatyzowała się pani już w Poznaniu?
Ula postanowiła zostawić pytanie bez odpowiedzi. Kiedy miała się zaaklimatyzować, jeśli na zamknięcie swojego łódzkiego życia, spakowanie najpotrzebniejszych rzeczy i przeniesienie się do Poznania miała mniej niż dwadzieścia cztery godziny?
- Dotarłam do Poznania dopiero trzy godziny temu.
- Czyli przeprowadzka na ostatnią chwilę. W mieszkaniu służbowym wszystko jest tak, jak należy?
- Oczywiście. - Wykrzywiła twarz w grzecznościowym uśmiechu.
Mieszkanie służbowe okazało się mikroskopijną kawalerką, zaprojektowaną w stylu tokijskim. Na dwudziestu metrach kwadratowych znajdowały się kuchnia, łazienka, sypialnia, salon i miejsce do pracy - a raczej ich japońskie odpowiedniki. W łazience mogła jednocześnie korzystać z toalety i myć zęby nad zlewem, w przedpokoju zdejmować buty i przygotowywać obiad, a w sypialni leżeć na łóżku i korzystać z laptopa stojącego na biurku. Jedynym plusem mieszkania była jego lokalizacja. Znajdowało się przy ulicy Szylinga, niemalże naprzeciwko komendy.
- Gdyby coś było nie tak, proszę dać mi znać. Chcę, żeby mogła pani komfortowo pracować, dlatego oficjalnie informuję, że ma pani wsparcie moje i całego zespołu. A teraz, skoro uprzejmości za nami, przejdźmy do konkretów. Proszę usiąść.
Komisarz Kuczma zajął miejsce za biurkiem, poprawił koszulę i przystąpił do przekazywania niezbędnych informacji. Urszula przysiadła na krześle z boku. Starała się nie uprzedzać do nowego przełożonego, ale w gabinecie Kuczmy czuła się niemal jak u Baraniaka.
- Sprowadziliśmy panią, żeby zajęła się pani utworzeniem komórki do badania zabójstw z archiwum. Cały Poznań czeka na policyjne Archiwum X z prawdziwego zdarzenia.
- Pozwolę sobie zaprzeczyć. Ta nazwa kojarzy się raczej z agentem Mulderem i agentką Scully i sprawami niemożliwymi do wyjaśnienia na drodze konwencjonalnego rozumowania. Podejrzewam, że w Poznaniu, mimo że leży dość blisko Wylatowa, zabójstw nie dokonują kosmici? - Urszula zawiesiła głos, bacznie obserwując przełożonego.
Skrzywił się, jakby właśnie przypomniał sobie, że właśnie tam znajdowały się słynne kręgi w zbożu, uchodzące za ślady lądowania UFO.
- Przedmiotem zainteresowania komórki, którą mam zbudować, będą dawne zabójstwa, których dokonali ludzie, prawda? - kontynuowała Urszula. - Zatem proponuję unikać sformułowania "Archiwum X". Jeśli już koniecznie chce pan używać jakiejś nazwy, lepsze będzie "Archiwum Z". "Z" jak zabójstwo.
- Archiwum Z? Podoba mi się. Mediom też się spodoba.
- Mediom?
- Tak. To drugi punkt na pani liście zadań. Na pewno widziała pani, jaką nagonkę rozpętano w telewizji. Śpiewka, że Poznań nie wie, jak zabrać się do spraw archiwalnych, stała się już nie do zniesienia. I dla mnie, i dla moich przełożonych.
- Poznań nie wie? - powtórzyła.
Nie miała jeszcze czasu, żeby sprawdzić w internecie opinie o poznańskiej policji. Wiedziała tylko, że praca z mediami patrzącymi na ręce jest wyjątkowo trudna dla każdego kryminalnego.
To już nie pole minowe, a jedno wielkie bagno. Każdy kolejny krok oznacza zapadnięcie się coraz głębiej.
- Czy gdybyśmy wiedzieli, to gościłbym panią w swoim gabinecie? I marnował czas na wprowadzenie pani w sprawy? Mogę jedynie powiedzieć, że próbowaliśmy kilku metod, ale efekty były marne. Nie mamy czasu na poruszanie się po omacku, bo nagonka powoli zmienia się w głęboki medialny kryzys, z którego musimy jak najszybciej wyjść. Pani, mam nadzieję, będzie naszym wsparciem.
- Podejrzewam, że lepiej w tej roli sprawdziłby się specjalista od PR-u.
Urszula unikała kamer jak ognia. Nie chciała się pojawiać na szklanym ekranie, w mieszkaniach i domach Polaków. Miała ziemistą cerę, krótko ścięte włosy, nie malowała się, nie nakładała na twarz maseczek ani nie chodziła do kosmetyczek. Różniła się od innych kobiet. Skupiała się na pracy. Ciągle myślała nad jakimiś sprawami. Przygotowywała profile psychologiczne. Analizowała akta. Typowała sprawców. Dawno straciła oznaki kobiecości i wcale jej to nie przeszkadzało.
- Dziennikarze wyciągnęli na światło dzienne sprawę sprzed blisko trzydziestu lat i wytykają błędy policji. A my na gwałt potrzebujemy sukcesu, czyli kogoś, kto rozwiąże sprawę. I tu właśnie zaczyna się pani rola. Akta czekają na biurku. Liczę, że zajmie się pani tym niezwłocznie.
- I że niezwłocznie pojawi się przełom w sprawie? - zażartowała ponuro.
Twarz Kuczmy się rozpromieniła, a Urszula zyskała pewność, że Baraniak wiedział, co robi. Pewnie liczył na to, że złamie ją na tyle, by przestała stanowić dla niego zagrożenie.
- Widzę, że rozumiemy się bez słów. To bardzo dobrze wróży naszej współpracy!
- Nie byłabym taka pewna. Spraw z archiwum nie rozwiązuje się pod publiczkę.
Musiała zademonstrować swój sprzeciw. Nie była pierwszą lepszą policjantką, a profilerką, która uczestniczyła w rozwiązaniu wielu spraw z archiwum. Wiedziała, że czas, który upłynął od momentu zdarzenia do chwili ponownego wczytania się w sprawę, powodował, że praca była nie tylko żmudna i trudna, ale często kończyła się fiaskiem.
- Niech się pani nie martwi publicznością.
- Nie jestem cudotwórcą. Nie gwarantuję, że...
- Stop! Wydałem pani rozkaz. Komendant powiedział, że potrzebujemy świeżego spojrzenia. Osoby spoza układów towarzyskich. Skutecznej i zdeterminowanej. Mamy więc panią. Skończmy zatem bezproduktywne rozmowy i niech każde z nas zajmie się swoją pracą.
W gabinecie powiadało chłodem. Urszula spojrzała na zegarek. W ciągu dziesięciu minut oboje zużyli wszystkie uprzejme uśmiechy i pokłady łagodności. Pozostały im tylko obojętne twarze służbistów.
- Zanim zajmę się aktami, proszę o podsumowanie: jakie są oczekiwania w stosunku do mnie?
- Po pierwsze zrewidowanie sprawy, która jest teraz na świeczniku. Po drugie uruchomienie komórki do spraw archiwalnych, w czym oczywiście zawiera się nie tylko rekrutacja odpowiednich osób, ale także ich przeszkolenie. Po trzecie pół roku to wystarczająco dużo czasu, żeby rozwiązać jeszcze kilka innych spraw z archiwum. Tak jak mówiłem, będzie miała pani pełne ręce roboty. Nie traćmy więc czasu.
***
Gabinet. Dom. Gabinet. Dom.
Noc. Dzień. Noc. Dzień.
Życie przecieka mi przez palce. Realizuję obowiązki, zapewniam byt rodzinie, zarabiam i planuję, że kiedyś zwolnię. Albo zatrzymam się, chociaż na chwilę.
Dzień. Miesiąc. Rok. Dwa. Czas mija niezmiernie szybko. Przybywa mi zmarszczek, ale i pieniędzy. Tych drugich nie gromadzę z samej chęci posiadania. Muszę być gotowa, jeśli nagle się okaże, że powraca problem mieszkania. Ilona na razie jest w szpitalu, ale kiedyś z niego wyjdzie i znowu zażąda, żebyśmy się wyprowadzili.
- Mamo, nie mam czystych skarpetek. - Kuba stoi w progu swojego pokoju i patrzy na mnie bezradnie.
- Jak to nie masz?
- No nie mam.
- Kuba, spóźnimy się! Pospiesz się!
Za mniej niż pół godziny zaczynają się lekcje, a mój klient powinien pojawić się w gabinecie.
- Spieszę się - mówi, nadal nie ruszając się z miejsca. - Mam iść bez skarpetek?
Jak tornado wpadam do jego pokoju i biegnę do komody, omijając leżące na podłodze spodnie od piżamy, samochody i podręczniki.
- Kuba, czemu tu jest taki bałagan?! Nie dziwię się, że nie możesz tu niczego znaleźć! Kiedy ostatnio sprzątałeś?
- W sobotę. Mamo, skarpetki, nie skupiaj się na bałaganie, bo się spóźnimy.
Celna uwaga trafia mnie prosto w serce. Kuba ma spojrzenie swojego ojca i mój bystry umysł. Udusiłabym go, gdybym nie kochała.
- Nie ma w komodzie.
- Mówiłem.
- Ale za to mnóstwo leży na podłodze! Za łóżkiem, za biurkiem. Mówiłam ci przecież, że brudne trzeba wrzucać do pralki. Gdybyś je wrzucił, wyprałabym je i miałbyś czyste.
- Mamo!
Dyscyplinuje mnie dziewięciolatek. Czasami myślę, że bez niego bym sobie nie poradziła.
- Trudno. Włóż skarpetki z wczoraj, może dzięki temu zapamiętasz, że brudy odkłada się w jedno miejsce. - Ograniczam kazanie do minimum, chociaż nie jest to łatwe. Buzuje we mnie złość. Na te przeklęte skarpetki, na Kubę, na to, że muszę mu wszystko powtarzać milion razy. I na to, że jesteśmy sami.
Dobrze, że zainteresowanie pismaków po kolejnej - już prawdziwej - śmierci Gabriela opadło. W przeciwnym razie musiałabym czytać nagłówki "Wdowa Aleksandra Wilk nie radzi sobie z życiem rodzinnym" albo "Ukochany syn Aleksandry Wilk drugi dzień z rzędu chodzi w tych samych skarpetkach".
- Lecimy? - Kuba znacznie przyspieszył, bo ma na sobie już nie tylko skarpetki, ale i buty.
- Lecimy. Jak zwykle. - Staram się uśmiechnąć. Niech przynajmniej na koniec uświadczy łagodnej twarzy matki. - Oj, Kubuś, Kubuś, czy my kiedyś będziemy wychodzić z domu bez pośpiechu?
- Nie, mamo. Bo jesteśmy Wilkami i wszystko robimy na ostatnią chwilę.
?***
Licealistka Anna Sukiennik nie mogła przestać myśleć. Na liście zakupów miała wpisaną zgrzewkę mleka pełnotłustego, a na sklepowej półce znalazła jedynie kartony z napisem: "1,5%". Wzięła to z niższą zawartością tłuszczu oraz inne produkty z listy, odstała swoje przy kasie i opuściła sklep, ale im bardziej oddalała się od Biedronki, tym większe miała wątpliwości.
Nie przepadała za mlekiem, ale jeśli już miałaby je wypić, to wolałaby to z najmniejszą zawartością tłuszczu. Zakupy nie miały jednak służyć do wypełnienia domowej spiżarni, bo o to dbała jej mama, ale do wypełnienia lodówki i szafek w mieszkaniu Katarzyny Hałki.
Dziewczyny poznały się podczas warsztatów makijażu w osiedlowym klubie. Siedziały obok siebie. Zaczęły rozmawiać o kosmetykach, a skończyły na kulturoznawstwie. Anna bardzo chciała je studiować, a Katarzyna była już na trzecim roku.
Zaznajomiły się na tyle, że Anna stała się częstym gościem Katarzyny. Odwiedzała ją regularnie i pożyczała kolejne książki. Czasem rozmawiały o życiu, czasem o problemach. Któregoś dnia Kaśka przyznała się, że z jej tuszą trudno robić duże zakupy.
- No nie! - zdenerwowała się Anna.
Motyw muzyczny z najpiękniejszego filmu o miłości rozbrzmiewał w kieszeni jej spodni, a ona nie miała wolnej ręki, żeby sięgnąć po telefon. Zatrzymała się i rozejrzała w poszukiwaniu ściany, o którą oprze siatki.
- Halo?
- Już myślałam, że nie odbierzesz.
- Żartujesz? Chciałam trochę posłuchać muzyczki ze Zmierzchu.
- Bella i Edward? Anka, nawet mi nie przypominaj tej idealnej pary, bo się popłaczę. Pokłóciłam się z Radkiem. Tym razem to naprawdę koniec. Mogę wpaść do ciebie?
- Pewnie, że możesz, ale nie teraz. Nie ma mnie w domu.
- A gdzie jesteś? Ryczeć mi się chce.
- Idę z zakupami do klientki.
- A, no tak, dziś środa. Idziesz do grubej Kachy? Dobrze by jej zrobiło, gdyby sama wyszła.
Anna nie zamierzała o tym dyskutować. Katarzyna była inna niż reszta znanych jej ludzi. Chyba nie miała wielu znajomych.
Anna nie potępiała innych. Też chciałaby być inna, ale brakowało jej odwagi. Kiedy umówiła się z Katarzyną, że będzie jej robić zakupy w zamian za niewielkie kwoty, postanowiła, że uzbiera pieniądze na tatuaż. To on pokaże ludziom, że jest inna.
- Załatwię to szybko. Wpadaj, najwyżej chwilę poczekasz. Matka jest w domu, otworzy ci.
- To mnie zachęciłaś! - Przyjaciółka się roześmiała. - Wstrzymam się do czasu, aż skończysz, bo czekanie u ciebie... Wybacz, nie należy do najbardziej komfortowych. Twoja matka znowu będzie wypytywała o szkołę, chłopaków i takie tam.
- No dobra. Uwinę się jak najszybciej. Spotkamy się przed klatką, dobra?
- Tylko szybko, proszę! Już mam łzy w oczach.
Anna schowała telefon do kieszeni. Złapała siatki i ruszyła przed siebie. Do pokonania miała krótką uliczkę i schody prowadzące na trzecie piętro.
Katarzyna mieszkała w niskim bloku i Anna podejrzewała, że już wdrapywanie się po schodach kosztowało ją naprawdę sporo. Jej samej wnoszenie ciężkich toreb z zakupami, które zapewniłyby przeżycie czteroosobowej rodzinie przez kilka dni, sprawiało odrobinę trudności, mimo że była szczupła, miała szesnaście lat i piątki z WF-u.
Kiedy dotarła przed drzwi, położyła część reklamówek na ziemi i zapukała.
Cisza.
Po chwili powtórzyła pukanie. Następnie nacisnęła dzwonek. Katarzyna, wbrew oczekiwaniom, nie pojawiała się w drzwiach. Sięgnęła do torebki. Klucze do mieszkania leżały na samym dnie. Wrzuciła je tam dawno temu i ani razu nie skorzystała. Po chwili nacisnęła klamkę i weszła do środka.
- Kasiu, to ja! Przyniosłam zakupy! - zawołała głośno na wypadek, gdyby koleżanka spała lub zabawiała się w łóżku z jakimś facetem. Dla ostrożności uznała, że nie będzie zaglądać do sypialni.
Sięgnęła po zakupy i weszła do salonu. Jedno spojrzenie w prawo na ikeowski regał oddzielający część wypoczynkową od jadalni i aneksu kuchennego sprawiło, że Anna odetchnęła z ulgą.
- Kaśka! Wołam cię i wołam! Halo, słyszysz mnie?
Koleżanka siedziała przy stole, z głową opartą o blat. Obok stały kieliszek z resztką wina i butelka.
- Przyniosłam zakupy. Nie było mleka tłustego, kupiłam półtłuste, mam nadzieję, że mnie nie zabijesz z tego powodu.
Zgrzewka mleka trafiła do szafki, jajka do lodówki. Katarzyna wciąż milczała.
- To się zaprawiłaś, dziewczyno! - Anna uznała, że koleżanka wypiła zbyt dużo i zasnęła przy stole. - Kaśka, obudź się, leć pod prysznic i na zajęcia. Mówiłaś, że w środę nie możesz opuszczać wykładów z kultury konsumpcji, bo baba ma świetną pamięć do twarzy. Kaśka!
Ponieważ krzyk nie przynosił oczekiwanych rezultatów, Anna zmieniła strategię. Podeszła do koleżanki i próbowała unieść jej głowę. Przez chwilę siłowała się z bezwładnym ciałem i dopiero po kilku sekundach uświadomiła sobie, że ciało Kaśki jest nienaturalnie sztywne i zimne.
Cofnęła się. Odgarnęła włosy zasłaniające wcześniej twarz i zauważyła, że policzek koleżanki miał kolor zbliżony do odcienia skóry wampirzego bohatera Zmierzchu.
Ostrożnie przyłożyła rękę do grubej szyi, próbując znaleźć puls. Przyciskała skórę w kilku miejscach, ale w żadnym nie czuła charakterystycznego ruchu tętnic. Drżącymi rękoma wyjęła komórkę z kieszeni spodni i wybrała numer.
- No cześć. Nie... Nie czekaj na mnie. Kaśka chyba... nie żyje.
***
Urszula przywitała się z funkcjonariuszami siedzącymi w pokoju i zajęła miejsce za biurkiem. Na szczęście nie było mikroskopijne, mogła więc okopać się za aktami, tak jak lubiła.
- Skąd cię przenieśli? - zapytał mężczyzna siedzący przy biurku obok.
- Z Łodzi - odpowiedziała uprzejmie, po czym sięgnęła po stare dokumenty, o których wspominał przełożony.
Nie chciała ani rozmawiać, ani tym bardziej opowiadać o sobie. Nie teraz. Najpierw musiała poczuć się bezpieczniej w nowym miejscu, obejrzeć, jak działają w nim tutejsi funkcjonariusze, i rozgryźć łączące ich zależności.
W dniu 30.05.1987 roku około godziny 20 rodzice Marysi W. zaniepokoili się tym, że ich córka nie wróciła jeszcze z kościoła. Trwał biały tydzień.
Pierwsze czytanie akt było raczej pobieżne. Spoglądała na wybrane akapity, by nabrać wstępnego wyobrażenia o sprawie.
Ojciec Jerzy W. pojechał rowerem do oddalonego o sześć kilometrów kościoła w Skórzewie, by sprawdzić, czy msza się nie przedłużyła. Kościół był już pusty. Nie znalazł córki ani na przystanku autobusowym, ani w jego okolicach, ani po drodze. Kiedy wrócił do domu, dowiedział się od koleżanki córki, że ostatni raz widziała Marysię W. na przystanku autobusowym na ulicy Złotowskiej. To tam dzieci z osiedla Bajkowego, dojeżdżające na biały tydzień, wysiadły z autobusu. Jerzy W. pojechał na najbliższy posterunek milicji, by zgłosić zaginięcie córki.
- I jak? Myślisz, że da się to ugryźć?
- Możesz przypomnieć mi swoje imię?
- Starszy sierżant Tomasz Chmielewski.
- Mogę po prostu Tomasz?
- Pewnie.
- Tomasz. Jeśli coś mogę ugryźć, to tylko ciebie. Pokąsać. Dopiero do tego usiadłam, a ty już pytasz mnie o zdanie.
- Mówili, że jesteś super...
- A nie mówili przypadkiem, że nie lubię tracić czasu na bezsensowne rozmowy?
Chmielewski burknął coś pod nosem, a Ula mogła wrócić do lektury akt.
Poszukiwania rozpoczęły się około godziny 23, a zakończyły o 2.30. Dziewczynki nie odnaleziono. Zarządzono przerwę do godziny 5, a potem ponownie przeszukiwano tereny, którymi mogła podążać w drodze z przystanku do domu. Około 6.30 na terenie Lasku Marcelińskiego przylegającego do ulicy Leśnych Skrzatów ujawniono zwłoki Marysi W.
Ciało było ułożone w zagłębieniu, przysypane ziemią i gałęziami. Pierwszą osobą, która zauważyła ciało, był Jerzy W., ojciec dziewczynki. Miejsce ujawnienia zwłok to las komunalny o powierzchni 230 hektarów, w którym znajdują się liczne ścieżki spacerowe, szlaki rowerowe, a także góra saneczkowa i staw. Zwłoki znajdowały się z dala od leśnej uliczki oraz w znacznej odległości (100 metrów) od najbliższej ulicy i około 450 metrów od stawu.
Skrzeczący głos Tomasza co rusz przeszkadzał Urszuli.
- Masz już wyniki sekcji zwłok
Podnosiła głowę i sprawdzała, co się dzieje. Pokoje kryminalnych wyglądały prawie tak samo w całej Polsce. Ten poznański był trochę większy od przeciętnego, wypełniony metalowymi szafami i wszechobecnym testosteronem. Jeden z policjantów rozmawiał przez telefon, drugi jadł kanapkę, a trzeci droczył się z Tomaszem. Wróciła do lektury akt. Tym razem jednak nie skupiła się na tekście, lecz na czarno-białych zdjęciach.
Ofiara przysypana ziemią. Głowa zamordowanej tylko częściowo przyprószona. Lewa ręka i palce stóp wystające z ziemi. Kawałek białej tkaniny. Biały pasek. Najbliższa okolica.
- Fuck! - wyrwało jej się.
- Co jest? - Tomasz zareagował błyskawicznie.
- Czarno-białe zdjęcia.
- Mogiła, nie?
Kiwnęła głową. Powinna się przyzwyczaić do zdjęć spraw z archiwum. Wszystkie były czarno-białe, nieostre i w tak kiepskiej jakości, że bardziej frustrowały, niż pomagały.
Wróciła do lektury.
Zwłoki Marysi W. ułożone były w wykopanym zagłębieniu o wymiarach: długość 130 centymetrów, szerokość 40 centymetrów, głębokość 15 centymetrów. Leżały na wznak, zasypane ziemią, która tworzyła niewielki pagórek. Kopczyk przykryto gałęziami akacji. Głowa ofiary była przekrzywiona na prawą stronę, powieki zamknięte, usta półotwarte. Lewa ręka dziewczynki nieco odwiedziona od ciała, powyżej nadgarstka widoczne złamanie. Prawa ręka odchylona do boku i tyłu, a dłoń opierała się na prawym biodrze. Nogi wyprostowane, stopy lekko nachodziły na siebie (prawa na lewą).
Ponownie spojrzała na pierwsze zdjęcie. Pnie, kopczyk ukrywający ciało. Na nim kilka gałęzi. Wystająca z boku dziecięca dłoń. I ta twarz: biała i obojętna, tylko z kilkoma ziarenkami ziemi.
Ten kontrast pomiędzy ukrytym ciałem i odkrytą twarzą budził w Urszuli emocje. Każde miejsce zbrodni było efektem dynamicznej wymiany energii pomiędzy zabójcą a ofiarą. Ukrycie zwłok w taki sposób mówiło coś o zabójcy, o jego stosunku do ofiary lub o łączącej ich więzi. Zakopanie ciała, przy jednoczesnym zachowaniu odsłoniętej twarzy dziewczynki, wymagało precyzji i uwagi.
- Fuck! - jęknęła znowu. - Tomasz?
- Co jest?
- Daleko jest ten Lasek Marceliński? - Chciała poczuć przestrzeń wszystkimi zmysłami, zorientować się w odległościach od drogi, w otoczeniu i we wszystkim, co mogło mieć wpływ na zachowanie zabójcy.
Oczywiście zdawała sobie sprawę, że w osiemdziesiątym siódmym ten teren mógł wyglądać trochę inaczej, ale chciała porównać zdjęcia z rzeczywistością.
- Kawałek. Mogę cię tam zawieźć, jeśli chcesz.
- Kawałek, czyli ile? Pięć minut? Dziesięć?
- A weźmiesz mnie do swojego zespołu?
- Pomyślę.
- To pomyśl, a teraz się zbieraj. Jedziesz ze mną. Mamy trupa, musimy to sprawdzić. Na Bukowskiej, stamtąd do Lasku jest jakieś piętnaście minut piechotą.
***
- Cześć, ciociu.
Głos Weroniki dodał Ilonie skrzydeł. Bardzo długo zastanawiała się, czy powinna zadzwonić do bratanicy. Domyślała się, że takim zachowaniem może zdenerwować jej matkę - i to ją przekonało. Leżała jednak w szpitalu już od tak dawna, że brak obecności bliskich sercu ludzi zaczął doskwierać jej tak mocno, że chyba powoli wpadała w depresję.
- Witaj, moja ulubiona wilczyco!
Pacjentka siedząca na łóżku obok zamiast zająć się krzyżówkami, które rozwiązywała od rana do wieczora, odłożyła gruby kajecik i spojrzała zdziwiona na Ilonę.
Ta wstała z łóżka i wyszła z sali. Na korytarzu nie było lepiej. Wszędzie kręcili się ludzie w zużytych piżamach i wypłowiałych szlafrokach. Nie pasowała tu. Jej piżama kosztowała ponad dwieście złotych, a szlafrok był z limitowanej serii. Wpatrując się w zielonomdłą podłogę, dotarła do toalety.
- Już jestem. Przepraszam cię, Weroniczko. - Zamknęła się w kabinie i odetchnęła z ulgą, że w końcu będzie mogła swobodnie porozmawiać przez telefon. Bez podsłuchiwania i dziwnych spojrzeń pacjentów. Nie miała z czego się tłumaczyć. Tak, ona, Ilona Drzewiecka, też miała rodzinę i ludzi, których kochała, chociaż wszyscy w szpitalu traktowali ją jak wredną zołzę.
- Dawno nie dzwoniłaś, ciociu.
- Dawno. Nie miałam możliwości. Tyle spraw... - Nagle pomyślała, że się zapędziła. Nie chciała okłamywać Weroniki. W ogóle nie chciała już kłamać. Po przebudzeniu w szpitalu uznała, że dostała od Boga drugą szansę. Pomyślała, że najbardziej racjonalne byłoby wykorzystanie jej na naprawę błędów z poprzedniego życia - Ach, szkoda gadać. Co u ciebie, Weroniczko?
- Wszystko dobrze. Chociaż dużo się dzieje. Oj, dużo. Masz czas? Nie jesteś w salonie albo gdzieś w drodze?
Ilona uśmiechnęła się słabo. Druga szansa najwidoczniej była jej bardzo potrzebna, skoro córka jej zmarłego brata sprawia wrażenie zdziwionej telefonem.
- Oczywiście, że mam. Opowiadaj!
- Bo ja mieszkam w Łodzi, wiesz?
- Jak to w Łodzi? Wyprowadziliście się z Poznania?
- Nie. Mama i Kuba zostali, tylko ja.
- Jak to zostali? Weronika, co się stało? Mama się na to zgodziła czy uciekłaś z domu?
Odgłosy z kabiny obok poinformowały Ilonę, że przestała być sama. Ktoś najpierw trzasnął drzwiami, a później przez chwilę mocował się z zasuwą.
- Pod koniec gimnazjum wymyśliłyśmy z Beatą, że idziemy razem do liceum. Ale nie takiego zwykłego, tylko sportowego. Wyszło nam, że najlepsze będzie to w Łodzi. Ciociu, tu jest bardzo wysoki poziom nauki, nie bez powodu nazywają ich szkołą mistrzowską. Najlepsi trenerzy, masażyści, boiska... Normalnie kiedyś zobaczysz mnie na mistrzostwach Polski!
Weronika radośnie opowiadała o tym, jak obie z Beatą zafundowały swoim matkom huśtawkę emocjonalną, gdy dozowały im szczegóły dotyczące wymarzonej przyszłości. Jak powoli, krok po kroku, przyzwyczajały je do myśli o liceum sportowym, a dopiero wtedy, kiedy rodzicielki się z tym oswoiły i wyraziły zgodę, dziewczyny dodały, że interesuje je wyłącznie najlepsza szkoła, w Łodzi.
- Mama głośno protestowała, że niby daleko, że za młoda jestem, że nie mogę być sama.
- Weronika, ale dlaczego Łódź?
- Ciociu, tu jest bosko. Świetne zajęcia, nauka jakoś mi idzie. Mieszkamy z Beatą w internacie. Wożą nas autobusem na treningi. Jedzenie jest dobre. I mam spokój. Męczyło mnie to wszystko. No wiesz...
Ilona najchętniej opuściłaby kryjówkę, bo z kabiny obok przedostał się gryzący papierosowy dym, ale nie chciała przerywać rozmowy z rozemocjonowaną siostrzenicą. Pamiętała ze swojej młodości, że najbardziej wkurzały ją sytuacje, w których w najciekawszym momencie snutej przez nią opowieści matka mówiła: "Wiesz co, opowiesz mi o tym później, teraz muszę...", po czym wymieniała jedną z czynności typu: "wyjść do pracy", "umyć głowę", "odkurzyć w pokoju".
- Co cię męczyło? Mama? - zapytała, starając się powstrzymać złość.
Palenie papierosów w toalecie było zabronione. Nie zamierzała śmierdzieć, bo ktoś musiał zaspokoić swój nałóg. Wyszła z ukrycia, otworzyła szeroko okno i odkaszlnęła głośno.
- Nie, nie tylko ona. Wszystko. Mieszkanie, w którym wszyscy byliśmy szczęśliwi. Jakoś nie mogłam o tym pamiętać, patrzyłam na ściany, kanapę, na łóżko i wannę. I ciągle myślałam o tym, że nie tak dawno mieszkał z nami ojciec. Że krzyczał, ale też przytulał. Chrapał i odkurzał co sobotę. A teraz go nie ma, bo dał się zabić. Przepraszam, ciociu, że tak mówię, ale to nie było fair. Miał nas. Mnie, Kubę i mamę, a wplątał się w te interesy... Wyjechałam z Poznania i od razu mi lepiej, wiesz? Mam już szesnaście lat, jestem samodzielna i w końcu zostawiłam złość na ojca za sobą. Tak mi się przynajmniej wydaje. To chyba przekonało mamę.
- Najważniejsze, że jesteś szczęśliwa.
- Jestem. Musisz tu kiedyś przyjechać i to zobaczyć.
Tak właśnie zamierzała zrobić. Przyjechać i zostać. Na zawsze.