Gra o wszystko - Molly Bloom

Kup ebooka

28.99 zł
23.77 zł (22,69 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PROLOG

Stoję w przedpokoju. Jest bardzo wcześnie, chyba piąta rano. Mam na sobie białą koronkową koszulkę nocną i oślepia mnie blask reflektorów.

- RĘCE DO GÓRY! - krzyczy jakiś mężczyzna. Jego głos brzmi agresywnie, lecz jednocześnie jest pozbawiony emocji.

Podnoszę drżące ręce nad głowę, a moje oczy powoli przyzwyczajają się do światła.

Przede mną, jak okiem sięgnąć, ciągnie się mur umundurowanych agentów federalnych. Wszyscy są uzbrojeni w broń szturmową. Karabinki automatyczne, które dotąd widziałam tylko w filmach, teraz są wymierzone we mnie.

- Idź w naszym kierunku, powoli - nakazuje ten sam głos.

W jego tonie słychać dystans i brak empatii. Dociera do mnie, że w ich opinii stwarzam zagrożenie, jestem kryminalistką, którą muszą pojmać.

- WOLNIEJ! - grzmi mężczyzna.

Idę chwiejnym krokiem, stawiając jedną stopę za drugą. To najdłuższy "spacer" w moim życiu.

- ZACHOWAJ SPOKÓJ. ŻADNYCH GWAŁTOWNYCH RUCHÓW - ostrzega inny niski głos.

Ogarnia mnie strach, z trudem łapię oddech, a ciemny przedpokój rozmywa mi się przed oczami. Boję się, że zemdleję. W wyobraźni już widzę mój biały peniuar splamiony krwią, staram się jednak zachować przytomność.

Nagle ktoś mnie chwyta i przypiera mocno do betonowej ściany. Czuję na sobie dłonie oklepujące mnie z góry na dół, a potem na moich nadgarstkach zaciskają się zimne metalowe kajdanki.

- Mam psa, wabi się Lucy. Proszę, nie róbcie jej krzywdy - błagam.

Po chwili, która zdaje się trwać całą wieczność, z głębi dobiega głos agentki:

- PUSTO!

Agent rusza do kanapy, mocno mnie przytrzymując i ciągnąc za sobą. Podbiega Lucy i zaczyna mnie lizać po nogach. Widzę, że się boi. Staram się nie rozpłakać.

- Panie władzo - zwracam się drżącym głosem do mężczyzny, który mnie skuł kajdankami. - Może mi pan wyjaśnić, o co chodzi? Musiała zajść jakaś pomyłka.

- Molly Bloom, zgadza się?

Kiwam głową.

- W takim razie to nie pomyłka. - Podtyka mi pod nos jakiś świstek. Pochylam się z rękami ciasno skutymi na plecach i zawieszam wzrok na wytłuszczonym czarnym nagłówku:

Stany Zjednoczone przeciwko Molly Bloom

ROZDZIAŁ PIERWSZY

Pierwsze dwadzieścia lat życia spędziłam w Kolorado, w małym miasteczku Loveland położonym siedemdziesiąt cztery kilometry na północ od Denver.

Mój ojciec był przystojnym, charyzmatycznym i skomplikowanym człowiekiem. Prowadził praktykę psychologiczną i wykładał na Uniwersytecie Stanu Kolorado. Przykładał ogromną wagę do edukacji mojej i moich braci. Jeśli nie przynosiliśmy do domu samych szóstek i piątek, mieliśmy poważne kłopoty. Niemniej jednak zawsze nas zachęcał, żebyśmy podążali za marzeniami.

W domu był czuły, skory do żartów i kochany, ale jeśli chodziło o nasze wyniki w szkole i sporcie, wymagał doskonałości. Miał w sobie mnóstwo pasji i zapału, który momentami był tak wielki, że aż przerażał.

W naszej rodzinie niczego nie robiliśmy "rekreacyjnie", wszystko stawało się sprawdzianem naszych umiejętności i próbą przekraczania granic. Pamiętam, jak któregoś lata ojciec obudził nas wczesnym rankiem na rodzinną wycieczkę rowerową. Ta "wycieczka" przerodziła się w wyczerpującą kilometrową wspinaczkę po prawie pionowym zboczu na wysokości blisko trzech tysięcy pięciuset metrów. Mój najmłodszy brat Jeremy miał wtedy sześć albo siedem lat i jechał na rowerze bez przerzutek. Do dziś mam przed oczami ten obraz, jak pedałuje ile tchu w piersiach, próbując nadążyć, a tata wydziera się jak wściekły na niego i na nas, żebyśmy przyśpieszyli i dali z siebie jeszcze więcej... i żadnego narzekania. Wiele lat później zapytałam tatę, skąd wzięła się ta zawziętość. Zamyślił się. Miał troje dorosłych dzieci, które przerosły jego najśmielsze oczekiwania, a on był już sporo starszy, nie tak zapalczywy i bardziej samokrytyczny.

- Są dwie możliwości - odparł wreszcie. - Widziałem zarówno w pracy, jak i poza nią, co ten świat może zrobić z ludźmi, zwłaszcza z dziewczętami. Chciałem zapewnić swoim dzieciom jak najlepszy start w przyszłość. - Ponownie zrobił pauzę. - Albo po prostu mierzyłem was swoją miarą.

Natomiast mama uczyła nas empatii. Uważała, że należy być dobrym dla każdej żywej istoty, czemu sama dawała przykład. Moja piękna mama to najłagodniejsza i najbardziej troskliwa osoba, jaką znam. Jest mądra i kompetentna, i zamiast zmuszać nas do podbojów i zwycięstw, zachęcała do marzeń, pielęgnowała je i robiła wszystko, by pomóc nam w ich spełnieniu. W dzieciństwie uwielbiałam przebieranki, więc naturalnie Halloween było moim ulubionym świętem. Co roku czekałam na nie z niecierpliwością, rozmyślając, za kogo lub za co tym razem się przebiorę. W moje piąte Halloween nie potrafiłam wybrać między kaczką a wróżką. Powiedziałam więc mamie, że chcę być kaczą wróżką. Mama zachowała kamienną twarz.

- Skoro tak chcesz, tak będzie. - Nie spała całą noc, by uszyć dla mnie kostium.

Oczywiście wyglądałam idiotycznie, ale jej wsparcie i akceptacja dla wyrażania swojej indywidualności zainspirowały mnie i moich braci do tego, by nie podążać ślepo utartą drogą, tylko wytyczać własne ścieżki. Mama naprawiała samochody, kosiła trawnik, wymyślała gry edukacyjne, organizowała poszukiwania skarbów, należała do rady rodziców, a mimo to zawsze dbała o nienaganny wygląd i witała ojca drinkiem, kiedy wracał z pracy do domu.

Rodzice wychowywali nas w duchu swoich najważniejszych wartości, a my pełnymi garściami czerpaliśmy z ich połączonej żeńskiej i męskiej energii. Ukształtowała nas ich odmienność.

Gdy byłam mała, co tydzień wybieraliśmy się całą rodziną na narty. Ładowaliśmy się do kombi i jechaliśmy dwie godziny do naszego dwupokojowego mieszkania w Keystone. Bez względu na okoliczności - zamiecie śnieżne, bóle brzucha, nieludzko niskie temperatury - zawsze byliśmy pierwsi na stoku. Jordan i ja mieliśmy wrodzony talent, ale Jeremy bił nas na głowę - był cudownym dzieckiem. Szybko zwróciliśmy uwagę trenera miejscowej drużyny narciarskiej i zaczęliśmy trenować, a wkrótce też rywalizować w jeździe po muldach.

Latem zazwyczaj jeździliśmy na nartach wodnych i rowerach, biegaliśmy i chodziliśmy na piesze wycieczki. Moi bracia grali w futbol, bejsbol i koszykówkę w lidze młodzików. Ja z kolei zaczęłam brać udział w zawodach gimnastycznych i biegach na pięć kilometrów. Zawsze byliśmy w ruchu, zawsze trenowaliśmy, by być szybszymi, silniejszymi, lepszymi od innych. Nie przeszkadzało nam to. Tak nas nauczono.

W wieku dwunastu lat biegłam w wyścigu na pięć kilometrów, gdy nagle poczułam piekący ból między łopatkami. Usłyszawszy trzy jednogłośne opinie lekarskie i zostałam skierowana na operację kręgosłupa. Stwierdzono u mnie błyskawicznie postępującą skoliozę. Rodzice przeżywali pełne napięcia chwile w oczekiwaniu na zakończenie siedmiogodzinnej operacji, podczas której chirurdzy rozcięli mnie od karku do kości ogonowej i ostrożnie naprostowali kręgosłup -który był wygięty jak litera "S" i skrzywiony pod kątem sześćdziesięciu trzech stopni - pobierając przeszczep kostny z biodra, zespalając ze sobą jedenaście skrzywionych kręgów i unieruchamiając je za pomocą metalowych prętów. Potem mój lekarz poinformował mnie łagodnie, lecz stanowczo, że to koniec mojej kariery sportowej. Ględził też o tych wszystkich rzeczach, których nie wolno mi robić, i o tym, że nadal mogę wieść szczęśliwe, normalne życie, ale już dawno temu przestałam stosować się do jego pouczeń i rad.

Nie było mowy, żebym porzuciła narciarstwo, które w swoisty sposób wpisało się w nasze życie rodzinne. Powrót do zdrowia zajął mi rok. Przez cały ten czas uczyłam się w domu i praktycznie nie wstawałam z łóżka. Patrzyłam z tęsknotą, jak moi bliscy co weekend wyjeżdżają beze mnie. Ja tkwiłam w łóżku, a oni szusowali po stokach lub wypływali na jezioro. Wstydziłam się mojej ortezy i fizycznych ograniczeń, po prostu czułam się jak wyrzutek. Postanowiłam, że nie pozwolę, by operacja zaważyła na moim życiu. Pragnęłam znów czuć się częścią rodziny, odzyskać dumę i zamiast słów współczucia, usłyszeć pochwałę z ust ojca. Z każdym kolejnym samotnym dniem moja determinacja rosła - bo życie trzeba przeżyć, a nie przeczekać. Gdy tylko prześwietlenie wykazało, że kręgi zespoliły się prawidłowo, wróciłam na stok i już w połowie sezonu wywalczyłam zwycięstwo w mojej grupie wiekowej. Do tego czasu mój młodszy brat Jeremy zawojował świat narciarstwa dowolnego. Miał tylko dziesięć lat, a już zdominował ten sport. Był także wybitnym biegaczem i futbolistą. Jego trenerzy powiedzieli mojemu ojcu, że nigdy nie widzieli kogoś tak utalentowanego. Był naszym złotym chłopcem.

Jordan, drugi z moich braci, również był zdolnym sportowcem, ale jego największym atutem był umysł. Wprost kochał się uczyć. Uwielbiał rozkładać rzeczy na części, a potem kombinować, jak złożyć je w całość. Nie chciał słuchać zmyślonych bajek do snu, wolał opowieści o prawdziwych znanych postaciach. Każdej nocy mama miała dla niego nową historię. Wyszukiwała informacje o wielkich przywódcach lub wizjonerskich naukowcach, i na ich kanwie snuła porywające historie.

Jordan już od małego wiedział, że chce zostać chirurgiem. Pamiętam jego ulubioną maskotkę, czyli Pana Psa, który został jego pierwszym pacjentem i przeszedł tyle zabiegów, że zaczął przypominać potwora Frankensteina. Tata pękał z dumy, że ma tak bystrego i ambitnego syna.

Wyjątkowe uzdolnienia i ambicje moich braci objawiły się dość wcześnie. Patrzyłam, jak dzięki nim cieszą się uznaniem, którego tak desperacko pragnęłam. Od zawsze uwielbiałam czytać i pisać, połowę dzieciństwa przeżyłam w świecie książek, filmów i wyobraźni. W podstawówce nie chciałam się bawić z innymi dziećmi. Byłam lękliwa i wrażliwa, a one mnie onieśmielały. Mama porozmawiała więc ze szkolną bibliotekarką, Tiną Sekavic, która pozwoliła mi przesiadywać w bibliotece. Przez kilka kolejnych lat zaczytywałam się w biografiach kobiet, które zmieniły świat, takich jak Kleopatra, Joanna d'Arc czy królowa Elżbieta. Początkowo po prostu poszłam za sugestią mamy, ale szybko połknęłam bakcyla. Byłam pod wrażeniem odwagi i determinacji tych niezwykłych kobiet, i już wtedy zdałam sobie sprawę, że zwykłe życie nie jest dla mnie. Pragnęłam przygody, chciałam, by mnie zapamiętano.

W wieku kilkunastu lat Jordan nadal prześcigał swoich rówieśników w nauce. Był ode mnie młodszy o dwa lata, ale z racji szczególnych uzdolnień matematyczno-przyrodniczych wykraczających poza program nauczania w jego klasie, wylądował w mojej. Jeremy z kolei bił kolejne rekordy na bieżni, poprowadził drużynę do zwycięstwa w stanowych mistrzostwach futbolowych i był lokalnym bohaterem. Ja miałam wysoką średnią ocen, a także osiągałam dobre, niekiedy wręcz świetne wyniki w sporcie. Mimo to nie odkryłam w sobie żadnego talentu, który wzbudzałby taki sam podziw, jak talenty moich braci. Moje poczucie niedowartościowania jeszcze się nasiliło, rozbudzając we mnie niemal obsesyjną chęć udowodnienia, na co naprawdę mnie stać.

Wraz z upływem czasu patrzyłam, jak ojciec inwestuje coraz więcej w plany i marzenia moich braci. Miałam już dość roli tej gorszej, tej pomijanej, też pragnęłam uwagi i uznania. Problem polegał na tym, że byłam marzycielką, którą inspirowały dzielne kobiety, bohaterki połykanych przeze mnie książek. Miałam wielkie ambicje, które kłóciły się z pragmatyzmem ojca. Mimo to nadal łaknęłam jego uznania.

- Jeremy będzie olimpijczykiem, Jordan lekarzem. A ja? Kim powinnam zostać, tato? - zapytałam go któregoś ranka na wyciągu krzesełkowym.

- Cóż, lubisz czytać i wykładać swoje racje - zaczął, choć to raczej nie miał być komplement. Prawdę mówiąc, byłam wkurzającą nastolatką, która kwestionowała wszystkie opinie i decyzje rodziców.

- Powinnaś zostać prawniczką - dodał po namyśle.

I tak ustalono.

Poszłam do college'u, studiowałam politologię i nadal uczestniczyłam w zawodach narciarskich. Postanowiłam wstąpić do stowarzyszenia studenckiego, żeby dobrze się ustawić w tej społeczności, ale kiedy wymagana przez organizację aktywność społeczna zaczęła kolidować z moimi prawdziwymi celami, zrezygnowałam z członkostwa. Ciężko pracowałam na dobre oceny, a jeszcze ciężej na to, żeby pokonać fizyczne ograniczenia w narciarstwie. Byłam opętana obsesją sukcesu, którą napędzała wrodzona ambicja, lecz przede wszystkim potrzeba pochwały i uznania.

Kiedy dostałam się do narodowej kadry narciarskiej, tata wziął mnie na rozmowę.

- Molly, chyba powinnaś skupić się na nauce. Bo co jeszcze możesz osiągnąć w narciarstwie? I tak przekroczyłaś już wszystkie pokładane w tobie oczekiwania. - Choć rodzice nigdy nie powiedzieli tego na głos, po operacji kręgosłupa przestali traktować poważnie moją karierę sportową.

Byłam zdruzgotana. Liczyłam, że będzie ze mnie tak samo dumny, jak rok wcześniej z Jeremy'ego, kiedy dostał się do krajowej reprezentacji, a oto właśnie próbował wybić mi to z głowy.

Ból i gorycz tylko wzmogły moją determinację. Skoro nikt we mnie nie wierzył, sama musiałam w siebie uwierzyć.

Jeremy zajął wtedy trzecie miejsce w mistrzostwach krajowych, i ku zaskoczeniu mojej rodziny, ja także. Pamiętam, jak stałam dumnie wyprostowana na podium z medalem na szyi i długimi włosami spiętymi w kucyk.

Tamtej nocy wróciłam do domu, starając się zignorować ból kręgosłupa i karku. Miałam już dość życia z bólem i udawania, że go nie czuję. Byłam zmęczona ciągłą walką o to, aby dorównać mojemu przebojowemu bratu. Przede wszystkim jednak miałam już dość nieustannego udowadniania, na co mnie stać. Dostałam się do kadry narodowej, zajęłam trzecie miejsce i czułam się spełniona. Uznałam, że nadszedł czas, by rozpocząć nowy etap, ale tym razem na moich warunkach.

Zrezygnowałam z narciarstwa, nie dbając o konsekwencje. Przypuszczałam jednak, że mimo iż wywalczyłam trzecie miejsce, ojca ucieszy ta decyzja. Aby uciec od tego wszystkiego, postanowiłam podjąć studia za granicą, a konkretnie w Grecji. Natychmiast zakochałam się w tym pomyśle, w tej egzotycznej i pełnej niepewności aurze związanej z pobytem w obcym kraju. Wszystko było nowym odkryciem, zagadką do rozwiązania. Nagle moje życie przestało sprowadzać się tylko do starań o uznanie ojca. Może ktoś gdzieś właśnie jechał po zwycięstwo w narciarstwie dowolnym kobiet albo dostawał szóstkę z egzaminu, ale ja, szczerze mówiąc, miałam to w nosie. Zauroczyła mnie kultura greckich Romów. Gdy tak sobie o nich teraz pomyślę, nie różnili się zbytnio od hazardzistów. Stosowali fortele, szukali przygody, nie dbali o zasady i wiedli błogie, niczym nieskrępowane życie. Na Krecie zaprzyjaźniłam się z grupką cygańskich dzieci pozostawionych na łasce losu. Ich rodziców aresztowano i odesłano z powrotem do Serbii. Grecy mają za sobą długie lata okupacji, więc to zrozumiałe, że są bardzo nieufni w stosunku do cudzoziemców. Kupiłam dzieciakom jedzenie i leki. Znałam grecki w stopniu, że tak to nazwę, komunikatywnym, a ich dialekt był na tyle podobny, że byliśmy w stanie się porozumieć. Gdy przywódca romskiej społeczności usłyszał, co zrobiłam, zaprosił mnie do swojego obozu. To było niesamowite doświadczenie. Postanowiłam, że tematem mojej pracy dyplomowej będzie status prawny ludów koczowniczych. Smuciło mnie, że ci ludzie nie mogą swobodnie podróżować, jak to robili przez setki lat. Poza tym nie mieli nikogo, kto by ich bronił, żadnego prawnego przedstawicielstwa. Byli zupełnie niezależni, ich styl życia bardzo różnił się od tego, jaki znałam. Kochali muzykę, jedzenie, taniec, często się zakochiwali, a kiedy jakieś miejsce im spowszedniało, przenosili się w inne. To konkretne plemię nie pochwalało kradzieży, utrzymywało się ze sztuki i handlu.

Po ukończeniu programu studiów zostałam jeszcze na trzy miesiące, podróżując po kraju, nocując w hotelach, poznając ciekawych ludzi i odkrywając nowe miejsca. Gdy wróciłam do Stanów, byłam odmieniona. Nadal zależało mi na wykształceniu, ale pragnęłam także życiowych doświadczeń i przygody. A potem poznałam Chada.

Chad był przystojny, rozgadany i błyskotliwy. Miał głowę do interesów i wiedział, jak zarobić. Nauczył mnie wszystkiego o winie, zapraszał do drogich restauracji, zabrał mnie na moją pierwszą operę i dawał niesamowite książki do czytania.

To właśnie on zabrał mnie po raz pierwszy do Kalifornii. Nigdy nie zapomnę, jak pędziliśmy autostradą wzdłuż brzegu oceanu. Nie mogłam się nadziwić temu, co widzę. Pojechaliśmy na Rodeo Drive i zjedliśmy w hotelu Beverly Hills. Czas jakby zwolnił. Los Angeles było jak jeden idealny i niekończący się dzień. Patrzyłam na otaczających mnie pięknych ludzi, a wszyscy wydawali się zadowoleni i szczęśliwi.

Los Angeles jawiło się niczym sen, było wręcz nierealne. Zaczęłam mieć wątpliwości co do planów zamieszkania w Grecji, a pobyt w tym miejscu jeszcze upewnił mnie w moich odczuciach. Chciałam zrobić sobie roczną przerwę w nauce, by skosztować wolności, trochę pożyć bez planu i bez celu. Po prostu poddać się chwili. Odkąd pamiętam, goniłam za zimą - nawet latem wraz z braćmi wyjeżdżałam na obozy narciarskie na lodowce Kolumbii Brytyjskiej - i za życiem, jakie wymarzył sobie dla mnie ojciec. A teraz byłam podekscytowana perspektywą podążenia nową, nieznaną ścieżką. Studia prawnicze mogły poczekać, przecież miał to być tylko rok.

Chad wychodził z siebie, żeby zatrzymać mnie w Kolorado, kupił mi nawet słodkiego szczeniaka rasy beagle. Jednak nie zmieniłam zdania. Doceniałam wszystko, co dla mnie zrobił - dał mi narzędzia niezbędne do tego, bym odmieniła swoje życie - ale go nie kochałam.

Pozwolił mi zatrzymać psa. To suczka, nazwałam ją Lucy. Była tak bardzo niesfornym szczeniakiem, że wylatywała z każdej świetlicy i szkoły dla psów. Mimo to była urocza i mądra, kochała mnie i potrzebowała. To szczególnie mnie ujęło. Miło było czuć, że ktoś mnie potrzebuje.

Stawałam na głowie, próbując przekonać rodziców do swojej decyzji, ale nie chcieli sfinansować moich kalifornijskich wczasów. Miałam dwa tysiące dolarów, które zarobiłam latem jako opiekunka dzieci, a w Los Angeles mieszkał mój przyjaciel Steve, który również należał do kadry narciarskiej, i zgodził się, choć niechętnie, bym zatrzymała się u niego na jakiś czas.

- Musisz mieć swój plan - pouczał mnie przez telefon, gdy jechałam autostradą numer czterysta pięć. - Los Angeles to nie Kolorado, nikt tu nie zwróci na ciebie uwagi - ostrzegał, próbując przygotować mnie na zderzenie z brutalną rzeczywistością.

Jednak gdy coś już sobie postanowiłam, nikt i nic nie było w stanie odwieść mnie od tego. Niewątpliwie była to zaleta, ale spośród innych wyróżniała się tym, że czasami działała na moją szkodę.

- Uhm - odparłam, gapiąc się na pustynny horyzont w połowie drogi ku kolejnej przygodzie.

Lucy siedziała na fotelu obok i spała.

- To co zamierzasz? Masz w ogóle jakiś plan? - zapytał Steve.

- Oczywiście! Znajdę pracę i zwolnię ci kanapę, a potem podbiję świat - zażartowałam.

Westchnął zirytowany i rzucił na pożegnanie:

- Jedź ostrożnie. - Steve zawsze unikał ryzyka.

Rozłączyłam się i skupiłam na drodze.

Była prawie północ, gdy z mroku wyłoniły się światła Los Angeles. Morze świateł, a każde z własną historią. Ten obrazek w niczym nie przypominał ciemnych połaci Kolorado, w Los Angeles jasność dominowała nad ciemnością. Światła symbolizowały inny świat, który tylko czekał, by go odkryć.

Steve przyszykował dla mnie i Lucy posłanie, na którym zaległyśmy jak długie po siedemnastogodzinnej podróży, a wczesnym rankiem obudziły mnie sączące się przez okna promienie słoneczne. Wyszłam z Lucy na spacer. Los Angeles bosko pachniało słońcem i kwiatami. Jeśli chciałam tu zostać, musiałam natychmiast znaleźć jakąś pracę. Kiedyś trochę kelnerowałam i uznałam, że to dla mnie najlepsze rozwiązanie, skoro na napiwkach można zarobić od ręki i nie trzeba czekać tydzień na wypłatę.

Gdy wróciłam, Steve już nie spał.

- Witaj w Los Angeles - rzucił na powitanie.

- Dzięki, Steve. Jak myślisz, gdzie powinnam się rozejrzeć za pracą kelnerki?

- Najlepiej w Beverly Hills, ale uwierz mi, będzie ciężko. Tu każda ładna dziewczyna to bezrobotna aktorka albo modelka, i wszystkie są kelnerkami. To nie...

- Wiem, Steve, wiem, że to nie Kolorado. - Uśmiechnęłam się. - Jak się dostanę do Beverly Hills?

Pokierował mnie i życzył powodzenia, choć w jego oczach widziałam zwątpienie.

Miał rację. W większości miejsc, do których się udałam, nie było wakatów. Piękne hostessy witały mnie chłodno, obrzucając pogardliwym spojrzeniem i tłumacząc wyniośle, że mają komplet. Owszem, mogę zostawić podanie, ale to tylko strata czasu, bo takich jak ja jest na pęczki.

Wchodząc do ostatniej restauracji na ulicy, zaczynałam już tracić nadzieję.

- Dzień dobry. Szukają państwo pracowników? - zapytałam, przywołując na twarz mój najszerszy, najpiękniejszy i najbardziej obiecujący uśmiech.

Tym razem zamiast szczupłej i perfekcyjnie wystylizowanej wrednej laluni przede mną stał mężczyzna po czterdziestce.

- Jesteś aktorką? - zapytał podejrzliwie.

- Nie.

- Modelką?

- Też nie. - Zaśmiałam się. Miałam raptem sto sześćdziesiąt pięć centymetrów wzrostu.

- Czy istnieje jakiś powód, dla którego musiałabyś iść na casting?

- Przepraszam, ale nie za bardzo rozumiem.

Jego twarz złagodniała.

- Szukamy kogoś na poranną zmianę. Zaczynałabyś o piątej rano, a kiedy mówię o piątej rano, to tak naprawdę mam na myśli czwartą czterdzieści pięć.

Uśmiechnęłam się jeszcze szerzej, aby ukryć przerażenie wizją pracy o tak nieludzkiej porze.

- Nie ma problemu - odpowiedziałam stanowczo.

- Jesteś przyjęta - oświadczył, a potem poinformował mnie o obowiązującym stroju, który składał się z wyprasowanej i mocno wykrochmalonej eleganckiej białej koszuli, krawata oraz czarnych spodni wizytowych. - Tylko bądź punktualnie, nie toleruję spóźnialstwa - ostrzegł i odszedł w pośpiechu, by zrugać jakiegoś pechowego pracownika.

Gdy rankiem ruszyłam do restauracji, było jeszcze ciemno. W pożyczonej od Steve'a za dużej koszuli i krawacie wyglądałam jak pękaty pingwin.

Mój nowy szef Ed był już na miejscu wraz z inną kelnerką. W środku siedział tylko jeden klient. Ed oprowadził mnie po restauracji, objaśniając moje obowiązki oraz dumnie informując, że pracuje tu już od trzynastu lat i w pewnym sensie to jego lokal. Tylko on kontaktował się z prawdziwym właścicielem, który był bardzo majętnym i wpływowym człowiekiem. Gdyby zjawił się w restauracji, nie wolno mi się do niego odzywać, chyba że na polecenie Eda. Ów właściciel miał wielu bogatych i ważnych przyjaciół, tak zwanych VIP-ów, których mieliśmy traktować jak bogów.

Po szkoleniu Ed kazał mi obsłużyć klienta.

- VIP - dał mi znać, bezgłośnie poruszając ustami.

Podniosłam kciuk, próbując nie okazywać pogardy.

Klientem był z wyglądu uroczy i drobny staruszek.

Podeszłam do niego z promiennym uśmiechem.

- Witam! Jak mija panu dzień?

Staruszek podniósł wzrok i spojrzał na mnie bladymi, kaprawymi oczami.

- Co my tu mamy?! Jesteś nowa?

- Owszem, to mój pierwszy dzień - odparłam z uśmiechem.

- Tak myślałem. - Skinął głową. - Obróć się - nakazał, kościstymi palcami zakreślając w powietrzu koło.

Obróciłam się twarzą do frontu, próbując dostrzec to, co chciał mi pokazać. Ale nie było tam niczego godnego uwagi.

Spojrzałam na niego zmieszana.

On zaś pokiwał z uznaniem.

- Chciałbym, żebyś została moją specjalną przyjaciółką - oznajmił. - Będę opłacał twoje rachunki, a w zamian się mną zajmiesz. - Mrugnął znacząco.

W głowie miałam kompletny mętlik i z pewnością było to po mnie widać.

- Jestem diabetykiem - podjął. - Więc nawet mi nie staje. - To wyznanie miało mnie uspokoić. - Potrzebuję tylko trochę uczucia i zainteresowania.

Wyraz konsternacji na mojej twarzy zastąpiło osłupienie. Boże, ten staruch, który mógłby być moim dziadkiem, złożył mi niemoralną propozycję! Byłam przerażona. Poczułam, że płoną mi policzki. Chciałam mu przygadać, ale zawsze mnie uczono, że starszym należy się szacunek. Nie wiedziałam, jak się zachować. Musiałam poradzić się Eda.

Wymamrotałam coś i odeszłam w pośpiechu.

Cała czerwona na twarzy podeszłam do szefa.

- Ed, wiem, że to VIP, ale... - Wyszeptałam mu na ucho, co przed chwilą usłyszałam.

Ed obrzucił mnie tępym spojrzeniem.

- W czym problem? Chyba wyjaśniłem, jak obchodzimy się z VIP-ami.

- Poważnie? - Patrzyłam na niego z niedowierzaniem. - Nie wrócę tam. Ktoś może przejąć ten stolik?

- Molly, nie minęły nawet dwie godziny, odkąd zaczęłaś zmianę, a już stwarzasz problemy. Powinnaś się cieszyć, że spodobałaś się jednemu z VIP-ów.

Czułam, że wzbiera we mnie złość.

Ed spojrzał na mnie pogardliwie.

- Jak znam życie, to najlepsza oferta, na jaką możesz liczyć w tym mieście.

Wybiegłam z restauracji ile sił w nogach i zalałam się rzęsistymi łzami. Przyczaiłam się w małej uliczce, próbując się pozbierać, i ochłonąwszy, ruszyłam w stronę samochodu.

Nagle tuż obok śmignął srebrny błyszczący mercedes i zaparkował na chodniku przede mną, prawie mnie z niego zmiatając.

Wspaniale. Czy ten dzień może być jeszcze gorszy?

Młody przystojny koleś w wojskowych ciuchach i koszulce ze strasową czaszką wysiadł z auta, trzaskając drzwiami i wrzeszcząc do komórki.

Gdy go minęłam, przestał krzyczeć do telefonu, za to zawołał za mną:

- Hej, jesteś kelnerką?

Popatrzyłam na swój roboczy mundurek.

- Nie, to znaczy tak. Właściwie to... - zaczęłam się jąkać.

- Albo nią jesteś, albo nie, to nie jest trudne pytanie - rzucił zniecierpliwiony.

- Tak, jestem - wydusiłam wreszcie.

- Poczekaj tu - rozkazał. - ANDREW!

Z restauracji wyszedł mężczyzna w fartuchu szefa kuchni i podszedł do nas.

- Proszę, znalazłem ci kelnerkę, więc przestań się mazać. KURWA! Czy ja muszę się wszystkim zajmować?

- Ma jakieś doświadczenie?

- Skąd, do cholery, mam to wiedzieć? - warknął koleś w koszulce z czaszką.

Andrew westchnął i zwrócił się do mnie:

- Chodź ze mną.

Weszliśmy do restauracji, w której panował gorączkowy ruch. Budowlańcy wiercili w ścianach, walili młotkami i szlifowali, dekorator rwał sobie włosy z głowy, bo zamiast peonii w kolorze pudrowego różu dostarczono bladoróżowe, barmani w pośpiechu zaopatrywali bar, a kelnerzy zajmowali się wszystkim dookoła.

- Mamy dziś ciche otwarcie - oznajmił Andrew. - Brakuje nam personelu, a lokal nie jest jeszcze wykończony. - Nie narzekał, po prostu był zmordowany.

Wyszłam za nim na piękny dziedziniec porośnięty winoroślą. Była to istna oaza spokoju pośród ogłupiającego chaosu. Gdy usiedliśmy na drewnianej ławeczce, Andrew zaczął mnie przepytywać.

- Skąd znasz Reardona?

Założyłam, że Reardon to ten przerażający typ w srebrnym mercedesie.

- No... prawie potrącił mnie samochodem - odpowiedziałam.

- To do niego podobne. - Zaśmiał się wymownie, po czym spytał łagodnym tonem: - Od dawna jesteś w Los Angeles?

- Od jakichś trzydziestu sześciu godzin.

- Skąd przyjechałaś?

- Z Kolorado.

- Przypuszczam, że nigdy nie pracowałaś w eleganckich restauracjach.

- Moja mama uczyła etykiety w szkole, a ja jestem pojętną uczennicą - wyjaśniłam.

Parsknął śmiechem.

- W porządku, dziewczyno z Kolorado. Coś mi mówi, że będę tego żałował, ale damy ci szansę.

- Jakie macie zasady jeśli chodzi o VIP-ów? - spytałam czujnie.

- To Beverly Hills. Każdy jest tu cholernym VIP-em.

- Spytam czysto teoretycznie. Co mam zrobić, jeśli jakiś stary obleśny zbok będzie mnie nagabywał? Czy muszę go obsłużyć?

- Takich wywalamy na zbity pysk.

Uśmiechnęłam się.

- To kiedy zaczynam? - spytałam z szerokim uśmiechem.

ROZDZIAŁ DRUGI

Z zewnątrz Boulevard - restauracja, w której właśnie mnie zatrudniono - wyglądał mrocznie i tajemniczo. Gdy weszłam do środka, zobaczyłam młodą elitę Hollywood wypoczywającą na zamszowych otomanach i skórzanych ławach. Poczułam się, jakbym wpadła bez zaproszenia na prywatne przyjęcie.

Oczekiwałam, że będzie tak samo, jak w każdej z moich poprzednich prac. Przejdę jakieś szkolenie i zacznę obsługiwać gości, ale w lokalu Reardona Greena odbywało się to inaczej. Albo popłyniesz, albo utoniesz. Wszyscy uwijali się jak w ukropie, nikt nie miał czasu, by odpowiedzieć na moje pytania, wciąż komuś zawadzałam. Wokół mnie szalało istne tornado. Wzięłam głęboki oddech. No cóż, skoro nie przydzielono mi żadnego rewiru, to zaczęłam kręcić się po restauracji, zbierałam brudne talerze i dolewałam drinki. Pewnej kobiecie, którą rozpoznałam z telewizyjnego show, przyniosłam martini z kawałkiem cytryny.

- Czy mogłabym dostać całą cytrynę? - zapytała, po czym zwróciła się do swoich towarzyszy: - Wolałabym sama ją pokroić, by mieć pewność, że jest świeża. Przechowują je w plastikowych wiaderkach obsiadłych przez muchy. - Wzdrygnęła się na tę myśl, a wraz z nią cały stolik. Oczywiście wszyscy też zapragnęli samodzielnie przystroić swoje drinki, zatem wysłano mnie po pomarańczę, cytrynę i limonkę.

Droga do kuchni prowadziła obok stolików, przy których siedzieli celebryci i wielkie osobistości. Starałam się nie gapić na gwiazdorskie twarze, które dotąd widywałam tylko na łamach czasopism. Gdy przepchnęłam się przez drzwi kuchenne, panujący na sali hałas zanikł w oddali.

W kuchni rozbrzmiewały inne dźwięki, symfonia wywoływanych zamówień i przytakiwań, brzdęk talerzy, łoskot ciężkich żelaznych rondli i skwierczenie mięsa wrzucanego na patelnię. Andrew wrzeszczał na pomocników i ponaglał do wydawania dań. Przedarłam się przez ten zgiełk w kierunku lodówki, starając się nikomu nie naprzykrzać i nie przeszkadzać. W pośpiechu skręciłam w złą stronę i trafiłam do spiżarni, gdzie zobaczyłam Cama, jednego z właścicieli, który stał oparty o stertę papierowych ręczników, a spodnie miał spuszczone do kostek. Zamurowało mnie. Jeszcze nigdy nie czułam się tak zażenowana.

- Przepraszam! - powiedziałam szeptem, nadal stercząc nieruchomo.

Uśmiechnął się bez krzty skrępowania i rzucił beztrosko:

- Och, drobiazg! Chcesz zagrać w moim filmie? - Wskazał palcem kamerę monitoringu przyczepioną pod sufitem i uśmiechnął się łobuzersko, unosząc dłoń do przybicia piątki, a dziewczyna, która przed nim klęczała, zachichotała.

Nie chciałam go obrazić, więc pochyliłam się nad nią ostrożnie i uderzyłam dłonią w jego dłoń. A potem uciekłam w te pędy, płonąc ze wstydu.

Na co mi przyszło?

Tydzień po rozpoczęciu pracy w restauracji wybrałam się na przyjęcie ze Steve'em. Stałam z boku, przysłuchując się, jak wszyscy rozprawiają o pilotach seriali, które właśnie kręcili, i scenariuszach, nad którymi pracowali, i czułam się jak wyrzutek. Nagle jakaś ładna dziewczyna chwyciła mnie za rękę.

- Kogo to obchodzi? - wyszeptała mi do ucha. - Napijmy się!

Była od stóp do głów wystrojona w designerskie ciuchy, a torebka kosztowała więcej niż mój samochód. Poszłam za nią do kuchni. Trzy shoty z tequilą później zostałyśmy najlepszymi przyjaciółkami.

Blair była miłą, zabawową dziewczyną, ale nie aż tak bardzo oderwaną od rzeczywistości. Sprawiała natomiast wrażenie, jakby niczym się nie przejmowała. Była dziedziczką imperium masła orzechowego, a jej rodzice posiadali domy na całym świecie, między innymi w Beverly Hills, gdzie dorastała, zanim posłano ją do renomowanej prywatnej szkoły w Nowym Jorku.

Nagle do kuchni weszły dwie młode dziewczyny. Jedną z nich znałam z popularnego reality show nadawanego w MTV.

- Cholera! - rzuciła Blair, łapiąc w jedną dłoń butelkę tequili, a w drugą moją rękę, i zaciągnęła mnie do łazienki na końcu korytarza. - Wylądowałam w łóżku z chłopakiem tamtej laski. Nakryła nas i teraz chce mnie zabić!

Zaczęłam się śmiać. Blair przechyliła butelkę i pociągnęła solidnego łyka. Przesiedziałyśmy w przestronnej marmurowej łazience prawie całą noc, śmiejąc się, wychylając shoty, rozmawiając o naszym życiu i planach na przyszłość. Opowiedziałam jej o swojej sytuacji mieszkaniowej... bo za tydzień nie byłoby już o czym mówić. Steve postawił sprawę jasno.

- Boże! Wprowadź się do mnie! - zapiszczała. - Moje mieszkanie jest super, spodoba ci się. Akurat mam wolny pokój.

I tak oto w ciągu jednej nocnej zakrapianej imprezy, ukrywając się w łazience przed wzgardzoną gwiazdką reality show, znalazłam nie tylko nową przyjaciółkę, ale i nowe lokum.

Takie właśnie jest Los Angeles. Nigdy nie można przewidzieć, co cię spotka, gdy wyjdziesz z domu.

Nie lubiłam obsługiwać stolików i mówiąc szczerze, byłam w tym beznadziejna, ale restauracja okazała się moją furtką do nowego i dziwnego świata, który składał się z trzech podstawowych warstw: personelu, klientów i moich szefów.

Zatrudnieni w restauracji Boulevard nie byli zwykłymi pracownikami, tylko aspirującymi do kariery muzykami, modelkami lub aktorkami, i większość z nich naprawdę miała talent. Kelnerowaniem zajmowali się głównie początkujący aktorzy, traktujący to zajęcie jak odgrywaną przed specyficzną publicznością rolę. Obserwowałam, jak odkładają na bok swoje ego i wcielają się w postać, stają się tym, kim być powinni w zależności od obsługiwanego stolika: flirciarzami, studenciakami, powiernikami. Za barem zwykle urzędowali muzycy albo modelki. Dziewczyny miały seksapil i szyk, i wiedziały, jak zabawić gości. Ćwiczyły na nich, jak być zalotną i zarazem skromną. Próbowałam się czesać i malować tak samo jak one, i robiąc swoje, bacznie śledziłam, jak dobierały seksowne kreacje.

Klienci restauracji należeli do najwyższej ligi: celebryci, gwiazdy rocka, prezesi firm, finansowi magicy, prawdziwi książęta. Nigdy nie było wiadomo, kto się pojawi. Niektórzy oczekiwali szczególnych względów, a zaspokojenie ich zachcianek graniczyło z cudem. Z czasem podłapałam kilka trików, na przykład by zamówienia przyjmować najpierw od kobiety (jeśli przy stoliku siedziała para), a gości biznesowych obsługiwać błyskawicznie, lecz niepostrzeżenie. Byłam dobra w czytaniu ludzkich zachowań, lecz beznadziejna w obsłudze. Talerze leciały mi z rąk, zapominałam sprzątnąć sztućce i nie potrafiłam otwierać wina w tak ceremonialny sposób, jak wymagali tego właściciele.

Uznałam jednak, że dla mnie najciekawsze postacie to Reardon i jego dwaj wspólnicy.

Reardon był bystry, niecierpliwy, wybuchowy i nieznośny. A także był mózgiem tego przedsięwzięcia.

Cam pochodził z jednej z najbogatszych rodzin na świecie. Czeki, które otrzymywał co miesiąc z funduszu powierniczego, wystarczyłyby na zakup małej wyspy. Cam sprawiał wrażenie niezbyt zainteresowanego biznesem, i z tego co wiem, głównie uganiał się za kobietami, imprezował, uprawiał hazard i folgował wszystkim hedonistycznym nałogom, jakie można sobie wyobrazić. Jego działką były finanse, to znaczy podpisywał papiery i figurował jako żyrant.

Sam dorastał z Camem. Świetnie dogadywał się z ludźmi, był czarujący i zabawny. Nie znałam nikogo, kto umiałby tak bajerować jak on. Najwyraźniej był odpowiedzialny za marketing i kontakty z klientami.

Patrząc na ich wzajemne relacje, czułam się, jakbym obserwowała nowo odkryty gatunek. Ci ludzie żyli w zupełnie innym świecie niż ten, który znałam od dwudziestu paru lat. Nosili się jak paniska, nie przejmowali konsekwencjami i mieli głęboko w nosie wszelkie powszechnie przyjęte zasady i ustalone reguły postępowania.

Lokal stosował taką samą politykę jak każda restauracja w Beverly Hills, której zależało na przetrwaniu: zrobić wszystko, by zaspokoić wykwintny gust klienta. Wspólnicy wydali mnóstwo kasy na luksusowe tekstylia, eleganckie szkło i wina z najlepszych winnic. Zatrudnili atrakcyjne, profesjonalne kelnerki oraz światowej klasy szefa kuchni, a także zadbali o piękny wystrój.

Przyjazna, zachęcająca atmosfera, jaką tworzył personel, była elementem gry. Pod tą maską uprzejmości czaił się nieustanny stres, który w każdej chwili mógł się przerodzić w panikę. Otóż szefowie oczekiwali od nas perfekcji i profesjonalizmu - to jest dopóki nie wychylili paru drinków, zapominając o swoich precyzyjnie przygotowanych planach.

Pewnego niedzielnego poranka przyszłam otworzyć restaurację i na miejscu zastałam Sama, didżeja oraz grupkę dziewczyn balujących w najlepsze. Sam zamienił naszą wykwintną restaurację w swój prywatny zapyziały klub nocny. Próbowałam mu wytłumaczyć, że muszę rozsunąć wielkie zamszowe kotary i usunąć prowizoryczną didżejkę, żeby przygotować lokal do obsługi, ale w odpowiedzi usłyszałam tylko bełkot.

- Głupia, głupia, głupia... - wymamrotał i zasunął zasłony, które ledwie zdążyłam rozchylić.

Zadzwoniłam do Reardona.

- Sam nadal tu siedzi i imprezuje. Nie chce wyjść i nie pozwala mi otworzyć restauracji. Co mam zrobić?

- Niech to szlag! Daj mi go do telefonu. Już tam jadę.

Podałam Samowi telefon.

- Głupia, głupia, głupia... - powtórzył to samo Reardonowi i oddał mi komórkę.

- Wezwij mu taksówkę!!! - wrzasnął Reardon.

Rozejrzałam się po sali, ale Sam zniknął.

- Poczekaj, chyba sobie poszedł - stwierdziłam.

W tej samej chwili wyjrzałam przez okno. Sam, z wielkim złotym roleksem na ręce, w wypucowanych butach od Prady i beżowych jedwabnych spodniach właśnie zamierzał wsiąść do autobusu. Wybiegłam na zewnątrz, żeby go zatrzymać, jednocześnie śmiejąc się do telefonu.

- Co się dzieje, co on wyprawia? - dociekał Reardon.

- Wsiada do autobusu w kierunku centrum.

- Masz na myśli transport publiczny?

- Nie inaczej - odparłam, patrząc, jak zadowolony i urżnięty Sam macha do mnie radośnie ze swojego siedzenia.

- Rany - westchnął Reardon. - Powiedz Młotowi, żeby go zgarnął.

"Młot" był ochroniarzem, kierowcą limuzyny i egzekutorem długów. Słyszałam, że niedawno wyszedł z więzienia, ale nikt nie chciał mi powiedzieć, za co tam trafił.

Gdy zadzwoniłam do Młota, niechętnie zgodził się wsiąść w "gablotę" - tak Sam nazywał firmową limuzynę - i poszukać go w centrum. Rozłączyłam się, a kiedy się odwróciłam, zobaczyłam, że didżej i dziewczyny przymierzają się do otwarcia butelki koniaku Remy Martin Louis XIII za tysiąc dolarów.

Dopadłam do nich i sprzątnęłam im ją sprzed nosa.

- O nie, nie, nie! Czas na was! - zarządziłam, wyłączając muzykę jak rodzic przerywający imprezę, i wyprosiłam ich z lokalu.

Udało mi się otworzyć restaurację w samą porę na brunch, a Młot w końcu znalazł Sama szwendającego się po Compton z butelką Cristalu i osobliwym towarzystwem.

Każdy kolejny dzień w restauracji wydawał się jeszcze bardziej absurdalny od poprzedniego, ale przynajmniej nigdy nie było nudno.