3
LOKATORZY I ICH SPRAWY
Wyżej, w mieszkaniu C2, Angela Wexler stała na pufie tak nieruchomo i z twarzą tak piękną i pozbawioną wyrazu, jak manekin wystawowy. Jej bladoniebieskie oczy bez mrugnięcia wpatrywały się w jezioro.
- Obróć się, skarbie - poleciła Flora Baumbach, krawcowa, która mieszkała i pracowała w mniejszym lokum na pierwszym piętrze.
Angela powoli wykonała ćwierćobrót.
- A!
Przestraszona cichym okrzykiem Flora Baumbach wypuściła szpilkę z krótkich, grubych palców i niemal połknęła pozostałe trzy, które trzymała w ustach.
- Proszę, niech pani będzie ostrożna! Moja Angela ma niezwykle delikatną skórę.
Gracja Windsor Wexler, usadowiona na beżowej aksamitnej kanapie, nadzorowała przymiarkę ślubnej sukni swojej córki. Nad nią, oprawione w ramki, wisiały dwadzieścia cztery ilustracje botaniczne, które dobrała i rozmieściła na ścianie z największym smakiem i staraniem. Mogłaby zostać dekoratorką wnętrz, i to niezłą, gdyby nie wywierano na nią nacisków i nie nakłaniano do rezygnacji z tego pomysłu.
- Pani Baumbach mnie nie ukłuła - powiedziała spokojnie Angela. - Po prostu się zdziwiłam, że z komina domu Westingów się dymi.
Flora Baumbach, która z powolną uważnością obchodziła ją na czworakach, przerwała poszukiwania upuszczonej szpilki i spojrzała spod prostej, siwiejącej grzywki.
Pani Wexler odstawiła filiżankę na stolik kawowy wykonany z drewna wyrzuconego przez morze i wyciągnęła szyję, żeby widzieć lepiej.
- Widocznie mamy nowych sąsiadów. Będę musiała tam podjechać z prezentem powitalnym. Może potrzebują porady co do urządzenia wnętrza?
- Hej, patrzcie! Dymi się z domu Westingów! - Żółwik znów się spóźniła z tą wiadomością.
- Ach, to ty. - Pani Wexler zawsze zdawała się zaskoczona widokiem swojej drugiej córki, tak niepodobnej do złotowłosej Angeli o twarzy anioła.
Flora Baumbach, która właśnie zamierzała wstać z odnalezioną szpilką, znów szybko opadła na czworaki, chroniąc obolałe golenie w grubej wykładzinie. Wczoraj w holu pociągnęła Żółwika za warkocz.
- Rudy Amfield mówi, że cuchnący trup starego Westinga rozkłada się na orientalnym dywanie!
- Och, jej! - wykrzyknęła Flora Baumbach, a pani Wexler z irytacją kląsnęła językiem, wydając odgłos zbliżony do "czak".
Żółwik zdecydowała się nie ciągnąć tej strasznej opowieści, choć matki i tak nie obchodziło, czy jej młodsza córka spadnie z klifu albo skończy jako zupełna wariatka.
- Pani Baumbach, czy mogłaby pani obrębić mój strój czarownicy? Potrzebuję go dziś wieczorem.
Pani Wexler powiedziała:
- Czy nie widzisz, że jest zajęta suknią ślubną Angeli? I czy musisz nosić takie głupie przebrania? Doprawdy, Żółwiku, nie wiem, dlaczego tak usilnie się oszpecasz.
- To przebranie nie jest głupsze niż suknia ślubna - odpaliła Żółwik. - Poza tym nikt już nie bierze ślubów, a jeśli tak, to nie w takich głupich sukniach. - Była bliska furii. - A zresztą kto chciałby wychodzić za tego zarozumiałego, przemądrzałego doktora Dentona z twarzą jak ptasie mleczko...?
- Dość tego pyskowania! - Pani Wexler zerwała się na równe nogi, z ręką gotową do wymierzenia ciosu; zamiast tego jednak wyprostowała ramkę z ilustracją botaniczną, przyklepała swoje modne uczesanie w kolorze miodu i znów usiadła. Jeszcze nigdy nie uderzyła Żółwika, ale pewnego dnia... Poza tym były w obecności obcej osoby. - Doktor Deere jest wspaniałym młodym człowiekiem - wyjaśniła przez wzgląd na Florę Baumbach.
Krawcowa uprzejmie się uśmiechnęła.
- Angela będzie niebawem Angelą Deere. Czy to nie wspaniałe nazwisko?
Krawcowa przytaknęła.
- No i będziemy mieli dwóch lekarzy w rodzinie. A ty dokąd?
Żółwik była już przy drzwiach wejściowych.
- Idę na dół powiedzieć tacie o dymie w domu Westingów.
- Wracaj natychmiast. Wiesz, że popołudniami twój ojciec operuje. Lepiej idź do swojego pokoju i popracuj nad raportami giełdowymi czy co tam zwykle robisz.
- Też mi pokój, jest za mały nawet na szafę.
- Ja obrębię twój strój czarownicy, Żółwiku - zaproponowała Angela.
Pani Wexler spojrzała rozpromieniona na swoje doskonałe dziecko obleczone w biel.
- Istny anioł!
* * *
Strój pani Good był czarny, jej cera matowo biała. Biła od niej powaga. A właściwie surowość. Surowość i szlachetna powaga. Nikt by nie odgadł, że pod tą niezłomną fasadą truchlała ze strachu, w czasie gdy doktor Wexler usuwał jej odcisk.
Spoglądanie w dół na kształtną różową czaszkę, prześwitującą spod rzednących brązowych włosów podiatry, nie łagodziło jej obaw. Cicho nucąc pieśń religijną, wbiła wzrok w okno wychodzące na północ.
- Dym!
- Uwaga! - Jake Wexler niemal odciął jej mały palec razem z odciskiem.
Nieświadoma niedoszłej amputacji, sprzątaczka wpatrywała się w dom Westingów.
- Proszę usiąść prosto... - zaczął Jake, ale pacjentka go nie słyszała. Kiedyś musiała być przystojną kobietą, ale życie nie obeszło się z nią łaskawie. Spłowiałe włosy, upięte w ciasny kok na chudym karku, polśniewały rudozłoto. Miała piękny profil, który szpeciła tylko wysunięta, zaciśnięta szczęka. No, dobrze, trzeba działać dalej, piątek był dla doktora Wexlera pracowitym dniem. Musiał jeszcze zatelefonować w kilka miejsc. - Proszę usiąść prosto, pani Good. Już prawie skończyłem.
- Słucham?
Jake znów delikatnie umieścił jej stopę na podnóżku.
- Widzę, że uderzyła się pani w goleń.
- Słucham? - Na sekundę ich spojrzenia się spotkały; potem pani Good odwróciła wzrok. Jako istota nieśmiała (albo pełna poczucia winy), mówiąc, odwracała twarz. - Pańska córka, Żółwik, mnie kopnęła - wymamrotała, znów wpatrzona w dom na klifie. - Tak się dzieje, kiedy w domu zaniedbuje się religię. Sandy twierdzi, że tam jest trup Westinga, że rozkłada się na orientalnym dywanie, ale ja w to nie wierzę. Jeśli naprawdę nie żyje, smaży się w piekle. Wszyscy jesteśmy grzesznikami.
* * *
- Co to ma znaczyć: jego trup rozkłada się na orientalnym dywanie, jakimś perskim, a może chińskim?! - Pan Kim dołączył do syna przy przeszklonej bocznej ścianie restauracji na czwartym piętrze. - I dlaczego marnujesz cenny czas na wysłuchiwanie opowieści jakiegoś podstarzałego chłopca na posyłki z wybujałą wyobraźnią, zamiast się uczyć? - To nie było pytanie. Ojciec Douga nigdy nie zadawał pytań. - Nie wzruszaj ramionami, siadaj do nauki.
- Jasne, tato.
Doug przemknął przez kuchnię; nie warto było tłumaczyć, że jutro nie ma lekcji, tylko trening na bieżni. Zbiegł tylnymi schodami. Bez względu na to, jakie by miał usprawiedliwienie, ojciec i tak powiedziałby: "siadaj do nauki". Doug dotarł do mieszkania Kimów w tylnej części budynku, położył się na gołej podłodze i dwadzieścia razy powtórzył: "siadaj do nauki", odliczając w ten sposób dwadzieścia brzuszków.
W porze obiadu oczekiwano tylko dwojga gości (restauracja Ho Leng Kima mogła pomieścić ich setkę). Pan Kim zatrzasnął książkę rezerwacji, przycisnął dłoń do obfitego brzucha, który znów go bolał, odwinął z papierka tabliczkę czekolady i pochłonął ją pospiesznie, by kwas nie zdążył wytrawić kolejnego wrzodu. A więc Westing wrócił do domu. Cóż, tym razem nie wykpi się tak łatwo, nie ma mowy.
Drobna, subtelna kobieta w długim białym fartuchu stała w milczeniu przy oknie restauracji, wychodzącym na wschód. Wpatrywała się tęsknie w nieskończoną szarą dal, jak gdyby daleko, daleko, na drugim brzegu jeziora Michigan leżały Chiny.
* * *
Sandy McSouthers zasalutował, kiedy bordowy mercedes zawrócił na krętym podjeździe i zatrzymał się przed wejściem. Odźwierny otworzył drzwi samochodu z uprzejmościami zarezerwowanymi wyłącznie dla sędzi D.J. Eden.
- Proszę spojrzeć, pani sędzio. W domu Westingów dymi się z komina.
Wysoka czarnoskóra kobieta w dopasowanej garsonce, z krótko ostrzyżonymi włosami muśniętymi siwizną, wysunęła się zza kierownicy, wręczyła odźwiernemu kluczyki i bez zainteresowania rzuciła spojrzenie na dom na wzgórzu.
- Mówią, że nikogo tam nie ma, tylko trup starego Westinga rozkłada się na orientalnym dywanie - doniósł Sandy, wyjmując z bagażnika wypchaną aktówkę. - Wierzy pani w duchy, pani sędzio?
- Z pewnością istnieje bardziej racjonalne wytłumaczenie.
- Oczywiście, ma pani rację, pani sędzio. - Sandy otworzył ciężkie oszklone drzwi i depcząc sędzi po piętach, podążył za nią przez hol. - Powtarzałem tylko, co mówił Rudy Amfield.
- Rudy Amfield jest głupcem, jeśli nie wręcz szaleńcem.
D.J. Eden szybkim krokiem weszła do windy. Nie powinna była tego mówić, nie ona, nie pierwsza czarnoskóra, pierwsza kobieta wybrana na urząd sędziego stanowego. Była zmęczona po całym dniu rozpraw i tyle. A może nie?
Zatem Sam Westing w końcu wrócił do domu. Cóż, mogłaby sprzedać samochód, wziąć kredyt, spłacić dług - w gotówce. Ale czy przyjąłby pieniądze?
- Proszę nikomu nie powtarzać, co mówiłam o Rudym Amfieldzie, panie McSouthers.
- Niech się pani nie martwi, pani sędzio. - Odźwierny odprowadził ją pod drzwi mieszkania D1. - Wszystko, co od pani usłyszę, pozostaje ściśle tajne.
I tak było w rzeczywistości. D.J. Eden dawała najwyższe napiwki w Wieżach Zachodzącego Słońca.
* * *
- Widziałem kog-g-g... - Chris Thedorakis był zbyt poruszony, żeby wykrztusić bratu nowinę. Jedna ręka odgięła mu się w bok i założyła za głowę. Głupia ręka.
Theo przykucnął obok wózka inwalidzkiego.
- Słuchaj, Chris, opowiem ci o tym nawiedzonym zamku na wzgórzu. - Jego głos był kojący i zwiastował tajemnicę. - Ktoś tam jest, Chris, ale nikogo tam nie ma, tylko bogaty pan Westing, a on nie żyje. Jest tak martwy jak rozdeptany chrabąszcz i rozkłada się na pogryzionym przez mole orientalnym dywanie.
Chris odprężył się, jak zawsze kiedy brat coś mu opowiadał. Theo umiał wymyślać różne historie.
- Robaki wpełzają do czaszki umarlaka i wyłażą z powrotem, włażą mu do uszu i z nich wychodzą, wypełzają przez dziurki w nosie, przez usta, włażą i wyłażą przez wszystkie jego otwory.
Chris się roześmiał, a potem szybko zapanował nad twarzą. Powinien wyglądać na przestraszonego.
Theo przysunął się bliżej.
- A wysoko nad gnijącym trupem podzwania kryształowy żyrandol. Podzwania i migocze, chociaż żaden podmuch powietrza nie przepływa przez ten ponury grobowiec salonu.
Ponury grobowiec salonu. "Theo będzie kiedyś dobrym pisarzem" - pomyślał Chris. Nie chciał psuć tej wspaniałej, przerażającej halloweenowej opowieści, mówiąc bratu o prawdziwym człowieku, który tam jest, o tym utykającym człowieku.
Siedział więc cicho, w rozluźnionej pozie, i słuchał o duchach, upiorach i krwawym potoku i uśmiechał się do brata ze szczerym zachwytem.
"Co za uśmiech! Pogromca serc niewieścich" - mówiła zawsze Sydelle Pulaski, lokatorka spod C1. Ale nikt nigdy nie zwracał uwagi na Sydelle Pulaski.
* * *
Sydelle Pulaski wygramoliła się z taksówki, najszerszą częścią naprzód. Nie była otyła, jedynie biodrzasta, z winy wielu lat przesiedzianych za biurkiem sekretarki. Czy naprawdę nie istniał elegancki sposób na wydostanie się z samochodu?! Zielone okulary wysadzane brylancikami zjechały z jej mięsistego nosa, kiedy mocowała się z wysokim trójkątnym pakunkiem i wypchaną torbą na zakupy. Gdyby tylko ten leniwy taksówkarz zechciał jej pomóc!
Ale nie, nie za taki napiwek. Taksówkarz zatrzasnął tylne drzwi i pognał krętym podjazdem, niemal wjeżdżając w mercedesa, którego Sandy odstawiał właśnie na parking.
Przynajmniej odźwierny, którego nigdy nie było na miejscu, zostawił drzwi otwarte na oścież. Nie żeby kiedykolwiek jej pomógł albo ją dostrzegł, nic z tych rzeczy.
Nikt jej nigdy nie dostrzegał. Sydelle Pulaski poczłapała przez hol. Mogłaby dźwigać w tej paczce karabin snajperski, a nikt by tego nie zauważył. Wprowadziła się do Wież Zachodzącego Słońca z nadzieją, że pozna tu eleganckie towarzystwo, tymczasem nikt nie zaprosił jej nawet na herbatę. Nikt nie poświęcił jej ani odrobiny uwagi, poza tym biednym chłopcem, którego uśmiech mógł podbić serce, i poza tym rozwydrzonym dziewuszyskiem z warkoczem - jeszcze pożałuje, że kopnęła Sydelle w goleń.
Żonglując ładunkiem, podzwaniając kolczykami i brzęcząc bransoletką, Sydelle Pulaski otworzyła liczne zamki mieszkania C1 i zaryglowała za sobą drzwi. Gdyby ludzie jej słuchali i ryglowali drzwi, byłoby mniej włamań w okolicy. Ale nikt jej nie słuchał. Nikogo nie obchodziła.
Wyłożyła zawartość torby na stół nakryty ceratą: sześć puszek emalii, rozcieńczalnik do farb i pędzle. Odwinęła z papieru wysoki pakunek i oparła o ścianę cztery drewniane kule inwalidzkie. Słońce zachodziło za parkingiem, ale Sydelle Pulaski nie wyjrzała przez tylne okno. Przez boczne okno było widać dym, wznoszący się z domu Westingów, jednak Sydelle Pulaski go nie spostrzegła.
- Nikt nigdy nie zauważa Sydelle Pulaski - wymamrotała pod nosem. - Ale teraz to się zmieni. Teraz to się zmieni.