Gra o serce - Katarzyna Białkowska

Kup ebooka

38.00 zł
30.78 zł (38,00 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

1 Aureola

- Ale że od razu F, stary, naprawdę?! Z matmy to chyba twoje pierwsze w życiu? - Nad moim uchem rozlega się parsknięcie Iana Kennedy'ego, sąsiada z ławki i zarazem najlepszego przyjaciela.

W jego słowach słyszę wyraźne zaskoczenie pomieszane z lekkim rozbawieniem. W końcu przepisuje ode mnie prace domowe z matematyki od pierwszej klasy podstawówki. A tutaj nagle najgorsza możliwa ocena z dość prostego testu.

Nawet ten głupek dostał właśnie mocne C.

Wzruszam ramionami i stukam palcem w nazwisko, umieszczone w prawym górnym rogu arkusza odpowiedzi: "Gardiner, Sky". Ian wpatruje się w nie przez chwilę bez słowa, po czym jego twarz rozjaśnia zrozumienie.

Ale nie byłby sobą, gdyby jeszcze przez chwilę mi nie dogadywał, zwłaszcza że to raczej pierwsza i ostatnia okazja, żeby mógł się ponabijać z moich ocen z matmy. Dobra, dobra, ale bujać to on, a nie jego. I czego jak czego, ale F z matematyki to on się po mnie w tym życiu nie spodziewał. Zapewnia mnie, że od dzisiaj będzie musiał sobie załatwiać prace domowe u Paula Baransky'ego, drugiego najlepszego w klasie matematyka, bo mnie już nie może ufać. Ja tam do Paula nic nie mam, ale on za mną nie przepada. Nie wiem dlaczego.

Powodzenia, Ian!

Puszczam jego gadaninę mimo uszu i wpatruję się w sprawdzian, starając się zrozumieć, co się właściwie tutaj stało. Gdyby nie to nieszczęsne F, sam mógłbym się pomylić i wziąć ten test za swój.

Charakter pisma jest nawet trochę podobny, może tylko nieco bardziej schludny. W dodatku sprawdzian został napisany zielonym długopisem. Dotąd jako jedyny w klasie pisałem na zielono, ale wygląda na to, że już nie.

Nie żeby mi na tym specjalnie zależało. Na byciu zielono-wyjątkowym. Moja mama używa tylko zielonych piór i długopisów, pełno ich u nas w domu. A ja po prostu lubię ten kolor. Kiedyś wyczytałem też, że od zielonego oczy się mniej męczą.

Niech więc nikt mi nie mówi, że to dziwaczne. To znaczy owszem, powiedziano mi to już wielokrotnie. Ale się nie przejąłem.

Ian to dureń.

Wracając do testu, to cóż, na dobrą sprawę od kilku tygodni mogłem się spodziewać, że coś takiego się zdarzy. Może nie, że będzie to aż tak bardzo dezorientujące. Ale że nastąpi tego typu pomyłka z nazwiskami.

Mogłem tego oczekiwać, od kiedy w naszej szkole pojawiła się ona - Skylar Gardiner. Nie pytajcie mnie, jakim cudem zapamiętałem nazwisko tej cichej, niezwracającej na siebie niczyjej uwagi dziewczyny, z którą czasem mijam się na korytarzu, ale nigdy nie zamieniliśmy ani słowa. Skylar dołączyła do nas już po rozpoczęciu roku szkolnego. Pewnego dnia dyrektorka wprowadziła ją do klasy i przedstawiła. Nawet to kojarzę, choć jak przez mgłę.

No i to nazwisko! Niemal identyczne z moim.

Traf chce, że mamy razem zajęcia, w tym matematykę. A nasz nauczyciel, pan Jones, to najbardziej zakręcony facet, jakiego możecie sobie wyobrazić. Świetnie uczy, jego kółko matematyczne jest jednym z najpopularniejszych w szkole, regularnie wysyła uczniów na olimpiady. Ale sprawy formalne i punktualność to nie są jego mocne strony. Nigdy nie były.

A od paru tygodni wyraźnie mu się pogorszyło. Po piętnastu latach bezdzietnego małżeństwa w zeszłym miesiącu pani Jones obdarowała męża... trojaczkami.

No cóż, mieszkamy w małym miasteczku, gdzie wiadomości roznoszą się błyskawicznie. Ale nawet gdybyśmy nie słyszeli o noworodkach w trójpaku, to wystarczy spojrzeć na powiększające się cienie pod oczami tego biedaka, żeby się domyślić, że ostatnio się nie wysypia.

Przypomina mi się mój siostrzeniec Alec. Bąbel ma osiem miesięcy i choć podbił serca całej rodziny, włącznie z moim, to wiem, że przez noce zarwane z jego powodu moja najstarsza siostra i jej mąż czasem ledwo żyją.

Uśmiecham się na myśl o tej trójce. Właściwie to trzeba by ich niedługo odwiedzić i dać Ellen trochę odetchnąć, choć na kilka godzin... Po ośmiu miesiącach z przyssanym do niej dosłownie oraz w przenośni Alekiem już najwyższy czas na randkę tylko z mężem.

W dodatku naprawdę lubię i szanuję Dylana, mojego szwagra. Nie miał lekko, gdy starał się zdobyć serce Ellen i przekonać do siebie całą naszą rodzinę. Już my z siostrami się o to postaraliśmy. Ona po prostu nie mogła związać się z byle kim!

Dobra, teraz muszę wyjaśnić to F.

Uśmiech szybko spełza z mojej twarzy. Matematyka to przedmiot, z którym nigdy nie miałem problemów i żadne F nie wchodzi w grę, z pewnością dostałem czyjś test.

Nie swój, ale tej dziewczyny.

Moje nazwisko to Gardener, nie Gardiner. Zgodnie z tradycją w naszej rodzinie jako pierworodny syn otrzymałem imię Skyler. Wcześniej, aż do mojego urodzenia, nadawano je w starszej formie: Schuyler. Mój ojciec i dziadek właśnie takie noszą. Wymową te imiona się nie różnią. I w obu przypadkach skraca się je do Sky.

Przez jakiś czas miałem rodzicom tę tradycję za złe, ale w końcu jakoś się z nią pogodziłem. To pamiątka po praprapradziadku holenderskiego pochodzenia, Johannesie Schuylerze, pierwszym z naszego klanu, który osiedlił się w Ameryce. Zwłaszcza dziadkowie ze strony ojca pielęgnują pamięć o przodkach. Stany Zjednoczone Ameryki są ciągle bardzo młodym krajem, tutaj się szanuje własną historię!

Właściwie to mało kto oprócz dziadków i rodziców zwraca się do mnie "Sky". A i oni się czasem łamią, tak samo jak siostry, które przyzwyczaiły się do przezwiska Shy1, nadanego mi przez dzieciaki jeszcze w przedszkolu. Może i byłem kiedyś nieśmiały, jednak z czasem nabrałem pewności siebie. Tylko przezwisko mi zostało, ale nawet z nim nie walczę, bo i po co.

Bawi mnie ono, jest o czym pożartować, gdy poznaję nowych ludzi i się przedstawiam. W dodatku czymś się odróżniam od ojca, a to się ceni. W rezultacie tylko na sprawdzianach i na dokumentach podpisuję się "Skyler" bądź "Sky", co czasem przynosi zaskakujące konsekwencje. Jak dzisiaj.

Wracając do źródła nieporozumienia, to - jak widać - różnimy się z tą nową dziewczyną jedną literą w imieniu i jedną w nazwisku. Ja jestem Skyler, a ona Skylar. Moje nazwisko to Gardener, a jej Gardiner.

Czyli i ona jest Sky, i ja jestem Sky. Różnią nas szczegóły, ale jak się okazuje, mogą one mieć kluczowe znaczenie.

Coś jak chromosomy X i Y.

Prawdopodobnie, przynajmniej jeśli chodzi o matematykę, różnią nas także oceny. Moje zdobywają sam szczyt, to zawsze żelazne A. Jej pikują w dół skali, nawet do F.

Mam nadzieję, że dostałem przez pomyłkę nie swój arkusz od dyżurnego. A może niewyspany pan Jones także źle wpisał oceny do systemu? Muszę pilnować średniej, żeby nikt się nie czepiał moich treningów i zajęć dodatkowych. Nie ze wszystkich przedmiotów idzie mi tak dobrze jak z matematyki.

Zresztą życie nauczyło mnie nie odpuszczać w takich z pozoru mało znaczących sytuacjach. Więc teraz też nie chcę odkładać wyjaśnienia tego zamieszania. Nawet jeśli mam wyjść na nadgorliwego idiotę czy mało koleżeńskiego dupka przed nauczycielem. I przed tą dziewczyną. Sobą samym też, trudno. Dlatego obiecuję sobie, że jak najszybciej rozwiążę problem, i uśmiecham się krzywo do Iana. Niech mu będzie.

Obaj bywamy kretynami.

Spoglądam teraz w stronę okna, przy którym w drugiej ławce sąsiedniego rzędu siedzi Skylar. Pierwszy raz świadomie i celowo szukam tej dziewczyny wzrokiem.

Mogłaby mieć jeszcze bardziej beznadziejne miejsce, gdyby trafiła do pierwszej ławki, wiadomo, ale te w naszej szkole są okupowane przez klasowych kujonów i okularników. Jak zapewne w większości innych szkół.

Nie żebym coś miał do prymusów czy osób z wadą wzroku. Żyj i pozwól żyć innym. Bilansuj koszty i zyski. Jeśli coś musisz zrobić, to rób na sto procent. Ale jeśli nie musisz, to pozwól się wykazać innym. A właściwie daj im się wyręczyć. Oto moje ulubione dewizy. Zawsze się sprawdzają, o ile udaje mi się ich trzymać, bo czasem bywam zbyt impulsywny.

Co do lokalizacji w klasie, to ja mam strategiczną miejscówkę w środkowym rzędzie na końcu i bardzo mi tu dobrze. To pozycja tak zwanego kontrlidera, jeśli dobrze pamiętam z zajęć z procesu grupowego na psychologii. Gdybym chciał, mógłbym z mojego miejsca spojrzeć nauczycielowi prosto w oczy. Zwłaszcza że większość osób siedzących przede mną jest ode mnie niższa. Właściwie to wszyscy są, bo ja mam sto dziewięćdziesiąt centymetrów wzrostu. Ale czasem rozsądnie jest się nieco przygarbić, prawda? O ile mnie z czymś nie poniesie.

Bo czasem ponosi.

Nawet nie mam pewności, czy ta biedaczka Sky zauważyła pomyłkę. A jeśli tak, to czy zamierza coś z tym zrobić. Jak zwykle siedzi sama, z brodą opartą na dłoni, i zamiast w tablicę czy nauczyciela, wpatruje się w jesienne drzewa za szybą. Październik w Connecticut zawsze jest piękny i płonie kolorami, więc w sumie jej się nie dziwię.

Okna pracowni matematycznej wychodzą na południowy zachód, a ponieważ dzień jest bardzo słoneczny, to zauważam, że jej dość ciemne, gęste włosy zyskały pod słońce jakby... świetlistą aureolę? Ładnie to wygląda, stwierdzam po chwili wpatrywania się z niekłamaną przyjemnością w tył jej głowy.

A w ogóle to jej włosy wydają mi się inne niż reszty dziewczyn w klasie. Rozglądam się, żeby zrozumieć, o co chodzi, i dochodzę do wniosku, że Gardiner jako jedyna ma całkowicie naturalne loki, niewyprostowane prostownicą ani ułożone w wystudiowane fale.

Burzę loków, żeby być precyzyjnym.

Opadają jej sprężyście na plecy i wiją się swobodnie, zakrywając dość pulchne ramiona. Dzisiaj, w ciepłym październikowym słońcu, jej włosy mienią się różnymi odcieniami brązu, złota i srebra. Ale bardziej chyba srebra.

A kiedy przechyla głowę, lśnią i łapią światło jak oglądane pod słońce dmuchawce. Właśnie! Dmuchawce też mają taką aureolę, przypominam sobie.

Ale, serio, aureolę?! Shy, co z tobą?

- Sky? Hmm, Sky? - powtarzam bezskutecznie, choć stoję niemal nad jej głową.

Jest już po dzwonku, Jones za chwilę wyjdzie z sali, a ja wolę go złapać jeszcze dzisiaj, żeby nie zostawiać nieporozumienia z testami do poniedziałku. To nasza ostatnia matematyka w tym tygodniu, więc chcę mieć problem z głowy.

Ludzie tłoczą się w drzwiach klasy. Nawet Ian na mnie nie zaczekał, tylko pognał już na lunch, bo pewnie znów ledwie trzymał się na nogach z głodu.

Jak zawsze zresztą. Gdy wpada do naszego domu, mama odpala palniki w kuchence. A ojciec wręcz przeciwnie, blokuje barkiem lodówkę.

Jeśli akurat jakimś cudem jest w domu.

Ian twierdzi, że musi tyle jeść, bo ciągle rośnie. Jest ode mnie starszy o kilka miesięcy i już skończył osiemnaście lat. Ja mam urodziny pierwszego listopada. Wiedziałem, którego dnia się urodzić, prawda?

Trzeba wkrótce zacząć planować tegoroczną imprezę halloweenową, yay!

Muszę jednak uczciwie przyznać, że u Iana ja też mam swobodny dostęp do lodówki. Tylko jedzenie u niego nie smakuje tak dobrze, a moja mama najwyraźniej padła ofiarą swojego kulinarnego sukcesu. Słabo to skalkulowała, biedaczka.

Teraz jest już za późno, by dzielić się z nią moją szkolną filozofią, zresztą najbardziej zaszkodziłbym sobie samemu, bo też lubię pysznie zjeść. Jednak to potwierdza moje przekonanie, że nie zawsze i nie we wszystkim warto się wykazywać.

Nie ma głupich.

Na szczęście mam jeszcze chwilę, żeby przyciągnąć uwagę Skylar, bo kilka osób z kółka wciąż otacza biurko nauczyciela, pewnie w związku z wynikami testu. Jones jest dość popularny wśród uczniów, zwłaszcza tych uzdolnionych matematycznie, do których i ja się zaliczam, więc ludzie lubią zamienić z nim kilka słów.

Ja za nim nie przepadam, bo on wiecznie czegoś ode mnie chce.

Ale dobrze, niech inni z nim gadają, tym bardziej że przez cały ten czas dziewczyna nawet nie drgnęła. Rozmarzonym wzrokiem wciąż wpatruje się w złotoczerwony park widoczny za szybą. Nie wiem, jak ona miałaby ogarniać matematykę, skoro tak bardzo nie ogarnia nawet końca lekcji.

- Sky?! - zaczynam całkiem głośno i lekko dotykam dłonią jej ramienia.

Natychmiast tego żałuję, widząc, jak cała się spina i dosłownie podskakuje na krześle. Instynktownie uchyla się od mojej ręki, odtrąca ją i spogląda na mnie z lekką paniką. Co, słowo daję, nie jest wcale miłym widokiem.

Okej, była zamyślona, ale żeby aż tak się... wystraszyć?

- Hej, to tylko ja, Shy. Chodzimy razem na matematykę - mówię uspokajająco, a przynajmniej staram się, żeby tak to zabrzmiało. - Wszystko w porządku?

Najwyraźniej nie, bo dziewczyna wpatruje się we mnie wielkimi, dziwnie przerażonymi oczami i słowo daję, że nawet szybciej oddycha. Palcami dłoni, którą odepchnęła przed chwilą moją rękę, dotyka teraz ust, jakby wciskała w nie krzyk. Jej twarz aż cała zbladła.

Co jest?!

- Wydaje mi się, że Jones pomylił nasze testy. On albo ten dureń Bolder, dzisiejszy dyżurny. - Uśmiecham się i z trudnością odklejam wzrok od jej przejrzystych, szarozielonych tęczówek. Wskazuję na kartkę, niedbale wciśniętą pod podręcznik na jej ławce. - Możesz sprawdzić nazwisko na swoim?

Sky posłusznie podąża wzrokiem za moją dłonią, pochyla głowę, a luźne spirale lśniących włosów opadają miękko na jej pobladły policzek. Przesłaniają tym samym całkiem ładny profil ze zgrabnym prostym nosem i ustami o wyraźnie pełniejszej dolnej wardze.

Bez słowa sięga po test i podaje mi go, nawet na mnie nie patrząc. Widzę, jak na jej policzki dla odmiany wypływają rumieńce, rozpaczliwie wyraźne, bo dziewczyna nie ma na twarzy ani grama makijażu.

Nie zatuszowała nawet wyprysku na brodzie.

Właściwie pierwszy raz widzę ją z tak bliska. Ma dziwnie jasną, niemal transparentną skórę i stwierdzam, że te rumieńce wcale mi nie przeszkadzają, wręcz przeciwnie. I że szkoda byłoby tłumić jej naturalny blask jakimś mazidłem, które kobiety uwielbiają nakładać na twarze.

Może część z nich czasem na tym zyskuje, nie mówię, że nie. Sam mam matkę i trzy starsze siostry, widziałem je w różnych odsłonach, umalowane i nie.

Ale Sky nie potrzebuje makijażu. Ona cała jest jakaś taka... migotliwa z zewnątrz, a zarazem delikatnie rozświetlona od środka. Nie mam pojęcia, skąd to się w niej bierze, ani jak to w ogóle możliwe.

Widzieliście kiedyś alabastrowe świeczniki? Ja tak, mama przywiozła kilka z wakacji w Toskanii. Są półprzezroczyste. Zawsze lubiłem, jak ich ścianki z białych zamieniają się w złociste, kiedy zapalamy w nich świeczki. Jakby zaczynały żyć własnym życiem.

Policzki Sky są jak ten delikatny, blady i półprzejrzysty alabaster. Tylko kiedy się rumieni, to zamiast złotawych, stają się delikatnie różowe. Jakby ktoś zapalał jej pod skórą czerwonawe płomyki.

Dociera do mnie, że coraz bardziej podoba mi się to, co widzę, i zaskakuje mnie ten fakt! Trochę mi niezręcznie się tym cieszyć, bo jednak wyczuwam wyraźne napięcie promieniujące od Sky. Tak silne, że aż sam zaczynam się czuć speszony i spięty. Niezbyt mi z tym wygodnie. A ja nie lubię się czuć niewygodnie. Nie potrzebuję.

Mam ojca, więc naprawdę wystarczy mi napięć.

Mrugam szybko i przenoszę wzrok na test podany mi przez dziewczynę. No tak, miałem rację: "Gardener, Sky, A". Teraz wszystko się zgadza. Podsuwam jej arkusz, który dostałem wcześniej od Boldera, z tym nieszczęsnym F. Aż mi się głupio robi, bo przecież widziałem, że totalnie położyła sprawdzian, więc mówię:

- Przepraszam.

Ale, do cholery, dlaczego ja się tak przejmuję? Przecież jej F to nie moja wina!

Wciąż nie patrząc na mnie, Sky wzdycha i lekko kiwa głową, jakby z rezygnacją. Jeśli zobaczyła ocenę na teście, który jej podałem, to najwyraźniej nie jest nią zaskoczona.

Pozostaje wyraźnie spięta, wręcz czujna. Wydaje mi się, że rozpoznaję tę postawę - jakby spodziewała się, że zaraz wydarzy się coś złego. Czy raczej: wydarzy się znowu.

Powtórzy. Cholera.

- Słuchaj, przykro mi, że tak wyszło, ale zamierzam to jeszcze wyjaśnić z Jonesem - uprzedzam. I, sam nie wiem czemu, ale dość niepewnie dodaję: - Chcesz iść ze mną?

Dziewczyna nie odpowiada, jednak nieco nerwowymi ruchami zaczyna zbierać rzeczy z ławki. Piórnik, telefon i jakieś drobiazgi wrzuca do torby, a podręcznik i zeszyt przyciska do brzucha, nawet kiedy wstaje.

Nie jest bardzo wysoka, raczej zbliżonego wzrostu do moich sióstr, sięga mi do ramienia. Ja mam sto dziewięćdziesiąt centymetrów, a one wszystkie około stu sześćdziesięciu pięciu.

Nie jest też bardzo szczupła, choć trudno mi to stwierdzić z całą pewnością, bo ma na sobie dziwną, szeroką, hipisowską sukienkę. Marszczoną, sięgającą jej niemal do kostek i maskującą całą figurę. A na ramiona narzuciła luźny, szarobury sweter. Bardzo zresztą pasujący stylem i kolorem do sukienki.

Niestety.

Może nie jestem wielkim fanem jej stylu ubierania się, ale za to aż mi się zaczyna kręcić w głowie, gdy do moich nozdrzy dociera jej zapach. Unosi się wokół dziewczyny równie intensywnie jak stres.

I to jaki zapach! Od razu kojarzy mi się z wakacjami u dziadków na Wyspie Księcia Edwarda, w Kanadzie. Ze świeżo skoszoną trawą, z praniem suszonym na słońcu, a najbardziej z kwiatami w ich ogrodzie.

To chyba bez, prawda? Tak, na pewno bez, ten najciemniej fioletowy, który tam kwitnie dopiero w czerwcu. Przez chwilę niemal się dziwię, że Skylar cała nie jest fioletowa.

Ja chyba zaczynam wariować?!

Ale pachnie jeszcze czymś. Jakąś głębszą, wyraźną, choć bardzo delikatną nutą, której nie umiem rozpoznać. Coś mi mówi, że to sama Sky, i od tego niemal zaczyna mi brakować tchu.

O Jezu.

Mama i siostry żartują, że mam psi węch i że to moja supermoc, od dziecka. Fakt, zawsze wiem, kiedy w domu pojawia się coś dobrego do jedzenia. Rozpoznaję też mnóstwo innych woni, również takich typowo kobiecych. Zapamiętuję perfumy, kosmetyki, proszki do prania. Czy, jak widać, kwiaty. I oczywiście ludzi.

Jedne zapachy uwielbiam, innych nie znoszę tak bardzo, że muszę na przykład przesiadać się w miejscach publicznych, gdy nie mogę znieść, jak ktoś pachnie. Nie dałbym rady spotykać się z dziewczyną, której naturalna woń mi nie pasuje.

Wyczuwam też, że ludzie pachną inaczej w zależności od tego, czy są zrelaksowani, zdrowi, wypoczęci czy nie. Przeważnie to pomaga mi się z nimi komunikować, ale czasem bywa uciążliwe albo wręcz krępujące. Coś za coś, jak zawsze.

A skoro o tym mowa, to moja nowa koleżanka na pewno zrelaksowana nie jest. Wstała, ale wciąż tkwi nieruchomo przy ławce i najwyraźniej nie zamierza zrobić nawet kroku, dopóki ja stoję obok. Odsuwam się więc, żeby ją przepuścić, i czekam, aż Sky ruszy w kierunku biurka pana Jonesa.

Ale ona wciąż nic, ani pół kroku. Cholera, to się robi dziwne. Czy Sky naprawdę się mnie boi? Przecież nie jestem taki straszny ani nie zamierzam zrobić jej krzywdy.

No i nie do takich zachowań dziewczyn jestem przyzwyczajony. Wręcz przeciwnie. Co najmniej połowa koleżanek z klasy na jej miejscu chętnie skorzystałaby z okazji, żeby poflirtować. Chociaż otrzeć się o mnie ramieniem, uśmiechnąć, zakołysać biodrami. A wreszcie pozwolić mi się popodziwiać w drodze do biurka nauczyciela. I właściwie nie miałbym teraz nic przeciwko temu.

Jednak Sky nawet nie podnosi na mnie wzroku. Po prostu stoi, cała niepokojąco napięta, czujna i nieustępliwa, choć na pierwszy rzut oka mogłaby się wydawać tak zwodniczo łagodna, wręcz bierna.

Z tą swoją jasną, choć zarumienioną twarzą, spowita w miękkie bure fałdy i pozorną potulność. I w zapach. Słońce świeci centralnie za jej plecami, zamienia burzę kręconych włosów w migotliwą koronę.

W aureolę.

Nieco zniecierpliwiony, odchrząkuję i w końcu pierwszy ruszam, by rozmówić się z Jonesem. Jeśli sama zechce, to Sky może iść za mną, prawda?

Lepiej chodź, proszę.

2 Słodycz zemsty

- Uhm, panie profesorze? - zaczynam, gdy ostatni maruderzy znikają za drzwiami.

- Co tam, moi drodzy? - pyta Jones, więc wnioskuję, że Gardiner jednak zdecydowała się do mnie dołączyć.

No tak, już tu jest, tylko nie stanęła obok mnie, a dwa kroki dalej, przy drugim końcu biurka. Mimo to ciągle bardzo dobrze wyczuwam unoszący się wokół niej aromat bzu i skoszonej trawy.

I jeszcze to coś, samą Sky.

To na pewno nie było złudzenie. Ja się po prostu na tej pięknej mieszance woni skutecznie zafiksowałem. Mój mózg magazynuje zapachy lepiej niż obrazy. I wiem, że od teraz będę szukał woni Skylar i odtwarzał ją sobie dla przyjemności.

Dziewczyna wciąż ściska przed sobą podręcznik i zeszyt, niczym tarczę. Lekko kołysze się na piętach. Doskonale widać, jak bardzo nie chce tu być.

Fałdy jej obszernej sukienki reagują na najlżejszy powiew jesiennego powietrza, płynącego z okna otwartego przez Boldera na czas przerwy. A jej szalone dmuchawcowe włosy nawet tutaj, przy biurku, nie przestają łapać drobinek światła i mam wrażenie, że mieni mi się w oczach. Coś mi się dzieje ze wzrokiem.

W sumie to ze mną całym...

- Uhm, więc tak - odchrząkuję ponownie i skupiam się na tym, po co tu przyszedłem. - Mogło zajść pewne nieporozumienie z naszymi testami, które pan dziś nam oddał. Moje i koleżanki nazwiska są niemal identyczne i chciałbym się upewnić, że w systemie jest wszystko w porządku.

Jones oczywiście wie, jak się nazywam, szybko wyszukuje ocenę w laptopie i potwierdza moje A. Świetnie, wszystko jasne, to dyżurny się pomylił, mogę zatem spadać do stołówki. Dziękuję mu i już odwracam się w stronę wyjścia, gdy słyszę jego następne pytanie, tym razem rzucone w stronę Sky.

- A ty?

Najwyraźniej jeszcze niezbyt dobrze ją kojarzy tym swoim niewyspanym mózgiem świeżo upieczonego ojca trojaczków. W dodatku w samym roczniku trzecich klas jest ponad dwustu uczniów i uczennic, a nowa koleżanka chyba starała się pozostać niezauważona. Zaczynam podejrzewać, że wręcz robiła, co mogła, żeby się nie rzucać w oczy. Choć nie powiedziałbym, żeby się zupełnie nie wyróżniała w tłumie.

Dziwne, cholernie dziwne.

Zatrzymuję się nagle, jak wmurowany w podłogę, bo uświadamiam sobie, że właściwie nie wiem, jak brzmi jej głos. Dziś nie odezwała się do mnie ani słowem i w ogóle nie pamiętam, żeby kiedykolwiek coś mówiła.

Nie twierdzę, że cały czas milczała, ale że jej nie słyszałem. Od jej pierwszego dnia w szkole, kiedy tylko zarejestrowałem jej nazwisko, aż do dziś w ogóle nie zwracałem na nią uwagi.

Trochę... szkoda?

I nagle czuję dziwną ochotę, żeby usłyszeć ten głos będący jeszcze tajemnicą dla mojego ucha. Jestem go wręcz straszliwie ciekawy! Stoję więc i czekam, znów niemal wstrzymując oddech.

Ta dziewczyna szkodzi mi na oddychanie!

Po chwili moja cierpliwość zostaje nagrodzona, bo rozbrzmiewa jej miękkie, dość ciche:

- Gardiner, panie profesorze. Jestem Skylar Gardiner.

A ja wiem, że już nie dbam o oddychanie.

I nigdy więcej nie będę dbał.

Głos dziewczyny przejmuje władzę nie tylko nad moimi uszami, nad moją głową. Czuję, jak rozlewa mi się po naczyniach krwionośnych, doprowadzając krew do wrzenia. Jakby roznosił jakiegoś wirusa.

Wirusa zachwytu i wszechogarniającej, głębokiej zmysłowej satysfakcji. To dla mnie nowość. Ale luz, mogę być przez nią nawet bardzo chory i nigdy już nie będę chciał wyzdrowieć. Wiem to na pewno od pierwszej chwili, gdy ją usłyszałem.

Nie muszę oddychać, jeśli tylko mogę cię słyszeć, Sky.

Dziewczyna mówi z bardzo delikatną chrypką, a ja nie jestem pewien, czy to stała cecha jej głosu, czy raczej chodzi o to, że ona po prostu mało mówi i rzadko używa strun głosowych. Choć bardzo lubię zachrypnięte kobiece głosy, to stawiam na to drugie. Czy istnieje ktoś, kto słucha soulu i jazzu, a nie lubi takiej barwy głosu?

Jednak mogę się mylić. Zresztą teraz nie chodzi o chrypkę. Bo z chrypką czy bez, jej głos sprawia, że czuję się, jakbym pierwszy raz słyszał Angelinę Jordan czy Sade. A do tego siedział na trawniku pod krzakiem bzu i pił pyszną, szwajcarską gorącą czekoladę. Taką, wiecie, za setki dolarów za filiżankę.

I nie delektuję się zaledwie jedną filiżanką, ja właśnie wpadłem po uszy do pełnej kadzi! A głos Skylar pieści nie tylko moje uszy, ale też zakończenia nerwowe na skórze. Posyła dreszcze wzdłuż kręgosłupa.

Zanurzam się w niej cały. Jej głos jest dla mnie jak muzyka i czekolada zarazem. Dwie z moich największych zmysłowych przyjemności na świecie. Czekoladowa muzyka. Muzyczna czekolada. Ciepła, łagodna, ale intensywna i głęboka. Jedwabista, otulająca. Odrobinę pikantna, ale jednak bardziej słodka.

I to na pewno jest ciemna czekolada, czyli taka, jaką lubię najbardziej. Nie wiem, jakim cudem, ale wydaje mi się, że w głosie dziewczyny są nawet nuty ukochanej przeze mnie mięty i pomarańczy.

Ja przez ciebie wariuję!

Naprawdę rozpoznaję ten złożony, bogaty smak na języku i mam dreszcze, sunące wzdłuż kręgosłupa, a przecież Sky wypowiedziała dopiero sześć słów. SZEŚĆ.

Chcę tych wrażeń poczuć więcej, więc zawracam do biurka Jonesa jak zahipnotyzowany, a w głowie mam gonitwę myśli. Mówiłem, że zaczyna mi odbijać, prawda?

Wyraźnie czuję, jak mózg i moje wszystkie zmysły zaczynają się przegrzewać. No, przynajmniej te, które mają teraz okazję zareagować na obecność Skylar.

W ostatniej chwili powstrzymuję się od wyciągnięcia ręki, żeby znów jej dotknąć. Ale tym razem nie burego swetra na jej ramieniu. Chciałbym dotykać jej błyszczących, bujnych włosów. Alabastrowej skóry i ust. Jej ciała. Najlepiej nagiego. Chcę poznawać ją całą, a nie tylko jej głos... Pragnę ją pochłonąć i samemu dać się wchłonąć. Potrzebuję stać się z nią jednością.

Shy, ogarnij się!

Co się ze mną dzieje?! Nie mam pojęcia, czy wszyscy to słyszą i czują, czy tylko ja aż tak odbieram jej głos. Jej leciutko zachrypnięty, niski, ale aksamitny, melodyjny i ciepły głos.

W którym pobrzmiewa tyle niepewności.

Ale nawet jeśli inni też to słyszą i odczuwają, to Jones nie daje tego po sobie poznać. Żadnych niecodziennych wrażeń słuchowo-smakowych. Natomiast wpatruje się w ekran ze zmarszczonym czołem. A potem w Sky. I znowu w ekran.

Wreszcie się odzywa, wyraźnie zmartwiony:

- Skylar Gardiner, wydaje mi się, że mamy problem.

O tak, Skylar, MAMY problem. Ale takie problemy to ja akurat uwielbiam!

- Sky - kontynuuje nauczyciel - twoje oceny z matematyki mnie nie zachwycają. Zupełnie nie zachwycają. Jeszcze nie robiłaś żadnego projektu, ale oba ostatnie testy napisałaś na F, a prace domowe maksymalnie na D.

Umm, no to rzeczywiście słabo.

- Patrzę właśnie na twoje oceny z poprzedniej szkoły i widzę, że to nie jest żaden chwilowy kryzys, wręcz przeciwnie. Zdajesz sobie sprawę, że to trzeba jak najszybciej zmienić...? - Jones zawiesza głos i ze współczuciem spogląda na uczennicę tymi swoimi podkrążonymi, ale dobrymi oczami.

Współczujący nauczyciel, kumacie?

Ja też się jej przyglądam, możecie mi wierzyć. Jestem w nią zupełnie otwarcie i bezwstydnie wpatrzony jak w obrazek. I zasłuchany jak nietoperz. To chyba nietoperze mają tak zajebiście czuły słuch, że odbierają ultradźwięki, prawda?

Po tym, co właśnie usłyszałem, i jak na to zareagowało całe moje ciało, jestem gotów zacząć słyszeć ultradźwięki, przysięgam. Cokolwiek, byle móc się jak najszybciej i najgłębiej zanurzyć w płynny, czekoladowy aksamit jej głosu.

Tylko jak na złość dziewczyna milczy. Milczy, do licha!

Słyszycie ją? Ja też nie!

Próbuję sobie szybko przypomnieć, jakie jeszcze zajęcia mamy razem oprócz matematyki. Nie jestem pewien, ale chyba psychologię. Niestety nie chodzi ze mną na kółko muzyczne.

Złoszczę się na siebie, że byłem przez ostatni miesiąc taki nieprzytomny i nieuważny. Jak mogłem wcześniej jej się nie przyjrzeć? Nigdy jej nie posłuchać?

Wściekam się też na cholernego Iana Kennedy'ego, który stale brzęczy mi nad uchem i wiecznie rozprasza. Podczas każdego sprawdzania listy obecności czy wielu ustnych odpowiedzi naszych kolegów i koleżanek bawi się w jednoosobową lożę szyderców. Dlatego zawsze po zgłoszeniu swojej obecności przestaję skupiać się na dalszym wyczytywaniu nazwisk, a zaczynam się dusić ze śmiechu, słuchając jego sarkastycznych komentarzy na temat rzeczywistości szkolnej.

W ogóle gęba mu się nie zamyka na każdy temat, no chyba że czasem przy tablicy, wiadomo. Cholerny gaduła. Zdarza mu się przegapić własne nazwisko, do czego już wszyscy nauczyciele właściwie przywykli. A Gardiner jest po Gardener, jak z pewnością wiecie.

Przepadł mi cały miesiąc!

Jones, pocierając powieki ze znużeniem, znów wpatruje się w ekran z ocenami Sky. Milczenie dziewczyny się przedłuża, a cisza jest teraz zabójcza dla moich nerwów. Ze zdenerwowania i głodu jej czekoladowego głosu jestem już bliski przerwania jej zgrzytaniem własnych zębów. Nagle spływa na mnie natchnienie.

- Panie profesorze - zaczynam z werwą, przestępując z nogi na nogę z niecierpliwości i niezbyt składnie budując zdania, co nawet ja sam słyszę. - A czy ja nie mógłbym jakoś pomóc? To znaczy Skylar? Z matematyką? Korepetycje? I w ogóle?

Nie wiem jeszcze, co to za "i w ogóle" się ze mnie wyrywało w stronę Sky. I podejrzewam, że ona wcale nie jest szczególnie zachwycona moją propozycją.

Ale tym bardziej zamierzam kuć żelazo, póki gorące, żeby przypadkiem mi się nie wywinęła, a Jones nie zorganizował jej korepetycji z kimś innym. W naszej szkole całkiem sprawnie działa system samopomocowy dla słabszych uczniów. Można sobie też w ten sposób nazbierać sporo punktów za aktywność, niezbędnych przy składaniu papierów na studia.

Raz czy dwa nawet sam w tym uczestniczyłem, ale jako odbiorca pomocy, a nie pomagający. Cóż, wspominałem, że nie ze wszystkich przedmiotów jestem takim orłem jak z matematyki.

Po tym, jak wypaliłem ze swoim pomysłem, dziwnie boję się spojrzeć na samą Skylar, dlatego odwracam się w stronę Jonesa. Jego mina jest pocieszna i gdybym nie był taki przejęty sytuacją, tobym się roześmiał. Nauczyciel zamienia się bowiem w jedno wielkie niewyspane zaskoczenie.

Bo widzicie, on już z sześć razy proponował mi udział w programie korepetycji uczniowskich. I - jak się może domyślacie - sześć razy spotkał się z odmową.

To nie tak, że nie lubię pomagać. Ale taki program to zobowiązanie na kilka miesięcy wobec szkoły, nauczyciela i innego ucznia. Gdybym się go podjął, to najpewniej zaorałbym i delikwenta, i siebie.

Bo albo nie robię nic, albo robię coś porządnie. Najporządniej, jak umiem. Czasem mogę przesadzać.

A ja sam mam sporo nauki i innych zajęć. W dodatku jako zawodnik szkolnej drużyny koszykarskiej zbieram dostatecznie dużo punktów potrzebnych do rekrutacji na studia.

Skoro już tak się przed wami otwieram, to może też chodzić o to, że jako najmłodszy syn swoich rodziców i jedyny brat trzech starszych sióstr jestem nieco niecierpliwy. Za to trochę rozpuszczony i leniwy.

Ale tylko trochę, okej? Mówię wam o tym, bo po prostu nie chcę, żebyście myśleli, że się tutaj kreuję na jakiś pieprzony ideał, któremu wszystko wychodzi najlepiej i bez trudu. Bo to nieprawda.

Daleko mi do ideału.

- Jeśli się pan zgodzi, i ty, Skylar, oczywiście też - rzucam wreszcie okiem na nieco zszokowaną dziewczynę, ale twardo i pełen entuzjazmu brnę dalej - to moglibyśmy zacząć nawet jutro! Albo dziś!

Im wcześniej, tym lepiej!

Nawet nie wiesz, jak bardzo bym tego chciał!

Twarz Sky błyskawicznie się zmienia i zastyga w przedziwną maskę. Jakby ktoś przetarł tablicę mokrą gąbką i została tylko gładka czysta powierzchnia, żadnych cyfr, liter, wzorów czy rysunków. I żadnych emocji.

Tak błyskawiczne i absolutnie przekonujące zmiany wyrazu twarzy oraz zamrożenie całej mimiki dotąd widywałem chyba tylko w kinie, w oscarowych kreacjach aktorskich. Dziewczyna nadal milczy, oddychając szybko i płytko.

Nie umiem zinterpretować jej zachowania, więc na razie koncentruję się na Jonesie, który jak na złość zaczyna przytaczać moje argumenty na "nie". Te, którymi sam go przekonywałem, że prowadzenie korepetycji z matematyki to nie jest zajęcie dla mnie.

A mówi się, że dorośli nie słuchają młodzieży. Że nauczyciele nas olewają. I że Jones jest niewyspany i słabo kojarzy. Jakimś cudem on nagle wszystko, kurde, skojarzył! Musiałem mu nieźle zaleźć za skórę moimi wykrętami i teraz zamierza wziąć na mnie mały - oby! - odwet.

- No cóż, Skyler, dziękuję. Doceniam twoją hojną ofertę, ale jak pewnie pamiętasz, mieliśmy już podobne rozmowy.

- Mieliśmy - przytakuję gorliwie.

- Wielokrotnie - podkreśla dobitnie matematyk, a ja tylko rzucam mu pełne bólu spojrzenie uciśnionej niewinności.

- A więc pamiętasz, że masz pan dużo obowiązków?

- Pamiętam.

- Wyjątkowo, ale to naprawdę wyjątkowo dużo obowiązków? - precyzuje, a ja energicznie kiwam głową. - Naukę?

- Tak.

- Treningi?

- Oczywiście.

- Lekcje gry na fortepianie?

- No, mam.

- Opiekę nad babcią chorą na alzheimera?

- Odwiedzam ją w domu opieki co drugi weekend.

- I nad dziadkiem?

- To w te weekendy, kiedy nie jadę do babci - objaśniam.

Dziadek Schuyler był kiedyś całkiem dobrym pianistą, to on zaraził mnie pasją do muzyki, kupił mi pianino i dawał pierwsze lekcje gry. Obecnie mieszka sam i odmawia przeprowadzenia się zarówno do którejś z dwóch córek, jak i do swojego jedynego syna, czyli mojego ojca. Albo do domu spokojnej starości.

Do dziś wizyty u niego to dla mnie wielka przyjemność i zawsze oznaczają wspólne muzykowanie. Oglądamy też razem wszystkie mecze. Z ojcem ich nie obejrzę, wiadomo. Strasznie się dziadkowi syn nie udał, nikt nie wie dlaczego. Tylko moja mama z równie tajemniczego powodu jest nim zachwycona, i to już od prawie czterdziestu lat.

- Pracę? - nie odpuszcza tymczasem Jones.

- No, z tym akurat chwilowo jest słabo... - przyznaję się uczciwie, bo faktycznie ostatnio pracowałem w wakacje i nic nowego jeszcze nie znalazłem.

Co nie znaczy, że nie zamierzam. Prawdopodobnie. Ale jeszcze nie wiem kiedy.

Jones zerka uważnie to na Sky, to na mnie i przysięgam, że w jego zmęczonych oczach zapalają się dwa maleńkie diabelskie ogniki. Oho! Czas zemsty nadchodzi, będzie się działo!

- Hmm, a pomoc mamie w domu?

- No niestety, tutaj nic się nie zmieniło. Pomagam. - Znów kiwam głową i z teatralnym zmęczeniem oraz ubolewaniem rozkładam szeroko obie ręce w geście bezradności.

Chyba powinienem jednak poćwiczyć przed lustrem warsztat aktorski, bo zamiast zniknąć, uśmiech Jonesa się niepokojąco poszerza. Typ wyraźnie coś kombinuje.

- A... a pomoc siostrze przy jej synku?

- Alec ma już osiem miesięcy - raportuję z dumą i nieco wykrętnie, zagłuszając wyrzuty sumienia, bo nie odwiedzam siostry i siostrzeńca tak często, jak bym chciał i powinien.

Inna rzecz, że oni wpadają do nas kilka razy w tygodniu, w końcu mieszkają na sąsiednim osiedlu. Ellen zawsze się umiała urządzić, ale nikt nie narzeka, bo to pierwszy wnuczek moich rodziców. Mama z przyjemnością spełnia się w roli babci, a siostra nie ma jeszcze doświadczenia, więc chętnie korzysta z jej porad i podpowiedzi.

- Renowacja pańskiego samochodu? - Jones nie odpuszcza i mam coraz większą ochotę przewrócić oczami.

- Zdecydowałem się zostawić ją fachowcom - przyznaję zgodnie z prawdą, choć nie bardzo mi to w smak.

Ian sam umie wszystko zrobić w swoim klasycznym czarnym chevrolecie camaro LS z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego dziewiątego roku. No ale jego ojciec prowadzi najlepszy w mieście warsztat samochodowy, więc Ian na pewno spędził w nim więcej czasu niż ja na lekcjach muzyki.

Stare samochody to ich wspólna pasja. Dla mnie to coś, co ma duszę, historię i po prostu jest piękne. Inne od tego, co obecnie schodzi z taśmy. Takim spojrzeniem na zabytkowe auta zarazili mnie oczywiście obaj Kennedy - ojciec i syn.

Ale moją prawdziwą pasją pozostaje jednak muzyka. I koszykówka, co nie bardzo rozumieją rodzice, a już zwłaszcza - choć może was to zdziwi - ojciec.

W każdym razie na renowację czerwonego buicka skylark gran sport z tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego piątego roku ostatecznie nie starczyło mi ani umiejętności, ani zapału, ani czasu. Poza tym muszę uważać na dłonie, jak mi to ciągle powtarza ojciec.

I, niestety, w tej kwestii nie sposób się z nim nie zgodzić.

Zwłaszcza jeśli chodzi o dłubanie w aucie w warsztacie ojca Iana, bo na boisku to jednak różnie bywa z tym oszczędzaniem dłoni. Dobra, powiem wprost: nie chcę wybierać między sportem a muzyką, więc w każdą dziedzinę wkładam, ile tylko mogę. Co, o dziwo, dużo łatwiej zaakceptował dziadek Schuyler, pianista, niż mój ojciec, pośrednik nieruchomości. Taki paradoks.

- A... - Z miny Jonesa wnioskuję, że zaraz wytoczy najcięższe działo, parszywiec jeden. - Trening agility waszego psa? To znaczy, przepraszam, waszego MOPSA?!

- Grrr. - Już słyszalnie zgrzytam zębami. - Całą rodziną zdecydowaliśmy, że Bilbo niestety nie zostanie słynnym psim sportowcem. Trudno.

Co oczywiście jest całkowitą prawdą, ale jak się domyślacie, za którymś razem użyłem argumentu z treningiem naszego leniwego kanapowca, żeby wyłgać się od udzielania korepetycji. Jednak nie oceniajcie mnie za to zbyt surowo, bo dramatyczne sytuacje wymagają dramatycznych działań. To miały być korepetycje dla bliźniaczek Collins.

Bliźniaczki Collins to za wiele nawet dla mnie. Nie dość, że kompletnie nie jestem w stanie ich odróżnić - a znamy się od podstawówki - to, przysięgam, one zawsze albo piszczą, albo płaczą na mój widok.

I to albo jedna, albo druga, albo obie naraz!

Wiem, że jestem popularny, przystojny i dobrze się zapowiadam, ale ten rodzaj uwielbienia zdecydowanie mnie przerasta! Strach pomyśleć, do jakich gorszących scen mogłoby dojść u nich czy u mnie w domu. Tak właściwie to nigdzie nie czułbym się z Laną i Daną Collins bezpieczny.

Zresztą ja naprawdę zapisałem się z Bilbem na trening agility. Po kwadransie pierwszych zajęć bardzo się na mnie obraził, po pół godzinie położył przy misce z wodą i musiałem go stamtąd wynieść na rękach, nie czekając do końca treningu. Przez kilka następnych dni w mojej obecności na wszelki wypadek wstawał tylko do miski z jedzeniem. On bardzo dobrze umie zadbać o swoje interesy.

Przynajmniej nikt mi nie powie, że się nie starałem! Zawsze, ale to zawsze wkładam sto procent serca w to, co robię. Nawet w miganie się od korepetycji.

Czego właśnie serdecznie żałuję!

Matematyk uśmiecha się już bezwstydnie szeroko i przysięgam, że mrugnął do mnie prawym okiem. Mam nadzieję, że Skylar tego nie widziała.

Wciąż stoi przy rogu biurka Jonesa, co dziwnie mi się kojarzy ze staniem w narożniku przed meczem bokserskim. Z jej twarzy mało co mogę wyczytać. Widzę tylko, że ciągle lekko się kołysze z pięt na palce. A dłonie, zaciśnięte kurczowo na podręczniku do matematyki, chyba jej zbielały w stawach.

Nadal nie mam pomysłu, co z tym zrobić, więc tylko odwzajemniam uśmiech Jonesa i podnoszę obie ręce do góry w międzynarodowym geście kapitulacji. Wiem, że zasłużyłem sobie na to, co mi właśnie zrobił. Odmówiłem mu sześć razy, jak widać czasem dość nonszalancko i nawet trochę bezczelnie.

Zemsta matematyczno-pedagogiczna musi być dla nauczyciela słodka jak miód elficki, o którym zupełnie przypadkowo wiem, że jest najdroższy na świecie (pięć tysięcy dolarów za kilogram). To znaczy wiem, bo robiłem projekt o Turcji na geografię i akurat ta cena najbardziej utkwiła mi w pamięci.

No bo, hej, to jednak szaleństwo, tyle płacić za... miód?!

Mam szczerą nadzieję, że to już koniec wypominania, ale dostrzegam, że Jones jeszcze coś kombinuje. To jest naprawdę świetny pedagog i wie, że tym razem trzyma mnie w garści.

Najwyraźniej wreszcie rozkwitła we mnie bujnym kwieciem okołomatematyczna motywacja, której on nie umiał rozbudzić, odkąd mnie uczy. Ani nikt przed nim, oddajmy mu sprawiedliwość.

- Miło mi usłyszeć, że twój grafik nieco się rozluźnił w tym roku szkolnym, Gardener. Czy w związku z tym możemy liczyć na twój udział w kółku matematycznym? - pyta dobitnie, cały zadowolony.

Bo wiecie, ja serio jestem zwykle najlepszy w klasie z matematyki, ale nie chce mi się w nią zagłębiać. Poruszam się w tym przedmiocie niemal instynktownie, wszelkie obliczenia i analizy mój mózg procesuje jakimś mało efektownym ułamkiem świadomości i właściwie nie mam z tego żadnej przyjemności ani satysfakcji.

Zagadki matematyczne nie są moimi ulubionymi, wolę analizować zawiłości zapisów nutowych. Nic więc dziwnego, że kiedy miałem do wyboru kółko matematyczne i muzyczne, to wybrałem muzyczne, nawet jeśli trochę tam zbijam bąki, zamiast się rozwijać.

Serio, nie jestem w tej chwili pewien, czy uda mi się pogodzić oba kółka. Nie mam nawet pojęcia, kiedy matematycy się spotykają. Aż do dzisiaj nie potrzebowałem tej wiedzy, a nigdy nie obciążam pamięci zbędnymi informacjami.

Tnę nakłady, gdzie się da.

Dlatego mam ochotę ponownie zgrzytnąć zębami, ale się powstrzymuję i ponuro kiwam głową. Wiem, kiedy stoję na przegranej pozycji i muszę jeść nauczycielowi z ręki.

Czas zapłaty.

- Zobaczę, co da się zrobić. Muszę porównać harmonogramy treningu, lekcji muzyki i kółka muzycznego. Ale pomyślę nad tym - obiecuję nieco głuchym głosem, a Jones wie, że dotrzymam słowa.

Naprawdę jestem przywiązany do naszego kółka muzycznego, a w tym roku mamy w planach przygotowanie małego koncertu bożonarodzeniowego z dzieciakami z podstawówki. Moglibyśmy go zagrać na święta w domu opieki mojej babci.

W dodatku prowadząca nasze kółko pani Basinger mnie uwielbia, a ja, no cóż, uwielbiam jej wszystkie walory, w tym piękny uśmiech i bujne kształty. A pani Basinger bije na głowę samą Selenę Gomez. Już dawno temu stwierdziliśmy z chłopakami, że ma najlepszy biust w całej szkole. Nawet Ian zazdrości mi tego kółka, a jemu słoń nadepnął na uszy.

Bo na oczy mu nie nadepnął. Więc rozumiecie.

Jones przygląda mi się przez chwilę uważnie i wreszcie się odzywa, tym razem absolutnie serio:

- Znakomicie. Bo widzisz, chciałbym, żebyś reprezentował naszą szkołę na tegorocznej olimpiadzie matematycznej. Wierzę w ciebie, Skyler. I chciałbym, żeby naprawdę zagłębił się pan w tajemnice królowej nauk. Wiem, że dziś twoje pasje to muzyka i sport, ale masz jeszcze dwa lata, żeby podjąć decyzję o kierunku studiów i dalszej karierze. Szkoda byłoby nie spróbować.

- Rozumiem i cieszy mnie pańskie zaufanie, panie profesorze - odpowiadam z powagą. - Czy zatem mogę liczyć na to, że będę mógł sobie odświeżyć poszczególne działy podczas korepetycji ze Skylar?

W zdobywanie szansy na poprowadzenie odpychających wcześniej korepetycji z matematyki też wkładam całego siebie. Calutkiego!

I co mi teraz powiesz, Jones?