1.
Maciek
Od zawsze marzeniem mojej matki...
Wróć. To nie tak.
Od zawsze moim marzeniem (z naciskiem na "moim") było zostanie weterynarzem. Praca marzeń: dobrze płatna, potrzebna. Któż nie chce być bohaterem poświęcającym się walce o życie i zdrowie zwierząt? Weterynarz jest szanowany bardziej od chirurga (słowa mojej mamy). Ba, nawet kardiochirurg nie podskoczy doktorowi od zwierzaków. Ten pierwszy ratuje wyłącznie ludzi, drugi ratuje cały świat. Psy, koty, chomiki, kawie domowe (potocznie znane jako świnki morskie). Zdarzają się nawet rybki, choć tym ostatnim trudno pomóc.
Los niezliczonych gatunków spoczywa w moich rękach. Przynamniej w teorii. Więc tej teorii się trzymajmy.
Weźmy na przykład takiego Gutka, grzywacza chińskiego, czystej krwi. Z rodowodem. Imię w metryce jest tak długie, że pewnie nie pamięta go sama właścicielka. Może i nazwa gatunkowa - grzywacz chiński - przywodzi na myśl rasę konia, szlachetnego ogiera z bujnym włosem na karku, najlepszego w swojej klasie, ale nic z tego. Grzywacz chiński to pies, skłonne do histerii, rozdygotane stworzenie, krótko ogolone, z grzywką lekko opadającą na oczy, z których zawsze biją lęk i przerażenie. Ot, typowy kanapowiec bojący się własnego cienia. Głośny jak syrena alarmowa.
Gdy się solidnie rozwrzeszczy, wystraszy mi pacjentów czekających za drzwiami gabinetu, myślę. Oczami wyobraźni widzę już właścicieli Fafików, Pimpków i innych Pusiów czy Dżeksonków, którzy słysząc potępieńcze wycie z piekła rodem, porywają w ramiona swoje psie maskoteczki i umykają z przychodni. Dobrze chociaż, że wiek tych stałych bywalców jest na tyle zaawansowany, że nie muszę się obawiać negatywnych opinii na Facebooku. Ba, obstawiałbym, że większość z nich nie jest w stanie włączyć komputera.
Gutek nie jest osamotniony w swoim lamencie. Wraz z nim, niemal unisono, wyje i pieje jego właścicielka, dystyngowana pani Grażyna Madejska, ciesząca się nienagannym wyglądem, monumentalną posturą i oczami ukrytymi pod drogimi okularami pięćdziesięcioparolatka. Emanująca siłą i charyzmą, z pewnością kobieta sukcesu, która niejednego chwata sprowadziła na ziemię, miażdżąc mu (metaforycznie!) jaja w swojej potężnej garści. I właśnie ona, odarta z tej posągowej otoczki, wydziera się na całe gardło i współprzeżywa katusze wraz ze swoim "maleństwem"...
Pięć i pół roku studiów.
Setki nieprzespanych nocy.
Niejedno załamanie nerwowe i psychika rozszarpana na strzępy.
Dziesiątki przeczytanych książek.
Roczny staż.
Ponad pięć lat pracy.
Przeczucie mnie nie myliło, dostałem za swoje. Stałem pośrodku gabinetu ze strzykawką w dłoni i patrzyłem - totalnie osłupiały - jak rozhisteryzowane stworzenie w kształcie psa wystrzela z potężnych ramion właścicielki niczym zbyt mocno ściśnięte mydło. Przez chwilę obserwowałem gonitwę, której długo nie zdołam usunąć z pamięci. Madejska to podbiegała do psa, to padała na kolana przekonana, że ma go w szachu i mały diabelec nie zdoła się wywinąć. Zaraz potem podrywała się, mimo słusznej postury, do skoku niczym łania przez łąkę, a tymczasem psiak odbijał się od kolejnych ścian, mebli i sprzętów.
Rejestrowałem całą akcję ze zdumieniem, w zwolnionym tempie, jak gdybym oglądał film. Wokół przewracały się fotele, latały tace z fiolkami i strzykawkami. Pisk zwierzęcia mieszał się z wyciem kobiety, jej parskaniem i stękaniem, gdy kolejne próby pochwycenia okazywały się daremne. Stałem osłupiały, chłonąc chaos i nie potrafiąc zdobyć się na choćby przywołanie właścicielki do porządku, zanim dokona się doszczętna demolka gabinetu. A może jakaś cząstka mnie na to właśnie liczyła?
W kulminacyjnej chwili Madejska rzuciła się płasko z wyciągniętymi rękami, niczym wytrawny bramkarz broniący karnego w ostatniej akcji finału Ligi Mistrzów. Przegrała. Gutek omsknął się po jej palcach i przeleciał jak pocisk. Pani Grażyna padła rozpłaszczona na podłodze, z podwiniętą spódnicą, a moim oczom ukazały się krwistoczerwone stringi.
Nastąpił moment, w którym pomyślałem, że jeśli kiedykolwiek trafię do gabinetu seksuologa, gotów wyspowiadać się ze swoich problemów z potencją, bądź, co bardziej prawdopodobne, wyląduję w psychiatryku z mózgiem przeżartym przez straszliwe przeżycia, winna temu będzie właśnie pani Madejska. Albo przynajmniej zajmie wysokie miejsce na liście winowajców. Takie rzeczy muszą się odbić na psychice.
Nie znam dnia ani godziny.
Koniec końców Gutek został spacyfikowany i zamknięty w transporterku. Drżąc na całym ciele, spoglądał na mnie z wyrzutem, gdy jego ochrypła od ciągłych wrzasków właścicielka przepraszała mnie gorączkowo za szkody. Nawet wydobyła z portmonetki złotą kartę, gotowa zapłacić za wszystkie zniszczenia. Spoglądała przy tym na mnie przez przekrzywione okulary, najwyraźniej połamane w trakcie szaleńczego pościgu.
Rozejrzałem się po gabinecie i powstrzymałem ochotę, by powiedzieć jej, gdzie może sobie wsadzić tę złotą kartę (byłoby to miejsce, które tak skromnie osłaniały przeraźliwie skąpe czerwone stringi). Ostatecznie skierowałem Madejską do recepcji, byleby tylko nie ryzykować ujrzenia czegoś jeszcze, czego wolałem nie oglądać.
Nie myliłem się, prawie wszyscy pacjenci uciekli. Na korytarzu pozostał tylko nasz najwierniejszy klient, pan Mirek, ze swoim kocurem Panem Waflem. Ich obecność nie dziwiła; właściciel zwierzaka był głuchy jak pień, a aparatu słuchowego nie nosił, ponieważ "jest niewygodny i zużywa za dużo baterii". Na szczęście do perfekcji opanowaliśmy porozumiewanie się na migi i nie musieliśmy do siebie krzyczeć. Czasami taki klient to błogosławieństwo, zwłaszcza gdy w głowie wciąż szumi i świszczy po poprzednim.
Czterdzieści minut później siedziałem w pustym gabinecie, pocierając powieki i dumając nad swoją niedolą. Tak po prawdzie trochę się nad sobą użalałem, ale kto mi zabroni? Zwykłem cierpieć po cichu, w środku. Miałem trzydzieści jeden lat, mogłem poszczycić się dobrym zawodem i pracą marzeń (dzięki, mamo!), ale co z tego, gdy we łbie huczało, a na samą myśl o powrocie do pustego mieszkania czułem zżerającą mnie wewnątrz pustkę.
Ot, kłopoty w raju.
Weterynarzem zostałem z wyboru. Z wyboru, warto uściślić, mojej matki. Owszem, mógłbym sobie wmawiać, że było inaczej, ale nie. Moja droga, wiedząca wszystko najlepiej matula tak długo wierciła mi dziurę w brzuchu, że w pewnym momencie uwierzyłem, że to ma sens. I przekonywałem się do tego przez całe studia. Za każdym razem, gdy zamiast wyskoczyć ze znajomymi na piwo, ślęczałem po nocach nad trudnymi książkami, przerabiając swój mózg na kocią karmę o marnym składzie. Ryzykowałem trwały uraz psychiczny, bo mimo wszystko zdawałem sobie sprawę, jak bardzo różni się wyobrażony zawód weterynarza od prawdziwej pracy. Wypruwałem sobie flaki na stażu bez najmniejszej przyjemności z tego tytułu i powtarzałem sobie, że to przecież tylko staż - kiedy będę na swoim, będzie dobrze! Później wmawiałem sobie, że to dopiero początek, i gdy popracuję trochę dłużej, będzie lepiej.
Nie było. Każdy kolejny miesiąc, tydzień, aż wreszcie dzień utwierdzał mnie w ponurym przekonaniu, że nie nadaję się do tej roboty. Nie, nie brakowało mi wiedzy ani umiejętności. Brakowało mi czegoś dużo ważniejszego - serca. Bo choć nie mogłem zaprzeczyć miłości do zwierząt, zdecydowanie nie czerpałem radości z obcowania z nimi.
Nie trzeba być ginekologiem, żeby kochać kobiety, nieprawdaż?
Przedstawiłem sobie minę matki w chwili, gdy tłumaczę jej, że to jednak nie to i nie chcę już dłużej być weterynarzem. Nie musiałem się szczególnie wysilać, żeby oczami wyobraźni zobaczyć, jak ściąga brwi, przewierca mnie dramatycznym spojrzeniem i pyta teatralnym tonem, jak amatorka z mylnym przekonaniem o własnym talencie obsadzona w szekspirowskiej sztuce: "Maciek, czy już ci matka do końca obrzydła, że ją do grobu chcesz wpędzić?!". Uśmiechnąłem się pod nosem. Nie, nie na myśl o tym, że mógłbym przyczynić się do przedwczesnego zgonu mamuśki, bo wiedziałem, że żaden czort jej do siebie nie weźmie. Zaraz wygryzłaby go ze stanowiska i uczyniła swoim parobkiem. Nie, ubawiła mnie jej przesadna skłonność do dramatyzowania.
Do końca zmiany niewiele się działo. Odkamieniałem zęby, robiłem zastrzyki przeciwalergiczne, zmieniałem opatrunki, obcinałem pazurki, wyciągałem kleszcze. Mogłem nawet powiedzieć, że był to jeden z moich lepszych dni. Żadnej eutanazji, co uznałem za sukces. W wolnych chwilach popijałem kawę i podjadałem żelkowe kabelki o smaku jeżynowym. Z tymi ostatnimi wiązała się dość ciekawa, choć przerażająca historia (o wielu takich gabinetowych historiach mógłbym opowiedzieć, a jedna byłaby lepsza od drugiej). Sytuacja miała miejsce w listopadzie ubiegłego roku, gdy korzystając z dłuższej przerwy między pacjentami, opychałem się jeżynowymi kabelkami bez opamiętania. Poddawszy się orgii smaku, niemal nie dosłyszałem pukania do drzwi. Na szczęście zreflektowałem się w porę, zmiąłem pustą torebkę po słodkościach, wyrzuciłem ją do kosza pod biurkiem i otworzywszy, zaprosiłem do środka starszą panią, która przybyła ze swoim yorkiem na szczepienie. Standardowa procedura.
Miałem już psiaka na rękach, gotów postawić go na stole i zrobić mu zastrzyk, kiedy zauważyłem, że staruszka przygląda mi się badawczo, z przekrzywioną dziwnie głową. Starałem się zignorować jej wzrok - może po prostu słabo widzi? - lecz ona zbliżała się do mnie, z każdą chwilą bardziej. To posapywała, to pociągała nosem. Mrużyła oczy i tuptała w miejscu, jakby ją licho nawiedziło.
Mimowolnie podniosłem wzrok i spojrzałem w jej małe oczka ukryte pod grubymi jak denka od słoika szkłami okularów. A miała oczka doprawdy przerażające, przypominające wąskie szparki. Niedługo potem zauważyłem, że usta babci wyginają się w podkowę. Kiedy postąpiła kolejny kroczek w moją stronę i niemal dotknęła haczykowatym nosem mojego podbródka, odsunąłem się niepewnie, nie mogąc dłużej znieść jej zachowania. Najbardziej uprzejmym głosem, na jaki było mnie stać, zapytałem, co się dzieje.
- Żeby mężczyzna - wysapała, celując we mnie sękatym paluchem - usta pomadką malował?! Doprawdy, nie do wiary! Jak długo żyję...! - Każde kolejne słowo padało szybciej od poprzedniego. Czułem, że jeszcze trochę, a babina zapowietrzy się z emocji i padnie na serce. - Malinami pan pachniesz! Usta masz pomalowane! Matko Boska, Jezusie Nazareński, GAJ! - Niemal wykrzyczała mi w twarz. - Żeby tak w grzechu! Mój Boże, mój Boooże!
Zanim zdążyłem wydobyć z siebie choć jeden dźwięk (zamurowało mnie!), starowinka wyszarpnęła mi z rąk psa, zagarnęła go pod pachę i szybkim, jak na ograniczone reumatyzmem możliwości, krokiem poczłapała ku wyjściu, wzywając imię Pana Boga nadaremno i przyzywając wszystkich świętych wraz z zastępami anielskich bojowników, by wymierzyli karę grzesznikowi. Osłaniając pupila, jak by się obawiała, że pies się czymś zarazi, dopadła drzwi i chwyciła za klamkę. W progu odwróciła się jeszcze i z wlepionym we mnie spojrzeniem wyrażającym skrajną odrazę rzuciła:
- Będzie piekło!
Przeżegnała się i tyle ją widziałem.
Stałem osłupiały, niezdolny do wykrztuszenia choćby słowa. Żałowałem, że dopiero po czasie przyszła mi na myśl cięta riposta w postaci żartu o geju, który przyszedł do spowiedzi. Ale może to i dobrze, pomyślałem, bo faktycznie kobieta padłaby na zawał...
Wykończony i wypompowany jak dętka w starym rowerze wróciłem do domu niezdolny do niczego oprócz umoszczenia się przed telewizorem. Był moim jedynym towarzyszem, umilającym mi ciche godziny spędzane w pustym mieszkaniu. Miewałem wprawdzie ochotę wywalić go przez okno, zwłaszcza gdy przerzucając kolejne kanały, natrafiałem wyłącznie na durne, zabijające ostatnie szare komórki paradokumenty. Ich producenci powinni wypłacać sowite zadośćuczynienia za wyrządzanie trwałych szkód psychicznych, stwierdziłem i po raz kolejny zadawszy sobie pytanie, po co ja korzystam z usług operatorów telewizji cyfrowej, odpaliłem Netfliksa. Wybrałem na chybił trafił z listy do obejrzenia i poszedłem do kuchni coś przegryźć.
Ledwie zdążyłem wyciągnąć wędlinę z lodówki, gdy dobiegło mnie ciche stukanie do drzwi. Natarczywe, nieustające. Puk-puk-puk, dwie sekundy przerwy. Puk-puk-puk, przerwa. I tak w koło Macieju.
Od razu wiedziałem kto to. Znałem tylko jedną osobę cierpiącą na tak uporczywą awersję do dzwonka.
Z opakowaniem sopockiej w dłoni otworzyłem sędziwej sąsiadce z naprzeciwka.
- Ach, dzień dobry, pani Marysiu! - rzuciłem na powitanie, błądząc myślami przy sopockiej i wypasionej kanapce, do której przygotowania miałem jej użyć. Gdybym nie był tak umordowany, zapewne pokusiłbym się o ugotowanie obiadu, ale dziś wyjątkowo nie miałem na to ochoty. Chciałem jak najszybciej się napchać i wygodnie usadowić przed telewizorem.
- Pochwalony! - odparła kobiecina, uśmiechając się do mnie idealnym uzębieniem, jakie gwarantuje wyłącznie tania sztuczna szczęka. - Syneczku kochany, paczka do pana przyszła! Ale ciężka jest jak jasny pieron i ja nie dam rady jej przynieść, bo nogi ledwie mnie noszą, a ręce to już w ogóle mam do niczego. - Gorliwie pokiwała głową, jakby na potwierdzenie swojej niedoli.
Bycie weterynarzem miewa jednak swoje zalety, pomyślałem. To była jedna z nich. Kiedyś pomogłem kotu pani Marysi, gdy zadławił się czymś na podwórku. Wdzięczność mojej sąsiadki nie miała granic, więc mimo że Felek nie żył od dobrego roku, ona nadal odbierała dla mnie paczki, żebym nie musiał biegać z awizo na pocztę. Kochana kobitka!
Odłożywszy na komodę przy drzwiach opakowanie wędliny, udałem się za sąsiadką do jej mieszkania. Zaprosiła mnie do środka i od razu wskazała na sporej wielkości kartonowe pudło w przedpokoju. Co prawda, nie spodziewałem się żadnej większej przesyłki, ale czasami przychodziły one znienacka, pełne próbek najróżniejszych cudownych wynalazków i produktów, które przedstawiciele handlowi przysyłali mi z nadzieją, że niektóre z nich zamówię do gabinetu lub będę polecał moim pacjentom. Dźwignąłem karton i pożegnałem się z sąsiadką, upewniwszy ją przynajmniej siedmiokrotnie, że naprawdę obejdę się bez jej herbaty, i wróciłem do siebie. Odruchowo odstawiłem pudło na krzesło przy drzwiach wejściowych i poszedłem prosto do kuchni. Testery mogą zaczekać, machnąłem ręką. Moje myśli zajmowała teraz wyłącznie wizja majestatycznej wielopoziomowej kanapki, w której pierwsze skrzypce grają polędwica sopocka, jajko na twardo i majonez.
Trzeba mieć w życiu priorytety. I nie lękać się cholesterolu.
Nawet nie zauważyłem, kiedy przysnąłem przed telewizorem. Ostatnimi czasy przytrafiało mi się to coraz częściej. Obudził mnie telefon, który rozdzwonił się szaleńczo akurat w chwili, kiedy na ekranie telewizora Nastka, dzięki swojej telekinetycznej mocy, miotała Billym po ścianach. Odebrałem, nie odrywając wzroku od przelatujących scen.
- Na litość boską, Maciek! Gdzie ty jesteś?
Ach, mamusia. Kochana mamusia. Zacząłem odliczać w myślach czas, po którym usłyszę, za co zabije mnie tym razem. Nie zdążyłem doliczyć nawet do dziesięciu.
- Miałeś przyjechać zobaczyć, co z Pufką! Znowu zapomniałeś! Ja cię po prostu zabiję! Uduszę własnymi rękami! Za grosz odpowiedzialności! Dorosły facet!
Zaśmiałem się pod nosem. Moja mama zawsze miała problem z wyrażaniem uczuć. "Zabiję cię" było czymś pomiędzy ochrzanem a wyrażaniem miłości.
Pufka była dwunastoletnim labradorem moich rodziców, który imię zawdzięczał dziwacznemu upodobaniu do podstawiania grzbietu pod ludzkie stopy. Miała tak od szczenięcia. Zaledwie ktoś przysiadł na kanapie czy w fotelu, labradorka pojawiała się znikąd i znacząco szturchała nosem w oczekiwaniu, że delikwent uniesie nogi i oprze je na jej grzbiecie.
Moje dzisiejsze "zapomnienie" o psinie było celowe i przemyślane. Mama już od dłuższego czasu wykorzystywała poczciwego zwierzaka jako pretekst, by ściągać mnie do rodzinnego domu. Kiedyś leciałem za każdym razem, gdy tylko wszczynała alarm, ale zawsze się okazywało, że rodzicielka z premedytacją wykorzystywała moją słabość do Pufki, byleby tylko zyskać okazję do bombardowania mnie dziwnymi pytaniami i wskazówkami, którymi sypała jak z rękawa. No cóż, moja mama żyła w przeświadczeniu, że bez jej ingerencji świat przestanie się kręcić, a planety Układu Słonecznego pospadają z orbit jak piłeczki, które zapomniano przyszpilić do czarnego aksamitu niebios. Bo mama znała się na wszystkim, wszystko wiedziała najlepiej i najpewniej dostałaby udaru, gdyby ktokolwiek odmówił jej udziału w sprawach, zwłaszcza takich, które nijak jej nie dotyczyły, a nawet nie powinny w ogóle obchodzić. Tata był jej dokładnym przeciwieństwem, a jego życie polegało na nieustannej walce o przetrwanie. Jako doskonały strateg wiedział, że lepiej trzymać się na uboczu, i w trosce o własny spokój i komfort starał się nie wypowiadać w kwestiach, które żywo zajmowały jego żonę. Prawdę mówiąc, usiłował schodzić jej z drogi, by nie stać się przypadkową ofiarą. "Synku, kimże ja jestem, żeby z nową, gorszą wersją Hitlera wchodzić w dyskusje?", mawiał.
- Dobra, wpadnę jutro po pracy. - Poddałem się po jakimś czasie, świadom, że bez jasnej deklaracji ta połajanka nigdy się nie skończy. - Dzisiaj miałem naprawdę ciężki dzień i padam na twarz.
- Jakiś ciężki przypadek? - zapytała ze szczerym zainteresowaniem mama. Zawsze oczekiwała soczystych szczegółów, którymi mogłaby się podzielić ze znajomymi i pochwalić zaradnym synem weterynarzem.
- Bardzo. Ważył blisko trzydzieści kilo i zesrał się na podłogę.
- Maciek!
- Sądziłem, że lubisz pikantne szczegóły. A ten był wyjątkowo pikantny. - Roześmiałem się.
- Zabiję cię!
Musiałem trzykrotnie zapewnić, że tak, jutro już na pewno przyjadę, i tak, zapiszę sobie przypomnienie w telefonie, i nie, nie ignoruję własnej matki, po prostu mam trudny czas w pracy (bo skończyły mi się jeżynowe kabelki), ale udało mi się zakończyć rozmowę. Odetchnąłem z ulgą. Może i poszedłem na weterynarię za namową mamy, ale z całą pewnością nie byłem maminsynkiem, jakiego ona chciałaby we mnie widzieć. Kilka lat pracy z psami może człowieka nauczyć, jak zerwać się ze smyczy. Lepiej późno niż wcale.
Teraz tylko trzeba znaleźć sposób na ucieczkę z kojca. I dawaj w długą, wolność czeka!
Odłożyłem telefon i udałem się do łazienki. Po drodze rzuciłem okiem na paczkę i w przypływie minimalnej ciekawości postanowiłem sprawdzić, jakież to cudowne i rewolucyjne specyfiki przysłano mi tym razem. Trochę mnie zaskoczyły nalepki po angielsku (This side up!), ale widywałem już dziwniejsze rzeczy. Z szuflady wyjąłem nożyk do tapet i wprawnym ruchem chirurga, którym nie byłem i być nie zamierzałem, przeciąłem taśmę.
Karton stanął otworem.
Na wierzchu, na wypełniaczu z pogniecionego brązowego papieru, leżała zaklejona koperta bąbelkowa. Odłożyłem ją na bok, wywaliłem wypełniacz i osłupiałem. Moim oczom ukazał się wierzch metalowej skrzyni stylizowanej na zardzewiałą.
- THE LAST OF US PART II - przeczytałem półgłosem wymalowany wielkimi literami napis.
Jakaś dziwna nazwa tego szamponu dla psów, stwierdziłem zdumiony. No, chyba że to jakiś cudowny szampon przeciw pchłom albo kleszczom. Wybije ostatnich z nas... Nawet w mojej głowie zabrzmiało to głupio, więc nie zastanawiałem się dłużej i nie szukałem sensu tam, gdzie zapewne go nie było.
Delikatnie wydobyłem skrzynię z kartonu. Wyglądała na solidną. Na bocznych ściankach miała metalowe uchwyty oraz logo PlayStation i Naughty Dog.
Jeżeli do tej pory byłem zaskoczony, to teraz w mojej głowie zabrzmiały syreny alarmowe. Jako dzieciak grywałem na PlayStation, więc domyślałem się, że mogę mieć do czynienia z jakąś nową wersją konsoli albo jakimiś gadżetami dla gracza. Nijak jednak nie potrafiłem pojąć, jakim cudem przesyłka z nimi trafiła właśnie do mnie. Gry wideo przestały mnie kręcić lata temu, już dawno z nich wyrosłem.
Szybko odszukałem nalepkę adresową.
Aneta Brzezińska
Strugackiego 6/14
Bydgoszcz
POLAND
No tak, westchnąłem w duchu. Pominąwszy personalia odbiorcy, adres się zgadza...
Teoretycznie. Bo w praktyce doszło do fatalnej pomyłki.
Ktoś kiedyś, najwyraźniej pierwowzór internetowego trolla czy mało śmiesznego śmieszka, postanowił uhonorować braci Strugackich i uczynić ich patronami ulicy. Nie wiadomo, co poszło nie tak, ale odwalono fuszerkę. Braci było dwóch? To nazwijmy na ich cześć dwie ulice! Ja mieszkałem na Strugackiego 6/14, a dokładniej rzecz ujmując, na Arkadija Strugackiego. Tymczasem gdzieś po drugiej stronie Bydgoszczy znajdowała się ulica nazwana imieniem Borysa. Z reguły nie było problemów z dostarczaniem przesyłek, bo adresy miały różny kod pocztowy, a jeśli ktoś miał obawy, zwykle podawał również imię konkretnego brata. Wprawdzie mnie nigdy dotąd pomyłka się nie przydarzyła, ale od kilku sąsiadów słyszałem o takich przypadkach. Tym razem jednak nadawca kodu nie podał. Na poczcie z pewnością dobrze się bawili, ciągnąc losy jak na loterii i decydując, pod który adres wysłać tę konkretną paczkę.
No nic. Najstaranniej, jak umiałem, zapakowałem skrzynię z powrotem. Nawet wypełniacze postarałem się ułożyć w taki sposób, jak je zastałem. Po czym zakleiłem karton i odstawiłem pod drzwi, żeby nie zapomnieć pójść na pocztę. Zamierzałem podrzucić ją tam nazajutrz. Zawartość wyglądała na wartościową i z pewnością ktoś na nią czekał.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki