Gra o markiza - Julie Anne Long

-
Proszę czekać

1

Widok le­d­wo trzy­ma­ją­cych się na no­gach osob­ni­ków wcho­dzą­cych do go­spo­dy Pod Świn­ką i Ostem w Pen­ny­roy­al Gre­en lub z niej wy­cho­dzą­cych nie był ni­czym nad­zwy­czaj­nym. Nie za­ska­ki­wa­ło rów­nież to, że drzwi go­spo­dy otwie­ra­ły się z ta­kim im­pe­tem, że wa­li­ły w ścia­nę. W koń­cu po sze­ściu ku­flach piwa wy­pi­tych pod­czas jed­ne­go wie­czor­ne­go po­sie­dze­nia ręce i nogi mogą od­mó­wić po­słu­szeń­stwa i wy­czy­niać ta­kie rze­czy, jak zbyt gwał­tow­ne otwie­ra­nie drzwi, pod­szczy­py­wa­nie prze­cho­dzą­cych nie­wiast lub od­mo­wa utrzy­ma­nia wła­ści­cie­la owych nóg i rąk w pio­nie.

Jed­nak aku­rat w tym mo­men­cie Co­lin Ever­sea ko­lej­ny raz za­mę­czał swo­je­go bra­ta Cha­se'a gad­ką o kro­wach, a po­nie­waż Cha­se miał do­sko­na­ły wi­dok na wej­ście, mógł bez prze­szkód, pod­nió­sł­szy wzrok znad ku­fla z pi­wem, przyj­rzeć się nie­zna­jo­me­mu, któ­ry sta­nął w drzwiach. Poły jego płasz­cza szar­pał wiatr. No­gaw­ki spodni miał we­tknię­te w wy­so­kie ofi­cer­ki; ich czub­ki były uty­tła­ne w bło­cie. Pod ciem­ną grzy­wą wło­sów bie­li­ło się wy­so­kie czo­ło, na któ­rym Cha­se do­strzegł coś, co wy­glą­da­ło jak bled­ną­cy si­niak.

Męż­czy­zna chwiał się lek­ko i marsz­czył czo­ło, jak­by się za­sta­na­wiał, ja­kim cu­dem zna­lazł się w go­spo­dzie, lub jak­by za­po­mniał, po co do niej przy­szedł. Po­wo­li się od­wró­cił i szkli­sty­mi oczy­ma po­wiódł po obec­nej w go­spo­dzie klien­te­li. A po­tem wsu­nął dłoń do kie­sze­ni...

...ta­kim ru­chem, jak­by się­gał po pi­sto­let.

Cha­se ze­sztyw­niał. Szyb­ko uniósł się z krze­sła.

I od­ru­cho­wo sam rów­nież we­tknął dłoń pod kurt­kę, żeby oto­czyć pal­ca­mi kol­bę wła­sne­go pi­sto­le­tu.

Jego świat skur­czył się do dło­ni męż­czy­zny przy­ci­śnię­tej do nie­ska­zi­tel­nie bia­łej ko­szu­li.

Se­kun­dę póź­niej mię­dzy pal­ca­mi nie­zna­jo­me­go do­strzegł kro­plę szkar­ła­tu. Jego gło­wa od­chy­li­ła się w tył, a on sam opadł na jed­no ko­la­no, po­tem na dru­gie.

- Co­lin! - wark­nął Cha­se i nie­mal ta­ra­nu­jąc bra­ta, prze­sko­czył nad po­ry­so­wa­nym bla­tem sto­łu, żeby zdą­żyć do­trzeć do męż­czy­zny, za­nim ten upad­nie.

Co­lin rzu­cił się za bra­tem, po se­kun­dzie do­łą­czył do nich Ned Haw­thor­ne. W mil­cze­niu (nie był to pierw­szy przy­pa­dek, gdy wy­wle­ka­li ko­goś z go­spo­dy) chwy­ci­li męż­czy­znę pod pa­chy i ni­czym wór ziem­nia­ków szyb­ko, gdyż wi­dok nie­przy­tom­ne­go krwa­wią­ce­go czło­wie­ka nie wpły­wał do­brze na in­te­res, prze­nie­śli nie­szczę­śni­ka do skła­dzi­ku za ba­rem.

A w ra­zie gdy­by ktoś jed­nak zwró­cił na nich uwa­gę, za­wsze mo­gli po­wie­dzieć, że pod­no­sze­nie nie­przy­tom­nych lu­dzi z zie­mi to prze­cież cał­kiem zwy­czaj­ne wy­da­rze­nie w go­spo­dzie Pod Świn­ką i Ostem.

Za­mknę­li drzwi do skła­dzi­ku i spraw­nie, bez jed­ne­go sło­wa, po­ło­ży­li męż­czy­znę na sien­ni­ku zwy­kle wy­ko­rzy­sty­wa­nym przez tych, któ­rzy mu­sie­li ode­spać nad­miar piwa, po czym wspól­ny­mi si­ła­mi ścią­gnę­li z nie­zna­jo­me­go sur­dut. Cha­se i Co­lin byli we­te­ra­na­mi woj­ny, a we­te­ra­ni wo­jen­ni nig­dy nie za­po­mi­na­ją, jak opa­tru­je się ran­nych.

- Może pan mó­wić?

Cha­se szyb­ko i sta­ran­nie zło­żył sur­dut. Sta­re woj­sko­we na­wy­ki utrzy­my­wa­nia po­rząd­ku nie umie­ra­ją ła­two. Po­dał sur­dut Co­li­no­wi, któ­ry zdzi­wio­ny ja­ko­ścią ma­te­ria­łu wy­so­ko uniósł brwi.

- Mogę. - Krót­ka od­po­wiedź za­brzmia­ła jak prze­peł­nio­ne bó­lem sap­nię­cie.

Męż­czy­zna otwo­rzył oczy. Mia­ły bar­wę whi­sky; twarz o sil­nej szczę­ce i wy­kwint­nych ry­sach... była dziw­nie zna­jo­ma.

- Je­stem Ever­sea. Ka­pi­tan Ever­sea.

- Ever­sea. Bogu dzię­ki, że nie ktoś z Red­mon­dów. - Głos męż­czy­zny był ochry­pły, lecz wy­raź­ny.

- O, to coś no­we­go. Nie­czę­sto zda­rza nam się to sły­szeć, cho­ciaż sam też co­dzien­nie dzię­ku­ję za to Bogu - od­parł Cha­se. - A pan to kto?

Męż­czy­zna chwi­lę się wa­hał, w koń­cu jed­nak wy­chry­piał swo­je na­zwi­sko.

- Dry­den.

Co­lin i Cha­se wy­mie­ni­li zdzi­wio­ne spoj­rze­nia. Chry­ste. Lo­do­wy Lord we wła­snej oso­bie. Ju­lian Spen­ser, mar­kiz Dry­den.

- Po­strzał czy rana kłu­ta?

Z po­wro­tem uło­ży­li ran­ne­go na sien­ni­ku i Co­lin po­dał Cha­se'owi nóż wy­cią­gnię­ty zza cho­lew­ki buta. Cha­se roz­ciął nim ko­szu­lę i ostroż­nie ścią­gnął ją z ra­mion mar­ki­za.

- Po­strzał - wy­char­czał ran­ny.

I rze­czy­wi­ście tak było. Kula utkwi­ła bli­sko ło­pat­ki, ale szyb­kie oglę­dzi­ny prze­ko­na­ły Cha­se'a, że za­trzy­ma­ła się tuż pod skó­rą. I być może, na szczę­ście, zdo­ła­ją ją wy­cią­gnąć w ca­ło­ści. Krew wo­kół rany za­czy­na­ła już krzep­nąć.

- Kto pana po­strze­lił?

Dry­den cięż­ko wes­tchnął i po­krę­cił gło­wą.

- Jest pew­na ko­bie­ta... ro­zu­mie­cie, pa­no­wie... pro­szę po­wiedz­cie jej...

- Ko­bie­ta pana po­strze­li­ła? - tym ra­zem ode­zwał się Co­lin.

- Rów­nie do­brze to mo­gła być ona.

Mar­ki­zo­wi mimo bólu do­pi­sy­wał hu­mor, cho­ciaż dość wi­siel­czy.

Roz­le­gły się dwa krót­kie ostrze­gaw­cze puk­nię­cia i do skła­dzi­ku wszedł Ned Haw­thor­ne. Po­dał Co­li­no­wi bu­tel­kę whi­sky i zwój ja­kiejś ma­te­rii.

- Po­sła­łem po dok­to­ra - po­in­for­mo­wał z czymś w ro­dza­ju zre­zy­gno­wa­ne­go uśmie­chu. - W ra­zie gdy­by chło­pi­na tego po­trze­bo­wał.

Po­tem zno­wu znik­nął. Go­spo­da Pod Świn­ką i Ostem na­le­ża­ła do ro­dzi­ny Neda od po­ko­leń i mar­kiz nie był pierw­szy, któ­re­go krew mie­sza­ła się z tro­ci­na­mi wa­la­ją­cy­mi się po po­sadz­ce skła­dzi­ku.

- Spró­bu­je­my wy­jąć kulę, Dry­den, więc le­piej so­bie łyk­nij. I zrób to szyb­ko.

Cha­se wci­snął flasz­kę w dłoń mar­ki­za.

- Zważ­cie, pa­no­wie, że ja jej nie... - Dry­den ode­rwał bu­tel­kę od ust, skrzy­wił się, po czym za­mru­gał z po­dzi­wem. - ...nie ko­cham...

- Nie?

Pod­czas gdy brat darł szma­ty na pasy, Co­lin chwy­cił nad­gar­stek Dry­de­na, żeby spraw­dzić puls. Był szyb­ki, ale do­brze wy­czu­wal­ny. Co ozna­cza­ło, że mar­kiz nie stra­cił jesz­cze zbyt wie­le krwi.

- Masz szczę­ście, Dry­den - rzu­cił Co­lin. - Zda­je się, że zdo­ła­my wy­jąć kulę i może na­wet obej­dzie się bez szy­cia. Ale szyb­ko to ty so­bie nie po­tań­czysz. Gdzie, u dia­bła, do­ro­bi­łeś się tych za­dra­śnień na pier­si? I tego si­nia­ka na czo­le?

- Nie­na­wi­dzę tań­czyć - od­parł Dry­den po dość dłu­giej prze­rwie, igno­ru­jąc więk­szość py­tań. - Cho­ciaż wal­ca lu­bię - do­dał roz­ma­rzo­nym gło­sem, z po­wo­du bólu i whi­sky od­pły­wa­jąc już chy­ba w nie­świa­do­mość.

- Do­praw­dy? No to na­pij się jesz­cze - po­le­cił Cha­se.

Mar­kiz, cięż­ko po­ru­sza­jąc grdy­ką, prze­łknął kil­ka ły­ków.

- Ona na­wet nie jest ład­na. - Wy­glą­da­ło na to, że nie za­mie­rzał po­rzu­cić te­ma­tu.

- Go­rącz­ka? - spy­tał bez­gło­śnie Co­lin, spo­glą­da­jąc nad le­żą­cym na bra­ta. Był wy­raź­nie zdzi­wio­ny.

- Mi­łość - od­po­wie­dział szep­tem Cha­se.

- Ale pięk­na jest - wy­mam­ro­tał po­nu­ro mar­kiz. - Niech szlag tra­fi te jej oczy.

- Ach tak? - kpił da­lej Co­lin.

- I, o do­bry Boże, ona jest taka... - Dry­den po­krę­cił gło­wą i się skrzy­wił. - Ma tu... Wska­zał pal­cem na twarz, po­tem jego dłoń opa­dła na pod­ło­gę. Naj­wy­raź­niej za­bra­kło mu słów na opi­sa­nie wspa­nia­łej uro­dy wy­bran­ki ser­ca.

- Nos? - zga­dy­wał Co­lin. - Na­rośl? Trze­cie oko?

Cha­se zgro­mił bra­ta wzro­kiem.

- By­łeś już kie­dyś ran­ny po po­strza­le, Dry­den?

- To mój pierw­szy raz. Wcze­śniej do­sta­łem tyl­ko ba­gne­tem.

- Och. W ta­kim ra­zie to ci się nie spodo­ba.

W od­po­wie­dzi mar­kiz bla­do się uśmiech­nął.

- A niby dla­cze­go? Jak na ra­zie jest... bo­sko. - Zno­wu po­cią­gnął z bu­tel­ki.

- Za­raz oczysz­czę ranę, a po­tem... zaj­mie­my się resz­tą. I mo­żesz mi za­ufać, kie­dy mó­wię, że ro­bi­łem to już wie­le razy. Mo­żesz ze­mdleć, ale się nie martw. Je­śli tak się sta­nie, nie wy­czy­ści­my ci kie­sze­ni. No już. Je­śli mu­sisz, za­mknij oczy.

Cha­se był przy­zwy­cza­jo­ny do wy­da­wa­nia roz­ka­zów.

Gło­wa Dry­de­na opa­dła do tyłu. Jego od­dech stał się płyt­ki.

- Nie mu­szę za­my­kać oczu. I tak wi­dzę tyl­ko ją.

Było to tak zdu­mie­wa­ją­co szcze­re, po­zba­wio­ne cie­nia te­atral­no­ści, jaka zwy­kle to­wa­rzy­szy po­dob­nym wy­zna­niom, że obaj bra­cia z za­sko­cze­nia na chwi­lę znie­ru­cho­mie­li.

I z na­my­słem wle­pi­li oczy w kró­lew­skie ob­li­cze słyn­ne­go Lo­do­we­go Lor­da.

Jego pierś uno­si­ła się i opa­da­ła, uno­si­ła i opa­da­ła. Po­wie­ki się za­mknę­ły.

- Ona mnie nie ko­cha - oznaj­mił w koń­cu pra­wie szep­tem.

Brzmia­ło to jak po­praw­ka wcze­śniej­sze­go stwier­dze­nia. Jak­by bro­nił swo­je­go ho­no­ru.

Okrop­ne sło­wa przy umie­ra­niu, je­śli to go wła­śnie cze­ka­ło.

Cha­se przez chwi­lę nad czymś roz­my­ślał.

- We­zwij Ada­ma - mruk­nął w koń­cu do bra­ta.

Co­lin był za­sko­czo­ny. Po­wie­dze­nie ko­muś, że bę­dzie żył, a po­tem po­sy­ła­nie po pa­sto­ra, ich ku­zy­na Ada­ma, wy­da­wa­ło się nie­lo­gicz­ne, ale kie­dy Cha­se Ever­sea wy­da­wał roz­kaz, było nie do po­my­śle­nia, żeby ktoś go nie po­słu­chał.

Ru­ty­na dała o so­bie znać i Co­lin tyl­ko kiw­nął gło­wą, po czym wstał i wy­szedł wy­peł­nić po­le­ce­nie.

2

Sześć ty­go­dni wcze­śniej...

Pho­ebe Vale ostrym szarp­nię­ciem otwo­rzy­ła drzwi skle­pu Post­le­th­wa­ite'a z to­wa­ra­mi dla dam, po­tem, wal­cząc z sil­nym wia­trem, na­par­ła na drzwi ca­łym cia­łem, żeby je z po­wro­tem za­mknąć. Za­mon­to­wa­ne na nich dzwo­necz­ki za­brzę­cza­ły jak na po­żar.

Za­raz po wej­ściu za­trzy­ma­ła się i ro­zej­rza­ła po skle­pie, sy­cąc oczy wi­do­ka­mi. Dom to­wa­ro­wy Post­le­th­wa­ite'a był ni­czym miej­sco­wa ja­ski­nia Ala­dy­na. Ze­bra­ne w nim przed­mio­ty mie­ni­ły się ko­lo­ra­mi, błysz­cza­ły i ku­si­ły, żeby ich do­tknąć. Ga­blo­ty za­peł­nia­ły ko­szycz­ki za­pa­ko­wa­ne po brze­gi srebr­ny­mi i kre­mo­wy­mi gu­zi­ka­mi, atła­so­wy­mi ko­kar­da­mi, stro­ika­mi z je­dwa­biu, de­li­kat­ny­mi wa­chla­rza­mi i fu­trza­ny­mi muf­ka­mi. Na ścia­nie za ladą znaj­do­wa­ła się wy­sta­wa szpul z sa­ty­no­wy­mi wstąż­ka­mi i je­dwab­ny­mi nić­mi; na an­tycz­nym sto­li­ku uło­żo­ne w wa­chlarz le­ża­ły cien­kie jak płat­ki kwia­tu się­ga­ją­ce łok­ci rę­ka­wicz­ki z koź­lę­cej skór­ki; tu i ów­dzie ze sto­ja­ków w swej ospa­łej ele­gan­cji zwie­sza­ły się sza­le z chiń­skie­go je­dwa­biu i włócz­ko­we pe­le­ryn­ki. Cze­pecz­ki i ka­pe­lu­sze mia­ły swo­je miej­sce w rogu skle­pu, wszyst­kie sza­leń­czo mod­ne i bar­dzo, bar­dzo dro­gie, tu­lą­ce się do sie­bie na sta­ty­wach ni­czym ary­sto­kra­tycz­ne plot­kar­ki.

Je­den z ka­pe­lu­szy szcze­gól­nie przy­cią­gał spoj­rze­nie Pho­ebe, któ­ra była bar­dzo szczę­śli­wa, że go wi­dzi, bo to ozna­cza­ło, że jesz­cze nikt go nie ku­pił.

Chwi­lę go po­po­dzi­wia­ła, po czym wy­nio­śle od­wró­ci­ła się do nie­go ple­ca­mi, czu­jąc jed­nak, że on tam jest i pa­rzy jej kark spoj­rze­niem wzgar­dzo­ne­go ko­chan­ka.

- Wi­tam, pa­nien­ko Vale. Coś mi się wy­da­je, że całą dro­gę pa­nien­ka bie­gła? - Głos pana Post­le­th­wa­ite'a, któ­ry stał za ladą, roz­niósł się echem po skle­pie. - A ja wła­śnie sor­tu­ję pocz­tę.

- Cóż, wie pan, jak to jest, pa­nie Post­le­th­wa­ite. Papa nie po­zwa­la nam ko­rzy­stać z po­wo­zu, do­pó­ki służ­ba nie od­ma­lu­je zło­ceń na her­bie na drzwicz­kach.

- No tak, to praw­da, w tych cza­sach nie moż­na jeź­dzić po­wo­zem bez her­bu. Bo jak in­a­czej lu­dzie mie­li­by wie­dzieć, kto sie­dzi w środ­ku?

- Jak pan mnie świet­nie ro­zu­mie, pa­nie Post­le­th­wa­ite! Za­wsze tak do­brze się do­ga­du­je­my!

- Dla­te­go po­win­naś za mnie wyjść, dziew­czy­no, wte­dy mia­ła­byś tak do koń­ca swo­ich dni.

- Wszyst­ko w swo­im cza­sie, pa­nie Post­le­th­wa­ite. Wszyst­ko w swo­im cza­sie. Chy­ba pan ro­zu­mie, że naj­pierw mu­szę się tro­chę wy­sza­leć.

Pho­ebe i wła­ści­ciel skle­pu uśmiech­nę­li się do sie­bie. Obo­je do­brze wie­dzie­li, że całe sza­leń­stwo, na ja­kie Pho­ebe mo­gła so­bie po­zwo­lić, spro­wa­dza­ło się do tego, że sama szy­ła so­bie suk­nie, któ­re zresz­tą po ja­kimś cza­sie pru­ła i szy­ła od nowa na od­wrot­nej stro­nie, żeby wy­glą­da­ły na mniej zno­szo­ne. No, a poza tym Post­le­th­wa­ite był od Pho­ebe ćwierć wie­ku star­szy; na jego ły­sej czasz­ce osta­ła się tyl­ko kęp­ka wło­sów w kształ­cie koń­skiej pod­ko­wy.

- Ostro dzi­siaj wie­je, praw­da? - za­uwa­ży­ła Pho­ebe, zmie­nia­jąc te­mat.

Post­le­th­wa­ite ob­rzu­cił ją zza oku­la­rów krót­kim spoj­rze­niem, po czym z po­wro­tem opu­ścił wzrok na li­sty.

- Nig­dy bym nie zgadł - mruk­nął kpią­cym to­nem.

Pho­ebe zdu­si­ła śmiech i oparł­szy dło­nie na la­dzie, zer­k­nę­ła w wi­szą­ce nad nią lu­stro. Rze­czy­wi­ście wy­glą­da­ła okrop­nie. Mia­ła czer­wo­ne po­licz­ki, oczy za­łza­wio­ne, a wło­sy ster­cza­ły spod ka­pe­lu­si­ka na wszyst­kie stro­ny ni­czym ga­łąz­ki drzew­ka ma­jo­we­go.

- Mam dla pa­nien­ki świe­że lon­dyń­skie ga­ze­ty, pa­nien­ko Vale. Pi­szą w nich o moim ry­wa­lu do ręki pa­nien­ki.

- O Lo­do­wym Lor­dzie? - mruk­nę­ła Pho­ebe to­nem uda­wa­ne­go znu­dze­nia i skraj­nej po­gar­dy. - A co on ta­kie­go zno­wu na­wy­czy­niał?

- Po­sta­wił dzie­sięć ty­się­cy fun­tów na ko­nia w wy­ści­gach... i wy­grał.

Pho­ebe prych­nę­ła.

- Ten czło­wiek zro­bi wszyst­ko, żeby tyl­ko wzbu­dzić sen­sa­cję.

- I pi­szą też, że ku­pił parę rę­ka­wi­czek u Ti­twe­ile­ra i Sy­no­wie w Bur­ling­ton Ar­ca­de. Te­raz wszy­scy w to­wa­rzy­stwie mu­szą mieć ta­kie. A one kosz­to­wa­ły całe sto fun­tów!

- Przy­pusz­czam, że gdy­by mar­kiz sko­czył z lon­dyń­skie­go mo­stu, ci lu­dzie też by to zro­bi­li. Tyle że on wy­lą­do­wał­by na wo­zie wy­ło­żo­nym ma­te­ra­ca­mi z piór, a oni roz­pać­ka­li­by się na bru­ku.

W to­wa­rzy­stwie fak­tycz­nie za­wrza­ło, gdy ostat­nio mar­kiz spra­wił so­bie do swo­je­go lan­da czte­ry ta­kie same kare ko­nie z bia­ły­mi pę­ci­na­mi. Po­tem przez ja­kiś czas ceny czar­nych koni na au­kcji Tat­ter­sal­la się­ga­ły nie­bo­tycz­nych wy­żyn, a wła­ści­cie­le czar­nych wierz­chow­ców mu­sie­li wy­sta­wiać stra­że przy staj­niach, żeby się chro­nić przed Cy­ga­na­mi, któ­rzy wy­kra­da­li ko­nie, do­ma­lo­wy­wa­li im bia­łe skar­pe­ty i sprze­da­wa­li.

Czy­ta­nie plot­kar­skiej pra­sy było se­kret­ną sła­bo­ścią Pho­ebe. Za dnia uczy­ła nie­sfor­ne mło­de dziew­czę­ta ła­ci­ny, gre­ki, fran­cu­skie­go i hi­sto­rii. Na­to­miast no­ca­mi, kie­dy już się po­ło­ży­ła, ślę­cza­ła nad plot­ka­mi z ży­cia wyż­szych sfer, po­chła­nia­jąc je tak, jak po­chła­nia­ła Ba­śnie ty­sią­ca i jed­nej nocy, gdy je pierw­szy raz czy­ta­ła - jed­ne i dru­gie opo­wie­ści wy­da­wa­ły jej się rów­nie nie­re­al­ne, jak­by opi­sy­wa­ły wy­da­rze­nia z in­nej pla­ne­ty. To wła­śnie z ga­zet wie­dzia­ła na przy­kład, że lord Wa­ter­burn sły­nie z za­wie­ra­nia naj­dzi­wacz­niej­szych za­kła­dów, że bliź­niacz­ki Si­lver­ton to naj­bar­dziej zło­śli­we po­śród olśnie­wa­ją­cych dam z to­wa­rzy­stwa oraz że Lis­beth Red­mond, mło­da dama, któ­rej Pho­ebe ja­kiś czas temu udzie­la­ła pry­wat­nych lek­cji, ostat­nio w spo­łecz­no­ści ary­sto­kra­tów ucho­dzi za dia­ment pierw­szej wody.

Jed­nak naj­bar­dziej jej wy­obraź­nię roz­pa­la­ła po­stać bu­dzą­ce­go ogól­ny prze­strach, ale też sza­cu­nek, Lo­do­we­go Lor­da Ju­lia­na Spen­se­ra, mar­ki­za Dry­de­na. Pho­ebe wie­dzia­ła o nim wszyst­ko: że no­sił się wy­łącz­nie na czar­no-bia­ło, że re­gu­lar­nie ustrze­li­wał ser­ca w Man­ton na przy­po­mnie­nie, by le­piej nikt z nim nie za­dzie­rał. To­le­ro­wał tyl­ko to, co naj­lep­sze, naj­bar­dziej wy­jąt­ko­we, naj­pięk­niej­sze, nie­waż­ne, czy cho­dzi­ło o rę­ka­wicz­ki, ko­nie, czy ko­bie­ty. Po­dob­no za­wsze za­cho­wy­wał zim­ną krew i pre­cy­zję we wszyst­kich swo­ich po­czy­na­niach: w po­mna­ża­niu ma­jąt­ku, zdo­by­wa­niu i od­pra­wia­niu ko­cha­nek, i jak nio­sły ostat­nie wie­ści, w wy­szu­ki­wa­niu żony.

Do­pusz­czał się sza­lo­nych czy­nów, brał udział w nie­bez­piecz­nych wy­ści­gach kon­nych, przyj­mo­wał za­kła­dy na nie­wy­obra­żal­nie wy­so­kie staw­ki i jed­no­cze­śnie wy­da­wał się tak opa­no­wa­ny, tak ła­two mu to przy­cho­dzi­ło, że każ­dy wy­so­ko uro­dzo­ny lon­dyń­ski ary­sto­kra­ta pró­bo­wał go na­śla­do­wać.

Oni jed­nak przy tych pró­bach ła­ma­li so­bie kar­ki i tra­ci­li for­tu­ny, a Dry­den z wszyst­kie­go wy­cho­dził obron­ną ręką z nie­na­ru­szo­nym ma­jąt­kiem.

Wszy­scy chcie­li być tacy jak lord Dry­den.

I je­śli wie­rzyć temu, co pi­sa­no w ga­ze­tach, każ­da ko­bie­ta chcia­ła być z Dry­de­nem.

Post­le­th­wa­ite za­koń­czył sor­to­wa­nie pocz­ty.

- Ach, dzi­siaj przy­szły dwa li­sty za­adre­so­wa­ne na aka­de­mię, moja dro­ga pan­no Vale! I niech no pani so­bie wy­obra­zi, oba są do pani.

- Praw­do­po­dob­nie ko­lej­ne oświad­czy­ny od mar­ki­za, bo to on jest taki wy­trwa­ły, mimo że cały czas mu tłu­ma­czę, że przy­rze­kłam już rękę panu. A dru­gi to pew­nie za­pro­sze­nie na na­stęp­ny bal.

Post­le­th­wa­ite wy­chy­lił się do przo­du.

- A w co się pa­nien­ka za­mie­rza ubrać?

Ta za­ba­wa nig­dy im się nie nu­dzi­ła.

- Och, chy­ba wło­żę tę bia­łą suk­nię z je­dwa­biu, do tego kre­mo­we rę­ka­wicz­ki i mój na­szyj­nik; ten z ma­łym dia­men­ci­kiem. - Pod­nio­sła dłoń do szyi i po­stu­ka­ła w nią pal­cem. - A na gło­wę chy­ba mój dru­gi naj­lep­szy dia­dem. Będę wy­glą­da­ła tak sma­ko­wi­cie jak beza! Ale naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ne, że im od­pi­szę, że nie przyj­dę, bo ostat­ni bal był okrop­nie nud­ny. - Zni­ży­ła głos do po­ufa­łe­go szep­tu. - Mó­wi­łam już panu, co się wy­da­rzy­ło?

- Nie! - Głos Post­le­th­wa­ite'a rów­nież przy­cichł.

- Tak wie­lu mło­dych dżen­tel­me­nów chcia­ło za­tań­czyć ze mną wal­ca, że do­szło do bi­ja­ty­ki. I je­den z nich wy­zwał dru­gie­go, i... no cóż, oba­wiam się, że do­szło do po­je­dyn­ku.

- Nie­moż­li­we. Nie wie­rzę. Po­je­dy­nek!

- Och, nie­ste­ty. Na pi­sto­le­ty o brza­sku. I je­den z po­je­dyn­ku­ją­cych się zo­stał ran­ny.

- Toż to skan­dal!

- Wiem, ale prze­ze mnie za­wsze do­cho­dzi do po­je­dyn­ków - od­rze­kła smut­no.

- Po­wiem szcze­rze, że wca­le mnie to nie dzi­wi, pan­no Vale. W koń­cu po to się pa­nien­ka uro­dzi­ła, żeby ła­mać mę­skie ser­ca.

- Ser­ca? Nie lu­stra?

Zno­wu się do sie­bie uśmiech­nę­li. Bo je­śli Pho­ebe Vale była ślicz­not­ką, to do­tąd ra­czej nikt na to nie zwra­cał uwa­gi. Zwy­kle kom­ple­men­to­wa­no jej cerę, rze­czy­wi­ście bar­dzo ład­ną. A wal­ca tań­czy­ła tyl­ko raz w ży­ciu pod­czas przy­ję­cia urzą­dzo­ne­go w ra­tu­szu w Pen­ny­roy­al Gre­en. Jej part­ne­rem był kro­sto­wa­ty mło­dzie­niec, zbyt nie­śmia­ły, żeby pa­trzeć jej w oczy, lub tak przy­tło­czo­ny wdzięcz­no­ścią, że dane mu jest z bli­ska ob­co­wać z tak wspa­nia­łym de­kol­tem, że nie był w sta­nie ro­bić nic in­ne­go, jak tyl­ko go z na­boż­ną czcią po­dzi­wiać.

Jed­nak co do po­je­dyn­ków, to fak­tycz­nie kil­ka razy się zda­rzy­ło, że pa­no­wie z jej po­wo­du wy­mie­ni­li się cio­sa­mi. Pho­ebe skła­da­ła to na karb zbyt du­żej ilo­ści piwa wy­pi­te­go w go­spo­dzie Pod Świn­ką i Ostem. Ale męż­czyź­ni w Sus­sex wie­dzie­li coś, cze­go nie po­tra­fi­li ująć w sło­wa: cią­gnę­ło ich do pan­ny Pho­ebe Vale, tak jak czło­wie­ka cią­gnie do ogni­ska w zim­ną noc, i z tego sa­me­go po­wo­du trzy­ma­li się od niej na dy­stans. Bo od Pho­ebe strze­la­ły iskry.

I w du­żej mie­rze to wła­śnie im za­wdzię­cza­ła to, że po­sia­da­ła jed­ną na­praw­dę ład­ną rzecz: parę za­ska­ku­ją­co de­li­kat­nych kre­mo­wych rę­ka­wi­czek z koź­lę­cej skór­ki wy­koń­czo­nych zło­tą la­mów­ką, pre­zent od śmia­łe­go wiel­bi­cie­la, dzię­ki któ­re­mu Pho­ebe się prze­ko­na­ła, że lubi być ca­ło­wa­na - a jak­że - oraz że nig­dy wy­bran­kiem jej ser­ca nie mógł­by zo­stać ktoś zwy­czaj­ny. Za­czy­na­ła się na­wet za­sta­na­wiać, czy­by się nie za­ko­chać, lecz aku­rat jej śmia­ły wiel­bi­ciel nie­spo­dzie­wa­nie się ulot­nił. Pho­ebe po­gra­tu­lo­wa­ła so­bie wte­dy, że do­brze się sta­ło, iż wiel­bi­ciel nie zdą­żył za­brać ze sobą jej ser­ca. Bo kon­se­kwen­cje od­da­nia go w peł­ni do­sko­na­le już zna­ła, gdyż w jej ży­ciu bli­scy lu­dzie nie ro­bi­li nic in­ne­go, jak tyl­ko zni­ka­li.

Po­tem już ja­koś ża­den z mło­dzień­ców, któ­rych po­zna­wa­ła, nie roz­nie­cił jej wy­obraź­ni ani nie po­ru­szył ser­ca; ża­den - i ani razu nie my­śla­ła o tym w ka­te­go­riach aro­gan­cji, a je­dy­nie trak­to­wa­ła to jako akt mi­ło­sier­dzia - nie wy­warł na niej wra­że­nia, ża­den jej nie do­rów­ny­wał i nie był jej go­dzien. Żad­ne­go by nie uszczę­śli­wi­ła, gdy­by za któ­re­goś wy­szła.

Zresz­tą prze­zna­cze­nie trzy­ma­ło dla niej w za­na­drzu coś zu­peł­nie in­ne­go i wie­dzia­ła, że przy­najm­niej je­den z li­stów do­ty­czy wła­śnie tego - jej przy­szło­ści.

Dzwo­necz­ki przy drzwiach zno­wu za­dźwię­cza­ły i do środ­ka, prze­py­cha­jąc się w wej­ściu, wkro­czy­ły dwie roz­chi­cho­ta­ne dziew­czę­ta, któ­re naj­pierw, wal­cząc z wia­trem, przy­lgnę­ły do drzwi, żeby je do­mknąć, po czym po­wró­ci­ły do po­sztur­chi­wań, co je wy­raź­nie ogrom­nie ba­wi­ło.

- Oj, prze­stań, Agnes, bo za­raz po­wiem ci, że...

Dziew­czę­ta do­strze­gły Pho­ebe i w jed­nej se­kun­dzie oby­dwie znie­ru­cho­mia­ły. Ich ra­mio­na tak szyb­ko po­wę­dro­wa­ły do tyłu, że aż po­wia­ło. Sztyw­no wy­pro­sto­wa­ły ple­cy, spu­ści­ły dło­nie wzdłuż bo­ków i wciąż mil­cząc, po­pa­trzy­ły na Pho­ebe sze­ro­ko roz­war­ty­mi nie­win­ny­mi oczę­ta­mi.

- Dzień do­bry, pan­no Ru­ny­on, dzień do­bry, pan­no Ca­rew - przy­wi­ta­ła je uprzej­mie Pho­ebe.

- Dzień do­bry, pan­no Vale! - roz­legł się aniel­ski chó­rek.

- Do­my­ślam się, że pew­nie nie mo­że­cie się już do­cze­kać wa­ka­cji?

- Wła­śnie tak, pan­no Vale.

- Wra­ca­cie do domu czy zo­sta­nie­cie z nami w aka­de­mii?

- Do domu, pan­no Vale - zno­wu jed­no­gło­śnie od­par­ły dziew­czę­ta.

- I za­pew­ne przy­szły­ście, żeby ku­pić ja­kieś pre­zen­ty dla bli­skich?

- Tak, pan­no Vale.

Pan­nę Ru­ny­on po­dej­rze­wa­no o skłon­no­ści do kra­dzie­ży i gdy mia­ła dzie­sięć lat, jej udrę­czo­ny oj­ciec umie­ścił ją w aka­de­mii pan­ny Ma­riet­ty En­di­cott.

Zbie­giem oko­licz­no­ści Pho­ebe też była w po­dob­nym wie­ku, kie­dy do niej tra­fi­ła.

- Za­raz pa­nien­kom po­ka­żę mnó­stwo ład­nych rze­czy, z któ­rych żad­na nie kosz­tu­je wię­cej niż pół pen­sa. Gu­zicz­ki, ko­kar­dy i temu po­dob­ne.

Pan Post­le­th­wa­ite pod­cho­dził do dziew­cząt jak do naj­lep­szych klien­tek, gdyż po czę­ści wła­śnie ta­kie trak­to­wa­nie spra­wia­ło, że za­cho­wy­wa­ły się jak damy, o czym obo­je z Pho­ebe do­sko­na­le wie­dzie­li. W za­sa­dzie Pho­ebe tak świet­nie się zna­ła na po­stę­po­wa­niu z krnąbr­ny­mi mło­dy­mi pan­na­mi, że było to wręcz nie­przy­zwo­ite. Z dru­giej stro­ny, jak mo­gła się na tym nie znać, sko­ro sama kie­dyś była taka jak one.

Pan Post­le­th­wa­ite wy­szedł zza lady i po­dał Pho­ebe li­sty, któ­re do niej przy­szły.

- Pro­szę zer­k­nąć na pie­częć na tej ko­per­cie, pan­no Vale - wy­mam­ro­tał i wy­mow­nie wy­giął brwi.

Po­stu­kał pal­cem we wła­ści­wą ko­per­tę i od­dał ją Pho­ebe.

Na czer­wo­nym wo­sku wid­nia­ła ele­ganc­ka, wy­raź­nie od­bi­ta li­te­ra R.

No, no!

Zże­ra­na cie­ka­wo­ścią, Pho­ebe ode­szła w sło­necz­niej­szy róg skle­pu - oczy­wi­ście zu­peł­nie na nią nie dzia­ła­ła bli­skość ka­pe­lu­sza - w koń­cu czło­wiek może coś po­dzi­wiać, nie mu­sząc tego po­sia­dać, nie­praw­daż? - i wsu­nę­ła pa­lec pod pie­częć, pod­czas gdy Post­le­th­wa­ite po­ma­gał dziew­czę­tom wy­bie­rać pre­zen­ty.

Moja Dro­ga Pan­no Vale,

Mam na­dzie­ję, że ten list za­sta­nie Pa­nią w peł­ni zdro­wia i jak za­wsze za­ję­tą prze­kształ­ca­niem mło­dych roz­bry­ka­nych dziew­cząt w mło­de damy. Pro­szę wy­ba­czyć tę na­głą wia­do­mość, nie­mniej by­ła­bym za­chwy­co­na, gdy­by do­łą­czy­ła Pani do mnie na dwa dni w Red­mond Ho­use, gdy tam będę. Przy­jeż­dżam w so­bo­tę. Jak Pani wie, mama i papa prze­by­wa­ją we Wło­szech, i mama jest zda­nia, że na okres wi­zy­ty nie będę mia­ła do dys­po­zy­cji od­po­wied­niej przy­ja­ciół­ki lub opie­kun­ki, gdyż moja ku­zyn­ka, pan­na Vio­let, jak za­pew­ne też Pani wie, ostat­nio zo­sta­ła hra­bi­ną i jest bar­dzo praw­do­po­dob­ne, że bę­dzie prze­by­wa­ła z mę­żem w Lon­dy­nie. Mama z ra­do­ścią za­pła­ci za czas, jaki mi Pani po­świę­ci, a ciot­ka Red­mond nie ma nic prze­ciw­ko. Mam też pew­ną nie­spo­dzian­kę, któ­rą chcia­ła­bym się z Pa­nią po­dzie­lić! Wszyst­ko opo­wiem, kie­dy się spo­tka­my. Och, pro­szę ko­niecz­nie przy­je­chać!

Z wy­ra­za­mi od­da­nia

Lis­beth Red­mond

No, no.

No, no, no.

Kie­dyś Pho­ebe zo­sta­ła wy­na­ję­ta przez ro­dzi­ców Lis­beth - sio­strze­ni­cę Isa­ia­ha i Fan­chet­ty Red­mon­dów oraz ku­zyn­kę ca­łej resz­ty - na pry­wat­ną na­uczy­ciel­kę fran­cu­skie­go. Pho­ebe bie­gle wła­da­ła pię­cio­ma ję­zy­ka­mi i na­praw­dę zna­ła się na na­ucza­niu, jed­nak Lis­beth w kwe­stii na­uki wy­ka­zy­wa­ła nad­zwy­czaj­ny opór. In­for­ma­cje wo­la­ła po­zy­ski­wać, po pro­stu o coś py­ta­jąc. Ale jako to­wa­rzysz­ka oka­za­ła się cał­kiem do znie­sie­nia. I to wła­śnie pod­czas dwu­mie­sięcz­ne­go po­by­tu u niej Pho­ebe za­po­zna­ła się z ta­ki­mi rze­cza­mi, jak sa­ty­no­we suk­nie i dia­de­my. I też po­śred­nio dzię­ki temu po­by­to­wi po­zna­ła sło­dycz po­ca­łun­ków (gdy­by Red­mon­do­wie o tym wie­dzie­li, na pew­no by jej nie za­pra­sza­li) oraz do­szła do wnio­sku, że wieś nie jest dla niej.

W rze­czy­wi­sto­ści naj­bar­dziej cho­dzi­ło jed­nak o to, że prze­by­wa­nie z ro­dzi­ną taką jak ro­dzi­na Red­mon­dów - a była to ro­dzi­na co się zo­wie - tyl­ko pod­kre­śla­ło fakt, że Pho­ebe do ni­ko­go nie na­le­ży, nig­dzie nie jest szcze­gól­nie po­żą­da­na i że nig­dy nie bę­dzie mia­ła tego, co mie­li Red­mon­do­wie. Uzna­ła więc, że by­ło­by to nie tyl­ko orzeź­wia­ją­ce, lecz rów­nież zde­cy­do­wa­nie dla niej ko­rzyst­ne, gdy­by roz­po­czę­ła ży­cie gdzie in­dziej, w ja­kimś miej­scu jej wy­bo­ru, bo jak do­tąd to los o wszyst­kim za nią de­cy­do­wał.

Nie­mniej te­raz tro­chę gro­sza by się jej przy­da­ło.

Nie wspo­mi­na­jąc o nocy lub dwóch w mięk­kim łożu, wy­śmie­ni­tych po­sił­kach po­da­wa­nych na sre­brze i...

Po­sta­no­wi­ła, że za­sta­no­wi się jesz­cze nad za­pro­sze­niem.

Co do dru­gie­go li­stu, to świet­nie wie­dzia­ła, od kogo jest i co w nim znaj­dzie. Uzna­ła, że prze­czy­ta go póź­niej w swo­im po­ko­ju w aka­de­mii i nad nim też się za­sta­no­wi.

Na­gle na list od Lis­beth padł ja­kiś cień, więc szyb­ko pod­nio­sła gło­wę. Dziw­ne. Dzień był tak po­god­ny i wietrz­ny, że ra­czej nie­moż­li­we, żeby ja­kaś chmu­ra mo­gła na dłu­żej przy­sło­nić nie­bo.

Od­wró­ci­ła gło­wę w stro­nę okna. I ze zdu­mie­nia mało nie ze­mdla­ła.

Przed wi­try­ną skle­pu za­trzy­ma­ło się ol­brzy­mie nie­ska­zi­tel­nie czy­ste czar­ne lan­do. Pho­ebe przy­sło­ni­ła oczy dło­nią, chro­niąc je przed pro­mie­nia­mi słoń­ca, któ­re od­biw­szy się od błysz­czą­cych szy­bek i zło­tych la­ta­re­nek, prze­pły­nę­ły do jej ko­cha­ją­ce­go pięk­no ser­ca, żeby się po­wtór­nie od nie­go od­bić i po­wró­cić do po­jaz­du, roz­ja­rza­jąc wid­nie­ją­ce na drzwicz­kach zło­te li­ście w her­bie. Je­den z koni ko­kie­te­ryj­ne po­trzą­snął łbem i nie­cier­pli­wie za­stu­kał ko­py­tem w zie­mię.

Koń był czar­ny.

I miał bia­łe pę­ci­ny.

Wi­dok ten spra­wił, że ser­ce Pho­ebe pod­sko­czy­ło do gar­dła.

Po­nie­waż... o Mat­ko Prze­naj­święt­sza... czyż­by usły­sza­ła dzwo­necz­ki u drzwi...?

Od­wra­ca­ła się bar­dzo ostroż­nie, gdyż je­śli to był sen, za nic nie chcia­ła go przez przy­pa­dek prze­rwać.

Uj­rza­ła go i na­tych­miast po­wie­trze w skle­pie zro­bi­ło się lżej­sze, bar­dziej roz­rze­dzo­ne, jak­by ktoś na­gle prze­niósł ją na szczyt wy­so­kiej góry. Wy­dał jej się wyż­szy od... od każ­de­go męż­czy­zny, ja­kie­go zna­ła. I na­gle te wszyst­kie ka­pe­lu­sze, wstąż­ki, gu­zi­ki i rę­ka­wicz­ki za­czę­ły wy­glą­dać jak róż­no­barw­ne re­kwi­zy­ty, któ­re ca­ły­mi la­ta­mi sta­ły na sce­nie, cze­ka­jąc na jego przy­by­cie.

Po­wiódł bez­na­mięt­nym spoj­rze­niem po skle­pie, prze­su­wa­jąc nim po wstąż­kach, rę­ka­wicz­kach, Pho­ebe, ka­pe­lu­szach, uczen­ni­cach Pho­ebe, wa­chla­rzach, sza­lach i Post­le­th­wa­icie - do­kład­nie w tej ko­lej­no­ści.

Sur­dut i ofi­cer­ki miał czar­ne.

Ko­szu­lę i fu­lar bia­łe.

A jego głos, lek­ko ochry­pły ba­ry­ton, brzmiał do­kład­nie tak, jak to so­bie wy­obra­ża­ła.

- Dry­den - oznaj­mił ta­kim to­nem, jak­by udzie­lał od­po­wie­dzi na naj­bar­dziej pa­lą­ce py­ta­nia świa­ta.

3

Poje­dyn­cze sło­wo roz­nio­sło się echem po skle­pie, w któ­rym po­tem za­le­gła głu­cha i dłu­ga ci­sza.

Dry­den wy­so­ko uniósł jed­ną brew.

Pho­ebe do­strze­gła to w lu­strze nad ladą. Je­śli cho­dzi o sa­me­go mar­ki­za, wi­dzia­ła tyl­ko jego ple­cy, któ­rych ma­je­stat mógł ry­wa­li­zo­wać je­dy­nie z ma­je­sta­tem Alp. Sze­ro­kie w ra­mio­nach zgrab­nie zwę­ża­ły się ku do­ło­wi i pa­trząc na tę jak­że mę­ską syl­wet­kę, Pho­ebe chy­ba po raz pierw­szy w ży­ciu aż tak do­tkli­wie uświa­do­mi­ła so­bie fakt by­cia ko­bie­tą. Kie­dy mar­kiz za­szu­rał sto­pa­mi, nie­mal po­czu­ła drga­nie jego mię­śni ukry­tych pod czar­nym sur­du­tem, któ­ry no­sił z taką samą gra­cją, z jaką pan­te­ra ob­no­si się ze swo­im fu­trem.

Jej uczen­ni­ce sta­ły ze­sztyw­nia­łe w rogu skle­pu, przy­po­mi­na­jąc rzeź­by na sprze­daż. Ich oczy były tak sze­ro­ko roz­war­te, że wy­da­wa­ło się, iż są w ca­ło­ści bia­łe i po­zba­wio­ne źre­nic.

Post­le­th­wa­ite rzu­cił Pho­ebe szyb­kie spoj­rze­nie znad opra­wek oku­la­rów. Pho­ebe nie­zau­wa­żal­nie ski­nę­ła gło­wą, jak­by mó­wi­ła: nie, to wca­le nie sen.

- Post­le­th­wa­ite, do usług wiel­moż­ne­go pana. - Pho­ebe uzna­ła, że głę­bo­ki ukłon wła­ści­cie­la skle­pu był bar­dzo ele­ganc­ki na­wet mimo gło­śne­go skrzyp­nię­cia, ja­kie wy­dał jego krę­go­słup, kie­dy Post­le­th­wa­ite się pro­sto­wał. - To wiel­ki ho­nor, że ze­chciał pan zaj­rzeć do mo­je­go skle­pu! Czym mogę słu­żyć, sza­now­ny lor­dzie?

Pho­ebe sta­ra­ła się doj­rzeć rę­ka­wicz­ki Dry­de­na, te, za któ­re po­dob­no dał sto fun­tów, ale mar­kiz zdą­żył je już ścią­gnąć i te­raz za­ci­skał je w dło­ni. Dru­gą uniósł ka­pe­lusz, od­su­wa­jąc przy tym z bia­łe­go czo­ła kru­czo­czar­ne wło­sy. Pło­mie­nie świec w kan­de­la­brze nad ich gło­wa­mi od­bi­ja­ły się w wy­po­le­ro­wa­nych no­skach jego ofi­ce­rek - wy­ko­na­nych przez Hoby'ego, Pho­ebe czy­ta­ła o tym w ga­ze­tach.

Był nie­na­tu­ral­nie usztyw­nio­ny, jak­by szy­ko­wał się do wal­ki.

A tego, że Pho­ebe mu się przy­glą­da, albo nie wi­dział, albo nic go to nie ob­cho­dzi­ło. I może grzecz­niej by­ło­by z jej stro­ny, gdy­by się tak nie ga­pi­ła, tyle że ona wła­śnie roz­trzą­sa­ła w my­ślach py­ta­nie, czy cha­ry­zma mar­ki­za - nie­mal na­ma­cal­na - to pa­ty­na utwo­rzo­na przez lata ze sku­mu­lo­wa­nej licz­by ta­kich spoj­rzeń, ja­kie ona mu wła­śnie rzu­ca­ła?

- Chęt­nie bym obej­rzał pań­ską ofer­tę wa­chla­rzy, je­śli wol­no, pa­nie Post­le­th­wa­ite.

Mar­kiz mó­wił szyb­ko, bez­oso­bo­wo i za­dzi­wia­ją­co życz­li­wym to­nem. Ale Pho­ebe do­szu­ka­ła się w nim nut po­wścią­gli­wo­ści. Naj­wy­raź­niej świet­nie so­bie zda­wał spra­wę z wra­że­nia, ja­kie wy­wie­rał, i sta­rał się tak za­cho­wy­wać, aby zbyt­nio nie pło­szyć po­spól­stwa, bo w koń­cu lu­dzie spa­ra­li­żo­wa­ni stra­chem ra­czej kiep­sko wy­ko­nu­ją po­le­ce­nia.

Po­spól­stwem oczy­wi­ście na­zwa­ła w my­ślach sie­bie i Post­le­th­wa­ite'a.

Tro­chę jej było szko­da za­ba­wy, jaką do­tąd pro­wa­dzi­ła z wła­ści­cie­lem skle­pu. Było bo­wiem oczy­wi­ste, że mar­kiz nie na­le­ży do osób, z któ­rych moż­na żar­to­wać.

Tak czy in­a­czej, za­kła­da­jąc, że to wszyst­ko to jed­nak sen, ule­gła im­pul­so­wi i się­gnąw­szy ręką do ra­mie­nia, moc­no się w nie uszczyp­nę­ła.

Zbyt póź­no za­uwa­ży­ła, że mar­kiz wi­dzi jej od­bi­cie w lu­strze nad ladą.

Ca­łym cia­łem wy­ko­nał lek­ki ob­rót w jej stro­nę.

Jego spoj­rze­nie ode­bra­ła tak, jak­by w jej splo­cie sło­necz­nym na­stą­pił wy­buch.

Chy­ba z po­wo­du ostro za­ry­so­wa­nych, wy­so­ko osa­dzo­nych ko­ści po­licz­ko­wych mia­ło dziw­ną moc; mar­kiz wy­glą­dał jak wiel­ki pan, któ­ry z wy­so­kiej wie­ży przy­glą­da się jej ob­lę­że­niu. Oczy miał ja­sne, za­le­d­wie ton ciem­niej­sze od bar­wy whi­sky.

To nie była ła­god­na twarz. Ani bez­piecz­na.

Ta­kiej nie za­pa­mię­ty­wa­ło się po jed­nym zer­k­nię­ciu.

Może po czte­rech lub pięt­na­stu i to ra­czej dłuż­szych.

Pho­ebe do­tknę­ła pal­ca­mi za­ró­żo­wio­ne­go od wia­tru po­licz­ka, jak­by jej dłoń była ma­gicz­ną różdż­ką zdol­ną prze­mie­nić ją na oczach mar­ki­za w księż­nicz­kę.

Ten, nie zmie­niw­szy wy­ra­zu twa­rzy, z po­wro­tem od­wró­cił się ku sprze­daw­cy.

Do­pie­ro wte­dy Pho­ebe zno­wu od­zy­ska­ła od­dech.

- Oczy­wi­ście, oczy­wi­ście, ja­śnie pa­nie. - Na twa­rzy Post­le­th­wa­ite'a po­ja­wił się cień ra­do­ści. - Mam pięk­ną ko­lek­cję je­dwab­nych wa­chla­rzy, od nie­za­dru­ko­wa­nych po te bar­dzo ozdob­ne. - Ge­stem dło­ni wska­zał na ga­blo­tę w za­cie­nio­nym rogu skle­pu, bli­sko miej­sca, w któ­rym sta­ły dziew­czę­ta, z dala od świa­tła sło­necz­ne­go, któ­re mo­gło­by do­pro­wa­dzić do zżółk­nię­cia wa­chla­rzy lub ich wy­blak­nię­cia. - Mam na­dzie­ję, że znaj­dzie pan wśród nich taki, któ­ry się panu spodo­ba.

Małe szan­se, po­my­śla­ła Pho­ebe.

Post­le­th­wa­ite wy­padł zza lady i dum­nym kro­kiem prze­mie­rzył sklep.

- Wol­no za­py­tać, co pana spro­wa­dza do na­sze­go mia­stecz­ka, lor­dzie Dry­den?

- Zo­sta­łem za­pro­szo­ny na przy­ję­cie. - Pho­ebe jesz­cze nie sły­sza­ła, żeby ktoś wy­mó­wił sło­wo "przy­ję­cie" z taką iro­nią. - I przy oka­zji ze wzglę­du na bra­ta­ni­cę za­mie­rzam obej­rzeć sław­ną aka­de­mię pan­ny En­di­cott.

Sław­ną? Do­praw­dy? I czyż­by bra­ta­ni­ca mar­ki­za była aż tak nie­sfor­na? Poza tym czy przy­ję­cie, na któ­re się wy­bie­ra, to przy­ję­cie u Red­mon­dów? Pew­nie tak, bo o ja­kie inne może cho­dzić?

- W aka­de­mii na­ucza obec­na tu pan­na Vale.

Post­le­th­wa­ite mach­nął dło­nią w kie­run­ku Pho­ebe i mar­kiz uprzej­mie od­wró­cił się w jej stro­nę.

Ko­rzy­sta­jąc z oka­zji, że wiel­ki lord po­świę­ca jej ko­lej­ną cen­ną se­kun­dę swo­je­go cza­su, Pho­ebe wdzięcz­nie przed nim dy­gnę­ła i po­wie­dzia­ła:

- Miło mi po­znać, lor­dzie Dry­den. - Mó­wi­ła ci­cho i, jak mia­ła na­dzie­ję, słod­ko.

Jego duże, moc­no za­ci­śnię­te usta drgnę­ły w ką­ci­kach. Być może do­zo­wał uśmiech w za­leż­no­ści od ran­gi re­spon­den­ta. Tym ra­zem pod jego oczy­ma do­strze­gła za­ska­ku­ją­ce nie­znacz­ne cie­nie zmę­cze­nia.

- Pan­no Vale - od­rzekł, wy­ko­nu­jąc lek­ki ukłon. - Je­stem umó­wio­ny na spo­tka­nie z pani prze­ło­żo­ną, pan­ną En­di­cott.

Ostat­nie sło­wo wy­po­wie­dział z nie­znacz­nym na­ci­skiem. Praw­do­po­dob­nie był przy­zwy­cza­jo­ny, że róż­ne­go ro­dza­ju nie­wia­sty rzu­ca­ły się na nie­go, i chciał ją od tego od­wieść.

- Ależ na­tu­ral­nie. - Zbyt póź­no Pho­ebe się zo­rien­to­wa­ła, że wy­po­wie­dzia­ła swo­je zda­nie z wy­raź­nie wy­czu­wal­ną iro­nią: to prze­cież oczy­wi­ste, że spo­tka się z naj­waż­niej­szą oso­bą w aka­de­mii.

Mo­gła­by przy­siąc, że oczy mar­ki­za le­ciut­ko za­bły­sły. Choć rów­nie do­brze mo­gły to być tyl­ko sło­necz­ne pro­mie­nie od­bi­te od zło­tych li­ści w her­bie na drzwicz­kach lan­da.

Kie­dy zno­wu się od niej od­wró­cił, żeby przejść za Post­le­th­wa­ite'em w róg skle­pu, gdzie le­ża­ły wy­sta­wio­ne wa­chla­rze, Pho­ebe, spo­glą­da­jąc na spa­ra­li­żo­wa­ne uczen­ni­ce, wy­mow­nie kiw­nę­ła bro­dą i wy­gię­ła brwi.

Dziew­czę­ta oży­ły i oby­dwie wdzięcz­nie się ukło­ni­ły ni­czym dwa kwia­ty skła­nia­ją­ce swe kie­li­chy ku zie­mi. Mar­kiz na­gro­dził ich wy­sił­ki krót­kim, acz­kol­wiek ab­so­lut­nie cza­ru­ją­cym uśmie­chem oraz lek­kim po­kło­nem, któ­ry na pew­no na za­wsze utkwił w pa­mię­ci mło­dych pa­nien, pod­czas gdy sam mar­kiz, zda­niem Pho­ebe, na­tych­miast o nim za­po­mniał.

Gdy je mi­jał, pan­na Ru­ny­on chwy­ci­ła pan­nę Ca­rew za ło­kieć i w ci­chej pan­to­mi­mie przy­tknę­ła dłoń do czo­ła, uda­jąc za­ra­zem, że nogi się pod nią ugi­na­ją.

Żeby się nie ro­ze­śmiać, Pho­ebe po­sła­ła dziew­czy­nie groź­ne spoj­rze­nie i ru­chem bro­dy na­ka­za­ła, żeby ona i jej to­wa­rzysz­ka prze­szły do lady. Dziew­czę­ta na­tych­miast wy­ko­na­ły po­le­ce­nie, za­ci­ska­jąc usta, żeby po­wstrzy­mać chi­cho­ta­nie.

- Pro­szę się nie spie­szyć z wy­bo­rem, ja­śnie pa­nie - zwró­cił się Post­le­th­wa­ite do mar­ki­za.

Pho­ebe bar­dzo wąt­pi­ła, żeby mar­kiz chciał zro­bić coś in­ne­go niż do­kład­nie to, co za­mie­rzał.

W tym mo­men­cie ko­lej­ny raz roz­le­gło się brzę­cze­nie dzwo­necz­ków przy drzwiach.

Do środ­ka wkro­czył ol­brzy­mi ja­sno­wło­sy męż­czy­zna. Był duży i bla­dy ni­czym wi­king, Kwa­dra­to­wy w miej­scach, w któ­rych mar­kiz był ra­czej... smu­kły. Ze­rwał z gło­wy ka­pe­lusz, od­rzu­cił ja­sne wło­sy z czo­ła, po czym prze­szedł na śro­dek skle­pu i tam się za­trzy­mał.

- Za­uwa­ży­łem twój po­wóz, Dry­den. - Głos nie­zna­jo­me­go miał mo­no­ton­ne brzmie­nie, jak­by nic, ale to zu­peł­nie nic nie było w sta­nie wy­rwać jego wła­ści­cie­la z ma­ra­zmu znu­dze­nia. Nie­mniej był to głos praw­dzi­we­go ary­sto­kra­ty, jak wy­rżnię­ty w dia­men­cie.

Mar­kiz rzu­cił przy­by­łe­mu szyb­kie spoj­rze­nie przez ra­mię.

- Wa­ter­burn.

Pho­ebe od­nio­sła wra­że­nie, że mar­kiz po­ha­mo­wał wes­tchnie­nie znie­chę­ce­nia. In­try­gu­ją­ce.

Wa­ter­burn był wi­ceh­ra­bią zna­nym z tego, że za­wie­rał za­dzi­wia­ją­ce za­kła­dy na bar­dzo duże sumy. Raz na przy­kład wy­ło­żył aż pięć­set fun­tów na za­kład w wy­ści­gu świersz­czy, tak przy­najm­niej pi­sa­no w ga­ze­tach.

Wa­ter­burn ru­szył przez sklep, wle­pia­jąc ja­sne oczy we wstąż­ki, ka­pe­lu­sze, na­wet w kin­kie­ty, zu­peł­nie jak de­tek­tyw z Bow Stre­et po­szu­ku­ją­cy do­wo­dów zbrod­ni.

- Zda­je mi się, że do­sta­li­śmy za­pro­sze­nia na to samo przy­ję­cie.

- Nie­sa­mo­wi­te. - Ton gło­su mar­ki­za zdra­dzał iro­nię.

Wa­ter­burn się uśmiech­nął.

Mar­kiz w tym mo­men­cie przy­glą­dał się wa­chla­rzom, któ­re wy­brał z ko­lek­cji do­stęp­nej w skle­pie, i czy­nił to z miną, jaką przy­bie­ra­ła Le­no­ra He­ron, Cy­gan­ka z obo­zo­wi­ska na obrze­żach Pen­ny­roy­al Gre­en, gdy prze­po­wia­da­jąc przy­szłość klien­tom, wpa­try­wa­ła się w kar­ty ta­ro­ta.

Pho­ebe po­czu­ła, że za­le­wa ją za­zdrość - go­rą­ca, pie­ką­ca i za­ska­ku­ją­ca. O kogo cho­dzi­ło? Kto był aż tak waż­ny, że mar­ki­zo­wi chcia­ło się do­kła­dać aż ta­kiej tro­ski przy wy­bo­rze?

- Lor­dzie Wa­ter­burn. - Post­le­th­wa­ite był zmu­szo­ny zno­wu się po­kło­nić. - Post­le­th­wa­ite, do usług ja­śnie pana. Czy wol­no mi pa­nom za­pro­po­no­wać po fi­li­żan­ce her­ba­ty?

- Dla mnie nie, ale dzię­ku­ję za pro­po­zy­cję, Post­le­th­wa­ite. - To był mar­kiz.

Znu­dzo­ne spoj­rze­nie Wa­ter­bur­na na­tra­fi­ło na Pho­ebe. W od­po­wie­dzi Pho­ebe przy­wo­ła­ła uśmiech na twarz i lek­ko ski­nę­ła gło­wą. Wa­ter­burn, nie zmie­nia­jąc po­nu­rej miny, od­kło­nił się i szyb­ko od­wró­cił.

Pho­ebe po­czu­ła na­gły przy­pływ zło­ści. Mia­ła dość tego, że jest trak­to­wa­na jak część wy­stro­ju skle­pu.

Jej uczen­ni­ce, szy­ku­jąc się do wyj­ścia, za­sze­le­ści­ły pa­pie­rem pa­ko­wym.

- Do wie­dze­nia, pan­no Vale. Ży­czy­my uda­nych wa­ka­cji.

- Dzię­ku­ję, dziew­czę­ta. Mam na­dzie­ję, że wa­sze rów­nież będą uda­ne. Tyl­ko nie za­po­mnij­cie o lek­tu­rze Mar­ka Au­re­liu­sza, in­a­czej po po­wro­cie bę­dzie­cie mia­ły opóź­nie­nia.

I po­tem przy wtó­rze brzę­cze­nia dzwo­necz­ków dziew­czę­ta opu­ści­ły sklep, wpusz­cza­jąc do nie­go przez otwar­te drzwi sil­ny po­wiew wia­tru, któ­ry za­trząsł wstąż­ka­mi przy ka­pe­lu­szach i pod­niósł reszt­kę owło­sie­nia na czasz­ce pana Post­le­th­wa­ite'a.

Pho­ebe rzu­ci­ła ostat­nie za­chłan­ne spoj­rze­nie w stro­nę ka­pe­lu­sza, któ­ry nig­dy miał do niej nie na­le­żeć, po czym zło­ży­ła li­ścik od Lis­beth, tak żeby zmie­ścił się w jej ma­łej to­reb­ce wraz z dru­gim li­stem.

I wła­śnie wte­dy ol­brzy­mi ja­sno­wło­sy lord prze­pły­nął po skle­pie w stro­nę mar­ki­za ni­czym wiel­ki ga­le­on.

- Za­ło­żę się o dzie­sięć fun­tów, że na­wet to­bie nie uda się wy­dę­bić ca­łu­sa od... la in­se­gnan­te, Dry­den.

In­se­gnan­te? Ale prze­cież in­se­gnan­te to po wło­sku "na­uczy­ciel­ka".

Pho­ebe za­szo­ko­wa­na za­mar­ła. Wa­ter­burn chciał, żeby mar­kiz ją po­ca­ło­wał.

Na­tych­miast z po­wro­tem od­wró­ci­ła się w stro­nę ka­pe­lu­sza i ba­wiąc się jego wstąż­ką, przy­słu­chi­wa­ła się dal­szej czę­ści roz­mo­wy.

- Na li­tość bo­ską, Wa­ter­burn, a co mi po jej po­ca­łun­ku lub two­ich dzie­się­ciu fun­tach? - wy­mam­ro­tał mar­kiz pod no­sem znu­dzo­nym to­nem.

- No prze­cież w tym cała za­ba­wa. Dziew­czy­na nie wy­glą­da na sko­rą do po­ca­łun­ków, chy­ba się zgo­dzisz? - Wa­ter­burn nie od­pusz­czał. - Wręcz spra­wia wra­że­nie, jak­by mia­ła za­bić, gdy­by ktoś pró­bo­wał ją po­ca­ło­wać. Ale mó­wią, że ty, Dry­den, na­mó­wisz do tego każ­dą, któ­rą ze­chcesz. Cóż... ja twier­dzę, że są­dząc po wy­glą­dzie tej pan­ny, w tym wy­pad­ku ci się to nie uda.

Są­dząc po wy­glą­dzie? Ja­kim wy­glą­dzie? Pho­ebe zo­ba­czy­ła, że po­bie­la­ły jej ko­niusz­ki pal­ców, tak moc­no za­ci­ska­ła w nich wstąż­kę od ka­pe­lu­sza.

W gło­sie mar­ki­za, kie­dy się ode­zwał, sły­chać już było wy­raź­ne po­iry­to­wa­nie.

- Nie bądź śmiesz­ny, Wa­ter­burn. To by było dzie­cin­nie pro­ste za­da­nie.

Och.

Upo­ko­rze­nie spra­wi­ło, że Pho­ebe cała ścier­pła i za­par­ło jej dech. Za­rys ka­pe­lu­sza przed jej oczy­ma stał się roz­ma­za­ny.

Po­nie­waż słuch Post­le­th­wa­ite'a nie był już tak spraw­ny jak nie­gdyś, sprze­daw­ca o ni­czym nie miał po­ję­cia. Z ura­do­wa­ną miną, po­gwiz­du­jąc przez zęby, co na pew­no za­głu­sza­ło pro­wa­dzo­ną pół­gło­sem roz­mo­wę, prze­li­czał po­brzę­ku­ją­ce w jego dło­ni mo­ne­ty.

- No to się za­kła­da­my, Dry­den. A wszy­scy wie­my, że ty nig­dy nie prze­gry­wasz.

Pho­ebe sta­ła zu­peł­nie nie­ru­cho­mo, jak­by wła­śnie spa­dła z wiel­kiej wy­so­ko­ści. Wstrzy­my­wa­ła od­dech, żeby tyl­ko nic nie po­czuć. Mięk­kość atła­so­wej wstąż­ki, któ­rą wciąż ści­ska­ła w pal­cach, ni­jak się mia­ła do uczu­cia nad­szarp­nię­tej dumy, ja­kie ją prze­peł­nia­ło. Wpa­try­wa­ła się w wy­ma­rzo­ny ka­pe­lusz, któ­ry miał nig­dy do niej nie na­le­żeć, a w tym cza­sie męż­czy­zna, któ­re­go rów­nież po­żą­da­ła i któ­ry uwa­żał, że nie jest od­po­wied­nią ko­bie­tą do ca­ło­wa­nia, wy­bie­rał pre­zent dla in­nej ko­bie­ty. A po­tem pew­nie wsią­dzie do tego swo­je­go wiel­kie­go po­wo­zu i po­je­dzie nim do aka­de­mii, pod­czas gdy ona bę­dzie mu­sia­ła udać się tam pie­cho­tą i wal­cząc po dro­dze z wia­trem, bę­dzie roz­my­śla­ła o tym, że za­raz po przyj­ściu po­drze na strzę­py swój sta­ry ka­pe­lusz.

Prze­klę­ci ary­sto­kra­ci.

Ja­kież to przy­kre, kie­dy czło­wiek od­kry­wa, że jak resz­ta lu­dzi są zwy­kły­mi śmier­tel­ni­ka­mi i to na do­da­tek bar­dzo dzie­cin­ny­mi.

Mar­kiz gwał­tow­nie się wy­pro­sto­wał, ko­lej­ny raz przy­po­mi­na­jąc Pho­ebe, jaki jest wy­so­ki.

- Ten, pa­nie Post­le­th­wa­ite. - Wy­brał wa­chlarz z kre­mo­we­go je­dwa­biu z na­ma­lo­wa­ny­mi na nim ró­żo­wy­mi pącz­ka­mi z wi­ją­cą się mię­dzy nimi cien­ką po­zba­wio­ną kol­ców ja­sno­zie­lo­ną ło­dyż­ką. Był pięk­ny.

I jak­że­by in­a­czej.

- Świet­ny wy­bór, sir! - Post­le­th­wa­ite aż pod­ska­ki­wał z ra­do­ści za ladą.

Ża­den z ary­sto­kra­tów nie spoj­rzał wię­cej na Pho­ebe.

- Dzię­ku­ję za li­sty, pa­nie Post­le­th­wa­ite - rzu­ci­ła, si­ląc się na we­so­ły ton. - I do zo­ba­cze­nia.

Ma­cha­jąc dło­nią, opu­ści­ła sklep, jesz­cze za­nim Post­le­th­wa­ite zdą­żył coś od­po­wie­dzieć. Prze­cho­dząc obok le­gen­dar­ne­go po­wo­zu, le­d­wie na nie­go spoj­rza­ła, cho­ciaż każ­dy nerw w jej cie­le do­ma­gał się, żeby się za­trzy­ma­ła i na­sy­ci­ła wzrok, i może na­wet po­kle­pa­ła któ­re­goś z koni po błysz­czą­cym grzbie­cie. Za­miast tego, nie zwa­ża­jąc na wiatr, szyb­ko ru­szy­ła przed sie­bie. Ze skle­pu do aka­de­mii dro­ga wio­dła pod górę. Pho­ebe na­gle so­bie uświa­do­mi­ła, że całe jej ży­cie było wła­śnie ta­kie: za­wsze mia­ła pod górę i za­wsze wiatr wiał jej w oczy. Do­brze się więc skła­da­ło, że lu­bi­ła się wspi­nać, że le­piej się po tym czu­ła. Że ją to na­wet wzmac­nia­ło.

I już po chwi­li wiatr usu­nął z jej po­licz­ków wy­wo­ła­ny in­cy­den­tem z mar­ki­zem ru­mie­niec upo­ko­rze­nia, za­stę­pu­jąc go zdro­wą wiej­ską czer­wie­nią.