Gra o markiza - Julie Anne Long

Reflow text when sidebars are open.
Widok ledwo trzymających się na nogach osobników wchodzących do gospody Pod Świnką i Ostem w Pennyroyal Green lub z niej wychodzących nie był niczym nadzwyczajnym. Nie zaskakiwało również to, że drzwi gospody otwierały się z takim impetem, że waliły w ścianę. W końcu po sześciu kuflach piwa wypitych podczas jednego wieczornego posiedzenia ręce i nogi mogą odmówić posłuszeństwa i wyczyniać takie rzeczy, jak zbyt gwałtowne otwieranie drzwi, podszczypywanie przechodzących niewiast lub odmowa utrzymania właściciela owych nóg i rąk w pionie.
Jednak akurat w tym momencie Colin Eversea kolejny raz zamęczał swojego brata Chase'a gadką o krowach, a ponieważ Chase miał doskonały widok na wejście, mógł bez przeszkód, podniósłszy wzrok znad kufla z piwem, przyjrzeć się nieznajomemu, który stanął w drzwiach. Poły jego płaszcza szarpał wiatr. Nogawki spodni miał wetknięte w wysokie oficerki; ich czubki były utytłane w błocie. Pod ciemną grzywą włosów bieliło się wysokie czoło, na którym Chase dostrzegł coś, co wyglądało jak blednący siniak.
Mężczyzna chwiał się lekko i marszczył czoło, jakby się zastanawiał, jakim cudem znalazł się w gospodzie, lub jakby zapomniał, po co do niej przyszedł. Powoli się odwrócił i szklistymi oczyma powiódł po obecnej w gospodzie klienteli. A potem wsunął dłoń do kieszeni...
...takim ruchem, jakby sięgał po pistolet.
Chase zesztywniał. Szybko uniósł się z krzesła.
I odruchowo sam również wetknął dłoń pod kurtkę, żeby otoczyć palcami kolbę własnego pistoletu.
Jego świat skurczył się do dłoni mężczyzny przyciśniętej do nieskazitelnie białej koszuli.
Sekundę później między palcami nieznajomego dostrzegł kroplę szkarłatu. Jego głowa odchyliła się w tył, a on sam opadł na jedno kolano, potem na drugie.
- Colin! - warknął Chase i niemal taranując brata, przeskoczył nad porysowanym blatem stołu, żeby zdążyć dotrzeć do mężczyzny, zanim ten upadnie.
Colin rzucił się za bratem, po sekundzie dołączył do nich Ned Hawthorne. W milczeniu (nie był to pierwszy przypadek, gdy wywlekali kogoś z gospody) chwycili mężczyznę pod pachy i niczym wór ziemniaków szybko, gdyż widok nieprzytomnego krwawiącego człowieka nie wpływał dobrze na interes, przenieśli nieszczęśnika do składziku za barem.
A w razie gdyby ktoś jednak zwrócił na nich uwagę, zawsze mogli powiedzieć, że podnoszenie nieprzytomnych ludzi z ziemi to przecież całkiem zwyczajne wydarzenie w gospodzie Pod Świnką i Ostem.
Zamknęli drzwi do składziku i sprawnie, bez jednego słowa, położyli mężczyznę na sienniku zwykle wykorzystywanym przez tych, którzy musieli odespać nadmiar piwa, po czym wspólnymi siłami ściągnęli z nieznajomego surdut. Chase i Colin byli weteranami wojny, a weterani wojenni nigdy nie zapominają, jak opatruje się rannych.
- Może pan mówić?
Chase szybko i starannie złożył surdut. Stare wojskowe nawyki utrzymywania porządku nie umierają łatwo. Podał surdut Colinowi, który zdziwiony jakością materiału wysoko uniósł brwi.
- Mogę. - Krótka odpowiedź zabrzmiała jak przepełnione bólem sapnięcie.
Mężczyzna otworzył oczy. Miały barwę whisky; twarz o silnej szczęce i wykwintnych rysach... była dziwnie znajoma.
- Jestem Eversea. Kapitan Eversea.
- Eversea. Bogu dzięki, że nie ktoś z Redmondów. - Głos mężczyzny był ochrypły, lecz wyraźny.
- O, to coś nowego. Nieczęsto zdarza nam się to słyszeć, chociaż sam też codziennie dziękuję za to Bogu - odparł Chase. - A pan to kto?
Mężczyzna chwilę się wahał, w końcu jednak wychrypiał swoje nazwisko.
- Dryden.
Colin i Chase wymienili zdziwione spojrzenia. Chryste. Lodowy Lord we własnej osobie. Julian Spenser, markiz Dryden.
- Postrzał czy rana kłuta?
Z powrotem ułożyli rannego na sienniku i Colin podał Chase'owi nóż wyciągnięty zza cholewki buta. Chase rozciął nim koszulę i ostrożnie ściągnął ją z ramion markiza.
- Postrzał - wycharczał ranny.
I rzeczywiście tak było. Kula utkwiła blisko łopatki, ale szybkie oględziny przekonały Chase'a, że zatrzymała się tuż pod skórą. I być może, na szczęście, zdołają ją wyciągnąć w całości. Krew wokół rany zaczynała już krzepnąć.
- Kto pana postrzelił?
Dryden ciężko westchnął i pokręcił głową.
- Jest pewna kobieta... rozumiecie, panowie... proszę powiedzcie jej...
- Kobieta pana postrzeliła? - tym razem odezwał się Colin.
- Równie dobrze to mogła być ona.
Markizowi mimo bólu dopisywał humor, chociaż dość wisielczy.
Rozległy się dwa krótkie ostrzegawcze puknięcia i do składziku wszedł Ned Hawthorne. Podał Colinowi butelkę whisky i zwój jakiejś materii.
- Posłałem po doktora - poinformował z czymś w rodzaju zrezygnowanego uśmiechu. - W razie gdyby chłopina tego potrzebował.
Potem znowu zniknął. Gospoda Pod Świnką i Ostem należała do rodziny Neda od pokoleń i markiz nie był pierwszy, którego krew mieszała się z trocinami walającymi się po posadzce składziku.
- Spróbujemy wyjąć kulę, Dryden, więc lepiej sobie łyknij. I zrób to szybko.
Chase wcisnął flaszkę w dłoń markiza.
- Zważcie, panowie, że ja jej nie... - Dryden oderwał butelkę od ust, skrzywił się, po czym zamrugał z podziwem. - ...nie kocham...
- Nie?
Podczas gdy brat darł szmaty na pasy, Colin chwycił nadgarstek Drydena, żeby sprawdzić puls. Był szybki, ale dobrze wyczuwalny. Co oznaczało, że markiz nie stracił jeszcze zbyt wiele krwi.
- Masz szczęście, Dryden - rzucił Colin. - Zdaje się, że zdołamy wyjąć kulę i może nawet obejdzie się bez szycia. Ale szybko to ty sobie nie potańczysz. Gdzie, u diabła, dorobiłeś się tych zadraśnień na piersi? I tego siniaka na czole?
- Nienawidzę tańczyć - odparł Dryden po dość długiej przerwie, ignorując większość pytań. - Chociaż walca lubię - dodał rozmarzonym głosem, z powodu bólu i whisky odpływając już chyba w nieświadomość.
- Doprawdy? No to napij się jeszcze - polecił Chase.
Markiz, ciężko poruszając grdyką, przełknął kilka łyków.
- Ona nawet nie jest ładna. - Wyglądało na to, że nie zamierzał porzucić tematu.
- Gorączka? - spytał bezgłośnie Colin, spoglądając nad leżącym na brata. Był wyraźnie zdziwiony.
- Miłość - odpowiedział szeptem Chase.
- Ale piękna jest - wymamrotał ponuro markiz. - Niech szlag trafi te jej oczy.
- Ach tak? - kpił dalej Colin.
- I, o dobry Boże, ona jest taka... - Dryden pokręcił głową i się skrzywił. - Ma tu... Wskazał palcem na twarz, potem jego dłoń opadła na podłogę. Najwyraźniej zabrakło mu słów na opisanie wspaniałej urody wybranki serca.
- Nos? - zgadywał Colin. - Narośl? Trzecie oko?
Chase zgromił brata wzrokiem.
- Byłeś już kiedyś ranny po postrzale, Dryden?
- To mój pierwszy raz. Wcześniej dostałem tylko bagnetem.
- Och. W takim razie to ci się nie spodoba.
W odpowiedzi markiz blado się uśmiechnął.
- A niby dlaczego? Jak na razie jest... bosko. - Znowu pociągnął z butelki.
- Zaraz oczyszczę ranę, a potem... zajmiemy się resztą. I możesz mi zaufać, kiedy mówię, że robiłem to już wiele razy. Możesz zemdleć, ale się nie martw. Jeśli tak się stanie, nie wyczyścimy ci kieszeni. No już. Jeśli musisz, zamknij oczy.
Chase był przyzwyczajony do wydawania rozkazów.
Głowa Drydena opadła do tyłu. Jego oddech stał się płytki.
- Nie muszę zamykać oczu. I tak widzę tylko ją.
Było to tak zdumiewająco szczere, pozbawione cienia teatralności, jaka zwykle towarzyszy podobnym wyznaniom, że obaj bracia z zaskoczenia na chwilę znieruchomieli.
I z namysłem wlepili oczy w królewskie oblicze słynnego Lodowego Lorda.
Jego pierś unosiła się i opadała, unosiła i opadała. Powieki się zamknęły.
- Ona mnie nie kocha - oznajmił w końcu prawie szeptem.
Brzmiało to jak poprawka wcześniejszego stwierdzenia. Jakby bronił swojego honoru.
Okropne słowa przy umieraniu, jeśli to go właśnie czekało.
Chase przez chwilę nad czymś rozmyślał.
- Wezwij Adama - mruknął w końcu do brata.
Colin był zaskoczony. Powiedzenie komuś, że będzie żył, a potem posyłanie po pastora, ich kuzyna Adama, wydawało się nielogiczne, ale kiedy Chase Eversea wydawał rozkaz, było nie do pomyślenia, żeby ktoś go nie posłuchał.
Rutyna dała o sobie znać i Colin tylko kiwnął głową, po czym wstał i wyszedł wypełnić polecenie.
Sześć tygodni wcześniej...
Phoebe Vale ostrym szarpnięciem otworzyła drzwi sklepu Postlethwaite'a z towarami dla dam, potem, walcząc z silnym wiatrem, naparła na drzwi całym ciałem, żeby je z powrotem zamknąć. Zamontowane na nich dzwoneczki zabrzęczały jak na pożar.
Zaraz po wejściu zatrzymała się i rozejrzała po sklepie, sycąc oczy widokami. Dom towarowy Postlethwaite'a był niczym miejscowa jaskinia Aladyna. Zebrane w nim przedmioty mieniły się kolorami, błyszczały i kusiły, żeby ich dotknąć. Gabloty zapełniały koszyczki zapakowane po brzegi srebrnymi i kremowymi guzikami, atłasowymi kokardami, stroikami z jedwabiu, delikatnymi wachlarzami i futrzanymi mufkami. Na ścianie za ladą znajdowała się wystawa szpul z satynowymi wstążkami i jedwabnymi nićmi; na antycznym stoliku ułożone w wachlarz leżały cienkie jak płatki kwiatu sięgające łokci rękawiczki z koźlęcej skórki; tu i ówdzie ze stojaków w swej ospałej elegancji zwieszały się szale z chińskiego jedwabiu i włóczkowe pelerynki. Czepeczki i kapelusze miały swoje miejsce w rogu sklepu, wszystkie szaleńczo modne i bardzo, bardzo drogie, tulące się do siebie na statywach niczym arystokratyczne plotkarki.
Jeden z kapeluszy szczególnie przyciągał spojrzenie Phoebe, która była bardzo szczęśliwa, że go widzi, bo to oznaczało, że jeszcze nikt go nie kupił.
Chwilę go popodziwiała, po czym wyniośle odwróciła się do niego plecami, czując jednak, że on tam jest i parzy jej kark spojrzeniem wzgardzonego kochanka.
- Witam, panienko Vale. Coś mi się wydaje, że całą drogę panienka biegła? - Głos pana Postlethwaite'a, który stał za ladą, rozniósł się echem po sklepie. - A ja właśnie sortuję pocztę.
- Cóż, wie pan, jak to jest, panie Postlethwaite. Papa nie pozwala nam korzystać z powozu, dopóki służba nie odmaluje złoceń na herbie na drzwiczkach.
- No tak, to prawda, w tych czasach nie można jeździć powozem bez herbu. Bo jak inaczej ludzie mieliby wiedzieć, kto siedzi w środku?
- Jak pan mnie świetnie rozumie, panie Postlethwaite! Zawsze tak dobrze się dogadujemy!
- Dlatego powinnaś za mnie wyjść, dziewczyno, wtedy miałabyś tak do końca swoich dni.
- Wszystko w swoim czasie, panie Postlethwaite. Wszystko w swoim czasie. Chyba pan rozumie, że najpierw muszę się trochę wyszaleć.
Phoebe i właściciel sklepu uśmiechnęli się do siebie. Oboje dobrze wiedzieli, że całe szaleństwo, na jakie Phoebe mogła sobie pozwolić, sprowadzało się do tego, że sama szyła sobie suknie, które zresztą po jakimś czasie pruła i szyła od nowa na odwrotnej stronie, żeby wyglądały na mniej znoszone. No, a poza tym Postlethwaite był od Phoebe ćwierć wieku starszy; na jego łysej czaszce ostała się tylko kępka włosów w kształcie końskiej podkowy.
- Ostro dzisiaj wieje, prawda? - zauważyła Phoebe, zmieniając temat.
Postlethwaite obrzucił ją zza okularów krótkim spojrzeniem, po czym z powrotem opuścił wzrok na listy.
- Nigdy bym nie zgadł - mruknął kpiącym tonem.
Phoebe zdusiła śmiech i oparłszy dłonie na ladzie, zerknęła w wiszące nad nią lustro. Rzeczywiście wyglądała okropnie. Miała czerwone policzki, oczy załzawione, a włosy sterczały spod kapelusika na wszystkie strony niczym gałązki drzewka majowego.
- Mam dla panienki świeże londyńskie gazety, panienko Vale. Piszą w nich o moim rywalu do ręki panienki.
- O Lodowym Lordzie? - mruknęła Phoebe tonem udawanego znudzenia i skrajnej pogardy. - A co on takiego znowu nawyczyniał?
- Postawił dziesięć tysięcy funtów na konia w wyścigach... i wygrał.
Phoebe prychnęła.
- Ten człowiek zrobi wszystko, żeby tylko wzbudzić sensację.
- I piszą też, że kupił parę rękawiczek u Titweilera i Synowie w Burlington Arcade. Teraz wszyscy w towarzystwie muszą mieć takie. A one kosztowały całe sto funtów!
- Przypuszczam, że gdyby markiz skoczył z londyńskiego mostu, ci ludzie też by to zrobili. Tyle że on wylądowałby na wozie wyłożonym materacami z piór, a oni rozpaćkaliby się na bruku.
W towarzystwie faktycznie zawrzało, gdy ostatnio markiz sprawił sobie do swojego landa cztery takie same kare konie z białymi pęcinami. Potem przez jakiś czas ceny czarnych koni na aukcji Tattersalla sięgały niebotycznych wyżyn, a właściciele czarnych wierzchowców musieli wystawiać straże przy stajniach, żeby się chronić przed Cyganami, którzy wykradali konie, domalowywali im białe skarpety i sprzedawali.
Czytanie plotkarskiej prasy było sekretną słabością Phoebe. Za dnia uczyła niesforne młode dziewczęta łaciny, greki, francuskiego i historii. Natomiast nocami, kiedy już się położyła, ślęczała nad plotkami z życia wyższych sfer, pochłaniając je tak, jak pochłaniała Baśnie tysiąca i jednej nocy, gdy je pierwszy raz czytała - jedne i drugie opowieści wydawały jej się równie nierealne, jakby opisywały wydarzenia z innej planety. To właśnie z gazet wiedziała na przykład, że lord Waterburn słynie z zawierania najdziwaczniejszych zakładów, że bliźniaczki Silverton to najbardziej złośliwe pośród olśniewających dam z towarzystwa oraz że Lisbeth Redmond, młoda dama, której Phoebe jakiś czas temu udzielała prywatnych lekcji, ostatnio w społeczności arystokratów uchodzi za diament pierwszej wody.
Jednak najbardziej jej wyobraźnię rozpalała postać budzącego ogólny przestrach, ale też szacunek, Lodowego Lorda Juliana Spensera, markiza Drydena. Phoebe wiedziała o nim wszystko: że nosił się wyłącznie na czarno-biało, że regularnie ustrzeliwał serca w Manton na przypomnienie, by lepiej nikt z nim nie zadzierał. Tolerował tylko to, co najlepsze, najbardziej wyjątkowe, najpiękniejsze, nieważne, czy chodziło o rękawiczki, konie, czy kobiety. Podobno zawsze zachowywał zimną krew i precyzję we wszystkich swoich poczynaniach: w pomnażaniu majątku, zdobywaniu i odprawianiu kochanek, i jak niosły ostatnie wieści, w wyszukiwaniu żony.
Dopuszczał się szalonych czynów, brał udział w niebezpiecznych wyścigach konnych, przyjmował zakłady na niewyobrażalnie wysokie stawki i jednocześnie wydawał się tak opanowany, tak łatwo mu to przychodziło, że każdy wysoko urodzony londyński arystokrata próbował go naśladować.
Oni jednak przy tych próbach łamali sobie karki i tracili fortuny, a Dryden z wszystkiego wychodził obronną ręką z nienaruszonym majątkiem.
Wszyscy chcieli być tacy jak lord Dryden.
I jeśli wierzyć temu, co pisano w gazetach, każda kobieta chciała być z Drydenem.
Postlethwaite zakończył sortowanie poczty.
- Ach, dzisiaj przyszły dwa listy zaadresowane na akademię, moja droga panno Vale! I niech no pani sobie wyobrazi, oba są do pani.
- Prawdopodobnie kolejne oświadczyny od markiza, bo to on jest taki wytrwały, mimo że cały czas mu tłumaczę, że przyrzekłam już rękę panu. A drugi to pewnie zaproszenie na następny bal.
Postlethwaite wychylił się do przodu.
- A w co się panienka zamierza ubrać?
Ta zabawa nigdy im się nie nudziła.
- Och, chyba włożę tę białą suknię z jedwabiu, do tego kremowe rękawiczki i mój naszyjnik; ten z małym diamencikiem. - Podniosła dłoń do szyi i postukała w nią palcem. - A na głowę chyba mój drugi najlepszy diadem. Będę wyglądała tak smakowicie jak beza! Ale najbardziej prawdopodobne, że im odpiszę, że nie przyjdę, bo ostatni bal był okropnie nudny. - Zniżyła głos do poufałego szeptu. - Mówiłam już panu, co się wydarzyło?
- Nie! - Głos Postlethwaite'a również przycichł.
- Tak wielu młodych dżentelmenów chciało zatańczyć ze mną walca, że doszło do bijatyki. I jeden z nich wyzwał drugiego, i... no cóż, obawiam się, że doszło do pojedynku.
- Niemożliwe. Nie wierzę. Pojedynek!
- Och, niestety. Na pistolety o brzasku. I jeden z pojedynkujących się został ranny.
- Toż to skandal!
- Wiem, ale przeze mnie zawsze dochodzi do pojedynków - odrzekła smutno.
- Powiem szczerze, że wcale mnie to nie dziwi, panno Vale. W końcu po to się panienka urodziła, żeby łamać męskie serca.
- Serca? Nie lustra?
Znowu się do siebie uśmiechnęli. Bo jeśli Phoebe Vale była ślicznotką, to dotąd raczej nikt na to nie zwracał uwagi. Zwykle komplementowano jej cerę, rzeczywiście bardzo ładną. A walca tańczyła tylko raz w życiu podczas przyjęcia urządzonego w ratuszu w Pennyroyal Green. Jej partnerem był krostowaty młodzieniec, zbyt nieśmiały, żeby patrzeć jej w oczy, lub tak przytłoczony wdzięcznością, że dane mu jest z bliska obcować z tak wspaniałym dekoltem, że nie był w stanie robić nic innego, jak tylko go z nabożną czcią podziwiać.
Jednak co do pojedynków, to faktycznie kilka razy się zdarzyło, że panowie z jej powodu wymienili się ciosami. Phoebe składała to na karb zbyt dużej ilości piwa wypitego w gospodzie Pod Świnką i Ostem. Ale mężczyźni w Sussex wiedzieli coś, czego nie potrafili ująć w słowa: ciągnęło ich do panny Phoebe Vale, tak jak człowieka ciągnie do ogniska w zimną noc, i z tego samego powodu trzymali się od niej na dystans. Bo od Phoebe strzelały iskry.
I w dużej mierze to właśnie im zawdzięczała to, że posiadała jedną naprawdę ładną rzecz: parę zaskakująco delikatnych kremowych rękawiczek z koźlęcej skórki wykończonych złotą lamówką, prezent od śmiałego wielbiciela, dzięki któremu Phoebe się przekonała, że lubi być całowana - a jakże - oraz że nigdy wybrankiem jej serca nie mógłby zostać ktoś zwyczajny. Zaczynała się nawet zastanawiać, czyby się nie zakochać, lecz akurat jej śmiały wielbiciel niespodziewanie się ulotnił. Phoebe pogratulowała sobie wtedy, że dobrze się stało, iż wielbiciel nie zdążył zabrać ze sobą jej serca. Bo konsekwencje oddania go w pełni doskonale już znała, gdyż w jej życiu bliscy ludzie nie robili nic innego, jak tylko znikali.
Potem już jakoś żaden z młodzieńców, których poznawała, nie rozniecił jej wyobraźni ani nie poruszył serca; żaden - i ani razu nie myślała o tym w kategoriach arogancji, a jedynie traktowała to jako akt miłosierdzia - nie wywarł na niej wrażenia, żaden jej nie dorównywał i nie był jej godzien. Żadnego by nie uszczęśliwiła, gdyby za któregoś wyszła.
Zresztą przeznaczenie trzymało dla niej w zanadrzu coś zupełnie innego i wiedziała, że przynajmniej jeden z listów dotyczy właśnie tego - jej przyszłości.
Dzwoneczki przy drzwiach znowu zadźwięczały i do środka, przepychając się w wejściu, wkroczyły dwie rozchichotane dziewczęta, które najpierw, walcząc z wiatrem, przylgnęły do drzwi, żeby je domknąć, po czym powróciły do poszturchiwań, co je wyraźnie ogromnie bawiło.
- Oj, przestań, Agnes, bo zaraz powiem ci, że...
Dziewczęta dostrzegły Phoebe i w jednej sekundzie obydwie znieruchomiały. Ich ramiona tak szybko powędrowały do tyłu, że aż powiało. Sztywno wyprostowały plecy, spuściły dłonie wzdłuż boków i wciąż milcząc, popatrzyły na Phoebe szeroko rozwartymi niewinnymi oczętami.
- Dzień dobry, panno Runyon, dzień dobry, panno Carew - przywitała je uprzejmie Phoebe.
- Dzień dobry, panno Vale! - rozległ się anielski chórek.
- Domyślam się, że pewnie nie możecie się już doczekać wakacji?
- Właśnie tak, panno Vale.
- Wracacie do domu czy zostaniecie z nami w akademii?
- Do domu, panno Vale - znowu jednogłośnie odparły dziewczęta.
- I zapewne przyszłyście, żeby kupić jakieś prezenty dla bliskich?
- Tak, panno Vale.
Pannę Runyon podejrzewano o skłonności do kradzieży i gdy miała dziesięć lat, jej udręczony ojciec umieścił ją w akademii panny Marietty Endicott.
Zbiegiem okoliczności Phoebe też była w podobnym wieku, kiedy do niej trafiła.
- Zaraz panienkom pokażę mnóstwo ładnych rzeczy, z których żadna nie kosztuje więcej niż pół pensa. Guziczki, kokardy i temu podobne.
Pan Postlethwaite podchodził do dziewcząt jak do najlepszych klientek, gdyż po części właśnie takie traktowanie sprawiało, że zachowywały się jak damy, o czym oboje z Phoebe doskonale wiedzieli. W zasadzie Phoebe tak świetnie się znała na postępowaniu z krnąbrnymi młodymi pannami, że było to wręcz nieprzyzwoite. Z drugiej strony, jak mogła się na tym nie znać, skoro sama kiedyś była taka jak one.
Pan Postlethwaite wyszedł zza lady i podał Phoebe listy, które do niej przyszły.
- Proszę zerknąć na pieczęć na tej kopercie, panno Vale - wymamrotał i wymownie wygiął brwi.
Postukał palcem we właściwą kopertę i oddał ją Phoebe.
Na czerwonym wosku widniała elegancka, wyraźnie odbita litera R.
No, no!
Zżerana ciekawością, Phoebe odeszła w słoneczniejszy róg sklepu - oczywiście zupełnie na nią nie działała bliskość kapelusza - w końcu człowiek może coś podziwiać, nie musząc tego posiadać, nieprawdaż? - i wsunęła palec pod pieczęć, podczas gdy Postlethwaite pomagał dziewczętom wybierać prezenty.
Moja Droga Panno Vale,
Mam nadzieję, że ten list zastanie Panią w pełni zdrowia i jak zawsze zajętą przekształcaniem młodych rozbrykanych dziewcząt w młode damy. Proszę wybaczyć tę nagłą wiadomość, niemniej byłabym zachwycona, gdyby dołączyła Pani do mnie na dwa dni w Redmond House, gdy tam będę. Przyjeżdżam w sobotę. Jak Pani wie, mama i papa przebywają we Włoszech, i mama jest zdania, że na okres wizyty nie będę miała do dyspozycji odpowiedniej przyjaciółki lub opiekunki, gdyż moja kuzynka, panna Violet, jak zapewne też Pani wie, ostatnio została hrabiną i jest bardzo prawdopodobne, że będzie przebywała z mężem w Londynie. Mama z radością zapłaci za czas, jaki mi Pani poświęci, a ciotka Redmond nie ma nic przeciwko. Mam też pewną niespodziankę, którą chciałabym się z Panią podzielić! Wszystko opowiem, kiedy się spotkamy. Och, proszę koniecznie przyjechać!
Z wyrazami oddania
Lisbeth Redmond
No, no.
No, no, no.
Kiedyś Phoebe została wynajęta przez rodziców Lisbeth - siostrzenicę Isaiaha i Fanchetty Redmondów oraz kuzynkę całej reszty - na prywatną nauczycielkę francuskiego. Phoebe biegle władała pięcioma językami i naprawdę znała się na nauczaniu, jednak Lisbeth w kwestii nauki wykazywała nadzwyczajny opór. Informacje wolała pozyskiwać, po prostu o coś pytając. Ale jako towarzyszka okazała się całkiem do zniesienia. I to właśnie podczas dwumiesięcznego pobytu u niej Phoebe zapoznała się z takimi rzeczami, jak satynowe suknie i diademy. I też pośrednio dzięki temu pobytowi poznała słodycz pocałunków (gdyby Redmondowie o tym wiedzieli, na pewno by jej nie zapraszali) oraz doszła do wniosku, że wieś nie jest dla niej.
W rzeczywistości najbardziej chodziło jednak o to, że przebywanie z rodziną taką jak rodzina Redmondów - a była to rodzina co się zowie - tylko podkreślało fakt, że Phoebe do nikogo nie należy, nigdzie nie jest szczególnie pożądana i że nigdy nie będzie miała tego, co mieli Redmondowie. Uznała więc, że byłoby to nie tylko orzeźwiające, lecz również zdecydowanie dla niej korzystne, gdyby rozpoczęła życie gdzie indziej, w jakimś miejscu jej wyboru, bo jak dotąd to los o wszystkim za nią decydował.
Niemniej teraz trochę grosza by się jej przydało.
Nie wspominając o nocy lub dwóch w miękkim łożu, wyśmienitych posiłkach podawanych na srebrze i...
Postanowiła, że zastanowi się jeszcze nad zaproszeniem.
Co do drugiego listu, to świetnie wiedziała, od kogo jest i co w nim znajdzie. Uznała, że przeczyta go później w swoim pokoju w akademii i nad nim też się zastanowi.
Nagle na list od Lisbeth padł jakiś cień, więc szybko podniosła głowę. Dziwne. Dzień był tak pogodny i wietrzny, że raczej niemożliwe, żeby jakaś chmura mogła na dłużej przysłonić niebo.
Odwróciła głowę w stronę okna. I ze zdumienia mało nie zemdlała.
Przed witryną sklepu zatrzymało się olbrzymie nieskazitelnie czyste czarne lando. Phoebe przysłoniła oczy dłonią, chroniąc je przed promieniami słońca, które odbiwszy się od błyszczących szybek i złotych latarenek, przepłynęły do jej kochającego piękno serca, żeby się powtórnie od niego odbić i powrócić do pojazdu, rozjarzając widniejące na drzwiczkach złote liście w herbie. Jeden z koni kokieteryjne potrząsnął łbem i niecierpliwie zastukał kopytem w ziemię.
Koń był czarny.
I miał białe pęciny.
Widok ten sprawił, że serce Phoebe podskoczyło do gardła.
Ponieważ... o Matko Przenajświętsza... czyżby usłyszała dzwoneczki u drzwi...?
Odwracała się bardzo ostrożnie, gdyż jeśli to był sen, za nic nie chciała go przez przypadek przerwać.
Ujrzała go i natychmiast powietrze w sklepie zrobiło się lżejsze, bardziej rozrzedzone, jakby ktoś nagle przeniósł ją na szczyt wysokiej góry. Wydał jej się wyższy od... od każdego mężczyzny, jakiego znała. I nagle te wszystkie kapelusze, wstążki, guziki i rękawiczki zaczęły wyglądać jak różnobarwne rekwizyty, które całymi latami stały na scenie, czekając na jego przybycie.
Powiódł beznamiętnym spojrzeniem po sklepie, przesuwając nim po wstążkach, rękawiczkach, Phoebe, kapeluszach, uczennicach Phoebe, wachlarzach, szalach i Postlethwaicie - dokładnie w tej kolejności.
Surdut i oficerki miał czarne.
Koszulę i fular białe.
A jego głos, lekko ochrypły baryton, brzmiał dokładnie tak, jak to sobie wyobrażała.
- Dryden - oznajmił takim tonem, jakby udzielał odpowiedzi na najbardziej palące pytania świata.
Pojedyncze słowo rozniosło się echem po sklepie, w którym potem zaległa głucha i długa cisza.
Dryden wysoko uniósł jedną brew.
Phoebe dostrzegła to w lustrze nad ladą. Jeśli chodzi o samego markiza, widziała tylko jego plecy, których majestat mógł rywalizować jedynie z majestatem Alp. Szerokie w ramionach zgrabnie zwężały się ku dołowi i patrząc na tę jakże męską sylwetkę, Phoebe chyba po raz pierwszy w życiu aż tak dotkliwie uświadomiła sobie fakt bycia kobietą. Kiedy markiz zaszurał stopami, niemal poczuła drganie jego mięśni ukrytych pod czarnym surdutem, który nosił z taką samą gracją, z jaką pantera obnosi się ze swoim futrem.
Jej uczennice stały zesztywniałe w rogu sklepu, przypominając rzeźby na sprzedaż. Ich oczy były tak szeroko rozwarte, że wydawało się, iż są w całości białe i pozbawione źrenic.
Postlethwaite rzucił Phoebe szybkie spojrzenie znad oprawek okularów. Phoebe niezauważalnie skinęła głową, jakby mówiła: nie, to wcale nie sen.
- Postlethwaite, do usług wielmożnego pana. - Phoebe uznała, że głęboki ukłon właściciela sklepu był bardzo elegancki nawet mimo głośnego skrzypnięcia, jakie wydał jego kręgosłup, kiedy Postlethwaite się prostował. - To wielki honor, że zechciał pan zajrzeć do mojego sklepu! Czym mogę służyć, szanowny lordzie?
Phoebe starała się dojrzeć rękawiczki Drydena, te, za które podobno dał sto funtów, ale markiz zdążył je już ściągnąć i teraz zaciskał je w dłoni. Drugą uniósł kapelusz, odsuwając przy tym z białego czoła kruczoczarne włosy. Płomienie świec w kandelabrze nad ich głowami odbijały się w wypolerowanych noskach jego oficerek - wykonanych przez Hoby'ego, Phoebe czytała o tym w gazetach.
Był nienaturalnie usztywniony, jakby szykował się do walki.
A tego, że Phoebe mu się przygląda, albo nie widział, albo nic go to nie obchodziło. I może grzeczniej byłoby z jej strony, gdyby się tak nie gapiła, tyle że ona właśnie roztrząsała w myślach pytanie, czy charyzma markiza - niemal namacalna - to patyna utworzona przez lata ze skumulowanej liczby takich spojrzeń, jakie ona mu właśnie rzucała?
- Chętnie bym obejrzał pańską ofertę wachlarzy, jeśli wolno, panie Postlethwaite.
Markiz mówił szybko, bezosobowo i zadziwiająco życzliwym tonem. Ale Phoebe doszukała się w nim nut powściągliwości. Najwyraźniej świetnie sobie zdawał sprawę z wrażenia, jakie wywierał, i starał się tak zachowywać, aby zbytnio nie płoszyć pospólstwa, bo w końcu ludzie sparaliżowani strachem raczej kiepsko wykonują polecenia.
Pospólstwem oczywiście nazwała w myślach siebie i Postlethwaite'a.
Trochę jej było szkoda zabawy, jaką dotąd prowadziła z właścicielem sklepu. Było bowiem oczywiste, że markiz nie należy do osób, z których można żartować.
Tak czy inaczej, zakładając, że to wszystko to jednak sen, uległa impulsowi i sięgnąwszy ręką do ramienia, mocno się w nie uszczypnęła.
Zbyt późno zauważyła, że markiz widzi jej odbicie w lustrze nad ladą.
Całym ciałem wykonał lekki obrót w jej stronę.
Jego spojrzenie odebrała tak, jakby w jej splocie słonecznym nastąpił wybuch.
Chyba z powodu ostro zarysowanych, wysoko osadzonych kości policzkowych miało dziwną moc; markiz wyglądał jak wielki pan, który z wysokiej wieży przygląda się jej oblężeniu. Oczy miał jasne, zaledwie ton ciemniejsze od barwy whisky.
To nie była łagodna twarz. Ani bezpieczna.
Takiej nie zapamiętywało się po jednym zerknięciu.
Może po czterech lub piętnastu i to raczej dłuższych.
Phoebe dotknęła palcami zaróżowionego od wiatru policzka, jakby jej dłoń była magiczną różdżką zdolną przemienić ją na oczach markiza w księżniczkę.
Ten, nie zmieniwszy wyrazu twarzy, z powrotem odwrócił się ku sprzedawcy.
Dopiero wtedy Phoebe znowu odzyskała oddech.
- Oczywiście, oczywiście, jaśnie panie. - Na twarzy Postlethwaite'a pojawił się cień radości. - Mam piękną kolekcję jedwabnych wachlarzy, od niezadrukowanych po te bardzo ozdobne. - Gestem dłoni wskazał na gablotę w zacienionym rogu sklepu, blisko miejsca, w którym stały dziewczęta, z dala od światła słonecznego, które mogłoby doprowadzić do zżółknięcia wachlarzy lub ich wyblaknięcia. - Mam nadzieję, że znajdzie pan wśród nich taki, który się panu spodoba.
Małe szanse, pomyślała Phoebe.
Postlethwaite wypadł zza lady i dumnym krokiem przemierzył sklep.
- Wolno zapytać, co pana sprowadza do naszego miasteczka, lordzie Dryden?
- Zostałem zaproszony na przyjęcie. - Phoebe jeszcze nie słyszała, żeby ktoś wymówił słowo "przyjęcie" z taką ironią. - I przy okazji ze względu na bratanicę zamierzam obejrzeć sławną akademię panny Endicott.
Sławną? Doprawdy? I czyżby bratanica markiza była aż tak niesforna? Poza tym czy przyjęcie, na które się wybiera, to przyjęcie u Redmondów? Pewnie tak, bo o jakie inne może chodzić?
- W akademii naucza obecna tu panna Vale.
Postlethwaite machnął dłonią w kierunku Phoebe i markiz uprzejmie odwrócił się w jej stronę.
Korzystając z okazji, że wielki lord poświęca jej kolejną cenną sekundę swojego czasu, Phoebe wdzięcznie przed nim dygnęła i powiedziała:
- Miło mi poznać, lordzie Dryden. - Mówiła cicho i, jak miała nadzieję, słodko.
Jego duże, mocno zaciśnięte usta drgnęły w kącikach. Być może dozował uśmiech w zależności od rangi respondenta. Tym razem pod jego oczyma dostrzegła zaskakujące nieznaczne cienie zmęczenia.
- Panno Vale - odrzekł, wykonując lekki ukłon. - Jestem umówiony na spotkanie z pani przełożoną, panną Endicott.
Ostatnie słowo wypowiedział z nieznacznym naciskiem. Prawdopodobnie był przyzwyczajony, że różnego rodzaju niewiasty rzucały się na niego, i chciał ją od tego odwieść.
- Ależ naturalnie. - Zbyt późno Phoebe się zorientowała, że wypowiedziała swoje zdanie z wyraźnie wyczuwalną ironią: to przecież oczywiste, że spotka się z najważniejszą osobą w akademii.
Mogłaby przysiąc, że oczy markiza leciutko zabłysły. Choć równie dobrze mogły to być tylko słoneczne promienie odbite od złotych liści w herbie na drzwiczkach landa.
Kiedy znowu się od niej odwrócił, żeby przejść za Postlethwaite'em w róg sklepu, gdzie leżały wystawione wachlarze, Phoebe, spoglądając na sparaliżowane uczennice, wymownie kiwnęła brodą i wygięła brwi.
Dziewczęta ożyły i obydwie wdzięcznie się ukłoniły niczym dwa kwiaty skłaniające swe kielichy ku ziemi. Markiz nagrodził ich wysiłki krótkim, aczkolwiek absolutnie czarującym uśmiechem oraz lekkim pokłonem, który na pewno na zawsze utkwił w pamięci młodych panien, podczas gdy sam markiz, zdaniem Phoebe, natychmiast o nim zapomniał.
Gdy je mijał, panna Runyon chwyciła pannę Carew za łokieć i w cichej pantomimie przytknęła dłoń do czoła, udając zarazem, że nogi się pod nią uginają.
Żeby się nie roześmiać, Phoebe posłała dziewczynie groźne spojrzenie i ruchem brody nakazała, żeby ona i jej towarzyszka przeszły do lady. Dziewczęta natychmiast wykonały polecenie, zaciskając usta, żeby powstrzymać chichotanie.
- Proszę się nie spieszyć z wyborem, jaśnie panie - zwrócił się Postlethwaite do markiza.
Phoebe bardzo wątpiła, żeby markiz chciał zrobić coś innego niż dokładnie to, co zamierzał.
W tym momencie kolejny raz rozległo się brzęczenie dzwoneczków przy drzwiach.
Do środka wkroczył olbrzymi jasnowłosy mężczyzna. Był duży i blady niczym wiking, Kwadratowy w miejscach, w których markiz był raczej... smukły. Zerwał z głowy kapelusz, odrzucił jasne włosy z czoła, po czym przeszedł na środek sklepu i tam się zatrzymał.
- Zauważyłem twój powóz, Dryden. - Głos nieznajomego miał monotonne brzmienie, jakby nic, ale to zupełnie nic nie było w stanie wyrwać jego właściciela z marazmu znudzenia. Niemniej był to głos prawdziwego arystokraty, jak wyrżnięty w diamencie.
Markiz rzucił przybyłemu szybkie spojrzenie przez ramię.
- Waterburn.
Phoebe odniosła wrażenie, że markiz pohamował westchnienie zniechęcenia. Intrygujące.
Waterburn był wicehrabią znanym z tego, że zawierał zadziwiające zakłady na bardzo duże sumy. Raz na przykład wyłożył aż pięćset funtów na zakład w wyścigu świerszczy, tak przynajmniej pisano w gazetach.
Waterburn ruszył przez sklep, wlepiając jasne oczy we wstążki, kapelusze, nawet w kinkiety, zupełnie jak detektyw z Bow Street poszukujący dowodów zbrodni.
- Zdaje mi się, że dostaliśmy zaproszenia na to samo przyjęcie.
- Niesamowite. - Ton głosu markiza zdradzał ironię.
Waterburn się uśmiechnął.
Markiz w tym momencie przyglądał się wachlarzom, które wybrał z kolekcji dostępnej w sklepie, i czynił to z miną, jaką przybierała Lenora Heron, Cyganka z obozowiska na obrzeżach Pennyroyal Green, gdy przepowiadając przyszłość klientom, wpatrywała się w karty tarota.
Phoebe poczuła, że zalewa ją zazdrość - gorąca, piekąca i zaskakująca. O kogo chodziło? Kto był aż tak ważny, że markizowi chciało się dokładać aż takiej troski przy wyborze?
- Lordzie Waterburn. - Postlethwaite był zmuszony znowu się pokłonić. - Postlethwaite, do usług jaśnie pana. Czy wolno mi panom zaproponować po filiżance herbaty?
- Dla mnie nie, ale dziękuję za propozycję, Postlethwaite. - To był markiz.
Znudzone spojrzenie Waterburna natrafiło na Phoebe. W odpowiedzi Phoebe przywołała uśmiech na twarz i lekko skinęła głową. Waterburn, nie zmieniając ponurej miny, odkłonił się i szybko odwrócił.
Phoebe poczuła nagły przypływ złości. Miała dość tego, że jest traktowana jak część wystroju sklepu.
Jej uczennice, szykując się do wyjścia, zaszeleściły papierem pakowym.
- Do wiedzenia, panno Vale. Życzymy udanych wakacji.
- Dziękuję, dziewczęta. Mam nadzieję, że wasze również będą udane. Tylko nie zapomnijcie o lekturze Marka Aureliusza, inaczej po powrocie będziecie miały opóźnienia.
I potem przy wtórze brzęczenia dzwoneczków dziewczęta opuściły sklep, wpuszczając do niego przez otwarte drzwi silny powiew wiatru, który zatrząsł wstążkami przy kapeluszach i podniósł resztkę owłosienia na czaszce pana Postlethwaite'a.
Phoebe rzuciła ostatnie zachłanne spojrzenie w stronę kapelusza, który nigdy miał do niej nie należeć, po czym złożyła liścik od Lisbeth, tak żeby zmieścił się w jej małej torebce wraz z drugim listem.
I właśnie wtedy olbrzymi jasnowłosy lord przepłynął po sklepie w stronę markiza niczym wielki galeon.
- Założę się o dziesięć funtów, że nawet tobie nie uda się wydębić całusa od... la insegnante, Dryden.
Insegnante? Ale przecież insegnante to po włosku "nauczycielka".
Phoebe zaszokowana zamarła. Waterburn chciał, żeby markiz ją pocałował.
Natychmiast z powrotem odwróciła się w stronę kapelusza i bawiąc się jego wstążką, przysłuchiwała się dalszej części rozmowy.
- Na litość boską, Waterburn, a co mi po jej pocałunku lub twoich dziesięciu funtach? - wymamrotał markiz pod nosem znudzonym tonem.
- No przecież w tym cała zabawa. Dziewczyna nie wygląda na skorą do pocałunków, chyba się zgodzisz? - Waterburn nie odpuszczał. - Wręcz sprawia wrażenie, jakby miała zabić, gdyby ktoś próbował ją pocałować. Ale mówią, że ty, Dryden, namówisz do tego każdą, którą zechcesz. Cóż... ja twierdzę, że sądząc po wyglądzie tej panny, w tym wypadku ci się to nie uda.
Sądząc po wyglądzie? Jakim wyglądzie? Phoebe zobaczyła, że pobielały jej koniuszki palców, tak mocno zaciskała w nich wstążkę od kapelusza.
W głosie markiza, kiedy się odezwał, słychać już było wyraźne poirytowanie.
- Nie bądź śmieszny, Waterburn. To by było dziecinnie proste zadanie.
Och.
Upokorzenie sprawiło, że Phoebe cała ścierpła i zaparło jej dech. Zarys kapelusza przed jej oczyma stał się rozmazany.
Ponieważ słuch Postlethwaite'a nie był już tak sprawny jak niegdyś, sprzedawca o niczym nie miał pojęcia. Z uradowaną miną, pogwizdując przez zęby, co na pewno zagłuszało prowadzoną półgłosem rozmowę, przeliczał pobrzękujące w jego dłoni monety.
- No to się zakładamy, Dryden. A wszyscy wiemy, że ty nigdy nie przegrywasz.
Phoebe stała zupełnie nieruchomo, jakby właśnie spadła z wielkiej wysokości. Wstrzymywała oddech, żeby tylko nic nie poczuć. Miękkość atłasowej wstążki, którą wciąż ściskała w palcach, nijak się miała do uczucia nadszarpniętej dumy, jakie ją przepełniało. Wpatrywała się w wymarzony kapelusz, który miał nigdy do niej nie należeć, a w tym czasie mężczyzna, którego również pożądała i który uważał, że nie jest odpowiednią kobietą do całowania, wybierał prezent dla innej kobiety. A potem pewnie wsiądzie do tego swojego wielkiego powozu i pojedzie nim do akademii, podczas gdy ona będzie musiała udać się tam piechotą i walcząc po drodze z wiatrem, będzie rozmyślała o tym, że zaraz po przyjściu podrze na strzępy swój stary kapelusz.
Przeklęci arystokraci.
Jakież to przykre, kiedy człowiek odkrywa, że jak reszta ludzi są zwykłymi śmiertelnikami i to na dodatek bardzo dziecinnymi.
Markiz gwałtownie się wyprostował, kolejny raz przypominając Phoebe, jaki jest wysoki.
- Ten, panie Postlethwaite. - Wybrał wachlarz z kremowego jedwabiu z namalowanymi na nim różowymi pączkami z wijącą się między nimi cienką pozbawioną kolców jasnozieloną łodyżką. Był piękny.
I jakżeby inaczej.
- Świetny wybór, sir! - Postlethwaite aż podskakiwał z radości za ladą.
Żaden z arystokratów nie spojrzał więcej na Phoebe.
- Dziękuję za listy, panie Postlethwaite - rzuciła, siląc się na wesoły ton. - I do zobaczenia.
Machając dłonią, opuściła sklep, jeszcze zanim Postlethwaite zdążył coś odpowiedzieć. Przechodząc obok legendarnego powozu, ledwie na niego spojrzała, chociaż każdy nerw w jej ciele domagał się, żeby się zatrzymała i nasyciła wzrok, i może nawet poklepała któregoś z koni po błyszczącym grzbiecie. Zamiast tego, nie zważając na wiatr, szybko ruszyła przed siebie. Ze sklepu do akademii droga wiodła pod górę. Phoebe nagle sobie uświadomiła, że całe jej życie było właśnie takie: zawsze miała pod górę i zawsze wiatr wiał jej w oczy. Dobrze się więc składało, że lubiła się wspinać, że lepiej się po tym czuła. Że ją to nawet wzmacniało.
I już po chwili wiatr usunął z jej policzków wywołany incydentem z markizem rumieniec upokorzenia, zastępując go zdrową wiejską czerwienią.