#GOYOUNG. Frankly in Love - David Yoon

Reflow text when sidebars are open.
Rozdział 2
debilna metafora
Sklep moich rodziców ma dwie nazwy, tak jak my z Hanną mamy po dwa imiona. Oficjalnie to Fiesta Hoy Market, ale nie będę nawet próbował tego przetłumaczyć, takie to idiotyczne. Druga jest bardzo prosta: sklep. To główna nazwa.
Rodzice pracują w sklepie codziennie - od rana do wieczora, w weekendy, święta, w Nowy Rok, 365 dni w roku, bez urlopu - odkąd przyszliśmy z Hanną na świat.
Nasza rodzina odziedziczyła sklep po starszej parze Koreańczyków, którzy przybyli do Stanów w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku z pierwszą falą emigracji. Żadnych pisemnych umów, nic takiego. Tylko polecenie przez przyjaciół, potem herbatka, kilka spotkań przy obiedzie i wreszcie głębokie ukłony, których ukoronowaniem były oburęczne przyjazne uściski dłoni. Właściciele pragnęli, by sklep pozostał w dobrych rękach. Dobrych koreańskich rękach.
Sklep znajduje się godzinę jazdy od dystopijnej doskonałości mojego domu na przedmieściach Playa Mesa. Mieści się w biednej, spalonej słońcem części południowej Kalifornii, którą zamieszkują w dużej mierze Meksykanie i Afroamerykanie. Zupełnie inny świat.
Biedni klienci przekazują moim rodzicom kartki na żywność, te zostają zastąpione pieniędzmi odkładanymi na studia dla mnie.
Tak właśnie wygląda najnowsza wersja amerykańskiego snu.
Mam nadzieję, że następna nie będzie polegała na kantowaniu ludzi na kartkach żywnościowych.
W tej chwili jestem właśnie w sklepie. Opieram się o ladę. Na środku znajduje się okrąg przypominający słój drzewa - wytarcie w lakierze ukazujące historię każdej transakcji na tym blacie: słodycze i piwo, i pieluchy, i mleko, i piwo, i lody, i piwo, i piwo, i piwo.
Kiedyś wyjaśniłem to mojemu przyjacielowi.
- Lokale na lotniskach są przydzielane według narodowości. Grecy dostają restauracje, Chińczycy pralnie, a Koreańczycy sklepy z alkoholem.
- A więc tak działa Ameryka - odparł wtedy Q i wziął bardzo ironiczny kęs swojego burrito.
W sklepie jest gorąco. Mam na sobie podziurawioną przez mole koszulkę Hardfloor w kolorze głębokiej czerni, pasującą do równie czarnych spodenek. Ale nie każda czerń jest taka sama. Czerń może być ciepła albo brązowa, a nawet fioletowa. Moje opaski na nadgarstek są na przykład w tęczowych odcieniach.
Wszystko, co powyżej stóp, musi być czarne, ale buty noszę w dowolnych kolorach. Jak intensywnie żółte tenisówki.
Tata nie włącza klimatyzacji, ponieważ od upału cierpią jedynie ciastka czekoladowe, a te trzyma w chłodni.
Za to ja oblewam się potem. Przyglądam się, jak trzy muchy przy wtórze ciągłego bzyczenia rysują w powietrzu niekończące się linie. Robię im zdjęcie i podpisuję: Muchy to jedyne stworzenia, które - przynajmniej w angielskim - zostały nazwane od ich głównego sposobu poruszania się[2].
Pomoc w sklepie nie ma większego sensu, ale rodzice nigdy w życiu nie pozwoliliby mi na normalną pracę.
"Ty uczyć się dobrze, a może zostać doktorem" - mawia ojciec.
"Albo słynny prezenter w telewizji" - dodaje mama.
Nie wiem, skąd jej się to wzięło.
Tak czy inaczej, do sklepu przychodzę tylko raz w tygodniu, w niedzielę, i wolno mi pracować wyłącznie przy kasie - żadnego sprzątania, układania towaru, zajmowania się dostawami. Mama jest w domu i odpoczywa po porannej zmianie, teraz jest kolej na tatę i na mnie. Przypuszczam, że to spisek: mama zapewne chce, żebym zacieśnił więzi z ojcem, zanim wyjadę na studia. Czas ojca i syna. Głębokie rozmowy.
Tata zapina na sobie pas obciążeniowy i zaczyna pchać wózek pełen pudeł wysokoprocentowego piwa. Przypomina trochę hobbita: jest niski, krępy, ma masywne nogi, a do pasa, zamiast sakiewki z cennym bilonem, przytroczył nóż do cięcia kartonów. Chociaż zbliża się do pięćdziesiątki, nadal ma wszystkie włosy. Pomyśleć, że zrobił licencjat w Seulu i wylądował tutaj. Zastanawiam się, ilu imigrantów jest w takiej sytuacji: pracują fizycznie, chociaż zdobyli wyższe wykształcenie.
Wyłania się właśnie z ciemnej paszczy naszej chłodni.
- Ty jeść - mówi.
- Okej, tato.
- Idź do taco. Obok. Tu pieniądze. - Podaje mi dwadzieścia dolarów.
- Okej, tato.
Bardzo często mówię Okej, tato. Nasze rozmowy nie sięgają głębiej. Nie ma takiej możliwości. Angielski mojego ojca jest kiepski, a ja praktycznie nie znam koreańskiego. Wychowałem się na grach komputerowych i niezależnych filmach. A tata? Nie mam pojęcia, na czym się wychował.
Kiedyś wypytywałem go o dzieciństwo. O podstawy. Na przykład jakim cudem stać go było na luksus studiowania, w końcu dorastał w wielkiej biedzie. Mama zresztą tak samo, ich wczesna młodość przypadła na trudne czasy, jeszcze przed gospodarczą eksplozją pod koniec lat osiemdziesiątych. Tata opowiadał, jak chodził łowić kraby w rzece, gdy brakowało im jedzenia. Wielu mieszkańców głębokich prowincji tak właśnie robiło.
- Maleńkie kraby, wszystkie kotłować się w moja sieć - mówił. - Kotłować się na sobie, deptać na twarz, żeby wyjść do góry.
- Okej - odpowiedziałem.
- Taka jest Korea.
Ale kiedy zapytałem go, co ma na myśli, zakończył rozmowę słowami:
- Ameryka lepsza. Ty się uczyć, iść na studia. Więcej możliwości.
W ten sposób zamyka większość dyskusji, nawet tych, które zaczynają się niewinnymi pytaniami typu: Jak to się stało, że nigdy nie mówiliśmy w domu po koreańsku? albo: Dlaczego większość starych Koreańczyków ubóstwia Chivas Regal[3]?
Weszło nam w krew, że te rozmowy kończą się zwykle słowami Okej, tato.
- Okej, tato - mówię.
Zabieram komórkę i wychodzę na jeszcze większy upał. Na pustym parkingu rozbrzmiewa głośna ballada meksykańska płynąca z wnętrza carniceri?a[4]. Zapewne ma na celu budzić radosny nastrój i zachęcać klientów, by weszli do środka. Nie działa.
?Dzisiaj impreza!
Słyszę wibracje telefonu. To Q.
Witaj, stary. Wybierzemy się do LA? Dziś jest darmowy wstęp do muzeów. Jedzie parę osób.
Bardzo nad tym ubolewam, staruszku, ale mam SPOTKANIE.
Q odpisuje:
Będzie mi brakowało pańskiego towarzystwa, sir.
A mnie Twojego, dobry człowieku.
Q wie, co oznacza "spotkanie".
To zgromadzenie pięciu rodzin, co brzmi jak zlot mafii, w rzeczywistości jednak chodzi o znajomych moich rodziców, którzy spotykają się na posiłku w jednym z domów.
Zupełnie zwyczajne, a jednocześnie absolutnie niezwykłe wydarzenie. Zwyczajne, bo to po prostu kolacja, a niezwykłe, ponieważ wszystkie pięć par poznało się na uniwersytecie w Seulu, zaprzyjaźniło, przeprowadziło razem na południe Kalifornii, by zacząć nowe życie, i przez parę dekad spotyka się miesiąc w miesiąc razem z rodzinami.
Dzień dobiega końca. Tata się przebiera - zamienia strój właściciela sklepu na coś bardziej stosownego: nową koszulkę polo w kolorze melanżowej szarości. Koszulkę roztaczającą wokół aurę sukcesu i powodzenia. Gasimy światła, zamykamy sklep. Kolejne czterdzieści minut spędzamy w samochodzie, w drodze do Kimów.
Tym razem jest ich kolej i muszę przyznać, że przeszli samych siebie: brazylijski grill z ladą do krojenia mięsa, obsługiwany przez prawdziwego Brazylijczyka, który przepytywał wszystkich obecnych ze słówka wieczoru (chu-rra-sca-ri-a), do tego degustacja win oraz siedemdziesięciocalowy telewizor w salonie z zestawami VR[5], żeby dzieciaki mogły się bawić w eksploratorów morskich głębin.
Wszystko krzyczy głośno: Doskonale sobie radzimy w Ameryce! A wy?
Pośród tych totemów sukcesu znajdują się także dzieci, zwłaszcza starsze, czyli my. Przyszliśmy na świat mniej więcej w tym samym czasie. Chodzimy do równoległych klas. Jesteśmy tematami rozmów i opowieści, zupełnie jak celebryci. Ten i ten został kapitanem drużyny w pięcioboju. A ta i ta ma najlepszą średnią w całej szkole.
Bycie totemem to szalenie męcząca rola, dlatego chowamy się w pokoju gier czy gdzie tylko jest miejsce. Tymczasem młodsze dzieciaki szaleją na zewnątrz, a dorośli upijają się i śpiewają dwudziestoletnie koreańskie piosenki, których nikt z nas nie rozumie. W takich okolicznościach narodziła się między nami wyjątkowo dziwna przyjaźń:
- Spotykamy się na cztery godziny raz w miesiącu.
- Przez ten czas nie wychodzimy z pokoju, chyba że coś zjeść.
- Nigdy nie widujemy się poza spotkaniami.
Spotkania to zupełnie inny świat. Przypominają pewną wersję koreańskiej wieczności zatopioną w bursztynowej bańce - Koreę z początku lat dziewięćdziesiątych, którą moi rodzice i wszyscy ich znajomi przywlekli do Stanów - jednak bańka pękła. Koreańczycy w Korei żyją dalej, stali się bogatsi, bardziej obyci. Tymczasem amerykańskie dzieci za drzwiami domu Kimów tańczą i grają do koreańskiego popu puszczanego na wielkich ekranach telewizyjnych.
Podczas spotkań czas zamiera na kilka godzin. My, dzieci, jesteśmy tu tylko ze względu na rodziców. Czy w innych okolicznościach też byśmy się spotykali? Pewnie nie. Ale nie możemy siedzieć przez cztery godziny, ignorując się nawzajem, bo to byłoby strasznie nudne. Dlatego gadamy i filozofujemy, aż nadchodzi pora rozejścia się do domów. Pora, by życie znów wypuściło nas do świata spoza spotkań, w którym czas płynie dalej.
Nazywam nas zawieszonymi.
Co miesiąc napawa mnie przerażeniem konieczność odbycia kolejnego dziwacznego spotkania z zawieszonymi, kolejnego utkwienia między światami. Ale co miesiąc przypominam sobie, że zawieszeni są całkiem w porządku.
Na przykład John Lim (liczba liter: siedem), który stworzył własną grę pięknie się sprzedającą w App Store.
Albo Ella Chang (dziewięć liter), która wymiata w grze na wiolonczeli.
Czy też Andrew Kim (dziewięć), który razem ze swoim partnerem z YouTube'a napisał całkiem popularną książkę.
Kiedyś uważałem, że liczenie liter w imionach i nazwiskach to koreańskie dziwactwo.
Ale to nie jest koreańskie dziwactwo, tylko zwykłe dziwactwo.
Myślę, że człowiek, który jest gotów zamieszkać w zupełnie obcym kraju, musi być także gotowy na stworzenie własnych dziwnych tradycji. Dziwaczność rodzi dziwactwa.
A także daje dzieciakom niezwykle szczęśliwe życie, za co jestem dozgonnie wdzięczny.
Naprawdę.
Podczas dzisiejszego spotkania zawieszeni zadekowali się w pokoju Andrew i grają w bijatykę na kompie.
- Hej - mówię.
- Hej - odpowiadają.
John Lim steruje swoim kontrolerem w powietrzu, jakby miało mu to w czymkolwiek pomóc. Andrew Kim syczy z wysiłku. Ella Chang spokojnie kopie wszystkim tyłki zza swoich rogowych oprawek.
- Chcesz zagrać? - pyta.
- Za chwilę.
Brakuje jednej osoby. Kręcę się po domu, dopóki jej nie znajdę: Joy Song siedzi samotnie pośród wielkich klocków Lego w pastelowym pokoju młodszej siostry Andrew Kima.
Joy Song (liczba liter: siedem), drugie imię Yu-Jin Song (dziewięć).
Kiedy mieliśmy po pięć, sześć, siedem lat, wykradaliśmy smakołyki ze stołu, zanim wszyscy zasiedli do posiłku. Stawaliśmy na krześle, trzymaliśmy makaron najwyżej jak się dało, a potem opuszczaliśmy go w otwarte usta stojącej niżej osoby. Wkładaliśmy sobie nawzajem źdźbła trawy w majtki, aż kiedyś przypadkiem dojrzałem jej intymny fragment i zrozumiałem, że czas zacząć się bać dziewczyn. Od tamtej pory się ich boję.
Teraz Joy Song siedzi w kącie i wydyma wargi. Zerka na mnie - a, to tylko Frank - i nie rezygnuje z grymasu. Ta mina nadaje pewną krnąbrność jej twarzy składającej się głównie z delikatnych owali. Joy wraca do tego, co robiła, czyli ustawia klocki w szeregu.
Słucha też muzyki przez maleńkie głośniczki w komórce, co brzmi jak krzyk owadów.
- Czy to nie jest najlepszy sposób słuchania muzyki? - pytam. - Absolutne poszanowanie artystycznych zamysłów jej twórców.
- Cześć, Frank - odpowiada bez radości w głosie.
- Jak leci?
- Niewiele - mówi, zapewne odpowiadając na jakieś inne pytanie, które narodziło się w jej głowie.
Siadam przy stosie klocków i znów czuję się jak dziesięciolatek.
- Chcesz coś zbudować?
- Chodzi o to, że te normalne to tworzywo ABS, a te przezroczyste to poliwęglan - mówi.
- O-kej. - Zauważam, że Joy zmieniła kolor włosów. Na zewnątrz widzę jej własne ciemnobrązowe, ale spod spodu przebija od czasu do czasu limonkowa zieleń.
Joy przeczesuje włosy palcami - pojawia się zieleń - i zamiera, przytrzymując głowę. Zastyga w zamyśleniu.
- Nie da się wydrukować na drukarce 3D ani tworzywa ABS, ani poliwęglanu. A przynajmniej ja nie umiem. Nie mam odpowiedniego sprzętu.
Puszcza włosy, zieleń znów się chowa pod brązem.
Chodzimy z Joy do tej samej szkoły: Palomino High, ale nie mamy razem żadnych zajęć. Nikt poza zawieszonymi nie ma pojęcia, że się znamy. Gdy mijamy się na korytarzu, patrzymy na siebie i idziemy dalej.
Kiedy o tym pomyślę, zaczynam się zastanawiać, dlaczego właściwie zawieszeni nie widują się poza spotkaniami.
- Zbudujmy wieżę - proponuje Joy.
Robimy to, co mieliśmy kiedyś w zwyczaju: stawiamy wieżę cztery na cztery z kolorów tęczy w malejącej kolejności: ROYGBIV. Cegiełka po cegiełce, klocek po klocku. Pracujemy długo, w milczeniu.
Nagle docierają do nas dźwięki imprezy. Podnoszę głowę i widzę, że do pokoju zagląda moja mama. Nic nie musi mówić. Wystarczy, że popatrzy na mnie, potem na Joy, a usta uniosą się jej w znaczącym uśmiechu.
Mama znika, a Joy przewraca oczami i wydaje z siebie jęk.
- Joy, czy wyjdziesz za mnie, żeby rody Li i Song mogły połączyć się w jedną wielką rodzinę? - pytam.
- Przymknij się! - woła i rzuca we mnie klockiem. Ma dziwaczny śmiech, jak dźwięki wydawane przez stado wiewiórek. - O Boże, ale to życie jest popierdolone - mówi w końcu.
- Co się stało?
- Wu. Znasz Wu.
Oczywiście, że znam Wu. Z pochodzenia Chińczyk, trzecie pokolenie mieszkające w Stanach. Ma metr osiemdziesiąt osiem wzrostu, osiemdziesiąt pięć kilo niezłych mięśni - książę i wojownik o sokolim wzroku, zagubiony w dżungli amerykańskiej szkoły średniej. Wystarczy jedno jego spojrzenie, a dziewczyny wpadają na ściany i szafki.
Wu z wielkim prawdopodobieństwem pójdzie na studia na Uniwersytet Południowej Kalifornii w Los Angeles. Studiowali tam jego rodzice i teraz ich samochody mają rejestracje w ramkach z nazwą uczelni. Nadal jeżdżą tam na mecze piłki nożnej.
Kiedyś widziałem, jak Wu i Joy całują się między kolumnami, a widok jej owalnej szczęki poruszającej się razem z jego kanciastą wzbudził we mnie paraliżującą mieszankę obrzydzenia i fascynacji. Coś, co zwykle ogarnia człowieka, gdy patrzy na rzecz, z której istnienia zdawał sobie wprawdzie sprawę, ale nie sądził, że zobaczy to kiedykolwiek na własne oczy.
Q uważa, że Joy jest śliczna. Jako mój niespotkaniowy przyjaciel ma oczywiście prawo do takiego zdania.
Wu to Wu Tang[6].
Wiem, wiem.
- Wu ciągle nawija, że chce poznać moich rodziców - ciągnie Joy. - Odmawiam, a on nalega. Pokłóciliśmy się o to bardzo.
Żeby zrozumieć, w czym problem, należy wiedzieć, że praktycznie każdy kraj azjatycki na jakimś etapie historii nienawidził wszystkich pozostałych. Koreańczycy nienawidzili Chińczyków, ci nie cierpieli Koreańczyków - i tak jest od zawsze. Chińczycy byli także pełni nienawiści do Japończyków, którzy nie znosili Koreańczyków, którzy nienawidzili Tajlandczyków, którzy z kolei nie cierpieli Wietnamczyków - i tak dalej. Każde państwo było kiedyś najeźdźcą pozostałych, a pozostałe dokonywały aktów agresji na wcześniejszego najeźdźcę. Wiecie, jak Europejczycy się nawzajem nienawidzą? W Azji jest tak samo.
- Stresujące - mówię, marszcząc brwi.
Właśnie doszliśmy do zielonych klocków. Podnoszę jeden z nich i zauważam, że ma dokładnie taki odcień, jak zieleń schowana w jej włosach.
- Nie mam problemu z chłopakami - odpowiada Joy. - Mam problem z chińskimi chłopakami.
Koreańczycy nienawidzący Chińczyków nienawidzących Koreańczyków: bla, bla, bla.
- Rasiści - mówię, na co Joy kiwa głową.
Wie, że mam na myśli jej rodziców. Wiem również, że w tym momencie jedno z nas powinno wspomnieć Hannę. Tylko o czym tu mówić? Jest wiele do powiedzenia, ale ja już o wszystkim opowiadałem tyle razy, że więcej nie muszę. Jestem wykończony gadaniem o tym.
Nasi rodzice są rasistami. Żałuję, że tak jest, i tęsknię za Hanną. Chciałbym, żeby było inaczej. Nasi rodzice to rasiści. Brakuje mi Hanny.
Stawiamy wieżę tak długo, aż dochodzimy do fioletowej warstwy. Na podłodze walają się już tylko białe, czarne i brązowe klocki.
- Co z nimi zrobimy? - pytam. - Nie pasują do spektrum tęczy.
To idiotyczna i bardzo oczywista metafora. Joy uderza mnie w czoło, by to podkreślić.
- O matko, debilna metafora - mówi.
Patrzymy na siebie w milczeniu.
- Pieprzeni rodzice - dodaję.
Rozdział 3
bardziej lepiej
Mama odwozi mnie i tatę do domu. Diamond Ranch dzieli od Playa Mesa kawał drogi. Dzielnica jest koreańska, potem przeradza się w meksykańską, dalej wjeżdżamy na obszar zamieszkany głównie przez Chińczyków, potem znów Meksykanie i na końcu biali.
Playa Mesa to dzielnica białych.
Już w pierwszej meksykańskiej tata cicho rzyga do kubka po kawie.
- Ble! - mówi mama. - Ty za dużo pić, tata.
- Jest okej.
- Ech. - Mama opuszcza wszystkie szyby.
Tata zakrywa kubek wieczkiem i opiera głowę o fotel, przymykając powieki. Z otworu w przykrywce wystaje słomka - zupełnie jakby diabeł przygotował napój i czekał, kto się odważy spróbować.
Świeże powietrze powoli rozprasza smród.
- Nie pij jak tata, okej? - mówi mama, patrząc na mnie w lusterku wstecznym.
- Okej, mamo.
- Raz jeden człowiek pić całą noc, pić za dużo? Iść spać, wymiotować i udławić się we śnie? I umrzeć.
Słyszałem już wcześniej tę historię.
- Okropność - mówię.
- Ty nie pij, tak?
- Mamo, naprawdę nie masz się czego obawiać.
Bo tak jest. W całym swoim życiu miałem może ze dwa razy okazję skosztowania drinka i żadnego nie dokończyłem. To samo z moim najlepszym kumplem Q, jego siostrą Evon oraz resztą naszych przyjaciół. Jesteśmy trzeźwi aż do bólu, chodzimy razem na rozszerzenia i dlatego nikt nas nie zaprasza na imprezy i wiążące się z nimi okazje spożywania napojów wyskokowych. A nawet gdyby nas zapraszano, i tak byśmy nie pili.
Jesteśmy z rozszerzeń. Nie chodzimy na spotkania przy piwie ani na ostre nawalanki. Zamiast imprezować, wolimy znaleźć jakiś pusty parking i w środku nocy urządzać sobie przy rozstawionym stoliku czytanie sztuki Rosencrantz i Guildenstern nie żyją. Ładujemy się wszyscy do mojego auta, nastoletniej Consty, jak ją nazwałem, z napędem na przednie koła i szybami opuszczanymi ręcznie, a potem jedziemy w kierunku Las Vegas, by obejrzeć deszcz meteorów albo dobrze się przyjrzeć Mieczowi Oriona na nieskazitelnie ciemnym pustynnym niebie. Gwoli wyjaśnienia: nigdy nie kontynuujemy podróży do samego Las Vegas. Co się dzieje w Las Vegas, co zostaje w Las Vegas - kogo to obchodzi? Zawracamy, jedziemy do domu i rozmyślamy o życiu poza Ziemią, o tym, czy kiedykolwiek spotkamy kosmitów i czy oni nas ignorują dlatego, że jesteśmy tak żenująco prymitywni. A może paradoks Fermiego to prawda i w rzeczywistości jesteśmy jedynymi inteligentnymi istotami w całym wszechświecie?
Na drodze nie ma większego ruchu, od czasu do czasu ktoś nas wymija z prędkością stu trzydziestu kilometrów na godzinę - a już dotarliśmy do chińskiej dzielnicy. Co nie umyka uwadze mojego ojca.
- Wszystko chińskie - zaczyna. - Kiedyś meksykańskie, a teraz chińskie. Przejmują wszystko. Zobaczcie te napisy, HONG FU XIAN, ha, ha, ha.
- Czang-czong-czing-czong? - śmieje się mama.
- Ale jesteście - mówię.
- Oni jeść wszystko - kwituje tata. - Uszy świni, ogon świni, kurze stopy, wszystko.
Z zażenowania zasłaniam sobie twarz kolanem. Koreańczycy też zajadają się (otwórz cudzysłów) dziwnymi (zamknij cudzysłów) potrawami: strzykwami, żywymi ośmiornicami, galaretą z żołędzi - to absolutne smakołyki. Wszyscy na całym świecie - biali, czarnoskórzy, Indianie, Jamajczycy, Meksykanie - jedzą dziwaczne, choć smaczne rzeczy.
Chciałbym to powiedzieć, lecz wiem, że do niczego mnie to nie zaprowadzi. Moi rodzice są święcie przekonani, że Koreańczycy są wyjątkowym narodem.
- Czang-czong-czing-czong? - powtarza mama.
Tata wybucha śmiechem, przytrzymuje swój piekielny napój, a ja przez ułamek sekundy wyobrażam sobie rodziców w czasach, zanim się urodziliśmy. To paradoksalnie słodka scena. Szepczą do siebie czule po koreańsku, którego nie rozumiem, nie licząc niespodziewanego słowa jjangkkae, czyli kitajec - pogardliwego określenia Chińczyka.
Gdybym był normalnym nastolatkiem, zatopiłbym się teraz w lustrze dla małp, jak Q nazywa smartfony, i dawałbym gówniane lajki gównianym postom, może nawet pisałbym na jakiś temat, gdybym akurat poczuł wenę. Ale i tak odezwałaby się choroba lokomocyjna, więc mogę tylko uczestniczyć w tym rasistowskim wydarzeniu.
- Jesteście takimi rasistami - mówię.
Przyzwyczaiłem się do tego na tyle, że nawet nie chce mi się z nimi kłócić. To tak, jakby zmuszać wiatr do zmiany kierunku. Zdajecie sobie sprawę, że zanim tu przybyliście, Stany Zjednoczone Ameryki Północnej były zamieszkane przez nie-Koreańczyków? - pytałem kiedyś. Zdajecie sobie sprawę, że Korea to maleńki kraj, a świat jest pełen ludzi, o których nic nie wiecie?
Dyskusje z rodzicami są pozbawione sensu, ponieważ wiatr wieje tak, jak chce, zgodnie ze swoją własną, wkurzającą wietrzną logiką. Tylko szaleniec próbowałby ich zmienić, zwłaszcza gdy każdą rozmowę kończą swoją główną linią obrony: Tylko żartowaliśmy. Tak jak teraz.
- Nie jesteśmy. - Mama jest urażona. - Tylko żarty.
- Joy Song ma chłopaka, to Chińczyk, trzecie pokolenie imigrantów - mówię.
Nieeee, oczywiście, że tego nie powiem. Zamieniłbym życie Joy w piekło, bo moja mama natychmiast zadzwoniłaby do jej mamy, jak to ma w zwyczaju. A potem Joy zbudowałaby w garażu drona i zaprogramowała go tak, żeby we śnie rozwalił mnie laserami na kawałki.
Ale świerzbi mnie, żeby to powiedzieć. Ponieważ żyjemy w Ameryce i ponieważ chcę coś zmienić. Czy wy wiecie - powiedziałbym - że Koreańczycy stanowią zaledwie pół procent populacji USA? Myśleliście o tym, zanim tu przyjechaliście? Sądziliście, że będziecie w stanie przez całe życie unikać pozostałych dziewięćdziesięciu dziewięciu i pół procent?
Nie mówię tego, rzecz jasna. Mówię o Q.
- A gdyby Q był Chińczykiem? Też byście przy nim robili te swoje czing-czongi?
- Nie! - Mama wydaje się wręcz urażona.
- Czyli tylko za jego plecami?
- Nie, Frank.
- A nazywacie go za plecami geomdungi?
- Frank, aigu[7]! - Mama patrzy na mnie wściekle w lusterku. Geomdungi to pogardliwe określenie czarnoskórej osoby.
- Q jest okej - odzywa się tata. Ma zamknięte oczy, wygląda, jakby mówił we śnie. Brzmi rozsądnie i uspokajająco, nawet jeśli jest pijany. - Q jak rodzina. Lubić Q.
Twierdzi tak, chociaż Q był u nas w domu zaledwie kilka razy w ciągu wielu lat naszej przyjaźni. Ma to swoje przyczyny.
Chodzi o uśmiechy. Rodziców, ale i Q. Wszyscy się uśmiechają szeroko, jakby nie było czuć między nami obecności Hanny. Ta pokrętna logika wiatru w wykonaniu moich rodziców: Q jest w porządku - to przyjaciel i, co najważniejsze, chłopak. Nie ma zagrożenia dla nazwiska rodowego.
Ale ja i tak się boję, że rodzice rzucą bezmyślnie coś, co urazi mojego najlepszego kumpla. Dlatego podczas jego nielicznych wizyt w moim domu staram się maksymalnie wszystko uprościć i przyspieszyć: przywitaj się z moimi rodzicami, uśmiech, uśmiech, uśmiech, po schodach na górę i prosto do mojego pokoju, żeby pograć w gówniane stare gry na moim gównianym starym kompie. W rezultacie przesiaduję najczęściej u niego, to zdecydowanie łatwiejsze niż te wszystkie uśmiechy.
W samochodzie panuje cisza, nie licząc świstu wiatru. Przez chwilę łudzę się, że udało mi się przeforsować swoją opinię, że zniknęły rozliczne argumenty przeciwko, umysły się naprostowały, wszyscy jesteśmy jedną rasą ludzką. Znajdujemy się w Stanach Zjednoczonych, marzę o tym, by kiedyś wszystkie przepaście zostały zasypane.
Jednak mój ojciec nie daje za wygraną.
Dalej gada w tym swoim niby-śnie.
- Q jest honorowym białym. Ty wiedzieć, co to?
- Nie jest nikim takim! - oponuję, ale taty to nie powstrzymuje.
- Tata, śpij - wtrąca mama.
On jednak nie ma zamiaru drzemać.
- Czarni ciągle nie mieć pieniądze. Tylko gangi, zbrodnie, zło. Robić za dużo dzieci. Tacy być czarni.
- Jezu, tato! - Mogę tylko pokręcić głową na te słowa. Pijackie marudzenie ojca nie jest mi obce. Skupiam się na linii namalowanej na asfalcie, śledzę wzrokiem, jak się podnosi i opada, a potem rozdziela na dwie. Zmieniamy pas, opony podskakują.
Wtedy odzywa się mama.
- Tak - mówi. - Zastanawiać się, dlaczego oni tak zachowywać. Nasi klienci? Oni tacy dokładnie.
- Czyli wszyscy czarnoskórzy są tacy, jak mówicie - warczę do szyby. - Każda jedna czarnoskóra osoba na tej planecie.
- Dziewięćdziesiąt osiem procent - odpowiada mama, która uwielbia wymyślać dane statystyczne.
Zresztą tata też. To cholernie wkurzające.
- Bieda i dziesiątki lat regularnej polityki rasistowskiej nie mają żadnego znaczenia, prawda?
- Rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty drugi - mówi mama. - My przylecieć do Ameryki i mieć tylko trzysta dolarów. I tyle. Przez prawie dwa lata mieszkać u przyjaciół. U państwa Choi. Zupa shin ramyun i kimchi tylko dwa razy do roku.
Nie słucham reszty.
Rodzice są jak potężny lodowy mur ignorancji, a ja jestem samotnym żołnierzem uzbrojonym w miecz. Nie będę się porywał na coś takiego. Bardzo brakuje mi Hanny. Wiecznie się z nimi sprzeczała, argumentowała tak, jak argumentuje prawnik, którym się stała. Nie była gotowa ustąpić nawet o milimetr, za żadne skarby. Szła na całość i czekała na odpowiedź.
Gdzie zaczyna się koreańskość i gdzie się kończy?
A co z dziećmi, które urodziły się okupantom chińskim i japońskim? Co z kobietami do towarzystwa? Trzeba im zabrać koreańskie paszporty?
Nie sądzicie, że aby być stuprocentowym Koreańczykiem, trzeba żyć w Korei?
Nie wydaje wam się, że stuprocentowy Koreańczyk powinien posługiwać się płynnie językiem koreańskim?
A co ze mną i z Frankiem?
Kiedyś uważałem, że moja siostra jest odważna, ale teraz zastanawiam się, czy odwaga jest warta zachodu. Odważni idą do walki jako pierwsi, a to oznacza, że pierwsi dostają łupnia.
Czekam, aż w samochodzie zapanuje cisza, i zadaję pytanie:
- A co, gdybym spotykał się z kimś czarnoskórym? - Chciałbym dodać: jak Hanna, ale tego nie robię.
- Frank, ty przestać - protestuje mama i rzuca mi poważne spojrzenie. To wcale nie jest zabawne, mówi jej wzrok. Zerka na tatę, ale on śpi. Jego kubek zaczyna się niebezpiecznie przechylać, więc mama stawia go w uchwycie pomiędzy fotelami, co jest jeszcze bardziej obrzydliwe.
- A co powiesz na rasę białą?
- Nie - odpowiada mama.
- A więc tylko Koreanki.
Mama wzdycha.
- Ty mieć biała dziewczyna?
- Nie.
- Nie rób tego. Nigdy. Lepiej duże oczy. Ładne.
Mama ma obsesję na punkcie wielkich oczu u dziewczyn. To samo mama Joy oraz rodzice pozostałych zawieszonych. Kiedyś próbowaliśmy zrozumieć, skąd się to wzięło, ktoś z nas rzucił, że z pewnością ma to związek z okrągłookimi amerykańskimi żołnierzami ratującymi Koreańczyków przed wojną domową, co zaowocowało analizą rozmiaru oczu generała MacArthura, co z kolei zrodziło teorie na temat wielkich oczu u postaci w japońskich anime, co doprowadziło do burzliwej dyskusji, połączonej z rzucaniem klockami Lego, na temat tego, czy lepsza jest japońska manga, czy może koreańska manhwa[8].
- Ty się ożenić z Koreanką - mówi mama. - Tak łatwiej.
Przyciskam nasadę dłoni do oczu.
- Łatwiej dla was. - Mam ochotę dodać, że mam w nosie, czy ona będzie Koreanką, ale już próbowałem pokonać ten mur i wiem, że jest wyjątkowo mocny i trwały.
- Nie tylko - odpowiada mama z oburzeniem. - Łatwiej dla wszystkich. Koreańska dziewczyna, my się spotykać z jej rodzicami, rozmawiać po koreańsku. Lepiej się czuć, bardziej lepiej. My razem jeść koreańskie dania i chodzić do koreańskiego kościoła razem. Bardziej lepiej.
- Bardziej lepiej dla was.
- Nie! - Mama podnosi głos. - Zrozumiesz, kiedy masz dziecko. Okej: wyobraź, że masz dziecko mieszane. Okej? Ludzie mówić: och, a jaka to narodowość to dziecko? To kłopot dla dziecka. I dla ciebie! Kim dziecko jest? Pomyśl o dziecku.
Myślę o dziecku. Nie swoim, ale przyszłym potomstwie Hanny i Milesa. Widywałem już dzieci o mieszanym pochodzeniu i jak wszystkie maluchy są po prostu urocze. Kto mógłby być tak okrutny, żeby odrzucić dziecko tylko dlatego, że jest mieszańcem?
O czym ja w ogóle rozmyślam? Nienawidzę słowa mieszaniec. Jeszcze kilka pokoleń wstecz tak nazywano dzieci par francusko-rosyjskich, a teraz mówi się o nich po prostu białe. Mieszaniec to mózgościsk, coś, co tylko miesza mi w głowie.
Poddaję się.
- Okej, mamo.
- Ja znać miłe dziewczyny - mówi mama, już spokojna.
Rozmasowuję sobie skronie. Dotarliśmy do końca rozmowy i nie zostało już nic do powiedzenia oprócz Okej, mamo.
- Okej, mamo.
Rozdział 1
jezioro miłosne
Czwarta klasa została rozpoczęta.
Prezentuje się to zdecydowanie lepiej niż Zaczęliśmy czwartą klasę. Jeśli zdanie wypowie się odpowiednio, brzmi, jakby jedyny ocalały po walce rycerz przynosił wieści zdruzgotanemu, przerażonemu królowi, stojącemu u progu największej klęski swojego życia. Wasza Wysokość, jesteśmy świadkami początku końca klanu Li.
Tak na marginesie - w tym scenariuszu to ja odgrywam rolę króla, to ja jestem zdruzgotany i przerażony.
Albowiem właśnie rozpocząłem czwartą klasę.
Czasami wracam wspomnieniami do czasów sprzed pół roku, do cudnych miesięcy trzeciej klasy. Jak my pląsaliśmy po łąkach po egzaminie PSAT: próbnej maturze, przygotowaniu do SAT, który w miejscowości Playa Mesa, położonej w Kalifornii, na terenie Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, jest powszechnie wykorzystywany do ocenienia, czy młoda istota ludzka nadaje się do placówki edukacyjnej wyższego stopnia.
To SAT. Ale próbny egzamin?
To tylko próba - powtarzaliśmy sobie. - Gówno warta i kompletnie się nielicząca.
Leniwie odpoczywaliśmy w słońcu, żartując na temat pewnego egzaminacyjnego tekstu o eksperymencie naukowym, który sprawdzał, czy psom łatwiej będzie przewrócić kosz (łatwiej), czy pociągnąć za sznur (trudniej), by zdobyć jedzenie. W oparciu o tekst oraz wykres numer 4 należało zdecydować, czy psy:
a) raczej podejmowały się zadania ze sznurem czy raczej z koszem,
b) były bardziej sfrustrowane zadaniem ze sznurem czy z koszem,
c) były skłonne zdenerwować się na opiekunów, że zmuszają ich do tak idiotycznych zadań, zamiast dać im żarcie w cholernej misce jak normalni ludzie,
czy może:
d) z przerażenia drapały się pazurami po pyskach.
Poprawną odpowiedzią było d.
A potem nadszedł dzień ogłoszenia wyników i dostałem 1400 punktów na 1520 możliwych, czyli znalazłem się gdzieś w okolicy 96 centyla. Przyjaciele natychmiast pospieszyli z radosnym, spontanicznym przybijaniem mi piątek, ale każde klaśnięcie brzmiało dla mnie jak zatrzaskiwanie szczelnych drzwi krypty.
Celowałem w 1500 punktów.
Na wieść, jak mi poszło, rodzice popatrzyli na mnie z niedowierzaniem i litością, jakbym był martwym wróblem znalezionym w parku. Mama powiedziała nawet - poważnie, nie żartuję: Nie martw się. Nadal cię kochamy.
Tylko dwa razy usłyszałem z jej ust słowa kocham cię. Wtedy gdy dostałem 1400 punktów z próbnej matury oraz wcześniej, gdy miałem dziesięć lat i zadzwoniła do mnie po pogrzebie swojej matki w Korei. Nie polecieliśmy do Korei - ani ja, ani Hanna. Tata był w sklepie, więc i jego ominął ten wyjazd.
Z perspektywy czasu uważam, że to dziwne, iż nie byliśmy tam wszyscy razem.
Ale w głębi duszy się cieszę. Spotkałem babcię tylko raz, gdy miałem sześć lat. Ona nie mówiła po angielsku, ja nie znałem koreańskiego.
Może więc nie ma wcale nic dziwnego w tym, że nie pojechaliśmy całą rodziną na pogrzeb.
Z kolei tata powiedział, że mnie kocha, dokładnie zero razy.
Ale wróćmy do wyników próbnego egzaminu PSAT.
Wynik rzędu 1500 punktów byłby wskaźnikiem, probierzem, indykatorem, symptomatem - można użyć wielu innych określeń z kompletnie już teraz nieprzydatnego repetytorium leksykalnego przygotowującego do PSAT-u - punktacji, jaką mógłbym osiągnąć na egzaminie SAT. Oznaczałby, że z dużym prawdopodobieństwem uzyskam na tyle dobry rezultat, iż będę mógł startować na Harvard, który zdaniem moich rodziców jest uczelnią numer jeden w całych Stanach.
1400 punktów przełoży się na możliwość studiowania na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, co w oczach moich rodziców stanowi zaledwie żałosną nagrodę pocieszenia w porównaniu z Harvardem. Czasami, ot tak, na ułamek sekundy, ulegam ich wpływowi, ogarnia mnie mózgościsk i zaczynam sam myśleć, że kurczę, Berkeley jest do dupy.
To moja starsza siostra, Hanna, wymyśliła określenie mózgościsk. Hanna mieszka w Bostonie, niedaleko innego Berkeley: Akademii Muzycznej Berklee. Mojej wymarzonej uczelni. Oczywiście rodzice już dawno pozbawili mnie złudzeń, że pozwolą mi tam pójść. Muzyka? Z czego ty żyć? Za co ty jeść?
Hanna też ma dwa imiona: Hanna Li (liczba liter: siedem) oraz Ji--Young Li (dziewięć). Tata nazwał ją Honali na pamiątkę popularnego hymnu miłośników marihuany z lat sześćdziesiątych: Puff, the Magic Dragon[1], udającego dziecięcą piosenkę. Jakimś cudem w latach siedemdziesiątych utwór ten dotarł do liceum w Seulu. Oczywiście tata nigdy w życiu nie palił trawki. Zupełnie nie miał pojęcia, o czym śpiewa.
Hanna jest starsza i była idealnym dzieckiem. Rodzice kazali jej się dobrze uczyć, więc przynosiła najlepsze oceny z góry na dół. Kazali jej iść na Harvard, więc poszła, i skończyła go z wyróżnieniem. Potem rozpoczęła studia prawnicze na Harvard Law School i od razu przeskoczyła wszystkich swoich rówieśników w firmie konsultingowej Eastern Edge Consulting w centrum miasta. Firma specjalizuje się w negocjowaniu idiotycznych patentów dla korporacji obracających miliardami dolarów. Teraz, ze swojego domowego biura na szczycie Beacon Hill, zajmuje się także funduszami inwestycyjnymi. W tygodniu nosi bardzo drogie kostiumy, w weekendy natomiast - rozsądne (ale równie kosztowne) sukienki. Ktoś kiedyś powinien wrzucić jej zdjęcie na okładkę czasopisma dla biznesmenów czy coś w tym stylu.
Ale któregoś dnia Hanna popełniła jeden jedyny błąd w swoim życiu, a mianowicie się zakochała.
Zakochanie się nie jest złe samo w sobie, ale jeśli obiektem uczuć staje się czarnoskóry chłopak... Niestety, miłość wykasowała automatycznie wszystko dobre, co Hanna zrobiła w swoim życiu. Chłopak dał Hannie pierścionek, którego rodzice nigdy nie widzieli i być może nigdy nie zobaczą.
W innej rodzinie, może na innej planecie, czarnoskórego chłopaka przywieziono by w wakacje, aby go poznać, i wszyscy głośno wypowiadaliby jego imię: Miles Lane.
Jednak my tkwimy na tej, a nie innej planecie, rodzice zaś są, jacy są, więc w tym roku w wakacje nie zobaczę Hanny. Bardzo za nią tęsknię, ale rozumiem, dlaczego nie chce przyjechać - nawet jeśli to oznacza, że zostanę sam i nie będę miał z kim wyśmiewać absurdów tego świata.
Hanna ostatni raz odwiedziła nas dwa lata temu na Święto Dziękczynienia. Poszła z nami na spotkanie. Tym razem gospodarzami byli Changowie. Nie do końca wiem, dlaczego zrobiła wtedy to, co zrobiła. A mianowicie oznajmiła: Mam chłopaka. I dodała: To ten jedyny.
A potem pokazała rodzicom i wszystkim zebranym zdjęcie Milesa w telefonie. Można było odnieść wrażenie, że ktoś rzucił na uczestników spotkania zaklęcie pozbawiające mowy. Nikt się nie odezwał słowem.
Po bardzo długiej minucie telefon sam się wyłączył.
Rodzice przeszli do drzwi, włożyli buty i czekali z odwróconym wzrokiem, aż do nich dołączymy. Wyszliśmy bez wyjaśnienia - zresztą żadne nie było potrzebne - a następnego ranka Hanna odleciała do Bostonu. Cztery dni wcześniej, niż zamierzała. Rok później, po sześciu, może siedmiu spotkaniach bez mojej siostry, Ella Chang ośmieliła się wypowiedzieć prawdę: rodzice wyrzekli się Hanny.
Życie toczyło się dalej, ale ani mama, ani tata nie wspominali o swojej córce. Sprawiali wrażenie, jakby wyprowadziła się na drugi koniec świata, gdzie nie istnieje żadna forma komunikacji z resztą mieszkańców kuli ziemskiej. Kiedy tylko zaczynałem mówić o Hannie, oni dosłownie - dosłownie! - odwracali głowę i milkli. Milczeli tak długo, aż w końcu dawałem za wygraną.
Hanna również. Esemesy od niej z codziennych przerodziły się w przychodzące co drugi dzień, a potem raz na tydzień. I jeszcze rzadziej. Tak właśnie działa wyrzeczenie się członka rodziny - to nie ostateczny wyrok wygłoszony przed trybunałem rodzinnym, ale stopniowe, powolne rozluźnianie więzi. Skoro rodzice zrezygnowali z Hanny, ona też zrezygnowała. Doskonale to rozumiem. Tyle że ja z niej nigdy nie zrezygnuję.
Patrzenie, jak znika bliska osoba, jest przerażające.
Często rozmawiam o Hannie z Q. To mój najlepszy kumpel, a ja jego.
Jestem mu dozgonnie wdzięczny za cierpliwość, bo wyobrażam sobie, że wysłuchiwanie opowieści o tym, jak moi rodzice odrzucili czarnoskórego chłopaka, kiedy samemu ma się taki kolor skóry, musi być mało przyjemne.
Q tak naprawdę nazywa się Q Lee. On jest Lee i ja jestem Li. Dwaj bracia, tyle że mamy różnych rodziców: ja koreańskich, a on Afroamerykanów. Państwo Lee to zupełnie normalni ludzie, którzy nie mogą się nadziwić, że urodził im się taki meganerd. Q ma siostrę bliźniaczkę o imieniu Evon. Jest tak seksowna i śliczna, że wręcz nie mogę na nią patrzeć. Po prostu boska istota.
Q nie jest skrótem od niczego, to po prostu Q. Kilka miesięcy temu, po skończeniu osiemnastu lat, mój przyjaciel postanowił zmienić sobie imię. Oryginalnie nazywał się Will Lee.
Rozumiecie tę grę słów? Will Lee. Willy. Siusiak.
Pokaż nam swojego siusiaka! - wołali za nim.
Świetny pomysł z tą zmianą imienia, Q.
Jak większość nerdów Q i ja spędzamy wolny czas, oglądając nikomu nieznane filmy, grając na kompie, analizując rozmaite absurdy naszej rzeczywistości i tak dalej. Z braku materiału do dyskusji nie rozmawiamy o dziewczynach. Żaden z nas nigdy z nikim nie chodził. Moje największe doświadczenie na tym polu dotyczyło przypadkowego pocałowania Giny podczas gry w okręcanie długopisu w gimnazjum. Miałem ją pocałować w policzek, ale oboje się poruszyliśmy i trafiłem w usta. Aaaaaaa.
Jedyny moment, w którym ocieramy się o temat dziewczyn, to chwile spędzone na brzegu Jeziora Miłosnego.
Jezioro Miłosne znajduje się w Westchester Mall, największym centrum handlowym w hrabstwie Orange. Z jakiegoś powodu drzwi wejściowe są otwarte nawet w nocy, kiedy już wszystkie sklepy dawno się pozamykają. Centrum staje się cudownie pustą, pogodnie apokaliptyczną przestrzenią, o której istnieniu jakimś cudem nie wie nikt oprócz nas.
Wielką połać opuszczonego centrum handlowego patroluje tylko dwoje strażników: Camille i Oscar. Znają nas i rozumieją, że nie, nie jesteśmy parą. Jesteśmy chłopakami, którzy mają dość dziwny sposób spędzania wolnego czasu.
Jezioro Miłosne to fontanna usytuowana w kryształowym atrium, obok wielkiego sklepu Nordstrom: niska, wypolerowana na błysk konstrukcja uformowana z prostych, modernistycznych brył. Widnieje na niej fikuśna tabliczka zakazująca picia wody, bo to odzyskana woda ściekowa. Bezimienne utwory jazzowe wypełniają przestrzeń nad fontanną rezonującymi akordami.
Nazywam tę fontannę Jeziorem Miłosnym, ponieważ wierzę, że jeśli zostawię tu wystarczająco dużo ofiar i zwierzeń, z jej połyskującej tafli wyłoni się dziewczyna i poda mi dłoń.
Siadam na kamiennym murku w kolorze czekolady - tak, by stykały mi się stopy. Q zajmuje podobną pozycję. Przyglądamy się, jak woda wypryskuje z ośmiokątnego baseniku do góry, przepływa przez kamienny grzebień i opada nierówno do dolnego zbiornika upstrzonego błyszczącymi monetami.
Sięgam do plecaka z demobilu, wyjmuję rejestrator marki Tascam, cudowny aparacik, nie większy niż pilot do telewizora, i nagrywam dźwięk: niski, głośny syrop, pod który podkłada się różowy szum i sporadyczne bulgotanie. Praktycznie pełny riff. Wyłączam nagrywanie i chowam urządzenie, żebyśmy mogli zacząć.
- Idealne cechy w kobiecie - mówię. - Ty zaczynasz.
Q opiera brodę na pięściach.
- Posługuje się co najmniej dwoma obcymi językami.
- I? - dopytuję.
- Profesjonalnie gra na oboju.
- Q...
- Za dnia profesorka najlepszego uniwersytetu, w nocy prawdziwa renegatka.
- Zakładam, że twoja lista nie opiera się na rzeczywistości.
- Chyba można sobie pomarzyć? - odpowiada Q.
Trudno usłyszeć, co mówi - przez szum Jeziora Miłosnego. Chyba właśnie dzięki temu łatwo nam tu poruszać takie tematy jak idealna dziewczyna. To zupełnie tak, jakby rozmawiać na głos samemu ze sobą, tyle że w czyjejś obecności.
- Teraz twoja kolej - mówi Q.
Zastanawiam się. Przed oczami miga mi ze sto twarzy, wszystkie śliczne na swój sposób. Tysiąc kombinacji różnych możliwości. Gdy przyjrzeć się uważniej, każdy człowiek ma w sobie piękno. Zresztą ta zasada dotyczy całego świata. Kiedyś przekroiłem cebulę i zobaczyłem tak ściśnięte warstwy, że w środku utworzyły idealne serce. A innym razem...
- Frank? - odzywa się Q. - Żeby mówić, musisz poruszać ustami.
- Już, już.
Q patrzy na mnie wyczekująco.
- Chyba przede wszystkim powinna być dobra. To najważniejsze.
Mój przyjaciel unosi brwi.
- Czyli żadnych podłych bab, okej.
- I powinna umieć mnie rozśmieszać - dodaję.
- Jeszcze jakieś istotne cechy?
Myślę. Dochodzę do wniosku, że cała reszta - zainteresowania, gust muzyczny, styl ubierania się - nie ma większego znaczenia. Kręcę przecząco głową.
Q wzrusza ramionami do fontanny.
- To superromantyczne. Takie zupełne podstawy.
- W sumie tak.
Przez chwilę obaj wpatrujemy się w wodę. A potem przypieczętowuję koniec naszej wizyty - zgodnie z rytuałem sięgam do kieszeni i wyjmuję dwie święte monety: jedną za mnie i jedną za Q. Mój kumpel wrzuca swoją z pierdnięciem. Ja ściskam swoją i wpuszczam ją do wody, czekając na plusk. Nasze monety dołączają do podwodnego stosu przypadkowych życzeń: lepszych stopni, awansu w pracy, wygranych w lotka i przede wszystkim - miłości.
Żadna postać nie wyłania się z połyskującej tafli.
Q nie zdaje sobie z tego sprawy, ale zataiłem jedną cechę mojej idealnej kobiety. To coś, czego wolałbym nie wypowiadać na głos, chociaż właśnie tym najbardziej zaprzątam sobie głowę.
Moja idealna dziewczyna chyba powinna mieć koreańskie pochodzenie.
Nie jest to absolutna konieczność, bo dla mnie nie ma większego znaczenia, ale z pewnością uprościłaby sprawę.
Wcześniej tylko dwukrotnie stanąłem na brzegu randkowania i za każdym razem coś mnie powstrzymywało przed zanurzeniem się w jego odmęty. Jakiś paraliż. Chyba wynikający z niewiedzy, co byłoby gorsze: umawianie się z dziewczyną znienawidzoną przez moich rodziców czy spotykanie się z kimś, kogo moi rodzice by ubóstwiali. Ostracyzm kontra drobiazgowa kontrola.
A potem uświadamiam sobie, że Amerykanie koreańskiego pochodzenia stanowią zaledwie jeden procent mieszkańców Kalifornii, a z tego tylko dwanaście procent to dziewczyny w moim wieku, czyli na pięć kilometrów kwadratowych przypada jedna potencjalna kandydatka do randkowania. Po wyeliminowaniu tych, które są już zajęte, tych, z którymi bym się nie potrafił dogadać, oraz - co najgorsze - po uwzględnieniu moich własnych wyznaczników idealnej kobiety pula zmniejszyłaby się jeszcze bardziej. Jezioro Miłosne skurczyłoby się do naparstka.
Dlatego chwilowo odkładam na bok koncepcję idealnej dziewczyny. Robię to od lat.
- Zawsze można pomarzyć - mówi Q.
- Właśnie - odpowiadam.