#GOYOUNG. Chemia serc - Krystal Sutherland

Reflow text when sidebars are open.
ROZDZIAŁ 1
Zawsze sądziłem, że moment, w którym człowiek spotyka miłość swojego życia, przypomina scenę z filmu. Oczywiście, nie żywcem zdjętą z ekranu, bo bez zwolnionego tempa, bez włosów unoszących się na wietrze oraz narastającego brzmienia ścieżki dźwiękowej. Uważałem jednak, że to będzie coś zauważalnego. Trzepot serca. Szarpnięcie za duszę i wewnętrzny głos mówiący: "Jasna cholera. Oto ona. W końcu - wreszcie. Ona".
Nic takiego się nie wydarzyło, gdy we wtorek w drugim tygodniu ostatniego roku nauki Grace Town weszła z dziesięciominutowym spóźnieniem na zajęcia teatralne prowadzone przez panią Beady. Grace należała do tego typu osób, które zawsze zwracają na siebie uwagę, chociaż nie z powodów budzących natychmiastowy podziw i nieustające uwielbienie. Miała przeciętny wzrost, przeciętną sylwetkę i była przeciętnie atrakcyjna, co powinno ułatwić jej adaptację w nowej szkole bez żadnych dramatycznych zwrotów zwykle towarzyszących tego typu okolicznościom.
Istniały jednakże trzy cechy, które natychmiast rzucały się w oczy, zanim ktokolwiek zdołał zauważyć jej zwyczajność:
1. Grace była od stóp do głów ubrana po męsku. I wcale nie chodziło o stylizację na chłopczycę, tylko o konkretne chłopięce ciuchy, o wiele na nią za duże. Wąskie z założenia dżinsy musiała przytrzymywać paskiem, żeby jej się nie zsuwały z bioder. Chociaż była dopiero połowa września, miała na sobie sweter, koszulę w kratę oraz wełnianą czapkę, a na szyi długi rzemyk z kotwicą.
2. Grace wyglądała niezbyt świeżo. Widywałem ćpunów w lepszym stanie niż ona tamtego dnia. (Co prawda wielu ich nie spotkałem, ale oglądałem Prawo ulicy i Breaking Bad, a to się liczy). Jasne włosy miała fatalnie obcięte i nieuczesane, jej cera wydawała się ziemista. Przypuszczam, że gdybym miał okazję ją powąchać, okazałoby się, że Grace śmierdzi.
3. Gdyby powyższe argumenty nie wystarczyły, żeby totalnie spieprzyć jej szanse na ciepłe przyjęcie w nowej szkole, istniał jeszcze jeden: Grace Town weszła do klasy, podpierając się laską.
Tak się właśnie sprawy miały, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Żadnego zwolnionego tempa, żadnego powiewu, ścieżki dźwiękowej, a już na pewno żadnego trzepotania serca. Grace wkuśtykała do sali dziesięć minut po rozpoczęciu lekcji, nie mówiąc ani słowa, jakby chodziła z nami do szkoły od wielu lat. Nie wiem, czy to dlatego, że była nowa, czy chodziło o jej dziwaczność, czy może profesor Beady od razu domyśliła się, że Grace ma złamaną duszę, w każdym razie nic nie powiedziała. Grace zajęła miejsce z tyłu sali teatralnej, położyła laskę na udach i do końca zajęć milczała.
Zerknąłem na nią jeszcze dwukrotnie, ale zanim lekcja się skończyła, zapomniałem o jej obecności, a ona wymknęła się z klasy niezauważona.
Tak więc z pewnością nie jest to opowieść o miłości od pierwszego wejrzenia.
Chociaż jest to opowieść o miłości.
To znaczy...
Coś w tym rodzaju.
ROZDZIAŁ 2
Pierwszy tydzień po wakacjach, poprzedzający niespodziewane pojawienie się Grace Town, okazał się tak monotonny i nieciekawy, jak tylko może być tydzień w szkole średniej. W tym czasie doszło zaledwie do trzech drobnych skandali: pewien uczeń trzeciej klasy został zawieszony za palenie w ubikacji dziewczyn (jeśli już masz zostać zawieszony, przynajmniej postaraj się zasłużyć na to czymś mniej szablonowym), anonimowa osoba umieściła na YouTube nagranie z bójki na szkolnym parkingu (a dyrekcja prawie oszalała z tego powodu) oraz zaczęły krążyć pogłoski, że Chance Osenberg i Billy Costa zarazili się chorobą weneryczną, po tym jak uprawiali seks bez zabezpieczeń z tą samą dziewczyną (niestety, nie zmyślam).
Tymczasem moje życie - jak zwykle - toczyło się spokojnie. Miałem siedemnaście lat, byłem dziwacznym, patykowatym chłopakiem, którego moglibyście zaangażować do roli młodego Keanu Reevesa, gdyby wskazana była oszczędność, bo np. większość waszego budżetu poszła na kiepskie efekty specjalne oraz wyżywienie obsady. Nigdy w życiu nie wypaliłem papierosa i nikt - całe szczęście! - nie zaproponował mi nigdy chędożenia bez gumki. Miałem ciemne włosy sięgające do ramion i z upodobaniem nosiłem sportową marynarkę mojego taty z lat osiemdziesiątych. Można powiedzieć, że wyglądałem jak męski odpowiednik Summer Glau skrzyżowany z Severusem Snape'em. Odejmijcie haczykowaty nos, dodajcie dołeczki i voila: oto idealny przepis na niejakiego Henry'ego Isaaca Page'a.
W tamtym okresie nie interesowałem się zbytnio dziewczynami (ani chłopakami, gdyby ktoś pytał), podczas gdy moi rówieśnicy mniej więcej od pięciu lat to wchodzili w rozmaite dramatyczne związki, to je kończyli. Prawdziwa miłość była jeszcze przede mną. Owszem, w przedszkolu doszło do pewnego epizodu miłosnego z Abigail Turner (pocałowałem ją w policzek, kiedy się tego najmniej spodziewała i od tego momentu nasze stosunki gwałtownie się pogorszyły), a przez co najmniej trzy lata podstawówki obsesyjnie marzyłem o poślubieniu Sophi Zhou, jednak po okresie dojrzewania coś się we mnie przełączyło i zamiast stać się napędzanym testosteronem maniakiem seksualnym jak większość chłopaków w szkole, uznałem, że nikt nie jest w stanie mnie zainteresować.
Z przyjemnością skupiłem się na nauce i zdobywaniu dobrych ocen potrzebnych mi do rekrutacji na umiarkowanie przyzwoitą uczelnię - zapewne właśnie dlatego przez kolejnych kilka dni w ogóle nie myślałem o Grace Town. Może w dalszym ciągu bym o niej nie myślał, gdyby nie niejaki Alistair Hink, nasz nauczyciel angielskiego.
Moja wiedza na temat profesora Hinka sprowadzała się mniej więcej do tego, co większość uczniów wie na temat swoich nauczycieli. Czyli na przykład tego, że miał paskudny łupież, co nie byłoby wcale aż tak widoczne, gdyby nie upierał się przy noszeniu czarnych golfów. Na tym tle białe drobinki opadające mu na ramiona rzucały się w oczy jak śnieg na asfalcie. Z tego, co mogłem wywnioskować po jego lewej dłoni, nie był żonaty i podejrzewam, że wiązało się to ściśle z jego urodą oraz z tym łupieżem: przypominał do złudzenia Kipa, brata Napoleona Wybuchowca.
Hink był prawdziwym pasjonatem języka angielskiego, tak wielkim, że kiedy raz lekcja matematyki przedłużyła się o pięć minut i wgryzła w zajęcia angielskiego, Hink wezwał do siebie profesora Babocka od matmy i pouczył go oficjalnie, że nauki humanistyczne w niczym nie ustępują przedmiotom ścisłym. Wiele osób śmiało się z niego pod nosem - moim zdaniem pisana im była kariera w inżynierii, chemii bądź obsłudze klientów - ale gdy spojrzę wstecz, mogę wskazać to konkretne popołudnie w dusznej sali lekcyjnej, kiedy zakochałem się w idei zostania pisarzem.
Zawsze potrafiłem składać słowa w zdania. Jedni rodzą się ze słuchem muzycznym, inni z talentem plastycznym, a jeszcze inni - tacy jak ja - mają wbudowany radar, który informuje ich, w którym miejscu należy postawić przecinek. Niestety, intuicja gramatyczna plasuje się raczej nisko na liście najbardziej oszałamiających umiejętności. Wystarczyła jednak, żeby zwrócić uwagę pana Hinka, który - tak się składało - prowadził także szkolną gazetkę. Współtworzyłem ją od drugiej klasy z nadzieją, że w końcu zostanę redaktorem naczelnym.
Była mniej więcej połowa czwartkowych zajęć teatralnych w drugim tygodniu szkoły, kiedy nagle rozdzwonił się telefon i pani Beady go odebrała.
- Henry, Grace. Profesor Hink prosi, żebyście przyszli po lekcjach do jego gabinetu - rzuciła po kilku minutach rozmowy. (Beady i Hink od zawsze się przyjaźnili. Dwie dusze, które przyszły na świat w niewłaściwym stuleciu, drwiącym z wielbicieli sztuki uważających, że jest to najbardziej niesamowita rzecz, jaką ludzkość kiedykolwiek stworzyła i stworzy).
Skinąłem głową i celowo nie spojrzałem nawet na Grace, chociaż kątem oka dostrzegałem, że wpatruje się we mnie z tyłu klasy.
Większość osób wezwanych do gabinetu nauczyciela zakłada, że chodzi o najgorsze, ale, jak już wspominałem, moje życie było absolutnie, tragicznie wręcz wolne od skandali. Wiedziałem (a przynajmniej miałem taką nadzieję), dlaczego Hink chciał się ze mną widzieć. Grace chodziła dopiero od dwóch dni do Westland High, a to trochę za krótko, żeby zarazić kogokolwiek rzęsistkiem i/lub spuścić komuś łomot po lekcjach (chociaż trzeba przyznać, że była wyposażona w laskę i często wydawała się nieco naburmuszona).
To, dlaczego Hink wezwał do siebie Grace, pozostawało tajemnicą - jak niemal wszystko, co jej dotyczyło.
ROZDZIAŁ 3
Kiedy dotarłem do gabinetu Hinka, Grace już tam czekała. Znów miała na sobie męskie ubranie, chociaż inne niż poprzednio, za to wyglądała bardziej schludnie. Umyła i uczesała jasne włosy, co - chociaż opadały nierównymi kępami na ramiona, zupełnie jakby ciachnęła je własnoręcznie tępym sekatorem - diametralnie wpłynęło na jej wygląd.
Usiadłem obok niej na ławce, nagle bardzo świadomy istnienia swojego ciała - tak bardzo, że nagle zapomniałem, jak się siedzi swobodnie, i musiałem ustawić każdą kończynę osobno. Nie udało mi się uzyskać idealnej pozycji, wobec czego pochyliłem się niezdarnie do przodu, aż mi ścierpł kark, ale wolałem się już nie ruszać, bo widziałem, że przygląda mi się kątem oka.
Grace siedziała z kolanami przyciśniętymi do piersi. Czytała książkę o zniszczonych kartkach w kolorze zębów poplamionych kawą. Nie było widać tytułu, ale mojej uwadze nie uszło, że to wiersze. Kiedy przyłapała mnie na tym, że zaglądam jej przez ramię, myślałem, że zamknie z hukiem tomik albo go odsunie, ale nie - ona odwróciła go tak, żebym i ja mógł widzieć tekst.
Czytała - domyśliłem się, że na okrągło, bo narożnik był zgięty, strona poplamiona i ogólnie sponiewierana - wiersz Pabla Nerudy, o którym nigdy wcześniej nie słyszałem. Nosił tytuł Nie kocham cię, co mnie zaintrygowało, więc zacząłem czytać, chociaż Hinkowi nie udało się dotąd zainteresować mnie poezją.
Moją uwagę przyciągnęły dwa podkreślone wersy:
Kocham cię, jak się kocha jakieś rzeczy mroczne,
w tajemnicy, pomiędzy cieniem a duszą[1].
Wtem Hink wyłonił się ze swojego gabinetu i zanim zdołałem doczytać do końca, Grace zamknęła książkę.
- A zatem już się poznaliście - odezwał się, widząc nas razem.
Szybko poderwałem się z miejsca, by rozplątać ciało z dziwnej pozycji, którą przyjęło. Grace przesunęła się do krawędzi ławki i wstała powoli, ostrożnie rozkładając ciężar ciała pomiędzy zdrową nogę i laskę. Po raz pierwszy zacząłem się zastanawiać, jak poważne jest jej kalectwo. Od jak dawna jest niepełnosprawna? Czy urodziła się z tym, czy może w dzieciństwie spotkał ją jakiś tragiczny wypadek?
- Wchodźcie - powiedział Hink.
Jego gabinet znajdował się na końcu korytarza, który - owszem - mógł być uznany za atrakcyjny i nowoczesny, ale na początku lat osiemdziesiątych. Bladoróżowe ściany, jarzeniówki, żenująco oczywiste sztuczne rośliny oraz dziwne linoleum, które miało wyglądać jak granitowa kostka, a w rzeczywistości składało się z setek kawałków plastiku wypełnionego laminatem. Szedłem za Hinkiem wolniej niż zwykle, ponieważ chciałem, żeby Grace mogła dotrzymać mi kroku. Po prostu uznałem, że może będzie jej miło móc wreszcie za kimś nadążyć. Ale nawet kiedy wlokłem się jak ślimak, ona i tak kuśtykała dwa kroki za mną, aż w końcu zacząłem się czuć tak, jakbyśmy brali udział w zawodach i rywalizowali o to, kto potrafi iść wolniej. Hink znacznie nas wyprzedził, więc przyspieszyłem i zostawiłem ją z tyłu. Pewnie wyglądałem jak kompletny idiota.
Gdy dotarliśmy do gabinetu Hinka (małego, nijakiego, zielonkawego pomieszczenia, tak przygnębiającego, że od razu pomyślałem, iż zapewne weekendy Hink w spędza w klubach walki), zaprosił nas do środka. Usiedliśmy na krzesłach stojących naprzeciwko jego biurka. Zmarszczyłem czoło, zajmując miejsce, nie rozumiałem bowiem, co tu robi Grace.
- Znaleźliście się tutaj, rzecz jasna, ze względu na wasze wyjątkowe zdolności literackie. Jeśli chodzi o wybór redaktorów naszej gazetki, nie mógłbym znaleźć lepszych...
- Nie. - Grace Town przerwała mu w pół słowa, a ja doznałem wstrząsu, bo zdałem sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie słyszałem jej głosu. Był mocny, głęboki, czysty, tak bardzo odbiegający od obrazu nieśmiałej, rozbitej i załamanej dziewczyny, który sobą prezentowała.
- Słucham? - Profesor nie krył zdumienia.
- Nie - powtórzyła, jakby to miało wystarczyć za wszelkie wyjaśnienia.
- Ale... Nie rozumiem. - Pan Hink rzucił błagalne spojrzenie w moją stronę. Niemal słyszałem jego nieme wołanie o pomoc, ale co mogłem zrobić? Tylko wzruszyłem ramionami.
- Nie chcę być redaktorką. Dziękuję, że pan o mnie pomyślał, jednak nie. - Grace podniosła torbę i wstała.
- Panno Town. Grace. Martin skontaktował się ze mną na początku roku szkolnego i poprosił, bym przyjrzał się twojej pracy w East River. Jak rozumiem, gdybyś się nie przeniosła, w tym roku przejęłabyś funkcję redaktorki naczelnej ich gazetki, prawda?
- Już nie piszę.
- Wielka szkoda. Piszesz pięknie. Masz dar wysławiania się.
- A pan profesor ma dar głoszenia pustych frazesów.
Hink był tak zszokowany jej komentarzem, że otworzył szeroko usta ze zdziwienia.
- Przepraszam - zreflektowała się. - To tylko słowa. One nic nie znaczą.
Popatrzyła na mnie jakby z dezaprobatą, czego się nie spodziewałem i nie rozumiałem, a potem przerzuciła plecak przez ramię i wykuśtykała z gabinetu. Siedzieliśmy z Hinkiem, nie odzywając się ani słowem, próbując przetrawić scenę, której byliśmy świadkami. Musiało minąć dobrych dziesięć sekund, zanim sobie uświadomiłem, że jestem wściekły, a kiedy to do mnie dotarło, wstałem, zabrałem plecak, i ruszyłem do drzwi.
- Może porozmawiać jutro? - zapytałem Hinka, który zapewne się domyślił, że zamierzam dogonić Grace.
- Tak, tak. Oczywiście. Wstąp do mnie przed lekcjami. - Wypuścił mnie z pomieszczenia, a ja wypadłem na korytarz i zdziwiłem się, bo Grace nigdzie nie było. Gdy otworzyłem drzwi wyjściowe i wyszedłem z budynku, znajdowała się już na końcu boiska. Potrafiła przemieszczać się cholernie szybko, jeśli jej na tym zależało.
Popędziłem za nią, a kiedy znalazłem się w zasięgu jej słuchu, krzyknąłem:
- Hej! - Odwróciła się przelotnie, obrzuciła mnie wzrokiem z góry na dół, cisnęła gromy oczami, i szła dalej. - Hej! - wydyszałem, gdy w końcu ją dogoniłem.
- Co? - zapytała. Nadal szła szybko przed siebie, przy każdym kroku stukając laską o asfalt. Nagle zatrąbił kierowca jadącego przed nami samochodu. Grace pogroziła mu agresywnie laską i zobaczyłem coś, czego, muszę przyznać, nigdy wcześniej nie widziałem - auto wyminęło nas w sposób, który nazwałbym potulnym i nieśmiałym.
- No więc... - zacząłem, ale zabrakło mi słów, by wyrazić to, co chciałem powiedzieć. Potrafiłem pisać, jednak mówienie? Używanie dźwięków? Za pomocą ust i języka? To była masakra.
- Więc co?
- Szczerze mówiąc, nie przemyślałem dalszego ciągu tej rozmowy.
- Wyglądasz na wkurzonego.
- Jestem wkurzony.
- Dlaczego?
- Ponieważ człowiek ciężko pracuje, żeby zostać redaktorem naczelnym, a ty pojawiasz się nagle na początku czwartej klasy, dostajesz to stanowisko na tacy i jeszcze odmawiasz.
- Ciężko pracowałeś?
- Jeszcze jak. Mniej więcej od piętnastego roku życia urabiałem Hinka, udając udręczonego nastoletniego pisarza, który naprawdę rozumie Holdena Caulfielda.
- W takim razie gratulacje. Nie mam pojęcia, dlaczego jesteś zły. To, że odmówiłam, w żaden sposób nie wpływa na twoją przyszłość w szkolnej gazetce.
- Ale... znaczy... Dlaczego to zrobiłaś?
- Ponieważ nie mam zamiaru w tym uczestniczyć.
- Ale...
- Jak widzisz, moja osoba nie będzie ci w niczym przeszkadzać, będziesz więc mógł podejmować wszystkie ważne decyzje samodzielnie i nadać gazetce taki kształt, jaki zapewne sobie wyobrażałeś przez ostatnie dwa lata.
- No... tak... ale...
- Innymi słowy, wyszło na twoje. Nie ma za co, tak w ogóle.
Przez kilka minut szliśmy w milczeniu, aż w końcu mój gniew zupełnie się rozpłynął i nawet już nie pamiętałem, dlaczego tak ją goniłem.
- Dlaczego ciągle za mną idziesz, Henry Page'u? - Zatrzymała się nagle, na środku jezdni, jakby miała w nosie, że w każdej chwili może uderzyć w nas rozpędzony samochód. A ja zdałem sobie sprawę, że chociaż nikt nas sobie nie przedstawił i wcześniej nigdy ze sobą nie rozmawialiśmy, ona znała moje imię i nazwisko.
- Wiesz, kim jestem? - zapytałem.
- Tak. A ty wiesz, kim ja jestem, więc nie musimy udawać, że jest inaczej. Dlaczego ciągle za mną idziesz?
- Ponieważ, Grace Town, oddaliłem się zbytnio od terenu szkoły, mój autobus już zapewne odjechał, a ja szukałem jakiegoś eleganckiego sposobu na zakończenie rozmowy, ale skoro nie znalazłem, uznałem, że zdam się na los.
- Czyli?
- Czyli będę szedł tak długo w kierunku, w którym właśnie zmierzam, aż moi rodzice zgłoszą zaginięcie syna, a policja znajdzie mnie na przedmieściach i odstawi do domu.
Grace westchnęła.
- Gdzie mieszkasz?
- Tuż obok cmentarza Highgate.
- Dobrze. Chodź do mnie. Podrzucę cię.
- O. Bosko. Dzięki.
- Pod warunkiem że nie będziesz mnie już molestował w kwestii tej redakcji.
- Jasne. Żadnego molestowania. Jeśli chcesz odrzucić fantastyczną sposobność, to twoja sprawa.
- Bardzo dobrze.
W powietrzu panowała wilgoć, nad naszymi głowami wisiały chmury tak zwarte i zestalone jak lukier na torcie, a trawa i drzewa nadal charakteryzowały się intensywną złocistą zielenią typową dla późnego lata. Szliśmy ramię w ramię po rozgrzanym asfalcie i przez pięć minut panowała niezręczna cisza, podczas której usilnie łamałem sobie głowę, żeby wymyślić jakieś pytanie, które mógłbym jej zadać.
- Mógłbym przeczytać do końca tamten wiersz? - odezwałem się w końcu, gdyż uznałem, że będzie to najbezpieczniejsza z moich opcji. (Opcja numer jeden: Czy... jesteś transwestytką albo coś w tym stylu? Nie żebym uważał to za coś złego, pytam z ciekawości. Opcja numer dwa: Co ci się stało w nogę, stara? Opcja numer trzy: Jesteś ćpunką, no nie? Przyznaj, że właśnie wyszłaś z odwyku. Opcja numer cztery: Mógłbym przeczytać do końca tamten wiersz?).
- Jaki wiersz?
- Ten Pabla Jakiegośtam. Nie kocham cię. Czy jak to szło.
- Aaa. Jasne. - Zatrzymała się, dała mi do potrzymania laskę, a sama przerzuciła plecak do przodu i wygrzebała z niego zniszczony tomik, po czym wcisnęła mi go do rąk. Książka otworzyła się na Nerudzie, zyskałem więc pewność, że musiała czytać go na okrągło. A mnie ciągle chodził po głowie tamten wers o kochaniu mrocznych rzeczy.
Kocham cię, jak się kocha jakieś rzeczy mroczne,
w tajemnicy, pomiędzy cieniem a duszą.
- Piękny - powiedziałem, zamykając książkę, bo rzeczywiście mi się spodobał.
- Tak sądzisz? - Popatrzyła na mnie z wyrazem szczerego zainteresowania, nawet zmrużyła lekko oczy.
- A ty nie?
- Uważam, że ludzie rzucają taki tekst, kiedy czytają wiersze, których nie rozumieją. Moim zdaniem jest smutny, a nie piękny.
Nie miałem pojęcia, dlaczego uznała bardzo ładny wiersz o miłości za smutny, ale nie znałem się na poezji, więc milczałem.
- Proszę. - Grace otworzyła książkę i wydarła kartkę z wierszem. Wzdrygnąłem się, jakby mnie to zabolało. - Skoro ci się podoba, powinieneś go wziąć. Piękna poezja to nie moje klimaty.
Złożyłem kartkę i wsunąłem do kieszeni, z jednej strony przerażony, że Grace zniszczyła książkę, z drugiej wniebowzięty, że z własnej woli podarowała mi coś, co ewidentnie wiele dla niej znaczyło. Lubiłem takie osoby. Osoby, które bez większego wahania potrafią się rozstać z rzeczami materialnymi. Jak Tyler Durden. "Rzeczy, które posiadasz, w końcu zaczynają posiadać ciebie"[*] i tak dalej.
Dom Grace wyglądał dokładnie tak, jak się spodziewałem. Ogród był zarośnięty, rosło w nim mnóstwo zielska, a trawy już od dawna nie koszono. Zasłony zostały zaciągnięte, a sam budynek, dwupiętrowy, wzniesiony z szarej cegły, sprawiał wrażenie, jakby przygnębiony zapadał się w sobie pod ciężarem świata. Na podjeździe stał samochód, mały biały hyundai z naklejką zespołu The Strokes na tylnej szybie.
- Zostań tu - powiedziała. - Pójdę po kluczyki.
Skinąłem głową i czekałem na nią przed domem. Dziwił mnie ten samochód, tak samo zresztą jak wszystko, co się wiązało z Grace. Dlaczego codziennie szła (czy raczej kuśtykała) piętnaście minut do szkoły, skoro miała prawo jazdy i auto do dyspozycji? Każdy znany mi uczeń czwartej klasy marzył o przywileju wybrania się w czasie przerwy obiadowej do centrum handlowego albo McDonalda i ucieczki z terenu szkoły. No a po lekcjach, zamiast stać na przystanku autobusowym, można było pojechać prosto do domu, gdzie czekało jedzenie, konsola do gry i cudowne, wygodne spodnie dresowe.
- Masz przy sobie prawo jazdy? - usłyszałem za plecami głos Grace. Podskoczyłem, bo nie słyszałem, żeby wychodziła z domu, a jednak stała za mną, a z jej palca zwisały kluczyki. Oraz breloczek z motywem The Strokes. Nigdy wcześniej ich nie słuchałem, ale postanowiłem, że po powrocie do domu sprawdzę na Spotify, co grają.
- Eee... tak. Zrobiłem parę miesięcy temu, tylko nie mam własnego auta.
- To dobrze. - Rzuciła mi kluczyki, podeszła do drzwi od strony pasażera i wyjęła komórkę. Po jakichś dwudziestu sekundach podniosła wzrok znad ekranu i zmarszczyła brwi. - No i? Zamierzasz go otworzyć czy nie?
- Mam usiąść za kierownicą?
- Skądże. Uznałam, że to będzie szalenie zabawne, jeśli dam ci kluczyki, a potem postoimy tu tak długo, aż ktoś nie wymyśli teleportacji. Owszem, Henry Page'u. Masz usiąść za kierownicą.
- Eee, okej. Pewnie się trochę odzwyczaiłem, ale zgoda.
Otworzyłem samochód i usiadłem na siedzeniu kierowcy. Wewnątrz unosił się aromat Grace, piżmowy, męski zapach nastoletniego chłopaka. Nic z tego nie rozumiałem, mówiąc oględnie. Uruchomiłem silnik - na razie wszystko grało - i wziąłem głęboki wdech.
- Postaram się nie wylądować na drzewie - powiedziałem. Grace milczała, więc zaśmiałem się z własnego żartu krótkim zakłopotanym "ha" i zacząłem cofać samochód.
Powiem jedno: moja babcia wyglądałaby na bardziej wyluzowaną niż ja podczas drogi do domu. Siedziałem pochylony nad kierownicą i pociłem się jak ruda mysz, świadomy tego, że: a) prowadzę cudzy wóz, b) nie jeździłem od wielu miesięcy, c) ledwo zdałem egzamin na prawo jazdy i to tylko dlatego, że egzaminatorem był mój starszy daleki kuzyn z gigantycznym kacem, a ja musiałem trzykrotnie zatrzymać się na poboczu, żeby mógł zwymiotować.
- Jesteś pewien, że dali ci prawo jazdy? - zapytała Grace, patrząc na prędkościomierz, według którego jechałem zdecydowanie za wolno.
- Musiałem jedynie przekupić dwóch urzędników, więc sobie na nie zasłużyłem.
Mogłem przysiąc, że prawie się uśmiechnęła.
- A więc chodziłaś do East River?
- Tak.
- Skąd ta zmiana szkoły w ostatniej klasie?
- Uwielbiam przygody - odparła sucho.
- Rzeczywiście, jesteśmy wyjątkowo ekscytującą placówką edukacyjną. Wierzę, że może przyciągać miłośników przygód.
- Hink wydaje się niezłym rozrabiaką. Domyślam się, że ciągle wpada w kłopoty.
- O tak. Impreza za imprezą, to jego motto.
Na szczęście chwilę później jazda się zakończyła. Podjechałem pod swój dom i odkleiłem dłonie od kierownicy. Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo spinałem wszystkie mięśnie.
- Nie widziałam tak zestresowanego kierowcy od czasu... Potrzebujesz chwili, żeby dojść do siebie? - zapytała.
- Cóż mogę powiedzieć? Jestem buntownikiem bez powodu.
Spodziewałem się, że Grace przejdzie na fotel kierowcy, ale kazała mi wyłączyć silnik. Oboje wysiedliśmy, podałem jej kluczyki, a ona zamknęła drzwi, jakby zamierzała wejść ze mną do domu. Czy powinienem był ją zaprosić? Zanim zdążyłem to przemyśleć, odwróciła się i powiedziała:
- No dobrze. To na razie. Do zobaczenia jutro. Albo nie. Kto wie, gdzie wtedy będę.
A potem ruszyła, kuśtykając, w zupełnie przeciwnym kierunku niż ten, z którego przyjechaliśmy.
- Tam nic nie ma, tylko kanalizacja burzowa i cmentarz. (Znajdował się tak blisko naszego domu, że to sąsiedztwo przyczyniło się do kilku sesji z psychologiem w szkole podstawowej ze względu na krótki, acz bardzo treściwy okres, w którym byłem święcie przekonany, iż duch mojego pradziadka Johannesa van de Vlierta próbuje mnie uśmiercić).
Grace nie odezwała się, nie odwróciła, tylko uniosła wolną rękę, jakby chciała mi powiedzieć "wiem", i dalej szła przed siebie. Patrzyłem w ślad za nią, zaintrygowany, dopóki nie zniknęła za rogiem.
- Cześć, brat - powiedziała moja siostra Sadie, ledwo zdążyłem zamknąć za sobą drzwi wejściowe.
- Jezu, Suds. Dostałem przez ciebie zawału - wydukałem, chwytając się za serce. Sadie, dwanaście lat ode mnie starsza, była uznanym neurobiologiem, a w naszej rodzinie traktowano ją jako cudowne dziecko oraz czarną owcę - jednocześnie.
Byliśmy do siebie bardzo podobni: czarne włosy, lekko wyłupiaste oczy, dołeczki w policzkach podczas uśmiechu. Tyle że Suds prezentowała nieco ostrzejszy wizerunek ze względu na pamiątki po bujnej nastoletniej przeszłości, a mianowicie kolczyk w przegrodzie nosowej, tatuaż na ramieniu i plątaninę dredów.
- Już od dwóch dni, chłopcze, nie miałam od ciebie żadnej wiadomości. Zaczęłam podejrzewać, że rodzice cię zamordowali i pochowali w płytkim grobie.
Oczywiście było to strategiczne kłamstwo, moja siostra bowiem rozwodziła się właśnie dość boleśnie ze swoim raczej paskudnym mężem lekarzem i mniej więcej dziewięćdziesiąt procent czasu, którego nie poświęcała na pracę w szpitalu, spędzała u nas w domu.
- Nie przesadzaj, Sadie - odezwał się tata z kuchni.
Jak zwykle miał na sobie koszulkę hawajską, męskie szorty oraz czarne okulary (jego gust drastycznie się popsuł, kiedy trzy lata temu przeniósł swój warsztat stolarski do naszego ogrodu; prawdę powiedziawszy, trudno było trafić na niego w czymś innym niż piżama). To po nim odziedziczyliśmy geny odpowiadające za nasze włosy. To znaczy tak zakładam, bo chociaż kilkudniowy zarost wiecznie obecny na jego twarzy był zawsze ciemny, przez większość mojego życia pozostawał łysy.
- Wykopalibyśmy dla niego grób przynajmniej na metr dwadzieścia, metr pięćdziesiąt - ciągnął tata. - W tym domu nie popełniamy morderstw na pół gwizdka.
- Co mogą potwierdzić Toby i Gloria - przypomniała Sadie, odnosząc się do wydarzenia, sprzed sześciu lat przed moimi narodzinami, które obejmowało parę złotych rybek, aerozol na owady oraz zupełnie przypadkową, lecz ostateczną śmierć pupilków mojej siostry.
- Dwadzieścia trzy lata, Suds. Minęły dwadzieścia trzy lata od śmierci twoich rybek. Czy zamierzasz mi kiedyś odpuścić?
- Nie, dopóki nie dokonam zemsty! - krzyknęła dramatycznie. W tej samej chwili dał się słyszeć płacz kilkuletniego dziecka i Sadie westchnęła. - Można by pomyśleć, że po trzech latach przyzwyczaję się do stanu macierzyństwa, a jednak ciągle zapominam, że mam dzieciaka.
- Ja po niego pójdę - zaoferowałem. Rzuciłem plecak na podłogę i ruszyłem w stronę dawnego pokoju Suds, w którym Ryan zwykle sypiał. Malec był, tak jak ja, wypadkiem przy pracy i niespodzianką. Moi rodzice planowali mieć tylko jedno dziecko, tymczasem dwanaście lat po narodzinach mojej siostry pojawiłem się ja. - Hej, Ryan. Co słychać? - powiedziałem, otwierając drzwi do pokoju. W weekendy nasz tata opiekował się swoim dwuipółletnim wnukiem.
- Henłi - odezwał się mały, pocierając oczy. - Gdzie mama?
- Chodź, zaprowadzę cię do niej.
- Tak na marginesie, kim jest ta dziewczyna? - zapytała Sadie, kiedy wróciłem, trzymając Ryana za rękę.
- Dziewczyna?
- Ta, która odwiozła cię do domu. - Moja siostra wzięła Ryana na ręce, a na jej twarzy pojawił się krzywy, wąski uśmiech. Widywałem go wielokrotnie, gdy była nastolatką, i zawsze oznaczał jedno: kłopoty.
- Ach. Ma na imię Grace. Jest nowa. Uciekł mi autobus, więc zaproponowała, że mnie podwiezie.
- Urocza. Na modłę "Janis Joplin, która nie dożyje dwudziestu siedmiu lat".
Wzruszyłem ramionami, udając, że wcale tego nie zauważyłem.