Pewnego zimnego dnia grudniowego piął się jakiś żebrak na
górę Broby. Odzież jego stanowiły nędzne łachmany, a buty miał tak
podarte, że śnieg przemoczył mu nogi.
Löfsee jestto długie, wązkie jezioro w Wermlandzie, które na
północ ciągnie się aż po lasy fińskie, a na południe po jezioro
Wenem. Kilkaset gmin leży nad jego brzegami, ze wszystkich jednak
największą i najzamożniejszą jest gmina Broe. Obejmuje ona zarówno
część wschodniego, jak i zachodniego brzegu; na tym ostatnim jednak
leżą największe dwory, siedziby szlacheckie, jak Ekeby i Björne,
sławne z bogactw i piękności, oraz Broby, wielka wieś z karczmą,
domem gościnnym, więzieniem, urzędem gminnym, plebanią i targowicą. Broby leży na stromej górze. Żebrak minął karczmę stojącą u podnóża góry i z trudnością piął
się ku plebanii, leżącej na samym szczycie. Przed nim szła jakaś dziewczynka, ciągnąc sanki, na których leżał
worek mąki. Żebrak dogonił dziewczynkę i zagadnął ją: - Za mały koń na taki wielki ciężar. Dziecko odwróciło się i spojrzało na niego. Dziewczynka miała
blizko dwanaście lat, była mała, o bystrych, ruchliwych oczach i
ustach zaciśniętych. - Dałby Bóg, żeby ciężar był większy, a koń mniejszy,
wystarczyłoby na dłużej - odpowiedziała. - Czy może własną strawę ciągniesz? - Tak, Bóg niechaj słyszy skargę moją. Sama muszę myśleć o swojem
pożywieniu, chociaż jestem taka mała. Żebrak zaczął pchać sanki z tyłu. Dziewczynka odwróciła się i
spojrzała na niego: - Nie myśl sobie, że dostaniesz co za to - odezwała się. Dziad roześmiał się w głos. - Jesteś, zdaje się, córką proboszcza z Broby - zawołał. - Zaraz
poznałem! - Naturalnie, że nią jestem. Biedniejszego ojca ma niejedno
dziecko - gorszego żadne. Święta to prawda, chociaż wstyd, że musi
tak mówić jego własne dziecko. - Twoj ojciec jest więc skąpy i zły w dodatku?... - Tak; skąpy jest i zły w dodatku, a córka jego, jeżeli się
uchowa, będzie jeszcze gorsza, powiadają ludzie. - Może mają słuszność. Ale radbym wiedzieć, jak przyszłaś do tego
wora mąki. - Myślę, że nie popełnię nic złego, jeżeli ci opowiem. Wzięłam
dziś rano zboże z ojcowej stodoły, a teraz byłam z niem we młynie. - A nie zobaczy cię, gdy się dowleczesz do domu? - Eh, wydajesz mi się bardzo naiwny. Ojciec wyjechał w służbowej
sprawie. - Właśnie jedzie ktoś za nami pod górę. Słyszę skrzypienie śniegu
pod sankami. A gdyby to on był? Dziewczynka jęła nasłuchiwać i rozglądać się, nagle uderzyła w
płacz: - To ojciec - szlochała - zabije mnie! zabije mnie! - A widzisz! Teraz przydałaby się dobra rada - a prędka rada warta
więcej od złota i srebra - odezwał się żebrak. - Wiesz co? możesz mi dopomódz - rzekło dziecko. - Weź sznur i
ciągnij sanki, ojciec będzie myślał, że to twoje. - Cóż mam z tem zrobić? zapytał dziad, przerzucając sznur przez
ramię. - Zawieź teraz, gdzie chcesz, ale gdy się ściemni, przyjdź na
plebanię. Będę cię upatrywała. - Spróbować mogę. - A niech cię Pan Bóg broni, żebyś mi się miał nie stawić! -
zawołała dziewczynka, puszczając się co żywiej, aby wyprzedzić ojca
w domu. Żebrak smutny zawrócił sanki i skierował się ku karczmie. Biedak
marzył, brodząc boso po śniegu, o wielkich lasach na północ jeziora
- o wielkich fińskich lasach. Tu, idąc wązkim klinem, łączącym górną i dolną część jeziora, w
tych bogatych, wesołych okolicach, gdzie stał pałac przy pałacu,
huta żelazna jedna obok drugiej, tu było mu za ciężko iść, tu był
mu każdy pokój za ciasny, każde łóżko za twarde. Tu czuł bolesną
tęsknotę do spokoju wielkich, odwiecznych lasów. Tu dochodził go zewsząd odgłos cepów spadających na klepisko, jak
gdyby młocka trwać miała bez końca. Ładunki drzewa i węgli szły
ustawicznie z niewyczerpanych lasów. Niezliczone szeregi wozów
wyładowanych kruszcem sunęły głębokiemi śladami, pozostawionemi
wzdłuż drogi przez setki ich poprzedników. Tu widział sanie, jadące
od dworu do dworu raźno, wesoło, że zdało mu się, jakgdyby radość
niemi powoziła, a miłość i piękność zajęły tyły. Ach, jak tęsknił
samotny wędrowiec do spokoju wielkich lasów. Tam, het, gdzie drzewa jak smukłe kolumny wznoszą się w górę,
gdzie śnieg leży grubemi warstwami na niewidzialnych gałęziach,
gdzie wiatr moc traci, a tylko może lekko igrać ze szpilkami
wierzchołków, tam chciał zapuścić się głęboko, coraz głębiej w
lasy, pókiby go pewnego dnia siły nie opuściły i nie opadł popod
wielkie drzewa, gdzie zginąłby z głodu i zimna. Tęsknił do wielkiego, szemrzącego grobu, gdzie zmogłyby go
niszczące potęgi, gdzie udałoby się wreszcie głodowi, zimnu,
wyczerpaniu i wódce pokonać to nędzne ciało, które oparło się
wszystkiemu. Zaszedł do karczmy, gdzie zamierzał przeczekać do wieczora. Wszedł
do izby szynkownej i usiadł pod drzwiami, cicho marząc o
odwiecznych lasach. Karczmarce żal się go zrobiło i dała mu kieliszek swojej mocnej,
słodkiej wódki. Później dala mu i drugi - bo ją tak bardzo prosił. Ale więcej dać nie chciała i dziad wpadł w rozpacz - bo on musiał
pić. Musiał raz jeszcze poczuć, jak serce skacze mu w piersi, jak
myśli buchają płomieniem. Ach, ta niezrównana wódka! Słońce letnie,
śpiewy ptaszęce i wonie i piękności upajają go! Raz jeszcze, zanim
zginie, chce się napić i czuć jasność i światło i szczęście. Tak tedy wymienił najpierw mąkę, potem worek, a w końcu sanie -
wszystko na wódkę. Wypite kieliszki wprawiały go w odurzenie i
przespał większą część popołudnia na ławie w szynku. Zbudziwszy się, uznał, że tylko jedno pozostaje mu obecnie do
zrobienia. Skoro to nędzne cielsko tak zawładnęło jego duszą, skoro
przepił to, co mu dziecko powierzyło, skoro jest zakałą ziemi,
powinien ją od niej uwolnić. Musi duszę swoją wyswobodzić, pozwolić
jej wznieść się do Boga. Leżał na ławie w karczmie i sądził się. - Gösta Berling, złożony z
urzędu proboszcz, oskarżony, że przepił własność głodem mrącego
dziecka, skazany zostaje na śmierć! Na jaką śmierć? Na śmierć w
śniegu. Chwycił za czapkę i chwiejnym krokiem wyszedł. Nie był obecnie ani
zupełnie pijany, ani też zupełnie trzeźwy. Rozżalony zaczął płakać
nad swoją biedną, poniżoną duszą, którą musiał wyswobodzić. Zatrzymał się nieopodal drogi. Na skraju jej zmiótł wicher cały
wał śniegu, na nim położył się, gotów umrzeć. Przymknął oczy,
usiłując zasnąć. Nie wiadomo, jak długo leżał, ale żył jeszcze, kiedy córka
proboszcza z Broby ukazała się na gościńcu z latarką w ręce i
zobaczyła go leżącego na śniegu. Czekała na niego długo, wreszcie
zbiegła z góry, ażeby rozejrzeć się, gdzie się podział. Poznała go natychmiast i jęła nim potrząsać i krzyczeć nad nim z
całych sił, aby go zbudzić. Chciała się koniecznie dowiedzieć, co zrobił z jej workiem mąki.
Chciała przywołać go do życia - przynajmniej o tyle, aby jej
powiedział, co się stało z jej sankami i workiem mąki. Ojciec ją
ubije, jeżeli zginą sanki. Ugryzła żebraka w palec, drapała go po
twarzy i krzyczała jak szaloną. Wtem gościńcem ktoś nadjechał. - Kto, u dyabła, wrzeszczy tu tak? - odezwał się ostry głos. - Chcę się dowiedzieć, co zrobił z mojemi sankami i workiem mąki -
szlochała mała, bijąc zaciśniętemi pięściami w pierś żebraka. - Nie wstydzisz się zamarzniętego człowieka tak drapać? Precz, ty
dzikie kocię! Wysoka, barczysta kobieta wysiadła z sań i zbliżyła się do kopca
śniegu. Dziecko chwyciła za kołnierz i odepchnęła na gościniec,
poczem schyliła się, wsunęła ręce pod grzbiet leżącego i podniosła
go. Tak zaniosła go sama i ułożyła na saniach. - Chodź do karczmy, ty dzikie kocię! - zawołała do córki
proboszcza - abyśmy się dowiedzieli, co masz do powiedzenia.
*****
W godzinę później siedział dziad na krześle pod drzwiami,
w najporządniejszej izbie karczmy, a przed nim stała ta, która go
ocaliła. Gdy ją ujrzał przed sobą, wracającą z lasów, gdzie palą
węgiel, z osmolonemi rękami, z fajką w ustach, ubraną w krótki
kożuch, suknię z wełnianej, samodziałowej materyi w pasy, w
podkutych butach, z nożem w pochwie zatkniętym u paska - gdy ją
ujrzał przed sobą z siwemi włosami zczesanemi gładko ponad starą,
piękną twarzą, odrazu wiedział, że spotkał się ze sławną, szeroko
znaną majorową z Ekeby. Była ona najpotężniejszą niewiastą w Wermlandzie, panią
siedmiu hut żelaznych, nawykłą do wydawania rozkazów. A on co?
nędzny żebrak, skazany na śmierć, który nic nie posiada i czuje, że
nigdzie nie jest pożądanym. Ciało jego dygotało ze strachu, gdy jej
wzrok na nim spoczywał. Stała milcząc i spoglądała na tego nędzarza, na jego
czerwone, obrzmiałe ręce, wychudłą postać i śliczną głowę, która
pomimo całego jego upadku i zaniedbania, uderzała każdego. - To Gösta Berling, zwaryowany proboszcz? - zapytała po
chwili. Żebrak nie poruszał się. - Jestem majorowa z Ekeby. Teraz drgnął, złożył ręce i wzniósł oczy pełne tęsknoty.
Czego ona chce od niego? Chce zmusić go do życia? Był już tak
blizki wieczystego spokoju. Lękał się jej potęgi, a ona zaczęła
walczyć z nim, opowiadając, że córka proboszcza z Broby otrzymała
napowrót sanie i worek mąki, a ona ma dla niego, jak dla tylu
innych, schronienie w skrzydle pałacowem. Ofiarowała mu życie pełne
rozrywek, przyjemności. Ale on odparł, że musi umrzeć. Wtedy zaciśniętą pięścią
uderzyła w stół i powiedziała mu otwarcie, co o nim sądzi. - Więc umrzeć chce - umrzeć koniecznie? Ha, nie dziwiłoby
jej to wcale, gdyby wogóle żył. Ale niech tylko spojrzy na swoje
wynędzniałe ciało, osłabione członki, zmęczone oczy - sądzi więc,
że tu dużo jeszcze pozostało do zabijania? On myśli, że aby być
umarłym, trzeba leżeć pod zabitem wiekiem trumny? Zdaje mu się, że
ja nie widzę po nim, iż już jest trupem? Widzę przecież na
ramionach jego wykrzywioną trupią główkę i zdaje mi się, że widzę
także robactwo, wyłażące z jego oczodołów. Czy nie czuje, iż usta
ma pełne ziemi? Czy nie słyszy, jak trzeszczą mu kości za każdem
poruszeniem? Utopił się w wódce Gösta Berling i jest trupem. To, co
się w nim obecnie rusza, to szkielet i jemu to nie chce darować
życia - jeżeli to wogóle można nazwać życiem. Wprost jak gdyby
chciał zazdrościć szkieletom ich tańca na grobie w noc księżycową. - Niech się wstydzi, że był kiedykolwiek proboszczem.
Godziwiej byłoby, gdyby teraz darów swoich użyć chciał na to, aby
zdziałać coś dobrego na tej bożej ziemi - może mi wierzyć. Dlaczego
nie przyszedł do mnie odrazu? Byłabym się zajęła jego sprawą. Ha,
chyba, że zaszczytnem mu się wydaje leżeć na wiórach i być nazwanym
pięknem ciałem! Żebrak siedział spokojnie, napół uśmiechając się, gdy
słuchał jej gwałtownych słów, spadających na niego gradem. - Nic
nie pomoże, nic nie pomoże - mówił sobie w duchu. - Odwieczne lasy
czekają na mnie, a ona nie posiada władzy, aby duszę moją od nich
odwrócić. Majorowa umilkła i przeszła się kilkakrotnie po izbie,
poczem usiadła przed ogniskiem, wyciągnęła nogi i łokcie wsparła na
kolanach. - Do kroćset dyabłów! - zaklęła i roześmiała się. -
Wszystko, co powiedziałam, jest tak prawdziwe, że mnie samej się
dopiero teraz rozjaśniło. Czy nie zdaje mu się, że przeważna część
ludzi na tym świecie to umarli lub napół żywi? Czy myśli, że ja
żyję? Ależ nie! Ależ wcale nie! Proszę mi się przypatrzeć. Jestem
majorową z Ekeby i śmiało powiedzieć mogę, że jestem
najpotężniejszą w całym Wermlandzie. Gdy skinę jednym palcem,
skacze na usługi radca ziemski, gdy skinę dwoma, słucha mnie
biskup, a jeżeli dam znak trzema, cała kapituła, panowie rajcy i
wszyscy obywatele ziemscy całego Wermlandu tańczyć gotowi na targu
w Karlscronie. Do kroćset dyabłów, wierz mi proboszczu, że jestem
tylko ustrojonym trupem. Pan Bóg najlepiej wie, ile we mnie życia. Żebrak przechylił się naprzód i słuchał z naprężeniem.
Stara majorowa siedziała u ogniska, pochylała się na boki i mówiła
dalej, nie patrząc na niego: - Czyż on sądzi, że gdybym była żyjącem stworzeniem,
widząc go w takiej nędzy i smutku, oddającego się samobójczym
myślom, nie potrafiłabym go z tego wyrwać. Znalazłabym dla niego
łzy i modlitwy, któreby w nim wszystko poruszyły i byłabym ocaliła
jego duszę grzeszną. Ale jestem trupem. Bóg jeden wie, jak mało we
mnie życia. - Czy on słyszał, że niegdyś byłam piękną Małgorzatą
Celsing. Nie wczoraj się to działo, ale dzis jeszcze płakać mi się
chce nad nią serdecznie. Dlaczego umrzeć musiała Małgorzata
Celsing, a żyć musi Małgorzata Samzelius? Dlaczego żyć musi
majorowa z Ekeby? Czy może mi to wytłómaczyć Gösta Berling? Czy
wie, jak wyglądała Małgorzata Celsing? Smukła była i delikatna,
uczciwa i niewinna. Należała ona do tych, nad których grobem anieli
płaczą. Nie znała złego, nikt jej nie sprawił przykrości, bo dla
wszystkich była dobrą. I piękną była. - Żył wtedy śliczny mężczyzna - nazywał się Altinger. Bóg
raczy wiedzieć, jak się to stało, że zajechał w ustroń, gdzie leżał
majątek jej rodziców. Zobaczyła go Małgorzata Celsing - był piękny,
był mężczyzną - i kochał ją. Ale ubogi był, postanowili tedy
zgodnie czekać na siebie pięć lat - zupełnie jak w bajce. - Pierwsze trzy lata upłynęły, gdy się zjawił inny
zalotnik. Brzydki był, rodzice jej przypuszczali, że jest bogaty,
więc obietnicami i namowami, przekleństwami i biciem zmusili ją do
poślubienia go. Tego dnia umarła Małgorzata Celsing. - Od tego czasu przestała istnieć Małgorzata Celsing, żyła
tylko majorowa Samzelius, a ta nie była dobrą, nie była skromną i
niewinną, wierzyła w zło i nie zwracała uwagi na dobro. - Wiesz dobrze, co dalej było. Mieszkaliśmy w Sjö z
majorem - ale on wcale bogaty nie był, to też miewałam ciężkie
chwile. - Wtedy powrócił Altringer, a powrócił bogaty. Nabył Ekeby
i został naszym sąsiadem. Nabył też sześć innych posiadłości nad
jeziorem. Dzielny był, przedsiębiorczy, prawdziwy mężczyzna.
Wspomagał nas, jeździliśmy jego powozami, posyłał nam zapasy do
kuchni, wina do piwnicy. Życie mi napełnił radością i weselem. Gdy
wojna wybuchnęła, odjechał major, ale co nas to obchodziło! Jednego
dnia byłam w gościnie u niego w Ekeby, nazajutrz przybył on do Sjö.
Ach co to była za radość! - Potem zaczęto źle mówić o mnie i o Altringerze. Gdyby
była żyła Małgorzata Celsing, byłoby ją to smuciło, ale mnie było
to obojętne. Nie wiedziałam jednak wtedy jeszcze, że to pochodziło
ztąd, iż byłam umarłą, bez czucia. - Plotki o nas dotarły do mojego ojca i matki,
mieszkających od nas daleko. Stara, nie namyślając się długo,
przyjechała, aby się ze mną rozmówić. - Pewnego razu, kiedy majora nie było, a ja z Altringerem
i innymi siedziałam przy stole, przyjechała do Sjö. Patrzyłam, jak
wchodziła do sali, ale nie czułam, że to matka moja. Pozdrowiłam
ją, jak obcą i prosiłam, by zasiadła przy moim stole i jadła razem
z nami. Chciała mówić ze mną jak z córką, ale powiedziałam jej, że
się chyba myli, bo moi rodzice już nie żyją - umarli w dzień mojego
ślubu. - Wtedy zastosowała się do mojego życzenia - siedmdziesiąt
lat miała, trzydzieści mil ujechała przez trzy dni, to też nie
drożąc się wiele, usiadła za stołem i jadła wraz z nami - dzielna
to była kobieta. Na moje ostatnie słowa odpowiedziała jednak uwagą:
- To smutne, iż właśnie tego dnia dotknęła panią taka strata. - Najsmutniejsze to - odparłam - było, że rodzice moi nie
umarli o jeden bodaj dzień wcześniej, bo wtedy nie byłoby nic z
całego wesela. - Pani majorowa nie jest więc szczęśliwą w małżeństwie? -
zapytała. - Jestem - odrzekłam - teraz jestem szczęśliwą i będę
zawsze szczęśliwą w myśl życzeń moich drogich rodziców. - Na to ona zapytała, czy życzeniem moich rodziców było
hańbę i wstyd sprowadzać na nich i na siebie i męża zdradzać? Mało
szacunku okazuję rodzicom, skoro pozwalam ludziom brać siebie na
języki. - Muszą tak leżeć, jak sobie posłali - odpowiedziałam. A
zresztą nieznajoma powinna wiedzieć, że nie pozwolę, aby ktoś
ubliżał córce moich rodziców. - Jadłyśmy tylko we dwie. Mężczyźni otaczający nas
siedzieli w milczeniu, nie śmiejąc tknąć noża i widelca. - Stara zabawiła dzień i noc, aby wypocząć. Ale póki
patrzyłam na nią, nie mogłam pojąć, że to moja matka - ja
wiedziałam jedno, że matka moja żyć przestała. - Kiedy miała odjeżdżać, a ja stałam obok niej na
stopniach, czekając na zajeżdżający powóz, rzekła do mnie: -
Dążyłam tu po bezludnej drodze, w trzech dniach robiąc mil
trzydzieści i nie zmęczyłam się. Lecz ze wstydu nad tobą drży moje
biedne ciało, jak gdyby sieczone rózgami. Oby się ciebie zaparto,
jak ty się mnie zaparłaś, odepchnięto, jak mnie odepchnęłaś! Oby
gościniec był ci domem, rów przydrożny łożem! Wstyd i hańba niech
będą nagrodą twoją, oby cię inni policzkowali, jak ja cię teraz
policzkuję! - I wycięła mi silny policzek. - Porwałam ją na ręce, zniosłam ze schodów i wsadziłam do
powozu. - Ktoś jest, że mnie przeklinasz? - zapytałam. - Ktoś
jest, że mnie śmiesz bić? Tego nie zniosę od nikogo! - I oddałam jej policzek. W tej chwili powóz ruszył, a
wtedy, w tej chwili, Gösto Berlingu, wiedziałam napewne, że
Małgorzata Celsing nie żyje. Ona była dobra, niewinna, nie znała
złego. Aniołowie byliby na jej grobie płakali. Gdyby ona była żyła,
nigdy nie śmiałabym była uderzyć rodzonej matki. Żebrak u drzwi siedzący słuchał, a słowa te na chwilę
przygłuszyły szum odwiecznych lasów. Ach, ta pani zniżała się do
niego, wyznając przed nim grzechy swoje, siostrą mu chciała być w
strapieniu, aby mu tylko dodać siły do życia. Dała mu do poznania,
że i na barkach innych ludzi ciążą troski i grzechy. Podniósł się z
ławy i podszedł do majorowej. - Chcesz więc żyć, Gösto Berlingu? - zapytała głosem
niemal zdławionym łzami. - Dlaczego chcesz umrzeć? Mógłbyś być dzielnym
proboszczem, nigdy jednak nie był Gösta Berling, któregoś ty utopił
w wódce, tak promiennie czysty, jak Małgorzata Celsing, którą
nienawiścią zdusiłam. Chcesz więc żyć? Gösta padł przed nią na kolana, błagając: - Przebacz, ale
nie mogę! - Jestem starą kobietą, zahartowaną w gorzkich zawodach, a
siedzę tu i zadaję się z żebrakiem, którego znalazłam napół
zmarzniętym w śniegu. Dobrze mi tak! Idźże więc, popełnij
samobójstwo, a przynajmniej nie będziesz mógł nic opowiadać o mojej
głupocie. - Nie jestem samobójcą, lecz skazańcem. Nie utrudniaj mi
walki - nie mogę żyć. Ciało moje opanowało duszę, to też oswobodzić
ją pragnę, aby znalazła drogę do Pana. - Więc sądzisz, że ona wzleci do Boga? - Żegnaj mi, majorowo Samzelius, żegnaj! - Bywaj zdrów, Gösto Berlingu! Żebrak wstał z klęczek i z pochyloną głową powlókł się ku
drzwiom. Ta kobieta stawała mu na drodze do odwiecznych lasów! Doszedłszy do drzwi, musiał się odwrócić i spotkał się ze
spojrzeniem majorowej, która siedziała nieporuszona, patrząc za
nim. Nigdy nie widział dotąd takiej zmiany w twarzy, więc
przystanął i osłupiały wzrok w nią wlepił. Ona, która dopiero co
wyglądała groźnie, siedziała teraz jak gdyby w zachwyceniu, a oczy
jej płonęły miłością, pełną litosnego współczucia. Było coś w nim,
w jego zdziczałem sercu, co topniało pod jej spojrzeniem; oparł
czoło o klamkę, podniósł w górę ramiona, objął niemi głowę i
załkał, jak gdyby mu serce miało pęknąć. Majorowa odrzuciła fajkę i podeszła ku niemu. Ruchy jej
stały się miękkie, macierzyńskie. - No, uspokój się, mój chłopcze! - szeptała. I pociągnęła go ku sobie na ławę pod drzwi tak, że płakał
z głową wspartą na jej kolanach. - Chcesz więc umrzeć? Zerwał się - musiała go powstrzymać przemocą. - Teraz powtarzam po raz ostatni, że możesz robić, co
chcesz. To jedno tylko przyrzekam: jeżeli będziesz chciał żyć,
wezmę córkę proboszcza z Broby do siebie i wychowam na uczciwego
człowieka; wtedy będziesz mógł Panu Bogu dziękować, żeś ukradł jej
mąkę. No cóż, dobrze? Podniósł głowę i spojrzał jej w oczy. - A więc to nie żart? - Naturalnie, że nie, Gösto. Nagle stanęły mu przed oczyma te wylęknione spojrzenia,
zaciśnięte usta, te małe, wychudłe rączyny. Biedne maleństwo
znalazłoby więc opiekę i staranie, piętno poniżenia zostałoby z
ciała jej starte, jak również zło z jej duszy. Teraz zamknięto mu
drogę do wieczystych lasów. - Ślubuję więc nie odbierać sobie życia, póki ona będzie
pod opieką pani - odezwał się. - Wiedziałem, że majorowa silniejszą
jest odemnie, że zmusi mnie do życia. - Gösto Berlingu - rzekła majorowa uroczystym głosem -
walczyłam o ciebie, jak o własne swoje zbawienie. Powiedziałam
Bogu: jeżeli chociażby ślad Małgorzaty Celsing pozostał we mnie,
uczyń, aby ona mu się objawiła i nie pozwoliła życia sobie
odbierać. I Pan wysłuchał mojego błagania, a ty, ujrzawszy ją, nie
mogłeś odejść. Ona to podszepnęła mi, że gdy zabezpieczę dziecko,
zaniechasz myśli o śmierci. - Ach, wy dzikie ptaki, bujacie tak śmiało, ale Bóg zna
sieci, które was schwytać potrafią. - On jest wielkim, potężnym Bogiem - odezwał się Gösta
Berling. - Zadrwił sobie ze mnie, odepchnął mnie, ale umrzeć mi nie
pozwala. Niech się stanie wola Jego. Od tego dnia zmienił się Gösta Berling w rezydenta Ekeby.
Dwukrotnie usiłował opuścić pałac i żyć z własnej pracy. Za
pierwszym razem dała mu majorowa dom w pobliżu Ekeby; przeniósł się
tam i próbował żyć z pracy rąk. Wiodło mu się dobrze, ale po jakimś
czasie sprzykrzyła mu się samotność i codzienna praca i znów
powrócił do Ekeby. Drugim razem przyjął miejsce nauczyciela
domowego na zamku Borg do młodego hrabiego Henryka Dohna. Tam
zakochał się w Ebbie Dohn, siostrze hrabiego, a kiedy ta umarła
właśnie w chwili, gdy mu się zdawało, że pozyskał jej wzajemność,
porzucił myśl stania się czemś innem, jak rezydentem z Ekeby.
Zdawało mu się, jak gdyby dla proboszcza złożonego z urzędu
zamknięte były wszystkie drogi do odzyskania czci i imienia.