Gospodyni domu śmierci. Buried beneath a boarding house - Ryan Green

Kup ebooka

37.99 zł
28.49 zł (21,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Mama wie naj­le­piej

Kiedy Peggy po raz pierw­szy po­ja­wiła się w domu przy F Street, nie miała po­ję­cia, czego po­winna się spo­dzie­wać. Za­zwy­czaj pen­sjo­naty w Sa­cra­mento, które chciały przyj­mo­wać osoby bez­domne i uza­leż­nione, wy­glą­dały jak na dzień przed wy­bu­rze­niem - tak jakby go­spo­da­rze tych slum­sów po­dej­mo­wali ostat­nią jesz­cze próbę wy­ci­śnię­cia z chy­lą­cego się ku upad­kowi do­mo­stwa kilku do­la­rów, za­nim wszystko zo­sta­nie zrów­nane z zie­mią pod bu­dowę ga­le­rii han­dlo­wej.

F Street była spo­kojną czę­ścią przed­mie­ścia. Na chod­ni­kach ba­wiły się dzie­ciaki, jeż­dżąc w tę i z po­wro­tem na ro­wer­kach albo sprze­da­jąc pro­dukty, z któ­rych naj­bar­dziej odu­rza­jąca wy­da­wała się le­mo­niada. Kiedy więc Peggy za­trzy­mała się przed wska­za­nym nu­me­rem, mu­siała raz jesz­cze spraw­dzić, czy na pewno do­brze tra­fiła.

Dom przy 1426 F Street oka­zał się dwu­pię­tro­wym bu­dyn­kiem w stylu wik­to­riań­skim, dum­nie gó­ru­ją­cym nad za­dba­nym ogro­dem. Po­ma­lo­wana farbą fa­sada była nie­mal tak nie­ska­zi­telna jak traw­nik - tak ide­alna, że Peggy po­czuła ukłu­cie wy­rzu­tów su­mie­nia na myśl, w ja­kim sta­nie znaj­duje się jej wła­sny, dość do­brze utrzy­many dom.

Coś w tym ob­razku jej się jed­nak nie zga­dzało - nie wy­czu­wało się tu at­mos­fery roz­pa­czy, żad­nych oznak, że to ostatni przy­sta­nek na dro­dze do mo­giły. Pen­sjo­naty ta­kie jak ten wy­ma­gały znacz­nie więk­szych na­kła­dów fi­nan­so­wych niż te ża­ło­sne do­ta­cje od pań­stwa na za­kwa­te­ro­wa­nie ży­cio­wych prze­gry­wów. Ten bu­dy­nek mógłby ucho­dzić za pry­watny dom opieki, ho­tel, a na­wet coś jesz­cze lep­szego. Do­piero kiedy po­de­szło się bli­żej, wszyst­kie puz­zle za­czy­nały ukła­dać się w ca­łość.

W ogro­dzie mię­dzy grząd­kami, prę­żąc mu­skuły, pra­co­wał po­tężny, wy­ta­tu­owany i wy­glą­da­jący dość prze­ra­ża­jąco męż­czy­zna. Ist­niało tylko jedno miej­sce, w któ­rym czło­wiek mógł tak bar­dzo roz­bu­do­wać klatkę pier­siową: wię­zie­nie. Te­raz więc dziw­nie było pa­trzeć, jak ostroż­nie sa­dzi de­li­katne ro­ślinki ogrom­nymi, upstrzo­nymi bli­znami dłońmi. Kiedy Peggy go mi­jała, nie­spiesz­nie ski­nął głową, usi­łu­jąc nie pa­trzeć na jej nogi, po­mimo że znaj­do­wały się na wy­so­ko­ści jego wzroku. Były wię­zień, który za­mie­rzał po­zo­stać na wol­no­ści; ktoś, kto do­świad­czył w ży­ciu pa­sma nie­po­wo­dzeń, a te­raz do­stał drugą szansę od osoby pro­wa­dzą­cej ten pen­sjo­nat.

Drzwi otwo­rzyły się, za­nim Peggy zdą­żyła za­pu­kać. Z miej­sca od­rzu­cił ją za­pach al­ko­holu, ja­kim po­wiało od sto­ją­cego w progu męż­czy­zny. Był niż­szy od niej, miał na so­bie czy­ste, ale po­twor­nie zno­szone ubra­nie, a białka jego oczu przy­brały żół­tawy od­cień su­ge­ru­jący pro­blemy z wą­trobą. Oboje za­marli za­sko­czeni, po czym męż­czy­zna ryk­nął przez ra­mię:

- Pani D., ktoś do pani!

Peggy pa­mię­tała, jak we­szła wtedy do środka i ogar­nął ją po­dziw. Na­tych­miast za­częła chło­nąć ob­razy i dźwięki. Dom był wy­peł­niony mu­zyką. W rogu po­koju go­ścin­nego stał gra­mo­fon, a z ob­ra­ca­ją­cej się na nim płyty nio­sły się dźwięki hisz­pań­skiej pio­senki i pły­nęły da­lej, na ze­wnątrz, przez fron­towe drzwi. W sa­lo­nie pa­no­wała luźna at­mos­fera i cho­ciaż ża­den z miesz­kań­ców nie wy­glą­dał, jakby spo­ży­wał al­ko­hol, wszy­scy zda­wali się cie­szyć swoim to­wa­rzy­stwem. Przy sto­liku ka­wo­wym grano w karty, a w wy­ku­szu okna sie­działy po­grą­żone w roz­mo­wie dwie star­sze ko­biety. Na kwie­ci­stej so­fie roz­parł się męż­czy­zna i wpa­tru­jąc się w prze­strzeń przed sobą, wy­stu­ki­wał stopą rytm pły­ną­cej z gło­śnika me­lo­dii. Wy­da­wało się, że wszy­scy tu czują się swo­bod­nie i mogą być sobą. Jed­no­cze­śnie u każ­dego z nich dało się do­strzec ja­kiś po­ważny pro­blem: cia­łem jed­nej z ko­biet co pe­wien czas wstrzą­sały drgawki, męż­czy­zna w rogu po­mru­ki­wał. W "nor­mal­nym" śro­do­wi­sku tacy lu­dzie zo­sta­liby wy­klu­czeni. Tu­taj wy­glą­dali kwit­nąco. Samo wnę­trze rów­nież było za­dbane - na­wet je­śli wy­strój wy­da­wał się tro­chę sta­ro­modny, a z kuchni do­cho­dził za­pach do­mo­wego po­siłku ro­dem z Mek­syku. Miesz­kańcy przy­po­mi­nali ra­czej pat­chwor­kową ro­dzinę, a nie grupę uza­leż­nio­nych, cho­rych psy­chicz­nie i wy­ko­le­jo­nych osób stło­czo­nych w jed­nym po­miesz­cze­niu. Tu było jak w domu.

Wszystko wy­da­rzyło się po­nad rok temu, ale dziś, kiedy w drzwiach sta­nęła Do­ro­thea i za­de­mon­stro­wała swój sze­roki, bez­zębny uśmiech, Peggy po­czuła, że rów­nie do­brze mo­gło to być wczo­raj.

- Panna Peggy! Za­pra­szam do środka, za­pa­rzę pani kawy. Tyle czasu mi­nęło. Przy­je­chała pani zo­ba­czyć się z Ber­tem?

Prze­by­wa­nie w obec­no­ści Do­ro­thei Pu­ente było ni­czym wpa­da­nie w bab­cine ob­ję­cia. Peggy do­sko­nale ro­zu­miała, dla­czego tak ła­two przy­cho­dziło owej ko­bie­cie opa­no­wy­wa­nie wszyst­kich na­pięć, ja­kich do­świad­czali jej go­ście. Już sama jej obec­ność przy­no­siła uko­je­nie. Sta­ruszka wie­rzyła tak głę­boko w każ­dego na­po­tka­nego czło­wieka, że za­wieść ją zda­wało się nie­mal prze­stęp­stwem.

- Eee... Nie, nie dzi­siaj. Przy­je­cha­łam od­wie­dzić pana Alvaro Mon­toyę.

- Tak, Alvaro to Bert. W su­mie nie wiem dla­czego. Chodźmy do kuchni. Dziś tam po­maga.

Na ta­bo­re­cie przy stole sie­dział Bert i łu­skał groch, mru­cząc coś do sie­bie po hisz­pań­sku. Mógłby za­cho­wy­wać się zu­peł­nie ina­czej, do­mi­no­wać, ale tak jak Do­ro­thea ema­no­wał spo­ko­jem. Peggy wie­działa, że jego po­mruki są ob­ja­wem schi­zo­fre­nii - gło­sów, które sły­szał tylko on; gło­sów, na które czuł się zmu­szony od­po­wie­dzieć z po­wodu myl­nie ro­zu­mia­nej uprzej­mo­ści. Ale nie był to je­dyny pro­blem Berta. Nie roz­wi­nął się tak jak inni - z ze­wnątrz wy­glą­dał jak do­ro­sły męż­czy­zna, na­to­miast w środku, za głę­boko osa­dzo­nymi oczami, kryło się nie­mal dziecko. Jego schi­zo­fre­nia stała się dla pra­cow­ni­ków so­cjal­nych po­wo­dem do nie­po­koju. W ich opi­nii wy­da­wał się zbyt nie­prze­wi­dy­walny, by móc bez­piecz­nie miesz­kać z in­nymi jemu po­dob­nymi do­ro­słymi. Tym­cza­sem jego nie­peł­no­spraw­ność spra­wiała, że nie był w sta­nie funk­cjo­no­wać w zbyt skom­pli­ko­wa­nym i nie­bez­piecz­nym świe­cie od­dzia­łów psy­chia­trycz­nych oraz usta­wia­nego le­cze­nia. Zna­la­zł­szy się gdzieś po­mię­dzy tymi dwoma fi­la­rami opieki spo­łecz­nej, uszedł uwa­dze sys­temu i tra­fił na ulicę. A tam na­tknęła się na niego ja­kaś wo­lon­ta­riuszka.

Wtedy Peggy spo­tkała Berta po raz pierw­szy oso­bi­ście - wszyst­kie inne in­for­ma­cje o nim do­tarły do niej z ra­por­tów i roz­mów w po­koju so­cjal­nym. Zda­wał się cał­ko­wi­cie ła­god­nym ol­brzy­mem - tak przy­naj­mniej sta­rano się jej wmó­wić - cho­ciaż było wię­cej niż praw­do­po­dobne, że męż­czy­zna pod­po­rząd­ko­wy­wał się tylko ze względu na jej au­to­ry­tet.

- Alvaro? - ode­zwała się te­raz Peggy.

Nie pod­niósł wzroku znad mi­ski i da­lej za­cie­kle dys­ku­to­wał pod no­sem, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie jed­no­stajny po­tok hisz­pań­skich słów z por­to­ry­kań­skim ak­cen­tem, zbyt szyb­kim, by kto­kol­wiek mógł go zro­zu­mieć.

- Bert? - spró­bo­wała po­now­nie.

Uniósł gwał­tow­nie głowę, a ona cze­kała cier­pli­wie, aż skupi na niej spoj­rze­nie. Chwilę póź­niej jego twarz roz­ja­śnił błogi uśmiech, a ona wy­pu­ściła po­wie­trze, do­piero so­bie uświa­da­mia­jąc, że in­stynk­tow­nie wstrzy­my­wała od­dech.

- Cześć - po­wie­dział Bert.

Peggy usa­do­wiła się na ta­bo­re­cie obok niego, sta­ra­jąc się, by jej ru­chy były po­wolne i prze­wi­dy­walne.

- Jak się masz? - spy­tała.

Na­wet kiedy roz­ma­wiali, jego ręce wciąż się po­ru­szały, z me­cha­niczną pre­cy­zją łu­ska­jąc groch.

- Po­ma­gam dziś ma­mie w kuchni - od­parł.

- To taki ko­chany chło­piec. - Do­ro­thea uśmiech­nęła się, po­now­nie uka­zu­jąc bez­zębne dzią­sła, co spra­wiło, że jej twarz wy­glą­dała te­raz mniej przy­jem­nie. - Tyle mi po­maga w domu. Nie wiem, co bym zro­biła, je­śliby kie­dyś nas opu­ścił.

Po­zo­stałe py­ta­nia Peggy brzmiały ru­ty­nowo, na­to­miast od­po­wie­dzi, ja­kich udzie­lał Bert, wciąż za­ska­ki­wały. Męż­czy­zna wy­ka­zy­wał praw­dziwą świa­do­mość swo­ich ogra­ni­czeń, a to było coś, czego ni­gdy nie ogar­niał, za­nim nie tra­fił pod czułą opiekę Do­ro­thei. Za­jęła się nim kom­plek­sowo - nie tylko wy­peł­niała mu czas i na­peł­niała jego żo­łą­dek. Jego wnio­ski o za­siłki z opieki spo­łecz­nej zo­stały na­pi­sane od nowa, tak by na pewno otrzy­mał wszel­kie wspar­cie, do ja­kiego miał prawo, a Do­ro­thea za­rzą­dzała tym w jego imie­niu, umoż­li­wia­jąc mu ko­rzy­sta­nie z pie­nię­dzy i jed­no­cze­śnie pil­nu­jąc, by nie ro­bił tego lek­ko­myśl­nie i nie ku­po­wał nic szko­dli­wego. Dla miesz­kań­ców F Street al­ko­hol był ofi­cjal­nie za­ka­zany, a bez niego ła­twiej dało się za­pa­no­wać cho­ciażby nad ob­ja­wami schi­zo­fre­nii. We­dług Peggy re­gu­larne spo­ży­wa­nie trun­ków sta­no­wiło główny pro­blem Berta, kiedy prze­by­wał na ulicy. Te­raz, w domu Do­ro­thei, wy­da­wał się tak spo­kojny i opa­no­wany, że Peggy za­sta­na­wiała się, czy mo­gliby po­móc mu roz­po­cząć po­nowne le­cze­nie, tak by cał­kiem za­pa­no­wał nad gło­sami szep­czą­cymi w jego gło­wie.

W trak­cie wi­zyty Peggy, Peggy nie po­tra­fiła ukryć en­tu­zja­zmu. Chciała uści­skać Do­ro­theę za wszystko, co ta ko­bieta zro­biła - czyli to, czego nie mo­gła do­ko­nać przez lata, a może i de­kady, cała rze­sza pra­cow­ni­ków i opie­ku­nów so­cjal­nych.

Kiedy już za­koń­czyła wy­wiad, prze­nio­sły się z Do­ro­theą do sa­lonu, gdzie wy­brzmie­wały dźwięki gra­mo­fonu - tego sa­mego co rok wcze­śniej.

- To nie do wiary, jak bar­dzo od­mie­niła pani ży­cie tego czło­wieka - po­wie­działa pod­eks­cy­to­wana Peggy. - To wy­kra­cza poza pracę cha­ry­ta­tywną, jaką pani do­tych­czas wy­ko­ny­wała... Pani nie tylko go go­ści; pani uczy go także, jak żyć i ra­dzić so­bie w świe­cie. On nie na­zywa pani mamą z po­wodu ja­kichś uro­jeń ani prze­ko­na­nia, że jest pani jego praw­dzi­wym ro­dzi­cem. Pani po pro­stu tego czło­wieka ad­op­to­wała!

- Ach, to nic ta­kiego. Opie­kuję się wszyst­kimi mo­imi przy­ja­ciółmi w tym domu. Bert po pro­stu po­trze­buje tro­chę wię­cej uwagi niż inni - od­parła Do­ro­thea z uda­wa­nym za­kło­po­ta­niem.

Peggy ro­zej­rzała się po pu­stym po­koju i odro­binę zmarsz­czyła brwi.

- A gdzie się dziś po­dziali po­zo­stali re­zy­denci? Za­wsze, kiedy tu przy­cho­dzi­łam, spę­dzali czas wspól­nie w sa­lo­nie.

- To bar­dzo smutne, ale wielu z nich po­szło da­lej. - Do­ro­thea wes­tchnęła. - Nie­któ­rzy od­cho­dzą bez słowa i wra­cają na ulicę. A nie­któ­rzy prze­no­szą się do in­nego mia­sta, zdo­by­wają nową pracę, re­ali­zują nowe ma­rze­nia. Cie­szę się ich szczę­ściem, tym, że idą do przodu, ale tę­sk­nię za nimi.

- To tylko świa­dec­two nie­zwy­kłej pracy, jaką tu pani wy­ko­nuje. To, że tak wielu z nich jest w sta­nie pod­nieść się i za­cząć od­bu­do­wy­wać wła­sne ży­cie. Po­winna być pani dumna - stwier­dziła Peggy, po­chy­la­jąc się i po­ufale ści­ska­jąc po­marsz­czoną dłoń Do­ro­thei.

- Ach, to nic ta­kiego - po­wtó­rzyła star­sza pani. - Chcia­ła­bym móc ro­bić jesz­cze wię­cej, by wes­przeć w tym mia­steczku wszyst­kich, któ­rzy mają kło­poty. Może... - za­częła i urwała w pół zda­nia.

- Tak?

Za gru­bymi szkłami oku­la­rów oczy Do­ro­thei wy­da­wały się ogromne.

- A może... Może mo­głaby mi pani tu przy­słać wię­cej osób, które po­trze­bują mo­jej po­mocy? W tym domu jest tyle wol­nych łó­żek, a na uli­cach tak wielu lu­dzi, któ­rzy nie mają gdzie spać.

Peggy po­czuła, że serce jej ro­śnie. Ta ko­bieta nie chciała ni­czego in­nego, jak tylko za­pro­sić pod swój dach bez­dom­nych, cho­rych psy­chicz­nie i uza­leż­nio­nych. Lu­dzi, któ­rych reszta świata ska­zała już na śmierć.

- Obie­cuję pani, że po po­wro­cie opi­szę w ra­por­cie, jak do­brze za­akli­ma­ty­zo­wał się tu­taj Alvaro. Bę­dzie pani miała wię­cej zgło­szeń, niż jest pani w sta­nie przy­jąć. Oso­bi­ście za­re­ko­men­duję to miej­sce wszyst­kim w moim wy­dziale - od­parła z en­tu­zja­zmem Peggy.

Do­ro­thea znów się uśmiech­nęła.

- Dzię­kuję. To bar­dzo miło z pani strony.

Wy­mie­niły uprzej­mo­ści i pod­pi­sały ja­kieś pa­piery. Za­nim Peggy się zo­rien­to­wała, zmie­rzała już z po­wro­tem do drzwi, go­towa po­now­nie za­nu­rzyć się w ciem­nym, po­nu­rym świe­cie, który był jej po­wo­ła­niem i w któ­rym po­ma­gała funk­cjo­no­wać in­nym. Od jej ostat­niej wi­zyty ogród znów się zmie­nił. Byli więź­nio­wie, któ­rych tak chęt­nie za­trud­niała Do­ro­thea, za­brali się do pracy i prze­kształ­cili go, a na­wet po­sa­dzili nowe drzewo przy skrzynce na li­sty. Wszę­dzie, gdzie Peggy spoj­rzała, le­żały górki świeżo prze­ko­pa­nej ziemi. Ogród po­do­bał jej się już wcze­śniej i po­dej­rze­wała, że Do­ro­thea wpro­wa­dza ko­lejne zmiany tylko po to, by mie­siąc w mie­siąc móc pła­cić swoim ogrod­ni­kom. To nie­wia­ry­godne, jak bar­dzo była szczo­dra.

Z sze­ro­kim uśmie­chem, który za­go­ścił na jej twa­rzy po raz pierw­szy od wielu dni, Peggy wsia­dła do sa­mo­chodu. Po­sta­no­wiła, że znaj­dzie wielu chęt­nych na miej­sca ofe­ro­wane przez Do­ro­theę. Że zrobi wszystko, aby jak naj­wię­cej lu­dzi zo­stało ob­da­ro­wa­nych do­bro­cią tej sta­ruszki.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Także jako e-book i au­dio­book.

.

Wstęp

(frag­ment książki Ry­ana Gre­ena pt. Ko­bieta ka­ni­bal,w prze­kła­dzie Mo­niki Bąk)

Ka­thy ni­czego nie pra­gnęła bar­dziej, niż być ko­chaną, tak jak ona sama ko­chała.

Po krót­kiej sza­mo­ta­ni­nie Da­vid znów był na niej, a z każ­dym jego ru­chem czuła ska­pu­jący z niego pot. Cały ten cię­żar, ta me­cha­niczna nie­uchron­ność każ­dego pchnię­cia i każ­dego stęk­nię­cia były ni­czym jazda na me­cha­nicz­nym byku, z tą róż­nicą, że to ona pró­bo­wała zrzu­cić jego, a nie od­wrot­nie.

Czy Da­vid ją ko­chał? Wie­działa tylko, że ona ko­cha jego. Nie le­ża­łaby tu­taj z no­gami wy­gię­tymi pod dziw­nym ką­tem, z obo­la­łym kro­czem i wnętrz­no­ściami ki­pią­cymi od ta­niego piw­ska i nie­zno­śnym bó­lem od tar­cia, gdyby go nie ko­chała. Pró­bo­wała spoj­rzeć mu w oczy, zo­ba­czyć w ich głębi od­bi­cie swo­jej mi­ło­ści, ale on ga­pił się tylko w po­duszkę tę­pym i obo­jęt­nym wzro­kiem, z sze­roko otwar­tymi ustami i na­gro­ma­dzoną w ką­ci­kach śliną, która zbie­rała się na jego trzy­dnio­wym za­ro­ście. Z tej pu­stej twa­rzy nie dało się wy­czy­tać żad­nych od­po­wie­dzi, na pewno nie po dłu­gim wie­czo­rze spę­dzo­nym w pu­bie.

Da­vid nie ko­chał jej tak, jak jej oj­ciec ko­chał matkę - w ostrych sło­wach i po­ryw­czych pię­ściach. To wie­działa na pewno. Da­vid nie był skory do uży­cia pię­ści - na­wet je­śli ja­kiś du­reń aku­rat na nie za­słu­żył. A w sto­sunku do niej był tak miękki, że cza­sem czuła się z tym nie­zręcz­nie. Tak miękki, że mo­gła w niego we­tknąć palce, jakby jego skóra była wierzch­nią war­stwą pud­dingu.

Da­vid nie ko­chał jej tak, jak ko­chały ją małe zwie­rzątka, które ra­to­wała z po­bo­cza drogi i przy­wra­cała do zdro­wia. Oka­zy­wały jej bez­wa­run­kowe uwiel­bie­nie, ale i lęk - po­dobne do tych, które można czuć w ob­li­czu bó­stwa. Da­vid nie był tak po­słuszny i pło­chliwy jak zwie­rzę. Oczy­wi­ście miał w so­bie tro­chę zwie­rzę­cej na­tury, jed­nak ujaw­niała się ona tylko w miej­scach ta­kich jak to, gdzie wy­da­wane przez niego od­głosy go­dowe, te stęki i po­mruki były nie­jako ak­cep­to­walne.

Ka­thy nie wie­działa na­wet, czy był w ogóle zdolny do mi­ło­ści przez te opary go­rzały, ja­kie roz­ta­czał wo­kół sie­bie każ­dego dnia. Kiedy pod­je­chał po nią dziś rano mo­to­cy­klem, jego od­dech był już tak in­ten­sywny, że da­łoby się nim zdzie­rać farbę. Mu­siał spę­dzić całą noc na pi­ciu z kum­plami. "To ostat­nia noc wol­no­ści" - po­wie­dział. Wol­no­ści. Tak jakby Ka­thy była dla niego ja­kimś wię­zie­niem, w któ­rym chciano go za­mknąć. Tak jakby miała kie­dy­kol­wiek po­wstrzy­my­wać go przed ro­bie­niem cze­goś, czego chciał, za­miast mu w tym po­ma­gać.

Za kogo on się, do cho­lery, uwa­żał, że miał czel­ność mó­wić o niej, jakby była ja­kąś karą, a nie je­dyną do­brą rze­czą, jaka go spo­tkała w tym jego mar­nym, gów­nia­nym ży­ciu? Jak on śmie ro­bić so­bie z niej żarty? Ka­thy za­częła mio­tać się pod nim i dra­pać pa­znok­ciami jego plecy. Od­py­chała go z ca­łej siły, pró­bu­jąc zrzu­cić z sie­bie tego par­szy­wego su­kin­syna, ale był tak na­chlany, że pew­nie na­wet tego nie czuł. Wy­da­wał z sie­bie je­dy­nie ci­che jęki apro­baty.

Jej cha­otyczne ru­chy i próby ode­pchnię­cia go zda­wały się przy­no­sić od­wrotny efekt - spra­wiał wra­że­nie jesz­cze bar­dziej za­do­wo­lo­nego. Może tylko tak po­tra­fił oka­zać jej mi­łość - z tymi ogrom­nymi, mu­sku­lar­nymi łap­skami na jej bio­drach i roz­po­star­tych na po­dusz­kach wło­sach. Może to wy­star­czyło: ta­kie chwile cał­ko­wi­tego uwiel­bie­nia w za­mian za to, by roz­su­nęła nogi? Matka za­wsze jej po­wta­rzała, że aby uszczę­śli­wić męż­czy­znę, trzeba na po­cze­ka­niu speł­niać jego za­chcianki. To była chyba je­dyna do­bra rada, ja­kiej ta stara ję­dza udzie­liła ko­mu­kol­wiek. Ka­thy była na tyle twarda, by z niej sko­rzy­stać. Na tyle twarda, by sta­wić czoła wszyst­kiemu.

Do­wo­dziła tego każ­dego dnia pracy w rzeźni. Męż­czyźni ble­dli, wi­dząc po raz pierw­szy krew i wnętrz­no­ści, ale Ka­thy czuła się tam jak ryba w wo­dzie. Jej noże, jej cenne noże prze­ci­nały mar­twe mięso ni­czym re­kiny tnące wodną toń - gładko i pre­cy­zyj­nie, a jej pewna ręka ni­gdy nie zba­czała z za­mie­rzo­nego kursu. Pra­cow­nicy mo­gli tro­chę oba­wiać się jej im­per­ty­nen­cji, ale jesz­cze bar­dziej bali się tych noży. Na każdą sprzeczkę czy ciętą uwagę pod swoim ad­re­sem Ka­thy od­po­wia­dała groźbą uży­cia noża i nikt do­tąd nie miał jaj, by się jej prze­ciw­sta­wić. Je­śliby to od niej za­le­żało, no­si­łaby te noże wszę­dzie, cho­ciaż pięść spraw­dzała się rów­nie do­brze, gdy w pu­bie ja­kieś ko­biety lub - czę­ściej - męż­czyźni po­ma­wiali ją lub jej męża.

Jej mąż. Warto było. By być ko­chaną, po raz pierw­szy w ży­ciu być praw­dzi­wie ko­chaną. Zde­cy­do­wa­nie warto było le­żeć pod nim i uda­wać, że ta kro­pla jego potu nie pie­cze ni­czym kwas. Uda­wać, że jest się tak miękką, jak po­trze­bo­wał, by była. Tak miękka, jak miękki był on pod tą ma­ską twar­dziela, którą za­kła­dał, by ro­bić wra­że­nie na lu­dziach.

Ma­jąc już tro­chę jego krwi pod pa­znok­ciami, Ka­thy prze­stała dra­pać. Mo­gła to dla niego zro­bić - ko­chała go i, ko­niec koń­ców, nie było aż tak źle. Uznała na­wet, że może jej być przy­jem­nie, je­śli nie tkwiła aku­rat w pu­łapce swo­ich my­śli. Za­zdro­ściła Da­vi­dowi, że tak ła­two mu to przy­cho­dziło, za­zdro­ściła tego, że był w sta­nie za­mknąć oczy, być w swoim ciele i po pro­stu od­czu­wać, za­miast spę­dzać cały czas w ka­bi­nie po­gło­so­wej wła­snych wspo­mnień. Raz po raz przy­po­mi­nała so­bie uszczy­pliwą uwagę jed­nej z jego ku­zy­nek o tym, że wzięli ślub cy­wilny i że wcale nie było za­sko­cze­niem to, iż panna młoda nie wy­stą­piła w bieli.

Gdyby tylko Ka­thy miała wtedy przy so­bie swoje noże, na­tych­miast po­ma­lo­wa­łaby su­kienkę tej zdziry na czer­wono. Ale za­miast tego po­zwo­liła Da­vi­dowi po­rwać się w ob­ro­tach na pro­wi­zo­ryczny par­kiet w ba­rze, gdzie za­tań­czyli swój pierw­szy mał­żeń­ski ta­niec. Jej mąż był tak pi­jany, że dep­tał jej po pal­cach i wy­bu­chał tym swoim głup­ko­wa­tym, aro­ganc­kim śmie­chem za każ­dym ra­zem, gdy ona na­dep­ty­wała w od­we­cie na jego stopy. Wy­cią­gnęła ręce i ujęła w dło­nie jego twarz. Czuła, że pło­nie. Za­brała go na pię­tro.

Z za­mknię­tymi oczami, stę­ka­jąc z wy­siłku, go­tów był rzu­cić ją na­tych­miast na łóżko i iść na ca­łość. Z każ­dym pchnię­ciem wez­gło­wie stu­kało o ścianę, a wi­szące na haku nad łóż­kiem noże Ka­thy po­brzę­ki­wały w akom­pa­nia­men­cie dla ich mi­ło­snego aktu.

Tego wie­czoru wy­piła z Da­vi­dem ład­nych parę piw. Jej także wolno dziś było świę­to­wać - nie wszystko krę­ciło się wo­kół niego. Tu nie cho­dziło tylko o to, by znów za­cią­gnął jej osiem­na­sto­letni za­dek do łóżka, po­stę­kał na niej, po czym trium­fu­jąco po­szedł śmiesz­ko­wać so­bie na ten te­mat ze swo­imi dur­nymi przy­ja­ciółmi. Tu cho­dziło o to, że to ona tego chciała. Ka­thy po­wta­rzała to so­bie za każ­dym ra­zem, kiedy Da­vid wcho­dził w nią z im­pe­tem, za każ­dym ra­zem, kiedy wy­da­wało jej się, że ro­ze­drze ją na pół. Tego wła­śnie chciała. Chciała mieć męża. Chciała mieć dzieci, ustat­ko­wać się i zro­bić wszystko, jak na­leży - osią­gnąć to, czego ni­gdy nie udało się osią­gnąć jej zje­ba­nym ro­dzi­com. Chciała tego wszyst­kiego. Chciała być ko­chana.

Gdyby ta mi­łość pło­nęła choć tro­chę, Ka­thy da­łaby się jej po­pa­rzyć. Na świe­cie ist­niały o wiele gor­sze nie­szczę­ścia niż to, że w nocy jest ci cie­pło i że bez­piecz­nie wtu­lasz się w duże, silne ciało. Chciała tego. Chciała tego, od­kąd była już na tyle duża, by wie­dzieć, czym dla ko­biety może być męż­czy­zna. Sporo prawdy było w tym, że nie mo­głaby uczci­wie wło­żyć bia­łej sukni ślub­nej, po­nie­waż ga­niała za tą mi­ło­ścią, od­kąd do­ro­sła do tego, by bie­gać. Chło­paki w szkole czę­ściej po­zna­wali się z jej pię­ściami, niż do­sta­wali się pod jej bluzkę, ale kła­dła to na karb złych wzor­ców, ja­kie wy­nio­sła z domu. Za przy­kła­dem taty ro­biła uży­tek ze swo­ich pię­ści, a za przy­kła­dem mamy - ze swo­ich piersi.

Te­raz miała już dość lat, by móc sa­mo­dziel­nie od­róż­nić do­bro od zła. Dość, by wie­dzieć, że sche­maty, ja­kie prze­ka­zali jej ro­dzice, nie wiodą do ni­czego in­nego jak cier­pie­nie i sa­mot­ność. Może szkolne lata zszar­gały jej re­pu­ta­cję, ale pró­bo­wała oczy­ścić swoje imię i nie za­wa­ha­łaby się pod­nieść ręki, je­śli kto­kol­wiek wy­ra­żałby się o niej źle. Da­vid nie był by­naj­mniej jej pierw­szym męż­czy­zną, ale był pierw­szym, przy któ­rym czuła, że może mu za­ufać. Pierw­szym, któ­remu od­dała się w ca­ło­ści, nie pró­bu­jąc - kiedy tylko opa­dały ubra­nia - cho­wać się w świe­cie swo­ich my­śli, tak jak to by­wało wtedy, gdy była małą dziew­czynką.

Da­vid roz­pę­dzał się. Miał za­ci­śnięte po­wieki, po­mimo że Ka­thy trzy­mała jego twarz w dło­niach i ca­ło­wała go z taką na­mięt­no­ścią, że sama była nią za­sko­czona. Po­brzę­ki­wa­nie noży nad ich gło­wami przy­po­mi­nało dźwięk dzwon­ków u sań. Męż­czy­zna od­dy­chał nie­równo, a Ka­thy, po­mimo bólu, w pew­nym mo­men­cie po­czuła tlącą się gdzieś w środku niej iskierkę po­żą­da­nia. Nie pra­gnęła tylko tego. Pra­gnęła jego.

Pra­gnęła go już wtedy, kiedy oboje, za­ta­cza­jąc się, do­tarli tego wie­czoru do domu. Pra­gnęła go, kiedy wziął ją na ręce, prze­niósł przez próg, za­my­ka­jąc kop­nia­kiem drzwi, po czym rzu­cił na łóżko. Do­póki nie zdarł z niej su­kienki i nie wlazł na nią po raz pierw­szy, była mocno pod­eks­cy­to­wana - tak bar­dzo go chciała, że wy­gi­nała się w łuk przy każ­dym do­tknię­ciu. Ale kiedy już w niej był, znów wy­co­fała się do swo­jego świata. Każde stęk­nię­cie od­bi­jało się echem w ciem­nej ja­mie jej umy­słu, by po­wró­cić jesz­cze gło­śniej­sze, w to­wa­rzy­stwie licz­nych złych wspo­mnień.

Kiedy ko­chali się po raz pierw­szy, ugry­zła go w wargę, a on na­zwał ją suką, ale nie prze­sta­wał. Tak jak nie prze­sta­wali wszy­scy inni, bez względu na to, jak bar­dzo skam­lała czy wrzesz­czała. Te­raz prze­stała już go gryźć. Dawne in­stynkty obronne nie były już tak silne. Na­prawdę mię­kła.

Tej nocy, kiedy skon­su­mo­wali swoje mał­żeń­stwo, nie dała mu nic ostrzej­szego niż po­ca­łunki, a on nie dał jej nic de­li­kat­niej­szego niż to mia­rowe, me­cha­niczne, ta­kie samo jak za­wsze ło­mo­ta­nie. Co­kol­wiek by nie ro­biła, za­wsze koń­czyło się tak samo.

Dzie­sięć mi­nut po pierw­szym po­dej­ściu przy­warła do niego ustami i sze­roko się uśmie­cha­jąc, roz­po­częła rundę drugą. Wie­działa, czego mąż ocze­kuje od żony. Wie­działa, że musi po­zwo­lić mu na wszystko i uda­wać, że jej się to po­doba. Tyle przy­naj­mniej się na­uczyła. Je­śli to miał być wła­śnie jego spo­sób na oka­zy­wa­nie mi­ło­ści, to do­kład­nie tego chciała. Każ­dej peł­nej bólu i ocie­ka­ją­cej po­tem chwili.

Za trze­cim ra­zem wla­zła na niego, kiedy tylko skoń­czył, i za­częła się wić. Do­ty­kała swoją gładką skórą jego szorst­kiej, owło­sio­nej klatki pier­sio­wej, roz­sma­ro­wu­jąc obecny na ich cia­łach pot i roz­bu­dza­jąc w Da­vi­dzie nową na­mięt­ność. To na­le­żało do niej. Ta noc była tylko dla nich dwojga i Ka­thy za żadne skarby nie po­zwoli jej się skoń­czyć. On nie może jej od­rzu­cić. Ni­gdy nie może jej od­rzu­cić. Wszystko, czego pra­gnęła, to jego mi­łość. Od­rzu­ce­nie nie mo­gło mieć miej­sca. To by­łoby jak zdrada. Te­raz wy­star­czyło prze­su­nąć się po nim ze trzy razy w górę i w dół, by znów stał się go­towy.

Ko­niec był już bli­ski. Po­czuła, jak Da­vid się na­pręża. Czuła te gwał­towne pchnię­cia co­raz moc­niej, głę­biej, wol­niej. Kiedy skoń­czył, wy­pu­ścił z sie­bie po­wie­trze ni­czym ba­lon, po czym sto­czył się z niej i wy­sa­pał:

- Za­bi­jesz mnie, ko­bieto, jak tak da­lej pój­dzie, przy­się­gam.

Ka­thy le­żała tak przez dłuż­szą chwilę, po­zwa­la­jąc, by chłód po­woli wni­kał w jej ciało. Mię­dzy no­gami wciąż czuła ból, ale te­raz była w tym ja­kaś sło­dycz, ja­kaś tę­sk­nota. Znów wspięła się na niego, z po­sta­no­wie­niem, że ten raz nie bę­dzie tylko dla niego. Bę­dzie dla nich obojga. Niech i ona po­czuje to coś, co czuł on, kiedy się ko­chali. Bę­dzie speł­niona, tak jak speł­nione mu­szą być inne dziew­czyny ze swo­imi uko­cha­nymi. Po­czuje wszystko to, co do­bre, ale i to, co złe.

Po­ca­ło­wała Da­vida w kłu­jący po­li­czek. Od­dy­chał płytko, wy­pusz­cza­jąc po­wie­trze, które szczy­pało ją w oczy. Miał za­mknięte po­wieki, ale nie były one za­ci­śnięte tak jak wcze­śniej, w po­ry­wie chwili. Jego twarz była te­raz roz­luź­niona, na­wet bar­dziej niż za­zwy­czaj, kiedy pił piwo. Ka­thy wspięła się na niego i za­częła nie­zdar­nie po­ru­szać, czu­jąc kło­po­tliwą wil­goć na styku ich ciał. Pró­bo­wała wszystko za­aran­żo­wać, ale Da­vid miękko i nie­zgrab­nie prze­le­wał się w jej ra­mio­nach, jak ni­gdy do­tąd. Wy­dała z sie­bie ci­chy po­mruk i szturch­nęła go, pró­bu­jąc znów uru­cho­mić tę ma­szynę.

Śmie­jąc się lu­bież­nie, po­chy­liła się, by go po­ca­ło­wać, ale prze­stała, kiedy znów wy­dał z sie­bie je­den z tych zwie­rzę­cych od­gło­sów. Nie było to zu­peł­nie stęk­nię­cie, ale i nie od­dech. Jego brwi opa­dły. Usły­szała zna­jomy dźwięk - naj­pierw jedno chrap­nię­cie, po­tem ko­lejne. Ten drań za­snął. To była jej noc, a on ją wła­śnie prze­sy­piał. Nie był z nią. Za­mknął oczy i ją zo­sta­wił. Opu­ścił ją. To była ich noc po­ślubna, a on, do kurwy nę­dzy, ją zo­sta­wił.

Wy­swo­bo­dziła spod niego ręce i tym ra­zem chwy­ciła go za sze­ro­kie barki.

- Ko­cha­nie, obudź się.

Użyła ca­łej swo­jej nie­ma­łej siły, by go pod­nieść, po czym opu­ściła go z po­wro­tem na ma­te­rac, ale na­wet się nie po­ru­szył. Po­trzą­snęła nim. Wy­mie­rzyła mu po­li­czek. Wal­nęła go pię­ścią w ra­mię.

- Obudź się, ty gnido! - za­wo­łała.

Da­vid na­dal nie re­ago­wał, a ona wciąż była po­zo­sta­wiona sama so­bie. Prze­su­nęła dłońmi w górę, po jego ma­syw­nych ra­mio­nach, po li­nii oboj­czyka, zo­sta­wia­jąc ślady na chło­dzo­nej po­tem skó­rze.

- Da­vi­dzie, obudź się. Obudź się! To moja noc po­ślubna! Obudź się, ty nędzna gnido!

Od pracy z uży­ciem na­rzę­dzi palce Ka­thy były szorst­kie i silne jak u męż­czy­zny, a kiedy za­ci­snęła je na gar­dle Da­vida, kie­ro­wała nią okropna złość zro­dzona z czy­stego, śle­pego gniewu. Zmiaż­dżyła tym uści­skiem jego tcha­wicę, a wtedy on na­gle otwo­rzył oczy. Jed­nak było już za późno. Nie było już jego za­ru­mie­nio­nej, pięk­nej panny mło­dej, a w jej miej­sce wśli­znęła się inna Ka­thy - taka, któ­rej nie znał. Z twa­rzą wy­krzy­wioną we wście­kłym gry­ma­sie i z dłońmi za­ci­śnię­tymi na jego gar­dle.

Znik­nął na­wet głos jego Ka­thy. Ten głos tu­taj przy­po­mi­nał bar­dziej war­cze­nie psa niż dźwięk wy­da­wany przez czło­wieka:

- Na za­wsze po­pa­mię­tasz tę na­uczkę, gnido!

.

Także jako e-book i au­dio­book.

.

Bły­ska­wiczna ak­cja

(frag­ment książki Ry­ana Gre­ena pt. Za­bój­czo przy­stojnyw prze­kła­dzie Alek­san­dry Bro­żek-Sali)

Au­to­strada pro­wa­dząca przez stan Geo­r­gia gi­nęła pod ko­łami sa­mo­chodu Paula. Nie­koń­czący się pas czar­nego as­faltu za nim prze­cho­dził do hi­sto­rii. Paul ni­gdy nie oglą­dał się za sie­bie, nie mu­siał, nie chciał. Eks­cy­to­wało go to, co było do­piero przed nim - pra­wie wszystko mo­gło się jesz­cze wy­da­rzyć. Mógł zo­stać, kim­kol­wiek ze­chce, ro­bić to, na co bę­dzie mieć ochotę. Rze­czy, które po­zo­sta­wił za sobą w chmu­rze pyłu, mo­gły go tylko zra­nić, tym­cza­sem przed nim była he­do­ni­styczna ra­dość, tak wielka, że na­wet nie po­tra­fił so­bie jej wy­obra­zić.

Wszyst­kie cze­ka­jące go przy­jem­no­ści ble­dły jed­nak w po­rów­na­niu z ra­do­ścią tej chwili. Sa­mo­chód, otwarta droga, wol­ność. Nie­skoń­czona wol­ność. Żad­nych za­mknię­tych drzwi ani za­kra­to­wa­nych okien. Nikt nie wy­szcze­ki­wał roz­ka­zów, nie mó­wił mu, kiedy może od­dy­chać, kiedy może się wy­srać. Mury ru­nęły, a on żył tak, jak po­wi­nien. Mia­sta i domy to nie był jego świat. Nie za­mie­rzał uda­wać, że ni­gdy ich nie po­trze­bo­wał, ale czuł się sobą tylko tu­taj, w dro­dze. Na wiel­kim pust­ko­wiu, pod nie­bem, któ­rego błę­kitu nie prze­sło­ni­łaby na­wet jedna chmura, i gdzie nie spo­wal­niałby go ża­den sa­mo­chód.

Mógł stąd po­ko­nać trasę z jed­nego wy­brzeża na dru­gie. Prze­miesz­cza­jąc się ko­lej­nymi dro­gami, z mia­sta do mia­sta, ze stanu do stanu, wszystko w mgnie­niu oka. Świat stał przed nim otwo­rem, a je­śli to ozna­czało, że bę­dzie mu­siał wbić w niego nóż, by od czasu do czasu wy­cią­gnąć to, co do­bre, nie miał nic prze­ciwko temu.

Obec­nym sa­mo­cho­dem po­ru­szał się od czasu po­wrotu do Ma­con. Auta po­ja­wiały się i zni­kały pra­wie tak szybko jak pa­liwo w baku. Kiedy po­trze­bo­wał no­wego, za­wsze miał duży wy­bór. Był prze­ko­nany, że na­wet je­śli wła­ści­ciele na­dal ko­rzy­stali z po­jazdu, ich ubez­pie­cze­nie po­kryje szkodę. Tak na­prawdę nie ro­bił ni­komu krzywdy, po­ży­cza­jąc so­bie auto. W końcu i tak je od­zy­skają. Albo ku­pią so­bie zu­peł­nie nowe. Był jak wróżka zę­buszka, za­stę­po­wał stare i nie­chciane czymś lep­szym. Kto by się gnie­wał na wróżkę zę­buszkę?

To nie był sa­mo­chód jego ma­rzeń, ale jeź­dził, więc nie na­le­żało na­rze­kać. Kiedy do niego wsiadł, bak był pełny, a Paul uznał, że ni­komu nie bę­dzie smutno, je­śli go po­ży­czy. Wła­ści­ciel i tak nie za­mie­rzał już nim jeź­dzić. Po pro­stu ster­czałby w tym miej­scu, do­póki nie zli­cy­to­wano by go na au­kcji temu, kto ze­chciałby syp­nąć go­tówką. Paul ni­gdy nie miał gro­sza przy du­szy, ale nie po­trze­bo­wał pie­nię­dzy, uni­ka­jąc pro­ble­mów po swo­jemu. Ja­sne, mu­siał czę­sto zmie­niać sa­mo­chody, lecz to było dla niego do­bre. Nowe do­świad­cze­nia wzbo­ga­cały smak jego ży­cia, wy­jąt­kowo pi­kant­nego w tym roku.

Otwo­rzył okno i owiało go go­rące po­wie­trze ostat­nich upal­nych dni tej je­sieni. Było cie­plej, niż bywa w Geo­r­gii; naj­wy­raź­niej przez cały czas kie­ro­wał się na po­łu­dnie. Zdez­o­rien­to­wany, na­wet nie wie­dział, czy prze­kro­czył już gra­nicę stanu. Rzut oka na roz­ma­zany pas zie­leni po bo­kach drogi nie na wiele się zdał. Jesz­cze tro­chę i po­wi­nien zo­ba­czyć ja­kiś znak dro­gowy, może zna­jome słowo lub na­zwę. Tak na­prawdę nie miało dla niego zna­cze­nia, do­kąd je­dzie. Wszę­dzie było po­dob­nie. Czuł, że do­póki bę­dzie mieć sa­mo­chód i drogę, bę­dzie za­do­wo­lony.

Gdyby był kimś in­nym, praw­do­po­dob­nie za­sta­no­wiłby się, do­kąd chce je­chać. Jed­nak był sobą i chciał je­chać tam, do­kąd za­pro­wa­dzi go droga. Spo­rzą­dza­nie pla­nów nie miało sensu - pla­nu­jąc, lu­dzie z wła­snej woli za­my­kali się w wię­zie­niu. Na­wet gdy byli wolni, pa­ko­wali się do kla­tek i wy­rzu­cali klucz. Mał­żeń­stwo, praca, dom i inne ba­jery. Nie chciał tego. Nie po­trze­bo­wał żad­nej z tych rze­czy. Mi­łość nie była praw­dziwa. Sta­bi­li­za­cja to ilu­zja. Pracę można stra­cić, po­dob­nie jak dach nad głową. Wy­star­czy po­wie­dzieć nie­wła­ściwą rzecz w nie­wła­ści­wym mo­men­cie i wszystko roz­sy­pie się jak do­mek z kart. Dla­czego miałby przez całe ży­cie słu­chać głosu po­li­cjanta w swo­jej gło­wie, który po­uczał go, jak ma po­stę­po­wać, aby się nie wy­ła­mać? Nie po­trze­bo­wał tego.

Mi­nął znak dro­gowy. Biały tekst na zie­leni cią­gną­cej się aż po ho­ry­zont. Był na Flo­ry­dzie. Geo­r­gia zo­stała da­leko w tyle. Oba stany były w po­rządku. Oba ofe­ro­wały różne moż­li­wo­ści.

Chrza­nić ży­cie w klatce od ósmej do szes­na­stej. Da­wa­nie dzie­ciom bu­ziaka i pła­ce­nie ra­chun­ków na czas. Miał wszystko, czego po­trze­bo­wał. Mógł udać się wszę­dzie i ni­g­dzie nie mu­siał być. Zero lu­dzi i ich pu­stej gadki, tylko on i war­kot sil­nika. Ni­czego wię­cej nie po­trze­bo­wał. Tylko tego pra­gnął. Tylko o to za­wsze wal­czył. O swój ame­ry­kań­ski sen.

Mi­go­ta­nie czer­wo­nych i nie­bie­skich świa­teł w lu­sterku wstecz­nym roz­wiało te ma­rze­nia. Od­le­gły dźwięk sy­reny przedarł się przez płynny ryk sil­nika, a Paul za­ci­snął zęby.

Spo­kojną me­dy­ta­cję drogi prze­rwał mu skok ad­re­na­liny. Paul wszę­dzie, do­kąd się uda­wał, po­peł­niał prze­stęp­stwa, a przez ten sa­mo­chód ła­twiej go było zi­den­ty­fi­ko­wać - wi­dząc mi­ga­nie ko­guta, jak naj­bar­dziej miał pod­stawy, by przy­go­to­wać się do walki lub ucieczki. Na co dzień ra­czej nie my­ślał ra­cjo­nal­nie. Wspo­mi­na­nie ciągu wy­da­rzeń, które do­pro­wa­dziły go do miej­sca, w któ­rym się zna­lazł, było jak wkła­da­nie dłoni do sło­ika peł­nego po­tłu­czo­nego szkła w po­szu­ki­wa­niu ciastka le­żą­cego na sa­mym dnie. Mimo tego znów to zro­bił. Prze­śle­dził drogę wstecz do ostat­niego razu, kiedy ko­goś do­rwał, kiedy zła­pał ko­goś za gar­dło i mocno za­ci­snął dło­nie. Krą­żył my­ślami wo­kół tam­tego zda­rze­nia, po czym wró­cił do te­raź­niej­szo­ści i sa­mo­chodu, któ­rym je­chał.

Pew­nie go szu­kali. Po spraw­dze­niu ta­blic re­je­stra­cyj­nych bę­dzie ja­sne, że auto zo­stało skra­dzione. Ści­gano go. I w końcu na­mie­rzono. Z twa­rzą wy­krzy­wioną w gry­ma­sie, który wy­glą­dał jak uśmiech, do­ci­snął pe­dał gazu aż do pod­łogi. War­kot sil­nika zmie­nił się w ryk, ale Paul nie sły­szał go, bo jesz­cze gło­śniej wa­liło mu serce.

Roz­po­czął się po­ścig.

Roz­myta zie­leń za bocz­nymi szy­bami zmie­niła się w smugę; przed­nia szyba po­chło­nęła drogę i się­gnęła ho­ry­zontu. Szyb­ciej. Szyb­ciej. Świa­tła na­dal mi­gały w lu­sterku wstecz­nym, ale Paul nie miał czasu na nie spoj­rzeć. Mu­siał pa­trzeć przed sie­bie, prze­wi­dy­wać po­ja­wie­nie się ko­lej­nego za­krętu - przy tej pręd­ko­ści nie mo­gło być mowy o po­myłce. Bez wa­ha­nia, bez roz­my­śla­nia, bez za­sta­na­wia­nia się. Mózg pod­łą­czony do kół. Nie ma miej­sca na strach, nie ma miej­sca na po­czu­cie winy, jest tylko droga. Za­wsze nio­sła mu ra­tu­nek i wie­dział, że zrobi to rów­nież te­raz. Po­świę­cił się, od­dał wszystko, czym był - dla drogi. Nad­szedł czas, aby mu się od­wdzię­czyła za jego od­da­nie. Nie miał w zwy­czaju się mo­dlić, ale gdyby było ina­czej, jego bo­giem by­łaby cią­gnąca się przez wiecz­ność li­nia czar­nego as­faltu. Byłby Naj­wyż­szym Ka­pła­nem Au­to­strady.

Co spra­wi­łoby, że po­li­cjant i tak pę­dziłby jak Dia­beł - ten, który chciał ode­brać mu sa­kra­ment drogi, który chciał go za­mknąć i wy­rzu­cić klu­czyki do auta. Te psy nie miały po­ję­cia, czego się do­pusz­czają, jaką wol­ność pró­bują ode­brać in­nym, jeż­dżąc tam i z po­wro­tem, wciąż tymi sa­mymi uli­cami. Ni­gdy ni­czego nie od­kry­wali, ni­gdy się nie roz­wi­jali - za­wsze ro­bili to samo, dzień po dniu, aż do przej­ścia na eme­ry­turę lub do mo­mentu śmierci. Z punktu wi­dze­nia Paula po­li­cja była naj­gor­szą rze­czą, jaką ten świat miał do za­ofe­ro­wa­nia.

Dia­beł dep­tał mu po pię­tach.

Je­chał da­lej. Gdy skrę­cał z głów­nej drogi na po­bo­cze, roz­legł się pisk opon. Ru­szył na prze­łaj, przez pod­mo­kły las i otwarte pola. Opony sta­rego sa­mo­chodu nie były przy­sto­so­wane do tego za­da­nia, ale Paula nie ob­cho­dziło, czy je znisz­czy. Ko­rzy­stał z niego tylko tym­cza­sowo - wszystko było tym­cza­sowe. Póź­niej znaj­dzie nowe auto, nową na­grodę, nowe miej­sce do­ce­lowe. Te cho­lerne świa­tła na­dal mi­gały. Dy­stans się zmniej­szał. Po­li­cjanci zbli­żali się co­raz bar­dziej.

Czuł na karku od­dech Dia­bła.

Gwał­tow­nie skrę­cił, wjeż­dża­jąc na ko­lejne skrzy­żo­wa­nie, wci­snął sprzę­gło, ha­mu­lec, pe­dał gazu i znów ru­szył. Pył wzbił się w po­wie­trze, gdy opusz­czał po­bo­cze, tył po­jazdu otarł się o ro­ślin­ność. Auto wpa­dło w lekki po­ślizg, ale od­zy­skał nad nim kon­trolę. Po­tem znowu ru­szył przed sie­bie.

Po­li­cjanci zwal­niali na za­krę­tach; byli zmu­szeni je­chać tak, jakby chcieli prze­żyć ten po­ścig. Paul nie­ko­niecz­nie. Nie mu­siał. Wie­rzył, że droga go ochroni.

Ufał, że kiedy skręci, sa­mo­chód za­bie­rze go w bez­pieczne miej­sce. Czuł, że cho­ciaż licz­nik pa­liwa miga, wska­zu­jąc re­zerwę, pod ma­ską jest wy­star­cza­jąco dużo mocy, która po­może mu cie­szyć się wol­no­ścią.

Po po­wro­cie na au­to­stradę znów roz­wi­nął skrzy­dła. Pu­ścił sprzę­gło, bez wa­ha­nia wci­snął pe­dał gazu i wy­rwał do przodu. Ra­dio­wóz wy­je­chał za nim, zde­cy­do­wa­nie za wcze­śnie, i Paul zdał so­bie sprawę, że nie uciek­nie. Ten stary sa­mo­chód do­brze mu słu­żył do jeż­dże­nia po oko­licy, ale nie był stwo­rzony do po­ści­gów. Za mało koni me­cha­nicz­nych. Nie mógł osią­gnąć pręd­ko­ści, któ­rej Paul po­trze­bo­wał, aby zwięk­szyć dy­stans na pro­stej tra­sie. I tak mu­siał dać się zła­pać, te­raz lub póź­niej. Ni­gdy nie wzdra­gał się przed ro­bie­niem tego, co mu­siał, nie tchó­rzył. Wręcz prze­ciw­nie. Za­wsze był zbyt uparty, rzu­cał się w wir zbyt wcze­śnie, zbyt szybko chciał dzia­łać. To spra­wiało, że wol­niejsi lu­dzie czuli się nie­kom­for­towo. Dawno, dawno temu w pew­nej wię­zien­nej celi, kiedy za­częła się ja­kaś bójka, to on był tą osobą, która pierw­sza przy­stą­piła do ataku. Wi­dział to je­den z więź­niów. Po­dobno ta­kie za­cho­wa­nie jest ty­powe dla żoł­nie­rzy, bo­jow­ni­ków, dzieci, które za­ata­ko­wano na ulicy o je­den raz za dużo. Nie­wielki bu­for czasu mię­dzy my­ślą a dzia­ła­niem zo­stał znisz­czony przez rze­czy, które wi­dzieli i któ­rych do­świad­czyli. To po­zwa­lało im świet­nie dzia­łać w kry­zy­sie, ale pa­ko­wało ich w kło­poty wszę­dzie in­dziej. Dla­tego ży­cie Paula było se­rią sko­ków od jed­nego kry­zysu do dru­giego. Dla­tego nie czuł się żywy, choć nie był bli­ski śmierci. Kiedy pę­dził au­to­stradą, kie­ru­jąc się co­raz bar­dziej na po­łu­dnie, a ra­dio­wóz zbli­żał się w lu­sterku, czuł w so­bie wię­cej ży­cia niż przez te wszyst­kie ty­go­dnie krą­że­nia bez celu. Krew pul­so­wała mu w ży­łach.

Nie było już sensu ucie­kać, ale wciąż je­chał, po­zwa­la­jąc psu się zbli­żyć, po­zwa­la­jąc mu po­czuć, że na to za­słu­żył. W końcu, kiedy wy­da­wało się, że sil­nik za­raz wy­pali dziurę w ka­ro­se­rii i wy­pad­nie na jezd­nię, wci­snął pe­dał ha­mulca i zje­chał na tra­wia­sty skraj drogi.

Zro­bił to tak na­gle, że gli­niarz pra­wie go wy­prze­dził - gwał­tow­nie za­ha­mo­wał i skrę­cił kie­row­nicą, wy­ko­nu­jąc po­wolne pół­kola na obu pa­sach. Świa­tła wciąż mi­gały, a sy­rena wyła.

Paul spoj­rzał na po­li­cjanta bez odro­biny stra­chu na twa­rzy; nie bał się Dia­bła. Dia­beł był jego prze­ciw­ni­kiem. Dla od­miany gli­niarz był zlany po­tem, ręce mu się trzę­sły, gdy nie­po­rad­nie prze­su­nął dło­nią w oko­li­cach klamry od pasa, a po­tem wy­gra­mo­lił się, by sta­nąć na środku drogi, ciężko dy­sząc.

Taka była róż­nica mię­dzy Pau­lem a jego prze­ciw­ni­kiem. Prze­ciw­nik znał sła­bość; prze­ciw­nik nie wie­rzył w drogę.

Paul opu­ścił szybę i z uśmie­chem, który uwa­żał za naj­bar­dziej roz­bra­ja­jący ze swo­ich uśmie­chów, na­po­tkał lu­strzane spoj­rze­nie Dia­bła, w któ­rym do­strzegł wła­sne od­bi­cie.

- W czym pro­blem, pa­nie wła­dzo?

To była gra. Zu­peł­nie jakby po­li­cjant nie mu­siał go go­nić przez spory ka­wa­łek Flo­rydy, jakby pro­wa­dzili to­wa­rzy­ską po­ga­wędkę, jakby byli po tej sa­mej stro­nie, jakby na­stą­piła tylko drobna po­myłka. Zda­rza się, cza­sem czło­wiek zrobi ja­kiś błąd w do­ku­men­tach albo nie­znacz­nie prze­kro­czy pręd­kość. Cóż, każ­demu może się to przy­tra­fić. Fakt, że gli­niarz się trząsł, z tru­dem tłu­miąc wście­kłość, nie miał zna­cze­nia. Do­póki trzy­mał się sce­na­riu­sza, ist­niało wyj­ście z tej sy­tu­acji. Za­wsze ist­niało ja­kieś roz­wią­za­nie.

Nie usły­szał grzecz­nej prośby o prawo jazdy i re­je­stra­cję, tylko szcze­kliwe żą­da­nie, by wy­siadł z sa­mo­chodu. Okej, nie miał za bar­dzo al­ter­na­tyw­nego wyj­ścia. Nie było in­nego spo­sobu, by z tego wy­brnąć, nie dało się cof­nąć czasu. Może po­wi­nien był za­trzy­mać się przed po­ści­giem, jesz­cze na au­to­stra­dzie. Wy­sia­da­jąc z po­jazdu i z prze­sadną ostroż­no­ścią za­my­ka­jąc za sobą drzwi, otrzą­snął się, tłu­miąc ten zdra­dziecki ci­chy głos z tyłu głowy. Nie chciał być na głów­nej dro­dze, gdzie ni­gdy nie wia­domo, kiedy ktoś nad­je­dzie. Za­wsze le­piej so­bie ra­dził na pe­ry­fe­riach - nie­zau­wa­żony.

Prze­ciw­nik mó­wił, wy­su­wał ko­lejne żą­da­nia, krzy­czał, wrzesz­czał, tra­cąc pa­no­wa­nie nad sobą. To było do­bre. To go osła­biło. Zdez­o­rien­to­wało go. Paul miał szansę wy­ko­rzy­stać tę sy­tu­ację. Po­li­cjant krzy­czał te­raz coś o od­wró­ce­niu się, po­ło­że­niu rąk na sa­mo­cho­dzie, roz­sta­wie­niu nóg. Paul prze­krzy­wił głowę na bok, jakby nie sły­szał do­brze, jakby nie ro­zu­miał, co się do niego mówi. Zresztą, na­prawdę nie sły­szał. Jak za­wsze sku­piał się nie na sło­wach, tylko na czy­nach. Dzi­wił się, że więk­szość lu­dzi nie robi tego, co mo­głaby ro­bić. To były drobne, po­spo­lite rze­czy, ta­kie jak jazda środ­kiem drogi, kiedy ni­kogo nie było w po­bliżu, ale też waż­niej­sze kwe­stie, na przy­kład igno­ro­wa­nie tego, co ktoś do cie­bie mówi. Albo bra­nie rze­czy bez py­ta­nia. To było naj­więk­sze wię­zie­nie ze wszyst­kich, ta pu­łapka w ludz­kich gło­wach, która spra­wiała, że go­dzili się na to, co uwa­żali, że po­winni ro­bić, za­miast ro­bić to, co im się po­doba. Zu­peł­nie jakby ist­niało nie­skoń­cze­nie sze­ro­kie pole, ale wszy­scy i tak szli tą samą błot­ni­stą ścieżką, gę­siego je­den za dru­gim, za­miast swo­bod­nie biec.

Je­śli się cze­goś chciało, można było to wziąć. Je­śli się cze­goś po­trze­bo­wało, można było to mieć. Cza­sami ktoś póź­niej na­rze­kał, ale wtedy wy­star­czyło iść da­lej i zna­leźć inne miej­sce. Droga była od­po­wie­dzią na py­ta­nie o kon­se­kwen­cje. Droga była od­po­wie­dzią na wszyst­kie jego kło­poty.

Tak więc, gdyby po­dą­żał ścieżką wy­ty­czoną dla lu­dzi nud­nych i po­nu­rych, prze­bieg na­stęp­nych kilku mi­nut byłby prze­wi­dy­walny. Po­li­cjant krzy­czałby na niego, aż za­bra­kłoby mu tchu. Od­czy­tałby mu jego prawa, za­trzy­mał go, dość bez­ce­re­mo­nial­nie we­pchnął na tylne sie­dze­nie ra­dio­wozu i od­wiózł do aresztu. Paul sta­nąłby przed są­dem, nie­wąt­pli­wie zo­stał ska­zany i za­mknięty w ja­kiejś głę­bo­kiej, ciem­nej dziu­rze, gdzie droga bę­dzie tylko od­le­głym wspo­mnie­niem, a jego ży­cie po­to­czy­łoby się no­wym to­rem, bez moż­li­wo­ści zmiany kie­runku. Wszy­scy wie­dzieli, że wła­śnie to na­le­żało zro­bić, kiedy za­trzy­mali cię gli­nia­rze. Po­li­cjant wie­dział, że masz to zro­bić. Dzia­łał we­dług tego sa­mego sce­na­riu­sza co za­wsze.

My­ślał, że jego mała od­znaka i mały pi­sto­let mają ja­kąś war­tość. My­ślał, że tylko dla­tego, że coś ni­gdy wcze­śniej się nie wy­da­rzyło, ni­gdy nie na­stąpi. Wszy­scy za­mknięci w swo­ich wię­zie­niach, po­stę­pu­jący zgod­nie ze swo­imi sce­na­riu­szami, ab­so­lut­nie nic nie ro­zu­mie­jąc. Cza­sami Paul nie mógł uwie­rzyć, że tylko on przej­rzał to kłam­stwo.

Nikt ni­gdy nie pod­szedł zu­peł­nie swo­bod­nie do gli­nia­rza, kiedy ten go stro­fo­wał. Nikt ni­gdy nie zi­gno­ro­wał wy­krzy­ki­wa­nych ostrze­żeń, gdy po­li­cjant się­gał po broń. Nikt ni­gdy nie wy­cią­gnął pi­sto­letu z ka­bury szyb­ciej niż funk­cjo­na­riusz.

Prze­ciw­nik zda­wał się nie ro­zu­mieć, co się dzieje. Byli poza sce­na­riu­szem, znaj­do­wali się na tym roz­le­głym, nie­zna­nym, nie­bez­piecz­nym te­ry­to­rium, poza sy­tu­acjami, które przy­da­rzyły mu się wcze­śniej, a on po pro­stu nie mógł so­bie z tym po­ra­dzić. Jego umysł się za­mknął, tak jak u każ­dego nor­mal­nego czło­wieka, gdy ten zo­stał skon­fron­to­wany z sy­tu­acją, na którą był zu­peł­nie nie­przy­go­to­wany. U każ­dego nor­mal­nego czło­wieka, ale nie u Paula. Był ina­czej zbu­do­wany. Był pod­łą­czony do ży­cia poza mu­rami wię­zie­nia spo­łecz­nego. Był wol­nym czło­wie­kiem i to czy­niło go po­tęż­nym. Tań­czył wśród wi­szą­cych na sznur­kach ma­rio­ne­tek. Sta­nął obok to­rów, pod­czas gdy po­ciąg, który miał go zmiaż­dżyć, prze­jeż­dżał obok.

Po­ciąg, któ­rym był Paul, prze­je­chał do­kład­nie nad prze­ciw­ni­kiem. Za­brał po­li­cjanta z po­wro­tem do ra­dio­wozu i za­kuł go w kaj­danki na przed­nim sie­dze­niu, chwy­cił klu­czyki i prze­szedł na miej­sce kie­rowcy. Te­raz to był jego sa­mo­chód. Nikt nie po­wiąże go z tym, co zro­bił w Geo­r­gii. Zrzu­cił z sie­bie ko­lejny cię­żar.

Nie wie­rzył w siłę po­li­cjan­tów. Nie po­stę­po­wał zgod­nie z ich sce­na­riu­szami i nie prze­strze­gał ich ogra­ni­czeń. Ale to nie zna­czyło, że nie mógł ich wy­ko­rzy­stać. Tu­taj każdy, kto zo­ba­czy nad­jeż­dża­jący ra­dio­wóz z mi­ga­ją­cymi świa­tłami, za­trzyma się jak po­słuszna mała owieczka, którą prze­cież jest. A Paul bę­dzie mógł wy­brać so­bie każdy sa­mo­chód, jaki zo­ba­czy.

Nad­szedł czas na prze­jażdżkę, a droga mu ją za­pewni.

.