MIESZKO I
EKSPORTER NIEWOLNIKÓW
.
Krótki quiz na początek. Jakie jest najwybitniejsze dzieło polskiej sztuki romańskiej? A. Katedra Notre Dame w Paryżu? Nie, to gotyk. B. Szczerbiec? Ładny, ale też nie. C. Drzwi gnieźnieńskie? Bingo! Wielkie brązowe wrota do pierwszej polskiej katedry to absolutny majstersztyk. Ufundował je prapraprawnuk naszego pierwszego księcia, Mieszko III. Zabytek bezcenny, unikatowy, ale... mocno niedyskretny.
Spójrzmy na to, co przedstawia. Są na nim sceny z żywota świętego Wojciecha. To dziś patron Polski, a zarazem bratnich Czech. To o jego święte truchło toczyliśmy z sąsiadami gwałtowne spory. I jeśli Czechom wydaje się dziś, że brutalny najazd na Polskę, spalenie Gniezna i kradzież świętych relikwii w 1038 roku sprawę zakończyło, są w błędzie. Sto lat później udało nam się relikwie odnaleźć. Gdzie? W Gnieźnie oczywiście! Pewnie otumanieni piwem Czesi coś tam przeoczyli, zabrali do praskiej katedry kogoś innego. Nieważne, coś innego woła o pomstę do nieba.
Na jednej z przedstawionych scen Wojciech uwalnia z niewoli rodaków. Upomina przy tym władcę, tak jakby to on był sprawcą całego zamieszania. Wydarzenie miało miejsce jeszcze w czeskiej Pradze, czyli tam, gdzie święty Wojciech działał, zanim przeniósł się do Polski już za życia Mieszkowego syna, Bolesława Chrobrego. Scena wprowadza w konfuzję, to trudny moment dla historyków, jeszcze trudniejszy dla katolików, a już kompletny galimatias dla historyków sztuki. Święty ratuje bowiem rodaków z rąk żydowskich handlarzy. Niewolnictwo - straszny proceder, ale dlaczego miał miejsce w chrześcijańskim kraju?!
Na szczęście możemy odetchnąć: takie rzeczy tylko w Pradze, u nas święty Wojciech ratować ziomków nie musiał. Kłopot jednak w tym, że twórca tej sceny, jak i całych drzwi z brązu, zapewne światły uczony i artysta, dodał świętemu, a także biednym Słowianom i okrutnym Żydom jeszcze kogoś do towarzystwa. To mityczny i grecki Herkules, a za nim cała groźna sfora: gryfy, sfinksy, lwy i małpy, pełne bestiarium starożytności. Na co komu to potrzebne?
U południowych sąsiadów, a także niestety w Polsce sprzed tysiąca lat, kwitł handel niewolnikami i trudno nad tym przejść do porządku dziennego. Trzeba to przyjąć do wiadomości, a w zasadzie... obliczyć zyski i straty. Wszak obok niebiańskich zasług jednostek są podłe grzechy całej reszty. Obok światłych uczynków - szare sprawy doczesne. To, czym dziś trudno się chwalić, ale przemilczeć nie sposób, to piastowska ekonomia.
Spójrzmy zatem prawdzie w oczy. Owszem, ludźmi handlowali Żydzi, ale polowania na nich organizowali już pomagierzy księcia. Z miłosierdziem naszego Mieszka Piastowicza (bo to jego konkretnie obciąża ten proceder) mogło być trochę na bakier, bo główna wina jest straszna: handlował rodakami, Słowianami, Polanami właśnie! To tak jakby dziś rząd PiS-u organizował łapanki na spacerowiczów Kutna, Koła i Sochaczewa i oddawał ich pośrednikom z Hajfy. A ci co dalej? O zgrozo! Sprzedawali naszych Arabom! Spętani Kowalscy i Malinowscy - przez fatalne drogi niemieckie - wędrowali potem do dalekiej Hiszpanii, by trafić na dwór zdegenerowanych Abbasydów. A tam wiadomo: Sodoma i Gomora, Sewilla i Grenada.
O tempora, o mores! - słusznie płakał Cyceron nad upadkiem rzymskich obyczajów. Nad krainą Mieszka też powinien zaszlochać. Swoich ludzi w niewolę! Za arabskie dirhamy! Na żydowskich wozach powieźli! Hańba, powiadali zatroskani kronikarze. Co za wstyd, powtórzmy za nimi.
Ale to nie koniec łez. Jest jeszcze jeden aspekt piastowskiej gospodarki. Niewykluczone (a potwierdzić to mają wkrótce oficjalne wyniki badań genetycznych), że Mieszko nie był żadnym Słowianinem, a jednak wikingiem z Północy. Mówi się o tym już od wielu lat, być może wkrótce to się potwierdzi. Jeśli tak było w istocie, handlował dobrem przejętym. Trochę jak paser, który wszedł w posiadanie cudzego i czerpał zyski podwójnie.
I tu zdruzgotany historyk mógłby sprawę zakończyć, wszak nic naszego władcy nie usprawiedliwia. A jednak warto dokładnie przyjrzeć się gnieźnieńskim wrotom i zrozumieć średniowieczny przekaz do końca.
Prapraprawnuk władcy-handlarza-pasera, Mieszko III, miał bowiem nie lada kłopot. Jego własne panowanie to czas słynnych krucjat na Wschód. Walka z Saracenami o Jerozolimę, krew przelewana za Ziemię Świętą, boje o Chrystusowe dziedzictwo. Wielka militarna inwestycja, osiem wojennych kampanii. On nie pofatygował się na żadną. Nie wysłał ani jednego rycerza. Owszem, jego młodszy brat Henryk Sandomierski tam ruszył, ale w rodzinie uchodził za dziwaka. Zginął zresztą podczas jednej z takich wycieczek, tyle że w pobliskie pruskie knieje. Mieszka III próżno szukać w Palestynie, ale... fundując drzwi i nakazując rzeźbiarzom przedstawić odpowiednie sceny, wytłumaczył dlaczego.
Otóż my, Polanie (jak widać, potomek wikingów trzymał się tej ściemy), mamy swoje obowiązki misyjne i swoich pogan za progiem. To Prusowie; właśnie ich próbował nawracać święty Wojciech. Nawracał, nawracał i nic z tego nie wyszło. Teraz skupimy się właśnie na tych ostańcach, a wy, koledzy z Zachodu, dokończcie sprawę w Ziemi Świętej. Dla Boga to jednaka robota, walka o wiarę wszędzie tak samo ważna.
A co ze słowiańskimi niewolnikami, głównym produktem eksportowym Piastów? Co z interesem, tak niedyskretnie nam wypomnianym? Dajcie spokój, bagatelizował polski książę, ludzi u nas dostatek, a też krzywda im się jakaś wielka nie stała.
Słowianie, jak się okazuje, co potwierdzają arabskie kroniki, robili w Andaluzji prawdziwą furorę. Tych bitnych i odważnych kalifowie (choćby Abd ar-Rahman czy Hakam II) obsadzili w roli ochroniarzy. Inni na czele muzułmańskich flot podbijali dla nich Śródziemie. Słynny Mujahid Jusuf al-Amir, chłopak (zapewne) spod Łomży czy Wyszkowa, w perzynę obrócił Sardynię w 1015 roku. A poza tym Słowianie szefowali haremom (cóż, że kilku z nich przypłaciło to stratą osobistych klejnotów), zarządzali skarbcem i z czasem stworzyli własne gminy czy powiaty. Przez wieki różnili się od Berberów kolorem skóry i blaskiem tęczówek. Całkiem niedawno antropolodzy wpadli na trop Qarjat as-Saqaliba, zaginionej stolicy Słowian w marokańskich górach Rifu.
Handel poddanymi Piastom się po prostu opłacał. Co Polska bowiem zyskała? Przede wszystkim sławę kuźni kadr menedżerskich, a także niemałe pieniądze. Akurat pierwszemu Mieszkowi arabskie monety nie były do niczego potrzebne. Własnej mennicy nie miał, monet nie bił, a i kupić za te dziwne krążki niczego u nas nie można było. Co innego samo srebro! Kruszcem Mieszko opłacał wikingów (to ogólna słabość ówczesnych włodarzy do wynajmowania ochroniarzy, z którymi jego poddani nie mogli się porozumieć) i dobrze inwestował. W drzwi? Skądże, miał szersze horyzonty.
Pewnie z połowę budżetu wsadził w swoją siedzibę, palatium w Poznaniu - to był dopiero cud architektury. Arabskie srebro z żydowskich rąk za polskich niewolników powędrowało bowiem do Afganistanu, a stamtąd dumny władca-biznesmen sprowadził legendarny niebieski barwnik produkowany z lapis lazuli. Dziś już wiemy po co. Na ścianie kaplicy kazał wymalować gigantyczną ikonę Maryi. Pierwsza polska Madonna wcale nie była czarna. Była błękitna jak fontanny Kordoby, jak sufity Sewilli i kafelki Grenady. Jak oczy naszych Słowian, z arabska zwanych seqlabijn.