Rozdział pierwszy
Wół - do lat trzydziestych dwudziestego wieku woły były stałym elementem wiejskiego krajobrazu. Wół to kastrowany samiec bydła domowego, a pierwsze dowody na rolnicze użytkowanie tych zwierząt pochodzą sprzed pięciu tysięcy lat. Wykorzystywano je do prac w transporcie, pracy w polu i zagrodzie (chodzenie w kieracie). Głównym elementem uprzęży tych zwierząt było jarzmo, mocowane do rogów lub karku nad kłębem. Swoją popularność woły zawdzięczały ogromnej sile połączonej z niezwykłą łagodnością.
Październik 1922
Ksawery Hub podniósł się z krzesła. Prosty ten ruch uświadomił mu bolesnym strzyknięciem w krzyżu, że młodszy się nie robi. Kiedyś siadał, wstawał, zrywał się i nawet o tym nie myślał. Teraz taka prosta czynność, a krzyż daje znak, że jest. Za lat kilka podniesienie się będzie wyzwaniem.
Ot, dyrdymały. Jeszcze mu daleko do starości. Wciąż miał siłę w rękach, bułane ogiery prowadził, gdzie chciał, babie potrafił dogodzić, a pole lepiej i szybciej obrobił niż Antek. A że w krzyżu strzyknęło? Drwa rąbał, to i nadwerężył. Odpocznie dzień, dwa i wszystko wróci do normy.
- A ty gdzie? - zapytała Tereska.
- Zapalić bym se wyszedł.
- Mówisz, że zapalić, a prawda taka, że do tej suki drogi szukasz.
Hub westchnął. Terenia, tyle lat nie było z nią kłopotu. Zgodliwa była, cicha. Siedziała w chałupie, gotowała, dziećmi się zajmowała, babską robotę w oborze ogarniała, a jak ją słabość zmogła, to Hub robił, albo Weronika, albo kogo najął. Przez palce patrzyła na mężowskie grzeszki. Trochę łeb zmyła, gdy popił, ale to nie tylko jej prawo było, a też i obowiązek. Bez tych gorzkich słów, które od żony słyszał, łatwo mógł przekroczyć miarę. Z wódką nie ma żartów. W jednej chwili wydaje ci się, że nad wszystkim panujesz, w drugiej pole sprzedajesz, by mieć za co pić. Stary Adamczuk, ojciec Michała, najlepszym przykładem, a on przecież niejedyny na świecie. Dobrze, że ten Wawrzek mu się udał, boby sczeźli wszyscy. Splunął. Za każdym razem, gdy zdarzyło mu się pomyśleć albo wypowiedzieć imię Wawrzka Adamczuka, pluł.
- Czyś ty, chłopie, oszalał? Toż dopiero klepisko mazałam. A ten mi tu pluć będzie!
- Kiedy mnie się palić chce.
- Idź, idźże już.
Hub się przeciągnął, podszedł do drzwi, z haczyka zdjął kapotę i na grzbiet ją naciągnął.
- Tylko zapalić. Jak ty by mnie w izbie nie zabraniała...
Żona wzrokiem dała mu znak, żeby już szedł.
Wieczór był przyjemny. Trudno uwierzyć, że to już październik, bo cieplej niż czasem we wrześniu bywa. Cały dzień słońce grzało. Baby ze lnem się obrabiały, aż miło. Anielka zajęta pracą, aż szum idzie. Brzuch pod nosem, a ta nie patrzy, tylko robi. Inna sprawa, że ten len jej się darzy jak żadnej innej babie we wsi. Ma do niego rękę. Ale to już tak bywa. Wydaje się, że ta sama robota i tak samo wszyscy robią, a jednak nie.
Wystarczy spojrzeć na ogrody. U jednej gospodyni grządeczki równiutkie, niepozarastane chwastami, główki kapusty na zagonie jedna w drugą jak szaflik, a gładziutkie, błyszczące, ani popękane, ani robaczywe. U innej główeczki lichutkie, pozsychane i bielinków nad nimi tyle, co płatków śniegu w zimową zawieję, a w ogrodzie chwasty takie wysokie, że dziecko może się w nich zgubić jak w lesie. Zastanawia się kobiecina, co źle robi, bo przecież wszystko tak jak sąsiadki - sieje w tym samym czasie, plewi, dogląda, popiołem podsypuje, wywarem z bakonu czy pokrzywy polewa. Na szczęście na ogół tak to bywa, że ta, co jej się nie wiedzie na ogrodzie, w izbie ma porządek albo gotuje tak, że sam zapach ludziom na drugim końcu wsi żołądki skręca. Może też tak być, że do zwierząt ma rękę, krowy lśniące na pastwisko wygania, mleka doi nieprzebrane ilości.
Terenia, ze względu na to, że słabowała, przy zwierzętach mało robiła. Ot, wydoiła, ale jak zasłabła, musiał ją mąż wyręczać. Tylko się do tego nie przyznawał, wstyd by był na całą wieś, jakby się chłopy dowiedzieli, że taki gospodarz, a babską robotą się nie brzydzi. Rzadko to teraz bywało, bo Weronika matkę wyręczała, a jak trzeba było, to i Natala dała radę.
Za to takiego porządku w chałupie jak u Hubów to nigdzie nie uświadczysz. A nie była ona mała, oj nie. Zbudowano ją zgodnie z tą modą, która nakazywała stawiać domy przechodnie, z jednymi drzwiami od drogi, drugimi od podwórza, z dużą izbą, gdzie stał piec, stół, ławy, a czworo drzwi prowadziło z niej do izb sypialnych i komory. Kiedyś, gdy dzieci były małe, a matka Huba wciąż żyła, wydawało się, że miejsca braknie. Teraz, gdy sami z Tereską zostali, było go aż nadto. Dobrze, że Weronika ze swoją dwójką przychodziła. Bywały dnie, że jeszcze porządnie się nie rozwidniło, a już się po izbie kręcili.
- Co ja będę u siebie rozpalać i osobno gotować? U was strawy nagotuję, a potem do siebie podskoczę. Jak raz krowy już zjedzą siano, to je razem z waszymi na wygon Wojtek pogoni. Mamcia na dzieci mi spojrzy, to nie będę się martwiła, czy czego nie psocą.
Hub uśmiechnął się do siebie, wyciągając z kieszeni woreczek z tytoniem i bibułkami. Nie przesadzaj, chłopie, tak słodko to nie było. Weronika po matce miała paskudny charakter. Kłótliwa była. Kiedy się ożenił, to myślał, że Terenia przez te słabości taka. Później zrozumiał, że ta jej chorowitość jemu, Hubowi, wychodzi na zdrowie. Bo gdyby ta kobita miała w sobie siłę, to uchowaj Panie. Może już by jego, Ksawerego, na świecie nie było. A tak, gdy Terenię choroba osłabiała, to nie miała siły się kłócić. A wszystko, dosłownie wszystko mogło być powodem. Źle stanął, źle usiadł, sapnął, powiedział coś, nie powiedział. Największe awantury wybuchały o porządek. Hub znosił je cierpliwie, ale gdy już tak zupełnie nie mógł wytrzymać, to szedł do karczmy. Zastawał wtedy zamknięte drzwi, musiał więc spać w oborze albo w sadzie.
Skończyły się te przypadkowe noclegi, kiedy Antek z Anielką na swoje poszli. Dobre to było dla nich, bo dziewucha z Tereską życia by nie miała, dobre i dla Huba. Kiedy trochę więcej wypił, to albo sam szedł do chałupy syna, albo go kto odprowadzał, albo też dawali znać do Antka i ten po ojca przychodził.
Trzeźwy Hub też do synowskiej chałupy często zaglądał. Przyjemnie tam było. Aniela mało mówiła, dużo robiła. Gdy zapowiedzi wyszły, ten i ów odradzał Hubowi tę pannę, mówiąc, że młodsza Połajówna krowie ogona nie zawiąże. Okazało się, że ludzkie gadanie to jedno, a rzeczywistość drugie. W chałupie u synowej czysto było, codziennie nagotowane dwie, czasem trzy potrawy. Jak nie bałabuszki ze słodkim nadzieniem, to jakieś ciasteczka dwa, trzy razy w tygodniu pieczone stały na stole w ładnej, glinianej misce, białą ściereczką wyłożonej, a kto przyszedł, mógł się częstować do woli. Nowa to moda, Hub nie pamiętał, żeby w innych chałupach tak było. Ta gościnność też dobrze świadczyła o Anieli. A gdy kto zajrzał do obory, to mógł tylko gwizdnąć z uznania. Krowy miały sierść lśniącą, a wymiona tak wielkie, że po pół cebra mleka dawały z jednego strzyka. Trzymała też Anielcia cztery owce, dla wełny, dwie świnie, kur kilkanaście, kaczki, gęsi i kilka królików. Wszystko zadbane i najedzone, aż przyjemnie patrzeć.
Jak Hub do nich przychodził, zaraz mu jeść dawała, a gdy akurat Antka w domu nie było, to z uśmiechem na ustach lała do kieliszeczka odrobinę nalewki.
- Ziołowa. Na zimę zrobiłam, według przepisu Ciotki Leonki. Naparsteczek wam naleję, żebyście powiedzieli, jak wyszła.
Hub pił, mlaskał, a później prosił o jeszcze kapkę, bo smaku nie złapał.
- Wy jego nie złapaliście, ale on was tak - śmiała się, lejąc. Zerkała przy tym przez okno, czy gdzie Antka nie widać. - Pijcie na zdrowie, ale więcej wam nie dam. Przyjdzie w zimie choroba, a we flaszce dno widać. Czym ja mojego nacierać będę? Co mu dam do picia, co?
Hub nic nie mówił, śmiał się do niej. Lubił swoją synową, po prostu ją lubił. To, co łączyło go z matką Anielki, nie miało tu najmniejszego znaczenia.
Spojrzał tęsknie w stronę, gdzie stała chatynka Połajów. Los to zawsze tak te nitki życia plecie, by człowiekowi trudniej było.
Jakby świadoma myśli męża, Terenia zapukała w okienko. Ksawery podniósł rękę z wypalonym do połowy papierosem. Ależ go teraz pilnowała! Jakby nie żoną była, a strażnikiem więziennym. Przez tyle lat przymykała oko na to, że mąż do sąsiadki chodzi, i nagle jej się odwidziało. Już nie kłótnie, a głośne awantury z tego powodu wybuchały.
Zaczęło się zeszłej jesieni, gdy Marianna urodziła drugie dziecko. Chłopczyk był jak malowanie, szczęśliwie wcale do matki niepodobny. Babka Połajowa ofiarowała się w podzięce za jego narodzenie do Ostrej Bramy pielgrzymować. Odradzali jej wszyscy, bo raz, że stara już była, dwa, że droga daleka, trzy, że zima za pasem. Starowinka głową pokiwała, niby przyznała rację najbliższym, ale gdy nazajutrz się pobudzili, babki w chałupie już nie było. Przepadła i słuch o niej zaginął. Pomodlili się wszyscy za spokój jej duszy, Marianna nawet na mszę dała. Uznali staruszkę za zmarłą, bo nie było sposobu, żeby tak daleko zimą zaszła, nie zamarznąwszy po drodze.
W kwietniu ducha wyzionął Józek Połaj. Nie był stary, żyłby jeszcze, ale go owo marzycielskie usposobienie zgubiło. Poszedł bronować. Mówili mu zięcie, tak jeden, jak drugi, że zabronują mu ten skrawek pola, tylko pierw u siebie się obrobią. Wszak co roku tak było, odkąd Józkowi nogę odjęli. I zawsze czekał cierpliwie. Tej wiosny coś mu do łba przyszło, zniecierpliwił się, konia do bron zaprzągł i w pole pojechał. Za koniem po polu chodzić to ciężka robota dla kogoś z dwiema nogami, a co dopiero gdy tylko jedna zdrowa, a druga drewniana. Zapadał się ten wystrugany kulas w miękką rolę. Przeszedł Józek pole w jedną stronę, przeszedł w drugą i tak był zmachany, jakby pięć morgów zabronował. Usiadł tedy na miedzy odsapnąć. Zadumał się, jak to on. Gdyby nie to, że znudzony czekaniem koń do domu wrócił, pewnie by dopiero wieczorem Hanka męża znalazła. Tak to od razu pobiegła, Józka z pola do chałupy zabrała. Po Ciotkę Leonkę posłała, ale wszystko darmo. Nawet ten doktór, co go Wawrzek z miasteczka przywiózł, też na darmo. Wszyscy wiedzą, że nie ma gorszej biedy niż ta, co wynika z przewiania przez wiosenny wietrzyk, zwłaszcza gdy kto spocony. Jeśli pozwolisz, by na tobie koszula wyschła, to tak jakbyś kostuchę na wieczerzę zapraszał. U Połaja wdało się zapalenie płuc, dwa tygodnie i już po Józefie było.
Hub westchnął. Wiele wiosen przeżył, oj wiele, ale żadna nie była tak piękna jak ta, która przyszła po śmierci Połaja. I to nie tylko dlatego, że pogoda była cudna. Hanka, wcześniej wciąż zmartwiona, z nerwami napiętymi jak postronki, odmieniła się zupełnie.
- Czymże ja się będę, Sawerku, frasować? Córki dobrze za mąż wydałam, bogate są, gospodynie na całe gęby. Te skrawki pola, co my z Józkiem obrabiali, to niech między sobą podzielą, jak chcą, ja na polu już robić nie będę. Mam krowę, mam ogród, to mnie wystarczy, a mało będzie, to mi ani jedna, ani druga łyżki strawy nie pożałuje. A ludzkie gadanie mnie nie obchodzi, bo nastają na mnie ludzie od lat, przywykłam. Jedno, co mi doskwiera, to siedzenie wieczorem w pustej chałupie.
Hub to ostatnie zdanie wziął sobie do serca i nie pozwalał, by Hanka samotnie spędzała wieczory. Dobrze im było. Tuliła się do niego, łasiła, jakby mieli po szesnaście lat.
I czyż to komu przeszkadzało, że na stare lata mieli z życia trochę radości? Widocznie komuś przeszkadzało, bo tydzień po Przemienieniu Pańskim zjawiła się babka Połajowa. Cała, zdrowa i żywa. I to jeszcze jak żywa! Dowiedziawszy się o śmierci syna, całą winą obarczyła Hankę. Wyzywała ją od wszetecznic i kurwiag tak głośno, że ludzie nie tylko w całym Tynczynie, ale i w Mikulinie musieli słyszeć. Jakby mało jej tego było, przyszła do chałupy Hubów i Teresie wyrzuty robiła, co z niej za żona i matka, jak może na taki grzech patrzeć. A na koniec dodała, że śmierć Franka to kara za grzechy Huba. Te słowa podziałały jak wylanie oliwy na rozżarzone węgle. Terenia zaczęła się tak z mężem awanturować, tak mu wymyślać. I jeszcze Weronice słowa babki Połajowej powtórzyła. A przecież i bez tego córka miała do niego pretensje, że dla zaspokojenia własnych ambicji wysłał jej męża do Ameryki na zginięcie.
Hub poczuł gorycz w ustach. Strzyknął śliną. Niech mówią, co chcą, on wiedział swoje. Jakim sposobem człowiek, co do Ameryki popłynął, zginął we Francji? Oszustwo to było jawne. Wawrzek się mądrzył: "Mnie nie wierzycie, do Czerwonego Krzyża piszcie". "A co mnie po pismach?", pytał Hub. Tam, gdzie prawda zamataczona, tam zwykły chłop jej nie dojdzie. Na szczęście poza ludzką jest jeszcze boska sprawiedliwość, a krew niewinnie przelana zawsze, zawsze wypływała, gubiąc tego, kto ją przelał. Dlatego też Hub miał nadzieję, że Wawrzek zapłaci za to, co Frankowi zrobił. I modlił się o to, szczerze się modlił.
Zaciągnął się po raz ostatni. Rzucił jeszcze jedno tęskne spojrzenie w stronę chałupy Połajów. Póki ciepło było, to znajdowali z Hanką sposób, żeby się wymknąć i spotkać, a to za oborą, a to na łące. Teraz, gdy wieczory zimne, nie było jak. Może sercom się wydawało, że mają po szesnaście lat, ale ciała dobrze wiedziały, że już nie, i w ogóle im się nie uśmiechało gołych dup na październikowy wiatr wystawiać.
Oj, długa to będzie zima, długa, westchnął Hub i już miał do izby wejść, gdy zobaczył, że w chacie Weroniki drzwi się otwierają. Zatrzymał się, oczy przymrużył, by lepiej widzieć. Z chałupy chłop wychodził, wysoki, barczysty. Donośnym głosem za gościnę dziękował.
Pewnie zalotnik, diabli nadali. Hub zaklął pod nosem. Kiedy Wawrzek wrócił i wiadomość o śmierci Franka przywiózł, polały się łzy. Wydawało się, że Weronika już męża odżałowała, wszak przez pięć długich lat nie miała od niego żadnych wieści. Tymczasem mocno go kochać musiała, bo dniami i nocami płakała. Na szczęście każdy żal, nawet największy, kiedyś się kończy. Tak i Weronika w końcu wypłakała ostatnią łzę. Minęła żałoba i do bogatej wdowy zaczęli się zjeżdżać zalotnicy. Odprawiała ich, początkowo niechętna powtórnemu zamążpójściu. Hub słyszał rozmowę córki z żoną. Weronika mówiła, że nie trzeba jej tego miodu, że się w ojca nie wdała w tych sprawach, że na obce dzieci robiła nie będzie.
Ostatnio jednak coś się zmieniło.
- Jeszcze ja nie taka stara, pierwszego męża wyście mi wybrali, to może drugiego sama sobie znajdę, Natala i Wojtek z domu pójdą, a ja będę sama siedzieć, bez towarzystwa - tak mówiła.
Zaniepokoiło to Huba. Powtórne małżeństwo córki wiele spraw rodzinnych mogło skomplikować, a Weronika jakby nie zdawała sobie z tego sprawy. Trzeba będzie z nią porozmawiać, zanim coś głupiego zrobi.
- Och baby, baby. Jeśliby mnie kto pytał, to powiem, że chłopy do żadnego czyśćca nie idą, tylko od razu do nieba. Bo przez was my tu, na ziemi, taki mamy czyściec, że hej.