Było już dobrze po północy, gdy kilku mieszkańców wioski
Sidderton i pewna liczba rolników z osad sąsiednich ujrzała
olśniewającą smugę światła po nad bagnami Sidderfordzkiemi. W samem
Sidderford nikt nie zauważył tego szczególnego zjawiska, a stało
się tak dla tej prostej przyczyny, że w Sidderford sypiają o tej
porze wszyscy. W ciągu dnia wiatr dął ciągle w jednym kierunku, a
podlatujące w górę, lub sunące chwilami ponad samą ziemią, jaskółki
mięszały się dla oka w jedną grupę z opadającymi liściami, którym
ten powiew nadawał wszelkie pozory życia. Słońce zaszło tego
wieczora za krwawy obłok, a księżyc wcale nie był widzialny. W tym
właśnie wielkim mroku, zabłysł meteor - bo jakież inne ciało rzucić
mogło w przelocie ten świetlny snop promieni, - ale m eteor ów nie
odznaczał się blaskiem jednostajnym - owszem, ciągłość jego i
kształt przerywały niby błyskawice łukowate. Zresztą, jak każde tej
natury zjawisko, trwało to chwilę zaledwie, a potem cień nocny
wydawał się bardziej jeszcze nieprzeniknionym. Czasopismo
"Przyroda" odebrało mnóstwo listów opisujących ten fenomen i
opublikowało je in extenso, poprawiwszy tu i owdzie dla większej
między sobą zgodności w szczegółach, a nadto nieomieszkało dołączyć
illustracyj, które, przyznać należy, przez wszystkich świadków
naocznych uznane zostały za niepodobne zupełnie do tego obrazu,
który zatrzymała ich pamięć. Zresztą, ktoby chciał dziś jeszcze
oglądać te odbicia, niechaj się postara o rzeczonego wydawnictwa
wolumin CCLX, a tam na stronie 42 znajdzie rzekomą Sidderfordzkiego
meteoru podobiznę.
Jak powiedziano wyżej, nikt tej światłości nie oglądał w
Sidderford, ale Anna, małżonka miejscowego gospodarza Hookera
Durgan, którą tej nocy dręczyła uporczywa bezsenność, przebąkiwała
kumoszkom z rana, że widziała na ścianie, przy której stoi jej
łóżko, odbicie czegoś podobnego bardzo do płomienistego języka.
Pewną była także, że słyszała szum nader osobliwy, zapewne ten sam,
o którym już po jej opowieści, mówiła sąsiadkom matka Amaury. I ona
słyszała szum, a nawet, gdyby tego od niej zażądano, gotowa była
zaprzysiądz. A potem, to już coraz więcej znajdowało się w
Sidderford takich, których uszu doszedł jakiś odgłos zbliżony
bardzo do dziecięcego chorału, albo do jakichś akordów, wygrywanych
na kilku razem arfach. Ale cóż, kiedy to wszystko razem trwało tyle
zaledwie, co odemknięcie i zamknięcie drzwi, a zarówno przedtem,
jak potem, rozlegał się tylko świst wiatru, który w Sidderford
szczególnie nieprzyjemnie odbija od skał, otaczających, bagnisko.
Tym razem takie to było jakieś żałosne, że matka Amaury miała
wielką ochotę rozpłakać się. I oto jest wiązanka wiadomości, które powtarzano z pewnymi
warjantami po wiosce następnego ranka. Czy zaś między tą legendą
niewieścią, która krążyła przez parę dni po chatach, a taktem,
który czytelnik znajdzie poniżej, była łączność jakakolwiek, za to
nie śmielibyśmy poręczać. Co do tego faktu samego, o którym wspomnieliśmy, to tak się miały
rzeczy: Sandy Bright, wioskowy zegarmistrz, powracał do domu,
niosąc na plecach ćwierć połcia słoniny, otrzymanego od rzeźnika
Spinnera w zamian za dostarczony mu zegar ścienny. Była noc bardzo
ciemna; niepomiernie go też przeraziło zasłyszane nagle trzepotanie
w górze jakichś skrzydeł, a wraz z tem doszło uszu jego coś, niby
płacz, niby jęk niewieści. Okropne było to wszystko razem. Bright
był człowiekiem nerwowym, można sobie tedy wystawić jego
przerażenie, gdy biedak, spojrzawszy w górę, ujrzał, mimo
ciemności, olbrzymiego jakiegoś ptaka, którego skrzydła zataczały
wielkie kręgi po nad koronami cedrów, wznoszących się nad pagórkiem
przydrożnym. Wydało mu się, że to ptaszysko zaczyna się opuszczać
wprost na niego, co rozważywszy naprędce, wziął nogi zapas i
drapnął przed siebie, pozostawiając na Boską Opatrzność słoninę
swoją, bo niby nie ułatwiała mu ona wcale ucieczki, a on naprawdę
chciał uciec od tego dziwu całego choćby na skręcenie karku. Nie
długo biegł w ten sposób, gdyż dzięki ciemnościom nieprzeniknionym,
potknąwszy się o jakiś korzeń, runął jak długi głową naprzód, i
pozostał tak już bez ruchu, albowiem wyraźnem dlań było, że z tego
nieszczęścia nogi nie wyratują go z pewnością. Zaczął sobie tedy
przypominać pierwsze wyrazy "Ojcze nasz," ale, że jakoś nie miał
tego w ciągłem użyciu, zrozumiał, że i na to nie było co rachować.
"Panie w ręce Twoje" - zaledwie wybełkotały jego usta, gdy to
straszydło niewiadomego gatunku i pochodzenia zaczęło się coraz
bliżej opuszczać ku niemu; on wydał już tylko ostatni krzyk, ale
naraz licho, czy się przeraziło tym jego głosem, czy też z jakiegoś
innego powodu odleciało sobie het, ku Sidderford, i wzbiwszy się na
chwilę po nad wieżę kościelną, przepadło widać we mgłach, które się
zawsze unoszą nad moczaram i tej doliny. Leżał tak biedny Bright na żołądku bez ruchu, sam nawet nie
wiedział jak długo, a ochłonąwszy powoli z przerażenia, uniósł
nieco głowę, aby zobaczyć, gdzie się podziała poczwara. Potem
dźwigając się na kolana, zaczął dziękować Opatrzności za swoje
cudowne prawdziwie ocalenie. Kiedy już zmocniał na tyle, że go nogi
mogły utrzymać, obejrzawszy się nalewo i naprawo, azali nie czycha
na niego nieprzyjaciel, zwrócił się ku domowi, spowiadając się z
grzechów całego żywota, bo to sobie naprędce wyrozumiał, że chyba
przy tak pobożnem zajęciu złe nie znajdzie do niego przystępu zbyt
łatwego. Zanim się dobił wioski, rozwidniło się należycie, a on
każdemu, kogo spotkał na drodze, opowiadał o swoim przypadku, co
znowu przez wszystkich, którzy go znali, uważanem było jako
bezpośrednie następstwo domyślnych libacyi, przy dopełnionej
zamiennej tranzakcyi zegara na słoninę. Jak było wistocie - trudno
wiedzieć - to wszakże pewna, że od tej nocy zmienił się Sandy
Bright do niepoznania. Nietyiko, że doświadczał teraz pobożnego
dreszczu na widok butelki, zawierającej w sobie tak cenioną niegdyś
Whisky, ale nawet zarzucił handel srebrnemi biżuterjami, który mu
spore przynosił zyski, a to niby z racyi, że to przedsiębiorstwo
prowadzone bez konsensu, bądź co bądź, oszukiwało skarb. Słonina
pozostała na drodze, jak twierdzi kronika Sidderfordzka, dostała
się do prawego właściciela dzięki temu, że ją kramarz wędrowny,
idący z Port-burdock, przywiózł ze sobą. Był jeszcze inny człowiek, który opowiadał o nieznanym olbrzymim
ptaku, mianowicie dependent prokuratora z Ippding Hangar, który
jako zwolennik rannych wycieczek, wyszedł dla przyjrzenia się
wschodowi słońca. Zrazu myślał i on, że to orzeł - wielkiego
rozumie się gatunku - unosi się w błękitach. Wzbił się ów ptak w
górę na niebywałą wysokość tak, że nie większym się przez chwilę
wydawał od zwyczajnego wróbla, a następnie zakreśliwszy wielką
krzywiznę w kierunku Port-burdock, zapadł gdzieś za lasami
należącymi do Siddermorton-Park. Ten twór szczególny wydawał się
większym od człowieka. Nadzwyczajnem było i to także w oczach pana
dependenta, że gdy ptak obniżył się do pewnego poziomu, na
rozpostarte skrzydła jego padły promienie słońca, a wtedy odbiły
one w sobie blask jutrzenki załamaniem światła wszystkich naraz
barw. Zdumiony tem człowiek pozostał na drodze długi czas, zanim
przyszedł do zupełnej przytomności. Jeden z robotników rolnych, idących tego ranka w pole, spostrzegł
także owego sępa, orła, czy jak go tam nazwać, jak się wznosił po
nad korony buków, ale koloru jego skrzydeł nie rozróżnił wcale,
natomiast zastanawiało go to, że nogi skrzydlatej poczwary nie
przypominały w niczem nóg żadnego ze znanych gatunków
ornitologicznych; były owszem bardzo podobne do ludzkich, zarówno
kształtem, jak barwą, zbliżoną do cielistej, a nadto cały wogóle
korpus jego przypominał kształt człowieka, Przerzynał on powietrze
z nadzwyczajną szybkością w kierunku skośnym niby strzała, i
rozwiał się w przestrzeni. Takie były trzy różne wersye o nadzwyczajnym okazie ptasiego rodu. Niepodobna żądać od człowieka naszej epoki, aby, ujrzawszy jakąś
istotę dotąd przez nikogo nie widzianą - istotę w połowie ludzką, w
połowie skrzydlatą, zamknął w sobie taką tajemnicę i nie podzielił
się nią z nikim. Młody dependent wyspowiadał się też przed matką i
siostrami zaraz przy śniadaniu tego dnia; na mieście zakomunikował
to, co oglądały jego oczy, kowalowi z Hamerpond, którego spotkał
idąc do biura, a czas w samem biurze zeszedł mu szczęśliwie na
dzieleniu się z kolegami wrażeniem, wyniesionem z wczesnej
wycieczki, podczas gdy do stosu akt procedury, oddanych do
kopjowania, nie zajrzał nawet żaden z tych ludzi młodych. Ze swojej
strony nie tracił czasu i Sandy Bright, który opowiedział o tem
panu Ickyll, ani ów rolnik, który także widział dziwotwór
skrzydlaty i zaraportować musiał o wszystkiem wikaremu z
Siddermorton. - Ci ludzie tutejsi nie odznaczają się wyobraźnią - mówił do
siebie wikary, wysłuchawszy relacyi - owszem są nadzwyczaj
pozytywni i trzeźwi. Ciekawym bardzo, co też jest prawdą w tem
wszystkiem.