Rozdział 1
Detektyw Winchester Mills poczuł odór dochodzący ze stodoły Petersonów,
jeszcze zanim ją zobaczył.
Listonosz ostrzegł go przez telefon:
- Smród jest naprawdę okropny, Winny.
Do tego stopnia, że Ernie Palponie zatrzymał się na skraju pola
kukurydzy Petersonów i zwrócił lunch. A zdawałoby się, że widział,
słyszał i wąchał już wszystko podczas trzydziestu trzech lat
dostarczania poczty w Crooked Tree.
- Skrzynka jest przepełniona - powiedział Millsowi przez telefon. - A Petersonowie zawsze przekierowują pocztę, kiedy gdzieś wyjeżdżają. Poza
tym ich ciężarówki stoją na podjeździe. Obie.
Detektyw Mills polecił Erniemu, żeby się trochę uspokoił i wziął kilka
głębszych oddechów. Następnie poprosił go, aby - nie rozłączając się -
zapukał do drzwi. Po kilku minutach wsłuchiwania się w ciężki oddech
listonosza, który przeprowadzał rozpoznanie domu Petersonów, detektyw
został poinformowany, że Ernie zapukał "porządnie, naprawdę mocno", ale
nie doczekał się żadnego odzewu.
Mills obiecał Erniemu, że się tym zajmie. Powiedział mu, by kontynuował
swoją trasę i nikomu o tym nie wspominał. Jednak kiedy detektyw zjawił
się na miejscu, Ernie wciąż tam był. Siedział w bujanym fotelu na
werandzie z tyłu domu, paląc cygaro, które zwykle zostawiał sobie na
koniec dnia. Z torbą pocztową pełną niedostarczonych listów, leżącą
między zakurzonymi butami, wpatrywał się w pole kukurydzy.
Kiedy Mills zbliżył się do domu, Ernie wypuścił dym z ust i skinął głową
w kierunku łanu kukurydzy:
- Powinni byli już zebrać plony z tego pola. Coś tu nie gra...
- Posiedź sobie tutaj, Ernie, jak długo chcesz.
Mills zerknął na pokryty łupkiem dach stodoły stojącej na zboczu
wzgórza. Choć było dopiero południe, potrzebował drzemki. Bolały go
biodra, a to zwiastowało, że nadchodzi deszcz. Wiatr przyniósł zapach
ozonu i jesiennych liści wraz z nutą czegoś nieprzyjemnego.
Smrodu zbrodni.
To właśnie był subtelny szczegół, z którego Mills nie tylko zdawał sobie
sprawę, ale wręcz potajemnie go pożądał, co wyznał kiedyś księdzu
Frankowi podczas spowiedzi. "Chodzi o to, proszę księdza, że nie da się
złapać zbrodniarza bez zbrodni, prawda?". I usłyszał: "To dlatego nie
zamierzasz przejść na emeryturę, Winchester? Każda zagadka musi zostać
rozwiązana? Wszystko musi zostać przeanalizowane pod każdym możliwym
kątem?". Na te słowa wzruszył ramionami. Miał sześćdziesiąt sześć lat i wciąż tlił się w nim ogień.
- Czujesz to, Winny?
Mills dopiero po dłuższej chwili zarejestrował głos Erniego dobiegający
z werandy. Wyregulował aparat słuchowy i odwrócił się od listonosza.
Spojrzał prosto na stodołę.
- Tak, Ernie. Czuję to.
- Jakieś wieści o tej zaginionej dziewczynce?
- Nie - odpowiedział.
Już dziesięć dni minęło od zaginięcia ośmioletniej Blair Atchinson i nawet najmniejsza wzmianka o niej była solą w oku detektywa.
- Ale ją znajdę - powiedział do siebie. Nie chciał zachęcać Erniego do
dalszej dyskusji.
Wraz z podmuchem wiatru nadciągnęła kolejna fala smrodu. Mills ziewnął,
zasłaniając usta dłonią zaciśniętą w pięść, a następnie sięgnął do
kieszeni koszuli po tabletki - ritalin i adderall. Połknął je razem. Bez
popijania. Nie miał pojęcia, która była lepsza. Wiedział tylko, że
ritalin działa szybciej, a adderall dłużej - w jego mniemaniu to
doskonałe połączenie.
Na żwirowym podjeździe przed domem Petersonów zatrzymał się czarny jeep
cherokee.
Mills sarknął pod nosem. Z samochodu wysiadła detektyw Blue. Gdyby Mills
nie zatrzymał się na pogawędkę z Erniem, już dawno byłby w stodole. Bez
żółtodzioba. A teraz, gdy Blue dotarła na miejsce, droga na wzgórze
będzie przypominać bajkę o żółwiu i zającu. Przecież powiedział jej, że
sam sobie poradzi. Albo znów go zignorowała, albo to sprawka komendanta
Givensa, który przysłał ją tutaj kiwnięciem głowy oraz niewypowiedzianą
sugestią, by poszła za staruszkiem i zadbała o to, żeby nie przysnął na
stojąco.
Cóż, komendant Givens mógł go co najwyżej pocałować w dupę.
Kiedy ja złapałem Złego Glinę, ty robiłeś w pieluchy. Byłeś w podstawówce, gdy stawiałem czoło Latarnikowi. Grałeś w golfa, kiedy
przyskrzyniłem Boogeymana.
- Zaczekaj, Mills.
Głos detektyw Blue brzmiał jak bzyczenie pszczoły. Mills ponownie
wyregulował aparat słuchowy i przystanął na zboczu wzgórza. Czekał na
Blue, która krzyknęła do siedzącego na werandzie listonosza:
- Hej, Ernie!
- Hej, Baby! - odpowiedział.
Mills chrząknął. Nie zamierzał używać przydomka1, który
przylgnął do niej, odkąd siedem lat temu poślubiła Danny'ego Blue,
najlepszego adwokata w mieście. Baby Blue. Jakby Blue nie wystarczyło.
Ślizgali się, idąc po trawie w górę zbocza. Blue miała na sobie czarne
spodnie, białą bluzkę i brązowy żakiet, pod którym ukrywała gnata.
Składała się z nóg po samą szyję, młodości i wigoru, podczas gdy Mills
stanowił przeciwieństwo tych cech. Do kwadratu.
Zmarszczył nos.
- Detektyw nie powinien używać perfum.
- Tak? Cóż, nie powinien też używać pieluch.
Mills wyciągnął swojego Smitha & Wessona kaliber 10,16 mm z kabury
przy pasie i jako pierwszy ruszył w kierunku walącej się stodoły. Z wyjątkiem świeżo pomalowanych na biało drzwi reszta wyblakłej czerwonej
konstrukcji wyglądała na zniszczoną przez dziesięciolecia trudnych
warunków pogodowych. W detektywów uderzyła potężna fala smrodu. Podczas
gdy Blue zakrywała nos żakietem, Mills robił głębokie wdechy. Zaciągał
się. To był jego sposób na aklimatyzację - skok na główkę.
Blue wyjęła spod żakietu pistolet Sig Sauer.
Nadgorliwość gorsza od faszyzmu.
Nie wpuściła bluzki w spodnie, co oznaczało, że w kaburze w staniku
nosiła malutki kaliber 9,6 mm. Z kolei wybrzuszenie przy prawej kostce
wskazywało na to, że miała też przy sobie 9 mm. Kiedyś nawet powiedział
jej: "Przesadzasz. Prosisz się o nieszczęście, Blue".
- Mills, spójrz - Blue wskazała na drzwi stodoły. Były poplamione
błotnistymi odciskami łap. W drewnie widniały głębokie rysy wydrapane
pazurami. Tak mocno, że aż widać było drzazgi i zaschnięte ślady krwi
przypominające rdzę.
- Wygląda na to, że pies za wszelką cenę próbował dostać się do środka.
Petersonowie mieli golden retrievera o imieniu Gus, który wprawdzie
utykał, ale wciąż był aktywny. Miał w zwyczaju ganiać za samochodami i w konsekwencji już nie raz został potrącony. Mills rozejrzał się po polu
kukurydzy, jednak nigdzie nie zauważył psiaka. Pociągnął za drewnianą
klamkę drzwi stodoły, znajdującą się nad śladami łap. Drzwi początkowo
stawiały opór. Były przyssane, jak oblodzone drzwiczki samochodu. Trzeba
było pociągnąć jeszcze raz, by je otworzyć. Uwięzione powietrze uciekło
na zewnątrz.
Blue ponownie zakryła nos.
Ze stodoły wyleciała ćma. Zawirowała gorączkowo w świetle słońca, po
czym wróciła do ciemności. Mills wszedł do środka i skinął na Blue, by
poszła za nim.
Uniosła pistolet w stronę ciemnej postaci znajdującej się na środku
stodoły.
Mills spokojnym ruchem położył dłoń na jej ramieniu, a następnie ją
opuścił.
- To tylko strach na wróble.
Wypuściła ze świstem powietrze.
- Kto stawia pieprzonego stracha na wróble na środku stodoły?
I po co te przekleństwa, Blue? Po co te przekleństwa?
Strach na wróble był wzrostu mężczyzny. Miał słomiany kapelusz i twarz
wyszytą na jucie, z guzikami od płaszcza w miejscu oczu, nosa oraz ust.
Ubrany był w koszulę w czarno-czerwoną kratę, wpuszczoną do połowy w niebieskie dżinsy, które trzymały się na jednym ze starych pasków pana
Petersona. Mills widział tego stracha wielokrotnie z ulicy. Pan Peterson
lubił co jakiś czas go przestawiać, by trzymać wrony w ryzach.
Światło słoneczne wpadało przez szczeliny między deskami, uwidaczniając
unoszący się w powietrzu kurz. Muchy plujki bzyczały, jakby były pod
napięciem.
- Jezu Chryste! - Blue wlepiła wzrok w drewniane belki nad głową.
Przez mgłę utworzoną z chmary much widać było pięć kokonów
przypominających worki. Zwisały ze środkowej krokwi w równym rzędzie.
Scena jakby żywcem wyjęta z filmu science fiction.
Jakby coś zaraz miało się wykluć.
Blue odwróciła się i puściła pawia.
Kokony z łusek kukurydzy. Suszonych. Ręcznie szytych. Starannie.
Warstwami. Na tyle grubymi, by utrzymać ciało.
Drugi z kolei kokon, największy - a jeśli nie największy, to z pewnością
najcięższy - był najgęściej pokryty muchami. Miał lekko naderwane dno,
łuski kukurydzy rozmokły od krwi. W tym miejscu z kokonu wystawała męska
ręka. Zwisała bezwładnie, cała zakrwawiona.
Pan Peterson, jak mniemam.
Pani detektyw znajdowała się po drugiej stronie stodoły. Nie patrząc na
nią, Mills zapytał:
- Wszystko w porządku, Blue?
- Tak, nic mi nie jest - odpowiedziała z ciemnego kąta, a następnie
splunęła i wytarła usta.
Wyraźnie jej powiedział, żeby nie przyjeżdżała. Miał przeczucie, że
będzie źle. Wyglądało na to, że cała rodzina Petersonów została zaszyta
w łuskach kukurydzy i zawieszona na drewnianych belkach. Nagle przez
otwarte drzwi do stodoły wpadł wiatr. Łuski obróciły się lekko, a liny
napięły pod ciężarem ciał.
Już to gdzieś widziałem.
- Mills.
Nastał czas żniw, Blue.
- Mills.
Strachy na wróble mają straszyć. Taka ich rola.
Nagle coś na niego wyskoczyło. Palce. Blue pstryknęła mu nimi tuż przed
nosem. I znowu. Tym razem jej głos był bardziej naglący, a oddech
pachniał miętówką, którą włożyła do ust, by zabić smród wymiocin.
- Tato?
Spojrzał na nią. Od dawna go tak nie nazywała. Od czasu, gdy jako
dziecko powiedziała mu, że chciałaby, żeby nim nie był. Z ciężkim
westchnieniem wrócił do tu i teraz.
- Gdzie odpłynąłeś? - zapytała.
Tam, gdzie zawsze, Blue.
- Co już gdzieś widziałeś?
- Nic.
- Powiedziałeś...
- Nic mi nie jest - wysyczał.
Zacisnęła zęby i odwróciła głowę. Trafił w jej czuły punkt. Kolejna ćma
przeleciała nisko nad ziemią. Blue wlepiła w nią wzrok.
Mills potarł twarz szorstką dłonią, żałując swojego wybuchu. Powinien
był trzymać gniew na wodzy. Ale wiedzieć to jedno, a robić to już
zupełnie co innego. Podążył wzrokiem za palcem wskazującym Blue. W otwartych drzwiach stodoły stał brudny i prawdopodobnie wygłodniały
golden retriever Petersonów.
Blue uklękła i przywołała go do siebie. Gus zbliżył się, początkowo
niepewnie, ale już po chwili przykuśtykał żwawo i zaczął lizać jej dłoń,
jakby szukał resztek jedzenia. Może jednej z miętówek? Pies zaskomlał,
spoglądając w górę. Podobnie jak przed chwilą dwójka detektywów, patrzył
nieruchomo, jak sparaliżowany, na to, co zwisało z sufitu. Nagle
zaszczekał tak głośno, że wydany przez niego dźwięk odbił się echem.
Pies wyrwał się z uścisku Blue, podbiegł do kokonów i stanął dokładnie
pod ostatnim w rzędzie.
Mills podążył za nim, natychmiast dostrzegając to, co pies musiał
zobaczyć kilka sekund wcześniej.
Blue zwerbalizowała jego myśli:
- Żadnych much, Mills.
W rzeczy samej. Żadnych much.
Ten kokon obracał się bardziej niż inne. Wybrzuszenia poruszały się jak
palce w skarpetce, a z wnętrza dobiegało pojękiwanie. Mills odpiął
palmtop od paska.
- Chryste Panie, Blue! Ktoś wciąż żyje!!!
Rozdział 2
Ben upewnił się, że toaleta jest pusta, po czym zamknął drzwi od środka.
Naprawdę potrzebował chwili samotności, z dala od fanów, zanim kierownik
księgarni zapowie go za pięć minut. Zamknięcie się w łazience z trzema
kabinami i czterema pisuarami w zatłoczonej księgarni było
przedsięwzięciem - jak by to ujął dziadek Robert - karkołomnym.
Jednak on był zdesperowany.
Ktoś zapukał do drzwi i Ben aż podskoczył. Pot wystąpił mu na czoło.
- Jedną minutkę!
Przez chwilę chodził w tę i z powrotem, a potem zatrzymał się przy
umywalce. Gdy wsunął rękę pod kran, poleciała woda. Przyglądał się, jak
wpada do odpływu. Na swoje odbicie w lustrze nie spojrzał. Nie
przypominał mężczyzny ze zdjęcia z tyłu okładki swojej książki. W ciągu
ostatnich dwunastu miesięcy postarzał się ze stresu.
Minął tylko tydzień od premiery - oznaczanej hashtagiem #urodzinyksiążki
- a Strach na Wróble już był numerem jeden na liście bestsellerów "New
York Timesa". Z kolei jego piąta powieść, Puls, otrzymała drugie życie
i wskoczyła na dziewiąte miejsce. "Publisher's Weekly" nazwał nową
książkę jego najlepszym jak dotąd dziełem: Gość z Koszmaru zafundował
nam festiwal grozy, jaki zdarza się raz na dekadę!
Ben spojrzał na rolexa. Kupił go po tym, jak Pod rządami lata zostało
przetłumaczone na trzydziesty język. Dziadek Robert też nosił rolexa.
Ben miał ten sam model - Submariner z kolekcji Oyster - z charakterystyczną niebieską tarczą. Zostały mu jeszcze trzy minuty.
Ochlapał twarz wodą i wziął kilka głębokich oddechów. Był czas, że nie
mógł się doczekać podpisywania książek i spotkań autorskich w przeróżnych miejscach. Zresztą nie tylko on - Amanda i Bri też lubiły
jeździć z nim w trasy.
Jak na rodzinę przystało.
Trzy tygodnie temu Clayton Childress, redaktor wszystkich sześciu
książek Bena, zadzwonił, by go uprzedzić, że egzemplarz autorski
Stracha na Wróble jest już w drodze. To Amanda odebrała telefon. Ben w tym czasie przygotowywał lazanię i zostawił komórkę na wyspie kuchennej.
Amanda wzięła ją, zanim zdążył wytrzeć ręce i sam odebrać. Rzucił jej
wymowne spojrzenie. Nie odbieraj. Jednak żona je zignorowała i włączyła głośnik. Clayton wysłał książkę kurierem UPS, miała dotrzeć
następnego dnia przed południem.
- To twoja najlepsza książka, Ben. Gość z Koszmaru znowu dał nam
popalić. Tym razem naprawdę mieliśmy stracha. A jak tam sequel
Krzykacz?
Ben odpowiedział wtedy, że do przodu, ale prawda była taka, że sequel,
na który Clayton i jego szefowie z McBride & Company tak bardzo się
napalili, utknął w martwym punkcie. Ben nie miał nawet połowy. Był w takiej samej sytuacji jak przed oddaniem Stracha na Wróble rok temu.
Dwa tygodnie, Ben.
Po tej rozmowie Amanda bez słowa opuściła kuchnię. Nie zapytała Bena o nową książkę. Wyszła zdecydowanym krokiem, dając mu w ten sposób do
zrozumienia, że jest wkurzona. Wkurzona jego prokrastynacją. Wkurzona
faktem, że blokada pisarska Bena nie dotyczyła tylko poprzedniej
książki. Historia, nad którą teraz pracował, zmierzała donikąd. Cóż za
zaskoczenie. Kto by pomyślał. Jego relacja z Amandą wyglądała w ten
sposób przez większą część tego roku. Od weekendu, w którym wrócił z Blackwood, starego rodzinnego domu. Wymemłany, zdezorientowany i z cuchnącym, brudnym sumieniem.
W końcu Ben odważył się spojrzeć w lustro. Miał worki pod oczami i skronie przyprószone siwizną. Był za młody na siwienie. Przeczesał
dłonią włosy i wypuścił z płuc dwanaście miesięcy napięcia. Już czas.
Pora iść. Przećwiczył uśmiech przed lustrem. Od razu przyszedł mu na
myśl Joaquin Phoenix jako Arthur Fleck w Jokerze. Upił łyk burbona z piersiówki i wsunął ją z powrotem pod podszewkę płaszcza. Włożył do ust
dwie miętówki. Wyłączył kran. Nagle w ciszy zimnej toalety powrócił do
niego spanikowany i drżący głos Amandy, który usłyszał po powrocie z weekendu w Blackwood. Ben, coś ty zrobił? To, jak wtedy na niego
spojrzała... Jasne, była wściekła, ale przede wszystkim... przerażona.
Coś ty zrobił, Ben?
Minuta.
I wtedy usłyszał, że kierownik księgarni trochę się pospieszył.
- Panie i panowie, nadeszła chwila, na którą...
Na chwilę zamknął oczy, odcinając się od głosu zapowiadającego go
mężczyzny.
Skup się, Ben.
Poprawił mankiety koszuli i podszedł do drzwi. Otworzył je, przywołując
na twarz swój charakterystyczny uśmiech, i natychmiast został przywitany
przez tłum. Jakiś palant zaczął klaskać, jakby Ben właśnie zrobił w łazience coś, z czego powinien być dumny. Wciąż czuł w ustach smak
burbona. Potrzebował jeszcze jednej miętówki. Postanowił, że wyciągnie
ją, kiedy już dotrze do stolika. Przedarł się przez tłum prawie na
koniec księgarni - do miejsca, w którym przygotowano dla niego
stanowisko. Po drodze starał się ignorować pełne zachwytu szepty i spojrzenia. W końcu udało mu się usiąść za piramidą książek.
Na obwolucie widniał strach na wróble stojący na środku szkolnego
boiska. Za nim czerwonawo-pomarańczowy zachód słońca oświetlał ciemne
drzewa i zacienione pole kukurydzy. Na łodygach zamiast kolb w łuskach
przedstawione zostały dłonie próbujące przebić się przez krępujące je
jedwabie. Podobnie jak w przypadku dwóch ostatnich powieści, nazwisko
Bena było większe niż tytuł. Kiedyś on i Amanda sobie z tego żartowali.
Z jednej strony oznaczało to, że naprawdę mu się udało. Jednak teraz,
kiedy litery jego nazwiska przyćmiewały słowa znajdujące się poniżej,
tęsknił za czasami, gdy to tytuł i historia wiodły prym, a nie człowiek,
który je wymyślił.
Kolejka ciągnęła się aż do sąsiadującej z księgarnią lodziarni Banana
Split, która dawała dwadzieścia procent zniżki na gałkę każdemu, kto
stał w ogonku po najnowszą książkę Bena Bookmana. Prezenter Fiut
Bennington, kolega Amandy z telewizji, który relacjonował to czytelnicze
wydarzenie, właśnie przeprowadzał wywiady z wybranymi osobami z kolejki.
Był ufryzowany i opalony. Rasowy Ken z głosem Waltera Cronkite'a. Ben
doskonale wiedział, że w pewnym momencie podejdzie do niego z pytaniem,
na które będzie musiał odpowiedzieć.
- Ten gość to kutas, Amando.
- A z ciebie zazdrośnik.
- O co niby miałbym być zazdrosny? Po prostu nie podoba mi się to, jak
się do ciebie uśmiecha.
- Jak? Tak jak ty kiedyś?
Ot, krótka dyskusja w łóżku. Przeprowadzona zeszłej nocy, po tym, jak
uprzedziła go, że Richard zajmie się relacjonowaniem spotkania
autorskiego. Dalszą część rozmowy toczyli już odwróceni do siebie
plecami, z oczami wlepionymi w ścianę.
- Dlaczego w ogóle musicie to relacjonować?
- Bo niewiele więcej dzieje się w Crooked Tree. Przynajmniej z tych
pozytywnych rzeczy.
- Dlaczego w takim razie ty się tym nie zajmiesz?
- Ben, jesteś moim mężem, a nie tematem na tapecie.
Może na tym polega problem. Może oboje wyszliby na tym lepiej, gdyby Ben
znów był tematem na tapecie.
Zauważył Amandę po drugiej stronie księgarni. Była ubrana w beżową
spódnicę do kolan i niebieską bluzkę, która podkreślała jej ciążowy
brzuszek. Za dwa miesiące po raz kolejny zostanie ojcem. Tym razem
chłopca. Wciąż nie wybrali dla niego imienia. Ledwo poruszyli ten temat.
Amanda wyglądała jeszcze lepiej niż w dniu, w którym się poznali.
Zachowywała się tak, jakby między nimi wszystko było w porządku. Latała
od fana do fana niczym pszczółka, uśmiechając się, rozmawiając i kierując w odpowiednie miejsce. Można by pomyśleć, że to jej spotkanie
autorskie. Kiedy oglądało się konta Amandy na Instagramie, Twitterze i Facebooku, nikomu nie przyszłoby do głowy, że mają jakiekolwiek
problemy.
Ben rozejrzał się po tłumie w poszukiwaniu córki, Bri, ale jej nie
dostrzegł.
Młoda kobieta w dżinsach i workowatej bluzie uśmiechnęła się nieśmiało,
wręczając mu książkę.
- Już ją przeczytałam. - Spuściła wzrok, jakby zawstydzona. - Dwa razy.
- Przeczytała ją pani już dwa razy?
- Przepraszam.
- Nie, nie. Proszę nie przepraszać. To i tak dziesięć razy mniej ode
mnie.
Roześmiała się.
- Cóż, była świetna. Niesamowita.
Dłoń Bena zawisła w powietrzu, cierpliwie czekał na ciąg dalszy.
- Dla Leslie - powiedziała i przeliterowała imię. - Proszę. Dziękuję.
- Dla Leslie. Proszę i dziękuję. Wszystkiego dobrego... - Zamknął
książkę i oddał ją kobiecie. - Powiedziałbym "miłej lektury", ale już ją
pani czytała. Dwa razy. Mam nadzieję, że miała pani po niej koszmary.
To powiedzonko było jego znakiem firmowym. Zwykle towarzyszyło mu
mrugnięcie okiem, jednak tym razem postanowił je sobie darować. To był
moment, w którym klienci zazwyczaj odchodzili na bok, by dopuścić
kolejną osobę, ale Leslie tego nie zrobiła.
- Czy plotki o następnej książce są prawdziwe?
Wzruszył figlarnie ramionami, ponieważ było tyle fałszywych informacji
na jego temat, że nie miał czasu łamać sobie głowy tym, o co może
chodzić Leslie.
- Czy w końcu będzie o Krzykaczu? O tym, co się stało z zaginionymi
dziećmi z Riverdale?
Zmusił się do uśmiechu.
- Będzie pani musiała poczekać i sama się przekonać.
Była urocza, ale cieszył się, gdy sobie poszła. Następne trzy osoby z kolejki okazały się mniej rozmowne. Po raz kolejny zauważył Amandę po
drugiej stronie księgarni. Robiła zdjęcia. Po pstryknięciu jednego z nich zauważyła, że Ben obserwuje ją z daleka. Pomachała mu. Zrobiła to
dla jego fanów. Na pokaz. Podobnie jak on, wcale nie chciała tu być.
Trzy tygodnie temu, mulczując trawnik, czekała na przyjazd kuriera UPS,
który miał przywieźć egzemplarz autorski jego książki. Ben obserwował ją
przez okno wykuszowe. Jej kręcone, kasztanowe włosy były spięte w luźny
kok, a dżinsy podarte na kolanach. Nie miała makijażu. Wyglądała
zupełnie inaczej niż kobieta, którą odgrywała każdego dnia przed
kamerami. Ta niewymuskana wersja podobała mu się bardziej. Zawsze tak
było. Problem polegał na tym, że jego żonie nie. Wbiegła do domu z małą
paczką, niosąc ją tak, jakby to była jego pierwsza, a nie szósta
powieść. Jakby stanowiła sekret, solidny dowód rzeczowy. Kiedy Amanda
wręczyła mu ją w przedpokoju - z plamami cedru na palcach - przygryzła
dolną wargę. Robiła to, gdy była podenerwowana lub nie w nastroju. I jeszcze ten złośliwy uśmieszek pod tytułem: "No i co teraz?".
Najwyższy czas na rozmowę, Ben.
- Nie mogę uwierzyć, że widzę pana twarzą w twarz. - Następna w kolejce
fanka wyrwała go z zadumy. - Przyjechałam aż z Tennessee. Wszystko w porządku, panie Bookman?
Nie jestem pokręcony.
Ben zamrugał kilka razy i uśmiechnął się do kobiety, która najwyraźniej
była molem książkowym. Napisał jej dedykację, powiedział: "Mam nadzieję,
że miała pani po niej koszmary" i podziękował za przybycie.
Pojechałam do Blackwood. Nie byłeś sam w tamtym pokoju, Ben. Widziałam
cienie, a nie cień!
Zignorował głos Amandy w głowie i podpisał książki następnym dziesięciu
osobom. Kątem oka na godzinie dziewiątej dostrzegł Briannę. Siedziała po
turecku na środku alejki z książkami dla młodzieży. Jak na swój wiek
była niezwykle dojrzałą czytelniczką. Uśmiechnął się do niej. Była jego
opoką. Sercem i duszą. Te kilka tygodni temu olał egzemplarz autorski
swojej książki. Nawet go nie otworzył, tylko zostawił na wyspie
kuchennej. Książka leżała tam wiele godzin, dopóki Bri nie zapukała do
drzwi gabinetu Bena, by wymusić na nim reakcję.
Zaprosił ją do środka razem z Amandą, która nie tylko stała za plecami
córki, lecz także za planem mającym na celu nakłonienie go do otwarcia
paczki.
Bri odziedziczyła jego niebieskie oczy i dołeczki, a po Amandzie
kręcone, brązowe włosy. Uśmiechnęła się rozbrajająco i wyciągnęła przed
siebie przesyłkę.
- Tatusiu, zobacz, co przyszło pocztą. To chyba książka.
Ben udał podekscytowanie, zerkając przy tym na Amandę, która stała z rękami skrzyżowanymi na piersi. Otwierając paczkę, naśladował dźwięk
werbla, a potem pokazał żonie i córce egzemplarz Stracha na Wróble w twardej oprawie. Na okładce widniały słowa Stephena Kinga: Ben Bookman
jest nowym mistrzem horroru. Prawdziwym Gościem z Koszmaru.
Ben wręczył książkę Bri. Zrobiła wielkie oczy. Trudno było stwierdzić,
kto miał większe zamiłowanie do literatury, on czy jego córka.
Odwróciła książkę i przyjrzała się dużemu zdjęciu Bena na odwrocie.
- O czym to jest?
- O strachu na wróble, który zabija ludzi.
- Ben - Amanda ostrzegła go zarówno wzrokiem, jak i tonem głosu.
Jednak Bri, niczego nieświadoma, skupiła się na tylnej okładce. Na tacie
opierającym się plecami o kolumnę, ze skrzyżowanymi na piersi rękoma.
Mężczyźnie o mocnej szczęce, przeszywających niebieskich oczach i falowanych brązowych włosach. Na zdjęciu miał na sobie brązową marynarkę
i czarną koszulkę z czerwonym, jakby ociekającym krwią napisem: "Gość z Koszmaru".
Bri wskazała na zdjęcie.
- Dlaczego się nie uśmiechasz?
- Przecież się uśmiecham.
- Ale na zdjęciu...
- Nie pozwolili mi.
- Dlaczego?
- Ponieważ powinienem zachowywać się jak poważny pisarz, który pisze
poważne rzeczy.
- Straszne rzeczy.
- Dokładnie - Ben pochylił się, opierając łokcie na kolanach. - Poważne,
straszne rzeczy.
- Lubię straszne rzeczy - powiedziała Bri.
Tym razem to Ben zmierzył Amandę wzrokiem i zmienił ton.
- Wiem, że lubisz.
Amanda odwróciła wzrok. To po części jej wina, że przylgnęło do niego
przezwisko Gość z Koszmaru.
Bri przycisnęła książkę mocno do siebie.
- Mogę ją przeczytać, tatusiu?
Ben postukał się w podbródek, jakby w zamyśleniu.
- Hmmm... - Lubił droczyć się z Brianną. Oboje uważali, że to zabawne. W końcu wskazał na nią i powiedział: - Nie.
Roześmiała się i nie drążyła tematu. Jednak właśnie w momencie, gdy Ben
miał dodać: "Jesteś na to zdecydowanie za młoda", Bri zaskoczyła
rodziców, mówiąc bez ogródek:
- Pachniesz burbonem.
Był wtorek. Kilka minut po południu. Ben upił łyk z butelki z wodą.
Właśnie zajął się kolejnymi dziesięcioma osobami z kolejki. Podpisywał i mówił na autopilocie. I wtedy jego uwagę przykuł mężczyzna stojący
kilkanaście osób przed nim. Miał na głowie pomarańczową czapkę marki
John Deere naciągniętą nisko na czoło. Był ubrany w białą koszulę z kołnierzykiem na guziki. Wystawała z workowatych, opadających dżinsów. W oczy rzucały się również wysłużone, ciężkie buciory; prawy był
rozwiązany. Ben wypił więcej wody, nie spuszczając oczu z mężczyzny w czapce. Z jego opalonej, pooranej bruzdami twarzy, pokrytej kilkudniowym
siwiejącym zarostem. Z wielkich dłoni z grubymi palcami i brudnymi
paznokciami. W przeciwieństwie do całej reszty mężczyzna nie trzymał w ręce egzemplarza Stracha na Wróble.
- Jak to, skończyłeś książkę? Ben? Czy to jakiś żart? - powiedziała jego
agentka, kiedy w panice zadzwonił do niej z Blackwood przed powrotem do
domu z tamtego weekendu.
- Po prostu ją przeczytaj, Kim - wysyczał. - Jest gotowa.
- Ben? To ponad sto tysięcy słów. I to sporo ponad. Napisałeś to
wszystko w jeden weekend?
- Skończyłem w jeden weekend. Nie przyjechałem tu z niczym.
Specyficznego mężczyznę dzieliło teraz od Bena już tylko pięć osób.
Facet był wyraźnie spięty. Bawił się czapką i obgryzał paznokcie. Im
bardziej zbliżał się do początku kolejki, tym bardziej był niespokojny.
Ben ponownie spojrzał w stronę działu dla młodzieży w poszukiwaniu
córki, ale bez skutku. Nie namierzył Bri. Gdy składał podpis, ręka mu
zadrżała, przez co schrzanił całą dedykację. Przeprosił i zaczął pisać
od nowa w innym egzemplarzu.
Mężczyzna w czapce był coraz bliżej.
Amanda również zauważyła tego faceta z drugiego końca księgarni i już
namierzyła ochroniarza. Nie byłby to pierwszy szalony fan wyproszony ze
spotkania autorskiego Bena Bookmana - jego twórczość często przyciągała
dziwaków. Mężczyzna rozejrzał się dookoła, jakby spodziewał się
zasadzki. Jego ruchy stawały się coraz bardziej nerwowe. Ochroniarz
ruszył na odsiecz od strony kawiarni, ale zanim zdążył podejść
wystarczająco blisko, mężczyzna w czapce przepchnął się w kolejce i stanął przed stolikiem Bena.
Bookman czekał w gotowości. Starał się nadmiernie nie panikować. Zamiast
tego był gotów do ewentualnej obrony. Mężczyzna pochylił się do przodu i rozłożył grube ręce na drewnianym blacie stołu niczym gigantyczne
rozgwiazdy.
- Jak to zrobiłeś?
Ben trzymał się twardo, ale rzucił zbliżającemu się ochroniarzowi
wymowne spojrzenie.
- Jak "co" zrobiłem?
- Wiesz, co zrobiłeś. - Wskazał na stos książek. Na okładkę Stracha na
Wróble. - Od roku nie mogę zmrużyć oka, ty sukinsynu.
- Ochrona! - zawołał Ben, głównie po to, by zaskoczyć mężczyznę, choć na
chwilę go zatrzymać i dać sobie czas na znalezienie pokojowego wyjścia z tej sytuacji. Jednak swoim krzykiem jedynie ostrzegł szaleńca. Ten
odwrócił się z zaciśniętą pięścią wielkości małej dyni i uderzył
zbliżającego się ochroniarza w klatkę piersiową. Cios powalił go na
podłogę. Znokautowany ochroniarz z trudem łapał oddech.
Mężczyzna w czapce ponownie skierował wzrok na Bena.
- Ukradłeś mój koszmar, Benie Bookmanie. - Jego gniewny, surowy wyraz
twarzy nagle złagodniał, broda zaczęła drżeć. Wyciągnął rewolwer
spomiędzy fałd rozchełstanej odzieży. Klienci zaczęli krzyczeć. Jednak
zamiast wycelować broń w Bena, mężczyzna przyłożył lufę do własnej
twarzy.
- To twoja wina, chłopie.
I pociągnął za spust.
Wcześniej
Drzwi sypialni otworzyły się ze skrzypnięciem.
Na twardej, drewnianej podłodze słychać było ciężkie kroki. Ben zamknął
oczy i udawał, że śpi. Czekał tylko, aż zgięty knykieć dziadka dotknie
jego łopatki.
- Obudź się, Benjaminie. Pokażę ci coś.
Jego siostra Emily spała po drugiej stronie pokoju, a brat Devon w sypialni na końcu korytarza. Polecono mu, by ich nie budził.
Wysunął nogi spod kołdry. Światło księżyca rzucało na podłogę cienie.
Ben wyobrażał sobie, że to palce, a nie gałęzie rosnącego na zewnątrz
dębu.
Dziadek Robert czekał na niego na drugim półpiętrze. Otulały go kłęby
waniliowego dymu z fajki. Blask świecy, którą dziadek trzymał w prawej
dłoni, podkreślał bruzdy na jego policzkach, biały zarost i niebieskie
oczy. Druga ręka spoczywała na balustradzie zakrzywiającej się w dół - w stronę głębszej ciemności. Gdy dotarli na pierwsze półpiętro, płomień
świecy zafalował i zgasł. Ciemność wywołała u Bena dreszczyk emocji,
lecz nie trwała długo. Zręcznie, jak przystało na wytrawnego magika,
dziadek Robert zapalił świeczkę zapalniczką Zippo. Ben słyszał ją i czuł, ale nie widział. Wiedział tylko, że dziadek trzymał zapalniczkę w kieszeni szlafroka.
Staruszek uśmiechnął się do Bena i ruszył dalej, zgarbiony, w kierunku
parteru, trzymając mosiężny świecznik tak stabilnie, jakby był o połowę
młodszym mężczyzną. Przeszli na palcach obok zamkniętych drzwi pokoju, w którym spali rodzice Bena.
Wiatr zaczął napierać na dom i Ben usłyszał szepty. Podłogi skrzypiały.
Wyobrażał sobie, że ktoś po nich chodzi. Jego dłoń zjechała po
rzeźbionej balustradzie. Główna klatka schodowa wiła się leniwie po
spirali w kierunku holu i nisko wiszącego kandelabru oświetlającego
mozaikę na podłodze. Ben podążył za dziadkiem ciemnym korytarzem.
Ściany, jak prawie wszystkie w tym domu, były całkowicie zasłonięte
regałami z książkami, sięgającymi od podłogi aż po sufit. Miały
drabinki, które przesuwały się po dobrze nasmarowanych prowadnicach,
dając natychmiastowy dostęp do ogromnego, eklektycznego zbioru książek.
Ben zobaczył światło księżyca w pokoju na końcu korytarza.
Słyszał ptaki.
Udawał, że jest cieniem dziadka, gdy zbliżali się do tego pokoju.
Pokoju z drzewem bez liści.
Z książkami bez słów.
Rozdział 3
Detektyw Mills zasnął w fotelu w sali konferencyjnej. Odchylił się do
tyłu i chrapał pośród stosu papierów i zdjęć ze sprawy Petersonów
rozrzuconych na stole tak, jakby przez pokój przeszło tornado.
Obudził się, gdy komendant Givens kopnął w próg drzwi.
- Mills! Idź do domu i prześpij się trochę.
Dokładnie to samo powiedziała mu Blue, zanim opuściła komisariat
dwadzieścia minut temu.
Komendant Givens ponownie zajrzał do pokoju i dodał:
- To jest rozkaz.
Słowa Blue były z kolei rozkazem córki skierowanym do ojca, by sprytnie
odwrócić uwagę od pytania, jakie zadał jej tuż przed tym, jak wyszła z sali konferencyjnej.
- Będę mógł jakoś niedługo zobaczyć wnuki?
Po tych słowach najpierw zapadła cisza, potem Blue głośno wypuściła
powietrze, a następnie odwróciła wzrok. Nie powiedziała ani "tak", ani
"nie", ani nawet "może". Po prostu:
- Idź do domu i prześpij się trochę.
Zanim Mills znalazł się w samochodzie, zdążył ziewnąć dwa razy.
Ośmiokilometrową drogę do domu pokonywał ostrożnie, często energicznie
mrugając i otwierając szeroko oczy. To był jego rytuał. Zapoczątkował go
wiele lat temu, aby nie zasnąć za kierownicą. W radiu leciało Sympathy
for the Devil Rolling Stonesów - to byłby odpowiedni tytuł dla zdjęć,
które zostawił w sali konferencyjnej. Minęły już dwa tygodnie, odkąd
znaleźli w stodole rodzinę Petersonów. Porąbaną na kawałki i umieszczoną
w kokonach. Dwa tygodnie i wciąż żadnych tropów. Petersonowie zostali
zamordowani w swoim domu. Krwawe odciski butów rozmiar piętnaście
znajdowały się zarówno w kuchni, na korytarzu oraz schodach, jak i we
wszystkich sypialniach na piętrze. Jednak najbardziej widoczne były w jadalni, w której kokony musiały zostać wciągnięte na stół i zaszyte.
Następnie przeniesiono je do stodoły. Jeden po drugim. Funkcjonariusze
znaleźli cztery martwe ćmy na stole i pół tuzina żywych, trzepoczących
skrzydłami, w zamkniętej sypialni Petersonów.
Mills w życiu nasłuchał się już wielu porzekadeł o ćmach. O tym, co
reprezentują, co oznacza ich obecność i tak dalej, ale niewiele z tych
powiedzonek miało pozytywny wydźwięk. Trzymał więc gębę na kłódkę, gdy
komendant Givens zapytał, co myśli o znalezionych ćmach, zarówno tych
martwych, jak i żywych. Mills burknął, że nic nie myśli, zajął się
swoimi sprawami i starał mentalnie zdystansować. Jednocześnie szukał
głębszego znaczenia i mimowolnie drążył ten temat w głowie. Jak zawsze.
Opuścił szybę, wpuszczając do auta rześkie, jesienne powietrze.
Napełniwszy nim płuca, wyczuł zapach palonych liści i grillowanego
mięsa. Mills usłyszał kiedyś, jak pewien turysta porównał Crooked Tree
do sennego, fikcyjnego miasteczka Mayberry. Tyle że jeśli chodzi o przestępczość, Crooked Tree było bliższe Gotham, a Mills uważał
się bardziej za Batmana niż Andy'ego Griffitha. Do tego nie widział w otoczeniu godnego odpowiednika Barneya Fife'a.
Drogi były puste. Większość mieszkańców miasteczka poszła do księgarni
na spotkanie autorskie Bena Bookmana. To dlatego Sam - pozwoliła mu, by
poza godzinami pracy nie nazywał jej detektyw Blue - opuściła komisariat
policji w takim pośpiechu. Z jakiegoś niezrozumiałego dla niego powodu
była fanką Bena Bookmana. Oczywiście przed wyjściem nie omieszkała
zapytać go o emeryturę. Ostatnimi czasy robiła to codziennie. Nie
przepadała za tym, że Mills wiecznie odpływa gdzieś myślami i snuje się
dookoła, kulejąc.
Po prostu nie wyglądasz za zdrowo, Mills.
Emerytura nie wchodziła w grę. Wolałby już zginąć na służbie. Nikt inny
na komisariacie nie miał tak dobrych statystyk jak on: osiemdziesiąt
dziewięć procent rozwiązanych spraw. Crooked Tree potrzebowało go teraz
tak samo jak kiedyś. Jak zawsze. Wskaźnik przestępczości tego zaledwie
sześciotysięcznego miasteczka często przewyższał statystyki dotyczące
dużych miast, a ten rok był jednym z najgorszych. Włamania. Przemoc
domowa. Napady agresji. Pięć miesięcy temu - po tym, jak prawie przez
pół roku dochodziło do włamań, wyskakiwania z szaf i spod łóżek w celu
straszenia dzieci - Mills w końcu złapał odpowiedzialnego za te czyny
szaleńca, którego jedna z gazet ochrzciła Boogeymanem. Naprawdę nazywał
się Bruce Bagwell i z zawodu był hydraulikiem. Poza straszeniem na
śmierć - z twarzą pomalowaną w brązowo-czarne pionowe pasy i czerwoną
farbą wokół oczu oraz ust - nigdy nikogo nie skrzywdził. Był całkiem
nieszkodliwy. Jednak kiedy sędzia zapytał, co planuje robić, gdy go
wypuszczą, odpowiedział, że straszyć więcej dzieci. I tego samego
popołudnia został wysłany do szpitala psychiatrycznego Azyl Oswalda w celu przeprowadzenia szczegółowej oceny stanu jego zdrowia psychicznego.
W opinii lekarzy tej placówki Bruce był - jak to ujęła Blue -
"pieprzonym świrem".
Jednak sprawa, która ostatnio najbardziej leżała Millsowi na sercu,
dotyczyła zaginięcia dziewczynki. Blair Atchinson zniknęła ze swojego
podwórka nieco ponad trzy tygodnie temu. W ciągu ostatniej dekady (a może trochę ponad?) w Crooked Tree zaginęło kilkoro dzieci. Między
uprowadzeniem Blair a poprzednim takim przypadkiem, siedmioletniego
Matta Jacobsona, minęły prawie cztery lata. Po chłopcu słuch zaginął.
Podobnie zresztą jak po innych dzieciach, które zniknęły przed nim. Do
niedawna Mills miał nadzieję - a wręcz zakładał - że porwania się
skończyły.
Mylił się.
A teraz jeszcze to.
Horror, który zastał w domu i stodole Petersonów, stanowił najbardziej
dziwaczne miejsce zbrodni, jakie kiedykolwiek widział.
Te ręcznie szyte kokony.
Mills podniósł szybę w samochodzie. Miał już serdecznie dość powietrza
Crooked Tree. Gdy zbliżał się do domu, mieszanka ritalinu i adderallu,
którą połknął przed opuszczeniem komisariatu, obudziła w nim czujność.
Żwirowy podjazd wił się między wysokimi dębami i sosnami. Mills
zatrzymał się przed domem w stylu ranczerskim, który dzielił z Lindą
przez trzydzieści dziewięć lat małżeństwa. Niedługo byłoby czterdzieści,
gdyby osiem miesięcy temu nie padła twarzą na stół kuchenny. Martwa.
W trakcie wybuchu śmiechu.
W trakcie naszej wieczornej gry w Uno.
Mills zamknął samochód i wszedł do środka. Powiesił kurtkę na wieszaku
obok drzwi, a następnie zamknął je na łańcuch i zasuwę. Samantha miała
rację - potrzebował odpoczynku. Jego dziesięcioletnie zmagania z narkolepsją sprawiły, że był niezmiernie zmęczony w ciągu dnia.
Zaburzenie rozwinęło się u niego późno. Według lekarza było konsekwencją
dekad niewłaściwej higieny snu. Jednak bezsenność nie pozwalała Millsowi
zmrużyć oka przez większość nocy. A od śmierci Lindy było tylko gorzej.
W kuchni panował bałagan. Od zlewu po płytę kuchenną. Linda nazywała go
niechlujem i musiał przyznać, że w pełni zasługiwał na to miano. Ćma
przeleciała wzdłuż sufitu i usiadła na uchwycie baterii kuchennej. Mills
ściągnął packę na muchy z haczyka i zabił nocnego motyla jednym
uderzeniem. Te cholerstwa potrafiły teraz wychodzić za dnia, dlatego ćmy
znalezione w domu Petersonów nie były zbyt niepokojącym zjawiskiem.
Martwy owad upadł na podłogę zaledwie kilkanaście centymetrów od tego,
którego Mills zabił i zamierzał zmieść zeszłej nocy. Znalazł szufelkę i wyrzucił obie martwe ćmy do śmieci. Inwazja? Zasadzka? Zwał jak zwał,
ale choćby wezwał niezliczoną ilość firm zajmujących się dezynsekcją,
ćmy zawsze wracały. I to właśnie z myślą o nich trzymał packę w każdym
pomieszczeniu domu.
Przygotował sobie pizzę pepperoni z mrożonki. Zjadł ją w salonie, z nogami na stoliku do kawy i puszką coli w ręku. Powinien tu odkurzyć. Na
dywanie przed telewizorem leżała kolejna martwa ćma. Powinien też
zetrzeć kurze, ale od rozpoczęcia śledztwa w sprawie Petersonów
potrzebował śmiechu, a nie sprzątania. Dlatego też - z solami amfetaminy
krążącymi w organizmie - zaczął oglądać po nocach powtórki Kronik
Seinfelda.
Wprawdzie usnął w piątej minucie seansu, ale ta drzemka nie trwała
długo. Z objęć Morfeusza wyrwała go cola, którą wylał sobie na spodnie.
Odpłynął raptem na kilka minut. Tak to już z nim było. Gdy tylko udawało
mu się zasnąć, nie potrzebował dużo czasu, by osiągnąć fazę REM. Dlatego
kiedy czuł, że robi się senny, zawsze starał się nie kłaść. Chyba że był
w pełni przygotowany na to, co może nastąpić. Na leżąco koszmary
pojawiały się częściej i okazywały się bardziej dotkliwe. Jednak od
wielu dni właśnie na to miał ochotę - położyć się.
Zapaść w głęboki sen.
Odłożył naczynia na stertę obok zlewu i obiecał sobie, że jutro je
pozmywa. Stół kuchenny nazbyt go kusił. Mills nalał sobie dwie porcje
Old Forestera z lodem. Usiadł przy kwadratowym, drewnianym stole, na
którym leżały karty Uno. Nie włożył ich do pudełka od tamtego wieczoru.
Obok kart stała buteleczka. Zdjął z niej nakrętkę i wytrząsnął na dłoń
cztery tabletki nasenne.
Odłożył jedną z powrotem i zakręcił buteleczkę. Trzy wystarczą.
Rozluźnił się po dwóch i pół - dawce, którą brał okresowo od miesięcy.
Rozgryzł tabletki, żeby szybciej przedostały się do krwiobiegu. Skrzywił
się, bo były gorzkie, i popił je wodą z kranu.
Na stole wciąż czekał na niego burbon. Pozostanie nietknięty, dopóki nie
wyleje go rano. Potasował i rozdał karty dla siebie i Lindy. Rozegrał
partię na dwa fronty. Przegrał. Potasował i rozdał ponownie. Po
dwudziestu minutach i trzech partyjkach Uno powieki zaczęły mu ciążyć i na pierwszy plan znów wysunęła się praca.
Nierozwiązana sprawa zabójstwa Petersonów.
Przerażające szczegóły zbrodni, które, o dziwo, udało mu się zachować w tajemnicy przed mediami. Nawet pomimo licznych prób dotarcia do prawdy
poczynionych przez tę ładną prezenterkę wiadomości Amandę Bookman. Nawet
pomimo jej zaawansowanej ciąży. Oba kanały informacyjne Crooked Tree
relacjonowały masakrę rodziny Petersonów przez wiele dni. Podobnie
zresztą jak wszystkie krajowe gadające głowy. Jednak w końcu
zainteresowanie mediów znacznie osłabło. Zwłaszcza gdy dziennikarze
zdali sobie sprawę, że policja nie zamierza podać żadnych szczegółów
odnośnie do tego, co tak naprawdę zastała w stodole.
Za zamkniętymi drzwiami - ze względu na znalezisko pod ciałami w kokonach - nazywano tę sprawę "Strachem na Wróble". Do publicznej
wiadomości podano jedynie, że Petersonowie zostali zamordowani,
znalezieni w stodole i z całej rodziny przeżyła tylko jedna osoba -
córka. Dziesięcioletnia Amy. Nie miała nawet najmniejszego draśnięcia.
Nadal przebywała w szpitalu, dochodząc do siebie po przebytym szoku. I wciąż nie powiedziała ani słowa. Od momentu, kiedy została wyciągnięta z ręcznie pozszywanych łusek kukurydzy niczym spragniony świeżego
powietrza przerażony noworodek, detektyw Blue odwiedzała ją każdego
ranka. Jak ocenili biegli - i na podstawie stanu, w jakim znajdowały się
cztery poćwiartowane ciała - Amy wisiała tam przez kilka dni: minimum
dwa, maksimum cztery. Została zaszyta z jabłkiem, dwoma bananami i butelką wody, którą sobie racjonowała. Gdy rozcięto kokon, zostały jej
góra dwa łyki. W przeciwieństwie do reszty rodziny związano ją kocem, by
nie mogła się uwolnić.
Morderca chciał, by dziewczynka została znaleziona żywa i opowiedziała,
co się stało.
By siać strach.
Tabletki nasenne zmieszały się już z resztkami soli amfetaminy.
Telefon zaczął bzyczeć, ale Mills był zbyt zmęczony, by odebrać. Miał
strasznie ciężką głowę. Czuł się tak, jakby przez mózg przeszedł mu
huragan. Podniósł karty Uno i rozegrał kolejną partię. Linda znów
wygrała.
- Ale nie powiedziałaś "uno" - zauważył na głos, chichocząc. Wirowało mu
w głowie. Nagle przestał się śmiać, zdając sobie sprawę ze stanu, w jakim się znajduje. Czuł się godny politowania. Żałosny. Postawił w notatniku ptaszek w kolumnie Lindy. Miała już przewagę dwunastu
wygranych. Nagle Mills poczuł, że na usta cisną mu się słowa:
- Jepson Heap.
Tyle że nie znał żadnego Jepsona Heapa.
Strachy na wróble mają straszyć. Taka ich rola, Blue.
Wstał od stołu.
- Dobranoc, Lindo.
Wychodząc z kuchni, niechcący przewrócił krzesło. By dojść do sypialni,
musiał opierać się o ściany korytarza. Z trudem poradził sobie z klamką
drzwi, które następnie zamknął kopniakiem, i zwalił się na łóżko. Część
tego, co zwisało z sufitu, otarła się o jego głowę, gdy próbował
wgramolić się pod kołdrę. Łóżko było niepościelone. Istny barłóg.
Przewrócił się na plecy, po czym wbił wzrok w sufit. Powieki miał coraz
cięższe.
Według jego ostatnich obliczeń miał już dziewięćdziesiąt cztery łapacze
snów. Większość z nich wisiała pod sufitem, przytwierdzona gwoździami
lub pinezkami. Spływały z niego jak krople wody, kołysząc się niczym
wyciszone dzwonki wietrzne. Niektóre łapacze były skórzane, inne
plastikowe lub drewniane. Wszystkie z siecią potrzebną do złapania tego,
co miało nadejść. Mills przybijał łapacze snów do ścian i okien. Parę
wisiało na ramkach oprawionych obrazów, kloszach lamp, a nawet na
komodzie - po jednym na każdej z pięciu szuflad.
Trzy łapacze snów na zagłówku i tyle samo u jego stóp.
Mills energicznie zamrugał kilka razy.
Po drugiej stronie pokoju, na parapecie, wylądowała ćma.
Jeden łapacz snów pod łóżkiem.
Kolejne dziesięć w łazience.
- Mamo...
- Tak, Winny?
- Dlaczego to się nazywa łapacz snów, skoro ma łapać koszmary?
- Nie wiem, skarbie. To tylko nazwa.
- A co, jeśli nie zadziała?
- Zadziała, Winny. A teraz zamknij oczy i śpij.
Potem Mills przeniósł się myślami do innego miejsca i czasu. Młody
psychiatra o płowych włosach siedział koło niego na drewnianym krześle z twardym oparciem i poklepywał go po głowie.
- Zamknij oczy i zrelaksuj się - powiedział do niego.
Tak też Mills zrobił.
- Miłych snów, Winchesterze. Miłych snów.
Rozdział 4
Ben siedział zgarbiony w fotelu biurowym, wpatrując się w twarde deski
między swoimi bosymi stopami. Włosy miał wciąż mokre po prysznicu, który
wziął kilka minut wcześniej na prośbę Amandy. Przypominała mu o tym od
ich powrotu z księgarni. Dał się ubłagać dopiero, gdy przechodząca obok
niego Bri zapytała niewinnie, co ma we włosach. Kiedy padł strzał, była
pochłonięta stosem książek dla wczesnych nastolatków. Dzięki Bogu.
Pomacał się po głowie drżącymi rękoma i wśród sztywnych od zaschniętej
krwi włosów wyczuł drobne kawałki kości czaszki samobójcy. Wtedy
postanowił wziąć prysznic. Stał pod gorącym strumieniem tak długo, aż
jego serce przestało walić jak młotem.
- Gdzie Bri? Chcę się z nią zobaczyć, zanim pojadą.
Amanda oparła się o regał z książkami.
- Już pojechali, Ben.
- Dlaczego nie poczekali, aż wezmę prysznic?
- Mama i tata bardzo się spieszyli. Też mają niezłego stracha. Na
zewnątrz są reporterzy.
- Przecież ich wszystkich znasz. Może im powiedz, żeby się odpierdolili?
- Ben, to dla nich łakomy kąsek. W końcu facet odstrzelił sobie łeb na
środku księgarni.
Ben oparł łokcie na kolanach. Amanda przewijała aktualności na swoim
iPhonie, a on przeglądał półki z książkami. Tłumaczenia na ponad
czterdzieści języków. Książki w twardej oprawie. W miękkiej. Audiobooki.
Wersje filmowe. Trzy lata temu Pod rządami lata było prawdziwym hitem.
Ekranizacja Pulsu będzie mieć premierę na wiosnę. Krążyły już plotki o filmowej wersji Stracha na Wróble. Chciał tego. Przydomka Gość z Koszmaru, sławy... Chciał tego wszystkiego. Pragnął tego, odkąd dziadek
Robert wziął go za rękę jako małego chłopca i oprowadził po wszystkich
pokojach w Blackwood. Zapoznał z tysiącami książek w swojej kolekcji.
"Wszystkie do twojej dyspozycji, Benjaminie".
- Widziałeś ją? W księgarni?
- Kogo?
- Jennifer. Była tam przez chwilę. Miała na sobie czapkę Yankees. Jakby
chciała wtopić się w tłum.
Na dźwięk imienia stażystki, która później została nianią ich dziecka,
serce podskoczyło mu do gardła. Ale nie, nie widział jej. Jennifer
Jackson, obecnie studentka ostatniego roku anglistyki, nagle i bez
wyjaśnienia zrezygnowała z pracy tydzień po powrocie Bena z Blackwood.
Tydzień po weekendzie, który pamiętał jak przez mgłę. Amanda obwiniała
go o odejście niani. Jennifer była dla niej jak młodsza siostra.
Opuściła ich dom tak raptownie, że zostawiła część swoich książek i ubrań w pokoju gościnnym na piętrze. Nadal tam leżały.
- Nie wygląda dobrze.
- Nie zauważyłem jej.
- Wiem, że do niej dzwonisz.
Ugryzł się w język, by nie powiedzieć tego, co cisnęło mu się na usta.
Jesteś cholernie pokręcony, Ben.
- Może i tak - wymamrotał.
- Co może i tak?
- Nic.
Kilka tygodni temu, po tym, jak Bri poszła się bawić, Amanda wyrwała mu
z rąk egzemplarz autorski Stracha na Wróble. Miała w zwyczaju czytać
tylko pierwszy rozdział każdej z jego książek, aby upewnić się, że ma to
"coś" i jest wciągająca. Do porządnej lektury powieści Bena wzięła się
tylko raz - w przypadku jego debiutu. Dzień przed tym, jak się poznali.
Miała przeprowadzić z nim wywiad w programie śniadaniowym swojej stacji
i musiała się przygotować. To było wiele miesięcy przed tym, jak oboje
zdobyli rozgłos.
- Więc... jaki jest twój największy pisarski cel? - zapytała go wtedy.
- Straszyć ludzi - odpowiedział, pochylając się w stronę kamery. - Chcę,
żeby mieli przeze mnie koszmary - wypowiadając te słowa, uśmiechnął się,
ale mówił śmiertelnie poważnie.
Zachichotała, a on momentalnie zakochał się w tym śmiechu.
Nazwała go przed kamerami Gościem z Koszmaru i dwa dni później poszli na
pierwszą randkę. Przyznała wtedy, że ze względu na krwawe oraz
odrażające sceny przebrnęła jedynie przez połowę jego powieści i zgodziła się na kolację tylko dlatego, że po prostu "musi się
dowiedzieć".
- Czego musisz się dowiedzieć? - zapytał, pochylając się nad stołem z drogim sushi. Był nią równie zaintrygowany jak ona nim i miał nadzieję,
że znów zachichocze, ponieważ za pierwszym razem z zachwytu prawie
stanęło mu serce.
- Co cię nakręca - powiedziała, przygryzając dolną wargę i wpatrując się
w niego szmaragdowozielonymi oczami.
Kiedy zobaczył egzemplarz autorski Stracha na Wróble oparty na
delikatnym wybrzuszeniu, które wkrótce miało stać się ich drugim
dzieckiem, z bólem przypomniał sobie tę pierwszą randkę. Jej niewinność.
Zadał wtedy Amandzie proste pytanie:
- Dlaczego akurat ta książka? Czemu chcesz ją przeczytać?
- Żeby dowiedzieć się, co cię nakręca.
- To powieść, a nie biografia, Amando.
Przeczytała Stracha na Wróble w dwa dni. Po skończeniu lektury od razu
odłożyła książkę na najbliższy stolik i z kamienną twarzą wlepiła wzrok
w kominek.
Ben stał wtedy w drzwiach. Czekał. W końcu nie był już w stanie.
- No i jak?
- Dobra książka.
- Tylko tyle?
- Cholernie dobra.
Jednak zaraz potem, nie podnosząc na niego wzroku, dodała:
- Jesteś cholernie pokręcony, Ben.
To zabolało. Wciąż bolało. To wszystko przez Blackwood. Przez te
wszystkie wakacje, które spędzał tam ze starszą siostrą Emily i młodszym
bratem Devonem.
Cholernie pokręcony. Tak samo jak tatuś. Niedaleko pada jabłko od
jabłoni.
- Amando? - Ben czekał, aż na niego spojrzy. - Amando...
Wysłała esemesa i podniosła wzrok:
- Co?
Bił się z myślami.
Powiedz jej, że ją kochasz. Że nie jesteś cholernie pokręcony.
- Czasami nie jest mi łatwo rozmawiać - stwierdził.
- Czasami? Cały czas gdzieś odpływasz, Ben. Robisz to zawodowo.
- Jestem pisarzem, Amando. Dużo czasu spędzam w swojej głowie.
- Chciałabym wiedzieć, co w niej siedzi. Chociaż chyba powoli zaczynam
łapać. Coś w stylu Jacka Torrance'a?z Lśnienia.
Po tych słowach milczeli oboje, każde pogrążone w myślach. Potem Amanda
wróciła do telefonu.
- Z kim piszesz? - zapytał Ben.
Spojrzała w górę.
- Z nikim. Ze wszystkimi. Chyba zdajesz sobie sprawę, że gdybym nie była
twoją żoną, stałabym tam, na zewnątrz, z całą resztą, prawda? Tak więc
wybacz mi ten młyn. Mój telefon się przegrzewa. Nie zdziw się, jeśli
zaraz wybuchnie. - Już miała wyjść z jego gabinetu, ale nagle zatrzymała
się przy drzwiach. - Siedzisz tu całymi dniami i gapisz się w ekran. Nie
robisz absolutnie nic. Ale coś tam się kłębi... gotuje pod kopułą.
Jennifer to widziała. Bała się ciebie, Ben. Wtedy, kiedy odeszła. Nie
wiem, co się stało...
- Amando... Mówiłem ci przecież...
- Wszyscy - Amanda powiedziała to podniesionym głosem, ale zaraz nieco
się uspokoiła - się ciebie boimy. Od śmierci dziadka Roberta nie jesteś
sobą.
Ponownie ruszyła w stronę drzwi.
- To, co piszę... to tylko słowa. Papier przyjmie wszystko.
Zaśmiała się cicho i oznajmiła:
- Znowu lunatykujesz. Kiedy nie piszesz, jest gorzej.
- Czy ja...?
- Nie - odpowiedziała szybko. - Nic z tych rzeczy. Nawet mnie nie
tknąłeś. Stałeś na podwórku i gapiłeś się na las. Wołałeś Devona.
Przeczesał włosy, po czym pozwolił im swobodnie opaść.
- Rany, Amando... przepraszam.
- Nie odzobaczę tego, co widziałam w tamten weekend, Ben.
Krew na jego koszuli. Ubranie przesiąknięte dymem papierosowym.
Dlaczego był tam jej samochód? Przez trzy dni Ben był niedostępny.
Zręcznie unikał jej pytań.
Amanda dokończyła myśl.
- I nie odzobaczę tego, co widziałam dziś wieczorem. Kim był ten
mężczyzna, Ben?
- Mówiłem ci. Nigdy wcześniej go nie widziałem. I to samo powiedziałem
detektyw Blue.
Spojrzała na swojego iPhone'a, przewinęła coś kciukiem, wysłała
szybkiego esemesa, a następnie przeczytała na głos:
- "W jego ciężarówce znaleźli portfel i dowód osobisty. Nazywał się
Jepson Heap. Miał sześćdziesiąt pięć lat. Był rolnikiem. Uprawiał
pszenicę. Miał trzech synów, sześcioro wnucząt i czterdziestodwuletnią
żonę Trudy". Tylko o co mu chodziło? Co miał na myśli z tym: "Ukradłeś
mój koszmar"?
- To był jakiś szurnięty fan, Amando. Czytałaś Misery? Pamiętasz,
oglądaliśmy to razem? Z Kathy Bates. "Jestem twoją największą fanką".
- On nie był fanem, Ben. Dla niego twoja książka to nie "tylko słowa".
Boże, jak ja nienawidzę tego miejsca.
- Którego miejsca?
- Blackwood - powiedziała jakby z wyrzutem, że zadaje takie głupie
pytanie. - Zgadzam się z twoją siostrą. Proponuję spalić cały ten dom.
- To nie Blackwood odstrzeliło temu człowiekowi głowę.
Uniosła brwi, jakby chciała powiedzieć: "Jesteś pewien?". Ping.
Dostała esemesa. I jeszcze jednego. A potem trzy kolejne. Jednego po
drugim.
- Kto to? - zapytał Ben. - Co się stało? Chodzi o Bri?
Wtedy telefon Amandy zadzwonił. Odebrała.
- Tak. Co? Kiedy?
Ben poszedł za nią korytarzem do kuchni, gdzie chodziła w tę i z powrotem. Jakby nie wiedziała, co ze sobą zrobić.
- Amando? Czy coś się stało Bri?
Był wystarczająco blisko, by usłyszeć głos Richarda Benningtona.
Amanda odsunęła się od Bena. Zacisnęła mocno zęby i włączyła mały
telewizor wiszący na ścianie za kącikiem jadalnym.
Na ekranie pojawił się Fiut Bennington z najnowszymi wiadomościami i ostrzeżeniem przed drastycznymi opisami, jakie miały się za chwilę
pojawić w materiale. To musiała być powtórka transmisji na żywo sprzed
kilku chwil. Amanda rzuciła pilota na wyspę i wyszła z kuchni, żeby sam
zobaczył, o co chodzi. Dała wyraźnie do zrozumienia, że nie chce dłużej
przebywać z nim w jednym pomieszczeniu. Na ekranie telewizora Ben
zobaczył dom na farmie otoczony werandą. W tle znajdowało się pole
kukurydzy. Potem pokazane zostały zdjęcia młodej pary - na oko po
trzydziestce. Uśmiechnięci Billy i Allison Reynoldsowie. Kilka godzin
temu znalezieni martwi na swojej przeszklonej werandzie.
- Nie - podszedł do telewizora z szeroko otwartymi oczami i sercem
próbującym wyskoczyć z piersi. - Nie.
- Ręcznie szyte kokony z suszonych łusek kukurydzy - powiedział Fiut
Bennington w wiadomościach - były wystarczająco mocne, by utrzymać
ciężar dwóch dorosłych osób. Kobieta w...
- ...szóstym miesiącu ciąży - powtórzył za dziennikarzem Ben. - Nie!
Zrobiło mu się niedobrze. Ledwo zdążył dobiec do zlewu przed zwróceniem
treści żołądka. Następnie puścił wodę i jednocześnie uruchomił młynek do
odpadków. Na ekranie Fiut Bennington właśnie miał ujawnić kolejne
makabryczne szczegóły, lecz w tym momencie został uciszony przez policję
Crooked Tree.
Jednak Ben już je znał.
Amanda ponownie weszła do kuchni, z oczami czerwonymi od płaczu.
Trzymała się na odległość wyspy kuchennej. Stała na progu, gotowa w każdej chwili się wycofać, gdyby zaszła taka potrzeba.
Zaczął iść w jej stronę. Wyciągnęła przed siebie rękę, by nie podchodził
bliżej.
- Co powiedział? Amando? Co znaleźli w tym domu?
- Chyba dobrze wiesz, prawda?
- Niby skąd?
- Ponieważ to wszystko jest jak żywcem wyjęte z twojej pieprzonej
książki, Ben. Każdy szczegół. A to oznacza, że morderstwo Petersonów...
O Boże, Ben.
Zrobiła się biała jak kreda. Jakby też miała zaraz zwymiotować. Potrafił
rozpoznać u niej ten stan. W końcu dwa pierwsze miesiące tej ciąży
spędziła w łazience.
- Petersonowie... - wymamrotała. - To dlatego policja nabrała wody w usta.
Spojrzała prosto na niego. Na wskroś.
- Nadal uważasz, że "to tylko słowa"?
- Po prostu ktoś przeczytał moją książkę, Amando. Jakiś jebany
zwyrodnialec realizuje chore...
- Ben.
- Co, Amando... - odpowiedział niemal błagalnie. - No co?
- Premiera twojej książki była w zeszłym tygodniu. Petersonowie zostali
zabici prawie trzy tygodnie temu.
Wcześniej
Powinien był zmienić koszulę.
Linda syknęła mu do ucha, by to zrobił, gdy tylko wszedł do kuchni.
- Zmień koszulę, Winchesterze. Masz krew na kołnierzyku.
Używała jego pełnego imienia tylko wtedy, gdy robiło się poważnie.
Ruszył w stronę sypialni. Naprawdę miał zamiar zmienić koszulę, ale po
drodze mimochodem zobaczył ośmioletnią Samanthę. Jak zwykle siedziała
przy stole w jadalni i z niecierpliwością czekała na jego powrót z pracy. Od razu zapomniał o całym świecie. A na pewno o swoim dniu, po
którym szybki detoks był zdecydowanie ważniejszy niż zmiana cholernej
koszuli.
Z szafy w sypialni wyjął butelkę Old Forestera. Stała na półce, zbyt
wysoko, by Linda mogła jej dosięgnąć. I tak rozpoczął swój wieczorny
detoks - od dwóch dużych łyków. Otarł usta rękawem koszuli - na
mankiecie też była plamka krwi - a następnie opuścił szelki, pozwalając
im zwisać na boki jak para martwych węży. Zdjął kaburę z ramienia i położył ją na łóżku. Z kolei pistolet, który miał u pasa, odłożył na
komodę.
W drodze do kuchni wszedł jeszcze na chwilę do łazienki. Zamknął drzwi,
ochlapał twarz wodą. Potem spuścił wodę w kiblu, by zamaskować odgłos
płukania ust płynem. W ten sposób wszelkie ślady burbona trafiły do
umywalki.
Kiedy usiadł przy stole, Linda od razu wbiła w niego wzrok. Z gniewnym
brzdękiem postawiła przed nim talerz z pieczenią i tłuczonymi
ziemniakami.
Zapomniał zmienić koszulę.
Prawda była taka, że jeszcze nie miał ochoty jej zdejmować. Zmieni ją
po prysznicu. Jeszcze zanim wyciągnie jedną z małpek przyklejonych na
spodzie półki w szafce na ręczniki w łazience.
Linda jadła szybko, nie podnosząc wzroku i nie odzywając się ani
słowem.
Ustaliła tylko jedną zasadę odnośnie do jego pracy - miał nie przynosić
jej do domu.
Umyła swój talerz i krzątała się przy zlewie, podczas gdy on i Samantha
jedli. Choć nic nie mówiła, słyszał w głowie głos żony. Słowa, które
wypowiedziała już nie raz i nie dwa: "Martwi się o ciebie, Winny. Martwi
się, że umrzesz".
A potem Sam zwróciła mu uwagę:
- Masz coś na koszuli, tatusiu.
Zerknął na mankiet i przez krótką chwilę próbował dostrzec plamy na
kołnierzyku, a potem, jak gdyby nigdy nic, włożył do ust widelec z ziemniakiem i kawałkiem pieczeni.
- Czy to krew?
- Tak, to krew.
Linda wytarła ręce w ręcznik i wyszła z kuchni. Mills najpierw podążył
za nią wzrokiem, a potem powiedział do córki:
- Ale to nie moja krew. Jedz, zanim wystygnie.
Wróciła do jedzenia, ale wciąż go obserwowała.
- Przestań się gapić, Sam.
Jedli w milczeniu przez jakąś minutę, zanim zapytała:
- Czyja to krew?
- To bez znaczenia. Już jest za kratkami.
- W ludzkiej klatce?
- Tak, w ludzkiej klatce. - Odłożył widelec i patrzył z drugiego końca
stołu na jedzącą córkę. - Sam, czy opowiadałem ci już kiedyś o Mojrach?
Potrząsnęła głową.
- W mitologii greckiej znane są jako trzy boginie tkające ludzki los.
- Szyją? Tak jak mama?
- Tak, ale zamiast kołder tkają nić żywota. - Podniósł rękę, by
powstrzymać ją przed pytaniem, co to jest "nić żywota". - I wiesz co,
Sam? Mają jasno określone zadania. Kloto...
- Kloto to dziwne imię.
- Może i tak, ale ona przędzie nić.
- Jaką nić?
- Nić życia. Kloto przędzie nić. Lachesis ją mierzy. A na końcu, gdy
nasz czas na ziemi dobiegnie końca, Atropos ją przecina. Rozumiesz, do
czego zmierzam?
- Chyba tak...
- Niedawno rozmawiałem z Lachesis.
- Naprawdę?
- Tak.
- Jak wygląda?
- Jest piękna. Jak ty i twoja mama. - Te słowa sprawiły, że córka
zaprezentowała swój szczerbaty uśmiech. Niedawno wypadły jej trzy
przednie zęby. - I wiesz, co powiedziała mi Lachesis? "Winchesterze,
twojej nici jeszcze bardzo daleko do przecięcia". A wiesz, skąd wiem, że
to prawda?
- Skąd?
- Bo jeszcze nie złapałem wszystkich bandziorów.
Rozdział 5
Mills poczuł zapach ziemi i wilgotnej trawy.
Łopata chrzęściła pod świeżym gruntem, a zaraz potem na Winchestera
spadł deszcz drobnych kamyków i kępek trawy. Otworzył oczy, by spojrzeć
na kurczące się błękitne niebo i ciemną sylwetkę. Miał ziemię na udach.
Na klatce piersiowej. Został pogrzebany żywcem. Miewał już ten koszmar.
Ziemia uderzyła go w twarz. Wleciała mu do ust. Nie był w stanie jej
wypluć. Nie mógł mrugać. Odwrócić wzroku od wpadających mu do oczu
ziaren. W ogóle nie mógł się ruszyć. Napierający na niego ciężar
powodował ucisk i utrudniał oddychanie. Jednak kolejne warstwy ziemi
zdawały się tonować siłę tego obciążenia.
Wkrótce będzie po wszystkim.
- Mills.
Nie mogę oddychać.
Niebo - skrawek błękitu otoczony czernią.
Coś leży mi na piersi.
- Mills. Obudź się. - Nagle coś poruszyło się w ziemi, chwyciło go za
ramię i mocno nim potrząsnęło. Teraz panowała całkowita ciemność. -
Obudź się!
Choćby zawiesił niezliczoną ilość łapaczy snów, to wciąż się działo.
Wyimaginowany ciężar na jego klatce piersiowej wiązał się z typowym
paraliżem, który dopadał go kilka minut po zaśnięciu. Lekarze nazywali
to porażeniem przysennym. Zakłócenie fazy z szybkimi ruchami gałek
ocznych. Kiedy znajdował się w tym stanie, był świadomy. Mógł nawet
otworzyć oczy. Jednak nie był w stanie poruszać kończynami, głową ani
tułowiem. Czasami nie mógł też mrugać. Podczas pierwszych kilku
epizodów, jeszcze gdy był dzieckiem, myślał, że umiera. Myślał, że
naciskający na jego pierś człowiek-cień jest prawdziwy. W rzeczywistości
stanowił jedynie pozostałość koszmaru. Ciało Millsa spało, ale umysł był
obudzony. A może na odwrót?
Nacisk na klatkę piersiową zelżał. Oddech powoli się normował.
- Linda?
- Nie, Samantha.
Przekręcił głowę w stronę córki. Wciąż był nieco skołowany, jednak nie
miał żadnych problemów z rozpoznaniem znajomych rysów Sam. Jej miękkich
włosów piaskowego koloru i ładnych niebieskich oczu.
Na zewnątrz było ciemno. Wyglądało na to, że nie przespał nawet całej
nocy. Skierował wzrok na zegar ścienny. Odpłynął tylko na trzy godziny.
Był ledwie wieczór.
Spojrzał w dół.
Jak to się stało, że leżę na podłodze? I to w salonie?
- Gdzie moje ubrania?
- Ile prochów bierzesz?
- A co cię to obchodzi?
- Nie jestem gotowa na pogrzeb. To spory wydatek.
Oparł się na łokciach. Skórę na obwisłych mięśniach klatki piersiowej
pokrywały gęste, srebrne włosy, a brzuch zdobiła oponka.
- Nic mi nie jest. Przepraszam, że... musisz oglądać mnie w takim
stanie.
Odwróciła wzrok.
- Próbowałam się z tobą skontaktować. Wiele razy. Godzinami. Nie
oglądałeś wiadomości?
- Czy opowiadałem ci już kiedyś, jak poznałem twoją mamę?
- Co? Nie, ale... - westchnęła. - OK, niech ci będzie. Jak się
poznaliście?
- To było w pierwszej klasie liceum. Musiała zostać za karę po lekcjach,
bo na jednej zasnęła. Podkochiwałem się w niej. W tej uroczej,
rudowłosej dziewczynie. Była popularna, a ja dziwny. Nie wiedziałem, jak
do niej zagadać. Dlatego na kolejnej lekcji udałem, że zasnąłem, żeby
też trafić do kozy.
Samantha wyglądała, jakby próbowała stłumić śmiech.
- No i?
- No i pani Needers kazała mi zostać po lekcjach. Ja i twoja mama
zaczęliśmy podawać sobie karteczki. Dowiedziałem się, dlaczego była taka
zmęczona. Miała koszmary. A właściwie jeden powracający koszmar.
Powiedziałem, że przepędziłbym go, gdybym tylko mógł, a ona
odpowiedziała: "Byłoby miło".
Samantha uśmiechnęła się.
- A resztę tej historii już wszyscy dobrze znamy.
Przytaknął i rozejrzał się po pokoju.
- To kiedy będę mógł zobaczyć wnuki?
- To nie jest odpowiedni moment na taką rozmowę.
Nie widział ich od miesiąca. David miał pięć lat, a Joseph cztery.
Miesiąc temu Mills złapał starszego wnuka za nadgarstek, gdy ten
wyciągnął rękę w stronę gorącego palnika kuchenki. Złapał go za mocno i chłopiec uciekł z płaczem. Chyba nawet większym, niż gdyby się poparzył.
Następnego ranka David miał siniaka wokół nadgarstka. Mills zadzwonił,
by spytać, jak tam maluch i czy mógłby odwiedzić wnuki jeszcze w tym
samym tygodniu. Jednak Samantha odpowiedziała, że to chyba nie najlepszy
pomysł. Stwierdziła, że mogą potrzebować więcej czasu.
- Więcej czasu? - odpowiedział wtedy. - Dzieciak o mało co się nie
poparzył, Sam.
- Przestraszyłeś go. Obu ich straszysz. Tam samo jak...
Tak samo jak co? Rozłączyła się. "Obu ich straszysz". Sposób, w jaki to
powiedziała... Sam fakt, że za drugim razem użyła słowa "straszysz", a nie "przestraszyłeś"...
Samantha sprowadziła go z powrotem na ziemię pstryknięciem palców.
- Do jasnej cholery! - usiadł. - Moglibyście przestać pstrykać mi
palcami przed nosem? Wszyscy to robicie.
- Mamy kolejne zabójstwa. Dwa. I pół.
Wiedział, co oznacza ta połówka, i na samą myśl poczuł obrzydzenie.
- Który miesiąc?
- A czy to ważne? - pokręciła głową i odwróciła wzrok. - Szósty.
- Gdzie i kiedy? Gdzie i kiedy te zabójstwa, Sam?
Detektyw Samantha Blue wyjęła z torebki najnowszą powieść Bena Bookmana
i pokazała ją Millsowi. Jego wzrok przykuł strach na wróble na okładce.
Blue otworzyła książkę na konkretnej stronie i popukała w kartkę
pomalowanym na niebiesko paznokciem. Detektywi nie malują paznokci,
Blue.
- Musisz to przeczytać.
- Nie czytam gniotów.
- Cóż, tato, TEGO gniota będziesz musiał przeczytać.
Zmrużył oczy i spojrzał na Blue. Zupełnie zapomniał, o co go poprosiła.
- Wiesz, że twoja mama często trzymała mnie w nocy za rękę?
Blue zacisnęła zęby i odwróciła wzrok.
- Zaczyna się...
- Trzymała mnie za rękę tak długo, aż zasnąłem.
- Nie, tato. Nie wiedziałam. - Znów popukała stronę w książce. -
Przeczytaj to.
- A mogę się najpierw ubrać?
Tym świdrującym wzrokiem złamała mu serce. Odpowiedział wściekłym
spojrzeniem. Twarz Blue pobladła.
- Sam, o co chodzi?
- Kilka godzin temu niejaki Jepson Heap strzelił sobie w łeb. W księgarni. Stojąc tuż obok Bena Bookmana.
- Jepson Heap?
- Tak. Mówi ci coś to nazwisko?
- Nie - odpowiedział, choć nie była to prawda i mógłby przysiąc, że
Samantha mu nie uwierzyła. Jepson Heap. Tak, coś mu mówiło to
nazwisko. Słyszał je już wcześniej. - Masz jakieś zdjęcie?
- Przed czy po tym, jak odstrzelił sobie łeb?
Jesteś do mnie bardziej podobna, niż ci się wydaje, Blue.
- Co cię tak bawi? - zapytała.
- Nic. - Otworzył powieść Bena Bookmana i przeczytał sam początek,
pierwszą linijkę: Strachy na wróble mają straszyć. Taka ich rola. - I to niby ma być bestseller?
Samantha wstała z kucków.
- Przeczytaj pierwszą stronę trzeciego rozdziału. Musimy z nim pogadać.
Tym razem nikogo nie oszczędził.
Wyszła z pokoju.
- Dokąd idziesz?
- Przynieść ci jakieś ubrania! - zawołała.
Łapacze snów.
- Nie. Samantho, nie wchodź do sypialni! Sam sobie wezmę!
Ale było już za późno.
- O Boże. O... mój... Tato! Co to ma być, do kurwy nędzy?! - Jej głos
dobiegł z korytarza.
Westchnął i potarł twarz.
- Mówiłem, żebyś tam nie wchodziła.