Gość z koszmaru - J.H. Markert

Kup ebooka

49.99 zł
41.42 zł (41,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Detek­tyw Win­che­ster Mills poczuł odór docho­dzący ze sto­doły Peter­so­nów, jesz­cze zanim ją zoba­czył.

Listo­nosz ostrzegł go przez tele­fon:

- Smród jest naprawdę okropny, Winny.

Do tego stop­nia, że Ernie Pal­po­nie zatrzy­mał się na skraju pola kuku­ry­dzy Peter­so­nów i zwró­cił lunch. A zda­wa­łoby się, że widział, sły­szał i wąchał już wszystko pod­czas trzy­dzie­stu trzech lat dostar­cza­nia poczty w Cro­oked Tree.

- Skrzynka jest prze­peł­niona - powie­dział Mil­l­sowi przez tele­fon. - A Peter­so­no­wie zawsze prze­kie­ro­wują pocztę, kiedy gdzieś wyjeż­dżają. Poza tym ich cię­ża­rówki stoją na pod­jeź­dzie. Obie.

Detek­tyw Mills pole­cił Erniemu, żeby się tro­chę uspo­koił i wziął kilka głęb­szych odde­chów. Następ­nie popro­sił go, aby - nie roz­łą­cza­jąc się - zapu­kał do drzwi. Po kilku minu­tach wsłu­chi­wa­nia się w ciężki oddech listo­no­sza, który prze­pro­wa­dzał roz­po­zna­nie domu Peter­so­nów, detek­tyw został poin­for­mo­wany, że Ernie zapu­kał "porząd­nie, naprawdę mocno", ale nie docze­kał się żad­nego odzewu.

Mills obie­cał Erniemu, że się tym zaj­mie. Powie­dział mu, by kon­ty­nu­ował swoją trasę i nikomu o tym nie wspo­mi­nał. Jed­nak kiedy detek­tyw zja­wił się na miej­scu, Ernie wciąż tam był. Sie­dział w buja­nym fotelu na weran­dzie z tyłu domu, paląc cygaro, które zwy­kle zosta­wiał sobie na koniec dnia. Z torbą pocz­tową pełną nie­do­star­czo­nych listów, leżącą mię­dzy zaku­rzo­nymi butami, wpa­try­wał się w pole kuku­ry­dzy.

Kiedy Mills zbli­żył się do domu, Ernie wypu­ścił dym z ust i ski­nął głową w kie­runku łanu kuku­ry­dzy:

- Powinni byli już zebrać plony z tego pola. Coś tu nie gra...

- Posiedź sobie tutaj, Ernie, jak długo chcesz.

Mills zer­k­nął na pokryty łup­kiem dach sto­doły sto­ją­cej na zbo­czu wzgó­rza. Choć było dopiero połu­dnie, potrze­bo­wał drzemki. Bolały go bio­dra, a to zwia­sto­wało, że nad­cho­dzi deszcz. Wiatr przy­niósł zapach ozonu i jesien­nych liści wraz z nutą cze­goś nie­przy­jem­nego.

Smrodu zbrodni.

To wła­śnie był sub­telny szcze­gół, z któ­rego Mills nie tylko zda­wał sobie sprawę, ale wręcz pota­jem­nie go pożą­dał, co wyznał kie­dyś księ­dzu Fran­kowi pod­czas spo­wie­dzi. "Cho­dzi o to, pro­szę księ­dza, że nie da się zła­pać zbrod­nia­rza bez zbrodni, prawda?". I usły­szał: "To dla­tego nie zamie­rzasz przejść na eme­ry­turę, Win­che­ster? Każda zagadka musi zostać roz­wią­zana? Wszystko musi zostać prze­ana­li­zo­wane pod każ­dym moż­li­wym kątem?". Na te słowa wzru­szył ramio­nami. Miał sześć­dzie­siąt sześć lat i wciąż tlił się w nim ogień.

- Czu­jesz to, Winny?

Mills dopiero po dłuż­szej chwili zare­je­stro­wał głos Erniego dobie­ga­jący z werandy. Wyre­gu­lo­wał apa­rat słu­chowy i odwró­cił się od listo­no­sza. Spoj­rzał pro­sto na sto­dołę.

- Tak, Ernie. Czuję to.

- Jakieś wie­ści o tej zagi­nio­nej dziew­czynce?

- Nie - odpo­wie­dział.

Już dzie­sięć dni minęło od zagi­nię­cia ośmio­let­niej Blair Atchin­son i nawet naj­mniej­sza wzmianka o niej była solą w oku detek­tywa.

- Ale ją znajdę - powie­dział do sie­bie. Nie chciał zachę­cać Erniego do dal­szej dys­ku­sji.

Wraz z podmu­chem wia­tru nad­cią­gnęła kolejna fala smrodu. Mills ziew­nął, zasła­nia­jąc usta dło­nią zaci­śniętą w pięść, a następ­nie się­gnął do kie­szeni koszuli po tabletki - rita­lin i adde­rall. Połknął je razem. Bez popi­ja­nia. Nie miał poję­cia, która była lep­sza. Wie­dział tylko, że rita­lin działa szyb­ciej, a adde­rall dłu­żej - w jego mnie­ma­niu to dosko­nałe połą­cze­nie.

Na żwi­ro­wym pod­jeź­dzie przed domem Peter­so­nów zatrzy­mał się czarny jeep che­ro­kee.

Mills sark­nął pod nosem. Z samo­chodu wysia­dła detek­tyw Blue. Gdyby Mills nie zatrzy­mał się na poga­wędkę z Erniem, już dawno byłby w sto­dole. Bez żół­to­dzioba. A teraz, gdy Blue dotarła na miej­sce, droga na wzgó­rze będzie przy­po­mi­nać bajkę o żół­wiu i zającu. Prze­cież powie­dział jej, że sam sobie pora­dzi. Albo znów go zigno­ro­wała, albo to sprawka komen­danta Givensa, który przy­słał ją tutaj kiw­nię­ciem głowy oraz nie­wy­po­wie­dzianą suge­stią, by poszła za sta­rusz­kiem i zadbała o to, żeby nie przy­snął na sto­jąco.

Cóż, komen­dant Givens mógł go co naj­wy­żej poca­ło­wać w dupę.

Kiedy ja zła­pa­łem Złego Glinę, ty robi­łeś w pie­lu­chy. Byłeś w pod­sta­wówce, gdy sta­wia­łem czoło Latar­ni­kowi. Gra­łeś w golfa, kiedy przy­skrzy­ni­łem Boogey­mana.

- Zacze­kaj, Mills.

Głos detek­tyw Blue brzmiał jak bzy­cze­nie psz­czoły. Mills ponow­nie wyre­gu­lo­wał apa­rat słu­chowy i przy­sta­nął na zbo­czu wzgó­rza. Cze­kał na Blue, która krzyk­nęła do sie­dzą­cego na weran­dzie listo­no­sza:

- Hej, Ernie!

- Hej, Baby! - odpo­wie­dział.

Mills chrząk­nął. Nie zamie­rzał uży­wać przy­domka1, który przy­lgnął do niej, odkąd sie­dem lat temu poślu­biła Danny'ego Blue, naj­lep­szego adwo­kata w mie­ście. Baby Blue. Jakby Blue nie wystar­czyło.

Śli­zgali się, idąc po tra­wie w górę zbo­cza. Blue miała na sobie czarne spodnie, białą bluzkę i brą­zowy żakiet, pod któ­rym ukry­wała gnata. Skła­dała się z nóg po samą szyję, mło­do­ści i wigoru, pod­czas gdy Mills sta­no­wił prze­ci­wień­stwo tych cech. Do kwa­dratu.

Zmarsz­czył nos.

- Detek­tyw nie powi­nien uży­wać per­fum.

- Tak? Cóż, nie powi­nien też uży­wać pie­luch.

Mills wycią­gnął swo­jego Smi­tha & Wessona kali­ber 10,16 mm z kabury przy pasie i jako pierw­szy ruszył w kie­runku walą­cej się sto­doły. Z wyjąt­kiem świeżo poma­lo­wa­nych na biało drzwi reszta wybla­kłej czer­wo­nej kon­struk­cji wyglą­dała na znisz­czoną przez dzie­się­cio­le­cia trud­nych warun­ków pogo­do­wych. W detek­ty­wów ude­rzyła potężna fala smrodu. Pod­czas gdy Blue zakry­wała nos żakie­tem, Mills robił głę­bo­kie wde­chy. Zacią­gał się. To był jego spo­sób na akli­ma­ty­za­cję - skok na główkę.

Blue wyjęła spod żakietu pisto­let Sig Sauer.

Nad­gor­li­wość gor­sza od faszy­zmu.

Nie wpu­ściła bluzki w spodnie, co ozna­czało, że w kabu­rze w sta­niku nosiła malutki kali­ber 9,6 mm. Z kolei wybrzu­sze­nie przy pra­wej kostce wska­zy­wało na to, że miała też przy sobie 9 mm. Kie­dyś nawet powie­dział jej: "Prze­sa­dzasz. Pro­sisz się o nie­szczę­ście, Blue".

- Mills, spójrz - Blue wska­zała na drzwi sto­doły. Były popla­mione błot­ni­stymi odci­skami łap. W drew­nie wid­niały głę­bo­kie rysy wydra­pane pazu­rami. Tak mocno, że aż widać było drza­zgi i zaschnięte ślady krwi przy­po­mi­na­jące rdzę.

- Wygląda na to, że pies za wszelką cenę pró­bo­wał dostać się do środka.

Peter­so­no­wie mieli gol­den retrie­vera o imie­niu Gus, który wpraw­dzie uty­kał, ale wciąż był aktywny. Miał w zwy­czaju ganiać za samo­cho­dami i w kon­se­kwen­cji już nie raz został potrą­cony. Mills rozej­rzał się po polu kuku­ry­dzy, jed­nak ni­gdzie nie zauwa­żył psiaka. Pocią­gnął za drew­nianą klamkę drzwi sto­doły, znaj­du­jącą się nad śla­dami łap. Drzwi począt­kowo sta­wiały opór. Były przy­ssane, jak oblo­dzone drzwiczki samo­chodu. Trzeba było pocią­gnąć jesz­cze raz, by je otwo­rzyć. Uwię­zione powie­trze ucie­kło na zewnątrz.

Blue ponow­nie zakryła nos.

Ze sto­doły wyle­ciała ćma. Zawi­ro­wała gorącz­kowo w świe­tle słońca, po czym wró­ciła do ciem­no­ści. Mills wszedł do środka i ski­nął na Blue, by poszła za nim.

Unio­sła pisto­let w stronę ciem­nej postaci znaj­du­ją­cej się na środku sto­doły.

Mills spo­koj­nym ruchem poło­żył dłoń na jej ramie­niu, a następ­nie ją opu­ścił.

- To tylko strach na wró­ble.

Wypu­ściła ze świ­stem powie­trze.

- Kto sta­wia pie­przo­nego stra­cha na wró­ble na środku sto­doły?

I po co te prze­kleń­stwa, Blue? Po co te prze­kleń­stwa?

Strach na wró­ble był wzro­stu męż­czy­zny. Miał sło­miany kape­lusz i twarz wyszytą na jucie, z guzi­kami od płasz­cza w miej­scu oczu, nosa oraz ust. Ubrany był w koszulę w czarno-czer­woną kratę, wpusz­czoną do połowy w nie­bie­skie dżinsy, które trzy­mały się na jed­nym ze sta­rych pasków pana Peter­sona. Mills widział tego stra­cha wie­lo­krot­nie z ulicy. Pan Peter­son lubił co jakiś czas go prze­sta­wiać, by trzy­mać wrony w ryzach.

Świa­tło sło­neczne wpa­dało przez szcze­liny mię­dzy deskami, uwi­dacz­nia­jąc uno­szący się w powie­trzu kurz. Muchy plujki bzy­czały, jakby były pod napię­ciem.

- Jezu Chry­ste! - Blue wle­piła wzrok w drew­niane belki nad głową.

Przez mgłę utwo­rzoną z chmary much widać było pięć koko­nów przy­po­mi­na­ją­cych worki. Zwi­sały ze środ­ko­wej kro­kwi w rów­nym rzę­dzie. Scena jakby żyw­cem wyjęta z filmu science fic­tion.

Jakby coś zaraz miało się wykluć.

Blue odwró­ciła się i puściła pawia.

Kokony z łusek kuku­ry­dzy. Suszo­nych. Ręcz­nie szy­tych. Sta­ran­nie. War­stwami. Na tyle gru­bymi, by utrzy­mać ciało.

Drugi z kolei kokon, naj­więk­szy - a jeśli nie naj­więk­szy, to z pew­no­ścią naj­cięż­szy - był naj­gę­ściej pokryty muchami. Miał lekko nade­rwane dno, łuski kuku­ry­dzy roz­mo­kły od krwi. W tym miej­scu z kokonu wysta­wała męska ręka. Zwi­sała bez­wład­nie, cała zakrwa­wiona.

Pan Peter­son, jak mnie­mam.

Pani detek­tyw znaj­do­wała się po dru­giej stro­nie sto­doły. Nie patrząc na nią, Mills zapy­tał:

- Wszystko w porządku, Blue?

- Tak, nic mi nie jest - odpo­wie­działa z ciem­nego kąta, a następ­nie splu­nęła i wytarła usta.

Wyraź­nie jej powie­dział, żeby nie przy­jeż­dżała. Miał prze­czu­cie, że będzie źle. Wyglą­dało na to, że cała rodzina Peter­so­nów została zaszyta w łuskach kuku­ry­dzy i zawie­szona na drew­nia­nych bel­kach. Nagle przez otwarte drzwi do sto­doły wpadł wiatr. Łuski obró­ciły się lekko, a liny napięły pod cię­ża­rem ciał.

Już to gdzieś widzia­łem.

- Mills.

Nastał czas żniw, Blue.

- Mills.

Stra­chy na wró­ble mają stra­szyć. Taka ich rola.

Nagle coś na niego wysko­czyło. Palce. Blue pstryk­nęła mu nimi tuż przed nosem. I znowu. Tym razem jej głos był bar­dziej naglący, a oddech pach­niał mię­tówką, którą wło­żyła do ust, by zabić smród wymio­cin.

- Tato?

Spoj­rzał na nią. Od dawna go tak nie nazy­wała. Od czasu, gdy jako dziecko powie­działa mu, że chcia­łaby, żeby nim nie był. Z cięż­kim wes­tchnie­niem wró­cił do tu i teraz.

- Gdzie odpły­ną­łeś? - zapy­tała.

Tam, gdzie zawsze, Blue.

- Co już gdzieś widzia­łeś?

- Nic.

- Powie­dzia­łeś...

- Nic mi nie jest - wysy­czał.

Zaci­snęła zęby i odwró­ciła głowę. Tra­fił w jej czuły punkt. Kolejna ćma prze­le­ciała nisko nad zie­mią. Blue wle­piła w nią wzrok.

Mills potarł twarz szorstką dło­nią, żału­jąc swo­jego wybu­chu. Powi­nien był trzy­mać gniew na wodzy. Ale wie­dzieć to jedno, a robić to już zupeł­nie co innego. Podą­żył wzro­kiem za pal­cem wska­zu­ją­cym Blue. W otwar­tych drzwiach sto­doły stał brudny i praw­do­po­dob­nie wygłod­niały gol­den retrie­ver Peter­so­nów.

Blue uklę­kła i przy­wo­łała go do sie­bie. Gus zbli­żył się, począt­kowo nie­pew­nie, ale już po chwili przy­kuś­ty­kał żwawo i zaczął lizać jej dłoń, jakby szu­kał resz­tek jedze­nia. Może jed­nej z mię­tó­wek? Pies zaskom­lał, spo­glą­da­jąc w górę. Podob­nie jak przed chwilą dwójka detek­ty­wów, patrzył nie­ru­chomo, jak spa­ra­li­żo­wany, na to, co zwi­sało z sufitu. Nagle zaszcze­kał tak gło­śno, że wydany przez niego dźwięk odbił się echem. Pies wyrwał się z uści­sku Blue, pod­biegł do koko­nów i sta­nął dokład­nie pod ostat­nim w rzę­dzie.

Mills podą­żył za nim, natych­miast dostrze­ga­jąc to, co pies musiał zoba­czyć kilka sekund wcze­śniej.

Blue zwer­ba­li­zo­wała jego myśli:

- Żad­nych much, Mills.

W rze­czy samej. Żad­nych much.

Ten kokon obra­cał się bar­dziej niż inne. Wybrzu­sze­nia poru­szały się jak palce w skar­petce, a z wnę­trza dobie­gało poję­ki­wa­nie. Mills odpiął palm­top od paska.

- Chry­ste Panie, Blue! Ktoś wciąż żyje!!!

Rozdział 2

Ben upew­nił się, że toa­leta jest pusta, po czym zamknął drzwi od środka.

Naprawdę potrze­bo­wał chwili samot­no­ści, z dala od fanów, zanim kie­row­nik księ­garni zapo­wie go za pięć minut. Zamknię­cie się w łazience z trzema kabi­nami i czte­rema pisu­arami w zatło­czo­nej księ­garni było przed­się­wzię­ciem - jak by to ujął dzia­dek Robert - kar­ko­łom­nym.

Jed­nak on był zde­spe­ro­wany.

Ktoś zapu­kał do drzwi i Ben aż pod­sko­czył. Pot wystą­pił mu na czoło.

- Jedną minutkę!

Przez chwilę cho­dził w tę i z powro­tem, a potem zatrzy­mał się przy umy­walce. Gdy wsu­nął rękę pod kran, pole­ciała woda. Przy­glą­dał się, jak wpada do odpływu. Na swoje odbi­cie w lustrze nie spoj­rzał. Nie przy­po­mi­nał męż­czy­zny ze zdję­cia z tyłu okładki swo­jej książki. W ciągu ostat­nich dwu­na­stu mie­sięcy posta­rzał się ze stresu.

Minął tylko tydzień od pre­miery - ozna­cza­nej hash­ta­giem #uro­dzi­nyk­siążki - a Strach na Wró­ble już był nume­rem jeden na liście best­sel­le­rów "New York Timesa". Z kolei jego piąta powieść, Puls, otrzy­mała dru­gie życie i wsko­czyła na dzie­wiąte miej­sce. "Publi­sher's Weekly" nazwał nową książkę jego naj­lep­szym jak dotąd dzie­łem: Gość z Kosz­maru zafun­do­wał nam festi­wal grozy, jaki zda­rza się raz na dekadę!

Ben spoj­rzał na rolexa. Kupił go po tym, jak Pod rzą­dami lata zostało prze­tłu­ma­czone na trzy­dzie­sty język. Dzia­dek Robert też nosił rolexa. Ben miał ten sam model - Sub­ma­ri­ner z kolek­cji Oyster - z cha­rak­te­ry­styczną nie­bie­ską tar­czą. Zostały mu jesz­cze trzy minuty. Ochla­pał twarz wodą i wziął kilka głę­bo­kich odde­chów. Był czas, że nie mógł się docze­kać pod­pi­sy­wa­nia ksią­żek i spo­tkań autor­skich w prze­róż­nych miej­scach. Zresztą nie tylko on - Amanda i Bri też lubiły jeź­dzić z nim w trasy.

Jak na rodzinę przy­stało.

Trzy tygo­dnie temu Clay­ton Chil­dress, redak­tor wszyst­kich sze­ściu ksią­żek Bena, zadzwo­nił, by go uprze­dzić, że egzem­plarz autor­ski Stra­cha na Wró­ble jest już w dro­dze. To Amanda ode­brała tele­fon. Ben w tym cza­sie przy­go­to­wy­wał laza­nię i zosta­wił komórkę na wyspie kuchen­nej. Amanda wzięła ją, zanim zdą­żył wytrzeć ręce i sam ode­brać. Rzu­cił jej wymowne spoj­rze­nie. Nie odbie­raj. Jed­nak żona je zigno­ro­wała i włą­czyła gło­śnik. Clay­ton wysłał książkę kurie­rem UPS, miała dotrzeć następ­nego dnia przed połu­dniem.

- To twoja naj­lep­sza książka, Ben. Gość z Kosz­maru znowu dał nam popa­lić. Tym razem naprawdę mie­li­śmy stra­cha. A jak tam sequel Krzy­kacz?

Ben odpo­wie­dział wtedy, że do przodu, ale prawda była taka, że sequel, na który Clay­ton i jego sze­fo­wie z McBride & Com­pany tak bar­dzo się napa­lili, utknął w mar­twym punk­cie. Ben nie miał nawet połowy. Był w takiej samej sytu­acji jak przed odda­niem Stra­cha na Wró­ble rok temu.

Dwa tygo­dnie, Ben.

Po tej roz­mo­wie Amanda bez słowa opu­ściła kuch­nię. Nie zapy­tała Bena o nową książkę. Wyszła zde­cy­do­wa­nym kro­kiem, dając mu w ten spo­sób do zro­zu­mie­nia, że jest wku­rzona. Wku­rzona jego pro­kra­sty­na­cją. Wku­rzona fak­tem, że blo­kada pisar­ska Bena nie doty­czyła tylko poprzed­niej książki. Histo­ria, nad którą teraz pra­co­wał, zmie­rzała doni­kąd. Cóż za zasko­cze­nie. Kto by pomy­ślał. Jego rela­cja z Amandą wyglą­dała w ten spo­sób przez więk­szą część tego roku. Od week­endu, w któ­rym wró­cił z Blac­kwood, sta­rego rodzin­nego domu. Wymem­łany, zdez­o­rien­to­wany i z cuch­ną­cym, brud­nym sumie­niem.

W końcu Ben odwa­żył się spoj­rzeć w lustro. Miał worki pod oczami i skro­nie przy­pró­szone siwi­zną. Był za młody na siwie­nie. Prze­cze­sał dło­nią włosy i wypu­ścił z płuc dwa­na­ście mie­sięcy napię­cia. Już czas. Pora iść. Prze­ćwi­czył uśmiech przed lustrem. Od razu przy­szedł mu na myśl Joaquin Pho­enix jako Arthur Fleck w Joke­rze. Upił łyk bur­bona z pier­siówki i wsu­nął ją z powro­tem pod pod­szewkę płasz­cza. Wło­żył do ust dwie mię­tówki. Wyłą­czył kran. Nagle w ciszy zim­nej toa­lety powró­cił do niego spa­ni­ko­wany i drżący głos Amandy, który usły­szał po powro­cie z week­endu w Blac­kwood. Ben, coś ty zro­bił? To, jak wtedy na niego spoj­rzała... Jasne, była wście­kła, ale przede wszyst­kim... prze­ra­żona. Coś ty zro­bił, Ben?

Minuta.

I wtedy usły­szał, że kie­row­nik księ­garni tro­chę się pospie­szył.

- Panie i pano­wie, nade­szła chwila, na którą...

Na chwilę zamknął oczy, odci­na­jąc się od głosu zapo­wia­da­ją­cego go męż­czy­zny.

Skup się, Ben.

Popra­wił man­kiety koszuli i pod­szedł do drzwi. Otwo­rzył je, przy­wo­łu­jąc na twarz swój cha­rak­te­ry­styczny uśmiech, i natych­miast został przy­wi­tany przez tłum. Jakiś palant zaczął kla­skać, jakby Ben wła­śnie zro­bił w łazience coś, z czego powi­nien być dumny. Wciąż czuł w ustach smak bur­bona. Potrze­bo­wał jesz­cze jed­nej mię­tówki. Posta­no­wił, że wycią­gnie ją, kiedy już dotrze do sto­lika. Przedarł się przez tłum pra­wie na koniec księ­garni - do miej­sca, w któ­rym przy­go­to­wano dla niego sta­no­wi­sko. Po dro­dze sta­rał się igno­ro­wać pełne zachwytu szepty i spoj­rze­nia. W końcu udało mu się usiąść za pira­midą ksią­żek.

Na obwo­lu­cie wid­niał strach na wró­ble sto­jący na środku szkol­nego boiska. Za nim czer­wo­nawo-poma­rań­czowy zachód słońca oświe­tlał ciemne drzewa i zacie­nione pole kuku­ry­dzy. Na łody­gach zamiast kolb w łuskach przed­sta­wione zostały dło­nie pró­bu­jące prze­bić się przez krę­pu­jące je jedwa­bie. Podob­nie jak w przy­padku dwóch ostat­nich powie­ści, nazwi­sko Bena było więk­sze niż tytuł. Kie­dyś on i Amanda sobie z tego żar­to­wali. Z jed­nej strony ozna­czało to, że naprawdę mu się udało. Jed­nak teraz, kiedy litery jego nazwi­ska przy­ćmie­wały słowa znaj­du­jące się poni­żej, tęsk­nił za cza­sami, gdy to tytuł i histo­ria wio­dły prym, a nie czło­wiek, który je wymy­ślił.

Kolejka cią­gnęła się aż do sąsia­du­ją­cej z księ­gar­nią lodziarni Banana Split, która dawała dwa­dzie­ścia pro­cent zniżki na gałkę każ­demu, kto stał w ogonku po naj­now­szą książkę Bena Book­mana. Pre­zen­ter Fiut Ben­ning­ton, kolega Amandy z tele­wi­zji, który rela­cjo­no­wał to czy­tel­ni­cze wyda­rze­nie, wła­śnie prze­pro­wa­dzał wywiady z wybra­nymi oso­bami z kolejki. Był ufry­zo­wany i opa­lony. Rasowy Ken z gło­sem Wal­tera Cron­kite'a. Ben dosko­nale wie­dział, że w pew­nym momen­cie podej­dzie do niego z pyta­niem, na które będzie musiał odpo­wie­dzieć.

- Ten gość to kutas, Amando.

- A z cie­bie zazdro­śnik.

- O co niby miał­bym być zazdro­sny? Po pro­stu nie podoba mi się to, jak się do cie­bie uśmie­cha.

- Jak? Tak jak ty kie­dyś?

Ot, krótka dys­ku­sja w łóżku. Prze­pro­wa­dzona zeszłej nocy, po tym, jak uprze­dziła go, że Richard zaj­mie się rela­cjo­no­wa­niem spo­tka­nia autor­skiego. Dal­szą część roz­mowy toczyli już odwró­ceni do sie­bie ple­cami, z oczami wle­pio­nymi w ścianę.

- Dla­czego w ogóle musi­cie to rela­cjo­no­wać?

- Bo nie­wiele wię­cej dzieje się w Cro­oked Tree. Przy­naj­mniej z tych pozy­tyw­nych rze­czy.

- Dla­czego w takim razie ty się tym nie zaj­miesz?

- Ben, jesteś moim mężem, a nie tema­tem na tape­cie.

Może na tym polega pro­blem. Może oboje wyszliby na tym lepiej, gdyby Ben znów był tema­tem na tape­cie.

Zauwa­żył Amandę po dru­giej stro­nie księ­garni. Była ubrana w beżową spód­nicę do kolan i nie­bie­ską bluzkę, która pod­kre­ślała jej cią­żowy brzu­szek. Za dwa mie­siące po raz kolejny zosta­nie ojcem. Tym razem chłopca. Wciąż nie wybrali dla niego imie­nia. Ledwo poru­szyli ten temat. Amanda wyglą­dała jesz­cze lepiej niż w dniu, w któ­rym się poznali. Zacho­wy­wała się tak, jakby mię­dzy nimi wszystko było w porządku. Latała od fana do fana niczym psz­czółka, uśmie­cha­jąc się, roz­ma­wia­jąc i kie­ru­jąc w odpo­wied­nie miej­sce. Można by pomy­śleć, że to jej spo­tka­nie autor­skie. Kiedy oglą­dało się konta Amandy na Insta­gra­mie, Twit­te­rze i Face­bo­oku, nikomu nie przy­szłoby do głowy, że mają jakie­kol­wiek pro­blemy.

Ben rozej­rzał się po tłu­mie w poszu­ki­wa­niu córki, Bri, ale jej nie dostrzegł.

Młoda kobieta w dżin­sach i wor­ko­wa­tej blu­zie uśmiech­nęła się nie­śmiało, wrę­cza­jąc mu książkę.

- Już ją prze­czy­ta­łam. - Spu­ściła wzrok, jakby zawsty­dzona. - Dwa razy.

- Prze­czy­tała ją pani już dwa razy?

- Prze­pra­szam.

- Nie, nie. Pro­szę nie prze­pra­szać. To i tak dzie­sięć razy mniej ode mnie.

Roze­śmiała się.

- Cóż, była świetna. Nie­sa­mo­wita.

Dłoń Bena zawi­sła w powie­trzu, cier­pli­wie cze­kał na ciąg dal­szy.

- Dla Leslie - powie­działa i prze­li­te­ro­wała imię. - Pro­szę. Dzię­kuję.

- Dla Leslie. Pro­szę i dzię­kuję. Wszyst­kiego dobrego... - Zamknął książkę i oddał ją kobie­cie. - Powie­dział­bym "miłej lek­tury", ale już ją pani czy­tała. Dwa razy. Mam nadzieję, że miała pani po niej kosz­mary.

To powie­dzonko było jego zna­kiem fir­mo­wym. Zwy­kle towa­rzy­szyło mu mru­gnię­cie okiem, jed­nak tym razem posta­no­wił je sobie daro­wać. To był moment, w któ­rym klienci zazwy­czaj odcho­dzili na bok, by dopu­ścić kolejną osobę, ale Leslie tego nie zro­biła.

- Czy plotki o następ­nej książce są praw­dziwe?

Wzru­szył figlar­nie ramio­nami, ponie­waż było tyle fał­szy­wych infor­ma­cji na jego temat, że nie miał czasu łamać sobie głowy tym, o co może cho­dzić Leslie.

- Czy w końcu będzie o Krzy­ka­czu? O tym, co się stało z zagi­nio­nymi dziećmi z River­dale?

Zmu­sił się do uśmie­chu.

- Będzie pani musiała pocze­kać i sama się prze­ko­nać.

Była uro­cza, ale cie­szył się, gdy sobie poszła. Następne trzy osoby z kolejki oka­zały się mniej roz­mowne. Po raz kolejny zauwa­żył Amandę po dru­giej stro­nie księ­garni. Robiła zdję­cia. Po pstryk­nię­ciu jed­nego z nich zauwa­żyła, że Ben obser­wuje ją z daleka. Poma­chała mu. Zro­biła to dla jego fanów. Na pokaz. Podob­nie jak on, wcale nie chciała tu być. Trzy tygo­dnie temu, mul­czu­jąc traw­nik, cze­kała na przy­jazd kuriera UPS, który miał przy­wieźć egzem­plarz autor­ski jego książki. Ben obser­wo­wał ją przez okno wyku­szowe. Jej krę­cone, kasz­ta­nowe włosy były spięte w luźny kok, a dżinsy podarte na kola­nach. Nie miała maki­jażu. Wyglą­dała zupeł­nie ina­czej niż kobieta, którą odgry­wała każ­dego dnia przed kame­rami. Ta nie­wy­mu­skana wer­sja podo­bała mu się bar­dziej. Zawsze tak było. Pro­blem pole­gał na tym, że jego żonie nie. Wbie­gła do domu z małą paczką, nio­sąc ją tak, jakby to była jego pierw­sza, a nie szó­sta powieść. Jakby sta­no­wiła sekret, solidny dowód rze­czowy. Kiedy Amanda wrę­czyła mu ją w przed­po­koju - z pla­mami cedru na pal­cach - przy­gry­zła dolną wargę. Robiła to, gdy była pode­ner­wo­wana lub nie w nastroju. I jesz­cze ten zło­śliwy uśmie­szek pod tytu­łem: "No i co teraz?".

Naj­wyż­szy czas na roz­mowę, Ben.

- Nie mogę uwie­rzyć, że widzę pana twa­rzą w twarz. - Następna w kolejce fanka wyrwała go z zadumy. - Przy­je­cha­łam aż z Ten­nes­see. Wszystko w porządku, panie Book­man?

Nie jestem pokrę­cony.

Ben zamru­gał kilka razy i uśmiech­nął się do kobiety, która naj­wy­raź­niej była molem książ­ko­wym. Napi­sał jej dedy­ka­cję, powie­dział: "Mam nadzieję, że miała pani po niej kosz­mary" i podzię­ko­wał za przy­by­cie.

Poje­cha­łam do Blac­kwood. Nie byłeś sam w tam­tym pokoju, Ben. Widzia­łam cie­nie, a nie cień!

Zigno­ro­wał głos Amandy w gło­wie i pod­pi­sał książki następ­nym dzie­się­ciu oso­bom. Kątem oka na godzi­nie dzie­wią­tej dostrzegł Briannę. Sie­działa po turecku na środku alejki z książ­kami dla mło­dzieży. Jak na swój wiek była nie­zwy­kle doj­rzałą czy­tel­niczką. Uśmiech­nął się do niej. Była jego opoką. Ser­cem i duszą. Te kilka tygo­dni temu olał egzem­plarz autor­ski swo­jej książki. Nawet go nie otwo­rzył, tylko zosta­wił na wyspie kuchen­nej. Książka leżała tam wiele godzin, dopóki Bri nie zapu­kała do drzwi gabi­netu Bena, by wymu­sić na nim reak­cję.

Zapro­sił ją do środka razem z Amandą, która nie tylko stała za ple­cami córki, lecz także za pla­nem mają­cym na celu nakło­nie­nie go do otwar­cia paczki.

Bri odzie­dzi­czyła jego nie­bie­skie oczy i dołeczki, a po Aman­dzie krę­cone, brą­zowe włosy. Uśmiech­nęła się roz­bra­ja­jąco i wycią­gnęła przed sie­bie prze­syłkę.

- Tatu­siu, zobacz, co przy­szło pocztą. To chyba książka.

Ben udał pod­eks­cy­to­wa­nie, zer­ka­jąc przy tym na Amandę, która stała z rękami skrzy­żo­wa­nymi na piersi. Otwie­ra­jąc paczkę, naśla­do­wał dźwięk wer­bla, a potem poka­zał żonie i córce egzem­plarz Stra­cha na Wró­ble w twar­dej opra­wie. Na okładce wid­niały słowa Ste­phena Kinga: Ben Book­man jest nowym mistrzem hor­roru. Praw­dzi­wym Gościem z Kosz­maru.

Ben wrę­czył książkę Bri. Zro­biła wiel­kie oczy. Trudno było stwier­dzić, kto miał więk­sze zami­ło­wa­nie do lite­ra­tury, on czy jego córka.

Odwró­ciła książkę i przyj­rzała się dużemu zdję­ciu Bena na odwro­cie.

- O czym to jest?

- O stra­chu na wró­ble, który zabija ludzi.

- Ben - Amanda ostrze­gła go zarówno wzro­kiem, jak i tonem głosu.

Jed­nak Bri, niczego nie­świa­doma, sku­piła się na tyl­nej okładce. Na tacie opie­ra­ją­cym się ple­cami o kolumnę, ze skrzy­żo­wa­nymi na piersi rękoma. Męż­czyź­nie o moc­nej szczęce, prze­szy­wa­ją­cych nie­bie­skich oczach i falo­wa­nych brą­zo­wych wło­sach. Na zdję­ciu miał na sobie brą­zową mary­narkę i czarną koszulkę z czer­wo­nym, jakby ocie­ka­ją­cym krwią napi­sem: "Gość z Kosz­maru".

Bri wska­zała na zdję­cie.

- Dla­czego się nie uśmie­chasz?

- Prze­cież się uśmie­cham.

- Ale na zdję­ciu...

- Nie pozwo­lili mi.

- Dla­czego?

- Ponie­waż powi­nie­nem zacho­wy­wać się jak poważny pisarz, który pisze poważne rze­czy.

- Straszne rze­czy.

- Dokład­nie - Ben pochy­lił się, opie­ra­jąc łok­cie na kola­nach. - Poważne, straszne rze­czy.

- Lubię straszne rze­czy - powie­działa Bri.

Tym razem to Ben zmie­rzył Amandę wzro­kiem i zmie­nił ton.

- Wiem, że lubisz.

Amanda odwró­ciła wzrok. To po czę­ści jej wina, że przy­lgnęło do niego prze­zwi­sko Gość z Kosz­maru.

Bri przy­ci­snęła książkę mocno do sie­bie.

- Mogę ją prze­czy­tać, tatu­siu?

Ben postu­kał się w pod­bró­dek, jakby w zamy­śle­niu.

- Hmmm... - Lubił dro­czyć się z Brianną. Oboje uwa­żali, że to zabawne. W końcu wska­zał na nią i powie­dział: - Nie.

Roze­śmiała się i nie drą­żyła tematu. Jed­nak wła­śnie w momen­cie, gdy Ben miał dodać: "Jesteś na to zde­cy­do­wa­nie za młoda", Bri zasko­czyła rodzi­ców, mówiąc bez ogró­dek:

- Pach­niesz bur­bo­nem.

Był wto­rek. Kilka minut po połu­dniu. Ben upił łyk z butelki z wodą. Wła­śnie zajął się kolej­nymi dzie­się­cioma oso­bami z kolejki. Pod­pi­sy­wał i mówił na auto­pi­lo­cie. I wtedy jego uwagę przy­kuł męż­czy­zna sto­jący kil­ka­na­ście osób przed nim. Miał na gło­wie poma­rań­czową czapkę marki John Deere nacią­gniętą nisko na czoło. Był ubrany w białą koszulę z koł­nie­rzy­kiem na guziki. Wysta­wała z wor­ko­wa­tych, opa­da­ją­cych dżin­sów. W oczy rzu­cały się rów­nież wysłu­żone, cięż­kie buciory; prawy był roz­wią­zany. Ben wypił wię­cej wody, nie spusz­cza­jąc oczu z męż­czy­zny w czapce. Z jego opa­lo­nej, poora­nej bruz­dami twa­rzy, pokry­tej kil­ku­dnio­wym siwie­ją­cym zaro­stem. Z wiel­kich dłoni z gru­bymi pal­cami i brud­nymi paznok­ciami. W prze­ci­wień­stwie do całej reszty męż­czy­zna nie trzy­mał w ręce egzem­pla­rza Stra­cha na Wró­ble.

- Jak to, skoń­czy­łeś książkę? Ben? Czy to jakiś żart? - powie­działa jego agentka, kiedy w panice zadzwo­nił do niej z Blac­kwood przed powro­tem do domu z tam­tego week­endu.

- Po pro­stu ją prze­czy­taj, Kim - wysy­czał. - Jest gotowa.

- Ben? To ponad sto tysięcy słów. I to sporo ponad. Napi­sa­łeś to wszystko w jeden week­end?

- Skoń­czy­łem w jeden week­end. Nie przy­je­cha­łem tu z niczym.

Spe­cy­ficz­nego męż­czy­znę dzie­liło teraz od Bena już tylko pięć osób. Facet był wyraź­nie spięty. Bawił się czapką i obgry­zał paznok­cie. Im bar­dziej zbli­żał się do początku kolejki, tym bar­dziej był nie­spo­kojny.

Ben ponow­nie spoj­rzał w stronę działu dla mło­dzieży w poszu­ki­wa­niu córki, ale bez skutku. Nie namie­rzył Bri. Gdy skła­dał pod­pis, ręka mu zadrżała, przez co schrza­nił całą dedy­ka­cję. Prze­pro­sił i zaczął pisać od nowa w innym egzem­pla­rzu.

Męż­czy­zna w czapce był coraz bli­żej.

Amanda rów­nież zauwa­żyła tego faceta z dru­giego końca księ­garni i już namie­rzyła ochro­nia­rza. Nie byłby to pierw­szy sza­lony fan wypro­szony ze spo­tka­nia autor­skiego Bena Book­mana - jego twór­czość czę­sto przy­cią­gała dzi­wa­ków. Męż­czy­zna rozej­rzał się dookoła, jakby spo­dzie­wał się zasadzki. Jego ruchy sta­wały się coraz bar­dziej ner­wowe. Ochro­niarz ruszył na odsiecz od strony kawiarni, ale zanim zdą­żył podejść wystar­cza­jąco bli­sko, męż­czy­zna w czapce prze­pchnął się w kolejce i sta­nął przed sto­li­kiem Bena.

Book­man cze­kał w goto­wo­ści. Sta­rał się nad­mier­nie nie pani­ko­wać. Zamiast tego był gotów do ewen­tu­al­nej obrony. Męż­czy­zna pochy­lił się do przodu i roz­ło­żył grube ręce na drew­nia­nym bla­cie stołu niczym gigan­tyczne roz­gwiazdy.

- Jak to zro­bi­łeś?

Ben trzy­mał się twardo, ale rzu­cił zbli­ża­ją­cemu się ochro­nia­rzowi wymowne spoj­rze­nie.

- Jak "co" zro­bi­łem?

- Wiesz, co zro­bi­łeś. - Wska­zał na stos ksią­żek. Na okładkę Stra­cha na Wró­ble. - Od roku nie mogę zmru­żyć oka, ty sukin­synu.

- Ochrona! - zawo­łał Ben, głów­nie po to, by zasko­czyć męż­czy­znę, choć na chwilę go zatrzy­mać i dać sobie czas na zna­le­zie­nie poko­jo­wego wyj­ścia z tej sytu­acji. Jed­nak swoim krzy­kiem jedy­nie ostrzegł sza­leńca. Ten odwró­cił się z zaci­śniętą pię­ścią wiel­ko­ści małej dyni i ude­rzył zbli­ża­ją­cego się ochro­nia­rza w klatkę pier­siową. Cios powa­lił go na pod­łogę. Zno­kau­to­wany ochro­niarz z tru­dem łapał oddech.

Męż­czy­zna w czapce ponow­nie skie­ro­wał wzrok na Bena.

- Ukra­dłeś mój kosz­mar, Benie Book­ma­nie. - Jego gniewny, surowy wyraz twa­rzy nagle zła­god­niał, broda zaczęła drżeć. Wycią­gnął rewol­wer spo­mię­dzy fałd roz­cheł­sta­nej odzieży. Klienci zaczęli krzy­czeć. Jed­nak zamiast wyce­lo­wać broń w Bena, męż­czy­zna przy­ło­żył lufę do wła­snej twa­rzy.

- To twoja wina, chło­pie.

I pocią­gnął za spust.

Wcześniej

Drzwi sypialni otwo­rzyły się ze skrzyp­nię­ciem.

Na twar­dej, drew­nia­nej pod­ło­dze sły­chać było cięż­kie kroki. Ben zamknął oczy i uda­wał, że śpi. Cze­kał tylko, aż zgięty kny­kieć dziadka dotknie jego łopatki.

- Obudź się, Ben­ja­mi­nie. Pokażę ci coś.

Jego sio­stra Emily spała po dru­giej stro­nie pokoju, a brat Devon w sypialni na końcu kory­ta­rza. Pole­cono mu, by ich nie budził.

Wysu­nął nogi spod koł­dry. Świa­tło księ­życa rzu­cało na pod­łogę cie­nie. Ben wyobra­żał sobie, że to palce, a nie gałę­zie rosną­cego na zewnątrz dębu.

Dzia­dek Robert cze­kał na niego na dru­gim pół­pię­trze. Otu­lały go kłęby wani­lio­wego dymu z fajki. Blask świecy, którą dzia­dek trzy­mał w pra­wej dłoni, pod­kre­ślał bruzdy na jego policz­kach, biały zarost i nie­bie­skie oczy. Druga ręka spo­czy­wała na balu­stra­dzie zakrzy­wia­ją­cej się w dół - w stronę głęb­szej ciem­no­ści. Gdy dotarli na pierw­sze pół­pię­tro, pło­mień świecy zafa­lo­wał i zgasł. Ciem­ność wywo­łała u Bena dresz­czyk emo­cji, lecz nie trwała długo. Zręcz­nie, jak przy­stało na wytraw­nego magika, dzia­dek Robert zapa­lił świeczkę zapal­niczką Zippo. Ben sły­szał ją i czuł, ale nie widział. Wie­dział tylko, że dzia­dek trzy­mał zapal­niczkę w kie­szeni szla­froka.

Sta­ru­szek uśmiech­nął się do Bena i ruszył dalej, zgar­biony, w kie­runku par­teru, trzy­ma­jąc mosiężny świecz­nik tak sta­bil­nie, jakby był o połowę młod­szym męż­czy­zną. Prze­szli na pal­cach obok zamknię­tych drzwi pokoju, w któ­rym spali rodzice Bena.

Wiatr zaczął napie­rać na dom i Ben usły­szał szepty. Pod­łogi skrzy­piały. Wyobra­żał sobie, że ktoś po nich cho­dzi. Jego dłoń zje­chała po rzeź­bio­nej balu­stra­dzie. Główna klatka scho­dowa wiła się leni­wie po spi­rali w kie­runku holu i nisko wiszą­cego kan­de­la­bru oświe­tla­ją­cego mozaikę na pod­ło­dze. Ben podą­żył za dziad­kiem ciem­nym kory­ta­rzem. Ściany, jak pra­wie wszyst­kie w tym domu, były cał­ko­wi­cie zasło­nięte rega­łami z książ­kami, się­ga­ją­cymi od pod­łogi aż po sufit. Miały dra­binki, które prze­su­wały się po dobrze nasma­ro­wa­nych pro­wad­ni­cach, dając natych­mia­stowy dostęp do ogrom­nego, eklek­tycz­nego zbioru ksią­żek.

Ben zoba­czył świa­tło księ­życa w pokoju na końcu kory­ta­rza.

Sły­szał ptaki.

Uda­wał, że jest cie­niem dziadka, gdy zbli­żali się do tego pokoju.

Pokoju z drze­wem bez liści.

Z książ­kami bez słów.

Rozdział 3

Detek­tyw Mills zasnął w fotelu w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Odchy­lił się do tyłu i chra­pał pośród stosu papie­rów i zdjęć ze sprawy Peter­so­nów roz­rzu­co­nych na stole tak, jakby przez pokój prze­szło tor­nado.

Obu­dził się, gdy komen­dant Givens kop­nął w próg drzwi.

- Mills! Idź do domu i prze­śpij się tro­chę.

Dokład­nie to samo powie­działa mu Blue, zanim opu­ściła komi­sa­riat dwa­dzie­ścia minut temu.

Komen­dant Givens ponow­nie zaj­rzał do pokoju i dodał:

- To jest roz­kaz.

Słowa Blue były z kolei roz­ka­zem córki skie­ro­wa­nym do ojca, by spryt­nie odwró­cić uwagę od pyta­nia, jakie zadał jej tuż przed tym, jak wyszła z sali kon­fe­ren­cyj­nej.

- Będę mógł jakoś nie­długo zoba­czyć wnuki?

Po tych sło­wach naj­pierw zapa­dła cisza, potem Blue gło­śno wypu­ściła powie­trze, a następ­nie odwró­ciła wzrok. Nie powie­działa ani "tak", ani "nie", ani nawet "może". Po pro­stu:

- Idź do domu i prze­śpij się tro­chę.

Zanim Mills zna­lazł się w samo­cho­dzie, zdą­żył ziew­nąć dwa razy. Ośmio­ki­lo­me­trową drogę do domu poko­ny­wał ostroż­nie, czę­sto ener­gicz­nie mru­ga­jąc i otwie­ra­jąc sze­roko oczy. To był jego rytuał. Zapo­cząt­ko­wał go wiele lat temu, aby nie zasnąć za kie­row­nicą. W radiu leciało Sym­pa­thy for the Devil Rol­ling Sto­ne­sów - to byłby odpo­wiedni tytuł dla zdjęć, które zosta­wił w sali kon­fe­ren­cyj­nej. Minęły już dwa tygo­dnie, odkąd zna­leźli w sto­dole rodzinę Peter­so­nów. Porą­baną na kawałki i umiesz­czoną w koko­nach. Dwa tygo­dnie i wciąż żad­nych tro­pów. Peter­so­no­wie zostali zamor­do­wani w swoim domu. Krwawe odci­ski butów roz­miar pięt­na­ście znaj­do­wały się zarówno w kuchni, na kory­ta­rzu oraz scho­dach, jak i we wszyst­kich sypial­niach na pię­trze. Jed­nak naj­bar­dziej widoczne były w jadalni, w któ­rej kokony musiały zostać wcią­gnięte na stół i zaszyte. Następ­nie prze­nie­siono je do sto­doły. Jeden po dru­gim. Funk­cjo­na­riu­sze zna­leźli cztery mar­twe ćmy na stole i pół tuzina żywych, trze­po­czą­cych skrzy­dłami, w zamknię­tej sypialni Peter­so­nów.

Mills w życiu nasłu­chał się już wielu porze­ka­deł o ćmach. O tym, co repre­zen­tują, co ozna­cza ich obec­ność i tak dalej, ale nie­wiele z tych powie­dzo­nek miało pozy­tywny wydźwięk. Trzy­mał więc gębę na kłódkę, gdy komen­dant Givens zapy­tał, co myśli o zna­le­zio­nych ćmach, zarówno tych mar­twych, jak i żywych. Mills burk­nął, że nic nie myśli, zajął się swo­imi spra­wami i sta­rał men­tal­nie zdy­stan­so­wać. Jed­no­cze­śnie szu­kał głęb­szego zna­cze­nia i mimo­wol­nie drą­żył ten temat w gło­wie. Jak zawsze.

Opu­ścił szybę, wpusz­cza­jąc do auta rześ­kie, jesienne powie­trze. Napeł­niw­szy nim płuca, wyczuł zapach palo­nych liści i gril­lo­wa­nego mięsa. Mills usły­szał kie­dyś, jak pewien tury­sta porów­nał Cro­oked Tree do sen­nego, fik­cyj­nego mia­steczka May­berry. Tyle że jeśli cho­dzi o prze­stęp­czość, Cro­oked Tree było bliż­sze Gotham, a Mills uwa­żał się bar­dziej za Bat­mana niż Andy'ego Grif­fi­tha. Do tego nie widział w oto­cze­niu god­nego odpo­wied­nika Bar­neya Fife'a.

Drogi były puste. Więk­szość miesz­kań­ców mia­steczka poszła do księ­garni na spo­tka­nie autor­skie Bena Book­mana. To dla­tego Sam - pozwo­liła mu, by poza godzi­nami pracy nie nazy­wał jej detek­tyw Blue - opu­ściła komi­sa­riat poli­cji w takim pośpie­chu. Z jakie­goś nie­zro­zu­mia­łego dla niego powodu była fanką Bena Book­mana. Oczy­wi­ście przed wyj­ściem nie omiesz­kała zapy­tać go o eme­ry­turę. Ostat­nimi czasy robiła to codzien­nie. Nie prze­pa­dała za tym, że Mills wiecz­nie odpływa gdzieś myślami i snuje się dookoła, kule­jąc.

Po pro­stu nie wyglą­dasz za zdrowo, Mills.

Eme­ry­tura nie wcho­dziła w grę. Wolałby już zgi­nąć na służ­bie. Nikt inny na komi­sa­ria­cie nie miał tak dobrych sta­ty­styk jak on: osiem­dzie­siąt dzie­więć pro­cent roz­wią­za­nych spraw. Cro­oked Tree potrze­bo­wało go teraz tak samo jak kie­dyś. Jak zawsze. Wskaź­nik prze­stęp­czo­ści tego zale­d­wie sze­ścio­ty­sięcz­nego mia­steczka czę­sto prze­wyż­szał sta­ty­styki doty­czące dużych miast, a ten rok był jed­nym z naj­gor­szych. Wła­ma­nia. Prze­moc domowa. Napady agre­sji. Pięć mie­sięcy temu - po tym, jak pra­wie przez pół roku docho­dziło do wła­mań, wyska­ki­wa­nia z szaf i spod łóżek w celu stra­sze­nia dzieci - Mills w końcu zła­pał odpo­wie­dzial­nego za te czyny sza­leńca, któ­rego jedna z gazet ochrzciła Boogey­ma­nem. Naprawdę nazy­wał się Bruce Bagwell i z zawodu był hydrau­li­kiem. Poza stra­sze­niem na śmierć - z twa­rzą poma­lo­waną w brą­zowo-czarne pio­nowe pasy i czer­woną farbą wokół oczu oraz ust - ni­gdy nikogo nie skrzyw­dził. Był cał­kiem nie­szko­dliwy. Jed­nak kiedy sędzia zapy­tał, co pla­nuje robić, gdy go wypusz­czą, odpo­wie­dział, że stra­szyć wię­cej dzieci. I tego samego popo­łu­dnia został wysłany do szpi­tala psy­chia­trycz­nego Azyl Oswalda w celu prze­pro­wa­dze­nia szcze­gó­ło­wej oceny stanu jego zdro­wia psy­chicz­nego. W opi­nii leka­rzy tej pla­cówki Bruce był - jak to ujęła Blue - "pie­przo­nym świ­rem".

Jed­nak sprawa, która ostat­nio naj­bar­dziej leżała Mil­l­sowi na sercu, doty­czyła zagi­nię­cia dziew­czynki. Blair Atchin­son znik­nęła ze swo­jego podwórka nieco ponad trzy tygo­dnie temu. W ciągu ostat­niej dekady (a może tro­chę ponad?) w Cro­oked Tree zagi­nęło kil­koro dzieci. Mię­dzy upro­wa­dze­niem Blair a poprzed­nim takim przy­pad­kiem, sied­mio­let­niego Matta Jacob­sona, minęły pra­wie cztery lata. Po chłopcu słuch zagi­nął. Podob­nie zresztą jak po innych dzie­ciach, które znik­nęły przed nim. Do nie­dawna Mills miał nadzieję - a wręcz zakła­dał - że porwa­nia się skoń­czyły.

Mylił się.

A teraz jesz­cze to.

Hor­ror, który zastał w domu i sto­dole Peter­so­nów, sta­no­wił naj­bar­dziej dzi­waczne miej­sce zbrodni, jakie kie­dy­kol­wiek widział.

Te ręcz­nie szyte kokony.

Mills pod­niósł szybę w samo­cho­dzie. Miał już ser­decz­nie dość powie­trza Cro­oked Tree. Gdy zbli­żał się do domu, mie­szanka rita­linu i adde­rallu, którą połknął przed opusz­cze­niem komi­sa­riatu, obu­dziła w nim czuj­ność.

Żwi­rowy pod­jazd wił się mię­dzy wyso­kimi dębami i sosnami. Mills zatrzy­mał się przed domem w stylu ran­czer­skim, który dzie­lił z Lindą przez trzy­dzie­ści dzie­więć lat mał­żeń­stwa. Nie­długo byłoby czter­dzie­ści, gdyby osiem mie­sięcy temu nie padła twa­rzą na stół kuchenny. Mar­twa.

W trak­cie wybu­chu śmie­chu.

W trak­cie naszej wie­czor­nej gry w Uno.

Mills zamknął samo­chód i wszedł do środka. Powie­sił kurtkę na wie­szaku obok drzwi, a następ­nie zamknął je na łań­cuch i zasuwę. Saman­tha miała rację - potrze­bo­wał odpo­czynku. Jego dzie­się­cio­let­nie zma­ga­nia z nar­ko­lep­sją spra­wiły, że był nie­zmier­nie zmę­czony w ciągu dnia. Zabu­rze­nie roz­wi­nęło się u niego późno. Według leka­rza było kon­se­kwen­cją dekad nie­wła­ści­wej higieny snu. Jed­nak bez­sen­ność nie pozwa­lała Mil­l­sowi zmru­żyć oka przez więk­szość nocy. A od śmierci Lindy było tylko gorzej.

W kuchni pano­wał bała­gan. Od zlewu po płytę kuchenną. Linda nazy­wała go nie­chlu­jem i musiał przy­znać, że w pełni zasłu­gi­wał na to miano. Ćma prze­le­ciała wzdłuż sufitu i usia­dła na uchwy­cie bate­rii kuchen­nej. Mills ścią­gnął packę na muchy z haczyka i zabił noc­nego motyla jed­nym ude­rze­niem. Te cho­ler­stwa potra­fiły teraz wycho­dzić za dnia, dla­tego ćmy zna­le­zione w domu Peter­so­nów nie były zbyt nie­po­ko­ją­cym zja­wi­skiem. Mar­twy owad upadł na pod­łogę zale­d­wie kil­ka­na­ście cen­ty­me­trów od tego, któ­rego Mills zabił i zamie­rzał zmieść zeszłej nocy. Zna­lazł szu­felkę i wyrzu­cił obie mar­twe ćmy do śmieci. Inwa­zja? Zasadzka? Zwał jak zwał, ale choćby wezwał nie­zli­czoną ilość firm zaj­mu­ją­cych się dezyn­sek­cją, ćmy zawsze wra­cały. I to wła­śnie z myślą o nich trzy­mał packę w każ­dym pomiesz­cze­niu domu.

Przy­go­to­wał sobie pizzę pep­pe­roni z mro­żonki. Zjadł ją w salo­nie, z nogami na sto­liku do kawy i puszką coli w ręku. Powi­nien tu odku­rzyć. Na dywa­nie przed tele­wi­zo­rem leżała kolejna mar­twa ćma. Powi­nien też zetrzeć kurze, ale od roz­po­czę­cia śledz­twa w spra­wie Peter­so­nów potrze­bo­wał śmie­chu, a nie sprzą­ta­nia. Dla­tego też - z solami amfe­ta­miny krą­żą­cymi w orga­ni­zmie - zaczął oglą­dać po nocach powtórki Kro­nik Sein­felda.

Wpraw­dzie usnął w pią­tej minu­cie seansu, ale ta drzemka nie trwała długo. Z objęć Mor­fe­usza wyrwała go cola, którą wylał sobie na spodnie. Odpły­nął rap­tem na kilka minut. Tak to już z nim było. Gdy tylko uda­wało mu się zasnąć, nie potrze­bo­wał dużo czasu, by osią­gnąć fazę REM. Dla­tego kiedy czuł, że robi się senny, zawsze sta­rał się nie kłaść. Chyba że był w pełni przy­go­to­wany na to, co może nastą­pić. Na leżąco kosz­mary poja­wiały się czę­ściej i oka­zy­wały się bar­dziej dotkliwe. Jed­nak od wielu dni wła­śnie na to miał ochotę - poło­żyć się.

Zapaść w głę­boki sen.

Odło­żył naczy­nia na stertę obok zlewu i obie­cał sobie, że jutro je pozmywa. Stół kuchenny nazbyt go kusił. Mills nalał sobie dwie por­cje Old Fore­stera z lodem. Usiadł przy kwa­dra­to­wym, drew­nia­nym stole, na któ­rym leżały karty Uno. Nie wło­żył ich do pudełka od tam­tego wie­czoru. Obok kart stała bute­leczka. Zdjął z niej nakrętkę i wytrzą­snął na dłoń cztery tabletki nasenne.

Odło­żył jedną z powro­tem i zakrę­cił bute­leczkę. Trzy wystar­czą.

Roz­luź­nił się po dwóch i pół - dawce, którą brał okre­sowo od mie­sięcy. Roz­gryzł tabletki, żeby szyb­ciej prze­do­stały się do krwio­biegu. Skrzy­wił się, bo były gorz­kie, i popił je wodą z kranu.

Na stole wciąż cze­kał na niego bur­bon. Pozo­sta­nie nie­tknięty, dopóki nie wyleje go rano. Pota­so­wał i roz­dał karty dla sie­bie i Lindy. Roze­grał par­tię na dwa fronty. Prze­grał. Pota­so­wał i roz­dał ponow­nie. Po dwu­dzie­stu minu­tach i trzech par­tyj­kach Uno powieki zaczęły mu cią­żyć i na pierw­szy plan znów wysu­nęła się praca.

Nie­roz­wią­zana sprawa zabój­stwa Peter­so­nów.

Prze­ra­ża­jące szcze­góły zbrodni, które, o dziwo, udało mu się zacho­wać w tajem­nicy przed mediami. Nawet pomimo licz­nych prób dotar­cia do prawdy poczy­nio­nych przez tę ładną pre­zen­terkę wia­do­mo­ści Amandę Book­man. Nawet pomimo jej zaawan­so­wa­nej ciąży. Oba kanały infor­ma­cyjne Cro­oked Tree rela­cjo­no­wały masa­krę rodziny Peter­so­nów przez wiele dni. Podob­nie zresztą jak wszyst­kie kra­jowe gada­jące głowy. Jed­nak w końcu zain­te­re­so­wa­nie mediów znacz­nie osła­bło. Zwłasz­cza gdy dzien­ni­ka­rze zdali sobie sprawę, że poli­cja nie zamie­rza podać żad­nych szcze­gó­łów odno­śnie do tego, co tak naprawdę zastała w sto­dole.

Za zamknię­tymi drzwiami - ze względu na zna­le­zi­sko pod cia­łami w koko­nach - nazy­wano tę sprawę "Stra­chem na Wró­ble". Do publicz­nej wia­do­mo­ści podano jedy­nie, że Peter­so­no­wie zostali zamor­do­wani, zna­le­zieni w sto­dole i z całej rodziny prze­żyła tylko jedna osoba - córka. Dzie­się­cio­let­nia Amy. Nie miała nawet naj­mniej­szego dra­śnię­cia. Na­dal prze­by­wała w szpi­talu, docho­dząc do sie­bie po prze­by­tym szoku. I wciąż nie powie­działa ani słowa. Od momentu, kiedy została wycią­gnięta z ręcz­nie pozszy­wa­nych łusek kuku­ry­dzy niczym spra­gniony świe­żego powie­trza prze­ra­żony nowo­ro­dek, detek­tyw Blue odwie­dzała ją każ­dego ranka. Jak oce­nili bie­gli - i na pod­sta­wie stanu, w jakim znaj­do­wały się cztery poćwiar­to­wane ciała - Amy wisiała tam przez kilka dni: mini­mum dwa, mak­si­mum cztery. Została zaszyta z jabł­kiem, dwoma bana­nami i butelką wody, którą sobie racjo­no­wała. Gdy roz­cięto kokon, zostały jej góra dwa łyki. W prze­ci­wień­stwie do reszty rodziny zwią­zano ją kocem, by nie mogła się uwol­nić.

Mor­derca chciał, by dziew­czynka została zna­le­ziona żywa i opo­wie­działa, co się stało.

By siać strach.

Tabletki nasenne zmie­szały się już z reszt­kami soli amfe­ta­miny.

Tele­fon zaczął bzy­czeć, ale Mills był zbyt zmę­czony, by ode­brać. Miał strasz­nie ciężką głowę. Czuł się tak, jakby przez mózg prze­szedł mu hura­gan. Pod­niósł karty Uno i roze­grał kolejną par­tię. Linda znów wygrała.

- Ale nie powie­dzia­łaś "uno" - zauwa­żył na głos, chi­cho­cząc. Wiro­wało mu w gło­wie. Nagle prze­stał się śmiać, zda­jąc sobie sprawę ze stanu, w jakim się znaj­duje. Czuł się godny poli­to­wa­nia. Żało­sny. Posta­wił w notat­niku pta­szek w kolum­nie Lindy. Miała już prze­wagę dwu­na­stu wygra­nych. Nagle Mills poczuł, że na usta cisną mu się słowa:

- Jep­son Heap.

Tyle że nie znał żad­nego Jep­sona Heapa.

Stra­chy na wró­ble mają stra­szyć. Taka ich rola, Blue.

Wstał od stołu.

- Dobra­noc, Lindo.

Wycho­dząc z kuchni, nie­chcący prze­wró­cił krze­sło. By dojść do sypialni, musiał opie­rać się o ściany kory­ta­rza. Z tru­dem pora­dził sobie z klamką drzwi, które następ­nie zamknął kop­nia­kiem, i zwa­lił się na łóżko. Część tego, co zwi­sało z sufitu, otarła się o jego głowę, gdy pró­bo­wał wgra­mo­lić się pod koł­drę. Łóżko było nie­po­ście­lone. Istny bar­łóg. Prze­wró­cił się na plecy, po czym wbił wzrok w sufit. Powieki miał coraz cięż­sze.

Według jego ostat­nich obli­czeń miał już dzie­więć­dzie­siąt cztery łapa­cze snów. Więk­szość z nich wisiała pod sufi­tem, przy­twier­dzona gwoź­dziami lub pinez­kami. Spły­wały z niego jak kro­ple wody, koły­sząc się niczym wyci­szone dzwonki wietrzne. Nie­które łapa­cze były skó­rzane, inne pla­sti­kowe lub drew­niane. Wszyst­kie z sie­cią potrzebną do zła­pa­nia tego, co miało nadejść. Mills przy­bi­jał łapa­cze snów do ścian i okien. Parę wisiało na ram­kach opra­wio­nych obra­zów, klo­szach lamp, a nawet na komo­dzie - po jed­nym na każ­dej z pię­ciu szu­flad.

Trzy łapa­cze snów na zagłówku i tyle samo u jego stóp.

Mills ener­gicz­nie zamru­gał kilka razy.

Po dru­giej stro­nie pokoju, na para­pe­cie, wylą­do­wała ćma.

Jeden łapacz snów pod łóż­kiem.

Kolejne dzie­sięć w łazience.

- Mamo...

- Tak, Winny?

- Dla­czego to się nazywa łapacz snów, skoro ma łapać kosz­mary?

- Nie wiem, skar­bie. To tylko nazwa.

- A co, jeśli nie zadziała?

- Zadziała, Winny. A teraz zamknij oczy i śpij.

Potem Mills prze­niósł się myślami do innego miej­sca i czasu. Młody psy­chia­tra o pło­wych wło­sach sie­dział koło niego na drew­nia­nym krze­śle z twar­dym opar­ciem i pokle­py­wał go po gło­wie.

- Zamknij oczy i zre­lak­suj się - powie­dział do niego.

Tak też Mills zro­bił.

- Miłych snów, Win­che­ste­rze. Miłych snów.

Rozdział 4

Ben sie­dział zgar­biony w fotelu biu­ro­wym, wpa­tru­jąc się w twarde deski mię­dzy swo­imi bosymi sto­pami. Włosy miał wciąż mokre po prysz­nicu, który wziął kilka minut wcze­śniej na prośbę Amandy. Przy­po­mi­nała mu o tym od ich powrotu z księ­garni. Dał się ubła­gać dopiero, gdy prze­cho­dząca obok niego Bri zapy­tała nie­win­nie, co ma we wło­sach. Kiedy padł strzał, była pochło­nięta sto­sem ksią­żek dla wcze­snych nasto­lat­ków. Dzięki Bogu. Poma­cał się po gło­wie drżą­cymi rękoma i wśród sztyw­nych od zaschnię­tej krwi wło­sów wyczuł drobne kawałki kości czaszki samo­bójcy. Wtedy posta­no­wił wziąć prysz­nic. Stał pod gorą­cym stru­mie­niem tak długo, aż jego serce prze­stało walić jak mło­tem.

- Gdzie Bri? Chcę się z nią zoba­czyć, zanim pojadą.

Amanda oparła się o regał z książ­kami.

- Już poje­chali, Ben.

- Dla­czego nie pocze­kali, aż wezmę prysz­nic?

- Mama i tata bar­dzo się spie­szyli. Też mają nie­złego stra­cha. Na zewnątrz są repor­te­rzy.

- Prze­cież ich wszyst­kich znasz. Może im powiedz, żeby się odpier­do­lili?

- Ben, to dla nich łakomy kąsek. W końcu facet odstrze­lił sobie łeb na środku księ­garni.

Ben oparł łok­cie na kola­nach. Amanda prze­wi­jała aktu­al­no­ści na swoim iPho­nie, a on prze­glą­dał półki z książ­kami. Tłu­ma­cze­nia na ponad czter­dzie­ści języ­ków. Książki w twar­dej opra­wie. W mięk­kiej. Audio­bo­oki. Wer­sje fil­mowe. Trzy lata temu Pod rzą­dami lata było praw­dzi­wym hitem. Ekra­ni­za­cja Pulsu będzie mieć pre­mierę na wio­snę. Krą­żyły już plotki o fil­mo­wej wer­sji Stra­cha na Wró­ble. Chciał tego. Przy­domka Gość z Kosz­maru, sławy... Chciał tego wszyst­kiego. Pra­gnął tego, odkąd dzia­dek Robert wziął go za rękę jako małego chłopca i opro­wa­dził po wszyst­kich poko­jach w Blac­kwood. Zapo­znał z tysią­cami ksią­żek w swo­jej kolek­cji. "Wszyst­kie do two­jej dys­po­zy­cji, Ben­ja­mi­nie".

- Widzia­łeś ją? W księ­garni?

- Kogo?

- Jen­ni­fer. Była tam przez chwilę. Miała na sobie czapkę Yan­kees. Jakby chciała wto­pić się w tłum.

Na dźwięk imie­nia sta­żystki, która póź­niej została nia­nią ich dziecka, serce pod­sko­czyło mu do gar­dła. Ale nie, nie widział jej. Jen­ni­fer Jack­son, obec­nie stu­dentka ostat­niego roku angli­styki, nagle i bez wyja­śnie­nia zre­zy­gno­wała z pracy tydzień po powro­cie Bena z Blac­kwood. Tydzień po week­en­dzie, który pamię­tał jak przez mgłę. Amanda obwi­niała go o odej­ście niani. Jen­ni­fer była dla niej jak młod­sza sio­stra. Opu­ściła ich dom tak rap­tow­nie, że zosta­wiła część swo­ich ksią­żek i ubrań w pokoju gościn­nym na pię­trze. Na­dal tam leżały.

- Nie wygląda dobrze.

- Nie zauwa­ży­łem jej.

- Wiem, że do niej dzwo­nisz.

Ugryzł się w język, by nie powie­dzieć tego, co cisnęło mu się na usta.

Jesteś cho­ler­nie pokrę­cony, Ben.

- Może i tak - wymam­ro­tał.

- Co może i tak?

- Nic.

Kilka tygo­dni temu, po tym, jak Bri poszła się bawić, Amanda wyrwała mu z rąk egzem­plarz autor­ski Stra­cha na Wró­ble. Miała w zwy­czaju czy­tać tylko pierw­szy roz­dział każ­dej z jego ksią­żek, aby upew­nić się, że ma to "coś" i jest wcią­ga­jąca. Do porząd­nej lek­tury powie­ści Bena wzięła się tylko raz - w przy­padku jego debiutu. Dzień przed tym, jak się poznali. Miała prze­pro­wa­dzić z nim wywiad w pro­gra­mie śnia­da­nio­wym swo­jej sta­cji i musiała się przy­go­to­wać. To było wiele mie­sięcy przed tym, jak oboje zdo­byli roz­głos.

- Więc... jaki jest twój naj­więk­szy pisar­ski cel? - zapy­tała go wtedy.

- Stra­szyć ludzi - odpo­wie­dział, pochy­la­jąc się w stronę kamery. - Chcę, żeby mieli przeze mnie kosz­mary - wypo­wia­da­jąc te słowa, uśmiech­nął się, ale mówił śmier­tel­nie poważ­nie.

Zachi­cho­tała, a on momen­tal­nie zako­chał się w tym śmie­chu.

Nazwała go przed kame­rami Gościem z Kosz­maru i dwa dni póź­niej poszli na pierw­szą randkę. Przy­znała wtedy, że ze względu na krwawe oraz odra­ża­jące sceny prze­brnęła jedy­nie przez połowę jego powie­ści i zgo­dziła się na kola­cję tylko dla­tego, że po pro­stu "musi się dowie­dzieć".

- Czego musisz się dowie­dzieć? - zapy­tał, pochy­la­jąc się nad sto­łem z dro­gim sushi. Był nią rów­nie zain­try­go­wany jak ona nim i miał nadzieję, że znów zachi­cho­cze, ponie­waż za pierw­szym razem z zachwytu pra­wie sta­nęło mu serce.

- Co cię nakręca - powie­działa, przy­gry­za­jąc dolną wargę i wpa­tru­jąc się w niego szma­rag­do­wo­zie­lo­nymi oczami.

Kiedy zoba­czył egzem­plarz autor­ski Stra­cha na Wró­ble oparty na deli­kat­nym wybrzu­sze­niu, które wkrótce miało stać się ich dru­gim dziec­kiem, z bólem przy­po­mniał sobie tę pierw­szą randkę. Jej nie­win­ność. Zadał wtedy Aman­dzie pro­ste pyta­nie:

- Dla­czego aku­rat ta książka? Czemu chcesz ją prze­czy­tać?

- Żeby dowie­dzieć się, co cię nakręca.

- To powieść, a nie bio­gra­fia, Amando.

Prze­czy­tała Stra­cha na Wró­ble w dwa dni. Po skoń­cze­niu lek­tury od razu odło­żyła książkę na naj­bliż­szy sto­lik i z kamienną twa­rzą wle­piła wzrok w komi­nek.

Ben stał wtedy w drzwiach. Cze­kał. W końcu nie był już w sta­nie.

- No i jak?

- Dobra książka.

- Tylko tyle?

- Cho­ler­nie dobra.

Jed­nak zaraz potem, nie pod­no­sząc na niego wzroku, dodała:

- Jesteś cho­ler­nie pokrę­cony, Ben.

To zabo­lało. Wciąż bolało. To wszystko przez Blac­kwood. Przez te wszyst­kie waka­cje, które spę­dzał tam ze star­szą sio­strą Emily i młod­szym bra­tem Devo­nem.

Cho­ler­nie pokrę­cony. Tak samo jak tatuś. Nie­da­leko pada jabłko od jabłoni.

- Amando? - Ben cze­kał, aż na niego spoj­rzy. - Amando...

Wysłała ese­mesa i pod­nio­sła wzrok:

- Co?

Bił się z myślami.

Powiedz jej, że ją kochasz. Że nie jesteś cho­ler­nie pokrę­cony.

- Cza­sami nie jest mi łatwo roz­ma­wiać - stwier­dził.

- Cza­sami? Cały czas gdzieś odpły­wasz, Ben. Robisz to zawo­dowo.

- Jestem pisa­rzem, Amando. Dużo czasu spę­dzam w swo­jej gło­wie.

- Chcia­ła­bym wie­dzieć, co w niej sie­dzi. Cho­ciaż chyba powoli zaczy­nam łapać. Coś w stylu Jacka Tor­rance'a?z Lśnie­nia.

Po tych sło­wach mil­czeli oboje, każde pogrą­żone w myślach. Potem Amanda wró­ciła do tele­fonu.

- Z kim piszesz? - zapy­tał Ben.

Spoj­rzała w górę.

- Z nikim. Ze wszyst­kimi. Chyba zda­jesz sobie sprawę, że gdy­bym nie była twoją żoną, sta­ła­bym tam, na zewnątrz, z całą resztą, prawda? Tak więc wybacz mi ten młyn. Mój tele­fon się prze­grzewa. Nie zdziw się, jeśli zaraz wybuch­nie. - Już miała wyjść z jego gabi­netu, ale nagle zatrzy­mała się przy drzwiach. - Sie­dzisz tu całymi dniami i gapisz się w ekran. Nie robisz abso­lut­nie nic. Ale coś tam się kłębi... gotuje pod kopułą. Jen­ni­fer to widziała. Bała się cie­bie, Ben. Wtedy, kiedy ode­szła. Nie wiem, co się stało...

- Amando... Mówi­łem ci prze­cież...

- Wszy­scy - Amanda powie­działa to pod­nie­sio­nym gło­sem, ale zaraz nieco się uspo­ko­iła - się cie­bie boimy. Od śmierci dziadka Roberta nie jesteś sobą.

Ponow­nie ruszyła w stronę drzwi.

- To, co piszę... to tylko słowa. Papier przyj­mie wszystko.

Zaśmiała się cicho i oznaj­miła:

- Znowu luna­ty­ku­jesz. Kiedy nie piszesz, jest gorzej.

- Czy ja...?

- Nie - odpo­wie­działa szybko. - Nic z tych rze­czy. Nawet mnie nie tkną­łeś. Sta­łeś na podwórku i gapi­łeś się na las. Woła­łeś Devona.

Prze­cze­sał włosy, po czym pozwo­lił im swo­bod­nie opaść.

- Rany, Amando... prze­pra­szam.

- Nie odzo­ba­czę tego, co widzia­łam w tam­ten week­end, Ben.

Krew na jego koszuli. Ubra­nie prze­siąk­nięte dymem papie­ro­so­wym. Dla­czego był tam jej samo­chód? Przez trzy dni Ben był nie­do­stępny. Zręcz­nie uni­kał jej pytań.

Amanda dokoń­czyła myśl.

- I nie odzo­ba­czę tego, co widzia­łam dziś wie­czo­rem. Kim był ten męż­czy­zna, Ben?

- Mówi­łem ci. Ni­gdy wcze­śniej go nie widzia­łem. I to samo powie­dzia­łem detek­tyw Blue.

Spoj­rzała na swo­jego iPhone'a, prze­wi­nęła coś kciu­kiem, wysłała szyb­kiego ese­mesa, a następ­nie prze­czy­tała na głos:

- "W jego cię­ża­rówce zna­leźli port­fel i dowód oso­bi­sty. Nazy­wał się Jep­son Heap. Miał sześć­dzie­siąt pięć lat. Był rol­ni­kiem. Upra­wiał psze­nicę. Miał trzech synów, sze­ścioro wnu­cząt i czter­dzie­sto­dwu­let­nią żonę Trudy". Tylko o co mu cho­dziło? Co miał na myśli z tym: "Ukra­dłeś mój kosz­mar"?

- To był jakiś szur­nięty fan, Amando. Czy­ta­łaś Misery? Pamię­tasz, oglą­da­li­śmy to razem? Z Kathy Bates. "Jestem twoją naj­więk­szą fanką".

- On nie był fanem, Ben. Dla niego twoja książka to nie "tylko słowa". Boże, jak ja nie­na­wi­dzę tego miej­sca.

- Któ­rego miej­sca?

- Blac­kwood - powie­działa jakby z wyrzu­tem, że zadaje takie głu­pie pyta­nie. - Zga­dzam się z twoją sio­strą. Pro­po­nuję spa­lić cały ten dom.

- To nie Blac­kwood odstrze­liło temu czło­wie­kowi głowę.

Unio­sła brwi, jakby chciała powie­dzieć: "Jesteś pewien?". Ping. Dostała ese­mesa. I jesz­cze jed­nego. A potem trzy kolejne. Jed­nego po dru­gim.

- Kto to? - zapy­tał Ben. - Co się stało? Cho­dzi o Bri?

Wtedy tele­fon Amandy zadzwo­nił. Ode­brała.

- Tak. Co? Kiedy?

Ben poszedł za nią kory­ta­rzem do kuchni, gdzie cho­dziła w tę i z powro­tem. Jakby nie wie­działa, co ze sobą zro­bić.

- Amando? Czy coś się stało Bri?

Był wystar­cza­jąco bli­sko, by usły­szeć głos Richarda Ben­ning­tona.

Amanda odsu­nęła się od Bena. Zaci­snęła mocno zęby i włą­czyła mały tele­wi­zor wiszący na ścia­nie za kąci­kiem jadal­nym.

Na ekra­nie poja­wił się Fiut Ben­ning­ton z naj­now­szymi wia­do­mo­ściami i ostrze­że­niem przed dra­stycz­nymi opi­sami, jakie miały się za chwilę poja­wić w mate­riale. To musiała być powtórka trans­mi­sji na żywo sprzed kilku chwil. Amanda rzu­ciła pilota na wyspę i wyszła z kuchni, żeby sam zoba­czył, o co cho­dzi. Dała wyraź­nie do zro­zu­mie­nia, że nie chce dłu­żej prze­by­wać z nim w jed­nym pomiesz­cze­niu. Na ekra­nie tele­wi­zora Ben zoba­czył dom na far­mie oto­czony werandą. W tle znaj­do­wało się pole kuku­ry­dzy. Potem poka­zane zostały zdję­cia mło­dej pary - na oko po trzy­dzie­stce. Uśmiech­nięci Billy i Alli­son Rey­nold­so­wie. Kilka godzin temu zna­le­zieni mar­twi na swo­jej prze­szklo­nej weran­dzie.

- Nie - pod­szedł do tele­wi­zora z sze­roko otwar­tymi oczami i ser­cem pró­bu­ją­cym wysko­czyć z piersi. - Nie.

- Ręcz­nie szyte kokony z suszo­nych łusek kuku­ry­dzy - powie­dział Fiut Ben­ning­ton w wia­do­mo­ściach - były wystar­cza­jąco mocne, by utrzy­mać cię­żar dwóch doro­słych osób. Kobieta w...

- ...szó­stym mie­siącu ciąży - powtó­rzył za dzien­ni­ka­rzem Ben. - Nie!

Zro­biło mu się nie­do­brze. Ledwo zdą­żył dobiec do zlewu przed zwró­ce­niem tre­ści żołądka. Następ­nie puścił wodę i jed­no­cze­śnie uru­cho­mił mły­nek do odpad­ków. Na ekra­nie Fiut Ben­ning­ton wła­śnie miał ujaw­nić kolejne maka­bryczne szcze­góły, lecz w tym momen­cie został uci­szony przez poli­cję Cro­oked Tree.

Jed­nak Ben już je znał.

Amanda ponow­nie weszła do kuchni, z oczami czer­wo­nymi od pła­czu. Trzy­mała się na odle­głość wyspy kuchen­nej. Stała na progu, gotowa w każ­dej chwili się wyco­fać, gdyby zaszła taka potrzeba.

Zaczął iść w jej stronę. Wycią­gnęła przed sie­bie rękę, by nie pod­cho­dził bli­żej.

- Co powie­dział? Amando? Co zna­leźli w tym domu?

- Chyba dobrze wiesz, prawda?

- Niby skąd?

- Ponie­waż to wszystko jest jak żyw­cem wyjęte z two­jej pie­przo­nej książki, Ben. Każdy szcze­gół. A to ozna­cza, że mor­der­stwo Peter­so­nów... O Boże, Ben.

Zro­biła się biała jak kreda. Jakby też miała zaraz zwy­mio­to­wać. Potra­fił roz­po­znać u niej ten stan. W końcu dwa pierw­sze mie­siące tej ciąży spę­dziła w łazience.

- Peter­so­no­wie... - wymam­ro­tała. - To dla­tego poli­cja nabrała wody w usta.

Spoj­rzała pro­sto na niego. Na wskroś.

- Na­dal uwa­żasz, że "to tylko słowa"?

- Po pro­stu ktoś prze­czy­tał moją książkę, Amando. Jakiś jebany zwy­rod­nia­lec reali­zuje chore...

- Ben.

- Co, Amando... - odpo­wie­dział nie­mal bła­gal­nie. - No co?

- Pre­miera two­jej książki była w zeszłym tygo­dniu. Peter­so­no­wie zostali zabici pra­wie trzy tygo­dnie temu.

Wcześniej

Powi­nien był zmie­nić koszulę.

Linda syk­nęła mu do ucha, by to zro­bił, gdy tylko wszedł do kuchni.

- Zmień koszulę, Win­che­ste­rze. Masz krew na koł­nie­rzyku.

Uży­wała jego peł­nego imie­nia tylko wtedy, gdy robiło się poważ­nie. Ruszył w stronę sypialni. Naprawdę miał zamiar zmie­nić koszulę, ale po dro­dze mimo­cho­dem zoba­czył ośmio­let­nią Saman­thę. Jak zwy­kle sie­działa przy stole w jadalni i z nie­cier­pli­wo­ścią cze­kała na jego powrót z pracy. Od razu zapo­mniał o całym świe­cie. A na pewno o swoim dniu, po któ­rym szybki detoks był zde­cy­do­wa­nie waż­niej­szy niż zmiana cho­ler­nej koszuli.

Z szafy w sypialni wyjął butelkę Old Fore­stera. Stała na półce, zbyt wysoko, by Linda mogła jej dosię­gnąć. I tak roz­po­czął swój wie­czorny detoks - od dwóch dużych łyków. Otarł usta ręka­wem koszuli - na man­kie­cie też była plamka krwi - a następ­nie opu­ścił szelki, pozwa­la­jąc im zwi­sać na boki jak para mar­twych węży. Zdjął kaburę z ramie­nia i poło­żył ją na łóżku. Z kolei pisto­let, który miał u pasa, odło­żył na komodę.

W dro­dze do kuchni wszedł jesz­cze na chwilę do łazienki. Zamknął drzwi, ochla­pał twarz wodą. Potem spu­ścił wodę w kiblu, by zama­sko­wać odgłos płu­ka­nia ust pły­nem. W ten spo­sób wszel­kie ślady bur­bona tra­fiły do umy­walki.

Kiedy usiadł przy stole, Linda od razu wbiła w niego wzrok. Z gniew­nym brzdę­kiem posta­wiła przed nim talerz z pie­cze­nią i tłu­czo­nymi ziem­nia­kami.

Zapo­mniał zmie­nić koszulę.

Prawda była taka, że jesz­cze nie miał ochoty jej zdej­mo­wać. Zmieni ją po prysz­nicu. Jesz­cze zanim wycią­gnie jedną z mał­pek przy­kle­jo­nych na spo­dzie półki w szafce na ręcz­niki w łazience.

Linda jadła szybko, nie pod­no­sząc wzroku i nie odzy­wa­jąc się ani sło­wem.

Usta­liła tylko jedną zasadę odno­śnie do jego pracy - miał nie przy­no­sić jej do domu.

Umyła swój talerz i krzą­tała się przy zle­wie, pod­czas gdy on i Saman­tha jedli. Choć nic nie mówiła, sły­szał w gło­wie głos żony. Słowa, które wypo­wie­działa już nie raz i nie dwa: "Mar­twi się o cie­bie, Winny. Mar­twi się, że umrzesz".

A potem Sam zwró­ciła mu uwagę:

- Masz coś na koszuli, tatu­siu.

Zer­k­nął na man­kiet i przez krótką chwilę pró­bo­wał dostrzec plamy na koł­nie­rzyku, a potem, jak gdyby ni­gdy nic, wło­żył do ust wide­lec z ziem­nia­kiem i kawał­kiem pie­czeni.

- Czy to krew?

- Tak, to krew.

Linda wytarła ręce w ręcz­nik i wyszła z kuchni. Mills naj­pierw podą­żył za nią wzro­kiem, a potem powie­dział do córki:

- Ale to nie moja krew. Jedz, zanim wysty­gnie.

Wró­ciła do jedze­nia, ale wciąż go obser­wo­wała.

- Prze­stań się gapić, Sam.

Jedli w mil­cze­niu przez jakąś minutę, zanim zapy­tała:

- Czyja to krew?

- To bez zna­cze­nia. Już jest za krat­kami.

- W ludz­kiej klatce?

- Tak, w ludz­kiej klatce. - Odło­żył wide­lec i patrzył z dru­giego końca stołu na jedzącą córkę. - Sam, czy opo­wia­da­łem ci już kie­dyś o Moj­rach?

Potrzą­snęła głową.

- W mito­lo­gii grec­kiej znane są jako trzy bogi­nie tka­jące ludzki los.

- Szyją? Tak jak mama?

- Tak, ale zamiast koł­der tkają nić żywota. - Pod­niósł rękę, by powstrzy­mać ją przed pyta­niem, co to jest "nić żywota". - I wiesz co, Sam? Mają jasno okre­ślone zada­nia. Kloto...

- Kloto to dziwne imię.

- Może i tak, ale ona przę­dzie nić.

- Jaką nić?

- Nić życia. Kloto przę­dzie nić. Lache­sis ją mie­rzy. A na końcu, gdy nasz czas na ziemi dobie­gnie końca, Atro­pos ją prze­cina. Rozu­miesz, do czego zmie­rzam?

- Chyba tak...

- Nie­dawno roz­ma­wia­łem z Lache­sis.

- Naprawdę?

- Tak.

- Jak wygląda?

- Jest piękna. Jak ty i twoja mama. - Te słowa spra­wiły, że córka zapre­zen­to­wała swój szczer­baty uśmiech. Nie­dawno wypa­dły jej trzy przed­nie zęby. - I wiesz, co powie­działa mi Lache­sis? "Win­che­ste­rze, two­jej nici jesz­cze bar­dzo daleko do prze­cię­cia". A wiesz, skąd wiem, że to prawda?

- Skąd?

- Bo jesz­cze nie zła­pa­łem wszyst­kich ban­dzio­rów.

Rozdział 5

Mills poczuł zapach ziemi i wil­got­nej trawy.

Łopata chrzę­ściła pod świe­żym grun­tem, a zaraz potem na Win­che­stera spadł deszcz drob­nych kamy­ków i kępek trawy. Otwo­rzył oczy, by spoj­rzeć na kur­czące się błę­kitne niebo i ciemną syl­wetkę. Miał zie­mię na udach. Na klatce pier­sio­wej. Został pogrze­bany żyw­cem. Mie­wał już ten kosz­mar. Zie­mia ude­rzyła go w twarz. Wle­ciała mu do ust. Nie był w sta­nie jej wypluć. Nie mógł mru­gać. Odwró­cić wzroku od wpa­da­ją­cych mu do oczu zia­ren. W ogóle nie mógł się ruszyć. Napie­ra­jący na niego cię­żar powo­do­wał ucisk i utrud­niał oddy­cha­nie. Jed­nak kolejne war­stwy ziemi zda­wały się tono­wać siłę tego obcią­że­nia.

Wkrótce będzie po wszyst­kim.

- Mills.

Nie mogę oddy­chać.

Niebo - skra­wek błę­kitu oto­czony czer­nią.

Coś leży mi na piersi.

- Mills. Obudź się. - Nagle coś poru­szyło się w ziemi, chwy­ciło go za ramię i mocno nim potrzą­snęło. Teraz pano­wała cał­ko­wita ciem­ność. - Obudź się!

Choćby zawie­sił nie­zli­czoną ilość łapa­czy snów, to wciąż się działo. Wyima­gi­no­wany cię­żar na jego klatce pier­sio­wej wią­zał się z typo­wym para­li­żem, który dopa­dał go kilka minut po zaśnię­ciu. Leka­rze nazy­wali to pora­że­niem przy­sen­nym. Zakłó­ce­nie fazy z szyb­kimi ruchami gałek ocznych. Kiedy znaj­do­wał się w tym sta­nie, był świa­domy. Mógł nawet otwo­rzyć oczy. Jed­nak nie był w sta­nie poru­szać koń­czy­nami, głową ani tuło­wiem. Cza­sami nie mógł też mru­gać. Pod­czas pierw­szych kilku epi­zo­dów, jesz­cze gdy był dziec­kiem, myślał, że umiera. Myślał, że naci­ska­jący na jego pierś czło­wiek-cień jest praw­dziwy. W rze­czy­wi­sto­ści sta­no­wił jedy­nie pozo­sta­łość kosz­maru. Ciało Mil­lsa spało, ale umysł był obu­dzony. A może na odwrót?

Nacisk na klatkę pier­siową zelżał. Oddech powoli się nor­mo­wał.

- Linda?

- Nie, Saman­tha.

Prze­krę­cił głowę w stronę córki. Wciąż był nieco sko­ło­wany, jed­nak nie miał żad­nych pro­ble­mów z roz­po­zna­niem zna­jo­mych rysów Sam. Jej mięk­kich wło­sów pia­sko­wego koloru i ład­nych nie­bie­skich oczu.

Na zewnątrz było ciemno. Wyglą­dało na to, że nie prze­spał nawet całej nocy. Skie­ro­wał wzrok na zegar ścienny. Odpły­nął tylko na trzy godziny. Był led­wie wie­czór.

Spoj­rzał w dół.

Jak to się stało, że leżę na pod­ło­dze? I to w salo­nie?

- Gdzie moje ubra­nia?

- Ile pro­chów bie­rzesz?

- A co cię to obcho­dzi?

- Nie jestem gotowa na pogrzeb. To spory wyda­tek.

Oparł się na łok­ciach. Skórę na obwi­słych mię­śniach klatki pier­sio­wej pokry­wały gęste, srebrne włosy, a brzuch zdo­biła oponka.

- Nic mi nie jest. Prze­pra­szam, że... musisz oglą­dać mnie w takim sta­nie.

Odwró­ciła wzrok.

- Pró­bo­wa­łam się z tobą skon­tak­to­wać. Wiele razy. Godzi­nami. Nie oglą­da­łeś wia­do­mo­ści?

- Czy opo­wia­da­łem ci już kie­dyś, jak pozna­łem twoją mamę?

- Co? Nie, ale... - wes­tchnęła. - OK, niech ci będzie. Jak się pozna­li­ście?

- To było w pierw­szej kla­sie liceum. Musiała zostać za karę po lek­cjach, bo na jed­nej zasnęła. Pod­ko­chi­wa­łem się w niej. W tej uro­czej, rudo­wło­sej dziew­czy­nie. Była popu­larna, a ja dziwny. Nie wie­dzia­łem, jak do niej zaga­dać. Dla­tego na kolej­nej lek­cji uda­łem, że zasną­łem, żeby też tra­fić do kozy.

Saman­tha wyglą­dała, jakby pró­bo­wała stłu­mić śmiech.

- No i?

- No i pani Needers kazała mi zostać po lek­cjach. Ja i twoja mama zaczę­li­śmy poda­wać sobie kar­teczki. Dowie­dzia­łem się, dla­czego była taka zmę­czona. Miała kosz­mary. A wła­ści­wie jeden powra­ca­jący kosz­mar. Powie­dzia­łem, że prze­pę­dził­bym go, gdy­bym tylko mógł, a ona odpo­wie­działa: "Byłoby miło".

Saman­tha uśmiech­nęła się.

- A resztę tej histo­rii już wszy­scy dobrze znamy.

Przy­tak­nął i rozej­rzał się po pokoju.

- To kiedy będę mógł zoba­czyć wnuki?

- To nie jest odpo­wiedni moment na taką roz­mowę.

Nie widział ich od mie­siąca. David miał pięć lat, a Joseph cztery. Mie­siąc temu Mills zła­pał star­szego wnuka za nad­gar­stek, gdy ten wycią­gnął rękę w stronę gorą­cego pal­nika kuchenki. Zła­pał go za mocno i chło­piec uciekł z pła­czem. Chyba nawet więk­szym, niż gdyby się popa­rzył. Następ­nego ranka David miał siniaka wokół nad­garstka. Mills zadzwo­nił, by spy­tać, jak tam maluch i czy mógłby odwie­dzić wnuki jesz­cze w tym samym tygo­dniu. Jed­nak Saman­tha odpo­wie­działa, że to chyba nie naj­lep­szy pomysł. Stwier­dziła, że mogą potrze­bo­wać wię­cej czasu.

- Wię­cej czasu? - odpo­wie­dział wtedy. - Dzie­ciak o mało co się nie popa­rzył, Sam.

- Prze­stra­szy­łeś go. Obu ich stra­szysz. Tam samo jak...

Tak samo jak co? Roz­łą­czyła się. "Obu ich stra­szysz". Spo­sób, w jaki to powie­działa... Sam fakt, że za dru­gim razem użyła słowa "stra­szysz", a nie "prze­stra­szy­łeś"...

Saman­tha spro­wa­dziła go z powro­tem na zie­mię pstryk­nię­ciem pal­ców.

- Do jasnej cho­lery! - usiadł. - Mogli­by­ście prze­stać pstry­kać mi pal­cami przed nosem? Wszy­scy to robi­cie.

- Mamy kolejne zabój­stwa. Dwa. I pół.

Wie­dział, co ozna­cza ta połówka, i na samą myśl poczuł obrzy­dze­nie.

- Który mie­siąc?

- A czy to ważne? - pokrę­ciła głową i odwró­ciła wzrok. - Szó­sty.

- Gdzie i kiedy? Gdzie i kiedy te zabój­stwa, Sam?

Detek­tyw Saman­tha Blue wyjęła z torebki naj­now­szą powieść Bena Book­mana i poka­zała ją Mil­l­sowi. Jego wzrok przy­kuł strach na wró­ble na okładce. Blue otwo­rzyła książkę na kon­kret­nej stro­nie i popu­kała w kartkę poma­lo­wa­nym na nie­bie­sko paznok­ciem. Detek­tywi nie malują paznokci, Blue.

- Musisz to prze­czy­tać.

- Nie czy­tam gnio­tów.

- Cóż, tato, TEGO gniota będziesz musiał prze­czy­tać.

Zmru­żył oczy i spoj­rzał na Blue. Zupeł­nie zapo­mniał, o co go popro­siła.

- Wiesz, że twoja mama czę­sto trzy­mała mnie w nocy za rękę?

Blue zaci­snęła zęby i odwró­ciła wzrok.

- Zaczyna się...

- Trzy­mała mnie za rękę tak długo, aż zasną­łem.

- Nie, tato. Nie wie­dzia­łam. - Znów popu­kała stronę w książce. - Prze­czy­taj to.

- A mogę się naj­pierw ubrać?

Tym świ­dru­ją­cym wzro­kiem zła­mała mu serce. Odpo­wie­dział wście­kłym spoj­rze­niem. Twarz Blue pobla­dła.

- Sam, o co cho­dzi?

- Kilka godzin temu nie­jaki Jep­son Heap strze­lił sobie w łeb. W księ­garni. Sto­jąc tuż obok Bena Book­mana.

- Jep­son Heap?

- Tak. Mówi ci coś to nazwi­sko?

- Nie - odpo­wie­dział, choć nie była to prawda i mógłby przy­siąc, że Saman­tha mu nie uwie­rzyła. Jep­son Heap. Tak, coś mu mówiło to nazwi­sko. Sły­szał je już wcze­śniej. - Masz jakieś zdję­cie?

- Przed czy po tym, jak odstrze­lił sobie łeb?

Jesteś do mnie bar­dziej podobna, niż ci się wydaje, Blue.

- Co cię tak bawi? - zapy­tała.

- Nic. - Otwo­rzył powieść Bena Book­mana i prze­czy­tał sam począ­tek, pierw­szą linijkę: Stra­chy na wró­ble mają stra­szyć. Taka ich rola. - I to niby ma być best­sel­ler?

Saman­tha wstała z kuc­ków.

- Prze­czy­taj pierw­szą stronę trze­ciego roz­działu. Musimy z nim poga­dać. Tym razem nikogo nie oszczę­dził.

Wyszła z pokoju.

- Dokąd idziesz?

- Przy­nieść ci jakieś ubra­nia! - zawo­łała.

Łapa­cze snów.

- Nie. Saman­tho, nie wchodź do sypialni! Sam sobie wezmę!

Ale było już za późno.

- O Boże. O... mój... Tato! Co to ma być, do kurwy nędzy?! - Jej głos dobiegł z kory­ta­rza.

Wes­tchnął i potarł twarz.

- Mówi­łem, żebyś tam nie wcho­dziła.