Gość - Ariane Koch

Kup ebooka

32.00 zł
25.50 zł (25,10 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Gość sie­dzi przy sto­le i je małe cząst­ki man­da­ryn­ki. Gdy rze­czy są prze­sad­nie małe, wy­krzy­wiam twarz i kła­dę dłoń na ser­cu albo tam, gdzie się ono przy­pusz­czal­nie znaj­du­je. Za­wsze mo­żna było sku­tecz­nie od­wie­ść mnie od złe­go, po­ka­zu­jąc mi mi­nia­tu­ry.

Gość jest bar­dzo de­li­kat­ny, tak de­li­kat­ny, że nie­mal roz­wie­wa się na wie­trze. Po­cząt­ko­wo tego nie za­uwa­ży­łam, bo po­tra­fi sku­tecz­nie się ma­sko­wać. Ko­muś tak de­li­kat­ne­mu jak gość gro­zi ogrom­ne nie­bez­pie­cze­ństwo. Z ła­two­ścią może do­stać się w szpo­ny ja­ki­chś sza­le­ńców. Mój pra­dzia­dek był na przy­kład sza­no­wa­nym przy­wód­cą sek­ty. Nie­ste­ty nie mia­łam przy­jem­no­ści po­znać go oso­bi­ście. Zo­sta­ło mi po nim tyl­ko jed­no zdjęcie, na któ­rym sie­dzi przy biur­ku, z rów­niut­kim prze­dzia­łkiem i wzro­kiem skie­ro­wa­nym ku wi­zjo­ner­skiej przy­szło­ści. Po­nad­to fa­scy­nu­je mnie fakt, że ka­za­nia, któ­ry­mi sy­pał jak z ręka­wa, były niby czy­stą im­pro­wi­za­cją; po­dob­no rzu­cał Pi­smo Świ­ęte na mów­ni­cę, po­zwa­la­jąc ła­ska­wej ręce Pana otwo­rzyć je na wy­bra­nym frag­men­cie, i tym sa­mym uzy­ski­wał ich go­to­wą tre­ść.

Mój pra­dzia­dek po­wie­dzia­łby pew­nie, że na­le­ży za­ufać stro­nie, na któ­rej otwo­rzy­ło się Pi­smo Świ­ęte, a czło­wiek jest tyl­ko słu­gą Boga i nie po­zo­sta­je mu nic in­ne­go, jak pod­dać się jego woli.

.

W po­bli­żu mia­stecz­ka, w któ­rym roz­ło­ży­łam się na do­bre ni­czym w sar­ko­fa­gu, znaj­du­je się wy­so­ka, przy­po­mi­na­jąca pi­ra­mi­dę góra - w prze­ci­wie­ństwie do praw­dzi­we­go cudu świa­ta nie mo­żna jed­nak zwie­dzać jej od środ­ka, a poza tym po­kry­wa ją śnieg. Mo­żna za to, je­śli ko­muś bar­dzo za­le­ży, wspi­ąć się na szczyt. Oso­bi­ście mó­wię "pas", zbrzy­dł mi tam­ten wi­dok. Wi­dać mniej, ni­żbym so­bie tego ży­czy­ła, wolę więc tkwić u stóp góry. Nie­któ­rzy boją się jej cie­nia.

W mia­stecz­ku znam wszyst­kich, ale za­zwy­czaj za­cho­wu­ję się tak, jak­bym nie zna­ła ni­ko­go. Wła­ści­wie na ka­żdym rogu coś prze­ży­łam, ró­żne war­stwy cza­su na­ło­ży­ły się na sie­bie. Lu­dzie tło­czą się w ba­rze w ron­dlu tuż obok mo­je­go domu. Po­cząt­ko­wo otwar­to go na sto dni, z któ­rych w ko­ńcu zro­bi­ły się ty­si­ące. Co ty­dzień po­ja­wia się inny kel­ner, je­den gor­szy od dru­gie­go, ka­żdy ma jed­nak wło­sy gład­ko upi­ęte do góry, i mo­żna stwier­dzić, że ni­g­dy nie dzia­ło się tu nic cie­ka­we­go. Od za­wsze wie­dzia­łam, że je­stem nie­wdzi­ęcz­na. Moi ro­dzi­ce już daw­no mi to prze­po­wia­da­li, a ja ni­g­dy nie za­prze­cza­łam.

Gość był no­wo­ścią, po­ja­wił się zni­kąd. Wy­sia­dł z po­ci­ągu, za­ko­ły­sał wa­liz­ka­mi i na­sze spoj­rze­nia się skrzy­żo­wa­ły. Nie je­stem pew­na, czy sam wpa­dł na nie­do­rzecz­ny po­my­sł, by tu przy­je­chać. Sta­łam po dru­giej stro­nie pe­ro­nu, go­to­wa do od­jaz­du, albo po pro­stu kręci­łam się po dwor­cu, spraw­dza­jąc, do­kąd mo­gła­bym po­je­chać. Ni­g­dy jed­nak nie wsia­dłam do żad­ne­go po­ci­ągu.

Nie prze­czę: Gdy moje spoj­rze­nie zza szkieł oku­la­rów w zło­tych opraw­kach po raz pierw­szy za­trzy­ma­ło się na nim na dłu­żej, gość wy­dał mi się zna­jo­my - a może to on przy­ja­źnie wpa­try­wał się we mnie zza swo­ich szkieł, sto­jąc po dru­giej stro­nie pe­ro­nu, i obo­je wie­dzie­li­śmy, że nad­cho­dzi­my z od­wrot­nych kie­run­ków, a ju­tro lub naj­pó­źniej po­ju­trze znów wy­ru­szy­my w prze­ciw­ne stro­ny? Owo spoj­rze­nie za­pa­dło mi w pa­mi­ęć - to jego szu­kam, a cza­sem od­naj­du­ję u in­nych, tak jak dziś w te­le­wi­zji u pro­wa­dzące­go fi­lo­zo­ficz­ną dys­ku­sję, gdy wpa­try­wał się w mło­de­go fran­cu­skie­go pi­sa­rza.

.

W ra­diu usły­sza­łam, że zwie­rzęta w zoo od­zwy­cza­iły się od lu­dzi i wy­star­czy naj­mniej­szy ruch ze stro­ny czło­wie­ka, by rzu­ci­ły się do uciecz­ki, zwłasz­cza fla­min­gi. Spodo­ba­ła mi się myśl, że lu­dzie prze­cha­dza­ją się po zoo, pod­czas gdy zwie­rzęta tyl­ko cze­ka­ją na oka­zję, by się stam­tąd wy­rwać.

Na­stęp­nie wy­wia­du na te­mat mia­stecz­ka - gdzie uro­dzi­łam się wbrew wła­snej woli i gdzie nie mam za­mia­ru umrzeć - udzie­lał lo­kal­ny prze­wod­nik, któ­ry tłu­ma­czył, że na­le­ży roz­kręcić tu­ry­sty­kę i uka­zać małą miej­sco­wo­ść jako me­tro­po­lię. Wy­po­wie­dź ta wy­da­ła mi się tak nie­do­rzecz­na, że nie wie­dzia­łam, co z nią po­cząć. W ron­dlu ba­ro­wy kon­tu­ar obło­żo­ny fo­lią imi­tu­jącą mar­mur po­kry­wa­ły okrusz­ki po cro­is­san­cie. Lśni­ły w sło­ńcu jak zło­to. Choć góra, ci­ągnął prze­wod­nik, sta­no­wi nie­ma­łą atrak­cję, to pro­wa­dząca na nią ko­lej­ka już się roz­pa­da, gon­do­le nie­bez­piecz­nie się chwie­ją i ko­niecz­ny jest nie­zwłocz­ny re­mont.

Do­tych­czas nie zda­rza­ło mi się prze­sia­dy­wać w ba­rze już w po­łud­nie, ale po­ja­wie­nie się go­ścia spra­wi­ło, że tego po­ran­ka wy­szłam z domu, chcąc go od­szu­kać.

Po uli­cach cho­dzi­li lu­dzie, a ja by­łam w sta­nie do­strzec tyl­ko ich kon­tu­ry. Ob­ser­wo­wa­łam zre­zy­gno­wa­ną mat­kę z dziec­kiem, któ­re w sza­le ci­ągnęło ją za rękę. Sie­dzia­łam z nogą na nogę przy mar­mu­ro­wym kon­tu­arze i wy­obra­ża­łam so­bie, że w tej ma­łej miej­sco­wo­ści miesz­ka­ją tyl­ko ma­lut­cy lu­dzie, któ­rzy je­żdżą ma­lut­ki­mi ro­we­ra­mi i z ma­lut­kich fi­li­ża­nek po­pi­ja­ją ri­stret­to; że bez pro­ble­mu mogę wzi­ąć ron­del do ręki, ob­ró­cić go i obej­rzeć ze wszyst­kich stron, pod­czas gdy lu­dzie przy ba­rze z wrza­skiem usi­łu­ją przy­trzy­mać się jego kra­wędzi, a ich ma­lut­kie na­po­je spa­da­ją w otchłań, za­mie­nia­jąc się w kro­pel­ki na mo­ich dżin­sach. Za­wie­sze­ni nad prze­pa­ścią wpa­tru­ją się we mnie ma­lut­ki­mi ocza­mi, gdy roz­ry­wam ron­del w środ­ku jak pączek z dziur­ką. Wy­obra­ża­łam so­bie, że mia­stecz­ko sta­je się co­raz mniej­sze i mniej­sze, aż kur­czy się do ma­lut­kie­go punk­ci­ku i tyl­ko ja po­zo­sta­ję duża, więc nie ma tam dla mnie miej­sca. Po­tem uświa­do­mi­łam so­bie, że już się tak sta­ło.

W ra­diu le­ciał te­raz re­por­taż o na­ra­sta­jącej fali prze­mo­cy wo­bec pie­lęgnia­rzy. Kel­ner ści­szył od­bior­nik i gło­sy roz­pły­nęły się w po­wie­trzu.

.

Lu­dzie leżą pod za­da­sze­nia­mi, cza­sem w śpi­wo­rach, cza­sem w na­mio­tach, a cza­sem w śpi­wo­rach w na­mio­tach. Ba­ga­że trzy­ma­ją za­zwy­czaj po­upy­cha­ne w stu­dzien­kach w as­fal­cie, któ­re są za­bez­pie­czo­ne nie­wiel­ki­mi wła­za­mi. Wie­lo­krot­nie wi­dzia­łam, jak wy­do­sta­ją się z otwo­rów, ci­ągnąc za sobą nie­fo­rem­ne pa­kun­ki. Prze­jęli bar­wę do­mów, przed któ­ry­mi leżą, są sza­rzy jak as­falt, pod­czas gdy ich na­mio­ty i śpi­wo­ry w ża­ró­wia­stych ko­lo­rach świe­cą przez całe mia­sto. Zimą po­ja­wia się eki­pa w po­ma­ra­ńczo­wych ka­mi­zel­kach, któ­rej człon­ko­wie po­szu­ku­ją lu­dzi bez sta­łe­go miej­sca za­miesz­ka­nia i przy­no­szą im ar­ty­ku­ły spo­żyw­cze, a cza­sem też mo­kre chu­s­tecz­ki.

Jest wśród nich ko­bie­ta, któ­ra już nie­raz rzu­ci­ła mi się w oczy. Za dnia, ubra­na nie­na­gan­nie, w ja­sno­sza­ry płaszcz, pędzi uli­cą, jak­by szła do pra­cy. Gdy za­pa­da zmrok, w po­wy­ci­ąga­nych dre­sach wsu­wa się do śpi­wo­ra i zo­bo­jęt­nia­ła pa­trzy mi w twarz, a ja od­wza­jem­niam spoj­rze­nie, ko­lej­ny raz prze­cho­dząc przez uli­cę, w dro­dze z ron­dla do domu lub na od­wrót. Nie od­zy­wa­my się do sie­bie, łączy nas tyl­ko to spoj­rze­nie.

Na ko­ńcu uli­cy - w miej­scu, gdzie ko­bie­cie zda­rza się cza­sem uło­żyć do snu - znaj­du­je się sklep me­blo­wy spe­cja­li­zu­jący się w ka­na­pach. Ów sklep mo­żna by wła­ści­wie na­zwać skle­pem z ka­na­pa­mi - tak cia­sno sto­ją obok sie­bie na wy­sta­wie. Go­dzi­ny otwar­cia wy­dłu­żo­no do pó­źne­go wie­czo­ru, by mo­gły od­wie­dzać go ta­kże oso­by czyn­ne za­wo­do­wo. Do środ­ka często wcho­dzą pary, któ­re sia­da­ją na wszyst­kich ka­na­pach po ko­lei, po czym wy­cho­dzą, a na ich twa­rzach ma­lu­je się zdu­mie­nie do­ko­na­nym za­ku­pem. Wkrót­ce zo­sta­nie im do­ręczo­na góra waty. Wkrót­ce przed ich do­mem za­trzy­ma się ci­ęża­rów­ka. Wkrót­ce dwóch fa­ce­tów wy­ci­ągnie z niej pa­ku­nek i wtasz­czy go po scho­dach, ude­rza­jąc nim o wszyst­ko do­oko­ła. Wkrót­ce góra waty sta­nie w miesz­ka­niu pary, któ­ra z nie­do­wie­rza­niem usi­ądzie i za­pad­nie się w jej mi­ęk­ko­ści.

Cza­sa­mi wo­la­ła­bym mieć gor­szy wzrok. Wów­czas jed­nak mo­gła­bym nie zo­ba­czyć, jak gość w świe­tle jed­ne­go z re­flek­to­rów po­da­je przez okrągły kon­tu­ar obce mu mo­ne­ty. Sie­dzie­li­śmy na­prze­ciw sie­bie w ron­dlu w bez­piecz­nej od­le­gło­ści, go­dzi­na­mi po­pi­ja­jąc jed­no piwo, a po­tem za­ma­wia­jąc ko­lej­ne. Jed­no z nas po jed­nej stro­nie, dru­gie po dru­giej. Oś spoj­rze­nia prze­bie­ga­ła przez okrąg i łączy­ła nas, dwa punk­ty, prze­ci­na­jąc śro­dek i prze­stępu­jące­go z nogi na nogę kel­ne­ra. Być może nie pierw­szy i nie ostat­ni raz kre­śli­łam w ron­dlu ta­kie li­nie. W tym mie­ście w ogó­le nikt już nie śpi, wi­ęk­szo­ść sie­dzi przy ba­rze, po­pi­ja­jąc al­ko­hol z cy­no­wych kub­ków i za­sta­na­wia­jąc się, z kim i z któ­rej stro­ny by tu roz­po­cząć ro­mans. Często uda­je mi się prze­wi­dzieć przy­szłe li­nie łączące go­ści, po­ten­cjal­ne punk­ty, w któ­rych siecz­na prze­tnie okrąg. Gdy ktoś pró­bu­je się do mnie zbli­żyć, za­zwy­czaj po pro­stu ru­szam po okręgu w prze­ciw­nym kie­run­ku, więc ni­g­dy do sie­bie nie do­cho­dzi­my i od­le­gło­ść mi­ędzy nami nie ule­ga zmia­nie. Od cza­su do cza­su ja też otrzy­mu­ję bo­wiem li­sty od ob­cych mężczyzn; pi­szą w nich, że mnie zo­ba­czy­li i choć się nie zna­my, urze­kł ich mój uśmiech, któ­rym - co do tego nie mają wąt­pli­wo­ści - ob­da­rzy­łam wła­śnie ich. Mimo naj­szczer­szych chęci nie przy­po­mi­nam so­bie, bym uśmiech­nęła się choć raz.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki