Azulejos
Na okładce książki znajduje się reprodukcja fragmentu barwnego obrazu o tytule "Azulejos".
"Azulejos" to obraz olejny, namalowany na płótnie, autorstwa malarki Ewy Golińskiej - Pisarkiewicz.
Praca powstała w 2013 roku. Płótno jest częścią dużego cyklu, noszącego tytuł "Pamiętniki Joasi", prezentowanego przez autorkę na kilku wystawach indywidualnych i zbiorowych oraz wybiórczo reprodukowanego w książkach i katalogach wystaw.
Postać dziewczynki na obrazach powstała z inspiracji pracą Olgi Boznańskiej zatytułowaną "Imieniny Babuni", zaś tła prac mają różne inspiracje.
Dla "Azulejos" były to podróże po różnych regionach Portugalii, Andaluzji, Tunezji i Maroka.
Ewa Golińska - Pisarkiewicz (z d. Mazurowska)
Malarka i ilustratorka.
Urodziła się w Sieradzu. Uczęszczała do Liceum Ogólnokształcącego w Złoczewie.
Studia wyższe ukończyła w Instytucie Artystycznym Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Częstochowie (obecnie Uniwersytet Jana Długosza) - Dyplom z malarstwa uzyskała w Pracowni Malarstwa Wincentego Maszkowskiego. Pracę magisterską pod tytułem "Portret w malarstwie a sztuka dziecka - analiza postaw twórczych w portrecie psychologicznym" napisała pod kierunkiem docenta, art. plast. Andrzeja Niekrasza.
Ukończyła m. in. studia podyplomowe w Akademii Humanistyczno - Ekonomicznej w Łodzi.
Prezentowała swoje obrazy na 150 zbiorowych wystawach w Polsce, USA, Rosji, Niemczech, Włoszech, Belgii, na Słowacji i Ukrainie.
Część z nich związana była z uczestnictwem w 23 edycjach Międzynarodowego Pleneru Rzeźbiarsko - Malarskiego "Pole Sztuk" organizowanego w Rodowie przez gdańską Akademię Sztuk Pięknych oraz z udziałem w kilkunastu edycjach plenerów z cyklu "Pejzaż Malowany Ziemi Łódzkiej". Inne wynikały z uczestniczenia w wystawach pokonkursowych różnych edycji toruńskiego Triennale Małych Form Malarskich, częstochowskiego Międzynarodowego Biennale Miniatury, Międzynarodowego Konkursu na rysunek im. M. E. Andriollego w Nałęczowie, sieradzkiego Triennale z Martwą Naturą czy nowosądeckiego Międzynarodowego Biennale Pasteli.
W latach 2022 - 2025 prezentowała na terenie kraju autorski cykl o wspólnej nazwie "Dotyk", który był wystawiany m.in. w Galerii "Metamorfozy" w Warszawie i w Galerii Biura Wystaw Artystycznych w Sieradzu.
W październiku 2024 roku odbył się wernisaż prezentujący "Dotyk" w zmienionej koncepcji.
Wydarzenie miało miejsce w Galerii Artystycznej im. Prof. Andrzeja Niekrasza w Kaliszu znajdującej się na Wydziale Pedagogiczno - Artystycznym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza.
Wystawa prezentowana była do stycznia 2025 roku.
Była to 24 prezentacja autorska w dorobku Ewy Golińskiej - Pisarkiewicz.
Artystka zaprojektowała okładki oraz ilustracje do kilkudziesięciu książek i czasopism.
Mieszka i tworzy w Sieradzu.
Ewa Golińska - Pisarkiewicz, Maroko I, 2011
Wstęp
W 2020 roku wydałem zbiór zatytułowany "Bajanki i Bajadurki". Książką zawierała teksty prozą i wierszem, które uznałem, że są zbliżone do bajek, choć ... klasycznymi bajkami z pewnością nie były.
A może nawet w ogóle nie były bajkami?
Nic się w tej materii zresztą nie zmieniło.
Wychowałem się w Łęczycy - magicznej krainie pełnej legend o Diable Borucie, które miały na mnie ogromny wpływ. Podobnie jak niesamowite opowieści mojego taty o duchach i zjawach. Potrafił je opowiadać tak realistycznie i aktorsko zarazem, że bałem się później zasypiać przy zgaszonym świetle.
Z powodu Łęczycy mojego dzieciństwa sięgam czasem po "pióro" i wymyślam teksty prozą i "nieprozą", które ciężko sklasyfikować, czym naprawdę są. W większości nie są na pewno bajkami, zatem w sumie nie napisałem ich jednak dla dzieci.
Choć niektóre chyba próbowałem pisać dla dzieci.
Ale czy bajki pisze się tylko dla dzieci?
Czy bracia Grimm albo Andersen naprawdę pisali dla dzieci?
A jednocześnie, czy dla dzieci trzeba pisać jedynie o zwierzątkach i miłych stworkach?
Kiedyś zauroczyła mnie "Legenda żeglarska" Henryka Sienkiewicza i nowelka "Z legend dawnego Egiptu" Bolesława Prusa.
Byłem wtedy dzieckiem.
Teraz dzieci czytają "Opowieści z Narnii", "Władcę pierścieni" lub powieści o Harrym Potterze i oglądają serial "Wednesday".
Oczywiście temu wszystkiemu nie dorastam nie tylko do pięt, ale kompletnie do niczego nie dorastam.
Wahałem się między drugim wydaniem "Bajanek i Bajadurek" a książką o nowym tytule. Myślałem o ... Bajach, Bajaczątkach, Bajaniątkach i Bajadurach.
Finalnie postawiłem na "Gorzkie bajki". Bo są w sumie niezbyt słodkie.
"Gorzkie bajki" łączą stare teksty z "Bajanek i Bajadurek" z nowymi oraz z rozproszonymi lub niepublikowanymi z lat bardzo wczesnego sięgania przeze mnie po pióro.
Skoro nie są to bajki, to czym są pisane przeze mnie teksty, zwane umownie "gorzkimi bajkami"?
Odpowiedź jest jedna ... i jedyna z możliwych - Nie mam zielonego pojęcia!!
"Bajanki i Bajadurki" dedykowałem: "Mojemu pluszowemu Misiowi z dzieciństwa - gdziekolwiek jest ...".
Nic się w tej materii nie zmieniło.
Mirosław Pisarkiewicz
Pan Beneyto i spotkanie z monarchą
- "Nieważne kiedy, ani gdzie rzecz się działa, i nie będziemy z tego powodu rozdzierać szat, bo ich za dużo nie mamy" - zaczął Pan Beneyto, a Pan Boo potwierdził zwyczajowym "Buu". - "Ważne, że się wydarzyło i jest o czym poopowiadać. Zatem ... Było sobie jakieś tam królestwo, a na jego tronie zasiadał Monarcha, imienia nie pamiętam, bo i po co. Monarchowie tak często się zmieniają, że szkoda czasu, by każdego pamiętać. Żyłem w wielu miejscach, a wszystkie miały władców, a byli jeszcze władcy ponadmiejscowi, którzy stali nad tymi lokalnymi. Oj, iluż przez mój długi, czy niedługi, żywot przewinęło się takich, czy siakich władców!!! Oj, oj!!!" - "Buu" - potwierdził Pan Boo. - "Oj, oj!" - dodał Pan Beneyto.
"Działo się działo, a że działo to armata, to się nawet armatało" - niespodziewanie zanucił radośnie Pan Boo. Po czym dodał oczywiście - "Buu".
Pan Beneyto spokojnie pominął urok śpiewu Pana Boo skupiając się na jej treści, którą postanowił rozwinąć kontynuując swoją opowieść.
- "Wracając do rzeczy - zaczął - to teraz wrócę do rzeczy". I wrócił. Jak obiecał.
- "Pewnego razu do stolicy królestwa władanego przez Monarchę przybył zwykły człowiek imieniem R. z R., który wszem i wobec mówił w pokłonach, zwanych przez niektórych z dworska, choć zupełnie nieprawidłowo, "lansadami" (ale słowo brzmiało dobrze, zatem było w użyciu do czynności innej od pierwotnej, ale równie nibyważnej w dworskim i nibydworskim wydaniu)". Tu Pan Beneyto przyjął pozę, która mogła wskazywać, że rozpocznie większy miniwykład o znaczeniu i używaniu słów. Prawidłowo i nie. - "Miało być do rzeczy" - przerwał zbliżający się wątek językoznawczy Pan Boo. Pan Beneyto wrócił dzięki temu do przerwanej opowieści. - "Zatem ...R. z R. rozpowiadał z dumą, że przybył, jako sługa uniżony do Monarchy, aby oddać należną Monarsze cześć. Szczerze mówiąc, to patrzono na niego jak na niezłego wariata. No bo kto, na zdrowy rozum, przybywa skądś tam do stolicy, po nic? No bo niby, co za zysk z pokłonienia się? A jaki wkład własny w to przedsięwzięcie bez perspektyw? Wariat z sługi uniżonego i tyle. Wariat R. z R.
Zwykły człowiek, którego będziemy nazywać dalej Sługą Uniżonym, postanowił jednak oddać cześć Monarsze, tak jak to sobie umyślił. A umyślił, ponieważ wydawało mu się, że Monarsze należny jest jego pokłon i bez tego pokłonu władcy może czegoś brakować i może nie czuć się odpowiednio uszanowany przez uniżonego sługę, którego, przypominam, nazywać będziemy Sługą Uniżonym. Zwykły człowiek, którego przypominam ...nazywać będziemy Sługą Uniżonym, udał się do zamku - przepysznej siedziby władcy, aby wziąć udział w codziennej audiencji. Udając się nie uważał, że idzie po nic, bo pokłonić się własnoosobiście królowi, to jest całkiem duże COŚ.
W ogromnej Sali Poczekalnej, która prowadziła do Sali Audiencyjnej kłębiło się od mrowia ludzi. Straże pilnowały drzwi dzielnie dzierżąc halabardy i zadzierając brody zgodnie ze stopniem ważności poszczególnych osób. Najważniejszy był hrabia TT, który pełnił urząd Dzielcy Audiencyjnego. Stojąc na niewielkim podeściku wyłożonym aksamitem w kolorze odpowiednim do aktualnie odpowiedniego dnia, zadawał sakramentalne pytania każdemu, kto chciał w audiencji uczestniczyć. Pytanie brzmiało: "Prośba czy skarga?". Bo wiedzieć należy, że na audiencję przybywały tłumy o twarzach dość lisio i fałszywie uśmiechniętych (rzekomo przyjaźnie, a na pewno przymilnie), tych którzy chcieli władcę o coś prosić i równie wielkie tłumy o ponurych i zaciętych gębach tych, którzy chcieli wnieść skargi i protesty.
Należy też wiedzieć, że audiencja przebiegała w sposób przechodni - przed drzwiami formowały się dwa ciągi petentów, którzy po otwarciu przemieszczali się gęsiego w stronę podwyższenia z tronem, na którym zasiadał Monarcha. U stóp tronu stał Wielki Odpowiedzialnik, który był wielce odpowiedzialny za porządek audiencji. Jego praca był ciężka i nużąca. Poinstruowani przed drzwiami petenci podchodzili parami. Z prawej ten z prośbą, z lewej ten ze skargą. Wielki Odpowiedzialnik kiwał głową i petent przedstawiał się i wypowiadał prośbę - "Wasza Miłość (tu następował ukłon), ja, hrabia taki a taki, proszę o stanowisko ambasadora w państwie takim a takim dla syna mego, dla zięcia mego, dla kogoś tam mego (tu następował ukłon i petent oddalał się wycofując tyłem). Po czym, po kiwnięciu Wielkiego Odpowiedzialnika, kłaniał się petent ze skargą - "Wasza miłość, ja, baron taki a taki, proszę Cię Panie o sprawiedliwość, ponieważ - tu następowały przeróżne "ponieważ", a były czasem tak przedziwne, że nawet uczniom filozofów, którzy prześcignęli swoich Mistrzów nie śniłoby się to w najkoszmarniejszych koszmarach.
Po bokach Sali Audiencyjnej licznie stała zgromadzona tam w strojach nieodmiennie uroczystych służba, dworzanie i kto tam jeszcze stać powinien. Jednak w miarę upływu godzin, ubywało ludzi pod ścianami, aż w końcu było ich kompletnie brak. Choć im samym najwyraźniej audiencji nie brakowało.
Nasz Sługa Uniżony stał w Sali Poczekalnej i powoli przesuwał się do Dzielcy. Gdy do niego dotarł usłyszał: "Prośba czy skarga?". Dumnie odpowiedział: "Hołd dla Monarchy od Sługi Uniżonego". Dzielca zamarł. Trwał w zamarciu czas jakiś, po czym zadecydował: "Na koniec kolejki ... z prośbami".
Tymczasem król siedział w stroju królewskim i w królewskiej koronie, jak to królowie mają w zwyczaju podczas audiencji. Siedział oczywiście na pozłacanym tronie królewskim. Uśmiechał się mile i łaskawie do petentów spraw wszelkich, a każdemu z nich dawał dłoń królewską, z królewskimi pierścieniami, do ucałowania. I tak biegła godzina za godziną.
- "A dokąd ona biegła, ta godzina znaczy, dokąd biegła?" - spytał Pan Boo.
- "Tam gdzie biegną zawsze, i wszystkie, i w ogóle godziny" - odpowiedział ze spokojnym przekonaniem Pan Beneyto.
- "Czyli gdzie?" - próbował dociekać Pan Boo.
- "Tam" - powiedział Pan Beneyto wskazując nieokreślonym gestem nieokreślony bardziej niż ów gest, kierunek.
- "Buu" - ze zrozumieniem pokiwał swoim uśmiechem Pan Boo.
Godziny pobiegły tam gdzie zawsze i Sługa Uniżony dotarł wreszcie do stóp upragnionego tronu, a właściwie do stóp upragnionego władcy. W Sali Audiencyjnej było idealnie pusto i idealnie cicho. Gdzieś zniknął Wielki Odpowiedzialnik i Dzielca Audiencyjny też się rozpłynął, jakby pobiegł za owymi godzinami. Nawet jego podeścik zniknął. I zniknęli strażnicy. Przy drzwiach drzemał oparty o ich framugę i antyczną halabardę stary strażnik, który przysnął i zapomniał zniknąć.
Monarcha kiwnął głową do Sługi Uniżonego. Patrzył chwilę na milczącego zwyczajnego człowieka ubranego, jak zwyczajny człowiek. Trochę zaintrygowany zapytał niespodziewanie: "Kim i w jakiej?". Sługa Uniżony rozejrzał się, jakby szukał pomocy, ale wokół była tylko idealna pustka i jeszcze bardziej idealna cisza. Pokłonił się głęboko i wydobył z siebie zduszone słowa: "Wasza Miłość! Sługa uniżony Waszej Monarszej Wysokości. Zwyczajny poddany, człowiek znaczy ... R. z R., znaczy jestem ...ja". Król obejrzał go z ciekawością, gdy Sługa Uniżony tak tkwił w uniżonym pokłonie. "Witaj Wasza Uniżoność! Sługo Uniżony! Prośba czy skarga?". "O nie, Wasza Miłość i Wielmożność i Wysokość Wasza!!! Przybyłem byłem, aby oddać hołd i pokłonić się uniżenie Waszej Wielkości!!".
Król przez ułamek ułamka czasu wydawał się zaskoczony rozwojem sytuacji. No bo, ani prośba, ani skarga to nie była. Bo gdyby była, a nie była ... lecz gdyby by była ...
- "Bybyła! - zawołał Pan Boo - Znałem jednego Bybyłę"! Wszedł w słowo Panu Beneyto Pan Boo - "Ale to chyba nie ten Bybyła?". Mówiąc to wydawał się zawstydzony.
- "Nie, to nie ten Bybyła" - skwitował z bazaltowym wyrazem twarzy Pan Beneyto.
- "Czemu z bazaltowym?" - spytałem zaskoczony.
- "Marmurowy były zbyt barwny, a spokój mój jest potrzebny w kolorze grafitowo, ciemnoszarym" - skwitował, tym razem do mnie, Pan Beneyto.
- "Buuu" - powiedział z uznaniem Pan Boo.