Pan nauczyciel Katz
Kiedy zacząłem chodzić do trzeciej klasy, rodzice posłali mnie na niemiecki, bo w szkole ten język zaczynał się dopiero rok później. Tak robili zawsze. W pierwszej klasie posłali mnie na łacinę, a w czwartej na francuski, ale ja wtedy chciałem się uczyć angielskiego, więc francuski bojkotowałem, kupiłem sobie podręcznik do angielskiego i po kryjomu uczyłem się tego języka.
Na niemiecki wysłali mnie do pana nauczyciela Katza, który mieszkał przy ulicy Żydowskiej, w domu, w którym kiedyś była żydowska szkoła, a on tam uczył żydowskiej religii i był kantorem w synagodze. Mały i łysy, ale potrafił pięknie śpiewać i grać na skrzypcach, a także na harmonium. Brał za lekcję niemieckiego osiem koron i było to mniej niż u innych nauczycieli.
Bardzo się bałem, kiedy szedłem na pierwszą lekcję i naciskałem dzwonek przy oszklonym przepierzeniu na pierwszym piętrze żydowskiej szkoły, gdzie dawniej była klasa, ale teraz przegrodzono ją tym szklanym przepierzeniem, więc po jednej stronie był korytarzyk, którym szło się do sali modlitewnej, z drugiej zaś korytarzyk prowadzący do mieszkania kantora. Miałem pietra, ale pan nauczyciel Katz był miły i sympatyczny, zaprowadził mnie do kuchni, gdzie na stołeczku przy piecu siedziała jego gruba żona w starym szlafroku, i na stole otworzył przede mną nowy podręcznik do nauki niemieckiego. Książka zaszeleściła, a na pierwszej stronie był obrazek czegoś okrągłego i dość brudnego, co okazało się jajkiem. Pan nauczyciel Katz spokojnym głosem powiedział mi, że po niemiecku na jajko mówi się Ei, więc zacząłem się uczyć niemieckiego całkiem od początku, od jajka. Das ist ein Ei, mówił pan nauczyciel, a ja po nim powtarzałem. Ist das ein Ei?, pytał i sam sobie odpowiadał: Ja, das ist ein Ei, a ja wszystko to powtarzałem.
Pan nauczyciel Katz uczył nie tylko niemieckiego, ale też religii żydowskiej. Nauczano jej po hebrajsku, dlatego żydowskie dzieci musiały najpierw chodzić na hebrajski. Żydzi muszą mieć na głowie kapelusz, kiedy się modlą albo robią coś, co ma związek z religią. Dlatego czasem było tak, że kiedy przyszedłem na lekcję niemieckiego za wcześnie, to u pana nauczyciela Katza siedzieli Jonasz Lewith i Itzik Kohn, bardzo głośno powtarzając tajemnicze zdania po hebrajsku, a na głowach mieli kapelusze pana nauczyciela Katza - jeden na zwykły dzień i drugi na szabas - które spadały im głęboko na uszy, bo było gorące lato i oni na lekcję religii nie przynieśli swoich czapek, więc pan nauczyciel musiał im pożyczyć swoje kapelusze, które były dla nich za wielkie. Siedzieli obaj wyprostowani na krzesłach i patrzyli na mnie z wyższością czy z pogardą, bo mówili językiem, którego nie rozumiałem. Wykrzykiwali loulabim selah szme aszboazim czy tak jakoś podobnie, ale pan nauczyciel Katz wciąż im przerywał i poprawiał, więc chyba też za bardzo tego języka nie znali, tylko że ja nie znałem go w ogóle, dlatego mogli się ze mnie śmiać.
Historia z tymi kapeluszami wydarzyła się jeszcze raz, kiedy córka pana nauczyciela Katza, Ruth, wychodziła za mąż - za pana Isidora Kafkę z O., który miał tam małą fabryczkę zeszytów i był ortodoksyjnym Żydem. Ślub też był ortodoksyjny, ceremonię zaś prowadził słynny rabin z Kolína. Ponieważ pana nauczyciela Katza znało wiele osób i mówiono o nim, że to "przyzwoity Żyd" - tak mówili też o panu doktorze Strassie, natomiast o Moszem Sukolöblu mówili, że to "wstrętny Żyd" - dlatego na ten ślub przyszli nie tylko Żydzi, lecz również dużo chrześcijan. Było lato, w dodatku gorące, więc chrześcijanie nie mieli kapeluszy i nie chciano ich wpuścić do synagogi. Zrobiła się bardzo głupia sytuacja, bo wszyscy chcieli zobaczyć taki ślub, ale bez nakrycia głowy nie mogli wejść do środka, więc tylko stali przed synagogą i się złościli. Nagle przybiegł pan Izaak Eisner z dużym koszem na plecach i dwoma mniejszymi koszykami, a każdy z nich był pełen kapeluszy, które już dawno wyszły z mody, więc pan Eisner w swoim sklepie zupełnie nie mógł ich sprzedać. Ale teraz zaczął wypożyczać po koronie różne dziwne meloniki, fedory i cylindry, więc choć brał jeszcze po dziesięć koron zaliczki, to w momencie je rozebrano, bo ślub już się zaczynał i każdy chciał go zobaczyć. Wszyscy śpieszyli do środka, więc wciskali panu Eisnerowi pieniądze i brali kapelusze jak leci, jeden za mały, a inny zbyt wielki. Mój ojciec, który miał dużą głowę i w ogóle był duży, wysoki, włożył na głowę malutki szary melonik, który co chwilę musiał przytrzymywać ręką, żeby mu nie spadł. Zacząłem się z tego śmiać, więc dostałem klapsa i rodzice wyrzucili mnie z synagogi.
Pan nauczyciel Katz prowadził lekcje zawsze w kuchni, a jego żona siedziała na stołku przy piecu i słuchała. Przez pierwsze lata w ogóle się nie odzywała i dopiero później, gdy już całkiem dobrze znałem niemiecki i czytaliśmy bajki albo inne książki, a ja po niemiecku opowiadałem ich treść, czy zwłaszcza jeszcze później, kiedy przyszli Niemcy, a ja nadal przez rok chodziłem do pana nauczyciela Katza i wtedy rozmawialiśmy głównie o sytuacji politycznej, to żona pana nauczyciela wchodziła nam w słowo i przytakiwała mężowi. Ale przez pierwsze lata milczała jak grób.
Pan nauczyciel Katz uczył według własnej metody, bardzo wolno i systematycznie. Nieustannie mi dawał jakieś przykłady do odmieniania przez przypadki. Zazwyczaj to było der gute alte Wein[5], więc odmieniałem poprawnie: der gute alte Wein, des guten alten Weine, dem guten altem Weine, den guten alten Wein, a pan nauczyciel kiwał głową. Ja przy tym zawsze miałem wielką ochotę na dobre stare wino, które pan nauczyciel kazał mi odmieniać, ale myślę, że nawet sam go nie pił czy przynajmniej bardzo rzadko, bo był biedny. Potem, kiedy już dość dobrze znałem niemiecki, on mawiał: Das, was du kannst, Daniel, das kann dir niemand nehmen. Darum lerne, lerne deutsch[6]. I opowiadał, jak podczas pierwszej wojny światowej była straszna bieda, więc ludzie nawet za pieniądze nie mogli niczego dostać, ale on chodził po wsiach i uczył niemieckiego, und dafür bekam ich Approvisation[7], mówił, Mehl, Butter, sogar Fleisch[8], wymawiał to bardzo wolno i dobitnie, a ja za każdym razem nabierałem straszliwej ochoty na Mehl, Butter, sogar Fleisch, choć właściwie zbyt wiele nie jadłem, oprócz słodyczy. Du kannst alles verlieren, Daniel, Geld, alles[9], mówił. Nur was du da hast - i wskazywał palcem na swoją gołą głowę - das kann dir niemand nehmen[10]. Gdyby nadeszła nowa wojna, to nie cierpielibyśmy głodu. Bo ludzie wciąż by chcieli uczyć się niemieckiego, a on by im mówił, że nie chce pieniędzy, tylko Mehl, Butter und sogar Fleisch. Auch Milch, dodawał jeszcze i uśmiechał się zadowolony.
W piątkowy wieczór czasem kończył lekcję wcześniej i odsyłał mnie do domu, bo pojawiała się pierwsza gwiazda i zaczynały się modły. W następny wtorek zawsze mi tę chwilkę oddawał. Ja w te piątki jednak nie szedłem prosto do domu, tylko chowałem się w ciemnej niszy na schodach i patrzyłem, jak przez przegrodzoną szklanym przepierzeniem klasę przechodzą Żydzi do świątyni. Był tam pan Abraham Lewith, ojciec Jonasza, pan doktor Strass, pan Ohrenzug, który miał sklep tekstylny, i jego syn Benno z siódmej klasy, a także inni, których nawet nie znałem. Potem ze środka rozlegał się śpiew - to śpiewał pan nauczyciel Katz, który był kantorem - a jeszcze później szalona mieszanina głosów, że aż mi się wydawało niemożliwe, żeby to były głosy pana Lewitha, pana Ohrenzuga, pana doktora Strassa i pana Abelesa, którego córka Sara była zawodniczką klubu SKK w pływaniu grzbietowym. Głosy stawały się coraz wyższe i wyższe, a głos pana nauczyciela Katza robił się coraz mocniejszy, łkający i piękny, ja zaś słuchałem i niemal sam zaczynałem łkać, bo ogarniała mnie jakaś dziwna, nieznana i straszna tęsknota, że musiałem wydostać się z mojego ukrycia i zbiec schodami na dół przed szkołę. Nad wieżą zamku na wzgórzu, na granatowym niebie świeciła Wenus, jasna jak łza, a kiedy przygnębiony szedłem do domu przez rynek, z kościoła dobiegał dźwięk organów i wtedy zawsze robiło mi się jednocześnie błogo i smutno, a łzy spływały mi cicho po policzkach.
Często zastanawiałem się, dlaczego oni tak łkają, dlaczego tak wołają i krzyczą. Kiedy raz szedłem na lekcję, drzwi do sali modlitewnej były lekko uchylone. Bałem się, ale jednak wszedłem do środka i dostrzegłem tam ciemną, haftowaną zasłonę, a także pomiędzy oknami mapę Palestyny z hebrajskim napisem. Szczególnie ta mapa utkwiła mi w głowie, bo zaraz potem wszedł do środka stary Arno Kraus, który tam sprzątał, i wyrzucił mnie. Być może oni płakali i głośno tęsknili do tej Palestyny, skąd pochodzili ich przodkowie, bo dziwna była ta szkolna mapa obok pięknie haftowanej zasłony, podobnej do tej - jak mi przyszło do głowy - która kiedyś rozdarła się w Jerozolimie.
Kiedy córka pana nauczyciela Katza, Ruth, wychodziła za mąż, wiązały się z tym różne rytuały i tradycyjne zwyczaje. Pan nauczyciel chętnie mi o nich opowiadał i w ogóle o religii żydowskiej. Pokazał mi małą rurkę na futrynie drzwi, którą malarz pociągnął brązową farbą, taką samą jak drzwi, i opowiadał, że rurka zawiera zwitek z jakimiś świętymi słowami, ale już zapomniałem jakimi. Kiedy indziej z kolei siedział nieogolony i tłumaczył mi, że są takie święta, w czasie których nie może się golić. A innym razem mówił, że nie może wziąć do ręki pióra ani ołówka, bo nie wolno mu wykonywać żadnej pracy fizycznej. Też mi tłumaczył, że Żydzi mają tylko Stary Testament, ja zaś w jego obecności byłem nagle przepełniony pobożnością, więc mu odpowiadałem, że my, katolicy, mamy jeszcze Nowy Testament. Pan nauczyciel przytakiwał, że o tym wie, ale oni nie uznają Jezusa za Odkupiciela, na to ja, że my uznajemy, i panowała między nami piękna harmonia, a ja się cieszyłem, że na świecie jest tyle rzeczy ciekawych i różnorodnych.
Podczas innych świąt pan nauczyciel Katz dał mi macę, która przychodziła w paczkach z jakiejś fabryki i którą potem z reguły zjadał mój ojciec, bo on po prostu jadł wszystko. Pan nauczyciel mówił, że maca jest zdrowa na trawienie, bo to czysta mąka i woda.
W przededniu ślubu panna młoda zamknęła się z kilkoma kobietami w oddzielnym pomieszczeniu i te podobno kąpały ją i myły, a może nawet nacierały jej ciało wonnymi olejkami, ale to już chyba mi się pomyliło z czymś z religii katolickiej. Jednak wyobrażenie nagiej i białej Ruth Katz, która wychodzi z mosiężnej wanny, biała i mokra, a kobiety żydowskie nacierają ją wonnymi olejkami, podniecało mnie wprost do szaleństwa. Nawet do dziś jeszcze mnie podnieca jako coś dziwnego, tajemniczego i pięknego. Ona była niewątpliwie dziewicą, a pan Isidor Kafka też z pewnością był prawiczkiem. Nie był wcale piękny, ale za to zamożny, choć nie bardzo bogaty, i też był ortodoksyjnym Żydem.
Pan nauczyciel Katz zawsze lubił mówić o macy, że jest taka zdrowa, bo sam miał cukrzycę i nie wolno mu było jeść domowego pieczywa, tortów i różnych innych rzeczy, które w tej chorobie są zabronione. Wydawało mi się to bardzo dziwne i ciekawe; nawet niemal mu zazdrościłem, że tylu rzeczy nie może jeść, a ja wszystko mogę, choć oprócz słodyczy prawie nic mi nie smakuje. Kiedyś też się źle czułem i miałem kiepskie wyniki analizy moczu, więc pan doktor Strass powiedział, że mam coś z nerkami, i zalecił mi dietę. Jednak była ona całkiem odwrotna niż ta pana nauczyciela Katza. Was?, spytał mnie przerażony pan nauczyciel. Du darfst nicht Fleisch Essen, Daniel? Und Fett auch nicht?[11]. Pytał i widziałem, że się nagle czymś zmartwił i o czymś rozmyślał. Byłem dumny, że też mam dietę, i czekałem, aż sobie o tym będziemy rozmawiali, ale pan nauczyciel Katz zrobił się blady i mówił drżącym głosem: Sag nur, Daniel, was würde man Essen, wenn man Zucker und Nierenkrankheit hätte? Dan müsste man doch zum Tode verhungern![12].
W dziewięć miesięcy po ślubie córce pana nauczyciela Katza urodziło się dziecko, Hana. Pan nauczyciel bardzo się cieszył i wciąż o niej opowiadał. Że jest piękną dziewczynką i że ma włoski jak aniołek. Wie ein Engelchen[13], mówił. Raz był szczególnie uradowany, bo wrócił z wizyty u córki i zięcia, i wyciągnął z szuflady stołu wielką księgę oprawioną na odwrót - czyli że początek był na końcu - i pokazał mi ją. Das habe ich schon für Hannerle besorgt[14], powiedział. Eines Tages wird sie es brauchen[15]. To był hebrajski elementarz dla dzieci, z którego one miały się nauczyć języka, w jakim napisana jest ich Biblia - choć wydaje mi się, że oni jej nie nazywają Biblią. Były tam obrazki jajek, kotków, piesków i chłopców w staromodnych pumpach, jak w naszym czeskim elementarzu, a ja mu ochoczo przytakiwałem i mówiłem: Hana, das ist ein schöner Name[16], a pan nauczyciel Katz był jeszcze bardziej szczęśliwy.
Wkrótce przyszedł Hitler i wprowadził antyżydowskie przepisy, ale ja nadal chodziłem do pana nauczyciela Katza, choć już znałem niemiecki i właściwie nie musiałem się dłużej uczyć. Przestaliśmy czytać książki i bajki, by potem opowiadać ich treść, i przez cały czas rozmawialiśmy wyłącznie o polityce. Ja przeklinałem Hitlera i w ogóle Niemców, a pan nauczyciel narzekał i lamentował. Jego żona przy piecu też załamywała ręce, a ja pomstowałem na Hitlera, choć jeszcze wtedy właściwie nie do końca wiedziałem, co to za jeden ten Hitler. Was wir Juden achon alles mitgemacht haben![17], mówił pan nauczyciel i miałem wrażenie, że kieruje to nie do mnie, tylko do kogoś na górze, w niebie.
Kiedy wychodziłem od niego z domu, na tablicy gminy żydowskiej w bramie wisiały listy Żydów, którzy występowali z kościoła żydowskiego.
Potem jakiś anonim napisał artykuł w "Aryjskiej Walce", że pewien dyrektor banku w K. do tej pory posyła swojego syna na lekcje języka niemieckiego do Żyda Adolfa Katza, kantora żydowskiej synagogi. Ojciec się strasznie złościł, ale jednak położył uszy po sobie i musiałem przestać chodzić na lekcje. A od tego donosu zaczął się upadek ojca. Uznano go za obrońcę Żydów i miał różne kłopoty. Wciąż się na to złościł i przeklinał, aż któregoś dnia o północy załomotali u nas do drzwi i zabrali ojca tak nagle, że nawet nie miał czasu porządnie się ubrać. Tatuś trafił do Bergen-Belsen i kiedykolwiek o nim pomyślę, zawsze go widzę w tym za małym, szarym meloniku, jak się denerwuje i daje mi klapsa, albo całego wypomadowanego w koszuli w paski, jak idzie z dziadkiem w kapeluszu myśliwskim na wprost zachodzącego słońca. Bóg wie, jaki był jego koniec i czy wciąż się irytował. Pewnie tak, bo taką już miał naturę. W każdym razie wszelki słuch po nim zaginął i już nigdy o nim niczego się nie dowiedzieliśmy.
Kiedyś, mniej więcej trzy tygodnie po tym artykule, ni stąd, ni zowąd przyszedł do nas z wizytą pan nauczyciel Katz. Był w czarnym płaszczu z wytłuszczonym aksamitnym kołnierzem, zadzwonił i stanął w holu, a potem wszedł do środka, usiadł w tym płaszczu przy stole w pokoju i delikatnie, uprzejmie się uśmiechał. Was ist mit dir, Daniel?[18], spytał mnie. Ich dachte, du warst krank![19]. Zaczerwieniłem się i wyjąkałem: Ich... ich darf nicht mehr zu Ihnen kommen... Du darfst nicht[20], zdziwił się pan nauczyciel. Warum?... Ich...[21] - zacząłem, ale w tym momencie przerwał mi ojciec, który czerwony jak burak kazał mi wyjść z pokoju. Potem z panem nauczycielem długo o czymś w środku rozmawiali, kiedy zaś skończyli, pan nauczyciel wyszedł z pokoju, a ojciec za nim. Pan nauczyciel miał schyloną głowę, a cienki żydowski nos wyraźnie wyłaniał się z jego twarzy. Podał mi rękę i powiedział: Also, auf wiedersehen, Daniel! Auf wiedersehen, Herr Lehrer[22], odpowiedziałem, a gdy za nim i jego czarnym paltem zamknęły się drzwi, zacząłem płakać. Ojcu też spłynęła łza po policzku, ale zaraz się zachmurzył i skrzyczał moją młodszą siostrę Haničkę za to, że nie ćwiczy na pianinie.
Potem długo nie widziałem pana nauczyciela Katza, a za jakiś czas kazali wszystkim Żydom nosić gwiazdy. Raz na rogu rynku spotkałem pana Vladykę, dysponenta z naszego banku, który potem awansował na dyrektora, jak mojego ojca zamknęli w obozie koncentracyjnym, a wtedy pełnił funkcję Treuhändera w kamienicach czynszowych pana Ohrenzuga. Zatrzymał mnie i o coś spytał. Na rynku była też trafika, z której nagle wyszedł pan nauczyciel Katz z widokówką w ręku i żółtą gwiazdą na czarnym palcie. Kiedy mnie zobaczył, twarz pojaśniała mu w uśmiechu i pewnie zapomniał o żółtej gwieździe czy o innych kłopotach, bo odezwał się radośnie: Guten Tag, Daniel! Wie geht est dir? Ich habe dich schon lange nicht gesehen![23]. Byłem trochę zmieszany, ale też się ucieszyłem, że go widzę i że wciąż wygląda tak samo. Guten Tag, Herr Lehrer. Und wie geht es Ihnen?[24], odparłem i podałem mu rękę. W tym momencie usłyszałem obok siebie głośny szelest, a kiedy się odwróciłem, zobaczyłem pana Vladykę, który ruszył pędem przez rynek, że aż głośno powiewały za nim poły pikowanego trencza. A ja poczułem na niego straszną wściekłość, więc odwróciłem się do pana nauczyciela Katza i zapytałem, czy idzie do domu i czy mogę go odprowadzić, a potem na przekór wszystkim szedłem z nim przez cały rynek. On zapomniał o całym świecie i jakby nigdy nic się nie zdarzyło, rozmawialiśmy o Hitlerze, o wojnie, o cukrzycy, a potem o małej Hannerle, która skończyła trzy lata i ponoć już doskonale potrafiła mówić.
Widziało nas masę ludzi i możliwe, że ojciec dostał gdzieś za to krechę, mnie jednak było wszystko jedno, bo lubiłem pana nauczyciela Katza.
Wkrótce wprowadzili kontrolę niektórych lekarstw i zabronili je sprzedawać Żydom. Wśród nich znalazła się insulina. Byłem akurat w aptece i rozmawiałem z Vláďą Noskiem, który się tam uczył na aptekarza, kiedy przyszedł pan nauczyciel Katz. Nie wiedział o tym, że Żydom insuliny nie wolno sprzedawać. Słyszałem, jak mówi dzień dobry, i dostrzegłem, jak w swoim czarnym palcie z aksamitnym kołnierzem znika za buteleczkami i retortami, za którymi staliśmy z Vláďą Noskiem w laboratorium apteki. Widziałem też pana aptekarza Hessa, jak wytrzeszczył oczy na pana nauczyciela, zakasłał i spytał:
- Insulina?
- Tak - odparł pan nauczyciel. - Jak zwykle.
Pan aptekarz chciał coś odpowiedzieć, ale było to z całą pewnością coś innego, niż ostatecznie powiedział: że w tym tygodniu nie przyszła jeszcze dostawa.
- A kiedy przyjdzie? - przestraszył się pan nauczyciel, pan aptekarz natomiast poczerwieniał tak bardzo, że niemal zrobił się brunatny jak mój ojciec podczas ostatniej wizyty pana nauczyciela, w końcu zaś wyjąkał:
- Proszę zaczekać. - I wyciągnął spod lady pudełeczko, mówiąc, że ma taki żelazny zapas dla szpitala, więc mu teraz da, a potem sobie odbierze z dostawy. Pan nauczyciel Katz mu podziękował i wyszedł, a pan aptekarz, wciąż jeszcze czerwony, wpadł do nas i kazał Vláďi zapisać ten lek na insulinową kartę jakiejś pani. Kazał mu też zawsze dawać insulinę panu Katzowi, ale ostrożnie, gdyby w aptece byli jacyś ludzie, żeby nikt nie widział.
Któregoś dnia spędzili wszystkich Żydów z miasta do transportu. Działo się to bardzo rano. Ja też wstałem, bo przez całą noc myślałem o panu nauczycielu Katzu, i poszedłem na dworzec. Był zimny, wilgotny i nieprzyjemny jesienny dzień. Pod dworcem stał długi szereg Żydów z walizkami i tobołkami. Schowałem się za rogiem hotelu Hv?zda, bo nie chciałem, żeby mnie widzieli. Pilnował ich jakiś niemiecki żołnierz. Szukałem w tym długim szeregu pana nauczyciela Katza. Poznałem tam braci Löblów, pana doktora Strassa, Sarę Abeles z malutkim dzieckiem na ręku, Leo Felda, pana Lewitha, Itzika Kohna i nagle dostrzegłem pana nauczyciela Katza w czarnym palcie, a obok niego grubą panią Katz i Ruth w zielonym palcie. Obok niej stał wysoki i brzydki pan Isidor Kafka, jej mąż, a ona trzymała za rękę małą dziewczynkę o śniadej twarzy, w zabrudzonych pończoszkach na nogach. To była Hannerle. Właściwie zobaczyłem ją wtedy po raz pierwszy.
Potem żołnierz coś krzyknął, szereg ruszył naprzód, a ja widziałem jeszcze, jak pan nauczyciel Katz podnosi z ziemi przewiązaną sznurkiem paczkę i jak w otoczeniu pozostałych idzie w stronę dworca.
1957
Przełożył Andrzej S. Jagodziński