Kiedy usłyszałam gwałtowne pukanie do drzwi, jęknęłam i naciągnęłam kołdrę na głowę. Do nocy wkuwałam równania na fizykę i w rezultacie spałam może ze cztery godziny. Na samą myśl o porzuceniu łóżka miałam ochotę płakać.
Znowu pukanie.
- Jest za wcześnie - rzuciłam głosem stłumionym przez kołdrę. - Odejdź.
- Pasho - powiedziała moja mama. "Wstawaj".
- Nemikham! - zawołałam. "Nie chcę".
- Pasho.
- Chyba nie mogę iść dzisiaj do szkoły. Myślę, że mam gruźlicę.
Usłyszałam szuranie drzwi o dywan i instynktownie zwinęłam się w kłębek, jak łodzik w muszli. Wydałam żałosny dźwięk, czekając, aż wydarzy się nieuniknione: mama wyciągnie mnie z łóżka albo przynajmniej zerwie ze mnie kołdrę.
Zamiast tego na mnie usiadła.
Prawie krzyknęłam pod niespodziewanym ciężarem. To ból nie z tej ziemi, kiedy ktoś siada na nas zwiniętych w pozycji embrionalnej. Jakimś cudem moje poskładane kości były bardziej podatne na uszkodzenia. Pokręciłam się i krzyknęłam, żeby ze mnie zeszła, a ona tylko się zaśmiała i uszczypnęła mnie w nogę.
Pisnęłam.
- Goftam pasho. - "Powiedziałam: wstawaj".
- Jak mam wstać? - zapytałam, odsłaniając twarz. - Połamałaś mi wszystkie kości.
- Hmm? - Uniosła brwi. - Tak do mnie mówisz? Twoja matka - mówiła to wszystko po persku - jest tak ciężka, że połamała ci wszystkie kości? Tak mówisz?
- Tak.
Otworzyła usta i wybałuszyła oczy.
- Ay, bacheyeh bad. - "Och, ty złe dziecko". Lekko podskoczyła i jeszcze mocniej przygniotła mi uda.
Wydałam zduszony okrzyk.
- Dobrze, dobrze, już wstaję, Boże...
- Maman? Jesteś tam?
Na dźwięk głosu mojej siostry mama się podniosła. Poderwała kołdrę i zawołała:
- Tutaj! - A potem dodała, mrużąc oczy: - Pasho.
- Pasho, pasho, już pasho - burknęłam.
Wstałam i z przyzwyczajenia zerknęłam na budzik, który zdążyłam już wyciszyć jakieś pięć razy. Gdy zobaczyłam godzinę, prawie dostałam zawału.
- Spóźnię się!
- Man keh behet goftam - stwierdziła mama, wzruszają ramionami. "Mówiłam ci".
- Nic mi nie mówiłaś. - Obróciłam się. - Nie powiedziałaś, która jest godzina.
- Powiedziałam. Może ogłuchłaś przez gruźlicę.
- Wow. - Pokręciłam głową i wyminęłam mamę. - Przezabawne.
- Wiem, wiem, jestem przeezabaawna - oznajmiła z teatralnym gestem, a potem przerzuciła się z powrotem na perski: - A w ogóle to nie mogę cię dziś zawieźć do szkoły, mam dentystę. Shayda cię zabierze.
- Nie zabiorę! - zawołała moja siostra. Jej głos wybrzmiewał głośniej, w miarę jak się zbliżała. Wetknęła głowę do mojego pokoju. - Muszę już wychodzić, a Shadi nawet nie jest ubrana.
- Nie, zaczekaj... - Zaczęłam się miotać. - Mogę się ubrać w pięć minut...
- Nie, nie możesz.
- Mogę! - Już byłam w naszej wspólnej łazience po drugiej stronie korytarza i jak poparzona wyciskałam pastę na szczoteczkę. - Poczekaj, dobrze, tylko...
- Nie ma mowy. Nie spóźnię się przez ciebie.
- Shayda, o co ci...
- Możesz iść.
- To mi zajmie czterdzieści pięć minut!
- Więc poproś Mehdiego.
- Mehdi jeszcze śpi!
- Ktoś mnie wołał?
Usłyszałam, jak mój brat wchodzi po schodach. Mówił trochę mniej wyraźnie niż zwykle, jakby właśnie jadł. Moje serce nagle podskoczyło.
Wyplułam pastę do zlewu i wybiegłam na korytarz.
- Potrzebuję podwózki do szkoły - pisnęłam, wciąż ściskając w ręku szczoteczkę. - Zawieziesz mnie?
- Nieważne, nagle ogłuchłem. - Poczłapał z powrotem na dół.
- Boże, co jest nie tak z tą rodziną?
Z dołu zagrzmiał głos taty:
- Man raftam! Khodafez! - "Wychodzę! Cześć!".
- Khodafez! - zawołaliśmy we czwórkę jednym głosem.
Przednie drzwi się zatrzasnęły, a ja dopadłam poręczy i zobaczyłam Mehdiego na półpiętrze.
- Proszę, zaczekaj...
Spojrzał na mnie i posłał mi swój popisowy powalający uśmiech, który już złamał kilka serc. Jego orzechowe oczy migotały w porannym świetle.
- Wybacz - mruknął - mam plany.
- Jak możesz mieć plany o siódmej trzydzieści rano?
- Wybacz - powtórzył i zniknął z pola widzenia. - Pracowity dzień.
Mama poklepała mnie po ramieniu.
- Mikhasti zoodtar pashi. - "Trzeba było wstać wcześniej".
- Słuszna uwaga - oceniła Shayda i zarzuciła plecak na ramię. - Na razie.
- Nie! - Pobiegłam z powrotem do łazienki, przepłukałam usta i ochlapałam twarz wodą. - Jestem prawie gotowa! Jeszcze dwie minuty!
- Shadi, nawet nie masz na sobie spodni.
- Co? - Popatrzyłam w dół. Byłam ubrana w oversizową koszulkę. Żadnych spodni. - Zaczekaj, Shayda...
Ale ona już schodziła po schodach.
- Manam bayad beram - powiedziała mama. "Ja też muszę iść". Spojrzała na mnie współczująco. - Odbiorę cię, dobrze?
Przyjęłam to do wiadomości z roztargnionym skinieniem i popędziłam do pokoju. Z zawrotną prędkością przebrałam się w dżinsy i top termiczny, niemal runęłam, sięgając po skarpetki, gumkę do włosów, hidżab i na wpół zapięty plecak. Pomknęłam na dół jak szalona, wołając Shaydę.
- Zaczekaj! Jestem gotowa! Trzydzieści sekund!
Podskakiwałam na jednej nodze, zakładając skarpetki, a potem wsunęłam buty. Związałam włosy i narzuciłam hidżab w stylu Jackie O - albo po prostu w stylu wielu Persjanek - i wypadłam z domu. Shayda stała na chodniku i otwierała samochód, moja mama wsiadała do minivana zaparkowanego na podjeździe. Pomachałam do niej i bez tchu krzyknęłam:
- Zdążyłam!
Mama uśmiechnęła się i uniosła kciuk, a ja bezzwłocznie odwzajemniłam oba gesty. Następnie skierowałam blask mojego uśmiechu na Shaydę, która tylko przewróciła oczami i z ciężkim westchnieniem pozwoliła mi wsiąść do swojej wiekowej toyoty camry.
Szalałam z radości.
Jeszcze raz pomachałam do mamy - która właśnie odpalała silnik - a następnie umieściłam mój nieporęczny plecak na tylnym siedzeniu auta Shaydy. Siostra jeszcze zapinała pasy, rozkładała rzeczy, stawiała kubek z kawą na miejscu i tak dalej, więc oparłam się o drzwi pasażera i wykorzystałam ten moment, żeby złapać oddech i nacieszyć się zwycięstwem.
Zbyt późno zdałam sobie sprawę, że zamarzam.
Była końcówka września, początek jesieni, a ja jeszcze nie przyzwyczaiłam się do nowej pory roku. Pogoda ciągle zmieniała zdanie, w niektóre dni nękała gorącem, w inne ziąbem, więc nie wiedziałam, czy warto ryzykować wściekłość Shaydy, żeby pobiec na górę i wziąć kurtkę.
Siostra jakby czytała mi w myślach.
- Hej - warknęła z samochodu. - Nawet o tym nie myśl. Jeśli wrócisz do domu, pojadę bez ciebie.
Mama też czytała mi w myślach - nagle wcisnęła hamulec i opuściła szybę.
- Bea! - zawołała. "Tutaj". - Łap.
Wyciągnęłam ręce, a ona rzuciła mi zwiniętą w kulkę bluzę. Złapałam ją i oceniłam: standardowa czarna bluza zakładana przez głowę. Jedyne, co ją wyróżniało, to jaskrawe niebieskie sznurki.
- Czyje to? - spytałam.
Mama wzruszyła ramionami.
- Pewnie Mehdiego - odparła po persku. - Leżała w aucie od dawna.
- Od dawna? - Zmarszczyłam brwi. - Czyli od kiedy?
Znów wzruszyła ramionami i założyła okulary przeciwsłoneczne.
Podejrzliwie powąchałam bluzę, ale widocznie nie została porzucona w aucie aż tak dawno temu, bo nadal pachniała ładnie. Czymś, co przypominało wodę kolońską. Czymś, co znajomo pobudziło moją skórę.
Zmarszczyłam brwi jeszcze bardziej.
Naciągnęłam bluzę przez głowę i popatrzyłam, jak samochód mamy odjeżdża. Bluza była miękka, ciepła i przyjemnie za duża, ale tak blisko skóry ten nikły, ładny zapach nagle mnie przytłoczył. Mój umysł zaczął pracować na najwyższych obrotach, zbyt intensywnie szukając odpowiedzi na proste pytanie.
Shayda zatrąbiła. Prawie dostałam zawału.
- Wsiadaj w tej chwili - krzyknęła - albo cię rozjadę!