Rozdział I
Mały stateczek żeglugi przybrzeżnej ominął kilka zakotwiczonych na
rozległej redzie Clyde frachtowców i teraz dziób jego mierzył wprost w ledwo majaczącą w mroku sylwetę dużego statku. Stłoczeni na pokładzie
marynarze rozpoznali bez trudu: "pasażer".
-?Patrzcie, panowie! Pójdziemy przez ten Atlantyk z fasonem, jak
przedwojenni klienci "Orbisu"!
Kilku parsknęło śmiechem: dobry żart. Toć za taką wycieczkę trzeba by
zapłacić ciężkie pieniądze, a oni -?za darmo. Na koszt króla Jerzego.
Taki statek zresztą to dobry początek.
Jedynie mat zawodowy Czesław Kędziora nie podzielał ogólnej wesołości:
-?Dobry początek? Ale dzień, psiakrew, feralny...
Zakrzyczeli go:
-?Nie kracz! Stary chłop, a przesądny jak wiejska baba. Zresztą odpukaj
sobie i nie strasz!
Rzeczywiście: zbliżał się wieczór 13 września 1941 roku, a oni od rana
byli w podróży. Najpierw z Dundee do Greenock, w poprzek przez Szkocję,
ze wschodu na zachód. Niby niedaleko, bo Wyspa w tym miejscu wąska, ale
w wielkiej bazie Royal Navy w Greenock stanęli dopiero późnym
popołudniem. A zanim doczekali się na ten stateczek...
O tym zaś, że nastąpią jakieś zmiany, wiedzieli tam, w Dundee, już od
kilku tygodni. Ale jakie, tego nikt nawet się nie domyślał. Ich okręt,
ORP "Wilk" (na którym większość z nich przyszła do Anglii, z Polski)
sterał się w patrolach tak doszczętnie, że prawie nie schodził z doku.
Ostatni remont ciągnął się od dwóch miesięcy i było już wiadome, że po
zakończeniu "Wilk" zostanie okrętem ćwiczebnym. Tymczasem zaś załoga
okrętu rozrosła się. Przybyli młodzi marynarze po kursach Szkoły
Specjalistów Morskich, zorganizowanej w Devonport na pokładzie ORP
"Gdynia", a potem przeniesionej na ląd, do obozu szkolnego ORP "Bałtyk"
w Bickleigh; przybyli młodzi oficerowie po pierwszej na obczyźnie
promocji Szkoły Podchorążych Marynarki Wojennej. Ośmiu oficerów i 92
podoficerów oraz marynarzy -?tylu ludzi tkwiło w połowie sierpnia 1941
roku na pokładzie remontowanego okrętu i w bazie. Raczej bezczynnie.
Owszem, wielu nie narzekało. Wszyscy zresztą zdążyli się już zadomowić w uroczym Dundee. "Wilk" bazował tu od dłuższego czasu i polscy marynarze
cieszyli się wielką sympatią mieszkańców tego szkockiego, bardzo
katolickiego miasta. Szczególny zaś mir mieli -?co oczywiste -?u płci
pięknej. Ogromnie podobało się tutaj raczej nieznane całowanie rączek,
szarmanckie maniery, szeroki gest. W kilku przypadkach skończyło się to
małżeństwem...
Ale była przecież wojna. Drugi polski okręt podwodny, ORP "Sokół" -
przekazany polskiej Marynarce Wojennej przez Admiralicję Brytyjską 19
stycznia 1941 roku -?chodził już od kilku miesięcy na patrole z bazy w Portsmouth. Obsadzono go również w części oficerami i marynarzami z "Wilka". Ci przyjeżdżali czasem na krótkie urlopy do Dundee. Opowiadali
o blokadzie Brestu, w której "Sokół" brał udział, o patrolach w Zatoce
Biskajskiej, o swoim nowym okręcie. Starsi podwodnicy zazdrościli, ale
nawet ci, którym specjalnie nie ciążyła przymusowa bezczynność w dokach
Dundee, rozumieli, że musi przyjść jakaś odmiana. Szybko, bo przecież i w Royal Navy brak załóg. Na ćwiczebnym "Wilku" pozostanie tylu ludzi,
ilu trzeba, a reszta...
Nowy okręt. Wieści o nim chodziły już od dawna. Były pogłoski, że
wszyscy zejdą ze zmordowanego "Wilka" i obsadzą trzy małe, nowe okręty
podwodne. Ale nadzieje te rozwiały się. I dopiero pod koniec sierpnia
zaczęło się coś dziać.
Najpierw "poczta pantoflowa" doniosła, że zastępca dowódcy "Wilka",
kapitan Jerzy Koziołkowski, podzielił już załogę, sporządzając specjalną
listę -?na okręcie podwodnym nic się nie ukryje. Dokonał tego pod
nieobecność dowódcy okrętu, komandora porucznika Brunona Jabłońskiego,
którego wezwano akurat do Londynu, do Kierownictwa Marynarki Wojennej.
Nie ulegało wątpliwości: będzie nowy okręt! Starsi podoficerowie i marynarze na próżno jednak dociekali, kto znalazł się na tej nowej
liście, bo rzecz wciąż owiana była tajemnicą. Pogłębiło ją jeszcze
pojawienie się w Dundee zastępcy dowódcy ORP "Sokół", kapitana Bolesława
Romanowskiego...
Ale też wtedy sprawa wyjaśniła się szybko -?jest nowy okręt! Dowódcą
jego będzie właśnie kapitan Romanowski, a z ogłoszonej wreszcie listy
załogi wynikało jasno, że wybrano samych najlepszych, 38 podoficerów i marynarzy.
Był tylko jeden szkopuł. Otóż po ten okręt trzeba było pójść aż do
Stanów Zjednoczonych! Na drugą stronę Atlantyku. Owianego już bardzo
ponurą sławą -?z racji dziesiątkowanych bezlitośnie przez U-booty
konwojów, a ponadto bardzo burzliwego o tej porze roku.
Stąd i dni poprzedzające wyjazd były nerwowe. Jedni mieli za złe
Brytyjczykom, że nie chcą dać okrętu budowanego na miejscu, we własnych
stoczniach, inni cieszyli się -?wreszcie Ameryka to potęga, więc i amerykański okręt będzie na pewno najwyższej klasy! I bardzo zdziwiliby
się ci pierwsi, gdyby poznali tajemnice Admiralicji Brytyjskiej: Anglia
po prostu nie miała jeszcze w tym czasie odpowiedniej liczby okrętów
podwodnych. Nawet dla własnych załóg. Straciła ich bowiem w tym
pierwszym okresie wojny tak wiele, że przemysł stoczniowy dochodzący
dopiero do "pełnej mocy" nie był w stanie tych braków uzupełnić. Dlatego
właśnie i sami Anglicy bardzo liczyli na pomoc USA, na dostawy wszelkich
okrętów, także podwodnych. Jak bardzo zaś była im potrzebna ta pomoc,
świadczy najlepiej fakt, że przyjęli 50 amerykańskich bardzo stareńkich
i wysłużonych kontrtorpedowców. Załogi z miejsca nazwały je (z racji
obfitego dymienia) "fabrykami dżemu", ale w służbie konwojowej liczył
się każdy okręt.
Wszelkie domysły i rozważania uciął wreszcie ostateczny rozkaz: "Wyjazd
jutro, 13 września!" Cały dobytek osobisty był już spakowany, pożegnanie
krótkie. Każdy przeżywał je zresztą na swój sposób, ale w końcu górę
wzięła zwykła, nie tylko dla ludzi morza, ciekawość. Jakże to będzie? Co
spotka mnie tam, po drugiej stronie "wielkiej wody"?
Z takimi właśnie odczuciami wspinali się na pokład owego "pasażera",
kiedy ich stateczek dobił już do jego wysokiej, pokrytej łatami
wojennego kamuflażu burty. Na osłoniętej redzie Clyde fala była
niewielka, więc zaokrętowanie odbyło się bez trudności, choć statek był
starannie zaciemniony.
Dopiero we wnętrzu mogli w pełni ocenić, że trafili rzeczywiście na
"linera1" dobrej klasy. Na grupę Polaków czekali już smagli
Hindusi ze służby intendenckiej. Podoficerowie i marynarze powędrowali
po chwili za jednym z nich w głąb statku, oficerów zaś poprowadzono do
kabin, niosąc za nimi bagaże...
W cieple wygodnej, ze smakiem urządzonej kabiny poczuł wreszcie kapitan
Bolesław Romanowski, jak bardzo jest zmęczony. Napięcie wielu ostatnich
dni, wypełnionych bezustanną bieganiną i załatwianiem dziesiątków
różnorodnych spraw, dało teraz o sobie znać: zapadł w głęboki fotel.
Kiedy się zbudził, wskazówki zegara dawno minęły północ, a statek był w ruchu.
Następny dzień zaczął się od naturalnych w takiej sytuacji "odkryć".
Statek nosił nazwę s/s "Cathay" i należał do znanej spółki żeglugowej
"P&O Line". Stosownie do nowej roli został też uzbrojony. O ile
jednak wmontowane w pokład armaty przypominały wypożyczone z muzeum
zabytki, to rozstawiona licznie na spardekach broń przeciwlotnicza była
w dobrym gatunku i skuteczna we wprawnych rękach. Załogę pokładową i hotelową -?z wyjątkiem obsady oficerskiej -?stanowili Hindusi. Obowiązki
swe spełniali z tak nienaganną elegancją i sumiennością, jakby nie było
wojny, a "Cathay" woził nadal w swym luksusowym wnętrzu bogatych
handlowców i rozkapryszonych turystów.
O tym, że wojna jednak trwa, przypomniał kapitanowi Romanowskiemu widok,
jaki tego ranka roztaczał się z pokładu. S/s "Cathay" szedł w konwoju
złożonym z ośmiu dużych statków transportowych. Wokół uganiały się
cztery spore i nowoczesne niszczyciele, a eskortę uzupełniały krążownik
i lotniskowiec idące w pewnym oddaleniu. Prędkość całej tej armady
oceniał kapitan Romanowski na jakieś 15 węzłów. Był to więc konwój
specjalny i szybki, czemu zresztą sprzyjał niespodziewanie łagodny stan
morza.
Resztę dnia wypełniły bezustanne alarmy. Oczywiście ćwiczebne. Najpierw
ogłoszono alarm szalupowy i powtórzono go kilka razy, aby każdy
zapamiętał drogę do przeznaczonej dla niego łodzi lub tratwy. Potem były
alarmy bojowe i przeciwawaryjne, pożarowe i wodne. Kilkakrotnie
przypominano też przez rozgłośnię okrętową, że na noc nie wolno się
rozbierać i trzeba koniecznie mieć tuż pod ręką pas ratunkowy. Nie było
potrzeby dodawać, że na drodze czają się U-booty.
Przy okazji tych alarmów okazało się, że s/s "Cathay" wyładowany jest
wojskiem od stępki aż po najwyższe pokłady spacerowe. Było tam kilkuset
młodych i hałaśliwych lotników RAF, udających się do specjalnych obozów
szkoleniowych i treningowych w Kanadzie; był też duży oddział
brytyjskiej piechoty z pełnym, bojowym wyposażeniem. Od jego dowódcy,
sprężystego pułkownika z nieodłączną trzcinką pod pachą, kapitan
Romanowski dowiedział się później, że ów "skok przez Atlantyk" jest dla
niego i jego żołnierzy zaledwie częścią drogi, bo czeka ich jeszcze
podróż wokół kontynentu amerykańskiego i przeprawa przez Pacyfik! Taką
okrężną drogą mają dotrzeć do Birmy, aby wzmocnić tamtejszą Brytyjską
Armię Birmańską generała Huttona. Pułkownik dodał też w zaufaniu, że
armia ta składa się zaledwie z jednej dywizji, a zachodzi obawa, że
tamtędy właśnie mogą uderzyć Japończycy na Półwysep Malajski. Skoro już
przystąpili do Osi łączącej dotąd tylko Berlin i Rzym...
Wśród tego ogromnego tłumu pasażerów znalazła się również grupa
marynarzy angielskich pod dowództwem lieutenanta Heslopa. Okazało się,
że są także podwodnikami i że udają się do Stanów dokładnie w to samo
miejsce i w tym samym celu co Polacy: po odbiór okrętu. Początkowa
radość z tego odkrycia szybko jednak zgasła, kiedy kapitan Romanowski
spostrzegł, iż lieutenant Heslop -?mimo młodego wieku -?jest po prostu
typowym produktem brytyjskiej "szkoły imperialnej": nadętym
zarozumialcem. Zdarzyło mu się już spotykać podobne typy, choć wśród
podwodników były one raczej rzadkością. Nawet świeżo przydzielony im na
tę podróż oficer łącznikowy, sublieutenant z RNVR2, Roger Burney,
dał się poznać jako człowiek uczynny i sympatyczny. Obaj angielscy
specjaliści z jego ekipy, sygnalista John Daly i radiotelegrafista
Martin Dowd, byli także ludźmi solidnymi i bardzo zdyscyplinowanymi
podoficerami.
W takich więc warunkach i w takim towarzystwie miała im upłynąć ta
ledwie rozpoczęta podróż. Jak długo będzie trwała? Nikt nie mówił tego
głośno, ale każdy wiedział, że o tym zadecyduje szalejący zwykle
jesienią Atlantyk i U-booty.
Kapitan Bolesław Romanowski również zdawał sobie z tego sprawę. Miał
jednak pod swoją komendą ludzi i czuł się za nich odpowiedzialny. Jako
dowódca -?po raz pierwszy zresztą samodzielny dowódca okrętu -?i jako
"współpasażer". Na swojej jednostce wiedziałby, jak zorganizować służbę
i życie. Ale jej jeszcze nie było. Mimo to musiał zająć czymś ludzi, aby
czas płynął im szybciej i by mieli go mniej na myślenie o niemieckich
U-bootach.
O jedynych możliwych do podjęcia w tych warunkach decyzjach zaraz
powiadomił swoich oficerów. Zaczął od zastępcy.
-?Andy, niech pan zaproponuje szefom tego statku, że nasi ludzi obsadzą
tu różne stanowiska. Artylerzyści pójdą do dział, sygnaliści na wachty
obserwacyjne. Nie powinni chyba odmówić. To samo trzeba załatwić
elektrykom i mechanikom.
"Andy" -?jak nazywano porucznika Józefa Anczykowskiego -?dopiero wczuwał
się w świeżo objętą rolę zastępcy dowódcy okrętu.
-?Tak jest! Zaraz skoczę do kapitana i "chiefa"...
-?Do chiefa może zajrzeć pan, poruczniku Rydzewski! -?wtrącił dowódca. -
To przecież pańska branża.
Oficer-mechanik, porucznik Franciszek Rydzewski, skinął w milczeniu
głową. Już przed kilkoma dniami, w chwili przybycia do Dundee,
spostrzegł, że ten "klan podwodników" traktuje go prawie jak intruza. To
prawda, że nigdy nie pływał na okrętach podwodnych, ale też nie jego
wina, że Kierownictwo Marynarki Wojennej właśnie jemu powierzyło
obowiązek technicznego odbioru amerykańskiego okrętu, mianując go na ten
czas "pierwszym mechanikiem".
-?A co pan zaproponuje, Dyziu?
Najstarszy z trójki "jednopaskowych" podporuczników, Andrzej Guzowski,
nie namyślał się długo:
-?Ja bym dla wolnych od wacht i całej reszty zrobił zajęcia z Regulaminu
Służby Okrętowej...
-?Zgoda! -?parsknął śmiechem dowódca. -?Pański projekt, to i pana będą
przeklinać. Ale przyda się. Strasznie się ludziska rozpuścili w tym
Dundee!
Zasadnicza różnica między "jednopaskowymi" polegała na tym, że Guzowski
przybył do Anglii już jako bosman podchorąży najstarszego, trzeciego
rocznika SPMW w Bydgoszczy i zdążył tuż przed wojennym mianowaniem do
pierwszego stopnia oficerskiego odbyć kilkumiesięczną praktykę na
"Sokole". Tam przylgnął doń przydomek "Dyzio". Olszewski zaś i Grocholski znaleźli się wśród tych, którzy w maju 1939 roku wyszli na
ORP "Iskra" w ćwiczebny rejs, a potem przez Casablankę i Francję dotarli
do Anglii, aby tam, w reaktywowanej na ORP "Gdynia" SPMW, dokończyć
nauki. Ich stopnie oficerskie były najświeższej daty -?od tej pierwszej
promocji mijał dopiero jedenasty dzień -?i dlatego nie kwapili się z propozycjami. Wreszcie nie wytrzymał Grocholski:
-?A może by tak chór?
Kapitan Romanowski wyraźnie się ucieszył:
-?Dobra, rób pan chór! Niech śpiewają, tańczą, chodzą na rękach. Byle
mieli jakieś zajęcie...
Wieczorem tego dnia kapitan Romanowski wybrał się do swej załogi. Z obowiązku, ale i starym zwyczajem. Bardzo lubił, będąc jeszcze
"torpedowym" na "Żbiku" lub "Wilku", przesiadywać w wolnych chwilach w ciasnym, dziobowym pomieszczeniu torpedominerów, przy kubku gorącej kawy
i swobodnych pogwarkach. Tym razem jednak, aby odnaleźć swoich, musiał
skorzystać z usług stewarda w malowniczym turbanie. Wewnętrzne pokłady,
gdzie rozebrano ściany kabin, aby uzyskać większe pomieszczenia,
przypominały bowiem istne mrowisko.
Już urządzili się jakoś w wyznaczonym sektorze i zaraz zrobili dowódcy
miejsce przy stole. Zasiadła tam okrętowa starszyzna. Młodzi otoczyli
ich ciasnym wianuszkiem, ale rozmowa jakoś kulała. Na pytania o warunki
życia, wyżywienie i samopoczucie odpowiadali zdawkowo i Romanowski,
przyglądając się tak dobrze przecież znanym twarzom, spostrzegł, że coś
ich gnębi. Miał już o to zapytać, gdy jeden z bosmanów wypalił:
-?A bo to dzisiaj, panie kapitanie, rocznica. Druga. Akurat równo dwa
lata temu, bo właśnie nocą z czternastego na piętnastego września
przebijaliśmy się na "Wilku" przez Sundy...
Romanowski ledwie zdołał ukryć zmieszanie. Zapomniał. Po prostu. W całym
galimatiasie ostatnich tygodni i dni nie przyszło mu nawet na myśl, że
data 13 września może się wiązać z czymś innym jeszcze, niż terminem
zaokrętowania przy ujściu Clyde.
Dwa lata! Popatrzył wokół. Oto stary sygnalista, bosman Jan Budka. Tam,
w Sundach, jeszcze mat. To on stał wtedy na pomoście i on pierwszy
wypatrzył światła nadchodzących kontrkursem niemieckich okrętów. Było to
w najwęższym miejscu, na Flint Rinne, i tamte dwa niszczyciele niemal
otarły się o prawą burtę "Wilka"...
Kto był wtedy przy dziale? Aha, mat Tyszka. Nie ma go tutaj. Jest za to
mat Buszman. To on obsadzał enkaem i po nim przejechał snop światła
niemieckiego reflektora. Myśleli wtedy, że to już koniec.
A byli na to przygotowani, i okręt był przygotowany do zniszczenia. Kto
miał odpalić torpedy i lonty? Właśnie, starszy bosman Mieczysław Czub.
To on przypomniał o rocznicy. Dokładny jak zawsze. Spokojny, opanowany.
Świetny torpedysta. Romanowski niejednego się od niego nauczył. Nic
dziwnego -?człek o całe trzy lata starszy. Miał kiedy opanować swój
fach. Gdy przyszedł na ochotnika do marynarki z rodzinnego Tarnowa, miał
niespełna 18 lat.
Obok Czuba mat zawodowy Czesław Kędziora, rodem z głębi Rosji, aż z Wołogodzka. Mechanik. Tam, w Sundach, tylko kilku ich zostało we wnętrzu
okrętu do obsługi "diesli". Kto jeszcze? O, właśnie! Teraz już bosman, a wtedy bosmat Józef Ziajka, mocarz o nadludzkiej wprost sile! W jego
dłoniach skręcają się stalowe, kute klucze do zaworów, kiedy na chwilę
się "zapomni". Niewiele zresztą ustępuje mu siłą starszy marynarz
Stanisław Ambroszczak...
-?A pamięta pan, panie kapitanie, jak stawialiśmy miny pod Helem?
To bosman Kazimierz Karnowski, wtedy mat i drenażysta w obsadzie
torpedowej "Wilka", a teraz -?w załodze nowego okrętu -?kierownik
maszyn. Ba, jakże nie pamiętać?! Toż natyrali się wówczas setnie.
Wszyscy. Czub, Karnowski, mat Ring i marynarz Faksi, nie wyłączając
samego porucznika Romanowskiego. Poszło trzydzieści sztuk, a w dodatku
ostatnie dziesięć trzeba było przesuwać po torach ręcznie...
-?A pamięta pan, jak okładali nas bombami, a my leżeliśmy na dnie? Na
dziewięćdziesięciu pięciu metrach...
-?A jak rano pierwszego dnia wojny grzałem z enkaemu do tych szwabskich
samolotów nad Oksywiem, co to miały być nasze?
Wspomnienia powracają falą, choć to już dwa lata. I mocne, jeśli
przetrwały.
Kapitan Bolesław Romanowski dał się już im ponieść. Sam przypomina różne
zdarzenia. Oceniają je wspólnie, spierają się o szczegóły. Wszystko to
przecież przeżywali razem, tuż obok siebie. Że zaś przeżyli,
zawdzięczają sobie nawzajem. Temu właśnie, że jeden mógł na drugim
polegać. Nikt nie mówi tego głośno, ale wszyscy wiedzą, że tak właśnie
jest, że to podstawa podwodniackiego rzemiosła.
-?I nie daliśmy się! Nie dostali nas.
Ano, nie dostali. Radiotelegrafista, mat Smyłła, przypomina, ile to było
nerwów i żalu, kiedy Niemcy wrzeszczeli z triumfem przez radio, że
posłali właśnie na dno kolejnego polskiego "podwodniaka". Potem, że już
wszystkie pięć. I wtedy przyszło opamiętanie. Łżą, bo przecież oni na
"Wilku" żyją! I ile radości mieli już w Anglii, gdy szwedzkie gazety
doniosły, że "Sęp", "Żbik" i "Ryś" internowały się w tamtejszych
portach, a potem dotarł do Dundee "Orzeł"...
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki