Gorzka zemsta - K.N. Haner

Kup ebooka

23.90 zł
20.32 zł (19,40 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Roz­dział 1

Przed nasz dom zaje­chał van, to Erick i jego kie­rowca przy­je­chali po nas. Mie­li­śmy wspól­nie wyru­szyć na lot­ni­sko. Byłam nie­przy­tomna, zie­wa­łam i plą­ta­łam się po domu, wpa­da­jąc na meble.

- To ja wsta­wa­łem w nocy do małego, a nie ty, skar­bie! - powie­dział Brayan, obser­wu­jąc mnie, gdy zaję­li­śmy miej­sca w samo­cho­dzie.

- To przez ciśnie­nie - powie­dzia­łam cicho.

Erick sie­dział z przodu i w ogóle się nie odzy­wał, nawet na mnie nie spoj­rzał.

- Na pewno dobrze się czu­jesz? Jesteś blada. - Brayan z wyraźną tro­ską dotknął mojej dłoni.

- Po pro­stu jestem zmę­czona. Ostat­nie mie­siące były cięż­kie - tłu­ma­czy­łam, gła­dząc jego nad­gar­stek.

Adam został z moim tatą, na razie nie chcie­li­śmy, by opusz­czał dom bez wyraź­nej potrzeby.

Pry­watny samo­lot Ericka miał wylą­do­wać dwa­dzie­ścia minut przed dzie­siątą. Przy­je­cha­li­śmy na lot­ni­sko chwilę wcze­śniej. Był piękny majowy pora­nek. Wysie­dli­śmy z limu­zyny i cze­ka­li­śmy na przy­lot. Nie trwało to długo, samo­lot wła­śnie pod­cho­dził do lądo­wa­nia. Byłam bar­dzo pod­eks­cy­to­wana, cie­szy­łam się, że zaraz wszyst­kich zoba­czę - moja chrze­śnica miała już osiem mie­sięcy, bar­dzo się za nią stę­sk­ni­łam, zresztą nie tylko za nią. Wie­dzia­łam, że Kim będzie chciała zwie­dzić Lon­dyn, dla­tego zało­ży­łam ciemne jeansy, skó­rzaną kurtkę i białe conversy. Musiało być mi wygod­nie, skoro mia­łam spę­dzić z rodziną cały dzień. Kiedy ujrza­łam je wycho­dzące z samo­lotu, nie wytrzy­ma­łam. Pędem ruszy­łam w ich stronę.

- Mamo! - Rzu­ci­łam się mamie na szyję i się roz­pła­ka­łam.

- Córeńko! - Mama rów­nież była wzru­szona, objęła mnie czule i pogła­dziła po wło­sach.

- Tak się cie­szę, że przy­le­cie­li­ście! - Spoj­rza­łam na moją śliczną sio­strę, przy­stoj­nego szwa­gra i prze­słodką sio­strze­nicę. - Jaka ona duża! - zdzi­wi­łam się, patrząc na Evę.

- Dzieci mają to do sie­bie, że rosną, sio­stro! - rzu­ciła Kim i przy­tu­liła mnie na powi­ta­nie. - Ale z cie­bie chu­dzina - dodała, kle­piąc mnie w pupę.

- Nad­ra­biam, nad­ra­biam! - odrze­kłam i zaczę­łam witać się z Robem.

Kiedy wszy­scy już się przy­wi­ta­li­śmy, posta­no­wi­li­śmy naj­pierw poje­chać do domu. Całą drogę zaj­mo­wa­łam się Evą, mała była taka żywotna. Ledwo wysie­działa w fote­liku, gawo­rzyła i co chwila pisz­czała rado­śnie. Pod­czas podróży usta się nam nie zamy­kały, mama i Kim pytały o Adama, Rob rów­nież pró­bo­wał coś wtrą­cić. Jedy­nie pano­wie sie­dzieli cicho. Erick był dziś wyraź­nie nie­swój, zapewne po wczo­raj­szym zda­rze­niu. Nie mia­łam zamiaru go prze­pra­szać ani zaga­dy­wać pierw­sza, może lepiej będzie, gdy nie będziemy zwra­cać na sie­bie uwagi.

W domu cze­kał już na nas tata, stał w progu z Ada­mem na rękach. Gdy Kim i mama zoba­czyły mojego synka, natych­miast do niego pod­bie­gły. Uści­skom, pła­czom, krzy­kom nie było końca. Mój mały tak się prze­ra­ził, że od razu zaczął pła­kać.

- Ale gościnny jesteś, synu! - powie­dzia­łam, bio­rąc go na ręce.

Ku zdzi­wie­niu wszyst­kich natych­miast się uspo­koił.

Naj­pierw do domu weszli Kim, mama, tata z Evą i ja, potem dołą­czyli do nas męż­czyźni. Mój tata, Brayan i Rob od razu oświad­czyli, że jeśli pogoda pozwoli, wie­czo­rem zro­bimy grilla. Nie cze­ka­jąc na niczyją zgodę, zadzwo­nili do pań­stwa Hooków oraz do Toma i Alex.

Mama popro­siła, abym poka­zała jej i Kim miesz­ka­nie. Opro­wa­dza­łam je po poko­jach, otwie­ra­jąc kolejne drzwi i pre­zen­tu­jąc wystrój wnętrz.

- Bar­dzo ład­nie się urzą­dzi­li­ście, cór­ciu - pod­su­mo­wała mama.

Dopiero teraz jej się przyj­rza­łam, wyglą­dała jak zawsze ele­gancko, miała na sobie kostium w kolo­rze brą­zo­wym, który pięk­nie pod­kre­ślał jej zie­lone oczy.

- Dzięki, mamo, ja pra­wie nic tu nie zro­bi­łam. To Brayan i pani Hook wszystko urzą­dzili - oświad­czy­łam i odło­ży­łam Adama do łóżeczka, synek wła­śnie usnął mi na rękach.

- Chodźmy na dół, nie będziemy mu prze­szka­dzać - powie­działa szep­tem Kim, po czym obie z mamą cicho zamknęły za sobą drzwi.

Zosta­łam w pokoju, by upew­nić się, że Adam na pewno mocno zasnął. Pochy­li­łam się nad łóżecz­kiem, gła­dzi­łam ciemne wło­ski mojego synka, a potem wtu­li­łam w nie twarz. Pach­niał oliwką i świe­żo­ścią, roz­koszne dozna­nie.

Nagle usły­sza­łam odgłos otwie­ra­nych drzwi. Odwró­ci­łam się i ujrza­łam Ericka. Stał nie­pew­nie w progu, spe­szony, z poważną miną.

- Możemy poroz­ma­wiać? - zapy­tał.

- Ericku, o czym chcesz jesz­cze roz­ma­wiać? - odpo­wie­dzia­łam pyta­niem na pyta­nie.

- Ponio­sło mnie wczo­raj. Chcia­łem cię prze­pro­sić... - Wszedł do środka i deli­kat­nie zamknął za sobą drzwi.

- Już prze­pra­sza­łeś - przy­po­mnia­łam mu o wczo­raj­szym ese­me­sie.

- Nie chcę, byś się na mnie zło­ściła - mówiąc to, Erick nie patrzył na mnie, spo­glą­dał na Adama.

- Nie złosz­czę się, po pro­stu nie chcę wię­cej takich sytu­acji. Nie utrud­niaj nam życia jesz­cze bar­dziej.

- Mnie też nie jest łatwo, nie masz poję­cia, co czuję, widząc was razem - wyznał z udręką. Wyraź­nie cier­piał.

- Myśla­łam, że już to prze­ro­bi­li­śmy - powie­dzia­łam, nie kry­jąc iry­ta­cji.

- Są momenty, w któ­rych jakoś udaje mi się to zaak­cep­to­wać, jed­nak wczo­raj... gdy zoba­czy­łem cię w pokoju... nago...

Znowu zoba­czy­łam to spoj­rze­nie i się zanie­po­ko­iłam.

- Prze­stań, pro­szę. Jestem z Bray­anem i musisz to usza­no­wać! - powie­dzia­łam sta­now­czo. Nie potra­fi­łam jed­nak spoj­rzeć mu w oczy, dla­tego spu­ści­łam wzrok.

- Sta­ram się. - Erick zaci­snął pię­ści. - Kurwa, tak bar­dzo się sta­ram to zro­zu­mieć!

Nagle ku mojemu zdu­mie­niu ude­rzył pię­ścią w ścianę.

- Ericku, obu­dzisz Adama! - szep­nę­łam spa­ni­ko­wana, jego reak­cja mnie prze­ra­ziła. - Opa­nuj się, do jasnej cho­lery!

- W takich momen­tach myślę, że w jakimś stop­niu rozu­miem Filipa i jego zacho­wa­nie.

Te słowa mnie zasko­czyły.

- Wyjdź stąd! - wark­nę­łam, tym razem się wście­kłam. Jak mógł mówić przy mnie o Fili­pie, dra­niu, przez któ­rego wszy­scy cier­pie­li­śmy.

- Ocze­ku­jesz ode mnie zro­zu­mie­nia, więc zro­zum i mnie! - Pod­szedł do mnie i chwy­cił za łok­cie. - Nie zro­bię ci tego, nie zro­bię wam tego... - Prze­rwał na chwilę. - Za bar­dzo cię kocham i za bar­dzo sza­nuję Bray­ana, by wpie­przać się w wasze życie! Ale pamię­taj, że ist­nieją gra­nice! Nie prze­kra­czaj ich! - dodał, i tym razem zabrzmiało to groź­nie.

- Ty wczo­raj prze­kro­czy­łeś gra­nice, pod­glą­da­jąc mnie! - Nie wytrzy­ma­łam napię­cia i się roz­pła­ka­łam.

- Ja prze­kro­czy­łem gra­nice? - zapy­tał.

- A niby ja, do jasnej cho­lery?! - Pró­bo­wa­łam się wyrwać z jego sil­nego uchwytu. Bez­sku­tecz­nie.

- Mogli­by­ście brać pod uwagę, że śpię obok, gdy wczo­raj rano się pie­przy­li­ście! I te zużyte gumki na dywa­nie! - krzyk­nął, trzę­sąc się ze zło­ści.

- Puść mnie! - Szarp­nę­łam dłoń z całej siły i wyswo­bo­dzi­łam się z jego uści­sku. - Nie twoja sprawa, co robi­li­śmy, nikt nie zapra­szał cię do naszej sypialni! Sam się wpro­si­łeś! - mówi­łam pod­nie­sio­nym gło­sem.

Tym razem obu­dzi­li­śmy Adama. Mały zaczął gło­śno pła­kać.

- Uśpię go - powie­dział Erick już znacz­nie spo­koj­niej.

- Sama to zro­bię! - wysy­cza­łam i wzię­łam małego na ręce.

- Nie powin­naś się nim zaj­mo­wać, gdy jesteś zde­ner­wo­wana - oświad­czył prze­mą­drza­łym tonem.

- Kurwa, nie praw mi kazań! Pan Ide­alny się zna­lazł!

W tym momen­cie mały zaczął pła­kać jesz­cze gło­śniej. Tuli­łam go do sie­bie, koły­sząc, pró­bo­wa­łam też nucić jakąś melo­dię.

- Wariatka! - wark­nął Erick.

Oboje byli­śmy naprawdę wście­kli.

- Idiota! - Osten­ta­cyj­nie odwró­ci­łam się do niego ple­cami. Usły­sza­łam, jak otwiera drzwi i wycho­dzi z pokoju. - No, synku, sie­lanka się skoń­czyła. Trwała całe dwa dni - szep­nę­łam, koły­sząc cały czas mojego syna w ramio­nach.

W końcu po dwu­dzie­stu minu­tach udało mi się go uśpić. Nasta­wi­łam elek­tro­niczną nia­nię i zasło­ni­łam kotary. Spoj­rza­łam na zega­rek. Była dopiero jede­na­sta, a ja mia­łam ochotę już się poło­żyć. Czu­łam się potwor­nie zmę­czona.

Poranna radość z przy­jazdu moich bli­skich znik­nęła, chcia­łam zostać sama, ale nie­stety nie było to moż­liwe. Przej­rza­łam się w lustrze i dopro­wa­dzi­łam do porządku, oczy mia­łam czer­wone od nie­wy­spa­nia i pła­czu. Ucze­sa­łam włosy i zeszłam na dół.

- Meg, ty coś pijesz? - zapy­tała moja sio­stra. Trzy­mała w ręku dłu­go­pis i robiła listę zaku­pów na wie­czor­nego grilla.

- Czy­stą z lodem! - zażar­to­wa­łam.

Rozej­rza­łam się. Na tara­sie Erick roz­ma­wiał z moją mamą. Kiedy odwró­ci­łam od nich wzrok, ujrza­łam Bray­ana, który przy­glą­dał mi się badaw­czo. Nie zamie­rza­łam mówić mu o tym, co się przed chwilą wyda­rzyło, i nie tylko przed chwilą.

- No, to jeste­śmy dwie. - Usły­sza­łam głos Kim.

Trwało tro­chę, zanim powró­ci­łam do rze­czy­wi­sto­ści. Moja sio­stra także rezy­gno­wała z alko­holu, kar­miła Evę pier­sią. Pode­szłam do niej i zaj­rza­łam przez ramię na kartkę.

- Nie prze­sa­dzasz? Będzie zale­d­wie jede­na­ście osób plus Adam i Eva. Po co tyle jedze­nia? - zapy­ta­łam, wpa­tru­jąc się w kartkę zapi­saną od góry do dołu.

- Nikt nie mógł się zde­cy­do­wać na coś kon­kret­nego, więc zro­bimy wszyst­kiego po tro­chu - wyja­śniła moja sio­stra, jak zawsze uśmiech­nięta.

Przyj­rza­łam się jej uważ­nie i musia­łam przy­znać, że mał­żeń­stwo i macie­rzyń­stwo zde­cy­do­wa­nie jej słu­żyły, czego nie­stety nie można było tego powie­dzieć o mnie.

- Kto poje­dzie po zakupy? - zapy­ta­łam.

- Ja z chło­pa­kami, ty zosta­jesz z dzie­cia­kami - oznaj­miła zde­cy­do­wa­nym tonem. - O co się pokłó­ci­li­ście? - szep­nęła nagle, nachy­la­jąc się w moją stronę.

Onie­mia­łam. Skąd wie­działa? Nic się przed nią nie ukryje.

- Takie tam rodzinne sprawy - pró­bo­wa­łam zlek­ce­wa­żyć pyta­nie.

- Jasne! - Uśmiech­nęła się, ale widzia­łam, że nie zado­wo­liła jej ta odpo­wiedź.

Na razie jed­nak Kim odpu­ściła, krzyk­nęła do chło­pa­ków, naka­zu­jąc im przy­go­to­wać się do wyj­ścia. Wie­dzia­łam, jak Erick prze­pro­sił moją mamę i posłusz­nie, jak zresztą wszy­scy, zaczął się szy­ko­wać.

- Na pewno dobrze się czu­jesz? - Usły­sza­łam głos Bray­ana.

Był jakiś nie­swój. Nie­ustanne pyta­nia o samo­po­czu­cie zaczęły mnie nie­po­koić. Może Brayan się cze­goś domy­ślał?

- Tak, skar­bie, na pewno, po pro­stu jestem zmę­czona - odpo­wie­dzia­łam, sta­ra­jąc się, by zabrzmiało to jak naj­bar­dziej wia­ry­god­nie.

- Potrze­bu­jesz cze­goś? Kupić ci coś? - zapy­tał na odchod­nym.

- Potrze­buję pobyć z tobą - powie­dzia­łam.

Widzia­łam, że moje słowa spra­wiły mu ogromną przy­jem­ność. Poca­ło­wa­łam go w brodę, a on odpo­wie­dział uśmie­chem.

- Masz mnie, jestem cały twój, Meg. - Prze­su­nął dło­nią po moich ple­cach w dół, po czym pokle­pał zna­cząco w pupę.

Kątem oka pochwy­ci­łam wzrok Ericka, który przy­glą­dał się nam uważ­nie. Natych­miast odsu­nę­łam się od Bray­ana.

- Jedź­cie już - powie­dzia­łam i uśmiech­nę­łam się blado. Spoj­rza­łam na Ericka i nagle przy­po­mniały mi się jego słowa o nie­prze­kra­cza­niu gra­nic. Co niby miały zna­czyć? Nie do końca je rozu­mia­łam. O jakich gra­nicach mówił?

Gdy zamy­ka­łam za nimi drzwi, jesz­cze raz zer­k­nę­łam na ojca mojego syna, rzu­ca­jąc mu nie­na­wistne spoj­rze­nie. Po ich wyj­ściu w domu zapa­no­wała wresz­cie cisza, mama poszła do Adama, a tata bawił się z Evą w ogro­dzie. Zabra­łam się do przy­go­to­wy­wa­nia sała­tek i sosów na grilla. Kro­iłam warzywa i robi­łam mary­natę do mięsa. Wszystko wyko­ny­wa­łam mecha­nicz­nie, głowę cały czas zaprzą­tały mi myśli o Ericku i obec­nej sytu­acji. Było mi naprawdę trudno. Naj­chęt­niej poło­ży­ła­bym się choć na godzinkę i zdrzem­nęła. Powin­nam jed­nak dokoń­czyć to, co roz­po­czę­łam. Nagle kro­jąc pomi­dora, zacię­łam się w palec.

- Aua! - krzyk­nę­łam i odru­chowo wło­ży­łam palec do ust. Cho­lera, jak bolało!

Po chwili wsu­nę­łam rękę pod zimną wodę, cały zlew od razu zro­bił się czer­wony. Potem urwa­łam kawa­łek ręcz­nika papie­ro­wego i owi­nę­łam nim palec. Zaczę­łam szu­kać pla­strów, nie­stety nie zna­la­złam. Zro­bi­łam więc pro­wi­zo­ryczny opa­tru­nek i zakle­iłam go taśmą.

Kiedy wszyst­kie sałatki były gotowe, poszłam do taty na taras.

- Chyba wła­śnie pole­głam jako kucharz! - oświad­czy­łam, poka­zu­jąc mu owi­nięty ręcz­ni­kiem palec.

- Nawet naj­lep­szym się zda­rza - oznaj­mił tata, pró­bu­jąc popra­wić mi humor.

- Oj, tato! - Gdy usły­sza­łam jego cie­pły, pełen miło­ści głos, wybuch­nę­łam pła­czem. Przy­tu­li­łam głowę do ramie­nia ojca i zama­rzy­łam o tym, by znowu stać się małą dziew­czynką.

- Hej, maleń­stwo, co się dzieje?

Usie­dli­śmy na leżaku, Eva wycią­gnęła do mnie ręce, a ja pod­nio­słam ją i posa­dzi­łam sobie na kola­nach.

- Wczo­raj o mało nie poca­ło­wa­łam Ericka, gdy Brayan kąpał małego - powie­dzia­łam, zano­sząc się pła­czem.

- Kto to spro­wo­ko­wał? - zapy­tał tata, spo­glą­da­jąc na mnie uważ­nie.

- On - przy­zna­łam, łka­jąc. - Zoba­czył mnie po kąpieli przez uchy­lone drzwi, wście­kłam się i kaza­łam mu wra­cać do hotelu.

- No i...? - Ojciec nie spusz­czał ze mnie wzroku.

- No i nic... Opa­no­wał się w ostat­nim momen­cie. Dziś znowu chciał roz­ma­wiać, ale tylko się pokłó­ci­li­śmy. Tato, nie wiem, co mam robić! - W moim gło­sie roz­brzmiały nie­pew­ność i zwąt­pie­nie.

- Musisz to zakoń­czyć, Megan, jeśli naprawdę chcesz być z Bray­anem. Erick jest ojcem two­jego syna, będzie­cie się czę­sto widy­wać. Albo coś usta­li­cie i będzie­cie się tego trzy­mać, albo będzie­cie się nie­ustan­nie ranić, a to na pewno odbije się na Ada­mie - powie­dział tata i objął mnie ramie­niem.

Nie­spo­dzie­wa­nie usły­sze­li­śmy za ple­cami głos mamy:

- Obu­dził się.

Jed­no­cze­śnie odwró­ci­li­śmy się w jej stronę. Trzy­mała na rękach Adama.

- To klon Ericka, ma tylko twój nos - oświad­czyła.

Widok tych dwojga znowu mnie wzru­szył, ukrad­kiem ocie­ra­łam łzy z policz­ków.

Widząc mój zra­niony palec, mama wyjęła pla­ster z torebki i mi go podała. Szybko zro­bi­łam sobie opa­tru­nek, po czym posta­no­wi­łam zadzwo­nić do Toma, by zapy­tać, o któ­rej przyjdą z Alex. Powie­dział, że będą o szó­stej, mia­łam więc jesz­cze tro­chę czasu. Nakar­mi­łam małego i pod pre­tek­stem uśpie­nia go poszłam do sypialni. Poło­ży­łam Adama obok sie­bie i obsta­wi­łam podusz­kami, by nie spadł, po czym zasnę­łam chyba szyb­ciej niż on. Po jakimś cza­sie poczu­łam, jak ktoś przy­krywa mnie kocem i szep­cze coś do mojego synka. Z tru­dem pod­nio­słam cięż­kie jak ołów powieki. Zoba­czy­łam Bray­ana, uśmiech­nę­łam się do niego i ponow­nie zapa­dłam w sen.

Obu­dziły mnie hałasy docho­dzące z ogrodu. Spoj­rza­łam na zega­rek, spa­łam nie­mal dwie godziny. Na dwo­rze było jesz­cze jasno. Adam już nie spał, machał nóż­kami, wkła­dał rączki do buzi i wyda­wał dźwięki w sobie tylko zna­nym języku.

- Pew­nie jesteś głodny, co? - mówiąc to, poca­ło­wa­łam go w brzu­szek.

Wzię­łam synka na ręce i zeszłam na dół po mleko. Przez otwarte na oścież tara­sowe drzwi zoba­czy­łam moich gości. Wszy­scy dosko­nale się bawili. Wzię­łam butelkę z mle­kiem i poda­łam ją syn­kowi. Zanim jed­nak to uczy­ni­łam, usia­dłam w fotelu, mia­łam z niego dosko­nały widok na roz­ba­wione towa­rzy­stwo. Było mi w tym momen­cie nie­wy­po­wie­dzia­nie dobrze.

Kiedy mój syn najadł się do woli, wzię­łam go na ręce i wyszłam na taras.

- Dobry wie­czór wszyst­kim! - przy­wi­ta­łam się.

Dopiero teraz zoba­czy­łam, kto tak naprawdę mnie odwie­dził. Przy grillu kró­lo­wali mój tata i pan Hook, Alex sie­działa Tomowi na kola­nach, roz­ma­wia­jąc z Bray­anem i Kim. Robert bujał Evę na huś­tawce, a Erick opo­wia­dał coś pani Hook i mojej mamie. Chyba było to nie­zmier­nie cie­kawe, bo obie przy­glą­dały się mu z ogromną uwagą.

- Jest nasz kró­le­wicz! - krzyk­nęła moja mama na widok wnuka. Pode­szła i wzięła go na ręce.

Usia­dłam obok Bray­ana i spoj­rza­łam na obfi­cie zasta­wiony stół. Na taler­zach znaj­do­wały się soczy­ste i przy­ru­mie­nione kieł­ba­ski, żeberka, kurze udka. Dopiero teraz poczu­łam głód.

- Zjedz coś, mała - zachę­cał Brayan.

- Wła­śnie taki mam zamiar. - Chwy­ci­łam jed­no­ra­zowy tale­rzyk i nało­ży­łam sobie wszyst­kiego po tro­chu. Byłam strasz­nie głodna.

- Sma­kuje, cór­ciu? - zapy­tał tata.

- Przy­pa­lone i pyszne, czyli takie, jak lubię! - odpar­łam z peł­nymi ustami.

- Nasi sta­rzy chyba się polu­bili - Usły­sza­łam głos Toma.

Mój przy­ja­ciel przy­su­nął się do mnie.

- To dobrze, w końcu jeste­śmy pra­wie jak rodzina, tatu­siu chrzestny! - zażar­to­wa­łam, obję­łam go i poca­ło­wa­łam w poli­czek.

- Cho­lera, chyba wiesz, jaka to odpo­wie­dzialna rola!

Po tych sło­wach oboje wybuch­nę­li­śmy śmie­chem.

- To idź, ura­tuj mojego syna, bo bab­cia zaca­łuje go na śmierć - powie­dzia­łam, spo­glą­da­jąc na mamę ści­ska­jącą i obca­ło­wu­jącą Adama.

- Daj jej się nacie­szyć, w końcu to jej wnuk.

Zmie­ni­li­śmy temat, Tom poin­for­mo­wał nas, że zamie­rzają zamiesz­kać z Alex tylko we dwoje. Brayan zapro­po­no­wał im nawet swoją kawa­lerkę, mie­ściła się bli­sko kawiarni, więc rodzi­com Toma byłoby łatwiej zaak­cep­to­wać wypro­wadzkę syna.

Bawi­li­śmy się dosko­nale, jed­nak tro­chę zanie­po­ko­iło mnie to, że wszy­scy pili zbyt dużo alko­holu. Na doda­tek mie­szali go, a to nie było mądre. Na szczę­ście Brayan nie pił, podob­nie jak Kim i ja.

Gdy zaczęło się ściem­niać, zapa­li­li­śmy lampki, ktoś włą­czył muzykę. Mar­twi­łam się, że jest zbyt późno i sąsie­dzi mogą się dener­wo­wać, ale w końcu to tylko dziś, nie zamie­rza­li­śmy balo­wać codzien­nie. Dzieci spały już w łóżecz­kach, a my dopiero się roz­krę­ca­li­śmy. Rob plą­sał przy mojej sio­strze, uda­jąc grę na gita­rze, Tom porwał Alex do tańca, nawet pań­stwo Hooko­wie i moi rodzice pod­ska­ki­wali w rytm muzyki. Jeden Erick sie­dział przy stole i sączył kolej­nego drinka.

- Rusz­cie tyłki! - powie­dział do nas, uśmie­cha­jąc się.

- Nie, dzięki! - odpo­wie­dział Brayan.

- A ja z chę­cią zatań­czę! - odparł Erick i wycią­gnął do mnie dłoń.

Spoj­rza­łam na Bray­ana i stwier­dzi­łam, że nie ma nic prze­ciwko temu.

- Nie, ja też pasuję! - oznaj­mi­łam, pró­bu­jąc się wymi­gać. Nie mia­łam ochoty tań­czyć z Eric­kiem.

Tym­cza­sem Robert włą­czył I need your love. Na dźwięk tej melo­dii nogi się pode mną ugięły.

- Idź, mała - powie­dział Brayan, popy­cha­jąc mnie deli­kat­nie.

- Jeden taniec! - Spoj­rza­łam z dez­apro­batą na Ericka.

- Oczy­wi­ście - zapew­nił Erick i pocią­gnął mnie na traw­nik, by tam wziąć w ramiona.

Czu­łam się nie­swojo, w prze­ci­wień­stwie do niego. Pro­wa­dził mnie w rytm muzyki, co jakiś czas obra­ca­jąc. Spoj­rza­łam na moich rodzi­ców, oni także tań­czyli i zupeł­nie nie­źle im to szło. Brayan roz­ma­wiał z Tomem, zupeł­nie nie zwra­cał na mnie uwagi. Kiedy pio­senka się skoń­czyła, zaczął śpie­wać Justin Tim­ber­lake. Mir­ros to pio­senka, która budziła we mnie wiele wspo­mnień.

- Miał być jeden taniec - przy­po­mnia­łam, gdy Erick, nie pyta­jąc o zda­nie, nie wypusz­czał mnie z ramion.

- Daj spo­kój, prze­cież nic złego nie robimy - powie­dział i objął mnie deli­kat­nie w pasie.

- Prze­pra­szam za rano. Wcale nie uwa­żam cię za dupka - szep­nę­łam, cały czas towa­rzy­szyły mi wyrzuty sumie­nia.

- Wiem, Meg. Ty też nie jesteś wariatką - odparł.

- Cza­sami jestem - wyzna­łam i zaczę­łam się śmiać.

- Jedyne, co nam wyszło w życiu, to nasz syn - wyznał Erick, patrząc mi pro­sto w oczy.

- Muszę się z tobą zgo­dzić - przy­zna­łam.

Gdy umil­kła muzyka, usie­dli­śmy przy sto­liku.

Rozej­rza­łam się wokół i stwier­dzi­łam, że pań­stwo Hooko­wie już wyszli, za to Tom i Rob wygłu­piali się, uda­jąc grę na instru­men­tach. Wyglą­dali zabaw­nie. Zresztą nie tylko oni dobrze się bawili, sły­chać było śmie­chy i przy­jemny gwar. Poczu­łam się naprawdę dobrze.

- Masz cudowną rodzinę, przy­ja­ciół, wspa­nia­łego, zdro­wego syna. Masz ogromne szczę­ście, Meg - powie­dział Erick, jakby czy­tał w moich myślach, i spoj­rzał na mnie.

- Wiem, Ericku. Tobie też życzę, byś miał tyle szczę­ścia co ja. Naprawdę życzę ci jak naj­le­piej, chcę, byś był szczę­śliwy - powie­dzia­łam, chwy­ta­jąc go za rękę.

- Moim szczę­ściem jest teraz Adam. Jeśli nie będziesz mi utrud­niała z nim kon­tak­tów, z resztą sobie pora­dzę - szep­nął, odwza­jem­nia­jąc uścisk.

- Aua. - Skrzy­wi­łam się, bo ści­snął aku­rat ska­le­czony palec.

- Wybacz. - W geście prze­pro­sin poca­ło­wał deli­kat­nie moją dłoń.

- Nic się nie stało. - Uśmiech­nę­łam się lekko.

- Wiesz, dla­czego dziś tak się zacho­wy­wa­łem? - zapy­tał.

Nie bar­dzo rozu­mia­łam jego pyta­nie.

- Zapewne po wczo­raj­szej sytu­acji - odpo­wie­dzia­łam.

- Nie, Meg. Dokład­nie rok temu zaczęło się to całe... gówno...

Na początku nie mia­łam poję­cia, o co mu cho­dzi.

- Nie rozu­miem - szep­nę­łam.

- Równo rok temu odbył się wie­czór panień­ski Kim­berly - przy­po­mniał Erick.

Fak­tycz­nie, zapo­mnia­łam.

- Ja pra­wie nic nie pamię­tam z tej nocy - odrze­kłam.

- Ale ja pamię­tam! Wtedy przez mnie zna­la­złaś się w śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie. - Zupeł­nie nie­ocze­ki­wa­nie ude­rzył pię­ścią w stół, prze­wra­ca­jąc sto­jące na nim pla­sti­kowe kubeczki.

- Ericku, to nie ma zna­cze­nia, dla mnie to się nie wyda­rzyło! - pró­bo­wa­łam go pocie­szyć. Przy­su­nę­łam się bli­żej i go obję­łam.

- To wszystko moja wina.

Spoj­rzał na mnie, jego oczy były prze­peł­nione żalem i roz­pa­czą.

- Nie mów tak. Nie mogłeś wie­dzieć, nikt nie mógł - zapro­te­sto­wa­łam. Chwy­ci­łam jego twarz w dło­nie i spoj­rza­łam mu pro­sto w oczy.

Nagle Erick zaczął pła­kać. Ten silny facet przy­po­mi­nał teraz dziecko.

Widząc to, zro­biło mi się go żal. Nie zasta­na­wia­jąc się długo, usia­dłam mu na kola­nach i czule gła­dzi­łam jego twarz.

- Powi­nie­nem tam być! Powi­nie­nem cię ochro­nić! - Cały czas wyrzu­cał sobie tamto zda­rze­nie.

- Chro­nisz mnie, ura­to­wa­łeś życie naszego syna. Nic wię­cej się teraz nie liczy, rozu­miesz? - sta­ra­łam się mówić spo­koj­nie, pró­bu­jąc ze wszyst­kich sił opa­no­wać ogar­nia­jące mnie emo­cje.

- Pozwól mi o was dbać, niczego wam nie zabrak­nie. Będę was bro­nił przed całym złem tego popier­do­lo­nego świata - szep­nął Erick wprost do mojego ucha.

- Robisz to już teraz, jestem ci wdzięczna, naprawdę.

Po tych sło­wach Erick nieco się uspo­koił.

- Kocham cię - powie­dział nie­spo­dzie­wa­nie, a mnie zamu­ro­wało.

- Wiem - odpo­wie­dzia­łam, gła­dząc go po ple­cach.

- Meg? - To Brayan. Stał przed nami i patrzył.

Był zmie­szany i mia­łam wra­że­nie, że nie bar­dzo podo­bało mu się to, czego był świad­kiem.

Erick natych­miast roz­luź­nił uścisk, a ja jak przy­ła­pana na kłam­stwie nasto­latka szybko zsu­nę­łam mu się z kolan.

- Wszystko w porządku? - zapy­tał Brayan.

- Tak, tro­chę się roz­czu­li­łem! - powie­dział Erick, pró­bu­jąc rato­wać sytu­ację. - Za dużo alko­holu, chyba się już położę - odparł, patrząc Bray­anowi pro­sto w oczy.

- Każdy ma takie chwile! - oznaj­mił mój facet i mia­łam wra­że­nie, że rozu­miał Ericka i mu współ­czuł. - Chodź, stary! - Brayan pod­trzy­mał Ericka i dopiero teraz zoba­czy­łam, że ten jest zupeł­nie pijany.

Obaj skie­ro­wali się na górę do sypialni, w któ­rej mieli spać Kim i Rob. "Trudno, naj­wy­żej moja sio­stra i szwa­gier pojadą do Hooków" - pomy­śla­łam.

Kiedy zna­leź­li­śmy się na górze, pomo­głam Bray­anowi roze­brać Ericka i poło­żyć do łóżka.

- Ale się urzą­dził - pod­su­mo­wał Brayan.

- Naj­wi­docz­niej tego potrze­bo­wał.

- Mogę wie­dzieć, co go tak roz­czu­liło? - zapy­tał nie­pew­nie mój męż­czy­zna.

- Dziś mija dokład­nie rok od tam­tego wie­czoru w klu­bie - wyja­śni­łam.

- Kiedy zosta­łaś porwana... - Brayan urwał w pół zda­nia.

- Tak, wła­śnie o tym roz­ma­wia­li­śmy - dokoń­czy­łam.

- Erick się na­dal o to obwi­nia, roz­ma­wia­li­śmy o tym kilka razy. Ostat­nio popro­sił, żebym prze­ko­nał cię, byś zgo­dziła się na ochronę.

- Poroz­ma­wiamy o tym kiedy indziej, dobrze? - popro­si­łam.

- Czyli nie mówisz od razu nie? - upew­nił się Brayan.

- Nie. - Poca­ło­wa­łam go w poli­czek. - Przy­kryj go i chodźmy do reszty - powie­dzia­łam.

Brayan okrył Ericka koł­drą i zga­sił świa­tło. Wró­ci­li­śmy na dół, gdzie impreza trwała w naj­lep­sze. Tańce prze­nio­sły się do salonu i kuchni, więc posprzą­ta­łam w ogro­dzie. Około dru­giej wszy­scy mieli już dość, wezwa­łam tak­sówki i wkrótce zosta­li­śmy sami z Bray­anem. Z okna obser­wo­wa­łam zata­cza­ją­cych się face­tów, Kim nio­sącą śpiącą Evę, mojego tatę trzy­ma­ją­cego za rękę mamę i śpie­wa­ją­cego na cały głos. Zanim wsie­dli do samo­cho­dów, jesz­cze przez jakiś czas dys­ku­to­wali, kto z kim będzie jechał. Na szczę­ście doszli do poro­zu­mie­nia i wkrótce zapa­no­wała cisza. Cie­szy­łam się, że goście wresz­cie sobie poszli, byłam sko­nana. Jed­nak gdy przy­po­mnia­łam sobie ich zacho­wa­nie sprzed kilku minut, wybuch­nę­łam śmie­chem.

- Pijani ludzie potra­fią być naprawdę upier­dliwi - oświad­czył Brayan, opie­ra­jąc się o drzwi wyj­ściowe.

- W końcu sami! - Ode­tchnę­łam z ulgą i obję­łam go mocno.

- Dokład­nie o tym samym pomy­śla­łem, Meg! - sko­men­to­wał Brayan, chwy­cił mnie za pośladki i poca­ło­wał w szyję.

Od razu prze­szedł mnie dreszcz, wtu­li­łam się w niego i wsu­nę­łam palce w jego włosy. Nasze usta odna­la­zły się, a języki roz­po­częły sza­leń­czy taniec. Nie prze­ry­wa­jąc poca­łunku, Brayan wniósł mnie na górę po scho­dach wprost do sypialni. Zamknął nogą drzwi i poło­żył na łóżku. Pośpiesz­nie roz­piął mi jeansy i ścią­gnął je razem z majt­kami. Od razu zato­pił język w mojej kobie­co­ści. Odchy­li­łam głowę i jęcza­łam z roz­ko­szy. Po chwili Brayan wsu­nął we mnie palec i zaczął nim zgrab­nie poru­szać. Jego język bez prze­rwy pie­ścił moją łech­taczkę. Gdy Brayan dołą­czył drugi palec, eks­plo­do­wa­łam. By nie krzy­czeć, zasło­ni­łam usta poduszką.

- Tak, maleńka! - szep­nął zado­wo­lony Brayan i zaczął cało­wać mnie naj­pierw po brzu­chu, a potem powoli sunął wyżej aż do piersi, odchy­la­jąc koszulkę mili­metr po mili­metrze.

W końcu odchy­lił miseczkę sta­nika i zaczął draż­nić języ­kiem moje sutki. Wypchnę­łam bio­dra w jego stronę, zachę­ca­jąc, by mnie wypeł­nił. Chwy­ci­łam jego głowę i cało­wa­łam usta, zli­zu­jąc z nich smak wła­snej kobie­co­ści. W tym momen­cie Brayan nie wytrzy­mał, zdjął szybko spodnie, się­gnął po pre­zer­wa­tywę, jed­nym ruchem zało­żył ją i sta­nął przede mną. Przy­glą­da­łam się mu jesz­cze bar­dziej roz­ocho­cona. On tym­cza­sem ścią­gnął koszulkę, teraz był zupeł­nie nagi.

- Chodź do mnie, skar­bie. - Wycią­gnę­łam do niego dło­nie.

Brayan uśmiech­nął się uwo­dzi­ciel­sko i uło­żył mię­dzy moimi spra­gnio­nymi udami. Nakie­ro­wał penisa i już miał wypeł­nić mnie całą, gdy z pokoju Adama dobiegł naszych uszu płacz.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki