Jezus przed sądami Sanhedrynu i Piłata
Jezus przed sądami Sanhedrynu i Piłata
Proces jerozolimski na tle odwiecznego konfliktu między światem jednolitym a różnorodnym*
"Wiedz, że morze zostało oddzielone od nieba" - mówiła etruska wieszczka
w przepowiedni z II lub I w. przed narodzeniem Chrystusa, uzasadniając
powstanie granic. Ustanowił je Jupiter, tłumaczyła, w reakcji na ludzką
zachłanność. Nie przypadkiem jej wypowiedź przetrwała w materiałach
rzymskiego geodety. Vegoia przypominała, że pola zostały przemierzone i oznaczone kamieniami granicznymi. Za ich przesuwanie zapowiadała boskie
sankcje: wojny, choroby i klęski ekologiczne, dawniej nazywane po prostu
plagami: susze, powodzie, gradobicia, gwałtowne deszcze. Weź więc sobie,
człowiecze - kończyła - naszą naukę głęboko do serca, jeśli chcesz
cieszyć się z rodziną pokojem we własnym domu.
Etruska sybilla, przedstawiana także jako urzekający skrzydlaty anioł
albo półboska nimfa, nie rozumiała najwidoczniej reguł życia na Ziemi.
Tu nic nie jest naprawdę trwałe, a już najmniej granice i podział
bogactw. Ledwo co położone przez bogów kamienie graniczne stały się z miejsca powodem sporów. Nie pierwszy to i nie jedyny paradoks w naszych
pokrętnych stosunkach z niebianami. Z powołaniem się na prawa boskie
wzywamy do poszanowania raz ustanowionych granic, zwłaszcza własnych i pod warunkiem, że grozi im skurczenie. Gdy jednak nadarza się okazja do
ich poszerzenia, bez skrupułów przywołujemy bogów na pomoc i wynajdujemy
historyczne uzasadnienia, w polityce niezmiennie skuteczne, choć
wiadomo, że są warte funta kłaków. Aleksander Łukaszenka - by posłużyć
się przykładem z ostatnich lat - zauważył w związku z wszechobecną
rosyjską propagandą odnoszącą się do praw historycznych podczas aneksji
Krymu, że gdyby kierować się wskazaniami przeszłości, Mongołowie,
Kazachowie i Tatarzy mogliby zażyczyć sobie większej części Rosji. Nie
powiedział nic odkrywczego - rektor Akademii Krakowskiej Paweł Włodkowic
doszedł do podobnej konkluzji w kwestii praw historycznych w początkach
XV w., odwołując się do przykładu dziedzictwa rzymskiego. W praktyce nie
do zrealizowania okazuje się powtórzone przezeń szlachetne przykazanie:
"Nie będziesz przekraczał granic bliźniego twojego"1.
Wieszczba Vegoi dotyka w zasadzie granic najbardziej oczywistych -
terytorialnych: sąsiedzkich miedz i rozgraniczeń między państwami. Tym
bardziej odnosi się to do zaangażowanego traktatu przygotowanego przez
Włodkowica na sobór powszechny w Konstancji, w którym broni on nie tyle
samej idei tolerancji wobec pogan, ile stanowiska Polski i Litwy w sporze z Krzyżakami. Nie umniejszając znaczenia granic przestrzennych,
przedmiotu zaangażowania polityki, ekonomii i historii, nie one decydują
o naszym jestestwie. Bez granic nie ma tożsamości, a tym samym ludzkiego
życia. "Strzeż siebie dobrze niczym granicznego miasta, i z zewnątrz, i od wewnątrz" - mówił Budda, człowiek nad wyraz otwarty w dzisiejszym
rozumieniu tego słowa2. Ciągnięcie linii rozgraniczających nas od
innych, w pewnych miejscach zaskakująco łatwych do poprowadzenia, w innych niepewnych, drżących i zapętlających się, to nic innego niż
budowanie własnego "ja", które ma charakter dynamiczny, zmienia się
zależnie od okoliczności wewnętrznych i zewnętrznych. Pozbawieni
tożsamości - nieważne, na ile nabywanej biernie, a na ile kształtowanej
świadomie - bylibyśmy, mówiąc językiem Arystotelesa, ciałem naturalnym
bez substancji, innymi słowy - drewnem przed obróbką przez cieślę.
Dopiero myśl i praca nadaje drewnu konkretny kształt, przeobraża je w łóżko lub szafę. Każde ciało naturalne składa się z materii i stanowiącej o jego istocie formy. Ciałom żywym formę nadaje dusza, która
w wypadku człowieka zawiera unikalny rozum, pozwalający mu mówić i uczyć
się, tworzyć obrazy i wyobrażenia, budować systemy polityczne, społeczne
i ekonomiczne, odróżniać dobro od zła, kształtować poczucie
odpowiedzialności i dokonywać wolnych wyborów. Samookreślenie wykuwa się
zatem w myślącej części duszy, pewnego rodzaju kuźni form. Rolę miecha w piecu kowalskim spełniają w odniesieniu do rozumu nasze dążenia, bez
których działania umysłu miałyby charakter czysto medytacyjny.
Kontemplowalibyśmy świat wokół, ale nie zastanawiali się nad
koniecznością i sposobami zmian3.
Nie przywiązujmy wagi do oczywistych z punktu widzenia obecnego stanu
wiedzy potknięć Arystotelesa. Na pewno miał rację w tym, że człowiek -
zwierzę z wyobraźnią twórczą i zarazem istota z natury społeczna - szuka
swojego miejsca w ramach wspólnoty: rodziny, gminy wiejskiej,
samorządowego miasta-państwa4. Do wyznaczenia położenia
wobec innych potrzeba granic, co dotyczy tak jednostek, jak i grup.
Pierwsze interesowały ateńskiego filozofa zdecydowanie mniej i trudno
się temu dziwić, skoro utożsamiał problemy wielkie ze sprawami
wspólnotowymi. W świecie grupowym - społecznym i etnicznym - czuł się
lepiej, chciałoby się powiedzieć "jak w domu", i w jego obrębie
prowadził linie podziałów zdecydowanie i bezwzględnie, mimo ogólnego
założenia, iż w dobrym państwie "wszyscy" mają być
szczęśliwi5. Rozumiał je jako wspólnotę przyjaźni wolnych
obywateli, w miarę możliwości równych i niepracujących fizycznie,
wyłącznie mężczyzn (niezwykłe, swoją drogą, jest znaczenie słowa
"wszyscy" u Arystotelesa, choć on sam nie zrozumiałby zapewne naszego
zdziwienia, jeśli nawet wolność jednych i niewolę drugich wyprowadzał "z natury").
Przyjaźń do wewnątrz zakładała w tym wypadku, jak przypomniał Christian
Meier, wrogość na zewnątrz, i to ona, co tak trudno przyjąć współczesnym
do wiadomości, decydowała o spójności i trwałości wspólnoty6.
Jeszcze Zygmunt Freud zalecał nie lekceważyć korzyści, jakie płyną dla
wspólnoty z wrogości wobec sąsiadów. Grupę cementuje szczególnie
agresja7, znana też niektórym gatunkom zwierząt, może
najbardziej szczurom, które wewnątrz własnych wspólnot krewniaczych są
łagodne, a wobec innych klanów pochodzeniowych okazują się bezlitosne,
prowadząc walki dosłownie na śmierć i życie8. Niewolnik, niechby
najmądrzejszy, stanowi jedynie żywe narzędzie - prawda, że z duszą, lecz
mają ją nawet rośliny (najmocniej może przemawia do naszej wyobraźni
fakt, że zdobywanie niewolników mieści się u Arystotelesa w ramach
sztuki wojennej i myśliwskiej). Kobiety, którym swoboda szkodzi,
podlegają mężczyznom, gdyż są mniej uzdolnione, "o ile wbrew naturze nie
zajdzie wyjątek w tym względzie". Rzeczą zamieszkujących centralnie
między Azją a Europą Greków jest panować nad światem i czerpać z niego
korzyści, co wymaga odgradzania się od innych9. Jeszcze bardziej
odstręczający, by użyć określenia Bertranda Russella, i na dodatek
statyczny obraz społeczeństwa zaproponował Stagiryta w dziedzinie
etyki10. Z jej niuansów rozumiał, jak się zdaje, mniej niż starszy
o wiek Herodot, podróżnik i kronikarz dziejów najnowszych, bajarz o rozległych antropologicznych zainteresowaniach, tyle że jego odruch
sympatii wobec innych pozostawał u Greków nieomal wyjątkiem11.
Nie znamy argumentów, jakie Arystoteles przedłożył Aleksandrowi
Macedońskiemu na rzecz odgradzania Greków od tubylców na nowo
zdobywanych terytoriach. Osobne zamieszkiwanie grup etnicznych i religijnych było wtenczas (i jeszcze całkiem niedawno) raczej regułą niż
wyjątkiem. Możemy tylko się domyślać, że uczony żywił obawy przed
rozcieńczeniem przewag cywilizacyjnych nielicznych Greków w "barbarzyńskim" morzu i tym samym - przed niepowetowaną stratą dla
dziejów powszechnych. Szczęśliwie uczeń przerósł mistrza i nie
zastosował się do jego wskazówek, nawet jeśli nie mógł wiedzieć, że
wielkimi podbojami: od Egiptu i Azji Mniejszej po Afganistan i Indie,
otwiera nowy okres w historii świata - epokę nazwaną przez Johanna
Gustava Droysena hellenistyczną12. Koloniści greccy i potem coraz częściej greckojęzyczni rozlali się po miastach Bliskiego i po części Środkowego Wschodu, mniej więcej po rzeki Eufrat i Tygrys.
Jedynie w Egipcie osiedlali się również na wsi wzdłuż życiodajnego Nilu,
chociaż i tu gros z nich zamieszkało w nowej Aleksandrii "przy Egipcie",
mieście przewidzianym przez króla Macedonii na stolicę nowego, z ówczesnego punktu widzenia globalnego państwa. Kultura grecka, zderzona
i wzbogacona o elementy zapożyczone ze starych cywilizacji Egiptu, Syrii
i szczególnie Babilonii, powędrowała dalej, na tereny persko-irańskie,
afgańskie i północnoindyjskie, gdzie wpłynęła przynajmniej na rzeźbę
buddyjską, z którą przedostała się aż do Japonii. Co nie mniej ciekawe,
mieszanina różnych tradycji artystycznych powstała w Mezopotamii
zrodziła specyficzną sztukę, która od III w. po Chr. podbijała Rzym.
Sztuka grecka, przetworzona i uzupełniona na azjatyckim Środkowym
Wschodzie, niejako wracała na Zachód13. Czy nie w tym samym,
greckim dziedzictwie tkwiło sedno trudnej do pojęcia łatwości, z jaką
wschodnie, zdawałoby się, chrześcijaństwo podbiło zachodnią cywilizację?
Myśl Hellenów, przeformułowana i wzbogacona przez judaizm, szczególnie w dziedzinie etycznej i społecznej, wracała z azjatyckiego exodusu
poniekąd do swojej kolebki.
Łatwość macedońskiego podboju polegała głównie na tym, że Aleksander
zwyciężał bitwy, ale nie traktował podbitych ludów jako łupu
przeznaczonego do eksploatacji - dokładnie wbrew temu, czego pragnął
Arystoteles. W Egipcie, na terenach Syrii i Mezopotamii traktowano
macedońskiego króla jako wyzwoliciela spod władzy Persów14. Mało
kto stawiał opór, a tubylcze elity, pominąwszy możnych irańskich i, z zupełnie innych powodów, kapłanów egipskich, przyjmowały go z niekłamanym zachwytem. Niebawem Macedonia i nieprzerwanie buntująca się
Grecja zdały się Aleksandrowi za ciasne, więc ogłosił się królem Azji,
która w ówczesnych pojęciach obejmowała również północną Afrykę. Furorę
robiła przede wszystkim grecka organizacja samorządowa, dzięki której
miejscowe warstwy możnowładcze uzyskiwały po raz pierwszy formalny wpływ
na rządy. Polis podbijała pogranicze europejsko-azjatyckie, elity
chłonęły język i kulturę grecką, mieszały się mity i przedstawienia
religijne, budowano drogi, kwitła wymiana, także chorób przenoszonych
przez żołnierzy i kupców, dbano nawet o genetyczną poprawę jakości
europejskich ras bydła, które zmieszano z indyjskimi. Trudno sobie
wyobrazić, co by było, gdyby gwałtowna choroba - najpewniej zapalenie
płuc - nie przecięła nici życia Aleksandra w młodym wieku. Cywilizacja -
pisał pięknie Arnold J. Toynbee - jest "podróżą, nie przystanią",
aczkolwiek trudno nie dostrzec w ślad za Fernandem Braudlem, że pradawne
cywilizacje nie poddają się łatwo i nowe państwa, nawet największe,
bywają dla nich tylko przejściowymi szatkami arlekina15.
Niemniej są wyjątki, by wskazać Rzym, który na setki lat połączył
skutecznie kilka kultur na pograniczu Europy, Azji i Afryki. Długi pokój
zapewnił im nieznany wcześniej dobrobyt oraz szeroko otworzył drogi
handlowe do Indii i zwłaszcza do Chin, które pod rządami dynastii Han
przeżywały wielusetletni rozkwit gospodarczy i kulturalny. Poza wrzawą
przemian politycznych postępował proces homogenizacji biologicznej
Starego Świata16.
Uparte trwanie przy "starym", w wypadku Egiptu przez tysiąc lat, nie
jest wyrazem siły, lecz raczej zgubnej potęgi inercji. Skostniała
kultura i religia - co z tego, że podziwiane przez Greków, by
przypomnieć Herodota czy nawet Arystotelesa - ani nie pomogły Egipcjanom
wytrzymać konkurencji z ruchliwą cywilizacją hellenistyczną, ani nie
przygotowały ich na spotkanie z dynamicznym islamem, przyniesionym przez
garstkę arabskich zdobywców. Iran, mimo że równie łatwo uległ
mahometańskiemu podbojowi, zachował wyraźną odrębność kulturową. Jej
podstawę stanowiła oryginalna i odpowiadająca nowoczesnym - w znaczeniu
swojego czasu i miejsca - wyzwaniom religia zoroastryjska, której
wyraźne ślady, mimo licznych prześladowań, przetrwały po dziś dzień; w kulturze masowej niektóre jej elementy są widoczne na każdym kroku.
Irański Mitra nie bez przyczyny wdarł się przebojem w III w. na tereny
cesarstwa rzymskiego, zajmując w niejednej prywatnej kapliczce,
szczególnie żołnierskiej, poczesne miejsce, bywało że obok Chrystusa - i obecnie zachwyca przecież sprawiedliwością i stonowaną mądrością w niemającej końca walce ze złem. Tymczasem Egipt ze swoim odwiecznym
światem dawno zmurszałych bogów i zaskorupiałych, lecz majętnych
kapłanów rozpłynął się w islamskim morzu; znów nie przypadkiem skuteczny
opór mahometanom stawili tu jedynie koptyjscy
chrześcijanie17.
W sytuacji spotkania cywilizacyjnego, które zawsze jest do pewnego
stopnia zderzeniem kultur, sprawa odgraniczenia od innych nabiera
szczególnej ostrości. Bez granic, niechby poszarpanych, nie sposób żyć,
tylko jak je ustanowić, gdy wokół "wszystko płynie". Wielkie rzeki -
rozbudowywał w XVII w. myśl Arystotelesa ojciec prawa międzynarodowego
Hugo Grocjusz - zachowują nazwę, choć niosą wciąż zmieniające się wody.
Podobnie jest z narodami, dodawał, póki wymiana cząsteczek nie następuje
zbyt raptownie. Historyk i pisarz francuski Ernest Renan nazwał to dwa
stulecia później codziennym plebiscytem, niekoniecznie
świadomym18. Co jednak robić, gdy dopływająca woda gwałtownie
przybierze, a jeszcze najczęściej zetrze się z ogniem dramatycznych
wydarzeń politycznych, w wyniku czego świat raptownie przyspiesza i przestajemy z niego cokolwiek rozumieć? Nie przypominamy wtedy panów
Ziemi, o czym marzył człowiek ostatnich pięciu tysięcy lat - od
Gilgamesza poprzez Arystotelesa i bohaterów biblijnych aż po Marksa,
Lenina i zwycięskich kapitalistów XX w. Bliżej nam do omdlewających ryb
w rzece Ksantos, kiedy Homer kazał się bogom i żywiołom przyłączyć do
zmagań pod Troją. Czując drżenie ziemi, po której hulają silniejsi niż
my, większość ludzi i ludów przystosowuje się szybko do zmienionych
okoliczności i w ciągu paru pokoleń, nie bez ofiar wśród upartych,
asymiluje w nowej rzeczywistości. Dotknęło to nawet przekonanych o swoich przewagach Greków w Egipcie, na Bliskim Wschodzie oraz w Mezopotamii. Po tysiącletnim panowaniu ich języka i kultury podbój
arabski zmiótł je niczym jesienny wiatr liście z drzew, gdy tylko
ludność greckojęzyczna utraciła uprzywilejowaną pozycję. Trwa
niezakończona debata nad tym, na ile elitarny był hellenizm, a na ile
przeniknął szerokie warstwy ludowe, które zwłaszcza w Egipcie trwały w nie do końca wyjaśnionym oporze, traktowanym przez niektórych badaczy
jako ruch narodowy19.
*
Wobec pokusy hellenizacji stanęli również Żydzi, lud niewielki, jakich
więcej było w tym gorącym regionie, jednej z kolebek świata. Nie mieli
specjalnych zadatków na przetrwanie, jeśli weźmiemy pod uwagę ich
liczbę, skłócenie wewnętrzne, pastersko-rolniczy charakter pierwotnych
zajęć i niechęć do morza, co pociągało za sobą relatywne ubóstwo i kulturalne zamknięcie. Zresztą Grecy, z którymi Żydzi poznali się
dopiero w epoce hellenistycznej, bardzo ich pociągali. Że z niejaką
wzajemnością - nie ma w tym wypadku wielkiego znaczenia wobec
nierównowagi sił20. Mitologia narodu przeznaczonego do władania nad
światem, narodu filozofów, prawodawców i poetów, spotkała się z mitem
narodu wybranego, narodu Księgi, który jednak rozumiał swoją religię w sensie uniwersalistycznym. Biblijny Jahwe jest bogiem wszystkich, zawarł
wprawdzie sojusz z Izraelem, lecz tylko dlatego, że inne ludy nie
chciały przyjąć ofiarowanej im Tory. Jego żądania, by nie cudzołożyć, a tym bardziej nie kraść, przeczyły całej tradycji ich dotychczasowego
życia albo zdawały się najzwyczajniej zbyt wielkim wyzwaniem
moralnym21. Zwłaszcza od niewoli babilońskiej przymierze z Jahwe stało się dla Żydów na tyle kluczowe, że każde kolejne
niepowodzenie ich wzmacniało. Ufność w opiekę Bożą dawała Izraelitom
poczucie bezpieczeństwa nawet w "ciemnej dolinie śmierci" (Ps 23, 4).
Siedząc nad rzekami Mezopotamii, płakali, wspominając Syjon i zniszczoną
Jerozolimę (Ps 137 i Lamentacje)22, lecz "nie wyrzekli się
przeświadczenia o własnej wyższości i trwali w przekonaniu, że
nieszczęścia, które stały się ich udziałem, były spowodowane gniewem
Boga, ponieważ nie zachowali czystości wiary i rytuału"23.
Przesiedleńcy żydowscy nad Eufratem i Tygrysem rozmieszczeni w pobliżu
wielkich miast i zmuszeni do porzucenia rolnictwa, dotychczas
podstawowego zajęcia znacznej części z nich, mieli się w przyspieszającym tempie asymilować. Obserwując narastający wśród nich
kult babilońskich "bałwanów", prorocy Jeremiasz i Ezechiel zainicjowali
ruch oporu. Zasadzał się na rygorystycznym przestrzeganiu ortodoksji
religijnej, co w tym wypadku prowadziło zarazem do nasilającego się
żydowskiego ekskluzywizmu narodowego. W praktyce bowiem krok ten
oznaczał przyspieszone budowanie "murów" i "zamków" oraz stawianie
"straży". Chyba dopiero teraz, od VI w. przed Chr., kwestia tożsamości
wysunęła się u Żydów na pierwszy plan, a jej centralnym elementem stał
się jedyny Bóg, tarcza Izraela24. Efekty podejmowanych starań
musiały być najwidoczniej niewystarczające, skoro sto lat później
Ezdrasz, kapłan i uczony żydowski w Babilonie i potem w Jerozolimie,
doszedł do wniosku, że jeśli Żydzi naprawdę mają się nie rozpłynąć w pogańskim morzu, potrzeba im "granic ognistych". Nawet pośród codziennej
krzątaniny nie mogli zapomnieć, skąd są i do kogo przynależą. Same
wierzenia już nie starczały, niezbędny był - stwierdza Abraham Cohen -
"kompletnie odmienny sposób życia: specyficzny kult, inaczej prowadzony
dom". Najmniejszy szczegół najzwyklejszych czynności poddany został
kontroli Pisma Świętego, a właściwie Pięcioksięgu przypisywanego
Mojżeszowi, uzupełnianego z czasem o ustne pouczenia kapłańskie. Z biegiem lat i wieków wokół Tory wzniesiono "ogrodzenie" w postaci
spisanego Talmudu oraz Miszny, ukształtowanych w stuleciach na przełomie
starej i naszej ery25. "Tam, gdzie są granice, wyznaczniki tego,
czym jest religia Księgi, pojawiają się nie tylko odszczepieńcze sekty,
ale i odszczepieńcze jednostki: apostaci i konwertyci"26.
Jak poważne zagrożenie stanowiły dla Żydów czasy helleńskie, pokazuje
najlepiej spisana w końcu II w. przed Chr. Pierwsza Księga Machabejska.
Jej nieznany autor, całkiem dobry historyk, nie ma wątpliwości, że i tym
razem wszelkie nieszczęścia przynieśli cudzoziemcy - Aleksander Wielki i jego następcy, którzy "dokonali wiele złego na ziemi" (1 Mch 1, 9). Lecz
prawdziwe niebezpieczeństwo pochodziło teraz od wewnątrz, ponieważ
"synowie wiarołomni" spośród samego Izraela (1 Mch 1, 11) zapalili się
do greczyzny: wybudowali w Jerozolimie gimnazjum, odstąpili od
obrzezania synów i zapomnieli o świętym przymierzu (1 Mch 1, 14-15). Co
gorsza, kiedy król syryjski Antiochos IV zarządził, aby wszyscy w państwie porzucili dawne obyczaje i stali się jednym narodem, wielu
Izraelitom pomysł się spodobał. Składali ofiary helleńskim bożkom, nawet
ze świńskiego mięsa, znieważali szabat, "dusze swoje brukali wszystkim,
co jest nieczyste i światowe" (1 Mch 1, 41-53). Szczęśliwie, kontynuuje
autor, znaleźli się i tacy, którzy woleli śmierć raczej niż odstąpienie
od Prawa i bezczeszczenie świętego przymierza (1 Mch 1, 63).
Korzystając z porażki Antiocha w wojnie z Egiptem, a właściwie ze
stojącym za nim Rzymem, Żydzi przystąpili do powstania, na czele którego
stanął ród Machabeuszy. Okazało się jednak, że król syryjski dysponuje
wciąż dostateczną siłą, aby odpowiedzieć brutalnymi prześladowaniami,
zwłaszcza że znowu wsparli go miejscowi, poza obcokrajowcami również
zarażona cudzoziemszczyzną jerozolimska szlachta, często trwająca przy
starej wierze, jak saduceusze, ale pragnąca zachować wpływy polityczne,
a może tylko ostatnią - jak jej się wydawało - możliwość temperowania
dążeń niepodległościowych w mało sprzyjającym środowisku
międzynarodowym. Koniec końców, powstańcy po dziesięcioleciach upartej i bezkompromisowej walki zwyciężyli, hellenizacja została powstrzymana
zarówno w Palestynie, jak i pośród greckojęzycznej żydowskiej diaspory.
Gdyby ta niezłomna i w jakiś sposób szalona garstka straceńców uległa,
historia mogłaby się potoczyć zupełnie inaczej27. Nie
przetrwałby monoteistyczny judaizm i nie przyszłyby na świat jego
niechciane dzieci ze związku z hellenizmem - chrześcijaństwo i islam.
Zasymilowani religijnie Żydzi nie staliby się zarazem jedynym narodem
świata helleńskiego z gruntu wrogim tradycji greckiej i potem rzymskiej.
Broniąc granic własnej tożsamości, zamknęli się w sobie, nabrali
podejrzliwości względem obcych wpływów, najdrobniejszą krytykę przepisów
prawnych i kultowych traktowali jako wyraz apostazji, "czyn naruszający
warunki przymierza z Jahwe"28.
Co nie udało się kapłanom egipskim, powiodło się Żydom, przede wszystkim
za sprawą głębokiego przekonania o przynależności do narodu wybranego,
niemniej liczył się na pewno i inny powód. Religia w Palestynie miała
szerokie ludowe korzenie, a to zapewniało jej niezbędny do przetrwania
klimat fermentu społecznego i ideowego. Co tylko elitarne, trafia
wcześniej czy później do lamusa. "Skostniałe mity i skostniała
przeszłość są niczym eksponaty na wystawie muzealnej o dawnych
cywilizacjach i dawnych religiach. Oglądamy je z umiarkowanym
zaciekawieniem i bez większych emocji. Nie obawiamy się ich i nie
odczuwamy potrzeby ich zmiany [...]. Są bezpieczne, bo martwe"29.
Wobec zmarłych łatwo być wielkodusznym30. Prawdą jest, że
i w Egipcie, i w Izraelu władzę religijną sprawowały rodziny kapłańskie,
czerpiące z tego niebagatelne korzyści, ale pozycja chłopstwa i wciąż
jeszcze nielicznych rzemieślników była u Żydów nieporównywalnie
mocniejsza niż u Egipcjan i zasadzała się na silnym poczuciu solidaryzmu
społecznego. Mimo więc że w Palestynie różnice majątkowe między biednymi
a bogatymi pozostawały stosunkowo najmniejsze, właśnie tu - jak
zauważyła Ewa Wipszycka - dochodziło najczęściej do protestów
społecznych. Czasy helleńskie przyniosły ich nasilenie, ponieważ elita
żyła bardziej ostentacyjnie, zgodnie z modelem greckim i potem rzymskim,
gdzie "ubogi" znaczyło w zasadzie tyle co "podły". Dla konfliktów
społecznych nie są ważne porównawcze statystyki, dodawała badaczka
starożytności, lecz przeświadczenie, że zmiany idą ku gorszemu, a życie
warstw uboższych staje się coraz cięższe31.
Niezadowolony "proletariat" wewnętrzny, który w rozumieniu mistrza
analogii historycznej Arnolda Toynbeego obejmuje także szeroko pojętą
inteligencję, w tym dawnych czasów, prze w takich sytuacjach do zmiany i rozsadza niesprawiedliwości starych systemów, jeśli tylko znajdą się
wielcy reformatorzy potrafiący rzucić i upowszechnić ideę bardziej
postępową. Pośród nich zbawiciele - półbogowie zrodzeni z ludzkich matek
za sprawą nadludzkich ojców, by cierpieć za człowieka, a po spełnieniu
ziemskiej misji zostać jak Herakles wniebowziętym - wysunęli się
zdecydowanie na czoło. Jezus wyłamał się nawet spośród nich: "był
człowiekiem, który wierzył, że sam jest Synem Bożym". Dla brytyjskiego
polihistora, poniekąd epigona - jeśli mierzyć współczesną zlaicyzowaną i wciąż zdecydowanie narodową miarą europejską - wszelki rozwój opiera się
na idei wyższej, jaką dać może wyłącznie religia, a nie technika czy
nacjonalizm lub, mówiąc jego językiem, Lewiatan w plemiennym
przyodzianiu32. Kto chce zebrać prawdziwe tłumy, musi mieć
odpowiednie symbole - dodawał starszy od Toynbeego o pokolenie Theodor
Herzl, który w odpowiedzi na narastający w Europie przełomu XIX i XX w.
antysemityzm rozmyślał o odbudowie państwa żydowskiego w Palestynie albo
Argentynie. Trzydziestopięcioletni dziennikarz austriacki żydowskiego
pochodzenia (nie pierwszy raz narzuca się myśl, że trzydziestolatkowie
mają największe szanse stworzyć dzieło odważne i wybitne zarazem, nawet
przy brakach erudycyjnych) zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że bez
nowych możliwości organizacyjnych i technicznych, jakie przyniósł wiek
żelaza i pary, jego inicjatywa nie byłaby nawet warta rozważenia. Chciał
wszystko, zgodnie z optymistycznymi wyobrażeniami swoich czasów, naukowo
zaprogramować. Rozumiał, że jego pomysł graniczy z utopią i że odezwą
się technokraci, którzy wskażą na niewielkie szanse realizacji planu.
Dlatego już w pierwszym zdaniu proroczej książki Państwo żydowskie
pozwolił sobie zauważyć, że uwiązani w codzienności, praktyczni fachowcy
zdumiewająco niewiele rozumieją z realiów życia społecznego,
ekonomicznego i politycznego33. Miał wiele racji, wiedza -
szczególnie typu zachodniego: specjalistyczna i zawężona do jednej, a w każdym razie nielicznych, dziedziny34 - ogranicza horyzonty
nierzadko równie mocno jak niewiedza. W starożytnym Izraelu przełomu
starej i nowej ery najbardziej ceniono uczonych w Piśmie, a jednak
wielcy rabini bronili wartości społecznej każdej pracy, bo - jak
tłumaczyli - na cóż zda się głowa, jeśli zostanie odjęte ciało? Skoro
jesteśmy od siebie wzajemnie uzależnieni, nie ma prac małych i dużych,
nie ma ludzi mniej czy więcej wartych. Co by dało - powiadał uczony
rabbi Jochanan ben Zakkaj - że kapłani nakazaliby mężczyznom i kobietom
obmycie rytualne, gdyby jakiś fachowiec nie wybudował im
studni35? Profesjonaliści, dotyczy to także współczesnych
technokratów, są niezbędni, problem w tym, aby nie zabierali się za to,
czego nie potrafią, przynajmniej póki nie mają erudycji i społecznej
świadomości wielkich myślicieli religijnych. Ich właściwe miejsce jest
wśród pracowników pomocniczo-technicznych, którzy dostarczają rozwiązań
i narzędzi, a nie wśród tych, którzy podejmują kluczowe dla wspólnoty
decyzje w dziedzinie społeczno-ekonomicznej, a tym bardziej w zakresie
idei. Zdarza się, że są to zadania prawie równie ważne, by wskazać na
działalność św. Pawła, mniej więcej rówieśnika Jochanana i tak samo
jednoznacznego w kwestii podejścia do pracy. "Kto nie chce pracować,
niech też nie je" - tłumaczył Paweł tesaloniczanom (2 Tes 3, 10; por.
też Dz 18, 3 i 20, 34) w opozycji do Arystotelesa, który zaprowadził
myśl grecką w tym zakresie w ślepą uliczkę, zapomniawszy o kapitalnej,
chciałoby się rzec "weberowskiej", myśli swego ziomka Hezjoda, dziś już
prawie sprzed trzech tysięcy lat, że na drodze do cnoty bogowie położyli
pracę i żadna z nich nie hańbi36. Bez odważnych idei z przypowieści i działalności Jezusa faryzeusz Szaweł spędziłby życie na
walce z odstępcami od judaizmu, de facto by nie zaistniał, ale czy
chrześcijaństwo rozwinęłoby się bez intelektu, wykształcenia, wreszcie
organizacyjnego geniuszu i niewyczerpalnej aktywności zeloty z Tarsu?
Śmiem wątpić. Działalność przytłaczającej większości z nas ma w skali
długiego czasu dość ograniczone znaczenie i trzeba się umieć z tym
pogodzić. "Wyjątki się zdarzają, ale chodzi o postaci, co by o nich nie
mówić, nie z tego świata, jak asceta Budda - syn książęcego rodu,
obrońca grzeszników Jezus - syn cieśli z Nazaretu, czy sierota i analfabeta Mahomet, z pochodzenia kupiec, który zatroszczył się o los
wdów. Łączyło ich to, że rozmyślali nie nad wzrostem gospodarczym, lecz
niesprawiedliwością wynikającą z nierówności społecznych"37.
*
W roku 63 przed naszą erą Palestyna przeszła pod władzę Rzymu, który dwa
dziesięciolecia później przekazał bezpośrednie rządy Herodowi Wielkiemu,
odnowicielowi świątyni jerozolimskiej i... zdeklarowanemu filohellenowi.
Prawda, władca szanował religię ludu i liczył się ze zdaniem kapłanów i uczonych w Piśmie, lecz jego sposób życia pozostawiał dużo do życzenia.
Wybaczono by mu to zapewne, jak często możnym tego świata, gdyby
przepych dworu i żywa działalność budowlana Heroda nie wymagały wyższych
podatków. By złamać opór społeczny, król zaprowadził terror
szpiegowsko-policyjny i bezlitośnie dławił w zarodku wszelkie przejawy
niezadowolenia. W razie potrzeby odwoływał się do armii skompletowanej z obcych żołnierzy, podczas gdy walczący na sposób grecki -
najnowocześniej - Żydzi szukali dla siebie miejsca w szeregach armii
wielkich sąsiadów38. Chociaż więc powstanie machabejskie
zwyciężyło, Palestyna kipiała, a Jahwe Talmudu nieprzerwanie zamartwiał
się, że gdy pozostawi "Izraelitów samych sobie, pochłoną ich pogańskie
narody"39.
Kraj przemierzali liczni tanaici, uczeni w Piśmie nauczyciele, którzy
rozprawiali, jak żyć i bronić się przed hellenistyczną zarazą,
szczególnie od kiedy znalazła wsparcie w potędze Rzymu. Po rządzonej
przez Heroda Judei grasowały, jak pisze Józef Flawiusz, dowodzone przez
samozwańczych królów bandy rozbójników, mające się dawać ludności gorzej
we znaki niż Rzymianie40. W Galilei młodzi zeloci - spośród
nich wywodził się apostoł Szymon z przydomkiem Gorliwy (Łk 6, 15) -
napadali na poborców podatkowych i parli do ponownego zrywu - terroryści
swoich czasów. Podobnie jak faryzeusze wyczekiwali mesjasza,
niezwyciężonego króla i kapłana z rodu Dawida, tyle że w ich rozumieniu
miał on porwać Żydów do powstania, czego jak ognia obawiała się
starszyzna i, generalnie rzecz biorąc, realiści. Bardzo nieliczni w tej
sytuacji wybiegali myślami dalej niż poza horyzont Izraela i judaizmu.
Jednym z nich był Jezus. Niemniej i On potrafił się zapomnieć, jak
pokazuje spotkanie z pewną syryjską Fenicjanką w okolicach Tyru, której
w pierwszej chwili odmówił pomocy. Przekonywał, że został "posłany tylko
do owiec, które poginęły z domu Izraela", dodając: "niedobrze jest
zabrać chleb dzieciom, a rzucić psom" (Mt 15, 24-26). Dopiero nieodparta
wiara kobiety w uzdrowieńczą moc Jezusa przełamała Jego opór. Wiara,
obok miłości, przebaczenia i miłosierdzia, odgrywała w nauczaniu
Nazarejczyka rolę kluczową - przenosiła góry. Nie chciał pozostać
obojętny, mimo że uczniowie wzywali Go, aby odprawił naprzykrzającą się
pogankę41. Wiedział przecież, iż wydałby na nią wyrok. Ledwo
zwątpisz, już toniesz - konstatuje nie bez racji pisarz szwajcarski Jürg
Amann w pięknej "autobiografii" Jezusa42. Szkoda tylko, że nie
radzi, jak to pogodzić z życiem w świecie wypełnionym po same brzegi
wątpliwościami, mającymi źródło w nabywaniu doświadczeń i narastaniu
wiedzy. Na ile są one jeszcze niezbędnym balastem, chroniącym łódź przed
nagłymi uderzeniami fal i wiatru, na ile zaś nadmiernym ciężarem, który
pociągnie na dno łódź z całą załogą?
Genetycznie wywodził się Jezus najpewniej z chasydów ("pobożnych"),
którzy wsparli powstanie Machabeuszy, ale nigdy nie dali się przekonać
do walki w szabat. Co ciekawe, z nich wyszli też faryzeusze
("oddzieleni", jak się to najczęściej tłumaczy w biblistyce, ale może
jednak "trzymający się z dala" od rytualnego skalania, albo wręcz
"interpretatorzy" Tory43), odrzucający mesjanizm i apokaliptyczne
wizje chasydów, lecz stojący równie mocno na gruncie Prawa. Od
szlacheckich saduceuszy oddzielało oba te ugrupowania mniejsze otwarcie
na wpływy helleńskie oraz poglądy eschatologiczne, w tym szczególnie
dotyczące życia pośmiertnego, pośmiertnej kary i zmartwychwstania. Kto z chasydów i potem również z faryzeuszy nie potrafił sobie znaleźć miejsca
w kształtującym się na nowo układzie, szukał go albo pomiędzy
najbardziej radykalnymi esseńczykami, albo odwrotnie: wśród ugrupowań
niegodzących się ze skostnieniem wokół Prawa. Nie wiadomo, jak liczne
były te grupy, w każdym razie z dawnymi chasydami łączyły je
mesjanistyczne i apokaliptyczne wizje, dzieliło jednak otwarcie na
hellenizm, szczególnie silne w dziedzinie filozofii, i żądanie mniej
formalistycznego podejścia do wiary, co w praktyce oznaczało także jej
odsunięcie od bezpośredniej polityki - rzecz i dzisiaj niełatwa do
osiągnięcia. Ostatecznie ludzie ci, jak się przypuszcza, zasilili
najstarszą gminę chrześcijańską w Palestynie. Również pierwsi
chrześcijanie na innych terenach cesarstwa to przede wszystkim żyjący w diasporze Żydzi. Wielu mogło sobie nawet nie zdawać sprawy, że odchodzą
od judaizmu. List Pawła do Galatów, a może jeszcze bardziej Dzieje
Apostolskie pokazują kapitalnie, jak niepewnie czuli się Żydzi i zarazem
pierwsi chrześcijanie wobec przepisów rytualnych i ceremonialnych,
głównie Prawa i obrzezania (Dz 15, 4 nn. i 16, 3 nn.). Nauczali ich
nadal Żydzi, a grecki sposób myślenia był żywy także pośród faryzeuszy,
nawet jeśli pośród mniejszej ich części44. Nauki Jezusa nie
wzięły się, jak jeszcze zobaczymy, znikąd. Odwrotnie, znajdują silne
umocowanie w Starym Testamencie, ale i we współczesnych Mu trendach
judaizmu.
Herod nie zasłużył na przydomek "wielki". Łożył na świątynię
jerozolimską przez dziesięciolecia, wszyscy ją teraz podziwiali, lecz
był to wysiłek próżny - ostała się niewiele dłużej niż trwała odbudowa.
Po ponad czterdziestoletnim panowaniu pozostawił królestwo bardziej
podzielone, niż to, które zastał, wobec czego Rzymianie przekształcili
je w zarządzaną przez czterech namiestników prowincję. Najważniejszą
Judeę z Jerozolimą dzierżył bezpośrednio rzymski prokurator, w Galilei
tetrarchą został Herod Antypas, najmłodszy syn królewski, który zasłynął
głównie ścięciem Jana Chrzciciela. Nie dość, że poszczególne żydowskie
plemiona, stronnictwa religijne i polityczne - żyjący w odosobnieniu na
pustyni nieliczni esseńczycy, tracący wpływy zamożni saduceusze i dominujący już faryzeusze - żywiły do siebie niechęć, by nie rzec -
pałały nienawiścią, jak w wypadku Samarytan, to na dodatek stosunki z Rzymem, obserwującym narastanie trudnych do zrozumienia z pozycji
mocarstwa niepokojów, układały się coraz gorzej. Powszechna w kulturze
hellenistycznej irytacja z powodu żydowskiego izolacjonizmu łączyła się
jednak z zaciekawieniem Greków żydowskim monoteizmem. Rzymianie odnoszą
się do Żydów z beznamiętną obojętnością graniczącą z pogardą. Wodzowie
rzymscy, jak Pompejusz, naruszają największe żydowskie świętości, wstręt
do żydowskich i zaraz potem chrześcijańskich "zabobonów" podzielają
rzymscy intelektualiści, by wskazać tylko na najwybitniejszych -
historyka Tacyta oraz jego przyjaciela prawnika i polityka Pliniusza
Młodszego45. Jednocześnie trudno powątpiewać, że Rzym na
przełomie er robił na świadomych jego potęgi Żydach to samo niekłamane
wrażenie, jakie wzbudził w latach 63-64 w Józefie Flawiuszu, uczestniku
i historyku kolejnego powstania żydowskiego, którego był zresztą
zdecydowanym przeciwnikiem. Uważał, że wobec potęgi Rzymu ekstremiści
nie mają żadnych szans, również dlatego, że Bóg odwrócił się od
grzesznego Izraela i najwidoczniej przeniósł poparcie na cesarstwo,
skoro przydzielił mu taką pozycję w świecie. Kilkuletni zryw powstańczy
zakończył się w 70 r. zdobyciem przez syna cesarskiego, Tytusa,
Jerozolimy, jej tylekroć zapowiadanym przez proroków zburzeniem i wygnaniem Żydów46. Niemniej cesarz przedwcześnie pochwalił się na
Rynku Rzymskim (Forum Romanum) innego Wiecznego Miasta zwycięstwem,
które uświetnił stojącym do dziś łukiem triumfalnym. Po ogromnym
Imperium Romanum nie ma śladu w politycznym sensie, maleńki Izrael
jest tam, gdzie był, a Żydzi, nadal mocno podzieleni, modlą się
nieprzerwanie pod jedyną zachowaną ścianą świątyni, przypisywaną
najmądrzejszemu z królów - Salomonowi47.
Ewangelie nie pozostawiają na faryzeuszach suchej nitki, a uważana
przynajmniej do niedawna za jedną ze starszych Ewangelia Mateuszowa
wręcz bulgoce niechęcią do "oddzielonych"48. Dla
chrześcijan stali się oni synonimem obłudników. Nie przypadkiem, mimo
bowiem że niektórzy z nich zwracają się do Jezusa z szacunkiem per
Rabbi - Nauczycielu, szukając może czasami jakiejś formy dialogu, a przynajmniej starając się Go wybadać, On sam mówi o nich najczęściej
źle, używając epitetów, które wejdą do arsenału wszystkich zajmujących
się poganami średniowiecznych kronikarzy. "Węży" i "żmijowego plemienia"
mało który potrafił sobie darować. Dziwić się nie sposób, skoro nawet
renesansowy i krytyczny umysł Erazma z Rotterdamu nie dostrzegł, jak się
zdaje, że Jezus wywodzi się z tego samego stada, co faryzeusze. Zjawisko
antagonizmu dzielącego postaci o wspólnym pochodzeniu musi być
historycznie i społecznie dość typowe, skoro przeszło do mitów49.
Zygmunt Freud nazwał je narcyzmem małych różnic - najtrudniejsze do
wyznaczenia są granice najbliższe50. Historia religii, co
zrozumiałe, dostarcza szczególnie licznych przykładów tego typu. Wszak
Stwórca przygotował najcięższe lochy dla upadłych aniołów, którzy
zwiedli Ewę i inne piękne córy ludzkie, wchodząc z nimi w ziemskie
związki51. W kontekście Erazma starczy przypomnieć narastającą
względem niego wzgardę Marcina Lutra, odkąd "książę humanistów"
zdecydował się, wbrew wszystkiemu, co łączyło go z reformatorami, na
pozostanie w Kościele katolickim. Z kolei teolog niemiecki, po chłopsku
uparty i przekonany o dosłownej nieomylności Pisma nawet w sprawach "nie
do wiary", miał problemy z licznymi adwersarzami. Z Erazmem ściął się na
tle "ducha" oraz w fundamentalnej kwestii wolnej woli, akceptując za
sprawą płomiennej wiary i bezgranicznej ufności do wrogiej rozumowi
transcendencji bezwzględny determinizm ludzkiego życia, mimo że odbierał
życiu sens. Również bliskim zwinglianom zarzucał "innego ducha".
Kompletnie poirytowany Rotterdamczyk zanotował pewnego razu, że jest
człowiekiem i głosu ducha nie słyszy52.
Jezus nie wyrzucał faryzeuszy ze świątyń, modlił się i nauczał w utrzymywanych przez nich synagogach, czasami z nimi dyskutował, rzadziej
gwałtownie wybuchał, jak w słynnej mowie przeciw uczonym w Piśmie i faryzeuszom, którzy grodzą drogę do królestwa niebieskiego, zajmują
pierwsze miejsca w synagogach i na ucztach, objadają domy wdów pod
pozorem długich modlitw i przypominają pobielone groby, "które z zewnątrz wyglądają pięknie, lecz wewnątrz pełne są kości trupich i wszelkiego plugastwa" (Mt 23, 27). Syn Człowieczy gardzi faryzejską
hipokryzją, także jako sposobem debaty, ale gdy trzeba, umie po
mistrzowsku odpowiedzieć tą samą bronią. Zachowuje przy tym rezolutność
i rodzaj ludowej przebiegłości53, prawie niespotykanej u intelektualistów, a już zwłaszcza u uczonych wychowanych w naszej
rabinicznej tradycji studiowania, w której księga zastępuje niekiedy
życie54. Był głęboko przekonany, że wiara oparta wyłącznie na
przepisach prawnych i kulcie prowadzi donikąd i że trzeba podejść do
niej w sposób mniej formalny - otworzyć serca. Nie dostrzegł albo Go to
nie interesowało, że sprawdzone przez stulecia tradycje Prawa stanowiły
o tożsamości żydowskiej i pomogły Żydom zachować odrębność. Trudno
byłoby więc tak po prostu odmówić faryzeuszom mądrości, a tym bardziej
zapobiegliwości. Jak wiadomo, mechanizmów dobrze działających i utrwalonych tradycją nie zmienia się, póki naprawdę nie zajdzie
konieczność, a i w takiej sytuacji robi się to niezmiernie ostrożnie.
Nawet najszczytniejsze zamiary nigdy nie dają pewności, co z reform
modernizacyjnych wyniknie.
W sprawach kultu Jezus wchodził na jeszcze bardziej grząski grunt.
Pragnął przekroczyć nieprzekraczalne - granice pojmowania ówczesnych
ludzi. Wybiegał w daleką przyszłość, albowiem ujawnianie emocji,
szczególnie przez mężczyzn, budziło u starożytnych raczej niechęć, by
nie powiedzieć strach, kojarząc im się z obłędem. Przy całym oporze
wobec emocji trudno zarazem spotkać Greka, zauważył Aubrey de
Sélincourt, który nie popadałby w stany wysoce emocjonalne. Jedno
drugiemu w żadnym wypadku nie przeczy, emocje zwalczano właśnie dlatego,
że stanowiły przeszkodę w stabilnym życiu jednostki i wspólnoty. Kulturę
stworzyliśmy po to, by móc w ogóle żyć, w naszych duszach bowiem -
stwierdzał jeden z pierwszych ich naukowych odkrywców Zygmunt Freud -
szaleją żywioły55. Mylił się natomiast, twierdząc, że człowiek
"pierwotny" czuł się lepiej bez ograniczeń popędów, którą to myśl
przejął od niego Carl Gustav Jung, przypisując człowiekowi "pierwotnemu"
dodatkowo brak zdolności do wydawania sądów moralnych56. Jest
oczywiste, że etyka to sprawa trwającego przez tysiąclecia rozwoju, ale
gdyby w istocie było tak, że człowiekowi jest lepiej bez niej, nie
uciekałby z tamtego brutalnego świata, ile sił w nogach. Wiemy wprawdzie
tymczasem, że nawet dzikie zwierzęta znają uczucie przyjaźni i dość
rzadko skaczą sobie do gardeł, a już prawie nigdy nie krzywdzą osobników
młodych i słabszych tego samego gatunku (co ciekawe, najbardziej
rozwinięte zachowania "zbieżne z moralnością" mają wilki oraz żyjące w wielkich stadach kawki, które bez "kodeksów rycerskich" i "walk
turniejowych", w znacznej mierze pozorowanych, nie miałyby nieomal szans
przetrwać)57. Niemniej wyrywaniu się człowieka ze świata bez
reguł poświęcone jest, na pewno nie przypadkiem, już najstarsze dzieło
literackie, jakie znamy - Gilgamesz, utwór o trudności pogodzenia się
człowieka z nieuniknioną śmiercią, ale też o narodzinach moralności
poprzez przyjaźń i miłość. Nad Gilgameszem, pisał Robert Stiller we
wstępie do polskiego tłumaczenia najstarszego eposu, górujemy wiedzą i tysiącleciami doświadczeń, "ale mało moglibyśmy mu przeciwstawić, jeśli
chodzi o śmiałość myśli i poczynań, dociekliwość poznawczą i etyczną,
głębię i powagę w podejściu do spraw życia i śmierci oraz wrażliwość
estetyczną"58.
Cena ujawnienia emocji była najczęściej bardzo wysoka. Dzielnemu Ajasowi
pod Troją, gdy ze złości na decyzję wodzów wyprawy wybił w zapamiętaniu
stado bydła, pozostało tylko samobójstwo bądź hańba. Hades lepszy niż
szaleństwo - śpiewa chór u Sofoklesa, gdy wojownik rzuca się na
miecz59. Ludzi i bogów nie interesowało jeszcze, co kto nosi w sercu, traktowanym - wobec nieznajomości systemu nerwowego - jako
centrum zarządzania naszego organizmu60, lecz jak się
zachowuje. Jednostki nazbyt emocjonalne - skłonne do rozczulania się,
drażliwe i melancholijne - Talmud traktował jako niezdolne do właściwego
życia61. W starożytnym buddyzmie opanowanie emocji, zapewne znów
nie przypadkiem szczególnie przez warstwę wojowników, stanowiło wstęp do
przejścia ze świata samsary, zdominowanego przez cierpienie, do świata
nirwany, elitarnej poniekąd sfery istot wyzwolonych, niedostępnej
ludziom owładniętym przez silne negatywne emocje. Słowo "nirwana"
oznacza "zdmuchnięcie" szkodliwych emocji i wynaturzonych pragnień,
zwłaszcza żądzy oraz chciwości, a najlepiej ich równoległe zastąpienie
miłującą dobrocią i współczuciem, co kapitalnie obrazuje nasze
kulturalne dojrzewanie62. We współczesnym hinduizmie,
podsumowuje reportażystka Paulina Wilk, liczy się bardziej to, jak
żyjesz, a nie to, w co i jak wierzysz. Najważniejsze jest sprostanie
praktyce życia, wymaganiom moralnym i prawnym, określanym jako dharma,
czyli naukom Buddy63. Siddharta dopiął celu w wieku 35 lat i stał
się Buddą, czyli przebudzonym. Kilka stuleci później w podobnym kierunku
pójdzie niewiele odeń młodszy Jezus. Trudno powiedzieć, na ile
niezależnie, gdyż brak szczegółowych badań - Indie są właściwie
nieobecne w teologii chrześcijańskiej, mimo że zbieżności między
buddyzmem a chrześcijaństwem, szczególnie między ukształtowaną w ostatnim wieku przed Chrystusem mahajaną a wczesnochrześcijańską
gnozą, są czytelne nawet dla laika. Wiadomo o kontaktach
buddyjsko-helleńskich i wzajemnych zapożyczeniach, lecz nic nie
potrafimy powiedzieć - albo niewiele - na temat ich chronologii i dróg
przenikania. Starszeństwo wpływów buddyjskich mogłyby potwierdzać w pewnym stopniu szlaki, na których spotykamy gnozę: poprzez irański
Środkowy Wschód do Syrii i Palestyny, czyli na Bliski Wschód, gdzie
dostała się ona mniej więcej w czasach chrystusowych. Problem w tym, że
teksty gnostyckie przywołują różnorodne autorytety, lecz niezmiernie
rzadko buddyjskie64. Jeśli wierzyć jednej ze starszych
Ewangelii, nieobjętej kanonem Ewangelii Tomasza, niestety zachowanej w dość późnym (IV w.) tłumaczeniu koptyjskim (i w niewielkich fragmentach
greckich), Jezus i jego uczniowie ostrożnie korzystali z elementów
gnostycznych, które wyparł potem św. Paweł, pozostający w ostrym
konflikcie z Piotrem, jerozolimskim Jakubem i generalnie z bezpośrednimi
uczniami Jezusa. Johannes Fried podejrzewa nawet, jeśli dobrze rozumiem
niemieckiego mediewistę, iż nie objawienie, lecz właśnie gnoza -
samopoznanie na drodze do rozpoznania syna Bożego w samym sobie -
przyciągała do Jezusa niektórych uczonych faryzeuszy. Nocną tajną lekcję
udzieloną jednemu z nich, wiernemu do końca Nikodemowi, opisuje dość
szczegółowo Ewangelia Jana (J 3, 1 nn.)65. Fale przepływów
cywilizacyjnych przesuwały się wtedy wolniej, ale, jak się zdaje, nie
mniej skutecznie. Może wręcz sięgały głębiej, do samego sedna, gdyż
długi okres pozwalał na ich stopniową syntezę, u której końca nikt już
tak naprawdę nie wiedział, co i skąd wzięło początek. Ważne, że było
pożyteczne dla naszego indywidualnego, a tym bardziej wspólnotowego
życia. Powoli zrzucaliśmy z siebie "sierść kudłatą" i oduczali skakać
sobie do gardeł jak "dzikie zwierzęta". Gwałt przestawał być
akceptowany, pojawiła się przyjaźń, a władcy zostali pouczeni, że są
zobowiązani chronić ludność i szerzyć sprawiedliwość66.
Najczęściej nie dotyczyło to jednakowoż wrogów i pod tym względem
niewiele zmieniliśmy się po dziś dzień, przy czym chodzi nie tylko o stosunek do wrogich narodów, lecz również do wrogów
wewnętrznych67. Północne Indie, które przemierzał Budda,
wygłaszając kazania, nie są dalekie od hellenistycznego Bliskiego i Środkowego Wschodu. Ścisłe kontakty z Iranem i pokrewnym mu Afganistanem
utrzymywały już w starożytności68. Świat
hinduistyczno-buddystyczny jest o tyle ciekawszy od naszego
(współczesnego!), że zamieszkują go nie tylko ludzie, lecz również inne
organizmy czujące - zwierzęta, istoty przebywające w piekłach, głodne
duchy, półbogowie i bogowie. Nie wszystkie mają ciało, ono dla
mieszkańców Czarnej Afryki69 i południowej Azji, także
muzułmańskiej70, nie jest bynajmniej najważniejsze,
aczkolwiek zawsze jest cenne: w buddyzmie w zasadzie tylko ono pozwala
gromadzić dobrą karmę na poczet przyszłych reinkarnacji (zauważmy gwoli
porządku, że i Państwo Boże św. Augustyna już na ziemskim etapie
zamieszkują - obok różnych ludzi, obywateli dwóch państw: ziemskiego i Bożego - bardzo liczne duchy, święte anioły71). Łączy te
organizmy posiadanie psychiki i świadomości, które pozwalają im cieszyć
się i cierpieć. Przezwyciężyć zmory i udręki codziennego życia można
wyłącznie drogą mozolnej i trwającej wiele wcieleń samonaprawy,
odwołaniem się do własnego wnętrza i tkwiących w nim sił, a nie do
bogów, którzy są wprawdzie potężniejsi od ludzi, ale nie wszechmocni,
nie mogą zmienić ani świata, ani jednostek72. Bywa jednak, że
się przemagają w oporze wobec grzechu wojny i zabijania, aby pomóc nam w sprawiedliwej i koniecznej walce przeciw monstrualnemu złu, które
niszczy cały znany porządek etyczny, by przypomnieć dylematy najlepszego
łucznika indyjskiego Ardżuny z Mahabharaty u progu bitwy pod
Kurukszetrą73.
Jak emocje u starożytnych nie były w cenie, tak tym bardziej wiara
starożytnych nie opierała się na uczuciach, a już w żadnym razie na
miłości i przebaczeniu. Pierwsze kroki w tym kierunku zrobił Budda około
pięciuset lat przed Chrystusem. Dzisiaj, co wywodzi się przede wszystkim
ze średniowiecza, każdy może modlić się jak chce. Ważne, pisał w XII w.
Bernard z Clairvaux, by wypełniała nas miłość, gdyż z zimnym sercem nic
nie zrozumiemy z Biblii. Sto lat później poeta, teolog i mistyk islamski
Dżalaluddin Rumi poszedł dalej. Twierdził, że hindus może się modlić na
swój sposób, a muzułmanin na swój, byle Bóg czuł żar serca74. W starożytności wiara stanowiła z zasady sprawę społeczną i w imię dobra
publicznego żądano przestrzegania ogólnie przyjętych reguł, by
rozgniewani żartem czy odstępstwem bogowie nie zesłali klęski na
wspólnotę, którą obowiązywała w kwestii kultu odpowiedzialność zbiorowa.
Stąd procesy o bluźnierstwo czy bezbożność, wśród nich przeciw
Sokratesowi, który tłumaczył, że wypełnia powinności wobec bogów. Musiał
wiedzieć, że dla współczesnych posłać na śmierć za odmienny stosunek do
bogów było czymś w zasadzie naturalnym. Mógł uniknąć najwyższego wyroku,
gdyby zgodził się na karę pieniężną. Odrzucił tę alternatywę, ponieważ
jej akceptacja zaprzeczyłaby całemu jego dotychczasowemu życiu, a wielcy
Grecy starożytności wychowywali się w kulturze niezłomności. Przyjęcie
kary oznaczałoby faktyczne przyznanie się do winy, podobnie jak
proponowana mu ucieczka z więzienia. Dopiero co przypomniał sędziom w mowie obrończej, kogo wyrocznia delficka uznała za najmądrzejszego
człowieka w całej Grecji i jakim jest on darem dla Aten. I nawet jeśli
starożytni byli gorliwsi w samochwalstwie, próżność sędziów została
niebezpiecznie wystawiona na próbę. Egzaminu nie zdali, postąpili
nikczemnie, wszak wiedzieli, z kim mają do czynienia, bo filozof obracał
się wśród nich siedemdziesiąt lat i niejeden miał okazję poczuć jego
dotkliwe nadepnięcia na odcisk. Dalsze wyjaśnienie tkwi może w politycznym podtekście procesu. Zarzucono Sokratesowi, że psuje
młodzież, kształcił bowiem arystokratycznych synów, którzy dochodząc do
władzy, mieli się nierzadko zachowywać dość podle. Prawda, że filozof
był z gruntu konserwatywny i nie znosił ludu. Niewykluczone, że tę
niechęć przelewał na wychowanków, lecz pewności co do tego brak.
Młodzież wielkopańska piła pogardę dla ludu niejako z mlekiem matki, a jej przewaga wśród uczniów Sokratesa mogła wynikać z prostego faktu, że
bogaci rodzice lepiej płacili za lekcje, a w niezamożnym domu Sokratesa
czekała Ksantypa z gromadką dzieci. W starożytnej Grecji procesów o bezbożność udawało się uniknąć jedynie poetom, jak choćby Eurypidesowi,
który w sensie formalnym na oskarżenie zasłużył. Poezja, czy szerzej
literatura, rządziła się w Helladzie własnymi prawami. Trudno byłoby
sędziom wydać wyrok na wieszcza, za którego strofy jeńcy ateńscy
odzyskiwali w świecie wolność75. Potęgę opinii publicznej zawsze
brano pod uwagę, a przekonanie, że sądy powinny bronić pisarzy
zakorzeniło się głęboko w starożytności grecko-rzymskiej, aczkolwiek z nastaniem cesarstwa coraz częściej opiekowano się jedynie panegirystami,
a nie obrońcami republiki czy w ogóle krytykami. Najpierw zgładzono
Cycerona - jeszcze w roli polityka, potem wypędzono z Rzymu
intelektualistów, wreszcie przestraszony Tacyt poddał się autocenzurze -
jego Roczniki, najsłynniejszą historię Rzymu, Arnaldo Momigliano,
włoski historyk starożytności, określił jako przykład konsekwencji
utraty swobody myśli i wolności słowa76.
Jak dawny świat rozprawiał się z tendencją do różnorodności w kwestiach
zasadniczych, unaocznia dobitnie i po wielekroć Herodot, najlepiej na
przykładach scytyjskich. W Atenach, jak potem w Jerozolimie w wypadku
Jezusa, doszło przynajmniej do jakiejś formy rozprawy sądowej. Gdzie
indziej załatwiano sprawy odstępców od ręki. Zamieszkujący północne
wybrzeża Morza Czarnego Scytowie mieli szczególnie skrupulatnie unikać
obcych zwyczajów. Jeden ze Scytów, Anacharsis, z bębnem w ręku i obwieszony świętymi obrazkami, chciał wzorem Greków znad Hellespontu
oddać cześć Matce bogów. Został zabity, a jego imię skazano - bez
powodzenia - na niepamięć. Podobnie skończył król Scytów, który
uczestniczył po kryjomu w greckich dionizjach w Olbii. Jego ziomkowie
uważali za rzecz nieprzystojną chwalić boga, który doprowadza ludzi do
szału. Ucięli Skylesowi głowę - pisze Herodot - w imię obrony własnych
zwyczajów, niekoniecznie, jak sugeruje Neal Ascherson, za próbę życia w dwóch porządkach jednocześnie77. Wyznawcy religii
politeistycznych, nawet niechętni nowym bóstwom Grecy, na ogół szanowali
obcych bogów, ponieważ traktowali ich jako przynależnych do danego
terytorium i ludu78. Półtora tysiąca lat później świeżo ochrzczeni
władcy królestw nadbałtyckich składali dary Świętowitowi z Arkony, co
nie musiało być jedynie posunięciem dyplomatycznym, jak sugeruje
bezpodstawnie i bez zrozumienia epoki Leszek Moszyński, lecz śladem
dawnych zwyczajów i bojaźni bożej wciąż wrodzonej ówczesnym. Tyle że
teraz duński kronikarz Saxo Gramatyk jednoznacznie potępia te praktyki i z zadowoleniem odnotowuje kary boskie za świętokradztwo. W tym samym
mniej więcej czasie w pogańskim Wolinie nie przeszkadzano zamieszkiwać
wyznawcom innych konfesji, byle nie manifestowali - jak informuje Adam
Bremeński - swoich praktyk religijnych79. Szwajcarski zakaz
budowy minaretów, choć ma na celu "wyłącznie" - tylko pozornie, jeśli
weźmiemy pod uwagę, kto zgłosił tę inicjatywę referendalną - ochronę
krajobrazu architektonicznego, należy w zasadzie do podobnych
rozporządzeń. Muzułmanie mogą wyznawać swą religię, gromadzić się w meczetach, byle nie zaburzali ustalonego porządku kulturowego na
zewnątrz. Anacharsis i Skyles byli odstępcami. Przekroczyli to, co
dozwolone, najpóźniej w momencie, kiedy należny respekt dla obcych bogów
zastąpili aktywnym współuczestnictwem w obrzędach.
*
Gdy jedność się kończy, ziemia przestaje wydawać plony - mówi Talmud,
przestrzegając przed podziałami: "nie dzielcie się na kawałki, lecz
twórzcie jeden pęk". Aby stanowili jedno - powtarza Jan Ewangelista
słowa modlitewnej prośby Jezusa, orędującego u Ojca za uczniami (J 17,
11). Powracająca kłótnia zrujnuje każdy dom, bo osadza się coraz trwalej
- napomina Talmud80. Dom skłócony wewnątrz nie może się ostać -
przypomina Jezus (Mk 3, 25), dodając, że zjednoczeni będziecie mogli
przesuwać góry (EvThom 106). Faryzeusze i uczeni w Piśmie bronili Prawa,
mając na uwadze jedność, Jezus w imię jedności łamał jego bariery.
Pogodzić się nie mogli, gdyż diametralnie inaczej rozumieli jedność, a przynajmniej inny jej aspekt akcentowali. Niezależnie od tego, czy
narracje religijne miałyby obrazować archetypiczne i wspólne w zasadzie
wszystkim ludziom kulturalne tęsknoty, czy odpowiadać, przynajmniej u początków, na realne problemy współczesności, doszło w tym wypadku do
zderzenia dwóch zapewne bardzo starych marzeń, z których jedno pociągało
globalną powszechnością, drugie lokalnym bezpieczeństwem. W pewnym
sensie są te wyobrażenia komplementarne i wzajemnie zapętlone, obecnie
tak samo, jak dawniej. Miłość bliźniego w wymiarze globalnym jest
ideałem pięknym, lecz kłócącym się z naszym codziennym doświadczeniem,
kiedy tylko najbliższych miłujemy jak siebie samego, a im dalej nasi
bliźni się lokują, tym bardziej odległe stają się nam również ich
problemy81. Świat uniwersalistyczny tkwił wprawdzie głęboko w tradycji żydowskiej, niemniej tylko jako idea stojąca u początków
ludzkości i zarazem docelowa. Dla Mojżesza bliźnim był wyłącznie
współplemieniec. Później ze względu na okoliczności historyczne oraz
polityczne skłonności uniwersalistyczne judaizmu słabły, co rzadkie
wśród religii Księgi82, ponosząc klęskę w zderzeniu ze światem
bardziej praktycznym, wąsko pojętym, w którym judaizm traktowano jako
ekskluzywną część tożsamości żydowskiej. Miejsce uniwersalizmu zajęły w nim uprzedzenia i nienawiść wobec odstępców we własnych szeregach i wobec obcych, także nowych wyznawców. "Prozelici są dla Izraela takim
utrapieniem jak owrzodzenie" - stwierdzał Talmud. Albo mocniej, z wyraźnym poczuciem podskórnego lęku: "Goj zajmujący się studiowaniem
Tory zasługuje na śmierć". Zderzenie obu ideałów dało się odczuć
szczególnie od momentu pojawienia się chrześcijan, którzy wyszli z żydostwa, "skradli" Księgę i czuli się w obowiązku pouczać zwolenników
tradycyjnego judaizmu, co jest właściwe lub niewłaściwe, a nawet - co
myśli Bóg, z którym przecież tylko Żydzi, i nikt więcej, mieli zaszczyt
rozmawiać83. Z drugiej strony dla chrześcijańskich
uniwersalistów skupionych wokół ukrzyżowanego Syna Człowieczego z narodu
żydowskiego trwanie judaizmu stało się rodzajem ciernia. Chciano się go
pozbyć, w ostateczności obcęgami, także po to, aby... otworzyć Żydom
zamkniętą drogę do Boga. W rezultacie spadały na nich coraz wyższe i groźniejsze fale prześladowań84.
"Duch jedności przychodzi do nas od Chrystusa" - interpretował św.
Tomasz z Akwinu za Janową Ewangelią słowa Jezusa, próbując zarazem, w ślad za Arystotelesem, wyjaśnić stosunek jedności do wielości. Nie
posunął sprawy ani trochę do przodu. To, że ciało ludzkie składa się z wielu członków, które bez siebie żyć nie mogą i sobie wzajemnie służą,
mimo że spełniają różnorodne zadania, jest zbyt oczywiste85.
Inny przykład podany przez ateńskiego filozofa - o żeglarzach
wykonujących różne prace, mających jednak wspólny cel: bezpieczne
prowadzenie okrętu - byłby tu na pewno trafniejszy. Obrazowałby też
lepiej nawiązujące do Księgi Koheleta spostrzeżenie Tomasza, że
"człowiek potrafi się porozumieć z drugim bardziej niż jakiekolwiek
zwierzę stadne, takie jak żuraw czy mrówka albo pszczoła". Sam był tego
najlepszym przykładem - pogodził Arystotelesa z chrześcijaństwem, a w zasadzie i z Bogiem, bo nie mniejszy problem mieli z ateńskim filozofem
mahometanie. Wprawdzie prace Tomasza wpisano najpierw na listę rozpraw
zakazanych, ale kto dzisiaj o tym pamięta. Powszechnie uchodzi za tego,
który "dostarczył Kościołowi metody godzenia napięć i niekonfliktowego
wchłaniania wszystkiego tego, czego nie da się uniknąć"86.
Pozostaje pytanie, jak sprawę stosunku jedności i różnorodności odnieść
do kwestii ideowych, politycznych i społecznych. Innymi słowy, ile
potrzeba wspólnocie jedności, a ile wielości, by nie popaść w chaos i zachować pomyślność. Zastanawiał się nad tym już Heraklit, dochodząc do
wniosku, że jedność w świecie zdominowanym przez walkę jest wynikiem
różnorodności, gdyż łączą się przeciwieństwa. W praktyce uwypuklał chyba
- chyba, bo posługiwał się stylem sybilijskiej wyroczni, zauważa Leszek
Kołakowski - jedność kosztem niezbędnej wielości. Empedokles z Akragas
poszedł nieco dalej, stwierdzając, że co nienawiść rozbija, miłość wiąże
na nowo (jakże bliskie to, zauważmy, Freudowi, gdyby tylko zastąpić
nienawiść agresją, a miłość erosem). W ten sposób świat nieprzerwanie
zachowuje ruch, rozpada się i łączy87. Arystoteles wszedł w ten
kluczowy temat głęboko, najgłębiej, jak wtedy było możliwe. Rozumiał, że
jedności stworzyć się nie da, a wspólnota, która by ją chciała
urzeczywistnić, niechybnie upadnie. Zalecał więc poniekąd jedność w wielości, którą to myśl w roku 2000 wzięto za motto Unii Europejskiej w łacińskiej formie In varietate concordia, co przetłumaczono na język
polski jako "Zjednoczona w różnorodności". Motto miało podkreślać
potrzebę jedności europejskiej, ale też jej odmienność w stosunku do
amerykańskiej idei tygla (melting pot) narodów i kultur, na
fundamencie której budowane są Stany Zjednoczone. Unia nie odwołuje się
do tygla, w którym stapia się różne metale, lecz pragnie trwale zachować
różnorodność jako bazę zjednoczeniową88. Uskutecznić
jedność w wielości chciał Arystoteles przez rodzinne i państwowe
wychowanie do jedności przy zachowaniu naturalnej różnorodności.
Symfonia, czyli współbrzmienie, konkludował z jakimś może ukrytym
zawodem, zawsze ma przewagę nad monotonią89.
Idea jedności w wielości nie uchroniła starożytnej Grecji przed
upadkiem. Arystoteles rozumiał ją zbyt wąsko w sensie
terytorialno-demograficznym i społecznym. Wielość miast-państw niczemu
nie służyła, co najwyżej ciągłym wojnom. Zabrakło pomysłu na jakąś formę
zjednoczenia tych państewek, a próba narzucenia jedności przez skrajnie
egoistyczne Ateny okazała się na helleńskie warunki zbyt bezwzględna.
Dodatkowo greckie miasta-państwa przeżywały co rusz bezpardonowe
konflikty wewnętrzne między biednymi a bogatymi. Normalnie niezwykle
trzeźwy Arystoteles wykazał się w odniesieniu do wychowania daleko
posuniętą naiwnością. Wynikała ona po części z braku odpowiednich
doświadczeń, po części zaś z greckiej młodzieńczej wciąż wiary w moc
pedagogiki, która zdominowała choćby dzieła Platona, nauczyciela
Arystotelesa. Wstrząśnięty wyrokiem śmierci na Sokratesie i obawami
przed demokratyczną anarchią, która mogła oznaczać faktycznie powrót
niewoli, młody Platon - "człowiek dobrego serca, tylko żartować lubił" -
opracował wizję państwa idealnego. Rządzili nim mędrcy, którzy przy
pomocy żołnierzy, policjantów, nauczycieli, cenzorów i innych urzędników
kontrolowali wszystkie dziedziny życia obywateli. Chciał leczyć grypę
cholerą. Gdybyśmy trafili do uporządkowanego państwa Platona,
poczulibyśmy się wbrew jego dobrym zamiarom niczym w obozie
koncentracyjnym90. Najtrudniejszych zagadnień życia
indywidualnego, a tym bardziej zbiorowego, nie da się rozwiązać samą
edukacją. Przeczą temu jednoznacznie wnioski płynące z obserwacji
dotychczasowego świata. Pewnie to i dobrze, skoro zakładany przez
Sokratesa i Platona bliski związek między wiedzą a cnotą oraz niewiedzą
a grzechem91okazał się, mówiąc najdelikatniej, kompletnie
nietrafiony. Największe środki inwestują w wychowanie dyktatury,
szczęśliwie bez trwałych i powszechnych efektów. Ani perswazją, ani tym
bardziej ustawami nie zmienimy ludzkiej mentalności i nie rozwikłamy
problemów zwyczajnie niemożliwych do rozwiązania raz i na zawsze.
Arystoteles nie zauważył, że pomiędzy monotonią a symfonią jest jeszcze
kakofonia, zwana potocznie kocią muzyką. Tomasz usiłował rozsupłać ten
dylemat przy pomocy króla. W jego ujęciu przypominałby on dyrygenta,
który musi mądrze zapanować nad wielością instrumentów. Sam jednak
zauważył, że częstokroć król przemienia się w tyrana, wobec czego dał
społeczeństwu prawo do ograniczenia jego rządów, a nawet jego
obalenia92.
Na ile wiemy, najwcześniej Persowie, jeśli nie Indusi, zdali sobie
sprawę, że świat charakteryzuje pewien paralelizm, którego idea
przedostała się z Iranu i Mezopotamii do późnożydowskiej apokaliptyki,
Nowego Testamentu i Koranu. Światłość zmaga się z ciemnością, bogowie z demonami, dobro ze złem, ciepło z zimnem93. Jedność i wielość
należą do podobnej kategorii zjawisk. Są dla siebie nawzajem nieodzowne
i zarazem trudno je od siebie oddzielić, wypreparować w czystej postaci.
Obserwacje historyczne z kilku tysięcy lat podpowiadają, że zawsze
będziemy balansować pomiędzy nimi, a o przewadze tej czy tamtej strony
decydują proporcje między nimi. Co więcej, na przykładzie tej pary widać
jak na dłoni zależność rezultatów od zmieniających się okoliczności
wewnętrznych i zewnętrznych oraz ich wzajemnego splotu. Nie mają racji
ci, którzy boją się wielości, wiążąc ją wyłącznie ze wstrząsami, ani
odwrotnie ci, którzy nawołują do różnorodności za wszelką cenę i wbrew
ewidentnym przestrogom. Jeśli nie będziemy przedkładać pobożnych życzeń
nad rzeczywistość, nie pozostanie nam nic innego niż przyznanie, że
jedność i wielość pozostawione same sobie niosą rozliczne zagrożenia.
Jedność kusi poczuciem bezpieczeństwa, ale szczęśliwie pozostaje poza
naszym zasięgiem, gdyż uniformizacja oznaczałaby koniec kultury. Sama
akceptacja różnorodności również nie wystarczy, bo nadmierna wielość
prowadzi z kolei do chaosu94. Nie przypadkiem zróżnicowana
etnicznie i religijnie Ziemia Święta - Palestyna czy szerzej Syria -
nawiedzana ciągłymi wojnami, klęskami i głodem szukała lekarstwa w pacyfistycznych opowieściach ewangelicznych95.
Dla irańskich zoroastrian odpowiedzią na trwałą obecność zła stał się
Mitra. Bóg nieprzerwanie zmagał się z niegodziwością w świecie i starał
się zaprowadzić w nim harmonię. Rolę proporcji dla ogólnego ładu
zrozumiał w XVII w. Hugo Grocjusz, nie przypadkiem uznany za ojca prawa
międzynarodowego. Jak pamiętamy, przyglądając się narodom niderlandzki
uczony doszedł do wniosku, że są one niczym wielkie rzeki, które
zachowują stałość w zmienności. Nieprzerwany dopływ nowych wód, nowych
cząsteczek, nie jest niebezpieczny dla wspólnoty, pod warunkiem że
zostaną zachowane jej cechy spajające. Należy przez to zapewne rozumieć,
że krążenie cząsteczek, zasilających i oddawanych, nie może się odbywać
zbyt gwałtownie96. Nie potrafię powiedzieć, czy Grocjusz
zdawał sobie sprawę z faktu, że sama tożsamość również podlega zmianom
zależnie od składu mieszaniny cząsteczek i tym samym proporcji między
nimi. Nie ma to dla nas w tej chwili znaczenia. Istotne jest, że
wspólnocie nie służy ani nadmierna jedność czy wielość, ani brak
harmonii. Przykładem są Indie. Ilekroć historycy, a ostatnio też
ekonomiści próbują znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego ten starożytny
kraj o niebywałej kulturze i podobnym do Europy położeniu - oba
subkontynenty są niejako "podwieszone" pod Azję - rozwinął się w zupełnie odmiennym kierunku, wymieniają wśród przyczyn nadmierne
rozdrobnienie i nazbyt wielką przepaść dzielącą bogatych od biednych.
Jeszcze ważniejszy wydaje mi się spetryfikowany system kastowy, który
zamykał drogi przenikania między klasami i warstwami. W Europie udało
się je zachować prawie zawsze, dzięki karierom kościelnym nawet w średniowieczu (warto w tym kontekście pamiętać także o zapomnianych
pożytkach z celibatu). Jeden z pierwszych, jeśli nie pierwszy tak silny
i zarazem trwały okres wzrostu gospodarczego i rozkwitu
społeczno-kulturalnego przeżyła ona w szczytowym okresie rozbicia
feudalnego, w stuleciach od XII po XV, kiedy i podziały stanowe
europejskich społeczeństw sięgnęły zenitu. Wiele wskazuje, że
rozdrobnienie odegrało w tych procesach pozytywną rolę, podobnie jak
silne i powszechnie akceptowane prawo azylu dla rozmaitego autoramentu
dysydentów, od politycznych i naukowych aż po ekonomicznych. Claudio
Magris ma rację, że bez różnorodności nie możemy żyć, lecz zbyt wiele
różnorodności powoduje nasze zagubienie i przynosi często opłakane
rezultaty - w obronie utraconej spójności stajemy gwałtownie przeciwko
innym z własnych szeregów i "obcym", nawet jeśli mieszkają z nami czy
obok nas od dziesięcioleci lub wręcz stuleci97. Nie mniej ważne
zdają się jednak korytarze zapewniające przepływ krwi i idei pomiędzy
krajami, klasami i warstwami.
*
Idźcie na cały świat, aż po krańce Ziemi, i nauczajcie ogół ludzi ze
wszystkich narodów - uniwersalistycznie i zarazem mesjanistycznie
brzmiało ostatnie zalecenie Jezusa dla uczniów (Mt 28, 19; Mk 16, 15; Dz
1, 8), w którym nawiązał bezpośrednio do Izajasza (Iz 49, 6). Zaraz
potem okryty obłokiem wzniósł się do nieba (Dz 1, 9). Na Sądzie
Ostatecznym, zapowiedział im kilka dni wcześniej, zgromadzą się
wszystkie ludy, a On oddzieli dobrych od złych według najprostszego
kryterium - praktycznej miłości bliźniego (Mt 25, 31-46). Ubodzy i słabsi będą mieli pierwszeństwo przed możnymi i potężnymi, bogactwo
raczej zaszkodzi niż pomoże, podobnie jak upodobanie do blichtru, tak
powszechne wśród kapłanów i uczonych w Piśmie, którzy "lubią
pozdrowienia na rynku, pierwsze krzesła w synagogach i zaszczytne
miejsca na ucztach" (Mk 12, 38-39). Religijnym Żydom wśród apostołów ani
jakimkolwiek innym takie sformułowania nie mogły być obce. Znali je już
z pochodzącej sprzed ośmiu do sześciu wieków Księgi Izajasza, którą się
zachwycali, z przejęciem studiowali i przepisywali. Jezus miał wszystkie
trzy jej części w małym palcu, wydaje się wręcz, że nauczał i działał,
biorąc je za punkt odniesienia. W kluczowych momentach wskazywały Mu
drogę i dawały siłę, były poniekąd Jego obsesją. Najstarszemu Izajaszowi
religijna obłuda do tego stopnia obrzydła, że wołał o więcej
sprawiedliwości i dobra dla uciśnionych, sierot i wdów, a mniej modłów,
ofiar i świąt (Iz 1, 11-20). Zwracał się przeciw kapłanom, którzy nawet
podczas sądów nie są trzeźwi (Iz 28, 7-15). I przeciw świętej
Jerozolimie, która się stała niczym nierządnica w otoczeniu morderców,
złodziei i skorumpowanych krwiopijców oglądających się tylko za
podarkami (Iz 1, 21-28). Izajasz środkowy (II) wspominał o narodach
przed sądem (Iz 41, 1-5) oraz nawróceniu pogan z wszystkich ludów. Bóg
jest bowiem jeden (Iz 45, 14-25) i On nadaje narodom Prawo (Iz 51, 4-5).
Wreszcie w ostatniej części Izajasz (III) zapowiada przyjęcie pogan
przez Pana, którego mieszkanie będzie nazywane "domem modlitwy dla
wszystkich narodów" (Iz 56, 1-8), oraz grzmi na temat prawdziwego postu.
Nie uzna go tym, którzy w dzień wolny uciskają robotników lub używają
pięści, bo nie chodzi o to, aby użyć "woru z popiołem za posłanie", lecz
"rozerwać kajdany zła, rozwiązać więzy niewoli, wypuścić wolno
uciśnionych i wszelkie jarzmo połamać; dzielić swój chleb z głodnym,
wprowadzić w dom biednych tułaczy", nagiego przyodziać, a nawet nakarmić
"duszę przygnębioną" (Iz 58, 1-12).
Nauki Jezusa, co oczywiste, znajdują umocowanie także we współczesnych
Mu trendach judaizmu. Najlepiej odzwierciedlają to apokryficzne Księgi
Henocha, powstałe w różnych fragmentach między IV w. przed naszą erą a I stuleciem ery Chrystusowej, oraz Testamenty dwunastu patriarchów,
napisane pod koniec II w. przed Chr. Jedne i drugie przypisywane
niekiedy błędnie chrześcijanom98. W Księdze Henocha, która
zdaniem ks. Ryszarda Rubinkiewicza wywarła największy wpływ na teksty
Nowego Testamentu, także pośrednio, bo znali ją doskonale autorzy
Testamentów dwunastu patriarchów, znajdujemy liczne i ostre wystąpienia
przeciw mocnym, bogatym, niesprawiedliwym, oszustom i uciskającym
ubogich. Niech nie myślą, że ujdą karze, bo na sądzie ostatecznym
Mesjasz połamie im zęby99. W kwestii jedności i wielości Henoch
znajduje wyjście dość Salomonowe: ludzkość jest wprawdzie jedna, lecz
naród izraelski stanowi jej "najlepszą cząstkę" i ma wspaniałego
opiekuna -archanioła Michała100. Testamenty Jezus musiał znać
choćby pośrednio i we fragmentach dotyczących przyjścia mesjasza,
potępienia nienawiści i gniewu, źródeł zaślepienia i zła, wreszcie
miłości bliźniego i miłosierdzia dla wszystkich: "Nie tylko dla ludzi,
ale także dla zwierząt"101. W duchu Testamentów wygłaszał
Kazanie na Górze. Paweł miałby się posługiwać nimi wręcz jako
vademecum102. Słynne: "cesarzowi, co cesarskie, a Bogu, co
boskie", mające stanowić rodzaj chytrej zasadzki faryzeuszy czy herodian
na Jezusa, by Mu wytoczyć proces polityczny z oskarżenia o podburzanie
przeciw władzy, a może nawet o próbę jej przejęcia, to kolejna myśl
pokazująca, że Jezus nie wyrasta z próżni. Możnowładcy "nie zbliżają się
do nikogo bezinteresownie" - ostrzegali starożytni nauczyciele żydowscy,
zalecając otaczać panujących należną czcią, zarazem podkreślając, że
"władza grzebie tych, którzy ją obejmują"103. Już zresztą
zdroworozsądkowy Arystoteles spostrzegł, że najgorszym wrogiem
stabilizacji w państwie nie są ubodzy, lecz chciwość rządzących i bogatych. Nawet jeśli pomoc biednym ma być niczym dziurawa beczka i nadwyżki skarbowe winno się rozdawać ostrożnie, polityk z krwi i kości
rozumie, że dobrobyt ludu jest korzystny co najmniej w tym samym stopniu
dla zamożnych i zapewnia trwałość państwa, a już zupełnie szczególnie
demokracji. Nie znaczy to bynajmniej, iż biedniejsi są dobrzy z natury i mniej pazerni, po prostu ich możliwości oszukiwania i okradania są
nieporównywalnie skromniejsze. Władza sprawdza człowieka - pisał
Arystoteles, przytaczając jedno z powiedzeń Biasa, które i Tomasz z Akwinu powtarza z pełną aprobatą. Nie przypadkiem w praworządnym
współczesnym państwie patrzy się na ręce w pierwszym rzędzie tym, którzy
dzierżą władzę jakiegokolwiek typu, od nich też oczekuje się ogłady i służby. A ponieważ rzeczywistość bywa często inna, podnosi się
bunt104.
Prorocy, zauważył Jung, są ludźmi niesympatycznymi, maniery mają w nosie, głoszą, co myślą, i to prosto z mostu. Dlatego udaje im się
niekiedy trafić w samo sedno sprawy105. Jezus, może również z powodu młodego wieku, był raczej towarzyski106. Jak cały ten
region po dziś dzień, lubił biesiadować i rozmawiać, nie gardził winem,
a także - już w opozycji do otoczenia - darzył szczególnym upodobaniem
kobiety, biorąc je wyraźnie w obronę. W apokryficznej Ewangelii Tomasza
na kąśliwą uwagę Szymona Piotra, który domaga się odejścia Marii
(Mariham) z grona uczniów, Jezus odpowiada jednoznacznie, że niewiasty
trzeba zrównać z mężczyznami: "Każda kobieta, która uczyni siebie
mężczyzną, wejdzie do królestwa niebieskiego" (EvThom 114). W świetle
wszystkiego, co wiemy o działalności Jezusa, na pewno nie można tej
wypowiedzi interpretować jako przykładu wrogości wobec kobiet.
Odwrotnie, Jezus wzywa do zniesienia zróżnicowania, a trudno, aby w ówczesnych warunkach zaprosił mężczyzn do zrównania się z pozbawionymi
praw kobietami107. Podejście do nich różniło Go od proroka
Izajasza (I), mającego je jeszcze, jak czynił to cały ówczesny świat, za
stworzenia w najlepszym razie bezmyślne (Iz 31, 9-14), oraz autorów
Księgi Henocha i Testamentów dwunastu patriarchów. Jezus nigdy nie
wyraziłby poglądu z Testamentu Rubena, który za młodu, w wieku lat
trzydziestu, związał się z konkubiną ojca, by potem na łożu śmierci,
mając lat sto dwadzieścia pięć, ostrzegać synów: "Złe są kobiety, moje
dzieci! Ponieważ nie mają żadnej władzy nad mężczyzną ani siły,
korzystają z podstępnej piękności, by go do siebie pociągnąć. Tego zaś,
którego nie potrafią zwieść urodą, zdobywają fortelem. [...] Najpierw
ozdobami uwodzą [...] umysł, spojrzeniem wsączają truciznę, w końcu
czynem biorą w niewolę"108. Współczesnych mógł u Jezusa zdumiewać
radykalizm etyczny i społeczny, bo od wieków nie zetknęli się z nim w podobnej skali. Również nieprzywiązywanie wagi do formalnych przepisów
rytualnych budzić musiało u wielu współziomków zgorszenie. Jezus nie
odrzucał tradycji jako takiej, uważał jednak, że nie można być jej
niewolnikiem, by przypomnieć kwestię stworzonego dla człowieka (a nie
odwrotnie) szabatu czy, tym bardziej, sprawę podejścia do rytualnej
czystości: "nie to, co wchodzi do ust człowieka, czyni człowieka
nieczystym, ale co z ust wychodzi" (Mt 15, 11). Jeszcze bardziej
szokowała zapewne Jego bezkompromisowość w działaniu, czego przykładem
wypędzenie kupców obecnych zwyczajowo na dziedzińcu jerozolimskiej
synagogi, i suwerenność w nauczaniu. Szczególnie zdumiała ona słuchaczy
Kazania na Górze, gdzie mówił "jak ten, który ma władzę, a nie jak [...]
uczeni w Piśmie" (Mt 7, 28-29).
Z punktu widzenia wyznawców tradycyjnego judaizmu sekciarz Jezus, mający
zastanawiającą moc uzdrawiania i potrafiący pociągnąć za sobą masy,
stanowił konkretne niebezpieczeństwo dla żydowskiej wspólnoty. Raz ze
względu na obawy przed rzymską retorsją na wypadek jakiejkolwiek
religijnej ruchawki, dwa z powodu szerzonych przez Niego poglądów
społecznych. Zwolenników uświęconego w czasach pobabilońskich judaizmu
razić też musiała jego internacjonalizacja. Nie dość, że grozić mogła
rozpłynięciem się nielicznych Żydów w morzu wyznawców globalnej religii,
to na dodatek podważała w jakiś sposób żydowski monopol na stosunki z Bogiem, nawet mimo zachowania statusu narodu wybranego, z czym tak długo
nie będzie się mogła pogodzić duma narodowa Greków109. Izraelskie
warstwy przywódcze - świeckie i religijne - czuły zapewne przede
wszystkim lęk przed radykalizmem Jezusa (Mt 21, 46; Mk 11, 18; Łk 20,
19). Tym większy, im liczniejsze tłumy ściągały Jego kazania; tym
dotkliwszy, im więcej refleksji budziło nauczanie Jezusa w szeregach
faryzeuszowskich dostojników, z czym sporadycznie również mieliśmy do
czynienia (J 3, 1). Obecność miejscowych Hellenów na spotkaniach z Jezusem (J 12, 20) stanowiła na pewno dodatkowe źródło obaw; od
niesnasek pomiędzy tymi grupami zacząć się miało kilkadziesiąt lat
później żydowskie powstanie. Już teraz nie brakowało takich, którzy
odbierali nauki i postępowanie Jezusa jako szerzenie zgorszenia.
Zwyczajem regionu śródziemnomorskiego sięgali po kamienie (J 10, 31),
nie było bowiem w świecie starożytnym zbrodni ponad bluźnierstwo.
Bądźmy szczerzy: ze swoimi poglądami, niezwykłą umiejętnością ubierania
ich w proste słowa i niechęcią do wszelkiego efekciarstwa, bez którego
elity, zupełnie szczególnie kapłańskie, rzadko potrafią się obejść,
Jezus miałby kłopot z każdą hierarchią i w każdym czasie. Gdyby zaś
dodać do tego Jego arcyproste recepty na załatwienie odwiecznych spraw,
choćby dotyczące tych, którzy szerzą zgorszenie krzywdząc dzieci -
"kamień młyński zawiesić u szyi i utopić [...] w głębi morza" (Mt 18, 6)
- na zinstytucjonalizowane Kościoły i wspierające je organizacje,
włącznie z państwem, padłby blady strach. Wielki inkwizytor Fiodora
Dostojewskiego miał wiele racji, mówiąc, że Jezus nie byłby mile witany
przez warstwy kierownicze, a masy stanęłyby za Nim może tylko na krótką
chwilę, by się następnie odwrócić. Prawdziwa wolność i odpowiedzialny
wybór raczej nam ciążą, niż nas cieszą. "Wyzwoleni", uciekamy przed
samym myśleniem na ten temat. A jednak Alosza z Braci Karamazow,
twierdząc, że słaby i podły człowiek umie się buntować wyłącznie jak
uczniak, patrzył na sprawę z perspektywy skrzywionej rosyjskim
doświadczeniem historycznym. Co z tego, że wielki inkwizytor przegania
Jezusa, bo wszyscy mają rzekomo dość rozsiewanych przez Niego buntów
przeciw autorytetowi. Co z tego, że mówi do Niego: "Idź i więcej nie
przychodź... w ogóle nie przychodź... nigdy, nigdy!"110, skoro On
się zjawia i zjawia. Wchodzi niepytany i częstokroć niezapraszany.
Czasami porywa krzywdzone ludy, innym razem pociesza cierpiącą
niesprawiedliwość jednostkę. Przypomina, że "spisane będą czyny i rozmowy", że "światłość i ciemność, dzień i noc widzą wszystkie [...]
grzechy", więc kara niechybnie dosięgnie prześladowców. Odganiają Go, są
wystarczająco silni, lecz nie na tyle, by zachować spokój wewnętrzny, bo
jednak nie są pewni, kim On jest - synem wszechmocnego Boga czy "tylko"
dowodem na dobroć niektórych ludzi111. Na opresję odpowiada
wymownym milczeniem albo krótko i prosto. W kulturach piśmiennych pamięć
potrafi być groźną bronią, źródłem nadziei i dogłębnego strachu. Czy
można pokonać pamiętającego poetę - pytał Czesław Miłosz. I odpowiadał:
"Możesz go zabić, narodzi się nowy"112.
Represje jedynie przyspieszają przemiany, krystalizują poglądy i wzmacniają wspólnotę113. Podobnie było i tym razem, jak
pokazuje gwałtowny rozkwit chrześcijaństwa. "Nie ma już Żyda ani
poganina, nie ma już niewolnika ani człowieka wolnego, nie ma już
mężczyzny ani kobiety" (Ga 3, 28), tłumaczył Paweł w Liście do Galatów,
datowanym na połowę I w. Granicy nie wyznacza pochodzenie, obrzezanie
[(gdyby było ono potrzebne, tłumaczył Jezus najbardziej już chyba
zdroworozsądkowo, dzieci rodziłyby się obrzezane z łona matek (EvThom
53)] i przestrzeganie rytuału, lecz wiara i dobre uczynki. "Wszyscy
[...] jesteście synami Bożymi" (Ga 3, 26), wyjaśniał Paweł, zatem "nie
poddawajcie się na nowo pod jarzmo niewoli!" (Ga 5, 1), pamiętając
wszakże, iż wolność jest wzięciem na siebie odpowiedzialności, także za
wzajemną pomoc, zgodnie z przykazaniem miłości bliźniego. "A jeśli u was
jeden drugiego kąsa i pożera, baczcie, byście się wzajemnie nie zjedli"
(Ga 5, 13-15).
List do Galatów ujawnia, jak żywe były problemy pierwszych gmin
chrześcijańskich, po większej części najpewniej nadal żydowskiego
pochodzenia (w sensie etnicznym złożone też może ze zjudaizowanych
Fenicjan114), z ustaleniem, co mają kontynuować z tradycyjnego
judaizmu, a co należy odrzucić. Zwolennicy różnych opcji wytykali sobie
już to fałszowanie właściwej nauki Chrystusa, już to
nowinkarstwo115. Trzon Żydów palestyńskich pozostał przy
tradycyjnym judaizmie, ale zwolenników zmian w duchu Jezusa z Nazaretu,
szczególnie wśród warstw biedniejszych, ebionitów, musiało być wśród
nich niemało116. Żydowska gleba, dzięki niezwykle wczesnemu
przyjęciu Pisma, była wyjątkowo podatna na religijną kontestację i społeczny bunt. Księga oderwała się pod pewnym względem od doczesnej
rzeczywistości, stając się przede wszystkim drogowskazem
etycznym117. Tyle że nieustająca interpretacja Słowa Bożego w zmieniającym się świecie mnożyła pytania i wątpliwości. Nie wiadomo, czy
ów specyficzny grunt nie wydałby wyższego - albo jakiegoś innego pod
względem jakościowym - plonu, gdyby nie dramatyczne dzieje popowstaniowe
żydostwa. W walce z Rzymianami, a potem chrześcijanami, Bóg Izraela stał
się dla Żydów opoką w zmaganiach z ciemiężcami. Prosili Go znów o to,
aby sprawił, że zobaczą klęskę swoich wrogów (Ps 59, 11).
Żywe systemy religijne, mimo że ich esencją są nieracjonalne mity w przyjaznej otulinie zamkniętej od wewnątrz skrzętnie wyznaczonymi
granicami, umieją się kapitalnie dostosować do realnych potrzeb swoich
wyznawców. Są elastyczniejsze niż przewidują teorie i z niezwykłą
łatwością przyjmują formy schizmatyckie, najczęściej wprowadzane do
głównego nurtu w sposób świadomie reformistyczny118. Są
plastyczne, bo przynajmniej do niedawna stanowiły jeden z ważniejszych
elementów porządkowania zmieniającego się świata, ułatwiając jednostkom
i wspólnotom odnajdowanie się w czasie i przestrzeni119.
Polakom nie trzeba tłumaczyć, jak zasadniczy jest wpływ historii na
podejście do Boga. Ludzka mentalność i logika myślenia nie zmieniły się
poważniej od czasów najstarszych po dziś dzień120. W zaborze
pruskim stanęliśmy głównie wobec protestantów, w rosyjskim wobec
ortodoksów, więc uznaliśmy się za wzorzec katolika. Maria Janion, jak
zresztą wielu przed nią, miała może rację, że konsolidacyjna rola
religii, w sensie narodowym, zaprzecza "prawdziwej" wierze, tyle że
badaczka powinna wyjaśnić znaczenie słów "prawdziwa" wiara121. Czy
wiara może być nieprawdziwa? Dla Indian Hopi ich charakterystyczna
religia spełnia przede wszystkim rolę tożsamościową. Kaczyni,
wielobarwne święte duchy, cementują grupę i pozwalają odróżnić jej
członków od innych122. Im głębiej pogrzebiemy w przeszłości, tym
więcej odnajdziemy podobnych zależności, ponieważ ich zanikanie jest
wyrazem rosnącej homogenizacji religijnej świata. W tej sytuacji mity
narodowe, niejako bliższe ciału, zajmują często miejsce religii lub
kojarzą się wzajemnie z religiami w poszukiwaniu "lokalnych" elementów
wyróżniających. Dopóki nie skolonizujemy kosmosu, trudno nam będzie
spojrzeć na siebie naprawdę globalnie, co świetnie pokazuje podejście do
walki z koronawirusem. Dzięki komunikacji nasza planeta relatywnie się
zmniejszyła, choroby zakaźne uderzają wszystkich prawie jednocześnie i we wszystkich zakątkach Ziemi, ale ludziom wciąż się zdaje, że mieszkamy
w wydzielonych wioskach i starczy do nich zamknąć bramy, aby poczuć się
bezpiecznie. Dopiero konfrontując się z innymi centrami osadniczymi w przestrzeni kosmicznej, jeśli takie powstaną, moglibyśmy spojrzeć na
siebie naprawdę jak na Ziemian.
Jest oczywiste, że wolność w rozumieniu św. Pawła nie jest tym samym,
czym jest dla nas. Żadne kluczowe pojęcie historyczne nie jest
niezmienne, mimo że nosi najczęściej tę samą nazwę (co ciekawe, zjawiska
dość proste i zarazem najtrwalsze, w znacznej części powiązane z codziennym postępowaniem, przybierają częstokroć nowe nazwy, nie
zmieniając treści)123. Starożytni Grecy traktowali wolność jako
przeciwieństwo niewoli i zarazem hasło bojowe "wolnych" Hellenów w wojnach ze "zniewolonymi" Persami. Człowiek wolny uczestniczył w życiu
politycznym swego miasta-państwa i brał udział w jego walkach. Dla tych,
którzy próbowali tego unikać, Grecy wynaleźli określenie
"idiota"124. Dość podobnie pojmowali wolność Rzymianie, tyle że
akcent kładli na stronę prawną zagadnienia. Człowiek wolny rozporządzał
sam sobą, a niewolny pozostawał tylko rzeczą w rękach właściciela. Na
wzorcach grecko-rzymskich ukształtowało się chrześcijańskie rozumienie
wolności jako podległości prawu, teraz Chrystusowemu125, a zarazem jako służby. Wolność urzeczywistniała się bowiem poprzez miłość
bliźniego, traktowaną jako powinność: opieka nad chorymi, sierotami,
wdowami, biedotą. W pismach Pawła wolność pojawia się przede wszystkim
jako wyzwolenie od przestrzegania formalistycznego Prawa żydowskiego.
Ale przecież nie tylko. Chrześcijanin, jak wynika z listów Pawła do
Filemona (Flm 13-17) i do Efezjan (Ef 6, 5-9), mógł formalnie pozostawać
niewolny tu i teraz, lecz jako członek bliżej nieokreślonego Państwa
Bożego był zawsze wolny, a jako członek wspólnoty chrześcijańskiej mógł
liczyć na braterstwo i opiekę ze strony chrześcijańskiego właściciela.
Najlepiej byłoby, gdyby pan zwrócił niewolnemu bratu wolność, lecz gdyby
z jakichś powodów nie mógł, winien go w każdym razie dobrze traktować,
ponieważ koniec końców obaj zostaną osądzeni bez względu na ziemską
pozycję126.
Trudno nota bene uwierzyć, że w liście do Galatów Paweł polemizuje
wyłącznie z żydowską tradycją Prawa. Dzięki wychowaniu w hellenistycznej
diasporze żydowskiej znał równie dobrze tradycję grecką, a słynne
zdanie: "Nie ma już Żyda ani poganina, nie ma już niewolnika ani
człowieka wolnego, nie ma już mężczyzny ani kobiety", zdaje się
najzwyczajniej krytyką Arystotelesa, a już na pewno poglądów, które
filozof ateński upowszechnił. Paweł nie godzi się ani z arystotelesowską
ideą przyrodzonej niewoli, ani z niewolą jako wynikiem losu, jak u stoików, gdzie wszystko kręci się wokół przeznaczenia, na dodatek
cyklicznie i w nieskończoność. Dla Apostoła Narodów niewola jest
bezwzględnie sprzeczna z naturą, co istotnie zbliża go do stoików,
zwłaszcza późniejszych - Marka Aureliusza i jeszcze bardziej
Epikteta127, tyle że chrześcijańskie wezwanie do wolności ma
charakter aktywny i konstruktywny. Wolność w powiązaniu z przykazaniem
miłości bliźniego (braterstwa, więc także równego traktowania i pomocy
wzajemnej) oraz sprawiedliwości (solidarności) nabierała zupełnie nowego
wydźwięku, niosła jakąś niebywałą nadzieję, nie zaś, jak u stoików,
tylko konieczność pogodzenia się z kryzysem i rozpadem świata128.
Nawet jeśli wolność jeszcze długo będzie czekała na faktyczną
realizację, a równość i sprawiedliwość zdają się i dzisiaj niezmiernie
trudne do praktycznego przeprowadzenia, nieomal ze świata utopijnego, na
pewno idee te zabrzmiały w historii po raz pierwszy tak dobitnie. I, co
w sumie najważniejsze, tak je odczytali współcześni, z których
oczekiwaniami nie sposób byłoby dzisiaj poważnie dyskutować. W dobie
krótkiego wciąż, nawet na skalę jednego życia, kryzysu epidemicznego
widzimy lepiej niż kiedy indziej, że nadzieja nie jest bynajmniej matką
głupich, lecz najgłębszą, obok gniazda, pożywienia i szeroko pojętej
miłości, potrzebą ludzką: tak jednostek, jak całych społeczeństw. Alain
Beşancon w warszawskim wykładzie o wolności zbyt lekko w każdym razie
przeszedł nad tym fenomenem do porządku. Ma wprawdzie rację, że prawo
rzymskie pod wpływem stoików, a jeszcze bardziej w wyniku działania
prawa popytu i podaży (skończył się bowiem czas zwycięskich wojen),
polepszyło nieco sytuację niewolników i kobiet, zapomniał jednak, że
właśnie na czas rozkwitu rzymskiego stoicyzmu przypadł szczyt cyrkowych
przedstawień z udziałem tysięcy gladiatorów, zjawiska porażającego
pogardą dla człowieka bardziej na pewno niż zatrudnienie niewolnika w domu, na plantacji, a nawet w kopalni129.
Wśród pierwszego pokolenia chrześcijan palestyńskich dominowali raczej
ludzie skromni, dziś powiedzielibyśmy dolne grupy warstwy średniej -
rzemieślnicy, rybacy, rolnicy, drobni handlarze i urzędnicy najniższych
szczebli. Większość z nich, w tym apostołowie - może z wyjątkiem Jana,
najmłodszego ucznia, "którego Jezus miłował", jak on sam lubił o tym
mówić - nie umiała czytać i pisać, podobnie zresztą jak najpewniej sam
Jezus, choć na ten temat trwa spór. W każdym razie, jeśli by nabył
którąś z tych umiejętności, to raczej tylko słabego czytania. W warstwie
społecznej, w której przyszedł na świat, analfabetyzm był powszechny, a nic nie słychać o nauczycielach Jezusa130. Faktem jest, że cieśla
musiał umieć mierzyć i robić sobie jakieś podstawowe notatki, niemniej
wiemy, że ludzie dziwili się, skąd zna On Pismo, "skoro się nie uczył"
(J 7, 15). Po cesarstwie rzymskim rozprzestrzeniło się chrześcijaństwo
już przede wszystkim za sprawą lawinowego napływu niewolników, żołnierzy
- często wyzwoleńców - i znamienitych oraz wpływowych kobiet (Dz 16, 14
n.; 17, 4 i 12), czyli mówiąc inaczej: kobiet z "dobrych domów", dość
zamożnych i jak na swoje czasy wykształconych, tyle że pozbawionych
autonomii - słowem aktywistek swoich czasów131. W III w.
Laktancjusz, pisarz chrześcijański pochodzący z północnej Afryki, zwany
przez renesansowych humanistów chrześcijańskim Cyceronem, zapisał, że
"wśród nas nie istnieją ani niewolnicy, ani panowie. Nie czynimy żadnych
różnic między sobą i wszyscy nazywamy się braćmi, ponieważ wszyscy
uważamy się za równych"132. Jeszcze mocniej zabrzmiał sto lat
później - też przecież nawiązujący do stoików - głos św. Augustyna, po
części zapewne za sprawą jego wyjątkowej matki, chrześcijanki, i trudnego ojca - bon vivanta i kobieciarza, awanturnika, może czasami o ciężkiej ręce, na dodatek długo opornego wobec nowej religii. Dla
biskupa afrykańskiej Hippony wolność jest stanem przyrodzonym i ani
narodowość, ani płeć niczego pod tym względem nie zmieniają. Co więcej,
racjonalna inteligencja kobieca równa się męskiej. W wielu sprawach, w tym podejścia do pożycia seksualnego, Augustyn zaleca kobietom
cierpliwość, nierzadko jedyną drogę do zapanowania nad trudnymi mężami.
Zdecydowanie za to odrzuca gwałt jako powód do kobiecej niesławy, z czym
wszystkie społeczeństwa mają mniejsze czy większe problemy po dziś
dzień133.
*
W hellenistyczno-rzymskim Izraelu lęk przed rebelią wisiał w powietrzu
właściwie nieprzerwanie134. Skupieni w Wysokiej Radzie
żydowscy przywódcy musieli wiedzieć, że w takiej sytuacji starcza iskra,
by rozniecić pożar. W skład Sanhedrynu, najwyższego organu tracącej na
znaczeniu samorządowej władzy żydowskiej, wchodziło siedemdziesięciu
jeden członków: starszych rodów, kapłanów i uczonych w Piśmie.
Obradowali pod przewodnictwem arcykapłana i zajmowali się sprawami
cywilnymi i religijnymi, w tym oskarżeniami o bluźnierstwo i bałwochwalstwo, które były zagrożone karą najwyższą -kamienowaniem,
czemu towarzyszyło nierzadko bezczeszczenie zwłok. Sanhedryci
reprezentowali przede wszystkim interesy zamożnych saduceuszy i licznych
kapłanów faryzejskich, ale trudno sobie wyobrazić, by - pomimo
głębokiego religijnego skłócenia, które prowadziło, zwłaszcza w obliczu
kryzysów, do ciężkich walk wewnętrznych - nie poczuwali się do
odpowiedzialności za losy Żydów jako całości135. Nie przypadkiem
stojący na czele rady arcykapłan Kajfasz powołał się podczas obrad w sprawie Jezusa na rację stanu. Przekonywał, że lepiej, "gdy jeden
człowiek umrze za lud, niż miałby zginąć cały naród" (J 11, 49 nn.; 18,
14). Wiele wskazuje na to, że Sanhedryn zdjęty strachem z powodu
wydarzeń związanych z początkiem święta Paschy (Pesach), obchodzonego
corocznie podczas pierwszej wiosennej pełni księżyca na pamiątkę
wyzwolenia z niewoli egipskiej, szukał już tylko pretekstu do pozbycia
się Jezusa. Jego uroczysty wjazd do Jerozolimy w niedzielę poprzedzającą
święto i agitacja podjęta na dziedzińcu centralnej judaistycznej
świątyni nie dość, że urągały żydowskiej władzy w mieście, którego
szóstą część mieszkańców stanowili kapłani, to na dodatek budziły
uzasadnione obawy co do zamiarów nowego "króla" i jego przynajmniej po
części uzbrojonych uczniów136. Pielgrzymkowy tydzień, kiedy do
Jerozolimy ciągną zewsząd pątnicy, dawał znakomitą okazję do
zainicjowania zamieszek. Do miasta zjechał już Piłat z towarzyszącymi mu
zwyczajowo wojskowymi kohortami, zajmując miejsce w zbudowanej przez
Heroda twierdzy Antonia, którą od największej jerozolimskiej synagogi
dzielił tylko krok.
Samozwańczych królów, proroków i ludzi opętanych religijnie, wzywających
do ekspiacji albo buntu, nie brakowało w Palestynie tamtych czasów. W przeciwieństwie do wielu innych Jezus z Nazaretu miał pozytywny program
zmian; program, jak się zdaje, nieobliczony wyłącznie na "tu i teraz",
aczkolwiek rewolucyjny, jak byśmy dzisiaj powiedzieli, nawet pomimo
radykalnego odrzucenia w nim przemocy137. Sanhedryn nie mógł - i ani myślał - wziąć Go za szaleńca. W sprawach religijnych nie ma zresztą
najczęściej miejsca na wyrozumiałość, a już na pewno nie należy jej
oczekiwać ze strony zinstytucjonalizowanych organów kościelnych czy
quasi-kościelnych wobec odstępców z własnych szeregów. Interesują się
one głównie same sobą, czyli w praktyce zachowaniem dotychczasowego
stanu rzeczy, z którego czerpią korzyści materialne i inne
przywileje138. Starczy przypomnieć sprawę Jezusa syna
Ananiasza, prostego wieśniaka, który przez ponad siedem lat przepowiadał
zniszczenie Jerozolimy, póki nie zginął w oblężonym przez Rzymian
mieście. Przedniejsi obywatele miasta czuli się zgorszeni jego
maniakalnymi wieszczbami, mimo że przypowieści dotyczące końca Świętego
Miasta powtarzały się w uznanych tekstach starotestamentowych proroków.
Sankcja wieków dotyczy w takich wypadkach jedynie tradycji, lecz nie
ludzi żyjących, a już nigdy ubogich czy też, szerzej, ludzi szeroko
pojętego marginesu. Hipokryzja jest w zasadzie wpisana w codzienny
kodeks postępowania organów władzy - każdej niekontrolowanej władzy - i związanych z nią warstw przywódczych. By wieśniak zamilkł, przedniejsi
obywatele kazali go parokrotnie solidnie wytłuc. Nic nie wskórawszy,
przyprowadzili przed oblicze namiestnika rzymskiego Albinusa, który
ponownie wychłostał go do kości i puścił wolno uznawszy za pomyleńca.
Podczas przesłuchania biedak nie uronił łzy, nie błagał o litość, wołał
tylko przejmującym głosem: "Biada Jerozolimie"139.
Czym grozi ewentualna rebelia, rozumiał każdy. Rzymianie się nie
patyczkowali w takich przypadkach. Co ciekawe, nie tyle z chęci zemsty,
ile z pragnienia udzielenia trwałej nauczki. Nam, współczesnym,
wychowanym czy to w kulturze buddyjskiej, czy judeochrześcijańskiej,
gdzie za zniszczenie jednego życia trzeba odpowiadać jak za zniszczenie
całego świata i wybaczać do skutku (Mt 18, 21-22)140, trudno
zrozumieć stoicką koncepcję słusznego odwetu czy też zemsty pożytecznej,
uwarunkowanej brakiem gniewu141. Tymczasem Seneka, nauczyciel
cesarzy, traktował odwet na zimno w kategoriach mniejszego zła -
niegodziwości, która zapobiega większym klęskom142. Z miłością
bliźniego w naszym rozumieniu nie ma to doprawdy nic
wspólnego143, nawet jeśli chrześcijanie odnosili ją długo
wyłącznie do współwyznawców i roznosili po świecie monopolistyczny duch
zawziętości żydowskich monoteistów wobec politeistów, wcześniej chyba
nieznany144. Podczas oblężenia Jerozolimy przez Tytusa rozeźleni
zaciętym oporem żołnierze rzymscy chłostali i na inne sposoby
torturowali uciekinierów z głodującego miasta, po czym przybijali ich do
krzyży. Dla zabawy w różnych pozycjach - odnotował Józef Flawiusz,
dodając, że synowi cesarskiemu było ich szkoda. Wkrótce naprzeciw murów
Świętego Miasta zabrakło miejsca "na krzyże, a krzyżów dla rozpinania
ciał"145. Nietrudno sobie, będąc pisarzem, wyobrazić, że w podobnych
okolicznościach niejeden cieśla pod rzymską władzą zacierał ręce, nie
nadążając z zamówieniami na krzyże146.
Drugiego kwietnia 30 r. - pozostańmy przy tej najbardziej
rozpowszechnionej dacie - Jezus wjechał do Jerozolimy. Sanhedryn
postanowił uprzedzić wypadki, szukając pretekstu do jego
natychmiastowego aresztowania oraz niezbędnych procesowo świadków
oskarżenia. Chodziło o tempo, o to, by pozbyć się wichrzyciela jeszcze
przed Paschą, która rozpoczyna się w dzień pełni księżycowej o zmroku,
wtedy zapewne w piątek 7 kwietnia, krótko przed godziną osiemnastą.
Aresztowanie miało nastąpić niespodziewanie, aby zwolennicy Jezusa nie
zdołali się zorganizować, i to się udało: jeden Go może zdradził, inny
się wyparł parokrotnie, pozostali ukryli147. Łatwiej było zebrać w pośpiechu tłum wzburzonych kapłanów i ich sług, niż zmobilizować
zaskoczonych i przestraszonych przebiegiem wypadków zwolenników Jezusa
czy innych mieszkańców zajętej świątecznymi przygotowaniami Jerozolimy,
przekonanych może na dodatek, że ze względu na Pesach rozprawa sądowa
zostanie przełożona na późniejszy termin. Że takie postępowanie
wchodziło w rachubę - wskazuje podobna rozprawa Heroda Agryppy przeciwko
Piotrowi, którego również pojmano u progu Paschy (Dz 12, 1 nn.). Wcale
niekoniecznie ci, którzy radośnie witali Jezusa w Niedzielę Palmową, to
ci sami, którzy w piątek przed południem pod pałacem Piłata żądali Jego
śmierci - ulubiony argument antydemokratów na rzecz niestałości
nastrojów ludu. Wczytując się w Ewangelie, można dojść do przekonania,
że chodzi o inne grupy: w pierwszym wypadku przede wszystkim o przypadkowych gapiów i może zwolenników, w drugim o rozsierdzonych i dobrze przygotowanych kapłanów i uczonych w Piśmie, do których dołączyło
zapewne trochę osób postronnych, ciekawych każdej awantury. Warto przy
tym pamiętać, że ówczesną Jerozolimę zamieszkiwało parędziesiąt tysięcy
mieszkańców, do których w czasie świąt należałoby dorzucić co najmniej
drugie tyle ruchliwych pielgrzymów148.
Wysoka Rada, na ile nam wiadomo, zupełnie wyjątkowo wydawała wyroki
śmierci149. Jezus miał chyba jakąś niewielką szansę na puszczenie
wolno. Rzecz w tym, że w obliczu śmiertelnego zagrożenia zmierzał,
broniąc się chyba za późno i bez przekonania - czy nie wiedziony pokusą
sprawdzenia własnych wyobrażeń? - prosto ku przepaści. Nie inaczej niż
parę wieków wcześniej Sokrates, tyle że filozof ateński podjął
przynajmniej próbę poważnej obrony, licząc na uniewinnienie przez
sędziów. Dopiero gdy nadzieja okazała się złudna, siedemdziesięcioletni
starzec, ponoć od młodości perfekcyjnie panujący nad ciałem i uczuciami,
wykąpał się - by kobiety nie musiały myć trupa po śmierci - i z udawanym
spokojem wypił w towarzystwie uczniów i przyjaciół podany mu kielich z trucizną. Nie zadrżała mu ręka, uspakajał nawet otoczenie, ażeby nie
zachowywało się jak odesłane do domu niewiasty. Ślady niepokoju
znajdujemy w obawach dotyczących działania trucizny, jakimi, wymieniając
się uprzejmościami, podzielił się z katem. Także w rozpaczliwych
wysiłkach intelektualnych nad oswojeniem śmierci i przekonaniu siebie do
nieśmiertelności duszy wyzwalającej się z ciała. Wreszcie zapewne w ponagleniu do przyspieszenia wykonania wyroku, jak gdyby bał się dłużej
czekać w sytuacji, kiedy wszystko zostało powiedziane, a na to, czego
powiedzieć nie sposób, zrzucono zasłonę milczenia150.
Jezus, jak się zdaje, wiedział, a przynajmniej przeczuwał pod koniec, w co brnie. Wycofać się nie mógł, zmarnowałby życie takie, jak je
rozumiał. W przeddzień ukrzyżowania modlił się w sadzie oliwnym przy
blasku wchodzącego w pełnię księżyca. Był "pogrążony w udręce" -
stwierdzają zgodnie wszyscy trzej synoptycy. Trzęsła nim okrutna trwoga,
oblewał Go pot, który przypominał "gęste krople krwi" (Łk 22, 44). Nie
chciał umierać, miał dopiero trzydzieści parę lat, prosił, by ominął Go
"ten kielich". Jak Abraham, który zgodnie z rozkazem Bożym gotów był
złożyć ofiarę z Izaaka, jedynego syna, Jezus pozostał posłuszny do
końca. W duchu liczył niewątpliwie, że Ojciec w ostatniej chwili
powstrzyma śmierć Syna. Nie bez racji Daniel Rops dostrzegł w scenie
Jezusowej trwogi, dla której tłem są nieświadomi grozy i wciąż na nowo
zasypiający uczniowie, najbardziej ludzki obraz w Nowym
Testamencie151, w równej mierze jednak - dodajmy - obraz
starotestamentowy. Ojciec pozostał głuchy, wysłał jedynie anioła z nieba, by Go umocnił. Chyba że przyjmiemy za islamem, traktowanym
początkowo przez wielu jako jedna z sekt chrześcijańskich czy nawet
judeochrześcijańskich, że Bóg ostatecznie uratował swego sługę i proroka, ostatniego przed Mahometem. Wprawdzie "nie wypada Bogu, aby
brał Sobie syna" (Koran 19, 35), polemizowali muzułmanie z chrześcijanami na temat boskości Jezusa, lecz na wołanie Żydów, że
zabili Mesjasza, syna Marii, posłańca Boga, odpowiadali krótko: "oni go
nie zabili ani nie ukrzyżowali, a tylko tak się im wydawało". By nie
pozostawiać żadnych wątpliwości, Koran powtarza: "Z pewnością oni go nie
zabili. Nie! Bóg wzniósł go do Siebie. Bóg jest Potężny, Mądry" (Koran
4, 157-158)152.
Świadkowie zeznający podczas przesłuchania Jezusa przed Wysoką Radą
okazali się nieprzydatni, ich wyjaśnienia względem zburzenia i odbudowy
świątyni jerozolimskiej po części sobie przeczyły. Próba, jaką
arcykapłan przewodniczący radzie podjął w celu nawiązania z Jezusem
rozmowy o treściach, których Ten nauczał, poprowadziła donikąd: usłyszał
sugestię, aby pytać w tej sprawie nie Jego, lecz tych, do których się
zwracał, przecież nie po kryjomu. Wtedy Kajfasz zapytał wprost: "Czy Ty
jesteś Mesjasz, Syn Boży?", na co Jezus odpowiedział krótko: "Tak, ja
nim jestem" (Mt 26, 57 nn.). Zgodnie ze zwyczajem arcykapłan rozdarł
skrawek swej szaty - miał przed sobą bluźniercę. Członkowie Sanhedrynu
zgodzili się co do tego, że Jezus zasługuje na śmierć. Więzień, pobity
wbrew prawu przez straże i opluty przez niektórych członków rady,
spędził noc w lochu. O brzasku, zgodnie z wymogami żydowskiej procedury
sądowej odnoszącej się do wyroków gardłowych, rada zebrała się powtórnie
i zatwierdziła orzeczenie z poprzedniego dnia. Według Ewangelii Marka
głosować miała "cała Wysoka Rada" (Mk 14, 55; 15, 1), ale nie
przywiązywałbym nadmiernej wagi do tego stwierdzenia, ponieważ słychać o potężnych przeciwnikach postanowienia, jak Józef z Arymatei (Łk 23, 50
n.) czy patrycjusz jerozolimski Nikodem (J 19, 38 n.), a przede
wszystkim nie wiadomo, co znaczy w tym wypadku "cała". Na pewno tyle
osób, że zebrało się odpowiednie kworum w liczbie co najmniej dwudziestu
trzech członków, z których zdecydowana większość głosowała za
podtrzymaniem uprzedniej decyzji. Stwierdzenie "cała Wysoka Rada" ma
zapewne sugerować zbiorową odpowiedzialność Żydów, a przynajmniej
oficjalnych przedstawicieli judaizmu153.
Trwa spór, czy Sanhedryn miał prawo skazywać na śmierć. Zdania są
podzielone, niemniej przeważa pogląd, że w czasach rzymskich, a w każdym
razie od pierwszych dziesięcioleci naszej ery, wyrok wymagał
zatwierdzenia cesarskiego namiestnika zwanego prokuratorem. Zaraz po
porannym posiedzeniu sądu odprowadzono więc Jezusa do Piłata. Wysoka
Rada nie zdecydowała się prosić go o uprawomocnienie orzeczenia z oskarżenia o bluźnierstwo, lecz przedstawiła zarzut polityczny -
uzurpowanie władzy królewskiej i dążenie do zamachu stanu. Wydaje się,
że Sanhedryn w obawie przed zwolennikami Jezusa - nie ma powodu nie
wierzyć konstatacji zawartej w Ewangelii Jana (J 11, 45), że było ich
wielu, skoro tak szybko się zaraz potem rozprzestrzeniali - wolał zdjąć
z siebie odpowiedzialność za tę śmierć i przerzucić ją na okupanta, co
Piłat od razu przejrzał, postanawiając nie mieszać się w trudne sprawy
wewnętrzne religii żydowskiej i sugerując, aby Wysoka Rada osądziła
Jezusa według swojego Prawa, na co usłyszał niedwuznacznie: "Nam nie
wolno nikogo zabić" (J 18, 31).
- Czy jesteś królem żydowskim? - zapytał wobec tego Jezusa rzymski
prokurator na dziedzińcu pałacowym, dając początek najsłynniejszemu
przesłuchaniu świata (J 18, 33-40).
- Czy to mówisz od siebie, czy też inni powiedzieli ci o mnie? - odrzekł
Jezus bardzo z żydowska, pytaniem na pytanie.
- Czy ja jestem Żydem? - zdziwił się namiestnik, dostosowując się do
sposobu rozmowy, ale zaraz dodał - Twój naród i arcykapłani wydali mi
Ciebie. Coś uczynił?
- Królestwo moje nie jest z tego świata. Gdyby królestwo moje było z tego świata, słudzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz
zaś królestwo moje nie jest stąd - wytłumaczył Jezus, aczkolwiek trudno
przypuszczać, aby Żyd mówił o wydaniu go Żydom, nawet gdyby
zinterpretować w tym miejscu to słowo, chyba bardziej prawidłowo, w sensie wyznaniowym i napisać je małą literą. Jezus nie był
chrześcijaninem, lecz obrzezanym żydowskim reformatorem, względnie z odmiennego punktu widzenia - heretykiem.
- A więc jesteś królem? - powtórzył Rzymianin.
- Tak, jestem królem. Ja się na to narodziłem i na to przyszedłem na
świat, aby dać świadectwo prawdzie. Każdy, kto jest z prawdy, słucha
mojego głosu.
- Cóż to jest prawda? - odrzekł bardziej zapewne zniecierpliwiony niż
zadumany Piłat i wyszedł przekonywać zebranych o niewinności
oskarżonego, który już w pierwszych zdaniach przyznał się wszakże do
podwójnej "winy": pochodzenia swojej władzy nie z tego świata i bycia
królem - wprawdzie rzymski prokurator usłyszał, że przejściowo ("teraz")
Jezus obywa się bez sług, lecz nie mógł puścić tej wypowiedzi mimo uszu,
świadków było zbyt wielu, a uczeni kapłani, w przeciwieństwie do
otoczenia Jezusa, umieli pisać i wiedzieli, komu w razie potrzeby
donieść.
Tłum przed bramą pałacu okazał się nieprzejednany i dobrze
zorganizowany, jak pozwalają przypuszczać rezolutne odpowiedzi na
pytania i wątpliwości namiestnika. Formalnie powinien on posłać
żołnierzy dla uspokojenia zgromadzonych, faktycznie nie mógł sobie
pozwolić na zignorowanie postawy opinii publicznej - jej głos zawsze się
liczył, nawet w społecznościach pierwotnych154. Gdyby jednak
Piłat miał jakiekolwiek zdolności dyplomatyczne i może gdyby mu naprawdę
zależało na wyciszeniu nastrojów, potrafiłby przekonać zebranych
przynajmniej do odsunięcia procesu o parę dni. Wiedział na pewno, że
wrogość otoczenia zaostrza wyroki w przewodach sądowych i dysponował
odpowiednimi środkami dla przekonania zgromadzonych do rozejścia
się155. Najdokładniejszy w tym miejscu Jan - może przynajmniej we
fragmentach dotyczących procesu i męki autentycznie tożsamy z "ukochanym
uczniem"156 - podaje, że w reakcji na rosnące wzburzenie tłumu
prokurator ubiczował Jezusa i w tym opłakanym stanie przedstawił Go raz
jeszcze arcykapłanom i ich sługom, mówiąc: "Oto człowiek" (Ecce homo).
Miał liczyć na litość zgromadzonych, co może odpowiadać prawdzie w świetle naszej wiedzy o mentalności tych czasów. W odpowiedzi usłyszał
gromkie wołanie "Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!" (J 19, 5-6). Następnie - w dość
zgodnym opisie ewangelistów - wydał oskarżonego Żydom "na ukrzyżowanie"
(Mt 27, 26; Mk 15, 15), czy też - jak mówi dobitniej stylista Łukasz -
zdał Jezusa na ich wolę (Łk 23, 25). W relacji Mateusza rzymski
prokurator poprzedził tę wypowiedź słynnym publicznym "umyciem rąk" (Mt
27, 24-26), co budzi u niektórych wątpliwości, ponieważ miał to być
zwyczaj żydowski157. Jednak Piłat dzierżył namiestnictwo Judei
od kilku lat, a symbole użyteczne przyjmują się łatwo, gdyż zastępują
słowa, co ma podstawowe znaczenie w wielojęzycznym imperium, szczególnie
gdy większość publiczności sądowej nie zna języka rozprawy. Wiemy, że
język grecki stanowił uniwersalne narzędzie komunikacji całej wschodniej
części imperium, a potem, aż po III w., wciąż jeszcze pozostawał
powszechnym środkiem porozumiewania się pierwszych chrześcijan, nawet na
Zachodzie158. Ilu Żydów przed bramą, jeśli pominąć garstkę
uczonych faryzeuszy, rozumiało grekę, którą musiano się posługiwać
podczas procesu? Czy znał ją Jezus? Mimo Jego fenomenalnej łatwości
uczenia się, można w to wątpić159. Kto tłumaczył przesłuchanie,
nie wiemy, ale jest wysoce prawdopodobne, że ktoś podstawiony lub
przekupiony przez Józefa z Arymatei lub Nikodema, jednego z wykształconych faryzeuszy, którzy po kryjomu - obawiając się żydowskich
ortodoksów - wspierali Jezusa. Bo komu innemu moglibyśmy zawdzięczać
sprawozdanie z procesu przed Piłatem? Skąd w ogóle mielibyśmy znać jego
szczegóły? Jan jednoznacznie sugeruje, że Józef z Arymatei miał własne
dojścia do rzymskiego prokuratora, który pozwolił mu zabrać ciało
Jezusa. Przy szybkim pochówku, który musiał się zakończyć przed Paschą,
pomógł mu właśnie Nikodem (J 19, 38 nn.). Nie będzie chyba wielką
pomyłką, gdy założymy, że Jan, mieszkaniec Jerozolimy, spotkał się potem
z nimi, może nie raz. A ponieważ "umiłowany uczeń" obserwował najpewniej
rozprawę, pozostając pośród tłumu pod bramą, a później jako jedyny -
obok trzech Marii - stanął pod krzyżem, otrzymaliśmy niezwykle
szczegółową i poruszającą relację z procesu i męki jego Mistrza, który
krótko przed śmiercią polecił mu jeszcze zaopiekować się Matką. "I od
tej godziny uczeń wziął Ją do siebie" (J 19, 25-27).
Ewangelia Jana dzieli czynności Piłata na części. Najpierw miał on rzec
kapłanom: "Weźcie Go i sami ukrzyżujcie! Ja bowiem nie znajduję w Nim
winy" (J 19, 5-6). Następnie raz jeszcze przesłuchał Jezusa i dopiero
wtedy wydał go protestującym, "aby został ukrzyżowany" (J 19,
16)160. Czy to naprawdę znaczy, że formalne orzeczenie skazujące nie
zapadło, jak się niekiedy wskazuje161, i "w ślad za procesem bez
wyroku następuje kara śmierci bez skazania"162? Śmiem wątpić,
nawet gdyby Piłat w istocie opierał się orzeczeniu kary śmierci. Znając
formalizm i biurokrację Rzymian, wolno przypuszczać, iż wszystkie
legalne formuły procesowe zostały wypowiedziane, ale nie interesowały
one ewangelistów, którzy nie pisali sprawozdań sądowych, lecz prace
teologiczne. Sanhedryn nie mógł skazać Jezusa na ukamienowanie, karę
właściwą Prawu żydowskiemu, Piłat natomiast wolał, może tylko z dwojga
złego, pozostać przy rzymskiej karze politycznej - ukrzyżowaniu, dla
której łatwiej było mu znaleźć formalne i faktyczne podstawy; wszak
Jezus przyznał, że jest królem. Przypuszczam, że zachowana w Talmudzie
babilońskim wiadomość o ukamienowaniu i powieszeniu pewnego Jezusa w dniu przygotowań do Paschy, odnoszona czasami do jakiegoś innego Jezusa
sprzed stu lat, także z Nazaretu, jest niczym innym, jak próbą
pogodzenia obu tradycji, a zarazem jednym z pierwszych przykładów
polemiki żydowskiej z chrześcijańską wersją pospiesznego procesu. Jezus
Talmudu babilońskiego miał chodzić czterdzieści dni po kraju, a poprzedzający go herold wołał, że prowadzi czarownika, który odwodzi
Izraelitów od wiary. Prosił też o zgłaszanie się świadków gotowych
usprawiedliwić oskarżonego, lecz nikt się nie stawił163, co nota
bene w atmosferze strachu, jaki zapanował wśród żydowskich zwolenników
Jezusa w Judei i Galilei wcale nie dziwi (por. Dz 5, 1 nn.; 6-8; 12, 1
nn.)164. Warto przypomnieć za Jeshajahu Leibowitzem, że w pierwszych
wiekach uczeni Talmudu nie odrzucali zupełnie Jezusa, uważając go za
proroka pogan165. Prześladowani przez tradycyjny judaistyczny
establishment chrześcijanie, szybko podzieleni na dwie frakcje -
hellenistyczną na czele z Pawłem i hebrajską pod przywództwem Jakuba,
brata Jezusa, czy też "brata Pana" - stanowili aż do ukamienowania tego
ostatniego w 62 r., a nawet do zburzenia świątyni jerozolimskiej i wygnania Żydów dekadę później, aktywny odłam judaizmu. Byli na tyle
wpływowi, że potrafili doprowadzić do odsunięcia arcykapłana Annasza
Młodszego, odpowiedzialnego za wyrok na apostole166. Proces
przed Sanhedrynem i Piłatem stanowił zatem dla tradycyjnych
przedstawicieli judaizmu znaczny problem i wielu wykręcało się od winy,
wskazując na Rzymian. Dopiero w miarę narastania represji ze strony
chrześcijan wyznawcy judaizmu odpowiedzieli kompletnym ignorowaniem
chrześcijaństwa jako takiego. W XII w. Mojżesz Majmonides, lekarz i uczony żydowski z arabskiej południowej Hiszpanii, a potem islamskiego
Egiptu, podszedł do kwestii procesu Jezusa inaczej. Dla słynnego
arystotelika i racjonalisty chrześcijaństwo oznaczało bałwochwalstwo, a Jezus fałszywego proroka, wobec czego żydowscy rabini mieli pełne prawo
wydać na Niego wyrok skazujący.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki