Gorzka sól historii - Jan M. Piskorski

Kup ebooka

54.00 zł
44.82 zł (42,70 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Jezus przed sądami San­he­drynu i Piłata

Jezus przed sądami San­he­drynu i Piłata

Pro­ces jero­zo­lim­ski na tle odwiecz­nego kon­fliktu mię­dzy świa­tem jed­no­li­tym a róż­no­rod­nym*

"Wiedz, że morze zostało oddzie­lone od nieba" - mówiła etru­ska wieszczka w prze­po­wiedni z II lub I w. przed naro­dze­niem Chry­stusa, uza­sad­nia­jąc powsta­nie gra­nic. Usta­no­wił je Jupi­ter, tłu­ma­czyła, w reak­cji na ludzką zachłan­ność. Nie przy­pad­kiem jej wypo­wiedź prze­trwała w mate­ria­łach rzym­skiego geo­dety. Vegoia przy­po­mi­nała, że pola zostały prze­mie­rzone i ozna­czone kamie­niami gra­nicznymi. Za ich prze­su­wa­nie zapo­wia­dała boskie sank­cje: wojny, cho­roby i klę­ski eko­lo­giczne, daw­niej nazy­wane po pro­stu pla­gami: susze, powo­dzie, gra­do­bi­cia, gwał­towne desz­cze. Weź więc sobie, czło­wie­cze - koń­czyła - naszą naukę głę­boko do serca, jeśli chcesz cie­szyć się z rodziną poko­jem we wła­snym domu.

Etru­ska sybilla, przed­sta­wiana także jako urze­ka­jący skrzy­dlaty anioł albo pół­bo­ska nimfa, nie rozu­miała naj­wi­docz­niej reguł życia na Ziemi. Tu nic nie jest naprawdę trwałe, a już naj­mniej gra­nice i podział bogactw. Ledwo co poło­żone przez bogów kamie­nie gra­niczne stały się z miej­sca powo­dem spo­rów. Nie pierw­szy to i nie jedyny para­doks w naszych pokręt­nych sto­sun­kach z nie­bia­nami. Z powo­ła­niem się na prawa boskie wzy­wamy do posza­no­wa­nia raz usta­no­wio­nych gra­nic, zwłasz­cza wła­snych i pod warun­kiem, że grozi im skur­cze­nie. Gdy jed­nak nada­rza się oka­zja do ich posze­rze­nia, bez skru­pu­łów przy­wo­łu­jemy bogów na pomoc i wynaj­du­jemy histo­ryczne uza­sad­nie­nia, w poli­tyce nie­zmien­nie sku­teczne, choć wia­domo, że są warte funta kła­ków. Alek­san­der Łuka­szenka - by posłu­żyć się przy­kła­dem z ostat­nich lat - zauwa­żył w związku z wszech­obecną rosyj­ską pro­pa­gandą odno­szącą się do praw histo­rycz­nych pod­czas anek­sji Krymu, że gdyby kie­ro­wać się wska­za­niami prze­szło­ści, Mon­go­ło­wie, Kaza­cho­wie i Tata­rzy mogliby zaży­czyć sobie więk­szej czę­ści Rosji. Nie powie­dział nic odkryw­czego - rek­tor Aka­de­mii Kra­kow­skiej Paweł Włod­ko­wic doszedł do podob­nej kon­klu­zji w kwe­stii praw histo­rycz­nych w począt­kach XV w., odwo­łu­jąc się do przy­kładu dzie­dzic­twa rzym­skiego. W prak­tyce nie do zre­ali­zo­wa­nia oka­zuje się powtó­rzone prze­zeń szla­chetne przy­ka­za­nie: "Nie będziesz prze­kra­czał gra­nic bliź­niego two­jego"1.

Wieszczba Vegoi dotyka w zasa­dzie gra­nic naj­bar­dziej oczy­wi­stych - tery­to­rial­nych: sąsiedz­kich miedz i rozgra­niczeń mię­dzy pań­stwami. Tym bar­dziej odnosi się to do zaan­ga­żo­wa­nego trak­tatu przy­go­to­wa­nego przez Włod­ko­wica na sobór powszechny w Kon­stan­cji, w któ­rym broni on nie tyle samej idei tole­ran­cji wobec pogan, ile sta­no­wi­ska Pol­ski i Litwy w spo­rze z Krzy­ża­kami. Nie umniej­sza­jąc zna­cze­nia gra­nic prze­strzen­nych, przed­miotu zaan­ga­żo­wa­nia poli­tyki, eko­no­mii i histo­rii, nie one decy­dują o naszym jeste­stwie. Bez gra­nic nie ma toż­sa­mo­ści, a tym samym ludz­kiego życia. "Strzeż sie­bie dobrze niczym gra­nicznego mia­sta, i z zewnątrz, i od wewnątrz" - mówił Budda, czło­wiek nad wyraz otwarty w dzi­siej­szym rozu­mie­niu tego słowa2. Cią­gnię­cie linii roz­gra­ni­cza­ją­cych nas od innych, w pew­nych miej­scach zaska­ku­jąco łatwych do popro­wa­dze­nia, w innych niepew­nych, drżą­cych i zapę­tla­ją­cych się, to nic innego niż budo­wa­nie wła­snego "ja", które ma cha­rak­ter dyna­miczny, zmie­nia się zależ­nie od oko­licz­no­ści wewnętrz­nych i zewnętrz­nych. Pozba­wieni toż­sa­mo­ści - nie­ważne, na ile naby­wa­nej bier­nie, a na ile kształ­to­wa­nej świa­do­mie - byli­by­śmy, mówiąc języ­kiem Ary­sto­te­lesa, cia­łem natu­ral­nym bez sub­stan­cji, innymi słowy - drew­nem przed obróbką przez cie­ślę. Dopiero myśl i praca nadaje drewnu kon­kretny kształt, prze­obraża je w łóżko lub szafę. Każde ciało natu­ralne składa się z mate­rii i sta­no­wią­cej o jego isto­cie formy. Cia­łom żywym formę nadaje dusza, która w wypadku czło­wieka zawiera uni­kalny rozum, pozwa­la­jący mu mówić i uczyć się, two­rzyć obrazy i wyobra­że­nia, budo­wać sys­temy poli­tyczne, spo­łeczne i eko­no­miczne, odróż­niać dobro od zła, kształ­to­wać poczu­cie odpo­wie­dzial­no­ści i doko­ny­wać wol­nych wybo­rów. Samo­okre­śle­nie wykuwa się zatem w myślą­cej czę­ści duszy, pew­nego rodzaju kuźni form. Rolę mie­cha w piecu kowal­skim speł­niają w odnie­sie­niu do rozumu nasze dąże­nia, bez któ­rych dzia­ła­nia umy­słu mia­łyby cha­rak­ter czy­sto medy­ta­cyjny. Kon­tem­plo­wa­li­by­śmy świat wokół, ale nie zasta­na­wiali się nad koniecz­no­ścią i spo­so­bami zmian3.

Nie przy­wią­zujmy wagi do oczy­wi­stych z punktu widze­nia obec­nego stanu wie­dzy potknięć Ary­sto­te­lesa. Na pewno miał rację w tym, że czło­wiek - zwie­rzę z wyobraź­nią twór­czą i zara­zem istota z natury spo­łeczna - szuka swo­jego miej­sca w ramach wspól­noty: rodziny, gminy wiej­skiej, samo­rzą­do­wego mia­sta-pań­stwa4. Do wyzna­cze­nia poło­że­nia wobec innych potrzeba gra­nic, co doty­czy tak jed­no­stek, jak i grup. Pierw­sze inte­re­so­wały ateń­skiego filo­zofa zde­cy­do­wa­nie mniej i trudno się temu dzi­wić, skoro utoż­sa­miał pro­blemy wiel­kie ze spra­wami wspól­no­to­wymi. W świe­cie gru­po­wym - spo­łecz­nym i etnicz­nym - czuł się lepiej, chcia­łoby się powie­dzieć "jak w domu", i w jego obrę­bie pro­wa­dził linie podzia­łów zde­cy­do­wa­nie i bez­względ­nie, mimo ogól­nego zało­że­nia, iż w dobrym pań­stwie "wszy­scy" mają być szczę­śliwi5. Rozu­miał je jako wspól­notę przy­jaźni wol­nych oby­wa­teli, w miarę moż­li­wo­ści rów­nych i nie­pra­cu­ją­cych fizycz­nie, wyłącz­nie męż­czyzn (nie­zwy­kłe, swoją drogą, jest zna­cze­nie słowa "wszy­scy" u Ary­sto­te­lesa, choć on sam nie zro­zu­miałby zapewne naszego zdzi­wie­nia, jeśli nawet wol­ność jed­nych i nie­wolę dru­gich wypro­wa­dzał "z natury").

Przy­jaźń do wewnątrz zakła­dała w tym wypadku, jak przy­po­mniał Chri­stian Meier, wro­gość na zewnątrz, i to ona, co tak trudno przy­jąć współ­cze­snym do wia­do­mo­ści, decy­do­wała o spój­no­ści i trwa­ło­ści wspól­noty6. Jesz­cze Zyg­munt Freud zale­cał nie lek­ce­wa­żyć korzy­ści, jakie płyną dla wspól­noty z wro­go­ści wobec sąsia­dów. Grupę cemen­tuje szcze­gól­nie agre­sja7, znana też nie­któ­rym gatun­kom zwie­rząt, może naj­bar­dziej szczu­rom, które wewnątrz wła­snych wspól­not krew­nia­czych są łagodne, a wobec innych kla­nów pocho­dze­nio­wych oka­zują się bez­li­to­sne, pro­wa­dząc walki dosłow­nie na śmierć i życie8. Nie­wol­nik, niech­by naj­mą­drzej­szy, sta­nowi jedy­nie żywe narzę­dzie - prawda, że z duszą, lecz mają ją nawet rośliny (naj­moc­niej może prze­ma­wia do naszej wyobraźni fakt, że zdo­by­wa­nie nie­wol­ni­ków mie­ści się u Ary­sto­te­lesa w ramach sztuki wojen­nej i myśliw­skiej). Kobiety, któ­rym swo­boda szko­dzi, pod­le­gają męż­czy­znom, gdyż są mniej uzdol­nione, "o ile wbrew natu­rze nie zaj­dzie wyją­tek w tym wzglę­dzie". Rze­czą zamiesz­ku­ją­cych cen­tral­nie mię­dzy Azją a Europą Gre­ków jest pano­wać nad świa­tem i czer­pać z niego korzy­ści, co wymaga odgra­dza­nia się od innych9. Jesz­cze bar­dziej odstrę­cza­jący, by użyć okre­śle­nia Ber­tranda Rus­sella, i na doda­tek sta­tyczny obraz spo­łe­czeń­stwa zapro­po­no­wał Sta­gi­ryta w dzie­dzi­nie etyki10. Z jej niu­an­sów rozu­miał, jak się zdaje, mniej niż star­szy o wiek Hero­dot, podróż­nik i kro­ni­karz dzie­jów naj­now­szych, bajarz o roz­le­głych antro­po­lo­gicz­nych zain­te­re­so­wa­niach, tyle że jego odruch sym­pa­tii wobec innych pozo­sta­wał u Gre­ków nie­omal wyjąt­kiem11.

Nie znamy argu­men­tów, jakie Ary­sto­te­les przed­ło­żył Alek­san­drowi Mace­doń­skiemu na rzecz odgra­dza­nia Gre­ków od tubyl­ców na nowo zdo­by­wa­nych tery­to­riach. Osobne zamiesz­ki­wa­nie grup etnicz­nych i reli­gij­nych było wten­czas (i jesz­cze cał­kiem nie­dawno) raczej regułą niż wyjąt­kiem. Możemy tylko się domy­ślać, że uczony żywił obawy przed roz­cień­cze­niem prze­wag cywi­li­za­cyj­nych nie­licz­nych Gre­ków w "bar­ba­rzyń­skim" morzu i tym samym - przed nie­po­we­to­waną stratą dla dzie­jów powszech­nych. Szczę­śli­wie uczeń prze­rósł mistrza i nie zasto­so­wał się do jego wska­zó­wek, nawet jeśli nie mógł wie­dzieć, że wiel­kimi pod­bo­jami: od Egiptu i Azji Mniej­szej po Afga­ni­stan i Indie, otwiera nowy okres w histo­rii świata - epokę nazwaną przez Johanna Gustava Droy­sena hel­le­ni­styczną12. Kolo­ni­ści greccy i potem coraz czę­ściej grec­ko­ję­zyczni roz­lali się po mia­stach Bli­skiego i po czę­ści Środ­ko­wego Wschodu, mniej wię­cej po rzeki Eufrat i Tygrys. Jedy­nie w Egip­cie osie­dlali się rów­nież na wsi wzdłuż życio­daj­nego Nilu, cho­ciaż i tu gros z nich zamiesz­kało w nowej Alek­san­drii "przy Egip­cie", mie­ście prze­wi­dzia­nym przez króla Mace­do­nii na sto­licę nowego, z ówcze­snego punktu widze­nia glo­bal­nego pań­stwa. Kul­tura grecka, zde­rzona i wzbo­ga­cona o ele­menty zapo­ży­czone ze sta­rych cywi­li­za­cji Egiptu, Syrii i szcze­gól­nie Babi­lo­nii, powę­dro­wała dalej, na tereny per­sko-irań­skie, afgań­skie i pół­noc­no­in­dyj­skie, gdzie wpły­nęła przy­naj­mniej na rzeźbę bud­dyj­ską, z którą prze­do­stała się aż do Japo­nii. Co nie mniej cie­kawe, mie­sza­nina róż­nych tra­dy­cji arty­stycz­nych powstała w Mezo­po­ta­mii zro­dziła spe­cy­ficzną sztukę, która od III w. po Chr. pod­bi­jała Rzym. Sztuka grecka, prze­two­rzona i uzu­peł­niona na azja­tyc­kim Środ­ko­wym Wscho­dzie, nie­jako wra­cała na Zachód13. Czy nie w tym samym, grec­kim dzie­dzic­twie tkwiło sedno trud­nej do poję­cia łatwo­ści, z jaką wschod­nie, zda­wa­łoby się, chrze­ści­jań­stwo pod­biło zachod­nią cywi­li­za­cję? Myśl Hel­le­nów, prze­for­mu­ło­wana i wzbo­ga­cona przez juda­izm, szcze­gól­nie w dzie­dzi­nie etycz­nej i spo­łecz­nej, wra­cała z azja­tyc­kiego exo­dusu ponie­kąd do swo­jej kolebki.

Łatwość mace­doń­skiego pod­boju pole­gała głów­nie na tym, że Alek­san­der zwy­cię­żał bitwy, ale nie trak­to­wał pod­bi­tych ludów jako łupu prze­zna­czo­nego do eks­plo­ata­cji - dokład­nie wbrew temu, czego pra­gnął Ary­sto­te­les. W Egip­cie, na tere­nach Syrii i Mezo­po­ta­mii trak­to­wano mace­doń­skiego króla jako wyzwo­li­ciela spod wła­dzy Per­sów14. Mało kto sta­wiał opór, a tubyl­cze elity, pomi­nąw­szy moż­nych irań­skich i, z zupeł­nie innych powo­dów, kapła­nów egip­skich, przyj­mo­wały go z nie­kła­ma­nym zachwy­tem. Nie­ba­wem Mace­do­nia i nie­prze­rwa­nie bun­tu­jąca się Gre­cja zdały się Alek­san­drowi za cia­sne, więc ogło­sił się kró­lem Azji, która w ówcze­snych poję­ciach obej­mo­wała rów­nież pół­nocną Afrykę. Furorę robiła przede wszyst­kim grecka orga­ni­za­cja samo­rzą­dowa, dzięki któ­rej miej­scowe war­stwy moż­no­wład­cze uzy­ski­wały po raz pierw­szy for­malny wpływ na rządy. Polis pod­bi­jała pogra­ni­cze euro­pej­sko-azja­tyc­kie, elity chło­nęły język i kul­turę grecką, mie­szały się mity i przed­sta­wie­nia reli­gijne, budo­wano drogi, kwi­tła wymiana, także cho­rób prze­no­szo­nych przez żoł­nie­rzy i kup­ców, dbano nawet o gene­tyczną poprawę jako­ści euro­pej­skich ras bydła, które zmie­szano z indyj­skimi. Trudno sobie wyobra­zić, co by było, gdyby gwał­towna cho­roba - naj­pew­niej zapa­le­nie płuc - nie prze­cięła nici życia Alek­san­dra w mło­dym wieku. Cywi­li­za­cja - pisał pięk­nie Arnold J. Toyn­bee - jest "podróżą, nie przy­sta­nią", acz­kol­wiek trudno nie dostrzec w ślad za Fer­nan­dem Brau­dlem, że pra­dawne cywi­li­za­cje nie pod­dają się łatwo i nowe pań­stwa, nawet naj­więk­sze, bywają dla nich tylko przej­ścio­wymi szat­kami arle­kina15. Nie­mniej są wyjątki, by wska­zać Rzym, który na setki lat połą­czył sku­tecz­nie kilka kul­tur na pogra­ni­czu Europy, Azji i Afryki. Długi pokój zapew­nił im nie­znany wcze­śniej dobro­byt oraz sze­roko otwo­rzył drogi han­dlowe do Indii i zwłasz­cza do Chin, które pod rzą­dami dyna­stii Han prze­ży­wały wie­lu­set­letni roz­kwit gospo­dar­czy i kul­turalny. Poza wrzawą prze­mian poli­tycz­nych postę­po­wał pro­ces homo­ge­ni­za­cji bio­lo­gicz­nej Sta­rego Świata16.

Uparte trwa­nie przy "sta­rym", w wypadku Egiptu przez tysiąc lat, nie jest wyra­zem siły, lecz raczej zgub­nej potęgi iner­cji. Skost­niała kul­tura i reli­gia - co z tego, że podzi­wiane przez Gre­ków, by przy­po­mnieć Hero­dota czy nawet Ary­sto­te­lesa - ani nie pomo­gły Egip­cja­nom wytrzy­mać kon­ku­ren­cji z ruchliwą cywi­li­za­cją hel­le­ni­styczną, ani nie przy­go­to­wały ich na spo­tka­nie z dyna­micz­nym isla­mem, przy­nie­sio­nym przez garstkę arab­skich zdo­byw­ców. Iran, mimo że rów­nie łatwo uległ maho­me­tań­skiemu pod­bo­jowi, zacho­wał wyraźną odręb­ność kul­tu­rową. Jej pod­stawę sta­no­wiła ory­gi­nalna i odpo­wia­da­jąca nowo­cze­snym - w zna­cze­niu swo­jego czasu i miej­sca - wyzwa­niom reli­gia zoro­astryj­ska, któ­rej wyraźne ślady, mimo licz­nych prze­śla­do­wań, prze­trwały po dziś dzień; w kul­tu­rze maso­wej nie­które jej ele­menty są widoczne na każ­dym kroku. Irań­ski Mitra nie bez przy­czyny wdarł się prze­bo­jem w III w. na tereny cesar­stwa rzym­skiego, zaj­mu­jąc w nie­jed­nej pry­wat­nej kapliczce, szcze­gól­nie żoł­nier­skiej, pocze­sne miej­sce, bywało że obok Chry­stusa - i obec­nie zachwyca prze­cież spra­wie­dli­wo­ścią i sto­no­waną mądro­ścią w nie­ma­ją­cej końca walce ze złem. Tym­cza­sem Egipt ze swoim odwiecz­nym świa­tem dawno zmur­sza­łych bogów i zasko­ru­pia­łych, lecz majęt­nych kapła­nów roz­pły­nął się w islam­skim morzu; znów nie przy­pad­kiem sku­teczny opór maho­me­ta­nom sta­wili tu jedy­nie kop­tyj­scy chrze­ści­ja­nie17.

W sytu­acji spo­tka­nia cywi­li­za­cyj­nego, które zawsze jest do pew­nego stop­nia zde­rze­niem kul­tur, sprawa odgra­ni­cze­nia od innych nabiera szcze­gól­nej ostro­ści. Bez gra­nic, niech­by poszar­pa­nych, nie spo­sób żyć, tylko jak je usta­no­wić, gdy wokół "wszystko pły­nie". Wiel­kie rzeki - roz­bu­do­wy­wał w XVII w. myśl Ary­sto­te­lesa ojciec prawa mię­dzy­na­ro­do­wego Hugo Gro­cjusz - zacho­wują nazwę, choć niosą wciąż zmie­nia­jące się wody. Podob­nie jest z naro­dami, doda­wał, póki wymiana czą­ste­czek nie nastę­puje zbyt rap­tow­nie. Histo­ryk i pisarz fran­cu­ski Ernest Renan nazwał to dwa stu­le­cia póź­niej codzien­nym ple­bi­scy­tem, nie­ko­niecz­nie świa­do­mym18. Co jed­nak robić, gdy dopły­wa­jąca woda gwał­tow­nie przy­bie­rze, a jesz­cze naj­czę­ściej zetrze się z ogniem dra­ma­tycz­nych wyda­rzeń poli­tycz­nych, w wyniku czego świat rap­tow­nie przy­spie­sza i prze­sta­jemy z niego cokol­wiek rozu­mieć? Nie przy­po­mi­namy wtedy panów Ziemi, o czym marzył czło­wiek ostat­nich pię­ciu tysięcy lat - od Gil­ga­me­sza poprzez Ary­sto­te­lesa i boha­te­rów biblij­nych aż po Marksa, Lenina i zwy­cię­skich kapi­ta­li­stów XX w. Bli­żej nam do omdle­wa­ją­cych ryb w rzece Ksan­tos, kiedy Homer kazał się bogom i żywio­łom przy­łą­czyć do zma­gań pod Troją. Czu­jąc drże­nie ziemi, po któ­rej hulają sil­niejsi niż my, więk­szość ludzi i ludów przy­sto­so­wuje się szybko do zmie­nio­nych oko­licz­no­ści i w ciągu paru poko­leń, nie bez ofiar wśród upar­tych, asy­mi­luje w nowej rze­czy­wi­sto­ści. Dotknęło to nawet prze­ko­na­nych o swo­ich prze­wa­gach Gre­ków w Egip­cie, na Bli­skim Wscho­dzie oraz w Mezo­po­ta­mii. Po tysiąc­let­nim pano­wa­niu ich języka i kul­tury pod­bój arab­ski zmiótł je niczym jesienny wiatr liście z drzew, gdy tylko lud­ność grec­ko­ję­zyczna utra­ciła uprzy­wi­le­jo­waną pozy­cję. Trwa nie­za­koń­czona debata nad tym, na ile eli­tarny był hel­le­nizm, a na ile prze­nik­nął sze­ro­kie war­stwy ludowe, które zwłasz­cza w Egip­cie trwały w nie do końca wyja­śnio­nym opo­rze, trak­to­wa­nym przez nie­któ­rych bada­czy jako ruch naro­dowy19.

*

Wobec pokusy hel­le­ni­za­cji sta­nęli rów­nież Żydzi, lud nie­wielki, jakich wię­cej było w tym gorą­cym regio­nie, jed­nej z kole­bek świata. Nie mieli spe­cjal­nych zadat­ków na prze­trwa­nie, jeśli weź­miemy pod uwagę ich liczbę, skłó­ce­nie wewnętrzne, paster­sko-rol­ni­czy cha­rak­ter pier­wot­nych zajęć i nie­chęć do morza, co pocią­gało za sobą rela­tywne ubó­stwo i kul­tu­ralne zamknię­cie. Zresztą Grecy, z któ­rymi Żydzi poznali się dopiero w epoce hel­le­ni­stycz­nej, bar­dzo ich pocią­gali. Że z nie­jaką wza­jem­no­ścią - nie ma w tym wypadku wiel­kiego zna­cze­nia wobec nie­rów­no­wagi sił20. Mito­lo­gia narodu prze­zna­czo­nego do wła­da­nia nad świa­tem, narodu filo­zo­fów, pra­wo­daw­ców i poetów, spo­tkała się z mitem narodu wybra­nego, narodu Księgi, który jed­nak rozu­miał swoją reli­gię w sen­sie uni­wer­sa­li­stycz­nym. Biblijny Jahwe jest bogiem wszyst­kich, zawarł wpraw­dzie sojusz z Izra­elem, lecz tylko dla­tego, że inne ludy nie chciały przy­jąć ofia­ro­wa­nej im Tory. Jego żąda­nia, by nie cudzo­ło­żyć, a tym bar­dziej nie kraść, prze­czyły całej tra­dy­cji ich dotych­cza­so­wego życia albo zda­wały się naj­zwy­czaj­niej zbyt wiel­kim wyzwa­niem moral­nym21. Zwłasz­cza od nie­woli babi­loń­skiej przy­mie­rze z Jahwe stało się dla Żydów na tyle klu­czowe, że każde kolejne nie­po­wo­dze­nie ich wzmac­niało. Ufność w opiekę Bożą dawała Izra­eli­tom poczu­cie bez­pie­czeń­stwa nawet w "ciem­nej doli­nie śmierci" (Ps 23, 4). Sie­dząc nad rze­kami Mezo­po­ta­mii, pła­kali, wspo­mi­na­jąc Syjon i znisz­czoną Jero­zo­limę (Ps 137 i Lamen­ta­cje)22, lecz "nie wyrze­kli się prze­świad­cze­nia o wła­snej wyż­szo­ści i trwali w prze­ko­na­niu, że nie­szczę­ścia, które stały się ich udzia­łem, były spo­wo­do­wane gnie­wem Boga, ponie­waż nie zacho­wali czy­sto­ści wiary i rytu­ału"23.

Prze­sie­dleńcy żydow­scy nad Eufra­tem i Tygry­sem roz­miesz­czeni w pobliżu wiel­kich miast i zmu­szeni do porzu­ce­nia rol­nic­twa, dotych­czas pod­sta­wo­wego zaję­cia znacz­nej czę­ści z nich, mieli się w przy­spie­sza­ją­cym tem­pie asy­mi­lo­wać. Obser­wu­jąc nara­sta­jący wśród nich kult babi­loń­skich "bał­wa­nów", pro­rocy Jere­miasz i Eze­chiel zaini­cjo­wali ruch oporu. Zasa­dzał się na rygo­ry­stycz­nym prze­strze­ga­niu orto­dok­sji reli­gij­nej, co w tym wypadku pro­wa­dziło zara­zem do nasi­la­ją­cego się żydow­skiego eks­klu­zy­wi­zmu naro­do­wego. W prak­tyce bowiem krok ten ozna­czał przy­spie­szone budo­wa­nie "murów" i "zam­ków" oraz sta­wia­nie "straży". Chyba dopiero teraz, od VI w. przed Chr., kwe­stia toż­sa­mo­ści wysu­nęła się u Żydów na pierw­szy plan, a jej cen­tral­nym ele­men­tem stał się jedyny Bóg, tar­cza Izra­ela24. Efekty podej­mo­wa­nych sta­rań musiały być naj­wi­docz­niej nie­wy­star­cza­jące, skoro sto lat póź­niej Ezdrasz, kapłan i uczony żydow­ski w Babi­lo­nie i potem w Jero­zo­li­mie, doszedł do wnio­sku, że jeśli Żydzi naprawdę mają się nie roz­pły­nąć w pogań­skim morzu, potrzeba im "gra­nic ogni­stych". Nawet pośród codzien­nej krzą­ta­niny nie mogli zapo­mnieć, skąd są i do kogo przy­na­leżą. Same wie­rze­nia już nie star­czały, nie­zbędny był - stwier­dza Abra­ham Cohen - "kom­plet­nie odmienny spo­sób życia: spe­cy­ficzny kult, ina­czej pro­wa­dzony dom". Naj­mniej­szy szcze­gół naj­zwy­klej­szych czyn­no­ści pod­dany został kon­troli Pisma Świę­tego, a wła­ści­wie Pię­ciok­sięgu przy­pi­sy­wa­nego Moj­że­szowi, uzu­peł­nia­nego z cza­sem o ustne poucze­nia kapłań­skie. Z bie­giem lat i wie­ków wokół Tory wznie­siono "ogro­dze­nie" w postaci spi­sa­nego Tal­mudu oraz Miszny, ukształ­to­wa­nych w stu­le­ciach na prze­ło­mie sta­rej i naszej ery25. "Tam, gdzie są gra­nice, wyznacz­niki tego, czym jest reli­gia Księgi, poja­wiają się nie tylko odszcze­pień­cze sekty, ale i odszcze­pień­cze jed­nostki: apo­staci i kon­wer­tyci"26.

Jak poważne zagro­że­nie sta­no­wiły dla Żydów czasy hel­leń­skie, poka­zuje naj­le­piej spi­sana w końcu II w. przed Chr. Pierw­sza Księga Macha­bej­ska. Jej nie­znany autor, cał­kiem dobry histo­ryk, nie ma wąt­pli­wo­ści, że i tym razem wszel­kie nie­szczę­ścia przy­nie­śli cudzo­ziemcy - Alek­san­der Wielki i jego następcy, któ­rzy "doko­nali wiele złego na ziemi" (1 Mch 1, 9). Lecz praw­dziwe nie­bez­pie­czeń­stwo pocho­dziło teraz od wewnątrz, ponie­waż "syno­wie wia­ro­łomni" spo­śród samego Izra­ela (1 Mch 1, 11) zapa­lili się do gre­czy­zny: wybu­do­wali w Jero­zo­li­mie gim­na­zjum, odstą­pili od obrze­za­nia synów i zapo­mnieli o świę­tym przy­mie­rzu (1 Mch 1, 14-15). Co gor­sza, kiedy król syryj­ski Antio­chos IV zarzą­dził, aby wszy­scy w pań­stwie porzu­cili dawne oby­czaje i stali się jed­nym naro­dem, wielu Izra­eli­tom pomysł się spodo­bał. Skła­dali ofiary hel­leń­skim boż­kom, nawet ze świń­skiego mięsa, znie­wa­żali sza­bat, "dusze swoje bru­kali wszyst­kim, co jest nie­czy­ste i świa­towe" (1 Mch 1, 41-53). Szczę­śli­wie, kon­ty­nu­uje autor, zna­leźli się i tacy, któ­rzy woleli śmierć raczej niż odstą­pie­nie od Prawa i bez­czesz­cze­nie świę­tego przy­mie­rza (1 Mch 1, 63).

Korzy­sta­jąc z porażki Antio­cha w woj­nie z Egip­tem, a wła­ści­wie ze sto­ją­cym za nim Rzy­mem, Żydzi przy­stą­pili do powsta­nia, na czele któ­rego sta­nął ród Macha­be­uszy. Oka­zało się jed­nak, że król syryj­ski dys­po­nuje wciąż dosta­teczną siłą, aby odpo­wie­dzieć bru­tal­nymi prze­śla­do­wa­niami, zwłasz­cza że znowu wsparli go miej­scowi, poza obco­kra­jow­cami rów­nież zara­żona cudzo­ziemsz­czy­zną jero­zo­lim­ska szlachta, czę­sto trwa­jąca przy sta­rej wie­rze, jak sadu­ce­usze, ale pra­gnąca zacho­wać wpływy poli­tyczne, a może tylko ostat­nią - jak jej się wyda­wało - moż­li­wość tem­pe­ro­wa­nia dążeń nie­pod­le­gło­ścio­wych w mało sprzy­ja­ją­cym śro­do­wi­sku mię­dzy­na­ro­do­wym. Koniec koń­ców, powstańcy po dzie­się­cio­le­ciach upar­tej i bez­kom­pro­mi­so­wej walki zwy­cię­żyli, hel­le­ni­za­cja została powstrzy­mana zarówno w Pale­sty­nie, jak i pośród grec­ko­ję­zycz­nej żydow­skiej dia­spory. Gdyby ta nie­złomna i w jakiś spo­sób sza­lona garstka stra­ceń­ców ule­gła, histo­ria mogłaby się poto­czyć zupeł­nie ina­czej27. Nie prze­trwałby mono­te­istyczny juda­izm i nie przy­szłyby na świat jego nie­chciane dzieci ze związku z hel­le­ni­zmem - chrze­ści­jań­stwo i islam. Zasy­mi­lo­wani reli­gij­nie Żydzi nie sta­liby się zara­zem jedy­nym naro­dem świata hel­leń­skiego z gruntu wro­gim tra­dy­cji grec­kiej i potem rzym­skiej. Bro­niąc gra­nic wła­snej toż­sa­mo­ści, zamknęli się w sobie, nabrali podejrz­li­wo­ści wzglę­dem obcych wpły­wów, naj­drob­niej­szą kry­tykę prze­pi­sów praw­nych i kul­to­wych trak­to­wali jako wyraz apo­sta­zji, "czyn naru­sza­jący warunki przy­mie­rza z Jahwe"28.

Co nie udało się kapła­nom egip­skim, powio­dło się Żydom, przede wszyst­kim za sprawą głę­bo­kiego prze­ko­na­nia o przy­na­leż­no­ści do narodu wybra­nego, nie­mniej liczył się na pewno i inny powód. Reli­gia w Pale­sty­nie miała sze­ro­kie ludowe korze­nie, a to zapew­niało jej nie­zbędny do prze­trwa­nia kli­mat fer­mentu spo­łecz­nego i ide­owego. Co tylko eli­tarne, tra­fia wcze­śniej czy póź­niej do lamusa. "Skost­niałe mity i skost­niała prze­szłość są niczym eks­po­naty na wysta­wie muze­al­nej o daw­nych cywi­li­za­cjach i daw­nych reli­giach. Oglą­damy je z umiar­ko­wa­nym zacie­ka­wie­niem i bez więk­szych emo­cji. Nie oba­wiamy się ich i nie odczu­wamy potrzeby ich zmiany [...]. Są bez­pieczne, bo mar­twe"29. Wobec zmar­łych łatwo być wiel­ko­dusz­nym30. Prawdą jest, że i w Egip­cie, i w Izra­elu wła­dzę reli­gijną spra­wo­wały rodziny kapłań­skie, czer­piące z tego nie­ba­ga­telne korzy­ści, ale pozy­cja chłop­stwa i wciąż jesz­cze nie­licz­nych rze­mieśl­ni­ków była u Żydów nie­po­rów­ny­wal­nie moc­niej­sza niż u Egip­cjan i zasa­dzała się na sil­nym poczu­ciu soli­da­ry­zmu spo­łecz­nego. Mimo więc że w Pale­sty­nie róż­nice mająt­kowe mię­dzy bied­nymi a boga­tymi pozo­sta­wały sto­sun­kowo naj­mniej­sze, wła­śnie tu - jak zauwa­żyła Ewa Wip­szycka - docho­dziło naj­czę­ściej do pro­te­stów spo­łecz­nych. Czasy hel­leń­skie przy­nio­sły ich nasi­le­nie, ponie­waż elita żyła bar­dziej osten­ta­cyj­nie, zgod­nie z mode­lem grec­kim i potem rzym­skim, gdzie "ubogi" zna­czyło w zasa­dzie tyle co "podły". Dla kon­flik­tów spo­łecz­nych nie są ważne porów­naw­cze sta­ty­styki, doda­wała badaczka sta­ro­żyt­no­ści, lecz prze­świad­cze­nie, że zmiany idą ku gor­szemu, a życie warstw uboż­szych staje się coraz cięż­sze31.

Nie­za­do­wo­lony "pro­le­ta­riat" wewnętrzny, który w rozu­mie­niu mistrza ana­lo­gii histo­rycz­nej Arnolda Toyn­be­ego obej­muje także sze­roko pojętą inte­li­gen­cję, w tym daw­nych cza­sów, prze w takich sytu­acjach do zmiany i roz­sa­dza nie­spra­wie­dli­wo­ści sta­rych sys­te­mów, jeśli tylko znajdą się wielcy refor­ma­to­rzy potra­fiący rzu­cić i upo­wszech­nić ideę bar­dziej postę­pową. Pośród nich zba­wi­ciele - pół­bo­go­wie zro­dzeni z ludz­kich matek za sprawą nadludz­kich ojców, by cier­pieć za czło­wieka, a po speł­nie­niu ziem­skiej misji zostać jak Hera­kles wnie­bo­wzię­tym - wysu­nęli się zde­cy­do­wa­nie na czoło. Jezus wyła­mał się nawet spo­śród nich: "był czło­wie­kiem, który wie­rzył, że sam jest Synem Bożym". Dla bry­tyj­skiego poli­hi­stora, ponie­kąd epi­gona - jeśli mie­rzyć współ­cze­sną zla­icy­zo­waną i wciąż zde­cy­do­wa­nie naro­dową miarą euro­pej­ską - wszelki roz­wój opiera się na idei wyż­szej, jaką dać może wyłącz­nie reli­gia, a nie tech­nika czy nacjo­na­lizm lub, mówiąc jego języ­kiem, Lewia­tan w ple­mien­nym przy­odzia­niu32. Kto chce zebrać praw­dziwe tłumy, musi mieć odpo­wied­nie sym­bole - doda­wał star­szy od Toyn­be­ego o poko­le­nie The­odor Herzl, który w odpo­wie­dzi na nara­sta­jący w Euro­pie prze­łomu XIX i XX w. anty­se­mi­tyzm roz­my­ślał o odbu­do­wie pań­stwa żydow­skiego w Pale­sty­nie albo Argen­ty­nie. Trzy­dzie­sto­pię­cio­letni dzien­ni­karz austriacki żydow­skiego pocho­dze­nia (nie pierw­szy raz narzuca się myśl, że trzy­dzie­sto­lat­ko­wie mają naj­więk­sze szanse stwo­rzyć dzieło odważne i wybitne zara­zem, nawet przy bra­kach eru­dy­cyj­nych) zda­wał sobie dosko­nale sprawę z tego, że bez nowych moż­li­wo­ści orga­ni­za­cyj­nych i tech­nicz­nych, jakie przy­niósł wiek żelaza i pary, jego ini­cja­tywa nie byłaby nawet warta roz­wa­że­nia. Chciał wszystko, zgod­nie z opty­mi­stycz­nymi wyobra­że­niami swo­ich cza­sów, naukowo zapro­gra­mo­wać. Rozu­miał, że jego pomysł gra­ni­czy z uto­pią i że ode­zwą się tech­no­kraci, któ­rzy wskażą na nie­wiel­kie szanse reali­za­cji planu. Dla­tego już w pierw­szym zda­niu pro­ro­czej książki Pań­stwo żydow­skie pozwo­lił sobie zauwa­żyć, że uwią­zani w codzien­no­ści, prak­tyczni fachowcy zdu­mie­wa­jąco nie­wiele rozu­mieją z realiów życia spo­łecz­nego, eko­no­micz­nego i poli­tycz­nego33. Miał wiele racji, wie­dza - szcze­gól­nie typu zachod­niego: spe­cja­li­styczna i zawę­żona do jed­nej, a w każ­dym razie nie­licz­nych, dzie­dziny34 - ogra­ni­cza hory­zonty nie­rzadko rów­nie mocno jak nie­wie­dza. W sta­ro­żyt­nym Izra­elu prze­łomu sta­rej i nowej ery naj­bar­dziej ceniono uczo­nych w Piśmie, a jed­nak wielcy rabini bro­nili war­to­ści spo­łecz­nej każ­dej pracy, bo - jak tłu­ma­czyli - na cóż zda się głowa, jeśli zosta­nie odjęte ciało? Skoro jeste­śmy od sie­bie wza­jem­nie uza­leż­nieni, nie ma prac małych i dużych, nie ma ludzi mniej czy wię­cej war­tych. Co by dało - powia­dał uczony rabbi Jocha­nan ben Zak­kaj - że kapłani naka­za­liby męż­czy­znom i kobie­tom obmy­cie rytu­alne, gdyby jakiś facho­wiec nie wybu­do­wał im studni35? Pro­fe­sjo­na­li­ści, doty­czy to także współ­cze­snych tech­no­kra­tów, są nie­zbędni, pro­blem w tym, aby nie zabie­rali się za to, czego nie potra­fią, przy­naj­mniej póki nie mają eru­dy­cji i spo­łecz­nej świa­do­mo­ści wiel­kich myśli­cieli reli­gij­nych. Ich wła­ściwe miej­sce jest wśród pra­cow­ni­ków pomoc­ni­czo-tech­nicz­nych, któ­rzy dostar­czają roz­wią­zań i narzę­dzi, a nie wśród tych, któ­rzy podej­mują klu­czowe dla wspól­noty decy­zje w dzie­dzi­nie spo­łeczno-eko­no­micz­nej, a tym bar­dziej w zakre­sie idei. Zda­rza się, że są to zada­nia pra­wie rów­nie ważne, by wska­zać na dzia­łal­ność św. Pawła, mniej wię­cej rówie­śnika Jocha­nana i tak samo jed­no­znacz­nego w kwe­stii podej­ścia do pracy. "Kto nie chce pra­co­wać, niech też nie je" - tłu­ma­czył Paweł tesa­lo­ni­cza­nom (2 Tes 3, 10; por. też Dz 18, 3 i 20, 34) w opo­zy­cji do Ary­sto­te­lesa, który zapro­wa­dził myśl grecką w tym zakre­sie w ślepą uliczkę, zapo­mniaw­szy o kapi­tal­nej, chcia­łoby się rzec "webe­row­skiej", myśli swego ziomka Hezjoda, dziś już pra­wie sprzed trzech tysięcy lat, że na dro­dze do cnoty bogo­wie poło­żyli pracę i żadna z nich nie hańbi36. Bez odważ­nych idei z przy­po­wie­ści i dzia­łal­no­ści Jezusa fary­ze­usz Sza­weł spę­dziłby życie na walce z odstęp­cami od juda­izmu, de facto by nie zaist­niał, ale czy chrze­ści­jań­stwo roz­wi­nę­łoby się bez inte­lektu, wykształ­ce­nia, wresz­cie orga­ni­za­cyj­nego geniu­szu i nie­wy­czer­pal­nej aktyw­no­ści zeloty z Tarsu? Śmiem wąt­pić. Dzia­łal­ność przy­tła­cza­ją­cej więk­szo­ści z nas ma w skali dłu­giego czasu dość ogra­ni­czone zna­cze­nie i trzeba się umieć z tym pogo­dzić. "Wyjątki się zda­rzają, ale cho­dzi o postaci, co by o nich nie mówić, nie z tego świata, jak asceta Budda - syn ksią­żę­cego rodu, obrońca grzesz­ni­ków Jezus - syn cie­śli z Naza­retu, czy sie­rota i anal­fa­beta Maho­met, z pocho­dze­nia kupiec, który zatrosz­czył się o los wdów. Łączyło ich to, że roz­my­ślali nie nad wzro­stem gospo­dar­czym, lecz nie­spra­wie­dli­wo­ścią wyni­ka­jącą z nie­rów­no­ści spo­łecz­nych"37.

*

W roku 63 przed naszą erą Pale­styna prze­szła pod wła­dzę Rzymu, który dwa dzie­się­cio­le­cia póź­niej prze­ka­zał bez­po­śred­nie rządy Hero­dowi Wiel­kiemu, odno­wi­cie­lowi świą­tyni jero­zo­lim­skiej i... zde­kla­ro­wa­nemu filo­hel­le­nowi. Prawda, władca sza­no­wał reli­gię ludu i liczył się ze zda­niem kapła­nów i uczo­nych w Piśmie, lecz jego spo­sób życia pozo­sta­wiał dużo do życze­nia. Wyba­czono by mu to zapewne, jak czę­sto moż­nym tego świata, gdyby prze­pych dworu i żywa dzia­łal­ność budow­lana Heroda nie wyma­gały wyż­szych podat­ków. By zła­mać opór spo­łeczny, król zapro­wa­dził ter­ror szpie­gow­sko-poli­cyjny i bez­li­to­śnie dła­wił w zarodku wszel­kie prze­jawy nie­za­do­wo­le­nia. W razie potrzeby odwo­ły­wał się do armii skom­ple­to­wa­nej z obcych żoł­nie­rzy, pod­czas gdy wal­czący na spo­sób grecki - naj­no­wo­cze­śniej - Żydzi szu­kali dla sie­bie miej­sca w sze­re­gach armii wiel­kich sąsia­dów38. Cho­ciaż więc powsta­nie macha­bej­skie zwy­cię­żyło, Pale­styna kipiała, a Jahwe Tal­mudu nie­prze­rwa­nie zamar­twiał się, że gdy pozo­stawi "Izra­eli­tów samych sobie, pochłoną ich pogań­skie narody"39.

Kraj prze­mie­rzali liczni tana­ici, uczeni w Piśmie nauczy­ciele, któ­rzy roz­pra­wiali, jak żyć i bro­nić się przed hel­le­ni­styczną zarazą, szcze­gól­nie od kiedy zna­la­zła wspar­cie w potę­dze Rzymu. Po rzą­dzo­nej przez Heroda Judei gra­so­wały, jak pisze Józef Fla­wiusz, dowo­dzone przez samo­zwań­czych kró­lów bandy roz­bój­ni­ków, mające się dawać lud­no­ści gorzej we znaki niż Rzy­mia­nie40. W Gali­lei mło­dzi zeloci - spo­śród nich wywo­dził się apo­stoł Szy­mon z przy­dom­kiem Gor­liwy (Łk 6, 15) - napa­dali na pobor­ców podat­ko­wych i parli do ponow­nego zrywu - ter­ro­ry­ści swo­ich cza­sów. Podob­nie jak fary­ze­usze wycze­ki­wali mesja­sza, nie­zwy­cię­żo­nego króla i kapłana z rodu Dawida, tyle że w ich rozu­mie­niu miał on porwać Żydów do powsta­nia, czego jak ognia oba­wiała się star­szy­zna i, gene­ral­nie rzecz bio­rąc, reali­ści. Bar­dzo nie­liczni w tej sytu­acji wybie­gali myślami dalej niż poza hory­zont Izra­ela i juda­izmu. Jed­nym z nich był Jezus. Nie­mniej i On potra­fił się zapo­mnieć, jak poka­zuje spo­tka­nie z pewną syryj­ską Feni­cjanką w oko­li­cach Tyru, któ­rej w pierw­szej chwili odmó­wił pomocy. Prze­ko­ny­wał, że został "posłany tylko do owiec, które pogi­nęły z domu Izra­ela", doda­jąc: "nie­do­brze jest zabrać chleb dzie­ciom, a rzu­cić psom" (Mt 15, 24-26). Dopiero nie­od­parta wiara kobiety w uzdro­wień­czą moc Jezusa prze­ła­mała Jego opór. Wiara, obok miło­ści, prze­ba­cze­nia i miło­sier­dzia, odgry­wała w naucza­niu Naza­rej­czyka rolę klu­czową - prze­no­siła góry. Nie chciał pozo­stać obo­jętny, mimo że ucznio­wie wzy­wali Go, aby odpra­wił naprzy­krza­jącą się pogankę41. Wie­dział prze­cież, iż wydałby na nią wyrok. Ledwo zwąt­pisz, już toniesz - kon­sta­tuje nie bez racji pisarz szwaj­car­ski Jürg Amann w pięk­nej "auto­bio­gra­fii" Jezusa42. Szkoda tylko, że nie radzi, jak to pogo­dzić z życiem w świe­cie wypeł­nio­nym po same brzegi wąt­pli­wo­ściami, mają­cymi źró­dło w naby­wa­niu doświad­czeń i nara­sta­niu wie­dzy. Na ile są one jesz­cze nie­zbęd­nym bala­stem, chro­nią­cym łódź przed nagłymi ude­rze­niami fal i wia­tru, na ile zaś nad­mier­nym cię­ża­rem, który pocią­gnie na dno łódź z całą załogą?

Gene­tycz­nie wywo­dził się Jezus naj­pew­niej z cha­sy­dów ("poboż­nych"), któ­rzy wsparli powsta­nie Macha­be­uszy, ale ni­gdy nie dali się prze­ko­nać do walki w sza­bat. Co cie­kawe, z nich wyszli też fary­ze­usze ("oddzie­leni", jak się to naj­czę­ściej tłu­ma­czy w bibli­styce, ale może jed­nak "trzy­ma­jący się z dala" od rytu­al­nego ska­la­nia, albo wręcz "inter­pre­ta­to­rzy" Tory43), odrzu­ca­jący mesja­nizm i apo­ka­lip­tyczne wizje cha­sy­dów, lecz sto­jący rów­nie mocno na grun­cie Prawa. Od szla­chec­kich sadu­ce­uszy oddzie­lało oba te ugru­po­wa­nia mniej­sze otwar­cie na wpływy hel­leń­skie oraz poglądy escha­to­lo­giczne, w tym szcze­gól­nie doty­czące życia pośmiert­nego, pośmiert­nej kary i zmar­twych­wsta­nia. Kto z cha­sy­dów i potem rów­nież z fary­ze­uszy nie potra­fił sobie zna­leźć miej­sca w kształ­tu­ją­cym się na nowo ukła­dzie, szu­kał go albo pomię­dzy naj­bar­dziej rady­kal­nymi esseń­czy­kami, albo odwrot­nie: wśród ugru­po­wań nie­go­dzą­cych się ze skost­nie­niem wokół Prawa. Nie wia­domo, jak liczne były te grupy, w każ­dym razie z daw­nymi cha­sy­dami łączyły je mesja­ni­styczne i apo­ka­lip­tyczne wizje, dzie­liło jed­nak otwar­cie na hel­le­nizm, szcze­gól­nie silne w dzie­dzi­nie filo­zo­fii, i żąda­nie mniej for­ma­li­stycz­nego podej­ścia do wiary, co w prak­tyce ozna­czało także jej odsu­nię­cie od bez­po­śred­niej poli­tyki - rzecz i dzi­siaj nie­ła­twa do osią­gnię­cia. Osta­tecz­nie ludzie ci, jak się przy­pusz­cza, zasi­lili naj­star­szą gminę chrze­ści­jań­ską w Pale­sty­nie. Rów­nież pierwsi chrze­ści­ja­nie na innych tere­nach cesar­stwa to przede wszyst­kim żyjący w dia­spo­rze Żydzi. Wielu mogło sobie nawet nie zda­wać sprawy, że odcho­dzą od juda­izmu. List Pawła do Gala­tów, a może jesz­cze bar­dziej Dzieje Apo­stol­skie poka­zują kapi­tal­nie, jak nie­pew­nie czuli się Żydzi i zara­zem pierwsi chrze­ści­ja­nie wobec prze­pi­sów rytu­al­nych i cere­mo­nial­nych, głów­nie Prawa i obrze­za­nia (Dz 15, 4 nn. i 16, 3 nn.). Nauczali ich na­dal Żydzi, a grecki spo­sób myśle­nia był żywy także pośród fary­ze­uszy, nawet jeśli pośród mniej­szej ich czę­ści44. Nauki Jezusa nie wzięły się, jak jesz­cze zoba­czymy, zni­kąd. Odwrot­nie, znaj­dują silne umo­co­wa­nie w Sta­rym Testa­men­cie, ale i we współ­cze­snych Mu tren­dach juda­izmu.

Herod nie zasłu­żył na przy­do­mek "wielki". Łożył na świą­ty­nię jero­zo­lim­ską przez dzie­się­cio­le­cia, wszy­scy ją teraz podzi­wiali, lecz był to wysi­łek próżny - ostała się nie­wiele dłu­żej niż trwała odbu­dowa. Po ponad czter­dzie­sto­let­nim pano­wa­niu pozo­sta­wił kró­le­stwo bar­dziej podzie­lone, niż to, które zastał, wobec czego Rzy­mia­nie prze­kształ­cili je w zarzą­dzaną przez czte­rech namiest­ni­ków pro­win­cję. Naj­waż­niej­szą Judeę z Jero­zo­limą dzier­żył bez­po­śred­nio rzym­ski pro­ku­ra­tor, w Gali­lei tetrar­chą został Herod Anty­pas, naj­młod­szy syn kró­lew­ski, który zasły­nął głów­nie ścię­ciem Jana Chrzci­ciela. Nie dość, że poszcze­gólne żydow­skie ple­miona, stron­nic­twa reli­gijne i poli­tyczne - żyjący w odosob­nie­niu na pustyni nie­liczni esseń­czycy, tra­cący wpływy zamożni sadu­ce­usze i domi­nu­jący już fary­ze­usze - żywiły do sie­bie nie­chęć, by nie rzec - pałały nie­na­wi­ścią, jak w wypadku Sama­ry­tan, to na doda­tek sto­sunki z Rzy­mem, obser­wu­ją­cym nara­sta­nie trud­nych do zro­zu­mie­nia z pozy­cji mocar­stwa nie­po­ko­jów, ukła­dały się coraz gorzej. Powszechna w kul­tu­rze hel­le­ni­stycz­nej iry­ta­cja z powodu żydow­skiego izo­la­cjo­ni­zmu łączyła się jed­nak z zacie­ka­wie­niem Gre­ków żydow­skim mono­te­izmem. Rzy­mia­nie odno­szą się do Żydów z bez­na­miętną obo­jęt­no­ścią gra­ni­czącą z pogardą. Wodzo­wie rzym­scy, jak Pom­pe­jusz, naru­szają naj­więk­sze żydow­skie świę­to­ści, wstręt do żydow­skich i zaraz potem chrze­ści­jań­skich "zabo­bo­nów" podzie­lają rzym­scy inte­lek­tu­ali­ści, by wska­zać tylko na naj­wy­bit­niej­szych - histo­ryka Tacyta oraz jego przy­ja­ciela praw­nika i poli­tyka Pli­niu­sza Młod­szego45. Jed­no­cze­śnie trudno powąt­pie­wać, że Rzym na prze­ło­mie er robił na świa­do­mych jego potęgi Żydach to samo nie­kła­mane wra­że­nie, jakie wzbu­dził w latach 63-64 w Józe­fie Fla­wiu­szu, uczest­niku i histo­ryku kolej­nego powsta­nia żydow­skiego, któ­rego był zresztą zde­cy­do­wa­nym prze­ciw­ni­kiem. Uwa­żał, że wobec potęgi Rzymu eks­tre­mi­ści nie mają żad­nych szans, rów­nież dla­tego, że Bóg odwró­cił się od grzesz­nego Izra­ela i naj­wi­docz­niej prze­niósł popar­cie na cesar­stwo, skoro przy­dzie­lił mu taką pozy­cję w świe­cie. Kil­ku­letni zryw powstań­czy zakoń­czył się w 70 r. zdo­by­ciem przez syna cesar­skiego, Tytusa, Jero­zo­limy, jej tyle­kroć zapo­wia­da­nym przez pro­ro­ków zbu­rze­niem i wygna­niem Żydów46. Nie­mniej cesarz przed­wcze­śnie pochwa­lił się na Rynku Rzym­skim (Forum Roma­num) innego Wiecz­nego Mia­sta zwy­cię­stwem, które uświet­nił sto­ją­cym do dziś łukiem trium­fal­nym. Po ogrom­nym Impe­rium Roma­num nie ma śladu w poli­tycz­nym sen­sie, maleńki Izrael jest tam, gdzie był, a Żydzi, na­dal mocno podzie­leni, modlą się nie­prze­rwa­nie pod jedyną zacho­waną ścianą świą­tyni, przy­pi­sy­waną naj­mą­drzej­szemu z kró­lów - Salo­mo­nowi47.

Ewan­ge­lie nie pozo­sta­wiają na fary­ze­uszach suchej nitki, a uwa­żana przy­naj­mniej do nie­dawna za jedną ze star­szych Ewan­ge­lia Mate­uszowa wręcz bul­goce nie­chę­cią do "oddzie­lo­nych"48. Dla chrze­ści­jan stali się oni syno­ni­mem obłud­ni­ków. Nie przy­pad­kiem, mimo bowiem że nie­któ­rzy z nich zwra­cają się do Jezusa z sza­cun­kiem per Rabbi - Nauczy­cielu, szu­ka­jąc może cza­sami jakiejś formy dia­logu, a przy­naj­mniej sta­ra­jąc się Go wyba­dać, On sam mówi o nich naj­czę­ściej źle, uży­wa­jąc epi­te­tów, które wejdą do arse­nału wszyst­kich zaj­mu­ją­cych się poga­nami śre­dnio­wiecz­nych kro­ni­ka­rzy. "Węży" i "żmi­jo­wego ple­mie­nia" mało który potra­fił sobie daro­wać. Dzi­wić się nie spo­sób, skoro nawet rene­san­sowy i kry­tyczny umysł Era­zma z Rot­ter­damu nie dostrzegł, jak się zdaje, że Jezus wywo­dzi się z tego samego stada, co fary­ze­usze. Zja­wi­sko anta­go­ni­zmu dzie­lą­cego postaci o wspól­nym pocho­dze­niu musi być histo­rycz­nie i spo­łecz­nie dość typowe, skoro prze­szło do mitów49. Zyg­munt Freud nazwał je nar­cy­zmem małych róż­nic - naj­trud­niej­sze do wyzna­cze­nia są gra­nice naj­bliż­sze50. Histo­ria reli­gii, co zro­zu­miałe, dostar­cza szcze­gól­nie licz­nych przy­kła­dów tego typu. Wszak Stwórca przy­go­to­wał naj­cięż­sze lochy dla upa­dłych anio­łów, któ­rzy zwie­dli Ewę i inne piękne córy ludz­kie, wcho­dząc z nimi w ziem­skie związki51. W kon­tek­ście Era­zma star­czy przy­po­mnieć nara­sta­jącą wzglę­dem niego wzgardę Mar­cina Lutra, odkąd "książę huma­ni­stów" zde­cy­do­wał się, wbrew wszyst­kiemu, co łączyło go z refor­ma­to­rami, na pozo­sta­nie w Kościele kato­lic­kim. Z kolei teo­log nie­miecki, po chłop­sku uparty i prze­ko­nany o dosłow­nej nie­omyl­no­ści Pisma nawet w spra­wach "nie do wiary", miał pro­blemy z licz­nymi adwer­sa­rzami. Z Era­zmem ściął się na tle "ducha" oraz w fun­da­men­tal­nej kwe­stii wol­nej woli, akcep­tu­jąc za sprawą pło­mien­nej wiary i bez­gra­nicz­nej ufno­ści do wro­giej rozu­mowi trans­cen­den­cji bez­względny deter­mi­nizm ludz­kiego życia, mimo że odbie­rał życiu sens. Rów­nież bli­skim zwin­glia­nom zarzu­cał "innego ducha". Kom­plet­nie poiry­to­wany Rot­ter­dam­czyk zano­to­wał pew­nego razu, że jest czło­wie­kiem i głosu ducha nie sły­szy52.

Jezus nie wyrzu­cał fary­ze­uszy ze świą­tyń, modlił się i nauczał w utrzy­my­wa­nych przez nich syna­go­gach, cza­sami z nimi dys­ku­to­wał, rza­dziej gwał­tow­nie wybu­chał, jak w słyn­nej mowie prze­ciw uczo­nym w Piśmie i fary­ze­uszom, któ­rzy gro­dzą drogę do kró­le­stwa nie­bie­skiego, zaj­mują pierw­sze miej­sca w syna­go­gach i na ucztach, obja­dają domy wdów pod pozo­rem dłu­gich modlitw i przy­po­mi­nają pobie­lone groby, "które z zewnątrz wyglą­dają pięk­nie, lecz wewnątrz pełne są kości tru­pich i wszel­kiego plu­ga­stwa" (Mt 23, 27). Syn Czło­wie­czy gar­dzi fary­zej­ską hipo­kry­zją, także jako spo­so­bem debaty, ale gdy trzeba, umie po mistrzow­sku odpo­wie­dzieć tą samą bro­nią. Zacho­wuje przy tym rezo­lut­ność i rodzaj ludo­wej prze­bie­gło­ści53, pra­wie nie­spo­ty­ka­nej u inte­lek­tu­ali­stów, a już zwłasz­cza u uczo­nych wycho­wa­nych w naszej rabi­nicz­nej tra­dy­cji stu­dio­wa­nia, w któ­rej księga zastę­puje nie­kiedy życie54. Był głę­boko prze­ko­nany, że wiara oparta wyłącz­nie na prze­pi­sach praw­nych i kul­cie pro­wa­dzi doni­kąd i że trzeba podejść do niej w spo­sób mniej for­malny - otwo­rzyć serca. Nie dostrzegł albo Go to nie inte­re­so­wało, że spraw­dzone przez stu­le­cia tra­dy­cje Prawa sta­no­wiły o toż­sa­mo­ści żydow­skiej i pomo­gły Żydom zacho­wać odręb­ność. Trudno byłoby więc tak po pro­stu odmó­wić fary­ze­uszom mądro­ści, a tym bar­dziej zapo­bie­gli­wo­ści. Jak wia­domo, mecha­ni­zmów dobrze dzia­ła­ją­cych i utrwa­lo­nych tra­dy­cją nie zmie­nia się, póki naprawdę nie zaj­dzie koniecz­ność, a i w takiej sytu­acji robi się to nie­zmier­nie ostroż­nie. Nawet naj­szczyt­niej­sze zamiary ni­gdy nie dają pew­no­ści, co z reform moder­ni­za­cyj­nych wynik­nie.

W spra­wach kultu Jezus wcho­dził na jesz­cze bar­dziej grzą­ski grunt. Pra­gnął prze­kro­czyć nie­prze­kra­czalne - gra­nice poj­mo­wa­nia ówcze­snych ludzi. Wybie­gał w daleką przy­szłość, albo­wiem ujaw­nia­nie emo­cji, szcze­gól­nie przez męż­czyzn, budziło u sta­ro­żyt­nych raczej nie­chęć, by nie powie­dzieć strach, koja­rząc im się z obłę­dem. Przy całym opo­rze wobec emo­cji trudno zara­zem spo­tkać Greka, zauwa­żył Aubrey de Sélincourt, który nie popa­dałby w stany wysoce emo­cjo­nalne. Jedno dru­giemu w żad­nym wypadku nie prze­czy, emo­cje zwal­czano wła­śnie dla­tego, że sta­no­wiły prze­szkodę w sta­bil­nym życiu jed­nostki i wspól­noty. Kul­turę stwo­rzy­li­śmy po to, by móc w ogóle żyć, w naszych duszach bowiem - stwier­dzał jeden z pierw­szych ich nauko­wych odkryw­ców Zyg­munt Freud - sza­leją żywioły55. Mylił się nato­miast, twier­dząc, że czło­wiek "pier­wotny" czuł się lepiej bez ogra­ni­czeń popę­dów, którą to myśl prze­jął od niego Carl Gustav Jung, przy­pi­su­jąc czło­wiekowi "pier­wot­nemu" dodat­kowo brak zdol­no­ści do wyda­wa­nia sądów moral­nych56. Jest oczy­wi­ste, że etyka to sprawa trwa­ją­cego przez tysiąc­le­cia roz­woju, ale gdyby w isto­cie było tak, że czło­wie­kowi jest lepiej bez niej, nie ucie­kałby z tam­tego bru­tal­nego świata, ile sił w nogach. Wiemy wpraw­dzie tym­cza­sem, że nawet dzi­kie zwie­rzęta znają uczu­cie przy­jaźni i dość rzadko ska­czą sobie do gar­deł, a już pra­wie ni­gdy nie krzyw­dzą osob­ni­ków mło­dych i słab­szych tego samego gatunku (co cie­kawe, naj­bar­dziej roz­wi­nięte zacho­wa­nia "zbieżne z moral­no­ścią" mają wilki oraz żyjące w wiel­kich sta­dach kawki, które bez "kodek­sów rycer­skich" i "walk tur­nie­jo­wych", w znacz­nej mie­rze pozo­ro­wa­nych, nie mia­łyby nie­omal szans prze­trwać)57. Nie­mniej wyry­wa­niu się czło­wieka ze świata bez reguł poświę­cone jest, na pewno nie przy­pad­kiem, już naj­star­sze dzieło lite­rac­kie, jakie znamy - Gil­ga­mesz, utwór o trud­no­ści pogo­dze­nia się czło­wieka z nie­unik­nioną śmier­cią, ale też o naro­dzi­nach moral­no­ści poprzez przy­jaźń i miłość. Nad Gil­ga­me­szem, pisał Robert Stil­ler we wstę­pie do pol­skiego tłu­ma­cze­nia naj­star­szego eposu, góru­jemy wie­dzą i tysiąc­le­ciami doświad­czeń, "ale mało mogli­by­śmy mu prze­ciw­sta­wić, jeśli cho­dzi o śmia­łość myśli i poczy­nań, docie­kli­wość poznaw­czą i etyczną, głę­bię i powagę w podej­ściu do spraw życia i śmierci oraz wraż­li­wość este­tyczną"58.

Cena ujaw­nie­nia emo­cji była naj­czę­ściej bar­dzo wysoka. Dziel­nemu Aja­sowi pod Troją, gdy ze zło­ści na decy­zję wodzów wyprawy wybił w zapa­mię­ta­niu stado bydła, pozo­stało tylko samo­bój­stwo bądź hańba. Hades lep­szy niż sza­leń­stwo - śpiewa chór u Sofo­klesa, gdy wojow­nik rzuca się na miecz59. Ludzi i bogów nie inte­re­so­wało jesz­cze, co kto nosi w sercu, trak­to­wa­nym - wobec nie­zna­jo­mo­ści sys­temu ner­wo­wego - jako cen­trum zarzą­dza­nia naszego orga­ni­zmu60, lecz jak się zacho­wuje. Jed­nostki nazbyt emo­cjo­nalne - skłonne do roz­czu­la­nia się, draż­liwe i melan­cho­lijne - Tal­mud trak­to­wał jako nie­zdolne do wła­ści­wego życia61. W sta­ro­żyt­nym bud­dy­zmie opa­no­wa­nie emo­cji, zapewne znów nie przy­pad­kiem szcze­gól­nie przez war­stwę wojow­ni­ków, sta­no­wiło wstęp do przej­ścia ze świata sam­sary, zdo­mi­no­wa­nego przez cier­pie­nie, do świata nir­wany, eli­tar­nej ponie­kąd sfery istot wyzwo­lo­nych, nie­do­stęp­nej ludziom owład­nię­tym przez silne nega­tywne emo­cje. Słowo "nir­wana" ozna­cza "zdmuch­nię­cie" szko­dli­wych emo­cji i wyna­tu­rzo­nych pra­gnień, zwłasz­cza żądzy oraz chci­wo­ści, a naj­le­piej ich rów­no­le­głe zastą­pie­nie miłu­jącą dobro­cią i współ­czu­ciem, co kapi­tal­nie obra­zuje nasze kul­tu­ralne doj­rze­wa­nie62. We współ­cze­snym hin­du­izmie, pod­su­mo­wuje repor­ta­żystka Pau­lina Wilk, liczy się bar­dziej to, jak żyjesz, a nie to, w co i jak wie­rzysz. Naj­waż­niej­sze jest spro­sta­nie prak­tyce życia, wyma­ga­niom moral­nym i praw­nym, okre­śla­nym jako dharma, czyli naukom Buddy63. Sid­dharta dopiął celu w wieku 35 lat i stał się Buddą, czyli prze­bu­dzo­nym. Kilka stu­leci póź­niej w podob­nym kie­runku pój­dzie nie­wiele odeń młod­szy Jezus. Trudno powie­dzieć, na ile nie­za­leż­nie, gdyż brak szcze­gó­ło­wych badań - Indie są wła­ści­wie nie­obecne w teo­lo­gii chrze­ści­jań­skiej, mimo że zbież­no­ści mię­dzy bud­dy­zmem a chrze­ści­jań­stwem, szcze­gól­nie mię­dzy ukształ­to­waną w ostat­nim wieku przed Chry­stu­sem maha­janą a wcze­sno­chrze­ści­jań­ską gnozą, są czy­telne nawet dla laika. Wia­domo o kon­tak­tach bud­dyj­sko-hel­leń­skich i wza­jem­nych zapo­ży­cze­niach, lecz nic nie potra­fimy powie­dzieć - albo nie­wiele - na temat ich chro­no­lo­gii i dróg prze­ni­ka­nia. Star­szeń­stwo wpły­wów bud­dyj­skich mogłyby potwier­dzać w pew­nym stop­niu szlaki, na któ­rych spo­ty­kamy gnozę: poprzez irań­ski Środ­kowy Wschód do Syrii i Pale­styny, czyli na Bli­ski Wschód, gdzie dostała się ona mniej wię­cej w cza­sach chry­stu­so­wych. Pro­blem w tym, że tek­sty gno­styc­kie przy­wo­łują róż­no­rodne auto­ry­tety, lecz nie­zmier­nie rzadko bud­dyj­skie64. Jeśli wie­rzyć jed­nej ze star­szych Ewan­ge­lii, nie­ob­ję­tej kano­nem Ewan­ge­lii Toma­sza, nie­stety zacho­wa­nej w dość póź­nym (IV w.) tłu­ma­cze­niu kop­tyj­skim (i w nie­wiel­kich frag­men­tach grec­kich), Jezus i jego ucznio­wie ostroż­nie korzy­stali z ele­men­tów gno­stycz­nych, które wyparł potem św. Paweł, pozo­sta­jący w ostrym kon­flik­cie z Pio­trem, jero­zo­lim­skim Jaku­bem i gene­ral­nie z bez­po­śred­nimi uczniami Jezusa. Johan­nes Fried podej­rzewa nawet, jeśli dobrze rozu­miem nie­miec­kiego medie­wi­stę, iż nie obja­wie­nie, lecz wła­śnie gnoza - samo­po­zna­nie na dro­dze do roz­po­zna­nia syna Bożego w samym sobie - przy­cią­gała do Jezusa nie­któ­rych uczo­nych fary­ze­uszy. Nocną tajną lek­cję udzie­loną jed­nemu z nich, wier­nemu do końca Niko­de­mowi, opi­suje dość szcze­gó­łowo Ewan­ge­lia Jana (J 3, 1 nn.)65. Fale prze­pły­wów cywi­li­za­cyj­nych prze­su­wały się wtedy wol­niej, ale, jak się zdaje, nie mniej sku­tecz­nie. Może wręcz się­gały głę­biej, do samego sedna, gdyż długi okres pozwa­lał na ich stop­niową syn­tezę, u któ­rej końca nikt już tak naprawdę nie wie­dział, co i skąd wzięło począ­tek. Ważne, że było poży­teczne dla naszego indy­wi­du­al­nego, a tym bar­dziej wspól­no­to­wego życia. Powoli zrzu­ca­li­śmy z sie­bie "sierść kudłatą" i oduczali ska­kać sobie do gar­deł jak "dzi­kie zwie­rzęta". Gwałt prze­sta­wał być akcep­to­wany, poja­wiła się przy­jaźń, a władcy zostali pouczeni, że są zobo­wią­zani chro­nić lud­ność i sze­rzyć spra­wie­dli­wość66. Naj­czę­ściej nie doty­czyło to jed­na­ko­woż wro­gów i pod tym wzglę­dem nie­wiele zmie­ni­li­śmy się po dziś dzień, przy czym cho­dzi nie tylko o sto­su­nek do wro­gich naro­dów, lecz rów­nież do wro­gów wewnętrz­nych67. Pół­nocne Indie, które prze­mie­rzał Budda, wygła­sza­jąc kaza­nia, nie są dale­kie od hel­le­ni­stycz­nego Bli­skiego i Środ­ko­wego Wschodu. Ści­słe kon­takty z Ira­nem i pokrew­nym mu Afga­ni­sta­nem utrzy­my­wały już w sta­ro­żyt­no­ści68. Świat hin­du­istyczno-bud­dy­styczny jest o tyle cie­kaw­szy od naszego (współ­cze­snego!), że zamiesz­kują go nie tylko ludzie, lecz rów­nież inne orga­ni­zmy czu­jące - zwie­rzęta, istoty prze­by­wa­jące w pie­kłach, głodne duchy, pół­bo­go­wie i bogo­wie. Nie wszyst­kie mają ciało, ono dla miesz­kań­ców Czar­nej Afryki69 i połu­dnio­wej Azji, także muzuł­mań­skiej70, nie jest by­naj­mniej naj­waż­niej­sze, acz­kol­wiek zawsze jest cenne: w bud­dy­zmie w zasa­dzie tylko ono pozwala gro­ma­dzić dobrą karmę na poczet przy­szłych rein­kar­na­cji (zauważmy gwoli porządku, że i Pań­stwo Boże św. Augu­styna już na ziem­skim eta­pie zamiesz­kują - obok róż­nych ludzi, oby­wa­teli dwóch państw: ziem­skiego i Bożego - bar­dzo liczne duchy, święte anioły71). Łączy te orga­ni­zmy posia­da­nie psy­chiki i świa­do­mo­ści, które pozwa­lają im cie­szyć się i cier­pieć. Prze­zwy­cię­żyć zmory i udręki codzien­nego życia można wyłącz­nie drogą mozol­nej i trwa­ją­cej wiele wcie­leń samo­na­prawy, odwo­ła­niem się do wła­snego wnę­trza i tkwią­cych w nim sił, a nie do bogów, któ­rzy są wpraw­dzie potęż­niejsi od ludzi, ale nie wszech­mocni, nie mogą zmie­nić ani świata, ani jed­no­stek72. Bywa jed­nak, że się prze­ma­gają w opo­rze wobec grze­chu wojny i zabi­ja­nia, aby pomóc nam w spra­wie­dli­wej i koniecz­nej walce prze­ciw mon­stru­al­nemu złu, które nisz­czy cały znany porzą­dek etyczny, by przy­po­mnieć dyle­maty naj­lep­szego łucz­nika indyj­skiego Ardżuny z Maha­bha­raty u progu bitwy pod Kuruk­sze­trą73.

Jak emo­cje u sta­ro­żyt­nych nie były w cenie, tak tym bar­dziej wiara sta­ro­żyt­nych nie opie­rała się na uczu­ciach, a już w żad­nym razie na miło­ści i prze­ba­cze­niu. Pierw­sze kroki w tym kie­runku zro­bił Budda około pię­ciu­set lat przed Chry­stu­sem. Dzi­siaj, co wywo­dzi się przede wszyst­kim ze śre­dnio­wie­cza, każdy może modlić się jak chce. Ważne, pisał w XII w. Ber­nard z Cla­irvaux, by wypeł­niała nas miłość, gdyż z zim­nym ser­cem nic nie zro­zu­miemy z Biblii. Sto lat póź­niej poeta, teo­log i mistyk islam­ski Dża­la­lud­din Rumi poszedł dalej. Twier­dził, że hin­dus może się modlić na swój spo­sób, a muzuł­ma­nin na swój, byle Bóg czuł żar serca74. W sta­ro­żyt­no­ści wiara sta­no­wiła z zasady sprawę spo­łeczną i w imię dobra publicz­nego żądano prze­strze­ga­nia ogól­nie przy­ję­tych reguł, by roz­gnie­wani żar­tem czy odstęp­stwem bogo­wie nie zesłali klę­ski na wspól­notę, którą obo­wią­zy­wała w kwe­stii kultu odpo­wie­dzial­ność zbio­rowa. Stąd pro­cesy o bluź­nier­stwo czy bez­boż­ność, wśród nich prze­ciw Sokra­te­sowi, który tłu­ma­czył, że wypeł­nia powin­no­ści wobec bogów. Musiał wie­dzieć, że dla współ­cze­snych posłać na śmierć za odmienny sto­su­nek do bogów było czymś w zasa­dzie natu­ral­nym. Mógł unik­nąć naj­wyż­szego wyroku, gdyby zgo­dził się na karę pie­niężną. Odrzu­cił tę alter­na­tywę, ponie­waż jej akcep­ta­cja zaprze­czy­łaby całemu jego dotych­cza­so­wemu życiu, a wielcy Grecy sta­ro­żyt­no­ści wycho­wy­wali się w kul­tu­rze nie­złom­no­ści. Przy­ję­cie kary ozna­cza­łoby fak­tyczne przy­zna­nie się do winy, podob­nie jak pro­po­no­wana mu ucieczka z wię­zie­nia. Dopiero co przy­po­mniał sędziom w mowie obroń­czej, kogo wyrocz­nia del­ficka uznała za naj­mą­drzej­szego czło­wieka w całej Gre­cji i jakim jest on darem dla Aten. I nawet jeśli sta­ro­żytni byli gor­liwsi w samo­chwal­stwie, próż­ność sędziów została nie­bez­piecz­nie wysta­wiona na próbę. Egza­minu nie zdali, postą­pili nik­czem­nie, wszak wie­dzieli, z kim mają do czy­nie­nia, bo filo­zof obra­cał się wśród nich sie­dem­dzie­siąt lat i nie­je­den miał oka­zję poczuć jego dotkliwe nadep­nię­cia na odcisk. Dal­sze wyja­śnie­nie tkwi może w poli­tycz­nym pod­tek­ście pro­cesu. Zarzu­cono Sokra­te­sowi, że psuje mło­dzież, kształ­cił bowiem ary­sto­kra­tycz­nych synów, któ­rzy docho­dząc do wła­dzy, mieli się nie­rzadko zacho­wy­wać dość podle. Prawda, że filo­zof był z gruntu kon­ser­wa­tywny i nie zno­sił ludu. Nie­wy­klu­czone, że tę nie­chęć prze­le­wał na wycho­wan­ków, lecz pew­no­ści co do tego brak. Mło­dzież wiel­ko­pań­ska piła pogardę dla ludu nie­jako z mle­kiem matki, a jej prze­waga wśród uczniów Sokra­tesa mogła wyni­kać z pro­stego faktu, że bogaci rodzice lepiej pła­cili za lek­cje, a w nie­za­moż­nym domu Sokra­tesa cze­kała Ksan­typa z gro­madką dzieci. W sta­ro­żyt­nej Gre­cji pro­ce­sów o bez­boż­ność uda­wało się unik­nąć jedy­nie poetom, jak choćby Eury­pi­de­sowi, który w sen­sie for­mal­nym na oskar­że­nie zasłu­żył. Poezja, czy sze­rzej lite­ra­tura, rzą­dziła się w Hel­la­dzie wła­snymi pra­wami. Trudno byłoby sędziom wydać wyrok na wiesz­cza, za któ­rego strofy jeńcy ateń­scy odzy­ski­wali w świe­cie wol­ność75. Potęgę opi­nii publicz­nej zawsze brano pod uwagę, a prze­ko­na­nie, że sądy powinny bro­nić pisa­rzy zako­rze­niło się głę­boko w sta­ro­żyt­no­ści grecko-rzym­skiej, acz­kol­wiek z nasta­niem cesar­stwa coraz czę­ściej opie­ko­wano się jedy­nie pane­gi­ry­stami, a nie obroń­cami repu­bliki czy w ogóle kry­ty­kami. Naj­pierw zgła­dzono Cyce­rona - jesz­cze w roli poli­tyka, potem wypę­dzono z Rzymu inte­lek­tu­ali­stów, wresz­cie prze­stra­szony Tacyt pod­dał się auto­cen­zu­rze - jego Rocz­niki, naj­słyn­niej­szą histo­rię Rzymu, Arnaldo Momi­gliano, wło­ski histo­ryk sta­ro­żyt­no­ści, okre­ślił jako przy­kład kon­se­kwen­cji utraty swo­body myśli i wol­no­ści słowa76.

Jak dawny świat roz­pra­wiał się z ten­den­cją do róż­no­rod­no­ści w kwe­stiach zasad­ni­czych, una­ocz­nia dobit­nie i po wie­le­kroć Hero­dot, naj­le­piej na przy­kła­dach scy­tyj­skich. W Ate­nach, jak potem w Jero­zo­li­mie w wypadku Jezusa, doszło przy­naj­mniej do jakiejś formy roz­prawy sądo­wej. Gdzie indziej zała­twiano sprawy odstęp­ców od ręki. Zamiesz­ku­jący pół­nocne wybrzeża Morza Czar­nego Scy­to­wie mieli szcze­gól­nie skru­pu­lat­nie uni­kać obcych zwy­cza­jów. Jeden ze Scy­tów, Ana­char­sis, z bęb­nem w ręku i obwie­szony świę­tymi obraz­kami, chciał wzo­rem Gre­ków znad Hel­le­spontu oddać cześć Matce bogów. Został zabity, a jego imię ska­zano - bez powo­dze­nia - na nie­pa­mięć. Podob­nie skoń­czył król Scy­tów, który uczest­ni­czył po kry­jomu w grec­kich dio­ni­zjach w Olbii. Jego ziom­ko­wie uwa­żali za rzecz nie­przy­stojną chwa­lić boga, który dopro­wa­dza ludzi do szału. Ucięli Sky­le­sowi głowę - pisze Hero­dot - w imię obrony wła­snych zwy­cza­jów, nie­ko­niecz­nie, jak suge­ruje Neal Ascher­son, za próbę życia w dwóch porząd­kach jed­no­cze­śnie77. Wyznawcy reli­gii poli­te­istycz­nych, nawet nie­chętni nowym bóstwom Grecy, na ogół sza­no­wali obcych bogów, ponie­waż trak­to­wali ich jako przy­na­leż­nych do danego tery­to­rium i ludu78. Pół­tora tysiąca lat póź­niej świeżo ochrzczeni władcy kró­lestw nad­bał­tyc­kich skła­dali dary Świę­to­wi­towi z Arkony, co nie musiało być jedy­nie posu­nię­ciem dyplo­ma­tycz­nym, jak suge­ruje bez­pod­staw­nie i bez zro­zu­mie­nia epoki Leszek Moszyń­ski, lecz śla­dem daw­nych zwy­cza­jów i bojaźni bożej wciąż wro­dzo­nej ówcze­snym. Tyle że teraz duń­ski kro­ni­karz Saxo Gra­ma­tyk jed­no­znacz­nie potę­pia te prak­tyki i z zado­wo­le­niem odno­to­wuje kary boskie za świę­to­kradz­two. W tym samym mniej wię­cej cza­sie w pogań­skim Woli­nie nie prze­szka­dzano zamiesz­ki­wać wyznaw­com innych kon­fe­sji, byle nie mani­fe­sto­wali - jak infor­muje Adam Bre­meń­ski - swo­ich prak­tyk reli­gij­nych79. Szwaj­car­ski zakaz budowy mina­re­tów, choć ma na celu "wyłącz­nie" - tylko pozor­nie, jeśli weź­miemy pod uwagę, kto zgło­sił tę ini­cja­tywę refe­ren­dalną - ochronę kra­jo­brazu archi­tek­to­nicz­nego, należy w zasa­dzie do podob­nych roz­po­rzą­dzeń. Muzuł­ma­nie mogą wyzna­wać swą reli­gię, gro­ma­dzić się w mecze­tach, byle nie zabu­rzali usta­lo­nego porządku kul­tu­ro­wego na zewnątrz. Ana­char­sis i Sky­les byli odstęp­cami. Prze­kro­czyli to, co dozwo­lone, naj­póź­niej w momen­cie, kiedy należny respekt dla obcych bogów zastą­pili aktyw­nym współ­uczest­nic­twem w obrzę­dach.

*

Gdy jed­ność się koń­czy, zie­mia prze­staje wyda­wać plony - mówi Tal­mud, prze­strze­ga­jąc przed podzia­łami: "nie dziel­cie się na kawałki, lecz twórz­cie jeden pęk". Aby sta­no­wili jedno - powta­rza Jan Ewan­ge­li­sta słowa modli­tew­nej prośby Jezusa, orę­du­ją­cego u Ojca za uczniami (J 17, 11). Powra­ca­jąca kłót­nia zruj­nuje każdy dom, bo osa­dza się coraz trwa­lej - napo­mina Tal­mud80. Dom skłó­cony wewnątrz nie może się ostać - przy­po­mina Jezus (Mk 3, 25), doda­jąc, że zjed­no­czeni będzie­cie mogli prze­su­wać góry (EvThom 106). Fary­ze­usze i uczeni w Piśmie bro­nili Prawa, mając na uwa­dze jed­ność, Jezus w imię jed­no­ści łamał jego bariery. Pogo­dzić się nie mogli, gdyż dia­me­tral­nie ina­czej rozu­mieli jed­ność, a przy­naj­mniej inny jej aspekt akcen­to­wali. Nie­za­leż­nie od tego, czy nar­ra­cje reli­gijne mia­łyby obra­zo­wać arche­ty­piczne i wspólne w zasa­dzie wszyst­kim ludziom kul­tu­ralne tęsk­noty, czy odpo­wia­dać, przy­naj­mniej u począt­ków, na realne pro­blemy współ­cze­sno­ści, doszło w tym wypadku do zde­rze­nia dwóch zapewne bar­dzo sta­rych marzeń, z któ­rych jedno pocią­gało glo­balną powszech­no­ścią, dru­gie lokal­nym bez­pie­czeń­stwem. W pew­nym sen­sie są te wyobra­że­nia kom­ple­men­tarne i wza­jem­nie zapę­tlone, obec­nie tak samo, jak daw­niej. Miłość bliź­niego w wymia­rze glo­bal­nym jest ide­ałem pięk­nym, lecz kłó­cą­cym się z naszym codzien­nym doświad­cze­niem, kiedy tylko naj­bliż­szych miłu­jemy jak sie­bie samego, a im dalej nasi bliźni się lokują, tym bar­dziej odle­głe stają się nam rów­nież ich pro­blemy81. Świat uni­wer­sa­li­styczny tkwił wpraw­dzie głę­boko w tra­dy­cji żydow­skiej, nie­mniej tylko jako idea sto­jąca u począt­ków ludz­ko­ści i zara­zem doce­lowa. Dla Moj­że­sza bliź­nim był wyłącz­nie współ­ple­mie­niec. Póź­niej ze względu na oko­licz­no­ści histo­ryczne oraz poli­tyczne skłon­no­ści uni­wer­sa­li­styczne juda­izmu sła­bły, co rzad­kie wśród reli­gii Księgi82, pono­sząc klę­skę w zde­rze­niu ze świa­tem bar­dziej prak­tycz­nym, wąsko poję­tym, w któ­rym juda­izm trak­to­wano jako eks­klu­zywną część toż­sa­mo­ści żydow­skiej. Miej­sce uni­wer­sa­li­zmu zajęły w nim uprze­dze­nia i nie­na­wiść wobec odstęp­ców we wła­snych sze­re­gach i wobec obcych, także nowych wyznaw­ców. "Pro­ze­lici są dla Izra­ela takim utra­pie­niem jak owrzo­dze­nie" - stwier­dzał Tal­mud. Albo moc­niej, z wyraź­nym poczu­ciem pod­skór­nego lęku: "Goj zaj­mu­jący się stu­dio­wa­niem Tory zasłu­guje na śmierć". Zde­rze­nie obu ide­ałów dało się odczuć szcze­gól­nie od momentu poja­wie­nia się chrze­ści­jan, któ­rzy wyszli z żydo­stwa, "skra­dli" Księgę i czuli się w obo­wiązku pouczać zwo­len­ni­ków tra­dy­cyj­nego juda­izmu, co jest wła­ściwe lub niewła­ściwe, a nawet - co myśli Bóg, z któ­rym prze­cież tylko Żydzi, i nikt wię­cej, mieli zaszczyt roz­ma­wiać83. Z dru­giej strony dla chrze­ści­jań­skich uni­wer­sa­li­stów sku­pio­nych wokół ukrzy­żo­wa­nego Syna Czło­wie­czego z narodu żydow­skiego trwa­nie juda­izmu stało się rodza­jem cier­nia. Chciano się go pozbyć, w osta­tecz­no­ści obcę­gami, także po to, aby... otwo­rzyć Żydom zamkniętą drogę do Boga. W rezul­ta­cie spa­dały na nich coraz wyż­sze i groź­niej­sze fale prze­śla­do­wań84.

"Duch jed­no­ści przy­cho­dzi do nas od Chry­stusa" - inter­pre­to­wał św. Tomasz z Akwinu za Janową Ewan­ge­lią słowa Jezusa, pró­bu­jąc zara­zem, w ślad za Ary­sto­te­le­sem, wyja­śnić sto­su­nek jed­no­ści do wie­lo­ści. Nie posu­nął sprawy ani tro­chę do przodu. To, że ciało ludz­kie składa się z wielu człon­ków, które bez sie­bie żyć nie mogą i sobie wza­jem­nie służą, mimo że speł­niają róż­no­rodne zada­nia, jest zbyt oczy­wi­ste85. Inny przy­kład podany przez ateń­skiego filo­zofa - o żegla­rzach wyko­nu­ją­cych różne prace, mają­cych jed­nak wspólny cel: bez­pieczne pro­wa­dze­nie okrętu - byłby tu na pewno traf­niej­szy. Obra­zo­wałby też lepiej nawią­zu­jące do Księgi Kohe­leta spo­strze­że­nie Toma­sza, że "czło­wiek potrafi się poro­zu­mieć z dru­gim bar­dziej niż jakie­kol­wiek zwie­rzę stadne, takie jak żuraw czy mrówka albo psz­czoła". Sam był tego naj­lep­szym przy­kładem - pogo­dził Ary­sto­te­lesa z chrze­ści­jań­stwem, a w zasa­dzie i z Bogiem, bo nie mniej­szy pro­blem mieli z ateń­skim filo­zo­fem maho­me­ta­nie. Wpraw­dzie prace Toma­sza wpi­sano naj­pierw na listę roz­praw zaka­za­nych, ale kto dzi­siaj o tym pamięta. Powszech­nie ucho­dzi za tego, który "dostar­czył Kościo­łowi metody godze­nia napięć i nie­kon­flik­to­wego wchła­nia­nia wszyst­kiego tego, czego nie da się unik­nąć"86. Pozo­staje pyta­nie, jak sprawę sto­sunku jed­no­ści i róż­no­rod­no­ści odnieść do kwe­stii ide­owych, poli­tycz­nych i spo­łecz­nych. Innymi słowy, ile potrzeba wspól­no­cie jed­no­ści, a ile wie­lo­ści, by nie popaść w chaos i zacho­wać pomyśl­ność. Zasta­na­wiał się nad tym już Hera­klit, docho­dząc do wnio­sku, że jed­ność w świe­cie zdo­mi­no­wa­nym przez walkę jest wyni­kiem róż­no­rod­no­ści, gdyż łączą się prze­ci­wień­stwa. W prak­tyce uwy­pu­klał chyba - chyba, bo posłu­gi­wał się sty­lem sybi­lij­skiej wyroczni, zauważa Leszek Koła­kow­ski - jed­ność kosz­tem nie­zbęd­nej wie­lo­ści. Empe­do­kles z Akra­gas poszedł nieco dalej, stwier­dza­jąc, że co nie­na­wiść roz­bija, miłość wiąże na nowo (jakże bli­skie to, zauważmy, Freu­dowi, gdyby tylko zastą­pić nie­na­wiść agre­sją, a miłość ero­sem). W ten spo­sób świat nie­prze­rwa­nie zacho­wuje ruch, roz­pada się i łączy87. Ary­sto­te­les wszedł w ten klu­czowy temat głę­boko, naj­głę­biej, jak wtedy było moż­liwe. Rozu­miał, że jed­no­ści stwo­rzyć się nie da, a wspól­nota, która by ją chciała urze­czy­wist­nić, nie­chyb­nie upad­nie. Zale­cał więc ponie­kąd jed­ność w wie­lo­ści, którą to myśl w roku 2000 wzięto za motto Unii Euro­pej­skiej w łaciń­skiej for­mie In varie­tate con­cor­dia, co prze­tłu­ma­czono na język pol­ski jako "Zjed­no­czona w róż­no­rod­no­ści". Motto miało pod­kre­ślać potrzebę jed­no­ści euro­pej­skiej, ale też jej odmien­ność w sto­sunku do ame­ry­kań­skiej idei tygla (mel­ting pot) naro­dów i kul­tur, na fun­da­men­cie któ­rej budo­wane są Stany Zjed­no­czone. Unia nie odwo­łuje się do tygla, w któ­rym sta­pia się różne metale, lecz pra­gnie trwale zacho­wać róż­no­rod­ność jako bazę zjed­no­cze­niową88. Usku­tecz­nić jed­ność w wie­lo­ści chciał Ary­sto­te­les przez rodzinne i pań­stwowe wycho­wa­nie do jed­no­ści przy zacho­wa­niu natu­ral­nej róż­no­rod­no­ści. Sym­fo­nia, czyli współ­brz­mie­nie, kon­klu­do­wał z jakimś może ukry­tym zawo­dem, zawsze ma prze­wagę nad mono­to­nią89.

Idea jed­no­ści w wie­lo­ści nie uchro­niła sta­ro­żyt­nej Gre­cji przed upad­kiem. Ary­sto­te­les rozu­miał ją zbyt wąsko w sen­sie tery­to­rialno-demo­gra­ficz­nym i spo­łecz­nym. Wie­lość miast-państw niczemu nie słu­żyła, co naj­wy­żej cią­głym woj­nom. Zabra­kło pomy­słu na jakąś formę zjed­no­cze­nia tych pań­ste­wek, a próba narzu­ce­nia jed­no­ści przez skraj­nie ego­istyczne Ateny oka­zała się na hel­leń­skie warunki zbyt bez­względna. Dodat­kowo grec­kie mia­sta-pań­stwa prze­ży­wały co rusz bez­par­do­nowe kon­flikty wewnętrzne mię­dzy bied­nymi a boga­tymi. Nor­mal­nie nie­zwy­kle trzeźwy Ary­sto­te­les wyka­zał się w odnie­sie­niu do wycho­wa­nia daleko posu­niętą naiw­no­ścią. Wyni­kała ona po czę­ści z braku odpo­wied­nich doświad­czeń, po czę­ści zaś z grec­kiej mło­dzień­czej wciąż wiary w moc peda­go­giki, która zdo­mi­no­wała choćby dzieła Pla­tona, nauczy­ciela Ary­sto­te­lesa. Wstrzą­śnięty wyro­kiem śmierci na Sokra­te­sie i oba­wami przed demo­kra­tyczną anar­chią, która mogła ozna­czać fak­tycz­nie powrót nie­woli, młody Pla­ton - "czło­wiek dobrego serca, tylko żar­to­wać lubił" - opra­co­wał wizję pań­stwa ide­al­nego. Rzą­dzili nim mędrcy, któ­rzy przy pomocy żoł­nie­rzy, poli­cjan­tów, nauczy­cieli, cen­zo­rów i innych urzęd­ni­ków kon­tro­lo­wali wszyst­kie dzie­dziny życia oby­wa­teli. Chciał leczyć grypę cho­lerą. Gdy­by­śmy tra­fili do upo­rząd­ko­wa­nego pań­stwa Pla­tona, poczu­li­by­śmy się wbrew jego dobrym zamia­rom niczym w obo­zie kon­cen­tra­cyj­nym90. Naj­trud­niej­szych zagad­nień życia indy­wi­du­al­nego, a tym bar­dziej zbio­ro­wego, nie da się roz­wią­zać samą edu­ka­cją. Prze­czą temu jed­no­znacz­nie wnio­ski pły­nące z obser­wa­cji dotych­cza­so­wego świata. Pew­nie to i dobrze, skoro zakła­dany przez Sokra­tesa i Pla­tona bli­ski zwią­zek mię­dzy wie­dzą a cnotą oraz niewie­dzą a grze­chem91oka­zał się, mówiąc naj­de­li­kat­niej, kom­plet­nie nie­tra­fiony. Naj­więk­sze środki inwe­stują w wycho­wa­nie dyk­ta­tury, szczę­śli­wie bez trwa­łych i powszech­nych efek­tów. Ani per­swa­zją, ani tym bar­dziej usta­wami nie zmie­nimy ludz­kiej men­tal­no­ści i nie roz­wi­kłamy pro­ble­mów zwy­czaj­nie nie­moż­li­wych do roz­wią­za­nia raz i na zawsze. Ary­sto­te­les nie zauwa­żył, że pomię­dzy mono­to­nią a sym­fo­nią jest jesz­cze kako­fo­nia, zwana potocz­nie kocią muzyką. Tomasz usi­ło­wał roz­su­płać ten dyle­mat przy pomocy króla. W jego uję­ciu przy­po­mi­nałby on dyry­genta, który musi mądrze zapa­no­wać nad wie­lo­ścią instru­men­tów. Sam jed­nak zauwa­żył, że czę­sto­kroć król prze­mie­nia się w tyrana, wobec czego dał spo­łe­czeń­stwu prawo do ogra­ni­cze­nia jego rzą­dów, a nawet jego oba­le­nia92.

Na ile wiemy, naj­wcze­śniej Per­so­wie, jeśli nie Indusi, zdali sobie sprawę, że świat cha­rak­te­ry­zuje pewien para­le­lizm, któ­rego idea prze­do­stała się z Iranu i Mezo­po­ta­mii do póź­no­ży­dow­skiej apo­ka­lip­tyki, Nowego Testa­mentu i Koranu. Świa­tłość zmaga się z ciem­no­ścią, bogo­wie z demo­nami, dobro ze złem, cie­pło z zim­nem93. Jed­ność i wie­lość należą do podob­nej kate­go­rii zja­wisk. Są dla sie­bie nawza­jem nie­odzowne i zara­zem trudno je od sie­bie oddzie­lić, wypre­pa­ro­wać w czy­stej postaci. Obser­wa­cje histo­ryczne z kilku tysięcy lat pod­po­wia­dają, że zawsze będziemy balan­so­wać pomię­dzy nimi, a o prze­wa­dze tej czy tam­tej strony decy­dują pro­por­cje mię­dzy nimi. Co wię­cej, na przy­kła­dzie tej pary widać jak na dłoni zależ­ność rezul­ta­tów od zmie­nia­ją­cych się oko­licz­no­ści wewnętrz­nych i zewnętrz­nych oraz ich wza­jem­nego splotu. Nie mają racji ci, któ­rzy boją się wie­lo­ści, wią­żąc ją wyłącz­nie ze wstrzą­sami, ani odwrot­nie ci, któ­rzy nawo­łują do róż­no­rod­no­ści za wszelką cenę i wbrew ewi­dent­nym prze­stro­gom. Jeśli nie będziemy przed­kła­dać poboż­nych życzeń nad rze­czy­wi­stość, nie pozo­sta­nie nam nic innego niż przy­zna­nie, że jed­ność i wie­lość pozo­sta­wione same sobie niosą roz­liczne zagro­że­nia. Jed­ność kusi poczu­ciem bez­pie­czeń­stwa, ale szczę­śli­wie pozo­staje poza naszym zasię­giem, gdyż uni­for­mi­za­cja ozna­cza­łaby koniec kul­tury. Sama akcep­ta­cja róż­no­rod­no­ści rów­nież nie wystar­czy, bo nad­mierna wie­lość pro­wa­dzi z kolei do cha­osu94. Nie przy­pad­kiem zróż­ni­co­wana etnicz­nie i reli­gij­nie Zie­mia Święta - Pale­styna czy sze­rzej Syria - nawie­dzana cią­głymi woj­nami, klę­skami i gło­dem szu­kała lekar­stwa w pacy­fi­stycz­nych opo­wie­ściach ewan­ge­licz­nych95.

Dla irań­skich zoro­astrian odpo­wie­dzią na trwałą obec­ność zła stał się Mitra. Bóg nie­prze­rwa­nie zma­gał się z nie­go­dzi­wo­ścią w świe­cie i sta­rał się zapro­wa­dzić w nim har­mo­nię. Rolę pro­por­cji dla ogól­nego ładu zro­zu­miał w XVII w. Hugo Gro­cjusz, nie przy­pad­kiem uznany za ojca prawa mię­dzy­na­ro­do­wego. Jak pamię­tamy, przy­glą­da­jąc się naro­dom nider­landzki uczony doszedł do wnio­sku, że są one niczym wiel­kie rzeki, które zacho­wują sta­łość w zmien­no­ści. Nie­prze­rwany dopływ nowych wód, nowych czą­ste­czek, nie jest nie­bez­pieczny dla wspól­noty, pod warun­kiem że zostaną zacho­wane jej cechy spa­ja­jące. Należy przez to zapewne rozu­mieć, że krą­że­nie czą­ste­czek, zasi­la­ją­cych i odda­wa­nych, nie może się odby­wać zbyt gwał­tow­nie96. Nie potra­fię powie­dzieć, czy Gro­cjusz zda­wał sobie sprawę z faktu, że sama toż­sa­mość rów­nież pod­lega zmia­nom zależ­nie od składu mie­sza­niny czą­ste­czek i tym samym pro­por­cji mię­dzy nimi. Nie ma to dla nas w tej chwili zna­cze­nia. Istotne jest, że wspól­no­cie nie służy ani nad­mierna jed­ność czy wie­lość, ani brak har­mo­nii. Przy­kła­dem są Indie. Ile­kroć histo­rycy, a ostat­nio też eko­no­mi­ści pró­bują zna­leźć odpo­wiedź na pyta­nie, dla­czego ten sta­ro­żytny kraj o nie­by­wa­łej kul­tu­rze i podob­nym do Europy poło­że­niu - oba sub­kon­ty­nenty są nie­jako "pod­wie­szone" pod Azję - roz­wi­nął się w zupeł­nie odmien­nym kie­runku, wymie­niają wśród przy­czyn nad­mierne roz­drob­nie­nie i nazbyt wielką prze­paść dzie­lącą boga­tych od bied­nych. Jesz­cze waż­niej­szy wydaje mi się spe­try­fi­ko­wany sys­tem kastowy, który zamy­kał drogi prze­ni­ka­nia mię­dzy kla­sami i war­stwami. W Euro­pie udało się je zacho­wać pra­wie zawsze, dzięki karie­rom kościel­nym nawet w śre­dnio­wie­czu (warto w tym kon­tek­ście pamię­tać także o zapo­mnia­nych pożyt­kach z celi­batu). Jeden z pierw­szych, jeśli nie pierw­szy tak silny i zara­zem trwały okres wzro­stu gospo­dar­czego i roz­kwitu spo­łeczno-kul­tu­ral­nego prze­żyła ona w szczy­to­wym okre­sie roz­bi­cia feu­dal­nego, w stu­le­ciach od XII po XV, kiedy i podziały sta­nowe euro­pej­skich spo­łe­czeństw się­gnęły zenitu. Wiele wska­zuje, że roz­drob­nie­nie ode­grało w tych pro­ce­sach pozy­tywną rolę, podob­nie jak silne i powszech­nie akcep­to­wane prawo azylu dla roz­ma­itego auto­ra­mentu dysy­den­tów, od poli­tycz­nych i nauko­wych aż po eko­no­micz­nych. Clau­dio Magris ma rację, że bez róż­no­rod­no­ści nie możemy żyć, lecz zbyt wiele róż­no­rod­no­ści powo­duje nasze zagu­bie­nie i przy­nosi czę­sto opła­kane rezul­taty - w obro­nie utra­co­nej spój­no­ści sta­jemy gwał­tow­nie prze­ciwko innym z wła­snych sze­re­gów i "obcym", nawet jeśli miesz­kają z nami czy obok nas od dzie­się­cio­leci lub wręcz stu­leci97. Nie mniej ważne zdają się jed­nak kory­ta­rze zapew­nia­jące prze­pływ krwi i idei pomię­dzy kra­jami, kla­sami i war­stwami.

*

Idź­cie na cały świat, aż po krańce Ziemi, i nauczaj­cie ogół ludzi ze wszyst­kich naro­dów - uni­wer­sa­li­stycz­nie i zara­zem mesja­ni­stycz­nie brzmiało ostat­nie zale­ce­nie Jezusa dla uczniów (Mt 28, 19; Mk 16, 15; Dz 1, 8), w któ­rym nawią­zał bez­po­śred­nio do Iza­ja­sza (Iz 49, 6). Zaraz potem okryty obło­kiem wzniósł się do nieba (Dz 1, 9). Na Sądzie Osta­tecz­nym, zapo­wie­dział im kilka dni wcze­śniej, zgro­ma­dzą się wszyst­kie ludy, a On oddzieli dobrych od złych według naj­prost­szego kry­te­rium - prak­tycz­nej miło­ści bliź­niego (Mt 25, 31-46). Ubo­dzy i słabsi będą mieli pierw­szeń­stwo przed moż­nymi i potęż­nymi, bogac­two raczej zaszko­dzi niż pomoże, podob­nie jak upodo­ba­nie do blich­tru, tak powszechne wśród kapła­nów i uczo­nych w Piśmie, któ­rzy "lubią pozdro­wie­nia na rynku, pierw­sze krze­sła w syna­go­gach i zaszczytne miej­sca na ucztach" (Mk 12, 38-39). Reli­gij­nym Żydom wśród apo­sto­łów ani jakim­kol­wiek innym takie sfor­mu­ło­wa­nia nie mogły być obce. Znali je już z pocho­dzą­cej sprzed ośmiu do sze­ściu wie­ków Księgi Iza­ja­sza, którą się zachwy­cali, z prze­ję­ciem stu­dio­wali i prze­pi­sy­wali. Jezus miał wszyst­kie trzy jej czę­ści w małym palcu, wydaje się wręcz, że nauczał i dzia­łał, bio­rąc je za punkt odnie­sie­nia. W klu­czo­wych momen­tach wska­zy­wały Mu drogę i dawały siłę, były ponie­kąd Jego obse­sją. Naj­star­szemu Iza­ja­szowi reli­gijna obłuda do tego stop­nia obrzy­dła, że wołał o wię­cej spra­wie­dli­wo­ści i dobra dla uci­śnio­nych, sie­rot i wdów, a mniej modłów, ofiar i świąt (Iz 1, 11-20). Zwra­cał się prze­ciw kapła­nom, któ­rzy nawet pod­czas sądów nie są trzeźwi (Iz 28, 7-15). I prze­ciw świę­tej Jero­zo­li­mie, która się stała niczym nie­rząd­nica w oto­cze­niu mor­der­ców, zło­dziei i sko­rum­po­wa­nych krwio­pij­ców oglą­da­ją­cych się tylko za podar­kami (Iz 1, 21-28). Iza­jasz środ­kowy (II) wspo­mi­nał o naro­dach przed sądem (Iz 41, 1-5) oraz nawró­ce­niu pogan z wszyst­kich ludów. Bóg jest bowiem jeden (Iz 45, 14-25) i On nadaje naro­dom Prawo (Iz 51, 4-5). Wresz­cie w ostat­niej czę­ści Iza­jasz (III) zapo­wiada przy­ję­cie pogan przez Pana, któ­rego miesz­ka­nie będzie nazy­wane "domem modli­twy dla wszyst­kich naro­dów" (Iz 56, 1-8), oraz grzmi na temat praw­dzi­wego postu. Nie uzna go tym, któ­rzy w dzień wolny uci­skają robot­ni­ków lub uży­wają pię­ści, bo nie cho­dzi o to, aby użyć "woru z popio­łem za posła­nie", lecz "roze­rwać kaj­dany zła, roz­wią­zać więzy nie­woli, wypu­ścić wolno uci­śnio­nych i wszel­kie jarzmo poła­mać; dzie­lić swój chleb z głod­nym, wpro­wa­dzić w dom bied­nych tuła­czy", nagiego przy­odziać, a nawet nakar­mić "duszę przy­gnę­bioną" (Iz 58, 1-12).

Nauki Jezusa, co oczy­wi­ste, znaj­dują umo­co­wa­nie także we współ­cze­snych Mu tren­dach juda­izmu. Naj­le­piej odzwier­cie­dlają to apo­kry­ficzne Księgi Heno­cha, powstałe w róż­nych frag­men­tach mię­dzy IV w. przed naszą erą a I stu­le­ciem ery Chry­stu­so­wej, oraz Testa­menty dwu­na­stu patriar­chów, napi­sane pod koniec II w. przed Chr. Jedne i dru­gie przy­pi­sy­wane nie­kiedy błęd­nie chrze­ści­ja­nom98. W Księ­dze Heno­cha, która zda­niem ks. Ryszarda Rubin­kie­wi­cza wywarła naj­więk­szy wpływ na tek­sty Nowego Testa­mentu, także pośred­nio, bo znali ją dosko­nale auto­rzy Testa­men­tów dwu­na­stu patriar­chów, znaj­du­jemy liczne i ostre wystą­pie­nia prze­ciw moc­nym, boga­tym, nie­spra­wie­dli­wym, oszu­stom i uci­ska­ją­cym ubo­gich. Niech nie myślą, że ujdą karze, bo na sądzie osta­tecz­nym Mesjasz poła­mie im zęby99. W kwe­stii jed­no­ści i wie­lo­ści Henoch znaj­duje wyj­ście dość Salo­mo­nowe: ludz­kość jest wpraw­dzie jedna, lecz naród izra­el­ski sta­nowi jej "naj­lep­szą cząstkę" i ma wspa­nia­łego opie­kuna -archa­nioła Michała100. Testa­menty Jezus musiał znać choćby pośred­nio i we frag­men­tach doty­czą­cych przyj­ścia mesja­sza, potę­pie­nia nie­na­wi­ści i gniewu, źró­deł zaśle­pie­nia i zła, wresz­cie miło­ści bliź­niego i miło­sier­dzia dla wszyst­kich: "Nie tylko dla ludzi, ale także dla zwie­rząt"101. W duchu Testa­men­tów wygła­szał Kaza­nie na Górze. Paweł miałby się posłu­gi­wać nimi wręcz jako vade­me­cum102. Słynne: "cesa­rzowi, co cesar­skie, a Bogu, co boskie", mające sta­no­wić rodzaj chy­trej zasadzki fary­ze­uszy czy hero­dian na Jezusa, by Mu wyto­czyć pro­ces poli­tyczny z oskar­że­nia o pod­bu­rza­nie prze­ciw wła­dzy, a może nawet o próbę jej prze­ję­cia, to kolejna myśl poka­zu­jąca, że Jezus nie wyra­sta z próżni. Moż­no­władcy "nie zbli­żają się do nikogo bez­in­te­re­sow­nie" - ostrze­gali sta­ro­żytni nauczy­ciele żydow­scy, zale­ca­jąc ota­czać panu­ją­cych należną czcią, zara­zem pod­kre­śla­jąc, że "wła­dza grze­bie tych, któ­rzy ją obej­mują"103. Już zresztą zdro­wo­roz­sąd­kowy Ary­sto­te­les spo­strzegł, że naj­gor­szym wro­giem sta­bi­li­za­cji w pań­stwie nie są ubo­dzy, lecz chci­wość rzą­dzą­cych i boga­tych. Nawet jeśli pomoc bied­nym ma być niczym dziu­rawa beczka i nad­wyżki skar­bowe winno się roz­da­wać ostroż­nie, poli­tyk z krwi i kości rozu­mie, że dobro­byt ludu jest korzystny co naj­mniej w tym samym stop­niu dla zamoż­nych i zapew­nia trwa­łość pań­stwa, a już zupeł­nie szcze­gól­nie demo­kra­cji. Nie zna­czy to bynaj­mniej, iż bied­niejsi są dobrzy z natury i mniej pazerni, po pro­stu ich moż­li­wo­ści oszu­ki­wa­nia i okra­da­nia są nie­po­rów­ny­wal­nie skrom­niej­sze. Wła­dza spraw­dza czło­wieka - pisał Ary­sto­te­les, przy­ta­cza­jąc jedno z powie­dzeń Biasa, które i Tomasz z Akwinu powta­rza z pełną apro­batą. Nie przy­pad­kiem w pra­wo­rząd­nym współ­cze­snym pań­stwie patrzy się na ręce w pierw­szym rzę­dzie tym, któ­rzy dzierżą wła­dzę jakie­go­kol­wiek typu, od nich też ocze­kuje się ogłady i służby. A ponie­waż rze­czy­wi­stość bywa czę­sto inna, pod­nosi się bunt104.

Pro­rocy, zauwa­żył Jung, są ludźmi nie­sym­pa­tycz­nymi, maniery mają w nosie, gło­szą, co myślą, i to pro­sto z mostu. Dla­tego udaje im się nie­kiedy tra­fić w samo sedno sprawy105. Jezus, może rów­nież z powodu mło­dego wieku, był raczej towa­rzy­ski106. Jak cały ten region po dziś dzień, lubił bie­sia­do­wać i roz­ma­wiać, nie gar­dził winem, a także - już w opo­zy­cji do oto­cze­nia - darzył szcze­gól­nym upodo­ba­niem kobiety, bio­rąc je wyraź­nie w obronę. W apo­kry­ficz­nej Ewan­ge­lii Toma­sza na kąśliwą uwagę Szy­mona Pio­tra, który domaga się odej­ścia Marii (Mari­ham) z grona uczniów, Jezus odpo­wiada jed­no­znacz­nie, że nie­wia­sty trzeba zrów­nać z męż­czy­znami: "Każda kobieta, która uczyni sie­bie męż­czy­zną, wej­dzie do kró­le­stwa nie­bie­skiego" (EvThom 114). W świe­tle wszyst­kiego, co wiemy o dzia­łal­no­ści Jezusa, na pewno nie można tej wypo­wie­dzi inter­pre­to­wać jako przy­kładu wro­go­ści wobec kobiet. Odwrot­nie, Jezus wzywa do znie­sie­nia zróż­ni­co­wa­nia, a trudno, aby w ówcze­snych warun­kach zapro­sił męż­czyzn do zrów­na­nia się z pozba­wio­nymi praw kobie­tami107. Podej­ście do nich róż­niło Go od pro­roka Iza­ja­sza (I), mają­cego je jesz­cze, jak czy­nił to cały ówcze­sny świat, za stwo­rze­nia w naj­lep­szym razie bez­myślne (Iz 31, 9-14), oraz auto­rów Księgi Heno­cha i Testa­men­tów dwu­na­stu patriar­chów. Jezus ni­gdy nie wyra­ziłby poglądu z Testa­mentu Rubena, który za młodu, w wieku lat trzy­dzie­stu, zwią­zał się z kon­ku­biną ojca, by potem na łożu śmierci, mając lat sto dwa­dzie­ścia pięć, ostrze­gać synów: "Złe są kobiety, moje dzieci! Ponie­waż nie mają żad­nej wła­dzy nad męż­czy­zną ani siły, korzy­stają z pod­stęp­nej pięk­no­ści, by go do sie­bie pocią­gnąć. Tego zaś, któ­rego nie potra­fią zwieść urodą, zdo­by­wają for­te­lem. [...] Naj­pierw ozdo­bami uwo­dzą [...] umysł, spoj­rze­niem wsą­czają tru­ci­znę, w końcu czy­nem biorą w nie­wolę"108. Współ­cze­snych mógł u Jezusa zdu­mie­wać rady­ka­lizm etyczny i spo­łeczny, bo od wie­ków nie zetknęli się z nim w podob­nej skali. Rów­nież nie­przy­wią­zy­wa­nie wagi do for­mal­nych prze­pi­sów rytu­al­nych budzić musiało u wielu współ­ziom­ków zgor­sze­nie. Jezus nie odrzu­cał tra­dy­cji jako takiej, uwa­żał jed­nak, że nie można być jej nie­wol­ni­kiem, by przy­po­mnieć kwe­stię stwo­rzo­nego dla czło­wieka (a nie odwrot­nie) sza­batu czy, tym bar­dziej, sprawę podej­ścia do rytu­al­nej czy­sto­ści: "nie to, co wcho­dzi do ust czło­wieka, czyni czło­wieka nie­czy­stym, ale co z ust wycho­dzi" (Mt 15, 11). Jesz­cze bar­dziej szo­ko­wała zapewne Jego bez­kom­pro­mi­so­wość w dzia­ła­niu, czego przy­kła­dem wypę­dze­nie kup­ców obec­nych zwy­cza­jowo na dzie­dzińcu jero­zo­lim­skiej syna­gogi, i suwe­ren­ność w naucza­niu. Szcze­gól­nie zdu­miała ona słu­cha­czy Kaza­nia na Górze, gdzie mówił "jak ten, który ma wła­dzę, a nie jak [...] uczeni w Piśmie" (Mt 7, 28-29).

Z punktu widze­nia wyznaw­ców tra­dy­cyj­nego juda­izmu sek­ciarz Jezus, mający zasta­na­wia­jącą moc uzdra­wia­nia i potra­fiący pocią­gnąć za sobą masy, sta­no­wił kon­kretne nie­bez­pie­czeń­stwo dla żydow­skiej wspól­noty. Raz ze względu na obawy przed rzym­ską retor­sją na wypa­dek jakiej­kol­wiek reli­gij­nej ruchawki, dwa z powodu sze­rzo­nych przez Niego poglą­dów spo­łecz­nych. Zwo­len­ni­ków uświę­co­nego w cza­sach poba­bi­loń­skich juda­izmu razić też musiała jego inter­na­cjo­na­li­za­cja. Nie dość, że gro­zić mogła roz­pły­nię­ciem się nie­licz­nych Żydów w morzu wyznaw­ców glo­bal­nej reli­gii, to na doda­tek pod­wa­żała w jakiś spo­sób żydow­ski mono­pol na sto­sunki z Bogiem, nawet mimo zacho­wa­nia sta­tusu narodu wybra­nego, z czym tak długo nie będzie się mogła pogo­dzić duma naro­dowa Gre­ków109. Izra­el­skie war­stwy przy­wód­cze - świec­kie i reli­gijne - czuły zapewne przede wszyst­kim lęk przed rady­ka­li­zmem Jezusa (Mt 21, 46; Mk 11, 18; Łk 20, 19). Tym więk­szy, im licz­niej­sze tłumy ścią­gały Jego kaza­nia; tym dotkliw­szy, im wię­cej reflek­sji budziło naucza­nie Jezusa w sze­re­gach fary­ze­uszow­skich dostoj­ni­ków, z czym spo­ra­dycz­nie rów­nież mie­li­śmy do czy­nie­nia (J 3, 1). Obec­ność miej­sco­wych Hel­le­nów na spo­tka­niach z Jezu­sem (J 12, 20) sta­no­wiła na pewno dodat­kowe źró­dło obaw; od nie­sna­sek pomię­dzy tymi gru­pami zacząć się miało kil­ka­dzie­siąt lat póź­niej żydow­skie powsta­nie. Już teraz nie bra­ko­wało takich, któ­rzy odbie­rali nauki i postę­po­wa­nie Jezusa jako sze­rze­nie zgor­sze­nia. Zwy­cza­jem regionu śród­ziem­no­mor­skiego się­gali po kamie­nie (J 10, 31), nie było bowiem w świe­cie sta­ro­żyt­nym zbrodni ponad bluź­nier­stwo.

Bądźmy szcze­rzy: ze swo­imi poglą­dami, nie­zwy­kłą umie­jęt­no­ścią ubie­ra­nia ich w pro­ste słowa i nie­chę­cią do wszel­kiego efek­ciar­stwa, bez któ­rego elity, zupeł­nie szcze­gól­nie kapłań­skie, rzadko potra­fią się obejść, Jezus miałby kło­pot z każdą hie­rar­chią i w każ­dym cza­sie. Gdyby zaś dodać do tego Jego arcypro­ste recepty na zała­twie­nie odwiecz­nych spraw, choćby doty­czące tych, któ­rzy sze­rzą zgor­sze­nie krzyw­dząc dzieci - "kamień młyń­ski zawie­sić u szyi i uto­pić [...] w głębi morza" (Mt 18, 6) - na zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wane Kościoły i wspie­ra­jące je orga­ni­za­cje, włącz­nie z pań­stwem, padłby blady strach. Wielki inkwi­zy­tor Fio­dora Dosto­jew­skiego miał wiele racji, mówiąc, że Jezus nie byłby mile witany przez war­stwy kie­row­ni­cze, a masy sta­nę­łyby za Nim może tylko na krótką chwilę, by się następ­nie odwró­cić. Praw­dziwa wol­ność i odpo­wie­dzialny wybór raczej nam ciążą, niż nas cie­szą. "Wyzwo­leni", ucie­kamy przed samym myśle­niem na ten temat. A jed­nak Alo­sza z Braci Kara­ma­zow, twier­dząc, że słaby i podły czło­wiek umie się bun­to­wać wyłącz­nie jak uczniak, patrzył na sprawę z per­spek­tywy skrzy­wio­nej rosyj­skim doświad­cze­niem histo­rycz­nym. Co z tego, że wielki inkwi­zy­tor prze­ga­nia Jezusa, bo wszy­scy mają rze­komo dość roz­sie­wa­nych przez Niego bun­tów prze­ciw auto­ry­te­towi. Co z tego, że mówi do Niego: "Idź i wię­cej nie przy­chodź... w ogóle nie przy­chodź... ni­gdy, ni­gdy!"110, skoro On się zja­wia i zja­wia. Wcho­dzi nie­py­tany i czę­sto­kroć nie­za­pra­szany. Cza­sami porywa krzyw­dzone ludy, innym razem pocie­sza cier­piącą nie­spra­wie­dli­wość jed­nostkę. Przy­po­mina, że "spi­sane będą czyny i roz­mowy", że "świa­tłość i ciem­ność, dzień i noc widzą wszyst­kie [...] grze­chy", więc kara nie­chyb­nie dosię­gnie prze­śla­dow­ców. Odga­niają Go, są wystar­cza­jąco silni, lecz nie na tyle, by zacho­wać spo­kój wewnętrzny, bo jed­nak nie są pewni, kim On jest - synem wszech­moc­nego Boga czy "tylko" dowo­dem na dobroć nie­któ­rych ludzi111. Na opre­sję odpo­wiada wymow­nym mil­cze­niem albo krótko i pro­sto. W kul­tu­rach piśmien­nych pamięć potrafi być groźną bro­nią, źró­dłem nadziei i dogłęb­nego stra­chu. Czy można poko­nać pamię­ta­ją­cego poetę - pytał Cze­sław Miłosz. I odpo­wiadał: "Możesz go zabić, naro­dzi się nowy"112.

Repre­sje jedy­nie przy­spie­szają prze­miany, kry­sta­li­zują poglądy i wzmac­niają wspól­notę113. Podob­nie było i tym razem, jak poka­zuje gwał­towny roz­kwit chrze­ści­jań­stwa. "Nie ma już Żyda ani poga­nina, nie ma już nie­wol­nika ani czło­wieka wol­nego, nie ma już męż­czy­zny ani kobiety" (Ga 3, 28), tłu­ma­czył Paweł w Liście do Gala­tów, dato­wa­nym na połowę I w. Gra­nicy nie wyzna­cza pocho­dze­nie, obrze­za­nie [(gdyby było ono potrzebne, tłu­ma­czył Jezus naj­bar­dziej już chyba zdro­wo­roz­sąd­kowo, dzieci rodzi­łyby się obrze­zane z łona matek (EvThom 53)] i prze­strze­ga­nie rytu­ału, lecz wiara i dobre uczynki. "Wszy­scy [...] jeste­ście synami Bożymi" (Ga 3, 26), wyja­śniał Paweł, zatem "nie pod­da­waj­cie się na nowo pod jarzmo nie­woli!" (Ga 5, 1), pamię­ta­jąc wszakże, iż wol­ność jest wzię­ciem na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści, także za wza­jemną pomoc, zgod­nie z przy­ka­za­niem miło­ści bliź­niego. "A jeśli u was jeden dru­giego kąsa i pożera, bacz­cie, byście się wza­jem­nie nie zje­dli" (Ga 5, 13-15).

List do Gala­tów ujaw­nia, jak żywe były pro­blemy pierw­szych gmin chrze­ści­jań­skich, po więk­szej czę­ści naj­pew­niej na­dal żydow­skiego pocho­dze­nia (w sen­sie etnicz­nym zło­żone też może ze zju­da­izo­wa­nych Feni­cjan114), z usta­le­niem, co mają kon­ty­nu­ować z tra­dy­cyj­nego juda­izmu, a co należy odrzu­cić. Zwo­len­nicy róż­nych opcji wyty­kali sobie już to fał­szo­wa­nie wła­ści­wej nauki Chry­stusa, już to nowin­kar­stwo115. Trzon Żydów pale­styń­skich pozo­stał przy tra­dy­cyj­nym juda­izmie, ale zwo­len­ni­ków zmian w duchu Jezusa z Naza­retu, szcze­gól­nie wśród warstw bied­niej­szych, ebio­ni­tów, musiało być wśród nich nie­mało116. Żydow­ska gleba, dzięki nie­zwy­kle wcze­snemu przy­ję­ciu Pisma, była wyjąt­kowo podatna na reli­gijną kon­te­sta­cję i spo­łeczny bunt. Księga ode­rwała się pod pew­nym wzglę­dem od docze­snej rze­czy­wi­sto­ści, sta­jąc się przede wszyst­kim dro­go­wska­zem etycz­nym117. Tyle że nie­usta­jąca inter­pre­ta­cja Słowa Bożego w zmie­nia­ją­cym się świe­cie mno­żyła pyta­nia i wąt­pli­wo­ści. Nie wia­domo, czy ów spe­cy­ficzny grunt nie wydałby wyż­szego - albo jakie­goś innego pod wzglę­dem jako­ścio­wym - plonu, gdyby nie dra­ma­tyczne dzieje popo­wsta­niowe żydo­stwa. W walce z Rzy­mia­nami, a potem chrze­ści­ja­nami, Bóg Izra­ela stał się dla Żydów opoką w zma­ga­niach z cie­mięż­cami. Pro­sili Go znów o to, aby spra­wił, że zoba­czą klę­skę swo­ich wro­gów (Ps 59, 11).

Żywe sys­temy reli­gijne, mimo że ich esen­cją są nie­ra­cjo­nalne mity w przy­ja­znej otu­li­nie zamknię­tej od wewnątrz skrzęt­nie wyzna­czo­nymi gra­ni­cami, umieją się kapi­tal­nie dosto­so­wać do real­nych potrzeb swo­ich wyznaw­ców. Są ela­stycz­niej­sze niż prze­wi­dują teo­rie i z nie­zwy­kłą łatwo­ścią przyj­mują formy schi­zma­tyc­kie, naj­czę­ściej wpro­wa­dzane do głów­nego nurtu w spo­sób świa­do­mie refor­mi­styczny118. Są pla­styczne, bo przy­naj­mniej do nie­dawna sta­no­wiły jeden z waż­niej­szych ele­men­tów porząd­ko­wa­nia zmie­nia­ją­cego się świata, uła­twia­jąc jed­nost­kom i wspól­no­tom odnaj­do­wa­nie się w cza­sie i prze­strzeni119. Pola­kom nie trzeba tłu­ma­czyć, jak zasad­ni­czy jest wpływ histo­rii na podej­ście do Boga. Ludzka men­tal­ność i logika myśle­nia nie zmie­niły się poważ­niej od cza­sów naj­star­szych po dziś dzień120. W zabo­rze pru­skim sta­nę­li­śmy głów­nie wobec pro­te­stan­tów, w rosyj­skim wobec orto­dok­sów, więc uzna­li­śmy się za wzo­rzec kato­lika. Maria Janion, jak zresztą wielu przed nią, miała może rację, że kon­so­li­da­cyjna rola reli­gii, w sen­sie naro­do­wym, zaprze­cza "praw­dzi­wej" wie­rze, tyle że badaczka powinna wyja­śnić zna­cze­nie słów "praw­dziwa" wiara121. Czy wiara może być nie­praw­dziwa? Dla Indian Hopi ich cha­rak­te­ry­styczna reli­gia speł­nia przede wszyst­kim rolę toż­sa­mo­ściową. Kaczyni, wie­lo­barwne święte duchy, cemen­tują grupę i pozwa­lają odróż­nić jej człon­ków od innych122. Im głę­biej pogrze­biemy w prze­szło­ści, tym wię­cej odnaj­dziemy podob­nych zależ­no­ści, ponie­waż ich zani­ka­nie jest wyra­zem rosną­cej homo­ge­ni­za­cji reli­gij­nej świata. W tej sytu­acji mity naro­dowe, nie­jako bliż­sze ciału, zaj­mują czę­sto miej­sce reli­gii lub koja­rzą się wza­jem­nie z reli­giami w poszu­ki­wa­niu "lokal­nych" ele­men­tów wyróż­nia­ją­cych. Dopóki nie sko­lo­ni­zu­jemy kosmosu, trudno nam będzie spoj­rzeć na sie­bie naprawdę glo­bal­nie, co świet­nie poka­zuje podej­ście do walki z koro­na­wi­ru­sem. Dzięki komu­ni­ka­cji nasza pla­neta rela­tyw­nie się zmniej­szyła, cho­roby zakaźne ude­rzają wszyst­kich pra­wie jed­no­cze­śnie i we wszyst­kich zakąt­kach Ziemi, ale ludziom wciąż się zdaje, że miesz­kamy w wydzie­lo­nych wio­skach i star­czy do nich zamknąć bramy, aby poczuć się bez­piecz­nie. Dopiero kon­fron­tu­jąc się z innymi cen­trami osad­ni­czymi w prze­strzeni kosmicz­nej, jeśli takie powstaną, mogli­by­śmy spoj­rzeć na sie­bie naprawdę jak na Zie­mian.

Jest oczy­wi­ste, że wol­ność w rozu­mie­niu św. Pawła nie jest tym samym, czym jest dla nas. Żadne klu­czowe poję­cie histo­ryczne nie jest nie­zmienne, mimo że nosi naj­czę­ściej tę samą nazwę (co cie­kawe, zja­wi­ska dość pro­ste i zara­zem naj­trwal­sze, w znacz­nej czę­ści powią­zane z codzien­nym postę­po­wa­niem, przy­bie­rają czę­sto­kroć nowe nazwy, nie zmie­nia­jąc tre­ści)123. Sta­ro­żytni Grecy trak­to­wali wol­ność jako prze­ci­wień­stwo nie­woli i zara­zem hasło bojowe "wol­nych" Hel­le­nów w woj­nach ze "znie­wo­lo­nymi" Per­sami. Czło­wiek wolny uczest­ni­czył w życiu poli­tycz­nym swego mia­sta-pań­stwa i brał udział w jego wal­kach. Dla tych, któ­rzy pró­bo­wali tego uni­kać, Grecy wyna­leźli okre­śle­nie "idiota"124. Dość podob­nie poj­mo­wali wol­ność Rzy­mia­nie, tyle że akcent kła­dli na stronę prawną zagad­nie­nia. Czło­wiek wolny roz­po­rzą­dzał sam sobą, a nie­wolny pozo­sta­wał tylko rze­czą w rękach wła­ści­ciela. Na wzor­cach grecko-rzym­skich ukształ­to­wało się chrze­ści­jań­skie rozu­mie­nie wol­no­ści jako pod­le­gło­ści prawu, teraz Chry­stu­so­wemu125, a zara­zem jako służby. Wol­ność urze­czy­wist­niała się bowiem poprzez miłość bliź­niego, trak­to­waną jako powin­ność: opieka nad cho­rymi, sie­ro­tami, wdo­wami, bie­dotą. W pismach Pawła wol­ność poja­wia się przede wszyst­kim jako wyzwo­le­nie od prze­strze­ga­nia for­ma­li­stycz­nego Prawa żydow­skiego. Ale prze­cież nie tylko. Chrze­ści­ja­nin, jak wynika z listów Pawła do File­mona (Flm 13-17) i do Efe­zjan (Ef 6, 5-9), mógł for­mal­nie pozo­sta­wać nie­wolny tu i teraz, lecz jako czło­nek bli­żej nie­okre­ślo­nego Pań­stwa Bożego był zawsze wolny, a jako czło­nek wspól­noty chrze­ści­jań­skiej mógł liczyć na bra­ter­stwo i opiekę ze strony chrze­ści­jań­skiego wła­ści­ciela. Naj­le­piej byłoby, gdyby pan zwró­cił nie­wol­nemu bratu wol­ność, lecz gdyby z jakichś powo­dów nie mógł, winien go w każ­dym razie dobrze trak­to­wać, ponie­waż koniec koń­ców obaj zostaną osą­dzeni bez względu na ziem­ską pozy­cję126.

Trudno nota bene uwie­rzyć, że w liście do Gala­tów Paweł pole­mi­zuje wyłącz­nie z żydow­ską tra­dy­cją Prawa. Dzięki wycho­wa­niu w hel­le­ni­stycz­nej dia­spo­rze żydow­skiej znał rów­nie dobrze tra­dy­cję grecką, a słynne zda­nie: "Nie ma już Żyda ani poga­nina, nie ma już nie­wol­nika ani czło­wieka wol­nego, nie ma już męż­czy­zny ani kobiety", zdaje się naj­zwy­czaj­niej kry­tyką Ary­sto­te­lesa, a już na pewno poglą­dów, które filo­zof ateń­ski upo­wszech­nił. Paweł nie godzi się ani z ary­sto­te­le­sow­ską ideą przy­ro­dzo­nej nie­woli, ani z nie­wolą jako wyni­kiem losu, jak u sto­ików, gdzie wszystko kręci się wokół prze­zna­cze­nia, na doda­tek cyklicz­nie i w nie­skoń­czo­ność. Dla Apo­stoła Naro­dów nie­wola jest bez­względ­nie sprzeczna z naturą, co istot­nie zbliża go do sto­ików, zwłasz­cza póź­niej­szych - Marka Aure­liu­sza i jesz­cze bar­dziej Epik­teta127, tyle że chrze­ści­jań­skie wezwa­nie do wol­no­ści ma cha­rak­ter aktywny i kon­struk­tywny. Wol­ność w powią­za­niu z przy­ka­za­niem miło­ści bliź­niego (bra­ter­stwa, więc także rów­nego trak­to­wa­nia i pomocy wza­jem­nej) oraz spra­wie­dli­wo­ści (soli­dar­no­ści) nabie­rała zupeł­nie nowego wydźwięku, nio­sła jakąś nie­by­wałą nadzieję, nie zaś, jak u sto­ików, tylko koniecz­ność pogo­dze­nia się z kry­zy­sem i roz­pa­dem świata128. Nawet jeśli wol­ność jesz­cze długo będzie cze­kała na fak­tyczną reali­za­cję, a rów­ność i spra­wie­dli­wość zdają się i dzi­siaj nie­zmier­nie trudne do prak­tycz­nego prze­pro­wa­dze­nia, nie­omal ze świata uto­pij­nego, na pewno idee te zabrzmiały w histo­rii po raz pierw­szy tak dobit­nie. I, co w sumie naj­waż­niej­sze, tak je odczy­tali współ­cze­śni, z któ­rych ocze­ki­wa­niami nie spo­sób byłoby dzi­siaj poważ­nie dys­ku­to­wać. W dobie krót­kiego wciąż, nawet na skalę jed­nego życia, kry­zysu epi­de­micz­nego widzimy lepiej niż kiedy indziej, że nadzieja nie jest by­naj­mniej matką głu­pich, lecz naj­głęb­szą, obok gniazda, poży­wie­nia i sze­roko poję­tej miło­ści, potrzebą ludzką: tak jed­no­stek, jak całych spo­łe­czeństw. Alain Beşancon w war­szaw­skim wykła­dzie o wol­no­ści zbyt lekko w każ­dym razie prze­szedł nad tym feno­me­nem do porządku. Ma wpraw­dzie rację, że prawo rzym­skie pod wpły­wem sto­ików, a jesz­cze bar­dziej w wyniku dzia­ła­nia prawa popytu i podaży (skoń­czył się bowiem czas zwy­cię­skich wojen), polep­szyło nieco sytu­ację nie­wol­ni­ków i kobiet, zapo­mniał jed­nak, że wła­śnie na czas roz­kwitu rzym­skiego sto­icy­zmu przy­padł szczyt cyr­ko­wych przed­sta­wień z udzia­łem tysięcy gla­dia­to­rów, zja­wi­ska pora­ża­ją­cego pogardą dla czło­wieka bar­dziej na pewno niż zatrud­nie­nie nie­wol­nika w domu, na plan­ta­cji, a nawet w kopalni129.

Wśród pierw­szego poko­le­nia chrze­ści­jan pale­styń­skich domi­no­wali raczej ludzie skromni, dziś powie­dzie­li­by­śmy dolne grupy war­stwy śred­niej - rze­mieśl­nicy, rybacy, rol­nicy, drobni han­dla­rze i urzęd­nicy naj­niż­szych szcze­bli. Więk­szość z nich, w tym apo­sto­ło­wie - może z wyjąt­kiem Jana, naj­młod­szego ucznia, "któ­rego Jezus miło­wał", jak on sam lubił o tym mówić - nie umiała czy­tać i pisać, podob­nie zresztą jak naj­pew­niej sam Jezus, choć na ten temat trwa spór. W każ­dym razie, jeśli by nabył któ­rąś z tych umie­jęt­no­ści, to raczej tylko sła­bego czy­ta­nia. W war­stwie spo­łecz­nej, w któ­rej przy­szedł na świat, anal­fa­be­tyzm był powszechny, a nic nie sły­chać o nauczy­cie­lach Jezusa130. Fak­tem jest, że cie­śla musiał umieć mie­rzyć i robić sobie jakieś pod­sta­wowe notatki, nie­mniej wiemy, że ludzie dzi­wili się, skąd zna On Pismo, "skoro się nie uczył" (J 7, 15). Po cesar­stwie rzym­skim roz­prze­strze­niło się chrze­ści­jań­stwo już przede wszyst­kim za sprawą lawi­no­wego napływu nie­wol­ni­ków, żoł­nie­rzy - czę­sto wyzwo­leń­ców - i zna­mie­ni­tych oraz wpły­wo­wych kobiet (Dz 16, 14 n.; 17, 4 i 12), czyli mówiąc ina­czej: kobiet z "dobrych domów", dość zamoż­nych i jak na swoje czasy wykształ­co­nych, tyle że pozba­wio­nych auto­no­mii - sło­wem akty­wi­stek swo­ich cza­sów131. W III w. Lak­tan­cjusz, pisarz chrze­ści­jań­ski pocho­dzący z pół­noc­nej Afryki, zwany przez rene­san­so­wych huma­ni­stów chrze­ści­jań­skim Cyce­ro­nem, zapi­sał, że "wśród nas nie ist­nieją ani nie­wol­nicy, ani pano­wie. Nie czy­nimy żad­nych róż­nic mię­dzy sobą i wszy­scy nazy­wamy się braćmi, ponie­waż wszy­scy uwa­żamy się za rów­nych"132. Jesz­cze moc­niej zabrzmiał sto lat póź­niej - też prze­cież nawią­zu­jący do sto­ików - głos św. Augu­styna, po czę­ści zapewne za sprawą jego wyjąt­ko­wej matki, chrze­ści­janki, i trud­nego ojca - bon vivanta i kobie­cia­rza, awan­tur­nika, może cza­sami o cięż­kiej ręce, na doda­tek długo opor­nego wobec nowej reli­gii. Dla biskupa afry­kań­skiej Hip­pony wol­ność jest sta­nem przy­ro­dzo­nym i ani naro­do­wość, ani płeć niczego pod tym wzglę­dem nie zmie­niają. Co wię­cej, racjo­nalna inte­li­gen­cja kobieca równa się męskiej. W wielu spra­wach, w tym podej­ścia do poży­cia sek­su­al­nego, Augu­styn zaleca kobie­tom cier­pli­wość, nie­rzadko jedyną drogę do zapa­no­wa­nia nad trud­nymi mężami. Zde­cy­do­wa­nie za to odrzuca gwałt jako powód do kobie­cej nie­sławy, z czym wszyst­kie spo­łe­czeń­stwa mają mniej­sze czy więk­sze pro­blemy po dziś dzień133.

*

W hel­le­ni­styczno-rzym­skim Izra­elu lęk przed rebe­lią wisiał w powie­trzu wła­ści­wie nie­prze­rwa­nie134. Sku­pieni w Wyso­kiej Radzie żydow­scy przy­wódcy musieli wie­dzieć, że w takiej sytu­acji star­cza iskra, by roz­nie­cić pożar. W skład San­he­drynu, naj­wyż­szego organu tra­cą­cej na zna­cze­niu samo­rzą­do­wej wła­dzy żydow­skiej, wcho­dziło sie­dem­dzie­się­ciu jeden człon­ków: star­szych rodów, kapła­nów i uczo­nych w Piśmie. Obra­do­wali pod prze­wod­nic­twem arcy­ka­płana i zaj­mo­wali się spra­wami cywil­nymi i reli­gij­nymi, w tym oskar­że­niami o bluź­nier­stwo i bał­wo­chwal­stwo, które były zagro­żone karą naj­wyż­szą -kamie­no­wa­niem, czemu towa­rzy­szyło nie­rzadko bez­czesz­cze­nie zwłok. San­he­dryci repre­zen­to­wali przede wszyst­kim inte­resy zamoż­nych sadu­ce­uszy i licz­nych kapła­nów fary­zej­skich, ale trudno sobie wyobra­zić, by - pomimo głę­bo­kiego reli­gij­nego skłó­ce­nia, które pro­wa­dziło, zwłasz­cza w obli­czu kry­zy­sów, do cięż­kich walk wewnętrz­nych - nie poczu­wali się do odpo­wie­dzial­no­ści za losy Żydów jako cało­ści135. Nie przy­pad­kiem sto­jący na czele rady arcy­ka­płan Kaj­fasz powo­łał się pod­czas obrad w spra­wie Jezusa na rację stanu. Prze­ko­ny­wał, że lepiej, "gdy jeden czło­wiek umrze za lud, niż miałby zgi­nąć cały naród" (J 11, 49 nn.; 18, 14). Wiele wska­zuje na to, że San­he­dryn zdjęty stra­chem z powodu wyda­rzeń zwią­za­nych z począt­kiem święta Pas­chy (Pesach), obcho­dzo­nego corocz­nie pod­czas pierw­szej wio­sen­nej pełni księ­życa na pamiątkę wyzwo­le­nia z nie­woli egip­skiej, szu­kał już tylko pre­tek­stu do pozby­cia się Jezusa. Jego uro­czy­sty wjazd do Jero­zo­limy w nie­dzielę poprze­dza­jącą święto i agi­ta­cja pod­jęta na dzie­dzińcu cen­tral­nej juda­istycz­nej świą­tyni nie dość, że urą­gały żydow­skiej wła­dzy w mie­ście, któ­rego szó­stą część miesz­kań­ców sta­no­wili kapłani, to na doda­tek budziły uza­sad­nione obawy co do zamia­rów nowego "króla" i jego przy­naj­mniej po czę­ści uzbro­jo­nych uczniów136. Piel­grzym­kowy tydzień, kiedy do Jero­zo­limy cią­gną zewsząd pąt­nicy, dawał zna­ko­mitą oka­zję do zaini­cjo­wa­nia zamie­szek. Do mia­sta zje­chał już Piłat z towa­rzy­szą­cymi mu zwy­cza­jowo woj­sko­wymi kohor­tami, zaj­mu­jąc miej­sce w zbu­do­wa­nej przez Heroda twier­dzy Anto­nia, którą od naj­więk­szej jero­zo­lim­skiej syna­gogi dzie­lił tylko krok.

Samo­zwań­czych kró­lów, pro­ro­ków i ludzi opę­ta­nych reli­gij­nie, wzy­wa­ją­cych do eks­pia­cji albo buntu, nie bra­ko­wało w Pale­sty­nie tam­tych cza­sów. W prze­ci­wień­stwie do wielu innych Jezus z Naza­retu miał pozy­tywny pro­gram zmian; pro­gram, jak się zdaje, nie­obli­czony wyłącz­nie na "tu i teraz", acz­kol­wiek rewo­lu­cyjny, jak byśmy dzi­siaj powie­dzieli, nawet pomimo rady­kal­nego odrzu­ce­nia w nim prze­mocy137. San­he­dryn nie mógł - i ani myślał - wziąć Go za sza­leńca. W spra­wach reli­gij­nych nie ma zresztą naj­czę­ściej miej­sca na wyro­zu­mia­łość, a już na pewno nie należy jej ocze­ki­wać ze strony zin­sty­tu­cjo­na­li­zo­wa­nych orga­nów kościel­nych czy quasi-kościel­nych wobec odstęp­ców z wła­snych sze­re­gów. Inte­re­sują się one głów­nie same sobą, czyli w prak­tyce zacho­wa­niem dotych­cza­so­wego stanu rze­czy, z któ­rego czer­pią korzy­ści mate­rialne i inne przy­wi­leje138. Star­czy przy­po­mnieć sprawę Jezusa syna Ana­nia­sza, pro­stego wie­śniaka, który przez ponad sie­dem lat prze­po­wia­dał znisz­cze­nie Jero­zo­limy, póki nie zgi­nął w oblę­żo­nym przez Rzy­mian mie­ście. Przed­niejsi oby­wa­tele mia­sta czuli się zgor­szeni jego mania­kal­nymi wieszcz­bami, mimo że przy­po­wie­ści doty­czące końca Świę­tego Mia­sta powta­rzały się w uzna­nych tek­stach sta­ro­te­sta­men­to­wych pro­ro­ków. Sank­cja wie­ków doty­czy w takich wypad­kach jedy­nie tra­dy­cji, lecz nie ludzi żyją­cych, a już ni­gdy ubo­gich czy też, sze­rzej, ludzi sze­roko poję­tego mar­gi­nesu. Hipo­kry­zja jest w zasa­dzie wpi­sana w codzienny kodeks postę­po­wa­nia orga­nów wła­dzy - każ­dej nie­kon­tro­lo­wa­nej wła­dzy - i zwią­za­nych z nią warstw przy­wód­czych. By wie­śniak zamilkł, przed­niejsi oby­wa­tele kazali go paro­krot­nie solid­nie wytłuc. Nic nie wskó­raw­szy, przy­pro­wa­dzili przed obli­cze namiest­nika rzym­skiego Albi­nusa, który ponow­nie wychło­stał go do kości i puścił wolno uznaw­szy za pomy­leńca. Pod­czas prze­słu­cha­nia bie­dak nie uro­nił łzy, nie bła­gał o litość, wołał tylko przej­mu­ją­cym gło­sem: "Biada Jero­zo­li­mie"139.

Czym grozi ewen­tu­alna rebe­lia, rozu­miał każdy. Rzy­mia­nie się nie patycz­ko­wali w takich przy­pad­kach. Co cie­kawe, nie tyle z chęci zemsty, ile z pra­gnie­nia udzie­le­nia trwa­łej nauczki. Nam, współ­cze­snym, wycho­wa­nym czy to w kul­tu­rze bud­dyj­skiej, czy jude­ochrze­ści­jań­skiej, gdzie za znisz­cze­nie jed­nego życia trzeba odpo­wia­dać jak za znisz­cze­nie całego świata i wyba­czać do skutku (Mt 18, 21-22)140, trudno zro­zu­mieć sto­icką kon­cep­cję słusz­nego odwetu czy też zemsty poży­tecz­nej, uwa­run­ko­wa­nej bra­kiem gniewu141. Tym­cza­sem Seneka, nauczy­ciel cesa­rzy, trak­to­wał odwet na zimno w kate­go­riach mniej­szego zła - nie­go­dzi­wo­ści, która zapo­biega więk­szym klę­skom142. Z miło­ścią bliź­niego w naszym rozu­mie­niu nie ma to doprawdy nic wspól­nego143, nawet jeśli chrze­ści­ja­nie odno­sili ją długo wyłącz­nie do współ­wy­znaw­ców i roz­no­sili po świe­cie mono­po­li­styczny duch zawzię­to­ści żydow­skich mono­te­istów wobec poli­te­istów, wcze­śniej chyba nie­znany144. Pod­czas oblę­że­nia Jero­zo­limy przez Tytusa roze­źleni zacię­tym opo­rem żoł­nie­rze rzym­scy chło­stali i na inne spo­soby tor­tu­ro­wali ucie­ki­nie­rów z gło­du­ją­cego mia­sta, po czym przy­bi­jali ich do krzyży. Dla zabawy w róż­nych pozy­cjach - odno­to­wał Józef Fla­wiusz, doda­jąc, że synowi cesar­skiemu było ich szkoda. Wkrótce naprze­ciw murów Świę­tego Mia­sta zabra­kło miej­sca "na krzyże, a krzy­żów dla roz­pi­na­nia ciał"145. Nie­trudno sobie, będąc pisa­rzem, wyobra­zić, że w podob­nych oko­licz­no­ściach nie­je­den cie­śla pod rzym­ską wła­dzą zacie­rał ręce, nie nadą­ża­jąc z zamó­wie­niami na krzyże146.

Dru­giego kwiet­nia 30 r. - pozo­stańmy przy tej naj­bar­dziej roz­po­wszech­nio­nej dacie - Jezus wje­chał do Jero­zo­limy. San­he­dryn posta­no­wił uprze­dzić wypadki, szu­ka­jąc pre­tek­stu do jego natych­mia­sto­wego aresz­to­wa­nia oraz nie­zbęd­nych pro­ce­sowo świad­ków oskar­że­nia. Cho­dziło o tempo, o to, by pozbyć się wichrzy­ciela jesz­cze przed Pas­chą, która roz­po­czyna się w dzień pełni księ­ży­co­wej o zmroku, wtedy zapewne w pią­tek 7 kwiet­nia, krótko przed godziną osiem­na­stą. Aresz­to­wa­nie miało nastą­pić nie­spo­dzie­wa­nie, aby zwo­len­nicy Jezusa nie zdo­łali się zor­ga­ni­zo­wać, i to się udało: jeden Go może zdra­dził, inny się wyparł paro­krot­nie, pozo­stali ukryli147. Łatwiej było zebrać w pośpie­chu tłum wzbu­rzo­nych kapła­nów i ich sług, niż zmo­bi­li­zo­wać zasko­czo­nych i prze­stra­szo­nych prze­bie­giem wypad­ków zwo­len­ni­ków Jezusa czy innych miesz­kań­ców zaję­tej świą­tecz­nymi przy­go­to­wa­niami Jero­zo­limy, prze­ko­na­nych może na doda­tek, że ze względu na Pesach roz­prawa sądowa zosta­nie prze­ło­żona na póź­niej­szy ter­min. Że takie postę­po­wa­nie wcho­dziło w rachubę - wska­zuje podobna roz­prawa Heroda Agryppy prze­ciwko Pio­trowi, któ­rego rów­nież poj­mano u progu Pas­chy (Dz 12, 1 nn.). Wcale nie­ko­niecz­nie ci, któ­rzy rado­śnie witali Jezusa w Nie­dzielę Pal­mową, to ci sami, któ­rzy w pią­tek przed połu­dniem pod pała­cem Piłata żądali Jego śmierci - ulu­biony argu­ment anty­de­mo­kra­tów na rzecz nie­sta­ło­ści nastro­jów ludu. Wczy­tu­jąc się w Ewan­ge­lie, można dojść do prze­ko­na­nia, że cho­dzi o inne grupy: w pierw­szym wypadku przede wszyst­kim o przy­pad­ko­wych gapiów i może zwo­len­ni­ków, w dru­gim o roz­sier­dzo­nych i dobrze przy­go­to­wa­nych kapła­nów i uczo­nych w Piśmie, do któ­rych dołą­czyło zapewne tro­chę osób postron­nych, cie­ka­wych każ­dej awan­tury. Warto przy tym pamię­tać, że ówcze­sną Jero­zo­limę zamiesz­ki­wało parę­dzie­siąt tysięcy miesz­kań­ców, do któ­rych w cza­sie świąt nale­ża­łoby dorzu­cić co naj­mniej dru­gie tyle ruchli­wych piel­grzy­mów148.

Wysoka Rada, na ile nam wia­domo, zupeł­nie wyjąt­kowo wyda­wała wyroki śmierci149. Jezus miał chyba jakąś nie­wielką szansę na pusz­cze­nie wolno. Rzecz w tym, że w obli­czu śmier­tel­nego zagro­że­nia zmie­rzał, bro­niąc się chyba za późno i bez prze­ko­na­nia - czy nie wie­dziony pokusą spraw­dze­nia wła­snych wyobra­żeń? - pro­sto ku prze­pa­ści. Nie ina­czej niż parę wie­ków wcze­śniej Sokra­tes, tyle że filo­zof ateń­ski pod­jął przy­naj­mniej próbę poważ­nej obrony, licząc na unie­win­nie­nie przez sędziów. Dopiero gdy nadzieja oka­zała się złudna, sie­dem­dzie­się­cio­letni sta­rzec, ponoć od mło­do­ści per­fek­cyj­nie panu­jący nad cia­łem i uczu­ciami, wyką­pał się - by kobiety nie musiały myć trupa po śmierci - i z uda­wa­nym spo­ko­jem wypił w towa­rzy­stwie uczniów i przy­ja­ciół podany mu kie­lich z tru­ci­zną. Nie zadrżała mu ręka, uspa­ka­jał nawet oto­cze­nie, ażeby nie zacho­wy­wało się jak ode­słane do domu nie­wia­sty. Ślady nie­po­koju znaj­du­jemy w oba­wach doty­czą­cych dzia­ła­nia tru­ci­zny, jakimi, wymie­nia­jąc się uprzej­mo­ściami, podzie­lił się z katem. Także w roz­pacz­li­wych wysił­kach inte­lek­tu­al­nych nad oswo­je­niem śmierci i prze­ko­na­niu sie­bie do nie­śmier­tel­no­ści duszy wyzwa­la­ją­cej się z ciała. Wresz­cie zapewne w pona­gle­niu do przy­spie­sze­nia wyko­na­nia wyroku, jak gdyby bał się dłu­żej cze­kać w sytu­acji, kiedy wszystko zostało powie­dziane, a na to, czego powie­dzieć nie spo­sób, zrzu­cono zasłonę mil­cze­nia150.

Jezus, jak się zdaje, wie­dział, a przy­naj­mniej prze­czu­wał pod koniec, w co brnie. Wyco­fać się nie mógł, zmar­no­wałby życie takie, jak je rozu­miał. W przed­dzień ukrzy­żo­wa­nia modlił się w sadzie oliw­nym przy bla­sku wcho­dzą­cego w peł­nię księ­życa. Był "pogrą­żony w udręce" - stwier­dzają zgod­nie wszy­scy trzej syn­op­tycy. Trzę­sła nim okrutna trwoga, oble­wał Go pot, który przy­po­mi­nał "gęste kro­ple krwi" (Łk 22, 44). Nie chciał umie­rać, miał dopiero trzy­dzie­ści parę lat, pro­sił, by omi­nął Go "ten kie­lich". Jak Abra­ham, który zgod­nie z roz­ka­zem Bożym gotów był zło­żyć ofiarę z Iza­aka, jedy­nego syna, Jezus pozo­stał posłuszny do końca. W duchu liczył nie­wąt­pli­wie, że Ojciec w ostat­niej chwili powstrzyma śmierć Syna. Nie bez racji Daniel Rops dostrzegł w sce­nie Jezu­so­wej trwogi, dla któ­rej tłem są nie­świa­domi grozy i wciąż na nowo zasy­pia­jący ucznio­wie, naj­bar­dziej ludzki obraz w Nowym Testa­men­cie151, w rów­nej mie­rze jed­nak - dodajmy - obraz sta­ro­te­sta­men­towy. Ojciec pozo­stał głu­chy, wysłał jedy­nie anioła z nieba, by Go umoc­nił. Chyba że przyj­miemy za isla­mem, trak­to­wa­nym począt­kowo przez wielu jako jedna z sekt chrze­ści­jań­skich czy nawet judeochrze­ści­jań­skich, że Bóg osta­tecz­nie ura­to­wał swego sługę i pro­roka, ostat­niego przed Maho­me­tem. Wpraw­dzie "nie wypada Bogu, aby brał Sobie syna" (Koran 19, 35), pole­mi­zo­wali muzuł­ma­nie z chrze­ści­ja­nami na temat bosko­ści Jezusa, lecz na woła­nie Żydów, że zabili Mesja­sza, syna Marii, posłańca Boga, odpo­wia­dali krótko: "oni go nie zabili ani nie ukrzy­żo­wali, a tylko tak się im wyda­wało". By nie pozo­sta­wiać żad­nych wąt­pli­wo­ści, Koran powta­rza: "Z pew­no­ścią oni go nie zabili. Nie! Bóg wzniósł go do Sie­bie. Bóg jest Potężny, Mądry" (Koran 4, 157-158)152.

Świad­ko­wie zezna­jący pod­czas prze­słu­cha­nia Jezusa przed Wysoką Radą oka­zali się nie­przy­datni, ich wyja­śnie­nia wzglę­dem zbu­rze­nia i odbu­dowy świą­tyni jero­zo­lim­skiej po czę­ści sobie prze­czyły. Próba, jaką arcy­ka­płan prze­wod­ni­czący radzie pod­jął w celu nawią­za­nia z Jezu­sem roz­mowy o tre­ściach, któ­rych Ten nauczał, popro­wa­dziła doni­kąd: usły­szał suge­stię, aby pytać w tej spra­wie nie Jego, lecz tych, do któ­rych się zwra­cał, prze­cież nie po kry­jomu. Wtedy Kaj­fasz zapy­tał wprost: "Czy Ty jesteś Mesjasz, Syn Boży?", na co Jezus odpo­wie­dział krótko: "Tak, ja nim jestem" (Mt 26, 57 nn.). Zgod­nie ze zwy­cza­jem arcy­ka­płan roz­darł skra­wek swej szaty - miał przed sobą bluź­niercę. Człon­ko­wie San­he­drynu zgo­dzili się co do tego, że Jezus zasłu­guje na śmierć. Wię­zień, pobity wbrew prawu przez straże i opluty przez niektó­rych człon­ków rady, spę­dził noc w lochu. O brza­sku, zgod­nie z wymo­gami żydow­skiej pro­ce­dury sądo­wej odno­szą­cej się do wyro­ków gar­dło­wych, rada zebrała się powtór­nie i zatwier­dziła orze­cze­nie z poprzed­niego dnia. Według Ewan­ge­lii Marka gło­so­wać miała "cała Wysoka Rada" (Mk 14, 55; 15, 1), ale nie przy­wią­zy­wał­bym nad­mier­nej wagi do tego stwier­dze­nia, ponie­waż sły­chać o potęż­nych prze­ciw­ni­kach posta­no­wie­nia, jak Józef z Ary­ma­tei (Łk 23, 50 n.) czy patry­cjusz jero­zo­lim­ski Niko­dem (J 19, 38 n.), a przede wszyst­kim nie wia­domo, co zna­czy w tym wypadku "cała". Na pewno tyle osób, że zebrało się odpo­wied­nie kwo­rum w licz­bie co naj­mniej dwu­dzie­stu trzech człon­ków, z któ­rych zde­cy­do­wana więk­szość gło­so­wała za pod­trzy­ma­niem uprzed­niej decy­zji. Stwier­dze­nie "cała Wysoka Rada" ma zapewne suge­ro­wać zbio­rową odpo­wie­dzial­ność Żydów, a przynaj­mniej ofi­cjal­nych przed­sta­wi­cieli juda­izmu153.

Trwa spór, czy San­he­dryn miał prawo ska­zy­wać na śmierć. Zda­nia są podzie­lone, nie­mniej prze­waża pogląd, że w cza­sach rzym­skich, a w każ­dym razie od pierw­szych dzie­się­cio­leci naszej ery, wyrok wyma­gał zatwier­dze­nia cesar­skiego namiest­nika zwa­nego pro­ku­ra­to­rem. Zaraz po poran­nym posie­dze­niu sądu odpro­wa­dzono więc Jezusa do Piłata. Wysoka Rada nie zde­cy­do­wała się pro­sić go o upra­wo­moc­nie­nie orze­cze­nia z oskar­że­nia o bluź­nier­stwo, lecz przed­sta­wiła zarzut poli­tyczny - uzur­po­wa­nie wła­dzy kró­lew­skiej i dąże­nie do zama­chu stanu. Wydaje się, że San­he­dryn w oba­wie przed zwo­len­ni­kami Jezusa - nie ma powodu nie wie­rzyć kon­sta­ta­cji zawar­tej w Ewan­ge­lii Jana (J 11, 45), że było ich wielu, skoro tak szybko się zaraz potem roz­prze­strze­niali - wolał zdjąć z sie­bie odpo­wie­dzial­ność za tę śmierć i prze­rzu­cić ją na oku­panta, co Piłat od razu przej­rzał, posta­na­wia­jąc nie mie­szać się w trudne sprawy wewnętrzne reli­gii żydow­skiej i suge­ru­jąc, aby Wysoka Rada osą­dziła Jezusa według swo­jego Prawa, na co usły­szał nie­dwu­znacz­nie: "Nam nie wolno nikogo zabić" (J 18, 31).

- Czy jesteś kró­lem żydow­skim? - zapy­tał wobec tego Jezusa rzym­ski pro­ku­ra­tor na dzie­dzińcu pała­co­wym, dając począ­tek naj­słyn­niej­szemu prze­słu­cha­niu świata (J 18, 33-40).

- Czy to mówisz od sie­bie, czy też inni powie­dzieli ci o mnie? - odrzekł Jezus bar­dzo z żydow­ska, pyta­niem na pyta­nie.

- Czy ja jestem Żydem? - zdzi­wił się namiest­nik, dosto­so­wu­jąc się do spo­sobu roz­mowy, ale zaraz dodał - Twój naród i arcy­ka­płani wydali mi Cie­bie. Coś uczy­nił?

- Kró­le­stwo moje nie jest z tego świata. Gdyby kró­le­stwo moje było z tego świata, słu­dzy moi biliby się, abym nie został wydany Żydom. Teraz zaś kró­le­stwo moje nie jest stąd - wytłu­ma­czył Jezus, acz­kol­wiek trudno przy­pusz­czać, aby Żyd mówił o wyda­niu go Żydom, nawet gdyby zin­ter­pre­to­wać w tym miej­scu to słowo, chyba bar­dziej pra­wi­dłowo, w sen­sie wyzna­nio­wym i napi­sać je małą literą. Jezus nie był chrze­ści­ja­ni­nem, lecz obrze­za­nym żydow­skim refor­ma­to­rem, względ­nie z odmien­nego punktu widze­nia - here­ty­kiem.

- A więc jesteś kró­lem? - powtó­rzył Rzy­mia­nin.

- Tak, jestem kró­lem. Ja się na to naro­dzi­łem i na to przy­sze­dłem na świat, aby dać świa­dec­two praw­dzie. Każdy, kto jest z prawdy, słu­cha mojego głosu.

- Cóż to jest prawda? - odrzekł bar­dziej zapewne znie­cier­pli­wiony niż zadu­many Piłat i wyszedł prze­ko­ny­wać zebra­nych o nie­win­no­ści oskar­żo­nego, który już w pierw­szych zda­niach przy­znał się wszakże do podwój­nej "winy": pocho­dze­nia swo­jej wła­dzy nie z tego świata i bycia kró­lem - wpraw­dzie rzym­ski pro­ku­ra­tor usły­szał, że przej­ściowo ("teraz") Jezus obywa się bez sług, lecz nie mógł puścić tej wypo­wie­dzi mimo uszu, świad­ków było zbyt wielu, a uczeni kapłani, w prze­ci­wień­stwie do oto­cze­nia Jezusa, umieli pisać i wie­dzieli, komu w razie potrzeby donieść.

Tłum przed bramą pałacu oka­zał się nie­prze­jed­nany i dobrze zor­ga­ni­zo­wany, jak pozwa­lają przy­pusz­czać rezo­lutne odpo­wie­dzi na pyta­nia i wąt­pli­wo­ści namiest­nika. For­mal­nie powi­nien on posłać żoł­nie­rzy dla uspo­ko­je­nia zgro­ma­dzo­nych, fak­tycz­nie nie mógł sobie pozwo­lić na zigno­ro­wa­nie postawy opi­nii publicz­nej - jej głos zawsze się liczył, nawet w spo­łecz­no­ściach pier­wot­nych154. Gdyby jed­nak Piłat miał jakie­kol­wiek zdol­no­ści dyplo­ma­tyczne i może gdyby mu naprawdę zale­żało na wyci­sze­niu nastro­jów, potra­fiłby prze­ko­nać zebra­nych przy­naj­mniej do odsu­nię­cia pro­cesu o parę dni. Wie­dział na pewno, że wro­gość oto­cze­nia zaostrza wyroki w prze­wo­dach sądo­wych i dys­po­no­wał odpo­wied­nimi środ­kami dla prze­ko­na­nia zgro­ma­dzo­nych do rozej­ścia się155. Naj­do­kład­niej­szy w tym miej­scu Jan - może przy­naj­mniej we frag­men­tach doty­czą­cych pro­cesu i męki auten­tycz­nie toż­samy z "uko­cha­nym uczniem"156 - podaje, że w reak­cji na rosnące wzbu­rze­nie tłumu pro­ku­ra­tor ubi­czo­wał Jezusa i w tym opła­ka­nym sta­nie przed­sta­wił Go raz jesz­cze arcy­ka­pła­nom i ich słu­gom, mówiąc: "Oto czło­wiek" (Ecce homo). Miał liczyć na litość zgro­ma­dzo­nych, co może odpo­wia­dać praw­dzie w świe­tle naszej wie­dzy o men­tal­no­ści tych cza­sów. W odpo­wie­dzi usły­szał grom­kie woła­nie "Ukrzy­żuj! Ukrzy­żuj!" (J 19, 5-6). Następ­nie - w dość zgod­nym opi­sie ewan­ge­li­stów - wydał oskar­żo­nego Żydom "na ukrzy­żo­wa­nie" (Mt 27, 26; Mk 15, 15), czy też - jak mówi dobit­niej sty­li­sta Łukasz - zdał Jezusa na ich wolę (Łk 23, 25). W rela­cji Mate­usza rzym­ski pro­ku­ra­tor poprze­dził tę wypo­wiedź słyn­nym publicz­nym "umy­ciem rąk" (Mt 27, 24-26), co budzi u nie­któ­rych wąt­pli­wo­ści, ponie­waż miał to być zwy­czaj żydow­ski157. Jed­nak Piłat dzier­żył namiest­nic­two Judei od kilku lat, a sym­bole uży­teczne przyj­mują się łatwo, gdyż zastę­pują słowa, co ma pod­sta­wowe zna­cze­nie w wie­lo­ję­zycz­nym impe­rium, szcze­gól­nie gdy więk­szość publicz­no­ści sądo­wej nie zna języka roz­prawy. Wiemy, że język grecki sta­no­wił uni­wer­salne narzę­dzie komu­ni­ka­cji całej wschod­niej czę­ści impe­rium, a potem, aż po III w., wciąż jesz­cze pozo­sta­wał powszech­nym środ­kiem poro­zu­mie­wa­nia się pierw­szych chrze­ści­jan, nawet na Zacho­dzie158. Ilu Żydów przed bramą, jeśli pomi­nąć garstkę uczo­nych fary­ze­uszy, rozu­miało grekę, którą musiano się posłu­gi­wać pod­czas pro­cesu? Czy znał ją Jezus? Mimo Jego feno­me­nal­nej łatwo­ści ucze­nia się, można w to wąt­pić159. Kto tłu­ma­czył prze­słu­cha­nie, nie wiemy, ale jest wysoce praw­do­po­dobne, że ktoś pod­sta­wiony lub prze­ku­piony przez Józefa z Ary­ma­tei lub Niko­dema, jed­nego z wykształ­co­nych fary­ze­uszy, któ­rzy po kry­jomu - oba­wia­jąc się żydow­skich orto­dok­sów - wspie­rali Jezusa. Bo komu innemu mogli­by­śmy zawdzię­czać spra­woz­da­nie z pro­cesu przed Piła­tem? Skąd w ogóle mie­li­by­śmy znać jego szcze­góły? Jan jed­no­znacz­nie suge­ruje, że Józef z Ary­ma­tei miał wła­sne doj­ścia do rzym­skiego pro­ku­ra­tora, który pozwo­lił mu zabrać ciało Jezusa. Przy szyb­kim pochówku, który musiał się zakoń­czyć przed Pas­chą, pomógł mu wła­śnie Niko­dem (J 19, 38 nn.). Nie będzie chyba wielką pomyłką, gdy zało­żymy, że Jan, miesz­ka­niec Jero­zo­limy, spo­tkał się potem z nimi, może nie raz. A ponie­waż "umi­ło­wany uczeń" obser­wo­wał naj­pew­niej roz­prawę, pozo­sta­jąc pośród tłumu pod bramą, a póź­niej jako jedyny - obok trzech Marii - sta­nął pod krzy­żem, otrzy­ma­li­śmy nie­zwy­kle szcze­gó­łową i poru­sza­jącą rela­cję z pro­cesu i męki jego Mistrza, który krótko przed śmier­cią pole­cił mu jesz­cze zaopie­ko­wać się Matką. "I od tej godziny uczeń wziął Ją do sie­bie" (J 19, 25-27).

Ewan­ge­lia Jana dzieli czyn­no­ści Piłata na czę­ści. Naj­pierw miał on rzec kapła­nom: "Weź­cie Go i sami ukrzy­żuj­cie! Ja bowiem nie znaj­duję w Nim winy" (J 19, 5-6). Następ­nie raz jesz­cze prze­słu­chał Jezusa i dopiero wtedy wydał go pro­te­stu­ją­cym, "aby został ukrzy­żo­wany" (J 19, 16)160. Czy to naprawdę zna­czy, że for­malne orze­cze­nie ska­zu­jące nie zapa­dło, jak się nie­kiedy wska­zuje161, i "w ślad za pro­ce­sem bez wyroku nastę­puje kara śmierci bez ska­za­nia"162? Śmiem wąt­pić, nawet gdyby Piłat w isto­cie opie­rał się orze­cze­niu kary śmierci. Zna­jąc for­ma­lizm i biu­ro­kra­cję Rzy­mian, wolno przy­pusz­czać, iż wszyst­kie legalne for­muły pro­ce­sowe zostały wypo­wie­dziane, ale nie inte­re­so­wały one ewan­ge­li­stów, któ­rzy nie pisali spra­woz­dań sądo­wych, lecz prace teo­lo­giczne. San­he­dryn nie mógł ska­zać Jezusa na uka­mie­no­wa­nie, karę wła­ściwą Prawu żydow­skiemu, Piłat nato­miast wolał, może tylko z dwojga złego, pozo­stać przy rzym­skiej karze poli­tycz­nej - ukrzy­żo­wa­niu, dla któ­rej łatwiej było mu zna­leźć for­malne i fak­tyczne pod­stawy; wszak Jezus przy­znał, że jest kró­lem. Przy­pusz­czam, że zacho­wana w Tal­mu­dzie babi­loń­skim wia­do­mość o uka­mie­no­wa­niu i powie­sze­niu pew­nego Jezusa w dniu przy­go­to­wań do Pas­chy, odno­szona cza­sami do jakie­goś innego Jezusa sprzed stu lat, także z Naza­retu, jest niczym innym, jak próbą pogo­dze­nia obu tra­dy­cji, a zara­zem jed­nym z pierw­szych przy­kła­dów pole­miki żydow­skiej z chrze­ści­jań­ską wer­sją pospiesz­nego pro­cesu. Jezus Tal­mudu babi­loń­skiego miał cho­dzić czter­dzie­ści dni po kraju, a poprze­dza­jący go herold wołał, że pro­wa­dzi cza­row­nika, który odwo­dzi Izra­eli­tów od wiary. Pro­sił też o zgła­sza­nie się świad­ków goto­wych uspra­wie­dli­wić oskar­żo­nego, lecz nikt się nie sta­wił163, co nota bene w atmos­fe­rze stra­chu, jaki zapa­no­wał wśród żydow­skich zwo­len­ni­ków Jezusa w Judei i Gali­lei wcale nie dziwi (por. Dz 5, 1 nn.; 6-8; 12, 1 nn.)164. Warto przy­po­mnieć za Jesha­jahu Leibo­wit­zem, że w pierw­szych wie­kach uczeni Tal­mudu nie odrzu­cali zupeł­nie Jezusa, uwa­ża­jąc go za pro­roka pogan165. Prze­śla­do­wani przez tra­dy­cyjny juda­istyczny esta­bli­sh­ment chrze­ści­ja­nie, szybko podzie­leni na dwie frak­cje - hel­le­ni­styczną na czele z Paw­łem i hebraj­ską pod przy­wódz­twem Jakuba, brata Jezusa, czy też "brata Pana" - sta­no­wili aż do uka­mie­no­wa­nia tego ostat­niego w 62 r., a nawet do zbu­rze­nia świą­tyni jero­zo­lim­skiej i wygna­nia Żydów dekadę póź­niej, aktywny odłam juda­izmu. Byli na tyle wpły­wowi, że potra­fili dopro­wa­dzić do odsu­nię­cia arcy­ka­płana Anna­sza Młod­szego, odpo­wie­dzial­nego za wyrok na apo­stole166. Pro­ces przed San­he­dry­nem i Piła­tem sta­no­wił zatem dla tra­dy­cyj­nych przed­sta­wi­cieli juda­izmu znaczny pro­blem i wielu wykrę­cało się od winy, wska­zu­jąc na Rzy­mian. Dopiero w miarę nara­sta­nia repre­sji ze strony chrze­ści­jan wyznawcy juda­izmu odpo­wie­dzieli kom­plet­nym igno­ro­wa­niem chrze­ści­jań­stwa jako takiego. W XII w. Moj­żesz Maj­mo­ni­des, lekarz i uczony żydow­ski z arab­skiej połu­dnio­wej Hisz­pa­nii, a potem islam­skiego Egiptu, pod­szedł do kwe­stii pro­cesu Jezusa ina­czej. Dla słyn­nego ary­sto­te­lika i racjo­na­li­sty chrze­ści­jań­stwo ozna­czało bał­wo­chwal­stwo, a Jezus fał­szy­wego pro­roka, wobec czego żydow­scy rabini mieli pełne prawo wydać na Niego wyrok ska­zu­jący.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Paweł Włod­ko­wic, Trak­tat o wła­dzy papieża i cesa­rza nad nie­wier­nymi, w: Marek A. Cichocki, Adam Tala­row­ski (red.), Prawo ludów i wojna spra­wie­dliwa, tłum. Justyna Łuka­szew­ska-Haberko, War­szawa 2018, s. 73-135, tu gł. 83, 87 n., cyt. ze s. 83. Wzglę­dem Vegoi: Ale­xan­der Demandt, Die Gren­zen in der Geschichte Deutsch­lands, w: tenże (red.), Deutsch­lands Gren­zen in der Geschichte, München 1990, s. 9-31, tu gł. 20, sama prze­po­wied­nia dostępna w łaciń­skim ory­gi­nale i dwóch tłu­ma­cze­niach na stro­nach nie­miec­kich i wło­skich Wiki­pe­dii, por. https://it.wiki­pe­dia.org/wiki/Vegoia oraz https://de.wiki­pe­dia.org/wiki/Lasa_Vecu (dostęp: 1.03.2021). Wypo­wiedź Łuka­szenki - w komen­ta­rzu Antona Saiful­lay­eua: Łuka­szenki gra na dwa fronty, Kazi­mierz Wóy­cicki in Web scri­bis, 15.10.2014, https://kazwoy.word­press.com/2014/10/15/luka­szenki-gra-na-dwa-fronty/ (dostęp: 7.03.2021). W kon­tek­ście nad­uży­wa­nia praw histo­rycz­nych współ­cze­śnie por. też Monika Bol­li­ger, Umkämpfter Tem­pel­burg in Jeru­sa­lem, Neue Zürcher Zeitung (Inter­na­tio­nal), nr 247 z 24.10.2014, s. 7, oraz o. Nar­cyz Sta­ni­sław Kli­mas w roz­mo­wie z Bogu­sła­wem Chra­botą, Kon­flikty o Bazy­likę są zawsze, Rzecz­po­spo­lita. Doda­tek: Plus Minus z 15-16.10.2016, s. 30-33. [wróć]

2. Dham­ma­pada. Ścieżka Prawdy Buddy, tłum. Zbi­gniew Bec­ker, rozdz. 22, 315, http://maha­jana.net/tek­sty/dham­ma­pada/kraina_rozpaczy.html (dostęp: 1.03.2021). [wróć]

3. Ary­sto­te­les, O duszy, tłum. Paweł Siwek, War­szawa 1988, gł. s. 73-82 i 120 nn., a także we Wstę­pie tłu­ma­cza s. 28 nn. oraz Ber­trand Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii Zachodu i jej związki z rze­czy­wi­sto­ścią poli­tyczno-spo­łeczną od cza­sów naj­daw­niej­szych do dnia dzi­siej­szego, tłum. Tade­usz Basz­niak, Adam Lip­szyc, Michał Szczu­białka, War­szawa 2000, s. 199-251, tu gł. 214 nn. [wróć]

4. Ary­sto­te­les, Poli­tyka, tłum. Ludwik Pio­tro­wicz, War­szawa 2012, s. 84, ale też 30, 44 n., 101, 122, 194, 207. [wróć]

5. Ary­sto­te­les, Poli­tyka, s. 53. [wróć]

6. Chri­stian Meier, Gle­ich­heit und Gren­zen. Ari­sto­te­les, die Grie­chen, die Bar­ba­ren, die Skla­ven, Mer­kur 558/559, wrze­sień-paź­dzier­nik 1995, s. 825-835. [wróć]

7. Zyg­munt Freud, Kul­tura jako źró­dło cier­pień, tłum. Jerzy Pro­ko­piuk, War­szawa 1992, s. 97. [wróć]

8. Kon­rad Lorenz, Tak zwane zło, tłum. Anna Danuta Tau­szyń­ska, War­szawa 1996, s. 194-203. [wróć]

9. Ary­sto­te­les, Poli­tyka, s. 122 i 194 (O pań­stwie jako wspól­no­cie przy­jaźni); s. 25 n., 29 nn., 42, 194, 196 (O nie­wol­ni­kach); s. 26, 41, 43, 52, 64, 129 (O kobie­tach); s. 26 i 193 (O grec­kiej mega­lo­ma­nii). [wróć]

10. B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 213. [wróć]

11. Aubrey de Sélincourt, The World of Hero­do­tus, Lon­don 2001 (wyd. 1: 1962), s. 34, 45. [wróć]

12. Por. Miko­łaj Szy­mań­ski, Wstęp, w: Ary­sto­te­les, Poli­tyka, s. 16; Józef Wol­ski, Histo­ria powszechna. Sta­ro­żyt­ność, War­szawa 1979, s. 261 nn., a także znaj­du­jący się w tym tomie arty­kuł pt. Śre­dnio­wieczna kolo­ni­za­cja wschod­nia w histo­rio­gra­fii pol­skiej. Mate­riały do dys­ku­sji o moder­ni­za­cji i trans­for­ma­cji w daw­nym i współ­cze­snym świe­cie (s. 309-424), który należy trak­to­wać jako nie­zbędne tło dla roz­po­znaw­czych wypa­dów niniej­szego wstępu. [wróć]

13. Arnold J. Toyn­bee, Cywi­li­za­cja grecko-rzym­ska, w: tenże, Cywi­li­za­cja w cza­sie próby, tłum. Woj­ciech Madej, War­szawa 1991, s. 32-41, tu gł. 36 nn.; tenże, Kar­ło­wa­ce­nie Europy, tamże, s. 69-87, tu gł. 70; Ewa Wip­szycka, Alek­san­dria przy Egip­cie. Szkic do por­tretu mia­sta, w: taż, O sta­ro­żyt­no­ści pole­micz­nie, War­szawa 2000, s. 60-69; taż, Grecy wobec ludów hel­le­ni­stycz­nego Wschodu, tamże, s. 70-86, tu gł. 84 nn. [wróć]

14. J. Wol­ski, Histo­ria, s. 261 n., 264-269. [wróć]

15. A. Toyn­bee, Cywi­li­za­cja grecko-rzym­ska, s. 40; Fer­nand Brau­del, w: tenże, Filippo Coarelli, Mau­rice Aymard, Morze Śród­ziemne. Region i jego dzieje, tłum. Maria Bodu­szyń­ska-Boro­wi­kowa, Gdańsk 1982, s. 97 nn.; tenże, Gra­ma­tyka cywi­li­za­cji, tłum. Hanna Igal­son-Tygiel­ska, War­szawa 2006, gł. s. 45, gdzie pole­mika z Toyn­beem. [wróć]

16. John Robert McNe­ill, Bio­lo­gi­cal Exchange and Bio­lo­gi­cal Inva­sion in World History, w: S?lvi Sogner (red.), Making Sense of Glo­bal History. The 19th Inter­na­tio­nal Con­gress of the Histo­ri­cal Scien­ces Oslo 2000, Oslo 2001, s. 106-118, gł. 107 n. [wróć]

17. Ewa Wip­szycka, Tysiąc lat grec­kiego pano­wa­nia w Egip­cie. Trudne dzieje sto­sun­ków mię­dzy dwiema cywi­li­za­cjami, w: taż, O sta­ro­żyt­no­ści, s. 87-107, tu gł. 105 nn. Wzglę­dem pod­bo­jów arab­skich por. Ber­nard Lewis, Ara­bo­wie w histo­rii, tłum. Janusz Danecki, War­szawa 1995, s. 59 nn., i Romu­ald Wojna, Wielki świat noma­dów. Mię­dzy Chi­nami i Europą, War­szawa 1983, s. 157 nn. Odno­śnie zaga­dek zoro­astry­zmu, Mitry i Iranu zob. B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 328; Vesta Sar­khosh Cur­tis, Mity per­skie, tłum. Jan Daniel Arty­mow­ski, War­szawa 2000; Felipe Fernández-Arme­sto, Civi­li­za­tions, Lon­don 2001, s. 311 nn. [wróć]

18. Ary­sto­te­les, Poli­tyka, s. 80; Hugo Gro­tius, O pra­wie wojny i pokoju, tłum. Remi­giusz Bie­rza­nek, t. 1, War­szawa 1957, s. 410; Ernest Renan, Co to jest naród?, tłum. Gra­żyna Maj­cher, War­szawa 2018, s. 27. [wróć]

19. E. Wip­szycka, Grecy, s. 75 n.; taż, Tysiąc lat grec­kiego pano­wa­nia w Egip­cie, s. 88 nn., 93, 95 nn. O anty­hel­leń­skich reak­cjach na syryj­sko-babi­loń­skim Wscho­dzie inte­re­su­jąco także Arnold J. Toyn­bee, Stu­dium histo­rii, skrót doko­nany przez D. C. Some­rvella, tłum. Józef Marzęcki, War­szawa 2000, s. 139 n. Trudno mi się pogo­dzić z wpi­sa­niem przez Arnaldo Momi­gliano (Some Obse­rva­tions on Cau­ses of War in Ancien Histo­rio­gra­phy, w: tenże, Stu­dies in Histo­rio­gra­phy, New York 1966, s. 112-126, tu 113) Iliady na listę naj­nie­bez­piecz­niej­szych ksią­żek w dzie­jach ludz­ko­ści. Nie sądzę, aby Homer znaj­do­wał w woj­nie praw­dziwą przy­jem­ność ("Homer was so nice about war"), raczej opi­sał jej dyle­maty, w tym i łączące się z nią piękno, por. Peter Englund, Piękno i smu­tek wojny. Dwa­dzie­ścia nie­zwy­kłych losów z czasu świa­to­wej pożogi, tłum. Emi­lia Fabi­siak, Kra­ków 2011. Możemy je zapi­sać w cudzy­sło­wie, co jed­nak nie zmie­nia faktu, że wojna nie­zmien­nie nas fascy­nuje i na tym polega z nią pro­blem, por. Jan M. Piskor­ski, Wojna, pamięć, toż­sa­mość, w: tenże (red.), Wojna, pamięć, toż­sa­mość. O bitwach i mitach bitew­nych, War­szawa 2012, s. 17-67. [wróć]

20. Ewa Wip­szycka, Żydzi wobec pokusy hel­le­ni­za­cji, w: taż, O sta­ro­żyt­no­ści, s. 108-128, tu gł. 114. [wróć]

21. Abra­ham Cohen, Tal­mud. Syn­te­tyczny wykład na temat Tal­mudu i nauk rabi­nów doty­czą­cych reli­gii, etyki i pra­wo­daw­stwa, tłum. Regina Gro­macka, War­szawa 1995, s. 83-87. Odno­śnie funk­cji kra­dzieży w daw­nych kul­tu­rach por. Richard H. Rob­bins, Cul­tu­ral Anth­ro­po­logy. A Pro­blem-Based Appro­ach, Ita­sca, IL. 2001, s. 233 n. Wzglę­dem wojny jako sys­temu kra­dzieży cie­ka­wie już Usama ibn Mun­kidh, Kitab al I'tibar. Księga poucza­ją­cych przy­kła­dów, tłum. Józef Bie­law­ski, Wro­cław 1975, s. 96 nn. [wróć]

22. Księga Psal­mów, tłum. Cze­sław Miłosz, Paris 1982, s. 89 i 137; Lamen­ta­cje wg Biblii Tysiąc­le­cia, wyd. 3: Poznań 1982, s. 970-976. W zasa­dzie według Biblii Tysiąc­le­cia podaję cyto­wa­nia ze Sta­rego Testa­mentu i z Listów Apo­stol­skich. Ewan­ge­lie i Dzieje Apo­stol­skie przy­ta­czam za Pismem Świę­tym Nowego Testa­mentu, pod red. o. Augu­styna Jan­kow­skiego OSB, Poznań 1978. [wróć]

23. B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 363. [wróć]

24. B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 361 n.; Zenon Kosi­dow­ski, Opo­wie­ści biblijne i Opo­wie­ści ewan­ge­li­stów, War­szawa 1988, s. 364 nn.; 379, 411, 414. [wróć]

25. A. Cohen, Tal­mud, s. 5-29, gł. 10 i 12, a także André Cho­ura­qui, Życie codzienne ludzi Biblii, tłum. Leszek Kos­so­budzki, War­szawa 1995, s. 11 n. [wróć]

26. Jack Goody, Logika pisma a orga­ni­za­cja spo­łe­czeń­stwa, tłum. i wstęp Grze­gorz Godlew­ski, War­szawa 2006, s. 46. [wróć]

27. B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 367 n. [wróć]

28. E. Wip­szycka, Żydzi, s. 115, 120 nn., cyt. ze s. 112. [wróć]

29. J. M. Piskor­ski, Wojna, pamięć, toż­sa­mość, s. 56 n. [wróć]

30. Arnold Toyn­bee, Uni­fi­ka­cja świata i zmiana w per­spek­ty­wie histo­rycz­nej, w: tenże, Cywi­li­za­cja w cza­sie próby, s. 45-68, tu 62. [wróć]

31. E. Wip­szycka, Żydzi, s. 109 nn. Odno­śnie syno­ni­micz­no­ści "ubogi" i "podły" zob. Adam Ziół­kow­ski, Histo­ria Rzymu, Poznań 2004, s. 500. [wróć]

32. A. Toyn­bee, Stu­dium histo­rii, s. 331 nn., 469 nn.; tenże, Uni­fi­ka­cja świata, s. 60 n., 63; tenże, Chrze­ści­jań­stwo a cywi­li­za­cja, w: tenże, Cywi­li­za­cja w cza­sie próby, s. 154-171, tu gł. 161 nn.; Grze­gorz Lewicki (Nad­cho­dzi nowy pro­le­ta­riat. Cywi­li­za­cja hel­leń­ska a zachod­nia według Arnolda Toyn­bee'ego, Kra­ków 2012), Kri­shan Kumar [The Return of Civi­li­za­tion - and of Arnold Toyn­bee?, Com­pa­ra­tive Stu­dies in Society and History 56, 2014, z. 4, s. 815-843, https://www.cam­bridge.org/core/jour­nals/com­pa­ra­tive-stu­dies-in-society-and-history/article/return-of-civi­li­za­tio­nand-of-arnold-toyn­bee/FE6F858900CBB1843DD7C0D3DD5BE360# (dostęp: 20.03.2021)] i Alfred Sko­rupka [Per­spek­tywy cywi­li­za­cji zachod­niej w uję­ciu Arnolda Toyn­bee'ego, Rocz­nik Filo­zo­ficzny Igna­tia­num 19, 2015, s. 153-174, https://zenodo.org/record/35754#.YFXGI­VVKiCo (dostęp: 20.03.2021)] mają rację, że teo­ria cywi­li­za­cji bry­tyj­skiego histo­rio­zofa - mimo jej oczy­wi­stych uprosz­czeń - nie należy do muzeum, a jej aktu­al­ność wciąż jesz­cze potrafi zasko­czyć. [wróć]

33. The­odor Herzl, Der Juden­staat. Ver­such einer moder­nen Lösung der Juden­frage, Zürich 2006 (wyd. 1: 1896), s. 11, 101 n. [wróć]

34. Richard E. Nis­bett, Geo­gra­fia myśle­nia. Dla­czego ludzie Wschodu i Zachodu myślą ina­czej, tłum. Ewa Woj­tych, Sopot 2009, s. 55. [wróć]

35. A. Cohen, Tal­mud, s. 195 nn. [wróć]

36. J. Goody, Logika pisma, s. 47 nn. prze­ko­nu­jąco wyka­zał, że sta­no­wi­sko Maxa Webera wzglę­dem powsta­nia kapi­ta­li­zmu w asce­tycz­nych spo­łecz­no­ściach pro­te­stanc­kich trudno uznać za inspi­ru­jące. Cechy, które Weber wska­zuje na dowód swej tezy, są roz­po­wszech­nione we wszyst­kich spo­łe­czeń­stwach piśmien­nych i reli­giach Księgi - juda­izmie oraz chrze­ści­jań­stwie, ale i hin­du­izmie, bud­dy­zmie i isla­mie. Naj­bar­dziej jed­nak ude­rza­jąco wystę­pują one, jak wie­lo­krot­nie wska­zy­wa­łem, u Hezjoda, por. J. M. Piskor­ski, Wojna, pamięć, toż­sa­mość, s. 46; tenże, Wolni od bez­piecz­nego raju, Rzecz­po­spo­lita nr 203. Doda­tek: Plus Minus nr 34 (1330) z 1.09.2018, s. 36-37. [wróć]

37. Jan M. Piskor­ski, Zanim nastąpi Arma­ge­don, Rzecz­po­spo­lita nr 189. Doda­tek: Plus Minus nr 33 (1224) z 13.08.2016, s. 32-34 [i w tym tomie, s. 573-581]. Bar­dzo cie­ka­wie ostat­nio wzglę­dem pary Jezus - św. Paweł: Johan­nes Fried, Jesus oder Pau­lus. Der Ursprung des Chri­sten­tums im Kon­flikt, München 2021. [wróć]

38. E. Wip­szycka, Żydzi, s. 124; Jan Rado­życki, Wstęp. Józef Fla­wiusz - jego życie i dzieło, w: Józef Fla­wiusz, Wojna żydow­ska, tłum. Jan Rado­życki, Poznań 1980, s. 13. Kli­mat nara­sta­ją­cej kipieli w Pale­sty­nie prze­łomu er świet­nie udało się naszki­co­wać Z. Kosi­dow­skiemu w Opo­wie­ściach biblij­nych (s. 730 nn., 738 nn). [wróć]

39. A. Cohen, Tal­mud, s. 84. [wróć]

40. Józef Fla­wiusz, Sta­ro­żyt­no­ści żydow­skie wzgl. Dawne dzieje Izra­ela, 17, 285. Podaję za ks. Mariu­szem Rosi­kiem, Jezus wobec San­he­drynu, Teo­lo­gia Poli­tyczna z 28.03.2018, https://teo­lo­gia­po­li­tyczna.pl/ks-prof-mariusz-rosik-jezus-wobec-san­he­drynu (dostęp: 22.02.2021). [wróć]

41. Loka­li­za­cję zda­rze­nia i naro­do­wość kobiety podaje Marek 7, 24-26. Tomasz Jasiń­ski (???????? ??? ?????????. Über die Anfänge des Neuen Testa­ments, Poznań 1998, s. 10 n., 31) uznaje ten frag­ment za póź­niej­szą inter­po­la­cję w Ewan­ge­lii Marka, któ­rej powsta­nie umiesz­cza już około 40 r. Autor chyba jed­nak nie­po­trzeb­nie pró­buje w tym miej­scu tłu­ma­czyć róż­nice mię­dzy Ewan­ge­liami Marka, Mate­usza i Łuka­sza póź­niej­szą cen­zurą, która w dobie suk­ce­sów chrze­ści­jań­stwa wśród pogan nie chciała ich obra­żać. Byłaby ta cen­zura wyjąt­kowo nie­kon­se­kwentna, wolał­bym więc pozo­stać przy tezie, że ta wypo­wiedź odzwier­cie­dla nie­zde­cy­do­wa­nie Jezusa, a tym bar­dziej Jego uczniów, w spra­wie podej­ścia do pogan. Opi­nii sprzecz­nych wewnętrz­nie jest w Ewan­ge­liach wię­cej, co w jakiś spo­sób potwier­dza ich auten­tycz­ność. [wróć]

42. Jürg Amann, Vater, warum hast Du mich ver­las­sen. Die Auto­bio­gra­fie Jesu Chri­sti, Zürich 2013, s. 42. [wróć]

43. Zob. hasło Fary­ze­usze w: Alan Unter­man, Ency­klo­pe­dia tra­dy­cji i legend żydow­skich, tłum. Olga Zien­kie­wicz, wyd. 2: War­szawa 1998, s. 94. [wróć]

44. E. Wip­szycka, Żydzi, s. 112, 126 n., a także B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 372, 377 nn.; Adal­bert G. Ham­man, Życie codzienne pierw­szych chrze­ści­jan (??-???), tłum. Andrzej Guryn, Urszula Sudol­ska, War­szawa 1990, gł. 89 nn. Wzglę­dem Listu do Gala­tów zob. niżej s. 52. [wróć]

45. E. Wip­szycka, Alek­san­dria, s. 65; taż, Żydzi, s. 114, 118. O odmien­nym zna­cze­niu słów "zabo­bon" i "ate­izm" u sta­ro­żyt­nych por. Ewa Wip­szycka, Spo­łeczne aspekty dzie­jów wcze­snego chrze­ści­jań­stwa, w: taż, O sta­ro­żyt­no­ści, s. 144-149, gł. 145 n.; taż, Chrze­ści­jań­stwo a wła­dze rzym­skie, tamże, s. 150-156, tu gł. 152 n. Por. też A. Ziół­kow­ski, Histo­ria Rzymu, s. 497 nn. [wróć]

46. J. Rado­życki, Wstęp, s. 16 n. [wróć]

47. J. M. Piskor­ski, Wojna, pamięć, toż­sa­mość, s. 46. [wróć]

48. Stan badań nad dato­wa­niem Ewan­ge­lii oma­wia w nie­któ­rych aspek­tach i w bar­dziej tra­dy­cyj­nej per­spek­ty­wie T. Jasiń­ski, ???????? ??? ?????????. Über die Anfänge des Neuen Testa­ments oraz w zupeł­nie nowy spo­sób Johan­nes Fried, Kein Tod auf Gol­ga­tha. Auf der Suche nach dem überlebenden Jesus, wyd. 2: München 2021, s. 19 nn., 87 i pas­sim; tenże, Jesus oder Pau­lus, s. 111 nn. Ponie­waż z punktu widze­nia głów­nej kwe­stii w niniej­szym arty­kule nie są to sprawy naj­waż­niej­sze, więc nie będę wcho­dzić w nie głę­biej, o ile nie muszę. Por. także Peter Pil­ho­fer, Das Neue Testa­ment und seine Welt. Eine Einführung, Tübingen 2010. [wróć]

49. Mir­cea Eliade, Trak­tat o histo­rii reli­gii, tłum. Jan Wie­rusz-Kowal­ski, Łódź 1993, s. 401 n. [wróć]

50. Z. Freud, Kul­tura jako źró­dło cier­pień, s. 97. [wróć]

51. Księga Heno­cha etiop­ska, tłum. ks. Ryszard Rubin­kie­wicz, w: ks. Ryszard Rubin­kie­wicz (red.), Apo­kryfy Sta­rego Testa­mentu, wyd. 8: War­szawa 2019, s. 141-189, tu: 6,1 nn.; 65,1 nn.; 67,4 nn.; 68,4-5; Testa­menty dwu­na­stu patriar­chów - synów Jakuba, tłum. ks. Antoni Pacio­rek, w: ks. Ryszard Rubin­kie­wicz (red.), Apo­kryfy Sta­rego Testa­mentu, s. 43-100, tu 48 (Testa­ment Rubena 5). [wróć]

52. Johan Huizinga, Erazm, tłum. Maria Kurecka, War­szawa 1964, s. 219 nn., 240, 242 n. Por. jed­nak Leszek Koła­kow­ski, Sym­bole reli­gijne i kul­tura huma­ni­styczna, w: tenże, Kul­tura i fety­sze. Eseje, War­szawa 2000, s. 219-239, tu 235 n. [wróć]

53. Daniel Rops, Dzieje Chry­stusa, tłum. Zofia Sta­ro­wiey­ska-Mor­sti­nowa, War­szawa 1968, s. 399. [wróć]

54. A. Toyn­bee, Cywi­li­za­cja grecko-rzym­ska, s. 32 n. [wróć]

55. Zyg­munt Freud, Przy­szłość pew­nego złu­dze­nia, w: tenże, Kul­tura jako źró­dło cier­pień, s. 18 n. [wróć]

56. Carl Gustav Jung, Cień, w: tenże, Arche­typy i sym­bole. Pisma wybrane, wybór, tłum., wstęp Jerzy Pro­ko­piuk, War­szawa 1993, s. 68-71, tu 69. [wróć]

57. K. Lorenz, Tak zwane zło, s. 141 nn. Jak subiek­tywne są nasze oceny "dzi­ko­ści", niech świad­czy choćby fakt, że u Indian Creek wilk ucho­dzi za sym­bol łagod­no­ści; stąd przy­pi­suje mu się skłon­ność do poko­jo­wych przed­się­wzięć, zob. Claude Lévi- -Strauss, Myśl nie­oswo­jona, tłum. Andrzej Zającz­kow­ski, War­szawa 1969, s. 94. [wróć]

58. Robert Stil­ler, Wstęp, w: Gil­ga­mesz. Epos sta­ro­żyt­nego Dwu­rze­cza, tłum. Robert Stil­ler, War­szawa 1980, s. 5-35, cyt. ze s. 5 n. [wróć]

59. Sofo­kles, Ajas, w: Sofo­kles, Tra­ge­die, tłum. Kazi­mierz Moraw­ski, War­szawa 1969, s. 35-91, gł. 44 nn., 60 nn. i komen­tarz Eliasa Canet­tiego, Tajemne serce zegara, tłum. Maria Przy­by­łow­ska, Sejny 2007, s. 61 nn.; A. Sélincourt, The World of Hero­do­tus, s. 42. [wróć]

60. P. Siwek, Wstęp tłu­ma­cza, w: Ary­sto­te­les, O duszy, s. 26 [wróć]

61. A. Cohen, Tal­mud, s. 215. [wróć]

62. Michał Temp­czyk, Bud­dyzm w oczach filo­zofa, War­szawa 2011, s. 41, 47 n., 64 nn., 146 nn., 223. [wróć]

63. Pau­lina Wilk, Lalki w ogniu. Opo­wie­ści z Indii, War­szawa 2011, s. 201. [wróć]

64. Zob. Edward Conze, Bud­dyzm a gnoza, tłum. Jacek Sie­ra­dzan przy współ­pracy Toma­sza Sikory, Nomos 18/19, 1997, s. 7-22, tu gł. 17 n. [wróć]

65. J. Fried, Jesus oder Pau­lus, s. 111 nn. i 123 nn., tyle że autor, po pierw­sze, nad­mier­nie uwy­pu­kla gno­sty­cyzm Toma­sza; po dru­gie, zbyt łatwo prze­cho­dzi do porządku nad pyta­niem, czy ele­menty gno­styczne nie mogły się do niej dostać póź­niej przy tłu­ma­cze­niach; po trze­cie, jed­no­znaczne dato­wa­nie tej Ewan­ge­lii na lata zaraz po 50 r. także nie do końca prze­ko­nuje, skoro znaj­du­jemy w niej całe frag­menty opra­co­wane na pod­sta­wie Łuka­sza, por. Ewan­ge­lia Toma­sza, w: Biblio­teka z Nag Ham­madi. Kodeksy I i II, tłum. i komen­tarz ks. Win­centy Myszor, Kato­wice 2021, s. 201-228, gł. 201 n. O kon­flik­cie mię­dzy Pio­trem a Paw­łem, któ­rzy naprawdę razem są tylko w patro­ci­niach kościo­łów, zob. też T. Jasiń­ski, ???????? ??? ?????????. Über die Anfänge des Neuen Testa­ments, s. 31. [wróć]

66. Gil­ga­mesz, s. 39-50. [wróć]

67. Zwie­rzę­tami byli dla chrze­ści­jan oporni poga­nie; uczony muzuł­ma­nin Ibn Mun­kidh (Kitab al I'tibar, s. 232 nn.) widzi z kolei w chrze­ści­ja­nach przy­by­łych z Europy do Lewantu "zwie­rzęta, obda­rzone cnotą dziel­no­ści i odwagi w walce i niczym wię­cej". Sze­rzej J. M. Piskor­ski, Wojna, pamięć, toż­sa­mość, s. 42 nn., 55. [wróć]

68. Odno­śnie związ­ków irań­sko-pół­noc­no­in­dyj­skich por. Bur­jor Avari, Sta­ro­żytne Indie, tłum. Łukasz Müller, Kra­ków ????, pas­sim. Ich wymier­nym wyra­zem w lite­ra­tu­rze jest Księga tysiąca i jed­nej nocy - zob. V. S. Cur­tis, Mity per­skie, s. 79, a w archi­tek­tu­rze choćby mau­zo­leum Tadż Mahal, zob. Bruce Law­rence, Koran. Bio­gra­fia, tłum. Janusz Danecki, War­szawa 2008, s. 127 nn. [wróć]

69. Kath­ryn Linn Geurts, O kamie­niu, cho­dze­niu i mówie­niu w Afryce Zachod­niej. Kate­go­rie kul­tu­rowe i antro­po­lo­gia zmy­słów, tłum. Jakub Jedliń­ski, w: Mał­go­rzata Cymo­rek (red.), Este­tyka Afryki. Anto­lo­gia, Kra­ków 2008, s. 5-26. [wróć]

70. Tiziano Terzani, Powie­dział mi wróż­bita. Lądowe podróże po Dale­kim Wscho­dzie, tłum. Jerzy Łoziń­ski, Poznań 2008, s. 147 nn., 205 nn. Por. też Jacek Hugo-Bader, Okno do pie­kła (jakucka magia), Gazeta Wybor­cza. Doda­tek: Duży For­mat z 19.01.2012, s. 2-5. [wróć]

71. Zob. choćby Jacek Salij, Wstęp (pre­zen­ta­cja dzieła), w: Św. Augu­styn, Pań­stwo Boże, tłum. ks. Wła­dy­sław Kubicki, Kęty 1998, s. 5-8, tu 8. W star­szej o kilka stu­leci Księ­dze Heno­cha, by­naj­mniej nie tylko w przy­ta­cza­nej tutaj wer­sji etiop­skiej, anioły są naj­zwy­czaj­niej wszę­do­byl­skie, por. przyp. 51. Trudną dla nas do poję­cia ducho­wość cza­sów pierw­szych chrze­ści­jan zna­ko­mi­cie poka­zują Dzieje Apo­stol­skie, w któ­rych "zły duch" jest trak­to­wany na pra­wach oby­wa­tel­skich, jako naj­zu­peł­niej codzienne "stwo­rze­nie", podob­nie zresztą jak anioły (np. Dz 12, 7 nn.; 19, 13 nn.). [wróć]

72. M. Temp­czyk, Bud­dyzm, s. 64 nn., 118, 219 nn. [wróć]

73. J. M. Piskor­ski, Wojna, pamięć, toż­sa­mość, s. 19. [wróć]

74. David Leeming, Myth. A Bio­gra­phy of Belief, New York 2003, s. 6; Régine Per­noud, Helo­iza i Abe­lard, tłum. Eli­gia Bąkow­ska, War­szawa 1992, s. 155, 158, 178 n., 181, 186; Jan M. Piskor­ski, Poje­dy­nek bestii, Rzecz­po­spo­lita nr 284. Doda­tek: Plus Minus nr 49 (1188) z 5.12.2015, wer­sja pełna: http://www.rp.pl/Plus-Minus/312049971-Poje­dy­nek-bestii-Europa-i-bar­ba­rzyncy.html (dostęp: 27.03.2021). [wróć]

75. O odmien­nym trak­to­wa­niu spraw wiary w sta­ro­żyt­no­ści por. E. Wip­szycka, Chrze­ści­jań­stwo a wła­dze rzym­skie, s. 153 n. oraz Wło­dzi­mierz Len­gauer, Czło­wiek a bogo­wie. Kon­takty z bóstwem w wie­rze­niach grec­kich, w: tenże wespół z Lechem Trzcion­kow­skim (red.), Antro­po­lo­gia antyku grec­kiego. Zagad­nie­nia i wybór tek­stów, War­szawa 2011, s. 237-249, tu gł. 247 nn., gdzie także o pro­ce­sach z oskar­że­nia o ate­izm, s. 241, 243, 247. O pro­ce­sie Sokra­tesa - B. Rus­sel, Dzieje filo­zo­fii, s. 113 nn., ale też Leszek Koła­kow­ski, Sokra­tes, w: tenże, O co nas pytają wielcy filo­zo­fo­wie, seria 1, Kra­ków 2007, s. 7-15, tu 11, 13 n. Wzglę­dem popu­lar­no­ści Eury­pi­desa - Plu­tarch z Che­ro­nei, Nikiasz, w: tenże, Żywoty sław­nych mężów, tłum. Mie­czy­sław Bro­żek, Wro­cław 1997, s. 44-68, tu 68. [wróć]

76. Marek Tuliusz Cyce­ron, Mowy, tłum. Sta­ni­sław Koło­dziej­czyk, Julia Mru­kówna, Danuta Tur­kow­ska, Kęty 1998, s. 64, 128, 131 (O samo­chwal­stwie sta­ro­żyt­nych); Arnaldo Momi­gliano, Taci­tus and the Taci­tist Tra­di­tion, w: Rhian­non Ash (red.), Oxford Readings in Taci­tus, Oxford 2012, s. 413-434, tu gł. 417 nn.; tenże, The Place of Hero­do­tus in the History of Histo­rio­gra­phy, w: tegoż, Stu­dies in Histo­rio­gra­phy, s. 127-142, tu gł. 131. W szer­szym kon­tek­ście o sto­sunku uczo­nych do dyk­ta­tur: Peter N. Mil­ler, Nazis and Neo-Sto­ics: Otto Brun­ner and Ger­hard Oestre­ich before and after the Second World War, Past & Pre­sent 176, 2002, s. 144-186, tu gł. 184 n. Z innej per­spek­tywy Woj­ciech Iwań­czak, Kilka uwag o wol­no­ści twór­czej pisa­rzy w śre­dnio­wie­czu, w: tenże, Świad­ko­wie histo­rii? Śre­dnio­wie­cze w dzie­jo­pi­sar­stwie Europy Środ­ko­wej daw­niej i dziś, Kra­ków 2019, s. 123-137. [wróć]

77. Hero­dot, Dzieje, tłum. Sewe­ryn Hamm­mer, War­szawa 2002, s. 252 nn. (ks. IV, 76-81) i Neal Ascher­son, Schwa­rzes Meer, tłum. z ang. H. Jochen Bußmann, Frank­furt/M. 1998, s. 93 nn. [wróć]

78. E. Wip­szycka, Grecy wobec ludów hel­le­ni­stycz­nego Wschodu, s. 81 n.; taż, Tysiąc lat grec­kiego pano­wa­nia w Egip­cie, s. 102; taż, Chrze­ści­jań­stwo a wła­dze rzym­skie, s. 153; Wło­dzi­mierz Len­gauer, Wstęp, w: tenże, Lech Trzcion­kow­ski (red.), Antro­po­lo­gia antyku, s. 56. [wróć]

79. Adam Bre­meń­ski, ks. II, 22 i Saxo Gra­ma­tyk, ks. XIV, 39 - oby­dwa frag­menty u Gerarda Labudy, Sło­wiańsz­czy­zna sta­ro­żytna i wcze­sno­śre­dnio­wieczna. Anto­lo­gia tek­stów źró­dło­wych, Poznań 1999, s. 180 i 215. Por. Leszek Moszyń­ski, Świę­to­wit, w: SSS, t. 5, s. 590. [wróć]

80. A. Cohen, Tal­mud, s. 213 (1 frag­ment), 215 (2 frag­ment). [wróć]

81. Leszek Koła­kow­ski, Etyka bez kodeksu, w: tenże, Kul­tura i fety­sze, s. 137-173, tu gł. 163 n. [wróć]

82. J. Goody, Logika pisma, s. 38 nn., 47 n. [wróć]

83. A. Cohen, Tal­mud, s. 87 nn., cytaty kolejno ze s. 88 i 87. Por. też Por. Jesha­jahu Leibo­witz w roz­mo­wie z Micha­elem Sha­sha­rem, Gespräche über Gott und Welt, tłum. z hebraj­skiego Mat­thias Schmidt, Frank­furt/M. 1990, s. 76 nn. [wróć]

84. J. Leibo­witz, Gespräche, s. 68 nn. [wróć]

85. Św. Tomasz z Akwinu, Wykład Listu do Rzy­mian, tłum. Jacek Salij, Poznań 1987, s. 190. [wróć]

86. Ary­sto­te­les, Poli­tyka, s. 80; św. Tomasz z Akwinu, O wła­dzy, w tenże, Dzieła wybrane, tłum. Jacek Salij, s. 133-154, tu 135 n. Por. Umberto Eco, Pochwała św. Toma­sza, tłum. Joanna Ugniew­ska, w: tenże, Semio­lo­gia życia codzien­nego, tłum. Joanna Ugniew­ska, Piotr Salwa, War­szawa 1996, s. 322-334, cyt. ze s. 333. [wróć]

87. B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 67, 81; Leszek Koła­kow­ski, Hera­klit z Efezu, w: tenże, O co nas pytają wielcy filo­zo­fo­wie, s. 27-34, tu 29. [wróć]

88. Johan Fornäs, Signi­fy­ing Europe, Bri­stol, UK & Chi­cago, USA 2012, s. 103-114, http://www.jstor.org/sta­ble/j.ctv9hj915.9 (dostęp: 5.04.2021). [wróć]

89. Ary­sto­te­les, Poli­tyka, s. 45 n., 51, 53, 169. [wróć]

90. Naj­peł­niej wciąż, nawet jeśli z pewną ten­den­cyj­no­ścią w szcze­gó­łach, Karl R. Pop­per, Spo­łe­czeń­stwo otwarte i jego wro­go­wie, tłum. Halina Kra­hel­ska, t. 1: Urok Pla­tona, War­szawa 1993. Por. też B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 141 nn.; Leszek Koła­kow­ski, Pla­ton, w: tenże, O co nas pytają wielcy filo­zo­fo­wie, s. 37-44. Cytat doty­czący cha­rak­teru filo­zofa pocho­dzi z kapi­tal­nych obja­śnień Wła­dy­sława Witwic­kiego do tłu­ma­czeń Pla­tona, można je czy­tać wła­ści­wie jako osobne dzieła, zob. Pla­ton, Uczta, Euty­fron, Obrona Sokra­tesa, Kri­ton, Fedon, tłum. Wła­dy­sław Witwicki, War­szawa 1984, s. 501. [wróć]

91. B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 123. [wróć]

92. Św. Tomasz z Akwinu, O wła­dzy, s. 137 i 141. [wróć]

93. Zob. hasła Apo­ka­lip­tyka oraz Dualizm, w: Anton Grab­ner-Haider (red.), Prak­tyczny słow­nik biblijny, tłum. Tade­usz Miesz­kow­ski, Paweł Pach­cia­rek, War­szawa 1994, szp. 50-52, 275, jak rów­nież Z. Kosi­dow­ski, Opo­wie­ści biblijne, s. 379, B. Law­rence, Koran, s. 109 nn. Wzglę­dem roli Mitry w walce o har­mo­nię świata por. V. S. Cur­tis, Mity per­skie, s. 16 n., 24 nn., 29. [wróć]

94. Po raz kolejny pozwa­lam sobie ode­słać tutaj do arty­kułu Śre­dnio­wieczna kolo­ni­za­cja wschod­nia, gdzie Czy­tel­nik znaj­dzie uzu­peł­nie­nie tej debaty, tyle że bar­dziej w kon­tek­ście etnicz­nym niż reli­gijno-kul­tu­ro­wym. [wróć]

95. J. Fried, Kein Tod auf Gol­ga­tha, s. 162 n. [wróć]

96. Zob. wyżej przyp. 18. [wróć]

97. Clau­dio Magris, O toż­sa­mo­ściach należy zawsze mówić w licz­bie mno­giej, ponie­waż nie posia­damy tylko jed­nej, roz­ma­wia i tłum. Arka­diusz Sma­gacz, Dia­log 123, 2018, s. 14-19, tu 17. Roz­bu­do­wa­nie tej i innych tez znaj­dziemy w książce Clau­dia Magrisa, O demo­kra­cji, pamięci i Euro­pie Środ­ko­wej, wybór, tłum. Joanna Ugniew­ska, Kra­ków 2016, s. 65 nn. Por. też Jan M. Piskor­ski, Lament na nie­dolę uchodź­czą i kon­dy­cję ludzką, Więź, 2015, nr 4 (662), s. 7-25, tu gł. 13 nn. [wróć]

98. Księga Heno­cha etiop­ska, s. 142 (o dato­wa­niu poszcze­gól­nych jej czę­ści); Testa­menty dwu­na­stu patriar­chów, s. 44 n. (o auto­rze, dacie i miej­scu ich napi­sa­nia). Fascy­nu­jące bada­nia nad odkrytą po pra­wie dwóch tysią­cach lat Księgą Heno­cha, znaną tym­cza­sem już w dzie­siąt­kach, cza­sami bar­dzo róż­nych, egzem­pla­rzy, oma­wia ks. Dariusz Iwań­ski, Księga Heno­cha - sta­ro­żytny apo­kryf w świe­tle współ­cze­snej wie­dzy, Teo­lo­gia i Czło­wiek. Kwar­tal­nik Wydziału Teo­lo­gicz­nego UMK 21, 2013, z. 1, s. 123-139, https://repo­zy­to­rium.umk.pl/bit­stream/han­dle/item/1335/TiCz.2013.007%2CIwanski.pdf?sequ­ence=1 (dostęp: 28.03.2021). Por. też J. Fried, Kein Tod auf Gol­ga­tha, s. 162 n. [wróć]

99. Księga Heno­cha etiop­ska 45, 4; 91, 4; 94, 6; 95, 6-7; 96, 5-7; 97, 7; 99, 13; 104, 7-10; [wróć]

100. Księga Heno­cha etiop­ska 20, 5. [wróć]

101. Nie do końca można się zgo­dzić z tłu­ma­czem Testa­men­tów, ks. Anto­nim Pacior­kiem, że zawę­żają one poję­cie miło­ści bliź­niego do izra­el­skich ziom­ków (s. 45). Powie­dział­bym raczej, że są Testa­menty w tej spra­wie jakby mniej zde­cy­do­wane i kon­se­kwentne niż Jezus, któ­remu też zda­rza się jed­nak zawa­hać (zob. wyżej przyp. 41). Nie­mniej Testa­ment Zabu­lona (s. 63-65, tu gł. rozdz. 5) każe raczej rozu­mieć miłość bliź­niego, miło­sier­dzie i współ­czu­cie wszech­obej­mu­jąco, a w kwe­stii podej­ścia do zwie­rząt nawet dalej niż u Jezusa. [wróć]

102. B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 368 nn., gdzie autor powo­łuje się na uwagi Roberta Henry'ego Char­lesa, naj­wy­bit­niej­szego wów­czas znawcy tzw. lite­ra­tury mię­dzy­te­sta­men­tal­nej. [wróć]

103. A. Cohen, Tal­mud, s. 201. [wróć]

104. Ary­sto­te­les, Poli­tyka, s. 124 n. 137, 178, 206; tenże, Etyka niko­ma­chej­ska, tłum. Daniela Grom­ska, War­szawa 1956, s. 163; św. Tomasz z Akwinu, O wła­dzy, s. 146. [wróć]

105. Carl Gustav Jung, Ulis­ses, w: tenże, Arche­typy i sym­bole, s. 488-518, tu 506. [wróć]

106. Por. Z. Kosi­dow­ski, Opo­wie­ści biblijne, s. 656. Daniel Rops (Dzieje Chry­stusa, s. 429 n.) pisze w tym kon­tek­ście o "bar­dzo semic­kiej przy­jem­no­ści mówie­nia", pod­czas gdy dla Rzy­mian uczta była oka­zją do picia. Tę róż­nicę uwy­pu­klił w XII w. Usama ibn Mun­kidh (Kitab al I'tibar, s. 26, we wstę­pie tłu­ma­cza). Pod­czas gdy euro­pej­scy ryce­rze krzy­żowi piją, gra­bią bez­bronne kobiety i oddają się roz­pu­ście, mężo­wie muzuł­mań­scy prze­pi­sują księgi, two­rzą wier­sze, ukła­dają anto­lo­gie, ćwi­czą kali­gra­fię prze­pi­sując Koran i wspól­nie polują. [wróć]

107. Odpo­wied­nią lite­ra­turę na ten temat zbiera wydawca Ewan­ge­lii Toma­sza ks. Win­centy Myszor w komen­ta­rzu na s. 228. [wróć]

108. Testa­menty dwu­na­stu patriar­chów, s. 45 i 47, dają dwie wer­sje sty­li­styczne tej samej wypo­wie­dzi, pozwo­li­łem więc sobie je ujed­no­li­cić, nie zmie­nia­jąc oczy­wi­ście nic z ich ducha. [wróć]

109. B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 377. [wróć]

110. Fio­dor Dosto­jew­ski, Bra­cia Kara­ma­zow, tłum. Adam Pomor­ski, Kra­ków 2009, s. 303-326, cyt. ze s. 323. Nie­wy­klu­czone, że autor nawią­zuje do dwu­na­sto­wiecz­nych Goliar­dów, por. Jacques Le Goff, Inte­li­gen­cja w wie­kach śred­nich, tłum. Eli­gia Bąkow­ska, War­szawa 1997, s. 45. [wróć]

111. Por. Umberto Eco, Tajem­ni­czy pło­mień kró­lo­wej Loany. Powieść ilu­stro­wana, tłum Krzysz­tof Żabo­klicki, War­szawa 2005, s. 352 n., a także 338. [wróć]

112. Zdaje się, że wiersz Miło­sza Który skrzyw­dzi­łeś (Cze­sław Miłosz, Wier­sze, t. 1, Kra­ków 1993, s. 321) nawią­zuje bez­po­śred­nio do Księgi Heno­cha etiop­skiej 104, 1-13, dla­tego pozwo­li­łem sobie je tutaj pomie­szać. [wróć]

113. Por. Edward Gib­bon, Zmierzch Cesar­stwa Rzym­skiego, t. 2, tłum. Zofia Kier­szys, War­szawa 1995, s. 9 nn., 17, 30. [wróć]

114. J. Goody, Logika pisma, s. 39. [wróć]

115. J. Fried, Jesus oder Pau­lus, pas­sim, gł. 111 nn. [wróć]

116. Por. też E. Gib­bon, Zmierzch, t. 2, s. 15. [wróć]

117. Grze­gorz Godlew­ski, Jack Goody, uczony w piśmie, w: J. Goody, Logika pisma, s. 7-23, tu 21. [wróć]

118. J. Goody, Logika pisma, s. 45 n. [wróć]

119. L. Koła­kow­ski, Sym­bole reli­gijne, s. 225; D. Leeming, Myth, s. 9 n., 12 nn., 15, 19 nn. i pas­sim. [wróć]

120. C. Lévi-Strauss, Myśl nie­oswo­jona, s. 328 n., 367 nn., 376 n. i pas­sim; J. Goody, Logika pisma, s. 251 n. Por. też L. Koła­kow­ski, Sym­bole reli­gijne, s. 228 n. [wróć]

121. Maria Janion, Pol­ska w Euro­pie, Nauka 1, 2004, s. 7-30, tu 22 n. Podob­nie J. Leibo­witz, Gespräche, s. 24, 106 nn., 122 nn., 137 nn., 143. [wróć]

122. D. Leeming, Myth, s. 10. [wróć]

123. Współ­cze­sna mowa jest pełna takich słów, pol­sz­czy­zna zupeł­nie szcze­gól­nie, czego cza­sami nie zauwa­żają nawet auto­rzy odpo­wied­nich słow­ni­ków ter­mi­nów kul­tu­ro­wych 2.0 - jak się to dziś "dum­nie" nazywa. Czy zresztą po kilku tysią­cach lat roz­woju kul­tury piśmien­ni­czej, nie­za­leż­nie od jej zmie­nia­ją­cych się nośni­ków, czło­wiek jest naprawdę w sta­nie wymy­ślić coś nowego w zakre­sie odwiecz­nych reak­cji beha­wio­ral­nych? Anna Nasio­łow­ska (Dys­kont słów, War­szawa 2016) nie od rze­czy zadaje pyta­nie, czy my jesz­cze wiemy, o czym mówimy. Na koniecz­ność defi­nio­wa­nia słów zwraca się uwagę co naj­mniej od XIII w., por. U. Eco, Pochwała św. Toma­sza, s. 326. [wróć]

124. A. Sélincourt, The World of Hero­do­tus, s. 24. [wróć]

125. Zob. wie­lo­au­tor­skie hasło Fre­iheit, w: Otto Brun­ner, Wer­ner Conze, Rein­hart Kosel­leck (red.), Geschich­tli­che Grund­be­griffe. Histo­ri­sches Lexi­kon zur poli­tisch-sozia­len Spra­che in Deutsch­land, t. 2, wyd. 4: Stut­t­gart 1998, s. 425-542, a także Achatz von Müller, Fre­iheit, w: Man­fred Asen­dorf, Jens Flem­ming, Achatz von Müller, Vol­ker Ulrich, Geschichte. Lexi­kon der wis­sen­scha­ftli­chen Grund­be­griffe, Rein­bek bei Ham­burg 1994, s. 193-196. [wróć]

126. Bar­tosz Adam­ski, Wol­ność w Chry­stu­sie. Aktu­al­ność naucza­nia św. Toma­sza z Akwinu o wol­no­ści chrze­ści­jań­skiej na pod­sta­wie pią­tego roz­działu "Super Epi­sto­lam S. Pauli Apo­stoli ad Gala­tas Lec­tura", Biblica et Patri­stica Tho­ru­nien­sia 8, 2015, nr 3, s. 15-25, tu gł. 18 nn. i wzglę­dem wol­no­ści poprzez służbę 21 nn., https://apcz.umk.pl/cza­so­pi­sma/index.php/BPTh/article/view/BPTh.2015.014/7840 (dostęp: 17.04.2021). Wzglę­dem wcze­sno­chrze­ści­jań­skiego sto­sunku do opieki nad człon­kami wspól­noty zob. E. Wip­szycka, Spo­łeczne aspekty, s. 145, 147; taż, Chrze­ści­jań­stwo a wła­dze rzym­skie, s. 154. [wróć]

127. Marek Aure­liusz, Roz­my­śla­nia, tłum. Marian Reiter, Kęty 2003, s. 87; a do Epik­teta zob. B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 310 n. [wróć]

128. Zna­ko­mite pod­su­mo­wa­nie róż­nic daje B. Rus­sell, Dzieje filo­zo­fii, s. 299-317, a w wer­sji skró­to­wej: Richard H. Popkin, Avrum Stroll, Filo­zo­fia, tłum. Jan Kar­łow­ski, Nor­bert Leśniew­ski, Andrzej Przy­łęb­ski, Poznań 1994, s. 30 nn. [wróć]

129. Alain Beşancon, Wol­ność, https://www.rpo.gov.pl/pliki/12108590630.pdf (dostęp: 8.03.2021). [wróć]

130. J. Fried, Kein Tod auf Gol­ga­tha, s. 87, 90; tenże, Jesus oder Pau­lus, s. 116 n. i 119, z tym że - moim zda­niem - Fried myli dolne grupy war­stwy śred­niej, do któ­rych na pewno nale­żeli rze­mieśl­nicy, samo­dzielni rybacy i rol­nicy, z war­stwami dol­nymi (Unter­schich­ten). Dzieje Apo­stol­skie (4, 13) nie podzie­lają prze­ko­na­nia o wykształ­ce­niu Jana, zrów­nu­jąc go z Pio­trem w pro­sto­cie i nie­uczo­no­ści. [wróć]

131. E. Wip­szycka, Spo­łeczne aspekty, s. 144 nn.; taż, Chrze­ści­jań­stwo a wła­dze rzym­skie, s. 150 nn.; A. G. Ham­man, Życie codzienne pierw­szych chrze­ści­jan, s. 59 nn. [wróć]

132. A. G. Ham­man, Życie codzienne pierw­szych chrze­ści­jan, s. 67. [wróć]

133. Św. Augu­styn, Pań­stwo Boże, ks. I, rozdz. 16 nn., s. 40 nn.; ks. XIX, rozdz. 15, s. 782 n.; tenże, Wyzna­nia, tłum. Zyg­munt Kubiak, War­szawa 1982, s. 292 i 302 n. Por. też odno­śnie do sto­sunku do gwałtu Hubert Orłow­ski, War­mia z oddali. Odpo­mi­na­nia, Olsz­tyn 2000, s. 45, oraz, bar­dziej gorzko, tenże, Samot­ność na War­mii, w: Robert Traba (red.), Rok 1945 (nie-)powroty. Inne opo­wie­ści o histo­rii Pol­ski, Gdy­nia 2017, s. 159-178, tu gł. 174 nn. [wróć]

134. Ks. Wła­dy­sław Sme­reka, Chry­stus w śledz­twie San­he­drynu, Ana­lecta Cra­co­vien­sia 1, 1969, s. 57-82, tu 69. Por. też wyżej przyp. 31. [wróć]

135. A. Cohen, Tal­mud, s. 303 nn. [wróć]

136. D. Rops, Dzieje Chry­stusa, s. 390; Z. Kosi­dow­ski, Opo­wie­ści biblijne, s. 740. [wróć]

137. Jedyne miej­sce w Ewan­ge­liach, które mogłoby poważ­nie prze­czyć tezie o poko­jo­wych zamia­rach Jezusa (Mt 10, 34-36; Łk 12, 51-53), zin­ter­pre­to­wał zapewne naj­wła­ści­wiej Arnold Toyn­bee (Stu­dium histo­rii, s. 197). Johan­nes Fried (Kein Tod auf Gol­ga­tha, s. 157 nn.) w pierw­szej ze swo­ich prac na ten temat stwier­dza, że życie i nauki Jezusa, jeśli pomi­nąć szcze­góły, zostały "wyna­le­zione przez ewan­ge­li­stów". To zde­cy­do­wana prze­sada, zwłasz­cza w kon­tek­ście naszej nikłej wie­dzy o ludziach tego czasu. Jest tym­cza­sem powszech­nie przy­jęte, że ewan­ge­li­ści nie wywo­dzili się spo­śród uczniów Jezusa, z któ­rych żaden nie pozo­sta­wił rela­cji na piśmie. Pierw­szym był Paweł, który Jezusa oso­bi­ście ni­gdy nie poznał. Mniej wię­cej na ten sam czas datują nie­któ­rzy powsta­nie ory­gi­nal­nej, ara­mej­skiej Ewan­ge­lii Toma­sza. Wia­domo rów­nież, że przy­naj­mniej nie­które Ewan­ge­lie, naj­lep­szym przy­kła­dem Janowa, miały wielu auto­rów i pew­nie jesz­cze wię­cej redak­to­rów. Doty­czy to wsze­lako całego sta­rego piśmien­nic­twa. Fried zda­wał się miej­scami nie doce­niać roli tra­dy­cji ust­nej, która bez więk­szych pro­ble­mów mogła prze­nieść te krót­kie rela­cje przez dwa czy nawet trzy poko­le­nia do momentu, kiedy chrze­ści­ja­nie, oba­wia­jąc się zapo­mnie­nia słów i czy­nów Jezusa, chwy­cili za pióra (w naj­now­szej książce Jesus oder Pau­lus Fried kory­guje nieco jed­nak swoje wcze­śniej­sze jed­no­znaczne sta­no­wi­sko). Dokład­nie tak samo było w wypadku Koranu. Jeśli wielcy refor­ma­to­rzy reli­gijni, pozo­stańmy przy Jezu­sie i Maho­me­cie, nie trosz­czyli się o szcze­gó­łowy zapis ich myśli, to nie dla­tego, że uwa­żali je za ulotne, lecz ponie­waż znali i na co dzień obser­wo­wali siłę ówcze­snej pamięci, któ­rej my jeste­śmy w coraz więk­szej mie­rze pozba­wieni, prze­rzu­ca­jąc ją na róż­no­ra­kie "dyski" zewnętrzne. Czło­wiek epoki piśmien­nej i biblio­tek (nie­za­leż­nie od nośni­ków) tylko z wiel­kim tru­dem potrafi sobie wyobra­zić archa­nioła Gabriela recy­tu­ją­cego nie­pi­śmien­nemu Maho­me­towi Słowo Boże (B. Law­rence, Koran, s. 43 n.), a jesz­cze trud­niej mu zro­zu­mieć, jak anal­fa­beta je zapa­mię­ty­wał i powta­rzał innym. A jed­nak lite­ra­tura śpie­wana przez aoj­dów potra­fiła trwać bez pisma, co tym bar­dziej doty­czy "świę­tych opo­wie­ści". Bez pisma ludzie umieli też skre­ślić swoje wie­lo­po­ko­le­niowe gene­alo­gie. "Czło­wiek był jedyną książką" - pisał Jan Paran­dow­ski w pięk­nym wstę­pie do swo­jego prze­kładu Ody­sei (Homer, Ody­seja, War­szawa 1989, s. 5-25, tu 18), a "skrzy­dlate słowa" nio­sły wszelką nowinę z nie­praw­do­po­dobną szyb­ko­ścią i, dodał­bym, trwa­ło­ścią, gdyż odci­skała się głę­boko w tysią­cach ludz­kich mózgów. Jasne, że fakty mie­szały się w tych opi­sach z legen­dami, wizje święte z real­nym życiem (trudno je zresztą oddzie­lić w świe­cie czło­wieka, który na co dzień roz­ma­wia z Bogiem czy anio­łami; dzi­siaj nie jest ina­czej), histo­ria ule­gała znie­kształ­ce­niom i była nad­bu­do­wy­wana, ale jej pod­sta­wowy rdzeń - w naszym rozu­mie­niu - da się wyłu­skać, czego prace Frieda są też zna­ko­mi­tym przy­kła­dem. [wróć]

138. D. Leeming, Myth, s. 19 nn. [wróć]

139. Józef Fla­wiusz, Wojna żydow­ska, VI, 300-315, s. 384 n. [wróć]

140. A. Cohen, Tal­mud, s. 314; M. Temp­czyk, Bud­dyzm, s. 64 nn., 147 nn. [wróć]

141. R. Popkin, A. Stroll, Filo­zo­fia, s. 34. [wróć]

142. Lucjusz Anne­usz Seneka, Dia­logi, tłum. Leon Joachi­mo­wicz, Poznań 1996, s. 75, 114. Czy nie z nim pole­mi­zuje w tym miej­scu wielki rodak Seneki Cervan­tes? Por. Miguel de Cervan­tes Saave­dra, Prze­myślny szlach­cic Don Kichote z Man­czy, tłum. Anna Ludwika Czerny, Zyg­munt Czerny, t. 2, War­szawa 1972, s. 233, 530. [wróć]

143. Czego, jak się zdaje, zupeł­nie nie zro­zu­miał Jan Lego­wicz (Zarys histo­rii filo­zo­fii. Ele­menty dokso­gra­fii, War­szawa 1976, s. 94). [wróć]

144. E. Gib­bon, Zmierzch Cesar­stwa Rzym­skiego, t. 2, s. 23 nn. [wróć]

145. Józef Fla­wiusz, Wojna żydow­ska, V, 449-451, s. 348. [wróć]

146. Kurt Von­ne­gut, Rzeź­nia numer 5, czyli kru­cjata dzie­cięca, czyli obo­wiąz­kowy taniec ze śmier­cią, tłum. Lech Jęcz­myk i Janusz Jęcz­myk, Poznań 2005, s. 177. [wróć]

147. Por. J. Fried, Jesus oder Pau­lus, s. 77 n. [wróć]

148. Simon Sebag Mon­te­fiore, Jero­zo­lima. Bio­gra­fia, tłum. Maciej Anto­sie­wicz, Wła­dy­sław Jeżew­ski, War­szawa 2011, s. 93 n. [wróć]

149. A. Cohen, Tal­mud, s. 320. [wróć]

150. Pla­ton, Fedon, w: tenże, Uczta, s. 367-485, tu gł. 480 nn., a także feno­me­nalne komen­ta­rze W. Witwic­kiego, s. 491 nn. [wróć]

151. Por. D. Rops, Dzieje Chry­stusa, s. 434 nn. [wróć]

152. Koran, tłum. Musa Çaxarxan Cza­cho­row­ski, Bia­ły­stok 2018, s. 78, 234, http://biblio­te­ka­mu­zul­man­ska.pl/wp-con­tent/uplo­ads/2018/10/koran.pdf (dostęp: 20.05.2021). Por. Rol­lin Armour, Islam, chrze­ści­jań­stwo i Zachód. Burz­liwe dzieje wza­jem­nych rela­cji, tłum. Ivonna Nowicka, Kra­ków 2004, s. 73 nn.; J. Fried, Kein Tod auf Gol­ga­tha, s. 142 nn.; tenże, Jesus oder Pau­lus, s. 123 nn. Abso­lut­nie do histo­ryka nie prze­ma­wia w tym wypadku dodat­kowy argu­ment mil­cze­nia źró­dła, które w wywo­dach Frieda gra ogromną rolę - Ewan­ge­lii Toma­sza. Są to logia, ponad sto krót­kich - naj­czę­ściej - wypo­wie­dzi, "które Jezus żywy wypo­wie­dział" (EvThom Inci­pit), i nie ma tu naj­zwy­czaj­niej miej­sca na opis ukrzy­żo­wa­nia. [wróć]

153. M. Rosik, Jezus wobec San­he­drynu. Wzglę­dem Józefa i Niko­dema zob. J. Fried, Kein Tod auf Gol­ga­tha, s. 86 nn. [wróć]

154. Por. kapi­talne uwagi Claude'a Lévi-Straussa, kom­plet­nie zaprze­cza­jące Hob­be­so­wemu widze­niu naj­daw­niej­szego świata: Claude Lévi-Strauss, Smu­tek tro­pi­ków, tłum. Aniela Ste­ins­berg, Łódź 1992, s. 307 nn. [wróć]

155. Przy­kład dają Dzieje Apo­stol­skie 19, 21-40. Por. A. Ziół­kow­ski, Histo­ria Rzymu, s. 436 n.; a także Ewa Wip­szycka, Chrze­ści­ja­nie przed sądem. Apa­rat repre­sji cesar­skiego Rzymu, w: taż, O sta­ro­żyt­no­ści, s. 157-169, tu gł. 158, 161; Gior­gio Agam­ben, Piłat i Jezus, tłum. Monika Surma-Gaw­łow­ska, Andrzej Zawadzki, Kra­ków 2017, s. 53 nn. Zob. też wypo­wiedź Cyce­rona na temat potęgi opi­nii publicz­nej, por. wyżej przyp. 76. [wróć]

156. J. Fried, Kein Tod auf Gol­ga­tha, s. 19 nn., 33, 87; tenże, Jesus oder Pau­lus, s. 111 nn. [wróć]

157. Z. Kosi­dow­ski, Opo­wie­ści biblijne, s. 676. [wróć]

158. A. G. Ham­man, Życie codzienne pierw­szych chrze­ści­jan, s. 64. [wróć]

159. J. Fried (Jesus oder Pau­lus, s. 126) stwier­dza, że Jezus znał tylko ara­mej­ski, język znacz­nej czę­ści Żydów pale­styń­skich. [wróć]

160. Pol­skie tłu­ma­cze­nia podają w tym miej­scu naj­czę­ściej ład­niej­szy zapis: "aby Go ukrzy­żo­wano". Formę bierną, w isto­cie lep­szą w tym wypadku, przyj­muję za G. Agam­be­nem (Piłat i Jezus, s. 78), mimo że bez­oso­bowe tłu­ma­cze­nie pol­skie jest pra­wie tym samym. [wróć]

161. D. Rops, Dzieje Chry­stusa, s. 476, i zwłasz­cza, acz z pew­nymi waha­niami, G. Agam­ben, Piłat i Jezus, s. 15, 26 nn., 37, 79 i pas­sim. [wróć]

162. G. Agam­ben, Piłat i Jezus, s. 80. [wróć]

163. W. Sme­reka, Chry­stus w śledz­twie San­he­drynu, s. 59. [wróć]

164. Por. przy­pisy 116 i 166. [wróć]

165. J. Leibo­witz Gespräche, s. 75 nn. [wróć]

166. J. Fried, Kein Tod auf Gol­ga­tha, s. 91, 50, 87, 142 nn., 150; tenże, Jesus oder Pau­lus, s. 97 nn. [wróć]