Gorzka chwała. Polska i jej los 1918-1939 - Richard M. Watt

Kup ebooka

29.00 zł
24.52 zł (24,37 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ŹRÓDŁA

Przedmowa

Przedstawiony tu opis zdarzeń opiera się głównie na osobistej relacji ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce, A.J. Drexela Biddle'a, w: Cannistraro et al. (red.), Poland and the Coming of the Second World War.

Rozdział I

Podając ogólne informacje o Polsce i szkicując jej wczesną historię, opierałem się na takich powszechnie uznawanych źródłach jak: Reddaway et al., The Cambridge History of Poland, t. I; O. Halecki, A History of Poland; P. Wandycz, The Lands of Partitioned Poland, 1795-1918; V.L. Beneš, N.J.G. Pounds, Poland. Opisując powstanie PPS i spory między różnymi stronnictwami socjalistycznymi, korzystałem głównie z prac: J.P. Nettl, Rosa Luxemburg, t. I; M.K. Dziewanowski, The Communist Party of Poland.

1 J. Piłsudski, Joseph Piłsudski: The Memories of a Polish Revolutionary and Soldier, s. 13; cytat za: Józef Piłsudski, Pisma zbiorowe (dalej PZ), II, s. 47

2 Ibid., s. 161

3 Ibid., s. 15. Cytat za: Józef Piłsudski, PZ, II, s. 50

4 G. Humphrey, Piłsudski: Builder of Poland, s. 98

5 A. Piłsudska, Piłsudski: A Biography by His Wife, s. 189-190; cytat za: Józef Piłsudski, PZ, II, s. 299

Rozdział II

Przygotowania Stanów Zjednoczonych do paryskiej konferencji pokojowej najlepiej omawiają: L.E. Gelfand, The Inquiry; R. Landau, Piłsudski and Poland; H. Kessler, Tagebücher.

1 J. Piłsudski, Pisma zbiorowe, t. IV, s. 8

2 T. Komarnicki, Rebirth of the Polish Republic, s. 94

3 Reddaway et al., The Cambridge History of Poland, t. II, s. 485

4 Haskins, Lord, Some Problems of the Peace Conference, s. 171

5 F. Czernin, Versailles 1919, s. 218

6 Ibid., s. 201

7 N. Davies, White Eagle, Red Star, s. 63; wyd. pol. s. 41

Rozdział III

Konflikty związane z federalizmem omawia: M.K. Dziewanowski, Josef Piłsudski: An European Federalist 1918-1922.

1 D. Lloyd George, Memoirs of the Peace Conference, t. I, s. 201

2 H.I. Nelson, Land and Power, s. 98

3 P. Wandycz, France and Her Eastern Allies, s. 7

4 Ibid., s. 22

5 F. Czernin, Versailles 1919, s. 202

6 U.S. Dept. of State, Papers Relating to the Foreign Relations of the United States: The Paris Conference, 1919, t. III, s. 778

7 Ibid.

8 D.H. Miller, My Diary at the Peace Conference of Paris, t. VI, s. 351

9 U.S. Dept. of State, op. cit., t. IV, s. 316

10 Lloyd George, op. cit., t. II, s. 631

11 Patrz Miller, op. cit., t. VI, s. 350-368; sprawozdanie przytoczone in extenso.

12 U.S. Dept. of State, Papers Relating to the Foreign Relations of the United States: The Paris Conference, 1919, t. IV, s. 417

13 Ibid.

14 Ibid., s. 454

15 Ibid.

16 C. Seymour, Letters form the Paris Conference, s. 222-223

17 Ibid.

18 "Times" (londyński), 8 lutego 1919

19 S. Bonsal, Suitors and Supplicants, s. 124

20 Lloyd George, op. cit., t. II, s. 646

21 Ibid., s. 647

22 Ibid., s. 648

23 Wandycz, op. cit., s. 47

PODZIĘKOWANIA

W ciągu ponaddziesięcioletniej pracy nad tą książką korzystałem z pomocy wielu autorytetów w dziedzinie historii Polski międzywojennej. Jestem głęboko wdzięczny profesorowi Wacławowi Jędrzejewiczowi z Nowego Jorku, który w swym długim życiu był członkiem Związku Strzeleckiego, Pierwszej Brygady Legionu Polskiego i wywiadu POW, oficerem sztabu generalnego, dyplomatą i ministrem. Wacław Jędrzejewicz jest honorowym profesorem Wellesley College i Ripon College oraz autorem wielu ważnych dzieł naukowych. Obecnie, jako prezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku, służy ogromną pomocą historykom zajmującym się Polską międzywojenną, o czym świadczą podziękowania w licznych rozprawach doktorskich, publikacjach naukowych i książkach. Wszystkie te prace potwierdzają jego obiektywizm, choć niewątpliwie profesor był ważną osobistością sanacji. Cieszę się, że ja również mogę podziękować temu wybitnemu człowiekowi.

Chciałbym również wyrazić wdzięczność osobom, które pomogły mi w pewnych konkretnych dziedzinach. Jestem głęboko zobowiązany profesorowi Kaiowi Lundgreenowi-Nielsonowi z Uniwersytetu w Odense w Danii, który wie wszystko o działalności polskiej delegacji na konferencji pokojowej w Paryżu i uprzejmie zgodził się przejrzeć część książki dotyczącą tego zagadnienia. Wiesław Domaniewski z Nowego Jorku, były prezes Banku Polski, skomentował partie poświęcone sprawom ekonomicznym. Generał Kazimierz Glabisz z Londynu, który we wrześniu 1939 roku był oficerem do spraw nagłych w sztabie marszałka Rydza-Śmigłego, przejrzał rozdział o kampanii wrześniowej i pomógł mi zrozumieć jej przebieg. Podobnie jak w przypadku moich wcześniejszych prac, w kwestiach militarnych pomagał mi emerytowany pułkownik John Elting z Cornwall w stanie Nowy Jork, historyk wojskowości i były członek Department of Military Art and Engineering w U.S. Military Academy. Chciałbym również podziękować doktorowi Antony'emu Polonsky'emu z Department of International History w London School of Economics za przyjacielskie słowa zachęty i rady.

Jestem bardzo wdzięczny wydawcy, Michaelowi V. Kordzie, za niezawodne wsparcie. Nie mogę pominąć Barbary Crincoli, która z bezgraniczną cierpliwością wielokrotnie przepisywała rękopis na maszynie. Dziękuję również mojej żonie Nancy za to, że nie narzekała, gdy przez wiele lat byłem pochłonięty pracą nad realizacją tego projektu.

PRZEDMOWA NORMANA DAVIESA do wydania polskiego

Przedwojenna Polska miała to nieszczęście, że pisali o niej autorzy wyjątkowo wrogo nastawieni. Istniała zaledwie dwadzieścia jeden lat; została zniszczona wskutek wspólnych działań Hitlera i Stalina, którzy nie mogli się pogodzić z jej narodzinami. Przeciwnicy Polski głosili, że była ona jedynie stałym źródłem kłopotów, państwem słabym i niewydarzonym - Mołotow nazwał ją "poczwarnym bękartem traktatu wersalskiego" - którego upadek stanowił błogosławieństwo dla wszystkich zainteresowanych. Takie opinie można porównać z twierdzeniami bandy morderców, którzy zabili na ulicy młodego człowieka, po czym tłumaczyli się w sądzie, że ofiara była nikomu niepotrzebnym inwalidą.

Nawet w samej Polsce rzadko pisano sprawiedliwie o Drugiej Rzeczpospolitej. Komuniści, którzy przejęli władzę po drugiej wojnie światowej, obsypywali ją oszczerstwami, przesadnie podkreślali jej słabości, a winą za wszystkie nieszczęścia kraju obciążali polskich przywódców (nie zaś agresorów). Uczeni często zaliczali sanację do wyszydzanej kategorii "nieudanych dyktatur" i niesłusznie przedstawiali ją jako system podobny do faszyzmu. (Wszelkie porównania ze stalinizmem były zakazane). Co gorsza, polityczne spory z lat trzydziestych między zwolennikami i przeciwnikami sanacji zostały przeniesione do historiografii, co uniemożliwiło polskim historykom dojście do generalnie akceptowanego konsensusu w sprawie oceny Polski międzywojennej. To jeszcze nie wszystko: żyjące w Polsce przed wojną mniejszości narodowe - Niemcy, Żydzi i Ukraińcy - formułując swoje wersje historii, były zainteresowane przedstawieniem Drugiej Rzeczpospolitej w możliwie najgorszym świetle. Spotyka się niekiedy opinię, że Polska przed 1939 rokiem "stała na skraju przepaści", z czego miałoby wynikać, że katastrofa wojenna, w tym również zagłada Żydów, była naturalną konsekwencją sytuacji w kraju przed wybuchem wojny.

Odświeżającą odmianą jest zatem możliwość zapoznania się z opinią inteligentnego outsidera. Richard Watt z New Jersey w Stanach Zjednoczonych nie ma polskich korzeni i przed napisaniem tej książki nie miał z Polską żadnych związków. Z zawodu jest biznesmenem, nie zaś historykiem, a swą historyczną pasję realizował równolegle z profesjonalną karierą. Jego pełna oddania praca przyniosła godne uwagi owoce. Początkowa fascynacja osobą marszałka Piłsudskiego - postacią niezbyt wysoko cenioną na Zachodzie - ostatecznie przyniosła monografię o życiu i śmierci Drugiej Rzeczpospolitej.

Gdy w 1979 roku ukazało się pierwsze wydanie Gorzkiej chwały, recenzent dziennika "New York Times" pochwalił autora za "bezstronność". Profesor Fritz Stern napisał o niej: "dramatycznie opowiedziana dramatyczna historia". Należy jednak coś dodać. Polscy czytelnicy docenią relację przedstawioną przez Watta nie tylko z racji szerokości horyzontów i przekonujących analiz, ale również ze względu na umiejętność przywołania emocji towarzyszących dawnym wydarzeniom - radości z powodu odzyskania niepodległości oraz cierpienia wywołanego klęską i rozbiorem. Nie brakuje tu goryczy zrodzonej z niesprawiedliwego losu Polski, ale jest również poczucie chwa-ły - chwały Rzeczpospolitej, która ceniła swą wolność i postanowiła walczyć w obronie zasad mimo nikłych szans na sukces.

Książka ta wielce się przysłużyła sprawie reputacji Polski, a dla wszystkich Polaków będzie bardzo potrzebnym lekarstwem na zranioną dumę.

Kołobrzeg

lipiec 2005

PRZEDMOWA AUTORA do wydania polskiego

Książkę tę napisałem w latach 1970-1979. Wprawdzie doczekała się wielu edycji, ale żaden polski wydawca nie chciał jej opublikować. Powiedziano mi, że w Polsce moja książka nie może się ukazać, ponieważ opisuję w niej historię wojny polsko-bolszewickiej 1919-1920, ta zaś za czasów komunistycznego reżymu została wykreślona z oficjalnych dziejów.

Mimo to po ukazaniu się amerykańskiego wydania skontaktowało się ze mną wielu Polaków, którzy mogli przyjechać do Stanów Zjednoczonych. Gdy tylko było to możliwe, chętnie się z nimi spotykałem. Przekonałem się wówczas, że czytali Gorzką chwałę, korzystając z podziemnego wydania na powielaczu - tak ukazywało się wiele zachodnich książek zakazanych przez polskie władze. Z radością uświadomiłem sobie, że nie brakuje osób autentycznie zainteresowanych historią niepodległej Polski w latach 1918-1939.

W 1979 roku, gdy Gorzka chwała ukazała się po raz pierwszy, wydawało się, że komunistyczny rząd Polski jest silny, pewny siebie i mocno trzyma się w siodle. Muszę przyznać, że - podobnie jak moi znajomi z polskiej emigracji w Nowym Jorku i Londynie - z pewnością nie przewidywałem upadku polskiego reżymu w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Wówczas jeszcze nie rozpoczął się dramatyczny ciąg zdarzeń w Europie Wschodniej i Środkowej, które ostatecznie doprowadziły do krachu komunizmu w Polsce.

Gdy ponownie czytałem swoją książkę przed ukazaniem się jej polskiego wydania, zastanawiałem się, czy powinienem wprowadzić w niej jakieś zmiany, związane z ustanowieniem w Polsce po drugiej wojnie światowej komunistycznego reżymu i jego upadkiem po czterdziestu latach sprawowania władzy. Szybko doszedłem jednak do wniosku, że przejęcie władzy przez komunistów nie miało nic wspólnego z historią Polski w latach 1918-1939. Polska edycja jest zatem wiernym przekładem amerykańskiego oryginału.

W ciągu wielu lat, jakie poświęciłem na badania historyczne i pisanie Gorzkiej chwały, poznałem licznych Polaków, zarówno wybitnych, jak i mniej znanych. Dzięki temu nabrałem wielkiego szacunku dla polskiego narodu. Odkryłem jego skomplikowaną i bolesną historię, heroizm w walce o niepodległość kraju i wiele rzadkich zalet. Mam nadzieję, że znalazło to właściwe odbicie w książce.

W ostatnim półwieczu opublikowano w Stanach Zjednoczonych niewiele książek o historii Polski. Cieszę się, że choć częściowo zapełniłem tę pustkę.

Jestem bardzo zadowolony, że Gorzka chwała doczekała się polskiego wydania.

Richard M. Watt

Mendham, New Jersey

kwiecień 2005

WSTĘP

Polskie miasteczko Kuty nie mogło pochwalić się niczym, co je w jakiś sposób wyróżniało lub nadawało mu szczególne znaczenie. Było to zupełnie przeciętne miasteczko, mające około czterystu mieszkańców, położone u podnóża Karpat na samym południu kraju, gdzie polskie terytorium stykało się z Rumunią. Kuty liczyły się tylko z jednego powodu: tu znajdowało się przejście graniczne; niecały kilometr na południowy wschód od miasteczka dwupasmowy, żelbetowy most łączył brzegi Czeremoszu, który w 1939 roku stanowił granicę między Polską i Rumunią. Na obu końcach mostu znajdowały się posterunki celników i policji granicznej. Rzeka miała tylko piętnaście metrów szerokości. Wiosną, gdy w Karpatach topniały śniegi, szerokość i głębokość Czeremoszu powiększały się dwukrotnie i wtedy flisacy spławiali zrąbane w górach drzewa, ale w pozostałych porach roku, a zwłaszcza w rozpaczliwie suchym wrześniu 1939 roku, rzeka przypominała raczej powolny potok.

Jednak siedemnastego września 1939 roku Kuty nagle stały się bardzo ważne, gdyż przez kilka godzin były siedzibą rządu Rzeczpospolitej Polskiej. Miasto było wypełnione samochodami, ciężarówkami i wozami konnymi, sunącymi powoli w kierunku mostu łączącego Polskę z Rumunią. Wszystkie pojazdy przesuwały się metr po metrze, gdyż rumuńska policja graniczna sprawdzała paszporty i bagaże tak, jakby nie było wojny.

Polacy czekający na przekroczenie granicy niecierpliwili się powolnym tempem odprawy. Tego dnia o czwartej rano Związek Sowiecki zaatakował Polskę. Kuty leżały zaledwie sto kilometrów od sowieckiej granicy, a nic nie mogło powstrzymać pochodu Armii Czerwonej. Po południu sowieckie czołgi wjechały do Śniatynia, położonego w odległości czterdziestu kilometrów od Kut. Most w Kutach stanowił teraz jedyne przejście, przez które Polacy mogli przedostać się do Rumunii - wszystkie pozostałe zajęły już sowieckie oddziały. Za kilka godzin Rosjanie mieli pojawić się w Kutach. Jedyną siłą wojskową, która mogła się im przeciwstawić, była Kompania Zamkowa prezydenta Rzeczpospolitej Polskiej Ignacego Mościckiego, licząca około pięćdziesięciu żołnierzy. Wprawdzie piaszczystą drogą w kierunku mostu na Czeremoszu szło tysiące żołnierzy, ale nie stanowili oni zorganizowanej siły zdolnej do podjęcia walki. Żołnierze z oddziałów rozbitych w ciągu niecałych trzech tygodni walki z armią niemiecką otrzymali rozkaz, żeby samodzielnie przedzierali się na południe. Po przekroczeniu granicy rumuńskiej mieli zostać przetransportowani do Francji, gdzie formowano nową polską armię.

Przez cały dzień niedobitki polskiego lotnictwa, z którego pozostało najwyżej sto samolotów, przelatywały nad Kutami w kierunku lotniska wojskowego Cernauti, gdzie internowano polskich pilotów. Samoloty musiały lecieć bardzo nisko, ponieważ Rumuni wymagali, by wkraczały w ich przestrzeń powietrzną na wysokości nieprzekraczającej sześćdziesięciu metrów.

Większość osób czekających na przejście granicy stanowili polscy żołnierze, wysocy urzędnicy oraz bogaci Polacy i obywatele innych krajów podróżujący samochodami. Tego dnia przez most w Kutach przejechało wielu ambasadorów i posłów akredytowanych w Polsce. Kiedy znaleźli się w Rumunii, zadepeszowali do swych rządów, że Polska przegrała walkę. Od samego początku nie było dużych nadziei na to, że polska armia zdoła powstrzymać Niemców - a teraz, po włączeniu się Związku Sowieckiego do wojny, Polacy nie mieli już żadnych szans. Jedyne, co pozostało polskim przywódcom, to ucieczka do Rumunii. Stamtąd mogli przejechać przez wciąż neutralne Bałkany i Włochy do Francji i stworzyć tam nowy rząd pod opieką francuskiego sojusznika. Polski rząd zaakceptował ten plan podczas narady w Kutach o godzinie szesnastej. Uczestnicy spotkania przyjęli tekst orędzia prezydenta do narodu; prezydent wyjaśniał, że rząd musi uciekać, ponieważ "z przejściowego potopu uchronić musimy uosobienie Rzplitej i źródło konstytucyjnej władzy". Tego wieczoru o różnych porach granicę rumuńską przekroczyli prezydent Mościcki, premier Sławoj-Składkowski i prawie wszyscy ministrowie, w tym również najważniejszy - minister spraw zagranicznych Józef Beck. Na krótko przed północą, ku wielkiemu zdziwieniu ministrów, przyłączył się do nich w Rumunii marszałek Rydz-Śmigły, naczelny wódz polskiej armii.

Rumuńska straż graniczna przestała już sprawdzać paszporty. Wszyscy przechodzili bez kontroli dokumentów, ale w pobliżu mostu po rumuńskiej stronie zrobił się tłok, ponieważ liczni Polacy nie mieli dokąd pójść. Na polach stały zaparkowane samochody, siedzieli ludzie uciekający piechotą. Wciąż nadchodzili następni. Teraz byli to głównie żołnierze. Po polskiej stronie ostrzegano ich, że Rumuni skonfiskują broń, którą - jak nakazywało im poczucie obowiązku - nadal nieśli. Zamiast oddać broń, polscy żołnierze woleli rzucić ją do rzeki. Wkrótce tysiące karabinów wypełniło koryto płytkiego Czeremoszu. Choć ani żołnierze, ani ministrowie nie zdawali sobie z tego sprawy, ta noc stanowiła koniec niezależnej Polski. Niemal nikt z przedstawicieli najwyższych władz państwa, którzy ratowali się przed "przejściowym potopem", nie wrócił już nigdy do Polski. Tylko nieliczni z uciekających żołnierzy mieli kiedyś postawić stopę na polskiej ziemi.

Po zaledwie dwudziestu jeden latach trudnej niepodległości Polska została ponownie zajęta przez potężnych sąsiadów.

ROZDZIAŁ I

PIŁSUDSKI

Józef Klemens Piłsudski, który bardziej niż ktokolwiek inny przyczynił się do odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku, urodził się w grudniu 1867 roku w majątku swego ojca w Zułowie na Litwie. Rodzina Piłsudskiego należała do szlachty (gdy w 1831 roku rosyjski Urząd Heraldyczny zażądał, by każda rodzina szlachecka w imperium przedstawiła odpowiednie dowody szlachectwa, Piłsudscy z powodzeniem spełnili wymogi, dowodząc, że posiadają ten sam majątek ziemski od co najmniej trzystu lat). Jego matka odziedziczyła cztery wielkie posiadłości o łącznej powierzchni ośmiu tysięcy hektarów, ale z biegiem czasu Piłsudscy popadli w biedę. Ojcu Józefa zupełnie nie wiodło się w interesach; utracił cały majątek żony. Gdy Józef miał dwanaście lat, dworek i zabudowania gospodarcze w Zułowie strawił ogień. Rodzina nie miała pieniędzy na odbudowę, dlatego przeprowadziła się do Wilna, a dzieci zaczęły naukę w tamtejszym gimnazjum.

W tym okresie rząd rosyjski prowadził szczególnie intensywną kampanię rusyfikacji mniejszości narodowych. Synowie litewskiej szlachty byli uważani za szczególnie trudne przypadki. Litewska szlachta nie tylko odrzucała rusyfikację (wspominając Wielkie Księstwo Litewskie, które kiedyś zajmowało znaczną część Rosji), ale też z uwagi na wielowiekową dynastyczną unię Litwy i Polski uważała się za polską arystokrację. Ogromnie się tym szczyciła i pod wieloma względami była bardziej polska niż sami Polacy. Synowie litewskiej szlachty snuli wspomnienia o pełnej chwały przeszłości, gdy państwo polskie było silne i niepodległe, a ich klasa odgrywała dominującą rolę. Józef Piłsudski z pewnością nie był wyjątkiem.

---------

W przeszłości Polska była ogromnym i potężnym państwem. W 1386 roku trzynastoletnia królowa Polski Jadwiga poślubiła wielkiego księcia Jagiełłę, władcę Litwy. Unia dynastyczna pozwoliła na powstanie koalicji, która w 1410 roku w bitwie pod Grunwaldem zadała druzgoczącą klęskę zakonowi krzyżackiemu. Zwycięstwo nad największą potęgą militarną owych czasów zapoczątkowało trwający dwieście lat okres ekspansji i konsolidacji Polski. W XVI wieku królowie polscy panowali nad federacją rozciągającą się od Bałtyku na północy do Morza Czarnego na południu. Na wschodzie polskie terytorium sięgało niemal do bram Moskwy. Pod względem liczby ludności Polska ustępowała w Europie tylko Francji.

Polskie państwo miało jednak wiele słabości. Pozbawione naturalnych granic, takich jak pasma górskie i duże rzeki, często było atakowane przez Szwedów, Tatarów, Rosjan, Węgrów i Turków. Poważnym obciążeniem Polski okazała się również niesłychanie kłótliwa i krótkowzroczna szlachta. Stan szlachecki był bardzo liczny - szacuje się, że w XVI wieku zaliczano do niego siedemset pięćdziesiąt tysięcy osób, czyli 10 procent całej ludności. Byli wśród nich zarówno niezwykle bogaci Radziwiłłowie (do których w pewnym okresie należała niemal cała Litwa), jak i "szlachta chodaczkowa", własnymi rękami uprawiająca ziemię. Niezależnie od statusu ekonomicznego polska szlachta zazdrośnie strzegła swych przywilejów, które wymogła na kolejnych królach.

Problemy zaczęły się w XV wieku, gdy polscy królowie zostali zmuszeni do pewnych ustępstw na rzecz szlachty w zamian za jej zgodę na pełnienie służby wojskowej. Przywileje te stopniowo rozszerzano, a od 1573 roku zamiast dziedzicznej monarchii wprowadzono zasadę wolnej elekcji - to szlachta wybierała króla. Wszystkie ważniejsze ustawy musiał zatwierdzić sejm, który zwykle zbierał się co dwa lata na sześć tygodni. Każdy szlachcic miał prawo ubiegać się o miejsce w sejmie. Nawet jeden poseł mógł zawetować dowolną ustawę - wystarczyło, by wstał i oświadczył: "Nie pozwalam". To osławione liberum veto stopniowo coraz bardziej paraliżowało polskie życie polityczne. W latach 1652-1764 na pięćdziesiąt pięć sesji sejmu czterdzieści osiem zostało zerwanych wskutek weta któregoś z posłów. Państwa ościenne, dążące do pogłębienia anarchii w Polsce, bez trudu przekupywały posłów, by zrywali obrady. Królestwo stale balansowało na krawędzi bankructwa, bo sejm nie godził się na wprowadzenie podatków. W wojsku często dochodziło do buntów, ponieważ żołnierze nie otrzymywali żołdu. W 1648 roku na należącej do Polski Ukrainie wybuchło powstanie Kozaków, którzy niedługo potem przeszli na stronę carów Rosji. To spowodowało nagłą zmianę w układzie sił: wcześniej to Polska była większa, bogatsza i lepiej zorganizowana. Teraz przewagę osiągnęła Rosja.

Połowa XVII wieku stanowiła przełom w historii Polski. Rozpoczął się okres chaosu, nieustannych wojen i szybkiego upadku. Sąsiednie państwa dokonywały kolejnych inwazji. W 1665 roku praktycznie cały kraj okupowali Szwedzi lub Rosjanie. Wojny spowodowały ogromne spustoszenia. Szacuje się, że w pierwszej ćwierci XVIII wieku ludność Polski zmniejszyła się o jedną czwartą.

Nawet po zakończeniu okresu nieustannych wojen w początkach XVIII wieku państwa ościenne - Austria, Prusy, a zwłaszcza Rosja - nadal prowadziły politykę sprzyjającą stopniowemu rozkładowi Polski. Od czasu do czasu dokonywały najazdów, by wpłynąć na wynik elekcji lub "bronić konstytucji Polski", która - wskutek elekcyjnej monarchii i liberum veto - w znacznej mierze przyczyniała się do destabilizacji kraju.

Przez znaczną część XVIII wieku Polską praktycznie rządził rosyjski ambasador w Warszawie. Polityka rosyjska wahała się od koncepcji aneksji Polski do planów dalszego sprawowania pośredniej kontroli. W 1776 roku ambasador Rosji zażądał, by sejm przyznał wszystkim prawosławnym obywatelom Polski (których większość stanowili biedni chłopi) takie same przywileje, jakie miała szlachta. Jak Rosjanie niewątpliwie przewidywali, sejm się na to nie zgodził. Rosja uznała to za pretekst do rozpoczęcia wojny; po długiej kampanii Polska została całkowicie pokonana.

Niewątpliwie Rosja zagarnęłaby Polskę znacznie wcześniej, gdyby wszystkie państwa ościenne były w stanie uzgodnić politykę rozbiorową. Austrii i Prusom nie zależało tak bardzo jak Rosji na zagarnięciu polskich ziem, ale nie chciały, by Rosja opanowała całą Polskę. W 1772 roku trzej potężni sąsiedzi Polski podpisali w Sankt Petersburgu traktat, zgodnie z którym podzielili między siebie w przybliżeniu 220 tysięcy kilometrów kwadratowych terytorium Polski (30 procent powierzchni kraju). Austria otrzymała ziemie południowo-zachodnie, tak zwaną Galicję. Prusy zagarnęły Pomorze, wskutek czego główna część kraju została połączona z Prusami Wschodnimi. Rosja tymczasowo musiała się zadowolić pasem ziemi wzdłuż wschodniej granicy Polski, ale było oczywiste, że to nie koniec rosyjskich roszczeń terytorialnych. W wyniku masowej korupcji sejm zaakceptował pierwszy rozbiór Polski.

Choć trudno w to uwierzyć, jeszcze przez kilka lat tylko nieliczni Polacy dostrzegali groźbę całkowitej likwidacji państwa. Niewielka grupka patriotów ze środowiska magnatów i drobnej szlachty dążyła do wprowadzenia reform konstytucyjnych, które położyłyby kres anarchii. W 1791 roku reformatorzy z sejmu przygotowali w tajemnicy nową konstytucję i w okresie Wielkanocy, gdy większość posłów rozjechała się do domów, przedstawili ją w sejmie i zażądali głosowania. W ten sposób została przyjęta Konstytucja Trzeciego Maja. Rosja natychmiast zażądała jej unieważnienia, a gdy żądanie to nie zostało spełnione, armia rosyjska wkroczyła do Polski. Po kilku zaciekłych bitwach z nielicznymi siłami polskimi Rosjanie zmusili Polskę do wystąpienia z prośbą o pokój. W wyniku wojny nastąpił w 1793 roku drugi roz-biór - tym razem Rosja zagarnęła rozległe obszary na wschodzie Polski, w tym praktycznie całą Litwę. Prusy otrzymały tereny na zachód od Warszawy, między innymi Gdańsk i Toruń. Polska straciła dostęp do morza i dwie trzecie terytorium sprzed drugiego rozbioru.

Teraz wreszcie najliczniejsza grupa polskiej szlachty, drobni właściciele ziemscy, uświadomiła sobie zagrożenie. Nie ma oczywiście wątpliwości, że na to przebudzenie miało wpływ poczucie własnych interesów. Zaborcy wprowadzali na zajętych terenach swoje prawa i własną administrację. Polska szlachta, przyzwyczajona do sprawowania różnych urzędów, nagle stała się bezrobotna. Tłumnie zatem zaczęła się przenosić do okrojonego państwa polskiego, gdzie szukała stanowisk w wojsku. Do pracy w innych instytucjach szlachcie z reguły brakowało kwalifikacji. Kiedy obsadzono wszystkie stanowiska oficerskie, jej przedstawiciele godzili się służyć nawet jako podoficerowie, ale wkrótce zabrakło i takiej możliwości. Polska nie mogła sobie teraz pozwolić na utrzymywanie dużej armii. Po drugim rozbiorze zaborcy zażądali, by polskie wojsko zostało zredukowane do 15 tysięcy ludzi.

Zubożała, bezrobotna i zdeklasowana drobna szlachta nagle zrozumiała, jak nierozważnie postępowała w przeszłości. Teraz tęskniła za narodową wolnością, którą tak beztrosko zaprzepaściła. W 1794 roku wybuchło powstanie, którym dowodził Tadeusz Kościuszko, późniejszy bohater wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych. Polskie oddziały odniosły kilka zaskakujących zwycięstw, ale ostatecznie uległy przewadze Rosji, Austrii i Prus. Po heroicznej obronie Warszawy jesienią 1794 roku powstanie upadło.

Nieuchronną konsekwencją klęski był trzeci rozbiór, który nastąpił w latach 1795-1796. Austria, Rosja i Prusy podzieliły między siebie cały obszar Polski. Na drobną szlachtę, która stanowiła większość żołnierzy i oficerów w czasie insurekcji kościuszkowskiej, posypały się surowe represje. Spowodowało to masową emigrację, przede wszystkim do rewolucyjnej Francji, która chętnie przyjęła polskich uchodźców. Wśród polskich émigrés było wielu doskonałych publicystów, którzy opisywali heroiczną walkę swego narodu z siłami despotyzmu i cierpienia rodaków w zniewolonym kraju. Emigranci nie uznawali trwałości rozbiorów i bez końca snuli różne polityczne plany restauracji Polski.

Propaganda polskich émigrés wywołała falę współczucia i sympatii w zachodnich państwach demokratycznych. Dla porewolucyjnej Francji obraz Polski wijącej się pod władzą najbardziej represyjnych monarchii europejskich wydawał się horrorem niemal niemającym historycznego precedensu. Thomas Jefferson określił trzeci rozbiór jak "zbrodnię". W Anglii liberalni myśliciele układali wiersze na cześć Polski, powstawały stowarzyszenia mające wspierać odrodzenie zjednoczonego i niezależnego państwa.

W 1797 roku polscy żołnierze na emigracji mieli wrażenie, że sama Opatrzność daje im szansę. Młody francuski generał Napoleon Bonaparte pokonał austriacką armię we Włoszech i potrzebował żołnierzy, którzy pełniliby służbę garnizonową w nowych francuskich posiadłościach.

Zwerbowano kilka polskich Legionów, a ponieważ émigrés szybko okazali się znakomitymi żołnierzami, liczebność polskich oddziałów stale rosła. Wśród wszystkich zagranicznych kontyngentów w napoleońskiej armii polskie Legiony wyróżniały się niezwykłą lojalnością. W lecie 1807 roku polscy żołnierze doczekali się nagrody. Podczas spotkania Napoleona z carem Aleksandrem I na tratwie zakotwiczonej na Niemnie w Tylży dwaj władcy zawarli ogólny, choć tymczasowy traktat pokojowy, regulujący sytuację w Europie Środkowej i Wschodniej. Napoleon i Aleksander I na nowo wyrysowali mapę Europy; z ziem należących do zaboru pruskiego, z Warszawą włącznie, powstało Księstwo Warszawskie, którym miał rządzić lojalny sojusznik Napoleona, król Saksonii. Większość Polaków uznała to za pierwszy krok na drodze do odbudowy państwa polskiego. Bardzo się mylili. W 1814 roku Napoleon został pokonany i zmuszony do abdykacji. Zwycięzcy zgromadzili się w Wiedniu, by raz jeszcze narysować mapę Europy.

Uczestnicy kongresu wiedeńskiego, pierwszej wielkiej międzynarodowej konferencji pokojowej, szybko się przekonali, że najtrudniejszym zadaniem jest rozwiązanie kwestii polskiej - ta sytuacja powtarzała się na wszystkich następnych europejskich konferencjach pokojowych przez kolejne sto lat. Wreszcie, po wielu kompromisach, postanowiono utworzyć niewielkie Królestwo Polskie, które stało się znane jako Królestwo Kongresowe. Prusy zrezygnowały ze swych posiadłości w środkowej Polsce, ale zachowały region Poznania i Pomorze. Austriacy zatrzymali Galicję, lecz zwrócili jeden niewielki okręg i ogłosili, że Kraków będzie wolnym miastem. Choć Rosja nie oddała na rzecz Królestwa Polskiego ani kawałka z zagarniętych obszarów, carowie zostali uznani za dziedzicznych królów Polski. Zgodnie z konstytucją przyjętą przez kongres wiedeński Polacy mieli prawo do własnego parlamentu i własnej armii oraz otrzymali dość szerokie gwarancje wolności słowa i prasy. Wszystkie urzędy w Królestwie mieli sprawować Polacy. Krótko mówiąc, Królestwo Polskie miało być w miarę niezależne - tyle że carowie Rosji byli również królami Polski.

W rzeczywistości jednak carowie szybko zaczęli traktować Polskę tak, jakby była prowincją Rosji - na dokładkę niepoprawną i sprawiającą ustawicznie kłopoty. Rozmaite gwarancje indywidualnych swobód ignorowano. Ilekroć Rosjanom było to na rękę, obsadzali polskie urzędy swoimi ludźmi.

Polska miała jeszcze inne trudności. W latach dwudziestych XIX wieku na rynkach europejskich drastycznie spadły ceny zboża, stanowiącego najważniejszy polski artykuł eksportowy. Polskie zboże - żyto, pszenica - nie przynosiło niemal żadnego zysku. Ziemiaństwo, które nigdy nie było szczególnie zamożne, teraz zostało niemal doprowadzone do ruiny, a chłopi popadli w skrajną nędzę. Królestwo kipiało nienawiścią do Rosjan, którym przypisywano winę za wszystkie trudności.

Od czasu do czasu wybuchały desperackie powstania. W listopadzie 1830 roku Polacy zdołali stworzyć znaczną armię, ale rok później zostali pokonani przez przeważające siły cara Mikołaja I. W odwecie Rosjanie zlikwidowali niezależną armię Królestwa Polskiego, zamknęli uniwersytety i rozwiązali polski parlament. W 1846 roku polscy działacze narodowi przygotowali rewolucję, która jednak została stłumiona, nim się rozpoczęła. W styczniu 1863 roku wybuchło kolejne powstanie, które trwało do pierwszych miesięcy 1864 roku. Rosjanie postanowili teraz raz na zawsze skończyć z kłopotami, jakie sprawiał im ten trudny i uparty naród. Car Mikołaj I powiedział kiedyś, że zna tylko dwa rodzaje Polaków - takich, których nienawidzi, i takich, którymi gardzi. Jego następca Aleksander II zajmował w istocie takie samo stanowisko. Car uznał, że jedynym sposobem na rozwiązanie problemu Polski jest wyeliminowanie Polaków jako Polaków. W tym celu w 1864 roku zaczęto realizować program intensywnej rusyfikacji.

Od tej pory Rosjanie określali Królestwo Polskie terminem "Kraj Przywiślański". Praktycznie obsadzili wszystkie urzędy. Stworzyli skrajnie represyjny system cenzury, sieć policyjnych szpiegów i agents provocateurs. Językiem urzędowym stał się rosyjski. W szkołach zatrudniono rosyjskich nauczycieli, a rosyjski stał się przedmiotem obowiązkowym. Wprowadzono w życie skomplikowaną reformę rolną, której celem było zdobycie lojalności chłopów i ukaranie szlachty. Rosjanie mieli nadzieję, że dzięki nowej polityce po pewnym czasie polski problem sam zniknie.

W tym okresie rząd Prus przyjął nieco podobny plan "depolonizacji" ludności polskiej. W odróżnieniu od Rosji Prusy nie miały poważniejszych problemów z aktywnością powstańczą w swych polskich prowincjach, natomiast poważny niepokój budziła eksplozja demograficzna wśród polskiej ludności.

W pewnym sensie Prusacy mogli sami siebie winić za ten problem. Polacy mieli w zasadzie takie same prawa jak Prusacy mieszkający w polskich prowincjach. W pruskim zaborze chłopi zostali uwolnieni znacznie wcześniej niż w rosyjskim i mieli prawo kupować oraz sprzedawać ziemię. Polscy robotnicy rolni przyjeżdżali do Prus, by pracować w niemieckich i polskich gospodarstwach. Robotnicy ci często, zamiast wracać do zaboru rosyjskiego, zostawali w Prusach. Podobna sytuacja powstała na Śląsku, przemysłowej i górniczej prowincji w południowo-wschodniej części Prus. Szybko rozwijająca się tamtejsza gospodarka potrzebowała siły roboczej, ale płace pozostawały stosunkowo niskie. Dla Polaków proponowane stawki były jednak dostatecznie atrakcyjne, by masowo przekraczali granicę i podejmowali pracę.

Polacy żyjący w Prusach szybko nauczyli się korzystać z nowych możliwości i osiagnęli "wyższy poziom cywilizacyjny" niż rodacy na ziemiach należących do Rosji. Dzięki znacznie efektywniejszemu pruskiemu systemowi szkolnemu ich dzieci były lepiej wykształcone. Bardziej uprzemysłowiona gospodarka pruska zapewniała większe możliwości prowadzenia działalności produkcyjnej i handlowej, dlatego wkrótce powstała silna polska klasa średnia.

W latach osiemdziesiątych XIX wieku rząd Prus (a także rząd cesarski) zaczął sobie zdawać sprawę z powagi sytuacji we wschodnich prowincjach. Z wyjątkiem Gdańska, gdzie niemiecki kapitał, przemysł i handel praktycznie doprowadziły do wyeliminowania Polaków, liczba ludności polskiej szybko rosła, przy czym Polacy nie ulegali germanizacji. Uparcie mówili po polsku, chodzili do katolickich kościołów i tworzyli własne partie polityczne. Krótko mówiąc, w dalszym ciągu uważali się za Polaków i oczekiwali odrodzenia zjednoczonej i niezależnej Polski. Niemcy nie potrafili tego zrozumieć. Zachowanie Polaków wydawało im się straszną niewdzięcznością. "Ich" Polakom wiodło się przecież bez porównania lepiej jako Niemcom, niż Polakom w Austrii i Rosji - dlaczego zatem nie ulegali depolonizacji? Wydawało się niepojęte, że ci Słowianie opierali się niemieckiej "misji cywilizacyjnej", ale tak było. Z oczywistych powodów militarnych i politycznych Niemcy nie mogli pozwolić, by ich wschodnie prowincje wypełniła niezasymilowana ludność polska. Coś trzeba było zrobić.

W 1886 roku powstała Komisja Kolonizacyjna, która miała wykupywać ziemię od Polaków na Pomorzu i w Wielkopolsce, a następnie sprzedawać ją na korzystnych warunkach niemieckim "osadnikom" z innych regionów kraju. Początkowo na ten cel przeznaczono sto milionów marek; ostatecznie komisja wydała miliard marek. Nie na wiele się to zdało. Cena ziemi szybko wzrosła; Polacy, którzy sprzedali gospodarstwa, przenosili się do pruskich miast i inwestowali otrzymane pieniądze w działalność gospodarczą. Konieczne było stworzenie nowego programu wykupywania niewielkich polskich przedsiębiorstw.

Towarzyszące temu ustawy, które miały na celu stłumienie polskiej kul-tury, stanowiły praktyczne wykorzystanie metod stosowanych przez Rosjan. W szkołach i sądach wolno było posługiwać się tylko językiem niemieckim. Później zakazano używania języka polskiego na wszystkich spotkaniach publicznych. Polskie nazwy ulic, wsi i miast zmieniono na niemieckie. W szkołach pracowali wyłącznie niemieccy nauczyciele. Wszystkie posady państwowe otrzymywali Niemcy, którzy dostawali specjalny dodatek do pensji za pracę we wschodnich prowincjach. Wszystkie te wysiłki okazały się jednak nieskuteczne, a w istocie umocniły świadomość narodową Polaków.

Rząd niemiecki nie wiedział, co zrobić. Wszystkie wypróbowane środki zawiodły. W 1861 roku w regionie poznańskim mieszkało 801 tysięcy Polaków i 666 tysięcy Niemców. W 1911 roku liczba Polaków wzrosła do 1 miliona 463 tysięcy, a Niemców zmalała do 637 tysięcy - choć robiono wszystko, by odwrócić tę tendencję. Polacy nie stanowili bezpośredniego zagrożenia - nie mordowali niepolskich urzędników, nie napadali na banki ani nie wzniecali powstań, jak to się działo w zaborze rosyjskim. Stanowili jednak stale rosnący obcy żywioł w Niemczech. Niewątpliwie rząd niemiecki uważał, że w przyszłości stanie się to poważnym problemem, ale wówczas wydawało się, że nijak nie można temu zaradzić.

Rząd austriacki odnosił się do problemu obecności Polaków w Galicji w znacznie bardziej beztroski, typowy dla Austrii sposób. W celu utrzymania jedności cesarstwa Austria już znacznie wcześniej przyjęła politykę maksymalnej możliwej tolerancji wobec przejawów odrębności różnych narodów wchodzących w jej skład. W porównaniu z Rosjanami i Prusakami Austriacy w stosunkach ze swoimi polskimi obywatelami wybrali łagodną metodę postępowania. Należy oczywiście pamiętać, że w Austrii żyło znacznie mniej Polaków niż w pozostałych zaborach. Na początku XX wieku na terenie Polski sprzed rozbiorów mieszkało około 15 milionów Polaków: 9 milionów stanowili poddani rosyjscy, a 3,5 miliona poddani Prus. Tylko nieco ponad 2 miliony Polaków żyło pod panowaniem cesarza Austrii i wiedeńscy biurokraci uważali, że w stosunku do nich mogą sobie pozwolić na pobłażliwość. Pozwalali zatem używać języka polskiego w szkołach i urzędach. Istniało prowincjonalne zgromadzenie ustawodawcze, które uchwalało niezbędne prawa, a gubernatorem prowincji był niemal zawsze Polak. Nauczycielami w szkołach i profesorami uniwersytetów byli w większości Polacy. Mogli oni również robić karierę w służbie państwowej w Wiedniu. Policja w Galicji (złożona głównie z Polaków) nie ścigała agitatorów i spiskowców, którzy uciekali tam z zaboru rosyjskiego. Niezbyt zresztą interesowała się spiskami organizowanymi w Austrii, szczególnie tymi, które nie wyróżniały się demonstracyjnym charakterem lub były wymierzone w inne państwa.

Można by przypuszczać, że wskutek takiej łagodnej polityki rząd austriacki będzie miał wiele kłopotów z polskimi działaczami narodowymi, ale wcale tak nie było. Wszyscy Polacy rozumieli, że głównymi przeciwnikami niezależności Polski są Rosja i Prusy. Walkę o niepodległość należało stoczyć z tymi dwoma państwami. Gdyby to się udało, Austria nie stanowiłaby już większego problemu. Polscy zwolennicy niepodległości nie robili nic, co naruszyłoby status quo w Austrii. Galicja dotrwała do XX wieku jako politycznie spokojny zaścianek.

Jedną z najważniejszych cech polskiego społeczeństwa pod koniec XIX i w pierwszych latach XX wieku była wielka ruchliwość chłopów. Po uwolnieniu od plagi wojen i chorób populacja polskich chłopów szybko się powiększała. W krótkim czasie doszło do przeludnienia w zaborze rosyjskim i w Galicji, a w mniejszym stopniu również we wschodnich prowincjach niemieckich. Miliony chłopów emigrowały w poszukiwaniu lepszego życia (a życie było lepsze niemal wszędzie na zachód od Polski). Powstały duże skupiska Polaków w Danii, Szwajcarii i Belgii. Jeszcze więcej chłopów wyjechało do Brazylii i Francji, ale zdecydowanie najwięcej emigrantów udawało się do Ameryki. W okresie od 1870 do 1914 roku do Stanów Zjednoczonych przyjechały 2 miliony Polaków (600 tysięcy z Prus, 595 tysięcy z austriackiej Galicji i 750 tysięcy z zaboru rosyjskiego).

Podobnie jak większość imigrantów bez pieniędzy i wykształcenia, polscy chłopi zamieszkiwali razem w dużych amerykańskich miastach, zwłaszcza w Pittsburghu i Chicago, gdzie wykonywali najcięższe i najgorzej płatne prace. Mimo to życie w Stanach Zjednoczonych było lepsze niż w Europie. Choć stopniowo ulegali amerykanizacji, nie zapominali o Polsce i o sprawie niepodległości. Ich dzieci chodziły do szkół parafialnych, gdzie nauczano języka polskiego i historii Polski. Imigranci zakładali stowarzyszenia propagujące walkę o niepodległość ojczyzny, a ponieważ stanowili dużą grupę wyborców, politycy poświęcali ich życzeniom wiele uwagi.

Polska szlachta, wśród której pojawiła się grupa osób z wyższym wykształceniem, określana jako "inteligencja", również emigrowała. Stało się rzeczą powszechnie przyjętą, że polscy uczeni, inżynierowie, ekonomiści i artyści - a także osoby pragnące zdobyć wykształcenie w takich dziedzinach - wyjeżdżali za granicę. Polacy studiowali i wykładali na uniwersytetach w całej Europie, ale nigdy nie tracili tożsamości narodowej i nie przestawali marzyć o odrodzeniu ojczyzny. Mieszkańcy krajów, w których żyli polscy intelektualiści, uważali ich za romantyków przydających blasku sprawie niepodległości.

Wylęgarnią polskich organizacji, które przewodziły w walce o niepodległość, był europejski ruch socjalistyczny. W Polsce socjalizm pojawił się nieco później niż w Europie Zachodniej. Rozwój ruchu socjalistycznego opóźnił się, ponieważ najpierw musiał powstać dostatecznie liczny proletariat przemysłowy, stanowiący jego naturalną bazę. Ten warunek został spełniony w połowie lat osiemdziesiątych XIX wieku. Należy jednak pamiętać, że większość Polaków mieszkała w zaborze rosyjskim, a w carskiej Rosji, w odróżnieniu od państw Europy Zachodniej, przynależność do partii socjalistycznej była uważana za przestępstwo.

Mimo to ostatecznie powstały polskie organizacje socjalistyczne. Początkowo istniały dwie partie. Pierwsza, nazwana po prostu Proletariat, koncentrowała się wyłącznie na pracy organizacyjnej i przygotowaniach do rewolucji proletariackiej. Druga, Lud Polski, miała podobne cele, ale łączyła je z dążeniami do przywrócenia Polsce niepodległości.

Ostry spór między Proletariatem i Ludem Polskim dotyczył tej właśnie kwestii i z pewnością zahamował rozwój ruchu socjalistycznego w Polsce - który i tak był trudny, ponieważ obie partie, w obliczu stałego zagrożenia ze strony rosyjskiej tajnej policji, musiały działać konspiracyjnie. Po pewnym czasie to Rosjanie rozwiązali konflikt między dwiema partiami. Do obu organizacji przeniknęli agenci, przywódcy zostali aresztowani i powieszeni w warszawskiej Cytadeli, a liczni polscy socjaliści skazani na wiele lat katorgi.

Ta katastrofa zachęciła polskich socjalistów różnych odmian do zwarcia szeregów. W 1892 roku ich przedstawiciele spotkali się w Paryżu i powołali jedną organizację - Polską Partię Socjalistyczną (PPS). Program partii miał stanowić kompromis między celami działania wcześniejszych organizacji niepodległościowych i internacjonalistycznych, ale większość jej przywódców stanowili niewątpliwie działacze narodowi, którzy uważali, że zwycięstwo socjalizmu w Polsce jest niemożliwe przed odzyskaniem niepodległości.

"Jedność" PPS nie przetrwała długo. W tym czasie w Szwajcarii istniała grupa młodych polskich uchodźców, pracujących tam i studiujących. Grupie tej przewodziła Róża Luksemburg, błyskotliwa Żydówka, która uciekła z Polski w 1889 roku. Jej zwolennicy zdecydowanie sprzeciwiali się uznaniu niepodległości Polski za jeden z punktów programu PPS. Uważali niepodległość za pojęcie archaiczne, które musiało doprowadzić do zejścia ze słusznej, marksistowskiej ścieżki. Pod wpływem Luksemburg wkrótce odłączyli się oni od PPS i powołali Socjaldemokrację Królestwa Polskiego (SDKP). W 1899 roku Feliks Dzierżyński*, który kierował ruchem socjalistycznym na Litwie, przyłączył się wraz ze swymi zwolennikami do SDKP, odtąd znanej jako Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL).

* Dzierżyński później kierował sowiecką Czeka.

Istnienie dwóch polskich organizacji socjalistycznych powodowało ogromne problemy na każdym kongresie Międzynarodówki. Stały punkt sporny stanowiła kwestia, która z nich powinna być uznana. Różę Luksemburg zbyt ceniono jako teoretyka, by ją zignorować lub odmówić jej prawa głosu, ale SDKPiL odgrywała marginalną rolę w Polsce, podczas gdy PPS prowadziła w kraju rozległą i niebezpieczną działalność. Socjaliści musieli przyznać, że PPS potrafiła wykorzystać naturalną atrakcyjność haseł niepodległościowych, by przyciągnąć robotników do sprawy socjalizmu. Liczba członków partii szybko rosła. Gdy zatem PPS twierdziła, że tylko ona ma prawo reprezentować polski ruch socjalistyczny na międzynarodowych kongresach, trudno było odmówić jej racji. Cała ta sprawa wywoływała takie zamieszanie (niekończące się wrzaskliwe spory obfitowały w jadowite ataki osobiste), że wśród europejskich socjalistów tę jałową dyskusję określano mianem Polendebatte ("polska debata"). Większość europejskich socjalistów uważała swych polskich kolegów za postacie niemal komiczne.

Jednak przynajmniej jednego polskiego socjalistę, przywódcę niepodległościowego skrzydła PPS, wszyscy traktowali z powagą. Był nim Józef Piłsudski - który później przez wiele lat odgrywał kluczową rolę w Europie Środkowej. Choć w szeregach PPS nie brakowało wielu oryginalnych postaci, wszyscy musieli przyznać, że Piłsudski - potomek drobnej szlachty litewskiej i gorący polski patriota - był niezwykłym socjalistą.

Patriotyzm Piłsudskiego był niewątpliwie wynikiem wychowania. W dzieciństwie Józef wielokrotnie słuchał opowieści o powstaniu styczniowym w 1863 roku, w którym brali udział jego krewni. Na Litwie powstanie zostało stłumione wyjątkowo brutalnie. Matka Piłsudskiego, Maria, była fanatyczną polską patriotką. Opowiadała swym dzieciom o heroicznych czynach Polaków, a w sekretnych szufladach trzymała portrety polskich patriotów. Ciotka, która mieszkała z rodziną, często snuła historie o powstaniu listopadowym z lat 1831-1832. Była tak zaciekłą patriotką, że w rodzinie przezywano ją "Generałem".

Jeśli jeszcze coś mogło pogłębić patriotyzm Józefa Piłsudskiego, to czynnikiem tym stała się nauka w wileńskim gimnazjum. W okresie szczytowego nasilenia programu rusyfikacji wszyscy nauczyciele byli Rosjanami. Piłsudski wspominał później, że "za system mieli możliwe zgnębienie samodzielności i godności osobistej swych wychowanków... Bezsilna wściekłość dusiła mnie nieraz, a wstyd, że niczym zaszkodzić wrogom nie mogę, że muszę znosić w milczeniu deptanie mej godności i słuchać kłamliwych i pogardliwych słów o Polsce, Polakach i ich historii, palił mi policzki". Uczniowie nie mogli się temu otwarcie sprzeciwiać. Gdyby któryś się odważył, zostałby wyrzucony ze szkoły z "wilczym biletem", który uniemożliwiał podjęcie nauki w całej carskiej Rosji. "Lata mojego pobytu w gimnazjum zaliczam zawsze do najprzykrzejszych w moim życiu"[1].

Od najwcześniejszych lat było oczywiste, że Piłsudski jest wyjątkowym chłopcem. Niezwykle przystojny, miał jasne, krótko ostrzyżone włosy i oczy o dziwnej, intensywnie szarej barwie. Wyróżniał się sprawnością fizyczną, był silny i szczupły. Mimo to bracia, siostry i koledzy ze szkoły niezbyt go lubili, ponieważ zawsze chciał odgrywać dominującą rolę, a gdy nie udawało mu się postawić na swoim, wpadał we wściekłość i nic nie mogło go uspokoić. W późniejszych latach zrozumiał, że musi nauczyć się kontrolować swoje namiętności, i jako nastolatek był już niezwykle opanowany. Zmienił się w człowieka milkliwego i nieujawniającego swych sekretów; te cechy ostro kontrastowały z emocjonalnym gadulstwem typowym dla potomków polsko-litewskiej szlachty.

Piłsudski przybrał maskę z jeszcze innego powodu: wstąpił do nielegalnej partii. Wspominał, że w 1884 roku, gdy miał siedemnaście lat, "stał się socjalistą"[2]. Jego zainteresowanie socjalizmem wynikało z pełnych współczucia, choć raczej powierzchownych obserwacji nędzy klasy robotniczej w Wilnie; znaczenie miało również to, że przystąpienie do ruchu socjalistycznego było czymś w rodzaju osobistej deklaracji wojny z carską Rosją. Piłsudski nie znał i nigdy później nie poznał dokładnie teorii socjalizmu. Jego przekonania były wynikiem pobieżnej lektury pewnych rosyjskich utopistów w latach młodzieńczych. Piłsudski czytał również Marksa, ale odrzucał jego teorię ekonomiczną - a zatem całą marksistowską doktrynę.

W tym samym okresie, gdy stał się - jak to później określił - "takim bardzo płytkim socjalistą"[3], musiał wybrać jakiś zawód. Nie wchodziła w rachubę żadna z dwóch profesji, jakie zgodnie z tradycją wykonywali w rosyjskim imperium synowie drobnej szlachty. Jego rodzina nie miała ziemi, a zatem nie mógł zostać ziemianinem. Gdyby natomiast chciał zostać oficerem - na co miał największą ochotę - musiałby służyć w carskiej armii, to zaś wykluczał.

Wreszcie postanowiono, że Józef pojedzie na Uniwersytet Charkowski studiować medycynę. Nie była to trafna decyzja. Piłsudski zupełnie nie nadawał się na lekarza i większość czasu poświęcał na działalność w socjalistycznym kółku studentów, do którego należał również jego brat Bronisław. Stał się znany policji jako sympatyk socjalizmu. Po pierwszym roku studiów wrócił z Charkowa do Wilna. Złożył podanie o przyjęcie na Uniwersytet Dorpacki w Estonii, ale nie został przyjęty z uwagi na związki z socjalistami. Mniej więcej w tym czasie, pierwszego marca 1887 roku, rosyjska policja zatrzymała trzech studentów, którzy w podejrzanie wypchanych płaszczach kręcili się w okolicy Pałacu Zimowego w Sankt Petersburgu. Młodzi mężczyźni tak jawnie wyczekiwali na pojawienie się cara Aleksandra II, że ich aresztowanie było tylko kwestią policyjnej rutyny. Okazało się, że pod płaszczami ukrywali dwa zepsute browningi oraz kilka bomb tak kiepskiej konstrukcji, że nie mogłyby wybuchnąć.

Rosyjska policja natychmiast aresztowała siedemdziesięciu czterech studentów o socjalistycznych przekonaniach, znajomych niedoszłych zamachowców albo znajomych ich znajomych. Wśród aresztowanych i postawionych przed sądem znalazł się również brat Józefa, Bronisław. Jednym z głównych spiskowców oskarżonych w tym procesie był starszy brat Lenina, Aleksander Uljanow, który został skazany na śmierć i stracony. Bronisław Piłsudski pożyczył tylko pieniędzy jednemu z konspiratorów, lecz dostał piętnaście lat ciężkich robót. Józef Piłsudski, który - co wydaje się pewne - nawet nie wiedział o spisku, nie został oskarżony, ale w trybie administracyjnym otrzymał karę pięciu lat zsyłki na Syberię - wyłącznie z powodu socjalistycznych sympatii i związku rodzinnego z Bronisławem.

"Administracyjna zsyłka" na Syberię była karą stosowaną wobec "intelektualnych rewolucjonistów". Takim wichrzycielom, zsyłanym do odległych osiedli na Syberii, przydzielano tam jakąś pracę, by mogli przeżyć, i kazano regularnie meldować się na policji. Ucieczka z zesłania była niemal niemożliwa, gdyż brakowało środków transportu, a nieliczne drogi nadzorowała policja. Rosyjskie władze miały nadzieję, że żmudne życie w błotnistych syberyjskich osadach znudzi i złamie intelektualistów. Dodatkowo na zesłaniu socjaliści nie mieli okazji do uprawiania swej działalności i tracili kontakt z towarzyszami.

W rzeczywistości często się zdarzało, że zsyłka powodowała skutki dokładnie przeciwne do zamierzonych. Dla wielu rewolucyjnych intelektualistów stanowiła kombinację wakacji i studiów socjalistycznych. Zesłańcy mieli tyle czasu, ile tylko chcieli, by czytać, pisać listy i rozmawiać z innymi socjalistami w swej osadzie. Mogli myśleć, obserwować i wyciągać wnioski. W wolnych chwilach polowali, łowili ryby i spacerowali po okolicy. Wielu zesłańców przyznawało, że było to dla nich wyjątkowo przyjemne doświadczenie. Z reguły wszyscy wracali z pogłębionymi przekonaniami socjalistycznymi i zdrowsi. Lenin na przykład tak utył na zesłaniu, że w pierwszej chwili po powrocie rodzina go nie poznała. Piłsudski nie był wyjątkiem. Jeśli nie wykorzystał tej okazji, by poszerzyć znajomość socjalistycznej teorii, tak jak czynili inni, to z pewnością zsyłka utwierdziła go w przyjętych poglądach. Teraz nie miał wątpliwości, że warunkiem koniecznym wprowadzenia zmian społecznych w Polsce jest odzyskanie niepodległości. Stał się zdeklarowanym wrogiem Rosjan, do czego już wcześniej był przygotowany.

Wrócił do Wilna w 1892 roku, zgolił brodę, by zmienić wygląd, a rok później zszedł do podziemia jako członek niedawno utworzonej PPS. Wśród socjalistów był znany jako "towarzysz Wiktor". Przekonany, że najważniejszym zadaniem nowej partii jest druk i dystrybucja materiałów propagandowych - socjalistycznych broszur, przekładów prac najważniejszych teoretyków socjalizmu i pisma adresowanego do robotników - zajął się tą dziedziną działalności partii, zorganizował sieć kurierów i w ciągu ośmiu lat przeszmuglował do zaboru rosyjskiego setki ton bibuły. Od 1894 roku pisał, redagował i drukował nielegalne pismo partii, zatytułowane "Robotnik".

Gdyby został zatrzymany za nielegalną działalność, z pewnością otrzymałby bardzo wysoki wyrok, dlatego musiał działać w wielkiej tajemnicy. Z tego względu zerwał prawie całkowicie kontakty z innymi członkami partii. Nie miał bezpośredniej styczności z polskimi robotnikami, wśród których, jako potomek szlacheckiej rodziny, i tak nie mógł zdobyć większej popularności. Zamiast tego skoncentrował się całkowicie na wydawaniu "Robotnika". Korzystając wyłącznie z pomocy żony i jednego towarzysza, wypuszczał kolejne numery niemal co miesiąc. Samo drukowanie pisma było niezwykle żmudnym zajęciem. Ze względu na bezpieczeństwo Piłsudski nieustannie zmieniał lokalizację drukarni, a maszyna drukarska musiała być na tyle mała i lekka, by można ją było łatwo przenieść. Ten warunek spełniała jedynie niewielka prasa przeznaczona do druku wizytówek. Działała tak wolno, że wydrukowanie dwóch tysięcy egzemplarzy jednego numeru "Robotnika", liczącego dwanaście stron, trwało dwa tygodnie. Zasięg pisma był znacznie większy niż jego nakład. Każdy egzemplarz przechodził z rąk do rąk, dopóki się nie rozpadł. Rosyjska tajna policja oceniała, że praktycznie wszyscy robotnicy przemysłowi w Warszawie, którzy umieli czytać, czytali "Robotnika". Duże wrażenie robił na nich sam fakt, że pismo ukazywało się regularnie. "Towarzysz Wiktor" stał się niemal legendarną postacią, zarówno wśród robotników, jak i carskiej policji. Większość ludzi nie wiedziała, czy ten człowiek rzeczywiście istnieje, a nieliczni, którzy go spotkali, nie znali jego prawdziwego nazwiska.

Nie można było oczekiwać, że ta sytuacja będzie trwać w nieskończoność. Dwudziestego drugiego lutego 1900 roku dwaj agenci policji, śledzący pewnego podejrzanego w Łodzi, aresztowali go, gdy kupował zaskakująco dużo papieru. Wieczorem tego samego dnia policja sprawdziła wszystkie domy i mieszkania, które odwiedzał podejrzany. W jednym z mieszkań zastali mężczyznę posługującego się nazwiskiem Dombrowski oraz jego żonę, a także znaleźli maszynę drukarską. W ten sposób policja złapała wreszcie "towarzysza Wiktora". Po kilku miesiącach w więzieniu w Łodzi Piłsudski został przeniesiony do osławionego X Pawilonu warszawskiej Cytadeli.

Warszawska Cytadela była siedzibą garnizonu rosyjskiego. Została zbudowana po powstaniu listopadowym w 1831 roku, by zapewnić garnizonowi schronienie w razie kolejnej insurekcji. Wewnątrz stało dziewięć dużych budynków, zwanych pawilonami, stanowiących koszary. Po kilku latach zbudowano dziesiąty pawilon, gdzie więziono przestępców politycznych. Do X Pawilonu trafiali tylko najważniejsi lub najgroźniejsi więźniowie. W ciągu wielu lat podejmowano liczne próby ucieczki z X Pawilonu, ale nikomu się to nie udało.

Przez kilka miesięcy Piłsudski zachowywał się jak typowy więzień. Dla zabicia czasu wyrysował szachownicę na zakładce Biblii, która leżała w każdej celi, i grał sam ze sobą w szachy. Przestawiał meble w celi. Po pewnym czasie znalazł sposób, by szmuglować grypsy, dzięki czemu nawiązał kontakt z przywództwem PPS, dla której aresztowanie jednego z głównych działaczy stanowiło wielki cios. Otrzymał również list od pewnego polskiego lekarza psychiatry, eksperta od paranoi.

Osobowość Piłsudskiego zaczęła się powoli zmieniać. Mówił z ożywieniem do nieobecnych osób, oscylował między melancholią a wzburzeniem. Nie chciał rozmawiać ze strażnikami, a gdy wchodzili, kulił się w kącie celi. Zaczął bredzić, że wszyscy chcą go otruć; jadł tylko jajka gotowane w skorupkach, ponieważ, jak utrzymywał, jajek nie można zatruć.

Po kilku miesiącach władze więzienne sprowadziły słynnego rosyjskiego lekarza, by zbadał więźnia. Ten stwierdził, że jest to podręcznikowy przykład paranoi. Władze poleciły przenieść wariata do więziennego szpitala św. Mikołaja Cudotwórcy w Petersburgu.

Piłsudski, którego wygląd zewnętrzny szokująco się zmienił, został umieszczony na oddziale razem z pięćdziesięcioma szaleńcami. Kulił się w kącie, podczas gdy chorzy wrzeszczeli i bełkotali. Lekarze uznali, że stanowi ciekawy przypadek. Szczególnie zainteresował się nim pewien młody polski doktor, który niedawno rozpoczął pracę i zajmował się naukowo paranoją. Trzynastego maja 1901 roku w Sankt Petersburgu odbywał się wielki jarmark i niemal wszyscy pracownicy szpitala dostali wolne. Tego dnia przybył tam polski doktor z torbą lekarską w ręce, by zbadać chorego Piłsudskiego.

Po dziesięciu minutach lekarz, w towarzystwie znajomego ubranego w normalne ubranie, wyszedł ze szpitala i zatrzymał dorożkę. Chwilę później obaj znikli w ulicznym tłumie. Owym "znajomym" był oczywiście Piłsudski, który niezwykle sprawnie symulował chorobę psychiczną, a ubranie przyniósł mu lekarz w swej torbie.

Po ucieczce ze szpitala Piłsudski, korzystając z kilku zestawów fałszywych dokumentów dostarczonych przez PPS, bez pośpiechu wyjechał z Rosji. Po drodze zatrzymał się na krótko w Kijowie, by raz jeszcze spojrzeć na swą maszynę drukarską, którą PPS odzyskała od Rosjan i znowu wykorzystywała do drukowania socjalistycznej literatury. Sprawdził, czy nadal jest wydawany "Robotnik" (po aresztowaniu nie było żadnej przerwy), a następnie przekroczył granicę. W Krakowie był bezpieczny.

Wkrótce wszyscy dowiedzieli się o jego ucieczce. Żadna cenzura nie mogłaby utrzymać tego w tajemnicy, skoro wśród polskich robotników Piłsudski stał się legendarną postacią o heroicznych wymiarach. Przypisywano mu szereg antyrosyjskich akcji, z którymi nie miał nic wspólnego. Rzecz jasna, carska policja robiła, co mogła, by go ponownie schwytać. Korzystając z tajnych agentów działających za granicą, usiłowała śledzić jego kroki. W każdym posterunku policji na terenie zaboru rosyjskiego wisiał wizerunek Piłsudskiego.

Natomiast w kierownictwie PPS Piłsudski nie cieszył się takim uznaniem jak wśród mas. Partia stopniowo ulegała podziałowi na dwa skrzydła, niepodległościowe i internacjonalistyczne; to ostatnie wybrało program zbliżony do stanowiska SDKPiL Róży Luksemburg. Piłsudski rzadko angażował się w spory z marksistowskimi purystami. Nie miał też powodu tego czynić. Jako działacz rewolucyjny przyćmił niemal wszystkich polskich socjalistów, a teoretyczne dyskusje prowadzone przez ludzi pokroju Róży Luksemburg były mu całkowicie obojętne. W najmniejszej mierze nie przejmował się tym, że uważają go za potencjalnie niebezpiecznego zwolennika skundlonej wersji socjalizmu. Oni wiedli swe spory w bezpiecznej Szwajcarii lub w Londynie, a on działał w terenie.

Mniej więcej w tym czasie Piłsudski zaczął stopniowo wracać do dawnego, szlacheckiego stylu. Znudziła go praca organizacyjna wśród mas. Wygłaszał kiepskie przemówienia, nie starał się poinformować lub przekonać słuchaczy. Autorytarne skłonności, jakie wykazywał w dzieciństwie, teraz przejawiały się w utrwalonym nawyku wydawania rozkazów. Wielu członków Centralnego Komitetu PPS uważało, że dąży do władzy. Zaczęto się od niego dystansować, mówiono, że jest "szlacheckim socjalistą". Komitet rozumiał jednak, że musi wyznaczyć Piłsudskiemu jakieś odpowiedzialne pole działania, dlatego powierzył mu stworzenie tajnej organizacji wojskowej, która do tej pory praktycznie nie istniała. Centralny Komitet był przekonany, że PPS od czasu do czasu powinna przeprowadzać akcje terrorystyczne, takie jak wysadzenie posterunku policji, a Piłsudski wydawał się właściwym człowiekiem do pokierowania takimi działaniami, dlatego upoważniono go do utworzenia uzbrojonej Organizacji Bojowej, czyli Bojówki.

Tego typu przedsięwzięcie bardzo odpowiadało Piłsudskiemu - miał stworzyć strukturę o charakterze wojskowym, działającą w konspiracji i przeprowadzającą niebezpieczne akcje. Wykorzystał sieć kurierów, którą zorganizował wiele lat wcześniej, do przemycania już nie bibuły, tylko pistoletów i granatów. Zwerbował grupę mężczyzn i kobiet, którzy zostali przećwiczeni w posługiwaniu się bronią. Kierując działaniami Organizacji Bojowej, wielokrotnie przekraczał granicę rosyjsko-austriacką. Wkrótce rzucił wyzwanie Centralnemu Komitetowi PPS, nie zgadzając się na przeprowadzenie akcji terrorystycznych, o jakich myśleli jego członkowie. Piłsudski twierdził, że zastrzelenie jakiegoś rosyjskiego urzędnika nie przyniesie żadnych korzyści, natomiast spowoduje szerokie represje. Jego zdaniem Bojówka powinna po prostu zademonstrować całemu społeczeństwu, że istnieje aktywna, choć niewielka, grupa zbrojna, której członkowie gotowi są zginąć w walce przeciw Rosji. Bojówka przeprowadzała przede wszystkim ekspropriacje, czyli napady na rosyjskie banki i transporty pieniędzy, oraz odbijała złapanych przez policję socjalistów. Mimo że nigdy nie liczyła więcej niż kilkaset osób, w obu tych dziedzinach odniosła spektakularne sukcesy. Tylko w 1904 roku przeprowadziła kilkanaście ekspropriacji. Z coraz większą wprawą bojowcy uwalniali także uwięzionych socjalistów. Pewnego dnia w głównym warszawskim więzieniu pojawił się kapitan policji z oddziałem żołnierzy; miał rozkaz, przewieźć dziesięciu ważnych więźniów skazanych na rozstrzelanie w Cytadeli. Wszystkie dokumenty były w jak najlepszym porządku, zatem władze więzienne wydały więźniów (których żołnierze kapitana nieco poturbowali, a następnie zakuli w kajdanki). Zostali oni załadowani na wóz i wywiezieni. Wkrótce po przekroczeniu bramy woźnicę uśpiono chloroformem, a więźniów rozkuto. Kapitan, żołnierze i skazańcy przebrali się w cywilne ubrania i znikli w robotniczej dzielnicy Warszawy. Tej nocy na dwunastu skrzyżowaniach głównych ulic miasta pojawiły się ogłoszenia: "Na rozkaz swego dowódcy Józefa Piłsudskiego Bojówka uwolniła dziesięciu Polaków skazanych na śmierć"[4].

Jednak mimo sukcesów Bojówki rok 1904 był początkiem okresu politycznych niepowodzeń Piłsudskiego. Po wybuchu wojny rosyjsko-japońskiej Piłsudski, w zasadzie z własnej inicjatywy, pojechał do Tokio, by spróbować nakłonić Japończyków do poparcia dążeń niepodległościowych Polski oraz zapewnienia pieniędzy i broni dla powstania, którym dowodzić miał on sam. Japończycy nie przyjęli jego propozycji. Mieli wątpliwości, jak się okazało w pełni uzasadnione, czy rzeczywiście byłby w stanie wzniecić rewolucję. Rosjanie bez trudu zmobilizowali żołnierzy z Polski, a Piłsudski przekonał się, że nie potrafi zebrać nawet rubla na akcję mającą utrudnić mobilizację. W listopadzie 1904 roku w Warszawie odbyła się antywojenna demonstracja, którą Piłsudski popierał. Kozacy bez trudu rozpędzili demonstrantów, zabijając jedenastu Polaków.

W kręgach polskich socjalistów panowało przekonanie, że metody Piłsudskiego są przestarzałe. Nie chodziło tylko o to, że zyski z ekspropriacji nie pokrywały nawet kosztów działania Organizacji Bojowej. Ważniejsze było to, że operacji Piłsudskiego często nie można było odróżnić od zwykłego bandytyzmu. W odpowiedzi na ekspropriacje Rosjanie niemal przypadkowo wybierali zakładników i za każdego zabitego żołnierza lub policjanta rozstrzeliwali pięciu mężczyzn. Nie ulegało wątpliwości, że ginie zbyt wielu niewinnych Polaków, by operacje te można było uznać za uzasadnione. Centralny Komitet PPS przestał finansować Bojówkę i nakazał jej rozwiązanie. Decyzja ta była w istocie tylko potwierdzeniem tego, co już się stało. Wskutek śmierci lub aresztowania wielu członków Organizacja Bojowa utraciła możliwości działania.

Piłsudski na kilka lat praktycznie wycofał się z aktywności politycznej. Był przystojnym, energicznym mężczyzną, nie miał jeszcze czterdziestu lat. Teraz spędzał całe tygodnie w niewielkim domku w galicyjskich górach, gdzie ciągle palił i czytał podręczniki wojskowe oraz historie słynnych kampanii. W trakcie takich studiów wyobrażał sobie (w romantycznym stylu polskiej szlachty), że jest wojskowym dyktatorem wolnej Polski walczącej z wrogami. Starannie planował swe kampanie obronne i kontrofensywy. Długo dumał nad przyczynami swych frustracji - biernością Polaków w obliczu mobilizacji w 1904 roku i słabością socjalistycznych przywódców (tak ich oceniał). Wreszcie, pod koniec 1907 roku, Piłsudski znów się obudził. Bez zgody PPS, wyłącznie z własnej inicjatywy, zebrał szesnastu najbardziej oddanych weteranów Bojówki i zorganizował jeszcze jedną, ostatnią ekspropriację.

Przewóz złota, srebra i papierów wartościowych z Polski do Sankt Petersburga organizowano zawsze tak samo. Kosztowności zbierano w Wilnie, skąd pod eskortą policji i wojska przewożono je pociągiem, jedyną linią kolejową łączącą Wilno z Sankt Petersburgiem. W styczniu 1908 roku Piłsudski przyjechał na rekonesans. Napad na pociąg w samym Wilnie nie wchodził w grę. Dworzec był silnie strzeżony. Jednak pociąg zatrzymywał się później na niewielkiej stacji Bezdany, o godzinę jazdy od Wilna. Piłsudski zdecydował, że w tym miejscu nastąpi napad, ale przeprowadzenie go zimą było wykluczone, gdyż zbyt głęboki śnieg uniemożliwiał ucieczkę. Piłsudski zostawił jednego ze swych ludzi w Bezdanach, by obserwował pociągi i zachowanie wojskowej eskorty, natomiast samą akcję przełożył na lato.

W ciągu kilku miesięcy Piłsudski wraz z niewielką grupą weteranów Bojówki przenieśli się do Wilna. Byli wśród nich jego najwierniejsi zwolennicy, między innymi Walery Sławek, Aleksander Prystor i Aleksandra Szczerbińska. Wszyscy pod takim lub innym pretekstem odwiedzili Bezdany, by zapoznać się z okolicą. Szczerbińska wynajęła niewielki domek w lesie w pobliżu stacji. Inny członek grupy, udając rybaka, wynajął konia i wóz, rzekomo w celu przewiezienia łodzi do jeziora. Dotkliwym problemem był brak pieniędzy na realizację operacji. PPS nie zgodziła się udzielić wsparcia niedobitkom swej Organizacji Bojowej. Piłsudski i jego ludzie przeznaczyli na akcję wszystkie pieniądze, jakie mieli na życie, a po kilku miesiącach musieli pożyczać od znajomych.

Pod koniec września wszystko było gotowe. Pozostało już tylko czekać na pociąg z dużym transportem gotówki i kosztowności. Agenci Piłsudskiego na dworcu wypatrywali takiej okazji. W tym czasie on sam zajął się układaniem swego nekrologu, który wysłał do przyjaciela; tekst miałby zostać opublikowany, gdyby dowódca zginął w akcji. Była to wyjątkowo jasna (i gniewna) deklaracja jego celów:

Nie idzie mi, naturalnie, o to, bym Ci miał dyktować ocenę mojej pracy i życia - nie! - masz pod tym względem zupełną swobodę, proszę tylko o to, byś nie robił ze mnie "dobrego oficera lub mazgaja i sentymentalistę"... Walczę i umrę jedynie dlatego, że w tym wychodku, jakim jest nasze życie, żyć nie mogę, to ubliża - słyszysz! - ubliża mi, jako człowiekowi z godnością nie niewolniczą. Niech inni się bawią w hodowanie kwiatów czy socjalizmu, czy polskości... Ostatnia moja idea, której nie rozwinąłem jeszcze nigdzie, to konieczność w naszych warunkach wytworzenia w każdej partii, a tym bardziej naszej, funkcji siły fizycznej... funkcji przemocy brutalnej... Zrobiłem już dosyć dużo w tym kierunku, ale za mało, by móc wypocząć na laurach i zająć się serio przygotowaniami bezpośrednimi do walki, i teraz stawiam siebie na kartę... Wiesz, że jedynym wahaniem moim jest, że oto zginę przy tej ekspropriacji, i ten fakt chcę wyjaśnić... Moneta! Niech ją diabli wezmą, jak nią gardzę, ale wolę ją brać tak jak zdobycz w walce, nie żebrać o nią u zdziecinniałego z tchórzostwa społeczeństwa polskiego, bo przecież jej nie mam, a mieć muszę dla celów zakreślonych[5].

Już wkrótce po spisaniu nekrologu Piłsudski miał więcej pieniędzy, niż kiedykolwiek marzył. Dwudziestego szóstego września w Bezdanach zatrzymał się pociąg, w którego składzie był wagon z pieniędzmi, eskortowany przez żołnierzy. Gdy tylko pociąg stanął, kilku pasażerów wyciągnęło broń i wdarło się do przedziału eskorty, zabijając jednego żołnierza i pięciu raniąc. Inni napastnicy przecięli na stacji kable telegrafu i zatrzymali jej pracowników. Piłsudski osobiście rzucił bombę, która wysadziła drzwi wagonu pocztowego, a następnie wszedł do środka i wysadził drzwiczki sejfów. Do wagonu podjechał wóz "wędkarza". Napastnicy szybko przeładowali gotówkę i papiery wartościowe. Wóz odjechał, a bojowcy rzucili jeszcze kilka granatów, by oszołomić świadków, po czym znikli w lesie.

Zdobycz była tak wielka, że koń ciągnący wóz padł wieczorem z wyczerpania. Łup wart był 200 812 rubli, czyli w przybliżeniu 100 tysięcy dolarów według ówczesnego kursu. W 1908 roku w Europie Wschodniej była to niewyobrażalna fortuna. Poważnym problemem okazał się ciężar ukradzionych srebrnych monet. Napastnicy ukryli je w dole wykopanym w pobliżu wynajętego domu i w późniejszych miesiącach stopniowo przewozili do Galicji. Piłsudski dysponował teraz wielkimi środkami, których dotąd tak bardzo mu brakowało.

Wkrótce po powrocie Piłsudskiego z Bezdan powstała polska organizacja wojskowa nowego rodzaju. Początkowo była całkowicie tajna, nielegalna, a należeć do niej mogli tylko członkowie PPS, którzy wcześniej działali w Organizacji Bojowej. Związek Walki Czynnej - bo tak się nazywała - powstał we Lwowie, a kierował nim jeden z najbliższych uczniów Piłsudskiego, młody Kazimierz Sosnkowski. ZWC miał przygotowywać Polaków do prowadzenia walki partyzanckiej. Gdy PPS odmówiła finansowania tej akcji, Piłsudski przejął kierownictwo nad związkiem i wspierał go, wykorzystując pieniądze z ekspropriacji.

Do 1910 roku charakter tej organizacji uległ kompletnej zmianie. Zamiast przygotowań do wojny partyzanckiej Piłsudski wprowadził bardziej konwencjonalne ćwiczenia wojskowe - strzelanie do tarczy, musztrę, marsze i temu podobne. ZWC zaczął działać bardziej otwarcie i przyjmował kandydatów spoza PPS. Tolerancyjny rząd austriacki nie widział powodu, by zakazywać Polakom prowadzenia niedzielnych ćwiczeń wojskowych. Monarchia austro-węgierska pozwalała działać najrozmaitszym organizacjom narodowym, jeśli tylko nie wzywały do obalenia władzy. Czesi mieli bzika na punkcie kolarstwa, a z punktu widzenia Austriaków nie było większej różnicy między czeskimi klubami kolarskimi a Polakami entuzjastycznie ćwiczącymi strzelanie do celu. Piłsudski zmienił nazwę organizacji na Związek Strzelecki i zalegalizował jego działalność w Galicji. Teraz mógł pracować jawnie. Strzelcy prowadzili ćwiczenia dla rezerwistów, dlatego otrzymali nawet używane austriackie karabiny i mogli korzystać z wojskowych strzelnic.

Rzecz jasna, Piłsudski myślał o znacznie szerszym programie działania nowej organizacji. Strzelcy nie poświęcali się wyłącznie strzelaniu do celu; większość czasu zajmowały ćwiczenia musztry w zwartych formacjach i taktyki walki piechoty. Każdy członek miał kupić niebieskoszary mundur, a gdy go włożył - uważał się za polskiego żołnierza. Wieczorami odbywały się zajęcia teoretyczne dla wszystkich - szeregowców, podoficerów i oficerów. Piłsudski stworzył również szkołę sztabową dla wyższych oficerów, którzy studiowali, korzystając z podręczników wojskowości, przetłumaczonych i skopiowanych przez członków organizacji.

W 1911 roku Związek Strzelecki stanowił już niewielką amatorską armię. W każdy weekend w całej Galicji można było zobaczyć polskie oddziały odbywające forsowne marsze lub ćwiczące musztrę w obozach należących do Strzelców. Powstał Wydział Kobiecy - kobiety przygotowywano do służby kurierskiej i wywiadowczej, kładąc szczególny nacisk na rozpoznawanie stopni wojskowych i sprzętu. Oddziały Związku Strzeleckiego powstały również wśród polskich emigrantów w Szwajcarii, Belgii, Francji i Stanach Zjednoczonych. Amerykańska Polonia dostarczała najwięcej pieniędzy na działalność macierzystej organizacji. W zaborze rosyjskim funkcjonowały tajne sekcje. W samej Galicji Piłsudski dysponował siedmioma tysiącami ludzi w dwustu oddziałach strzeleckich. Akcja ta okazała się tak udana, że przywódcy innych partii politycznych również zaczęli tworzyć podobne organizacje.

Piłsudski i członkowie jego osobistego sztabu poświęcali na pracę w Związku Strzeleckim cały swój czas. (Właśnie wtedy Piłsudski przestał interesować się socjalizmem, lecz pozostawał członkiem PPS do połowy pierwszej wojny światowej. Jeszcze w 1912 roku był delegatem na kongres austriackiej Partii Socjaldemokratycznej, a w 1914 piastował w PPS oficjalne stanowisko). W Związku Strzeleckim na Piłsudskiego zawsze mówiono "Komendant". Przez cały czas chodził w strzeleckim mundurze bez żadnych oznak stopnia. Jego zwolennicy byli pełni zapału i bardzo zaangażowani. Piłsudski i jego ruch przyciągał zwłaszcza młodzież. Wśród jego "żołnierzy" było wielu najzdolniejszych młodych ludzi z kształtującej się polskiej inteligencji. Władze austriackie nie bardzo wiedziały, co z tym wszystkim robić. Związek Strzelecki niewątpliwie zmienił się w coś, co było znacznie bardziej ambitnym przedsięwzięciem niż bractwo kurkowe. Piłsudski nigdy jednak nie atakował austriackiego reżymu. W dniu urodzin cesarza posłał oddział strzelców do Wiednia, by wzięli udział w paradzie. Ostatecznie władze doszły do wniosku, że Polacy w Galicji są traktowani tak dobrze, iż trudno sobie wyobrazić, by mogli być nielojalni, a poza tym jakie zagrożenie dla państwa mogło stanowić kilka tysięcy częściowo wyćwiczonych polskich "żołnierzy" bez artylerii, karabinów maszynowych i koni dla "kawalerii"?

Wielu Polaków było podobnego zdania. Uważali Piłsudskiego i jego zwolenników za nawiedzonych fanatyków. Opinie na temat wartości jego niewielkiej armii były bardzo podzielone. Wielu mieszczuchów podczas niedzielnych i letnich wyjazdów za miasto kpiło z mozolnie ćwiczących strzelców. W Europie w dniu mobilizacji za broń miało chwycić 10 milionów ludzi. Jakie znaczenie mogło mieć kilka tysięcy ludzi Piłsudskiego? Tylko jeden na dwudziestu miał broń, przy czym z reguły były to przestarzałe, jednostrzałowe karabiny.

Powstanie Związku Strzeleckiego było jednak wynikiem konkretnych kalkulacji politycznych. Od trzech pokoleń Polacy, którzy tęsknili za niepodległością, starali się wyobrazić sobie okoliczności, w jakich mogłoby nastąpić odrodzenie Polski. Wydawało się, że można liczyć tylko na ogólnoeuropejską wojnę, która osłabiłaby wszystkich zaborców, spowodowała zerwanie związków między nimi i zmieniłaby stanowisko rządu Wielkiej Brytanii, odnoszącego się z niechęcią do myśli o odrodzeniu Polski, gdyż naruszyłoby ono równowagę sił w Europie. Sekwencja zdarzeń, które powinny nastąpić, była rzeczywiście niezwykła i pozornie zupełnie niemożliwa. Musiałaby wybuchnąć ogromna wojna, w której Niemcy i Austro-Węgry najpierw pobiłyby Rosję, a później zostały pokonane przez Francję. Wielka Brytania musiałaby się opowiedzieć po stronie Francji lub przynajmniej zachować neutralność.

Piłsudski z zapałem głosił, że taki nieprawdopodobny ciąg zdarzeń rzeczywiście nastąpi. Naprawdę w to wierzył i poświęcił życie na odpowiednie przygotowania. Związek Strzelecki miał stanowić jądro przyszłej polskiej armii, która wsparłaby najpierw jedną stronę, a później drugą, by zapewnić spełnienie tej fantastycznej przepowiedni. Gdyby tak się stało, jego oddziały przekształciłyby się w polską armię narodową.

Józef Piłsudski nie był oczywiście jedynym znanym polskim przywódcą politycznym. Około 1910 roku polskie życie polityczne było silnie spolaryzowane. Działali inni przywódcy, których cele i metody były zupełnie inne niż Piłsudskiego. Najważniejszym z nich był Roman Dmowski, który kierował partią o nazwie Narodowa Demokracja.

Dmowski urodził się w 1864 roku w niewielkim mieście niedaleko Warszawy. Jego ojciec, który zaczynał jako robotnik budowlany, dorobił się niewielkiego przedsiębiorstwa budowy dróg. Dmowski studiował biologię na Uniwersytecie Warszawskim, choć od samego początku było oczywiste, że interesuje się głównie polityką. W wyniku patriotycznej demonstracji, jaką zorganizował, gdy był studentem ostatniego roku, musiał uciekać z zaboru rosyjskiego i przez pewien czas mieszkał w Paryżu i w Galicji.

W 1895 roku Dmowski założył wpływowy "Przegląd Wszechpolski", poświęcony dyskusji na temat planów odzyskania niepodległości. Pismo było drukowane w Galicji i szmuglowane do zaboru rosyjskiego. W 1897 roku współorganizował Stronnictwo Demokratyczno-Narodowe, którego program przedstawił w szeroko znanej książce Myśli nowoczesnego Polaka.

Do Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego wstępowali głównie Polacy mieszkający w zaborach rosyjskim i pruskim. Typowy narodowy demokrata był konserwatystą, należał do klasy średniej, miał pewien majątek, a choć był gorącym zwolennikiem niepodległości Polski, nie chciał wstąpić do PPS. Narodowi demokraci uważali się za "nowych ludzi" w Polsce - przede wszystkim głosili, że są r e a l i s t a m i mającymi poczucie historii.

Pod przewodem Dmowskiego narodowi demokraci przeprowadzili analizę przeszłości Polski. Jakie błędy zostały popełnione? Jakie czynniki w życiu narodu sprawiły, że Polska straciła niepodległość? Narodowi demokraci twierdzili, że w przeszłości była ona krajem zbyt heterogenicznym. Panowała nadmierna tolerancja religijna i istniało zbyt wiele mniejszości narodowych, które ani wtedy, ani później nie chciały ulec asymilacji. Zdaniem endeków Białorusini, Ukraińcy, a przede wszystkim liczni Żydzi nigdy nie będą wykazywać polskiej świadomości narodowej, bez której Polska nie mogła odzyskać niepodległości. By osiągnąć ten cel, Polacy musieli stać się panami we własnym domu, nie powinni ani szukać, ani oczekiwać pomocy ze strony niepolskich elementów. Jeśli Polska miała się stać nowoczesnym państwem, najpierw musiała zyskać wewnętrzną strukturę nowoczesnego państwa. To oznaczało uprzemysłowienie i odrzucenie odwiecznych nawyków. Potomkowie polskiej szlachty, zamiast dalej zajmować się rolnictwem, powinni kształcić się na inżynierów, uczonych, ekonomistów i przemysłowców. Polacy powinni też wyprzeć Żydów, którzy skupiali w swych rękach handel. Gdy to wszystko zostanie zrobione, Polacy będą gotowi do życia w niepodległym państwie.

Jak jednak miało się odrodzić niepodległe państwo? Polscy narodowi demokraci, podobnie jak przedsiębiorcy, posiadacze i wykwalifikowani robotnicy w innych krajach, uważali się przede wszystkim za ludzi praktycznych - w przeciwieństwie do takich ludzi jak Piłsudski, których uważali za beznadziejnych romantyków przebranych za żołnierzy i bawiących się w wojnę. Ich nastawienie było całkiem zrozumiałe. Większość członków Stronnictwa Demokratyczno-Narodowego stanowili ludzie mieszkający i pracujący w zaborze rosyjskim. Polacy żyjący bezpiecznie w Galicji lub Szwajcarii mogli propagować ekspropriacje i tworzyć tajne "polskie siły zbrojne", natomiast zupełnie inaczej wyglądała sytuacja tych, którzy mieli rodziny, pracę i majątek w Rosji. Narodowa Demokracja była próbą - w zasadzie udaną - sformułowania najlepszego programu dostosowanego do takich warunków.

Nikt nie mógłby zarzucić Dmowskiemu i jego zwolennikom braku patriotyzmu. Nie byli oni gorszymi Polakami niż inni, ale chcieli być praktyczni. Przede wszystkim pytali, czy istnieje jakaś r e a l n a szansa na odzyskanie niepodległości? Produkcja polskiego przemysłu była przeznaczona głównie na rynek rosyjski; wydawało się pewne, że wprowadzenie taryf celnych na eksport towarów do Rosji oznaczałoby upadek polskiego przemysłu. Narodowi demokraci przedstawiali imponującą analizę statystyczną, z której wynikało, że jako państwo całkowicie niezależne Polska ponownie stałaby się krajem czysto rolniczym.

Narodowi demokraci byli zatem przekonani, że ich celem powinno być osiągnięcie połowicznej autonomii (ale nie więcej) w ramach imperium rosyjskiego. Polski interes narodowy wymagał zachowania związków gospodarczych z Rosją i zapewnienia sobie jej ochrony przed Niemcami, które - jak uważali zwolennicy Dmowskiego - natychmiast połknęłyby niezależną Polskę. Endecy mieli różne plany na okres po osiągnięciu autonomii. Zamierzali dążyć do ponownego wprowadzenia polskiej kultury i polskiego języka na scenę międzynarodową. Chcieli budzić w społeczeństwie dumę z polskiej historii, którą Rosjanie starali się przekreślić. Chcieli stworzyć demokratyczny rząd i swobodnie wybierać narodowych przywódców oraz urzędników. Obserwowali z zawiścią cywilizacyjne osiągnięcia Polaków mieszkających w zaborze pruskim. Uważali, że zawdzięczają oni materialne powodzenie znacznie lepszemu niemieckiemu systemowi oświaty, dlatego chcieli stworzyć takie same możliwości własnym dzieciom. Zgodnie z programem narodowych demokratów Polska może nie byłaby "wolnym" krajem w ścisłym sensie tego słowa, ale miałaby być demokratyczna, dumna, zamożna i wykształcona.

W celu realizacji tego programu Dmowski i jego partia przyjęli ugodowe nastawienie do Rosji. Chcieli wykazać, że są przyjaciółmi Rosji, braćmi Słowianami, którzy - jeśli pozwoli się im stworzyć częściowo niezależne państwo - będą jej lojalnymi i wdzięcznymi sojusznikami. Narodowi demokraci zdawali sobie sprawę, że przekonanie rosyjskiego rządu, iż Polacy są w istocie przyjaciółmi Rosjan, wymaga dłuższego czasu. Było rzeczą nieuchronną, że nim to nastąpi, Rosjanie będą się posuwać do działań szczególnie obraźliwych lub szkodliwych dla Polaków. W takich sytuacjach endecy zamierzali nadstawiać drugi policzek. Ugodowość mogła być nieprzyjemna - sam Dmowski nie żywił ciepłych uczuć do Rosji - ale była to jedyna polityka mogąca doprowadzić do osiągnięcia założonego celu.

Z tego punktu widzenia działalność Piłsudskiego wyglądała na zbrodnicze szaleństwo. Jak można było ułagodzić Rosjan, skoro inna grupa Polaków kradła pieniądze przeznaczone na żołd dla rosyjskich żołnierzy, napadała na pociągi pocztowe i werbowała niewielką armię, która przygotowywała się do walki z Rosją? Działalność Piłsudskiego nie tylko wydawała się zupełnie bezcelowa, ale, co gorsza, niweczyła żmudne wysiłki narodowych demokratów, dążących do zdobycia życzliwości rosyjskich władz. W 1904 roku Dmowski pojechał do Japonii w tym samym czasie co Piłsudski wyłącznie po to, by przekonywać Japończyków, że nie powinni popierać snutych przezeń planów powstania. Dmowski osiągnął swój cel.

W miarę upływu czasu wydawało się, że jego wpływy rosną tak bardzo, iż może on osiągnąć sukces. Kościół rzymskokatolicki uznał narodową demokrację za najlepszą przeciwwagę dla ateistycznie nastawionej PPS, dlatego popierał Dmowskiego. Wydaje się prawdopodobne, że większość Polaków mieszkających w zaborze rosyjskim popierała program narodowych demokratów, nawet jeśli nie należała do stronnictwa. W obliczu zbliżającej się wojny, której wybuch Dmowski przewidział już w 1912 roku, powszechnie uważano, że Polacy muszą pomóc Rosji, ponieważ jej klęska spowodowałaby niemiecką aneksję polskich ziem. Gdyby natomiast państwa centralne zostały pokonane, zwycięska Rosja zażądałaby polskich prowincji Austrii i Niemiec, co przywróciłoby integralność polskiego terytorium. W takim przypadku po osiągnięciu połowicznej autonomii Polska byłaby już zjednoczona.

Zarówno więc zwolennicy Dmowskiego, jak i zwolennicy Piłsudskiego ze spokojem oczekiwali na wybuch powszechnej wojny w Europie, choć zamierzali walczyć po przeciwnych stronach.

ROZDZIAŁ II

WOJNA I POKÓJ W POLSCE

Historia Polski i różnych polskich armii w czasie pierwszej wojny światowej jest niezwykle skomplikowana. Przeważnie działało kilka "komitetów", a wszystkie twierdziły, że stanowią "prawdziwy" głos przyszłej, niepodległej Polski. Istniało kilka Legionów, Polski Korpus Posiłkowy, Korpus Polski i podziemna Polska Organizacja Wojskowa. Wszystkie te grupy, w tej lub innej chwili, zmieniały strony i zwracały się przeciw państwu, które początkowo wspierały. Poza tym wielu Polaków walczyło w armiach Rosji, Niemiec, Austrii i Francji. Jeśli to wszystko dobrze się skończyło dla sprawy odrodzenia zjednoczonej i niepodległej Polski, to dlatego, że polskie działania polityczne i wojskowe były prowadzone w tak różnych kierunkach, iż któreś ugrupowanie musiało się znaleźć po stronie zwycięzców.

Pierwszy oddział Legionów Polskich wyruszył w pole już w pierwszym tygodniu sierpnia 1914 roku, zaraz po wybuchu wojny. Piłsudski, całkowicie samowolnie, zachowując się tak, jakby był przywódcą niezależnego państwa, zmobilizował do działania swój Związek Strzelecki. Niewielkie siły Piłsudskiego przyjęły nazwę Legionów Polskich; nazwa ta budziła wspomnienia o Legionach polskich z czasów wojen napoleońskich.

Oddział Piłsudskiego, który szóstego sierpnia "dokonał inwazji" na teren zaboru rosyjskiego, liczył stu siedemdziesięciu żołnierzy piechoty i ośmiu kawalerzystów. Piłsudski nie był w stanie szybko zwołać więcej ludzi w okolicach Krakowa. Żołnierze dźwigali po kilka karabinów, przeznaczonych dla ochotników, którzy - jak oczekiwano - mieli tłumnie pospieszyć pod sztandar Legionów. Tylko pięciu kawalerzystów miało konie, które zdobyli poprzedniego dnia; pozostali przekroczyli granicę, niosąc siodła na plecach.

Rząd austriacki nie próbował powstrzymać Piłsudskiego. Pierwsza Kompania Kadrowa przekroczyła granicę na podstawie przepustki wydanej przez kapitana austriackiej armii. Austriacy również nie protestowali, gdy trzeciego sierpnia Piłsudski obwieścił powołanie powstańczego rządu z siedzibą w Warszawie i zadeklarował, że "komendantem polskich sił wojskowych mianowany został obywatel Józef Piłsudski, którego rozporządzeniom wszyscy ulegać winni"[1]. Austriacki rząd powątpiewał, czy ktokolwiek w to uwierzy, ale nie miał nic przeciw wszelkim działaniom mogącym sprawić kłopot Rosji.

Pierwszym celem Piłsudskiego były Kielce, najbliższe spore miasto, położone w odległości stu dwudziestu kilometrów od Krakowa. Była piękna pogoda. Pierwsza Kompania maszerowała dobrą drogą z Krakowa do Kielc, nie napotykając żadnego oporu. Po drodze legioniści przewracali lub przemalowywali rosyjskie znaki drogowe. Przybywszy do Kielc, wywiesili historyczną flagę z białym polskim orłem i wezwali posiłki ze Związku Strzeleckiego, którego członkowie zbierali się w Krakowie. Czekali na wybuch powstania w Polsce i pojawienie się tłumu ochotników.

Powstanie nie wybuchło. Niemal nikt nie przyłączył się do Pierwszej Kompanii. Dla wszystkich było oczywiste, że Piłsudski nie powołał żadnego "Narodowego Rządu". Zamiast pośpiesznie przyłączać się do przedsięwzięcia, które mogło zakończyć się klęską, większość Polaków w zaborze rosyjskim wolała czekać na dalszy rozwój zdarzeń. Armia rosyjska bez trudności zmobilizowała praktycznie wszystkich polskich rezerwistów - ostatecznie w jej szeregach walczyło 600 tysięcy Polaków. Niemcy również nie mieli problemów z powołaniem do służby 200 tysięcy polskich rezerwistów ze swych wschodnich prowincji.

Już w kilka dni po zajęciu Kielc Piłsudski wrócił do Krakowa, by śledzić wydarzenia polityczne. Podczas jego nieobecności Rosjanie skierowali w stronę Kielc niewielki oddział, który szybko zmusił kiepsko wyćwiczoną kompanię do wycofania się za austriacką granicę.

Po tej pierwszej akcji, niestanowiącej dobrej wróżby, Austriacy postanowili wziąć Legiony Piłsudskiego pod kontrolę. W Wiedniu uznano, że ta niewielka armia może się jednak przydać. Choć Legiony miały wiele słabości i mogły spowodować wiele problemów, było oczywiste, że wielu Polaków z Galicji wolałoby służyć w wydzielonych polskich oddziałach niż w austriackiej armii. Wobec tego Austriacy zachęcili polskich polityków do powołania Naczelnego Komitetu Narodowego z siedzibą w Krakowie, który miał doradzać austriackiemu rządowi w sprawach wojskowych i politycznych dotyczących Polaków. Do NKN weszli przedstawiciele wszystkich polskich ugrupowań politycznych. Dołożono starań, by znalazło się w nim tylu politycznych rywali Piłsudskiego, żeby nie mógł on odgrywać dominującej roli.

W wyniku negocjacji między NKN a władzami w Wiedniu rząd austriacki wyraził zgodę na sformowanie, w ramach austriackiej armii, dwóch brygad Legionów; każda miała początkowo liczyć około 2500 ludzi. Drugą Brygadą dowodził początkowo oficer austriacki, a później dowództwo objął Józef Haller, który do 1912 roku był kapitanem austriackiej armii. Ponieważ dwie brygady były złożone z osób o różnych poglądach politycznych, postanowiono, że nie będą one służyć wspólnie.

Początek wojny na wschodzie był dla Austrii bardzo niepomyślny. Latem 1914 roku Rosjanie wkroczyli do Galicji, zadając austriacko-węgierskiej armii kilka dotkliwych porażek. W walce na froncie wschodnim brały udział miliony żołnierzy i niewielkie Legiony Polskie nie miały większego znaczenia. Polacy podzielili los Austriaków.

Wiosną 1915 roku Niemcy i Austriacy rozpoczęli ofensywę na wschodzie. Przełamali front rosyjski w okolicach Gorlic i Tarnowa, a do końca roku zajęli Warszawę i wyparli Rosjan z niemal całego terytorium zaboru. Polscy legioniści, walczący wraz z Austriakami, nagle stwierdzili, że choć w samej ofensywie odegrali niewielką rolę, Polska była już "wolna" - a w każdym razie wolna od Rosjan.

Legiony, a zwłaszcza Pierwsza Brygada Piłsudskiego, z biegiem czasu stały się znaczną siłą wojskową. W 1915 roku rząd austriacki zezwolił na sformowanie Trzeciej Brygady. Jej żołnierze pochodzili niemal wyłącznie z terenów zaboru rosyjskiego. Na początku 1916 roku trzy brygady Legionów Polskich liczyły łącznie ponad 12 tysięcy ludzi.

Austriacy mieli mieszane opinie na temat wartości Legionów. W odpowiednich warunkach ci Polacy mogli działać jak elitarne oddziały. Oficerowie i szeregowcy Legionów wywodzili się głównie ze środowiska inteligenckiego. Wykazywali bardzo wysokie morale i szybko się uczyli. Legiony często odgrywały rolę oddziału szturmowego lub zacięcie broniły pozycji, które koniecznie należało utrzymać. Wyżsi oficerowie austriaccy podziwiali waleczność legionistów, ale uważali, że są niezdyscyplinowani, a ich oficerowie nie mają doświadczenia. Te krytyczne opinie były uzasadnione, przynajmniej z austriackiego punktu widzenia. Legiony Polskie, a zwłaszcza Pierwsza Brygada Piłsudskiego, choć stanowiły oddział armii austriackiej, nie chciały się podporządkować jej regulaminom. Legioniści nosili własne mundury, oddawali honory na swój sposób i używali formy "obywatelu", zamiast korzystać z konwencjonalnych stopni wojskowych. Gdy otrzymywali austriackie odznaczenia za odwagę, co często się zdarzało, nie chcieli nosić orderów. Oficerowie Legionów rzeczywiście byli niedoświadczeni - zwłaszcza w Pierwszej i Trzeciej Brygadzie. Jak mogło być inaczej? Wszyscy byli bardzo młodzi, a ich wyszkolenie sprowadzało się do szkoły oficerów w Związku Strzeleckim. Nie jest natomiast prawdą, że legioniści byli niezdyscyplinowani, jak twierdzili Austriacy. Wszyscy zostali wybrani dzięki absolutnej lojalności wobec Piłsudskiego, do którego zwracali się, używając tytułu Komendanta, natomiast z dużą niechęcią słuchali rozkazów Austriaków. Ich postawa stanowiła odbicie zachowania Piłsudskiego. Zgodnie z jego wolą legioniści ani na chwilę nie zapominali, że stanowią jądro przyszłej polskiej armii i tylko tymczasowo są sprzymierzeni z Austrią.

Piłsudski, jak zawsze, był organicznie niezdolny do podporządkowania się innym. Uparcie realizował własną politykę i nie słuchał nikogo. Godził się tylko na minimalne polityczne ustępstwa na rzecz państw centralnych, po których stronie walczył. Austriacy i Niemcy obawiali się, że przejdzie na drugą stronę, gdy tylko będzie mu to wygodne - i niewątpliwie mieli rację. Jednak państwa centralne nie miały podstaw, by zarzucić mu obłudę. Niemcy i Austriacy, podobnie jak Rosjanie, niemal przez całą wojnę wydawali rozmyślnie mętne proklamacje, w których obiecywali uznanie niepodległości Polski. W rzeczywistości chodziło im wyłącznie o zdobycie lojalności Polaków i mięsa armatniego.

Czternastego sierpnia 1914 roku wielki książę Mikołaj, naczelny dowódca armii rosyjskiej i wuj cara, wydał proklamację: "Polacy, wybiła godzina, gdy serdeczne marzenie ojców i dziadów waszych może się spełnić... Niech znikną granice dzielące na części naród polski, niechaj połączy się on w jedną całość pod berłem cesarza rosyjskiego. Pod berłem tym odrodzi się Polska swobodna w swej wierze, języku i samorządzie..."

W pierwszej chwili ta bardzo ostrożnie sformułowana deklaracja wywarła ogromne wrażenie na Polakach mieszkających w zaborze rosyjskim. Wydawało się, że stanowi zapowiedź sukcesu polityki Dmowskiego i Narodowej Demokracji. Polskie gazety gratulowały Dmowskiemu, a warszawscy studenci przyjęli ją z wielkim entuzjazmem. Nie było żadnych problemów z mobilizacją rezerwistów na terenie rosyjskiego zaboru. Warszawskie gazety krytykowały wyprawę Piłsudskiego i zajęcie Kielc jako próbę podzielenia polskiego społeczeństwa.

Po tej, jak się wydawało, definitywnej obietnicy przyznania Polsce autonomii nastąpiły na terenie zaboru rosyjskiego wydarzenia analogiczne do tego, co zdarzyło się w Galicji. W Warszawie powołano Polski Komitet Narodowy, który miał koordynować stosunki z rządem Rosji; na jego czele stanął Roman Dmowski. Sformowano oddział ochotników, tak zwany Legion Puławski, który rozpoczął walkę po stronie rosyjskiej.

Jednak po kilku miesiącach, gdy armia rosyjska została wyparta z Polski, rosyjskie proklamacje zaczęły budzić podejrzenia. Krążyły plotki, że Rosjanie zamierzają podbić tereny zaboru pruskiego i austriackiego, a następnie utworzyć autonomiczną Polskę tylko na tym terytorium; status rosyjskiego zaboru miał pozostać taki jak dotychczas. Polski Komitet Narodowy Dmowskiego (który musiał uciec do Piotrogrodu, gdy latem 1915 roku państwa centralne rozpoczęły ofensywę w Polsce) wywierał nacisk na rząd rosyjski, by jasno zdeklarował swoje plany w odniesieniu do Polski. Jak szeroka miała być przyznana Polsce autonomia? Jakie tereny miały wejść w skład autonomicznej Polski? Na wszystkie takie pytania Dmowski otrzymywał tylko wymijające odpowiedzi. Było oczywiste, że rząd rosyjski nie działa w dobrej wierze. W 1915 roku Dmowski popłynął do Londynu, by nawiązać kontakty z zachodnimi aliantami, gdyż uznał za bardziej prawdopodobne, że to oni jednoznacznie poprą polskie dążenia niepodległościowe.

W tym samym czasie Niemcy również zabrali głos w sprawie niepodległości Polski. Kierowali się wyłącznie względami wojskowymi. Rząd niemiecki oceniał, że na terenie zaboru rosyjskiego, okupowanego teraz przez Niemcy i Austrię, jest około miliona Polaków zdolnych do służby wojskowej. Generał Ludendorff, praktycznie współdyktator Niemiec w tym okresie, napisał: "Ponownie zwróciłem oczy na Polskę. Polak jest dobrym żołnierzem... Stwórzmy księstwo polskie, następnie postawmy na nogi armię polską pod niemieckim dowództwem"[2]. Piątego listopada 1916 roku Niemcy i Austriacy zadeklarowali chęć stworzenia "samorządnego" Królestwa Polskiego, które jednak składałoby się tylko z terenów odebranych Rosji. Niemcy i Austria miały zatrzymać należące do nich polskie prowincje. Do czasu elekcji króla Polską miała rządzić licząca dwudziestu pięciu członków Tymczasowa Rada Stanu. Armią Królestwa, której werbunek miał się rozpocząć natychmiast, mieli dowodzić niemieccy oficerowie.

Po początkowym wybuchu entuzjazmu, wywołanym propozycją państw centralnych, dla wszystkich Polaków sytuacja szybko stała się jasna. Tymczasowa Rada Stanu, do której należał Piłsudski, stwierdziła, że nie ma żadnej władzy i za nic nie ponosi odpowiedzialności - wszystkie istotne decyzje podejmował niemiecki gubernator Warszawy, generał Hans von Beseler. Niemcy chcieli, by Polacy zajmowali się tylko niewdzięcznym zadaniem werbunku żołnierzy do polskiej armii pod ich dowództwem, czyli do Polnische Wehrmacht (Polska Siła Zbrojna). Tymczasowa Rada Stanu nie zgodziła się na rozpoczęcie rekrutacji, dopóki Niemcy nie dokonają znaczących ustępstw w sprawie niepodległości Polski. Wobec tego ci ostatni zorganizowali własne punkty werbunkowe, ale do służby zgłosiło się mniej niż tysiąc osób. Generał von Beseler postanowił wówczas wcielić do Polnische Wehrmacht wszystkich żołnierzy służących w Legionach Polskich. (Żołnierze Legionów mający austriackie obywatelstwo nie mieli obowiązku wstąpić do Polnische Wehrmacht). Von Beseler rozkazał im stawić się w Warszawie w celu wcielenia do służby. Dla Piłsudskiego był to punkt zwrotny. Carska Rosja została już dotkliwie osłabiona przez wojnę. Teraz Piłsudski uważał, że najpoważniejszymi przeciwnikami niepodległości Polski są państwa centralne. Pora była zmienić strony. W istocie poczynił już pierwsze kroki w tym kierunku. Dwudziestego szóstego września 1916 roku zrezygnował z dowództwa Pierwszej Brygady, ale wszystkim oficerom, którzy byli wobec niego lojalni, polecił, by pozostali na stanowiskach i czekali na rozkazy.

Późną wiosną 1917 roku Niemcy ogłosili, że wstępując do polskiej armii, żołnierze Legionów Polskich będą musieli złożyć przysięgę lojalności. Rota przysięgi zawierała zobowiązanie do "braterstwa broni z armiami Niemiec i Austrii".

Piłsudski zdecydował, że nie pozwoli żołnierzom, których nadal uważał za swoich, na złożenie takiej przysięgi. Przekazał legionistom polecenie, by odmówili.

Dziewiątego lipca 1917 roku wszyscy żołnierze dwóch brygad, Pierwszej i Trzeciej, którzy nie byli obywatelami Austrii, mieli złożyć przysięgę na uroczystym apelu w Warszawie. W tym momencie była to już cause cél?bre. Odczytano rotę przysięgi. Ci, którzy odmawiali jej złożenia, mieli wystąpić dwa kroki naprzód. Z około sześciu tysięcy legionistów ponad pięć tysięcy wyszło przed szereg. Na znak odmowy oficerowie rzucili na ziemię szable. Wszyscy legioniści, którzy nie złożyli przysięgi, zostali internowani. Niedługo potem, dwudziestego drugiego lipca, władze niemieckie aresztowały Piłsudskiego i wysłały go do twierdzy w Magdeburgu.

Sprawa niepodległości Polski była w tym momencie niezwykle zagmatwana. Istniało co najmniej pięć mniej lub bardziej oficjalnych polskich organizacji. Pierwsza, Naczelny Komitet Narodowy w Krakowie, skłaniała się do porozumienia z państwami centralnymi. Drugą instytucją był Polski Komitet Narodowy, założony w Warszawie i przeniesiony do Piotrogrodu, gdzie rozstał się z nim jego najważniejszy członek, Roman Dmowski, który wyjechał do Londynu. Dmowski następnie przeniósł się do Paryża, gdzie wspólnie z kilkoma znanymi Polakami założył Polską Agencję Informacyjną, która twierdziła, że jest o f i c j a l n y m głosem Polski. Organizacja Dmowskiego zmieniła później nazwę na Komitet Narodowy Polski i została uznana przez zachodnich sojuszników za oficjalne polskie przedstawicielstwo. Trzecią organizacją był powołany w Warszawie Centralny Komitet Narodowy, popierający Piłsudskiego. W tym samym czasie Niemcy stworzyli czwartą organizację - Tymczasową Radę Stanu, która później zmieniła się w mniejsze ciało znane jako Rada Regencyjna.

Równie zagmatwany był stan polskich sił zbrojnych. W Paryżu Komitet Narodowy Polski Dmowskiego starał się pomóc w utworzeniu polskiej armii, która miałaby służyć pod francuskimi rozkazami na froncie zachodnim. Pierwsza i Trzecia Brygada Legionów Polskich zostały rozwiązane, ale Józef Haller, dowódca Drugiej Brygady, liczącej kilka tysięcy ludzi, nadal walczył po stronie państw centralnych - był to tak zwany Polski Korpus Posiłkowy. Również po stronie rosyjskiej istniały polskie legiony. W samej Polsce działała Polska Organizacja Wojskowa (POW), paramilitarna organizacja, którą stworzył Piłsudski, kierując do niej nadmiar ochotników zgłaszających się do Pierwszej Brygady. W chwili aresztowania Piłsudskiego POW stanowiła coś w rodzaju podziemnej armii, specjalizującej się w pracy wywiadowczej; w jej skład wchodziło około 30 tysięcy ludzi. Członkowie POW składali przysięgę lojalności wobec Piłsudskiego, który planował, że po odzyskaniu niepodległości organizacja będzie stanowić jądro polskiej armii. Tuż przed aresztowaniem powierzył on dowództwo POW jednemu ze swych najwierniejszych podwładnych - Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu. Miał on zachować organizację w nienaruszonym stanie, uzbrojoną i gotową wykonywać rozkazy Piłsudskiego.

W wyniku dwóch rewolucji w Rosji, lutowej i październikowej, wiele polskich formacji uległo zniszczeniu. Druga Brygada Legionów Polskich pod dowództwem Józefa Hallera, po utracie wiary w obietnice państw centralnych, porzuciła pozycje na froncie wschodnim i przeszła na rosyjską stronę. Haller miał nadzieję, że brygada zostanie przetransportowana na zachód, by walczyć razem z zachodnimi aliantami. Nim jednak to nastąpiło, Niemcy zaatakowali. W zaciekłej bitwie w pobliżu Kaniowa nad Dnieprem Druga Brygada została pokonana i rozproszona. Ponowne zebranie żołnierzy Hallera w Rosji było niemożliwe, ponieważ w tym czasie wybuchła rewolucja bolszewicka i legioniści zaczęli uchodzić za białogwardzistów. Żołnierze wracali do Polski pojedynczo przez linie niemieckie lub, jak sam Haller, znaleźli schronienie w Murmańsku, opanowanym przez angielskie oddziały interwencyjne. Po pewnym czasie Anglicy odesłali ich do Francji, gdzie służyli w oddziałach sformowanych przez Komitet Narodowy Polski.

W miarę jak zbliżał się koniec wojny, coraz większego znacznie dla aliantów nabierało pytanie, co zrobić z Polską. Niewątpliwie należało szybko podjąć decyzję. W pierwszych latach wojny rządy Francji i Wielkiej Brytanii odnosiły się z wielką ostrożnością do tego problemu. Choć nieoficjalnie wyrażały zrozumienie dla polskich dążeń niepodległościowych, nie mogły formalnie zabierać głosu w sprawie narodu będącego pod panowaniem carskiej Rosji, a więc jednego ze sprzymierzonych mocarstw. Rewolucja bolszewicka rozwiązała ten problem. Francuzi, którzy uważali Polskę za barierę ograniczającą ekspansję komunizmu na zachód, chcieli jak najszybciej zakomunikować o poparciu aliantów dla sprawy niepodległości Polski. Anglicy wykazywali znacznie mniejszy entuzjazm, ale szybko się przekonali, że mają związane ręce - zadecydował o tym człowiek, który stał się najpotężniejszym mężem stanu na świecie.

Ósmego stycznia 1918 roku na wspólnym posiedzeniu obu izb Kongresu prezydent Woodrow Wilson wygłosił przemówienie, w którym przedstawił cele wojenne Stanów Zjednoczonych. Cele te, wyrażone w postaci czternastu ponumerowanych akapitów, natychmiast zaczęto określać jako "czternaście punktów Wilsona". Miały one postać ogólnych deklaracji intencji, połączonych z bardzo konkretnymi obietnicami. Trzynasty punkt obiecywał "powstanie niepodległego państwa polskiego, obejmującego tereny zamieszkane przez bezspornie polską ludność, mającego wolny i bezpieczny dostęp do morza, którego niezależność polityczna i ekonomiczna oraz integralność terytorialna zostaną zagwarantowane przez międzynarodowy traktat".

"Czternaście punktów" było ogromnym sukcesem Wilsona. Nie ma wątpliwości, że prezydent był mistrzem angielskiej prozy. Jego deklaracja zyskała wielkie uznanie między innymi dzięki jasności stylu. Została przetłumaczona na niemal wszystkie języki i opublikowana jako dowód wzniosłości celów, do jakich dążyła Ameryka. Rządy państw sprzymierzonych nie miały innej możliwości, jak tylko wyrazić poparcie dla programu Wilsona, choć do kilku punktów odniosły się z wielką ostrożnością. W sprawie niepodległości Polski zajęły jednak jasne stanowisko. Francja (entuzjastycznie) i Wielka Brytania (z mniejszym entuzjazmem) zaaprobowały ten cel.

Poparcie Woodrowa Wilsona dla idei niepodległości Polski nie było niespodzianką, zwłaszcza dla Polaków, którzy długo zabiegali o przychylność prezydenta.

W 1915 roku polski pianista Ignacy Jan Paderewski pojechał do Stanów Zjednoczonych, by zbierać pieniądze na pomoc dla ofiar wojny oraz zdobywać poparcie dla sprawy niepodległości Polski. Trudno sobie wyobrazić kogoś, kto lepiej nadawałby się do tej misji. Paderewski miał wówczas pięćdziesiąt pięć lat. Wywodził się z rodziny, której członkowie od kilku pokoleń walczyli o wolność Polski. Jego dziadek został skazany na wygnanie za antyrosyjską agitację. Jako chłopiec Paderewski wykazywał wielkie umiłowanie muzyki. Jego rodzice, choć nie byli zamożni, umożliwili mu naukę gry na fortepianie pod kierunkiem kilku znanych nauczycieli, którzy jednak nie byli zachwyceni swym uczniem. Uważali, że jest zdolny, ale daleko mu do geniuszu. Paderewski nadrobił braki naturalnego talentu niezwykle ciężką pracą. Gdy skończył dwadzieścia lat, pojechał do Wiednia, gdzie udzielał lekcji gry na fortepianie, a sam studiował pod kierunkiem wielkiego pianisty Teodora Leszetyckiego. Wystąpił również z kilkoma recitalami, które zostały dobrze przyjęte. Następnie udał się do Paryża, gdzie występował z jeszcze większym powodzeniem. W Londynie po początkowych niepowodzeniach odniósł prawdziwy tryumf. Gdy miał trzydzieści lat, był już szeroko znany w całej Europie. Błyskawiczną karierę zawdzięczał nie tylko zdolnościom muzycznym; według wszystkich relacji odznaczał się także niezwykłym urokiem osobistym.

Na przełomie wieków Paderewski był już bogaty i sławny. Był też ulubieńcem karykaturzystów. Nosił niewielki czarny kapelusz, który wydawał się pływać na bujnej grzywie kręcących się włosów, początkowo rudych, później siwych. Ten płomienny patriota, całkowicie oddany sprawie niepodległości Polski, mówił płynnie po angielsku; dobra znajomość języka była jednym z czynników, które zachęciły go do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych po wybuchu pierwszej wojny światowej.

Wezwania do poparcia niepodległości Polski, z jakimi wystąpił Paderewski w Ameryce, padły na żyzny grunt. W Stanach Zjednoczonych przebywało ponad milion emigrantów z Polski, a liczba Amerykanów polskiego pochodzenia w drugim lub trzecim pokoleniu wynosiła trzy miliony. Istniała rozległa i sprawna sieć organizacji polonijnych, z których największe znaczenie miały Polish Roman Catholic Union i Polish National Alliance. Dmowski mianował Paderewskiego przedstawicielem Komitetu Narodowego Polskiego w Ameryce, ten zaś okazał się znakomitym propagandystą. Praktycznie porzucił karierę muzyczną, dawał tylko recitale, z których dochód przeznaczony był na pomoc dla ofiar wojny. W trakcie pobytu w Stanach Zjednoczonych wygłosił ponad trzysta przemówień, zebrał ogromne sumy i praktycznie niemal w pojedynkę finansował działalność Komitetu Narodowego Polskiego. Przyczynił się również do zorganizowania w Chicago biura werbunkowego, które ostatecznie wysłało do służby w polskiej armii we Francji 20 tysięcy Amerykanów polskiego pochodzenia. Największe znaczenie miało jednak to, że Paderewskiemu udało się nawiązać bliskie stosunki z przyjacielem i zaufanym doradcą Woodrowa Wilsona, pułkownikiem Edwardem M. House'em, na którym wywarł ogromne wrażenie. Skoro tak czarujący, wybitny i rozsądny człowiek broni sprawy wolności Polski, to sprawa ta z pewnością warta jest poparcia - uznał House. Pułkownik przekazał Wilsonowi słowa podziwu, wręcz uwielbienia, jakie pod jego adresem kierował Paderewski, wychwalając zwłaszcza prezydencką obronę prawa narodów do "samookreślenia" oraz tworzenia demokratycznych społeczności opartych na narodowej podstawie.

To wszystko wywarło na Wilsonie odpowiednie wrażenie. Już na początku stycznia 1917 roku oświadczył on w Senacie, że "uważa za oczywiste... iż mężowie stanu wszystkich krajów zgodnie twierdzą, że powinna istnieć zjednoczona, niezależna i autonomiczna Polska"[3]. Wilson przyjął za oczywiste coś, co wówczas było dość dalekie od prawdy, gdyż mężowie stanu z całego świata bynajmniej nie byli zgodni w tej sprawie. Mimo to po opublikowaniu "czternastu punktów Wilsona" sojusznicy Stanów Zjednoczonych musieli się podporządkować amerykańskiej linii politycznej. Trzeciego czerwca 1918 roku premierzy Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch wspólnie zadeklarowali, że "utworzenie Polski zjednoczonej i niepodległej z dostępem do morza stanowi jeden z warunków pokoju trwałego i sprawiedliwego oraz przywrócenia panowania prawa w Europie"[4].

W sprawie niepodległości Polski, podobnie jak w innych kwestiach poruszonych w "czternastu punktach Wilsona", do uściślenia pozostało jeszcze wiele szczegółów. Głównym "szczegółem" było ustalenie, gdzie właściwie znajduje się Polska. Wilson obiecał powstanie wolnego państwa polskiego "obejmującego tereny zamieszkane przez bezspornie polską ludność" - ale jakie były granice tych terenów? Nim jeszcze zakończyły się działania wojenne, politycy przewidywali, że ustalenie granic Polski będzie trudnym problemem. Praktycznie wszystkie państwa sprzymierzone utworzyły mniej lub bardziej tajne grupy studyjne, które miały pomóc delegatom na konferencję pokojową po zakończeniu walki. W Stanach Zjednoczonych taką grupą kierował pułkownik House, dlatego nieoficjalnie określano ją jako "dochodzenie House'a", później skrócono nazwę do "dochodzenie". Grupa ta liczyła 126 osób, głównie profesorów amerykańskich uniwersytetów, którzy od listopada 1917 roku pracowali w budynku American Geographical Society w Nowym Jorku. Członkowie grupy mieli zbadać problemy, z jakimi mogli się zetknąć amerykańscy delegaci na konferencję pokojową, i w miarę możliwości przygotować odpowiednie rekomendacje. Wkrótce stało się jasne, że problem Polski jest szczególnie trudny. Uczeni zajmujący się tą kwestią opracowali czterdzieści dwa sprawozdania. Im więcej gromadzono opinii, tym trudniejsze stawało się sformułowanie jednoznacznych zaleceń.

Komitet Narodowy Polski Dmowskiego wkrótce dowiedział się o trudnościach, jakie mieli amerykańscy eksperci. Dmowski postanowił osobiście wyjaśnić wszystkie kwestie, dlatego tuż przed zawieszeniem broni przyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie został przyjęty przez Wilsona. Dmowskiemu towarzyszył Paderewski. Prezydent zapytał, jak ich zdaniem powinny przebiegać granice Polski. Dmowski wyciągnął mapę, na której zaznaczył granice Polski sprzed rozbioru w 1772 roku, dodając jeszcze Górny Śląsk i Prusy Wschodnie. Wilson później wspominał, że "pokazali mi mapę, na której zaznaczyli pół świata"[5].

Jedenastego listopada 1918 roku zostało podpisane zawieszenie broni. Niedługo potem Komisja Pokojowa Stanów Zjednoczonych pożeglowała do Francji, by wziąć udział w paryskiej konferencji pokojowej. Amerykańska delegacja nie miała ustalonego stanowiska w sprawie Polski, o czym wiedzieli przedstawiciele Polski w Paryżu. Komitet Wykonawczy "dochodzenia" ostrzegł tylko delegatów, że "sprawa Polski jest zdecydowanie najbardziej złożona ze wszystkich problemów, jakie mają być rozważane"[6].

Rozwój wydarzeń w Polsce nie czekał na wynik deliberacji sprzymierzeńców w Paryżu. Ósmego listopada 1918 roku w Niemczech wybuchła rewolucja. Tego dnia wieczorem cesarz uciekł do Holandii, a niemiecka delegacja przybyła do lasu w Compi?gne, by zapoznać się z podyktowanymi przez aliantów warunkami zawieszenia broni. Dla rządu niemieckiego było oczywiste, że niezależnie od tego, czy Niemcom to się podoba, czy nie, powstanie niepodległa Polska. Pogodziwszy się z tym, podjęli zatem próbę nawiązania stosunków z państwem, które miało się za chwilę odrodzić. Najłatwiejszy kontakt mieli z Józefem Piłsudskim, nadal osadzonym w magdeburskiej twierdzy.

Piłsudski nie był więziony w ciężkich warunkach. Niemcy traktowali go jak więźnia wysokiej rangi; przebywał w oddzielnym budynku, zwanym letnim aresztem oficerskim. Zajmował tam całe pierwsze piętro, a wartownicy (którzy zwracali się do niego, używając tytułu "generał", i stawali na baczność w jego obecności) przebywali na parterze. Posiłki dla niego przywożono z restauracji, a po pewnym czasie Niemcy przetransportowali tam drugiego więźnia, pułkownika Kazimierza Sosnkowskiego, byłego szefa sztabu Piłsudskiego, by dotrzymywał mu towarzystwa. Władze więzienia dały im materiały piśmienne i nawet pozwalały spacerować pod eskortą po Magdeburgu.

Jesienią 1918 roku Niemcy brali już pod uwagę, że Piłsudski najprawdopodobniej będzie odgrywał ważną rolę w niepodległej Polsce. Ministerstwo Spraw Zagranicznych wysłało do Magdeburga hrabiego von Kesslera, oficera armii, który w przeszłości służył jako attaché w kilku krajach europejskich i był uważany za utalentowanego dyplomatę. Von Kessler przywiózł w prezencie wino i czekoladę (które Piłsudski oddał wartownikom) i starał się wysondować polskiego przywódcę, co myśli na temat stosunków polsko-niemieckich po wojnie. Piłsudski nie chciał podejmować żadnych zobowiązań.

Rano ósmego listopada 1918 roku von Kessler nagle pojawił się w ogrodzie, gdzie siedzieli Piłsudski i Sosnkowski. Miał na sobie dziwny cywilny strój - stary kapelusz, wyraźnie na niego za mały, oraz długą myśliwską pelerynę, spod której wystawały buty do konnej jazdy. Był rozgorączkowany. Oświadczył, że zapadła decyzja o uwolnieniu, a on ma natychmiast zawieźć ich do Berlina. Nie mieli czasu, żeby się spakować. Piłsudski wsadził do kieszeni szczoteczkę do zębów i mydło, po czym wsiadł do samochodu von Kesslera. W drodze do stolicy Niemiec zatrzymali się na przejeździe kolejowym, by przepuścić pociąg jadący do Berlina z północnego wschodu. W pociągu tłoczyli się marynarze z czerwonymi flagami. Piłsudski odgadł, że doszło do buntu w niemieckiej flocie, i od razu zrozumiał, dlaczego von Kessler chodzi w cywilnym ubraniu. Każdy oficer w mundurze był niewątpliwie narażony na atak.

Do Berlina dotarli pod wieczór. Dwóm Polakom przydzielono apartament w luksusowym hotelu. Oświadczono im, że urzędnicy z Ministerstwa Spraw Zagranicznych chcą porozmawiać z Piłsudskim i spotkają się z nimi nazajutrz podczas lunchu. Dziewiątego listopada Piłsudski i Sosnkowski włożyli mundury. Piłsudski przypiął szpadę pożyczoną od von Kesslera (nie zgodził się wystąpić w mundurze i bez szpady), po czym wyszli przejść się ulicami Berlina. Trafili na pierwszy dzień rewolucji. W mieście widać było grupki żołnierzy sprzedających broń za kilka marek, przechodziły pochody robotników, którzy ogłosili strajk powszechny. Piłsudski i Sosnkowski dotarli do słynnej restauracji "Hiller" na Unter den Linden. W prywatnym pokoju czekali na nich przedstawiciele Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Wszyscy zasiedli do wykwintnego posiłku, ale rozmowa się nie kleiła. Piłsudski niewiele się odzywał i nie chciał zdradzić swoich planów. Nie widział powodu, by omawiać je z przedstawicielami zdyskredytowanego rządu państwa ogarniętego rewolucją. Niemcy starali się okazywać serdeczność temu poważnemu mężczyźnie, który przypuszczalnie miał wkrótce rządzić sąsiednim państwem. Z ulicy dochodziły krzyki zrewoltowanych robotników. Tylko Sosnkowski dobrze się bawił, obserwując, jak zdenerwowani Niemcy usiłują prowadzić towarzyską rozmowę, podczas gdy ich imperium wali się w gruzy.

Wreszcie posiłek się zakończył. Piłsudski, który z każdą chwilą zachowywał się coraz bardziej jak mąż stanu, zażądał od Niemców, by natychmiast odwieźli go do Warszawy. Mimo ogromnych trudności przygotowano prywatny pociąg, który jeszcze tego wieczoru wyruszył do polskiej "stolicy". Piłsudski i Sosnkowski byli jedynymi pasażerami.

Istnieje dobrze znane zdjęcie, które z niejasnych powodów zdaniem wielu osób przedstawia przybycie Piłsudskiego do Warszawy rano dziesiątego listopada 1918 roku. Na fotografii widać wielki tłum, orkiestrę i eskortę honorową; Piłsudskiego otacza tłum umundurowanych zwolenników. Zdjęcie to stało się podstawą wielu opisów tryumfalnego powrotu Komendanta do Warszawy, lecz w rzeczywistości przedstawia jego przyjazd dwa lata wcześniej. Gdy pociąg Piłsudskiego przybył na stację o siódmej rano dziesiątego listopada, nie było tam fotografa, eskorty honorowej ani tłumu wielbicieli. Witało go tylko siedem osób. Warszawska POW dowiedziała się o jego przyjeździe zaledwie kilka godzin wcześniej. Na peronie czekali major Adam Koc z POW, książę Zdzisław Lubomirski, członek Rady Regencyjnej i burmistrz Warszawy, oraz jeszcze pięć osób.

Ze stacji Piłsudski pojechał do pałacu księcia Lubomirskiego na śniadanie i rozmowę o sytuacji politycznej. Następnie zawieziono go do dużego pensjonatu, gdzie zarezerwowano dla niego pokoje. W Warszawie szybko rozeszła się wiadomość o jego powrocie i w południe na ulicy przed domem zgromadził się wielotysięczny tłum. Po południu Piłsudski odwiedził Aleksandrę Szczerbińską* w mieszkaniu na przedmieściach Warszawy. Zobaczył wtedy po raz pierwszy ich córkę, która urodziła się, gdy był w więzieniu.

* Piłsudski już od wielu lat pozostawał w separacji ze swą pierwszą żoną, Marią Piłsudską. Później związał się z Aleksandrą Szczerbińską, która należała do Organizacji Bojowej PPS. Szczerbińska wzięła udział w napadzie na pociąg w Bezdanach w 1908 roku, a później należała do sekcji wywiadu POW; została aresztowana i przez pewien czas przebywała w niemieckim więzieniu. Żona, która wciąż go kochała, nie chciała zgodzić się na rozwód, dlatego Piłsudski poślubił matkę swego dziecka dopiero w 1921 roku, po śmierci Marii. Wcześniej, choć jego związek z Aleksandrą Szczerbińską był powszechnie znany, Piłsudski nie mógł z nią zamieszkać.

Piłsudski przez kilka dni mieszkał w pensjonacie, później przeprowadził się do prywatnego mieszkania, a dwudziestego dziewiątego listopada osiadł w swej oficjalnej rezydencji w Belwederze.

Piłsudski spędził w więzieniu piętnaście miesięcy; w tym czasie zaszło wiele zdarzeń, które przybliżyły odrodzenie Polski. W istocie Niemcy i Austriacy zrobili wiele, by stworzyć polski rząd, choć czynili to niechętnie, a postęp często następował wbrew ich zamierzeniom.

Tymczasowa Rada Stanu, którą Niemcy i Austriacy stworzyli w 1917 roku, by administrowała Polską i pomagała w werbunku, już wcześniej sprawiała im liczne kłopoty. Rekrutów nie było, a członkowie Tymczasowej Rady Stanu z biegiem czasu przejawiali coraz bardziej wojowniczą i niezależną postawę wobec państw centralnych. Piłsudski zrezygnował z przynależności do Tymczasowej Rady Stanu na krótko przed aresztowaniem w lipcu 1917 roku. Pozostali członkowie domagali się rozszerzenia zakresu swobód, grozili rezygnacją, gdy władze nie chciały ich przyznać, i wreszcie dwudziestego piątego sierpnia 1917 roku wszyscy podali się do dymisji.

Rezygnacja członków Rady zmusiła państwa centralne do kolejnego kroku w kierunku uformowania niezależnego rządu. Rządy Austrii i Niemiec po konsultacjach postanowiły powołać Radę Regencyjną przyszłego Królestwa Polskiego. Rada miała pełnić rolę naczelnego organu państwa do czasu wyboru króla - co nie wydawało się łatwe, ponieważ Niemcy i Austriacy mieli swoich kandydatów.

W miarę jak klęska państw centralnych stawała się coraz bardziej oczywista, w Polsce narastało wzburzenie. W większych miastach dochodziło do strajków i odbywały się demonstracje. Ich uczestnicy domagali się niepodległości. Niemieckie i austriackie władze okupacyjne nie były w stanie ich opanować. Rada Regencyjna zachowywała się coraz bardziej niezależnie. Bez konsultacji z Niemcami regenci wydali Orędzie do narodu, w którym poinformowali o powołaniu rządu i zażądali przeprowadzenia wyborów do zgromadzenia konstytucyjnego. Oddziały uzbrojonych Ukraińców, występujące w imieniu "Ukraińskiej Republiki Ludowej", opanowały znaczną część Galicji Wschodniej. Doszło do walk między nimi i niewielkim oddziałem polskim usiłującym utrzymać Lwów. Przywódcy socjalistyczni w Polsce byli przekonani, że jedynie Piłsudski jest w stanie doprowadzić do jedności narodu, dlatego żądali jego zwolnienia. Młody Rydz-Śmigły z trudem powstrzymywał od działania swych ludzi z POW. Tajna armia liczyła w tym momencie 50 tysięcy ludzi; wielu miało broń i trudno było ich powstrzymać od podjęcia próby wykorzystania chaosu. Zdemoralizowane oddziały niemieckie zamknęły się w garnizonach i poza obroną nie przejawiały żadnej aktywności. Na początku listopada austriaccy żołnierze już masowo dezerterowali i oddawali broń członkom POW. W nocy szóstego listopada grupa znanych galicyjskich socjalistów pod przewodem Ignacego Daszyńskiego ogłosiła powołanie Tymczasowego Rządu Ludowego Republiki Polskiej. Siedzibą rządu Daszyńskiego stał się Lublin, gdzie mieściła się główna kwatera gubernatora austriackich sił okupacyjnych. Tymczasowy Rząd Ludowy był "chroniony" przez POW (choć w rzeczywistości nie potrzebował żadnej ochrony, gdyż żołnierze austriaccy byli całkowicie zdemoralizowani), a Rydz-Śmigły przyjął "dowództwo nad wszystkimi polskimi siłami", działając w imieniu pozostającego w więzieniu Piłsudskiego.

Przybycie Piłsudskiego do Warszawy dziesiątego listopada rano było zatem równoznaczne z pojawieniem się na politycznej scenie jedynego Polaka, który miał wszystkie cechy potrzebne w tej godzinie. Surowy, milkliwy, bez bliskich przyjaciół, ale za to z wieloma wiernymi sojusznikami, Piłsudski cieszył się szacunkiem niemal całego społeczeństwa. Przede wszystkim miał wygląd prawdziwego przywódcy. Zawsze chodził w prostym, szarym mundurze wojskowym bez oznak stopnia. Był mężczyzną przystojnym, średniego wzrostu, z krótko ostrzyżonymi szarymi włosami, gęstymi brwiami, sumiastym wąsem i przenikliwymi szaroniebieskimi oczami. Był mocno zbudowany, ale nie otyły. W Polsce, gdzie wówczas wszyscy wiele mówili o sobie, Piłsudski wyraźnie się wyróżniał - był nieprzenikniony i utrzymywał dystans. Jego przedwojenne przewidywania, jak muszą potoczyć się wydarzenia, by Polska odzyskała niepodległość, okazały się zaskakująco trafne. Państwa centralne rzeczywiście pobiły Rosję, a następnie same uległy Francji i jej sojusznikom. Wszystko zdarzyło się dokładnie tak, jak przewidywał, a on postępował zgodnie z przyjętym planem - najpierw walczył po stronie państw centralnych, a później, gdy już praktycznie pokonały Rosję, wraz ze swymi żołnierzami przestał im służyć.

Piłsudski był niewątpliwie największym polskim bohaterem wojskowym. Pod względem politycznym miał wiele atutów - nie najmniej ważnym był ten, że piętnastomiesięczne uwięzienie wyeliminowało go z rozgrywek politycznych, w których skompromitowało się wielu wytrawnych polityków. Wprawdzie jego polityczną bazą byli dawni współpracownicy z PPS, ale on sam już nie uważał się za socjalistę. (Gdy pewni przywódcy PPS zwrócili się do niego, używając formy "towarzyszu", Piłsudski im odpowiedział: "Jechałem czerwonym tramwajem socjalizmu tak daleko, aż Niepodległość nie powiedziała - stój! - ale wtedy wysiadłem. Macie prawo jechać do końcowej stacji, jeśli chcecie, lecz proszę - zwracajcie się do mnie przez pan"[7]). Mimo to lewica uważała go za starego przyjaciela, a prawica sądziła, że może on skutecznie przeciwstawić się społecznej rewolucji.

W rywalizacji ze swym najpoważniejszym przeciwnikiem, Romanem Dmowskim, Piłsudski znalazł się w bardzo wygodnej sytuacji. Przede wszystkim był na miejscu, w Polsce, co miało ogromne znaczenie. W dniu upadku władzy niemieckiej Piłsudski przebywał w Warszawie. Dmowski był wówczas w Stanach Zjednoczonych, a od trzech lat mieszkał za granicą. Piłsudski dowodził również POW. Wprawdzie była to tylko słabo uzbrojona organizacja paramilitarna, ale i tak stanowiła najlepszą i największą siłę wojskową w Polsce.

Gdy zatem dziesiątego listopada rano Piłsudski spotkał się w Warszawie z księciem Lubomirskim, był pod każdym względem Komendantem, jak zawsze nazywali go zwolennicy. W imieniu lubelskiego Tymczasowego Rządu Daszyński zaoferował mu naczelne dowództwo wojskowe. Piłsudski odmówił. Nie zamierzał przyjmować żadnego stanowiska od samozwańczego rządu (zwłaszcza złożonego wyłącznie z socjalistów) i w ten sposób się z nim wiązać. Twardo postanowił, że to on będzie rozdawał innym urzędy i stanowiska, nie zaś przyjmował je od innych.

Po dłuższej dyskusji książę Lubomirski zaproponował, by Piłsudski objął naczelne dowództwo na mocy postanowienia Rady Regencyjnej. Obaj rozumieli, że z urzędem naczelnego wodza związana jest znacznie większa władza niż tylko dowództwo wojskowe. Stanowisko naczelnego wodza było równoważne pozycji dyktatora. Lubomirski wysunął tylko jeden warunek: Piłsudski miał się zobowiązać do przekazania całej władzy Sejmowi, jak tylko zostaną przeprowadzone wybory. Piłsudski przyjął propozycję i zaakceptował warunek Lubomirskiego, po czym jedenastego listopada objął nowe stanowisko. Trzy dni później regenci, zdając sobie sprawę, że Piłsudski jest jedynym przywódcą zdolnym do sprawowania rządów, przekazali mu całą władzę i nadali tytuł Naczelnika Państwa, po czym rozwiązali Radę Regencyjną. W tym samym czasie rozwiązał się także rząd lubelski, uznając, iż Piłsudski de facto przejął rządy. Teraz w rękach Piłsudskiego znalazła się władza nad wszystkimi politycznymi i wojskowymi strukturami, jakie istniały w Polsce. Przez całe życie czekał na tę chwilę.

ROZDZIAŁ III

"NIKT NIE SPRAWIAŁ NAM WIĘKSZYCH KŁOPOTÓW NIŻ POLACY"

Gdy delegacje zwycięskich państw zgromadziły się w Paryżu na konferencji pokojowej w 1919 roku, otoczył je tłum przedstawicieli wszystkich możliwych narodów oraz grup etnicznych i religijnych. Do Paryża przyjechali przedstawiciele Sinn Fein, Koreańczyków, Arabów i Ormian, obrońcy mieszkańców państw bałtyckich, Alandczyków, Kurdów, Hindusów i wielu innych. Główne państwa sprzymierzone, choć przygotowywały się do konferencji, nie oczekiwały, że będą musiały zajmować się wszystkimi problemami, jakie przedstawiały im różne grupy. W Paryżu pojawili się nawet reprezentanci dążących do samodzielności narodów, o których nikt wcześniej nie słyszał. To bynajmniej nie peszyło tych pretendentów do niepodległości. Wszyscy działali w podobny sposób. Po przybyciu do Paryża zakładali biuro i natychmiast zaczynali produkować biuletyny, deklaracje i opracowania historyczne, które miały przekonać zwycięskie mocarstwa o słuszności ich żądań. Nieznużenie krążyli po biurach wszystkich ważniejszych państw reprezentowanych w Paryżu. Wypełniali poczekalnie, wysiadywali niecierpliwie pod drzwiami sal obrad i zaczepiali każdego, kto mógł mieć jakiś wpływ.

Sprzymierzeńcy nie bardzo wiedzieli, co zrobić z tymi wszystkimi suplikantami. Niektórzy proponowali, by w ogóle nie zwracać na nich uwagi. Głównym celem konferencji paryskiej było przyjęcie traktatu pokojowego, który miał zostać przedstawiony Niemcom. Po paru tygodniach okazało się jednak, że wielu małym państwom lub narodom pretendującym do własnego państwa trzeba poświęcić nieco czasu. Dotyczyło to zwłaszcza państw sąsiadujących z Niemcami. Nie wystarczało przy tym jakoś określić granice, oficjalnie uznać nowe państwo i zmusić Niemcy do podpisania traktatu uznającego istnienie nowego sąsiada. Nowe państwa miały problemy wewnętrzne, które - oczekując pomocy w ich rozwiązaniu przedstawiały w Paryżu państwom sprzymierzonym. Co gorsza, często zaczynały też walczyć między sobą, co zmuszało aliantów do wkroczenia i rozstrzygnięcia sporu.

Delegaci wszystkich mocarstw sprzymierzonych ostatecznie przekonali się, że poświęcają tyle samo czasu na rozwiązywanie różnych problemów nowych państw, ile na sprawę pokoju z Niemcami. Premier brytyjski Lloyd George zauważył: "Nikt nie sprawiał nam większych kłopotów niż Polacy"[1]. Jeśli wziąć pod uwagę swarliwość nowych narodów, ta uwaga jest bardzo wymowna.

Bardzo wątpliwe, czy ktokolwiek z członków polskiej delegacji przejmował się zniecierpliwieniem, z jakim odnosili się do sprawy polskiej Lloyd George i inni politycy. W ciągu długiej historii starań o odzyskanie państwa Polacy mieli wiele okazji, aby się przekonać, że skromność nie popłaca. Polska była bliska odzyskania niepodległości dzięki wieloletnim, upartym wysiłkom polskich patriotów. Gdyby byli skromni i potulni, ich naród nie zdobyłby takiej szansy. Jeśli Polacy musieli sprawiać innym problemy, kłócić się i awanturować, by postawić na swoim, byli do tego gotowi. We wszystkich wielkich wydarzeniach historycznych jest czas na przyjacielskie zachowanie (a w przeszłości Polacy wielokrotnie je demonstrowali), ale jest też czas na to, by stanowczo domagać się swego. Polacy nie zmartwiliby się, gdyby delegaci na konferencję pokojową musieli poświęcić cały swój czas na sprawy Polski; w istocie byliby przekonani, że to się jej należy. Przyjaciele Polski w amerykańskiej delegacji doszli do wniosku, że Polakom brak poczucia politycznych proporcji, że wykazują oni obsesyjną potrzebę, by wszystkie sprawy świata kręciły się wokół ich kraju. Zachodni dyplomaci w Paryżu opowiadali sobie apokryficzną anegdotę, jak to Anglik, Niemiec i Polak przygotowywali monografie o słoniu. Anglik opisał polowanie na słonia, Niemiec zajął się jego fizjologią. Polak rozpoczął do stwierdzenia: L'éléphant, c'est une question polonaise.

Paryska konferencja pokojowa rozpoczęła się oficjalnie osiemnastego stycznia 1919 roku, ale już wcześniej polscy delegaci nieźle się orientowali, jakie stanowisko zajmują najważniejsze państwa sprzymierzone. Anglicy wykazali letnie nastawienie do idei niepodległości Polski. Nie chodziło tu o jakąś zdecydowaną wrogość, tylko o wyraźne przekonanie, że w przeszłości Polacy kiepsko zarządzali własnymi sprawami politycznymi. Oczywiście Wielka Brytania jednoznacznie zobowiązała się do wspierania niepodległości Polski, ale z tego nie wynikało, że gotowa była zaakceptować wygórowane żądania Polaków. Angielskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych ostrzegało delegatów, że "dla dobra przyszłości Polski musimy zdecydowanie przeciwstawić się polskim przesadnym roszczeniom"[2].

Stany Zjednoczone odnosiły się do kwestii niepodległości Polski ze znacznie większym zrozumieniem. Nie byłoby przesadą stwierdzenie, że Woodrow Wilson miał obsesję na punkcie idei niezależności niewielkich narodów. Pod jego wpływem Stany Zjednoczone przyjęły program zmiany granic wielu państw, tak by przebiegały "wzdłuż jasno określonych linii podziałów etnicznych".

Silną stroną polityki Wilsona był idealizm i brak wszelkich egoistycznych motywacji. Spośród jej słabości można wymienić niedostrzeganie faktu, iż w Europie było bardzo niewiele "jasno określonych linii podziałów etnicznych", wzdłuż których można by poprowadzić granice, a rozmaite europejskie narody, zarówno stare, jak i "nowe", nie będą w stanie przezwyciężyć historycznej wrogości. Jednak podczas paryskiej konferencji pokojowej nie mówiono o słabościach programu Wilsona. Amerykański prezydent był najbardziej podziwianym, szanowanym i wpływowym człowiekiem na świecie. W dniu otwarcia konferencji nikt nie mógł przewidzieć, jak szybko straci wpływy. Polacy skoncentrowali wysiłki na kontaktach ze Stanami Zjednoczonymi, które uważali za swego najważniejszego sojusznika, aż nagle zdali sobie sprawę, że Francja jest gotowa zaoferować im znacznie więcej.

Wprawdzie Francja w przeszłości odnosiła się do Polski z sympatią, ale w ciągu niemal całej pierwszej wojny światowej uznawała założenie, że Polska pozostanie tym, czym była - prowincją sojuszniczej Rosji. Wybitny francuski polityk wspominał później "ostrożność, z jaką należało mówić we Francji o niepodległości Polski"[3]. Interes Francji wymagał, by nie podejmować żadnych wysiłków na rzecz niepodległości Polski. Gdy jednak upadł carski rząd i wkrótce władzę przejęli bolszewicy, Francuzi stwierdzili, że nastąpiła kompletna zmiana podstaw ich powojennej polityki zagranicznej. Oczywiście podstawowy cel nie uległ zmianie - było nim zabezpieczenie Francji przed ponownym atakiem Niemiec. Jednak zamiast Rosji, związanej sojuszem z Francją i zobowiązanej do udzielenia jej pomocy w razie wojny z Niemcami, na wschodzie powstał nieprzyjazny reżym bolszewicki, który robił, co mógł, by wzniecić rewolucję w całej Europie. Francuzi musieli nagle zmienić swoją politykę.

Francja postanowiła poprzeć powstanie wzdłuż wschodniej granicy Niemiec całej grupy "nowych" państw, które miały stanowić zarówno barierę ograniczającą ekspansję komunizmu, jak i zabezpieczenie przed niemiecką agresją. Z tego względu Francja, która wcześniej nie wspierała idei "wyzwolenia" uciemiężonych narodów, nagle stała się heroldem tej koncepcji - w każdym razie w Europie Wschodniej. Rząd francuski chciał, by te nowe państwa, mające być sojusznikami Francji w wypadku wojny z Niemcami, były jak największe i najsilniejsze. W memorandum Quai d'Orsay z grudnia 1918 roku na temat przygotowań do konferencji pokojowej znalazło się stwierdzenie, że "im bardziej powiększymy Polskę kosztem Niemiec, tym pewniejsze będzie, że Polska pozostanie wrogiem Niemiec"[4]. W odpowiedzi na pytanie, jaka powinna być Polska, francuski minister spraw zagranicznych Stéphen Pichon natychmiast odpowiedział: "Duża i silna - bardzo, bardzo silna"[5].

Mając poparcie Stanów Zjednoczonych i Francji, Polacy powinni byli odnieść na paryskiej konferencji pokojowej szybkie i zdecydowane zwycięstwo dyplomatyczne. Tak się jednak nie stało, przede wszystkim z powodu chaosu politycznego w samej Polsce.

W trakcie wojny żadne z państw sprzymierzonych nie mogło utrzymywać z Polską stosunków dyplomatycznych, ponieważ oficjalnie polskie państwo nie istniało. Ze względów praktycznych alianci po cichu uznawali Komitet Narodowy Polski Dmowskiego jako reprezentację przyszłej Polski. Szesnastego listopada wszystkie państwa sprzymierzone otrzymały jednak telegram z Warszawy, informujący o "istnieniu niepodległego państwa polskiego, jednoczącego wszystkie polskie ziemie". Telegram podpisał Józef Piłsudski jako naczelny wódz polskiej armii.

Komunikat o istnieniu de facto polskiego rządu zrodził dylemat. Dyplomaci praktycznie wszystkich państw sprzymierzonych znali i szanowali Romana Dmowskiego, człowieka o dużej kulturze i erudycji. To z nim współpracował Ignacy Paderewski. W stolicach państw zachodnich wcześniej zakładano, że Dmowski będzie odgrywał przywódczą rolę w odrodzonej Polsce. Natomiast niemal nikt nie znał Piłsudskiego. Jego reputacja była wielce dwuznaczna - socjalista, złodziej, który napadł na pociąg, generał amator, który przez niemal całą wojnę walczył po stronie państw centralnych. Piłsudski, jak się wydawało, miał rewolucyjną przeszłość bardzo podobną do życiorysów bolszewików. Na wypadek gdyby jacyś dyplomaci państw sprzymierzonych nie znali tego niezbyt pochlebnego portretu Piłsudskiego, współpracownicy Dmowskiego z Komitetu Narodowego Polskiego pośpiesznie go dla nich malowali.

Dmowski miał pecha, ponieważ w dniu zawieszenia broni przebywał w Stanach Zjednoczonych. Natychmiast wyruszył w podróż powrotną, dotarł do Paryża dziewiętnastego listopada i stanął na czele Komitetu Narodowego Polskiego. I on, i jego współpracownicy z Komitetu byli, co zrozumiałe, bardzo rozgoryczeni sytuacją polityczną, jaka powstała w Polsce. Usiłowali przekonać aliantów, by ignorowali rząd Piłsudskiego i kontaktowali się wyłącznie z nimi, ale udało im się uzyskać jedynie obietnicę rządów zachodnich, że poczekają na dalszy rozwój zdarzeń.

Taka sytuacja mogłaby zapewne trwać dość długo, gdyby nie komunikat, że osiemnastego stycznia rozpocznie się konferencja pokojowa. Było oczywiste, że Polski nie mogą reprezentować dwie niezależne delegacje. W celu przełamania pata Piłsudski wysłał do Paryża swego emisariusza, Kazimierza Dłuskiego, by spotkał się z Komitetem Narodowym Dmowskiego i spróbował wynegocjować jakiś kompromis. Zamiast tego jednak doszło tylko do gwałtownej awantury. Dmowski początkowo odmówił jakichkolwiek ustępstw. Był przekonany, że alianci w końcu uznają jego i Komitet Narodowy Polski za jedyną oficjalną delegację Polski na konferencji pokojowej. Czemu zatem miałby dzielić się miejscem przy stole obrad z ludźmi Piłsudskiego? W końcu jednak uznał konieczność kompromisu. Dłuski zwrócił uwagę, że jest nie do pomyślenia, by Polskę reprezentował w Paryżu jeden obóz polityczny, a zupełnie inny sprawował rządy w Warszawie. To naraziłoby kraj na pośmiewisko. W końcu osiągnięto porozumienie. Uzgodniono, że Dmowski będzie kierował polską delegacją na konferencję pokojową, ale w jej skład wejdą również Polacy o innych poglądach politycznych, a on będzie brał pod uwagę ich opinie. Ponadto oprócz Dmowskiego drugim oficjalnym delegatem na konferencję miał zostać człowiek mianowany przez Piłsudskiego.

Wprawdzie znaczna część prac konferencji odbywała się w różnych komitetach i komisjach, ale głównym jej organem była Rada Najwyższa najważniejszych mężów stanu mocarstw alianckich (Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Francji, Włoch i Japonii) oraz ich ministrów spraw zagranicznych. Ponieważ grupa ta liczyła dziesięć osób, stała się znana jako Rada Dziesięciu. (Po miesiącu okazało się, że dziesięć osób to za dużo, by sprawnie i dyskretne załatwiać sprawy, dlatego zaczęła się spotykać mniejsza grupa zwana Radą Czterech. W jej skład wchodzili prezydent Stanów Zjednoczonych oraz premierzy Wielkiej Brytanii, Francji i Włoch). Wystąpienie przed Radą miało oczywiście ogromne znaczenie dla każdego niewielkiego państwa. Dmowski i jego delegacja gorączkowo przygotowywali się do przedstawienia sprawy Polski wielkim mężom stanu z Rady Dziesięciu.

Dla Polaków największe znaczenie miało wytyczenie granic Polski. Wewnątrz polskiej delegacji toczył się poważny spór, jakich terenów należy domagać się w Paryżu. Spór ten wywodził się z fundamentalnych różnic w filozofii politycznej Dmowskiego i narodowych demokratów oraz Piłsudskiego i jego zwolenników. Dmowski od dawna twierdził, że niepodległa Polska może przetrwać tylko jako scentralizowane państwo zamieszkane przez Polaków lub osoby łatwo poddające się asymilacji. Uważał również, że to Niemcy są głównym wrogiem Polski, a Rosja, niezależnie od politycznej orientacji, jest najlepszym sojusznikiem w konflikcie z Niemcami. Z tych względów sądził, że Polska powinna domagać się jak najrozleglejszych zdobyczy terytorialnych na zachodzie, kosztem Niemiec. Jego zdaniem osiągnięcie etnicznej dominacji Polaków na tych ziemiach nie przedstawiało większych trudności. Natomiast na wschodzie Polska powinna ograniczyć swe roszczenia do obszarów, na kórych asymilacja byłaby możliwa ze względu na dostatecznie liczną polską populację i których aneksja nie spowodowałaby trwałego konfliktu z Rosją.

Zwolennicy Piłsudskiego byli odmiennego zdania. Uważali, że to Rosja, carska lub bolszewicka, jest większym zagrożeniem niż Niemcy. Głosili koncepcję federalistyczną, która miała zneutralizować niebezpieczeństwo ze strony Rosji. Polacy, jako największy i najbardziej rozwinięty naród w Europie Środkowej i Wschodniej, powinni utworzyć unię z sąsiednimi narodami na wschodzie, takimi jak Litwini, Białorusini i Ukraińcy. Narody te miałyby autonomiczny status w państwie polskim. To jednocześnie osłabiłoby Rosję i wzmocniło Polskę. Niewątpliwie wzmogłoby też wrogość Rosji, co jednak nie miało znaczenia, gdyż zdaniem zwolenników koncepcji federalistycznej Rosja i tak nigdy nie pogodzi się z istnieniem niepodległej Polski.

Zwolennicy Dmowskiego i Piłsudskiego zgadzali się co do jednego: z uwagi na położenie między Niemcami i Rosją Polska nie może być państwem słabym i pozbawionym wagi. By przetrwać, Polska musi być silna - a siła wynika z wielkości. Przedstawiciele obu obozów należący do delegacji doszli do porozumienia. W istocie postanowili po prostu domagać się, by alianci przyznali Polsce jak najrozleglejsze tereny, których przyłączenie dałoby się uzasadnić. Wyboru między inkorporacją a federacją miano dokonać później.

Polacy mieli okazję po raz pierwszy przedstawić swoje stanowisko Radzie Dziesięciu dwudziestego dziewiątego stycznia 1919 roku o jedenastej przed południem. Spotkanie odbyło się w dużym gabinecie Stéphena Pichona, ministra spraw zagranicznych Francji, przy Quai d'Orsay. W końcu pokoju, przy stoliku w stylu Ludwika XV, siedział francuski premier Georges Clemenceau. Na prawo i lewo od stolika, na krzesłach ustawionych w półokrąg, zasiadali najważniejsi członkowie delegacji Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii, Japonii i Włoch. W kominku za plecami francuskiego premiera paliły się drewniane polana; w pokoju było gorąco i duszno.

Polscy delegaci, Roman Dmowski i Erazm Piltz, zostali uroczyście wprowadzeni do pokoju i bardzo serdecznie powitani - byli przecież protegowanymi Francji i cieszyli się sympatią Stanów Zjednoczonych.

Na wstępie Dmowski spytał Radę Dziesięciu, jakie aspekty polskich problemów najbardziej interesują jej członków. Clemenceau jowialnie odpowiedział, że chcieliby prosić o ogólne przedstawienie całej polskiej sytuacji.

Dmowski skwapliwie skorzystał z tego zaproszenia. Wygłosił przemówienie, które z przerwą na lunch trwało pięć godzin. Niewątpliwie był to tour de force. Na konferencji pokojowej obowiązywały dwa oficjalne języki - angielski i francuski. Dmowski mówił doskonałą, idiomatyczną francuszczyzną, od czasu do czasu przerywając, by przetłumaczyć swe wypowiedzi na angielski, którym również władał znakomicie. Jego wystąpienie zrobiło wielkie wrażenie na słuchaczach; gdy skończył, rozległy się spontaniczne oklaski.

Dmowski rozpoczął od przeglądu sytuacji militarnej, w jakiej znalazła się Polska. Nowe państwo było atakowane ze wszystkich stron. Ze wschodu nadciągali bolszewicy. Na południowym wschodzie, w austriackiej Galicji, której teraz dopominała się Polska, Polacy zmagali się z Ukraińcami. Na południowym zachodzie toczyli walki z nieregularnymi oddziałami niemieckimi o Górny Śląsk oraz z Czechami o Księstwo Cieszyńskie (Zaolzie). Podobne konflikty istniały w Poznaniu i Gdańsku. Dmowski zwrócił się do państw sprzymierzonych o dostarczenie Polsce broni, amunicji i innych materiałów wojennych.

Przechodząc do polskich aspiracji terytorialnych, Dmowski poinformował Radę, że "dążąc do ustalenia, jakie tereny mają należeć do Polski, powinniśmy zacząć od 1772 roku, przed pierwszym rozbiorem"[6]. Słuchacze wiedzieli, że przed pierwszym rozbiorem Polska zajmowała bardzo rozległy obszar. Dmowski przedstawił teraz zebranym tour d'horizon. Zasugerował, że Litwa i Ukraina powinny zostać "przyłączone" do Polski, gdyż "jeszcze nie dojrzały do stworzenia własnego państwa"[7]. Śląsk, choć nie należał do Polski od XIV wieku, powinien do niej powrócić, gdyż Polacy stanowią tam większość ludności - Dmowski ocenił ją na 90 procent. Przechodząc, jak to określił, do "wschodnich Niemiec", uznał, że powstanie rozległego "polskiego korytarza" do morza jest sprawą niepodlegającą dyskusji. Podobne stanowisko zajął w kwestii Gdańska, jedynego polskiego portu morskiego, gdzie jednak zdecydowaną większość ludności stanowili Niemcy. Dmowski wyraził pewną wątpliwość co do zasadności polskich roszczeń tylko w sprawie Prus Wschodnich. Przyznał, że nie stanowią one części obszaru Polski, ale zaproponował, by odebrać je Niemcom i utworzyć niewielką oddzielną "republikę" pod polskim protektoratem.

Zbliżał się już wieczór, dlatego Dmowski na tym zakończył swoją przemowę. Clemenceau wstał i podziękował mu za "znakomite wystąpienie", po czym Polacy wyszli z sali obrad.

Rzecz jasna, członkowie Rady Dziesięciu nie wgłębiali się osobiście w szczegółowe kwestie dotyczące polskich granic. Zgodnie z przyjętą praktyką powołano Komisję do Spraw Polskich, która miała przygotować raport o "kwestii granic państwa polskiego"[8]. Rada Dziesięciu na ogół przyjmowała raporty takich komisji.

Mężowie stanu mocarstw sprzymierzonych nie oczekiwali wprawdzie, że to będzie ostatnie wystąpienie Polski na paryskiej konferencji pokojowej, ale sądząc po sporej liczbie ekspertów wyznaczonych do zajęcia się problemem polskich granicy, najwyraźniej mieli nadzieję, że sami nie będą już musieli poświęcać dużo czasu tej kwestii. W rzeczywistości w najbliższych miesiącach musieli wielokrotnie do niej wracać.

Z polskiego punktu widzenia skład Komisji do Spraw Polskich był bardzo korzystny. Jej członkami byli niemal wyłącznie polonofile. Z uwagi na nigdy oficjalnie niewyrażone, ale powszechnie przyjęte na konferencji pokojowej założenie, że Polska znajduje się we francuskiej strefie wpływów, przewodniczącym komisji został Francuz - Jules Cambon.

Byłoby oczywiście najlepiej, gdyby wszystkie polskie granice - na wschodzie i zachodzie - zostały ustalone na konferencji. W rzeczywistości jednak kwestii granicy wschodniej poświęcono bardzo niewiele uwagi, z różnych powodów. Przede wszystkim bolszewicka Rosja nie była reprezentowana w Paryżu - Clemenceau ogłosił nawet, że nie zgodzi się na przyjazd delegacji rosyjskiej. Żadne z głównych mocarstw sprzymierzonych nie utrzymywało stosunków dyplomatycznych z Leninem i jego rządem. W tej sytuacji nie było z kim negocjować porozumienia polsko-rosyjskiego.

Sami Polacy również nie naciskali aliantów, by zajęli stanowisko w sprawie polskiej granicy wschodniej. Piłsudski planował ekspansję na wschód, której zakres przekraczał wszystko, co sprzymierzeni mogli uznać za właściwe, dlatego jego delegaci w Paryżu woleli nie poruszać tej kwestii. Sprawa zatem została przemilczana. Polska delegacja przedstawiła komisji memorandum zatytułowane Nota o wschodnich granicach państwa polskiego, z którego wynikało, że Polska powinna otrzymać Litwę, Prusy Wschodnie oraz rozległe tereny na południe od Wilna. Komisja nie zareagowała na notę, a Polacy woleli, by na tym stanęło. Komisja do Spraw Polskich zajmowała się głównie granicą polsko-niemiecką, co okazało się dostatecznie skomplikowanym problemem.

W tym momencie wypada podkreślić kluczową rolę, jaką w rozstrzyganiu polskich problemów odgrywał brytyjski premier. Krótko mówiąc, Lloyd George (i brytyjskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych) nie ufał w zdolność Polaków do rządzenia sobą - a tym bardziej innymi. Dodatkową komplikacją była jego niewrażliwość na legendarny polski urok. Brytyjski premier bez chwili wahania odpowiadał "nie" na - jak uważał - ekstrawaganckie żądania Polaków. W istocie sprawiał wrażenie, że czerpie z tego przyjemność. Podczas posiedzenia Rady Dziesięciu stwierdził brutalnie, że Polacy "nie mają zrozumienia dla organizacji... nie są zdolni do przewodzenia i rządzenia. Ich premier to pianista, a ich prezydent to idealista bez żadnych praktycznych pomysłów"[9]. Już wkrótce po rozpoczęciu konferencji Lloyd George stwierdził, że jego zdaniem polskie roszczenia są "ekstrawaganckie i niedopuszczalne"[10].

Lloyd George po raz pierwszy zabrał głos w sprawie polskich granic dziewiętnastego marca, gdy Komisja do Spraw Polskich przedstawiła swój raport Granica między Polską i Niemcami[11]. Jej przewodniczący, Jules Cambon, opisał Radzie Czterech rekomendacje ekspertów. Komisja nieco ograniczyła roszczenia Dmowskiego, ale w tak niewielkim stopniu, że Polacy nie mieli większych powodów do narzekań. Zaproponowała, by przyznać Polsce praktycznie cały Górny Śląsk, szeroki korytarz do morza, kilka powiatów w Prusach Wschodnich i Gdańsk. Na zakończenie Cambon spytał, czy członkowie Rady Czterech mają jakieś pytania.

Lloyd George natychmiast zabrał głos. Szybko kartkując raport komisji, znalazł tabelę statystyczną, z której wynikało, że na terenach, które miały przypaść Polsce, żyło 2 miliony 132 tysiące Niemców. To, zauważył, "przysporzy Polsce poważnych problemów w przyszłości". Stwierdził wprost, że zamieszkane przez licznych Niemców tereny, które Komisja chciała przyznać Polsce, staną się "ziarnem przyszłej wojny"[12]. Brytyjski premier zadał budzące lęk pytanie: jeśli Niemcy mieszkający w Polsce powstaną przeciw polskiej władzy, a przyszły rząd niemiecki postanowi ich bronić, "czy Francja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone rozpoczną wojnę w obronie polskiej władzy nad nimi?"[13]

Argument Lloyda George'a był jak najbardziej zasadny. Rada Czterech odesłała raport do komisji w celu ponownego rozważenia. Następnego dnia, dwudziestego marca, komisja postanowiła pozostać przy swoich pierwotnych zaleceniach, dodając wyjaśnienie, że "duża liczba Niemców na terenach przyznanych Polsce jest wynikiem bliskiego zmieszania ras w tej części Europy, nie zaś zaniedbania faktów etnograficznych przez Komisję"[14]. Dwustronicowe memorandum przesłane Radzie Dziesięciu kończyło się prostym stwierdzeniem: "Komisja uważa, że jej poprzednie propozycje stanowią najlepsze możliwe rozwiązanie problemu, do którego rozwiązania została powołana"[15].

Wiadomość o tym, że Komisja do Spraw Polskich nie zgodziła się zmienić swych oryginalnych rekomendacji, oczywiście natychmiast dotarła do polskiej delegacji. Podbudowani tym Polacy podwoili wysiłki, zwłaszcza na poziomie kontaktów personalnych. Na początku kwietnia przyjechał do Paryża Paderewski, bez wątpienia najbardziej atrakcyjny rzecznik Polski. Delegacja wydała kilka oficjalnych przyjęć. Nie marnowano żadnej okazji, by Paderewski mógł zademonstrować swój legendarny urok, na który szczególnie wrażliwi byli Amerykanie. "Paddy był po prostu zachwycający - napisał do swej rodziny młody amerykański dyplomata Charles Seymour po kolacji z Polakami. - Ciągle się uśmiechał i najwyraźniej był zachwycony z powodu czysto amerykańskiej kolacji. Powiedział, że po Polsce kocha Amerykę bardziej niż jakikolwiek inny kraj, a kiedyś często myślał o przyjęciu amerykańskiego obywatelstwa, ale zwlekał z tym z powodu wątłej nadziei, iż jego własny kraj odzyska niepodległość. Był bardzo serdeczny, mocno ściskał ręce, żartował i mówił wiele miłych słów"[16].

Dmowski nie był w stanie wywierać tak dobrego wrażenia, dlatego uaktywniał się dopiero podczas poważnych rozmów po bankiecie. Po jednym z takich spotkań Seymour napisał: "Długo rozmawiałem z Dmowskim, który jest raczej zimnym politykiem, ale wydaje mi się szczery. Twierdzi, że Polska jest teraz jedyną zaporą ograniczającą ekspansję bolszewizmu... Jego zdaniem Anglia nie wspiera Polski tak, jak powinna, i jeszcze tego pożałuje"[17].

Mimo tych starań ogólny wizerunek Polaków wyraźnie się pogorszył. Pojawiło się kilka spraw, które rzuciły nie najlepsze światło na polski rząd. Jedną z nich był konflikt w Galicji Wschodniej, gdzie Polacy toczyli wojnę z tak zwaną Zachodnioukraińską Republiką Ludową. Polacy twierdzili, że walczą z bolszewikami, ale alianci mieli co do tego poważne wątpliwości. Pewni byli tylko jednego: że w Galicji Wschodniej większość ludności stanowili Ukraińcy. Polacy dominowali tylko w kilku miastach, w tym we Lwowie. Państwa sprzymierzone uważały, że można z powodzeniem argumentować za przyłączeniem Galicji Wschodniej do Ukrainy, a w każdym razie nie były gotowe uznać, że ten region powinien należeć do Polski. Walka między Polakami a Ukraińcami stawała się coraz bardziej zaciekła, dlatego alianci, choć niechętnie, uznali, że muszą interweniować. Wyznaczono linię zawieszenia broni, a Rada Czterech wysłała kilka telegramów z żądaniami, by obie strony przerwały działania zbrojne. Żądania nie zostały spełnione, a przy tym wytworzyło się wrażenie, iż Ukraińców można zmusić do zaprzestania walki, ale nie Polaków, którzy zawsze mieli jakąś wymówkę usprawiedliwiającą atak. Teraz Woodrow Wilson stopniowo zbliżał się do Lloyda George'a; czuł się rozczarowany postawą Polaków, zwłaszcza gdy nabrał przekonania, iż sprzymierzeńcy zostali nabrani w kwestii armii Hallera.

Armia Hallera (jak ją na ogół nazywali alianci) rzeczywiście stanowiła poważną siłę. Warto przypomnieć, że generał Józef Haller wcześniej dowodził Drugą Brygadą Legionów Polskich, która pod koniec wojny porzuciła państwa centralne i przeszła na stronę sprzymierzonych. Haller i wyżsi oficerowie brygady przyjechali z Murmańska do Francji w lipcu 1918 roku. Tutaj Hallerowi powierzono dowodzenie armią, którą formował Komitet Narodowy Polski Dmowskiego pod francuskimi auspicjami. W chwili podpisania zawieszenia broni armia Hallera składała się z czterech dywizji, a dwie następne właśnie formowano. W sumie liczyła 50 tysięcy ludzi. Wprawdzie powstała zbyt późno, by wziąć udział w walce na froncie zachodnim, ale była całkowicie uzbrojona i wyekwipowana. Żołnierze otrzymali francuskie niebieskie mundury, dlatego często mówiono o nich "błękitna armia".

Piłsudski i jego współpracownicy w Warszawie odnosili się z dużą niechęcią do Hallera i wyższych oficerów jego armii. Nie mogli zapomnieć o politycznych sporach między Piłsudskim a Hallerem, gdy ten dowodził Drugą Brygadą Legionów Polskich. Było również powszechnie wiadome, że generał popierał Dmowskiego i był członkiem Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego.

Mimo różnic politycznych rządowi Piłsudskiego ogromnie zależało na powrocie armii Hallera do Polski. Jak na standardy frontu zachodniego armia licząca 50 tysięcy ludzi nie miała większego znaczenia, natomiast z polskiego punktu widzenia "błękitna armia" stanowiła potężną i świetnie uzbrojoną formację. Niezależnie od politycznych poglądów jej dowódcy rząd w Warszawie chciał, by ci żołnierze wrócili do Polski.

Sprzymierzeńcy oczywiście nie potrzebowali już armii Hallera we Francji, mimo to nie chcieli pozwolić na jej powrót do Polski. Lloyd George i delegaci amerykańscy obawiali się, że armia Hallera zadecyduje o wyniku walk w Galicji Wschodniej. Ostatecznie postanowiono, że armia nie opuści Francji, dopóki alianci się nie upewnią, do czego Polacy zamierzają ją wykorzystać.

Podobnie jak to było ze wszystkimi polskimi problemami, wydawało się, że spory na temat armii Hallera nigdy się nie skończą, a najwyraźniej mogła je rozwiązać tylko Rada Dziesięciu. Członkowie Rady po raz pierwszy zajęli się tą kwestią dwudziestego trzeciego lutego, gdy rozważali oficjalne żądanie Polski, która domagała się powrotu armii. Następnego dnia Rada zastanawiała się nad możliwymi drogami repatriacji hallerczyków. Najlepszym rozwiązaniem wydawało się wysłanie ich statkami do Gdańska, ale temu zdecydowanie sprzeciwiali się Niemcy. Do sprawy powrócono następnego dnia. Rada dyskutowała na temat problemów związanych z armią Hallera jeszcze siedemnastego, dziewiętnastego, dwudziestego pierwszego, dwudziestego drugiego i dwudziestego czwartego marca. Ostatecznie postanowiono przewieźć całą armię - ludzi, konie i broń - pociągami przez Niemcy. Alianci zapewnili trzysta pociągów koniecznych do jej przetransportowania. Polacy zagwarantowali, że nie wykorzystają armii Hallera do walki z Ukraińcami.

Jednak nawet teraz sprawa hallerczyków nie została zamknięta. Wkrótce oficerowie państw sprzymierzonych w Polsce donieśli, że "błękitna armia" pojawiła się w Galicji Wschodniej i włączyła do walki z Ukraińcami. Alianci wysłali depeszę, w której rozkazali Hallerowi wycofać się z Galicji, ale nie dostali żadnej odpowiedzi. Polacy twierdzili później, że nie otrzymali depeszy. Lloyd George nie krył podejrzeń, że to przedstawiciel Francji w misji sprzymierzonych w Warszawie "omyłkowo" skierował depeszę nie tam, gdzie trzeba. Dwudziestego pierwszego marca Rada Najwyższa wystosowała oficjalną notę, w której pytała rząd polski, czy oddziały Hallera walczą w Galicji, ale znowu nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Dwudziestego siódmego maja problem znikł, gdyż dzięki otrzymanym posiłkom Polacy wyparli Ukraińców z Galicji Wschodniej.

Z biegiem czasu stało się oczywiste, że nie można tak poprowadzić granic Polski, by na jej terenie nie było znacznych mniejszości narodowych. Nie wiedziano, jak liczne one będą, ale nie ulegało wątpliwości, że w Polsce będzie żyć wielu Ukraińców, Białorusinów, Litwinów, Niemców i Żydów, których zgodnie z powszechną praktyką, obowiązującą w całej Europie Środkowej, uważano za grupę narodową niezależną od państwa, w którym żyli. Żydzi stanowili niemal 10 procent ludności Polski - więcej niż w jakimkolwiek innym kraju. Alianci, zwłaszcza Wielka Brytania i Stany Zjednoczone, doszli do wniosku, że mniejszości narodowe w Polsce wymagają szczególnej ochrony. Ich niepokój wzbudziła między innymi seria reportaży w londyńskim "Timesie" i innych dziennikach angielskich. Autorem większości tych artykułów był Israel Cohen, "specjalny komisarz organizacji syjonistycznej", który opisywał "pogromy w Polsce". Relacjonował również liczne przypadki pobicia polskich Żydów przez żołnierzy, ściągania kontrybucji z żydowskich społeczności i zmuszania Żydówek do maszerowania boso z miasta do miasta w środku zimy[18].

Relacje te, niezależnie od tego, czy prawdziwe, czy fałszywe, wzbudziły niepokój rządów państw sprzymierzonych. Amerykański dyplomata Stephen Bonsal otrzymał polecenie wysondowania Dmowskiego w sprawie jego poglądów na temat mniejszości żydowskiej. Dmowski był całkiem szczery. Od wielu lat twierdził, że w Polsce musi powstać własna, etniczna - czyli nieżydowska - klasa kupców i ludzi wolnych zawodów. W rozmowie z Bonsalem oświadczył, że w Polsce Żydzi "stanowią co najmniej 10 procent ludności, a moim zdaniem to co najmniej o 8 procent za dużo. Gdy w jakimś miasteczku żyje tylko niewielka grupka Żydów, to jeśli nawet są chciwymi kupcami lub lichwiarzami, jak to często bywa, wszystko toczy się gładko; jeśli jednak pojawią się następni, a tak się z reguły dzieje, zaczynają się kłopoty i niekiedy dochodzi do pogromów... Jeśli nie narzucimy im szybko odpowiednich ograniczeń, wkrótce wszyscy nasi prawnicy, lekarze i kupcy będą Żydami"[19].

Rada Czterech postanowiła zmusić Polskę do podpisania traktatu chroniącego Żydów i inne mniejszości narodowe. Rada Dziesięciu poleciła odpowiedniej podkomisji przygotować tekst traktatu. (Podobny traktat o ochronie mniejszości musiał podpisać również rząd Czechosłowacji).

Kolejnym wiecznym problemem na konferencji pokojowej była sprawa Gdańska. Trzynasty punkt Wilsona obiecywał Polakom "wolny i bezpieczny dostęp do morza", dlatego zakładali oni, że otrzymają Gdańsk (jedyny odpowiedni port na Bałtyku) oraz "korytarz" przez niemieckie Pomorze. Komisja do Spraw Polskich zgodziła się z tym założeniem i zaleciła, by oddać Gdańsk Polsce.

Lloyd George przewodził w walce o inne rozstrzygnięcie tej kwestii. Brytyjski premier podkreślił, że zgodnie z własnymi danymi komisji na 324 tysiące mieszkańców Gdańska tylko 16 tysięcy było innej narodowości niż niemiecka. Zwrócił również uwagę członków Rady, że nikt nie obiecywał Polakom, iż Gdańsk będzie do nich n a l e ż e ć - obiecano im tylko d o s t ę p do portu morskiego, którym rzeczywiście musiał być Gdańsk.

Na posiedzeniach Rady Czterech dwudziestego siódmego marca i pierwszego kwietnia Lloyd George zaproponował, by Gdańsk miał status "wolnego miasta", związanego z Polską unią celną i znajdującego się pod nadzorem wysokiego komisarza mianowanego przez Ligę Narodów. Wszyscy mieszkańcy Gdańska mieli stracić dotychczasowe obywatelstwo i stać się wyłącznie obywatelami wolnego miasta. Plan ten opierał się na historycznym precedensie. Gdy Gdańsk był głównym portem Polski (od XV do XVIII wieku), przez niemal cały czas należał do niezależnych książąt, związanych z królami polskimi tylko unią. W tych latach miasto biło własny pieniądz, miało własne wojsko i marynarkę, utrzymywało własne poselstwa zagraniczne. Polakom trudno byłoby twierdzić, że uznanie Gdańska za wolne miasto oznaczałoby poważną zmianę jego statusu. Woodrow Wilson poparł propozycję Lloyda George'a, być może dlatego, że przewidywała ona pewną rolę dla Ligi Narodów, której powołanie było jego ulubionym pomysłem.

Ostatecznie propozycja Lloyda George'a została przyjęta mimo zaciętych sprzeciwów Francuzów i Polaków. Paderewski, występując przed Radą Czterech, gorzko narzekał na to, jak alianci traktują Polskę. Mówił, że jeśli Polacy nie dostaną tego, czego się domagają, w rozpaczy mogą ulec bolszewizmowi. "Moi rodacy - deklarował - nie wierzą teraz nikomu, ponieważ zapewniałem ich, i to z wielkim naciskiem, że dostaną to, co zostało im obiecane. Jeśli teraz coś zostanie im odebrane, stracą całe zaufanie do przywództwa. Stracą wiarę w wasze przywództwo ludzkości i wybuchnie rewolucja"[20].

Lloyd George natychmiast udzielił mu ostrej odpowiedzi. Przyszła pora, by mówić bez ogródek. Kim byli Polacy, żeby potępiać aliantów? W czasie wojny Polacy, jeśli w ogóle walczyli, to z reguły po stronie niemieckiej. W każdym razie, przypomniał brytyjski premier, alianci nie składali wtedy Polakom żadnych obietnic dotyczących granic. Nie było zresztą żadnego powodu, by coś im obiecywać.

Zaledwie pięć lat temu Polacy stanowili podbity naród bez żadnych perspektyw na odzyskanie wolności, a już na pewno nie dzięki własnym wysiłkom... Zdobyli wolność za sprawą półtora miliona zabitych Francuzów, miliona Anglików, pół miliona Włochów i nie pamiętam już ilu Amerykanów... Polska zdobyła wolność nie dzięki własnym staraniom, lecz dzięki krwi przelanej przez innych, a teraz nie tylko nie okazuje wdzięczności, ale opowiada, że straciła zaufanie do ludzi, którzy wywalczyli jej wolność!

Lloyd George wspomniał następnie o polskiej zachłanności. Ten naród, który zawsze twierdził, że domaga się tylko niepodległości, teraz chce zagarnąć "trzy i pół miliona mieszkańców Galicji". Brytyjski premier zauważył kwaśno, że Polska i inne państwa Europy Środkowej serwują aliantom przykry spektakl "aneksji terenów innych narodów i narzucania im takiej samej tyranii, jaką same znosiły przez lata... To wzbudza we mnie rozpacz" - stwierdził[21].

Paderewskiemu nie pozostawało nic, jak tylko zaakceptować decyzję aliantów i wycofać się z "pełnym szacunkiem i głębokim smutkiem"[22].

Traktat wersalski, podpisany dwudziestego ósmego czerwca 1919 roku, ustalił ostatecznie przebieg tylko części polskich granic. Uczestnicy konferencji pokojowej nie określili granicy Polski z Rosją, ale w artykule 87 traktatu wersalskiego zarezerwowali sobie prawo jej wyznaczenia w późniejszym terminie. W praktyce oznaczało to, że Polacy mieli walczyć z Rosją o swe granice.

Nawet granica z Niemcami nie została do końca określona. Na Górnym Śląsku, Warmii i Mazurach miały się odbyć plebiscyty. Pewne było tylko, że Polska otrzymała Poznań, korytarz przez Pomorze i prawie całą Galicję. Musiała przystać na przyznanie Gdańskowi statusu wolnego miasta i na plebiscyt w Księstwie Cieszyńskim, który miał rozstrzygnąć o jego podziale z Czechosłowacją. Jednak niezależnie od wyników tych plebiscytów i rozstrzygnięcia sprawy granicy wschodniej wiadomo było, że Polska odrodziła się jako duże państwo, liczące co najmniej 30 milionów ludności.

W Polsce panowała powszechna opinia, że alianci nie okazali wielkoduszności w sprawie granicy polsko-niemieckiej. Polacy, a zwłaszcza Dmowski i jego zwolennicy, byli wdzięczni tylko Francuzom. "Wszystko, co udało się zrealizować... zawdzięczamy głównie Francuzom"[23] - powiedział Dmowski. Wbrew brawurowym wypowiedziom na temat wyników plebiscytów Polacy byli bardzo zatroskani ich przebiegiem. Traktat o ochronie mniejszości był uważany za afront; Polacy zgodzili się go podpisać dopiero wtedy, gdy sprzymierzeni oświadczyli, że wszystkie porozumienia dotyczące spraw polskich należy uważać za jeden pakiet. Polska mogła go przyjąć w całości lub odrzucić. Gdyby go odrzuciła, alianci umyliby ręce i przestali się nią zajmować, a Polacy musieliby samodzielnie negocjować z Niemcami. Wobec tej ryzykownej perspektywy Polacy podpisali traktat.