Góry poza zasięgiem - Anna Szczypczyńska

Kup ebooka

49.99 zł
41.49 zł (49,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Miśka

Mówi się, że rozstanie najtrudniej znoszą dzieci, a co z psami? Tak, z psami. Dziecku można próbować wytłumaczyć, dlaczego rodzice postanowili się rozstać, ale jak wyjaśnić to psu?

Od kataklizmu, który wstrząsnął życiem naszej rodziny, minął rok. Nawet nieco więcej, bo trzysta osiemdziesiąt trzy dni. Czasem myślę, że to dużo, a kiedy indziej mam wrażenie, że to niewiele. W niektóre dni wierzę, że to, co najtrudniejsze, jest już za nami, a w niektóre dociera do mnie, że to dopiero początek. Że cała nasza rodzina "jest w procesie zdrowienia" - jak powiedzieliby goście Przystani Spokoju, w której pracuję. Wystarczy spojrzeć na Zgredka, by zrozumieć, że przed nami jeszcze długa droga. Pies ani trochę nie przypomina radosnego kundelka, którego przygarnęliśmy ze schroniska trzy lata temu. Prędzej kupkę nieszczęścia z ogonem i uszami.

- Nie smuć się, Zgredku. Za kilka dni do ciebie wrócę. - Klara, nie zważając na tiulową spódnicę w gwiazdki, kładzie się obok psa na podłodze i czule go żegna. Tradycyjnie pozwala wylizać sobie oba policzki, nos i...

- Wystarczy! Tyle razy was prosiłam! - Nie wytrzymuję napięcia, kiedy różowy jęzor Zgredka przesuwa się w kierunku jej ust.

- Mamo, czytałam ci przecież, że w ten sposób wzmacniam swoją odporność - śmieje się Klara, a mnie zalewa fala smutku. To pierwsze święta, które spędzimy osobno.

Dźwięk zamykanych drzwi auta to sygnał, że Igor czeka przed domem. Wcześniej go nie słyszałam, bo jego nowiutka elektryczna limuzyna sunie niemal bezszelestnie po wąskich i krętych ścieżkach naszej wioski. Czy zazdroszczę mu samochodu? Ani trochę! Podobnie jak żadnej innej rzeczy, jaką zostawiłam w świecie, z którego odeszłam. Świecie, gdzie wszystkie przedmioty, decyzje i aktywności muszą mieć sens, porządek oraz metkę. Może jednak jest coś, czego odrobinę zazdroszczę byłemu mężowi: podgrzewanej kierownicy. Moja jest lodowata i wyjątkowo nieprzyjemna w dotyku, gdy o poranku wsiadam do auta, a te na izerskiej wsi potrafią być rześkie.

- Gotowa? - Igor czule wita się z córką, a mnie częstuje symbolicznym skinieniem głowy. To i tak dużo. Jeszcze miesiąc temu nie mogłam nawet liczyć na ten gest.

- Gotowa, panie kapitanie! - Klara salutuje, przykładając palce do nauszników z kocimi uszami. Igor ich nie znosi. Podobnie jak tiulowych spódnic czy cekinowych bomberek, które nasza córka uwielbia łączyć w nieoczywiste zestawy z luźnymi bluzami i ciężkimi butami.

- Mamo, tylko nie zapomnij, że Zgredek ma we wtorek kontrolę u weterynarza. - Klara patrzy mi w oczy, by upewnić się, że usłyszałam.

Czy martwi mnie fakt, że ośmiolatka kontroluje mój kalendarz? Cóż, każda rodzina jest specyficzna. Nasza wygląda następująco: skrupulatny ojciec, roztargniona matka-wariatka i Klara, która jest mieszanką nas dwojga.

- Pamiętam, kochanie. Mam karteczkę na lodówce.

- I na drzwiach wejściowych. Od środka - przypomina Klara.

- W takim razie nie masz się o co martwić. Jestem zabezpieczona na wszelkie sposoby. - Uśmiecham się. - Baw się dobrze. Będę na ciebie czekać. - Całuję jej gładkie policzki, które na mrozie nabrały rumianego koloru.

Jeszcze zanim wsiądzie do samochodu, Igor poprawia jej długie, lekko poplątane włosy. Czesałyśmy je rano wspólnie, ale Klara jest tak żywa, że mniej więcej po pięciu minutach przydałoby się znów sięgnąć po szczotkę.

- Jak dojedziemy do domu, to babcia porządnie je rozczesze i może zrobi ci warkocze?

Dobrze wiem, że słowo "porządnie" zostało użyte celowo. Ja wszystko robię byle jak.

Igor odpala limuzynę i odjeżdża, pozostawiając po sobie jedynie zapach drogich perfum z wyraźnie wyczuwalną skórzaną nutą. Od lat używa tego zapachu. To jedno się nie zmieniło.

Zostałam sama. Czuję przeszywający chłód i pustkę. Rozcieram ramiona przez puchową kurtkę, ale nic to nie daje. Przy moich nogach plącze się Zgredek i wydaje z siebie cichy, świszczący dźwięk, który łamie mi serce na milion kawałków. Jakby chciał wyrazić to, na co ja nie mam odwagi... albo siły.

- No już, psinko. - Kucam przy nim i wysuwam zmarzniętą dłoń, by go pogłaskać po grzbiecie. - Klara szybko wróci, zobaczysz. Pojedziemy sobie teraz do Przystani i na moment o niej zapomnisz. Będziemy tylko my, las i cisza.

Zgredek to najzwyklejszy w świecie kundelek, którego lubimy z Klarą przedstawiać jako owczarka izerskiego. Wyglądem przypomina psa rasy border collie albo münsterländer. Miał być niewielki, "raptem do kolan", jak zapewniała nas pracownica schroniska. Nie uściśliła jednak, czyje kolana ma na myśli. Z pewnością nie chodziło jej o moje, bo Zgredek sięga mi do połowy uda i zatrzymał się na wadze dwudziestu ośmiu kilogramów. Tryskał energią i za sprawą łagodnego usposobienia szybko stał się maskotką Przystani Spokoju. Goście chętnie zabierali go ze sobą na spacery do lasu, a wieczorami przy kominku zatapiali dłonie w bujnej sierści, dziękując mi za darmową dogoterapię. Jednak na skutek zmian i rozpadu naszego małego "stada", Zgredek spochmurniał i przestał być sobą. Zaczął unikać ludzi, chować się pod łóżkiem i już nie pozwala się głaskać tak jak dawniej. Przynajmniej nie obcym.

Wpatruje się we mnie wielkimi, czarnymi oczami, jakby chciał zapytać, kiedy wszystko wróci do normy. Problem w tym, że ja też nie znam odpowiedzi na to pytanie. Nie wiem, czym jest nasza nowa norma i czy taka w ogóle istnieje.

- Chodź. Zrobimy sobie herbatę. Albo i trzy. - Wstaję, czując wibrujący w kieszeni telefon. Pewnie kolejna "dobra rada" od mamy albo pierwsi goście, którzy postanowili dojechać na grudniowe warsztaty kilka godzin przed czasem i nie mogą odnaleźć Przystani.

Nie sprawdzam, kto to. Jeszcze nie teraz. W tym momencie liczy się tylko to, żeby dojechać na miejsce, zanim śnieżyca na dobre odetnie nas od świata. Otwieram drzwi małej Toyoty, którą nazywam Lariską, i wpuszczam do środka psa.

- Tutaj przynajmniej nie musimy się martwić o ciemne kłaczki na jasnej tapicerce, prawda? - Szukam oczu Zgredka w lusterku, po czym odważnie kładę dłonie na lodowatej kierownicy.

Rozdział 2

Marek

Jeśli chcesz doszczętnie zniszczyć swoje poczucie własnej wartości, napisz powieść. Jeśli jakimś cudem uda ci się ją wydać, zerknij na opinie czytelników. Przeżyłeś? Brawo! To teraz powtórz ten proces, a potem umów się na kawę ze swoim wydawcą.

Warszawa w grudniu nie przypomina świątecznego Nowego Jorku czy Londynu - prędzej scenografię z taniego dreszczowca. Powietrze jest chłodne i wilgotne, a ulice, poza kilkoma rozświetlonymi wyjątkami, wyglądają dość posępnie. Obfite deszcze i porywiste wiatry już wiele tygodni temu oskubały konary drzew z ostatnich złotych liści. W mieście unosi się zapach spalin, wilgotnych płaszczy i korzennej kawy, wlanej przez baristę wprost do kubków termicznych w fantazyjnych kolorach. Ludzie płacą niemałe fortuny, by choć przez chwilę poczuć, że ich życie może mieć wyrazisty smak. Najlepiej piernikowego latte - koniecznie na mleku roślinnym.

Na szczęście w "Basieńce" nie serwują takich rarytasów, tylko najzwyklejszą w świecie czarną kawę. Lubię to miejsce. Boazeria na ścianach, wzorzysta tapeta i stoliki z lakierowanymi blatami przywołują klimat starych zdjęć z rodzinnych albumów. Do tego wazony z kutego szkła, marszczone żyrandole z frędzlami i paprocie w blaszanych kwietnikach.

Mój wydawca, Wiktor, grzebie łyżeczką w szklance i usiłuje z niej wyłowić torebkę herbaty, która zdążyła się zaparzyć.

- Marku, spójrz na to z innej strony - mówi, nie podnosząc wzroku znad szklanki. - Twoja ostatnia książka sprzedała się świetnie. Ale recenzje... no wiesz. "Kryminalna precyzja, emocjonalna pustynia". - Cytuje opinię, która mi także utkwiła w głowie. Czy każdy autor tak ma, że zapamiętuje wyłącznie te miażdżące komentarze? Nawet jeśli wyłowi je z gąszcza innych, które są pozytywne i budujące? - Czytelnicy potrzebują czegoś więcej. Potrzebują bohatera, a tak naprawdę bohaterki, którą będą mogli pokochać albo chociaż zrozumieć. Chcą pełnokrwistych kobiet, a te, które pojawiają się w twoich powieściach, są... jak algorytmy. Zimne, sprawne, ale kompletnie bezduszne.

- Kobiety w moich książkach są profesjonalistkami. Nie każda musi płakać z byle powodu i szukać pocieszenia w ramionach detektywa z problemem alkoholowym.

- Ale każda musi mieć serce! - Wiktor przenosi na mnie wzrok. - Napisz mi thriller, w którym stawką jest nie tylko to, kto zabił, ale też to, kogo bohater stracił albo może stracić. Daj mi zmysły i wielowymiarową postać, a nie manekina. Przecież statystyki wskazują same za siebie: twoje książki czytają głównie kobiety - zauważa, przesuwając w moją stronę laptopa. Na ekranie są wykresy i kolorowe słupki.

- Myślałem, że jestem pisarzem, a nie analitykiem.

- Od analizy masz wydawnictwo. Ty jesteś jedyną osobą, która może się odnieść do wyników naszych badań. A statystyki są takie, że masz znacznie więcej czytelniczek niż czytelników.

- Bo tak się składa, że więcej kobiet czyta książki. Niezależnie od gatunku - odpowiadam. W tonie mojego głosu da się wyczuć narastającą irytację.

- Kobiety czytają twoje kryminały, bo intryga jest genialna, ale brakuje im dobrych wątków romansowych. Takich, które nie pozostawią ich z uczuciem, że autor nie ma bladego pojęcia o tym, jak to jest być zakochanym albo płonąć z pożądania.

Czuję, że za chwilę stracę nad sobą kontrolę. Wątki romansowe, kurwa! I co jeszcze? Może powinienem odmłodzić bohaterów, zamienić stolicę na Nowy Jork albo co najmniej Londyn, żeby mogli mnie wrzucić na półkę Young Adult? Po moim trupie!

- Chcesz romansu w środku krwawej rzezi? - prycham.

- Chcę życia!

- I masz życie. Czy koniecznie muszę się babrać w jakichś sentymentalnych kąskach, żeby być bardziej autentyczny?

- Nikt nie każe ci tego robić. Wystarczy mocniej zarysowana psychologia bohaterki i kilka dobrych scen. Będę z tobą szczery: jeśli tego nie zrobisz, nie będę mógł wydać twojej kolejnej książki.

Nie wierzę! Czy on naprawdę to powiedział?

- Wiktor, współpracujemy od lat. Odrzuciłem kilka intratnych propozycji i piszę dla was na wyłączność.

- I jako wydawnictwo bardzo to doceniamy. Dlatego właśnie mam nadzieję, że przyjmiesz te uwagi z pokorą i wydamy wspólnie jeszcze dziesiątki bestsellerów. Jednak żeby tak się stało, musimy reagować na potrzeby czytelników. A właściwie czytelniczek. Zauważyłeś przecież, że twoje trzy ostatnie książki miały niższą sprzedaż.

- Ale to ogólna tendencja. W niepewnych czasach ludzie boją się wydawać pieniądze na przedmioty, które nie są towarem pierwszej potrzeby.

- Zgadza się, mimo wszystko liczyliśmy na lepsze wyniki.

Ja też liczyłem na lepszy efekt. Czy Wiktor w ogóle ma pojęcie, jak wiele poświęciłem, żeby znaleźć się tu, gdzie dzisiaj jestem? Ile upokorzeń musi znieść piszący mężczyzna? Facet, który w oczach swoich przyjaciół, rodziny i kobiety, jest wiecznym Piotrusiem Panem podążającym za chłopięcymi marzeniami. Który zamiast zarabiać konkretne pieniądze, bierze mniej zleceń, by mieć czas na sklecanie zdań jakiejś wydumanej historyjki. Który wie, że szanse na to by żyć z pisania książek, są znacznie mniejsze niż znalezienie miejsca parkingowego w centrum Warszawy. Cóż, w teorii takie szanse istnieją, ale nikt rozsądny na nie nie liczy. Mimo to ten facet się nie poddaje. Pisze dalej, bo wierzy, że będzie tym, któremu akurat się uda.

Ty i te twoje głupie książki! - w głowie wciąż słyszę głos Agaty. Tamtego dnia była naprawdę wściekła. Tak bardzo, że na jej jasnych policzkach i dekolcie pojawiły się różowe plamy. Wylały się spod jej koszulki niczym atrament. "Pierdolony kawałek papieru jest dla ciebie dużo ważniejszy ode mnie!" - Zrzucała opasłe tomy z parapetów, półek i stołów. Darła okładki, wyrywała strony i zgniatała je w kulki. Amerykańskie filmy utwierdziły mnie w przekonaniu, że wściekła kobieta rozbija talerze. Okazało się jednak, że kobiety pisarzy wolą się pastwić nad książkami. "I żeby to jeszcze było tego warte! Tyle pracy nad jednym tytułem, i co? Jak dobrze pójdzie, to ile zarobisz? Cztery złote od egzemplarza? Gdybyś policzył czas, jaki nad tym spędzasz, od pomysłu, przez research, pisanie i to całe poprawianie, które zdaje się nie mieć końca, to wyjdzie ci, że na godzinę zarabiasz mniej niż dzieciaki w McDonaldzie, które załapały się do swojej pierwszej pracy!"

Zabolało. I to jak. Ale miało zaboleć. Miało mnie zranić i upokorzyć, bym choć przez chwilę poczuł się tak źle, jak ona czuła się ze mną przez ostatnie lata. Nie okazywałem jej tyle uwagi, na ile zasługiwała. Byłem zbyt zajęty snuciem marzeń o nagrodach literackich. Kiedy myślałem, że najgorsze już za mną, rzuciła pierwszym wydaniem trylogii Miłoszewskiego. Tym, które sprawiło, że zachciałem pisać, mimo studiowania na polibudzie. Chciałem pisać przynajmniej w połowie tak dobrze jak on.

"Wolisz stukać w klawiaturę niż stukać się ze mną! Jesteś wtedy dużo bardziej spełniony!" - wrzeszczała ku uciesze sąsiadów.

Dlatego nie mogę się teraz poddać. Poświęciłem wystarczająco dużo i zaszedłem zbyt daleko, by odpuścić. To byłby dowód, że Agata miała rację.

- Ok, popracuję nad tym - odpowiadam.

- Świetnie! - Klepie mnie w ramię i uśmiecha się tak szeroko, że jego oczy znikają za mięsistymi policzkami. - To są drobne rzeczy. Można je łatwo zmienić i sprawić, że twoje nazwisko wróci na topkę. - W głosie Wiktora wyczuwam ulgę. - Tym bardziej że zaczynasz nową serię. Z tego, co wyczytałem z konspektu, inspektor Gajdus to twardy gość, ale ma niezaleczone rany z przeszłości. Mogłaby się pojawić jakaś kobieta, która chciałaby je uleczyć...

- Proszę cię! - Zatrzymuję go w tym momencie. - Nie po to poświęciłem czas na budowanie nowego bohatera, żeby teraz wszystko spieprzyć tanim romansem!

- Czy ktoś tu mówi o tanim romansie? Nie namawiałbym cię na takie wątki, gdybym wątpił w twój talent. Przecież wiesz, że nie wydajemy takich tytułów. - Wiktor się śmieje. Dobrze, że chociaż jemu jest wesoło. - Rozchmurz się. Nie wiem, może wyjedź dokądś na czas pisania? Czasem każdy potrzebuje zmiany otoczenia. Warszawa o tej porze roku jest taka szara i mroczna. - Wygląda za szybę, na której rozbryzgują się krople deszczu wymieszane z resztkami śniegu.

- Idealna aura do pisania - kwituję.

Jedyne, za co lubię te smętne miesiące, to fakt, że nie chce mi się wychodzić z domu. W ciepłe, słoneczne dni pokusa, by spędzić czas z dala od ekranu laptopa, jest zbyt duża.

- Wyjedź stąd na jakiś czas. Odetnij się. Jest teraz mnóstwo miejsc, w których można się ukryć przed miejskim zgiełkiem i trochę pofantazjować. Latem byliśmy z Magdą w świetnym ośrodku. Na warsztacie uważności.

- Warsztat rozwojowy to ostatnia rzecz, jakiej mi teraz trzeba - ucinam, nim zdąży popłynąć. Rozmowy o wątkach romansowych jeszcze jakoś zdzierżę, ale dywagacje na temat rozwoju osobistego to zdecydowanie za dużo.

- A zdziwiłbyś się! Nawet nie masz pojęcia, jak...

- Nie, dziękuję - podkreślam raz jeszcze. To, że żona Wiktora płaci krocie za to, by milczeć cały dzień albo dreptać boso w trawie, nie oznacza, że i ja dam się na to namówić.

- Słuchaj, nie musisz od razu jechać na warsztaty. Jestem pewien, że jak zadzwonisz do Przystani Spokoju i wyjaśnisz, że...

- Dokąd zadzwonię?

- Do Przystani Spokoju - powtarza Wiktor, zacierając dłonie nad parującą szklanką. Zdaje się, że właściciel "Basieńki" postanowił zacisnąć pasa przed świętami i przykręcił grzejniki. - To ten dom, w którym byliśmy z Madzią latem. Gospodyni jest otwarta i pomocna. Jestem pewien, że jeśli do niej zadzwonisz i poprosisz o sam nocleg z wyżywieniem, nie będzie kazała ci medytować.

- Dzięki za troskę, ale to nie dla mnie - odpowiadam. Przystań Spokoju! Jaja sobie ze mnie robi? Czy teraz każdy mieszkaniec dużego, hucznego miasta musi być uważny, zen i uziemiony?

- Miałbyś ciszę i spokój. Wiesz, że tam nie ma zasięgu?

- Myślałem, że już nie ma takich miejsc. Przynajmniej nie w Polsce.

- A jednak! Czy myśl, że nie mógłbym się do ciebie dodzwonić i dopytywać, ile rozdziałów napisałeś, nie jest wystarczającą zachętą? - Wiktor uśmiecha się zwycięsko. - Miałbyś gdzie spacerować z Sherlockiem i nie musiałbyś się martwić o zakupy czy gotowanie. Karmią tam naprawdę smacznie!

Tak, już to widzę! Sałatkami z jarmużu i mielonymi z ciecierzycy.

- Brzmi naprawdę kusząco, ale...

- Na brak inspiracji też nie mógłbyś narzekać, bo do Przystani Spokoju przyjeżdżają głównie kobiety.

Ta informacja wywołuje uśmiech na mojej twarzy. Nie dlatego, że desperacko szukam towarzystwa kobiet, ale dlatego, że w moich myślach momentalnie pojawia się otoczony wianuszkiem kobiet Wiktor. Ma na sobie koszulę z lnu, koniecznie w barwach ziemi, i za namową Madzi próbuje dotrzeć do swojego wewnętrznego światła. Jedno z największych przekleństw bycia pisarzem polega na tym, że wystarczy jedno słowo, a moja wyobraźnia od razu zaczyna pracować. Czasem te obrazy są miłe albo zabawne, jak ten, który właśnie zobaczyłem, ale często widzę coś, czego nie da się "odzobaczyć". Na przykład seks dwójki ludzi, których wolałbym nie oglądać nago, a niestety widzę każdy detal: zlepione od potu kosmyki włosów i zaczerwienione od wysiłku pucołowate policzki.

- Poszukaj tam swojej bohaterki. Poobserwuj ją trochę. Zobacz, jak się zachowuje, gdy myśli, że nikt na nią nie patrzy, a jak wtedy, kiedy ktoś z nią rozmawia. Rozłóż jej emocje na czynniki pierwsze i przelej to na papier.

Właśnie poczułem się jak licealista, który powtarza materiał przed maturą z języka polskiego. Czy moje postaci kobiece są rzeczywiście aż tak płaskie, że Wiktor postanowił wrócić do podstaw i dać mi wykład z wielowymiarowej psychologii bohatera?

- Dzięki za spotkanie. Pomyślę o tym. - Dopijam resztkę kawy, która zdążyła wystygnąć i teraz nie dość, że jest cierpka, to jeszcze chłodna. Jak recenzje mojej ostatniej książki na portalu Lubimyczytac.pl.

- Czekaj, od razu prześlę ci wizytówkę menadżerki tego ośrodka. - Wiktor wyciąga z kieszeni telefon i zaczyna szperać w kontaktach. Uparty typ.

- Nie trudź się. - Macham ręką, by dać mu znać, że i tak nie skorzystam z oferty Przystani Spokoju. Wizja siedzenia w lesie z bandą ludzi, którzy szukają czakr i próbują je pobudzić do aktywności, przeraża mnie bardziej niż blokada twórcza. To jednak na nic. Kilka sekund później mój telefon wibruje.

- To tak na wszelki wypadek. Gdybyś jednak zmienił zdanie - rzuca Wiktor i wstaje od chwiejnego stolika. - Między świętami a sylwestrem mam kilka dni wolnego. Podeślij mi pierwsze rozdziały. Jakieś siedemdziesiąt, najlepiej sto tysięcy znaków.

- Aż stówkę? - Patrzę na niego z niedowierzaniem. Czy Wiktor pamięta, że nie umówił się na kawę z Remigiuszem Mrozem ani Maxem Czornyjem, tylko z Markiem Czajkowskim? I że na przestrzeni dziesięciu lat, w ogromnym bólu i cierpieniu, wypuściłem w świat raptem sześć kryminałów?

- W kontrakcie ustaliliśmy, że podeślesz mi całość do końca marca. Musimy się trzymać deadline'u, jeśli chcemy wydać Trzy dni upału tuż przed wakacjami. Przecież wiesz, że to strategicznie najlepszy moment.

Niestety wiem. I konkurencja też ma tego świadomość. Najlepsze miesiące na premierę takich powieści jak moje to maj, by zdążyć się wypromować przed sezonem urlopowym, i październik, by wypełnić ludziom długie, chłodne wieczory, a przy okazji stać się pomysłem na "idealny prezent pod choinkę".

- Jeśli się zdecydujesz, weź ze sobą psa. W Antoniowie będzie miał gdzie polatać - stwierdza Wiktor. - Zdaje się, że Sherlock to jedyna żywa istota, która jeszcze z tobą wytrzymuje.

- Pozdrów Madzię - rzucam w odpowiedzi i wychodzę na zewnątrz. Deszcz ze śniegiem chłosta moją twarz. Tylko tego brakowało mi do pełni szczęścia. Nie ma co, zapowiada się przyjemny spacerek z Sherlockiem...

W mieszkaniu uderza we mnie cisza. Ale nie ta kojąca i luksusowa, za którą zapłaciłem krocie deweloperowi. Tamten rodzaj ciszy wypełniał je do momentu, kiedy pojawił się Sherlock. Wraz z psem przyszło głośne szczekanie, wycie, łomotanie ogonem o framugi i meble oraz dynamiczne stukanie pazurów o podłogę. Jak dobrze, że ostatecznie zdecydowałem się na winylowe panele, a nie na drewnianą deskę z Barlinka! Ale teraz znów jest cicho, a Sherlock nawet nie przyszedł się przywitać. Powinienem się cieszyć? Czyżby to był znak, że mój półtoraroczny golden retriever wreszcie dojrzał? Bywam naiwny, ale nie aż tak.

- Sherlock? - rzucam w głąb korytarza. Zero reakcji. Zaczynam się niepokoić. To cisza winowajcy. - Sherlock? - Zostawiam w korytarzu upaprane w szarej brei buty i nawet nie ściągam kurtki.

Z salonu dobiega nerwowe drapanie. Przekraczam próg i staję jak wryty. Moje sterylne, biało-szare królestwo wygląda, jakby przeszło przez nie tornado o sile rażenia "nieszczęśliwy pies".

Na środku pokoju leży to, co jeszcze rano było nowym wydaniem antologii skandynawskiego kryminału. Teraz to tylko mokra pulpa wymieszana z kawałkami poszewki z alpaki, która pełniła funkcję ozdobną. Pióra unoszą się w powietrzu niczym ironiczny komentarz do mojej blokady twórczej. Kilka z nich oblepiło pysk Sherlocka. Pies siedzi w samym środku tego pobojowiska, a na mój widok merda ogonem z taką siłą, że wzbija w powietrze kolejną chmurę puchu. W pysku trzyma nogę od stolika kawowego. Tę z litego dębu.

- Sherlock, coś ty zrobił?! - krzyczę na całe gardło.

Pies wydaje się zaskoczony moją reakcją. Czuł, że nie będę zachwycony widokiem, który zastanę, dlatego nie przyszedł się ze mną przywitać - wyraźnie miał jednak nadzieję, że odnajdę w sobie wewnętrzne dziecko i przyłączę się do zabawy. Nie, nie robię tego, ale też więcej nie wrzeszczę. Nie mam siły. Nie dziś. Nie po spotkaniu z Wiktorem. Zresztą to nie wina Sherlocka. Powinienem zabierać go na długie spacery, podczas których mógłby się wyhasać. Nie dbam o to, by bawił się z innymi psami. Nie poświęcam mu wystarczająco dużo uwagi. Agata porwała kilka książek z mojej domowej biblioteczki, Sherlock posunął się o krok dalej. Zrezygnowany opadam na obsypaną pierzem kanapę.

Pies podchodzi i kładzie mi pysk na kolanie, zostawiając na ciemnych, sztruksowych spodniach smugę śliny wymieszanej z dębowymi wiórami. Kiedy tak patrzy na mnie tymi swoimi wiernymi oczami, widzę w nich to, co powiedział Wiktor: "Sherlock to jedyna żywa istota, która jeszcze ze mną wytrzymuje". Po Agacie już nie ma śladu. Zapach jej perfum dawno się ulotnił wraz z dźwiękiem jej śmiechu, który tak lubiłem. Pies przerywa ciszę swoim donośnym jękiem. Po chwili dorzuca szczekanie.

- Tak, tak, wiem, że jeśli zaraz stąd nie wyjdziemy, następna w kolejce jest kanapa. - Podnoszę się, choć ostatnią rzeczą, na jaką mam teraz ochotę, jest spacer. W taką pogodę wydaje się to czystym masochizmem.

Wiatr na bulwarach nadwiślańskich tnie skórę jak skalpel, a błoto pośniegowe natychmiast przesiąka przez skórzane buty. Za to Sherlock jest w siódmym niebie - wskakuje w każdą napotkaną na drodze zaspę i ryje łapami w mokrej ziemi.

- Tutaj nie ma nornic ani kretów, Sherlocku. Za to możesz znaleźć sporo małpek - próbuję mu wyjaśnić, ale pies się nie zniechęca. Wciskam zmarznięte dłonie w kieszenie płaszcza. Lodowata wilgoć, w której zatopiła się teraz Warszawa, jest dobijająca.

Patrzę na Sherlocka, który właśnie próbuje oszczekać płynącą Wisłę, i dociera do mnie, że muszę coś zmienić. Jeśli choć chwilę dłużej zostanę w mieszkaniu na Powiślu, skończę jak ta antologia - pogryziony, przeżuty i wypluty przez własną frustrację. Albo przez mojego niewyżytego psa.

Szukam numeru, który wysłał mi Wiktor, i dzwonię.

- Dobry wieczór, tu Marek Czajkowski, dostałem ten numer od znajomego, Wiktora Strzygi - wyjaśniam, gdy po drugiej stronie ktoś odbiera telefon. - Może go pani kojarzy?

- Ależ oczywiście, że kojarzę! Magda i Wiktor to stali bywalcy Przystani.

A to ciekawostka! Widocznie użeranie się z takimi autorami jak ja wymaga regularnych wyjazdów na warsztaty rozwojowe.

- Pracuję właśnie nad nową powieścią i szukam spokojnego miejsca. Dla siebie i dla psa. Najlepiej od zaraz.

- O bar... miło... termi...? - Słyszę jedynie strzępki słów, a potem charakterystyczny sygnał przerwanego połączenia.

Rozdział 3

Miśka

Cholera jasna! Ten brak zasięgu któregoś dnia mnie wykończy! Daję słowo.

Coś, co dla gości Przystani Spokoju jest atrakcją, dla mnie stało się prawdziwym utrapieniem. Maile, które zamiast trafić do klienta, utknęły w skrzynce roboczej, i wielokrotnie przerywane rozmowy telefoniczne to moja codzienność. Na swój sposób zdążyłam do niej przywyknąć, ale dla moich rozmówców jest to nowość. Coś, co trudno pojąć, a jeszcze trudniej zaakceptować. Irytuje ich fakt, że kiedy próbują się do mnie dodzwonić, po raz enty włącza się poczta głosowa, z której od lat nikt nie korzysta. Zamiast oferować gościom spokój jeszcze zanim dotrą do ośrodka, gram im na nerwach. Po pewnym czasie ich frustracja udziela się także mnie i kończy się tak jak teraz.

Wdrapuję się na pierwsze piętro i zbliżam do okna w nadziei, że na ekranie smartfona zobaczę choć jedną kreskę. Są nawet dwie! Nie zwlekam i dzwonię od razu, bo nie wiadomo, jak długo uda się utrzymać zasięg. Marek Czajkowski. W oczekiwaniu na sygnał powtarzam w myślach jego imię i nazwisko. Brzmi znajomo, nie przypominam sobie jednak, bym przeczytała którąś z jego książek. Sprawdzę to, gdy uda mi się połączyć z Internetem.

- Czyli informacja o braku zasięgu to nie jest chwyt marketingowy? - odzywa się głos po drugiej stronie. Jest niski. Męski. Teraz słyszę go o wiele wyraźniej.

- Podczas urlopu to zdecydowanie zaleta!

- Problem w tym, że zamierzam u was pracować.

- Nad nową książką? Dobrze usłyszałam? - dopytuję.

- Zgadza się.

- Antoniów to idealne miejsce! Ciche i spokojne.

- Właśnie tego teraz szukam.

Opowiadam o kilku warsztatach, które będą się u nas odbywać w najbliższych miesiącach, ale pisarz zaznacza, że nie jest zainteresowany udziałem w zajęciach. Ani z uważności, ani żadnych innych. Ma tylko jeden cel: chce pisać. W ciszy i spokoju. A w przerwach między kolejnymi rozdziałami spacerować.

- Słyszałem, że jest gdzie - dodaje.

- Wokół Przystani Spokoju jest mnóstwo lasów. Nasi goście są nimi zachwyceni.

- Czy mogę przyjechać do was z psem?

- Oczywiście! - odpowiadam z nieskrywanym entuzjazmem, bo ta wiadomość najbardziej mnie cieszy. Zgredkowi przyda się towarzystwo. Może obecność innego psa wybudzi go z marazmu. - Kiedy chcielibyście przyjechać?

- Jutro. Znajdzie się dla nas wolny pokój?

- Jutro? - pytam zaskoczona. Za dwa dni są święta. Ludzie zwykle planują je z wyprzedzeniem. Jogini, którzy przyjeżdżają dziś na warsztat do Przystani Spokoju, zapisali się kilka miesięcy temu.

- Właściwie zostały mi dwa wolne pokoje...

- Jeden nam w zupełności wystarczy. Owszem, czasem mamy siebie dość, ale myślę, że się dogadamy. W końcu święta i tak dalej, trzeba być wyrozumiałym, prawda? - kwituje, a ja czuję, jak kąciki moich ust się unoszą. Wygląda na to, że nie tylko ja traktuję swojego psa jak drugiego człowieka. I to nie byle jakiego człowieka, a tego, który jest mi najbliższy. - Będziemy około piętnastej - zaznacza Czajkowski i się rozłącza.

Choć w Przystani Spokoju pracuję od kilku lat, za każdym razem, gdy przyjeżdżają goście, odczuwam coś, co przypomina tremę. Co najmniej jakbym stała na deskach teatru, a nie u progu ośrodka rozwojowego. W końcu mam do odegrania ważną rolę: zadbać o to, by goście złapali oddech, naładowali baterie i wyjechali z Antoniowa z apetytem na więcej.

Dlatego dbam o detale. W korytarzu i jadalni zapalam świece o zapachu karkonoskiego lasu, a na stołach i półkach rozstawiam wazony z kwiatami. W ciepłe miesiące zbieram je na pobliskich łąkach, po których biegam uzbrojona w nożyczki i sekator, ale od listopada do kwietnia przynoszę łupy z lasu - świerkowe gałązki i szyszki. Czasem jadę do kwiaciarni. Tym razem kupiłam białe eustomy, bo świetnie się prezentują w ciepłym blasku świec. Na parkingu słyszę silnik samochodu. Po chwili drzwi się otwierają i do domu wpada burza loków, a wraz z nią ziemisty zapach paczuli.

- Cześć, jestem Baśka. - Kobieta ściska moją dłoń i rozgląda się po pomieszczeniu. - Ładnie tutaj.

- Byłaś już kiedyś u nas? - pytam.

- Wyłącznie na Instagramie. - Kręci się po sieni, zagląda do jadalni, rzuca okiem na schody. - Właśnie tak to sobie wyobrażałam.

- Napijesz się herbaty albo kawy?

- Mam w bagażniku koktajle z młodym jęczmieniem. Chciałabym je wrzucić do lodówki.

- Pokażę ci, gdzie możesz je wstawić.

Zaraz po Baśce w Przystani Spokoju pojawiają się kolejni goście. Wśród nich jest między innymi para, która zamiast zapytać mnie o numer pokoju, prosi o hasło do wi-fi. Kiedy wyjaśniam, że nie mamy Internetu, przyglądają mi się z takim zdziwieniem, jakby właśnie zobaczyli na izerskiej łące niezwykle rzadki gatunek motyla, niepylaka apollo. Zrezygnowani nagrywają wideo offline.

- Mimo trudnych warunków na drodze, dojechaliśmy do Antoniowa. Tak wygląda Przystań Spokoju. Spójrzcie tylko na to! - Dziewczyna kieruje kamerę smartfona na wnętrze, a potem na swojego partnera. - Jest przebosko! Prawda, Kitku? - Chłopak zwany Kitkiem potwierdza. - Słuchajcie, tutaj naprawdę nie ma zasięgu! Wiem, wiem, to bardzo odważny krok, ale zdecydowaliśmy się na mind detoks. Za chwilę znikamy z sieci i nie będzie nas tu przez kilka dni. Can you believe it? Trzymajcie kciuki, by udało nam się wytrwać w tym arcytrudnym zadaniu. Czuję, że dieta doktor Dąbrowskiej to przy tym pikuś. Jesteś gotowy, Kitku? - Tym razem Kitek nie odpowiada, tylko robi minę, która ma symbolizować przerażenie.

Na szczęście w drzwiach pojawia się stała bywalczyni Przystani Spokoju, Helena. Dziarska sześćdziesięciodwulatka ma więcej sił witalnych i smuklejszą sylwetkę niż niejedna studentka. Jest jak daleka kuzynka, która raz na jakiś czas wpada w odwiedziny, by o sobie przypomnieć i podzielić się pokładami dobrej energii.

- Jak dobrze jest tu wrócić! - mówi Sebastian, instruktor jogi i organizator świątecznego warsztatu. Właśnie wrócił z praktyki w Indiach, więc wyróżnia się z tłumu piękną opalenizną. Zresztą Sebastian zawsze dobrze wygląda. Zamiast jechać do Jeleniej Góry po kolejne opakowanie kremu z kwasem hialuronowym, powinnam wyciągnąć z szafy matę i iść na jego zajęcia.

Sebastian tuli mnie na powitanie. Jego uścisk jest delikatny, ale jednocześnie pewny i - co dla mnie najcenniejsze - szczery. Mam dość sztucznych uścisków, które zamiast dawać poczucie bezpieczeństwa, wprawiają mnie w zakłopotanie. Nazywam je kwadratowymi. Kwadratowe uściski to takie, którym brakuje lekkości, miękkości i swobody. Sprawiają wrażenie ruchów wymierzonych z matematyczną precyzją.

- My też się cieszymy, że jesteś - odpowiadam.

W jadalni wciąż unosi się zapach imbiru, z kuchni dobiegają pobrzękiwania sztućców i szkła. Melodia, która na mnie działa równie kojąco, jak na gości dźwięk gongów i mis. Gaszę świece, rzucam ciche "dobranoc" Sebastianowi i grupce joginów zgromadzonych wokół kominka i wychodzę na zaplecze. Dzień dobiega końca, a ja mogę się wreszcie wyciągnąć na kanapie i odetchnąć. Dziś nie wrócę do domu. To mi się zdarza. Choć urządziłam go od początku do końca na swoich zasadach oraz wypełniłam bibelotami, które odzwierciedlają to, kim jestem, to jeszcze nie czuję się tam jak u siebie. Nie wiem, ile potrzeba na to czasu. Tamto mieszkanie było naszym mieszkaniem. Po brzegi wypełnionym wspomnieniami i emocjami. Na półkach kurzyły się niepewne początki, pierwsze nieprzespane noce wypełnione namiętnością i te, w których było słychać dziecięcy płacz. Były tam śmiech, łzy, kłótnie i czułe słówka wypowiedziane półszeptem po zmroku. Były tam szuflady, do których bałam się zaglądać w obawie, że wyjmę z nich coś, co wolałabym ukryć, i szafki, które najchętniej zostawiłabym otwarte. Na zawsze. W nowym miejscu, choć wydaje się tak bardzo moje, czuję pustkę. Bo co tak naprawdę znaczy "moje"? Kim dzisiaj jestem? Kim się stajesz, gdy coś się kończy i wracasz do bycia sobą? Czy ja to ta sama ja, którą byłam wtedy, kiedy poznałam Igora? Czy lubię te same rzeczy, które lubiłam, nim pozwoliłam mu wybierać za siebie? Przecież tak wiele od tamtej pory się zmieniło. Myślałam, że kiedy się rozstaniemy, to będzie mój najmniejszy problem. Kiedy żyjesz z kimś, wchodzisz w różne role: żony, matki, idealnej gospodyni Przystani Spokoju. Marzyłam o tym, by choć przez chwilę nie grać. Choć na moment znów być sobą. A gdy wreszcie pojawiła się taka opcja, nie bardzo wiem, co robić. Co dziś lubię? Co myślę? Czego chcę? Co mi się podoba?

Wskakuję pod prysznic z gorącą wodą, to mnie wycisza równie skutecznie, jak gości melisa. Wyciągam z szafy pościel, którą trzymam tam od pewnego czasu, i ścielę sobie kanapę.

- Święta we dwoje też mogą być fajne, zobaczysz - szepczę i pochylam się, by wsunąć dłoń w miękką sierść Zgredka. Tak naprawdę wcale nie mówię do niego. To siebie próbuję przekonać, że nowa rzeczywistość nie musi być smutna ani skoncentrowana na poczuciu straty. Po prostu będzie inna od tego, do czego zdążyliśmy ze Zgredkiem przywyknąć. - Co ty na to, żeby w te święta spać ze mną w łóżku?

Zgredek wskakuje na kołdrę i mości sobie miejsce w moich nogach.

- Dobranoc - mówię i wyłączam nocną lampkę.

W kuchni o poranku panuje ten specyficzny rytm, który daje mi poczucie kontroli. Renia, uzbrojona w swoją ulubioną zapaskę w słoneczniki, przesuwa talerze z precyzją chirurga, a Filip - jej dwudziestotrzyletni i całkiem przystojny siostrzeniec - poleruje szklanki, udając, że nie słucha tego, co dzieje się w jadalni. Ale słuchamy wszyscy.

- Michalino, nie zrozum mnie źle, to miejsce jest magiczne. - Zza uchylonych drzwi dobiega do mnie kobiecy głos. Nie muszę zaglądać do jadalni, by wiedzieć, do kogo należy. Zapach paczuli jest tak silny, że już zdążył opanować całą Przystań. - Ale ten dżem... on jest gotowany, prawda? - Baśka mierzy mnie wzrokiem.

- Gotowany - odpowiadam.

- Martwe owoce, kochanie, nie niosą światła. Może jutro mogłybyśmy spróbować czegoś surowego? Dla dobra nas wszystkich.

Wymieniam subtelne spojrzenia z Renią. Szefowa kuchni odkłada nóż, którym kroiła warzywa na zupę, a jej twarz przybiera odcień dojrzałego pomidora.

- Surowego? - mruczy pod nosem. - To może jej rzepę przyniosę? Niech sobie pogryzie "światło".

- Spokojnie. Wezmę to na siebie. - Poprawiam sweter i szykuję się do tego, by wkroczyć na pole bitwy. Ale nim zrobię pierwszy krok, muszę się uzbroić. Nie tylko w cierpliwość, lecz także w odpowiednią dawkę zielonej herbaty. Wchodzę do jadalni z parującym kubkiem w dłoni i kieruję się do stolika, przy którym siedzi Baśka.

- Ten dżem jest z jagód, które zbierała moja córka. Mają w sobie mnóstwo słońca - mówię i zmieniam temat. - Jak minęła pierwsza noc? Mam nadzieję, że była spokojna. - Sięgam po jedno z pytań z listy, którą mam zawsze na podorędziu.

- Nienajgorzej. Chociaż ta skrzypiąca podłoga... Jakby dawne emocje nie szukały drogi wyjścia przez komin, ale nie mogły jej odnaleźć.

- To stary dom. Drewniane podłogi mają to do siebie, że wydają dźwięki. Na mnie to skrzypienie działa bardzo kojąco, ale rozumiem, że jeśli nie jest się przyzwyczajonym...

- Nie jestem przyzwyczajona. Mieszkam w cichym apartamentowcu. - Baśka przerywa mi w połowie zdania.

- Wobec tego mogę zaproponować stopery.

- Mam nadzieję, że woskowe - mówi. - Sebastian wspominał wczoraj na spotkaniu organizacyjnym, że ma do nas dojechać ktoś spoza grupy. Jakiś mężczyzna z psem?

- Tak. Marek Czajkowski. Powinien dotrzeć na obiad - odpowiadam.

- Żartujesz! - Ożywia się dziewczyna, która siedzi przy stoliku obok Baśki. - Ten Marek Czajkowski? Autor kryminałów? Słyszałeś, Kitku?

- To idealne miejsce dla pisarza, tu nawet nie ma LTE - odpowiada Kitek, który, o ile mnie pamięć nie myli, deklarował, że będzie offline. Zdaje się, że szybko wyczerpał pokłady silnej woli, bo z uporem maniaka zerka na ekran smartfona w nadziei, że w prawym górnym rogu zobaczy choćby jedną kreskę. Znam to z autopsji. Sama wciąż deklaruję, że nie wezmę do ust niczego słodkiego, ale wystarczy, że Klara pojawi się w zasięgu mojego wzroku z paczuszką M&M'sów albo Renia upiecze szarlotkę, i wszelkie postanowienia rozpływają się niczym kostka czekolady wrzucona do gorącego mleka...

Po obiedzie zabieram Zgredka na spacer, ale okazuje się, że bez łopaty daleko nie zajdziemy. A przynajmniej ja. Z trudem przedzieram się przez zaspy. Śnieg boleśnie atakuje twarz, wpada za kołnierz, dostaje się do butów. Mimo to uśmiecham się na myśl o białych świętach. Nie było ich od kilku lat. Klara na pewno jest przeszczęśliwa.

Jest ciemno, więc włączam czołówkę. Poza zielenią świerków, które teraz dźwigają ciężkie czapy śniegu, gdzieniegdzie czerwienią się karminowe owoce dzikiej róży, a tuż za Przystanią Spokoju rozrosły się krzewy śnieguliczki. Kiedy Klara była młodsza, zrywała je i rozdeptywała na asfalcie, tłumacząc, że uwielbia, jak "strzelają" pod jej butami. Choć ja w białych kulkach widziałam pokarm dla ptaków albo element dekoracji, któregoś dnia dopuściłam do głosu swoje wewnętrzne dziecko i rozdeptałam kilka przypominających perły owoców. Kiedy poczułam, jak ich napęczniała skóra pęka pod moimi stopami, wydając przy tym zabawny dźwięk, zrozumiałam, dlaczego Klara tak bardzo lubi to robić. Było w tym coś przyjemnego. Może świadomość, że jestem tu i teraz. Nawet jeśli tylko przez chwilę...

Rzucam Zgredkowi patyk, ale pies nawet nie patrzy w jego stronę, nie mówiąc już o tym, by za nim pobiec. Reaguje za to na ryk silnika, który słychać w oddali. Jaskrawe światła reflektorów wyraźnie zbliżają się do Przystani Spokoju.

- Czyżby to był Marek Czajkowski? - Spoglądam pytająco na Zgredka. Pies się ożywia i biegnie w kierunku czarnego SUV-a. - Zgredek! Do mnie! - wołam. Pisarz miał się zjawić z psem. Zapinam Zgredkowi smycz i podchodzimy bliżej samochodu. - Dobry wieczór! - krzyczę, starając się, by mój głos przebił się przez śnieżycę. Marek Czajkowski wysiada z auta w dość eleganckim jak na izerską wieś płaszczu i rozciera ramiona z taką miną, jakby właśnie wylądował na Syberii. Robi kilka kroków, ale zapada się po kolana w zaspie.

- Kurwa mać!

- Wygląda na to, że ktoś zaraz powie coś nieuprzejmego o Izerach - szepczę do Zgredka i ruszamy na pomoc autorowi kryminałów.