I Okrutny feminizm
Afirmacja
Nie chcę być akceptowana.
Nie chcę być akceptowana z tego samego powodu, który sprawił, że Paweł Klinger, jeden z pionierów polskiej seksuologii, uznał, że osoby trans jednak akceptować można. W wydanym niemal sto lat temu podręczniku Vita sexualis, opatrzonym wiele mówiącym podtytułem Prawda o życiu płciowym człowieka, stwierdził, że:
Co się tyczy leczenia [zjawiska, które Klinger określił mianem transwestycyzmu], to i tu, jak przy homoseksualizmie, należy spróbować leczyć organoterapią, stosując w odpowiednich przypadkach wyciągi jądrowe lub jajnikowe, co czasami może mieć wpływ dodatni. Przy zastosowaniu organoterapii wychodzi się z założenia, że i tu, jak w każdej inwersji, decydującą rolę odgrywają zaburzenia funkcjonalne w aparaturze gruczołów seksualnych o wewnętrznym wydzielaniu. Poza tym można zastosować terapię promieniami Roentgena, transplantację odpowiednich gruczołów, a w ostateczności nie należy transwestytom zabraniać przebierania się, które zgoła nikomu szkody nie przynosi, a na ich system nerwowy działa kojąco[11].
Słowa te to zapis specyficznego momentu w historii medycyny: przypadającej na pierwsze dekady XX wieku zmiany w pojmowaniu ciała i płci. Wcześniej zakładano, że tę ostatnią reguluje sama fizyczna obecność określonych gruczołów płciowych, później tę rolę przypisano nowo odkrytym substancjom o, wydawałoby się, nieskończonych możliwościach: hormonom[12]. Płeć, dodam, oznaczała w tym wypadku zarówno to, co dzisiaj określilibyśmy jako "tożsamość płciową", jak i "orientację seksualną". Dla przeważającej większości lekarzy pokolenia Klingera zjawiska takie jak "homoseksualizm" i "transwestycyzm" należały więc do tego samego porządku: były perwersjami płci.
Stąd też nawiązania do "organoterapii". Klinger musiał wiedzieć o badaniach prowadzonych w pobliskim Wiedniu przez Eugena Steinacha, pioniera endokrynologii. Steinach zasłynął eksperymentem, w którym - jak twierdził - przeszczepienie "gonad przeciwnej płci" u świnek morskich było w stanie całkowicie zmienić płeć zwierzątka[13]. Praktyczne zastosowanie tych teorii stanowiły zabiegi, w których za pomocą chirurgicznej transplantacji jąder po zmarłym gruźliku usiłował "wyleczyć homoseksualizm" u swoich pacjentów[14]. Rezultatów tych nie udało się powtórzyć, co nie przeszkodziło Steinachowi w zrobieniu wielkiej kariery; jego specjalnością stały się kuracje odmładzające (sprowadzające się de facto do wazektomii), z których korzystały sławy w rodzaju W. B. Yeatsa czy Sigmunda Freuda[15].
Steinachowskie z ducha fantazje o "organoterapii" są dla Klingera tożsame z nowszymi kuracjami. Pisze o "wyciągach jądrowych lub jajnikowych", czyli o hormonach płciowych. Pierwsze hipotezy na temat ich istnienia zostały sformułowane na początku poprzedniego stulecia, a lata dwudzieste upłynęły pod znakiem intensywnych prób znalezienia sposobu ich izolacji i syntezy. Męski hormon płciowy udało się po raz pierwszy pozyskać (z moczu zebranego od osadzonych w berlińskich więzieniach) w 1931 roku[16]; jego laboratoryjną syntezę opanowano cztery lata później[17]. W 1929 roku uzyskano czysty estrogen, jego źródłem była uryna ciężarnych kobiet[18].
Mniej interesuje mnie tutaj jednak to, co Klinger pisze o dostępnych kuracjach, a bardziej to, co pomija. Celem jego rozważań jest "wyleczenie transwestycyzmu" - znalezienie skutecznej terapii konwersyjnej, która sprawi, że "transwestyci" przestaną pragnąć płci innej niż ta, którą przypisano im przy urodzeniu. To przemocowe dążenie utwierdza w przekonaniu, że życie trans jest u samych swoich podstaw patologią, katastrofą, zarówno społeczną, jak i indywidualną. Sposób, w jaki Klinger podsumowuje zaczerpniętą od Magnusa Hirschfelda historię kliniczną, nie zostawia tutaj wątpliwości:
Do tego wyznania transwestyty nie trzeba chyba żadnych komentarzy, aby zrozumieć, jak głęboko w istotę duchową człowieka sięga to zjawisko, jeśli podobny stan rzeczy był możliwy u człowieka tak wysoce inteligentnego i dzielnego, jakim był inżynier A.B.[19].
"To zjawisko", przeciwstawione "inteligencji i dzielności", które naznacza i koroduje, nie jest życiem dającym się żyć. Jest tragedią, którą - co gorsza - nie zawsze udaje się zatrzymać na odpowiednio wczesnym etapie. Dlatego Klinger czuje się zmuszony do humanistycznego wezwania do akceptacji. Jeśli zawiodą i "organoterapia", i hormony, jeśli nie pomoże nawet naświetlanie promieniami Roentgena, to w takim wypadku - w ostateczności - można pozwolić transwestytom się przebierać. Bo chyba jakiejś większej krzywdy z tego nie będzie? Na nic więcej, w horyzoncie możliwości odmalowanym przez Klingera, miejsca po prostu nie ma.
Klinger milczy więc o tym, że kuracje, które wymienia, niosą w sobie inny potencjał: że zamiast zastosować "wyciągi jądrowe lub jajnikowe" do próby "wyleczenia" czyjejś męskości lub kobiecości, można by ich użyć w drugą stronę - nie przywracać "transwestytów" do "normalności", ale pomóc im żyć takim życiem, jakiego sami chcą. Z tych samych technologii, w których rozwoju Klinger pokładał nadzieję na skuteczną terapię konwersyjną, wywodzą się dzisiejsze protokoły tranzycji medycznej. Podejrzewam też, że możliwość takiego ich zastosowania nie była czymś, czego nie mógłby on sobie już wtedy wyobrazić. Jako rzetelny seksuolog musiał być w końcu świadomy, co się działo w Instytucie Seksuologicznym Hirschfelda w Berlinie, dzięki staraniom którego - zaledwie w rok po publikacji Vita sexualis - zostanie przeprowadzona pierwsza chirurgiczna operacja korekty płci na transkobiecie nazywającej się Dora Richter. Niedługo później inna transkobieta - Lili Elbe - zadziwi Europę swoją historią, opisaną w bestsellerowym reportażu pod wiele mówiącym tytułem Fra mand til kvinde [Z mężczyzny w kobietę][20]. Tak więc możliwość medycznej tranzycji w bardzo współczesnym sensie wisiała w powietrzu, kiedy Klinger pisał swój podręcznik seksuologii. Nie rozważa jej jednak. Zamiast tego spekuluje na temat użyteczności radiologii i stwierdza, że w ostateczności należy nie robić nic. Po pierwsze nie pomagać.
Chociaż sto lat dzieli nas od publikacji Vita sexualis, logika ta pozostaje jak najbardziej w mocy. Spójrzmy chociażby na porady dla rodziców transpłciowych dzieci zawarte w przygotowanej przez Kampanię Przeciw Homofobii publikacji pod cukierkowym tytułem Tęcza w siedmiu odsłonach. Znaleźć można w niej między innymi opis radzenia sobie z coming outem dziecka, rozpisany na kilka etapów: od "zaprzeczenia", przez "złość" czy "targowanie się", aż wreszcie do "akceptacji"[21]. To wariacja na temat tak zwanego modelu żałoby KüblerRoss. O jego ostatnim etapie popularny portal psychologiczny informuje, że "kiedy jesteś w fazie akceptacji, uwewnętrzniasz wszystko, co się wydarzyło, podnosisz głowę i patrzysz w przyszłość. Możesz także zacząć pozytywnie reinterpretować znaczenie straty, nie obwiniając nikogo"[22]. Zapewnia to chyba jakąś pociechę rodzicom - dajmy na to - Krzysia, którzy właśnie się dowiedzieli, że nie ma już żadnego Krzysia (i być może nigdy go nie było), tylko jest Kamila. To w końcu schemat konfrontowania się ze stratą, a więc czymś nieuniknionym. W świetle tej konieczności można wreszcie spokojniej spojrzeć w przyszłość, chociaż oczywiście dopiero po tym, kiedy przejdzie się przez wyparcie ("Tylko ci się wydaje, Krzysiu!"), gniew ("A moje wnuki, Krzysiu?!"), negocjacje ("Tylko nie idź na hormony, Kamilko!") i oczywiście depresję ("To moja wina, nie byłam dobrą matką").
Akceptacja, czyli wolność jako uświadomiona konieczność. Niewiele jest chyba osób trans - jeśli w ogóle jakiekolwiek są - które w ten czy inny sposób się o to nie otarły. Moim pierwszym doświadczeniem tego rodzaju była próba coming outu przed siostrą, jakoś niedługo po tym, jak doszłam do wniosku, że może faktycznie chciałabym być dziewczyną. Moje niezręczne i zagmatwane wyznania spotkały się ze ścianą czułości i troski, z kaskadami zapewnień o tym, że jestem kochana i akceptowana taka, jaka jestem - oraz z uwagą, że to pewnie wszystko dlatego, że jestem w spektrum (autyzmu), i z wyraźną ulgą, gdy skłamałam, że nie myślę o hormonach. Wszystko, tylko nie to, co nie? Rób tranzycję, w porządku, ale tylko tyle, ile absolutnie musisz, nic więcej! Pomyśl, co będzie, jeśli się rozmyślisz! Kilka lat później moja matka z zaskoczeniem i przerażeniem przyjęła fakt, że jednak rozważam pójście na estro, chociaż znała dziesiątki tekstów, które w międzyczasie zdołałam opublikować i w których otwarcie pisałam o sobie jako transkobiecie. Jej koronnym argumentem było to, że przecież "mam taki męski typ urody!" (chociaż to oczywiście mój wybór). W sumie nie dziwię się, że tak bardzo odwlekałam tę rozmowę.
Mówię o tym nie tylko po to, aby wytknąć coś rodzinie (jeśli to czytacie, bardzo przepraszam, wiem, że inaczej to pamiętacie!), ale żeby zwrócić uwagę, czego akceptacja nie daje. Czego nie może dać. Co nam zabiera. Jej horyzontem jest konieczność: gdy prosimy o akceptację, tak naprawdę oczekujemy pogodzenia się z naszym istnieniem, pozwolenia na egzystencję, przyjęcia do wiadomości faktu, że nie można się nas pozbyć ze świata. Nawet jeśli odziać to w najsłodziej brzmiące zapewnienia o tolerancji i otwarciu na inność, niczego to nie zmienia. Jest to logika, w której obrębie wszystko, co udało nam się wywalczyć - ten wciąż nieznośnie fragmentaryczny dostęp do opieki medycznej, do prawnego uznania, do materialnych środków przetrwania, do kulturowej reprezentacji, do obecności - znajduje uzasadnienie w cichej kapitulacji, że inaczej się nie da, dlatego nasze istnienie i potrzeby muszą zostać wreszcie zaakceptowane. Przynajmniej dopóki nie znajdzie się lepsze rozwiązanie problemu trans. Jeśli akceptacja jest przeżytą żałobą po naszej niedającej się zlikwidować obecności i tym wszystkim, czym nigdy - być może - nie byłyśmy, to nie oznacza ona niczego innego jak tylko przyznanie, że świat byłby lepszy bez nas. I dlatego chcę nie akceptacji, lecz afirmacji.
Chcę być chciana.
Mój pierwszy coming out nie wydarzył się jednak przed siostrą. Miał miejsce tam, gdzie dzisiaj dzieje się ich większość: przed grupką znajomych na internetowym czacie. Gratulowali mi; zostałam zasypana cyfrowymi serduszkami i kotkami w niebiesko-różowo-białe paski transowej flagi. Sens tego był jasny: to dobrze, że jesteś trans. I oczywiście przynajmniej po części stało się tak dlatego, że pisały to do mnie przede wszystkim inne transdziewczyny. Ale z drugiej strony: kto, jeśli nie one, miałby mi powiedzieć, że mimo wszystko warto?
Paweł Klinger jest tylko jednym z nieprzeliczonych ogniw długiego łańcucha historii wiążącego nas z przekonaniem, że transpłciowość to rodzaj problemu. Tworzą go ci seksuolodzy, prawnicy, rodzice, lekarze, politycy, psychiatrzy i innego rodzaju policjanci, którzy potrafią opisać obecność osób trans w świecie w najlepszym razie jako konieczność, ale nigdy możliwość. Stąd te powracające wciąż pytania o to, czy osoby trans istnieją naprawdę, czy transdziewczyny są rzeczywiście kobietami, czy transfaceci to prawdziwi chłopcy, stąd wszystkie te próby znalezienia na to dowodów. I gdzieś w tym nieznośnym sporze o tożsamość, udającym spór o ontologię, niknie o wiele istotniejsze pytanie, przed którym staje każda osoba trans. W moim wypadku brzmi ono tak: "Dlaczego chcę być (trans)kobietą?".
Oto lista odpowiedzi.
Upragniony niemożliwy feminizm
Jeżeli jesteś chłopcem, na którym męskość leży jak źle skrojona, obwisła bluza - albo nawet jeśli tylko wydaje ci się, że nim jesteś - to odkrycie feminizmu może się okazać źródłem ukojenia, nawet jeśli dość gorzkiego. Określenia takie jak "patriarchat", "toksyczna męskość", "kultura gwałtu" dają język, za pomocą którego można wreszcie spróbować opisać ten głęboki, choć niejasny dyskomfort, jaki się czuje, przeglądając się w zwierciadle męskości i nie rozpoznając własnego w nim odbicia. Krytyka feministyczna jako krytyka męskości - jako zestaw obserwacji mówiących, że mężczyźni to problem - to koło ratunkowe rzucone tym, którym każe się sądzić, że są mężczyznami, i którzy mają z tym trudność, chociaż nie zawsze potrafią ją nazwać. Albo tak przynajmniej może się na początku wydawać.
Nie mówię tutaj o popularnej koncepcji "feminizmu dla mężczyzn", czyli o przekonaniu, że odrzucenie hegemonicznych wzorców cis-hetero-patriarchalnej męskości przysłuży się także samym mężczyznom. Feminizm dla mężczyzn jest wezwaniem do ponownego przemyślenia własnego przywileju, do świadomej rezygnacji z niego, motywowanej nadzieją, że to właśnie ten przywilej zagradza drogę do męskości głębokiej, wolnej od nieskończonego replikowania wzorców ojcowskiej przemocy[23]. Feminizm dla mężczyzn jest więc zarówno projektem naprawy płci okaleczonej niezdolnością do wyzbycia się własnej hegemonicznej przeszłości (nawet wtedy, kiedy jej czas już dawno minął), jak i próbą przekonania mężczyzn, że feminizm nie stanowi dla nich zagrożenia, lecz raczej szansę.
Jednak identyfikacja z feminizmem chłopców, którzy nie wiedzą jeszcze, że kiedyś zdecydują się zostać kobietami, miewa też inny charakter. Tak przynajmniej było w moim wypadku, chociaż chciałabym, żeby słowo "mój" wybrzmiało tutaj możliwie luźno. Przywołuję za jego pośrednictwem w końcu nie tylko własne doświadczenia, ale także wszystkich innych dziewczyn takich jak ja - które znałam, ceniłam, którymi się inspirowałam. Dla mnie, dla nich, dla nas w feminizmie mniej istotne są sny o naprawie, a bardziej - masochistyczne nurzanie się w najbardziej ponurych i radykalnych wizjach. Bezwzględna konsekwencja Andrei Dworkin, zbliżającej się do stwierdzenia, że każdy heteroseksualny seks jest gwałtem[24], wszechobecność męskiego spojrzenia według Laury Mulvey[25], brutalność przymusu dbania o urodę diagnozowana przez Naomi Wolf[26] czy w końcu otwarte wezwanie do eksterminacji mężczyzn sformułowane przez Valerie Solanas[27] - wszystko to pomaga znaleźć potwierdzenie dla tego, co i tak już się wie o byciu mężczyzną: że to coś nieznośnego, nienadającego się do życia, jedynie szkodzącego światu.
Źródłem tych fascynacji najczęściej nie jest uważna lektura feministycznej klasyki; to raczej zbieranina uwag i fragmentów przypadkowo znalezionych w mediach, na pierwszych latach studiów, ale przede wszystkim w internecie. To okrutny feminizm splatany z postów na Tumblrze, tweetów, youtube'owych wideoesejów, tiktoków. Piszę "okrutny", ponieważ jego rolą nie jest tworzenie wizji emancypacji, tylko uzasadnienie dysforii. Nieprzypadkowo Females, jeden z najpiękniejszych listów miłosnych skierowanych do Solanas i jej Manifestu Stowarzyszenia na rzecz Ćwiartowania Mężczyzn, napisała transkobieta - Andrea Long Chu - która projekt szlachtowania męskich świń potraktowała na tyle serio, żeby zacząć od tej zamieszkałej w niej samej[28].
Obrzydzenie, z jakim Chu pisze o sobie jako o mężczyźnie, jest uderzające:
Byłam wtedy pełna gniewu: czerwona, męska, złośliwie inteligentna. Wpadło mi do głowy, że w ramach ostatniego projektu w semestrze dobiorę się do pianina i zrobię z niego sztukę. [...] To wydawało mi się feminizmem. Całymi tygodniami moje ubrania kleiły się od pasty DIY, przez co wyglądałam jak kompulsywna onanistka, którą zresztą byłam. Ale tu chodziło o Sztukę i nic nie mogło mnie powstrzymać. Niedawno zdradziłam swoją dziewczynę, a poza tym to byłam potwornie smutna[29].
Reszta tekstu dostępna w regularnej sprzedaży.