Wstęp
WSTĘP
Z wczesnego dzieciństwa zachował mi się w pamięci między innymi obraz
mojego pradziadka Michała Szlanty, rocznik 1895. Miał on dość surowe
spojrzenie i duże wąsy (z łemkowska - bajusy). Był nieprzystępny i bałem
się go nieco, zwłaszcza że miał opinię osoby porywczej i trochę
szalonej. Jego córka, a moja babcia, opowiadała mi, że jej "nianio"
służył w wojsku podczas pierwszej wojny światowej i miał po tym pamiątkę
w postaci dziury w głowie, w którą można było włożyć palec. Podziałało
to na moją wyobraźnię i zafascynowało. Człowiek z dziurą w głowie, a żyje? Jak głęboka jest ta dziura? Czy można w nią włożyć cały palec? A jeśli tak, to który? Na te pytania odpowiedzi nie poznałem. Teraz
domyślam się, że musiało być to wklęśnięcie w czaszce po szrapnelu.
Pradziadek zmarł jednak, gdy miałem sześć lat i nie miałem okazji
porozmawiać o jego doświadczeniach z wojny. Zapewne służył w 20. pp z Nowego Sącza, którego żołnierzy nazywano w Galicji cwancygierami, 32.
pułku landwery, także z Nowego Sącza, albo w 13. batalionie strzelców z Krakowa, bo w ich okręgach rekrutacyjnych leżało nasze Łosie pod
Gorlicami. Z późniejszych rozmów o pradziadku dowiedziałem się, że życie
uratował mu kolega ze wsi, który wyniósł go spod ognia do punktu
sanitarnego. W okresie międzywojennym pradziadek pobierał rentę z tytułu
inwalidztwa. Po drugiej wojnie światowej trzeba było jednak weryfikować
dokumenty potwierdzające prawo do świadczeń z okresu międzywojennego.
Pradziadek nieopatrznie wysłał całą posiadaną dokumentację stosownej
instytucji Pocztą Polską... Przesyłka nigdy nie dotarła do adresata.
Jednak nie tylko takie dokumenty zaginęły w burzliwych latach 40. XX
wieku. Procedura umożliwiała potwierdzenie tych praw przez świadków. Mój
pradziadek poprosił o to kolegę z wojska, tego, który uratował mu życie.
Ten jednak przed komisją nieoczekiwanie stwierdził, że niczego nie
pamięta. Widać zżerała go zazdrość, że w przeciwieństwie do mojego
przodka nie miał niczego z udziału w pierwszej z wielkich wojen.
Po co o tym piszę? Gdyż wtedy właśnie po raz pierwszy dowiedziałam się o tajemniczej wojnie z początków XX wieku. Jej ślady znajdowały się także
na cmentarzu w Lipkach Małych pod Gorzowem Wielkopolskim, gdzie moi
przodkowie w ramach akcji "Wisła" trafili po 1947 roku. Na tamtejszym
cmentarzu znajduje się po dziś uszkodzony obelisk upamiętniający
mieszkańców Lipkesbruch, jak do drugiej wojny nazywała się ta nadnotecka
wieś. Od kiedy pamiętam, brakowało na nim tablicy z nazwiskami poległych
żołnierzy kajzera, upamiętnionych przez lokalną społeczność, zniszczono
ją bowiem w ramach procesu przywracania piastowskiego charakteru tej
krainy. Zresztą po bezmiarze okrucieństw popełnionych w imię narodu
niemieckiego w latach 1939-1945 trudno było oczekiwać od ludności
napływowej, bezpośrednio dotkniętej zbrodniczą polityką nazistów, aby ze
specjalną atencją odnosiła się do miejsc pamięci o poległych dwie dekady
wcześniej żołnierzy w mundurach feldgrau. To okaleczone, nieme miejsce
pamięci skrywało tajemnicę i budziło moją dziecięcą ciekawość, podobnie
jak kwatera wojenna z czasów pierwszej wojny światowej na cmentarzu we
wspomnianym Łosiu, niedaleko której zresztą znajduje się grób Michała
Szlanty. Nie jest zresztą wykluczone, że w szeregach 12. DP brał on
udział w samej bitwie gorlickiej.
Zresztą nie tylko on z Łosian walczył w Wielkiej Wojnie. Jak po latach
wspomniał trzy lata młodszy od mego pradziadka Michał Pawlak: "Było to
latem 1914 roku. Wracam do domu z pola po codziennej pracy, zbliżam się
do wsi, a tu coś mnie niepokoi, bo słyszę, że we wszystkich zakątkach
wsi szczekają psy. Wchodzę do wsi, a tam pełno krzyku płaczu, lamentu,
tak że sam nie wierzę w to, co widzę i słyszę. Przychodzę do swego domu,
a tam to samo. Ojciec bardzo zasmucony i mówi do mnie: "Synu, mamy już
wojnę z Serbią". Dzisiaj tych i tych żandarmi zabrali na szybko do
wojska, a po innych przyszły wezwania na piśmie. I naszego profesora też
wzięli. A ten nasz profesor to był Grigorij Żidjak z Rychwałdu [dziś
Owczary - P.S.]. On był nauczycielem w naszej wsi. [...] Następnego
dnia niczego innego na wsi nie było słychać, tylko lament, narzekania i płacz. Za tydzień już przychodzą urzędowe zawiadomienia, że ten i tamten
ranny na froncie. Byli to Stefan Dudra i Stefan Rogoc"1.
Wspomniany nauczyciel wojnę przeżył, gdyż jego nazwisko widnieje na
świadectwach uczniów z okresu międzywojennego, w tym moich dziadków.
Nazwisko to przewijało się także w opowieściach rodzinnych.
Samo Łosie od przełomu 1914 i 1915 roku do bitwy gorlickiej leżało w strefie przyfrontowej. Jak zanotował w swym dzienniku pod datą 10 lutego
1915 roku sudecki Niemiec z północnych Czech Joseph Schreiber:
"Dowództwo pułku ulokowano zaraz obok kościoła. Przed domem płynęła
rzeka. Ponieważ była odwilż, płynęła nią brudna woda. [...] Łosie było
dużą wsią. Mieszkało tam sporo Żydów, głównie handlarzy. Można było
kupić pomarańcze, figi i pieczywo, które siłą rzeczy musiały być w tamtych czasach drogie. Pomarańcza kosztowała 20 halerzy. W Łosiu
ulokowano także dowództwo dywizji i szpital. [...] Ponieważ w Łosiu był
kościół, nasz kapelan odprawił tam mszę świętą. Także kapelan z 8. pułku
landwery celebrował mszę w tym w kościele. Uczestniczyłem w obu
nabożeństwach. Kościół był grecko-unicki, ponieważ do tego wyznania
należała ludność. Tamtejszy duchowny, zwany popem, wciąż jeszcze
sprawował swój urząd. Pokryte blachą wieże kościelne były tak
podziurawione niezliczoną liczbą szrapneli, że miejscami wyglądały jak
sito. [...] Ponieważ w Łosiu nie ma żadnego mostu na rzece, wozy i jeźdźcy musieli przeprawiać się brodem, jeśli nie chcieli skorzystać z drogi przez położony dalej na południe most. Konie z wozami miały
olbrzymie problemy w przeprawie przez rwący nurt"2.
Przed samą bitwą gorlicką, w nocy z 26 na 27 kwietnia, na biwakach na
polach wokół Łosia nocowali żołnierze 11. bawarskiej DP. Tam także
fasowali żywność. Rankiem pomaszerowali na przełęcz oddzielającą Łosie
od Bielanki i dalej górskimi drogami i bezdrożami w kierunku Rychwałdu i doliny Sękówki. W Łosiu znajdował się również skład amunicji
artyleryjskiej dowożonej tu wozami ze stacji kolejowej w Grybowie3. Przepraszam Czytelnika za ten przydługi osobisty
wstęp, ale gdzieś w opisanym wyżej okresie mojego życia tkwią początki
mojego zainteresowania Wielką Wojną, a sama książka jest także hołdem
wobec ziemi/ziem, z której wyrastają moje korzenie.
Z przyczyn podanych wyżej samą bitwą interesowałem się już od dłuższego
czasu, co znalazło swoje odzwierciedlenie w artykułach naukowych i popularnonaukowych dotyczących zarówno samej bitwy4, jak i szerzej - Galicji podczas pierwszej wojny światowej5. Do
napisania jej monografii zbierałem się przez kilka lat, zawsze coś
jednak stawało na drodze. Udało mi się zebrać w tym czasie, jak sądzę,
dość bogatą bazę źródłową. Wśród niej znajdują się archiwalia m.in. z Bundesarchiv-Militärarchiv we Fryburgu Bryzgowijskim (na szczęście w interesującym mnie zakresie zostały one zdigitalizowane i są dostępne
online) i wiedeńskich Kriegsarchiv oraz Haus-, Hof- und Staatsarchiv.
Posłużyłem się także materiałami z węgierskiego archiwum wojskowego
(Honvédelmi Minisztérium, Hadtörténeti Intézet És Muzeum, Hadtörténelemi
Levéltár) oraz archiwum państwowego z Uzbekistanu (Centrlanyj
Gosudarstwiennyj Archiw Riespubliki Uzbiekistan). Ze względów
niewymagających, jak sądzę, bliższego wyjaśnienia nie miałem dostępu do
rosyjskich archiwów. Za to w Muzeum PTTK w Gorlicach przechowywane są
kopie kilkudziesięciu dokumentów archiwalnych dotyczących bitwy
nadesłanych z Moskwy na początku lat 90. XX wieku. Cennym źródłem
uzupełniającym jest także wydany w roku 1941 zbiór dokumentów z operacji
gorlickiej6.
Bazę źródłową książki uzupełniają opublikowane dokumenty, pamiętniki,
dzienniki, stenogramy parlamentarne, listy, publicystyka i prasa. Trudno
jednoznacznie zakwalifikować natomiast historie pułkowe, po które także
sięgnąłem. Są to generalnie opracowania z okresu międzywojennego
przygotowane przez weteranów opisywanych jednostek. Znajdują się w nich
liczne zebrane relacje oficerów i żołnierzy, a często i sama narracja
autorska nosi charakter wspomnieniowy. Szczegółowy wykaz źródeł i opracowań Czytelnik znajdzie w bibliografii na końcu pracy. Już na
pierwszy rzut oka widać w nim przewagę źródeł niemieckich i austriackich, zarówno niepublikowanych - archiwalnych, jak i opublikowanych - głównie w okresie międzywojennym. Mimo moich wysiłków w narracji widać brak równowagi w dostępie do bazy źródłowej i przeważa w niej niemiecko-austro-węgierska optyka.
W mojej książce starałem się nie zamęczać Czytelnika ogromną liczbą
szczegółowych informacji o walczących oddziałach, ich liczebności,
uzbrojeniu, kierunkach marszu, liniach rozgraniczeń, stratach własnych i wziętych jeńcach. Dlatego np. celowo nie wymieniłem nazw pododdziałów
austro-węgierskiej artylerii ciężkiej przydzielanych do poszczególnych
korpusów 11. Armii. Poza opisem tytułowej bitwy zdecydowałem się także
zarysować szersze tło zmagań militarnych w Galicji i wpleść w tekst
wybrane wątki polityczne, społeczne czy gospodarcze, takie jak m.in.
rosyjska okupacja Galicji, losy uchodźców wojennych z tej prowincji,
represje wobec mieszkańców Galicji po jej wyzwoleniu czy problem
powojennej odbudowy. Uznałem, że te kilkustronicowe fragmenty wzbogacą
narrację i zainteresują Czytelnika. Ocenę tego, czy podjęte przeze mnie
wybory okazały się trafione, a proporcje pomiędzy różnymi warstwami
narracji dobrane właściwie, zostawiam już tym, którzy zdecydują się
sięgnąć po książkę. Jeśli nie zostało to zaznaczone inaczej, wszystkie
tłumaczenia są mojego autorstwa. Niestety, nie udało mi się ustalić
imion wszystkich osób występujących w tekście. Przy braku oryginalnego
tytułu dokumentu archiwalnego w przypisie podaję polski tytuł,
odpowiadający jego treści.
Oczywiście bitwa gorlicka była już wielokrotnie opisywana. Po polsku
ukazały się na jej temat dwie monografie. W moim odczuciu obie jednak
pozostawiają niedosyt. W pracy Michała Kilmeckiego7 samej
bitwie i działaniom wojennym następującym bezpośrednio po niej
poświęcono zaledwie 21 stron. Sądząc po przypisach (gdyż brak w niej
bibliografii), autor nie sięgnął po żadne z niemieckich czy austriackich
źródeł i w niewielkim stopniu wykorzystał istniejącą obcojęzyczną
literaturę przedmiotu. Zresztą przez ponad trzydzieści lat od jej
ukazania ta dość znacznie narosła. Nieporównywalnie łatwiej dotrzeć dziś
do archiwów. Opis samej bitwy sprawia wrażenie przygotowanego w dużej
mierze na podstawie artykułu Mariana Zgórniaka8. Mocną stroną
książki Klimeckiego jest uwzględnienie polskiego piśmiennictwa
wojskowego z okresu międzywojennego.
Praca amerykańskiego historyka Richarda L. DiNardo, przetłumaczona na
język polski, także opisuje przebieg bitwy zaledwie na 20
stronach9. Zresztą, czy na polskim rynku wydawniczym muszą być
tylko jedna lub dwie monografie tej ważnej bitwy? Skoro Amerykanie czy
też anglojęzyczni czytelnicy mają do dyspozycji kilkadziesiąt pozycji o bitwie pod Gettysburgiem i wydarzeń wokół niej, to my nad Wisłą i Odrą
możemy sobie, jak sądzę, pozwolić na kilka monografii o Gorlicach, także
w serii "Historyczne Bitwy". Na prośbę wydawnictwa, tak aby tytuł mojej
książki odróżniał się od pracy Michała Klimeckiego, zdecydowałem się
zatytułować ją Gorlice-Tarnów 1915. W niemieckojęzycznej
historiografii bitwa ta często występuje właśnie pod nazwą przełamania
pod Gorlicami i Tarnowem10.
Ważnym źródłem wiedzy o bitwie i jej upamiętnieniu stanowią materiały po
cyklicznie odbywającej się do 2015 roku konferencji Znaki Pamięci.
Opublikowano w nich kilkanaście artykułów poświęconych różnym fragmentom
starcia pod Gorlicami11. Przy pisaniu książki korzystałem z dorobku wielu historyków, w tym także tych, którzy opracowali różne
fragmenty bitwy gorlickiej. Jestem im winien wdzięczność i zawsze
starałem się oddać w przypisach to, co ich. Dziękuję także tym z Was (bo
zapewne sięgniecie po tę książkę), którzy podzielili się ze mną swoimi
zbiorami i wynikami swych kwerend, a więc: Jankowi Błachnio, Pawłowi
Kaczmarskiemu, Jackowi Jędrysiakowi, Jerzemu Rohozińskiemu, Kamilowi
Ruszale i Wacławowi Szczepanikowi. Podziękowania kieruję ku Ivánovi
Bertényiemu, dyrektorowi węgierskiego Instytutu Historycznego w Wiedniu,
który pomógł mi, za pośrednictwem dyrektora węgierskiego archiwum
wojskowego, w dotarciu do materiałów 39. DP hon.
Bardzo dziękuję: Jankowi Błachnio, Pawłowi Kaczmarskiemu, Sławkowi
Kułaczowi i Tomkowi Woźnemu za krytyczną lekturę manuskryptu i wyłapanie
wielu błędów czy nieścisłości. Za te, które wciąż znajdują się w książce, odpowiedzialność ponoszę wyłącznie ja sam.
Poza moją najbliższą Rodziną (Dziękuję Ci, Agnieszko!) szczególną
wdzięczność winny jestem jednak Jarkowi Centkowi. Bez wahania przesyłał
mi skany książek, wydawnictw źródłowych, np. niemieckich historii
pułkowych, czy linki do zdigitalizowanych źródeł i opracowań potrzebnych
mi do napisania tej książki. Obiecał dosłać więcej. Niestety nie zdążył.
Bardzo żałuję, że nie mógł zapoznać się z tą książką przed jej wysłaniem
do wydawnictwa. Na pewno bym go o to poprosił, a On by nie odmówił,
zwłaszcza że sam zachęcał mnie do jej napisania. Bez Jego krytycznych
uwag jest ona z pewnością gorsza. Dziękuję Ci, Jarku, za wsparcie i pomoc, a po pierwsze - za naszą przyjaźń.
Rozdział I. "Brutalny egoizm" I "Żałosna banda". Sytuacja państw centralnych w początkach 1915 roku
ROZDZIAŁ I.
"BRUTALNY EGOIZM" I "ŻAŁOSNA BANDA".
SYTUACJA PAŃSTW CENTRALNYCH W POCZĄTKACH 1915 ROKU
"Ile jest to setek tysięcy? Czy ile milionów? Jeden? Dwa? Które tę
sylwestrową noc spędziło w okopach na zachodzie i na wschodzie. Czy
powinienem powiedzieć: świętowało? Ten wyraz jednak, obawiam się,
brzmiałby ironicznie. [...] W wielu miejscach nie dało się określić
dokładnego momentu zmiany roku. Oświetlenie w okopach pozostawia wiele
do życzenia. Zapalenie zapałki może być tam niebezpieczne. W ciemnościach zaś trudno śledzić bieg wskazówek na cyferblacie zegarka
kieszonkowego. Tylko w niewielu uprzywilejowanych miejscach dało się
nawarzyć sylwestrowego ponczu. [...] Może on [człowiek - P.S.]
przyzwyczaić się do wszystkiego, do największych niedostatków, do
najokrutniejszych cierpień, do niebezpieczeństwa i śmierci. Wszystko
znosi: niedostateczne, nieregularne i złe wyżywienie, brudną wodę do
picia, niedostatek snu, stanie lub nawet leżenie w błocie i wodzie,
bycie dzień i noc narażonym na morderczy ogień strzelecki i artyleryjski
[...]. Tego dnia odnawiamy w sobie przyrzeczenie: chcemy wytrwać do
dobrego końca. [...] Chcemy i musimy zwyciężyć. Tymi słowami pozdrawiamy
Nowy Rok"12 - pisał w redakcyjnym felietonie 1 stycznia 1915 roku
poczytny wiedeński liberalny dziennik "Neue Freie Presse".
Ze względu na cenzurę wojenną autor tego tekstu nie mógł wspomnieć, że
na przełomie lat 1914 i 1915 nie tylko życie codzienne żołnierzy na
froncie, ale także położenie międzynarodowe i wewnętrzne monarchii
naddunajskiej nie napawało optymizmem. Od jesieni 1914 roku wojska
rosyjskie okupowały większą część Galicji. Za linią frontu broniła się
twierdza Przemyśl. W toku dotychczasowych walk armia austro-węgierska
poniosła ogromne straty ludzkie i materiałowe. Do grudnia 1914 roku
poległo 189 tys.austro-węgierskich żołnierzy, rannych zostało 490 tys.,
a wziętych do niewoli lub zaginionych było 278 tys. Była to dwukrotność
pokojowego etatu sił zbrojnych monarchii naddunajskiej13.
A wojna trwała nadal i każdego dnia pochłaniała nowe ofiary. Na froncie
karpackim dzienne straty c.k. armii wynosiły 6 600 osób. W połowie marca
1915 roku dowództwo c.k. 2. Armii meldowało, że w ostatnich miesiącach
zginęło lub zmarło 40 tys. jej żołnierzy. Jednak tylko 6 000 poległo,
reszta zaś zmarła w wyniku chorób lub chłodu. Statystycznie długość
życia żołnierza na froncie karpackim wynosiła 5-6 tygodni14. Z powodu braku kwater tysiące żołnierzy w warunkach surowej zimy zamarzło
na zajmowanych pozycjach, nabawiło się ciężkiego zapalenia dróg
oddechowych lub w wyniku odmrożeń utraciło palce. "Żołnierze całymi
dziesiątkami odmrażali sobie nogi, tak że w wielu przypadkach trzeba je
było obcinać. To ciągłe leżenie w bezruchu na śniegu, wśród mrozu
przechodziło wytrzymałość ludzką" - wspominał kapelan walczącej wówczas
w Karpatach Wschodnich II Brygady Legionów Polskich ks. Józef Panaś i dodawał: "Przez kilka nocy spałem również na polu koło punktu
opatrunkowego. Leżałem koło ognia i na przemian ogrzewałem sobie głowę,
to nogi, a skutek był ten, że spaliłem sobie buty, czapkę i poły
kożucha. [...] To ciągłe ślęczenie na mrozie wyczerpywało nasze siły
zupełnie, nic też dziwnego, że szeregi nasze przerzedły, a przepełniły
się nasze szpitale"15. Bywało, że tych ciężko rannych, którzy
nie zdążyli zamarznąć, zagryzały wilki. Nieściągane tygodniami mundury
zamieniały się w lodowe skorupy. Henryk Tomza, żołnierz II Brygady
Legionów, zanotował w swym dzienniku w styczniu i lutym 1915 roku:
"Wieczorem zaczynamy znowu wspinać się po stokach gór i prawie u szczytu, w lesie, zatrzymujemy się, aby spędzić noc. Zimno. Mróz
dochodzi do minus 26 stopni Celsjusza. Ognisk palić nie wolno, ani nawet
papierosów. Otrzymaliśmy na posiłek ciepłe kakao, które grzano w dolinie
i podwieziono [...]. W marszu byłem tak osłabiony, że upadłem i momentalnie zasypiałem na drodze. Ogarniała mnie senność wprost
upajająca, ogarniało mnie ciepło, choć mróz dochodził do kilkunastu
stopni. Dopiero straż tylna pomogła mi wstać i iść, odbierając mi zbytni
karabin. [...] Wieczór zapadł, niebo wyiskrzone gwiazdami, pod nami
śnieg, a nas coraz bardziej przenika mróz, który coraz mocniej bierze.
Leżymy tyralierą, sześć kroków jeden od drugiego, każdy wygrzebał sobie
dołek w śniegu i prawie każdy postarał się przynieść z okolicznych chat
trochę siana czy słomy, bodaj słomy ze strzechy, aby podesłać pod
siebie, a nie leżeć na śniegu"16. "Nieunikniona konieczność
działania została skonfrontowana z surowością zimy" - w styczniu 1915
roku opisał walki w Karpatach sam szef sztabu armii austro-węgierskiej
gen. Franz Conrad von Hötzendorf17.
Poza surowym klimatem i zimową aurą żołnierzom doskwierało złe
zaopatrzenie. Część żołnierzy landszturmu zimą z przełomu lat 1914 i 1915 przebywała na zapleczu frontu w ubiorach cywilnych, jedynie z czarno-żółtą opaską na rękawie, czekając na broń po poległych. Jeden z rosyjskich dowódców z powrotem odesłał austro-węgierskich jeńców z komentarzem, że wysyłanie na wojnę tak źle ubranych i uzbrojonych
żołnierzy przynosi Monarchii Naddunajskiej hańbę!18. Ten stan
rzeczy potwierdza relacja Wincentego Dańca, który zimą z 1914 na 1915
rok w okupowanym przez Rosjan Rzeszowie obserwował transporty jeńców
austro-węgierskich wywożonych w głąb Rosji. W jego ocenie wyglądali oni
bardziej na żebraków niż żołnierzy - byli obdarci, głodni, poowijani
szmatami, wynędzniali, często bez czapek i butów19.
Za linią frontu trwała oblężona od początku listopada twierdza Przemyśl
z załogą liczącą ponad 100 tys. żołnierzy. Próby jej odblokowania nie
przynosiły niczego poza gigantycznymi stratami20. Pisząc o nieudanych próbach odblokowania oblężonego Przemyśla, niemiecki oficer
łącznikowy przy AOK gen. August von Cramon
skonstatował: "Walki następnych tygodni w wystarczający sposób ukazały,
że zamiary naczelnego dowództwa nie dały się pogodzić z możliwościami
wojska. [...] Wojsko na froncie uznało beznadziejność swych wysiłków
wcześniej niż naczelne dowództwo"21.
Niepowodzenia na froncie, trudne warunki pogodowe i złe zaopatrzenie
negatywnie odbijały się na morale. Wiosną 1915 roku Mikołaj Hercuń,
żołnierz 13. pp, tzw. dzieci krakowskich, tak opisywał nastroje panujące
w jego jednostce: "Obowiązek, służba, honor żołnierski, zasługa przed
Bogiem i cesarzem, stare, oklepane i puste dla nas frazesy, któremi
karmiono nas częściej niż chlebem powszednim. Nadużywane, straciły swą
głębię i świętość, wywołując tylko uśmiech politowania czy twardą
klątwę"22. Były oficer c.k. ułanów, a później Legionów Polskich,
Juliusz Kleeberg wspominał po latach: "Straty Austro-Węgier nie wyrażały
się jedynie stratami w ludziach, działach i innym sprzęcie; w dużym
stopniu znika również porządek, karność, zaufanie, wreszcie planowość i celowość działania dowództw"23.
Żołnierze coraz częściej wątpili w kompetencje sztabu generalnego,
odpowiedzialnego za prowadzenie wojny. Świadczyły o tym chociażby
dowcipy. Oto jeden z nich: "Rozmawiają koń, wół i osioł. Koń narzeka, że
musi w 1. szeregu iść na wojnę: trafi mnie kula, padnę i taki mój
koniec. Wół na to: ty przynajmniej giniesz szlachetną śmiercią od kuli i w bitwie, ale mnie zabiją siekierą i zjedzą. Zaś osioł: ja to wcale nie
narzekam, ja siedzę w sztabie generalnym"24. Po Galicji
krążył następujący wierszyk: "Najjaśniejszy Panie/ Jak to było w planie/
Dostaliśmy znowu lanie"25.
Na zapleczu frontu nie było dużo lepiej. Mimo wzrostu produkcji (np. w 1914 roku produkcja pocisków artyleryjskich wynosiła średnio 300 tys.
miesięcznie, a w 1915 już 1 300 000 sztuk) i głębokiego interwencjonizmu
państwowego we wszystkie sektory gospodarki przemysł zbrojeniowy
Austro-Węgier nie był w stanie zaspokajać rosnącego popytu na materiały
wojenne26. Już we wrześniu 1914 roku poproszono niemieckiego
sojusznika o pilne dostawy amunicji artyleryjskiej. Szybko pogarszała
się także sytuacja aprowizacyjna ludności. W dniu 28 listopada 1914 roku
wprowadzono ceny maksymalne na chleb i mąkę. Oczywiście skutkowało to
narodzinami czarnego rynku, a następnie - wprowadzeniem reglamentacji na
całego szeregu produktów spożywczych i pogorszeniem się nastrojów
społecznych27. Jak 23 kwietnia 1915 roku donosił z Wiednia z centrali w Berlinie ambasador Rzeszy Heinrich von Tschirschky, dostępny na rynku chleb był często niemal
niejadalny, a mąka - nawet złej jakości - prawie niedostępna. Osoby
przybywające z Węgier rozpowiadały za to, że było tam pod dostatkiem
białego chleba. Wiedeńczycy niemal otwarcie potępiali nieudolność rządu
we wszystkich sferach, a po mieście krążyły ulotki krytykujące monarchę,
rząd i dowództwo. Dominowało przekonanie, że jeszcze nigdy monarchia nie
miała tak słabego rządu. Zdaniem ambasadora nawet niewielkie rozruchy
głodowe mogły przybrać rozmiary szkodzące wizerunkowi Austro-Węgier na
arenie międzynarodowej28.
Zresztą i w Niemczech pogarszała się sytuacja aprowizacyjna ludności. W wyniku blokady handlowej, masowego poboru chłopów i koni do wojska
produkcja żywności spadła o 25%. Od października 1914 roku wprowadzono w Rzeszy ceny maksymalne najpierw na mąkę i zboża, a wkrótce potem na:
ziemniaki, cukier, masło, ryby, mięso, owoce i warzywa. W październiku
1914 roku wprowadzono także w Niemczech K-Brot (nigdy nie wyjaśniono,
czy K pochodziło od słowa Krieg, oznaczającego wojnę, czy też od
ziemniaków), czyli chleb z domieszką ziemniaków. Aby zwiększyć podaż
zbóż dla ludności cywilnej poprzez ograniczenie opasania trzody chlewnej
ziarnem wiosną 1915 roku odgórnie nakazano wybicie jednej trzeciej
populacji świń. Nazywano to sarkastycznie "świńskim mordem" bądź
"świńską nocą świętego Bartłomieja"29.
Wracając do monarchii habsburskiej, morale poddanych Franciszka Józefa
I, zmęczonych już trwającą ponad pół roku wojną, było niskie. Po
entuzjazmie pierwszych dni wojny nie było śladu. W takich warunkach
rwały się więzi społeczne. Widoczne to było np. w rosnącej niechęci
wobec setek tysięcy uchodźców wojennych, jakie schroniły się przed
rosyjską inwazją w głębi monarchii. Nie widziano w nich dotkniętych
losem, potrzebujących pomocy rodaków i bliźnich, ale niechcianych
obcych, konkurentów do kurczących się zapasów żywności, grupę
odpowiedzialną za wzrost cen i narastanie problemów aprowizacyjnych.
Rodowici wiedeńczycy uważali, że uchodźcy psują estetykę ich miasta,
żyjąc na koszt publiczny, jak włóczędzy. W listopadzie 1914 roku czasowo
przebywający w austriackiej stolicy konsul Rzeszy we Lwowie Eduard Heine donosił swoim przełożonym w Berlinie: "Wszystkie znane osobistości ze swoimi orszakami są tutaj.
Cała Galicja najechała Wiedeń i odcisnęła swoje piętno na obrazie ulicy:
wszędzie widzi się i słyszy charakterystyczne polsko-żydowskie typy.
[...] Hotele, kawiarnie, parki roją się od tych wschodnich postaci z ich
damami"30. Mieszkańcy miast i miasteczek w Austrii na różne
sposoby okazywali Polakom, Ukraińcom i Żydom z Galicji niechęć, a czasem
wręcz otwartą wrogość. Na ulicy potrafiono wyzywać za samo mówienie po
polsku i obrzucać epitetami "polskie świnie" czy "polskie psy", a w gorszym wypadku - kamieniami lub szczuć psami. Zdarzały się akty
przemocy w postaci napadów wyrostków na galicyjskie dzieci. Uchodźcom
niechętnie wynajmowano mieszkania czy pokoje. Ostentacyjnie lekceważono
ich na zakupach. Lepiej było nie przyznawać się do bycia uchodźcą, aby
nie narażać się na podejrzenia, szykany, ordynarne zachowanie i zdzierstwo. Lokalne władze nakładały na nich różne bezprawne
ograniczenia, jak np. zakaz podróżowania pociągami bez specjalnego
zezwolenia czy zakaz wysiadania na niektórych stacjach. Słowo "uchodźca"
stało się wyzwiskiem. Rozżaleni Polacy po cichu życzyli wiedeńczykom,
aby Moskale wkroczyli do ich miasta i aby sami na własnej skórze
poznali, co oznacza okupacja. Państwo starało się jednak w miarę swoich
możliwości pomóc uciekinierom, wypłacając biedniejszym zasiłki i kierując ich do specjalnych obozów dla uchodźców31.
Wrogie uchodźcom postawy wynikały m.in. z tego, że wojsko oskarżało
ludność Galicji o sprzyjanie Rosjanom, w tym o masowe szpiegowanie na
ich rzecz. Miało to być jednym z powodów niepowodzeń austro-węgierskiego
oręża. "Chciano wmówić w świat, że to nie braki artylerji, nie przemoc
wroga, nie braków pełna organizacja wojskowa i kiepskie przygotowanie do
wojny było przyczyną niepowodzeń, tylko zdrada galicyjskiej
ludności!"32 - pisał polityk i działacz społeczny Zygmunt
Lasocki. Wtórował mu w tym wieloletni minister finansów Leon Bilińsk i, który w debacie w Izbie Panów 28 czerwca
1917 roku mówił: "Późną jesienią 1914 i na początku 1915 r. byliśmy
wszyscy - wszyscy, nie wyłączając polskich ministrów,
zdrajcami"33. "Nie pamiętam tak osłabionego stanowiska Polaków
w Austrii"34 - zanotował pod datą 12 listopada 1914 roku w swym
diariuszu działacz Naczelnego Komitetu Narodowego Władysław Leopold
Jaworsk i. "W Wiedniu wszystkich nas mają za
zdrajców"35 - odnotował z kolei z rezygnacją 23 października
1915 roku.
Oskarżenia o sprzyjanie wrogom często wysuwano na podstawie
"absurdalnych dowodów". Arystokratka Matylda
Sapieżyna pisała: "Rozpalone ognisko na polu, garnek, bielizna na
płocie, chłop spytany przez wojsko znienacka o drogę dający źle
odpowiedź - to posądzenie o konszachty z wrogiem"36. Podobnie
oceniał to rotmistrz c.k. ułanów Wojciech Kossak: "Szpiegów widziano
wszędzie i we wszystkich: ksiądz, dziedzic, chłop, bez różnicy. Wisielce
na drzewach przydrożnych, na rynkach małych miasteczek znaczyły drogi
naszych pochodów. Zardzewiała łopata, podniesiona przez chłopa na jego
polu, telefoniczny drut, których tyle po ścierniskach i rolach leżało,
zerwany chociażby racicą krowy, wszystko to były zbrodnie, które sądził
Standrecht (sąd polowy)"37. Chcąc zapewnić sobie nieprzerwaną
łączność telefoniczną na stanowiskach bojowych, dowódcy baterii c.k.
artylerii często brali sobie zakładników z najbliższej wioski.
Sytuacja Rosji w pierwszych miesiącach 1915 roku wydawała się lepsza niż
monarchii habsburskiej. Choć armia rosyjska została wyparta z Prus
Wschodnich, to zachowała kontrolę nad większością dawnego Królestwa
Polskiego i okupowała większość Galicji. Od momentu zajęcia tej
ostatniej Rosjanie traktowali swoją w niej obecność jako trwałą. Od
początku wojny głosili bowiem hasła wyzwoleńcze i posługiwali się
retoryką pansłowiańską. 18 sierpnia 1914 roku głównodowodzący wojsk
rosyjskich, wielki książę Mikołaj Mikołajewicz, wydał odezwę do
mieszkańców Galicji, w której deklarował wyzwolenie spod
"cudzoziemskiego jarzma", "przywrócenie prawa i sprawiedliwości" oraz
"urzeczywistnienie waszych narodowych pragnień". Carski
generał-gubernator lwowski Gieorgij
Bobrinski od początku zapowiadał przyłączenie Galicji Wschodniej do
Rosji. 13 października 1914 roku stwierdził publicznie: "Przede
wszystkim Galicja Wschodnia i Łemkowszczyzna jest odwieczną częścią
jednej Wielkiej Rusi. Na ziemiach tych ludność rdzenna była zawsze
rosyjska: administracja tych ziem powinna być na zasadach rosyjskich.
Będę tu wprowadzał rosyjski język, rosyjskie prawo i ustrój"38.
Na inkorporowanych (bezprawnie - wciąż trwała wojna) ziemiach
wprowadzono rosyjski podział administracyjny. Generał-gubernatorowi we
Lwowie podlegały gubernie: lwowska, halicka, czerniowiecka, a od
kwietnia 1915 roku - także przemyska. W przyszłości planowano stworzenie
dodatkowych dwóch guberni, a mianowicie krakowskiej i tarnowskiej. Miały
one zostać przyłączone do autonomicznego Królestwa Polskiego. Powołano
także komisję językową mającą zrusyfikować miejscowe nazwy własne.
Miastom galicyjskim starano się możliwie szybko nadać rosyjski wygląd,
m.in. poprzez usunięcie z przestrzeni publicznej symboli władzy
austriackiej (austriackiego godła oraz popiersi i portretów cesarza
Franciszka Józefa), wywieszanie rosyjskich flag podczas dni galowych,
nakaz umieszczania na sklepach szyldów rosyjskich. Na wieży ratusza
lwowskiego austriackiego orła owinięto w czarny worek, a popiersie
cesarza w sali obrad rady miejskiej zastąpiono popiersiem... Adama
Mickiewicza. Wprowadzono ostentacyjnie wielkie rosyjskie napisy na
dworcach kolejowych, a w niektórych miejscowościach (np. w Brodach,
Tarnopolu i Samborze) zmieniano nawet nazwy ulic. Z witryn zakładów
fotograficznych zniknęły zdjęcia c.k. żołnierzy. Nie można było nosić
czarno-żółtych (barwy dynastii habsburskiej) wstążek i innych detali
ubioru. Usuwano skrzynki pocztowe z austriackim herbem, a listonoszom z tego samego powodu nakazano zdanie dotychczasowych toreb
służbowych39.
W dalszej kolejności planowano demontaż i wywóz polskich pomników oraz
przeniesienie polskiego uniwersytetu ze Lwowa do Warszawy. Na terenach
okupowanych wprowadzono rubla, czas petersburski oraz obowiązujący w Rosji ruch prawostronny. Na okupowane tereny napływały tysiące
rosyjskich urzędników, policjantów, pocztowców, kupców i kolejarzy. Pod
koniec września 1914 roku zamknięto wszystkie szkoły i zakazano
działalności jakichkolwiek organizacji społecznych i politycznych,
tolerując jedynie te dobroczynne. Ogromny nacisk położono na promowanie
języka rosyjskiego, organizując jego kursy i zakładając biblioteki. W Petersburgu 1 lutego 1915 roku z wielką pompą, z udziałem trzech
ministrów oraz wielu posłów i senatorów, otwarto kurs dla nauczycieli
galicyjskich. W styczniu 1915 roku Bobrinski wydał zgodę na zakładanie
prywatnych szkół z polskim językiem nauczania. Tygodniowy plan musiał
zawierać co najmniej pięć godzin języka rosyjskiego, nauczanie musiało
się zaś odbywać na podstawie podręczników zatwierdzonych w Rosji40.
Promowano rosyjską kulturę poprzez organizowanie wieczorów literackich i koncertów muzycznych. Nad prawomyślnością nowych poddanych cara czuwała
cenzura wojskowa, która kontrolowała nawet nekrologi, a także armia
donosicieli i agentów ochrony. Władze rosyjskie od początku
konsekwentnie negowały odrębność narodu ukraińskiego, uznając go za
polsko-austriacki wymysł. Zakazano jakichkolwiek publikacji w języku
ukraińskim, nawet wspomnianych wyżej nekrologów. Ukraiński, zwany
pogardliwie "miejscowym narzeczem", tolerowano jedynie w mowie. Mienie
ukraińskich organizacji politycznych, społecznych i kulturalnych zostało
skonfiskowane. Aresztowano i wywieziono w głąb Rosji 12 tys. ukraińskich
działaczy narodowych, w tym wielu duchownych z greckokatolickim
arcybiskupem lwowskim, Andrijem Szeptyckim,
na czele. Pod kierownictwem przybyłego z Rosji biskupa Eulogiusza wśród
ludności ukraińskiej promowano prawosławie. Według ostrożnych szacunków
zdecydowało się je przyjąć jedynie około 60 parafii, także ze względu na
obietnice pomocy materialnej. W trosce o spokój na tyłach frontu władze
rosyjskie nie stosowały w tym względzie przymusu. Likwidację Cerkwi
greckokatolickiej i masowe konwersje na prawosławie zostawiły sobie na
czas powojenny41.
Skoro o religii mowa, okupanci nakazali duchownym wznoszenie modłów za
cara. Spotkało się to z kategorycznym sprzeciwem obu arcybiskupów
lwowskich: rzymskokatolickiego Józefa
Bilczewskiego i wspomnianego wyżej Szeptyckiego. Szczególną wrogość
Rosjanie okazywali Żydom. Od początku wojny głosili, że chcą wyzwolić
Słowian spod niemieckiego i żydowskiego ucisku. Podczas okupacji w głąb
Rosji zesłano dziesiątki tysięcy wyznawców judaizmu. Na terenach
okupowanych dochodziło do pogromów i gwałtów42. Wprowadzono
ograniczenia w przemieszczaniu się Żydów pomiędzy galicyjskimi
powiatami, wypędzano z niektórych miejscowości, zwalniano z posad
państwowych, nakazywano im otwierać sklepy w szabat.
W Gorlicach rosyjski dowódca przekazał burmistrzowi miasta, księdzu Bronisławowi Świeykowskiemu, żywność dla
głodującej ludności, zastrzegając przy tym, że nie mogą jej otrzymać
Żydzi43. "Wielki obszar zamieszkały przez milion Żydów, którzy
jeszcze wczoraj cieszyli się wszelkimi prawami ludzkimi i socjalnymi,
otoczony został ognistym kordonem krwi i żelaza, odgrodzony od świata i poddany władzy dzikich zwierząt w postaci kozaków i żołnierzy. Sprawiało
to wrażenie, jakby dokonywano zagłady jednego z plemion
Izraela!44" - oceniał położenie Żydów na terenach okupowanych
żydowski literat i działacz społeczny z Rosji Szlojme Zajnwel Rapoport,
znany jako An-ski.
Niezależnie od przynależności etnicznej i wyznawanej religii mieszkańcom
Galicji dawały się we znaki: drożyzna, rekwizycje, przeszukania i konfiskaty mienia oraz przemoc fizyczna wobec cywilów, której symbolem
stała się nahajka. Galicjan szokowało przywrócenie niestosowanej tu od
dekad kary chłosty. W przypadku nieposłuszeństwa wobec władzy groziły im
także deportacja w głąb Rosji lub sąd polowy45. Jak oceniał
Tadeusz Tertil, burmistrz okupowanego Tarnowa, rosyjscy oficerowie
"starali się szczodrobliwością i obietnicami gór złotych ująć sobie
niższe, biedniejsze warstwy społeczne"46.
Osobną kwestią było zachowanie się wkraczającej armii rosyjskiej. Na
porządku dziennym były rabunki i gwałty. Tak opisywano sytuację w powiecie pilzneńskim: "Żołdactwo rosyjskie kradło, co tylko się dało.
Kradli: konie, bydło, drób, świnie, paszę, żywność, sprzęty domowe,
kapelusze damskie, książki z bibliotek, pieniądze, zegarki - nawet
buciki dla dzieci - dokumenty - świadectwa - jednym słowem wszystko
mogące im się na coś przydać lub wręcz niepotrzebne. Wiele rzeczy
sprzedawali za bezcen w innych miejscowościach, czego nie chciano kupić,
niszczyli lub porzucali koło drogi. [...] Jednym słowem, kradli
wszystko, co się dało poruszyć z ziemi; co się nie dało wziąć,
niszczyli"47.
Z kolei Katarzyna Szatko, żona nauczyciela szkoły w Staszkówce na północ
od Gorlic, wspominała: "Jeden kozak przystąpił wprost do męża i zaczął
przeszukiwać go dokumentnie. Zosia na moich rękach zaczęła krzyczeć w przerażeniu: Całego tatusia mi kozak zabierze, a ten zamamrotał: Nie
krzycz! Znalazł zegarek i portmonetkę z kilku reńskimi i to go
zaspokoiło. [...] Drugi kozak myszkował po kątach. Z szafki podręcznej
wziął rozpoczętą flaszkę wódki, którąś my jeszcze uchronili, flaszkę
spiritusu denaturowanego do palenia i lekarstwo dla dziadka. Na ścianie
wisiała torebka Dziuni na wyjazd jej do gimnazjum do Tarnowa. Nie pomógł
jej płacz"48.
Z drugiej strony mamy liczne relacje źródłowe o bardzo dobrym zachowaniu
carskich oficerów (wśród których nie brakowało Polaków) wobec ludności
cywilnej, którą starali się chronić przed rabunkami i gwałtami. W Rzeszowie oficerowie zachowywali się jak dżentelmeni. Za wszystko
płacili i dawali hojnie napiwki49.
Aby utrzymać dyscyplinę w wojsku, okupanci wydali zakaz sprzedaży
alkoholu. Takie regulacje były niezbędne, czego dowodziły np. wydarzenia
z 22 września 1914 roku z Rzemienia koło Mielca. Tego dnia wkroczyły tam
pododdziały rosyjskie. "Kozacy rzucili się zaraz na gorzelnię, gdzie
znaleźli wielkie zapasy wódki" - odnotował w dzienniku miejscowy
ziemianin Jan Hupka - "i zaraz zaczęli pić. W przeciągu godziny z kilku sotni kozaków już tylko konie były trzeźwe. Zaczęły nadciągać
oddziały piechoty. Żołnierze ci również zaczęli pić na umór. Wszelka
subordynacja wobec oficerów znikła i niedługo całe otoczenie gorzelni
zasłane było pijanymi do nieprzytomności żołdakami"50.
Przybyły na miejsce po kilku godzinach generał ze sztabem nie widział
innego sposobu na opanowanie sytuacji, jak podpalenie gorzelni.
Tak wspominał natomiast wejście Rosjan do Gorlic 16 listopada 1914 roku
ich nastoletni mieszkaniec Jan Sikorski: "Lecz po wstąpieniu do miasta
żołnierze zaczęli hulać. Najpierw wstąpili do propinacji w Rynku, a dobrawszy się do wódki i spirytusu, zalewali sobie pały. Jeden z nich,
włożywszy głowę do wielkiej beczki, pił z niej wprost. Zgięty w pasie we
dwoje nie mógł się później wyprostować i tak ze spuszczoną głową został
na miejscu, wyzionąwszy ducha. Kiedy oficerowie dowiedzieli się o tym,
kazali wylać na Rynek wszystek alkohol. Żołnierze nie dawali jednak za
wygraną, nadstawiali menażki, kociołki i flaszki i łapczywie chwytali z rynsztoka napój rozweselający"51.
We wspomnianej już Staszkówce znajdowała się gorzelnia. "Kiedy wojska
rosyjskie zbliżały się, rządca, obawiając się następstw pijackich,
wypuścił wszystek spirytus z kadzi na zewnątrz, a tych kadzi, i to
dużych, było kilka. Spirytus rozlewał się tedy po ziemi, wypływał do
pobliskiego stawu i zatrzymywał się w każdym dołeczku, nawet w zagłębieniach kopyt końskich. Kiedy nadciągnęło wojsko rosyjskie,
żołnierze pili ze stawu, kładli się na ziemię, lizali ją i żłopali
spirytus, gdzie tylko on się zatrzymał. Nie trzeba było zamiatać placu
koło gorzelni, tak go pięknie językami wyczyścili"52 -
wspominała Katarzyna Szatko.
Swoistym memento dla losów monarchii naddunajskiej stał się Przemyśl. Po
sześciomiesięcznym oblężeniu i kilku nieudanych próbach odblokowania 23
marca 1915 roku ta największa twierdza monarchii, rozbudowywana przed
wojną kosztem olbrzymich nakładów finansowych, skapitulowała. Do niewoli
poszło 9 generałów, 2 500 oficerów i 117 tys. żołnierzy. Odbiło się to
szerokim echem w całej Europie, przyczyniając się do pogorszenia
wizerunku monarchii habsburskiej jako wielkiego mocarstwa, i stanowiło
zapowiedź jej klęski. W kwaterze austro-węgierskiego naczelnego
dowództwa (Armeeoberkommando - AOK) panowały minorowe nastroje. Według
adiutanta Conrada, ppłk. Rudolfa Kundmana,
atmosfera w AOK w Cieszynie była "poniżej zera". Sam szef sztabu uznał
upadek twierdzy za "niedającą się zagoić ranę w moim życiu służbowym" i rozważał nawet rezygnację z piastowanej funkcji i emigrację do
Szwajcarii53. Lakoniczny komunikat AOK na temat upadku
twierdzy stwierdzał jedynie, że nie wpłynie to na przebieg działań
wojennych. W swym rozkazie arcyksiążę Fryderyk stylizował obronę
Przemyśla na heroiczny wyczyn, który na wieki zapisał się w księdze
chwały armii habsburskiej. Po tym sukcesie Rosjanie wzmocnili nacisk na
froncie karpackim, podchodząc m.in. pod Bardejów i zdobywając nieco
terenu w dolinie Laborca, w rejonie Medzilaborec54.
Na terenach okupowanych z trudem ukrywano swoje przygnębienie na wieść o upadku Przemyśla. Rosjanie organizowali z tej okazji uroczystości
publiczne. Józef Białynia-Chołodecki,
kronikarz dziejów miasta Lwowa, tak opisywał reakcje lwowian na wieść o upadku nieodległej twierdzy: "We Lwowie zapanowało olbrzymie
przygnębienie; wielu optymistów nie chciało wierzyć tej bolesnej
nowinie, a dopiero porozwieszane wieczorem z rozkazu władz rosyjskich
flagi po kamienicach rozprószyły wszelkie wątpliwości. Pod wpływem
depresji chodzili jedni smutni, powarzeni, drudzy ze złorzeczeniem i przekleństwem na ustach, skierowanem przeciw intendenturze Austro-Węgier
i zarządzeniom władz, znów inni z otwartymi objawami antypatji dla
Rosjan, niebaczni, iż narażają się na aresztowanie, a nie brakło i takich, którzy okupili wiadomość spazmatycznym płaczem, atakami histerji
i szału, a nawet apopleksją"55.
Pod koniec kwietnia 1915 roku w okupowanej Galicji wizytę złożył car
Mikołaj II. Monarcha odwiedził m.in. uroczyście na tę okazję
przygotowane (flagi, iluminacje, bramy triumfalne) Lwów i Przemyśl.
Podczas pobytu w stolicy prowincji ogłosił, że nie ma już Galicji tylko
wielka Rosja aż po Karpaty. W większości ludność miast zachowała się
wobec wizyty Mikołaja II obojętnie, ostentacyjnie pozostając w domach. W Przemyślu na powitanie cara ściągnięto pod przymusem młodzież
szkolną56. "Car był dwa dni tutaj w towarzystwie wielkiego
księcia Mikołaja Mikołajewicza. Wcześniej rosyjskie dowództwo twierdzy
wydało rozkaz, że pozostający tu austro-węgierscy chorzy i ranni, jak i trochę personelu sanitarnego, który tutaj jeszcze jest, zostają
internowani w szpitalach na cztery dni. Wszystkie okna szpitala od
strony ulic zostały zalepione albo zasłonięte. Surowo zabroniono
pokazywać się w oknach od strony ulic, w przeciwnym razie rosyjscy
wartownicy dostali rozkaz strzelać. Ulice miasta były
czerwono-niebiesko-biało oflagowane, przed starostwem, gdzie odbyło się
uroczyste powitanie, zostały wzniesione bramy triumfalne. Na wszystkich
ulicach szpalery rosyjskich żołnierzy"57 - zapisała w swym
dzienniku austriacka pielęgniarka hrabina Ilka Künigl Ehrenburg.
Po upadku Przemyśla inicjatywa na froncie wschodnim pozostawała wciąż w rękach Rosjan. Nie ustawał nacisk na wojska austro-węgierskie, a front w Karpatach trzeszczał. Dalsze postępy rosyjskie groziły koniecznością
wycofania się armii austro-węgierskiej aż na linię Dunaju, co
najprawdopodobniej oznaczałoby rozpad Austro-Węgier w ówczesnym
kształcie. Choć w połowie kwietnia na froncie w Galicji nastąpiło pewne
odprężenie, a wojska rosyjskie poniechały ataków i wykazywały oznaki
wyczerpania, to jednak w każdej chwili należało się liczyć ze
wznowieniem przez nie działań ofensywnych.
Oczywiście armii rosyjskiej w Karpatach również doskwierały braki. Jak
meldował 16 kwietnia 1915 roku kwatermistrzowi 3. Armii ppłk Łazariew z XXIX Korpusu, podlegli mu żołnierze cierpieli niedostatek, a konie po
prostu głodowały. W magazynach na stacji Komańcza brakowało furażu. Nie
można go było także pozyskać w terenie. W związku z tym groziło masowe
padanie koni. Według danych pozyskanych od dowódców pułków piechoty
30-40% żołnierzy było chorych58. W Rosji, podobnie jak we
wszystkich krajach uwikłanych w wojnę, szybko zaczęło brakować amunicji
artyleryjskiej. Ośrodki przemysłu zbrojeniowego, m.in. w okręgu Sankt
Petersburga, na Uralu i w Zagłębiu Donieckim, nie nadążały z zaspokajaniem gigantycznego popytu. Ze względów geograficznych Rosja
miała utrudnioną komunikację ze swoimi sojusznikami na Zachodzie. Morze
Bałtyckie było kontrolowane przez flotę niemiecką, a cieśniny bałtyckie
- na żądanie władz w Berlinie - zostały przez Duńczyków zaminowane.
Turcja z kolei kontrolowała wyjście z Morza Czarnego. Ten stan rzeczy
usiłowali zmienić Brytyjczycy i Francuzi, tocząc od lutego 1915 roku
walki o Dardanele. Aby mieć wpływ na rozstrzygnięcia polityczne
dotyczące tej żywotnej arterii dla Rosji, w Odessie i Sewastopolu
formowano korpus desantowy mający wziąć udział w zdobywaniu cieśnin
czarnomorskich i Istambułu59. Do portów w Archangielsku i Murmańsku na dalekiej północy nie prowadziła wówczas jeszcze żadna linia
kolejowa z Rosji Centralnej. Nie mogły być one zatem wykorzystywane do
sprowadzenia zza morza materiałów wojennych na masową skalę. W czerwcu
1915 roku (m.in. siłami jeńców wojennych) rozpoczęto budowę kolei do
Murmańska. Ukończono ją dopiero niedługo przed wybuchem
rewolucji60. Natomiast transport towarów koleją syberyjską z portu we Władywostoku do Rosji europejskiej trwał ponad miesiąc. Tą
właśnie drogą sprowadzano m.in. importowaną z USA amunicję artyleryjską.
W zasadzie od września 1914 roku w niemieckim sztabie generalnym zdawano
sobie sprawę, że Austro-Węgry nie będą w stanie samodzielnie opanować
kryzysu na froncie wschodnim i tylko kwestią czasu było, kiedy Niemcy
będą musiały je wesprzeć militarnie. Zresztą po samej monarchii
habsburskiej jesienią 1914 roku krążył dowcip, że Austriacy są tylko po
to, aby zatrzymać nieprzyjaciela do momentu, aż nadejdzie prawdziwe
wojsko, czyli Niemcy61. Pod propagandową fasadą i sloganami o jedności aż do zwycięstwa, braterstwie broni, niezłomności sojuszu,
niepodważalnej wierności, staniu ramię przy ramieniu czy wierności
Nibelungów, krył się zgoła odmienny, skrzętnie ukrywany przed opinią
publiczną, obraz niełatwych relacji między Niemcami i Austro-Węgrami. Od
samego początku wojny bowiem pomiędzy naczelnymi dowódcami armii
niemieckiej i austro-węgierskiej iskrzyło. Spierano się głównie o strategię prowadzenia wojny. Fundamentalne różnice zdań przerodziły się
we wzajemną niechęć, w uprzedzenia i narastający brak zaufania.
Powątpiewano w umiejętności drugiej strony i jej dobrą wolę. Niemcy
patrzyli na swego sojusznika coraz bardziej krytycznym okiem. Generał
Erich von Falkenhayn, szef pruskiego sztabu
generalnego i faktyczny wódz naczelny armii niemieckiej, wspominał: "Nie
ustawały prośby sprzymierzeńców o pomoc, wystosowywane w coraz to nowych
formach"62. "Austriacy są, tak jak wcześniej, żałośni. Wczoraj
znów cofnęli się w Karpatach. Biją się rzeczywiście fatalnie"63
- zanotował pod koniec marca 1915 roku w swym dzienniku szef gabinetu
wojskowego cesarza Wilhelma II gen. Moritz von Lyncker. Kilka miesięcy później skomentował, że
austro-węgierska "zarozumiałość stoi w odwrotnym stosunku do ich
osiągnięć"64. Generał Georg von der Marwitz, dowódca niemieckiego Korpusu Beskidzkiego
(Beskidenkorps), walczącego od marca 1915 roku w Karpatach, zaznaczył
wyraźnie, że jednostki niemieckie mają walczyć w jednej, zwartej
formacji pod jego dowództwem, a gdyby doszło do konieczności pomieszania
ich z oddziałami c.k. armii, zastrzegł sobie dowodzenie nad całością
takiego ugrupowania. Szczególnie źle o armii monarchii naddunajskiej
wyrażał się gen. Erich Ludendorff,
kwatermistrz niemieckiego frontu wschodniego i zastępca dowódcy wojsk
niemieckich na wschodzie (Ober-Ostu) - gen. Paula von Hindenburga. W listach do byłego już szefa pruskiego
sztabu generalnego, gen. Helmutha von Moltkego młodszego, zarzucał im arogancję,
niekompetencję i brak woli oporu. Jego zdaniem Austro-Węgry nie miały
drygu do tego, aby być wielkim mocarstwem, a niemieccy attaché wojskowi
w Wiedniu przed wybuchem wojny źle wykonywali swą pracę, nie informując
centrali o faktycznym stanie habsburskich sił zbrojnych. Sojuszników
nazywał wprost "gnojkami". Z kolei w listach do swej żony Max Hoffmann,
bliski współpracownik Hindenburga i Ludendorffa, określał Austro-Węgrów
mianem "żałosnej bandy", zrzucając na nich winę za m.in. niepowodzenie
koncentrycznego uderzenia na Warszawę w październiku 1914 roku65.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki