ROZDZIAŁ 71
Andross Czerwony - 18 lat temu (wiek: 48 lat)
- Gramatykę można przeanalizować na kilka różnych sposobów - mówi Felia
- jak to zwykle bywa z przepowiedniami Skryptora, i to bez redakcji.
Gorzej, że widziałam już jej tłumaczenia. "Przełamanie wielkiej skały,
czarne ognie piekła, ponownie na ziemię wypuszczone/wypuściły/
wypuszczą/wypuszczają...".
- To nam pomaga?
- Powiedziałabym, że nie, gdybym wiedziała, ile będzie nas kosztowało
zdobycie jej przez ciebie od tej dziewczyny...
Nagle mruga, żeby powstrzymać łzy. Zaciska zęby i odwraca wzrok.
- Powiedz mi. Nigdy mi nie powiedziałeś. Trzy tygodnie spędziłeś na
statku, wracając do domu, a ja nadal cię wącham, jakby jej zapach mógł
tak długo się utrzymać.
Co to jest?
- Udzieliłaś mi pozwolenia. Wprost.
- Nie wiedziałam, jakie to będzie uczucie!
Felię stać na więcej. Potem zacznie pytać o rzeczy, których nie chce
wiedzieć.
Uderza mnie w pierś ręką, biorąc rozmach znad głowy, to musiało bardziej
zaboleć ją niż mnie.
- Nie przewracaj oczami, Andy! Nawet się nie waż!
Przybieram beznamiętny wyraz twarzy, żeby ukoić jej wzburzenie.
Upuszczam kartkę na stół. Macham ręką na niewolników, którzy towarzyszą
nam w ogrodzie, żeby odeszli, rzucam spojrzenie Grinwoody'emu, dając mu
znać, że ma im powiedzieć, że jeśli ktoś z nich będzie podsłuchiwał, to
zostanie zbity i sprzedany na galerę albo do kopalni. A potem skupiam
się ponownie na mojej ukochanej.
- Pytaj, o co zechcesz - mówię - ale tylko to, co naprawdę chcesz
wiedzieć.
- Pieprzyłeś się z nią?
- Tak - odpowiadam natychmiast.
Myślałem, że to oczywiste.
Felia przełyka ślinę.
- Niech cię szlag.
Bierze kilka wdechów, ale nie potrafię się zorientować, czy zapanowała
nad sobą. Robi to na własną odpowiedzialność. Usłyszy ode mnie tylko
prawdę, jak jej przysiągłem.
- Musiałeś?
- Taka była nasza umowa.
- Wiem, jaka była umowa. Chcę, żebyś to powiedział.
- Uznałem, że tak będzie najlepiej.
- A jak trudno było cię przekonać? Wiem, że miałeś wiele kochanek przed
naszym ślubem. Znudziłeś się mną? Wiem, że od śmierci Sevastiana, nie
byłam tak ochoczą kochanką jak kiedyś...
- Przestań! To nie ma nic wspólnego z tobą ani z tym... - Biorę wdech.
Cierpienie sięgało głębiej, niż myślałem. Jednakże jej gniew budzi coś w głębi mojego serca, coś płonącego i wściekłego.
Zduszam płomienie. Jak to często robię.
- Flirt nie wystarczał - mówię. - Delikatnie zasugerowałem łapówkę, ale
jej rodzina jest bogata, a ona kochała swoją pozycję w bibliotece. Nie
mogłem jej niczego dać. I była tak bardzo młoda i niewinna, że nie można
było niczym jej zaszantażować. Nie miałem czasu, żeby wynająć agentów,
którzy wywarliby nacisk na tych, których kochała, ani pewności, że jeśli
to zrobię, ona tego zwyczajnie nie zgłosi. Dlatego ją uwiodłem.
- Dobrze się bawiłeś? - Felia prawie warczy na mnie.
Robię się zimny.
- Minął ponad miesiąc, odkąd ostatni raz dzieliłem z tobą łoże, i było
tylko powierzchowne pożegnanie, nie rozpaczliwy akt miłości z kobietą,
którą zazdrość doprowadzi do szaleństwa, moja droga. Tak, z przyjemnością sobie ulżyłem.
- "Ulżyłem" - powtarza.
Posłużyłem się tym słowem, żeby zasugerować, że seks był jedynie
fizjologiczną czynnością, ale ona zmienia to w potępienie całego naszego
małżeństwa. Jakbym chciał się od niej uwolnić. Od swoich przysiąg.
Niestety już powiedziałem więcej, niż powiedziałbym, gdybym w pełni nad
sobą panował.
- Coś jeszcze? - warczę.
- A ona dobrze się bawiła? Jak to wyglądało? Dla niej? - Felia zamienia
się w zimną sukę.
Biorę głęboki wdech, jeden, potem drugi, aż czerwień cofa się, aż znowu
mogę patrzeć na nią ze współczuciem. Moja Felia. Była taka samotna, a wszystko, co kocha, jest zagrożone. Najpierw odebrano jej Sevastiana.
Potem pojawił się dystans między nią a Gavinem. Teraz ta sprawa z Dazenem. I jeszcze ja.
Felia boi się, że mnie też straci.
- Czy dałem jej pierwszy orgazm w życiu? Czy zamieniłem ją we
wszetecznicę, które pragnęła mojego członka, jak spragniony podróżny na
pustyni pragnie wody? Czy obudziła mnie rano, gdy poczułem na sobie jej
gorące usta? Czy błagała mnie o rzeczy, których ty zaczęłaś unikać
wkrótce po naszym ślubie? Czy pragnęła mnie, jak ty nie pragnęłaś od
lat? O to chcesz mnie zapytać? Dlaczego zamiast tego nie zapytasz i nie
zadasz tego pytania sobie: czy kiedykolwiek sięgałem po półśrodki, gdy
dążyłem do celu?
- Nigdy - szepcze, nie mrugnąwszy nawet powieką, ale przycisnęła rękami
brzuch, jak człowiek, który otrzymał ranę w walce i chce wiedzieć, jak
jest poważna; musi się dowiedzieć, ale nie śmie sprawdzić.
- Dlaczego nie zapytasz o to, co naprawdę chcesz wiedzieć? Czy ją potem
objąłem? Czy pozwoliłem jej zasnąć z głową na moim ramieniu? - Wszystkie
te pytania wymykają mi się jak ogary, która palą się do polowania. Nie
mogę znieść jej nieszczerości. Felii nie obchodzą szczegóły techniczne,
gdzie spółkowaliśmy, ile razy doprowadziłem dziewczynę do rozkoszy. Chce
wiedzieć, czy ktoś może ją zastąpić.
Miłość mojego życia jest zaciekła i krwawi, i to jest moja wina w takim
samym stopniu jak Orholama, Orei i Ulbeara.
- Fee - odzywam się łagodnie - niech ciemność nie zalega między nami.
Decyzja, żeby się z nią przespać, była tylko polem bitwy, dzięki któremu
mogłem zdobyć dla nas łup, i masz absolutną rację, że nie dreptałem na
paluszkach wobec przysiąg małżeńskich, z których mnie zwolniłaś. Bo
wtedy mogłoby się okazać, że wszystkie wysiłki poszły na marne. Chcesz
słyszeć, jak przechodziłem od odgrywania zręcznego, uważnego kochanka,
jakiego nigdy więcej nie pozna w swoim życiu, do udręczonego poczuciem
winy męża, który musi wracać do żony i dzieci, żeby wiecznie rozpaczała
z mojego powodu i bała się mnie utracić? Chcesz wiedzieć, jak przy
każdym kroku odcinałem ją od rodziny i przyjaciół, żeby, kiedy nadejdzie
czas zdradzić ich i obowiązki, zrobiła to z radością, jeśli dzięki temu
sprawi, że zostanę jeszcze kilka tygodni? Jak dała mi zwoje, a ja
odpłynąłem jeszcze tej samej nocy, bez słowa wyjaśnienia, niewątpliwie
ją niszcząc? Bo tęskniłem za tobą? Myślisz, że jedna niezręczna,
pozbawiona wyczucia rytmu dziewica mogłaby cię zastąpić? Myślisz, że
mogłaby ci dorównać w sypialni albo...
- Jest o połowę ode mnie młodsza i nie urodziła trójki dzieci, a jak sam
powiedziałeś, ja nie...
- Myślisz, że jestem mężczyzną, który może zakochać się w kobiecie,
której nie szanuje? - warczę.
- Mężczyzna uwierzy prawie we wszystko, jeśli prawidłowo zająć się tym,
co ma poniżej pasa.
- Myślisz, że w cztery tygodnie...
- Krótki czas tylko pogarsza sprawę! Nie boję się, że nie dorównuję tej
biednej dziewczynie. Boję się, że nie dorównuję twojej wyobraźni.
Mężczyzna nie może zakochać się w kobiecie od pierwszego wejrzenia.
Zakochuje się w osobie, jaką sobie wyobraża. Ona jest płótnem, na które
mężczyzna rzuca swoje nadzieje i marzenia. A jeśli raporty mówią prawdę,
to ta dziewczyna była wyjątkowo gibkim i ponętnym płótnem.
- A kim ja jestem? Siedemnastolatkiem?
- Bo mężczyźni dostatecznie dorośli, żeby wiedzieć lepiej, nigdy nie
zamieniali starzejących się żon na młodsze i głupsze?!
- Za dobrze mnie znasz, żeby w to uwierzyć. To szaleństwo przebrane za
lęk. Dowiodłem mojej uczciwości tysiące razy. Wiesz o wszystkich
kobietach, które próbowały mnie uwieść, odkąd się pobraliśmy. Wiesz o dawnych kochankach, które próbowały ponownie rozpalić moje
zainteresowanie, odkąd zostałem Czerwienią. Widzę tylko ciebie, Firuzeh
Eszter Laleh Dariush. Moja Felio, moja Felio Guile, jak mógłbym cię
zastąpić? Jaką magiczną piczkę musiałaby mieć kobieta, żeby skusić mnie
choćby na chwilę? Odwieść od ciebie? Ciebie?! Kobiety, która mogłaby
zostać cesarzową, gdyby tylko zechciała? Myślisz, że wymieniłbym twoją
siłę na naiwność, słabość tej dziewczyny?
Mimo to wciąż widzę strach w jej oczach.
- Jeśli w to wierzysz - mówię - nie straciłaś mnie, lecz siebie.
Spogląda mi w oczy, szuka pewnie fałszu. Skoro potrafiłem pogrywać z innymi tak zręczne, z takim okrucieństwem, to czy nie mógłbym także
zwieść jej? Staram się patrzeć otwarcie, jak wtedy, gdy byliśmy młodzi,
ale widzę tylko czerwień.
Po chwili widzę, że skierowała spojrzenie w głąb siebie.
- Nie czuję się silna. Już nie.
- Jesteś dostatecznie silna.
- Wątpię.
Wskazuję kierunek, podnosząc głos.
- Drzwi są tam.
Policzek. Felii dosłownie wyrywa się zduszony okrzyk.
- Pozwoliłbyś mi odejść? Tak łatwo? Po tym wszystkim, co przeszliśmy? Co
zrobiliśmy?
- Pozwolić ci odejść byłoby najtrudniejszą rzeczą, jakiej kiedykolwiek
bym dokonał. Jednak trwa wojna, nawet jeśli tylko ty i ja ją teraz
widzimy. Jeśli zamierzasz stchórzyć. Muszę wiedzieć to, zanim powierzę
ci przyszłość swoją i świata.
- Nie jestem dość silna...
- Siła to wybór. Odwaga to nawyk. Niestety tchórzostwo także.
Patrzy mi długo w oczy.
- Nie kochaliśmy się od twojego powrotu.
Unoszę ręce, poddając się. Czyj to był wybór?
Wtedy jednak rozumiem. Nawet po tak wielu latach małżeństwa ta nowa
sytuacja wymaga nowych reakcji: wiedząc, że jest zraniona, zaczynałem
tylko od podchodów. A zbolała potrzebowała zdecydowanego pościgu,
podczas gdy ja byłem przekonany, że coś takiego wywoła tylko jej gniew.
I tak by było. Teraz to widzę.
Może jednak potrzebowaliśmy przeciąć ten czyrak. Ja nie potrzebowałem
kłótni, nie potrzebowałem zamieszania i skutków wielkiej awantury, więc
uznałem, że my tego nie potrzebujemy. Błąd.
Odpuszcza mi. Spuszcza wzrok. Odwraca się do stołu.
- Najgorsze z tego wszystkiego jest to - mówi - że widziałam już
wcześniej kopie tego zwoju. Dlatego początkowo myślałam, że to wszystko
się wydarzyło... na darmo.
Kiedy kończy zdanie, podchodzę i staję za nią. Wciągam zapach jej
włosów, stoję nad nią, opieram ręce na stole po obu jej stronach, ale
jej nie dotykam.
Felia kładzie rękę na moim rękawie, żeby odepchnąć mnie, otworzyć klatkę
moich rąk, ale ja nie ustępuję, a ona nie pcha zbyt mocno.
- Potrzebuję cię pod każdym względem - mówię jej. - Bez ciebie jestem
całkiem sam na tym świecie. Świeca na murach, gdy nadchodzi burza. Wół,
który schodzi ze ścieżki pod ciężarem pustego jarzma, w którym szedł też
jego towarzysz. Nie zdołam wykonać pracy, jaka nas czeka, bez ciebie,
serce mego serca. Potrzebuję twojej mądrości. Potrzebuję twojej dobroci.
Twojej wnikliwości. Twojej dłoni na wiośle. Potrzebuję tej siły w tobie,
której nigdy nie doceniałaś. Ukrytej zaciekłości. - Całuję ją delikatnie
w kark i w nagrodę widzę gęsią skórkę. - Jesteś moim kompasem, moją
klepsydrą, moim wiatrem w żagle. Potrzebuję cię jak śpiewak głosu, jak
melodia rytmu, jak chór tonacji. Potrzebuję cię, jak włócznik potrzebuje
tarczy, jak rumak uzdy, jak łucznik łuku. Potrzebuję cię, jak zboże
potrzebuje słońca, farbiarz barwników, krzesiciel światła. Potrzebuję
cię, jak gwiazdy potrzebują nocy. Potrzebuję cię, jak poeta potrzebuje
słów...
Ona nadal nic nie mówi.
- I pragnę ciebie. Pragnę cię jak tamtej nocy w winnicy nad Kamienistym
Ruczajem. Pragnę cię jak tamtej bardzo niedyskretnej nocy w wigilię Dnia
Słońca w naszym namiocie tuż obok namiotu twoich rodziców. Jak tego
ranka, na szczycie czerwonej wieży, gdy luksjaci dobijali się do drzwi,
zastanawiając się, jak mogły zostać zamknięte od zewnątrz. - Zniżam głos
do szeptu, aż staje się tylko ciepłym oddechem w jej uchu. - Boże, jak
ja cię pragnę...
Chwila przeciąga się, niedostatek i kara, gdy wdycham jej słodki zapach.
Pragnę ją złapać i wziąć, podjąć za nią decyzję, której najwyraźniej nie
chce podjąć. Nie zrobię tego jednak.
Nasz związek nigdy nie był związkiem słabszego partnera naginającego się
do kaprysów silniejszego. I nie będzie. W całym świecie ona jest jedynym
kwiatem, którego nie zmiażdżę pod kołami wielkiej machiny oblężniczej,
jaką jest moja wola.
Felia nie porusza się.
Chwila przeciąga się nieznośnie.
Nie będę czekać wiecznie. Nie pozwolę, żeby moje pragnienie stało się
słabością, mój głód zamienił w śmierć głodową. Odsuwam się.
Ona jednak łapie mnie za rękaw, jak jeździec, który panuje nad szalejącą
masą ogiera bojowego za pomocą raptem paru cienkich pasków skóry.
Zatrzymuję się.
Czy rzeczywiście jesteśmy partnerami?
Czasem zastanawiam się, czy ona nie jest zdecydowanie silniejsza z nas
dwojga.
Nie każe mi czekać tak długo, żebym mógł rozważyć tę myśl. Chce
wiedzieć, że jestem całkowicie na niej skupiony. Przechyla nieco głowę,
żeby włosy zsunęły się z tego miejsca na szyi, w które ją pocałowałem.
Wiem, że ona tego potrzebuje. Wiem, że chce mnie trochę ukarać. Wiem, że
potrzebuje poczuć, że ją ścigam, ale to mnie nieco irytuje - że
komenderuje się mną jak psem. Jestem Andross Guile.
Wyrywam rękaw i odsuwam się, ale zanim Felia zdąży się odwrócić. Zanim
zdąży powiedzieć słowo, łapię ją za włosy i całuję szorstko drugą stronę
szyi. Obracam ją, podnoszę na stół i odnajduję jej usta.
W opowieściach, za każdym razem, gdy prawdziwi kochankowe łączą się,
towarzyszy temu taka gorączka i pozbawiona wysiłku biegłość, że wstrząsa
to niebem i ziemią, i nic już nigdy nie jest takie samo. To, rzecz
jasna, kłamstwo, ale także tylko jeszcze jeden wyraz zasadniczej
niedoskonałości soczewki, przez które dramat spogląda na rzeczywistość -
wszystko, co pojawia się w lunecie, ma znaczenie.
W rzeczywiści kochanie się rzadko coś zmienia. Większość zbliżeń nie
jest nawet godna zapamiętania. W większości wypadków niebo i ziemia
rzadko trzęsą się z powodu kochającej się pary, a może nawet nigdy.
Czasem jednak tak się dzieje.
Mimo daru od przodków, daru pamięci Guile'ów, następne minuty zatarły
się w wirze emocji uwolnionych od myśli i wpadły w odmęty namiętności.
- Przepraszam - mruczę jakiś czas później.
Zamierzałem rozerwać jej bieliznę z ilytańskiej koronki, żeby pokazać,
jak nieopanowana jest moja żądza dla niej. Niedelikatność, jaka miała
miejsce później... nie była efektem zupełnie racjonalnej decyzji.
- Możesz mi to wynagrodzić...
- Tak?
- ...ale nie masz za co przepraszać.
- Co? - I wtedy to do mnie dociera. - Rzuciłaś na mnie urok?
- Nie możesz mi tego zarzucać, skoro ci to wyznałam, prawda?
- Felio! - Nie wiem, czy być wściekłym, czy trochę dumnym. Zwykle tak
kurczowo przestrzegała chromeryjskich reguł.
- Chciałam, żebyś był brutalniejszy - odpowiada rzeczowo.
- Mogłaś poprosić.
- Chciałam, żebyś mnie potem przeprosił. I musiał mi to wynagrodzić. A skoro o tym mowa, w dalszym ciągu musisz.
- Wynagrodzić ci to?
- I to w tej chwili. Zanieś mnie do naszego łóżka. Nie jestem pewna, czy
dam radę iść.
***
- Istnieje parę słów, które zmieniły znaczenie w naszym języku od czasu
tych wcześniejszych tłumaczeń, ale to wszystko to była rzetelna praca
naukowa. A potem zobaczyłam to. - Felia wskazuje jedno miejsce na
jagnięcej skórze, gdzie zaczyna się redakcja.
- Co to takiego? - pytam.
- Niedoskonałość skóry? Przypadkowy ruch piórem? Plama, która pojawiła
się z jakiegoś powodu w ciągu minionych stuleci. - Wzrusza ramionami. -
Dobry tłumacz albo kopista nie spekulowałby, a jedynie przekazał to, co
wie. Kiedy jednak patrzę na cały zwój i widzę, czego brakuje, odnoszę
wrażenie, że ktokolwiek pisał redakcję, śpieszył się. W kilku miejscach
okazał się niechlujny. Te trzy kropki tu na końcu linijki, jeśli dobrze
zgaduję, gdzie wypadały linijki tekstu, to być może wszystko, co zostało
z trzech rogów shin. To może być podstawa khaf sofit. To mogłoby być
z łatwością resh albo nun sofit, albo tsadi sofit albo zayin lub
dalet, ale kiedy porównuję to z wcześniejszym charakterem pisma, to
shin tego skryby były wysokie i eleganckie, a jego khaf sofit
schodziły nieco niżej.
Zagłębia się w szczegóły. Widzi jednak moje zniecierpliwienie.
- Jeśli mam rację - mówi - to ta kropka... - Kładzie kawałek pergaminu
we wskazanym miejscu i zakreśla nim delikatny łuk. - To część znaku
przydechu, tak kiedyś zapisywano imię Or'holam. To właściwy okres. Znaki
przydechu zaczęły znikać z zapisu w tekstach naukowych dopiero jakieś
osiemdziesiąt lat później, wraz z powstaniem "Krasomówstwa"
Polyphrastesa.
- Tyle że ten znak ewidentnie nie pojawił się w słowie "Orholam".
Odkryłaś coś innego - mówię.
- "Odkryłam" to takie mocne słowo. Domyśliłam się.
- Powiedz mi.
- Pokażę ci.
Ustawia krawędź pergaminu na oryginalnym zwoju tak, żeby jeden róg
dotykał znaku przydechu i ciągnął się wzdłuż pustej linijki do trzech
kropek brakującego khaf sofit.
- Rozumiesz, że to, co tu robię, w żadnej mierze nie jest
"tłumaczeniem". To przypuszczenia, nie nauka.
Nic nie mówię, a ona sięga po pióro, przycięte dokładnie tak, jak
przycinali je starożytni Paryjczycy, żeby litery miały właściwie linie i łuki. Jej litery są nie tylko piękne, ale też tak doskonale pasują do
charakteru pisma Skryptora, że nawet fałszerz byłby z nich dumny.
Rozmieszczenie liter i ich rozmiar są ściśle wymierzone. Felia zaczyna
od znaku przydechu i przesuwa się nieśpiesznie w lewo.
- Nie ma niczego w tym tekście ani w innych pismach Skryptora, co by to
potwierdzało - mówi, rysując khaf sofit, a jego trzy laseczki wychodzą
nad brzeg pergaminu, żeby dotknąć trzech kropek na zwoju. Felia kończy
zdanie i odsuwa się.
- "Na strzaskanej skale czarne ognie piekła ponownie ześlą na ziemię
dwieście upadłych chwał nieba". Dosłownie "upadłych gwiazd", ale kiedy
pojawia się dwieście, znaczenie nigdy nie jest dosłowne. Dwieście
spadających gwiazd albo "upadłych gwiazd" to eufemistyczne określenie,
które czasem skraca się do "dwustu".
- Istoty niebiańskie - mówię. - Elohim. Dawni bogowie.
- Ci, którzy zbuntowali się przeciwko Orholamowi i zostali wyrzuceni z jego dworu.
- Albo odeszli, buntując się przeciwko tyranowi, jak uważają heretycy -
mówię.
- Braxianie? - pyta Felia. - Mieszkańcy Spękanych Ziem wierzą we
wszystko, co uzasadnia ich pragnienie władzy. - Milknie. - Pewnie jak my
wszyscy - dodaje.
- Masz na myśli siebie i mnie?
Przez chwilę jej oczy są jak otwarte drzwi i wylewa się przez nie dusza.
Zapominam czasem, że jej większa wrażliwość oznacza, że cierpi bardziej,
niż ja jestem w stanie.
- Nie chcę tego - mówię. - A ty? Naginasz tłumaczenia, żebyśmy mogli to
zrobić naszym chłopcom? To nie Felia, jaką znam. - Zanim łzy znowu
napłyną do jej oczu, dodaję: - Więc nie wrzucaj nas do jednego wora z tymi zabójcami z pustyni.
Jest pokonana.
- Mój panie mężu, spójrz na ostatni list Gavina do ciebie. - Podaje mi
pergamin, nie zaszyfrowany list Gavina, ale jego rozszyfrowaną treść.
- Skąd to masz? - pytam.
- Czytaj.
Zaznaczyła jeden akapit: "Ojcze, zmusiłem go teraz do ucieczki. Dazen
niewątpliwie ma nadzieję wycofać się w góry wokół Kelfingu, ale
zamierzamy złapać w pułapkę jego wojska przy zakolu rzeki w pobliżu
miasta zwanego Rekton".
Patrzę na mapę, jaką Felia rozpostarła na stole. Przesuwa ręką po Tyrei,
na małą kropkę, którą jest Rekton nad Umbrą. Pojawiają się nazwy
wypisane pomarańczowym luksynem, dawne nazwy.
- Za czasów największego rozkwitu cesarstwa tyrejskiego - mówi Felia -
znajdowało się tam miasto, którego imię z czasem przepadło. To było
święte miasto poświęcone Anat Podczerwonej, zanim Karris Atiriel albo
jej wyznawcy je zniszczyli. Znajduje się tam wielka kopuła skalna.
Kopuła Anat albo Piec Anat, wezbrane mlekiem Piersi Pani Pustyni albo
jej ciężarny brzuch, jak mówią. Tam starożytni Tyrejczycy składali w ofierze swoich synów i karmili piaski ich krwią, błagając boginię, żeby
pustynia zakwitła. - Mówiła z nieobecną miną. - Jak niefrasobliwie
uznawałam ich za potworów, Androssie. Jaka matka godna tego miana
zamordowałaby syna i wierzyła, że z takiej potworności wyjdzie coś
dobrego? Nie mogłam sobie wyobrazić... Jak pozwoliliśmy na to wszystko?
- Felio - mówię - jak w ogóle możesz o to pytać? Kiedy tłumaczysz te
słowa? Jeśli nie istnieje Powiernik Światła, to nasz los został
przypieczętowany. Przepadnie wszystko. Wszyscy. Ja...
Ignoruje mnie.
- Karris Atiriel albo jej wyznawcy zniszczyli świątynię i miasto, zabili
tych, którzy nie zdołali uciec. W zrujnowanym mieście zamieszkali
uchodźcy z innych miejsc i ostatecznie nazwano je Rekton. Androssie,
jeśli Janus ma rację co do Dazena, jeśli te wszystkie domysły jakimś
cudem są słuszne... A co jeśli "czarne ognie piekła" oznaczają "płonące
piekliszcze"? "Żywe piekliszcze"? "Wielka skała" może być Wielka
Skała... To może znaczyć, że: "roztrzaskując Wielką Skałę, czarny luksyn
ponownie wypuści Dwustu na ziemię". - Felia bierze wdech. - Gavin
próbuje wciągnąć Dazena w zasadzkę przy Wielkiej Skale Anat.
- A Dazen - mówię i w moim sercu w okamgnieniu rodzi się w pełni
wyrośnięta zgroza - potrafi krzesać czarny luksyn.
Felia wygląda przez iluminator.
- To, co poświęciliśmy... i co ukradliśmy tej biednej bibliotekarce...
dało nam wszystko, czego potrzebowaliśmy, żeby zapobiec katastrofie, ale
jest za późno. Gavin wysłał ten list tydzień temu. W żaden sposób nie
zdążymy ich powstrzymać, gdy już dotrzemy do Rektonu.
ROZDZIAŁ 72
Istniały tylko dwa sposoby, żeby zniszczyć cały Zakon Złamanego Oka, i dzisiaj miała ostatnią szansę, żeby zrobić to w sposób, który nie
wymagałby śmierci dziesiątek lojalnych żołnierzy Chromerii. Tego
wieczoru kapłani różnych sekt spotykali się ze Starcem z Pustyni, żeby
omówić szczegóły Uczty Umierającego Światła.
Albo - jak nazywali ten wieczór wszyscy poza tymi złymi popaprańcami -
wigilii Dnia Słońca.
Braxianie nie świętowali letniego przesilenia jako najdłuższego dnia w roku, ale jako moment, po którym każdy dzień staje się krótszy. To miało
pewien sens dla mieszkających na pustyni Braxian, którzy cierpieli z powodu piekącego, osłabiającego żaru pustynnych letnich miesięcy, ale w dalszym ciągu wydawało się Teii złe. Teraz w dwójnasób, bo ci nowi
Braxianie w ogóle nie byli ludźmi pustyni; wszyscy nowi wyznawcy Zakonu
po prostu nienawidzili Orholama.
Oczywiście mogła się mylić. Stała się cieniem Atevii... Cieniem? -
zapytała siebie w myślach.
Teio, przestań kombinować. Kiedy ostatnim razem za dużo myślałaś, prawie
wyjaśniłaś luksjatowi, na czym polegają polucje.
Zatem śledziła Atevię praktycznie cały czas, a mimo to przegapiła moment
podrzucenia mu wiadomości. Kupiec winny o piersi jak beczka, który był
też pogańskim kapłanem, sięgnął do kieszeni i nagle wzdrygnął się w sposób, który mógł tylko oznaczać, że znalazł coś, czego wcześniej tam
nie było. Potem szybko wszedł do najbliższego zaułka, rozejrzał się
ukradkowo i otworzył liścik. To musiało być tylko kilka słów, bo zamknął
go, zanim Teia zdążyła się pochylić, żeby je odczytać.
- Nie cierpię, kiedy stary to robi - mruknął Atevia. - A gdybym nie
zajrzał do kieszeni przed wieczorem?
Miał na myśli "Starca"?
Teia poszła za nim, kiedy kluczył przez miasto, ewidentnie czegoś
szukając i trzymając liścik cały czas w ręce.
Musiała dorwać tę wiadomość! "Przed wieczorem"? To znaczyło, że
spotkanie miało się odbyć dziś wieczorem albo "przed wieczorem", prawda?
Ponieważ aż do tej pory nie zdołała znaleźć ukrytego gabinetu Starca ani
listy członków Zakonu, Teii zostały tylko dwa sposoby, żeby zniszczyć
Zakon Złamanego Oka. Po pierwsze, dowiedzieć się, gdzie urządzali wielką
rytualną Ucztę Umierającego Światła. Pod jakimś pretekstem Karris
mogłaby zebrać grupę żołnierzy w ostatniej chwili, nie mówiąc ani im,
ani ich dowódcom, o co chodzi, i wysłać ich biegiem do tego miejsca
(żeby nie dać zdrajcom czasu na wysłanie ostrzeżenia).
Potem żołnierze Karris zaatakowaliby zgromadzenie.
Najpewniej nie doszłoby do żadnych aresztowań. Zakon wiedział, że gdyby
kogoś złapano, czekałaby go Światłość Orholama. Z pewnością woleliby
umrzeć w walce. A walka z Zakonem? To była zniechęcająca perspektywa.
Ilu Cieni zgromadziłoby się tam razem z członkami Zakonu?
Takie starcie prawdopodobnie oznaczałoby koniec Zakonu, ale pewnie też
rzeź po obu stronach. I mimo to Chromeria nie miałaby gwarancji, że
dopadnie wszystkich przywódców. Teia byłaby tam na miejscu, żeby pomóc,
ale przywódcy na pewno mają przygotowane plany awaryjne, a wszyscy będą
zamaskowani. Jakim cudem Teia miałaby obstawić wszystkie wyjścia? Była
tylko jedną osobą.
Może gdyby znalazła to miejsce odpowiednio wcześnie, zdołałaby je zbadać
i oznaczyć wszystkie wyjścia? Jednakże Zakon kazałby Cieniom i innym
członkom sprawdzić raz jeszcze miejsce, żeby się upewnić, że jest
bezpieczne.
Nie chciała się pakować w coś takiego.
Mogła nie mieć w tej kwestii wyboru.
Druga opcja była o wiele lepsza: Teia śledziłaby Atevię aż do spotkania
ze Starcem, a potem poszłaby za tym drugim do jego kryjówki,
przesłuchała go i zabiła. Gdzieś tam, pewnie dokładnie w tym samym
pokoju, trzymałby swoje książki z szyframi i listę członków, może nawet
adres miejsca, gdzie przetrzymywano jej ojca.
Nawet jeśli coś poszłoby nie tak (a bardzo wiele rzeczy mogło pójść nie
tak), już samo poznanie tożsamości Starca w połączeniu z Atevią
pozwoliłoby Karris namierzyć pozostałych.
Kiedy już Starzec i kapłani byliby martwi, ludzie tacy jak Aglaia - z zewnętrznych kręgów - zaczęliby uciekać, a złapani i mając w perspektywie Światłość, zaczęliby wydawać swoje kontakty.
Teia była już blisko. Czuła to. Tego wieczoru.
Domyślała się, że tego dnia lub wieczoru kapłani muszą się spotkać, żeby
omówić Ucztę. Kiedy paranoja sprawia, że nie zaufasz niżej stojącym
członkom swojego kultu nawet w kwestii najbardziej podstawowych
szczegółów (takich jak na przykład miejsce, w którym odbędzie się to
wielkie przyjęcie), oznacza to, że najwyżej stojący ludzie muszą odwalić
całą robotę. "Gdzie się spotkamy?". "Czy to bezpieczne?". "Gdzie ludzie
przebiorą się w swoje stroje?". "Kto w tym roku przeszuka gości, żeby
nikt nie wniósł broni?". "Kto potwierdzi, że tylko właściwe osoby biorą
udział w spotkaniu?".
Do diabła, jeśli naprawdę jej się poszczęści, to może poznać tożsamość
Starca i przy okazji lokalizację Uczty. Karris mogłaby zaatakować
spotkanie w bezpieczniejszy sposób - starając się złapać jak najwięcej
ludzi, ale nie martwiąc się, że ktoś ucieknie, podczas gdy Teia
zaczęłaby niszczyć organizację, począwszy od samej góry.
Najwyraźniej niezadowolony, krzywiąc się z powodu - czego? bo przegapił
spotkanie z kontaktem? - Atevia westchnął.
Uniósł ręce, pokazując przy okazji Teii, że nadal trzyma przeklęty
skrawek papieru. Może papier ogniowy, sądząc po wyglądzie? A potem dał
nura do karczmy.
Na płonące szczyny Orholama, Teia nauczyła się nienawidzić drzwi.
Atevia robił wrażenie paranoika, więc Teia nie chciała deptać mu po
piętach, wchodząc za nim do karczmy. Nie wiedziała, czy drzwi zamykały
się same, czy to on musiałby zamknąć je za sobą, a wtedy znalazłaby się
w pułapce między jego ciałem i drzwiami, gdyby sięgnął, żeby je
zatrzasnąć.
Gdyby choć jej dotknął, cała jej robota poszłaby na nic.
Została więc w tyle, przeklinając w duchu.
Drzwi zamknęły się powoli, same, kiedy Atevia wszedł do karczmy. Do
diabła, mogła wejść tuż za nim.
Poczekała na następnego klienta.
Nikt nie przyszedł.
Minęła minuta. Czy wyszedł tylnymi drzwiami albo przez ukrytą piwnicę?
Już go nie było? Czy przegapiła swoją szansę?
Psiakrew!
Kiedy już zdecydowała, że musi otworzyć drzwi, niewidzialna czy nie,
drzwi otworzyły się od środka. Atevia wyszedł, pocierając palce. Ocierał
z nich popiół.
Do diabła! Szukał okazji, żeby spalić wiadomość; o to chodziło. Nie
znalazł żadnej latarni na dworze, bo tak blisko Dnia Słońca na zewnątrz
wciąż było jasno i dość ciepło. Stąd karczma.
I teraz liścik przepadł. Niech to! Teia znowu zawiodła.
Rozpaczliwie starając się go nie zgubić, ruszyła za Atevią, kiedy
dostrzegła coś kątem oka. Z jakiegoś powodu uderzyło ją to, jak rzecz
nie na swoim miejscu.
Zatrzymała się. Spojrzała.
Drzwi karczmy się otwierały. Właściwie teraz już same się zamykały.
Nic.
Odwróciła się z powrotem do Atevii, ale wtedy zamarła. Nic?
Kto wyszedł z karczmy?
Przyjrzała się ruchliwej ulicy, ale nikt nie znajdował się w pobliżu
lokalu.
Po plecach przeszedł jej dreszcz. Cofnęła się jeden krok, drugi i rozszerzyła oczy aż do parylu.
Wtedy to zobaczyła: sugestię filtrującej kolory krawędzi parylowej
bańki. Cień wewnątrz był niewidzialny i gdyby nie spojrzała dokładnie we
właściwe miejsce, niczego by nie spostrzegła.
Cień - czy to był sam Morderca Sharp? - skręcił i ruszył ulicą w przeciwnym kierunku.
Teia zamarła między dwiema możliwościami. To nie musiał być Sharp. W końcu były też inne Cienie. Jeśli pójdzie za tą osobą, a to nie będzie
Sharp...
Wtedy jednak zobaczyła, że kształt skręcił w stronę zaułka i tam się
zatrzymał. Chwilę potem paryl opadł i pojawił się Morderca Sharp.
Układał kaptur na plecach, jakby był po prostu jeszcze jednym
przechodniem wychodzącym z zaułka. Poszedł dalej, oddalając się od Teii
i Atevii.
Musiał zajmować się dostarczaniem wiadomości dla kapłanów i pilnował,
żeby je potem zniszczyli. Tylko jemu można było powierzyć informacje o prawdziwej tożsamości kapłanów.
Teii zabiło mocniej serce. Oto jej szansa!
Atevia już znikał za rogiem, pięćdziesiąt kroków dalej. A na ile Teia
się orientowała, Sharp mógł iść do następnego kapłana albo do tajnego
biura Starca, albo do domu, żeby się zdrzemnąć, albo nawet do karczmy
się napić. Gdyby pobiegła, mogłaby go zabić, zanim nawet zorientowałby
się, że ona tam jest, a potem... może nadal zdołałaby znaleźć Atevię.
Może wcale nie szedł już na spotkanie.
A może to była pułapka? Jak blisko Teia musiała znajdować się Mordercy
Sharpa, kiedy ten podrzucał liścik? Może otarli się ramionami i uratowało ją tylko to, że oboje krzesali paryl i musieli przez większość
czasu mieć spuszczony wzrok i tylko zerkali ukradkiem na świat, żeby
nikt nie spostrzegł ich oczu unoszących się w powietrzu.
Gdyby weszła do karczmy, na pewno by na niego wpadła.
Dosłownie.
Niech to szlag.
To jednak nie miało teraz znaczenia. Skup się, Teia!
Morderca Sharp stanowił dla niej zdecydowanie największe
niebezpieczeństwo... ale Atevia był kluczem do jej misji. Możliwe, że
nie szedł teraz prosto na spotkanie, ale gdyby jednak tak było,
zawiodłaby Karris i wszystkich niewolników, których zabiła, żeby tu
dotrzeć, zawiodłaby każdą osobę, którą tego wieczoru ci pogańscy kapłani
rozkażą w przyszłości zabić.
Jednakże pozwolenie, żeby Sharp odszedł, było jak ignorowanie
naładowanego pistoletu, z którego ktoś mierzy w jej głowę.
Jestem tarczą czy zabójcą?
Teia zacisnęła pięść tak mocno, że kostki jej strzeliły. I pobiegła za
Atevią.
ROZDZIAŁ 73
- Opuścić salę - oznajmił głośno Andross, zanim ktokolwiek inny zdążył
zareagować. - To nie jest sprawa dla całego dworu.
- Wezwij Spektrum - powiedziała Karris trenerowi Fiskowi.
Tyle że on już nie był trenerem; człowiek, który pomagał kiedyś oszustom
uniemożliwić Kipowi zostanie Czarnogwardzistą, nosił teraz przepaskę
dowódcy Czarnej Gwardii na swoim mundurze.
Dowódca Fisk? Chromeria była w poważnych kłopotach.
Fisk już dawał znaki ręką Czarnogwardzistom przy drzwiach, za szybko,
żeby Kip za nimi nadążył.
- Te same rozkazy co wcześniej odnośnie do... - Fisk spojrzał na Kipa. -
Ehm. Drugiej młodego lorda Guile?
- Tak! - odpowiedział Andross, chociaż dowódca Fisk zwracał się do
Karris. - Na miłość boską, nie wpuszczajcie go tutaj pod żadnym pozorem.
Dowódca Fisk rzucił spojrzenie Karris, ale podporządkował się.
Ewidentnie wolał otrzymywać rozkazy od niej, chociaż teoretycznie służył
zarówno promachosowi, jak i Bieli.
Kip rozpoznał dwóch Czarnogwardzistów, należeli do tej samej kohorty co
on - Tana i jasnoskóry Abornejczyk imieniem Rivvyn Shmuel, który był
równie szeroki jak jego uśmiech. Wyglądali tak bardzo, bardzo młodo.
Druga dwójka była tak stara, że ewidentnie musiano ich odwołać z emerytury. Oboje udawali, że go nie poznają - albo błędnie uznając, że
Czarnogwardziści nie powinni przyznawać, że kogokolwiek znają - czasem
młodzi bywali nadgorliwi - albo uważali, że on i Mocarze porzucili
Czarną Gwardię i dlatego teraz odcinali się od niego.
Tana i jeden ze starszych Czarnogwardzistów wyszli przed drzwi. Niestety
Grinwoody nadal pozostał w sali, co irytowało Kipa. Nie lubił tego
pomarszczonego starego jurysty od pierwszego spotkania. I o ile Andross
robił wrażenie zdrowego jak nigdy dotąd, to Grinwoody zapadł się jeszcze
bardziej w sobie, kurcząc się z wiekiem jak martwy pająk.
- Powiedz mi wszystko - rozkazał Andross.
- Nam - poprawiła go Karris.
Andross przewrócił oczami.
- Nikt cię stąd nie wyrzucił, córko, więc z pewnością możesz słuchać.
Uśmiechnęła się uprzejmie, ale knykcie rąk na oparciach krzesła jej
pobielały.
- Jak się miewasz, Kip? - zapytała. - Naprawdę świetnie wyglądasz.
Stadło małżeńskie najwyraźniej ci służy.
- Więcej niż "służy". Tisis to prawdziwe błogosławieństwo. Najlepsza
rzecz w moim życiu.
- Ogromnie się cieszę, to słysząc! - powiedziała Karris. I nawet jeśli
zaczęła tę rozmowę, żeby poirytować Androssa, to teraz autentycznie się
wciągnęła. - Tak trudno znaleźć właściwego partnera w życiu i świadomość, że tobie się udało, przynosi mi większą radość, niż możesz
się domyślać.
- Skończyliście już? - zapytał Andross.
- W rzeczy samej! - powiedział Kip, jakby odpowiadał Androssowi, ale
potem dodał: - Najszlachetniejsza pani Bielo. I mam już od jakiegoś
czasu uczucie, dziadku, że powinienem ci osobiście podziękować.
- Za co? - spytał Andross.
- Nie ożeniłbym się z Tisis, gdyby nie ty. Dowiodłeś swojej mądrości i spostrzegawczości w stopniu, który przekroczył moje pojmowanie.
Początkowo podchodziłem... z dużym lekceważeniem do Tisis i nigdy bym o nią nie zabiegał. Nie wpadłbym na to, jak doskonałą partnerką i potężnym
sprzymierzeńcem okaże się dla mnie. Wykazałeś się nadzwyczajną
przenikliwością i mądrością, naprawdę pobłogosławiłeś mi zaaranżowaniem
tego małżeństwa.
Andross skrzywił się, jakby nie był pewien, czy Kip kpi z niego, czy
naprawdę go komplementuje - a tak właśnie było. Jeśli chcesz
komplementować Androssa Guile, trzeba to robić na początku rozmowy,
uznał Kip, zanim zrobi coś, co doprowadzi cię do szału. Bo z pewnością
to zrobi.
- Dlaczego teraz o tym mówisz? Jest już w ciąży?
- Nie - odpowiedział Kip.
I proszę. Już się wściekł.
- Zostaw więc w spokoju markietanki i zacznij orać na własnym ugorze,
chłopcze. Potrzebujesz paru lekcji? Długiej ojcowskiej przemowy?
Chociaż myślał, że pobyt w Krwawej Puszczy oduczył go wstydliwości, Kip
zaczerwienił się jak burak.
Grinwoody odezwał się do Androssa, i to niezbyt cicho:
- Może młody lord cierpi na jakąś intymną przypadłość? Przelewa
nasienie, zanim dotrze do pola? Może lemiesz jest raczej miękki niż
stalowy? Mógłbym zaproponować fachowego medykusa.
- Jestem pewny, że doskonale się znasz na chorobach natury intymnej,
calun - powiedział Kip do Grinwoody'ego - ale jestem całkiem
usatysfakcjonowany stanem rzeczy, tak samo jak moja żona. Dziękuję za
troskę.
- Na pewno udaje, ale to dobrze, że chce, byś się czuł kompetentny -
orzekł Andross.
- To twoja wina, wiesz? - odezwała się Karris.
- Słucham? - zapytał Andross.
- Gavin powiedział mi o twoich księgach genealogicznych, że twoja
rodzina traktowała małżeństwa jakby chodziło o hodowlę koni, czym się
zresztą kiedyś zajmowaliście. Powiedział, że to kompromis, jaki wybrała
twoja rodzina z myślą o wielkim potencjale krzesania i innych talentów:
wasz ród nigdy nie mógł mieć licznego potomstwa. A Felia miała co? Jedną
siostrę? I to mimo szczęśliwego i aktywnego małżeństwa jej rodziców. Tak
powiedział Gavin.
- Ach, wiem dostatecznie dobrze o braku płodności Guile'ów, pięknie
dziękuję - odparł Andross. - To dlatego byłem gotowy na tak wielki
kompromis w kwestii talentów, inteligencji, siły i charyzmy, kiedy
postanowiłem ożenić jednego z moich synów z Białodębem. Poza swoją
upartą nierozwagą twoja rodzina słynie z tego, że mnoży się jak króliki.
Niestety wygląda na to, że ta ostatnia cecha została w tobie przyćmiona
wszystkimi poprzednimi, ponieważ zmarnowałaś płodne lata, wybierając
nieprzejednanie.
Karris milczała z otwartymi ustami.
Grinwoody uśmiechnął się triumfująco jak przystało na lizusa, którym w rzeczy samej był.
- Jednak dość tego - powiedział Andross - mądry człowiek szykuje sobie
kołczan pełen strzał, ale wojownik, któremu zostaną dwie wadliwe, nie
porzuca tak po prostu walki, prawda?
- "Dwie wadliwe"? - wyrwało się Kipowi. Andross robił wrażenie
zadowolonego, że celnie wymierzył cios. Kip jednak pytał dalej: - Dwie?
Zatem Zymun wreszcie pokazał, ile naprawdę jest wart? Gwałcił służące?
Zobaczył, że na twarzy Karris maluje się poczucie winy i obrzydzenie, a w oczach Androssa pojawił się rozbłysk gniewu.
- Zatem więcej niż jedną? - spytał Kip.
Jakby Kip nie ostrzegał, że Zymun to żmija.
Niech to szlag! Nie powinien był pytać o Zymuna. Wystarczyło, że
wiedział, że zorientowali się, że z jego bratem przyrodnim jest coś
głęboko nie tak. Nie zebrał jeszcze żadnych dowodów, że Zymun zniknął w czasie, kiedy dopuszczono się masakry w Jabłoniowym Zagajniku. Kiedy już
to zrobi, chciał najpierw konfrontacji z Zymunem. Czas na to nadejdzie.
Wkrótce.
- A wracając do bieżących kwestii - zasugerował Andross.
Chociaż raz byli gotowi się z nim zgodzić.
- Jaką to broń twierdzisz, że posiadasz? - zapytał Andross.
- Jeszcze tego nie wymyśliłeś, dziadku? - spytał Kip, jakby to była
łatwizna. - Jak przeciwstawić się marze?
- Mam wiele pomysłów. Pytanie tylko, jak wygląda twój. I czy jest dobry.
- Nasi przodkowie wiedzieli o marach. Wiedzieli o nich znacznie więcej
niż my - zaczął Kip. - Jeszcze jedna rzecz, którą Chromeria ukrywała, a co naraziło nas wszystkich na niebezpieczeństwo.
- Nie wyobrażali sobie zjednoczenia wszystkich dziewięciu królestw -
powiedziała Karris - ale już na pewno nie wyobrażali sobie walki z więcej niż jedną marą naraz.
- Mimo to - powiedział Kip - starożytni nie pozostawili nas bezbronnymi.
Narzędzia obrony są wszędzie wokół nas.
- Nie mam nastroju do gierek - żachnął się Andross.
- Tysiąc Gwiazd i lustra na wieżach - odpowiedział Kip. - Nie miały być
kosztowną zabawką ani symbolem dobroci Orholama, czy nawet
skomplikowanym narzędziem do egzekucji, chociaż teraz są także tym
wszystkim. To broń. Stworzono je do walki ze starymi bogami.
Karris natychmiast mu uwierzyła. Kip widział wiarę na jej twarzy, kiedy
wszystko wreszcie zaczęło składać się w całość, tu, pod sam koniec, w idealnej chwili. Andross sprawiał wrażenie, jakby musiał znacznie
bardziej się wysilić, gdy próbował wpasować to potencjalne odkrycie w zawiły schemat tego, co już wiedział, rozważał wszelkie warunki, jakie
to odkrycie musiało spełniać, żeby okazało się prawdziwe. Jednakże jego
pierwsza reakcja wskazywała na ostrożną zgodę.
- Jak? - spytał Andross. - W jaki dokładnie sposób?
Kip przełknął ślinę.
- Nie wiem dokładnie. Będziemy musieli walczyć z sześcioma albo
siedmioma marami zamiast z jedną, jak pewnie przewidywali starożytni.
Myślę, że dlatego właśnie będziemy potrzebować kogoś, kto potrafi
żonglować wieloma rzeczami naraz lepiej niż ktokolwiek inny. Kogoś z ogromną mocą i niezachwianą wolą, zdolnego wturlać z powrotem na górę
kamień historii staczający się po zboczu, by zmiażdżyć to cesarstwo.
- Kogoś naprawdę nadzwyczajnego, co?
- Pewnie chcielibyście usłyszeć coś więcej na temat zagrożenia i skąd
tak dużo o nim wiem - powiedział Kip.
Andross miał minę, jakby chciał przyszpilić Kipa tą uwagą o kimś
specjalnym, ale na razie sobie odpuścił. Dlatego Kip opowiedział
pokrótce, co się stało, odkąd ostatni raz wymienili się wiadomościami.
Okazało się, że obie strony wysłały wiele listów, lecz niewiele dotarło
do adresata, konieczne więc było powtórzenie pewnych faktów. Oczywiście
Kip pominął kwestie, o których według niego nie musieli teraz wiedzieć.
Był przekonany, że oni robią to samo. A pewnych pytań nie można było
zadać, takich jak na przykład, czy Karris ma jakieś wieści od Teii. Kip
miał nadzieję, że będzie na służbie jako Czarnogwardzistka, kiedy on się
zjawi. Musi zajrzeć do koszar, wychodząc.
Kiedy opowiedział o bitwie morskiej, Andross posiniał z wściekłości.
Nie z powodu Kipa, jak się okazało, ale Caula Azmitha. Zerknął
przelotnie, jakby zamierzał obwinić o to Karris.
- Zdołałam zdegradować go do pozycji kapitana jednego statku -
powiedziała cicho. - Więcej nie mogłam uzyskać bez twojego politycznego
zaplecza. Którego w tamtej chwili wydawało się, że nie mam. Może
powinniśmy pamiętać, kto w pierwszej kolejności zrobił z niego generała?
Kip wyczytał odpowiedź ze ściągniętej twarzy Androssa.
- Jeśli zdoła przeżyć bitwę - powiedział Andross - a jemu podobnym
zawsze się to jakimś cudem udaje, to trzeba będzie zaaranżować jego
śmierć. Zakonotuj to sobie, Grinwoody. I powiadom mnie, kiedy ktokolwiek
z jego krewnych znajdzie się na jakimkolwiek urzędzie. Ta rodzina musi
się skończyć.
- Nie czuję co prawda żadnej miłości do Azmithów, ale jeśli zamierzamy
karać całą rodzinę za to, że jeden z jej członków przyczyni się do
śmierci paru tysięcy ludzi, to Guile'owie będą mieli nie lada kłopoty -
odezwał się Kip.
Oczy Androssowi zabłysły.
- Nie przyszedłeś błagać mnie o jakąś przysługę? Przemyśl swoje
zachowanie, chłopcze.
- Słuchaj, starcze! - wyrwał się Cruxer. - Kip opuścił tron, żeby
przybyć tu i cię ratować. Bogactwo, pozycję, bezpieczeństwo? Porzucił to
wszystko z powodu lojalności wobec Chromerii. I nawet wobec ciebie. Nie
przysłałeś nam żadnej pomocy, kiedy umieraliśmy dla Siedmiu Satrapii, a jednak on jest tutaj. Bo jest setkę razy bardziej mężczyzną od ciebie.
Jeśli więc ktoś tu powinien zastanowić się nad swoim zachowaniem, to ty.
Wszyscy oniemieli.
Kip przypomniał sobie, że Cruxer w naturalny sposób podporządkowuje się
autorytetom, ale to był także młody człowiek, który ni stąd, ni zowąd
złamał Aramowi kolano, bo widział, że władze pozwalają na
niesprawiedliwość.
Andross machnął na Czarnogwardzistów przy drzwiach.
- Wyprowadźcie tego niedoszłego Czarnogwardzistę. Nie znoszę miernoty.
Cruxer nawet nie spojrzał na Kipa, czy przeciwstawi się rozkazowi.
Ruszył do drzwi.
- Och, Grinwoody - dodał Andross na tyle głośno, żeby Cruxer na pewno go
usłyszał - sprawdź, czy Inana ux Stalowy Chwyt w dalszym ciągu otrzymuje
emeryturę od Czarnej Gwardii. Skasuj ją. Sprawdź, czy przypadkiem nie
otrzymywała zbyt wysokiego uposażenia i nie ma teraz potwornie dużego
długu.
To była matka Cruxera.
Młody dowódca Mocarzy wzdrygnął się jak spoliczkowany, ale się nie
odwrócił.
Wyszedł.
Andross spojrzał na Kipa, żeby sprawdzić, jak chłopak zareaguje.
- Mówisz - odezwał się lodowatym tonem Kip - jakbyś miał wypłacać
emerytury albo odbierać długi w przyszłym tygodniu, nie wspomnę już o przyszłym roku.
- Przedstaw żądania - powiedział Andross znudzonym tonem, ale Kip
wiedział, że to tylko poza.
- Muszę poznać układ luster. Potrzebuję więc pełnego dostępu do nich,
natychmiast.
- Jeszcze tego nie rozgryzłeś?
Kip już odpowiedział na to pytanie.
- Rozgryzę.
- Nie wiesz jeszcze, czy zadziałają tak, jak twierdzisz, już nie
wspominając o tym, jak tego dokonać - powiedział z ponurym rozbawieniem
Andross - a mimo to oczekujesz przywilejów, które były od wieków
zarezerwowane tylko dla Pryzmatów. Jeśli ci na to pozwolę, urośniesz w arogancję typową dla Guile'ów.
- To nie arogancja - przerwała mu Karris. Była zamyślona. - Prawda, Kip?
- Nie twierdzę, że jestem od niej wolny, ale wątpię, by o to chodziło.
- Zatem o co? Myślisz, że możesz w ostatniej chwili podciąć skrzydła
bratu? - zapytał Andross.
- Przyrodniemu bratu - sprostował Kip. - I nie. Nie chodzi o dumę, ale o cel. - Kip uniósł ręce, jakby się ofiarowywał.
Wzrok dziadka zatrzymał się przelotnie na jego lewym nadgarstku.
Mężczyzna zmrużył oczy i Kip zobaczył, że się zamyślił.
Przez chwilę Kip nie mógł się opędzić od myśli: "Właśnie ci powiedziałem
o nadciągającej inwazji. Nie powinieneś wydawać już jakichś rozkazów?".
Andross jednak okazał się gotowy do działania, kiedy już podjął decyzję.
Te kilka chwil teraz w jego ocenie było warte drobnej zwłoki.
- Poślij po Carvera Czarnego - powiedział do Grinwoody'ego. - Chcę się z nim spotkać przed naradą Spektrum.
Grinwoody pokiwał głową i wyszedł.
Andross odwrócił się do Kipa:
- Pokierujesz światłem przeciwko marom. Ocalisz Jaspisy i cesarstwo. I to musisz być ty. Ty, nadzwyczajny ty.
- Nadzwyczajny w tym, że jestem polichromatą z pełnym spektrum, którym
dysponujemy, i który potrafi tego dokonać.
- Bzdura. Mamy mnóstwo polichromatów z pełnym spektrum.
- Mnóstwo? - zapytała Karris. - Pół tuzina? Dziecięciu, jeśli ktoś się
zjawi w dzień Słońca?
- Czas, kiedy Chromeria może ignorować rzeczy, które jej się nie
podobają, minął - oznajmił Kip. - Najszlachetniejszy lordzie
Promachosie, jestem geniuszem krzesania różnych kolorów, nie tylko
każdego osobno, ale i jednocześnie. Mam wolę niemal tak silną jak twoja.
Jestem Guile'em i nikt nie jest lepiej wyposażony do tego zadania ode
mnie.
- Jesteś Powiernikiem Światła? - zapytał cicho Andross.
Wydawało się, że sama historia wciągnęła ze świstem powietrze przez
zaciśnięte zęby. Wszyscy zamarli.
Kip wiedział, co powinien powiedzieć.
- Jestem - odpowiedział pewnie i spokojnie.
I wszyscy odetchnęli. Kurs został wyznaczony. Zobowiązali się. Bez
względu na to, czy Andross każe ich uwięzić, czy zabić za bluźnierstwo,
czy też zgodzi się z nimi, teraz już nic od nich nie zależało.
- Najważniejszy człowiek w historii - powiedział cicho Andross. - Stoi
przede mną. Mój własny... wnuk. - Nie sposób było odczytać jego ton.
Kpina? Zaduma?
Kip jednak wyczuł żal w jego głosie, jakby nie kpił z niego, ale
zdumiewał się tym, jak wszechświat zakpił sobie z niego, Androssa.
- Jeśli to cię pocieszy - odezwał się Kip - ilość luksynu, jaką
przyjdzie mi wykrzesać, z pewnością mnie zabije. Nawet jeśli w tej
chwili robię wrażenie wielkiego bohatera, ty znowu będziesz
najważniejszym człowiekiem w sali za kilka dni.
Kip wyczuł, że Mocarze patrzą na niego. Nie omawiał z nimi tej kwestii.
- Myślisz, że tylko to mnie obchodzi? - spytał Andross.
- Tak - odparł Kip.
Winsen parsknął.
Niech cię szlag, Win.
- Powinniśmy zrobić go Pryzmatem - powiedziała Karris. - To natychmiast
rozwiązałoby dla nas trzy problemy.
- Trzy? - spytał Andross. - A jak wygląda trzeci?
- Śmierć Kipa? Który umrze zabity taką ilością wykrzesanego luksynu? -
podsunęła Karris.
- Zabawne, dla mnie to brzmiało jak rozwiązanie - odparł Andross.
Wyglądało na to, że zapadł się w jakieś mroczne miejsce, gdzie nikt nie
był w stanie za nim podążyć.
Kip nie był pewien, jakie problemy miała na myśli Karris. To, że tylko
Pryzmat miał posługiwać się lustrami na Wieży Pryzmata, to tylko jedna
kwestia.
- Zymun się wścieknie, jeśli pozwolisz Kipowi uszczuplić prawdy, które
uważa za należne jemu jako Pryzmatowi-elektowi, nawet jeżeli nie jest
jeszcze Pryzmatem. Zresztą i tak musimy omówić tę kwestie. Czas nam
ucieka.
Ach, to był drugi problem, jaki rozwiązałoby uznanie Kipa Pryzmatem. W pewnym sensie. Zymun nadal byłby wściekły, rzecz jasna, tyle że nic nie
mógłby z tym zrobić.
- To niemożliwe - powiedział Andross.
- Zastąpienie Zymuna? - zapytała Karris.
- Uczynienie Kipa Pryzmatem.
Jakby z jakiegoś powodu to nie było jedno i to samo.
- Dlaczego? - dopytywała się Karris.
- To dosłownie jest niemożliwe - odparł z naciskiem Andross.
- Ach, do licha, jasne - powiedziała Karris. Pobladła, schowała głowę w dłonie i znowu zaklęła.
- Czyli... zrozumiałaś - odezwał się Andross, nawet nie patrząc w jej
stronę. - Wreszcie.
Co takiego? - zastanawiał się Kip.
- Zastanawiałem się, czy się zorientujesz - powiedział Andross. - Z tą
swoją świątobliwą grupką małych wiernych luksjatów. Im też już
powiedziałaś? Czy to oni ci powiedzieli?
Kip rozpaczliwie chciał wiedzieć, o czym rozmawiają, ale wiedział, że ma
największe szanse, jeśli będzie siedział cicho.
Andross był rozbawiony brakiem odpowiedzi Karris.
- Teraz jesteś jedną z dwóch osób, które wiedzą w całym Spektrum.
- Wszystkich innych się pozbyłeś - powiedziała Karris. - Dlaczego?
- Zatem jeszcze nie do końca się zorientowałaś. Powinnaś uważniej
przejrzeć swoje dziedzictwo po Orei Pullawr. Stara Biel nie była tak
całkiem bez winy, jak chcesz wierzyć. A jej mąż jeszcze bardziej.
- Naprawdę? Porozmawiajmy o winie - wyrwała się nagle z zaciekłością
Karris. - Myślę, że już najwyższy czas, żebyś odpowiedział mi na kilka
pytań. I porozmawiajmy o moich wiernych luksjatach. Wiesz, że mówią, że
Powiernik Światła oczyści wiarę. Dla mnie to brzmi, jakbym przyłączała
się do jego dzieła. A dlaczego nie ty chcesz tego jako Czerwień, już nie
wspominając o twojej roli promachosa?
- Możemy porozmawiać o tym później. - Andross uciszył ją machnięciem
ręki. - O ile znajdę czas. Mam dużo do zrobienia. - Arogancki dupek. A potem odwrócił się do Grinwoody'ego, który trzymał uniesiony palec, ale
dyskretnie, żeby zwrócić uwagę pana, gdy ten będzie gotowy. - Tak?
- Mam sprawę do załatwienia - odezwał się cicho Grinwoody. - Mogę
odejść?
Andross machnął na niego, a potem wyciągnął palec w stronę Kipa.
- Co to?
- Co? - spytał Kip.
- Na twojej ręce. To tatuaż?
Miał na myśli żółwio-niedźwiedzia na lewym nadgarstku Kipa, który jarzył
się świeżymi kolorami luksynu we wszystkich odcieniach. Kip krzesał
niedawno. Nawet nie pomyślał o tym, żeby go zasłonić.
- Możemy porozmawiać o tym później - odparł Kip. - O ile znajdę czas.
Mam dużo do zrobienia. Nadciąga wojna? Może o tym powinniśmy
porozmawiać?
- Dorośli porozmawiają o tym, kiedy przyjdzie Carver Czarny - powiedział
Andross. - Wiesz, że Chromeria absolutnie zabrania tatuaży.
- Wiem. Mam to w nosie.
To był stary i nadzwyczaj głupi zakaz. W pierwszych i wielce burzliwych
latach ery, zanim kolorowe soczewki stały się powszechnie dostępne,
niektórzy jasnoskórzy krzesiciele tatuowali sobie pasy swojego koloru na
rękach, żeby mieć zawsze przy sobie źródło koloru. Podczas walk o władzę
dominująca strona, Paryjczycy, dla których kolorowe tatuaże były mniej
pomocne z powodu ich ciemniejszej skóry, przepchnęli zakaz tatuaży, żeby
umocnić swoją wieloletnią przewagę w Czarnej Gwardii. Co by się stało z ich dominacją, gdyby jasnoskórzy wojownicy byli w stanie zanegować
korzyści z ciemnej skóry i przy tej samej okazji zyskać zawsze obecne
źródło koloru za pomocą zwykłego tatuażu?
- Nie stać cię na wypinanie się na Spektrum, kiedy błagasz o przywileje.
Porozmawiamy więcej o tym czymś na twojej ręce, ale na razie może
włożyłbyś coś z rękawami?
- Oczywiście. - Po chwili Kip wkładał już płaszcz Ferkudiego.
Andross przyglądał mu się chwilę. A potem zacisnął usta.
- Tak.
Tak? Ach, odnośnie do luster. Udzielił mu pozwolenia. Dzięki niech będą
Orholamowi.
Sekretarz wyjął pióro, pergamin i pieczęć promachosa należącą do
Androssa. Andross wypisał krótką notkę osobiście. Sekretarz wykonał
kopie, a Andross wypisał kolejny dokument gwarantujący siłom Kipa
zaopatrzenie i schronienie.
- Przybędzie więcej ludzi - powiedział Kip, biorąc pergamin. - Oni też
będą potrzebowali schronienia i zaopatrzenia. Podróżowaliśmy
najszybciej, jak się dało.
- Zajmiemy się twoimi ludźmi - zapewniła go Karris.
Odprowadzała go do drzwi, kiedy wszedł spocony Carver Czarny. Musiał
biec.
- To prawda? - spytał. - Przypłyną?
Kip skinął głową, oddał Czerni raporty zwiadowcze, jakie razem z Mocarzami spisali przed lądowaniem na Jaspisach.
- Zostawiam Ferkudiego, żeby odpowiedział na wszystkie pytania. Ma
nadzwyczajne oko do szczegółów.
Carver Czarny zagłębił się w raport, idąc w stronę Androssa, ale Karris
została w tyle.
- Kip, mam wiele do odpokutowania, więc mam nadzieję, że znajdziemy
okazję niedługo porozmawiać. Jednak jedno naglące pytanie. Jeśli masz
podczas walki w jakiś sposób tkwić przy lustrach Pryzmata, to pozostaje
sprawa rozlokowania twoich sił. Nie będziesz w stanie osobiście nimi
dowodzić. Musimy zintegrować je z naszymi.
- Tak. To nie jest kwestia, którą już rozwiązałem.
Jego ludzie nie trenowali do tego typu walki, a skuteczna obrona nie
sprowadzała się do rozmieszczenia ludzi w odpowiednich miejscach.
- Zatem może rozważysz moje rozwiązanie - powiedziała Karris. - Generał,
który zgodnie z moimi nadziejami miał poprowadzić nasze uderzenie na
Krwawą Puszczę, właśnie przybywa. Jeśli postawię na swoim, zajmie się
naszą obroną.
Jasne, za nic w świecie nie oddam nikomu moich ludzi, pomyślał Kip, ale
zdołał nie powiedzieć tego na głos.
- Wybacz moją szczerość - powiedział za to - ale obawiam się, że mam już
wyżej uszu pomysłów Chromerii na skuteczne dowo-dzenie.
Skrzywiła się, dostrzegając słuszność jego oceny, ale potem zapytała
chytrze:
- Czy to coś zmieni, jeśli powiem, że generał, o którym myślę, nazywa
się Corvan Danavis?
ROZDZIAŁ 74
Z sercem w gardle Teia szła za kupcem ulicami pełnymi pielgrzymów.
O ile nie pomyliła się w ocenie, przywódcy Zakonu Złamanego Oka spotkają
się tego wieczoru w ciągu kilku godzin. To będzie ostatnia szansa Teii,
żeby wypełnić misję.
Za pośrednictwem Quentina Karris przekazała Teii jedno pytanie: "Jeśli
dam ci wszystko, czym tylko dysponuję, czy zdołamy zniszczyć Zakon
Złamanego Oka w ciągu dwóch dni?". Teia miała natychmiast zostawić Bieli
znak oznaczający tak lub nie.
Całe polowanie i zabijanie doprowadziło Teię do tej ulicy, gdzie
śledziła Atevię, który doprowadzi ją do Starca. Starzec zaś albo będzie
miał przy sobie dokumenty, albo będzie musiał do nich zajrzeć po
spotkaniu, więc na pewno pójdzie do swojego tajnego biura.
Teia może zdoła zabić Starca z Pustyni już dziś, a reszta Zakonu pójdzie
w jego ślady, kiedy tylko Karris się nimi zajmie.
Kiedy kroki Atevii doprowadziły ich do Dzielnicy Ambasad, pierś Teii
zacisnęła się jeszcze bardziej. To wydawało się mało prawdopodobne, żeby
heretyk kierował się do Chromerii, w największe zagęszczenie luksjatów i szpiegów wszelkiej maści - nie, kiedy chodziło o ważne spotkanie.
Wtedy skręcił do Rozdroża, dawnej ambasady tyrejskiej, którą przerobiono
na najlepszą restaurację w mieście i pijalnię kofi. Znajdowała się
blisko Łodygi Lilii i dosłownie przy skrzyżowaniu dróg. To był ulubiony
lokal dyplomatów, arystokratów, bogatych kupców i bogatych nierobów,
którzy po prostu chcieli się pokazać i zobaczyć innych, oraz ulubiony
lokal wszystkich tych, którzy chcieli prowadzić interesy z wyżej
wymienionymi. Doskonałe jedzenie i napitki, doskonały i dyskretny burdel
na dole, nadfioletowe bańki dla tych, którzy życzyli sobie dyskrecji,
prywatne sale do wynajęcia, dziesiątki różnych wyjść sprawiały, że był
to raj dla szpiegów i tych, którzy potrzebowali się z nimi spotkać, a nawet zwerbować. Istniało tyle uczciwych powodów, żeby korzystać z Rozdroża, że te nielegalne mogły się kryć na widoku.
Jednakże wszystkie powody, które sprawiały, że było to idealne miejsce
do potajemnych spotkań (gdzie tak wielu spotykało się potajemnie),
zdaniem Teii sprawiały, że było to najgorsze miejsce do potajemnego
spotkania - bo wszyscy się tam spotykali. Każdy patrzył, z kim spotykają
się wszyscy inni.
Niektórzy szpiedzy z przyjemnością ukrywali się, pozostając na widoku,
ale Teia nie wierzyła, żeby przywódcy Zakonu Złamanego Oka byli aż tak
bezczelni. Nie należeli do typu bezczelnych ludzi.
Patrzyła z bezpiecznej odległości, jak Atevia krąży, kiwając głową do
ludzi pogrążonych w rozmowach z innymi, rzucił jedno, dwa słówka do paru
osób, uciął sobie długą, przyjazną pogawędkę z kimś, kto wyglądał jak
kierownik piętra w Rozdrożu, a potem wypił kilka łyków z kieliszków,
które przyniosła na tacy ładna młoda niewolnica. Najwyraźniej dyskutował
z kierownikiem na temat win.
No jasne, Atevia był kupcem winnym dla arystokratów. Rozdroże musiało
być jego czołowym klientem, a na pewno miało stosowny potencjał, uznała
Teia. Atevia załatwiał tu interesy. Podtrzymywanie kontaktów z ogromną
liczbą ważnych ludzi to zwyczajnie część jego pracy.
Kiedy Atevia zbliżał się do końca rozmowy, Teia podeszła bliżej.
Kierownik wstał od stołu i powiedział:
- A, mamy kilka beczułek w piwnicy, które obawiam się, że się zepsuły.
Mógłbyś je dla mnie sprawdzić?
Atevia uśmiechał się szeroko.
- No wiesz... skoro nalegasz.
- W rzeczy samej - odpowiedział kierownik, mrugając porozumiewawczo. -
Jest pewna nowa, ehm, baryłeczka, która w szczególności wymaga
skosztowania.
Teia naprawdę myślała, że w dalszym ciągu rozmawiają o pracy, dopóki
Atevia nie sięgnął w dół, żeby się poprawić, gdy schodził schodami.
O bogowie, jaka ona była naiwna. Porozumiewawcze mrugnięcia? Nowa
"beczułka" do spróbowania... w piwnicy, gdzie przypadkiem jest też
burdel?
Do diabła, dziewczyno, jak bardzo potrafisz być naiwna?
Teia zrezygnowała z szansy zabicia Mordercy Sharpa, i to nie po to, żeby
lepiej wykorzystać ten czas i uratować kogoś, ale żeby czekać, aż Atevia
opróżni sakiewkę przed wielkim wieczornym spotkaniem.
Nagle gotujący się kocioł goryczy w Teii wykipiał, sycząc i skwiercząc,
gdy natrafił na płomienie jej frustracji i rozczarowania.
Chciała zniszczyć tego człowieka. Chciała go zdeptać. Pójdzie za nim do
jego dziwki. Poeksperymentuje na nim - przekona się, czy pozbawi go
jurności, potem odpuści mu, pozwoli, żeby znowu się podniecił, i ponownie sprawi, że zwiotczeje. Do diabła, może nawet wymyśli, jak
doprowadzić go do finału, zanim choćby dotknie tej kobiety. To mogłoby
się przydać, choćby po to, żeby samej się bronić w przyszłości. O ile
czeka ją jakaś przyszłość. Takiej rzeczy nie można poćwiczyć na
przerażonych niewolnikach, którzy rzadko bywają podnieceni.
Kiedy szła za Atevią do piwnicy Rozdroża, wiedziała, że reaguje
przesadnie.
Ledwie znała tego człowieka. Dlaczego tak bardzo go nienawidziła?
Dlaczego tak bardzo chciała go ukarać?
Coś ją w nim drażniło. Był głupi, pożądliwy, zwodniczy, mały. Morderca
Sharp był gorszy, sto razy gorszy, ale nie nienawidziła go tak naprawdę.
Bała się go. Nienawidziła tego, że czuła się przy nim bezbronna;
próbowała przekonać siebie, że może sprawić, że więcej się tak przy nim
nie poczuje, ale nie gardziła nim.
Piękna hostessa w białej jedwabnej sukience na ramiączkach, która ledwie
zasłaniała jej pupę, powitała Atevię na schodach. Niewątpliwie go
rozpoznała.
Ciemne, kręcone włosy tworzyły idealną aureolę wokół jej głowy, a kiedy
szła, prowadząc Atevię do pokoju, stawiała stopy, jakby szła po linie,
świadomie kołysząc biodrami przy każdym kroku.
Atevia nie odrywał od niej oczu.
Kobieta obejrzała się przez ramię, spostrzegła jego podziw i uśmiechnęła
się błogo. Albo była świetną aktorką, albo naprawdę lubiła swoją pracę.
To zdumiewające, jak potrafimy siebie zwodzić, wmawiać sobie, że
jesteśmy dobrzy, pomyślała Teia.
A potem uderzyło ją, że może sama nie jest tu wyjątkiem. Ta kobieta
pomagała mężczyznom zdradzać żony; Teia mordowała ludzi. Nie mogła
patrzeć na hostessę z góry. Ta kobieta pewnie była niewolnicą. Próbowała
jak najlepiej korzystać z życia, którego sama sobie nie wybrała.
Teia była ostatnią osobą, która powinna ją oceniać, ale była teraz jak
żywy płomień, gotowa do ataku wszędzie szukała paliwa.
Starała się nad tym zapanować, upchnąć to gdzieś w jakieś jałowe,
rozsądne miejsce.
Dlaczego tak bardzo nienawidziła człowieka, który ulegał najniższemu z grzechów, żądzy? To tylko grzech ciała, słabość. Rzecz powszechna,
trywialna.
A jednak zdolna uwikłać. Własna matka Teii...
To uderzyło ją prosto w twarz.
Atevia Zelorn był odbiciem jej matki. Zaślepiony przez żądzę wolał nie
dostrzegać cierpienia tych, którzy go kochali; Atevia na swój sposób
sprzedawał własną rodzinę, podczas gdy matka Teii dosłownie ją
sprzedała. Ojciec Teii starał się dać jej matce wszystko, co najlepsze w życiu, czego - jak twierdziła - potrzebowała, więc podróżował coraz
dalej i dalej, dając jej okazje do zdrad.
Teia zamierzała zniszczyć Atevię Zelorna z powodu jego zdrady, ale
zdrada, jakiej się dopuścił wobec Chromerii, wydawała się śmieszna w porównaniu z tym, jak zdradzał własną rodzinę. Jak zdradziła rodzinę jej
matka.
I po co? Dla paru orgazmów z nieznajomymi?
Teia jeszcze żadnego nie przeżyła, ale jej zdaniem wyglądał na większą
przyjemność od zwykłego rauszu, ale znacznie mniej intensywną od odlotu
po maku. Coś takiego nie mogło wystarczyć, żeby zniszczyć siebie,
prawda?
Tyle że w zdradzie nie chodzi tylko o to, prawda? Jej matka robiła
wrażenie, jakby równie ochoczo szukała ochłapów dla swojej próżności,
jak i seksu.
Co Atevia zyskiwał na swoje zdradzie? Pieniądze? Miał pieniądze. Gdyby
miał ich więcej, na co by je wydał? Na więcej wizyt w burdelu? Szukając
udawanej troski dziwek, kiedy w domu miał kobietę, która go kochała?
Teia zamierzała go zniszczyć, a kiedy go zabije, zrobi to tak, żeby jego
rodzina nie została upokorzona, żeby nie musiała płacić za jego grzechy.
On jednak zapłaci, tak jak jej matka nigdy nie musiała.
Do pokoju prowadził przedpokój, hostessa otworzyła drzwi, ale nie weszła
dalej.
Teia zakradła się do środka za Atevią.
Kupiec zamknął za sobą drzwi na klucz, otworzył komodę. Zasłona
oddzielała przedpokój od sąsiedniego pomieszczenia. Kiedy Atevia zaczął
się rozbierać - nie, dzięki - Teia posłała paryl przez zasłonę.
Okazało się, że nie może jej przeniknąć wzrokiem, bo w materiał
wpleciono jakiś metal. Hmm...?
Usłyszała, że drzwi po drugiej stronie zasłony się zamknęły i ktoś
przekręcił zamek. Co to znaczy?
Odwróciła się i zobaczyła, że Atevia wkłada białe szaty. Włożył welon z kolczugi na twarz.
Teii serce prawie zamarło. Welon. To nie była wizyta u prostytutki. To
było spotkanie.
Wcześniejsze zachowanie to była tylko gra. Baryłka w piwnicy była
pretekstem do wizyty u prostytutki, która była pretekstem do tego.
Niestety kiedy się już ubrał, Atevia przeszedł przez zasłonę, nie
odsuwając jej dość mocno, żeby Teia też mogła wejść. I zaciągnął ją
dokładnie za sobą, odcinając Teię.
Słyszała męskie głosy dostatecznie wyraźnie, ale powitali się w języku,
którego Teia nie rozumiała i nawet nie rozpoznała.
Niech Orholam się zmiłuje, czy Zakon był aż tak dobry w strzeżeniu
swoich sekretów, że jego przywódcy rozmawiali tylko po braxiańsku?
Jednakże najwyraźniej nie wszyscy mężczyźni (było ich trzech? czterech?)
mówili równie biegle w tym języku. Podczas gdy tenor płynnie zdawał
raport, musiał przerywać kilka razy, żeby wyjaśnić słowa niektórym
pozostałym.
- Tak, mara - powiedział tenor. - Wszystkie, jeśli mu wierzyć. - Potem
przeszedł na braxiański. Później, gdy ten sam mężczyzna zakaszlał, nie
rozumiejąc, tenor wyjaśnił: - Daj spokój, bawaba, musisz znać to
słowo. Posługujemy się nim podczas naszych ceremonii!
- Po prostu cię nie dosłyszałem - poskarżył się mężczyzna.
Jego głos brzmiał dziwnie znajomo.
Teia zastanawiała się, czy Quentin zna braxiański. Albo czy byłby w stanie nauczyć się go szybko. Och, pewnie, że był w stanie. W świecie
Quentina istniały dwie książki: Księga Wszystkiego, Co Quentin Wie i Księga Wszystkiego, Co Z Pewnością Będzie Wiedział Wkrótce.
Tyle że co ona miała zrobić? Przenieść go czarami do pokoju? Spisać
wszystko, co usłyszy, fonetycznie?
Powodzenia, dziewczyno.
Wtedy Atevia zdał swój raport. I mówił płynnie, niech go diabli.
Kiedy nierozgarnięty zapytał o jakieś słowo, Atevia wyjaśnił mu po
braxiańsku, co najwyraźniej wystarczało pytającemu. Niestety nie Teii.
Potem odezwał się kolejny mężczyzna i Teia usłyszała zniekształcony
głos. Zważywszy, w jaki sposób pozostali zwracali się do niego, musiał
to być sam Starzec z Pustyni. Mówił najdłużej, często padały wtedy
pytania - do niego i od niego. Teia nie zrozumiała niczego poza tym, że
raz w zdaniu posłużył się frazą "proch strzelniczy".
Najwyraźniej dawni Braxianie nie mieli na proch własnego słowa.
Cudownie.
Usłyszała niewiele, jedynie "proch", "mary" i "bramy". To oraz
instrukcje dla wiernych, żeby szykowali się i zebrali broń.
Kiedy? Nie wiadomo. Przy okazji Uczty? Półkuśka powiedział, że mają
plan, ale jaki?
Zakładała, że to spotkanie miało być poświęcone ostatnim przygotowaniom
przed jutrzejszą Ucztą.
Najsłabiej mówiący po braxiańsku zaczął składać raport. Mówił nosowym
barytonem i szybko się poddał.
- Przepraszam, pracuję nad tym, ale na Diakopt?sa, zrozumieć, jak mówi
się po braxiańsku na podstawie starych zwojów? I nie mam okazji
poćwiczyć. Nie mogę...
- Dość tego, mów dalej - ponaglił go Starzec.
Teia jednak ledwie była w stanie uważać. Z braku napięcia i rezygnacji z braxiańskiego jasno wynikało, że najważniejsza część spotkania została
zakończona. Teraz mogła śledzić jednego z nich, poznać jego tożsamość,
ostatecznie ujawnić jeszcze jedną kongregację podlegającą temu
kapłanowi. Jeśli jej się jednak poszczęści, to pójdzie za samym Starcem
z Pustyni.
- Mamy kłopot z tymi... Jak im tam?... Abad el shams. Nie, w mordę, to
nie tak... z makiem. Mamy problem.
Ach, racja! Głos kapłana brzmiał znajomo. To był ten ze zdartym głosem
palacza, który kazał rozebrać się Teii, gdy przechodziła inicjację w Zakonie.
Łajdak.
- Ezay deh? - zapytał Starzec.
- Chromeria wykupiła mak do celów medycznych. Jeden z naszych
regularnych kontaktów przyznał, że nie pomyślał, że zapłacimy mu tyle,
ile Chromeria, i za bardzo się bał, żeby zażądać od nas więcej, zatem
sprzedał wszystko im. Jest jednak gotowy załatwić nam muchomorowe
kapelusze.
- Są obrzydliwe w smaku. Nie znajdę dość mocnego wina, żeby zabić ten
posmak! - powiedział Atevia, też zapominając o braxiańskim.
- Możemy się obejść bez tego - rzekł inny mężczyzna. - Jak brzmi stare
powiedzenie "Erdah be El sada lehad matofrago", nie? Albo z odpowiednią ilością miodu...
Starzec westchnął.
- Dopilnuję, żeby dość maku zostało przypadkiem wydane z magazynów
Chromerii. Kto po niego przyjdzie? Morderca Sharp maak yakhod balo
menak.
Morderca Sharp co? Co to, do diabła, znaczyło?
- Ja mogę go zabrać - powiedział ponuro Atevia. - Wskazówki?
Te, rzecz jasno, wydano po braxiańsku.
Teia zastanawiała się, co by się stało, gdyby spróbowała zabić tych
mężczyzn tu i teraz. Orholamie, gdyby tylko pomyślała o tym wcześniej i wzięła ze sobą granat ze szrapnelami. Jednakże, biorąc pod uwagę jej
umiejętności i pelerynę, jakie miała szanse zabić ich, gdyby weszła tam
teraz?
Gdyby ich zaatakowała, nawet gdyby wszystkich zabiła, nie zdobyłaby
listy pozostałych członków. Potrzebowała jej. Bez niej Zakon mógłby
znowu się odrodzić. I nie dowiedziałaby się, gdzie trzymają jej ojca.
Musiała więc pójść za Starcem. On stanowił centrum wszystkiego. Musiała
pójść za nim, poznać jego tożsamość, poczekać, aż pójdzie do swojego
tajnego gabinetu. Potem Teia mogłaby go zabić i mieć pewność, że Zakon
upadnie.
Niewiele jej teraz brakowało, po raz pierwszy znajdowała się blisko
sukcesu. Blisko uratowania ojca.
Wszyscy weszli do pokoju z różnych kierunków, więc należało się
spodziewać, że tak samo wyjdą. I bez wątpienia każdy będzie w pelerynie
i kapturze. Uznała, że wyciągnęła, ile się dało, podsłuchując -
uzgadniali teraz, kto przyniesie narkotyki i alkohol na przyjęcie, nawet
nie rozmawiali po braxiańsku. Skupiła się na tym, żeby zorientować się,
jak rozsiedli się w pokoju kapłani, żeby mieć jak największą szansę
pójścia za właściwym.
Będzie musiała zgadnąć, kogo śledzić. Starzec z Pustyni miał parylowe
okulary.
Teia musi rozegrać to po mistrzowsku.
Domyślała się przynajmniej, że mężczyźni wyjdą z pokoju tak samo, jak
weszli, żeby móc przebrać się z powrotem w swoje normalne ubrania. A to
znaczyło, że pozostanie w tym przedpokoju nic jej nie da. Już wiedziała,
gdzie mieszka Atevia.
Naszedł czas, żeby znowu zaryzykowała własne życie.
Niewidzialna przyłożyła ucho do wyjściowych drzwi. Niczego nie słyszała.
To właśnie oferuje drogi burdel - grube ściany, żeby nie było słychać,
co robią sąsiedzi. A co ważniejsze - jak się domyślała - żeby oni nie
słyszeli ciebie. Będzie musiała zaryzykować.
Uchyliła drzwi na tyle, żeby wyjrzeć, i zobaczyła hostessę prowadzącą
korytarzem kobietę. Teia zamknęła cicho drzwi. Sięgnęła parylem w korytarz i poczekała. Kiedy poczuła, że ktoś przerwał jej parylowe
macki, odczekała jeszcze kilka uderzeń serca i znowu uchyliła drzwi.
Korytarz był pusty. Hostessa stała pięć kroków dalej, pokazywała pokój
kobiecie.
Korytarze tworzyły labirynt jak w królikarni - znacznie bardziej
rozległy, niż można było się domyślać, będąc piętro wyżej. Po jakiejś
minucie Teia wypatrzyła kilka wyjść z większej komnaty, gdzie spotykali
się kapłani Zakonu, i kilka kątów, w których mogła się schować, nie
korzystając z parylu.
Dobrze, że dłużej nie zwlekała. Stała na skrzyżowaniu, kiedy otworzyły
się wszystkie drzwi. Identyczne postacie w pelerynach wyszły
jednocześnie. Znajdowała się po przeciwnej stronie niż ta, z której
wszedł Atevia, więc żaden z mężczyzn nie był kupcem. Miała tylko dwie
możliwości i mogło się okazać, że żaden z nich nie jest Starcem z Pustyni.
To było jak rzut monetą.
Liczę na ciebie, Orholamie. Jeśli chcesz, żebym...
Mężczyzna po jej lewej pokiwał głową, odwracając się w jej stronę, i podniósł palec, żeby poprawić okulary na nosie.
Okulary? Jak parylowe okulary Starca?
Pozostawało pytanie, na ile dobrze działały. Teraz potrafiła spostrzec
paryl z odległości trzydziestu - czterdziestu kroków w świetle dnia, z może dwukrotnie większej odległości, gdy było ciemno. Czy okulary były
równie dobre? A jeśli były lepsze?
Poszła za nim, zachowując bezpieczny dystans, ale zgubiła go, kiedy za
bardzo uważała przy wyjściu z Rozdroża. Rozpoznała go jednak po krokach
- tak jej się wydawało. Prawzór płaszczy dawał jej ogromną przewagę,
nawet jeśli nie wykorzystywała go do niewidzialności. Początkowo
sprawiła, że wyglądał jak podniszczona, ciemnoniebieska peleryna,
układająca się fałdami na jej ramionach, potem zmieniła kolor na
zielono-czarną kratę i obwiązała szybko głowę chustką, zanim wyszła po
schodach z piwnicy, później wybrała zgaszony brąz pod kolor petasosa o szerokim rondzie, który zwinęła ze straganu, zanim weszła na Łodygę
Lilii.
Musiała się pośpieszyć, zanim mężczyzna dojdzie do Chromerii, ale
zgubiła go w wielkiej sali. Mignął jej ktoś, kto mógł być nim, ale nosił
strój niewolnika i wchodził schodami dla niewolników.
Teia się zawahała.
W tym momencie robiło się niebezpiecznie. Jeśli zdawał sobie sprawę z jej obecności, to właśnie wtedy uruchomi pułapkę. Gdyby poszła
niewidzialna, Starzec mógłby zauważyć jej paryl. Gdyby poszła widzialna,
dowolny chromeryjski niewolnik mógłby powstrzymać ją przed wejściem na
schody - nie była ubrana jak niewolnica, a zwiedzający i petenci udający
się do Bieli często próbowali wepchnąć się do kolejki, korzystając ze
schodów.
Ostatnia możliwość to pójść w charakterze niewolnicy i ryzykować, że
pewnie zostanie rozpoznana, albo w przebraniu Czarnogwardzistki, kiedy
na pewno zostanie rozpoznana.
Co służba wie o zaginięciu pewnej Czarnogwardzistki? Co Teia by zrobiła,
gdyby jakiś Czarnogwardzista schodził schodami? Czarnogwardziści często
korzystali z nich dla wygody. W końcu teoretycznie też byli
niewolnikami.
Klnąc w duchu głupotę tej sytuacji - to Teia powinna czuć się tutaj
bezpiecznie, a Starzec bać, a nie odwrotnie! - Teia spowiła się parylową
chmurą i śmignęła do drzwi. Była wyczerpana krzesaniem i napięciem, ale
nie mogła się teraz poddać.
Jej kroków w butach na gumie prawie nie było słychać, gdy wbiegła po
schodach.
Drzwi otwierały się i zamykały, echo niosło się potężnymi kręconymi
schodami, na których Kip i Mocarze omal nie zginęli w zeszłym roku. Zbyt
wiele wyjść. Schody bywały czasem puste przez kilka minut, a niekiedy
panował tam ruch jak na Łodydze Lilii. Trzeba było przyznać, że teraz
przypominały bardziej tę drugą sytuację.
Teia wyjrzała przez pierwsze drzwi, jakie wydawało jej się, że słyszała,
chociaż wiedziała, że może natknąć się na miecz.
Niczego nie zobaczyła.
Wbiegła na kolejne piętro, otworzyła z rozmachem drzwi. Młoda niewolnica
odstawiała właśnie wiadro z wodą i trzymała szczotkę do mycia podłóg.
Podniosła wzrok i zdziwiła się, że nikogo nie zobaczyła.
Następne piętro... nic... nic.
On tu był. Starzec przebywał w Wieży Pryzmata. Znajdował się blisko, ale
Teia nie znalazła go na czas. Za długo się wahała, była za ostrożna.
To była jej ostatnia szansa wyrwać Zakon Złamanego Oka z korzeniami, nie
narażając na śmierć przyjaciół. To była jej ostatnia szansa na ocalenie
ojca.
Ostatnia nadzieja Teii zaskwierczała i zgasła.
Dziewczyna podeszła drewnianym krokiem do skrytki i zostawiła sygnał dla
Karris. Czy możemy zdusić Zakon? "Nie".
Teia zawiodła.
ROZDZIAŁ 75
- Za dwa albo trzy dni - powiedziała Karris do swoich luksjatów - cała
praca przez nas wykonana zostanie poddana próbie. Król Koloraków,
człowiek, który kiedyś był moim bratem, nadchodzi. Zaatakuje. I jeśli
postawi na swoim, nie poprzestanie, dopóki z tej wyspy nie pozostanie
nic poza zwęglonymi gruzami i krwią.
W obliczu niebezpieczeństw i ciężkiej pracy, jakiej wymagała, z początkowo wybranej setki luksjatów zostało sześćdziesięciu pięciu, a potem ta grupa rozrosła się do prawie dwustu. Część to z pewnością byli
szpiedzy, ale czym miała się przejmować, dopóki pomagali jej w pracy?
Powiedziała to nawet wprost. Zaczęła się rozkoszować potęgą prawdy.
- W czasie, jaki razem spędziliśmy - powiedziała - służyliście lepiej,
niż mogłam prosić. Daliście nowy cel ludziom z Jaspisów i wspomogliście
swoimi mięśniami i głosami obronę naszego cesarstwa i sprawy Orholama.
Widziała w ich twarzach, że nie są pewni jej pochwały i chwili, w jakiej
ją wypowiadała. Spotkanie o północy? Już wcześniej zachowywali
ostrożność, kiedy się spotykali, ale nigdy nie robili tego ukradkiem.
Tym razem odnosili inne wrażenie. Wyczuwało się, że czas nagli.
- Myślicie, że to brzmi jak pożegnanie - powiedziała wprost. - Może tak
być. Zbyt często to cesarstwo prowadziło bezsensowne walki wokół tego,
kto założy purpurę. Zbyt często wspierano tego, kto mógł najlepiej
napełnić sakiewki. To nie jest jedna z tych wojen. Chodzi o nasze
przetrwanie i przetrwanie tego, co kochamy. Gdy się oglądamy, mamy
czyste serca w związku z wykonaną przez nas pracą: linie obrony zostały
naprawione, magazyny napełnione, ludzie zostali podniesieni na duchu.
Gdy patrzę przed siebie, moje zadanie dla was jest oczywiste. Służcie
tam, gdzie to potrzebne. Nieście wodę spragnionym. Nieście pomoc rannym.
Pocieszajcie umierających. Noście proch i kule. Jeśli poczujecie
powołanie, chwyćcie za broń. Pozwólcie jednak, że powiem jasno. Nie
proszę, żebyście przeżyli dla tych ludzi. Proszę, żebyście za nich
umarli. Nie proszę was o męczeńską śmierć, miejcie dość pokory i zostawcie to lepszym od siebie. - Uśmiechnęła się szeroko, a oni
roześmiali się z jej przewrotności: zbyt pokorni dla męczeństwa? Potem
jednak spoważniała. - Proszę, żebyście umarli jak bohaterowie. Męczennik
oddaje życie z własnej woli, bohater walczy do końca. Walczcie do końca.
Urwała i zobaczyła w poważnych twarzach nie strach, lecz determinację.
- Wiedzcie, że nie proszę, byście się udali tam, gdzie nie jestem gotowa
was poprowadzić. Od jakiegoś czasu sama mam coraz silniejsze przeczucie,
że zginę w czasie tej walki.
Przeczucie? To było tylko przeczucie, dopóki nie zobaczyła sygnału od
Teii. Teraz praktycznie się tego spodziewała. Zakonu nie da się
powstrzymać. Wszystkie wielkie plany Karris zostały udaremnione.
Ciche pomruki niezgody rozległy się wśród zgromadzonych młodych mężczyzn
i kobiet, chociaż na ich twarzach malowała się konsternacja.
- Nie mówię wam tego po to, żeby wywołać litość albo, niech Orholam
broni, podziw. Mówię wam o tym, ponieważ świadomość mojej własnej
śmiertelności została postawiona przede mną w sposób, którego nie mogę
zignorować. To samo pytanie pragnę pokornie przedstawić wam. Pomódlcie
się, a potem podejmijcie działanie zgodnie ze swoją odpowiedzią.
Spodziewajcie się, że ja uczynię to samo. - Patrzyła przez chwilę na ich
twarze. Takie młode. Tak pełne światła i odwagi, że serce jej się
krajało. - Wy i ja zostaliśmy wezwani do służby. Jeśli następne dni
okażą się naszymi ostatnimi, jakie mamy prawo zmarnować je na strach?
Widziała, że przełykają ślinę, kiwają głowami. Wielu z zebranych było z natury molami książkowymi, nie ludźmi gotowymi do szybkiego działania.
- Obierzcie drogę, jaką rozpościera przed wami Orholam. Wiem, że będę z was dumna.
Nie wiwatowali na te słowa. Czuli ciężar chwili, tak samo jak ona.
Była tak szczera, jak mogła sobie pozwolić, żeby nikt nie spróbował jej
powstrzymać przed zrobieniem tego, co wiedziała, że musi zrobić.
Pogodziła się z tym.
Kiedy Żelazna Pięść zażądał jej ręki jako ceny za swoje wojska, nie
mogła odmówić i wciąż liczyć na jego wsparcie. Nie mogła stwierdzić, że
Gavin nadal żyje, i nie narazić Teii na śmierć. I nie przekreślić przy
okazji poświęcenia, na jakie zdobyła się ta dziewczyna. Zakonu nie udało
się powstrzymać na czas.
Własne słowa i czyny Karris osaczyły ją teraz i odsłoniły przed nią
ścieżkę, jaką musiała obrać. Nie obędzie się bez błędów, ale kiedy
zbłądzę, zapłacę za to cenę, obiecała.
Popełniając bigamię, ocali swoich ludzi, hańbiąc dwóch mężczyzn, którzy
znaczyli dla niej najwięcej na świecie. Świadomie łamiąc przysięgi,
zhańbi swój urząd i podważy każdą przysięgę, jaką złożyła. Osłabi
wszystko, co próbowała osiągnąć w Magisterium.
Nie było sposobu wymigania się od nieuchronnie zbliżającego się
małżeństwa, który nie pociągnąłby za sobą ceny w postaci ludzkiego życia
albo honoru. Dlatego kupi wojska własnym honorem, a potem opłaci je
własnym życiem. Pójdzie walczyć z Koiosem, szukając śmierci. Jeśli
śmierć jej się wymknie, popełni samobójstwo. Nie z rozpaczy, ale żeby
odzyskać honor. Nie chodziło o to, żeby umrzeć, zanim się zhańbi, ale
żeby umrzeć i położyć kres hańbie.
Nie taką miała nadzieję. Nie tego chciała. Była jednak gotowa to zrobić.
Nikt najwyraźniej nie chciał wyjść, ale wreszcie pewien zakłopotany
młody człowiek wyszedł przed szereg.
- Najszlachetniejsza pani - odezwał się cicho - czas, jaki spędziłem,
służąc u ciebie, był najlepszą rzeczą w moim życiu. Dlatego właśnie
chciałem być luksjatem. Mam przeczucie, że zginę w tej walce. Czy mi
pobłogosławisz?
Przykląkł przed nią.
Karris go pobłogosławiła. Potem następnego młodego luksjata. A później
pobłogosławiła wszystkich po kolei, rzucając czasem zachęcające słowo,
czasem patrząc długo, badawczo w oczy, i miała nadzieję, że widzieli
aprobatę Orholama odzwierciedloną w jej wzroku.
Ostatni przyszedł Quentin w swoich jedwabiach i nieporęcznych złotych
łańcuchach. Nie przyklęknął jak pozostali. Czekał tylko jak każdy
niewolnik, aż wszyscy inni odeszli.
- Planujesz coś pochopnego, prawda? - zapytał.
- Nie, nic pochopnego. Przemyślałam to sobie dokładnie.
- Te słowa o umieraniu... - Quentin pokręcił głową. - Zechcesz
powiedzieć mi coś więcej na ten temat?
- Nie - odpowiedziała i spróbowała osłodzić odmowę uśmiechem.
Uśmiech jednak wypadł smutno.
Quentin przekrzywił głowę.
- Powiedziałaś mi kiedyś, że otrzymałaś obietnicę Orholama poprzez Oreę
Białą i Trzecie Oko? Że Orholam odpłaci ci się za lata, które pożarła
szarańcza?
- Tak - odpowiedziała. Usta drgnęły jej smutno.
- Wierzyłaś w to kiedyś. Już nie wierzysz?
- Nie, wierzę. Nie wiem jednak, czy zobaczę to na własne oczy.
- Czym taka wiara różni się od niewiary?
- Ruszamy do walki. Ludzie lepsi ode mnie umierają każdego dnia.
- Ludzie, którzy nie otrzymali od niego obietnicy.
- Jestem wojowniczką. Nie cofam się przed śmiercią. To dlatego
powierzono mi ten urząd. Żebym walczyła. Żebym walczyła do śmierci,
jeśli zajdzie taka potrzeba.
- Jesteś więcej niż wojowniczką dla Orholama...
- Jestem świadoma swoje roli, dziękuję. Jestem Bielą, trenerką
krzesicieli, Czarnogwardzistką, wojowniczką, potworną matką...
- Jesteś też córką.
- Jestem sierotą! - odpowiedziała tak szybko, że nie wiedziała, skąd się
to w niej wzięło.
Nie, nieprawda: to płynęło prosto z czerwieni i zieleni.
- Jak ktoś adoptowany przez samego Orholama może naprawdę nazywać siebie
sierotą?
Jak? Znalazłam swojego ojca z połową mózgu skapującą z sufitu - oto jak.
Pewnie. W jakimś abstrakcyjnym, teologicznym sensie Orholam był jej
ojcem. Ale z drugiej strony był ojcem wszystkich.
- A ty znowu krzesałaś, najszlachetniejsza pani. Próbujesz zostać
bohaterką czy męczennicą?
- Może kiedy będziesz starszy, zrozumiesz - odpowiedziała tylko.
- To odrobinę protekcjonalne - powiedział Quentin.
- Protekcjonalne to jest dziecko, które mnie poucza.
- Nie jedynie dziecko, ale w dodatku niewolnik - przyznał Quentin,
spuszczając wzrok. - Zapędziłem się, najszlachetniejsza pani. Błagam o wybaczenie.
- Oczywiście - odpowiedziała, chociaż czerwień w dalszym ciągu płonęła w niej jasno.
Uklęknął.
- Najszlachetniejsza lady Guile, czy mnie pobłogosławisz?
Gdyby miało jej zostać jeszcze tylko kilka dni, to jak chciałaby je
przeżyć? W jakim stopniu była hipokrytką, skłaniając luksjatów, żeby
wiedli życie hojne, bezinteresowne, w posłuszeństwie, i samej teraz się
wycofać? Wzięła głęboki wdech, siłą woli odpychając zieleń i czerwień.
Dzięki niech będą Orholamowi, bo kolory usłuchały.
- To dla mnie zaszczyt - odpowiedziała.
ROZDZIAŁ 76
- Nie mogę w to uwierzyć - powiedziała Tisis.
Odsunęła się od drzwi, w których właśnie odebrała list od posłańca.
Zatrzymali się w pięknym domu na północnym końcu Wielkiego Jaspisu - tak
daleko od Chromerii, jak to możliwe. Kip chciał zorientować się
zawczasu, gdyby Świetlana Gwardia szła go aresztować, a Cruxer nie
chciał też ułatwiać zadania zabójcom Zakonu, dlatego wybrali sobie
najmniejszą sypialnię w domu z licznymi drzwiami, gdzie wszędzie
stacjonowali podczerwoni krzesiciele. Cruxer upierał się też, żeby za
każdym razem szli inną drogą przez Jaspisy oraz przy wielu innych
środkach ostrożności. Kip zgadzał się na to, chociaż myślał, że gdyby
ktokolwiek rzeczywiście życzył mu śmierci, to pewnie dopiąłby swego.
- Co to? - zapytał; stał z nagą piersią, ręce właśnie wkładał do świeżej
tuniki na ten wieczór.
Uznał, że całkiem nieźle poradził sobie w rozmowie z dwiema
najpotężniejszymi osobami na świecie, ale kiedy Tisis wręczyła mu świeżo
uprasowane ubrania, jego poranny nerwowy pot był całą argumentacją,
jakiej potrzebowała. To był inny rodzaj walki i jeśli miał stanąć do
niej na dobrą sprawę samotnie, to cieszył się, że Tisis trzyma jego
tarczę.
- List od twojego dziadka.
- Sprawdziłaś, czy nie jest zatruty? - zapytał Kip.
- Kip.
- Masz rację, wolałby dostarczyć truciznę osobiście.
- To zaproszenie.
- Na moje własne samobójstwo?
- "Najszlachetniejszy lord Andross Guile, wyniesiony przez Światło
Orholama na Promachosa Zjednoczonych Siedmiu Satrapii, najwyższy lord
kardynał, pan Ruthgaru et cetera...". Naprawdę napisano "et cetera",
jakby się streszczał. I reszta wydaje mi się napisana przez niego
osobiście? - Podała list Kipowi, który szybko wciągnął tunikę przez
głowę.
Tisis zajęła się różnymi sznurówkami i wiązaniami, kiedy on czytał.
Oczywiście mieli od tego służbę, ale Tisis lubiła się nim zajmować. On
to też lubił. Te ulotne chwile bliskości, normalności, to skarb,
pomyślał.
Coś nim wstrząsnęło, gdy zobaczył bazgroły na stronach.
- Rety...
- Prawda? - powiedział Tisis.
- Nie, nie, jeszcze nie przeczytałem po prostu... Miałem dziwne
wrażenie, przebłysk, ale nie wiem czego. Jakby ktoś wrzucił nasionko do
mojego umysłu, ale ubił ziemię tak mocno, że nie może się przebić na
powierzchnię. Jakbym już widział ten charakter pisma... - W karcie.
Pokręcił głową, jakby chciał ją oczyścić z pajęczyn. - Sprawdzono, czy
nie ma w nim magii, prawda?
- Więcej niż raz. W każdym spektrum. Nawet chi.
To sprawiło, że Kip dotknął wisiorka na szyi. Dwa razy sprawdził, czy
nie ma dziurek w galu.
Nie było.
W porządku, nie ma powodu, żeby pierś tak mu się zaciskała. To tylko
list.
Od najbardziej kontrolującego i złego człowieka, jakiego poznałem
osobiście.
List brzmiał: "Kip, czy wyświadczysz mi ten zaszczyt i wielką
przyjemność i przyłączysz się do mnie na kilka partyjek Dziewięciu
Króli?".
Kip nie mógł powstrzymać uśmiechu. Co jest, u diabła?
"Obawiam się, że to nasza ostatnia okazja do rozgrywki i musimy szczerze
porozmawiać. Brakowało mi twojego towarzystwa, chociaż zrozumiem, jeśli
nie odwzajemniasz tego uczucia. Byłbym ogromnie uradowany, gdybyś
dołączył do mnie natychmiast po kolacji. Oczywiście możesz przyjść z taką ochroną, jakiej potrzebujesz, chociaż zagramy sami. Chciałbym także
poznać na nowo twoją małżonkę. Może jutro przy śniadaniu?".
- Jest co przetrawić, nie? - powiedziała Tisis. - Zwłaszcza ten kawałek
z poznaniem mnie "na nowo".
Ostatni raz, kiedy Andross i Tisis byli razem w jednym pomieszczeniu,
stary Guile tak to zaaranżował, żeby Kip wszedł akurat, kiedy ona
dotykała go pod przykryciami w łóżku.
- Właściwie to mi się podoba - odpowiedział Kip. - Chętnie
zapomniałbym... o tamtym epizodzie.
Tisis się skrzywiła.
- Nadal jestem po części zażenowana, a po części chcę go spoliczkować.
- Bardzo chciałbym to zobaczyć.
- To by jednak sprowokowało pytania, których nie chcę słyszeć od ludzi -
odparła Tisis. - Musisz iść, co?
- To zbyt dziwne - powiedział Kip. - Chciałbym powiedzieć, że to
podróbka, tak bardzo nietypowy jest ten ton dla niego... ale fałszerz
nie wybrałby takiego tonu, prawda?
- Wątpię.
- W wypadku każdego innego uznałbym, że staruszek próbuje naprawić nasze
stosunki przed śmiercią, ale...
- Ale nie Andross.
- Nie, nie on. Nie Mistrz.
I znowu to poczuł - w jego pamięci wibrowało coś, czego nie mógł
uchwycić. Mistrz.
- Posłaniec przepraszał, powiedział, że przyszedł najszybciej, jak
zdołał. Jeśli jednak macie spotkać się po kolacji, to musisz wyjść zaraz
po tym, jak skończymy cię ubierać. Myślisz, że to pułapka?
- Nie potrzebują pułapki. My już wpadliśmy w sieć.
- Nie mogę iść z tobą, prawda?
- Jeśli zginę, musisz wydostać naszych ludzi z wyspy. W przeciwnym
wypadku zostaną, żeby mnie pomścić. Wiesz, jacy są ludzie z Krwawej
Puszczy.
- Ja też walczyłabym, żeby cię pomścić, wiesz? - powiedziała,
wygładzając mu włosy. - Sama jestem z Krwawej Puszczy.
- Jeśli do tego dojdzie, będziesz walczyć z piórem w jednej ręce i berłem w drugiej - odpowiedział Kip. - W ten sposób narobisz o wiele
większych szkód.
- Wiem, lecz to nie musi mi się podobać. - Przełknęła ślinę, a on
dostrzegł wtedy, jak bardzo Tisis boi się o niego. Zobaczył dzielność, z jaką panuje nad tym strachem.
Poprawiła mu lekki kaftan - rzecz niezbędna, jak go zapewniła, mimo
ciepłego wieczoru - i schowała wisiorek. Wreszcie zasznurowała mu rękawy
przy nadgarstkach, żeby ukryć tatuaż żółwio-niedźwiedzia, i spryskała
pachnącą wodą.
- Pamiętaj, jak się poruszasz. Ramiona wyprostowane, jakby sznurek
ciągnął cię za czubek głowy - powiedziała, ale on słyszał tylko "kocham
cię, kocham cię".
- Jakbym był marionetką - odpowiedział, uśmiechając się do jej odbicia w lustrze.
Oddech jej się rwał.
Odchrząknęła i nadal patrząc na jego odbicie w lustrze, powiedziała:
- Unieś lewą rękę.
- Gdy będę szedł?
Zdzieliła go w głowę, ale z uśmiechem.
Uniósł rękę.
- Którą rękę uniósł mężczyzna w lustrze? - spytała.
- Ehm... prawą? - zapytał Kip. Nie zamierzał wypowiedzieć tego jak
pytania. Spróbował raz jeszcze i natychmiast poczuł się jak dureń. -
Tak, zdecydowanie swoją prawą.
- Wiesz dlaczego? Nie, nie patrz na mnie w taki sposób.
Patrzył na nią w "taki sposób". Nie mógł temu zaprzeczyć.
- Z powodu naszych oczu i tego jak światło odbija się... i tak dalej? To
znaczy światło płynie dobrze, ale my obracamy obraz, kiedy wyobrażamy
sobie prawdziwą postać w lustrze. Dlaczego marszczysz czoło?
- Nie, to aluzja. - Pokręciła głową. - Obawiałam się tego spotkania od
dawna.
- Tak?
- Próbowałam cię na nie przygotować.
- Ehm...
- Kip, istnieją dwa rodzaje zwierciadeł, jakich człowiek powinien się
obawiać, bo oba narzucają mu swoją wolę i potrafią sprawić, że człowiek
nawet nie zdaje sobie sprawy, że nie są obiektywne i pasywne. Postać w lustrze, która unosi niewłaściwą rękę, to wskazówka, że między
rzeczywistością a postrzeganiem rzeczy mogą ulec zniekształceniu.
- Pamiętam. Ten pierwszy rodzaj w każdym razie. - Miała na myśli
prawdziwe lustra, w których jego własne zniekształcone postrzeganie może
potwierdzać kłamstwa na jego temat, podczas gdy on będzie wierzyć, że
widzi prawdę obiektywną.
- Drugi rodzaj to szacunek innych ludzi. Oceniamy siebie według tego,
jak inni nas widzą, i często to dokładnie to, czego potrzebujemy, żeby
poprawić błędy w naszej samoocenie. Ale ty zobaczysz się z Androssem
Guile.
- To nie jest człowiek, który ma wiele szacunku dla innych.
- To dziesięć razy gorsze. Twoje spotkanie z dziadkiem jest bardziej
niebezpieczne niż stawienie czoła dziesięciu tysiącom wrogów.
- To tylko głupia gra w karty - odparł Kip. - Przegram parę rundek, on
poczuje się lepszy i na tym skończymy.
Mimo to zacisnęły mu się trzewia. Andross zmusi go do zakładu. A on z pewnością przegra.
Tisis cicho westchnęła.
- Uspokajasz mnie czy siebie? - Nie czekała na jego odpowiedź. - Kip,
jest dla ciebie niebezpieczny, bo bardzo go podziwiasz. Pewnie,
nienawidzisz go za to, co zrobił, ale porównujesz się z nim, odkąd
pierwszy raz go spotkałeś. Chcesz być tym, czym jest on. A w gruncie
rzeczy tak bardzo go przerastasz.
- Jest bystrzejszy ode mnie.
- Pewnie. I co z tego? Człowiek o inteligencji zabarwionej pokorą jest
dwa razy mądrzejszy.
- Jest sprytniejszy. Ma więcej znajomości. Jest bardziej władczy. Ma
większą wiedzę. Ma więcej...
- Jest setką rzeczy więcej niż ty! I żadna z nich nie ma znaczenia.
Obawiam się tego, co ujrzysz w jego oczach. Bo on jest zniekształcony.
Ludzie wracają ze spotkań z nim, nienawidząc siebie i nienawidząc
świata. Ludzie spotykają ciebie i wracają z nadzieją. Jesteś tysiąc razy
większym człowiekiem od niego. Bez względu na to, co się stanie. Bez
względu na wszystko.
Kip przełknął ślinę.
- Kocham cię.
- Wiem, gruba pierdoło.
Uniósł brwi, a ona roześmiała się z tego, jak go zaszokowała.
Przypomniał sobie to określenie z ich wcześniejszej rozmowy, kiedy
siebie beształ.
Zaraz jednak Tisis spoważniała. Położyła ręce na jego ramionach i widział, że podoba jej się ich twardość, ich szerokość.
- Pamiętaj, żeby widzieć się takim, jakim jesteś w oczach ludzi, którzy
cię kochają. To mamy na myśli, mówiąc: "Niech Orholam zachowa cię w swoim spojrzeniu". Przysięgnij, że odepchniesz wszystko inne.
- Skarbie, jestem Guile'em - zbeształ ją czule. - Nie potrafię nie
walczyć.
Złapała go, gdy się odwrócił, wbijając mu boleśnie paznokcie w rękę.
- Zatem walcz. Walcz dla nas wszystkich. Kocham cię.
ROZDZIAŁ 77
Quentina nie było w pokoju, ale Teia już była w tej przeklętej wieży,
więc poszła, by poszukać go w starej bibliotece, do której dostęp był
ograniczony. Musiała zameldować o swojej porażce.
Drzwi były zamknięte. Rzecz jasna.
Westchnęła i uchyliła je, jakby to wiatr je otworzył, zerknęła szybko do
środka i pozwoliła, żeby znowu się zamknęły.
Nikogo nie było w zasięgu wzroku.
Zerknęła znowu i zakradła się do środka.
Dźwięk śmiechu ją zatrzymał. Quentin się śmiał? Z kimś?
W pierwszej chwili wydało jej się to bardzo nietypowe, a potem poczuła
się dziwnie - jakby Quentin ją zdradzał.
Podkradła się bliżej, wciągając w opuszki palców paryl. Nie poznała
jednak mężczyzny, do którego podchodziła od tyłu. Wysoki, patykowaty, o długich ciemnych włosach, z ciemną brodą, w okularach, sądząc po
zausznikach na uszach. Workowate żeglarskie spodnie, ale piękna ciemna
tunika - zatem to nie był luksjat. Posłała paryl w jego kierunku,
światło sięgnęło pod jego ubranie i ukazało broń, jaką nosił.
To była istna zbrojownia. Duże pistolety w przedziwnych pochwach na
biodrach, mniejsze w małych uchwytach ze sprężynami w rękawach, noże i łamacz mieczy, dwa osobne komplety okularów.
To nie był uczony, który przyszedł z wizytą.
Nagle pot zrosił jej skórę nad wargą. Czy Quentin ją zdradził?
Współpracował z Zakonem?
- Tu jest całkowicie bezpiecznie - powiedział Quentin. - Nikt tu nie
przychodzi.
Sięgnęła przez salę i wsunęła dwa małe parylowe ostrza w szyję
nieznajomego. Paryl rozjarzył się mocniej, gdy się zbliżyła. Jakaś
dziwna, połamana i naprawiona konstrukcja otulała jego kolano i brzydką
bliznę na nim. Czyżby wyczuwała tam łączenie z otwartego luksynu?
Quentin śmiał się, rozmawiając z kolorakiem?
Ten chłopak był hipokrytą. Myślałam, że cię znam, Quentin.
Teia przygotowała się do drugiego ciosu.
- Nie możesz się spodziewać, że staruszkowie zdradzą ci wszystkie
sekrety bez walki - powiedział nieznajomy, odgarniając pasma włosów za
uszy. A może poprawiał okulary? Coś w jego głosie...
Mężczyzna rzucił się do tyłu, pozostając w krześle, które odchyliło się
ku podłodze. Zanim całkiem by się przewrócił, zaczepił obiema stopami o spód stołu i rozległ się mechaniczny brzęk. Teia złapała się na tym, że
wpatruje się w dwie lufy pistoletów, które wyskoczyły z rękawów
mężczyzny do jego dłoni. Mężczyzna wisiał do góry nogami w odchylonym
krześle. Parylowe ostrza w jego szyi popękały z powodu tego nagłego
ruchu. Jego okulary lśniły podczerwienią. I chociaż wszystko to
wyglądało obco, łącznie z jego okularami, to dobrze znała te oczy.
- Och, cześć, Teio - powiedział Ben-hadad.
Pchnął jeden pistolet na sprężynie, ponownie go chowając, a potem drugi.
- Niech mnie szlag - mruknął. - Pierwszy raz rzeczywiście oba
zadziałały, kiedy tego chciałem. I żaden przypadkiem nie wypalił. To
byłby pech. Och, jednemu wypadł krzemień. No jasne. Znowu. Możesz mi
pomóc się podnieść? Trochę to niezręczne. Quentin, będziesz tam tak
stał?
Quentin wpatrywał się bezradnie w Teię, gdy ta zamigotała i się
pojawiła. Ben-hadad nie był ciężki, ale Quentin stanowił antytezę
muskularności. Nie dałby rady podnieść go sam.
Teia pomogła Benowi usiąść normalnie.
Wstał i uśmiechnął się szeroko.
- Tylko na mnie spójrz, co?
- ...Aha... właśnie...
- Niech mnie diabli, Teia, spójrz na siebie - powiedział Ben-hadad. -
Założę się, że już nikt nie nazywa cię "małą".
Nikt w ogóle się do mnie nie odzywa.
- Nie. Wróciłeś. Wróciliście?
- Wróciliśmy. Przybyliśmy z odsieczą.
Żartował? To nie było zabawne.
- Założę kapelusz damy, która jest w opałach. Jak się coś takiego
nazywa?
- Czepiec? - zgadywał Quentin. - Wybacz. Nie zwracajcie na mnie uwagi.
Mnie tu nawet nie ma.
- Nie, nie przybyliśmy ratować ciebie. W mordę. Musimy uratować nas. W głowie mi się nie mieści, ile razy narzekaliśmy, że cię z nami nie ma.
- Tak? - spytała.
Nagle gardło jej się zacisnęło. Stali blisko, ale żadne z nich nawet nie
drgnęło, żeby objąć to drugie. Nagle poczuła się tak, jakby miała się
rozpłakać.
- Wy wszyscy mówisz?
- Tak, Kip też wrócił.
- Nie, nie, pytam, czy wszyscy wróciliście. Wszyscy? Wszystkim się
udało?
- Ach, jasne. Wszyscy mają się znakomicie. Z wyjątkiem Winsena, ale z nim od początku było coś nie tak. Właściwie to próbowaliśmy załatwić mu
parę solidnych ciosów w głowię, może to by mu trochę pomogło.
Teia uśmiechnęła się blado.
- Żartuję. Właściwie to nawet Win nie jest takim dupkiem, jak bywał.
Odrobinę. Przeważnie.
- Czasem?
- Aha, tylko czasem - przyznał Ben-hadad.
- Ale nic wam nie jest? Serio?
- Yhm, właściwie to ja najbardziej oberwałem, odkąd odpłynęliśmy. -
Wskazał na konstrukcję na kolanie ukrytą pod workowatymi spodniami. -
Chociaż chyba widziałaś, jak oberwałem. Teraz przynajmniej mogę chodzić.
Nawet biec, kiedy nie da się tego uniknąć. Zwykle, bo teraz stabilizator
mi trochę szwankuje, ale niedługo wszystko będzie dobrze.
- Serio?
- Sporo przeszłaś, co? - powiedział Ben-hadad, przyglądając jej się
uważnie.
- Czy Quentin ci powiedział...?
- Nie, nie - zapewnił ją Ben-hadad, a Teia zauważyła, że nie tylko stał
się pewniejszy siebie i wyglądał doroślej, ale też cierpienie
utemperowało jego arogancką inteligencję.
- Ty też sporo przeszedłeś - powiedziała Teia.
- Trochę - odpowiedział i posłał jej przelotny, smutny uśmiech. -
Przynajmniej miałem Mocarzy. Nawet jeśli jeden z nich to Winsen.
- Ha! Wolałabym być sama! - powiedziała Teia, ale słowo "sama" odbiło
się echem od ścian i uderzyło ją rykoszetem w pierś.
Ben-hadad zmarszczył nos.
- Nie, nieprawda. Prawda?
- Prawda. - Teia odwróciła wzrok. Nie mogła się załamać. Ben nie
wiedział, co zrobiła. Nie mógł udzielić jej rozgrzeszenia. - To jak się
mają pozostali?
- U Kipa wszystko dobrze - odpowiedział Ben-hadad.
- Nie o to pytałam, ale skoro już zacząłeś, to pewnie, zacznijmy od
niego. Jak się miewa? - mówiła z podziwu godnym spokojem. Niczym nie
zdradzała faktu, że serce podeszło jej do gardła.
- Szczęśliwy żonkoś.
- Ja nie...! Nie pytałam... Daj spokój, Ben! Nie bądź taki.
- Teia, znam cię. W porządku. Chciałaś to wiedzieć i z radością ci
mówię. Chcesz coś o niej usłyszeć?
- Nie! Naprawdę nie. - Zaklęła. - Może trochę?
- Należy teraz do Mocarzy. Już od jakiegoś czasu.
- Aha.
Naprawdę zajęła moje miejsce we wszystkim, co kochałam, co?
- Nie potrafi w ogóle walczyć, ale ocaliła nam życie pewnie więcej razy
niż my jej. To dlatego jesteśmy Mocarzami, nie? Różne siły, wszystkie
ciągnące w tym samym kierunku.
- Aha, jasne, to świetnie. - Dla was. Dzięki, że mi przypomniałeś, czego
ja nie mam, ty durny palancie.
- Nie wiedzieliśmy, że miałaś niby wyjechać, czy coś w tym guście, więc
Tisis myślała, że mogę znaleźć cię na służbie. Dała mi coś dla ciebie.
- Dlaczego sama tego nie przyniosła? - zapytała podejrzliwie Teia.
- Zakon przysłał drużynę, żeby zabiła Kipa w Krwawej Puszczy, dlatego ze
względu na nich i innych naszych wrogów postanowiliśmy, że wszyscy nasi
przywódcy nigdy nie powinni przebywać w tym samym miejscu. Trzyma się
tak daleko od Chromerii, jak to możliwe, nadal przebywając na Wielkim
Jaspisie.
- Oni... co?!
- Aha, właśnie. Mamy sporo do omówienia. Możemy więc wrócić do tego, jak
Quentin mówi mi, jaki jestem diabelnie inteligentny?
- Uważaj na język, proszę... - Quentin się skrzywił.
Ben-hadad spojrzał na niego zdziwiony.
- Nic mu nie przeszkadza z wyjątkiem słów, które obrażają Orholama albo
słuchacza - wyjaśniła Teia. - Czy jakoś tak.
- To nieco bardziej skomplikowana kwestia... - zaczął Quentin.
- Odpuść sobie - przerwała mu Teia. - Odpuśćcie sobie obaj. Ben? O czym
mówisz? Czym znowu błysnąłeś?
- Proszę - powiedział, sięgając do plecaka. Wyjął złożony kawałek
materiału. - To był pomysł Tisis, ale... - Rozłożył go. To była naszywka
Mocarzy. - Wszyscy chcieliśmy, żebyś wiedziała. Nie popłynęłaś z nami,
ale w dalszym ciągu wszyscy uważamy, że jesteś jedną z nas. Cruxer mówi,
że zbyt długo byłaś nieobecna. Powiedział, że każe ci tak długo biegać,
aż zaczniesz szczać krwią, czy coś w tym stylu. Nie wiem o co chodzi, to
jakieś powiedzonko, które podłapał od ojca. Oczywiście on nie powiedział
"szczać".
Wzięła naszywkę w drżące ręce i łzy napłynęły jej do oczu.
- A teraz, Quentin, powiedz jej, że jestem genialny!
- Nikt temu nie zaprzecza - powiedział Quentin - chociaż nikt jeszcze
nie stoi w kolejce, by poprzeć to twierdzenie.
Teia znała Quentina na tyle, żeby wiedzieć, że się droczy, ale ten żart
pomógł jej odepchnąć łzy.
Może Quentin też ją trochę poznał.
- To ma znaczenie, co? - warknęła.
- Pewne - odparł Quentin.
- Pewne?! - oburzył się Ben-hadad.
- Nasz jednonogi przyjaciel, jak się okazuje, jest całkiem niezły w czytaniu schematów i o wiele lepiej zna się na historii inżynierii niż
ja. To naprawdę żenujące. Wygląda na to, że całkowicie pominąłem
odnośniki podczas lektury. Okazuje się, że w czasie budowy Chromerii
stosowano kilka jednostek miary, a różne zawody preferowały różne
jednostki. Istniały przeliczniki, ale to zawsze wiązało się z pewną
niedokładnością.
Teia nie miała pojęcia, o czym Quentin mówi, ale czasem szybciej było,
kiedy po prostu kiwała głową i mu nie przerywała. Był wręcz idiotycznie
podekscytowany spotkaniem z kimś, kto okazał się bystry w dziedzinie, na
której sam się nie znał. W takim stopniu, że prawie zaraził Teię swoim
entuzjazmem. Prawie.
- To był znany problem, więc stosowano poprawki przy projektach na dużą
skalę takich jak ten, ale główny inżynier kazał zespołom pracować poziom
po poziomie i celowo nie stosował poprawek koniecznych przy przeliczaniu
i na każdy poziom sprowadzał swoich mistrzów ciesielki i murarki, żeby
wszystko "naprawili" i ukryli błędy.
- Ale - odezwał się Ben-hadad, wreszcie zaczynając swoją historię -
pewne rzeczy muszą naprawdę znajdować się tam, gdzie plany wskazują, że
powinny się znajdować: przewody kominowe nad paleniskami kuchennymi,
otwory do studni świetlnych w klasach, kryształy sygnałowe i tak dalej,
zgadując więc, które rzeczy to są, wiedząc, ile wynosi całkowity błąd,
można się zorientować, że ukryte pokoje będą się znajdowały wysoko na
wieży, gdzie błędy się zsumują. Może jeszcze kilka kryje się głęboko w podłożu skalnym pod wieżą.
- Nie w piwnicach - powiedziała Teia. Serce podeszło jej do gardła. -
Muszą znajdować się wysoko. Tak, żeby dostęp do nich był szybki.
- Quentin powiedział, że właśnie tego szukałaś. No to chodźmy.
- Chodźmy? - zdumiała się.
- Aha. - Ben-hadad wskazał kartki z jego notatkami i równaniami. - Mam
dziesięć, może jedenaście pomysłów na cztery do dziewięciu pomieszczeń,
zależnie od ich wielkości. Mogę jeszcze przez cztery godziny dopieszczać
równania, żeby zorientować się, co jest najbardziej prawdopodobne,
albo... możemy po prostu ich poszukać.
Teia poczuła się, jakby nagle zdjęto jej z ramion ogromny ciężar.
Mocarze wrócili. Jej chłopcy wrócili, a jej absolutna i skrajna porażka
w odnalezieniu gabinetu Starca mogła zostać w magiczny sposób naprawiona
dzięki genialnym równaniom Ben-hadada.
Po raz pierwszy od tak długiego czasu, że wydawało jej się, że po raz
pierwszy w ogóle, poczuła w piersi trzepot wyciągających się,
delikatnych skrzydeł nadziei.
ROZDZIAŁ 78
Kip wszedł do apartamentów promachosa Androssa Guile odziany do
jedwabnej wojny. Według wskazówek Tisis został ogolony, wyszorowany,
namaszczony olejami, przycięto mu paznokcie, włosy, wymasowano mięśnie,
rozciągnięto stawy, zmierzono, porównano odcień cery i oczu z różnymi
tabelami, pokazano jej do oceny różne tkaniny różnej barwy i rodzaju.
Potem Tisis kazała mu wykonać różne pompki, przysiady i podciągania.
Znowu kazała mu się wykąpać, jeszcze raz kazała robić pompki, kiedy
siedziała mu na plecach, obrzuciła go krytycznym spojrzeniem po raz
ostatni, skinęła głową, poprawiła mu tunikę, założyła pochwę na okulary,
ostatni raz sprawdziła jego fryzurę i wypchnęła go za drzwi.
Czuł się idiotycznie. Widział się z Androssem wczoraj bez żadnych takich
cyrków. Ufał jednak Tisis, nawet jeśli czuł, że jego górna połowa ciała
jest tak opuchnięta, że musi obracać się w bok, żeby przejść przez
drzwi.
Cruxer zapukał zamiast niego i powitał ich Grinwoody, który zaprosił ich
do środka ze swoim typowym oślizgłym uśmieszkiem.
Komnaty Androssa nie były obskurne i ciemne, jak kiedy Kip przyszedł tu
po raz pierwszy. Teraz lśniły, rolety w oknach podniesiono, żeby wpuścić
światło.
- Witaj, wnuku! Jak dobrze, że przyjąłeś moje zaproszenie - powitał go
Andross, jakby byli normalną rodziną.
Podszedł i złapał Kipa za ramiona i zdziwił się przelotnie, czując,
jakie są twarde.
- Widzę, że rzeczywiście dobrze się miewasz. Naprawdę dobrze dla ciebie
wybrałem - powiedział Andross.
- Tak, mój panie? - zapytał Kip.
- Twoją żonę. Widzę, że to jej robota. Kiedy wyjechałeś... nie byłeś
tym, kim jesteś teraz, tak to ujmijmy.
Kip nie był do końca pewien, czy dziadek jakimś cudem wie o przysiadach,
czy ma na myśli coś całkiem innego.
- Tak?
- Odchudziła cię. Uszczęśliwiła. Pokazała ci, jak odpowiednio się
ubierać. Wcześniej byłeś Guile'em z ducha, ale tylko z ducha. Nie mogłeś
być naprawdę Guile'em, dopóki nie zacząłeś wyglądać jak Guile. Jesteśmy
przystojną rodziną i to ma znaczenie. Miałem nadzieję, że piękna żona
może zainspirować cię do zrobienia czegoś ze sobą. Widzę, że to
zadziałało. I z tego, co słyszę, nie powiodłoby ci się tak dobrze, gdyby
sprowadzała się tylko do ładnego ciała. Nie masz pojęcia, jak się z tego
cieszę. To wydawało się okropnie niesprawiedliwe, żeby siostra Eirene
Malargos słynęła z bezmiernej głupoty. Miałem nadzieję i zaryzykowałem,
obstawiając, że to nie jest prawda.
Co ja tu tak naprawdę robię?
Jak Kip mógł zapomnieć, co znaczy znosić pełen impet zgryźliwej
osobowości Androssa?
- Jak w górze, tak i na dole, hę? - powiedział Kip.
- Co proszę? - Andross wskazał mu miejsce. - Siadaj, proszę.
- Jak Orholam rozpostarłeś przede mną drogę. Ja tylko ją przebiegłem. -
Czy naprawdę będą udawać, że Andross dobrze życzył Kipowi? Że wszystkie
błogosławieństwa, jakie płynęły z małżeństwa, były celem starego
Guile'a?
Kip usiadł na krześle, które pewnie więcej kosztowało niż jego dom w Rektonie, i powiedział:
- Cieszę się, że małżeństwo scementowało także nasze związki z rodziną
Malargos i nie dopuściło, by Ruthgar oddzielił się od nas, zawierając
pokój z Koiosem.
- Cóż, nie każdy może zacząć małżeństwo od miłości, a już na pewno nie
biedni grubi chłopcy z najdalszych zakątków cesarstwa.
- Właściwie to biedni grubi chłopcy z Tyrei mają spore szanse ożenić się
z miłości. To cała reszta rzeczy znajduje się poza ich zasięgiem.
Andross zamilkł na chwilę.
- Zdam się na twoje większe doświadczenie w tej kwestii. Niemniej
gratuluję, że tak dobrze przyswoiłeś sobie to, co ci dałem.
Nagle Kip zapragnął zagłębić pięść w uprzejmej, protekcjonalnej twarzy
dziadka.
- Przyniosła mi wiele radości. Dziękuję - odpowiedział tylko,
uśmiechając się, jakby starzec był zdziecinniały i trzeba było mu
ustępować.
Andross to spostrzegł i radosne poczucie wyższości zniknęło z jego
twarzy. Zaraz odzyskał nad sobą panowanie. Pomachał palcem i odwrócił
się. Grinwoody przytoczył do nich stół z opisanymi taliami i tabelami
punktacji do modyfikowania talii.
- Miałeś niedawno okazję do gry? - spytał Andross.
- Żadnej, ale myślę, że patrzę teraz na niektóre karty z innej
perspektywy. Nie jestem pewien, czy to pomoże mi w grze, ale przydało
się w życiu.
- Nie różnią się aż tak bardzo - odparł Andross. - Życie i gra.
- A ja myślałem, że pracujemy nad tym, żeby temu zapobiec.
- Mianowicie? - zapytał Andross.
Kipowi nieco ulżyło, że dziadek nie podąża dzisiaj za każdą jego myślą.
Potrafił działać na nerwy.
- Próbujemy zapobiec ponownemu pojawieniu się dziewięciu króli?
- Ha! Racja.
- Promachosie Guile. Obaj wiemy, że lepiej grasz w Dziewięciu Króli niż
ja. Jesteś też promachosem. Możesz rozkazem uzyskać ode mnie prawie
wszystko, a ja będę musiał po prostu się zgodzić. Chętnie zagrałbym z tobą, nie narażając niczego, może poza posiniaczeniem swojego ego.
Jednak nie dzisiaj. Może ty już zrobiłeś wszystko, co trzeba, żeby
przygotować się do nadchodzącej bitwy, ale nie ja. Każda gra z tobą
toczy się o stawkę, na którą nie mogę sobie pozwolić, z talią, która
jest ułożona przeciwko mnie. Nie będę grał.
Andross spojrzał rozbawiony.
- Niezła zagrywka.
- Dziękuję.
- Którą z góry ci odebrałem.
- Słucham?
- Kip, myślisz, że jesteś pierwszym młodym człowiekiem, który odkrył, że
rozrywki starszych są ustawione przeciwko niemu? Myślisz, że pierwszy
wściekasz się na grę, widząc, że jesteś nie najlepszym graczem?
- Posłuchaj, starcze...
- Tak, jestem stary, a ile ty masz teraz lat? Zacząłeś już choćby
dwudziestkę?
To zamknęło Kipowi usta. Nie zamierzał nawet odpowiadać.
- Nawet w naszym świecie, gdzie krzesiciele i dzieci z arystokratycznych
rodzin, co najczęściej oznacza jedno i to samo, muszą wcześnie dojrzeć,
jesteś wciąż bardzo, bardzo młody.
- Mój wuj Dazen podpalił świat, zanim miał tyle lat co ja. A mój...
- Uważasz to za osiągnięcie? - przerwał mu Andross, nim Kip zaczął mówić
o dokonaniach swojego ojca.
- Naginał świat do swojej woli.
- Nie, nie naginał. Nawet go nie podpalił. Dostarczył iskry, która padła
na jedną beczułkę prochu pośród setek. Zaprosił innych podpalaczy pod
swój sztandar, bo desperacko potrzebował poparcia, a oni zjawili się, bo
stare żale nadal były silne.
- Zapędziłeś go w kozi róg - powiedział Kip. - I nie zrobiłeś nic, żeby
rozproszyć ten proch, chociaż miałeś taką możliwość. To była twoja
porażka.
- Może znasz historię gorzej, niż ci się wydaje. Przypisujesz mi większą
władzę, niż miałem w tamtym czasie.
- Czyżby?
- Sam przybyłem z zewnątrz. W niczym ciebie nie przypominałem. Zacząłem
od najniższych stopni arystokracji, żeby dotrzeć tu, gdzie teraz się
znajduję. Musiałem ryzykować raz za razem w sposób, od którego klejnoty
by ci ścierpły. Nie zawsze wygrywałem. Kiedy wybuchła wojna, nadal byłem
potwornie zadłużony z powodu łapówek, które były ceną za wejście do
Spektrum, a przy stole siedzieli doskonali gracze, którzy widzieli moje
nadejście i życzyli mi przegranej, jeśli nie śmierci. Widzisz mnie teraz
i wierzysz, że zawsze taki byłem.
- Nie, mam nadzieję, że nie byłeś. Nie powiedziałeś mi, jak pozbawiłeś
mnie szansy, żeby po prostu wyjść i nie grać.
Oczy Androssa rozbłysły, ale potem nagle się uśmiechnął i tym razem
uśmiech rozjaśnił mu oczy.
- Oto dlaczego brakowało mi gry z tobą. Zapewniasz mi tę trudną
przyjemność grania z przeciwnikiem, który zmusza mnie do maksymalnego
wysiłku.
Kip wbrew sobie przypomniał sobie wszystkie chwile, kiedy rzeczywiście
brakowało mu sparingów ze starcem. To jednak było szaleństwo. Nie miał
na to czasu.
- Jednak, żeby odpowiedzieć na twoje pytanie: pozbawieni związków młodzi
mężczyźni są destabilizujący - zaczął Andross. - Jak miłośnik ognia,
który podpala domy dla przyjemności i nie ma nic przeciwko temu, jeśli
płomienie zagarną i jego, młody człowiek może powiedzieć ci, żebyś
poszedł się chędożyć, nawet jeśli to najgorsza rzecz, jaką może zrobić
dla własnych interesów. To dlatego młodzi ludzie idą na wojnę. To
dlatego rujnują się, uprawiając hazard. Dlatego skaczą z wysokości, żeby
zaimponować innym, i przez następne pięćdziesiąt lat chodzą z bólem po
obrażeniach. Każdy, kto może zabić się, żeby cię zranić, jest
niebezpieczny, trudny do przewidzenia. Byłeś jednym z nich. Już nie
jesteś. Jak myślisz, dlaczego dałem ci żonę? Dlaczego dałem ci Mocarzy?
Jak myślisz, dlaczego pozwoliłem ci zebrać własną armię i odnosić z nią
sukcesy? Bo każdy związek to kajdany. Każda dodatkowa rzecz, którą
kochasz, sprawia, że łatwiej cię przewidzieć.
- Nie dałeś mi żadnej z tych rzeczy - powiedział Kip.
- Nie?
Oż kuuurwa...
Oczy Androssa zabłysły, gdy dostrzegł wątpliwość w twarzy Kipa. Zaraz
podjął wątek:
- Miałem nadzieję, że do tej pory będziesz miał już dzieci w drodze.
Uznałem, że młody człowiek, który dorastał bez ojca, nie chciałby
porzucić własnego dziecka. Masz jednak żonę, o którą się troszczysz, i przyjaciół, których chciałbyś oszczędzić.
Kip nie chciał wierzyć, że szczęście, jakim się cieszył, zawdzięcza
Androssowi Guile, i wiedział, że ten człowiek jest gotowy przypisać
sobie zasługi za coś, czego nie zrobił, ale był mistrzem.
To określenie znowu zapulsowało w głowie Kipa: Mistrz.
Karta. Jednakże nie obudziła żadnych dalszych wspomnień ani wizji.
- Wiesz, że jesteś nie do zniesienia, prawda? - zapytał Kip.
- Powszechna cecha u Guile'ów.
Kip pokręcił głową, próbując powstrzymać uśmiech. Do diabła.
- Jak ty to robisz?
Andross poczekał, aż Kip sprecyzuje pytanie.
- Jakim cudem lubię cię po tym wszystkim, co zrobiłeś? Powinienem... -
Czuć do ciebie odrazę, pomyślał Kip, ale to nie była chwila na mówienie
takich rzeczy.
- Woda szuka właściwego poziomu - odparł Andross.
- Co to ma znaczyć?
- To znaczy, że zagramy trzy razy.
- To w żaden sposób nie daje odpowiedzi na moje pytanie.
- Pierwsze dwie rozgrywki będą o stawkę dostatecznie wysoką, żebyś się
zaangażował, nim skończymy trzecią, zrozumiesz, dlaczego nie tylko były
warte czasu, jaki mógłbyś poświęcić na przygotowanie do bitwy, ale też
zrozumiesz, że to, czym się zajmowaliśmy, najpewniej zdecyduje o przebiegu bitwy.
- Stoimy po tej samej stronie - powiedział z niedowierzaniem Kip. -
Jeśli chcesz, żebym coś zrobił, po prostu poproś.
- Chcę, żebyś rozegrał ze mną trzy partie, które zdecydują o losach
świata - odpowiedział Andross.
Kip sam się w to wpakował. Zastanawiał się chwilę. Czym dysponował, co
pozwoliłoby mu odmówić?
- Proszę - dodał Andross. Posłał mu zimny, gadzi uśmiech.
- Skoro tak ładnie prosisz.
- Stawką w naszej pierwszej rozgrywce będą sekrety. Sekret za sekret.
Jeśli wygram, powiesz mi, co się stało ze wszystkimi kartami Janus
Borig. Wszystko, co wiesz. Łącznie z tymi, które przemilczałeś ostatnim
razem.
To brzmiało podejrzanie niestrasznie, chociaż Kip wiedział, że musi się
kryć w tym coś więcej.
- Rozumiem. A jeśli ja wygram?
Andross obrócił od niechcenia pierścień na palcu.
- Opowiem ci historię twojej matki.
- Masz na myśli moją prawdziwą matkę.
- Cóż, jeśli chcesz poznać prawdziwą historię Karris, to musisz zapytać
ją samą. Myślę, że są pewne rzeczy, jakich mógłbyś dowiedzieć się na
temat Kataliny Delaurii, które zmieniłby to, co do niej czujesz.
- Co masz na myśli?! Co wiesz na temat mojej matki? - zapytał ostro Kip.
Przysięgał, że matka już go nie obchodzi, ale emocje zapłonęły w nim tak
gorąco i tak szybko, że zrozumiał, że się oszukiwał.
- Teraz znacznie więcej, niż wiedziałem miesiąc temu. Odwiedził mnie
ojciec Liny. Nadzwyczaj oświecające doświadczenie.
- Mam jeszcze jednego dziadka?!
- Tragiczna historia. Lina i Asafa byli ze sobą bardzo blisko.
Korespondowali, dopóki ona nie uznała, że to zbyt niebezpieczne. To
oczywiście miało miejsce długo po jej ucieczce. Chciałby cię poznać. A ty chciałbyś go poznać?
Uciekła?
Zbyt niebezpieczne?
Kip miał jeszcze drugą rodzinę?!
Jego dziadek nazywał się Asafa? Kip mógł go poznać?
Pytania zgromadziły się stosem, rzucając serce Kipa na wiatr - dopóki
nie zobaczył zimnego, zadowolonego z siebie uśmieszku Androssa.
To była najbardziej ulubiona rzecz Androssa Guile na świecie, prawda?
Pozbawianie ludzi równowagi, rządzenie nimi dzięki swojej rozleglejszej
wiedzy, manipulowanie nimi. To była jego prawdziwa gra.
- Nadchodzi bitwa. To wszystko nie ma znaczenia - odpowiedział Kip.
- Lubię planować na przyszłość, nawet jeśli wydaje się, że żadnej nie
będzie. To sprawia, że wychodzimy z tego silniejsi.
- Zamierzasz oszukiwać? - zapytał Kip.
- Tylko jeśli mi pozwolisz - powiedział Andross. - Znasz wariant
Keffela?
- Słyszałem o nim. - To był zestaw zwyczajowych zasad do szybkiej
rozgrywki. Nigdy w to nie grał.
- Stanowi dobrą analogię. I dzięki temu będziesz miał szansę, że ci się
poszczęści.
- Klasyczne talie? - spytał Kip.
W wariancie zaczynało się rozgrywkę w południe, a nie rano, kiedy można
od razu zagrać większością najmocniejszych kart, i na początku ciągnęło
się siedem kart, ale trzeba było pozbyć się aż trzech. Przy klasycznej
talii można było mieć pewne wyobrażenie, do czego będzie zmierzał
przeciwnik. Typowe rozgrywki sprowadzały się do ciężkiej walki.
- Nie, moje talie.
Grinwoody natychmiast zaczął zgarniać karty ze stołu, jakby zostawiono
je tam po nic.
Oczywiście, dupek. Kładąc tak wiele kart na stole, Andross zwiódł Kipa,
który uwierzył, że będzie mógł ułożyć własną talię. A tak okazało się,
że to kolejny sposób pozbawienia go równowagi.
- Tradycja mówi, że gość może wybrać parę talii, prawda?
- Tak... znam ten zwyczaj - przyznał Andross.
- Miałeś nadzieję, że ja go nie znam? - zapytał Kip i posłał mu
przelotny uśmiech.
Andross odetchnął.
- Złojenie ci skóry będzie przezabawne. Wiesz, że raz zniżyłem się do
tego, żeby zagrać z Grinwoodym? Tak dobrze radzi sobie z wieloma
zadaniami i niewątpliwie widział mnie przy grze tysiąc razy. A jednak
był beznadziejny.
- Prawie tak kiepski jak ja?
Andross znowu się uśmiechnął.
Grinwoody nic nie powiedział, ale przyniósł teraz ciężką tacę i sprawiał
wrażenie, jakby z racji wieku ledwie sobie z nią radził. Postawił ją na
stole do gry i zdjął przykrywkę. Ukazały się liczne talie, wszystkie
schludnie ułożone na złotogłowiu.
- Ty wybierasz parę, ja wybieram talię.
- Możesz dać mi chwilę? - zapytał Kip i zaczął przeglądać talie.
- Jak sam stanowczo wskazywałeś, nie mamy na to całego dnia - powiedział
Andross, kiedy Kip zamarł w połowie przeglądania drugiej talii.
- Oczywiście, dziadku - odpowiedział Kip. - Po prostu minęło trochę
czasu. Gambit Zielone Jabłko? - zapytał, wskazując na talię w ręce.
- Z czterema substytutami - odpowiedział Andross. - Normalnie jest dość
powolna. Zawsze uważałem, że przydałaby się w niej trzecia droga do
zwycięstwa, ale nigdy w swoich rozgrywkach jej nie wybierałem.
- Nigdy jej nie potrzebowałeś?
- Zwykle miałem szczęście - odpowiedział Andross.
To była chyba pierwsza skromna uwaga, jaką Kip kiedykolwiek słyszał,
żeby padła z jego ust.
Do diabła. Andross zebrał legendarne talie, ale potem zastosował własne
poprawki.
- Ciernie i Ogień. Nieźle - powiedział Kip, przeglądając karty. - Ale...
ma mnóstwo substytutów. - Zmarszczył brwi.
Jego pozycja była gorsza, niż myślał. Nie miało znaczenia, jak dobrą ma
pamięć, kiedy czas tak naglił. Przeanalizowanie każdej talii, porównanie
jej z klasyczną talią i ocena jej silnych stron, a potem odrzucenie
większości komentarzy, jakich nauczył się na pamięć, żeby ocenić, jak
silna się okaże dana talia w tym dziwnym wariancie rozgrywki?
- Potrzebowałbym kilku dni, żeby przygotować się do tego stosownie...
Och, rozumiem. To odpowiednik naszych przygotowań do ataku Białego
Króla. Nie mam tyle czasu, ile bym chciał, więc co mam zrobić?
Andross pstryknął palcami, a Grinwoody po coś wyszedł.
- Być może za dużo wyczytujesz z tej gry.
To nie było w porządku, ale Kip się na to zgodził. Czas poświęcony na
narzekanie to czas zmarnowany.
Musiał uznać dziwne zasady za część tej gry, a nie warunki gry. Musiał
wybrać dwie talie, z których Andross wybierze tę, którą zechce.
Większość ludzi uznałaby, że w tej sytuacji najlepiej wybrać dwie jak
najbardziej równe talie. I dla równie dobrych graczy to rzeczywiście
byłby najbardziej logiczny wybór.
Jednakże dlaczego Andross wybrał ten wariant? Dlaczego te talie?
Gdy zamienił to neutralne analityczne pytanie w pytanie o naturę ludzką,
sytuacja nagle nabrała dla Kipa sensu.
- Rozumiem: nie mogę po prostu posłużyć się pamięcią, żeby wybrać
najlepszą talię i zagrać nią tak, jak to robili inni przede mną. Ani
wybór talii, ani konkretna strategia naszej rozgrywki nie mogły zostać
opisane w żadnej książce, jaką czytałem. To kolejna próba.
- Nie próba. Po prostu nie chcę grać przeciwko twoim wspomnieniom
mistrzów gry z poprzedniej ery. Chcę zgrać przeciwko tobie.
Dlatego Kip obrócił rozumowanie na opak. Zaczynał z gorszej pozycji,
więc potrzebował talii, która opiera się na szczęściu. Oczywiście
mistrzowie gry nie liczą na szczęście, ale wiele talii ma jeszcze drugą
strategię w zanadrzu: jeśli ci się nie poszczęści i nie wyciągniesz X, Y
ani Z, to w dalszym ciągu możesz wygrać, jeśli posłużysz się A i B
razem. Jednakże wiele klasycznych talii rezygnowało z tych drugorzędnych
strategii, żeby wzmocnić pierwotną. Po prostu zakładały przegraną, jeśli
będziesz mieć wyjątkowego pecha.
Przy wielokrotnej grze umiejętności brały górę nad szczęściem.
Co znaczyło, że dobrzy gracze z natury sięgali raczej po talie, które
nagradzają umiejętności, a niewielu graczy było równie dobrych jak
Andross. Dlatego Kip postanowił nie wybierać dwóch klasycznych talii.
Poszukał dwóch wyjątkowo ryzykownych, polegających na łucie szczęścia,
których nawet Andross nie zestawiłby w pojedynku. Po minucie Kip już je
miał.
Andross zmarszczył czoło.
Obie w tym wariancie powinny być dość słabe - chyba że wyciągnie się
kluczową kartę. Pierwsza talia była zwykle uważana za zbyt
skomplikowaną, żeby używać jej regularnie w standardowej rozgrywce -
Dziewięć Luster. Druga to Opóźnione Zniszczenie, talia, którą nie grano
od stuleci, ponieważ Morski Demon i jeszcze jedna karta z tej talii
zaginęły i teraz uważano je za Czarne Karty, zakazane w legalnych
rozgrywkach.
Kip nie był jednak pewien, czym posłużyłby się Andross, żeby wzmocnić tę
talię, więc przejrzał obie, żeby zobaczyć, jakie wprowadził zmiany.
- Co to, u diabła? - spytał. - Co to jest?
W talii był Morski Demon. Rzecz jasna. Była tam też bezimienna karta,
która zniknęła w pomrokach dziejów. Nie była bezimienna tutaj - nazywała
się... "Morski Olbrzym"?
- Nauczyłeś się nieco o narzucaniu woli w tym roku, o ile dobrze
słyszałem - powiedział Andross.
- Owszem. I zostawiło mnie to z wieloma pytaniami.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki