ROZDZIAŁ 6
Nadzieja rozkwitła w Teii ruchem tak nagłym, jakby to gazela wyrwała się
z lwiego uścisku.
Gavin Guile żyje! I jest tutaj!
To musiało znaczyć, że mężczyzna z ostrzem jak Piekielny Kieł to sam
Starzec z Pustyni, bo komu innemu powierzyłby taką broń i takiego
więźnia?
A jeśli to był Starzec, to Teia mogła teraz za nim pójść, odkryć jego
kryjówkę, prawdziwą tożsamość, zameldować o tym Karris i może nawet
zorientować się, gdzie przebywa jej ojciec...
Wtedy jednak straciłaby Gavina. Były Pryzmat już wsiadł na Złoty
Środek z kapitanem Artylerzystą. Żeglarze szykowali statek do
natychmiastowego wyjścia z portu.
Teia pokonała połowę pomostu, idąc za Starcem z powrotem do Chromerii,
kiedy zobaczyła Czarnogwardzistów stojących na posterunku. Albo ich nie
było, gdy tu szła, albo się schowali. Przyjaciele! Towarzysze! Pomogła
im powiedzieć i...
Zasalutowali Starcowi, gdy się zbliżył.
Nie był to czarnogwardyjski salut, lecz braxiański.
Teia zatrzymała się gwałtownie. To byli jego ludzie.
Starzec wiedział, że musiała tu zejść. W końcu sam rozkazał jej wejść na
pokład statku. To znaczyło, że Czarnogwardziści stali tu ze względu na
nią, a nie na niego.
Znaleźli się tutaj na wypadek, gdyby zdecydowała się sprzeciwić i nie
wejść na pokład.
A to znaczyło, że muszą być podczerwoni. Starzec nikomu nie ufał, a już
na pewno nie swoim prawie niewidzialnym zabójcom. Nie był mężczyzną -
tudzież kobietą, Teia nadal nie miała pewności - który zaostrzyłby
klingę jak brzytwę i dał sobie poderżnąć nią gardło.
Teii zacisnęło się serce i oklapła jak zadyszana gazela w cierpliwym
uścisku lwich łap.
Zakon nie wiedział, że teraz potrafiła poradzić sobie z podczerwonymi za
pomocą odpowiednio gęstej chmury parylu, ale ranek był wietrzny i jeden
podmuch wiatru oznaczałby jej śmierć.
Próba ominięcia zdrajców z Czarnej Gwardii byłaby ogromnie ryzykowna.
A Gavin zaginąłby na morzu w związku z desperacką misją, z którą wysyłał
go Starzec. I nawet gdyby Teia przeszła niezauważona obok strażników,
ile czasu minęłoby, zanim dotarłaby do Karris? Ile czasu minęłoby, zanim
zostałyby same, żeby Teia mogła jej powiedzieć całą prawdę?
Jak Karris mogłaby zmobilizować ślizgacze, nie wydając Teii? Teia
wiedziała, że oprócz tej dwójki są także inni zdrajcy w Czarnej Gwardii.
Jakie plany awaryjne miał na podorędziu Starzec, na wypadek gdyby Gavin
został uratowany?
Nie pozwoliłby, żeby odbili go żywego, prawda? Oczywiście, że nie. Gavin
go widział, słyszał jego głos.
Musiało istnieć jakieś rozwiązanie, kiedy to Teia zrobiłaby wszystko,
jak należy, i uniknęła katastrofy, ale stała jak sparaliżowana. Jeśli
Gavin odpłynie na tym statku bez niej, jej ojciec umrze.
Znowu całkiem poważnie rozważam, czy nie wypełnić rozkazu.
Żołądek napełnił jej się zgrozą i mdłościami.
Wróciła do statku jak w transie i weszła po trapie, jakby w butach miała
ołów.
Nie było wyjścia. Jej myśli o przeciwstawieniu się wytrzymały mniej niż
dwie minuty.
Gavin Guile stał na śródokręciu. Kapitan zdejmował z niego łańcuchy.
Teia wzdrygnęła się z instynktowną odrazą niewolnicy na widok kajdan.
Spojrzała na jego nadgarstki, szukając otarć, tak jak inna kobieta
mogłaby instynktownie spojrzeć na palce mężczyzny, szukając obrączki.
Niczego nie zauważyła.
Gdziekolwiek trzymano Gavina Guile, nie był zakuty. Inna możliwość - że
nie szarpał się w okowach - była nie do pomyślenia. Każdy walczy z łańcuchami. Większość, tak jak Teia, poddaje się po paru ranach. A kiedy
własna matka zakuwa cię w łańcuchy, myślisz, że może na nie zasłużyłeś.
Ku własnemu wstydowi Teia nie miała nawet blizn na nadgarstkach.
Myśl o tym przywołała obraz Żelaznej Pięści w tamtym potwornym pokoju
nad kałużą krwi własnej siostry, którą Teia dopiero co zabiła. Żelazna
Pięść, który napełniony gniewem i bólem wyrwał łańcuchy ze ściany. Tyle
że nawet on ich nie zerwał, prawda?
Nikt nie jest w stanie zerwać łańcuchów, Teio. Możesz tylko grzecznie
poprosić, żeby cię od nich uwolniono. Po tym, jak już zrobisz, co ci
każą.
Nie wiedziała, co robić. Powinna zejść pod pokład. Ukryć się, jak jej
kazano, dopóki nie znajdą się daleko na morzu. Wypełniać polecenia. Tak
długie utrzymywanie niewidzialności to spory wysiłek, zwłaszcza pod
gołym niebem, w świetle, które narastało z każdą minutą, gdy słońce
muskało horyzont. Nie mogła jednak zmusić się do zejścia.
Pryzmat zawsze był uosobieniem majestatu, męskości, mocy. Słyszała, jak
inni Czarnogwardziści mówią ściszonym głosem: "Cokolwiek jeszcze
zrobimy, cokolwiek się stanie, będziemy Czarnogwardzistami z czasów
Gavina Guile". Był człowiekiem, który został cesarzem i rzeczywiście na
to zasługiwał.
Widok Zymuna szykującego się, żeby zająć jego miejsce, w bolesny sposób
uświadomił Teii, jak rzadko coś takiego się zdarza. Gavin sprawiał, że
wierzyło się w Wielki Łańcuch - że pewni ludzie naprawdę znajdują się o krok od Orholama, że zostali stworzeni z zasadniczo innego budulca niż
pozostali.
Jednakże człowiek przed nią bez mała zadawał kłam wszystkim tym
przekonaniom. Wymizerowany, żałosny, chory, w niechlujnych ubraniach na
ciele tak oblepionym brudem, że wydawało się, że kąpiel zabrudziłaby
jedynie wodę, nie oczyściwszy człowieka. Musiał stracić tyle na wadze,
co Kip podczas pobytu w Chromerii, tyle że Gavin nie miał z czego
tracić.
Dostrzegła jednak przebłysk dawnej charyzmy Gavina jak błysk słońca na
dalekiej latarni morskiej, gdy pokręcił głową, słysząc jakieś słowa
kapitana Artylerzysty, i posłał mu krzywy uśmiech.
- "Niewart funta kułaków?". Na obwisłe sutki Orholama, człowieku, nigdy
się nie zmieniaj - powiedział do Artylerzysty.
Ten typowy dla Guile'ów uśmiech, który Teia tak dobrze znała w wykonaniu
jego syna, zdradził brak kła. Gavin miał go przed uwięzieniem. Ten widok
sprawił, że Teia dotknęła swojego, wciąż obolałego po zabiegach
prywatnego konsyliarza Karris.
I nie brakowało mu wcześniej oka. Teraz Gavin nosił na lewym oczodole
przepaskę z niepokojącym czarnym klejnotem. Artylerzysta wziął właśnie
od niego czarny miecz, troskliwie zawinął w materiał i oddał nerwowemu
żeglarzowi, żeby zaniósł go pod pokład.
- A skoro już mowa o zmianie, ty powinieneś nieco się zmienić -
powiedział Artylerzysta. - Nie, nie, wiesz, żem nie jest religijny.
Znaczy, oczywiście, że kłaniam się Dziewięciu Paniom i morskim wiedźmom,
i że plujemy sobie po przyjacielsku w twarz z Ceres... - Splunął do
wody. - Ty zwiędła, zapiaszczona, stara pindo... I naturalnie uchylam
szapokloaka Borealisowi, Arcturusowi i Suce od Sztormów, ale to słony
rozsądek w przypadku człowieka mojej profesji. Nie mówiłem meto...
mato... metafatamorganicznie. Miałem na myśli twoje szmaty. Szaty?
Widzisz? Próbuję mówić do was świętoszków i aż mi ryj od tego kołkiem
wykręca. Zmień portki, człowieku. Cuchniesz pod niskie niebiosa. Mydło,
szmata i wiadro, aż będziesz błyszczeć, jakby cię polerowano tak często
jak łono twojej mamuśki. Jedyna gorsza rzecz od żeglarza, co capi, to
książę, co capi.
- Ściśle rzecz biorąc, to jestem cesarzem.
- To dwie gorsze rzeczy. Tak czy siak, nasz wspólny kontfrater, jegomość
w opończy, chce, żeby ta blado-złota ślicznotka wypłynęła przed drugim
dzwonem. Ale wiadomo, trzeba pewne rzeczy zrobić, pewne rzeczy
sprawdzić. Skopać dupę załodze. No to się ogarnij do czysta, zanim
zejdziesz pod pokład. Moja nowa dziewczynka zasługuje na to co
najlepsze. Każę przynieść ci czyste łachy.
- Tak naprawdę to te rzeczy są nowe. Hojny gość. Nie dość, że zafundował
mi głód, więzienie i czarną śliwę, to jeszcze nowe ubranie. Widzisz...
Kapitan rzucił mu beznamiętne, niebezpieczne spojrzenie.
- Wydzielają miazmaty. Cuchną pechem. Złóż je ładnie i zostaw w porcie.
Masz pięć minut.
Gavin skinął posłusznie głową, ale Teia widziała, że trybiki obracają
się w jego głowie równie szybko jak u Kipa: zatem pokazano mi moje
miejsce. W porządku... kapitanie.
- To tylko żart. Drobny żarcik. Czarna śliwa. Mniejsza z tym -
wymamrotał.
- Znośni żeglarze, ta gromadka, ale wszystko z Zakonu - powiedział
kapitan, zerkając na kobiety i mężczyzn uwijających się przy swojej
robocie.
- O, świetnie. Od razu mi ulżyło, że skazuję ich na nieuniknioną śmierć
- odparł Gavin. - Umyję się, zanim zejdę pod pokład.
- Byle nie próbuj uciekać.
- Niestety ucieczka raczej mi nie grozi - odparł Gavin z wymuszoną
wesołością.
Rzeczywiście, wyglądał jakby ledwie trzymał się na nogach. Kiedy jednak
kapitan Artylerzysta odszedł, Gavin Guile wszedł na kasztel rufowy
schodami i wziął podane mu wiadro i gąbkę.
Teia obserwowała go niewidzialna. Powinna schować się pod pokład, zejść
z drogi uwijającym się przy pracy żeglarzom. Była niewidzialna, ale nie
bezcielesna, a jej obecność powinna pozostać tajemnicą, dopóki
przynajmniej nie wypłyną na morze. Nie zniosłaby jednak na razie
zamknięcia sam na sam z nienawiścią do siebie.
Nic dziwnego, że Starzec nie powiedział jej, kto jest jej celem. Jeśli
wątpił choćby odrobinę w jej lojalność, to nie mógł tego zrobić. I nic
dziwnego, że uznał, że ten mord sprawi jej ból - nie dlatego, że uważał,
iż łączy ją szczególna osobista więź z Gavinem Guile, po prostu była
Czarnogwardzistką. Całe jej życie było podporządkowane zadaniu
chronienia Pryzmata, to było jej powołanie. Zawsze chciała służyć w Czarnej Gwardii, a to morderstwo będzie zdradą samej istoty roli
Czarnogwardzistki.
Ten ból uczyni ją Cieniem. Teią Sharp.
Tyle że Gavin Guile nie był po prostu Pryzmatem, prawda? Nie był po
prostu marionetkowym cesarzem ani nawet dobrym człowiekiem. Był ojcem
Kipa. Mężem Karris. Dla Czarnogwardzistów, którzy nadal szukali go na
morzu i w Siedmiu Satrapiach, zapracował na Imię, na przydomek
"Promachos", co znaczyło "Ten, Który Idzie Walczyć Przed Nami". Obraz,
który się z tym kojarzył, to grot włóczni, mężczyzna, który biegnie do
walki, który dowodzi atakiem i sam nigdy nie cofa się przed ryzykiem, o jakie prosi innych.
Mój ojciec za ojca Kipa.
Mój ojciec jest nikim. Gavin Guile to człowiek, który wstrząsa historią.
A jednak mój ojciec...
Żeglarze kręcili się wokół, sprawdzali po raz drugi węzły, zanim
przyjdzie kapitan, by się upewnić, że wszystko wygląda, jak należy.
Uskakując przed uwijającymi się ludźmi, weszła na kasztel rufowy.
Gavin nie tracił czasu. Rozebrał się do naga i szorował energicznie ręce
i pierś, aż skóra mu poczerwieniała, a woda tryskała na wszystkie
strony.
Teia zdała sobie sprawę, że nie jest zażenowana jego nagością. Może
dlatego, że wyglądał na chorego i tak bardzo przygasła jego kiedyś
rozpalona niczym słońce chwała, że teraz tylko mu współczuła. Może to
dlatego, że mając niespełna osiemnaście lat i nigdy nie wylądowawszy w ramionach mężczyzny, widziała w parylu tylu nagich ludzi, że gołe ciało
nic dla niej nie znaczyło. A może dlatego, że musiała go zabić i nie
mogła pozwolić, żeby cel stał się dla niej w pełni człowiekiem. Cel był
mięsem i krwią, oddechem, który trzeba uciszyć, nie ojcem, kochankiem
czy przywódcą, którego można podziwiać.
Mimo to rok temu zawstydziłaby się.
Teraz była inna. Lepsza.
- Podasz mi brzytwę? - poprosił Gavin. - Ta broda.
Teia rozejrzała się po kasztelu rufowym, żeby zobaczyć, do kogo Gavin
mówi. Nikogo tam nie było. Wszyscy pobliscy żeglarze zniknęli.
- Jestem obdarty, pobity i na wpół ślepy, przygnębiony i wyczerpany, ale
nie jestem głuchy.
Teia poruszała się niemal całkowicie bezszelestnie.
- I wdepnąłeś w kroplę wody - przyznał Gavin. Uśmiechnął się znacząco,
jakby wiedział, że jego życiu zagraża niebezpieczeństwo, ale zwyczajnie
się tym nie przejmował. - Który to migotliwy płaszcz?
- Lis - odparła Teia, przyznając się do porażki. - Skąd...
- Lis? Ten spalił się na popiół. To znaczy, że jesteś nowa. Niska. I sądząc po głosie jesteś kobietą. Dla kogo pracujesz?
- Przysłano mnie, żebym cię zabiła. Oczywiście po tym, jak wykonasz to,
co zgodziłeś się zrobić.
- Czyli sam Zakon? - zapytał Gavin, wciąż szorując twarz i szyję. Prawie
nie poruszał ustami i nie patrzył w jej kierunku, mamrotał, żeby jego
głos się nie niósł. Nie był głupi, ten Gavin Guile. - Istnieje w końcu
więcej niż jedna grupa, która pragnie mojej śmierci. Chociaż pewnie
niektórzy z nich mogliby wynająć Zakon...
- Pracuję dla Zakonu. Na ile się orientuję, wszyscy inni uważają, że już
nie żyjesz.
Teia nie była pewna, dlaczego to powiedziała. Pracowała dla Zakonu? Nie,
przecież nadal jeszcze nie podjęła decyzji, prawda? Dlaczego nie
powiedziała najpierw, że pracuje dla Chromerii? Czemu nie skłamać i nie
dać mu nadziei? Wyglądał na kogoś, komu by się przydała.
- To wystarczy, żeby człowiek zaczął się zastanawiać, co? - powiedział
Gavin, biorąc brzytwę i zaczynając się golić. Nawet nie przeszło mu
przez myśl, żeby zaatakować ją tym małym ostrzem; może był tak słaby, że
odrzucił już sam pomysł. - Sama rozumiesz: źli goście, którzy cię
zdradzają po tym, jak szantażem zmuszą cię do współpracy... Co potem?
- To rzeczywiście brzmi kiepsko - przyznała Teia.
- No dobrze. Jesteś podwójną agentką czy po prostu masz wątpliwości?
- Co? Dlaczego zadajesz mi takie pytanie?
- Bo rozmawiamy. - Sprawdził gładkość policzków ręką, a potem odłożył
brzytwę dalej od siebie, niż to było konieczne. - Gdybyś całkiem do nich
należała, nie byłoby powodu, żebyś podeszła do mnie parę minut przed
odpłynięciem, kiedy jeszcze możesz zmienić zdanie. Teraz zostało jeszcze
mniej czasu. Musisz podjąć decyzję. Trudno jest przeciwstawić się
Zakonowi, kiedy już się zobaczyło, co potrafi. - Potarł gąbką pachę, a potem ją obwąchał. Zmarszczył nos i zakaszlał.
- Jestem podwójną agentką - powiedziała.
Dlaczego powiedzenie mu tego było dla niej takie trudne?
- I musisz bardzo dbać o swoją przykrywkę, skoro gotowa jesteś zabić
Pryzmata, byle jej nie stracić.
- Uważasz, że już podjęłam decyzję - zirytowała się.
- Adrasteia! - szepnął triumfalnie. - Partnerka Kipa z Czarnej Gwardii.
Wiedziałem, że znam ten głos.
Miała wrażenie, że nie wypowiedziała w obecności Gavina Guile więcej niż
dwóch zdań. A on zapamiętał jej głos? Do licha. Ten facet nie bez powodu
był legendą.
- Mają mojego ojca - powiedziała.
Nie bardzo wiedziała, dlaczego to wyznała.
Minęło dużo czasu, odkąd miała z kim porozmawiać. Karris stanowiła
najbliższy odpowiednik powiernicy, a była tak naprawdę jej
zwierzchniczką. Przyjazną zwierzchniczką, ale nie przyjaciółką. Nie w takich czasach.
A może nie bez powodu tak wielu ludzi spowiadało się temu człowiekowi.
- Ach - mruknął Gavin, pojmując. Potarł drugą pachę. - Czyli te zbiry,
które strzegą przejścia do Chromerii są podczerwone. Pilnują, żebyś na
pewno odpłynęła.
- Mogę ich załatwić. Prawdopodobnie.
- Całą czwórkę? - zapytał z rozbawieniem.
Czwórkę? Widziała tylko dwóch.
- Dwóch, nim pozostali zaatakują...? - Na końcu wybrzmiało nieme "być
może", którego nienawidziła.
Jestem podwójną agentką. Można by się spodziewać, że będę lepiej kłamać.
- A wtedy wszyscy na statku dołączą do walki - powiedział Gavin. - Nie
po naszej stronie, na wypadek gdybyś nabrała nadziei.
- A gdybyśmy wyskoczyli w ostatniej chwili? Potrzeba chwili, żeby
zawrócić statkiem... i nawet jeśli parę osób skoczy do wody za nami, to
będziemy mieli sporą przewagę. - Przemawiała jednak przez nią
desperacja.
Gavin nie odpowiedział. Spojrzał na wschodzące słońce. Trząsł się z wysiłku po szorowaniu nóg. Skok z rozpędu za burtę, kiedy musiałby
jeszcze wyminąć kto wie ilu żeglarzy?
Nie był w stanie nawet biec. Z pewnością nie był w stanie walczyć.
- A gdybym... A gdybym miała drugi płaszcz? Zdołałbyś...?
Gavin Guile potrafił kiedyś krzesać wszystko to, co inni. Może on też
odkrył rozproszoną chmurę parylu dość grubą, żeby zmylić podczerwonych.
On jednak pokręcił głową.
- Tylko sobie teoretyzowałem. Tak czy inaczej, nie mogę z tobą uciec.
Teia nie zdołałaby w pojedynkę załatwić czterech mężczyzn, próbując
jednocześnie osłaniać Gavina. Cała czwórka była z Czarnej Gwardii czy
tylko dwójka?
Co miałaby zrobić? Spróbować przenieść go i utrzymać w niewidzialności,
a potem samej walczyć z czterema mężczyznami? Uzbrojonymi w muszkiety?
- Piękny, prawda? - powiedział Gavin Guile, patrząc na wschód słońca. -
Nie widzę kolorów. Oślepiający Nóż mi to odebrał, a ja, głupiec, przez
długi czas przeklinałem każdy nowy świt z powodu piękna, które
pamiętałem, a którego nie mogłem już widzieć. Zamiast tego powinienem
był błogosławić jutrzenkę za piękno, jakie ukazuje wszystkim innym bez
względu na moją własną ułomność. Powinienem był błogosławić Orholama za
pamięć, jaką mi dał, która pozwala mi idealnie odmalować w umyśle
tysiące odcieni i barw letniego świtu. Byłem niewdzięcznikiem.
- Potrzebujemy cię - powiedziała Teia. - Ja cię potrzebuję. Nie zdołam
ich powstrzymać.
- Zdołasz im się wymknąć? Zdołasz uciec w pojedynkę?
- Parylowa chmura. Działa na podczerwień, nawet na sam paryl, jeśli
jesteś dostatecznie dobry i nie wieje.
- Zabawne. Nigdy nie zawracałem sobie głowy parylem. Wszyscy powtarzali,
że jest bezużyteczny, i zawsze bolały mnie oczy po tym, jak się nim
bawiłem. Oczywiście nie wiedziałem wtedy o jego prawdziwym zastosowaniu.
A teraz... Migotliwe Płaszcze. Magiczne miecze. Zupełnie jakbym pożył
dostatecznie długo, żeby zobaczyć, jak ożywają wszystkie opowieści,
które słyszałem jako dziecko. Brakuje mi jeszcze tylko smoka. - Urwał. -
Chociaż jak się nad tym zastanowię, to żadnych smoków. Myślę, że
świetnie sobie poradzimy bez smoków.
Wciągnął nowe spodnie. Włożył luźną tunikę.
- Powiedz Karris, że żyję. Powiedz jej... Powiedz, żeby dała mi
dwanaście miesięcy, zanim wyjdzie za mąż za jakiegoś innego fartownego
łajdaka. Do tego czasu albo wrócę, albo nie wrócę już nigdy. Idź, ratuj
ojca.
- Nie mogę - powiedziała Teia. - Ukryli go. Nie zdołam go znaleźć.
Wszystkie cele Zakonu rozmieszczono osob...
Przerwał im kapitan Artylerzysta, który wyszedł spod pokładu.
- To kwestia siły woli, Adrasteio - powiedział Gavin. - Złap jedną
nitkę, którą zdołasz sięgnąć, i ciągnij, aż cała tkanina się spruje.
- To nie takie proste. Oni...
- A jeśli nie możesz uratować ojca, to zatruj studnię. Wyrwij ich z korzeniami. I za każdym razem, kiedy twoje serce będzie się skłaniało do
litości, jeśli kochasz ojca, przypomnij sobie każdą odrobinę miłości,
jaką żywisz dla biedaka i dopilnuj, żeby już nigdy więcej nie wykradli i nie zamordowali ojca żadnej dziewczynki.
Zadygotała z nagłej wściekłości, że mógł wątpić w jej miłość. Zimnej i rozżarzonej, zaciekłej, bezsilnej i skierowanej w absolutnie
niewłaściwym kierunku wściekłości.
- Ten dodatkowy płaszcz... Chcesz go? - zapytała beznamiętnie.
- Czy ja ci wyglądam na typa przemykającego w kapturze? Nie. To, co mnie
czeka, nie wymaga wybiegów.
- Chcesz, żebym coś jeszcze jej powtórzyła? O ile w ogóle to zrobię.
- To mój ojciec porwał mnie i uwięził - powiedział. - Karris zapyta.
Myślał jednak, że zwariowałem, kiedy to zrobił. Wierzył, że ratuje
satrapie. Nie żywię do niego urazy. Nie powinna z nim walczyć. Ją też
zabije, jeśli uzna, że musi.
- W porządku, chłopcy! - krzyknął Artylerzysta, wchodząc do połowy
schodów, które prowadziły na kasztel rufowy; zmierzał do koła sterowego
i zwracał się do żeglarzy. - Za chwilę pożeglujemy ku legendzie... albo
hańbie!
- To nie są antonimy - mruknął pod nosem Gavin.
- Czekaj - odezwała się Teia, obmyślając kurs między uwijającymi się
ludźmi, żeby wrócić na nabrzeże. - Dlaczego twój ojciec współpracuje z Zakonem?
- Och, nie współpracuje z Zakonem. W każdym razie nie w tej sprawie -
wymamrotał Gavin do pokładu, gdy składał stare ubranie. - To wszystko
robota... - Urwał, zanim wypowiedziałby imię; a przynajmniej tak to
wyglądało. - Twojego staruszka, nie mojego. Andross potrzebuje
Oślepiającego Noża, żeby stworzyć nowego Pryzmata. Kolejny doskonały
powód, dla którego nie mogę opuścić tego statku. Ze mnie nie ma żadnego
pożytku, z Noża wręcz przeciwnie. Muszę spróbować go uratować.
- Staruszka? - powtórzyła Teia. - Chcesz powiedzieć, że wiesz, kim jest
Starzec?
- Chciałbym ci powiedzieć, ale wtedy, nawet gdybym tylko to zasugerował,
ten kamień... - popukał w czarny klejnot na przepasce i skrzywił się,
jakby to zabolało bardziej, niż się spodziewał - ...wbije mi się w mózg.
Paskudna magia albo bardzo przyzwoity blef, ale nie jestem tak
zdesperowany, żeby już teraz sprawdzać karty. Poza tym powiedzenie ci
miałoby sens tylko wtedy, gdybyś teraz wróciła. Myślałem, że zamierzasz
mnie zabić. Twój ojciec za mnie. Przyzwoita wymiana, jeśli był chociaż
względnie porządnym jegomościem. Oczywiście jeśli popłyniesz z nami,
najpewniej zginiesz z nami wszystkimi podczas tej skazanej na
niepowodzenie misji. Chociaż może Zakon dotrzyma słowa? Oczywiście mnie
okłamali i zamierzają zdradzić, ale... Cóż, człowiekowi zostaje tylko
nadzieja.
- Albo walka - odparła Teia.
Nie wiedziała, czy się z nim sprzecza, czy właściwie zgadza.
Przeklęci Guile'owie, zawsze namotają człowiekowi w głowie.
Mimo to nie ruszyła się z miejsca.
- Robisz na mnie wrażenie osoby, która nie jest skłonna do ucieczki.
Pytanie tylko: który kierunek w tej chwili oznacza ucieczkę? - zapytał
Gavin, śmiejąc się do siebie. Ogarnął go niebezpieczny nastrój, jakby
był o krok od zrobienia czegoś niezwykle pochopnego.
Z ewidentnym wysiłkiem wyprostował się i spojrzał na wznoszącą się nad
nimi Wieżę Pryzmata, jak człowiek, który nigdy więcej jej nie zobaczy.
- Jeśli o mnie chodzi, to koniec - powiedział głośno do żeglarzy.
Miał na myśli kąpiel.
- Wciągnąć cumy! - krzyknął Artylerzysta, podchodząc do kasztelu
rufowego. - Podnieść trap! Wioślarze w gotowości! - A potem obrócił się
nagle i spojrzał ostro na Gavina. - Guile! Widzę, co kombinujesz!
Teii krew ścięła się w żyłach.
Artylerzysta pogroził mu palcem.
- Śliwa. Dał ci śliwę, znaczy ten czarny kamień. Zabawne. Potrzebowałem
chwili. Zapomniałem, jaki jesteś. Zawsze lubiłem tę twoją migotliwość.
Gavin posłał mu wymuszony uśmiech i skinął głową. A pod nosem
powiedział:
- Czas podejmuje za nią tchórzliwą decyzję.
- "Migotliwość", nie, to nie tak - burknął Artylerzysta. - Migotliwy
dowcip. Ścięty błysk... Psiakrew...!
Odczekanie jeszcze kilku sekund oznaczało zaufanie Zakonowi. To
znaczyło, że zwiąże się z nimi całkowicie. Że będzie im pomagać. Że
będzie robiła złe rzeczy. Że będzie miała nadzieję na dobroć, którą
okaże jej zły człowiek.
Za jaką idiotkę oni mnie biorą?
Byłam dość głupia, żeby wsiąść na ten statek.
Fakt. Ale nie jestem tak głupia, żeby na nim zostać.
- Cięty dowcip! - Artylerzysta aż zapiał. - Ha!
Teia otoczyła się parylową chmurą, wskoczyła na reling, przebiegła nim
do śródokręcia, przeskakując nad dłonią Artylerzysty na ozdobną gałkę,
kiedy jego brodata, potargana głowa zakołysała się pod nią, bo zaczął
wspinać się schodami.
Opadła na pokład, przebiegła, klucząc między żeglarzami, minęła dwóch
mężczyzn podnoszących trap. Skoczyła rozpędzona...
...i nie miała szansy dolecieć. Jej stopy wylądują kawałeczek od
krawędzi nabrzeża.
Uniosła stopy, podkuliła kolana, jakby robiła głęboki przysiad, i ledwie
udało jej się pokonać odległość, ale w takiej pozycji nie miała szansy
złagodzić uderzenia przy lądowaniu. Przekoziołkowała bezładnie i ledwie
zdołała machnąć połami peleryny, żeby się przykryć i spowić znowu
chmurą, kiedy się już zatrzymała.
Jeden z żeglarzy Zakonu, który unosił trap, zamarł i spojrzał dokładnie
w to miejsce, w którym Teia się znajdowała. Uniósł rękę, żeby osłonić
oczy, a Teia zorientowała się, że skoczyła dokładnie między nim a wschodzącym słońcem - co mogło być albo genialnym, albo najgorszym na
świecie zagraniem. Dowolna część jej ciała, jaka mogła się odsłonić,
rzuciłaby cień dokładnie na jego twarz. Z drugiej strony teraz patrzył
dokładnie pod światło.
Żeglarz po drugiej stronie ciężkiego trapu zerknął na niego wyraźnie
poirytowany przerwą w pracy.
- Zamierzasz, kurna, pomóc mi, kurna, wciągnąć ten, kurna, trap, ty
złajdaczony gównojadzie?
Mężczyzna znowu rozejrzał się po nabrzeżu skonsternowany, ale potem
odpowiedział:
- Nie można przez jedną, kurna, chwilę porozkoszować się wschodem
słońca? Ty i ten twój zafajdany ryj musicie popsuć każdą wysublamowaną
chwilę.
- Zaraz ci oblamuję ryło, jak nie weźmiesz się do roboty.
- Weźże odetchnij chwilę przez ten świński ryj na swoim krzywym pysku,
co? To wschód słońca.
- Oko Orholama wstaje. Przeklnij je, jak należy.
- Ty przyciężki, hipokretyński...
- Przyciężki?! To ty łazisz ciężko jak krowa, ty spowolniały synu
puszczalskiej matki...
- Nie mów tak o naszej mamusi. Gdyby była wierna tacie, to ciebie by tu
nie było. I nie o takim ciężarze mówiłem, ale co ty tam możesz...
Teii umknęła reszta wypowiedzi, kiedy do burty podszedł mężczyzna z długim drągiem i zaczął odpychać statek od nabrzeża, żeby niewolnicy pod
pokładem mogli wysunąć wiosła.
Patrzyła, jak odległość między nią a posłuszeństwem rośnie, aż wreszcie
nie dałoby się już jej pokonać.
Stało się.
Rozkaz Starca był tym rodzajem ultimatum, które decyduje o całym
świecie: zamorduj Gavina i stań się naprawdę jednym z nas, a wtedy
dostaniesz wszystko, czego pragnęłaś. W przeciwnym wypadku...
Wybieram "przeciwny wypadek".
Z jakiegoś powodu, którego Teia nie potrafiła pojąć i w którym nie
widziała najmniejszego sensu, z serca spadł jej ciężar i poczuła dziwną
lekkość.
Na razie zawiodła przy każdej próbie przeciwstawienia się Zakonowi.
Więcej jednak nie zawiedzie.
Wyprostowała się i zebrała wszystkie siły. Starzec będzie spodziewał
się, że wyjechała na co najmniej półtora miesiąca, jeśli nie na dwa razy
dłużej.
Zakon nie miał jeszcze własnych ślizgaczy, co oznaczało, że minie co
najmniej sześć tygodni, zanim ktokolwiek będzie mógł wrócić z informacją
o jej nieobecności, a co za tym idzie o jej nieposłuszeństwie.
Nie mogła powiedzieć dowódcy ani nawet swoim przyjaciołom, że żyje, bo
ktoś mógłby ją zdradzić albo wygadać się przy kimś, kto by ją zdradził.
Musi więc stać się duchem, poruszać się niewidzialna w świecie ludzi,
nie zostawiając za sobą niczego poza zgrozą i śmiercią.
Kiedy Karris wyznaczyła Teii zadanie przeniknięcia do Zakonu Złamanego
Oka, pragnęła całkowicie zniszczyć tę organizację, żeby nie była już w stanie zniewalać ludzi, szantażować i mordować. Teia zawsze rozumiała,
że jej misja jest ważna, ale teraz zyskała osobisty wymiar.
Miała sześć tygodni.
Sześć tygodni, żeby znaleźć kogoś z Zakonu Złamanego Oka, pójść za tą
nitką do przywództwa, co z kolei da jej dostęp do tego, czego
potrzebowała: dokumentów. Nawet jeśli jeden przywódca mógł nauczyć się
na pamięć listy wszystkich tajnych członków Zakonu, to nie można było
oczekiwać tego samego od jego podwładnych. Kody musiał się zmieniać i należało wprowadzać różne poprawki. Ponadto musiały istnieć akty
notarialne i tytuły, lista nieruchomości, które posiadali, i miejsc, w których się spotykali. Lista członków trafiłaby do Karris, żeby mogła
zebrać ludzi, których powiesi albo skaże na Światłość Orholama.
Dokumenty jednak dostarczą także Teii miejsc do przeszukania i członków
braxiańskiego kultu do przesłuchania i jeśli zajdzie taka potrzeba,
poddania torturom, dopóki nie wyjawią, gdzie przetrzymywany jest jej
ojciec.
Sześć tygodni, żeby znaleźć ojca i go uwolnić. Sześć tygodni, żeby
znaleźć tych, którzy mogliby go skrzywdzić i raz na zawsze unicestwić to
zagrożenie.
Teia nigdy nie fantazjowała, że stanie się przerażająca, i chciała być
tylko tarczą - wielkim, oczywistym strażnikiem chroniącym innych przed
przemocą. Jednakże wobec tych ludzi? Poczuła, jak coś cudownie silnego,
brzydkiego i pięknego zarazem narasta w jej sercu, przepędza troskę z czoła i wykrzywia jej usta w uśmiechu.
Zakon ją stworzył. A teraz dowiedzą się, jak dobrze im to wyszło.
Jeden z tych zamaskowanych Czarnogwardzistów, którzy salutowali Starcowi
z Pustyni, lekko kuśtykał. To będzie jej nitka, za którą pociągnie.
Czas zacząć polowanie.
ROZDZIAŁ 7
- Z jednej strony szczerze się przeraziłam - powiedziała Tisis Guile,
wyglądając przez okno.
Stała w powłóczystej czerwonej letniej sukience z akcentami w kolorze
żywej zieleni, które idealnie pasowały do szmaragdowego luksynu w jej
oczach.
Kiedy tylko dwa dni temu Tisis przekroczyła próg Pałacu Błogosławionych
z żywego białego dębu, powróciła do strojów młodej księżniczki, oblicza
wyrażającego takt i grację oraz nieśpiesznej elokwencji jak do ulubionej
pary starych butów. Co dziwne, to wcielenie przetrwało bez najmniejszej
skazy czy zagniecenia, tak samo jak jej ton i wymowa, a nawet akcent
brzmiały doskonale mimo długich, pracowitych dni wypełnionych afektacją
od czasu ich przybycia.
Kip potrzebował kilku dni, żeby zrozumieć, że ta maska nie jest pozorem.
Chociaż Tisis rzeczywiście starała się zaimponować zarówno arystokracji,
jak i służbie, to nie ukazywała fałszywego oblicza. Dorastała w siedzibach władzy w Rath, Zielonej Przystani i Chromerii i dopiero
niedawno jej świta została poważnie przerzedzona przez Androssa Guile.
To nie była zaledwie fasada; Kip po raz pierwszy widział swoją żonę w całym rozkwicie w jej naturalnym środowisku.
Dzięki niech będą Orholamowi, że najpierw zobaczył ją w chwili
największej słabości. Nawet wtedy gdy była narażona na atak, osamotniona
i niepewna, potwornie go onieśmielała.
- Z drugiej strony - dodała, wypuszczając z ręki zasłonę - nigdy w życiu
nie czułam większej dumy.
Za to jedno dziękuję ci, dziadku Guile. Wyświadczyłeś mi przysługę
kiedy, cóż, na dobrą sprawę zmusiłeś tę olśniewającą kobietę, żeby za
mnie wyszła, i sprawiłeś, że uznała to za własny pomysł.
Kiedyś Kip naprawdę będzie musiał jej o tym powiedzieć.
Zauważyła, że uśmiech mu zrzedł, ale zanim zdążyła o to zapytać, Kip
mruknął:
- Hę? Co?
Wpatrywał się w dekrety, raporty i budżety od tak dawna, że już
odpływał. Była z jakiegoś powodu przerażona? Dumna?
- Co się dzieje? - zapytał ją Duży Leo, wskazując widok za oknem. - Coś
nie tak z kolejką?
Kiedyś rozniosła się wieść, że Kip odnowił swoją magią Túsaíonn
Domhan, każdy chciał zobaczyć arcydzieło w pełnej jego krasie, więc Kip
po prostu powiedział, że każdy, kto chce, może przyjść.
W taki właśnie sposób on i Tisis wylądowali w nijakich komnatach dla
gości - jego pozwolenie odebrano jak rozkaz i teraz kolejka nieustannie
ciągnęła się od drzwi, poza Pałac Błogosławionych i schodami w dół aż do
placu. Ludzie, którzy mieli zdecydowanie lepsze rzeczy do roboty w spustoszonym i udręczonym mieście, godzinami czekali w kolejce, żeby
zobaczyć dzieło Kipa; niektórzy nawet spali w kolejce, pilnowani przez
uważnych strażników. On i Tisis postanowili raczej przenieść się do
innego pokoju niż odsyłać pod koniec dnia tych, którzy czekali tak
długo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
STRESZCZENIE CYKLU "POWIERNIK ŚWIATŁA"
W cesarstwie Siedmiu Satrapii niektórzy ludzie rodzą się ze zdolnością
przekształcania światła w luksyn - materialną, namacalną substancję
występującą w jednym z dziewięciu kolorów. Proces ten zwany jest
krzesaniem i każdy z krzesanych kolorów ma niepowtarzalne fizyczne i metafizyczne właściwości oraz mnóstwo zastosowań w różnych dziedzinach
życia - od budowy po sztukę wojenną. Krzesiciele, szkolący się w Chromerii, stolicy cesarstwa, prowadzą życie uprzywilejowanych, ponieważ
politycy i potężne arystokratyczne rodziny rywalizują, zabiegając o ich
usługi. W zamian za to krzesiciele zgadzają się, że kiedy skończy się
okres, w którym mogą bezpiecznie korzystać z magii - co sygnalizuje
moment, kiedy przełamują halo i krzesany przez nich kolor rozlewa się
poza tęczówkę - zostaną zabici przez cesarza, Pryzmata podczas ceremonii
w najświętszym dniu roku, w Dniu Słońca. Krzesiciele, którzy przełamali
halo, nazywani są kolorakami; pogrążają się w szaleństwie, o ile nie
zostaną Uwolnieni. Ci, którzy uciekną przed rytualnym Uwolnieniem, są
ścigani i zabijani. Tylko moc Pryzmata nie podlega ograniczeniom. Nadto
jedynie Pryzmat potrafi naprawiać zaburzenia równowagi we wszystkich
kolorach w satrapiach, dzięki czemu luksyn nie może zawładnąć krainami i wywołać chaosu. Co siedem lat - albo po wielokrotności siedmiu lat -
Pryzmat także oddaje życie, a rząd Chromerii obiera nowego Pryzmata.
Jeśli Pryzmat nie zgodzi się umrzeć, także jest ścigany, tyle że przez
Czarną Gwardię - elitarny szwadron, który ma za zadanie strzec
cesarstwa.
KSIĘGA PIERWSZA: CZARNY PRYZMAT
Kip Delauria szuka odłamków luksynu na polu bitwy, która odbyła się
podczas Wojny Fałszywego Pryzmata w okolicy Rektonu. Natyka się na
związanego zielonego koloraka, Gaspara Elosa, który próbuje uwolnić się
z więzów. Satrapa Garadul ogłosił się królem i zamierza zniszczyć
Rekton; w pobliżu obozuje wojsko. Kip pędzi do domu czerwonego
farbiarza, mistrza Danavisa, ten zaś ponagla Kipa, żeby odnalazł
przyjaciół i uciekał. Podczas próby ucieczki Kip nieumyślnie krzesze.
Później odnajduje swoją matkę, Linę, śmiertelnie ranną, ukrytą w jaskini
z jednym z jego przyjaciół. Przed śmiercią kobieta oddaje mu szkatułkę z drzewa różanego zawierającą tajemniczy, zdobiony klejnotami sztylet.
W Chromerii Pryzmat Gavin Guile otrzymuje wiadomość od Liny, z której
dowiaduje się, że w Rektonie przebywa jego syn imieniem Kip. Gavin
wkrótce wyrusza z Czarnogwardzistką Karris Białodąb. Udają się do Tyrei
na luksynowym ślizgaczu-szybowcu jego własnego pomysłu, dzięki czemu są
w stanie pokonać Morze Lazurowe w jeden dzień. Po przybyciu odkrywają,
że Rekton został zniszczony, i znajdują Kipa usiłującego obronić się
przed Lustrzaną Gwardią Garadula. Gavin szybko likwiduje żołnierzy,
zdając sobie sprawę, że Garadul próbuje stworzyć własną Chromerię i ogłosił się królem. Gavin uznaje Kipa za swojego syna z nieprawego łoża.
Garadul zabiera sztylet, zanim Gavin i Kip opuszczą Tyreę.
Gavin i Kip udają się do stolicy cesarstwa, gdzie Kip natychmiast
zostaje poddany próbie mającej ujawnić jego zdolności krzesania. Okazuje
się, że jest superchromatą i niebiesko-zielonym dichromatą. Ponadto
ponownie spotyka się z Alivianą (Liv) Danavis, przyjaciółką z rodzinnego
miasteczka i córką Corvana.
Tymczasem Karris w Tyrei podejmuje się własnej misji. Odnajduje w piwnicy Corvana Danavisa - największego generała w obozie Dazena podczas
Wojny Fałszywego Pryzmata - ; jako jedyny przeżył krwawą rzeź w Rektonie. Karris zostaje pojmana przez siły króla Garadula i wtedy
odkrywa, że to prawa ręka króla, polichromatyczny kolorak, który nazywa
siebie Księciem Barw, tak naprawdę odpowiada za podburzenie do rebelii.
To brat Karris, o którym myślała, że dawno temu zginął. Corvan rusza w drogę do Garristonu, żeby ostrzec gubernatora.
Tymczasem w Chromerii okazuje się, że Gavin jest tak naprawdę Dazenem,
który jedynie udaje swojego starszego brata. Prawdziwy Gavin Guile
("więzień") nadal żyje i jest uwięziony w celi z niebieskiego luksynu w głębinach pod Wieżą Pryzmata. Pryzmat Guile spotyka się ze Spektrum,
rządem Siedmiu Satrapii, i przedstawia mu plany Garadula. Gavin
postanawia udać się do Garristonu z Kipem, dowódcą Czarnej Gwardii,
Żelazną Pięścią oraz Liv, która miała zostać nauczycielką Kipa. Kiedy
już przybywają do Garristonu, Gavin pozbawia urzędu gubernatora Crassosa
i przejmuje władzę. Spotyka się z Danavisem i ponownie czyni go
generałem. Oddaje dowodzenie nad obroną miasta dawnemu przyjacielowi.
Gavin zamierza wznieść wokół Garristonu wspaniały mur z żółtego luksynu,
by uratować narażone na atak miasto. Mur ze Słonecznej Wody zostaje
prawie ukończony, kiedy pocisk artyleryjski niszczy bramę, którą Gavin
właśnie kończy wznosić. Tymczasem Kip zakrada się do obozu Garadula w charakterze szpiega i znajduje Karris. Towarzyszy mu Liv. Kip zostaje
złapany, a Liv zaproszona do współpracy z Księciem Barw. Liv ratuje Kipa
i Karris, zgadzając się dołączyć do Księcia Barw, jeśli ten daruje życie
Kipowi i Gavinowi.
Podczas bitwy o Garriston Gavin pada po tym, jak wykrzesał biały luksyn,
Kip zabija króla Garadula, a reszta sił wycofuje się do portu. Kip
pomaga uratować Żelazną Pięść. Uciekają przez morze do jednej z barek, a Kip ściga się z kolejnym zagrożeniem - polichromatą Zymunem, któremu
wyznaczono zadanie: ma zabić Gavina. Zymunowi nie udaje się, ponieważ
przeszkadza mu w tym Kip. Kip zabiera Zymunowi sztylet i okazuje się, że
to jest to samo ostrze, które dała mu matka. Teraz jednak ma na
rękojeści niebieski klejnot.
Gavin zdaje sobie sprawę, że stracił umiejętność krzesania błękitu i nie
widzi tego koloru. Więzień wyrwał się z niebieskiego więzienia i trafił
do zielonego.
KSIĘGA DRUGA: OŚLEPIAJĄCY NÓŻ
Gavin i uciekinierzy z Garristonu przebywają na barkach. Pryzmat próbuje
pogodzić się z faktem, że utracił błękit. Ratuje uchodźców przed morskim
demonem, a potem rusza z Karris na Wyspę Jasnowidzów, gdzie negocjuje z Trzecim Okiem, potężną jasnowidzką, by pozwoliła uchodźcom zamieszkać na
jej wyspie. Trzecie Oko wie, kim on naprawdę jest i że już stracił
niebieski kolor. Udziela mu użytecznej rady na temat mary i później
Gavin niszczy niebieską marę w pojedynkę.
Po powrocie do Chromerii Kip zaczyna szkolenie w Czarnej Gwardii wbrew
życzeniom dowódcy Żelaznej Pięści. Tam Kip zdobywa sobie przyjaciół i poznaje Teię, daltonistkę, krzesicielkę parylu i niewolnicę. Wojna nie
przebiega pomyślnie dla Chromerii i Żelazna Pięść ogłasza, że do Czarnej
Gwardii zostanie przyjętych czternastu najlepszych kandydatów zamiast
jak zwykle siedmiu. Chociaż szkolenie jest niezwykle ciężkie,
zainteresowanie, jakie okazuje Kipowi jego dziadek, Andross Guile,
okazuje się znacznie gorsze. Andross domaga się, żeby Kip grał z nim w Dziewięć Króli o nadzwyczaj wysokie stawki.
Gavin i Karris wracają do Chromerii po tym, jak pomogli osiedlić się w nowym miejscu uchodźcom. Gavin spotyka się ze Spektrum i Wyspa
Jasnowidzów zostaje ogłoszona Nową Tyreą, dzięki czemu zyskuje ona
wpływy jako nowa satrapia. Jej nowym satrapą zostaje Danavis. Karris
wpada w zasadzkę i zostaje pobita przez mężczyzn wynajętych przez
Androssa Guile.
Bibliotekarka Rea Siluz zapoznaje Kipa z Janus Borig, ekscentryczną
starą artystką, która tworzy bezcenną talię oryginalnych kart do
Dziewięciu Króli, które są napełnione magią. Janus ostrzega Kipa, że jej
życiu grozi niebezpieczeństwo i przy jednej z wizyt Kip widzi, że dom
Borig płonie, a Janus została śmiertelnie raniona przez dwóch
tajemniczych zabójców. Kip znajduje talię zupełnie nowych kart, zabija
zabójców, kradnie ich migotliwe płaszcze i oddaje te przedmioty Żelaznej
Pięści i Gavinowi. Kip ostatecznie ląduje na czternastym miejscu podczas
prób Czarnej Gwardii i okazuje się, że nie jest dichromatą, ale
polichromatą z pełnym spektrum.
Tymczasem Liv składa przysięgę wierności Księciu Barw i jego sprawie.
Jego armia zaczyna maszerować z Garristonu w kierunku Ru, wielkiego
miasta w Atashu. Gavin udaje się do Ru z Kipem i drużyną
Czarnogwardzistów. Przeprowadzają zwiad. Gavin zdradza tajniki
konstrukcji ślizgacza Czarnej Gwardii i razem zatapiają Gargantuę,
ogromny okręt należący do księcia piratów, Pasha Vecchio.
Gavinowi i Karris udało się w końcu pojednać i pobierają się tuż przed
wyruszeniem na wojnę z Księciem Barw. Z nowymi kadetami z Czarnej
Gwardii i siłami Chromerii muszą zniszczyć zieloną marę, w której rodzi
się nowy bóg, Atirat. Żelazna Pięść i Teia dowodzą drużyną podczas ataku
na fort. Zielona mara wynurza się z morza. Gavin, Kip i Karris walczą
razem, żeby do niej dotrzeć, zabijając po drodze koloraki. Pośród chaosu
walki Gavin zdaje sobie sprawę, że stracił zdolność krzesania i widzenia
koloru zielonego. Liv kieruje potężny promień światła na iglice mary,
budząc nowego zielonego boga - Atirata.
Tymczasem w forcie Teia, Żelazna Pięść i reszta grupy ostrzeliwują z dział marę, dzięki czemu iglica wybucha. Kip wykorzystuje wybuch dla
odwrócenia uwagi - wbija swój sztylet - potężny Oślepiający Nóż - w zielonego boga Atirata i go zabija. Bohaterom udaje się więc zabić boga
i zatopić marę, ale ostatecznie tracą Ru, które zajmuje Książę Barw.
Po bitwie, kiedy wciąż przebywają na chromeryjskim statku, Kip i Gavin
spotykają się z Androssem Guile. Kip zdaje sobie sprawę, że Andross jest
kolorakiem, i decyduje się na konfrontację. Wyciąga Oślepiający Nóż i dźga Androssa w ramię. Gavin próbuje interweniować, ale udaje mu się
uzyskać tylko tyle, że nóż wbija się w jego własne ciało. Spada za
burtę, a Kip skacze za nim, żeby go ratować.
Szybko zostają wyciągnięci z wody przez załogę Wrednej Szkapy. Dowodzi
nią piracki kapitan Artylerzysta, na wpół szalony kanonier, którego
statek Gavin wcześniej zniszczył. Oślepiający Nóż urósł i zmienił się w wielgachny miecz-muszkiet. Artylerzysta postanawia zachować sobie Gavina
i miecz-muszkiet, a Kipa wyrzuca z powrotem do morza jako ofiarę dla
Ceres.
Andross odkrywa, że nie jest już kolorakiem.
Kip ląduje na małej łódce razem z Zymunem, zaginionym dawno temu synem z nieprawego łoża Gavina i Karris.
Gavin odzyskuje przytomność i zdaje sobie sprawę, że nie może krzesać,
jest całkowitym daltonistą i... galernikiem.
KSIĘGA TRZECIA: OKALECZONE OKO
Kip i Zymun dryfują po morzu, dopóki Kip nie zdoła uciec i dopłynąć do
brzegu. Walczy o przeżycie, cierpiąc przez kilka tygodni z powodu
odwodnienia, ran i halucynacji, i próbuje wrócić na Jaspisy.
Żelazna Pięść i pozostali Czarnogwardziści wrócili do Chromerii, gdzie
Kipa uznano za martwego. Spektrum zbiera się, żeby zdecydować, jak
poradzić sobie z wojną i nieobecnością Gavina. Andross zostaje mianowany
promachosem, głównodowodzącym wojskami Chromerii. Teia zostaje
zwerbowana przez Mordercę Sharpa, zdolnego krzesiciela parylu i zawodowego zabójcę, który służy Zakonowi Złamanego Oka. Karris, która
jest teraz żoną Pryzmata, musi odejść z Czarnej Gwardii i zostaje
mistrzynią szpiegów Bieli.
Po powrocie do domu Kip oznajmia Spektrum i Karris, że Gavin żyje, po
czym zawiera niepewne przymierze z Androssem. Trenuje i uczy się pod
okiem Karris, ponownie spotyka swoją dawną czarnogwardyjską drużynę:
Cruxera, Ben-hadada, Dużego Leo, Teię, Ferkudiego, Winsena, Gossa oraz
Daelosa. Andross przyznaje drużynie prawo wstępu do bibliotek, do
których dostęp jest bardzo ograniczony, by badali kwestię heretyckich
kart do Dziewięciu Króli i Powiernika Światła, przepowiedzianego dawno
temu wybawcy satrapii. Ma nadzieję, że zdobyte przez nich informacje
pomogą im zwyciężyć w wojnie. Grupa spotyka i zaprzyjaźnia się z Quentinem Naheedem, skromnym, ale genialnym młodym luksjatem oraz
uczonym.
Tymczasem na morzu Gavin, daltonista niezdolny do krzesania, jest
galernikiem na pirackim okręcie Artylerzysty. Razem z nim wiosłuje stary
prorok, którego przezywano imieniem Orholam. Po miesiącach żeglugi po
otwartym morzu Gavin zostaje uwolniony przez Antoniusa Malargosa,
naiwnego młodego ruthgarskiego arystokratę. Płyną do Rath, dużego
portowego miasta w Ruthgarze, gdzie Gavin trafia do rąk kuzynki
Antoniusa, Eirene. Ona więzi Gavina i knuje z Nuqabą z Parii (która
posiada pomarańczowy krystaliczny zalążek). Postanawiają darować
Gavinowi życie, ale zamierzają wypalić mu oczy.
Teia zwierza się Żelaznej Pięści i Bieli, że kradła dla swojej
właścicielki, Aglaii Crassos i że została usidlona przez Zakon Złamanego
Oka. Na rozkaz Bieli Teia zostaje podwójną agentką Chromerii i przenika
do Zakonu. Natychmiast podejmuje się różnych zadań, żeby dowieść swojej
wierności wobec Zakonu. Otrzymuje wiadomość od Karris, że ktoś zamierza
zabić Kipa, więc razem z Cruxerem i Winsenem śpieszy przyjacielowi z pomocą. Ratują Kipa i zabijają Czarnogwardzistów, którzy próbowali go
zamordować.
Podczas spotkania z Androssem Kip dowiaduje się, że dziadek wie o Zymunie, który zmierza na Jaspisy, i że po przybyciu zostanie ogłoszony
Pryzmatem-elektem, chyba że Kip odnajdzie zaginioną talię do Dziewięciu
Króli Androssa wraz z oryginałami, które Kip uratował z domu Janus
Borig.
Kip mówi Teii o swoich uczuciach i propozycji małżeństwa, jaką złożyła
mu Tisis, a potem udaje się do sali treningowej Pryzmata, gdzie w gruszce treningowej znajduje zaginione karty do Dziewięciu Króli.
Niechcący absorbuje wszystkie karty, pada martwy i wkracza do Wielkiej
Biblioteki, gdzie spotyka nieśmiertelnego: Abaddona.
Tymczasem Karris i Żelazna Pięść dowiadują się, gdzie przebywa Gavin, i planują akcję ratunkową. Wyruszają z drużyną Czarnogwardzistów i wydostają Gavina z ogromnego hipodromu. Wcześniej jednak Gavinowi
wypalono jedno oko rozpalonym do czerwoności metalowym prętem. Po
powrocie oddają go w ręce zaufanego konsyliarza, a Karris idzie poszukać
Kipa.
W sali treningowej Teia znajduje ciało Kipa. Reanimuje go, ale Kip
rozpacza, widząc, że z kart zniknęły wszystkie wizerunki. Ukradł
Abaddonowi migotliwy płaszcz i teraz oddaje go Teii. Ma kłopot z odróżnianiem rzeczywistości od wizji wywołanych przez karty.
Teia śledzi Androssa i zakrada się do jego posiadłości na Wielkim
Jaspisie, gdzie podsłuchuje jego rozmowę z Zymunem, dotyczącą
przyszłości chłopaka w rodzinie Guile'ów, a potem z Mordercą Sharpem, z którym planują zamordowanie Bieli. Mówi o tym Kipowi i we dwoje ruszają
do komnat Bieli, gdzie znajdują ją umierającą. Dzień po śmieci Orei
Karris bierze udział w ceremonii mającej na celu wybór nowej Bieli i dowiaduje się, że jest jedną z kandydatek.
Podczas ceremonii Andross usuwa Żelazną Pięść z Czarnej Gwardii i publicznie wypędza Kipa oraz jego przyjaciół z Chromerii. Wszyscy
ruszają do wieży, gdzie Kip i jego drużyna otrzymują czarne mundury,
zapasy i nowe imię: Mocarze. Postanawiają uciec statkiem z Chromerii,
ale zanim im się to uda, Zymun rozkazuje nowo powstałej Świetlanej
Gwardii zabić Kipa i jego przyjaciół. Goss zostaje zabity, a Daelos jest
poważnie ranny, nim udaje im się spotkać z Tisis Malargos w porcie. Kip
i Tisis biorą ślub, a potem z Mocarzami, którzy składają Kipowi
przysięgę wierności, płyną do Krwawej Puszczy.
Karris odkrywa, że ceremonia wyboru nowej Bieli została sfałszowana za
pomocą uroków rzuconych z wykorzystaniem pomarańczowego luksynu, chociaż
tym świętym rytuałem powinien teoretycznie kierować sam Orholam. Kiedy
dwaj pozostali kandydaci ją atakują, Karris zabija ich i zostaje Karris
Białą.
Żelazna Pięść znajduje swojego brata - Wibrującą Pięść - umierającego.
Brat wyznaje, że wie, iż Żelazna Pięść pracował dla Zakonu Złamanego
Oka, odkąd przybył do Chromerii. Żelazna Pięść spotyka się z przywódcą
Zakonu, Starcem z Pustyni, który okazuje się sekretarzem i niewolnikiem
Androssa, Grinwoodym.
W tym samym czasie Liv Danavis na rozkaz Księcia Barw poluje na
nadfioletowy krystaliczny zalążek. Chociaż Książę Barw próbuje zmusić ją
do noszenia naszyjnika z czarnego luksynu, dzięki któremu sprawowałby
nad nią kontrolę, udaje jej się przechwycić krystaliczny zalążek dla
siebie.
Gavin odzyskuje przytomność i odkrywa, że znajduje się w niebieskiej
celi więzienia, które zbudował pod Wieżą Pryzmata.
KSIĘGA CZWARTA: KRWAWE ZWIERCIADŁO
Teia i Morderca Sharp porywają Marissię i wykradają jej dokumenty, które
są niezbędne Karris jako nowej Bieli. Gavin budzi się i odkrywa, że w niebieskiej celi towarzyszy mu Marissia i opatruje jego rany. Wyznaje,
że nie tylko była mistrzynią szpiegów Orei, ale także jej wnuczką. Kiedy
tylko Gavin zaczyna dochodzić do siebie, zjawia się Andross i zabiera
Marissię, prawdopodobnie po to, żeby ją zabić.
Karris przetrwała pierwsze spotkanie z Androssem w charakterze Bieli,
podczas którego zgodził się zająć sprawą dwóch mężczyzn zabitych przez
Karris podczas ceremonii wyboru. Później Karris spotyka zaginionego
syna, Zymuna, który opowiada jej o swoim traumatycznym dzieciństwie.
Karris przysięga, że nigdy więcej go nie porzuci.
Teia odbywa swoje pierwsze spotkanie ze Starcem z Pustyni, który
powierza jej zadanie - ma się zbliżyć do Karris. Mówi jej też, żeby
oznakowała kogoś, kto ma zostać zabity - to "prezent" dla niej za
lojalność, jaką okazała do tej pory. Po tym spotkaniu poznaje nowo
mianowanego dowódcę Fiska, w którego towarzystwie czuje się skrępowana,
odkąd Mocarze odkryli jego zdradę. Fisk mówi jej, że jego zdaniem
została wybrana przez wzgląd na Kipa i że może liczyć na niego i Czarną
Gwardię, gdy Mocarze będą potrzebowali ich pomocy. Informuje ją także,
że następnego dnia będzie mogła złożyć ostateczną przysięgę jako
Czarnogwardzistka; dlatego tej nocy Teia czuwa. Schodzi do cel, żeby
zobaczyć więźniów, którzy zostaną straceni podczas Dnia Słońca, i znajduje Quentina, który został aresztowany za zamordowanie Lucii
podczas czarnogwardyjskiego szkolenia. Oznacza go parylem, żeby został
zamordowany, ale usuwa ten znak przed egzekucją.
Podczas Dnia Słońca Karris skazuje Najwyższego Luksjata Tawleba na
Światłość Orholama za to, że rozkazał Quentinowi zamordować Kipa. Po
jego egzekucji przychodzi kolej na Pheronike'a, szpiega Księcia Barw.
Gdy Pheronike płonie, wypuszcza Nabirosa, trzygłowego dżinna, który go
opętał. Karris ułaskawia Quentina i skazuje go na niewolę, żeby stanowił
przykład, symbol chciwości i zepsucia w szeregach Magisterium.
Tymczasem Kip i Tisis próbują bez powodzenia skonsumować małżeństwo -
kwestia staje się nagląca, bo w przeciwnym wypadku ich ślub zostanie
anulowany. Tisis chce towarzyszyć Mocarzom podczas ich walk w Krwawej
Puszczy. Po drodze muszą się zmierzyć z potężnym luksynowym sztormem i Kip ratuje ich, rozsnuwając spętane strugi chi i parylu, aż ich statek
jest w stanie przepłynąć. Z wysiłku traci wzrok na trzy dni, ale Rea
Siluz leczy jego oczy. Kiedy Kip się budzi, Mocarze wypływają na
skonstruowanym przez Ben-hadada ślizgaczu, a Tisis dowodzi, że jest
cennym nabytkiem dla drużyny.
Gavin zaczyna rozmawiać z martwym człowiekiem w niebieskiej celi, który
przyznaje, że Gavin stworzył go, posługując się narzuceniem woli, żeby
dręczyć swojego brata. Martwy człowiek zdradza mu także, że Gavin jest
Czarnym Pryzmatem - czarnym krzesicielem, który absorbuje moc krzesania
wszelkich kolorów, zabijając innych krzesicieli. Gavin próbuje uciec z więzienia, udaje mu się wyrwać z zielonej celi i dociera do małej niszy,
gdzie odkrywa, że czeka tam na niego nikt inny jak jego własny ojciec.
Andross próbuje zawrzeć umowę z Gavinem, ale ten ostatecznie ląduje w żółtej celi, gdzie zostawił ciało brata po tym, jak go zastrzelił.
Mocarze spotykają Duchy z Cienistego Zagajnika - grupę magów woli,
którym przewodzi conn Ruadhán Arthur. Przekonują go, żeby dołączył do
armii Kipa. Odnoszą sukces, atakując Krwawe Szaty, i natykają się na Cwn
y Wawr ("Psy Świtu"), bandę wybitnych krzesicieli-wojowników z wysoce
wyszkolonymi psami. Duchy i Cwn y Wawr łączy skomplikowana historia, ale
ostatecznie obie grupy są w stanie odłożyć na bok dzielące ich różnice i razem stanąć do walki.
Tymczasem Liv staje się nadfioletowym bogiem Ferriluxem i spotyka Samilę
Sayeh - teraz Mota - w Rektonie. Samila mówi Liv, że Biały Król ma jej
marę, ale Liv otrzyma ją pod warunkiem, że zwiąże się z nim i zacznie
nosić czarny luksyn. Liv odmawia.
Eirene wysyła Antoniusa, który jest kuzynem jej i Tisis, żeby sprowadził
Tisis z powrotem do domu, ale jej udaje się go przekonać, żeby dołączył
do wojsk Kipa i złożył mu przysięgę wierności. Ze swoją rozrastającą się
armią Kip postanawia uratować oblegane miasto.
Gavin widzi, że jego brata nie ma w celi z żółtego luksynu i po rozmowie
z martwym człowiekiem, którego tam zastaje, zdaje sobie sprawę, że nigdy
go nie uwięził; zabił prawdziwego Gavina w bitwie pod Strzaskaną Skałą,
a krzesanie czarnego luksynu pozbawiło go wspomnień tamtego wydarzenia.
Andross, Felia i Orea znali prawdę na temat Gavina i czekali, kiedy i czy w ogóle w końcu dojdzie do siebie po tej amnezji/szaleństwie. Gavin
w końcu traci przytomność po zjedzeniu zatrutego chleba i budzi się w więzieniu z czarnego luksynu.
Teia zostaje wysłana z misją do Parii przez Zakon i Karris. Zakon
rozkazuje jej zabić Nuqabę, a Karris satrapkę Tilleli Azmith (mistrzynię
szpiegów Nuqaby). Podczas misji odkrywa, że Nuqaba to Haruru, siostra
Żelaznej Pięści, że były dowódca Czarnej Gwardii żyje i jest więziony
przez siostrę. Teia wypełnia misję, ale Żelazna Pięść ją odkrywa. Teia
wraca później i melduje Karris, że Żelazna Pięść żyje.
Corvan i jego nowo poślubiona żona, Trzecie Oko, spędzają ostatnią
wspólną noc, zanim zostanie zamordowana przez Mordercę Sharpa. Trzecie
Oko ujawnia, że Kip maszeruje na Dúnbheo, żeby je uwolnić, nie
dostrzegając pułapki Białego Króla.
Gavin spędza długie miesiące w czarnej celi i ostatecznie odkrywa, że
martwy człowiek nie jest wytworem narzucenia woli, ale czymś zupełnie
innym. Wkrótce potem pojawia się Grinwoody i wyjawia mu, że jest Starcem
z Pustyni. Proponuje, że uwolni Gavina, jeśli ten zgodzi się pożeglować
na Pienistą Rafę, wspiąć się na Wieżę Niebios i zabić Orholama - którego
Starzec uważa za jądro magii w satrapiach - za pomocą Oślepiającego
Noża. Gavin zgadza się, umieszcza kawałek czarnego luksynu w oczodole,
co gwarantuje jego posłuszeństwo i udaje się na statek. To Złoty
Środek, którym dowodzi nikt inny jak Artylerzysta.
Teia otrzymuje zadanie od Zakonu, które ma być jej ostatnią próbą.
Powiedziano, że ma zabić kogoś (Gavina), po tym, jak ta osoba wypełni
misję dla Zakonu. Jeśli Teia zawiedzie, zginie jej ojciec.
Karris spotyka się z Androssem, który mówi jej, że Żelazna Pięść ogłosił
się królem Parii. Potem Karris musi zabić Gavina Greylinga, któremu
pękło halo podczas poszukiwania jej męża. Po tym Uwolnieniu Karris
rozkazuje Czarnej Gwardii zaprzestać poszukiwań i godzi się z myślą, że
Gavin nie żyje.
Liv postanawia dołączyć do Białego Króla i zdaje sobie sprawę ze swojej
prawdziwej mocy jako bogini, gdy widzi, że Biały Król przygotowuje mary
z myślą o ataku na Chromerię.
Kipowi i jego armii udaje się uwolnić oblegane Dúnbheo. Conn Arthur
bardzo drogo płaci za to zwycięstwo i odchodzi podczas następnej bitwy.
Kip pozbawia urzędów miejscowych arystokratów i przejmuje miasto dla
siebie i swojej armii. On i Tisis wyznają sobie miłość i wreszcie są w stanie skonsumować małżeństwo. Kip posługuje się wszystkimi kolorami
luksynu, żeby naprawić starożytny fresk w ich sypialni, znany jako
Túsaíonn Domhan, co znaczy "Świat się zaczyna".
OD AUTORA
Bystrzy czytelnicy - albo ci, którzy przypadkiem przeczytali uwagi od
autora - zauważą, że pierwsze sceny z Teią rozgrywają się w tym samym
czasie, co ostatnie sceny kilku innych bohaterów w "Krwawym
zwierciadle".
Oszukuję? Cofam się, żeby poprawić błędy zaburzające ciągłość fabuły?
Skądże. Już wcześniej napisałem te sceny i nic nie zmieniają one w tym,
co robią inni bohaterowie, ale postanowiłem wycofać je z "Krwawego
zwierciadła" i wstawić tutaj.
Dlaczego? Jednym z wyzwań pisania wielotomowej epickiej historii jest
wyważenie dramatyzmu. Cykl Powiernika Światła to rozległa, spoista
historia, ale chciałem, żeby każdy tom zawierał własną historię, dzięki
czemu każdy był częścią większej podróży, ale też osiągał swój własny
cel. Czasem te pragnienia związane z pojedynczym tomem muszą ustąpić
wymaganiom całej serii - kiedy na przykład kluczowe pytanie dla fabuły
pojawia się w pierwszym tomie, ale odpowiedź zostaje ujawniona dopiero
kilka części później. Czasem jednak uważam, że trzeba skupić się na
wymogach stawianych przez pojedynczy tom.
Ten cykl z pewnością jest już wystarczająco skomplikowany i dlatego
zdecydowana większość scen jest przedstawiona w kolejności
chronologicznej. Ale co ma zrobić pisarz, kiedy postać zbytnio się
pośpieszy, i porusza problem z tomu piątego, podczas gdy inni
bohaterowie w dalszym ciągu tkwią przy kwestiach z tomu czwartego? (W tym wypadku mowa jest o Teii).
Ściśle chronologiczne przedstawienie faktów zakłóciłoby finałowe sceny
pozostałych bohaterów w tomie czwartym, a potem w tomie piątym; to, co
Teia zrobiła raptem kilka godzin wcześniej, należałoby przypomnieć. Co
więcej, popsułoby to satysfakcję, jaką powinno gwarantować zakończenie
książki - to kruche wrażenie, że chociaż epicka podróż trwa, to
dotarliśmy do kolejnego logicznego przystanku.
Bohaterowie grzeją się przy ogniu, patrząc na górski szczyt, który
spróbują zdobyć następnego dnia? To dobre miejsca na przerwę.
Bohaterowie są w trakcie wspinaczki, a książka po prostu się urywa? To
kiepska konstrukcja.
W innym zaś wypadku bohater w odległych rejonach przeżywa kilka
ciekawych sytuacji w ciągu jednego dnia, jedną po drugiej, podczas gdy
przygoda pozostałych bohaterów rozciąga się na kilka tygodni.
Chronologiczny porządek może i jest najłatwiejszy, ale kiedy działania
jednego bohatera nie wpływają (na razie) na pozostałych bohaterów,
postanowiłem przedstawić kilka scen w kolejności, która moim zdaniem
zapewnia najwięcej przyjemności z lektury.
Zaufajcie mi - kiedy bohaterowie się spotkają, wszystko się złoży w satysfakcjonującą całość.
To znaczy pod względem chronologicznym.
Brent Weeks
z zapadłej dziury w okolicy Portland, w stanie Oregon
ROZDZIAŁ 1
Plan Białego Króla mający na celu zniszczenie Kipa zaledwie zaczynał się
od zabójstwa. A zabójstwo zaczęło się od zapachu goździków.
- Naprawdę uwielbiam być Mocarzem, nie zrozum mnie źle - mówił do
Ferkudiego Duży Leo - ale czasem zapewnianie ochrony to trochę za dużo
dla naszej piątki, nie uważasz? Czarna Gwardia zawsze ma co najmniej stu
wojowników. Dziesięć razy więcej niż jest nas. Znaczy piętnaście? Do
licha, dwadzieścia. Widzisz? Aż tak bardzo jestem zmęczony. Fakt, że
muszą strzec więcej ludzi niż my...
Ferkudi pociągnął nosem.
Duży Leo zamilkł. Oderwał wzrok od gawędzących arystokratów po raz
pierwszy w ciągu wieczoru i zerknął na przyjaciela. Jak większość tego,
co robił Ferkudi, także węszył inaczej niż wszyscy - wciągał powietrze
trójkami: dwa krótkie niuchnięcia i na końcu jedno dłuższe.
Im dwóm przypadła warta przy drzwiach podczas oficjalnej kolacji, na
której okrzyknięto Kipa (Łamacza dla Mocarzy) Wyzwolicielem Dúnbheo. Po
początkowo chłodnym przyjęciu przez Radę Błogosławionych i powieszeniu
paru delikwentów arystokraci z kulturalnej stolicy Krwawej Puszczy w końcu postarali się zachować uprzejmie.
Kiedy Ferkudi nic nie powiedział, Duży Leo pociągnął z aprobatą nosem.
- W końcu nikt nie podniesie ręki tego wieczoru na największego
dobroczyńcę miasta, nie? - podjął wątek. - Nigdy nie przeszkadzał ci
fakt, że nikt najwyraźniej nie dostrzega, że lord Kip Guile bynajmniej
nie uratował miasta w pojedynkę?
Wydawało się, że wszystko jest w najlepszym porządku, pomyślał Leo. Nikt
nie zachowywał się dziwnie. Widać było, rzecz jasna, że niektórzy się
denerwują, bo wszyscy kombinują, jak pozyskać w Łamaczu sojusznika, ale
zgiełk brzmiał normalnie. Ludzie najwyraźniej dobrze się bawili.
Ferkudi również pociągnął nosem.
- Nie mów mi, że się przeziębiłeś - powiedział Leo, nie patrząc tym
razem na towarzysza.
Ferkudi wciągnął nosem powietrze, jak żołnierz wyruszający na wojnę,
który sumienne napełnia magazyny pamięci zapachem włosów swojej żony.
- Co? - zapytał rozkojarzony. - Przeziębienie? Hę?
- Aha, właśnie. O czym to ja...? A, tak, znaczy... Łamacz ratuje miasto
i rozdaje nasze jedzenie głodującym? I naprawia to cudo na suficie...
jak tam się ono nazywa? To ma znaczenie dla tych ludzi. Jest dla nich
jak bóg. Jeżeli Rada Błogosławionych albo któryś z arystokratów z Krwawej Puszczy wykona jakiś ruch przeciwko niemu, ludzie się zbuntują.
Spalą drzewa rodowe arystokratów i powieszą wszystkich co do jednego...
- Czy dopisano kogoś do listy gości w ostatniej chwili? - wszedł mu w słowo Ferkudi.
Ferkudi uwielbiał listy, wszelkiej maści rejestry i spisy. Kiedy
kasztelanka pokazała mu swoje nienagannie zorganizowane księgi
rachunkowe, wyraz jego twarzy był jak karawana z kolejnymi wozami -
ukazywał kolejno zdumienie, niedowierzanie, a potem zachwyt i wreszcie
absolutne zauroczenie sześćdziesięciolatką w okularach i jej doskonałymi
kolumnami liczb. Kip, to znaczy Łamacz, wykorzystywał teraz dziwny umysł
Ferkudiego podczas codziennych sporów z kupcami, bankierami i arystokratami. Mocarze korzystali z niego głównie dla zabawy - na
przykład ostatnio namówili Ferkudiego, żeby uszeregował jednostki
wojskowe według ilości produkowanych nieczystości. (Wagowo? Nie,
objętościowo. Jak szybko po wydaleniu?).
Tyle że gdy pełniło się wartę przy drzwiach, nie było niczego zabawnego
w sprawdzaniu listy gości.
- W żadnym razie! - odpowiedział z kamienną twarzą Duży Leo.
Coś w jego warknięciu, a może zmianie postawy, sprawiło, że paru
najbliżej stojących arystokratów cofnęło się o krok.
To była dyscyplina, jakiej nauczyli się w Czarnej Gwardii - nie ma
żadnych dodawanych w ostatniej chwili osób do listy ani żadnych
niespodziewanych gości, kiedy oni zajmują się ochroną. Nigdy. Gdy
Czarnogwardzista zauważył na przyjęciu kogoś, kogo nie było na liście,
miał pełne prawo uznać tę osobę za zagrożenie.
Niestety to działało tylko wtedy, gdy Czarnogwardzista był w stanie
rozpoznać każdego z gości po wyglądzie. Możliwe, że Ferkudi był w stanie
tego dokonać już drugiego wieczoru od ich przybycia do Dúnbheo, ale nie
Duży Leo. Zapłonęła w nim gwałtowna wściekłość, od której bielały mu
kostki dłoni. Było ich pięciu i mieli chronić samego Powiernika Światła?
To niemożliwe!
Niech cię szlag, Cruxer, minął rok. Do tej pory powinieneś zwerbować już
pięćdziesiątkę.
Jednakże nadal wszystko wyglądało dobrze.
- Ferk?
- Rozmawiałem z kucharzami - powiedział wysoki, zgarbiony młodzieniec,
znowu pociągając nosem. - Nie podają żadnych potraw z goździkami.
Goździki. Nadfioletowy luksyn pachnie trochę jak goździki. Dużemu Leo
przeszedł dreszcz po plecach.
- Łamacz jest jedynym oficjalnym nadfioletowym w tym pokoju -
powiedział.
Kip siedział u szczytu stołu i gawędził przyjaźnie ze starszą kobietą,
która była znawczynią zabytków sztuki.
Znajdował się zdecydowanie za daleko, żeby zapach nadlatywał od niego.
- Sekretna wiadomość? - zapytał Duży Leo.
Nadfiolet często wykorzystywano do przesyłania wiadomości
dyplomatycznych. A to było dokładnie takie towarzystwo, w którym ktoś
mógł mieć przy sobie podobną notę; nawet arystokratę ktoś mógł potrącić
i sprawić, że litery z delikatnego nadfioletowego luksynu popękają.
A może ktoś w kuchni dodał do czegoś goździków w ostatniej chwili? To
możliwe, prawda?
Do licha, na ile Duży Leo się orientował, mogła przejść obok nich jakaś
dama, która używała perfum bazujących na goździkach.
"Fałszywy alarm w związku z próbą zamachu to najgorsze, co można zrobić"
- powiedział im kiedyś dowódca Czarnej Gwardii, Żelazna Pięść. "Gorsza
jest tylko chwila, kiedy stajesz nad ciałem swojego podopiecznego.
Ogłoszenie próby zamachu to wrzucenie pochodni do prochowni historii. To
wam okazuje się zaufanie, zostawiając broń i możliwość krzesania, kiedy
najpotężniejsi i najbardziej podejrzliwi ludzie na świecie śpią,
popijają, rozmawiają i się piep... pieszczą". Roześmiali się, ale
kwestia była poważna - kilku Pryzmatów zostało zamordowanych przez
zdradzonych małżonków i wzgardzonych kochanków. "Kiedy potężni i podejrzliwi ludzie zobaczą, że wpadacie do Sali, krzycząc, wymachując
bronią i krzesząc, przekonacie się, że jakimś cudem pistolety pojawiają
się w rękach ludzi, o których wiecie, że zostali przeszukani i przepuszczeni. Odkryjecie, że niektórzy przeciętniacy jakimś cudem
potrafią jednak krzesać. Zobaczycie ludzi, którzy niczym nie zawinili
poza własną głupotą, dających wam powód, żebyście uznali ich za godnych
zabicia. W przypadku fałszywego alarmu może się zdarzyć, że ludzie umrą
tylko dlatego, że krzyknęliście. Możliwe, że sami ich zabijecie. Z tych
wszystkich powodów wielu uważa, że podniesienie fałszywego alarmu to
wstyd" - mówił dowódca Żelazna Pięść. "Ja jednak mówię, że
Czarnogwardzista, który chociaż raz w życiu nie krzyknie "Dziewiątka
Zabija", to Czarnogwardzista, który nie zachowuje nieustannej czujności.
Chronimy najważniejszych ludzi na świecie. Pracujemy w stałym napięciu".
Szyfr sygnalizował skrótowo liczbę napastników, ich prawdopodobny cel i zdolności. Zwykle wołało się "Jedynka Zabija Piątkę" (pojedynczy
napastnik, próba zamachu, najpewniej czerwony krzesiciel) albo "Dwójka
Łapie Dziesiątkę" (dwóch napastników, próba porwania, uzbrojeni w muszkiety). Dziewiątka oznaczała "nieokreślony" i najpewniej była
fałszywym alarmem.
Duży Leo spojrzał na Ferkudiego, modląc się, żeby się mylił.
Ferkudi piorunował wzrokiem salę, a tryby w jego mózgu obracały się
powoli jak młyńskie kamienie, ale równie niepowstrzymanie.
Niejeden z uśmiechniętych connów z Krwawej Puszczy mógł życzyć Kipowi
śmierci, ale żaden nie ośmieliłby się zaatakować go otwarcie, kiedy w mieście były rozlokowane jego wojska. Jednakże ktoś jeszcze miał dobry
powód, żeby życzyć Kipowi śmierci. Ktoś, kto nie zawaha się przed
niczym. Biały Król.
Nie powinien mieć w tym mieście nikogo, kto by mu służył. Niemniej nie
dało się tego wykluczyć.
Duży Leo i Ferkudi spojrzeli po sobie. Nie było w nich wahania.
- Dziewiątka Zabija Siódemkę! - ryknął Duży Leo.
I dokładnie w tej samej chwili Ferkudi krzyknął:
- Dziewiątka Zabija Zero!
Co?! "Zero" nie oznaczało nadfioletu, ale zabójcę, który posługuje się
parylem.
Ich krzyk poleciał jak rzucone pochodnie, które wylądowały pomiędzy
przyjaciółmi i wrogami, głupcami, nerwusami i naiwniakami, a wszyscy oni
byli wpływowymi paranoikami.
I proch historii wybuchł z potężnym hukiem.
ROZDZIAŁ 2
Kip Guile zamienił się w tysiąc rąk trzymających dwa tysiące sznurków, z których każdy wił się w jego pięści i próbował się wyrwać, ciągnąc w inną stronę. Każdy uważał, że jego prywatne szczęście jest ważniejsze od
przetrwania wszystkich. Kip uśmiechał się do szarej myszki, jaką była
lady Dumny Jeleń, i znajdował odrobinę prawdziwej radości w jej pełnej
podniecenia paplaninie na temat naprawionego przez niego arcydzieła na
suficie, zatytułowanego Túsaíonn Domhan, czyli "Świat się zaczyna".
Zastanawiał się, czy to, co teraz robił, było łatwiejsze czy trudniejsze
od naprawy arcydzieła - splecenia miriady magicznych pasm w jedno
jarzmo, żeby pobudzić do nowego życia coś, co umarło.
Tutaj jednak dwoma tysiącami nitek byli connowie, banconny, kupieccy
książęta, piraci-dżentelmeni, emisariusze, handlarze niewolników,
szpiedzy, oszustki, dezerterzy, wygnańcy i uchodźcy, których były
dziesiątki tysięcy, i nie zabrakło nawet nieśmiałej i fantastycznie
bogatej kolekcjonerki dzieł sztuki. Niektóre sznury bez narzekania
przybrały właściwy kształt, dodając swój ciężar, ale też okazując się
użytecznymi. Wiele opierało się, okazując zrozumiałą nieufność z powodu
następnej wojny, wobec kolejnego Guile'a. Wielu próbowało nagiąć go do
swoich egoistycznych celów. Jednakże za innymi, nawet tego wieczoru Kip
wyczuł zbyt duże napięcie, jakby próbowały mu się wyrwać.
Na miłość Orholama, nie pragnął utkać sobie cesarskiej szaty! Splatał
zwykłe jarzmo, żeby unieść Siedem Satrapii, które wylądowały na krawędzi
przepaści.
To Biały Król. To właśnie Koios działał w tej sali tego wieczoru. Kip to
wyczuwał.
- Dzięki twojemu odkryciu, że starzy mistrzowie posłużyli się naprawdę
pełnym spektrum magii, wielki lordzie Guile... - mówiła lady Dumny Jeleń
- ...Dziewięcioma kolorami! Nie siedmioma! Kto by ośmielił się tak
pomyśleć?... Dzięki temu odkryciu możemy przywrócić życie dziełom
sztuki, które nie ukazywały całego swojego piękna od wielu wieków. Tak,
tak, Chromeria się wścieknie, ale z pewnością sztuka to prawie akt
stworzenia i przynosi tylko większą chwałę samemu Stwórcy, czyż nie?
Tworzenie piękna to oddawanie czci Bogu! Kto temu zaprzeczy? - Była
drobną kobietą, czołową specjalistką od dzieł sztuki w Krwawej Puszczy,
najlepszą na świecie, a przynajmniej tak mu powiedziała Tisis. Lady
miała wiele znajomości i, ogólnie rzecz biorąc, była tu powszechnie
kochana. - Dzięki twoim staraniom, connie Guile... O rety, wygadałam
się, co? Wiedziałeś, że Błogosławieni zamierzają przyznać ci ten tytuł
dziś wieczorem? Drobny prezent. Nieoficjalnie, rzecz jasna, do chwili
oficjalnego...
Na drugim końcu sali Ferkudi i Duży Leo krzyknęli jednocześnie:
"Dziewiątka Zabija Zero!" i "Dziewiątka Zabija Siódemkę!".
Przez żenująco długą chwilę Kip nie rozumiał, dlaczego zachowują się tak
niegrzecznie i krzyczą podczas eleganckiej kolacji.
W jednej chwili największą obawą Kipa było to, że lady Dumny Jeleń
przymierza się do poproszenia go, żeby naprawił dziesiątki delikatnych,
bezcennych dzieł sztuki. Nie było możliwości, żeby nie rozwalił przy
okazji połowy z nich. Do licha, w końcu był Żółwio-Niedźwiedziem.
A w następnej chwili dwa okrzyki oderwały go od lęków towarzyskich,
przypominając o cielesnych zagrożeniach - zupełnie jakby był człowiekiem
wyrwanym z niespokojnego snu przez pojawienie się złodzieja w sypialni.
Luksynowe pochodnie zostały złamane, Ben-hadad rzucił jedną niebieską i jedną zieloną na bankietowy stół, a każda zapłonęła, trzaskając
magnezowym żarem, przypalając bezcenne orzechowe drewno.
Kip nagle poleciał do tyłu, gdy Cruxer złapał go za ramiona i szarpnął
razem z krzesłem, żeby jak najszybciej znalazł się poza linią
ewentualnego ognia.
Cruxer nagle zablokował ślizgające się krzesło stopami, pchnął je
zdecydowanie na ziemię, a Kip wyleciał w powietrze jak z katapulty.
Przekoziołkował do tyłu i dopiero poniewczasie podkulił kolana.
Kiedy to ćwiczyli, Kip wylądował zgrabnie na nogach. Jeden jedyny raz.
I nie tym razem. Klapnął ciężko na czworakach za Cruxerem.
Zanim wstał, Cruxer już odepchnął brutalnie niczego nieświadomą służącą,
która się przewróciła, i stanął przed Kipem, opierającym się teraz
plecami o ścianę.Mimo przekrzywionych niebieskich okularów Cruxer
patrzył na niebieską pochodnię na stole i krzesał.
Zakreślał obiema rękami kręgi, budując tarczę z niebieskiego luksynu,
poruszał nimi na prawo i lewo i malował powietrze osłoną z krystalicznego niebieskiego luksynu.
Żeby nie być nieruchomym celem, Kip uskakiwał za Cruxerem w lewo i prawo, krzesząc z pochodni tyle, ile zdołał, i starając się jednocześnie
zidentyfikować zagrożenie.
Ferkudi i Duży Leo pędzili przez rozległą jadalnię, żeby znaleźć się
obok niego. Dźwięki liry, tamburynu i psalterium ucichły.
Kip poprosił o skromną kolację, co oznaczało (jeśli pominąć tych, którzy
trudzili się w kuchniach i zagrodach) setkę lordów i dam, sługusów i wazeliniarzy, trzydziestu paru służących i niewolników, pięćdziesięciu
zbrojnych (którym pozwolono na uzbrojenie niewiele większe niż nóż
stołowy, ponieważ tak nalegał Cruxer) oraz około tuzina artystów.
Wszyscy oni odsuwali się od środka sali i stołu. Niektórzy zbrojni
osłaniali własnymi ciałami swoich pracodawców albo ciągnęli ich w stronę
drzwi. Inni zbrojni byli wciąż oszołomieni i stali jak krowy, mrugając
ślepiami, zbyt tępi, żeby wykonać jedyną robotę, do jakiej zostali
zatrudnieni.
Setka ludzi w pokoju i w ani jednym z nich Kip nie widział zagrożenia.
W kącie na drugim końcu sali drobny Winsen wskoczył na kredens dla
służących, żeby mieć widok na całe pomieszczenie. Założył już strzałę na
cięciwę, której jednak nie napiął, przesuwał jednie łuk w prawo i lewo,
kiedy popatrywał na zgromadzonych w pokoju ludzi.
Potem Kip przestał cokolwiek widzieć, bo Cruxer ukończył tarczę-bąbel z niebieskiego luksynu.
Nie była to elegancka rzecz. Chociaż zrobiono ją z półprzezroczystego
niebieskiego luksynu, była niemal nieprzejrzysta, ale Kip wiedział, że
dużo wytrzyma. Cruxer niczego nie robił na pół gwizdka.
- Więcej ludzi - mruknął jego wysoki ochroniarz. - Potrzebujemy więcej
ludzi.
Dopiero wtedy Kip ogarnął znaczenie okrzyków. "Dziewiątka Zabija
Siódemkę" oznaczało potencjalną próbę zamachu, nieokreśloną liczbę
krzesicieli prawdopodobnie nadfioletowych. Skoro nikt nie rzucił się do
ataku, był to najprawdopodobniej fałszywy alarm. Słowa "Dziewiątka
Zabija" często okazywały się fałszywym alarmem.
Z kolei "Dziewiątka Zabija Zero" oznaczały parylowego krzesiciela.
Zabójcę z Zakonu Złamanego Oka. Cienia.
Co znaczyło, że zabójca może być niewidzialny - potwór z rodzaju tych,
które mogą sięgnąć przez ubranie, ciało i luksyn i zatrzymać czyjeś
serce.
Solidna tarcza Cruxera z niebieskiego luksynu wybuchła z trzaskiem i zwyczajnie rozpadła się w pył.
Zdumiony Cruxer zawahał się skonsternowany faktem, że coś, co stworzył
tak, żeby było nieprzepuszczalne, mogło zwyczajnie zawieść. Kip za to
nagle odzyskał swobodę ruchu. Paryl był kruchy. Mógł przeniknąć luksyn
albo ciało, dosięgnąć stawów lub serca, ale nie mógł się rozciągać, nie
mógł ciąć, nie był w stanie przetrwać gwałtownego ruchu.
Jakby ktoś niewidzialny szarpnął za nerw, kolano ugięło się pod Cruxerem
w tej samej chwili, w której Kip dał nura w bok.
Kip przeturlał się, poderwał i podbiegł prosto do stołu. Ostatnie, czego
chciał, kiedy w pobliżu znajdował się parylowy zabójca, to dać się
przyszpilić do ściany. Krzycząc "paryl!", przeskoczył nad stołem dla
honorowych gości, między wielkie gliniane dzbany z winem.
Zgodnie z ekstrawagancką tradycją Krwawej Puszczy, podczas wielkich
przyjęć conn ustawiał całe wino, jakie zamierzał podać gościom, w wielkich dzbanach na głównym stole, co miało symbolizować jego
szczodrość i zamożność. Od gości zaś oczekiwano, że wszystko wypiją.
Oczywiście, im większe ego, tym większe dzbany.
Tutaj, na cześć człowieka, który uratował miasto, ustawiono jedne z najbardziej olśniewających wielkich dzbanów, jakie kiedykolwiek
wykonano. Stały wydłuż głównego stołu jak szereg zapijaczonych
żołnierzy.
Z racji swojej niebywałej gracji Żółwio-Niedźwiedź zaczepił o jeden z nich, gdy przeskakiwał nad stołem. Przeturlał się na puste miejsce
pośrodku wielkiego "U", jakie tworzyły stoły.
Bezcenny glazurowany dzban pomalowany w złote zoomorficzne zawijasy i wysadzany klejnotami zachwiał się, zakołysał, wino w środku
zachlupotało. Dzban przychylił się, spadł... i się rozbił.
Fortuna w winie i ceramice trysnęła we wszystkie strony.
Za rozlanym winem Kip już szukał zabójcy w podczerwieni - możliwe, że
znajdował się pobliżu Cruxera.
Wszyscy inni wycofali się pod ściany albo rzucili się do drzwi, gdzie
krzyczący ludzie tworzyli zatory.
Nic.
Nawet w migotliwym płaszczu Cień musiał być wyjątkowo utalentowany, żeby
ukryć się przed osobą patrzącą w podczerwieni.
Jak straszliwe bliźniacze kły szarżującego żelaznego byka Ferkudi i Duży
Leo popędzili, żeby zająć pozycje po obu stronach Kipa.
Cruxer nadal leżał, wymachiwał nogą, żeby odzyskać w niej czucie,
połamać paryl. Chwilowo nie brał bezpośredniego udziału w walce, ale
wciąż rozglądał się i już wykrzykiwał rozkazy, bez śladu strachu w głosie mimo własnej bezradności.
- Ferk, Leo, szerzej! Ruszajcie się! Paryl!
Duży Leo już rozwijał ciężki łańcuch, który zwykle nosił owinięty na
szyi i wciśnięty za pas. Zaczął kręcić nim w powietrzu, tworząc w ten
sposób ruchomą tarczę z błyszczącej stali. Żadne kruche palce parylu nie
mogły pokonać takiej przeszkody. Dzięki Teii Mocarze mieli pojęcie na
temat tego, czego paryl jest w stanie dokonać.
Ferkudi, utalentowany zapaśnik, miał węzły luksynu w dłoniach i wokół
rąk - skrzący się kawałek krystalicznego niebieskiego luksynu w prawej i rosnącą pałkę z podobnego do drewna zielonego luksynu w lewej. Liczył na
to, że odeprze dowolny atak luksynem na dostatecznie długo, żeby
zmniejszyć dystans i złapać napastnika.
Kip pomyślał, że skoro podczerwień nie działa...
Nadal poruszając się chaotycznie i wciąż się rozglądając, Kip zaczął
zwężać źrenice tak, żeby widzieć w chi. Trochę za późno przypomniał
sobie, że kiedy ostatni raz bawił się chi, stracił wzrok na trzy dni.
Za późno.
Grzmot wystrzału z pistoletu z małej odległości zakołysał Kipem.
Widział, jak ognisty podmuch z lufy przelatuje tuż obok jego twarzy,
usłyszał szczęk ołowianej kuli i poczuł, jak podmuch powietrza
rozpłaszcza mu policzek niczym bokserski cios.
W jałowym, absolutnym skupieniu, jakie zapada w odpowiedzi na odgłos
kroków Śmierci, świat zniknął. Nie było żadnych dźwięków, żadnych ludzi.
Był tylko pistolet, unoszący się w powietrzu w bezcielesnej ręce w rękawiczce należącej do niewidzialnego zabójcy. Kiedy pistolet szarpnął
się, migotliwy płaszcz Cienia zafalował z powodu odrzutu i na chwilę
zdradził kształt zabójcy.
Czarna chmura płonącego prochu pędziła w ślad za kulą z muszkietu.
Padając, Kip poczuł jej pieczenie na twarzy. Nie zauważył, że ma spętane
nogi, ale zdecydowanie widział drugi pistolet, który pojawił się, gdy
wynurzył się zza osłony migotliwego płaszcza.
Kolejny huk, a potem stukot.
Kip uderzył o ziemię bokiem i zobaczył, że Ferkudi skacze nad nim w powietrze, próbując złapać zamachowca, a niebieski i zielony luksyn
formują wielkie, postrzępione pazury, dwukrotnie powiększając zasięg
jego rąk.
Niestety Ferkudi niczego nie złapał, jego ręce i luksynowe szpony
zamknęły się na pustce. Padł z hukiem na pierś, stracił panowanie nad
luksynem, pazury odłamały się i zaczęły rozpadać się na podłodze.
Duży Leo rzucił się zaraz za Ferkudim, kreśląc koła łańcuchem na
wysokości pasa, wykorzystując już całą jego długość.
Ostatnie ogniwo zaczepiło o płaszcz wycofującego się Cienia i odrzuciło
połę na bok. Nagle pojawiły się buty, spodnie i pas, podczas gdy reszta
mężczyzny pozostała niewidzialna, przez co mieli wrażenie, że patrzą na
rozdarcie w rzeczywistości. Z powodu trafienia magia została zakłócona,
część płaszcza przestała się zgrywać z barwami otoczenia. Zaraz jednak
powróciła do zwykłego stanu, gdy zabójca obrócił się, odsuwając się od
łańcucha.
Migotliwy płaszcz opadł wtedy i zabójca znów stał się niewidzialny.
Kiedy Kip wziął się w garść - ogłuszony, ale poza tym cały i zdrowy -
Duży Leo naparł na zabójcę i rzucił się za nim jak ogar, który podjął
trop. Jego łańcuch śmignął znowu, trafiając w pustkę...
Mignęły im buty, gdy zabójca rzucił się ku ścianie.
Tym razem wirujący łańcuch opadł z całą siłą, jaką dysponował wielki jak
góra wojownik. Od ciosu popękały płytki podłogowe i posypały się iskry,
ale nie trafił w ciało - Cień był szybki.
Ludzie wrzasnęli, kuląc się i cofając ze strachu, kiedy Duży Leo rzucił
się ku nim. Cień musiał teraz znajdować się blisko nich. Gdyby Duży Leo
uderzył znowu, zabiłby albo okaleczył więcej niż jedną z przypadkowych
osób.
Jednakże Duży Leo zatrzymał się gwałtownie, a koniec łańcucha śmignął
tuż przed tłumem, który teraz panikował i przepychał się do najbliższych
drzwi - zupełnie jakby wbijać korek w butelkę wina.
Z niewymuszoną gracją drużyny, która współpracowała od tak dawna, że
działa jak jedno ciało, Duży Leo przesunął tornado ciężkiego łańcucha na
jedną chwilę - akurat, żeby Ferkudi zdążył przebiec obok niego.
Duży Leo nie mógł zaatakować tak blisko tłumu. Ferkudi nie miał takich
skrupułów. Znowu z rozłożonymi szeroko rękami i luksynem skoczył w powietrze i rzucił się na zbitą grupkę w tłumie. Podejrzewał, że tam
jest Cień.
Jego atak sprawił, że tuzin ludzi poleciał na boki, ale żaden z nich nie
był Cieniem. Ferkudi spadł prosto w tłum, w plątaninę rąk i nóg.
Wobec tego Cień mógł udać się tylko w jednym kierunku - musiał przebiec
z powrotem dokładnie przed głównym stołem.
Kip widział, że Ben-hadad ze stabilizatorem na kolanie - nadal kulał z powodu rany, jaką odniósł w czasie ucieczki z Chromerii - stoi przy
drugim końcu stołu. Trzymał ciężką kuszę załadowaną i wycelowaną
dokładnie w tłum. Niestety strzał w Cienia oznaczał strzał w ciżbę,
która tłoczyła się za nim. Frustracja ewidentnie malowała się na twarzy
okularnika.
Kip wiedział, że Ben czuje się bezużyteczny. Cała jego błyskotliwość
zdała się teraz na nic. Nie mógł walczyć. Nie mógł pomóc przyjaciołom,
którym groziło śmiertelne niebezpieczeństwo. Nie mógł strzelić, o ile
nie będzie miał idealnej okazji, a na to nie mógł liczyć, kiedy wszędzie
kręcili się spanikowani nieznajomi.
A wtedy, szybciej niż Kip zdołał pomyśleć, Ben-hadad obrócił się na
zdrowej nodze i wycelował równolegle do frontowej krawędzi głównego
stołu. Strzelił, chociaż Kip nie widział niczego, w co mógłby celować...
...i przestrzelił brzuśce wszystkich bezcennych dzbanów na wino
ustawionych na stole. Wino trysnęło na podłogę, jakby ktoś odkręcił w nich kurki.
A potem po kolei każdy spadł i roztrzaskał się na podłodze.
Szeroka fala wina rozlała się na wszystkie strony. A potem rozdzieliła
się, opływając dwie przeszkody, w pierwszej chwili nieokreślone, ale
zaraz zostały otoczone przez wino, a ich natura w pełni ujawniona. Wino
zalało całą podłogę z wyjątkiem dwóch miejsc w kształcie stóp.
Kip prawie wypuścił bełt magicznej śmierci, którą zebrał w prawej ręce,
ale wtedy zobaczył zdumioną twarz lady Dumny Jeleń dokładnie na linii
strzału za niewidzialnym Cieniem. Arystokratka wciąż siedziała. Nie
ruszyła się z miejsca - zamarła ze zgrozy.
Rozległ się plusk, kiedy Cień zdał sobie sprawę, że został wykryty, i rzucił się do ucieczki.
Ślady wina znaczyły jego trasę, ale Kip już rozumiał. Skoro ten Cień był
za dobry, żeby dało się go zobaczyć w podczerwieni, to...
Oczy Kipa spazmatycznym ruchem zwęziły się w nieludzki sposób, gdy
zerknął na świat w chi. Mgliste szkielety zewsząd szczerzyły do niego
zęby spod cielesnych powłok. Metal malował się chłodną czernią, a kości
wyglądały jak różowe cienie. Wszystko inne było barwną mgłą.
W chi jednak migotliwy płaszcz buchał przedziwnymi energiami, magią
gotująca się w nim i buchającą chmurami jak boki zgrzanego konia w zimny
poranek.
Cień przestał biec, jego buty wreszcie wyschły na tyle, żeby nie
zostawiał śladów. Odwrócił się ku środkowi sali, upewniając się, że nie
jest widoczny, szkieletowymi rękami poprawił fałdy peleryny.
Kip poruszał głową, jakby on też był ślepy.
Cień wyciągnął krótki miecz, ale trzymał go pod peleryną. Szedł w stronę
Kipa przekonany o swojej niewidzialności.
Na Orholama, nie poddawał się, chociaż wszyscy byli już zaalarmowani.
Kip nie potrafił zdecydować, czy to przejaw nadmiernej dumy, czy
straszliwego profesjonalizmu, skoro Cień myślał, że wbrew wszystkiemu
wciąż może wykonać zadanie.
Kip poczekał, aż Cień znajdzie się blisko, i nagle spojrzał mu prosto w twarz.
- Masz dla mnie wiadomość - powiedział. - Jak brzmi?
Cień zatrzymał się tak gwałtownie, jakby otrzymał policzek. Kip widział,
że czaszka pochyla się, gdy mężczyzna popatrzył w dół na swoje ciało.
Jakby mówił sobie: "Nie, nie, wciąż jestem niewidzialny. To blef".
- Masz wiadomość - powtórzył Kip.
Szkielet zatrzymał się, jakby myślał, że Kip próbuje go przechytrzyć i sprowokować do odezwania się i zdradzenia pozycji. Po chwili pokręcił
delikatnie głową.
- Ach - powiedział Kip, patrząc prosto w miejsce, gdzie musiały
znajdować się zasłonięte oczy mężczyzny. - Zatem ty sam jesteś
wiadomością.
Cień drgnął, jakby w końcu pogodził się z tym, że Kip naprawdę może go
widzieć. Rzucił się, wyciągając miecz...
I cała spętana śmiercionośna furia zielonych macek i kolczastego błękitu
Kipa uderzyła w zabójcę i cisnęła nim przez salę.
Niebezpieczeństwo minęło, Kip wypuścił chi i natychmiast przypomniał
sobie, czemu go nie cierpi. Krzesanie chi było jak jazda na koniu, który
kopie cię przy każdym dosiadaniu i zsiadaniu. W twarz.
Padł na kolana, oczy go paliły, błyskawice dźgały w potylicę, łzy go
oślepiły. Zacisnął powieki, ale kiedy otworzył oczy, nadal widział w chi, ludzie w pokoju byli tylko mglistymi cieniami noszącymi kawałki
metali.
Chi było najgorsze.
Kip zmusił źrenice do normalnego rozwarcia się i na szczęście mu się
udało. Tym razem - Orholamowi niech będą dzięki - chi go nie oślepiło.
Duży Leo zmaterializował się - stał nad Kipem, a Ferkudi podszedł do
Cienia, żeby się upewnić, że nie żyje. Ben-hadad i Cruxer przykuśtykali,
wspierając się wzajemnie. Cruxer z każdym krokiem poruszał się coraz
żwawiej.
Tylko Winsen wciąż się nie poruszył. Nadal stał na stole w kącie sali,
nadal trzymał strzałę na cięciwie, ale nie strzelił. Zwykle nie
zastanawiał się, czy strzelić w trudnych okolicznościach.
Ferkudi wstał. Cień rzeczywiście był martwy. I to bardzo. To była krwawa
jatka, na którą lepiej nie patrzeć, jeśli chcesz tej nocy spokojnie spać
- tak bardzo nie żył.
To był błąd.
Kip nie tyle zabił człowieka, ile starł go z powierzchni ziemi. I zniszczył przy okazji migotliwy płaszcz.
Nikt go nie zganił. Nikt nie powiedział, że powinien był lepiej się
sprawić, jakby to zrobił Andross Guile albo Gavin Guile. Może nawet o tym nie pomyśleli.
On jednak pomyślał. Stracił nad sobą panowanie.
To było przypomnienie, że dużo krzesze. W swojej nieskrępowanej mocy
zieleń porwała go dalej, niżby tego sobie życzył. Jeśli nic innego
wcześniej go nie dopadnie, to właśnie zieleń go zabije. Rzeczywiście, od
pewnego czasu nie patrzył w lustro, bo obawiał się tego, co pokaże mu to
przeklęte szkło.
- Co jest, Win?! - ryknął Duży Leo. - Gdzieś ty się podziewał?
Jednakże mańkut wciąż stał w milczeniu, w prawej ręce trzymał łuk i garść strzał, żeby móc szybko je wystrzelić, jakby w ogóle ich nie
słyszał.
Duży Leo westchnął poirytowany i przestał zwracać na niego uwagę.
- I, do licha, co z tobą, Ferk? Powiedziałeś, że czujesz goździki, to
czemu krzyczałeś "Dziewiątka Zabija Zero"?
- Mój błąd - odparł Ferkudi, jakby powiedział, że chce wina do kolacji,
a potem zdecydował, że tak naprawdę ma ochotę na piwo. - Szafran. Nie
goździki. Miałem na myśli, że czuję szafran. Paryl pachnie jak szafran.
Nadfiolet jak goździki. Zawsze mylą mi się te dwie rzeczy.
- Mylisz szafran z goździkami? One pachną zupełnie inaczej!
- Jedno i drugie jest pyszne.
Duży Leo potarł twarz wielgachną dłonią.
- Ferk, jesteś najgłupszym bystrym gościem, jakiego znam.
- Nieprawda! - Szeroki uśmiech wypłynął na twarz Ferkudiego. - Jestem
najbystrzejszym głupkiem, jakiego znasz.
- Aha - odezwał się Ben-hadad. - Bo to ja jestem najgłupszym mądralą,
jakiego znacie. Poczułem szafran godzinę temu przy drzwiach wejściowych
do pałacu. I nawet się nad tym nie zastanowiłem. Łamacz, wybacz mi,
proszę. - Postukał się w czoło kostkami dłoni. - Chyba zgodnie ze
zwyczajem powinienem złożyć rezygnację?
- Żadnych takich - odparł Cruxer. - To nie jest wina żadnego z was, ale
moja. Zrobiliście wszystko, co należało. Mocarzy jest za mało. Nie
wystarcza nas do wszystkich zadań. A to moja wina.
Kip zachował w tajemnicy fakt, że Teia przeniknęła do Zakonu Złamanego
Oka, ale wspomniał, że Karris obawia się, że Zakon ma swoich ludzi w Czarnej Gwardii, przez co Cruxer ucinał wszelkie rozmowy na temat
zwiększenia liczby Mocarzy, w obawie, że przyjmą w swoje szeregi
zdrajcę.
- Skąd możesz mieć pewność, że jeden z nas już nie pracuje dla Zakonu? -
zapytał Winsen. - Moim zdaniem powinniśmy przyjąć nowych ludzi. Zyskamy
przynajmniej kilka wacht odpoczynku, czekając na nóż w plecach.
Winsen i bez tego działał im czasem na nerwy swoim pustym spojrzeniem,
całkowitą pogardą dla niebezpieczeństwa i nadmiernym entuzjazmem przy
strzelaniu.
- Wszyscy zrobiliście, co do was należało - kontynuował Cruxer - i wszyscy wykonaliście swoje zadania doskonale. Z wyjątkiem Winsena, który
moim zdaniem pracuje sobie na czarnogwardyjskie przezwisko. Co powiecie
na Balast?
Mocarze zaczęli się śmiać, zachwyceni pomysłem, i odwracać do Winsena,
kiedy Kip spostrzegł coś okrutnego i głodnego w oczach tego drobnego
młodzieńca. Win nie najlepiej radził sobie z kpinami.
Obsydianowy grot przesunął się w lewo, kiedy Win założył strzałę na
cięciwę i wymierzył prosto w Cruxera, który stał pewnie, wyprostowany.
Nie miał czasu, żeby uskoczyć. Win poruszał się tak szybko, jak
człowiek, który wpada do dziury, robiąc krok w miejsce, gdzie spodziewał
się pewnego gruntu. Przyciągnął cięciwę do ust jak w szybkim pocałunku
żegnającego się rodzica i zaraz ją wypuścił.
Nie miał prawa spudłować...
...a jednak nie trafił.
Wystrzelił następną strzałę i już zakładał trzecią, zanim Mocarze
zdążyli uskoczyć na prawo i lewo. Kip krzesał zieloną tarczę przed sobą
- zawsze wiedział, że to będzie Win. Ten jego jaszczurczy spokój.
Nienaturalna obojętność.
Duży Leo przygniótł Kipa do ziemi, przerywając mu krzesanie i zasłaniając widok, własne ciało oferując za tarczę.
- Ej, ej, ejże! - krzyknął Winsen. - Spokojnie, Ferk! Ben! Wyluzuj,
Ben!
Kip wygrzebał się spod żywej góry Dużego Leo i zobaczył, że Winsen unosi
wysoko łuk, poddając się.
Ben-hadad celował z kuszy w łucznika, trzymając palce na spuście.
Ferkudi zwolnił, ale już pokonał większość dzielącej ich odległości,
własnym ciałem zasłaniając Winsenowi Kipa i tym samym uniemożliwiając mu
strzał. Cruxer brał zamach ręką, w której już gotował się niebieski
luksyn i twardniał, tworząc lancę.
- Wiem jedno na temat Cieni - powiedział głośno Winsen. Wypuścił strzały
z prawej ręki, żeby pokazać, że nie stanowi zagrożenia. - Często pracują
w parach.
Za Mocarzami rozległ się brzęk. Metal uderzył o kamień i to raptem trzy
kroki od nich.
Byli tak zaślepieni zagrożeniem przed sobą, że żaden się nie obejrzał.
Do tej chwili.
Postać w płaszczu pojawiła się, migocząc. Dwie strzały Winsena wystawały
jej z piersi. Cień. Padł na twarz.
Żaden nie odezwał się słowem, kiedy Cień zadygotał w przedśmiertnych
drgawkach.
Mocarze rozprzestrzenili się, osłaniając Kipa, upewnili się, że martwy
zabójca rzeczywiście jest martwy.
A potem dowódca Cruxer odchrząknął.
- Mówił Balast? Miałem na myśli Sokole Oko.
Zaśmiali się. To były przeprosiny.
Wszyscy z wyjątkiem Ferkudiego.
- Nie możesz go tak przezwać. Jest już Łuczniczka z młodszego roku o takim przezwisku. Pobiła rekord Wina w strzelaniu z trzystu kroków o cztery p...
- Ferk! - przerwał mu Cruxer, nie patrząc na niego, ale uśmiech mu
zrzedł. - W takim razie Orli Wzrok.
- Nie, zdecydowanie nie, Dowódco - upierał się Ferkudi. - Tym
przezwiskiem posługiwano się już kilka razy. Większość tych ludzi
przeszła już na emeryturę, ale nadal żyje. To brak szacunku przyjmować
przydomek żywego Czarnogwardzisty...
- Ferk - wycedził z wymuszonym uśmiechem Cruxer.
- Mnie wystarczy, jak będziecie do mnie mówić "Wasza Świątobliwość" -
zaproponował Winsen.
- Nie - odpowiedział Cruxer.
- Dowódco Winsen? - zasugerował Winsen.
Cruxer westchnął.
ROZDZIAŁ 3
Może to nie jest zdrada.
Teia przemykała przez koszary po spotkaniu ze Starcem z Pustyni i Mordercą Sharpem, zastanawiając się, czy to ostatni raz, kiedy jej noga
tu stanęła. Spakowała się w półmroku wczesnego poranka, gdy jej bracia i siostry z Czarnej Gwardii spali.
Bracia i siostry, pomyślała. Hmm. Kim wtedy byłby dowódca Żelazna Pięść?
Jej ojcem? Z pewnością tak to odbierała.
Jaka osoba zabiłaby własnego ojca?
Nie. Nie! W ten sposób ocalę ojca. Mojego prawdziwego ojca.
Zarzuciła pakunek na ramię i rozejrzała się po koszarach, jakby miała
nadzieję, że ktoś ją zobaczy i zatrzyma.
Co ja wyprawiam? Żegnam się?
To żałosne. To przeszłość. To wszystko już przepadło.
Poza tym najbliższych przyjaciół, jacy jej zostali, nawet tu nie było:
Gav i Gill Greylingowie, Essel i Tlatig wyruszyli na jedną z na poły
potajemnych wypraw w poszukiwaniu Gavina Guile, w których tak wielu
Czarnogwardzistów brało udział w ostatnim roku. Nie mieli właściwie
pozwolenia na takie wypady - zadanie poszukiwania zaginionego Pryzmata
przekazano w inne ręce - ale nie zostały też tak naprawdę zakazane.
Nawet gdyby Gavin Guile był tylko podopiecznym Czarnej Gwardii, a nie
ich Promachosem, który walczył razem z nimi na polach bitew i przelewał
za nich krew w siedzibach władzy, zapracowując sobie na czarnogwardyjski
przydomek i uwielbienie Czarnogwardzistów, nawet gdyby to była jedynie
zniewaga, a nie atak na kogoś, kogo kochali, utrata Pryzmata byłaby
plamą na honorze, jakiej Czarna Gwardia nie mogła znieść.
Ich głównym celem było chronienie Pryzmata, a porwano go dosłownie spod
ich nosów.
Zrobiliby wszystko, żeby go odzyskać. W taki właśnie sposób postępuje
rodzina.
Dzień, w którym go stracili, to był dzień, kiedy rozpadł się cały świat
Teii. Karris została Bielą. Zymun został Pryzmatem-elektem. Dowódca
Żelazna Pięść został zwolniony. Kip i Mocarze prawie zginęli podczas
ucieczki, a Wibrująca Pięść poświęcił życie, żeby uciszyć działa i ich
ocalić.
Teia jak idiotka postanowiła tu zostać. Wmówiła sobie, że tu zdziała
więcej dobrego.
Dobrego?! Przede wszystkim nauczyła się wykorzystywać swoją magię do
mordowania niewolników.
I nie była nawet dobra w źle, którego dokonywała.
Przy mordowaniu siostry Żelaznej Pięści nawaliła tak bardzo, że były
dowódca natychmiast zorientował się, kto ją nasłał i kim jest - to
właśnie przez Teię Żelazna Pięść ogłosił się królem, a nie satrapą.
I teraz, z powodu jego zemsty, Chromeria straciła Parię.
Z początkowych siedmiu satrapii zostały im tylko dwie i pół: Abornea,
Ruthgar i połowa Krwawej Puszczy.
Cesarstwo było bankietowym stołem na siedmiu nogach, a teraz został źle
wyważony - za ciężki stolik, chwiejący się na dwóch pozłacanych nóżkach.
Pytanie tylko, kiedy w końcu się przewróci.
Wobec tego najlepiej było dla Teii sprzymierzyć się z Zakonem. Królestwa
powstają, a cesarstwa upadają, ale karaluchy zawsze wychodzą z tego
cało.
I to właśnie oznaczało to ostatnie morderstwo dla Starca, kiedy Teia
przestała karmić się złudzeniami. Sprzymierzenie się z Zakonem raz i na
zawsze. Już bez żadnego udawania. Nie byłaby dłużej podwójną agentką,
tylko po prostu agentką.
Dotarła do portu na tyłach Małego Jaspisu w ostatniej chwili przed
świtem. Czuła się tak zwiędła i jałowa na duszy jak wychłostane wiatrem
Czerwone Klify.
Ojciec nie chciałby, żeby okupiła jego życie tak wielką ceną, ale Teia
zbyt długo przejmowała się tym, czego chcieliby inni ludzie.
Chociaż Starzec nie powiedział tego wprost, następnym zadaniem Teii było
zabicie Żelaznej Pięści.
Żeby zapewnić sobie jej posłuszeństwo, Zakon wziął jej ojca jako
zakładnika. Opuści ich towarzystwo jako bogaty człowiek albo w ogóle go
nie opuści.
- Oto ból, który przekształci cię w Teię Sharp - powiedział Starzec.
Niech Orholam - nawet jeśli był nieobecny, ślepy czy obojętny - ześle
tego podłego człowieka i cały Zakon prosto do dziewiątego piekła.
Teia nie wiedziała w jaki sposób ani dlaczego, ale Żelazna Pięść albo
przebywał na tym dziwnym, białym jak kość statku, który dostrzegła, gdy
weszła do portu, albo czekał u celu ich rejsu.
Teoretycznie to nie była zdrada. Ogłosił się królem. To oznaczało, że
sam był zdrajcą.
A zabicie zdrajcy nie było czymś złym... Prawda?
Żelazna Pięść był dla niej jak ojciec, ale przenikając do Czarnej
Gwardii dla Zakonu, zdradził człowieka, który był jak ojciec dla nich
wszystkich: erudytę i zbawcę, głowę rodziny i Promachosa, podobnego
bogom Gavina Guile.
Żelazna Pięść przysiągł wierność Gavinowi! Przyjmował dokładnie taką
samą przysięgę od połowy pozostałych Czarnogwardzistów! Zanim sięgniesz
po ostrze, musisz zdecydować, po której stronie stoisz. Król Żelazna
Pięść zdecydował, że stanie po własnej. Odrzucił lojalność wobec Gavina
i teraz pewnie próbuje tego samego z Zakonem.
Dlaczego inaczej wysłano by Teię, żeby go zabiła? Jest przecież jednym z nich.
A w każdym razie był.
Teraz Teia będzie tarczą, która spadnie na jego szyję. To ona przyniesie
jego głowę swoim panom.
Zabicie Żelaznej Pięści będzie bolało, ale jej nie złamie. Ten czas już
dla niej minął.
Weszła do pustego portu niewidzialna w migotliwym płaszczu, prawzorze
wszystkich pozostałych. Smętny świt wygrażał horyzontowi, podczas gdy
żeglarze przygotowywali statek, pracując w ciszy. Brakowało kapitana
portu i pracowników portowych, niewolników czy służących, jakich
normalnie Teia spodziewałaby się tutaj. To był statek-widmo, odpowiedni
dla potępieńców.
Trzy postaci stały na nabrzeżu. Jedna zgarbiona i owinięta jak chora,
albo jakby ukrywała swój wzrost. Drugą był teatralnie gestykulujący
mężczyzna o zmierzwionej, wełnistej brodzie, w którą wpleciono kawałki
lontu, i w złotej brokatowej kamizelce noszonej na gołe ciało mimo
chłodu poranka. Trzecia stała tyłem do Teii. W jej postawie było coś, co
kojarzyło się z żywym towarem - niewolnik, który zostanie przekazany z jednych rąk do drugich. Teia widywała już takie powłóczenie nogami;
prawdę mówiąc, sama chodziła kiedyś w taki sposób.
Dlatego zlekceważyła tę postać i rozszerzyła oczy do parylu, żeby
przyjrzeć się pozostałym. W tej samej chwili postać w ciężkiej pelerynie
podała miecz.
Widok broni był jak niespodziewany cios. Aż zamrugała. Ostrze powinno
jarzyć się bielą w parylu. Metal zawsze tak się zachowywał, jedynie ton
nieco się zmieniał zależnie od rodzaju metalu. A to coś było
niewidzialne.
Nie, to migotliwe płaszcze sprawiały, że rzecz stawała się niewidzialna
- kiedy patrzyło się na aktywny migotliwy płaszcz, widziało się to, co
leży poza nim. A ten miecz był sztabą czarnej, ciężkiej nicości. Zwykle
ciemność jest dziurą, brakiem, tak jak śmierć jest brakiem życia. Ten
przedmiot był jak głodna noc, jak oddychająca ciemność.
To było coś więcej niż Śmierć, młotkowana i wykuwana na kształt zdatny
do zabijania. Tego nie stworzyła ludzka ręka. Może w czasach, kiedy
Starzec był młody, jakiś martwy półbóg po zejściu we wszechpożerające
głębiny dziewiątego piekła, zebrał siły w tym więzieniu, zamiast
rozpaczać. Zaatakował bramy piekła od środka. Stawiwszy czoło
trójgłowemu ogarowi, który strzegł drogi wyjścia i przerażał pomniejsze
duszyczki, uderzył jego trzema warczącymi pyskami w bramę, jakby to był
taran, łamiąc mu zębiska i kości. Raz, dwa, trzy i brama spadła z zawiasów. A potem półbóg odszedł triumfujący do nieba, nie zważając na
piekielnego ogara, którego zostawił za sobą.
Gdyby to była prawda, to ostrze było jednym z wyszczerbionych,
połamanych kłów.
Podając broń, mężczyzna w pelerynie trzymał ją na dłoniach w rękawiczkach.
Bynajmniej nie podawał jej ekstrawaganckiemu kapitanowi.
I to był kolejny cios. Parylowy znacznik widoczny tylko dla niej, znak,
że to jej cel, wisiał w powietrzu nad nędznikiem, którego zlekceważyła,
uznając za niewolnika.
To nie mógł być... To nie był Żelazna Pięść.
To nie był Żelazna Pięść.
Chociaż widziała go od tyłu, mężczyzna był ewidentnie za drobny. Miał
szerokie, choć zgarbione ramiona, kanciastą szczękę, ale też jasną skórę
i nie był dostatecznie wysoki. Brudny kapelusz zasłaniał mu włosy. To
był po prostu zniszczony stary wojownik.
Cała zimna furia, jaka w niej narastała, rozpłynęła się, jej członki
rozluźniły się i nagle Teia znów mogła oddychać.
Nie musiała zabić Żelaznej Pięści.
Coś w rodzaju dziękczynnej modlitwy napłynęło jej do ust. Ale ich nie
opuściło.
Dlaczego Starzec uznałby, że zabicie nieznajomego będzie dla niej
trudne?
Mężczyzna, do którego żeglarz zwracał się "kapitanie Artylerzysto",
zagwizdał melodyjnie.
- Gadajże, jak będzie? - powiedział, poruszając znacząco krzaczastymi
brwiami i patrząc na niewolnika. Miał czarujący, durny uśmiech, ale na
Teii robił wrażenie niezrównoważonego i bardzo, bardzo niebezpiecznego.
- Śmierć czy chwała?
Najwyraźniej biedakowi zaoferowano jakiś wybór. Nieszczególny, skoro bez
względu na jego decyzję Teia miała go potem zabić.
- Pożeglujmy - odpowiedział niewolnik, prostując zgarbione plecy i biorąc miecz. Odzyskał nieco ducha i Teia rozpoznała go, co odebrała jak
lewy sierpowy w szyję. - Śmierć i chwała, kapitanie Artylerzysto -
odpowiedział nikt inny jak Gavin Guile.
To był sam Pryzmat, Gavin Guile. Ceną za życie ojca Teii było
zamordowanie samego cesarza, Gavina - pieprzonego - Guile'a.
ROZDZIAŁ 4
Młoda bogini szła boso przez ukryte stocznie w sukni, która wyblakła już
do błękitu, chociaż kiedy otrzymała ją od Białego Króla miała żywy
odcień królewskiej purpury. To się stało jeszcze zanim próbował ją
zabić. Niewidzialne dla większości tornada zwiewnych pajęczych nici
luksynu wydymały się wokół niej, wirując w uporządkowanych wirach,
tworząc wzór powtarzający się we wszystkich skalach. Smużki przyklejały
się do tych, którzy znaleźli się na jej drodze, i przenikały w nich.
Kupcy i stoczniowcy, bezpłatni robotnicy, których nikt tu nie nazywał
niewolnikami, znajdowali powody, żeby zejść jej z drogi, chociaż żaden
jej nawet nie spostrzegł.
Brudny magazyn, do którego się zbliżała, był jarmarczną salą tronową dla
człowieka, który zostanie królem bogów, ale nędzny budynek dobrze
strzegł swoich sekretów.
Szła przez tłum, który rozstępował się przed nią za sprawą magii.
Słyszała jak intonacja ich słów zmienia się, różnorakie słowa z setek
rozmów nagle porządkują się, tonacja wznosi się i opada w idealnej
harmonii. Nagle wszyscy jednocześnie ucichli, gdy zauważyli tę zmianę.
Większość była zdumiona, niektórzy czuli niepokój. Słowa należały do
nich, takie ujednolicenie nie było zamiarem mówiących. Oczywiście tu,
pośród nowych pogan, dziwna magia była na porządku dziennym. Koloraki
wszelkich barw krążyły po ulicach. Sześć mar zebrało się tak blisko
siebie, jak jeszcze nigdy w historii świata. A jednak ta magia była
inna.
Aliviana, urodzona jako Aliviana Danavis, teraz bogini Ferrilux, minęła
koloraki strzegące drzwi. Nadfioletowe koloraki były najłatwiejsze -
mogłaby z łatwością sprawić, że staną się jej własnością, gdyby tylko
zechciała. Tępe, animalistyczne podczerwone stanowiły dla niej
największe wyzwanie - wytrzeszczały zwierzęce ślepia na wszystkich
wokół, jakby wszyscy inni słyszeli ton, na które one pozostawały głuche.
Jedno z tych poparzonych dziwadeł zagapiło się nawet na nią, ale nie
było w stanie pojąć, dlaczego Aliviana może być ważna.
Zmiana tonacji, a potem cisza rozlewały się przed nią przez rzesze
petentów dwiema powolnymi falami i rozbiły się dopiero na kręgu
dziewięciu ochroniarzy Białego Króla. Wszyscy należeli kiedyś do elity
krzesicieli-wojowników. Teraz znajdowali się pół skoku od statusu boga i byli polichromatycznymi kolorakami z bronią z czarnego luksynu -
vechevoralami, jataganami, skorpionami i flissami - nawet wybierając
broń, woleli rzeczy stare i prowincjonale od nowoczesnych i powszechnych.
Nadfiolet Liv umarł, gdy dotknął tych ostrzy, bo magia zawsze umierała,
gdy stykała się z żywym czarnym luksynem.
To, że koloraki miały taką broń, znaczyło, że Biały Król eksperymentował
ze swoim czarnym zalążkiem krystalicznym. Zastanawiała się, czy
rozumiał, że bawi się najbardziej niebezpieczną magią na świecie.
Żołądek zacisnął się jej nieprzyjemnie z jakiegoś powodu.
Może to reakcja emocjonalna?
Mogłaby wywlec z pamięci nazwę tego uczucia, gdyby spróbowała, ale
prawdę mówiąc, w ogóle jej na tym nie zależało.
- Bliżej nie podchodź! - ryknął Biały Król.
I wtedy wszyscy ją zobaczyli, jej związanie woli załamało się jak
złamane zaklęcie. Ludzie odsunęli się od niej ze zdumienia i strachu,
niektórzy wręcz odskoczyli, potykając się o sąsiadów i przewracając.
Broń znalazła się w rękach koloraków, ale nawet czerwoni i podczerwoni
nie zaatakowali bez rozkazu Białego Króla.
Nadfioletowe związanie woli przemawiało jedynie do rozsądku, tak jak
uroki pomarańczowych przemawiają do emocji, dlatego każdy, kto
wykrzyknąłby słowo, mógł zniszczyć jej sieć.
Jednakże, zamiast spostrzec maestrię jej krzesania, która pozwoliła jej
wpłynąć na widzenie sześciuset dwudziestu siedmiu ludzi i siedemdziesięciu trzech koloraków, ciżba była pod wrażeniem swojego
króla. Jakby rozkazał jej stać się widzialną i nie miała innego wyjścia
niż się podporządkować. Jakby to był dowód, że jego magia jest
potężniejsza.
Jej gniew nie potrzebował pomocy w znalezieniu imienia. Był
wystarczająco dobrze skupiony na protekcjonalnym, nadętym polichromacie,
który stał teraz przed tronem z drogocennej kości.
Urodzony jako Koios Białodąb, zanim pożar w rodzinnej posiadłości na
Wielkim Jaspisie pozbawił go urody, człowieczeństwa i złudzeń, Biały
Król był imponującą postacią - tyle musiała przyznać. Do poparzonego i pobliźnionego ciała dodał luksyn i uroki. Udoskonalił swoje panowanie
nad nimi podczas jej nieobecności. Nosił obrębione złotem spodnie z białego jedwabiu, których powłóczystość przypominała jej jakiś wizerunek
na starożytnym drzeworycie, krój z czasów dziewięciu królestw. Nosił
tunikę w tym samym stylu, zasznurowaną ściśle na jego szczupłym ciele
złotymi sznurówkami z węzłami rozmieszczonymi w rytualnych odstępach.
Zamiast rumianej, bladej albo piegowatej skóry, typowej dla kogoś, kto
wywodzi się z Krwawej Puszczy, miał skórę białą jak słońce w środku
dnia. Liczne i groteskowe grudy blizn stały się jakimś cudem
niewidoczne, albo za sprawą sztuki makijażu, albo magii woli. Wątpiła,
żeby naprawdę dało się go uleczyć; Białemu Królowi zależało tylko na
pozorach, a nie na zmianie ukrytej pod nimi rzeczywistości. Powieki miał
pomalowane na czarno dla podkreślenia wielobarwności oczu, a jasna skóra
była ozdobiona przyklejonymi klejnotami i wystającym luksynem.
- Dobrze wyglądasz, Koiosie - powiedziała Aliviana. - Wygląda na to, że
nie ja jedna zmieniłam się, odkąd odesłałeś mnie z zabójcą, któremu
rozkazałeś zabić mnie albo zniewolić jak inne twoje udomowione dżinny.
- Córko! Nasz nowy Ferrilux! - odpowiedział Biały Król. - Przemawiasz
doprawdy jak ktoś, kto stał się boginią dumy! Rozkwitłaś i stałaś się
wszystkim, na co miałem nadzieję z odrobiną zuchwałości na dokładkę.
Zaśmiał się, a jego ludzie uznali, że to znak, że można się śmiać, zatem
też to uczynili.
Ten śmiech był dziwnym dźwiękiem. Dźwiękiem, którego nie wydawała i nie
słyszała od roku, dwunastu dni, dwudziestu godzin i siedmiu sekund.
Dopiero kiedy ucichł, Aliviana pomyślała, że powinna była wysłuchać
informacji zawartej w tym śmiechu. Czy to był śmiech ludzi obawiających
się króla, czy ludzi podziwiających go i kochających?
Za późno.
Nieznajomy emocjonalny ciężar zniknął niezważony i nie potrafiła powróci
do niego w pamięci, żeby go ocenić, jak nie da się cofnąć rzuconej
mimochodem zniewagi.
- Możemy porozmawiać? Na osobności? - zapytała.
Zęby zacisnęły jej się nagle, gdy chciała otworzyć usta.
- Nie płaszcz się - syknął Beliol.
Nikt inny nie mógł go usłyszeć. Uważając, żeby nie zdradzić wyrazem
twarzy irytacji, zdusiła myśl i nawet zdołała poruszyć mięśniem
jarzmowym większym. Z odległości Biały Król mógł to wziąć za uprzejmy
uśmiech.
- Proszę - dodała.
ROZDZIAŁ 5
- Znowu koszmar? - zapytała Tisis. - Myślisz, że próba zamachu...
- Nie. To znowu ta druga rzecz. - Kip przesunął się na brzeg ich łóżka.
Jego strona była mokra od potu.
- Miałam nadzieję... - Westchnienie Tisis było echem jego własnego.
Widział, że wstała już jakiś czas temu, spotkała się ze swoimi szpiegami
albo kimś podobnym. Wybrała mu nawet ubranie. Uważała, że Kip za mało
sypia, i starała się go chronić.
- Jak ja cię znalazłem? - spytał.
- Za pierwszym razem sabotowałam twoją inicjację. Myślę, że za drugim
masturbowałam twojego dziadka.
- Kochanie, nie to miałem na...
- I na wypadek gdybyś kiedykolwiek pomyślał, że mogłabym czynić jakieś
porównania, ty jesteś...
- Nie drążmy tego tematu!
Tisis nie była bezstronną osobą, gdy w grę wchodziła rozmowa o tych
szczególnych snach. Snach o Androssie Guile.
- Mam wezwać służących? - Tisis już trzymała mały dzwoneczek w ręce,
sygnał, że jest spóźniony.
Wyciągnął rękę, żeby ją powstrzymać.
- Mogę ci coś powiedzieć? Coś dziwnego?
Pewnie, że mógł, ale nie odłożyła dzwonka.
- Śnił mi się jako młody człowiek. Zamierzał starać się o dziewczynę i przy okazji ocalić ród Guile'ów. I mimo całej swojej mądrości nie zdawał
sobie sprawy, że jest załamany, całkowicie zdruzgotany niedawną śmiercią
własnego brata. - Zamilkł.
- Na razie... nie ma w tym niczego dziwacznego - powiedziała Tisis.
To, że sama nie dosypiała, sprawiało, że miała mniej cierpliwości do
niego niż zwykle.
Kip spojrzał na tatuaż Żółwio-Niedźwiedzia na nadgarstku. Atramenty lub
luksyn, które nadawały mu kolor, wciąż były żywe, chociaż Bitwa pod
Zielonym Murem miała miejsce kilka dni temu. Z czasem wyblaknie.
Ostatnio korzystał z każdego koloru luksynu. Knot jego życia szybko się
wypalał. Może to miało coś wspólnego z jego snami.
- To właściwie nie są sny - powiedział. - Myślę, że to sny kart.
- Ale zapominasz większość po przebudzeniu. Właśnie tak dzieje się ze
snami.
- No tak. Nie twierdzę, że to w ogóle nie są sny. Po prostu to sny kart.
- Mówiłeś, że nigdy nie dotknąłeś pełnej karty Androssa Guile. Że był za
sprytny, by wszystkie jego doświadczenia zostały pochwycone.
Rzeczywiście tak powiedział. Janus Borig przekonała dziadka Kipa, żeby
pozwolił jej wykonać dwie bardzo fragmentaryczne karty, kawałeczki,
które ukazywały tylko konkretne sceny, coś podobnego do dzieła
nieutalentowanego Zwierciadła albo czegoś, co mogłoby wykonać dobre
Zwierciadło dla przedmiotu. Taka karta nie musiała przedstawiać całej
historii życia twórcy przedmiotu; skupiałaby się jedynie na samym
przedmiocie. Kip dotykał tylko takich urywków. A przynajmniej tak
myślał.
- I wierzyłem, że to cała prawda - powiedział. - Jednak te sny...
- Koszmary - poprawiła go Tisis. - I skoro dotyczą tego stwora, to
rzeczywiście muszą być chore i dziwaczne. To człowiek, który wynajął
zabójców, żeby cię zabili, własnego wnuka, zanim go nawet poznałeś.
Zmusił cię, żebyś grał o życie i wolność Teii. Orholam jeden wie, ilu
niewinnych ludzi zabił, i nie przypadkiem zaaranżował to w taki sposób,
żeby mój przyszły mąż wszedł w najbardziej upokarzającej chwili w moim
życiu, kiedy przekonał mnie, żebym się sprzedała jak dziwka. Myśl, że
przeżywasz życie tego obrzydliwego potwora? To koszmar. A poza tym nigdy
nie dotykałeś jego karty, więc w dodatku urojenia. A zważywszy, ile
rzeczy musisz załatwić praktycznie na wczoraj, to w dodatku rozpraszają
twoją uwagę. - Tisis zadzwoniła, żeby wezwać służbę głośniej, niż to
było konieczne. - Spóźnisz się.
I zaraz wyszła.
Wiedział, że nie była naprawdę na niego zła. Przeprosi za to dziś
wieczorem. Wszyscy oni siłowali się z brzemieniem ich nowej, wywyższonej
pozycji i grzęzawiskiem, w które wdepnęli. Tisis próbowała zadbać o Kipa
i o wszystko inne, właściwie to o niego nade wszystko, i musiała mieć
wrażenie, że on nawet nie próbuje jej pomóc w pomaganiu jemu. Marnował
cenne minuty, opowiadając o snach, kiedy był spóźniony na naradę
wojenną?
Jednakże nie powiedział jej najgorszego - czegoś, co ze wszystkich
niemożliwości uderzyło go jako najbardziej dziwaczne, kiedy tylko się
obudził. Ten młody Andross Guile, którego Kip widział od środka w czasie
snu? Kip na swój sposób go polubił.
- Nie ma powodu do płaczu, Wasza Wysokość i Potężność, już tu jestem -
powiedział Winsen.
Zaskoczony Kip podniósł wzrok. Nie słyszał, żeby drzwi się otworzyły.
Winsen. Dlaczego to musiał być Winsen?
Zresztą Kip nie płakał. Po prostu się zasępił. Oczywiście nie spodziewał
się, żeby Winsen zrozumiał subtelne zróżnicowanie jego życia
emocjonalnego.
- Gdzie służba? - zapytał.
- Poprosiłem, żeby wyszli, żebym mógł cię zamordować - odpowiedział
Winsen.
- Nigdy nam tego nie odpuścisz, co? - Kipowi wydawało się, że tylko to
pomyślał, ale niestety wyrwał się z tym na głos.
Do licha, powinien bardziej panować nad swoim językiem. Kip Pyskacz
znowu się wyrwał.
- Odpuścić? Wszyscy patrzyliście na mnie, jakbym naprawdę zamierzał cię
zabić. Poza Ferkiem. Ale to dlatego, że on jest za tępy. Myślę, że biegł
do mnie tylko po to, żeby wyjaśnić mi zasady bezpieczeństwa przy
posługiwaniu się bronią.
- Wiesz, czasem naprawdę cię nie cierpię - powiedział Kip, trąc oczy.
- Ale mniej niż wszyscy pozostali.
Na chwilę Kip praktycznie oniemiał z powodu słów, które brzmiały bez
mała jak komplement.
- I wzajemnie! - dodał Win, jakby chciał im oszczędzić krępującej
chwili. - Księżniczka już skończyła swoją drzemkę dla urody? Możemy iść,
wiesz, na spotkanie, na którym rozkazałeś nam wszystkim zjawić się pół
godziny temu? Cruxer dosłownie już sra kamieniami brukowymi.
- Dzięki wielkie.
Winsen stęknął, jakby próbował wycisnąć z siebie kawałek bruku.
Kip popatrzył nań z kamienną miną.
Nie zamierzał dać mu tej satysfakcji i zbesztać go albo zdradzić
rozbawienie. Winsen dalej postękiwał.
Kip wyszczerzył w końcu zęby w uśmiechu.
- Do licha, Winsen!
Chłopak poruszył znacząco brwiami.
Kip niczego tak nie chciał, jak włożyć wczorajszą tunikę i wyjść.
- Naprawdę chciałbym po prostu tam pobiec, ale niestety muszę się
należycie ubrać. Odbyliśmy z Tisis długą rozmowę, dlaczego powinienem
się ubierać jak... no wiesz, bogacz, i dlaczego powinienem uważać na
swój strój: żeby ludzie nie widzieli we mnie dzieciaka, niechluja albo
barbarzyńcy.
Za późno Kip zdał sobie sprawę, że Winsen jest ostatnią osobą, jakiej
chciałby relacjonować tę rozmowę.
- Ej, na mnie nie patrz - powiedział Winsen. - Doskonale rozumiem,
dlaczego wydajesz roczne zarobki Czarnogwardzisty na jeden komplet
ciuchów. Sam bym to zrobił, gdyby zapłacono mi za ostatnie pół roku.
Albo wiesz, kiedykolwiek.
Kip jeszcze raz potrząsnął dzwonkiem dla służby. Tym razem głośniej.
- Rozumiem, że musisz utrzymywać pewien poziom - dodał Winsen jakby z urazą. A potem zniżył na chwilę głos. - I ile trzeba się napracować,
żebyś prezentował się dobrze. I wiem, że Cruxer wkurza się, gdy czeka,
więc wysłałem przodem twoich służących.
- O bogowie. Chyba nie chcesz, żeby służący stroili mnie na oczach
Mocarzy!
Bycie nagim w obecności Mocarzy to nic wielkiego, ale bycie kąpanym
(przez obcych ludzi), skubanym, namaszczanym i masowanym przy
akompaniamencie takich wypowiedzi jak "Powinniśmy podkreślić czy raczej
ukryć zaskakujący i oczywisty rozmiar pańskich pośladków"?
To była tortura.
- Ja? Żeby narobić ci takiego wstydu? Wasza Miłość, jestem wstrząśnięty!