GORDIAN. GRZECH I KARA - Melissa Darwood

Kup ebooka

49.90 zł
39.92 zł (37,89 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Pa­kuję ple­cak i zbie­ram się na za­ję­cia. Nie za­mie­rzam do końca ży­cia być tre­ne­rem krav magi. Stu­diuję in­ży­nie­rię me­cha­tro­niczną, bo nie chce mi się wie­rzyć, że czło­wiek do tej pory nie stwo­rzył jesz­cze urzą­dze­nia, które po­tra­fi­łoby za­pa­mię­tać za niego każde wspo­mnie­nie. Po­trzebny nam dysk w mó­zgu. Dzięki niemu mo­gli­by­śmy bez pro­blemu wy­szu­kać i od­two­rzyć do­kład­nie wy­po­wie­dziane dzie­sięć lat temu zda­nie, uj­rzane w pierw­szej kla­sie twa­rze, przy­po­mnieć so­bie li­stę za­ku­pów spo­rzą­dzoną kil­ka­na­ście go­dzin wcze­śniej. Je­śli kie­dyś uda mi się stwo­rzyć ta­kie cacko, będę usta­wiony do końca ży­cia. Swój wy­na­la­zek na­zwę Gor­dia­nus.

Póki co miesz­kam w cia­snej ka­wa­lerce, je­stem stu­den­tem ostat­niego roku, za­li­czam eg­za­miny rów­nie spraw­nie jak la­ski, za­ra­biam cał­kiem nie­źle na tre­nin­gach, a w so­bot­nie noce or­ga­ni­zuję wraz z kum­plem walki. I z tego mam naj­więk­szą kasę.

Z Tom­kiem znamy się z ogól­niaka. Cho­dzi­li­śmy do jed­nej klasy, wcią­gną­łem go w krav magę, bo fra­je­rzy z osie­dla cią­gle go sztur­chali. Te­raz nikt mu nie pod­sko­czy. To czło­wiek do rany przy­łóż. Szcze­rze, nie mam bla­dego po­ję­cia, dla­czego na­dal się ze mną kum­pluje. Cza­sami od­no­szę wra­że­nie, że ma ma­so­chi­styczne skłon­no­ści - ja na jego miej­scu ze sto razy bym już sie­bie za­je­bał. Do­tąd tylko raz zdzie­lił mnie w gębę, jak po­wie­dzia­łem, że jego dziew­czyna to ździra. Od­da­łem mu z na­wiązką, zła­ma­łem ki­nola, bo nikt, na­wet naj­lep­szy przy­ja­ciel, nie bę­dzie mi obi­jał mordy z po­wodu głu­piej dupy.

Przez ty­dzień się do mnie nie od­zy­wał. Zmiękł, jak na­krył swoją słodką An­ge­likę z ja­kimś przy­du­pa­sem, i zro­zu­miał, że mia­łem ra­cję. Od tam­tej pory mamy umowę, że żadna dziew­czyna nas nie po­różni. Zresztą trudno by było. To­masz jest ra­czej ty­pem ro­man­tyka, za­pra­sza na randki, ku­puje kwiaty, za­li­cza do­piero na trze­cim spo­tka­niu. Szuka sta­łego związku. Boję się o niego, bo tra­fiają mu się same zołzy, które chcą wy­ko­rzy­stać jego do­broć. W końcu z ja­kąś się chajt­nie, a ta od razu wsa­dzi go pod pan­to­fel. I to bę­dzie ko­niec jego mę­sko­ści. Do­brze, że ma kum­pla, który czuwa.

Zo­sta­wiam mo­to­cykl na par­kingu i wcho­dzę na uczel­nię. Mamy wy­kłady w no­wym bu­dynku, który wy­bu­do­wano dwa lata temu. Rek­tor jest ob­rotny. Lu­bię go, mia­łem z nim wy­kłady na dru­gim roku. Trzyma to całe aka­de­mic­kie to­wa­rzy­stwo mocno za mordę. Dzięki niemu mamy wy­po­sa­żone sale, pro­gramy sty­pen­dialne, pro­jekty ba­daw­cze. Rzą­dzi twardą ręką i wi­dać tego efekty.

W auli jest duszno, wi­docz­nie ktoś za­po­mniał włą­czyć kli­ma­ty­za­cję. Za­zwy­czaj nie cho­dzę na wy­kłady, kse­ruję no­tatki od Klau­dii albo We­ro­niki i to mi wy­star­cza, żeby zdać. Biorę na­to­miast udział we wszyst­kich ćwi­cze­niach. Prak­tyka to pod­stawa, teo­rię za­wsze można do­czy­tać.

Dzi­siaj mam eg­za­min. Pełno lu­dzi. Nie zdą­ży­łem się jesz­cze do­brze ro­zej­rzeć, a Klau­dia już do mnie ma­cha. Du­rzy się we mnie od pierw­szego roku, a ja chęt­nie z tego ko­rzy­stam. Do­sko­nale wie, że ni­gdy nie umó­wię się z nią na randkę, że nie bę­dzie żad­nego cho­dze­nia, bo ja z ni­kim się nie uma­wiam i z ni­kim nie cho­dzę. Ale wi­docz­nie aż tak bar­dzo jej to nie prze­szka­dza - bzy­kamy się, kiedy tylko naj­dzie mnie ochota.

- Hej, wresz­cie je­steś. Trzy­ma­łam dla cie­bie miej­sce. - Uśmie­cha się sze­roko. Ma ładną buźkę, ja­sne dłu­gie włosy i nie­bie­skie oczy. Wy­de­kol­to­wana bluzka na ra­miącz­kach pod­kre­śla jej nie­wielki biust, choć wy­star­cza­jąco duży do seksu hisz­pań­skiego. Gdyby ktoś jej nie znał, na pierw­szy rzut oka stwier­dziłby, że jest ty­pową blon­dynką. Nic bar­dziej myl­nego. Klau­dia Fur­man to na­prawdę by­stra dziew­czyna, na po­li­bu­dzie nie stu­diują głu­pie. Jest ogar­nięta i in­te­li­gentna. Tylko z emo­cjami nie­zbyt so­bie ra­dzi, czego do­wo­dem jest mi­łość do mnie. Może kie­dyś znaj­dzie so­bie faj­nego go­ścia, póki co ko­rzy­stam ja.

- Nie na­sta­wi­łem so­bie bu­dzika.

- Za­rwa­łeś noc?

- Nie mo­głem spać. - Wyj­muję dłu­go­pis, ko­mórkę i kładę je na ławce.

Na ekra­nie wy­świe­tla się po­wia­do­mie­nie o na­dej­ściu SMS-a.

Wy­kła­dowca za­czyna roz­da­wać te­sty. Wi­dzę go na oczy pierw­szy raz w ży­ciu i za­pewne ostatni.

Czy­tam wia­do­mość od mamy:

Cześć, synku, wpad­niesz do nas po uczelni? Ro­bię na obiad twoją ulu­bioną mu­sakę. Chcemy ci po­wie­dzieć coś waż­nego.

Nie po­doba mi się ostat­nie zda­nie. Nie po­wi­nie­nem się te­raz tym przej­mo­wać. Na­pi­szę eg­za­min, to do nich pod­jadę. Tylko że nie mogę prze­stać się za­sta­na­wiać, o co cho­dzi. Wia­do­mość brzmi, jakby mama co naj­mniej była z Se­ra­fi­nem w ciąży, a to ra­czej mało praw­do­po­dobne, bo ma pięć­dzie­siąt lat. A może się mylę i jesz­cze nie jest dla niej za późno na dzieci?

Wstu­kuję SMS:

Co jest grane? Coś się stało?

Cze­kam na wia­do­mość w nie­skoń­czo­ność. Tempo od­po­wia­da­nia mamy jest za­bój­cze. W końcu przy­cho­dzi.

Nie, wszystko w po­rządku :) Chcemy, że­byś wresz­cie po­znał swoją sio­strę.

Sio­strę? Prze­cież ja, kurwa, nie mam żad­nej sio­stry. Wpa­truję się w wy­świe­tlacz jak de­bil, pod­czas gdy wy­kła­dowca kła­dzie test obok mnie.

- Pro­szę wy­łą­czyć te­le­fon, trwa eg­za­min - od­zywa się ni­skim gło­sem.

Cho­wam ko­mórkę do kie­szeni spodni i pa­trzę na za­da­nia. Nie je­stem w sta­nie się sku­pić.

Sio­strę... Roz­k­mi­niam, o co może cho­dzić, i na­gle do mnie do­ciera, że prze­cież Se­ra­fin ma córkę. Mama jesz­cze jej nie po­znała, a jest jego żoną od roku.

Ale jaka z niej sio­stra? Nie ma mię­dzy nami żad­nego po­kre­wień­stwa. Po­je­bało ich czy jak?

Tuż przed koń­cem czasu prze­zna­czo­nego na eg­za­min udaje mi się od­dać test. Je­stem wy­pom­po­wany i spięty. Nie mam ochoty po­zna­wać córki Se­ra­fina. Może jesz­cze będą mi ka­zali ją niań­czyć i opro­wa­dzać po mie­ście.

- Do­brze się czu­jesz? - pyta Klau­dia, kiedy wy­cho­dzimy na ską­pany słoń­cem par­king. - By­łeś ja­kiś roz­ko­ja­rzony na eg­za­mi­nie.

I na­dal je­stem.

Prze­su­wam dło­nią po wło­sach.

- To przez za­rwaną noc - od­po­wia­dam wy­mi­ja­jąco.

- Może po­je­dziemy na wzgó­rze, tro­chę się od­stre­su­jemy po eg­za­mi­nie? - Uśmie­cha się za­chę­ca­jąco.

Pa­trzę na jej usta mu­śnięte ró­żo­wym błysz­czy­kiem i ma­rzę, żeby zro­biły mi do­brze.

- Okej, je­dziemy - od­po­wia­dam i za­rzu­cam rękę na jej na­gie ra­mię.

Sio­stra nie uciek­nie.

Pę­dzę szu­trową drogą na sam szczyt, gdzie można wjeż­dżać tylko jed­no­śla­dem. Lu­bię to miej­sce. Klau­dia za­brała mnie tu na pierw­szym roku, kiedy od­dała mi cnotę. Od tam­tej pory przy­jeż­dżamy tu śred­nio dwa razy w mie­siącu w jed­nym celu.

Zo­sta­wiam mo­to­cykl w krza­kach, wyj­muję z bocz­nej torby pled i idziemy na na­szą miej­scówkę. Wi­dok jest nie­sa­mo­wity. Jak na dłoni wi­dać całe mia­sto. Je­ste­śmy od­dzie­leni od ścieżki drze­wami. Roz­kła­dam koc w cie­niu, a Klau­dia siada i od razu zdej­muje bluzkę. Ma na so­bie biały ko­ron­kowy sta­nik, który ide­al­nie pa­suje do de­li­kat­nej skóry. Stoję przed nią, uno­szę jej twarz i prze­su­wam kciu­kiem po dol­nej war­dze. Roz­chyla usta i za­czyna ssać mój pa­lec. Mam cia­sno w ga­ciach.

- Ob­cią­gnij mi - mó­wię do niej wprost, bo wiem, że ją to kręci.

Uśmie­cha się, ob­naża piersi i klęka przede mną. Ta dziew­czyna wie, jak za­do­wo­lić fa­ceta. Roz­pina mi spodnie i wy­ciąga fiuta. Od­bie­ram go od niej i wkła­dam jej do ust. Po­ru­sza głową w przód i w tył, a mnie prze­cho­dzą dresz­cze po ple­cach. Robi mi się go­rąco. Zdej­muję T-shirt, na co oczy Klau­dii błysz­czą z pod­nie­ce­nia. Chwyta mocno pe­nisa i za­czyna ob­cią­gać.

- O tak - od­chy­lam głowę.

Jej usta są ta­kie go­rące, ję­zyk wil­gotny. Wkłada ku­tasa głę­boko do buzi, po czym wy­suwa i lekko przy­gryza. Obej­muje go dło­nią i za­czyna po­ru­szać ryt­micz­nie mię­dzy war­gami. Le­dwo trzy­mam się na no­gach, za­raz dojdę. Ła­pię ją za włosy i za­czy­nam pie­przyć.

Klau­dia wpa­truje się we mnie jak w ob­raz tymi wiel­kimi, nie­bie­skimi oczami. Wsuwa rękę w majtki i robi so­bie do­brze. To mnie do­pro­wa­dza na sam szczyt. Mię­śnie się na­pi­nają, w uszach szumi krew. Po­ru­szam się jesz­cze ostatni raz i spusz­czam się w jej usta. Sperma ciek­nie jej po bro­dzie i ska­puje na na­gie piersi. Klau­dia na­prawdę musi mnie lu­bić, bo z roz­ko­szą po­łyka to, co zo­stało w buzi.

Stoję przed nią, a ona pa­trzy na mnie wier­nie i się ma­stur­buje. To mnie pod­nieca. Mi­nie jed­nak tro­chę czasu, za­nim po­now­nie wrócę do formy.

- Od­wróć się i wy­pnij ty­łek - mó­wię do niej, a ona ściąga majtki, pod­ciąga spód­niczkę i klęka na pie­ska.

Co za wi­dok, ide­alne krą­gło­ści, gładko ogo­lona cipka. Prze­su­wam dłońmi po jej po­ślad­kach, od­chy­lam je i za­czy­nam ją li­zać. Klau­dia ję­czy, wargi sro­mowe są na­brzmiałe z pod­nie­ce­nia. Wsu­wam ję­zyk w szparkę, która sma­kuje do­brze, zna­jomo. Za­ci­ska się i roz­wiera, pro­sząc o wię­cej. Jest wil­gotna, chętna. Czuję, że ku­tas po­now­nie tward­nieje. Się­gam po gumkę, za­kła­dam ją i wśli­zguję się w Klau­dię do końca.

Ko­lejny jęk, tym ra­zem dłuż­szy.

- Ko­cham cię, Gor­dia­nie - wzdy­cha.

Nic nie od­po­wia­dam, bo niby co miał­bym po­wie­dzieć? "Ja cie­bie nie"? Za­miast tego za­czy­nam ją po­su­wać, pcham mocno, przy­śpie­szam. A ona ję­czy co­raz gło­śniej. Obi­jam się o jej po­śladki, zwil­żam kciuk i za­czy­nam pie­ścić od­byt. To jej się po­doba, bo bar­dziej wy­pina pupę, a ja mam ochotę po­rząd­nie ją wy­dup­czyć. Już to kie­dyś ro­bi­li­śmy, było cia­sno, ku­rew­sko cia­sno.

Wy­cho­dzę z cipki i sły­szę jęk pro­te­stu. Po­chy­lam się i liżę ty­łek.

- Och, tak. - Klau­dia wije się pod piesz­czotą mo­jego ję­zyka. Za­czyna się po­now­nie ma­stur­bo­wać.

- Chcesz, że­bym ci tu wło­żył? - Wci­skam ję­zyk w cia­sną dziurkę.

- Tak.

Pluję na dłoń, zwil­żam ku­tasa i wcho­dzę po­woli. Jest cia­sno, tak jak ostat­nio. Po­su­wam się w niej płytko i jest mi do­brze. Klau­dia ma­suje łech­taczkę, a ja wsu­wam jej dwa palce w cipkę. To ją roz­wala. Po­ru­sza się szyb­ciej, na­bi­ja­jąc na członka, który wszedł już pra­wie do po­łowy.

- O tak, na­dziej się na niego jesz­cze raz - mó­wię.

I wtedy czuję, jak jej cipka za­ci­ska się na mo­ich pal­cach. Klau­dią wstrząsa dreszcz, krzy­czy. Wbi­jam się w nią moc­niej, czuję prąd prze­cho­dzący przez całe ciało i w tym sa­mym mo­men­cie do­cho­dzę.

Opa­damy na koc. Jest go­rąco, na­sze ciała są lep­kie od potu. Klau­dia obej­muje moją klatkę pier­siową i wpa­truje się we mnie roz­anie­lo­nym wzro­kiem.

- Gor­dia­nie...

- Hm?

- Po­ca­łuj mnie.

Krzy­wię się. Za­czyna się stara śpiewka.

- Wiesz, że nie lu­bię się ca­ło­wać.

Klau­dia pod­piera się na łok­ciu.

- Ale skąd wiesz, skoro ni­gdy tego ze mną nie pró­bo­wa­łeś? Li­za­łeś mnie w naj­in­tym­niej­szych miej­scach, a nie chcesz po­ca­ło­wać w usta? Dla­czego? - pyta to­nem peł­nym pre­ten­sji.

Okej, skoń­czy­li­śmy na dzi­siaj. Zdej­muję z sie­bie jej rękę i wstaję.

- Co ro­bisz? - Pa­trzy na mnie prze­stra­szo­nym wzro­kiem.

- Mu­szę się zbie­rać, je­stem umó­wiony. - Za­pi­nam spodnie i wcią­gam ko­szulkę, cho­ciaż naj­chęt­niej zo­stał­bym bez niej, tak jest go­rąco.

- Z kim? - Siada i obej­muje ko­lana ra­mio­nami.

- Z mamą.

- Nie wie­rzę ci.

Wy­wra­cam oczami. Znowu to samo: py­ta­nia, ocze­ki­wa­nia, miau­cze­nie. Po chuj mi to? Nie może po pro­stu cie­szyć się z tego, co jest? Było nam do­brze, oboje do­szli­śmy, lecz ona musi po­zo­sta­wić nie­smak. Za­chciało jej się znowu ba­wić w pier­do­lone mał­żeń­stwo.

- Twoja sprawa. Ubie­raj się.

Zdej­muję kask, zsia­dam z mo­to­cy­kla i par­kuję go pod blo­kiem. Otwie­ram klu­czami drzwi do klatki scho­do­wej i wbie­gam co drugi sto­pień na ostat­nie, dzie­siąte pię­tro. To do­bry tre­ning, po­zwala roz­ła­do­wać ener­gię.

Gdy wcho­dzę do miesz­ka­nia, do­biega mnie za­pach mu­saki. Uwiel­biam grec­kie żar­cie. Za­wsze jak jeż­dżę do babci w od­wie­dziny, wra­cam trzy kilo cięż­szy. Mama do­brze go­tuje, jed­nak to bab­cia Ka­li­sta przy­go­to­wuje naj­le­piej tra­dy­cyjne grec­kie po­trawy - mezę, ho­ria­tiki, so­uvlaki... Już nie mogę się do­cze­kać, kiedy po­jadę do niej w te wa­ka­cje. Ostatni raz by­łem tam jesz­cze przed śmier­cią ojca, cztery lata temu. Po­grzeb od­był się w Pol­sce, więc ścią­gnę­li­śmy bab­cię do nas na kilka dni, ale jej się nie po­do­bało. Wró­ciła na wy­spę szyb­ciej, niż pla­no­wa­li­śmy.

Nie dzi­wi­łem jej się. Gre­cja to zu­peł­nie inny kraj niż Pol­ska. Więk­szość mo­ich ku­zy­nów na wy­spie żyje bez po­śpie­chu, w cie­pełku, na lu­zaku, we­dług za­sady siga-siga[2]. Gdy mam gor­szy dzień, za­my­kam oczy i wy­obra­żam so­bie, że tam je­stem. Czuję go­rące słońce na kla­cie, za­pach mo­rza i roz­grzany pia­sek pod sto­pami, sły­szę cy­kady w gaju oliw­nym. Tak wła­śnie wy­gląda mój raj. Każdy po­wi­nien po­sia­dać wła­sny, któ­rym bę­dzie się odu­rzał jak amfą w sy­fia­ste, zimne dni. A w Pol­sce jest ta­kich co naj­mniej z dwie­ście pięć­dzie­siąt. Jak nie deszcz la­tem, to słota je­sie­nią, w zi­mie śnieg oraz plu­cha. Słońce ła­ska­wie przy­grzeje w lipcu i w sierp­niu, choć też nie za­wsze. Nad Bał­ty­kiem w wa­ka­cje pi­zga jak na Sy­be­rii i łeb chce upier­do­lić. Do dupy z taką po­godą, to nie na moje geny. Dla­tego, jak tylko do­ro­bię się na Gor­dia­nu­sie, ku­puję so­bie wła­sną wy­spę, za­bie­ram mamę ze sobą i się wy­pro­wa­dzam.

Tym­cza­sem ona wita mnie w ko­ry­ta­rzu:

- Je­steś wresz­cie, synku. - Wy­ciera ręce w szmatkę ku­chenną i daje mi ca­łusa w po­li­czek. Z roku na rok przy­bywa jej zmarsz­czek, choć i tak wy­gląda le­piej, niż kiedy żył oj­ciec. Wi­dzę po niej, że jest szczę­śliwa.

- Są­dzi­łam, że dzi­siaj koń­czysz za­ję­cia wcze­śniej.

- Mu­sia­łem za­ła­twić coś po dro­dze.

- Ro­zu­miem. Pro­si­łam cię, że­byś da­wał mi znać cho­ciaż SMS-em, że bę­dziesz póź­niej. Tyle się sły­szy w wia­do­mo­ściach o wy­pad­kach mo­to­cy­klo­wych.

- To nie słu­chaj wia­do­mo­ści, mamo. Bę­dziesz spo­koj­niej­sza. - Obej­muję ją ra­mie­niem i idziemy do kuchni.

Se­ra­fin sie­dzi przy stole i prze­gląda ja­kiś por­tal z au­tami na lap­to­pie.

- Czo­łem, Gor­dia­nie. - Ści­skamy so­bie ręce.

Jest w wieku mamy, po­znali się na spo­tka­niu Ano­ni­mo­wych Al­ko­ho­li­ków, na które Se­ra­fin zo­stał za­pro­szony jako przy­kład wy­cho­dze­nia z cho­roby al­ko­ho­lo­wej. Mama za­częła się le­czyć do­piero po śmierci ojca, gdy wresz­cie do niej do­tarło, że po­pi­ja­nie ja­jecz­nicy na śnia­da­nie wódką z so­kiem jabł­ko­wym nie jest nor­malne. A tak wła­śnie ra­dziła so­bie z pro­ble­mami, kiedy stary jesz­cze cho­dził po tym świe­cie. Ni­gdy jed­nak nie wi­dzia­łem jej upi­tej, rzy­ga­ją­cej, nie­przy­tom­nej. Trzy­mała się za­wsze w pio­nie, wy­wią­zy­wała z do­mo­wych obo­wiąz­ków, cho­dziła do pracy w re­je­stra­cji w przy­chodni. Cho­ciaż Bóg je­den wie, jak da­wała radę ogar­nąć cały ten syf z kar­tami pa­cjen­tów, bę­dąc na cią­głym rau­szu. Mama nie pije od pra­wie czte­rech lat, Se­ra­fin po­dobno od dzie­się­ciu. Mu­szę przy­znać, że jest po­rząd­nym fa­ce­tem. Nie ma za dużo kasy, pra­cuje jako sprze­dawca sa­mo­cho­dów w sa­lo­nie. W jego przy­padku pie­nią­dze nie li­czą się aż tak bar­dzo. Ważne, że trak­tuje mamę jak kró­lową. I to jest wy­star­cza­jący po­wód, by go sza­no­wać. Z po­czątku pod­cho­dzi­łem do niego z du­żym dy­stan­sem, lecz z cza­sem się do niego prze­ko­na­łem. Wiem na­to­miast, że ni­gdy mu w pełni nie za­ufam, wciąż po­zo­staję czujny, choć nie ob­se­syj­nie.

- Jak ci leci na uczelni? - pyta i za­myka kom­pu­ter.

- W po­rządku, dzi­siaj mia­łem eg­za­min... - W tej sa­mej chwili przy­po­mi­nam so­bie wia­do­mość od mamy i uzmy­sła­wiam, po co tu wła­ści­wie przy­je­cha­łem. - Chcie­li­ście po­ga­dać.

Mama zerka na Se­ra­fina, po czym siada obok niego przy stole. No pro­szę, dwóch na jed­nego. Krzy­żuję ręce na piersi i pa­trzę na nich wy­cze­ku­jąco.

- Usią­dziesz, Gordi? - prosi mama.

Sia­dam, cho­ciaż po to­nie jej głosu wnio­skuję, że oba­wia się mo­jej re­ak­cji na to, co za chwilę usły­szę. Nic dziw­nego, dwa lata temu, gdy wy­znała mi, że za­mie­rza wyjść za mąż za Se­ra­fina, wy­je­ba­łem przez okno mi­kro­fa­lówkę, w któ­rej wła­śnie od­grze­wała mu obiad. Mia­łem szczę­ście, że nie roz­wa­li­łem ko­muś łba. Dwa nie­umyślne spo­wo­do­wa­nia śmierci w tak krót­kim od­stę­pie czasu nie prze­ko­na­łyby żad­nej sę­dzi, na­wet je­śli prze­le­ciał­bym ją na mi­lion róż­nych spo­so­bów.

- Pew­nie ko­ja­rzysz, że mam córkę - za­czyna Se­ra­fin. - Ma na imię Kira i do tej pory miesz­kała z matką w An­glii. Nie mie­li­ście oka­zji się wcze­śniej po­znać. Była żona nie ży­czyła so­bie, by Kira od­wie­dzała moją nową ro­dzinę. - Uj­muje mamę za dłoń i uśmie­cha się do niej cie­pło. - Mie­siąc temu Kira skoń­czyła osiem­na­ście lat, więc sama może już o so­bie de­cy­do­wać. Za­pro­si­li­śmy ją do nas na wa­ka­cje... - Za­wie­sza głos i spo­gląda na mamę.

- Chcie­li­by­śmy, żeby u nas po­miesz­kała - mówi mama. - Mógł­byś jej po­ka­zać mia­sto, może po­znać ją ze swo­imi zna­jo­mymi. Pla­nu­jemy za­brać ją też na wspólny wy­pad do Gre­cji. Po­le­cie­li­by­śmy wszy­scy, we czwórkę, za­trzy­ma­li­by­śmy się u Ka­li­sty, już z nią roz­ma­wia­łam. Wspo­mi­nała, że wy­bie­rasz się do niej w lipcu, i po­my­śla­łam, że to wspa­niale się składa. Dawno ni­g­dzie nie by­li­śmy ra­zem, mo­gli­by­śmy spę­dzić trzy ty­go­dnie jak nor­malna ro­dzina, przy oka­zji po­znał­byś le­piej swoją przy­braną sio­strę...

Już jej nie słu­cham. Robi mi się go­rąco. Mam dwa­dzie­ścia cztery lata, miesz­kam sam od sze­ściu. Tro­chę za późno na uda­wa­nie szczę­śli­wej ro­dzinki. Spóź­nili się o ja­kieś pięt­na­ście lat. Za­mie­rzam spę­dzić wa­ka­cje na wy­spie sam! Bab­cia na szczę­ście ro­zu­mie, że nie zno­szę dzie­le­nia się z kimś prze­strze­nią przez dłu­żej niż pół dnia i ce­nię so­bie święty spo­kój. A oni wy­ska­kują ze wspól­nym, ro­dzin­nym wy­jaz­dem. Non stop ra­zem. I jesz­cze wma­wiają mi, że mam sio­strę, którą po­wi­nie­nem niań­czyć. Zu­peł­nie ich po­pier­do­liło.

Pa­trzę na nich i czuję, jak li­ta­nia wul­ga­ry­zmów ci­śnie mi się na usta. Za­ci­skam pię­ści, sta­ram się po­wstrzy­mać przed wy­bu­chem. Nie ob­rażę mamy. Nie ob­ra­żam ko­biet, nie wy­zy­wam ich, nie ubli­żam im, nie je­stem taki, jak mój za­faj­dany oj­ciec. Mogę je ostro pie­przyć, ale ni­gdy nie zro­bię im przy tym krzywdy. Nie­na­wi­dzę fa­ce­tów, któ­rzy obi­jają swoje la­ski, spra­wiają im ból, znę­cają się nad nimi fi­zycz­nie i psy­chicz­nie. To nie są praw­dziwi męż­czyźni, tylko za­srani tchó­rze, któ­rych na­le­ża­łoby wy­ka­stro­wać i upier­do­lić im ręce, żeby nie przy­no­sili wstydu po­rząd­nym go­ściom.

Wstaję i za­czy­nam cho­dzić. Ruch za­wsze po­ma­gał mi roz­ła­do­wać emo­cje. Ale kuch­nia jest tak mała, że rów­nie do­brze mógł­bym drep­tać w miej­scu. Roz­nosi mnie, czuję, że mu­szę się na czymś wy­żyć, bo za­raz mnie ro­ze­rwie. A że nie mam ochoty od­da­wać kasy za ku­chenne sprzęty i ro­bić przy tym przy­kro­ści ma­mie, po­sta­na­wiam wy­nieść się z miesz­ka­nia, żeby od­re­ago­wać.

- Będę za dzie­sięć mi­nut - rzu­cam i wy­bie­gam na klatkę scho­dową.

Wcho­dzę po dra­bince, która pro­wa­dzi na dach. Otwie­ram właz i wy­ska­kuję na roz­grzaną papę. Mam na­dzieję, że moja miej­scówka na­dal funk­cjo­nuje. Mia­łem tu swego ro­dzaju plac do ćwi­czeń - za­wie­szony wo­rek tre­nin­gowy, ma­te­rac, han­tle, ła­weczkę. Gdy się wy­pro­wa­dzi­łem, po­zwo­li­łem mło­ko­som z dołu ko­rzy­stać ze swo­jego sprzętu, pod wa­run­kiem że będą o niego dbać i na zimę cho­wać wszystko do ko­mórki.

Dach jest ską­pany w pro­mie­niach za­cho­dzą­cego słońca. Je­stem so­lid­nie wkur­wiony, przede wszyst­kim na sie­bie, że tak mało mi po­trzeba, aby stra­cić nad sobą kon­trolę. Po­bok­suję w wo­rek, to szybko mi przej­dzie. Wy­cho­dzę zza ko­mina i przy­staję.

Ja­kaś lalka na­wala w mój wo­rek. I idzie jej cał­kiem nie­źle. Ma formę, parę w mię­śniach. Na­wet nie za­uwa­żam, kiedy mój gniew się ulat­nia, a w jego miej­sce po­ja­wia się za­in­try­go­wa­nie. Dziew­czyna jest ubrana w czarny strój do kick­bo­xingu - do­pa­so­wany top opi­na­jący cycki, który od­sła­nia wy­rzeź­biony brzuch i krót­kie spodenki pod­kre­śla­jące jędrny ty­łek. Prócz tego ma za­je­bi­ście dłu­gie, choć po­si­nia­czone nogi. Na dło­nie za­ło­żyła rę­ka­wice bok­ser­skie, na pisz­czele ochra­nia­cze. Brą­zowe włosy spięła w koń­ski ogon - od­ska­kuje te­raz w rytm jej kro­ków. Po­ru­sza się szybko, zwin­nie, ru­chy rąk świad­czą o tym, że bli­żej jej do taj­skiego, niż ame­ry­kań­skiego kick­bo­xingu. Idzie jej cał­kiem nie­źle, robi jed­nak je­den pod­sta­wowy błąd.

- Źle od­dy­chasz. Po­łącz cios z wy­de­chem - mó­wię.

Prze­staje bok­so­wać, spo­gląda w moją stronę. Ma ko­cie, ciemne oczy i pełne usta. Nie jest ja­koś spe­cjal­nie ładna, mimo to brał­bym ją.

- Jo­gin się zna­lazł - od­zywa się ni­skim, lekko za­chryp­nię­tym gło­sem, po­dob­nym do tego, jaki ma Salma Hayek. A ja czuję, że mój fiut za­czyna roz­py­chać się w spodniach.

Dziew­czyna wy­ko­nuje kop­nię­cie boczne i wraca do bok­so­wa­nia. Ni­gdy nie by­łem z ko­bietą, która po­tra­fi­łaby wal­czyć. To mo­głoby być cie­kawe do­świad­cze­nie zna­leźć się w łóżku z kick­bo­xerką. Tym bar­dziej że dziew­czę jest wy­spor­to­wane, ma mocne uda, ręce, jest roz­cią­gnięta. Mógł­bym z nią wy­czy­niać cuda.

Tra­fiają mi się dziew­czyny z lep­szą kon­dy­cją fi­zyczną, które cho­dzą na ja­kiś ae­ro­bik - sro­bik, pły­wają, bie­gają, ale przy więk­szych sek­su­al­nych akro­ba­cjach wy­mię­kają. Za­zwy­czaj więc w grę wcho­dzą okle­pane po­zy­cje - na hu­zara, na pie­ska, na ły­żeczkę, mi­sjo­na­rza. Cho­ciaż tej ostat­niej za­zwy­czaj uni­kam, bo la­ski za bar­dzo korci, żeby pójść w ślinę, a ich cycki wy­glą­dają na pła­skie jak bla­cha. Lu­bię na­to­miast brać je od tyłu, wi­dzieć ich krą­gło­ści, wy­go­loną cipkę i od­byt. Mam ewi­dentną sła­bość do seksu anal­nego, lecz rzadko która jest na niego chętna.

Ale z tą du­peczką mógł­bym za­sza­leć - zro­bić no­życe, del­fina, in­dyj­skie sta­nie na rę­kach, G-force albo sześć dzie­więć na sto­jaka.

Wy­obraź­nia hula mi jak pies spusz­czony ze smy­czy. Pod­cho­dzę do dziew­czyny, przy­glą­da­jąc się jej cio­som.

- Ak­tyw­niej garda, bo prze­ciw­nik zmiaż­dży ci twój śliczny no­sek - od­zy­wam się, sta­jąc obok niej, i mo­men­tal­nie do­staję cios pro­sto w nos. Kurwa!

- Tak do­brze? - Uśmie­cha się bez­czel­nie.

Ła­pię się za kość no­sową. Ale mi przy­je­bała. Gdyby była męż­czy­zną, już le­ża­łaby po­ła­mana. Po­prawka: gdyby była męż­czy­zną, nie do­stał­bym w pysk. Ni­gdy nie tracę czuj­no­ści przy fa­ce­tach, tym bar­dziej przy tych, któ­rzy po­tra­fią wal­czyć.

- No, przy­znam, że wzię­łaś mnie z za­sko­cze­nia. Je­den zero dla cie­bie - od­po­wia­dam i ru­szam no­sem.

- Moja rada dla cie­bie na przy­szłość: ak­tyw­niej garda, bo prze­ciw­nik zmiaż­dży ci twój śliczny no­sek - mówi tym swoim sek­sow­nym gło­sem, omija mnie i pod­cho­dzi do ko­mina, pod któ­rym leży spor­towa torba. Dziew­czyna zdej­muje rę­ka­wice i wy­ciera się ręcz­ni­kiem. Kro­pelka potu spływa jej po ple­cach w dół do rowka, a ja mam ochotę ścią­gnąć jej majtki i ostro ją wy­li­zać.

- Miesz­kasz tu­taj? - py­tam, pa­trząc, jak upija łyk wody, a po nim ko­lejny.

- Po­wiedzmy.

- Od dawna?

- Nie.

Jaka roz­mowna. Chyba mu­szę ją tro­chę pod­krę­cić, ina­czej bę­dziemy stać tu do rana.

- Masz ochotę na tre­ning we dwoje? - pro­po­nuję i uno­szę su­ge­styw­nie brew.

Upija ko­lejny łyk wody, po czym spo­gląda na mnie i mruży oczy. Ma nie­ziem­skie spoj­rze­nie. Zmy­słowe, a jed­no­cze­śnie by­stre i prze­ni­kliwe. In­stynkt pod­po­wiada mi, że to nie jest prze­ciętna dziew­czyna. Mój mózg i pe­nis są co do tego zgodni, a to już coś zna­czy.

Dziew­czyna wrzuca bu­telkę do torby i ściąga ochra­nia­cze z nóg.

- Chcesz to zro­bić tu­taj? - pyta i pod­cho­dzi bli­żej.

- Może być tu­taj. Nie je­stem wy­bredny. - Uśmie­cham się i wy­cią­gam rękę, by przy­cią­gnąć ją do sie­bie.

W tym sa­mym mo­men­cie ona robi wy­kop i od­trąca moje ra­mię. Kurwa mać! Nie wie­rzę, że znowu da­łem się pod­pu­ścić. Tak to jest, jak się my­śli pałą za­miast głową.

- Dwa zero dla mnie. Chcia­łeś tre­no­wać, to tre­nuj. - Sta­wia gardę. Nie uśmie­cha się, ale wi­dzę w jej oczach za­dziorną iskrę.

Ta mała so­bie ze mną po­grywa. Mam ochotę sprać ją na kwa­śnie jabłko, lecz tego nie zro­bię. Nie biję ko­biet, na­wet je­śli one tego chcą. Rzecz ja­sna nie­winne klapsy w po­śla­dek pod­czas ru­cha­nia się nie li­czą. One są dla pod­grza­nia at­mos­fery.

- Nie ude­rzę cię - od­po­wia­dam.

Prze­chyla głowę, jakby nie do końca ro­zu­miała.

- To jak chcesz wal­czyć?

Pa­trzę na nią i za­sta­na­wiam się, czy udaje, czy się ze mnie na­bija, a może na se­rio po­my­ślała, że chcę z nią tre­no­wać kick­bo­xing?

Trzyma wy­soko gardę, jak gdyby cze­kała, aż za­dam cios.

- Wiesz... - Prze­su­wam dło­nią po karku, nie spusz­cza­jąc z niej wzroku, i sta­wiam ko­lejny krok w jej stronę. - Nie trzeba za­da­wać ciosu, żeby ko­goś po­wa­lić na zie­mię.

Ko­cie oczy się roz­sze­rzają, lecz za­nim zdąży za­re­ago­wać, ku­cam, ła­pię ją ha­kiem za udo, pod­no­szę i pod­ci­nam nogę, na któ­rej stoi. Dziew­czyna opada z ję­kiem na plecy, a ja wprost na nią. Od­dy­chamy szybko, pa­trząc so­bie w oczy. Jej usta są roz­chy­lone, oczy lśnią, klatka pier­siowa fa­luje. Czuję, jak jędrne piersi ocie­rają ją o mój tors. Mam fiuta twar­dego jak skała. Już jest moja.

- Dwa je­den. - Ła­pię ją za nad­garstki i kładę dło­nie po bo­kach jej twa­rzy. Nie opiera się, wręcz prze­ciw­nie. Wy­czuwa mój wzwód i ociera się o mnie, uno­sząc lekko bio­dra. Po­zwa­lam na to, zwal­nia­jąc odro­binę na­cisk. Prze­su­wam rękę na jej bio­dro i ła­pię za po­śla­dek. Jest twardy, zu­peł­nie jak mój ku­tas, który naj­chęt­niej wy­sko­czyłby już ze spodni. Ro­bię ma­chi­nalny ruch, na­cie­ra­jąc na cipkę. Dziew­czyna unosi bio­dra, obej­muje mnie no­gami... Aż na­gle prze­kręca się, wy­ko­rzy­stuje siłę prze­rzutu i już sie­dzi na mnie okra­kiem, uśmiech­nięta od ucha do ucha.

- Trzy je­den dla mnie - mówi.

Jej twarz pro­mie­nieje. Zmie­niam zda­nie, jest cał­kiem ładna.

- Wo­lisz być na gó­rze? - Kładę ręce na ko­bie­cych bio­drach i ocie­ram się fiu­tem o kro­cze.

Ale tej panny to nie ru­sza, a przy­naj­mniej nic nie daje po so­bie po­znać. Po pro­stu sie­dzi na mnie i się śmieje.

Pierw­szy raz tra­fiam na taki przy­pa­dek. A może źle ją wy­czu­łem?

- Nie ja­rają cię fa­ceci? - py­tam.

Ściąga brwi, jakby nie ro­zu­miała.

- Wo­lisz tre­no­wać z dziew­czy­nami? - do­daję.

Przy­gląda mi się, nic nie od­po­wia­da­jąc.

- Je­steś les­bijką? - walę wprost.

Prze­wraca oczami.

- Nie, ale gdy spo­ty­kam fa­ce­tów ta­kich jak ty, mam ochotę nią zo­stać. - Scho­dzi ze mnie, wstaje i od­cho­dzi w stronę ko­mina.

- Ta­kich jak ja, czyli ja­kich? - Ob­ra­cam się i po­dą­żam wzro­kiem za jej kształt­nym tył­kiem.

Mam prze­srane. Wiem, że nie prze­stanę my­śleć o tej la­sce, do­póki jej nie zdo­będę. A to pew­nie bę­dzie wy­ma­gało czasu. Póki co mu­szę sam so­bie zwa­lić ko­nia albo za­dzwo­nić po po­moc, bo mi za­raz jaja ro­ze­rwie.

- Zbo­czeń­ców, któ­rzy my­ślą tylko o jed­nym. - Za­kłada torbę na ra­mię i idzie w stronę włazu.

No, te­raz to po­je­chała po ca­ło­ści. Wstaję i idę w jej stronę.

- Ej, żeby była ja­sność, nie je­stem zbo­czeń­cem. - Ła­pię ją za ra­mię.

Pa­trzy mi pro­sto w oczy, wy­gląda na po­iry­to­waną.

- Wszy­scy zbo­czeńcy tak my­ślą. A na wi­dok dziew­czyny ubra­nej w coś skąp­szego niż hi­dżab od razu im staje. Wkła­dają so­bie rękę w ga­cie, drugą pod­no­szą i wo­łają: halo, nie je­stem zbo­czeń­cem!

Bzdury. Nie za­mie­rzam wcho­dzić z nią w tę chorą dys­ku­sję, ktoś mu­siał nie­źle za­leźć jej za skórę. Dzi­siaj dam jej spo­kój. Mu­szę tylko spraw­dzić, pod któ­rym nu­me­rem mieszka, żeby za­ga­dać do niej za kilka dni, jak ochło­nie i zro­zu­mie, co stra­ciła.

Kiedy scho­dzi z da­chu, idę za nią i do­łą­czam do niej na ko­ry­ta­rzu. Nie mó­wię nic, pa­trzę, do­kąd pój­dzie.

I w tej sa­mej chwili mama wy­cho­dzi na klatkę.

- O, tu je­steś - mówi za­sko­czona. Spo­gląda na mnie, póź­niej na dziew­czynę i się uśmie­cha. - Wi­dzę, że już się po­zna­li­ście. Kiro, za­raz po­daję obiad. Gor­dia­nie, mo­żesz po­móc Se­ra­fi­nowi prze­sta­wić łóżko w twoim po­koju, żeby twoja sio­stra miała gdzie po­ło­żyć rze­czy?

Wpa­truję się w mamę i, kurwa, nie wie­rzę. Czy to ja­kiś chory żart? Prze­twa­rzam raz jesz­cze to, co po­wie­działa przed mo­men­tem. Zer­kam na dziew­czynę, a ona na mnie. Oczy ma wiel­kie, usta roz­chy­lone. Wy­gląda na rów­nie za­sko­czoną jak ja.

- No co tak sto­icie? Wchodź­cie. - Mama znika we­wnątrz miesz­ka­nia.

Pa­trzę jesz­cze raz na dziew­czynę, po czym prze­su­wam dłońmi po twa­rzy.

Ja pier­dolę, co za nie­fart. Te­raz na bank już jej nie prze­lecę. A mo­gło być tak pięk­nie.

Trudno. Po obie­dzie znajdę so­bie inne po­cie­sze­nie. Wska­zuję ręką na drzwi:

- Sio­stro, ty pierw­sza.

Sły­szę krzyk. Roz­glą­dam się po po­koju. Jest ciemno za oknem, je­dy­nie mała lampka z wi­ze­run­kiem Ku­bu­sia Pu­chatka pali się sła­bym świa­tłem, a na su­fi­cie mie­nią się fo­to­lu­mi­ne­scen­cyjne gwiazdki i ra­kieta ko­smiczna. Ko­lejny krzyk - to mama. Sia­dam na łóżku i sta­wiam stopy na dy­wa­niku w au­tka. Chce mi się pić i siu­siać. Prze­cie­ram oczy i za­sta­na­wiam się, czy już czas wsta­wać do przed­szkola.

- Bła­gam, Ni­kos! Puść mnie. - Mama pła­cze.

Prze­szywa mnie dreszcz.

Otwie­ram drzwi i kie­ruję się do ła­zienki. Tak bar­dzo chce mi się siu­siu, że za­raz nie wy­trzy­mam. Mi­jam kuch­nię, przy­staję, co­fam się. Oj­ciec cią­gnie mamę za włosy po pod­ło­dze.

- Zo­bacz, zdziro, jaki syf! - krzy­czy po pol­sku, z grec­kim ak­cen­tem. Kuca i przy­ci­ska jej po­li­czek do po­sadzki. - Jak mam miesz­kać w ta­kim bur­delu? Nie­długo za­lę­gną się tu ka­ra­lu­chy.

- Mia­łam ciężki dzień w pracy, nie zdą­ży­łam po­sprzą­tać... - mówi nie­wy­raź­nie mama z ustami przy­par­tymi do ka­fel­ków.

- Ty je­bana suko! Nic dziw­nego, że nie zdą­ży­łaś. By­łaś zbyt za­jęta do­je­niem wiń­ska. Wiesz, że nie zno­szę, gdy śmier­dzi od cie­bie jak z go­rzelni. - Oj­ciec unosi jej głowę za włosy i ude­rza nią o pod­łogę. Roz­lega się głu­chy ło­mot.

Mama krzy­czy i za­lewa się łzami.

Za­czy­nam się trząść. Boję się. Twarz taty przy­po­mina ma­skę po­twora. Ma dziw­nie wy­gięte wargi, jego oczy są duże i straszne. Robi ma­musi krzywdę. Dla­czego? Bo nie po­sprzą­tała?

- Ja po­sprzą­tam. Nie rób nic ma­musi. - Wcho­dzę do środka i wy­cią­gam zza drzwi szczotkę. Kij jest długi, trudno mi go utrzy­mać.

- Gordi, ko­cha­nie, wra­caj do łóżka. - Sły­szę pro­szący głos mamy.

- Po­mogę ci, ma­mu­siu. - Zer­kam w ich stronę. Oj­ciec przy­gląda mi się nie­spo­koj­nym wzro­kiem.

Za­czy­nam za­mia­tać, tak jak uczyła mnie mama: miej­sce obok miej­sca. Chce mi się spać i wciąż się nie wy­siu­sia­łem. Sta­ram się, jak mogę, ale nie­chcący trą­cam ki­jem szklankę z czer­wo­nym so­kiem, która stoi na stole. Brzdęk, szklanka roz­bija się obok ro­dzi­ców. Czer­wona plama roz­lewa się po ka­fel­kach, na­pój ma dziwny za­pach, pach­nie ze­psu­tymi owo­cami. Serce bije mi bar­dzo mocno. Tata bę­dzie zły.

- Ty gów­nia­rzu! Ty je­bana po­krako! - krzy­czy na mnie.

- Nie, Ni­kos! Zo­staw go. Zo­staw! - błaga mama. Nie może się pod­nieść, tata przy­trzy­muje ją nogą.

Pa­trzę na niego. Boję się. Tak bar­dzo się boję. Tata robi za­mach dużą dło­nią i ude­rza mnie w bu­zię. Nogi się pode mną roz­jeż­dżają, upa­dam na pod­łogę, wi­dzę prze­stra­szone oczy mamy le­żą­cej obok mnie.

Czuję, że mam mo­kre spodenki od pi­żamki.

- Ma­mu­siu, chyba się zsiu­sia­łem - mó­wię i za­czy­nam pła­kać. Boli mnie bu­zia i głowa, wszystko wo­kół się kręci, jest mi nie­do­brze.

I na­gle ktoś gasi świa­tło.

Bu­dzę się zlany po­tem. Nie mogę zła­pać tchu. Uno­szę się, za­pa­lam lampkę na szafce noc­nej i czuję, że mam mo­kre po­sła­nie. Od­kry­wam koł­drę. Ja pier­dolę! Ze­szcza­łem się w ga­cie.

Kurwa, praw­dziwy ze mnie ko­zak.

Zer­kam na ze­ga­rek. Druga trzy­dzie­ści. Do­ciera do mnie, że ki­ma­łem nie­całe dwie go­dziny. Ko­lejna nie­prze­spana noc. Już nie pa­mię­tam, kiedy ciur­kiem spa­łem cho­ciaż pięć go­dzin. Wstaję, zdej­muję bok­serki, otwie­ram na oścież okno, bo jest go­rąco jak w pie­kle i śmier­dzi szczy­nami. Ścią­gam po­ściel, wsta­wiam pra­nie, a na­stęp­nie biorę zimny prysz­nic. Chcę wy­rzu­cić z pa­mięci ob­raz kosz­mar­nego snu. Lecz on mnie nęka, nęka mnie od pra­wie dwu­dzie­stu lat. To naj­wcze­śniej­sze wspo­mnie­nie, ja­kie po­sia­dam z dzie­ciń­stwa, póź­niej­sze są jesz­cze gor­sze. I też mnie na­wie­dzają. Cza­sami przy­cho­dzą do mnie na­wet na ja­wie. Bra­łem już różne pi­gułki na głowę, bo nie mo­głem nor­mal­nie żyć, ale nie po­ma­gały. By­łem po nich albo śpiący, albo mia­łem pro­blemy z kon­cen­tra­cją, albo chciało mi się rzy­gać. Psy­chia­tra, u któ­rego by­łem dwa razy, za­le­cił te­ra­pię jako uzu­peł­nie­nie le­cze­nia. Nie ma, kurwa, ta­kiej opcji. Gdyby ktoś przy­sta­wił mi lufę do skroni i ka­zał wy­bie­rać: zwa­lić ko­nia dru­giemu fa­ce­towi czy się przed nim zwie­rzać, wy­brał­bym to pierw­sze.

Da­ro­wa­łem so­bie psy­chia­trę i wspo­ma­ga­łem się ma­ri­hu­aną, ale po pa­le­niu było jesz­cze go­rzej. Mia­łem ta­kie jazdy, że nie­je­den by się już dawno po­wie­sił. Po za­bi­ciu ojca na­si­liło mi się na maksa. Nie by­łem w sta­nie spać ani funk­cjo­no­wać, wi­dzia­łem rze­czy, któ­rych inni nie wi­dzieli. Na­dal je wi­dzę. Pro­chy ja­kie za­ła­twił mi To­masz przez swoją ciotkę le­karkę, nieco po­ma­gają. Nie jest ja­koś za­je­bi­ście, jed­nak da się wy­trzy­mać. Gdyby nie seks, walki, mama, stu­dia i Gre­cja, to chyba już dawno pal­nął­bym so­bie w łeb. To są rze­czy, które trzy­mają mnie przy ży­ciu.

Mam w głę­bo­kim po­wa­ża­niu, co są­dzą o mnie lu­dzie - są­sie­dzi, wy­kła­dowcy i te stu­denc­kie dupki z po­li­budy. Mimo to po­dej­rze­wam, co mogą my­śleć. Je­stem świa­domy, że la­ski mają mo­kro w majt­kach na mój wi­dok, a fa­ceci naj­chęt­niej by mnie za­je­bali i za­ko­pali w pod­miej­skim le­sie. Dzieje się tak dla­tego, że ko­biety lu­bią po­pie­przo­nych go­ści. Wy­daje im się, że na­pro­stują ta­kiego, ugła­dzą, że zmie­nią go z po­miotu sza­tana w anioła, że wy­ba­wią ode złego.

Fa­ceci z ko­lei nie zno­szą ta­kich jak ja. Wy­czu­wają za­gro­że­nie - to taki sam­czy in­stynkt. Pier­wotną rolą męż­czy­zny jest za­pład­nia­nie, a gdy na ho­ry­zon­cie po­ja­wia się inny alfa, do któ­rego lgną wszyst­kie sa­mice, na­leży się go po­zbyć.

Tylko że nikt nie tknie mnie pal­cem, nie spoj­rzy krzywo w moim kie­runku, nie po­wie słowa, bo wie, że po­ra­chuję mu ko­ści. A je­śli jesz­cze tego nie wie, to się do­wie.

Chło­paki z roku boją się mnie jak za­razy. I słusz­nie. Zła sława mnie wy­prze­dza. Chyba nie ma na uczelni osoby, która by nie wie­działa, że mam na kon­cie wy­rok za za­bój­stwo. Tak, za­bi­łem czło­wieka, cztery lata temu. I od razu spro­stuję - to nie był wy­pa­dek, cho­ciaż taką li­nię obrony przy­jął mój obrońca i tak orzekł wy­soki sąd. Pod­czas roz­prawy bie­gła psy­chia­tra po­wie­działa, że po­sia­dam za­wy­żony po­ziom te­sto­ste­ronu, który w po­łą­cze­niu z po­nad­prze­cięt­nym ilo­ra­zem in­te­li­gen­cji oraz oso­bo­wo­ścią chwiejną typu im­pul­syw­nego po­wo­duje ataki agre­sji i nie­przy­sto­so­wa­nie do ogól­nie przy­ję­tych norm spo­łecz­nych.

Pie­prze­nie. Już mia­łem ją uświa­do­mić, że to agre­sja pro­du­kuje te­sto­ste­ron, a nie na od­wrót, i że nie je­stem ba­ra­nem, aby do­sto­so­wy­wać się do ogółu, ale w porę się za­mkną­łem.

Prze­cież mia­łem być grzeczny.

- Masz być po­tulny, sie­dzieć ci­cho i uśmie­chać się do wy­so­kiego sądu. Może nam się po­szczę­ści i zmięk­nie jej serce na wi­dok two­jej ład­nej buźki - po­ucza mnie obrońca dzień przed roz­prawą.

- Po­dej­rze­wam, że na mój wi­dok bę­dzie ra­czej chciała zro­bić so­bie do­brze. - Kładę nogi na ła­wie, na któ­rej leżą do­ku­menty.

- Za­po­mnij o tym, żad­nych pod­tek­stów sek­su­al­nych. - Da­rek spo­gląda znad oku­la­rów.

- Mó­wi­łeś, że jest koło czter­dziestki. My­ślisz, że ko­bieta w tym wieku nie po­leci na dwu­dzie­stocz­te­ro­latka?

- Gor­dian, ostrze­gam cię. Bez żad­nych głu­pich nu­me­rów na sali roz­praw, bo tra­fisz do ki­cia. - Ce­luje we mnie pal­cem.

To mi się zde­cy­do­wa­nie nie po­doba. Czuję pul­so­wa­nie w skro­niach.

- Po pierw­sze, moje imię się od­mie­nia, więc po­praw­nie po­wi­nie­neś zwró­cić się do mnie Gor­dia­nie. A po dru­gie, zmień ton i wy­pier­da­laj z tym pa­lu­chem, bo na roz­pra­wie po­ja­wisz się w gip­sie. - Czuję, że jesz­cze chwila, a wstanę i jed­nym ru­chem zła­mię mu rękę.

Co do pierw­szej kwe­stii - tak, mam na imię Gor­dian i moje imię od­mie­nia się przez przy­padki. Do­sta­łem je po rzym­skim im­pe­ra­to­rze - Mar­cu­sie An­to­niu­sie Gor­dia­nu­sie. Mój oj­ciec miał fik­sa­cję na punk­cie hi­sto­rii Ce­sar­stwa Rzym­skiego. Przy­je­chał do Pol­ski w 1993 roku ro­bić in­te­resy, a zro­bił dziecko.

Co do dru­giej kwe­stii - tak, mógł­bym zła­mać Dar­kowi tę pie­przoną rękę bez mru­gnię­cia okiem. Dźwi­gnia na ło­kieć ze stójki i kwi­czałby jak za­rzy­nany zwierz. Ale się po­wstrzy­muję. Po­trze­buję do­brego obrońcy, a on ma łeb na karku.

Gdy mia­łem pięć lat, mama za­pi­sała mnie na ka­rate. By­łem nad­po­bu­dli­wym, agre­syw­nym dziec­kiem. Szybko wy­bu­cha­łem zło­ścią, dla­tego mu­sia­łem ja­koś roz­ła­do­wy­wać emo­cje. Matka się prze­jęła, bała się, że wy­ro­snę na ta­kiego agre­sora jak oj­ciec. Psy­cho­log w po­radni dzie­cię­cej po­le­ciła sport jako formę te­ra­pii. I tak tra­fi­łem na za­ję­cia z ka­rate. Szybko za­ła­pa­łem, o co cho­dzi, by­łem w tym do­bry. Chcia­łem po­zna­wać ko­lejne sztuki walki. W ciągu paru lat opa­no­wa­łem jiu-jitsu, boks, aikido, by póź­niej na maksa wkrę­cić się w krav magę. Na­uczy­łem się, że nie ma lu­dzi od­por­nych na ciosy, są tylko źle tra­fieni. Krav maga zo­stała opra­co­wana dla Sił Obron­nych Izra­ela - łą­czy w so­bie wiele sztuk walki, sku­pia się na kontr­ataku i trwa­łym uszko­dze­niu prze­ciw­nika.

Dzięki niej ojca po­zby­łem się jed­nym ru­chem. Skrę­ci­łem mu kark.

Aby zła­mać czło­wie­kowi kark, na­leży użyć siły nie­zbęd­nej do prze­su­nię­cia pra­wie czte­ry­stu­ki­lo­gra­mo­wego cię­żaru. To nie ła­ma­nie pa­tyka. Oprócz siły po­trzebna jest tech­nika i szyb­kość, do­piero wtedy kręgi są w sta­nie ro­ze­rwać rdzeń krę­gowy. Przy­da­łoby się jesz­cze, żeby nikt cię przy tym nie za­uwa­żył.

Za­mor­do­wa­łem go z zimną krwią. I nie mam z tego po­wodu wy­rzu­tów su­mie­nia. Na­le­żało się skur­wie­lowi.

We­dług li­nii obrony "Ni­cos Sa­ma­ras spadł ze scho­dów na sku­tek sza­mo­ta­niny z sy­nem. Zmarł w wy­niku ob­ra­żeń".

Ska­zano mnie za nie­umyślne spo­wo­do­wa­nie śmierci. Do­sta­łem naj­niż­szy wy­miar kary - trzy mie­siące w za­wie­sze­niu.

Ewi­dent­nie by­łem w ty­pie pani sę­dzi.

Że­by­ście tylko wi­dzieli jej minę, kiedy we­szła na salę są­dową. Ru­mień roz­szedł się po jej szyi, oczy miała duże i pełne nie­do­wie­rza­nia.

Nic dziw­nego. Pew­nie w naj­gor­szym kosz­ma­rze nie spo­dzie­wała się, że przy­pad­kowy ko­cha­nek okaże się oskar­żo­nym w spra­wie kar­nej, w któ­rej bę­dzie orze­kać.

Wcze­śniej

Pani sę­dzia - Kor­ne­lia Ty­niecka, lat trzy­dzie­ści dzie­więć. Roz­wódka, trzy­na­sto­let­nia córka, apar­ta­ment na trze­cim pię­trze, Ci­troën Pi­casso. Za­dbana, nie­brzydka i, jak się oka­zało, spra­gniona pie­prze­nia. Udaje mi się ją na­mie­rzyć dzięki To­bia­szowi, któ­rego tre­nuję od roku. Pro­wa­dze­nie szko­leń z krav magi ma wiele plu­sów - oprócz za­ra­bia­nia nie­złej kasy po­zna­jesz za­ka­pio­rów, ban­dzio­rów, a cza­sami na­wet taj­nia­ków, któ­rzy po­tra­fią wiele zdzia­łać na mie­ście. I cho­ciaż ich pro­fe­sje mogą po­wo­do­wać kon­flikt in­te­re­sów, a każdy z nich jest inny, wszy­scy po­sia­dają wspólną pa­sję - spusz­cza­nie lu­dziom wpier­dolu.

Nie mam po­ję­cia, czym wła­ści­wie zaj­muje się To­biasz, ni­gdy się nie zdra­dził. Umie wy­szu­ki­wać in­for­ma­cje o róż­nych oso­bach: po­li­ty­kach, biz­nes­me­nach, urzęd­ni­kach. Bez pro­blemu udało mu się usta­lić, kto bę­dzie moim sę­dzią i gdzie mogę go zna­leźć.

Kiedy tylko wcho­dzę na si­łow­nię i wi­dzę pa­nią Kor­ne­lię na bieżni, mój chuj pod­ska­kuje z ra­do­ści. Mogę po­łą­czyć przy­jemne z po­ży­tecz­nym. Nie spo­dzie­wa­łem się aż tak zgrab­nego ty­łeczka. Ko­biety w jej wieku mają już tro­chę ob­wi­słego ciała. Kor­ne­lia tym­cza­sem po­siada szczu­płe ra­miona, wą­ską ta­lię, zgrabne po­śladki i do­syć spore cycki, które ko­ły­szą się w rytm jej kro­ków. Po wło­sach sta­ran­nie upię­tych w ku­cyk, ubio­rze i ga­dże­tach do­my­ślam się, że jest per­fek­cjo­nistką dba­jącą o szcze­góły. Jej wy­gląd jest nie­na­ganny. Ob­ci­sły top na ra­miącz­kach z od­krytą ta­lią, krót­kie spodenki, spor­towe obu­wie wy­so­kiej klasy, frotka z logo jed­nej z naj­lep­szych firm spor­to­wych. Wszystko mar­kowe i na oko za­je­bi­ście dro­gie.

Kro­ple potu lśnią na jej de­kol­cie, gdy ją mi­jam. Czuję na­pię­cie w lę­dź­wiach. Sia­dam na­prze­ciwko niej w roz­kroku, opie­ram dłoń na ko­la­nie, na­to­miast drugą ręką za­czy­nam pod­no­sić han­tel. Nie prze­pa­dam za sta­tycz­nym pa­ko­wa­niem na si­łowni, wolę ra­czej ćwi­czyć w sa­mot­no­ści. Być sam ze sobą, ze swoim cia­łem, a nie roz­pra­szać się spoj­rze­niami lu­dzi. Biegi po le­sie o pią­tej nad ra­nem, skoki na ska­kance do utraty tchu, pompki, pod­cią­ga­nie się na drążku... Ale te­raz to nie ma zna­cze­nia, nie zna­la­złem się na si­łowni po to, by po­więk­szać masę mię­śniową. Je­stem tu, żeby osią­gnąć inny cel.

Ko­bieta już na sa­mym po­czątku mu­siała za­uwa­żyć, że się w nią wpa­truję, lecz jak do­tąd tak­tow­nie unika kon­taktu wzro­ko­wego. Nie od­pusz­czam. Lu­struję prę­żące się ciało, pró­bu­jąc zgad­nąć, co też może naj­bar­dziej krę­cić pa­nią sę­dzię. W końcu na­sze spoj­rze­nia się spo­ty­kają. Uśmie­cham się lekko, na co ona od­po­wiada uśmie­chem. Pa­trzę jej w oczy, długo, in­ten­syw­nie, wy­obra­ża­jąc so­bie, jak ję­czy pode mną i błaga o wię­cej. Tward­nieję. Na moim kro­czu po­ja­wia się wy­brzu­sze­nie, które nie ucho­dzi uwa­dze Kor­ne­lii. Spusz­cza wzrok. Cie­kawe, kiedy ostatni raz z kimś była? To, w jaki spo­sób za­re­ago­wała, pod­po­wiada mi, że nie pusz­cza się na lewo i prawo z byle kim, a to ozna­cza, że mam nie lada wy­zwa­nie. To prze­cież sę­dzia. Musi po­sia­dać krę­go­słup mo­ralny, w pracy kie­ruje się etyką. Za­kła­dam więc, że po­dob­nie po­stę­puje w ży­ciu pry­wat­nym. A upra­wia­nie seksu z nowo po­zna­nym, dużo młod­szym fa­ce­tem trudno uznać za mo­ralne.

Za­trzy­muje bież­nię, ociera frotką czoło i upiła łyk wody, uni­ka­jąc pa­trze­nia w moim kie­runku. Jest spo­cona, nieco oży­wiona. Od­kła­dam han­tel i ru­szam w jej stronę. Daję so­bie rękę uciąć, że kiedy mnie do­strzega, jej od­dech przy­spie­sza. Nie ucieka jed­nak. Czeka, aż po­dejdę.

- Cześć. Je­steś w nie­złej for­mie. - Uśmie­cham się i opie­ram o bież­nię.

Prze­ciera kark ręcz­ni­kiem, po czym od­po­wiada mi uśmie­chem.

- Dzięki, ty też. Cho­ciaż nie wi­dzia­łam cię tu wcze­śniej.

- Wolę ćwi­czyć w ple­ne­rze. Ale chyba po­wi­nie­nem czę­ściej wy­cho­dzić do lu­dzi. Wi­dzę, że sporo mnie omija. - Pusz­czam do niej oko.

Bum! Ko­lejny ru­mie­niec, tym ra­zem na po­licz­kach.

Od­chrząk­nię­cie, łyk wody, chwila na otrzeź­wie­nie i zer­k­nię­cie na ze­ga­rek.

- Mu­szę się zbie­rać. Miło było...

- Mogę cię za­pro­sić na kawę? - wcho­dzę jej w zda­nie. - Za ro­giem mają do­brego ba­ri­stę.

Mruży po­wieki. Wi­dzę, że ze sobą wal­czy. Szyb­kie tempo to zde­cy­do­wa­nie nie jest jej styl. Ale ja nie mogę so­bie po­zwo­lić na te całe bzdury z rand­ko­wa­niem, uwo­dze­niem, pitu-pitu. Nie mogę do­pu­ścić do tego, by mnie po­znała i do­wie­działa się, kim je­stem. To musi być spon­ta­niczna ak­cja, wy­skok, któ­rego pani sę­dzia za nic nie bę­dzie chciała ujaw­nić. Naj­pierw jed­nak mu­szę ją nieco ośmie­lić. Je­stem pe­wien, że jej się po­do­bam, pa­trzy na mnie tak, jak więk­szość ko­biet. Je­dyne, co po­wstrzy­muje Kor­ne­lię przed wsko­cze­niem mi do łóżka, to zwy­kła przy­zwo­itość. Nie wy­pada po­wa­ża­nej ko­bie­cie w tym wieku, na ta­kim sta­no­wi­sku, z do­ra­sta­jącą córką, dla któ­rej matka po­winna być wzo­rem, pie­przyć się z do­piero co po­zna­nym fa­ce­tem. Co, je­śli ktoś by się do­wie­dział?

- Dzię­kuję, ale ra­czej nie sko­rzy­stam. Mia­łam ciężki dzień w pracy, we­zmę prysz­nic i wra­cam do domu.

A więc kawa w ho­te­lo­wej re­stau­ra­cji od­pada. Pora na plan B.

- Szkoda. Wy­da­wało mi się, że coś mię­dzy nami za­iskrzyło. W ta­kim ra­zie może in­nym ra­zem - oznaj­miam bez zbęd­nego za­wodu w gło­sie.

Uśmie­cha się nie­wy­raź­nie. Wy­gląda na roz­cza­ro­waną, że od­pu­ści­łem tak szybko. Daję jej jesz­cze dzie­sięć se­kund na za­sta­no­wie­nie, w cza­sie któ­rych nie od­ry­wam wzroku od jej oczu. Ona jed­nak naj­wi­docz­niej nie pla­nuje zmie­niać zda­nia, na­to­miast ja nie za­mie­rzam stać tu dłu­żej jak ko­łek.

- Okej, też będę się zbie­rał pod prysz­nic. Na ra­zie - że­gnam się i od­cho­dzę.

Wi­dzę w lu­strze, jak od­pro­wa­dza mnie wzro­kiem, na­stęp­nie za­biera swoje rze­czy i idzie do szatni.

Roz­glą­dam się po si­łowni. Na sali oprócz nas są jesz­cze trzy ko­biety oraz kilku fa­ce­tów.

Zgar­niam torbę z ciu­chami i pod­cho­dzę do re­cep­cjo­ni­sty.

- Słu­chaj, stary, mam na­pa­loną la­skę w szatni. Udo­stęp­nisz na dwa­dzie­ścia mi­nut klucz od prysz­ni­ców? - Kładę mu dwie stówy na bla­cie.

Ko­leś roz­gląda się po sali, po czym spo­gląda na gra­fik, a na­stęp­nie na ze­ga­rek.

- Dwa­dzie­ścia mi­nut i ani se­kundy dłu­żej. Dziew­czyny za pół go­dziny koń­czą. - Po­daje mi klu­czyk z bre­locz­kiem, za­bie­ra­jąc kasę.

W szatni jest pu­sto, z ła­zienki do­biega od­głos le­cą­cej wody. Roz­bie­ram się do naga, wy­cią­gam z kie­szeni dżin­sów pre­zer­wa­tywę i wcho­dzę do po­miesz­cze­nia z na­try­skami. W środku jest parno. Sę­dzia myje się pod ostat­nim prysz­ni­cem. Za­my­kam za sobą drzwi, prze­krę­ca­jąc klucz i zo­sta­wia­jąc go w zamku. Po dro­dze od­kła­dam gumkę na my­del­niczkę przy są­sied­nim prysz­nicu i pod­cho­dzę do sę­dzi od tyłu. Nie za bli­sko. Mu­szę być ostrożny, stą­pam po kru­chym lo­dzie.

Su­nie dłońmi po na­gim ciele, pier­siach, udach, a mój ku­tas stoi już na bacz­ność - go­towy, by wziąć ją od tyłu i za­głę­bić się mię­dzy jej po­śladki.

- Chyba nie mu­szę ci mó­wić, że je­steś za­je­bi­ście atrak­cyjna.

Pod­ska­kuje, sły­sząc mój głos. Od­wraca się, jej oczy roz­wie­rają się sze­roko. Za­sła­nia piersi i cipkę.

- Co tu­taj ro­bisz!?

Wzru­szam ra­mio­nami i uśmie­cham się wy­zy­wa­jąco.

- Wspo­mi­na­łaś coś o cięż­kim dniu, więc po­my­śla­łem, że po­mogę ci się od­prę­żyć.

- Źle tra­fi­łeś. Nie na­leżę do tego typu ko­biet. Wyjdź stąd - mówi sta­now­czo.

To jesz­cze moc­niej mnie na­kręca. Lu­bię wy­zwa­nia i silne babki.

- Wi­dzisz, jak na mnie dzia­łasz? - Spo­glą­dam w dół na członka. Jest twardy, wielki i wy­cze­ku­jący.

Kor­ne­lia pa­trzy na niego, jej twarz czer­wie­nieje. Po chwili pod­nosi na mnie wzrok, a ja do­strze­gam w nim po­bu­dze­nie. Mimo to od­zywa się pew­nym gło­sem:

- Wyjdź stąd, bo we­zwę po­moc.

- Okej. Wyjdę, ale naj­pierw chciał­bym umyć ci plecy. - Daję krok w jej stronę, lecz ona się cofa.

- Sta­wiasz mi wa­runki? Je­steś bez­czelny.

- A ty na­prawdę mnie pod­nie­casz. Lu­bię ko­biety, które znają swoją war­tość i o sie­bie dbają. Poza tym... - prze­su­wam dło­nią po karku, pa­trząc jej prze­ni­kli­wie w oczy - drzwi są za­mknięte, nikt nas nie zo­ba­czy, dajmy so­bie cho­ciaż dwie mi­nuty przy­jem­no­ści. Kiedy ostatni raz ktoś spra­wił ci przy­jem­ność?

Wzrok sę­dzi wę­druje w stronę wyj­ścia. Mruży po­wieki, wi­dząc klucz w zamku, po czym prze­nosi na mnie spoj­rze­nie. Wciąż nie jest pewna, czy po­wi­nie­nem się do niej zbli­żyć.

- Nie zro­bię ni­czego, co mo­gła­byś ode­brać za nie­sto­sowne. - Pod­cho­dzę bli­żej i staję za jej ple­cami tak, że woda z prysz­nica zra­sza te­raz moje ra­miona. - Po­trak­tuj to jak ma­saż re­lak­sa­cyjny, chwilę od­prę­że­nia - szep­czę jej do ucha i obej­muję pal­cami barki.

Po­ru­sza szyją, za­czyna od­dy­chać szyb­ciej.

- Kiedy ostatni raz czu­łaś, że mo­żesz zro­bić coś tylko dla sie­bie? Bez kon­se­kwen­cji, bez zo­bo­wią­zań, bez ha­mul­ców? - Ma­suję jej plecy.

Jest spięta, jed­nak z każdą se­kundą zdaje się roz­luź­niać.

- Jak masz na imię? - pyta, pod­da­jąc się stop­niowo mo­jemu do­ty­kowi.

- Po­wiedzmy, że An­to­niusz - wy­mie­niam dru­gie imię im­pe­ra­tora, na któ­rego cześć zo­sta­łem na­zwany.

- Hmm, nie­ty­powo... - mru­czy, a ja prze­su­wam dło­nie ni­żej, na od­ci­nek lę­dź­wiowy.

Mój wzrok za­trzy­muje się na okrą­głych po­ślad­kach. Naj­chęt­niej dał­bym jej klapsa i od razu ją prze­le­ciał, ale wtedy by­łoby po za­wo­dach. Jesz­cze przyj­dzie na to pora.

- A ty? - py­tam tuż przy jej ra­mie­niu.

Chwila za­sta­no­wie­nia.

- Mów do mnie Kle­opa­tra. - Przez jej głos prze­bija się nuta ko­kie­te­rii.

A to flir­ciara.

- Moja kró­lowo, wy­bacz, lecz daj, pro­szę, szansę, bym w pró­bie mi­łość swą wy­ka­zał[1] - szep­czę i za­ta­piam usta w jej szyi.

I tym ją zdo­by­wam.

Z ko­bie­cych warg wy­do­bywa się roz­koszny jęk, wy­gina plecy. Przy­wie­ram człon­kiem do mo­krych po­ślad­ków, obej­muję piersi i za­czy­nam ca­ło­wać kark. Wciąż jest spięta, ale przy­naj­mniej go­towa na wię­cej. Się­gam jedną ręką do cipki. Jest wil­gotna, choć nie aż tak bar­dzo, jak­bym tego ocze­ki­wał. Trzeba ją bar­dziej na­krę­cić. Wiem jed­nak, że sa­mymi czy­nami nie zdzia­łam tak wiele, jak sło­wami. Mu­szę na­mie­szać jej w gło­wie, zdo­być psy­chikę, wów­czas ciało podda mi się cał­ko­wi­cie.

- Gdy tylko cię zo­ba­czy­łem, wie­dzia­łem, że je­steś go­rąca - mó­wię, ma­su­jąc łech­taczkę i nie prze­sta­jąc ocie­rać się o po­śladki. - To, w jaki spo­sób po­ru­szały się twoje piersi, twój jędrny ty­łek... Na­wet nie wiesz, jak mi wtedy sta­nął. Lu­bię do­świad­czać doj­rza­łej ko­bie­co­ści - bre­dzę jak po­tłu­czony, ale na nią to ewi­dent­nie działa.

Wzdy­cha i roz­sze­rza odro­binę nogi. Wy­ko­rzy­stuję ten mo­ment i wsu­wam w nią pa­lec, a po nim drugi. Wi­docz­nie jej się po­doba, bo za­ci­ska na nich mię­śnie.

- Uwiel­biam ta­kie ko­biety jak ty, sta­now­cze, a za­ra­zem pełne na­mięt­no­ści. Je­steś sek­sowną ko­bietą, która dia­bel­nie mnie pod­nieca. - Jej cipka pul­suje, a bio­dra in­stynk­tow­nie po­ru­szają się w przód i w tył. Po­su­wam ją pal­cami, czu­jąc, jak na nie na­piera, jak pra­gnie wię­cej, jak stop­niowo pusz­czają jej ha­mulce. - Chcesz tego, prawda? Po­wiedz mi... - Przy­gry­zam pła­tek ucha Kor­ne­lii. - Po­wiedz.

- Tak - ję­czy. - Chcę.

Wy­su­wam z niej palce i się­gam po pre­zer­wa­tywę. Kor­ne­lia w stru­gach z desz­czow­nicy ma­suje się po cipce, cze­ka­jąc, aż ją wy­peł­nię.

Roz­ry­wam zę­bami opa­ko­wa­nie, na­kła­dam kon­dom, po czym opie­ram sę­dzię o ścianę tak, że wciąż stoi do mnie ty­łem. Od­kąd za­czą­łem ją do­ty­kać, ani razu nie spoj­rzała mi w oczy. Naj­wy­raź­niej do­my­śliła się, że to ma być po pro­stu seks, czy­sta roz­kosz, za­spo­ko­je­nie po­trzeb. I coś pod­po­wiada mi, że dawno nikt ich nie za­spo­ka­jał.

- Bę­dziemy się pie­przyć tak, jak ni­gdy do­tąd z ni­kim się nie pie­przy­łaś - obie­cuję, a ja za­wsze do­trzy­muję słowa.

Roz­su­wam jej nogi, chwy­tam za twar­dego jak drąg ku­tasa i wcho­dzę w nią aż do sa­mego końca.

Ję­czy prze­cią­gle. Opiera się ręką o ścianę, jakby za­raz miała się prze­wró­cić.

- Chry­ste, jaki on wielki... - stęka.

Mimo że mówi to nie­świa­do­mie, tak mnie tym jara, że te­raz to już mu­szę ją po­rząd­nie wy­ru­chać, żeby za­pa­mię­tała mnie na za­wsze.

Wy­cią­gam ku­tasa, na co sę­dzia wy­pina ty­łek. Prze­su­wam kciu­kiem po tej cia­śniej­szej dziurce. Z chę­cią i tam bym jej wło­żył, ale coś mi pod­po­wiada, że na to pani Kor­ne­lia nie jest go­towa. Może za trze­cim albo czwar­tym ra­zem sama by tego chciała? Tylko że nie bę­dzie ani czwar­tego, ani trze­ciego, ani na­wet, kurwa, dru­giego razu.

Za­ci­skam dłoń na jej po­śladku, roz­sze­rzam go, by mieć jak naj­lep­szy wi­dok, i wkła­dam mę­skość w cipkę aż po same jaja.

Kor­ne­lia ję­czy, wi­jąc się sek­sow­nie. Ła­pię za ko­biece bio­dra i za­czyna się ostra jazda. Po­su­wam ją mocno, szybko, bez wy­tchnie­nia. Obi­jam się o jej ty­łek, a ona co­raz moc­niej go wy­pina.

Pani sę­dzia - pry­cham w my­ślach.

Jest mi do­brze, ku­rew­sko do­brze. Osią­gam bo­wiem to, czego chcia­łem - zdo­by­łem ją. Jesz­cze tylko kilka szyb­kich pchnięć i dojdę. Kor­ne­lia dy­szy, bła­ga­jąc o wię­cej. Ha­mulce zu­peł­nie pusz­czają.

- Tak, jesz­cze, pro­szę.

Miała mnie do­brze za­pa­mię­tać, to za­pa­mięta. Nie prze­sta­jąc jej po­su­wać, się­gam dło­nią do łech­taczki i po­cie­ram ener­gicz­nie. Sę­dzia wy­pina pupę co­raz moc­niej, za­ci­ska po­chwę tak, że mam ochotę eks­plo­do­wać. Wolę jed­nak, żeby do­szła przede mną. Chcę, żeby mój fiut do­pro­wa­dził ją do ta­kiego or­ga­zmu, że w są­dzie, oprócz tego, że po­czuje kon­ster­na­cję i zmie­sza­nie, to przede wszyst­kim pod­nieci się na mój wi­dok.

Jesz­cze kilka szyb­kich pchnięć, głę­bo­kich, pe­ne­tru­ją­cych. Nie­winny klaps w po­śla­dek, mu­śnię­cie łech­taczki i sę­dzia wije się, ję­czy, su­nie dłońmi po ścia­nie. Z jej gar­dła wy­do­bywa się okrzyk:

- Jezu, do­cho­dzę... - Na­pręża się, cia­łem wstrząsa dreszcz. Ła­pie się za pierś, a ja już mam stu­pro­cen­tową pew­ność, że dawno, o ile w ogóle, nikt nie do­pro­wa­dził jej do ta­kiego or­ga­zmu.

Czuję, że i ja za­raz dojdę. Chwy­tam ko­bietę obu­rącz za bio­dra i wbi­jam się w nią bez opa­mię­ta­nia. Raz, drugi, trzeci. Prąd roz­cho­dzi się od fiuta, przez lę­dź­wie, plecy, aż po kark. Od­chy­lam głowę do tyłu i eks­plo­duję.

Woda spływa mi po twa­rzy, w skro­niach pul­suje.

- Kurwa, ale do­brze... - stwier­dzam zgod­nie z prawdą i w tej sa­mej chwili roz­lega się wa­le­nie do drzwi, któ­remu wtó­ruje mę­ski głos:

- Mi­nęło dwa­dzie­ścia mi­nut! Wy­chodź­cie!

To się na­zywa wy­czu­cie czasu.