2Szczytowanie
Należało się spodziewać, że najlepszy dom schadzek w elfiej stolicy nie będzie podobny do przybytków, w jakich zdarzało się Gorathowi czasem bywać. Przypomniał sobie "Otwartą sakiewkę" w Porcie Horyzont, gdzie wraz z Heimdullem postanowili uczcić spotkanie po latach. Wystrój pirackiego burdelu, choć przyzwoity i usiłujący trzymać pewien poziom, w niczym nie przystawał do wnętrz "Szczytowania".
Zamiast zadymionego, wyłożonego drewnem dużego salonu, w którym na zbyt starych meblach przesiadywały zbyt młode i zbyt zmęczone prostytutki, miał przed sobą elegancką, otwartą przestrzeń z kamienia i marmuru, poprzecinaną przezroczystymi kotarami, ozdobioną rzeźbami i wielkimi malowidłami, wypełnioną muzyką, rozmowami i cichym śmiechem. Światła kolorowych lamp dzieliły otwartą salę na strefy, z pewnością przeznaczone do odmiennych rodzajów zabaw, przy kilku półotwartych barach serwowano napitki. Nie było tłoczno, poza niewielkim parkietem pośrodku sali, gdzie kilkanaście ciał poruszało się w takt niepokojąco przyjemnej muzyki.
- Spróbujmy wtopić się w tło - powiedział, zupełnie niepotrzebnie, do stojącej obok niego Morany. Taki był plan.
Nie wydawał się łatwym zadaniem. Na dobrą sprawę Gorath zdziwił się, że w ogóle ich tutaj wpuszczono. Noelle, zatrudniona tu od kilku dni, potwierdziła, że na okres świąt podwoje "Szczytowania" otwierają się na przyjezdnych gości, a jednak Gorath miał poważne wątpliwości, czy dwoje półorków będzie w stanie przejść selekcję na wejściu. Nie obeszło się bez łapówki dla zaskakująco poważnej elfki, witającej gości zaraz za pierwszymi drzwiami. Pomogły też egzotyczne stroje, na które wydali majątek.
Mimo usilnych namów krawca i obydwu zabójczyń, Gorath nie zgodził się na obcisłe, jedwabne spodenki zakrywające tylko pośladki, decydując się ostatecznie na niewygodne i dziwacznie skrojone spodnie w idiotycznie czerwonym kolorze. Długi czarny płaszcz, a właściwie kamizela bez rękawów wyszywana była złotą nicią, na szczęście projektant nie znalazł metalowych obręczy wystarczająco szerokich, by dało się je zapiąć na masywnych bicepsach półorka. Zarówno krawiec, jak i jego pomocnicy, wsparci przez Noelle i Moranę, skutecznie sprzeciwili się jakiejkolwiek koszuli i teraz Gorath nieustannie zwalczał odruch drapania się po odsłoniętym, nagim torsie. Przynajmniej nie pozwolił go zgolić na gładko, choć i tak czuł się nadmiernie odsłonięty.
Podobnie musiała czuć się Morana, której Gorath w takiej odsłonie dotąd nie oglądał. Aby wiarygodnie odgrywała amatorkę uciech cielesnych, przebrano ją w taki sposób, by - mimo że nie naga - odsłaniała jak najwięcej ciała. Poza butami na obcasie, w których poruszała się zaskakująco zgrabnie, jej nogi osłaniały tylko przezroczyste paski materiału, zawieszone w charakterze spódnicy na łańcuszku oplecionym wokół szerokich bioder. Coś w rodzaju przepaski lub długich naramienników z czarnej skóry ciasno opinało jej barki, piersi i ręce aż do łokci, pozostawiając plecy, silnie umięśniony brzuch i przedramiona zabójczyni zupełnie odkrytymi. Zaplecione w cienkie warkoczyki włosy zebrała w kucyk, a jej czoło zdobiły misternie splecione łańcuszki miękko przechodzące we wpięte w uszy kolczyki. Całości obrazu dopełniały czarne rękawiczki okrywające tylko palce i pół dłoni.
Wydali na te kostiumy znaczną część funduszy otrzymanych od Kathany Marr, choć spoglądając na Moranę, Gorath uznał, że były warte swej ceny. Zabójczyni wyglądała jak jakaś wojownicza księżniczka, egzotyczna i pociągająca.
Mimo wszystko to nie stroje wyróżniały ich wśród gości "Szczytowania", a raczej krępa - zwłaszcza na tle elfów - półorcza budowa ciała. Zmierzając w stronę najbliższego z barów, musieli przejść przez niewielki parkiet, na którym ekstrawagancko półnadzy mężczyźni w pełnym makijażu i gibkie, wiotkie kobiety na absurdalnie wysokich obcasach wyginali zmysłowo ciała w rytm rozbrzmiewającej wokół muzyki. Muskularna sylwetka Morany wyraźnie odcinała się na tle tańczących elfów, półelfów i ludzi, a gdy w jednym z wysokich luster Gorathowi mignęło jego własne odbicie, uznał, że żaden strój nie sprawi, że będą tu pasować. A jednak nie wzbudzali sensacji, co najwyżej pogardliwy brak zainteresowania lub półuśmiech zdziwienia.
- Dziwki rozpoznasz po czerwonej wstążce - powiedziała Morana, gdy dotarli do baru. Napoje musiały być wliczone w cenę, gdyż stojący za ladą blady półelf, nawet nieproszony, napełnił dla nich dwie wysokie szklanki złocistym płynem.
Gorath pociągnął łyk pachnącej jałowcem wódki wymieszanej z czymś gorzkim i znów rozejrzał się po otoczeniu. Jedno wejście, obstawiane przez parę eleganckich ochroniarzy uzbrojonych w długie kije. Poza tym kilka par drzwi prowadzących do kolejnych pomieszczeń, w tym do pokoju masażu, z którego dało się wyjść na wewnętrzny dziedziniec. To tam Noelle ukryła ostrza w oparciu jednego z foteli. To stamtąd planowali uprowadzić Atreidesa. Sam książę jeszcze się nie pojawił, ale nie spodziewali się go wcześniej niż przed północą. Oficjalne uroczystości celebrowania zwycięzcy musiały swoje potrwać, Noelle potwierdziła jednak, że lokal uprzedzono o planowanym przybyciu arystokraty. Teraz mignęła Gorathowi przez chwilę - jak i inne posługaczki - bosa i półnaga, tylko w przepasce biodrowej, niosła tacę z napojami do jednej z wewnętrznych loży.
Część gości "Szczytowania" rozpoczęła już zabawę. Z lóż i alków, oddzielonych tylko lekką tkaniną, przebijały się przez muzykę odgłosy rozkoszy: wyuzdany śmiech, spazmatyczny jęk, triumfalny okrzyk, podczas gdy w głównej sali, na prostych, choć wyglądających na wygodne meblach siedzieli lub półleżeli ci z klientów lokalu, którzy jeszcze nie zdecydowali, co będą robić tej nocy.
Większość, włącznie z prostytutkami płci obojga, ubrana była podobnie dziwnie jak Morana i Gorath, w stroje mające dawać pozór odzienia, choć przede wszystkim odsłaniać ciała i kusić, zachęcać, pobudzać wyobraźnię. Zgromadzeni tu byli atrakcyjni - poza kilkoma przypadkami - szczupli i zdrowi, a nade wszystko zadbani. Całkiem sporo z nich zajmowało się sobą, co było, ku zdziwieniu Goratha, tolerowane lub nawet akceptowane, choć dobrze ponad połowę obecnych stanowiły wszetecznice i wszetecznicy zatrudniani przez lokal. Tak jak zauważyła Morana: można ich było rozpoznać po eleganckich, czerwonych wstążkach oplecionych wokół zgrabnych nadgarstków.
Kilkoro już pracowało na swoje wynagrodzenie: oprócz klasycznych obrazków, jak dwie chichoczące sztucznie dziewczyny wtulone w starszawego, autentycznie zadowolonego jegomościa czy parka półnagich półelfów tańczących przed trójką wyraźnie zamożnych i wyraźnie pijanych młodzieńców, Gorath spostrzegł także kompletnie nagą dziewczynę, która zastygła na czworaka, podczas gdy pogrążona w intymnej rozmowie para w średnim wieku trzymała na jej plecach obute nogi. Zaraz obok roześmiana panienka karmiła truskawkami klęczącego przed nią jak pies nagiego mężczyznę. Co ciekawe, to na jej nadgarstku wisiała czerwona wstążka.
Pomiędzy sofami i gośćmi krążyły też zwykłe dziewczyny z obsługi, sprawnie roznosząc trunki i przekąski, zbierając zamówienia, udając, że bawią je obleśne żarty klientów. Te ubrane, a raczej rozebrane były jednolicie - tak jak Noelle bose i z odsłoniętymi piersiami, tylko w przepaskach biodrowych ze srebra i jedwabiu, mających zapewne za zadanie bardziej podkreślić nagość, niż ją ukryć.
Atmosfera perwersji i rozpusty wyraźnie nie pasowała Moranie. Zabójczyni stała spięta, niespokojna, czujna, a smok wytatuowany na jej odsłoniętych plecach poruszał się wraz z napiętymi mięśniami, gdy nerwowo rozglądała się po sali. W tym stanie gotowa była udusić któregoś z gości "Szczytowania", jeśli tylko spróbowałby jej dotknąć. Ta agresywna postawa nawet pasowała do jej stroju, ale mogła też ściągnąć na nich kłopoty, a przynajmniej niepotrzebną uwagę. Lub raczej jeszcze więcej niepotrzebnej uwagi, gdyż zdumione, bezczelnie pogardliwe lub zdegustowane spojrzenia omiatały ich dwoje dużo częściej niż te pobłyskujące niezdrową fascynacją.
- Ochroniarze wyglądają na sprawnych. - Gorath zdecydował się skierować uwagę Morany na bezpieczne, znajome jej tematy. - Jeśli się połapią, nie będzie łatwo wyprowadzić stąd naszego księcia. Dobrze, że mamy tu broń. O ile tylko Noelle...
- Broń jest dla mnie. - Morana popatrzyła na półorka poważnie. - Przeciw ochronie. W razie czego zatrzymam ich na tyle długo, żebyście przedostali się na dziedziniec i do niskiego muru. Ale uważaj z ostrzami przy Atreidesie. Ranny będzie nas tylko spowalniał. Martwy do niczego nam się nie przyda.
- Spokojna głowa. - Gorath wyszczerzył się swoim złym, wilczym uśmiechem. - Capnę bratka tak, że nawet nie miauknie. To nie pierwszy bogaty chłopak, którego...
- Pamiętam młodego Goslinga, syna Farinaty. I co z nim zrobiłeś.
- Tamto, to była osobista sprawa. Należało się skurwielowi. A Atreidesa nawet lubię, szkoda by było takiego artysty.
Oczy Morany na chwilę straciły swój ostry wyraz.
- Sposób, w jaki latał... To było niezwykłe. Ale i niełatwe. Trzeba wielkiej sprawności, by robić coś takiego. I odwagi. Uważaj na niego.
Gorath pociągnął ostatni, niewielki łyk jałowcowej wódki, popatrzył uważniej na Moranę.
- Wolałabyś, żeby był tu z nami Kratos, co?
Morana także odstawiła swoją szklankę. Tego wieczoru nie mogli sobie pozwolić na utratę koncentracji.
- Z hanem miałabym pewność, że nam się uda.
- Może i tak. - Gorath odsłonił zęby w uśmiechu, gdy schodząca z parkietu para elfów obdarzyła ich nieprzyjemnym, aroganckim spojrzeniem. - Ale nie wtopiłby się w tłum tak dobrze, jak my.
Przez poważną twarz Morany przebiegł cień uśmiechu, tak jakby na moment zapomniała być spięta. Zaraz jednak znów stanęła sztywno, gdy podszedł do niej niewysoki, starszawy półelf o niepewnym siebie uśmiechu. Gorath odwrócił się w stronę baru, by faceta nie odstraszyć, a przy okazji zamówić coś lżejszego do picia, bez alkoholu. Kątem oka obserwował, jak podstarzały amant próbuje namówić Moranę na jakieś grzeszne przyjemności. Mężczyzna zachowywał się zapewne zgodnie ze zwyczajami "Szczytowania", jednak wyglądało to nieco komicznie, gdy z jednej strony obawiał się podejść zbyt blisko, a z drugiej pożerał wzrokiem muskularną, dzięki obcasom o głowę od niego wyższą, ale i wyraźnie speszoną wojowniczkę. Ostatecznie nic nie wyszło z jego zalotów, a gdy się oddalił, lekko zarumieniona Morana skinęła na barmana, by nalał jej jeszcze kieliszek wódki.
- Wtapiamy się w tłum - przypomniał Gorath, gdy znów na chwilę zostali sami.
- Wystarczy, że dałam się przebrać w... to - prychnęła gniewnie, wskazując odsłonięte nogi i brzuch. - Lepiej niech się trzymają z daleka!
- Gdy jesteś przebrana w... to? Ja tam im się nie dziwię...
- Ani słowa więcej, Gorath!
Domyślał się, że ta sytuacja może być dla zabójczyni trudniejsza niż stawianie czoła uzbrojonym przeciwnikom. Uznał, że bezpieczniej będzie wrócić do poprzedniego tematu.
- Wiesz, że byłem tam wtedy, gdy Kratos sprzeciwił się Kathanie?
Morana wychyliła swój kieliszek wódki, odetchnęła głębiej i spojrzała na półorka już zupełnie spokojnie, czekając, co powie dalej.
- Chciała go wysłać tutaj, nawet gdy przyniosłem jej wieści o nadchodzącej wojnie - dokończył myśl.
- Chciała go wysłać za naszym celem - poprawiła Morana. - Kto mógł wiedzieć, że dotrzemy aż tutaj? Ale miejsce hana jest na wojnie, nie tu. To wielki wódz.
Gdy mówiła o Kratosie, jej głos lekko zmieniał barwę. Naprawdę go podziwiała. Nazywała "hanem" w taki sposób, jakby inni hanowie nie istnieli. Jakby jedynym hanem, jedynym wodzem dla niej był tylko Kratos.
- Możesz mieć rację. - Gorath podrapał się po policzku, zapominając, że jest gładko ogolony. - Kawał twardziela, tak się postawić Kathanie Marr.
- Han stawia dobro Imperium ponad wszystko.
- A ty, Morana? Nie powinnaś teraz stać u jego boku, na wojnie? Skąpana w krwi wrogów, zamiast w spojrzeniach tych zbereźników tutaj?
Odwróciła do niego twarz, popatrzyła poważnie, mrużąc lekko oczy.
- Wypełnię rozkazy Kathany. Nawet nie próbuj...
- Nie próbuję. - Wszedł jej w słowo, kładąc dłoń na jej twardym ramieniu. - I cieszę się, że tu ze mną jesteś. W takiej robocie dobrze jest mieć partnera, na którym można polegać.
Poruszenie przy wejściu sprawiło, że nie zdążyła odpowiedzieć. Na schodkach prowadzących do sali pojawił się Atreides. Wysoki, elegancki i zadowolony z siebie, wkraczał do "Szczytowania" niespiesznie, bardziej zajęty rozmową z kilkorgiem kompanów niż samym lokalem, jakby wyuzdana atmosfera tego miejsca nie była dla niego niczym nowym.
Dotąd niemal niewidoczna Noelle wyłoniła się z głębi sali, wyminęła z gracją parę obściskujących się klientów i rzuciwszy Gorathowi i Moranie znaczące spojrzenie, ruszyła w stronę księcia. Jego obecność nie umknęła także uwagi innych gości "Szczytowania". Kilka gromkich wiwatów, okrzyki pozdrowienia, a nawet skromne brawa rozbrzmiały w całym lokalu, jednak rozpustnicy już po krótkiej chwili wrócili do smakowania własnych przyjemności.
Atreides przyjął napitki z tacy Noelle, nie zwracając na dziewczynę większej uwagi, po czym wraz z towarzyszącymi mu elfami skierował się w głąb sali, zdawkowo odpowiadając na pozdrowienia pracowników i gości lokalu. Gdy rozsiedli się na ustawionych w otwarty czworobok sofach, przywitał się z nimi elegancko ubrany mężczyzna, na którego znak Noelle i jeszcze dwie inne posługaczki zajęły się gośćmi. Morana i Gorath w milczeniu obserwowali, jak elfi arystokraci raczą się napojami, wciągają rozsypane w jasnych kreskach narkotyki, zaśmiewają się z sobie tylko znanych dowcipów. Ekipa Atreidesa była wyraźnie w znakomitych humorach, zapewne po wygranych zawodach lotniczych.
- Chce zacząć od masażu - powiedziała Noelle, podchodząc do baru, by odebrać kolejne zamówienie. - Wybiera się tam tylko z jednym kompanem. To już niedługo.
- Wchodzimy zaraz za nimi. - Morana wpiła wzrok w drzwi prowadzące do sali masażów. - Ty, Noelle, idź tam już teraz.
- Wszystko zgodnie z planem, co? - Jasnowłosa zabójczyni błysnęła uśmiechem. - Sprawdzałam salę jeszcze godzinę temu. Ledwie kilka masażystek, nie będzie z nimi problemu. Pamiętajcie: broń jest w oparciu wysokiego czerwonego fotela.
- Ruszyli się. - Gorath odstawił pustą szklankę na blat baru. - Zaczynamy.
Atreides i jeszcze jeden z elfów wstali ze swoich miejsc i skierowali się w stronę wejścia do sali masażu. Noelle podążyła za nimi, porzucając barmana z pustą tacą, Morana i Gorath dali jej czas, by w ślad za księciem zniknęła za drzwiami.
Nie było sensu dłużej czekać, zostawili bar za sobą i spokojnym krokiem ruszyli w stronę schodków i kotary oraz czerwonych, zdobionych drzwi za nimi. Zespół, grający na niewielkiej scenie, jakby mocniej szarpnął za struny instrumentów, muzyka stała się głośniejsza, a może tylko tak się Gorathowi wydało, gdy przechodzili w pobliżu grajków. Mijani imprezowicze, czy to goście "Szczytowania", czy obsługujące ich prostytutki, wchodzili już w tę fazę zabawy, której wolał nie oglądać z bliska. Jęki rozkoszy, irytujący chichot, pomruki zadowolenia lub wydawane zimnym głosem polecenia otaczały półorków zewsząd, gdy kroczyli w poprzek sali. Morana musiała nawet strząsnąć z uda czyjąś zbyt śmiałą dłoń, ale nie zatrzymali się. Byle do drzwi. Zostawić to dziwne towarzystwo za sobą. Wykonać robotę, do której najlepiej się nadawali.
Szerokie, pokryte czerwoną farbą drzwi odcinały salę masażu od reszty "Szczytowania", zapewne ze względu na inną temperaturę połączonych z łaźniami pokoi, a może by odseparować zaznających relaksu od dźwięków głównej sali. Stał przy nich ochroniarz: lekko znudzony półelf wyposażony w krótką pałkę oraz nahajkę, która równie dobrze mogłaby pełnić rolę rekwizytu w którejś z sal rozkoszy. Obrzucił pobieżnym spojrzeniem półorków, spoglądając chwilę dłużej na odsłonięty brzuch Morany, ale nie zatrzymywał ich.
Za drzwiami było jaśniej, dużo jaśniej, tak, że przywykły do półmroku wzrok potrzebował chwili, by dostosować się do nowego otoczenia. Jasnego i zdumiewająco cichego. Zanim dostrzegł uzbrojonych w ostrą broń strażników rozstawionych precyzyjnie pod każdą ze ścian, wzrok Goratha przyciągnął czerwony fotel - ten, w którego oparciu czekała ukryta broń - i siedząca na nim sztywno Noelle. Obok, na wygodnej, także czerwonej sofie czekała - wyraźnie na nich czekała - elegancko ubrana elfka o surowym, zdradzającym mocno dojrzały wiek obliczu.
Książę Atreides stał dalej, w głębi, mierząc półorków ciekawym spojrzeniem. Strażników była dobra dziesiątka, czujnych, pewnych siebie i dobrze uzbrojonych. Zbyt wielu by próbować walki, mimo to Gorath spiął się, instynkt schwytanego w klatkę zwierzęcia na chwilę przeważył nad rozsądkiem. Morana obok niego także pochyliła się i lekko ugięła nogi, gotowa pozbyć się niewygodnych obcasów i zaatakować. Ale nie wyglądało to dobrze; jeśli strażnicy byli wyszkoleni podobnie jak elf, z którym Gorath walczył na dachach miasta, starcie w tej sali byłoby bardzo krótkie i nie skończyło się dobrze dla półorków oraz Noelle.
- Zapraszam - odezwała się surowym, zimnym głosem elfka. - Dołączcie do waszej towarzyszki. Czas, byśmy porozmawiali.
Gorath jeszcze raz obrzucił złym wzrokiem strażników, wyłożoną drewnem salę i szerokie rozsuwane drzwi na drugim jej końcu, prowadzące na dziedziniec, którym mieli uprowadzić Atreidesa. Nie znalazł prostego wyjścia z pułapki, w którą wpadli. Chwilowo byli w mocy tej starszej kobiety. Morana zrozumiała to nawet wcześniej niż on, ruszając sztywnym, napiętym krokiem w stronę sofy i czekającej naprzeciw tajemniczej elfki.
- Jestem Vanora Alessiel, Wysoka Kapłanka Sanktuarium Północnego Tchnienia. - Wyraz twarzy elfki nie zmienił się ani na jotę. Wciąż zimna kompetencja i surowe, oceniające spojrzenie. - Nawet wiatr szepce mi o tym, co dzieje się na uliczkach Tir'en'riath, nie ma tu przede mną sekretów. Podążacie śladem Evelona en'ela Venila. A wraz z wami idzie śmierć.
- Nie mam pojęcia, o czym... - spróbował Gorath, ale uniesiona dłoń kapłanki nie dała mu dokończyć.
- Powstrzymaj swój język, półorku, zanim powiesz coś, co uznam za zniewagę dla mojej inteligencji.
W ciszy, jaka zapadła po tych słowach, poczuł, jak podnoszą mu się włoski na przedramionach. Obecni w pokoju elfowie jakby zastygli, wstrzymali oddech. Tylko zza drzwi, z ciemnych wnętrz "Szczytowania", wciąż docierały odgłosy namiętnych zabaw.
- Omal nie popełniliśmy błędu, tak długo pozwalając wam węszyć za Evelonem, obserwując tylko, co z tego wyniknie. Za jego sprawą straciłam już siostrę i wielka Mircea mi świadkiem, zniszczę każdego, kto spróbuje skrzywdzić mojego syna.
Gorath rzucił okiem na wciąż opartego o ścianę Atreidesa, po czym spojrzał Vanorze prosto w oczy.
- Mimo to wciąż żyjemy.
- Spoglądam w was i poprzez was. - Kapłanka mówiła teraz powoli, z zadumą. - Moc burzy się wokół istoty, która zamierza zgładzić inną. Tak, jak wokół waszej trójki. Jesteście mordercami. Ale nie chodzi wam o mojego syna. Wy idziecie po Evelona.
- Czyżby wróg twojego wroga miał się okazać przyjacielem, kapłanko Alessiel? - Gorath wyszczerzył się w złym uśmiechu.
- Nie masz i nigdy nie będziesz miał twarzy mojego przyjaciela, półorku. Dla każdego z was jest już za późno. A jednak Evelon en'ela Venil zasłużył na śmierć.
- Wiesz, gdzie się ukrywa? - zapytała Noelle, przełamawszy już najwyraźniej pierwszy strach. - Wielebna Kapłanko? - dodała pospiesznie.
- Znamy miejsce, które obrał za swoją siedzibę. I wskażemy wam drogę, nie musicie uciekać się do waszych nikczemnych sposobów, czasem wystarczy tylko poprosić o pomoc. Evelon i jego zwolennicy nie ukrywają się, choć zapewne powinni, gdyż wrogowie gromadzą się na horyzoncie niczym burzowe chmury. Być może wszystkich nas czeka zagłada, ale nim to nastąpi, Evelon zapłaci za swoje grzechy.
Mimo takiego obrotu spraw, Gorath nie czuł się zaskoczony. Zaczynał już rozumieć, że jego dawny przyjaciel, prowadząc swoją grę, zbiera co najmniej tylu wrogów, co sojuszników. Fakt, że najważniejsza z elfich kapłanek pragnie śmierci Evelona, a tym samym z potencjalnego zagrożenia staje się - być może ostatnią - bezpieczną przystanią, wydał się właściwą ironią losu. Tym specyficznym poczuciem humorów bogów, którego półork już dawno nauczył się nie próbować nawet rozumieć.
- Po to nas tutaj przysłano - odpowiedział, zaskoczony lodowatą klarownością swoich myśli. - Bądź spokojna, kapłanko sanktuarium. Wystawcie go nam, a Evelon nie przeżyje naszego spotkania.
Spoglądał na Tir'en'riath poniżej, na plątaninę dachów, którymi kilka dni wcześniej ścigał elfiego szpiega. Balkon pałacu należącego do świątynnego kompleksu zapewniał wspaniały widok, wygodny fotel zachęcał do relaksu, łaźnia przy ich pokojach - z której właśnie korzystała Noelle - była czysta i przestronna. Bezpieczna, wygodna przystań, przed ostatnim z etapów ich misji. Grzechem byłoby nie skorzystać z luksusu, choćby chwilowego. Tylko Morana, przywykła do bardziej surowych warunków, czuła się tu nieswojo, niespokojna jak lwica przed polowaniem. Jej niepokój zarażał, irytował, na szczęście teraz przebywała parę pięter niżej, po raz kolejny przeglądając mapy w świątynnej bibliotece.
Vanora Alessiel dotrzymała słowa. Nie dość, że przyjęła trójkę zabójców w gościnnych apartamentach na terenie Sanktuarium, to także pokazała sekretne świątynne dokumenty, w tym szczegółowe szkice górskich przejść prowadzących do zapomnianej elfiej siedziby: Thalas Eren - Zmrożonego Bastionu, który, wraz ze swoimi zwolennikami - głównie elfią młodzieżą, jak się wyraziła Wysoka Kapłanka - zajął Evelon. Starego elfiego zamku, którego nie było na żadnej z oficjalnych map. Zamku - tajemnicy.
Znali już drogę, znali także przyczyny rozłamu wśród elfiej arystokracji. Atreides nie był agentem Evelona, jego sekretnym poplecznikiem w mieście. Wysyłając kruki z wiadomościami, próbował nawiązać zerwany kontakt, przemówić Evelonowi do rozsądku, zawrócić dawnego przyjaciela ze ścieżki prowadzącej do zagłady.
Jego matka, Vanora, porzuciła jednak wszelkie próby pojednania. Po śmierci siostry, ranionej przez Evelona, pragnęła już tylko zakończyć konflikt, jeśli trzeba nawet rękami obcych morderców. Gorath miał nawet wrażenie, że kapłanka preferuje takie wyjście, wybiera rozwiązanie, w którym krew Evelona nie splami bezpośrednio jej rąk. Albo, najzwyczajniej w świecie, nie była w stanie Evelona dosięgnąć. Może w ogóle nie było to możliwe i Gorath wraz z Noelle i Moraną jadą na spotkanie ze śmiercią.
Być może nie zasługiwali na nic innego. Trójka morderców, z których to on był najgorszy, gdyż spróbuje zabić kogoś, kto był mu kiedyś przyjacielem. Czy w Otchłani jest specjalne miejsce dla morderców przyjaciół? Powinno być. A Gorath, być może, nie powinien przyjmować tego zadania. Zabić przyjaciela, by zmienić własne życie na lepsze. Brzmi jak kiepski żart. Nie podjął się tego dawno temu, w Savonie, gdy zabójstwo Evelona zlecał mu Vigo van Thorn. Miało być jego biletem do Natanbanu, przepustką do nowego życia. Po stronie zwycięzców, jak się wtedy wyraził van Thorn i wiele wskazuje na to, że nie skłamał.
Co się zmieniło? Udział Evelona w spisku? Rozprowadzanie natanbańskiej trucizny? Fakt, że być może posłużył się wtedy Gorathem, nakłaniając go do zniszczenia Nocnych Cieni? Tylko tyle potrzeba, by zabić przyjaciela? Przecież i sam Gorath robił w przeszłości paskudne rzeczy. A Evelon zapewne wierzy w słuszność swojej sprawy, próbuje ratować elfów, zniszczyć Imperium czy przeprowadzić jakiś inny, wariacki plan. Zamordować przyjaciela, by nie osiągnął tego, w co wierzy? Nie. Ma zginąć, bo jest wrogiem. Wrogiem Imperium, wrogiem Kathany. W wojnie, która się toczy, Evelon stoi po niewłaściwej stronie. A wygrywanie wojen polega na zabijaniu wrogów. Czy w takim razie Gorath ma prawo nazwać się żołnierzem, wojownikiem? Bohaterem? Faktycznie: kiepski żart.
Noelle skończyła wreszcie kąpiel. Stanęła teraz obok fotela, w którym siedział Gorath, popatrzyła na miasto w dole. Z ich balkonu rozpościerał się widok na całe Tir'en'riath, położone na zboczu góry, poprzecinane murami wyznaczającymi granice dzielnic. Rozświetlone, tętniące życiem, malownicze. Delikatne, zwiewne niemal, a jednocześnie sprawiające wrażenie wiecznego. Starożytne, klasycznie piękne.
- Trzeba przyznać, że elfowie potrafią budować swoje miasta. - Zapaliła cygaretkę, zaciągnęła się głęboko i z zadowoleniem wypuściła dym. Przymknęła oczy, oddychając pełną piersią. Włosy wciąż miała mokre po kąpieli.
Gorath nie odpowiedział, wyciągnął tylko rękę po jej cygaretkę. Suchy, ostry smak zakłuł przyjemnie na języku.
- Coś taki ponury, półorku? - Noelle popatrzyła na niego z ukosa. - Luksus ci nie pasuje? Elfia gościnność? Czy jednak naprawdę chciałeś zobaczyć Atreidesa w powrozach i krzywisz się, że wyszło inaczej? Tak, na związanego Atreidesa to nawet chętnie bym popatrzyła.
- Jutro wyruszamy - odpowiedział niechętnie. - Tam, gdzieś za tą górą przed nami, wszystko się rozegra. To będzie koniec, czy dopiero początek? Jak to było z tobą, w Zandfort, Noelle? Udał ci się twój nowy początek?
- Pomściłam przyjaciół. Nawet jeśli nie wyszło to koniec końców najpiękniej.
- A ja jadę zabić przyjaciela.
Młoda zabójczyni popatrzyła na niego uważniej.
- Gdy orkowie napadli na klasztor Thenneth, myślałam, że nas zdradziłeś, Gorath. A przecież tak naprawdę uratowałeś wtedy mnie i Moranę, dałeś nam czas na ucieczkę. Ty masz jednak za miękkie serce, zwłaszcza dla przyjaciół.
- Nigdy nie miałem ich zbyt wielu.
- Jesteś zbyt lojalny. Ten Evelon zatruwał całe miasta, knuł z najeźdźcami, podpadł Kathanie. Nawet tu, u swoich, ma wrogów. Po tym, co zrobił, zasługuje na śmierć.
- Jak my wszyscy.
- Ej - powiedziała nagle zmienionym tonem i usiadła mu na kolanach okrakiem. Dłonią pogładziła go po policzku, spojrzała w oczy. - Wielki, zły Gorath ma w środku duże, miękkie serce dla przyjaciół. Nie znałam cię od tej strony.
Przez moment nie wiedział, co zrobić z rękami, zaskoczony jej nagłą bliskością. W końcu jedną dłoń oparł na biodrze Noelle, znajoma krągłość sprawiła, że momentalnie zesztywniał. Drugą, w której trzymał cygaretkę przytknął do ust, ale Noelle przejęła od niego niedopałek i strzeliła palcami wyrzucając go za balkon. Krótką chwilę patrzyli na siebie z bardzo bliska, ciepło jej oddechu przyjemnie drażniło mu wargi.
Pocałowała go mocno, zdecydowanie. Usta miała miękkie, tak jak pamiętał. Chwycił ją za włosy, wciąż mokre, przyciągnął silniej do siebie. Odgłosy miasta poniżej zlały się w jeden szum, zagłuszany tylko przez cichy pomruk Goratha i jego własne tętno mocno bijące gdzieś w uszach. Podniósł się z fotela, a Noelle objęła go mocniej nogami, nie przerywając pocałunku. Łóżko nie było daleko, znaleźli się w nim w kilku krokach. Zanim zupełnie oddał się przyjemności, Gorath pochwalił w myślach skrupulatność Morany, która kazała jej wciąż sprawdzać mapy.