Gorath. Uderz pierwszy - J. A. Stankiewicz

Reflow text when sidebars are open.
Kiedy nadeszło wezwanie, poczuł bardziej ulgę niż niepokój.
Wszystko było lepsze od przeciągającego się oczekiwania. Mimo że obudzono go niemal w środku nocy, nie zdziwił się, gdy dwaj dobrze uzbrojeni orkowie - na pierwszy rzut oka elitarni gwardziści, nie żadni tam zwyczajni strażnicy - zaprowadzili go przed masywne drzwi komnat Kathany Marr. Nie zamierzali wchodzić wraz z nim do środka, ale ich twarde spojrzenia i twarze dobitnie wskazywały, że nie warto z nimi zadzierać, bo wkroczą przy najmniejszej oznace kłopotów.
Przestąpił próg śmiało, wymagała tego fałszywa tożsamość, którą przyjął, by uniknąć problemów. Od dwóch lat odgrywał rolę kapitana Torgata - pewnego siebie, dumnego oficera, który dostąpił zaszczytu audiencji u jednej z najpotężniejszych Władczyń Imperium. Jednak gdy ciężkie drzwi zamknęły się za nim, zaczął się poważnie niepokoić.
Marr siedziała wygodnie rozparta przy zawalonym papierami olbrzymim kamiennym stole, rozmawiając ze stojącym przy oknie, uzbrojonym po zęby kolejnym Władcą. Rzadko zdarzało się, by Gorath czuł obawę przed kimkolwiek, ale w tej sali, w samym sercu niezdobytego zamczyska zwanego Skałą, tych dwoje Władców przyprawiało go o ciarki.
Władcy, Orki Smoczej Krwi, rasa rządząca Imperium. Wierzono, że tylko specjalna łaska Słońca i Księżyca mogła sprawić, by zwyczajny ork urodził się z domieszką krwi smoka, a narodziny z matki i ojca Władców zdarzały się jeszcze rzadziej - głównie z powodu nieustannych walk o władzę i dominację, które były wpisane w ich naturę. Znacząco różnili się od zwyczajnych orków: co najmniej o głowę wyżsi, potężnie zbudowani, o rysach twarzy i inteligencji tak różnej, że tworzyli niemal osobną rasę. Prawdziwa kasta panująca, założyciele Imperium, górujący nad innymi, tak jak mityczne smoki dominowały niegdyś nad całym światem. Tytuł Kathana nosiło niewielu, stali najbliżej Imperatora i byli jego najważniejszymi doradcami, którym Syn Słońca ufał jak nikomu innemu. Niewielu w Imperium nosiło takie zaszczytne miano. Wśród tych nielicznych Marr była jedyną kobietą.
Przerwali rozmowę, gdy wszedł. Ten, który stał, wyraźnie się usztywnił, spoglądając na gościa z mieszaniną pogardy i złości. Kathana przeciwnie - siedziała w swobodnej pozie i leniwym wzrokiem obserwowała przybysza.
- Potężna Marr, posłałaś, pani, po mnie... - Spróbował ostrożnie wybadać, czego od niego chcą, ale natychmiast przerwał mu wściekły bas.
- Śmiesz odzywać się niepytany?! Milczeć i na kolana, półorku!
Jednym z powodów, dla których Gorath starał się nie wiązać losu z Władcami, były właśnie takie sytuacje. Większość z nich oczekiwała czołobitności i uległości - cech absolutnie mu obcych. Teraz także krew w nim zawrzała, a ręka podążyła do pasa, gdzie zwykle nosił szablę. Jednakże jego szanse nie wyglądałyby dobrze, nawet gdyby do sali wpuszczono go z bronią. W tym zamku i w tej komnacie był zdany na ich łaskę i nie miał wyboru, jeśli chciał żyć. Klęknął i opuścił głowę.
- No, tak lepiej - mruknęła zaskakująco miękkim, ale zimnym głosem Marr. - Długo kazałeś na siebie czekać, Gorath.
Na dźwięk swego prawdziwego imienia półork drgnął i wyraźnie zaskoczony spojrzał na dwoje Władców.
- A więc wiesz... - odezwał się niepewnie, jednocześnie obrzucając wzrokiem salę, szukając drogi ucieczki lub chociaż miejsca, które pozwoliłoby mu się skutecznie bronić. Wciąż nie wyglądało to jednak dobrze. Dwóch doświadczonych strażników za drzwiami i Władca-wojownik to za wiele nawet dla niego. Nie wspominając już o czarnoksięskich zdolnościach Marr.
Kathana zmierzyła go długim spojrzeniem mocno umalowanych oczu.
- Aby ta rozmowa przebiegła dla ciebie pomyślnie, przyjmij, że ja wiem wszystko. - Uśmiech zadowolenia nie znikał z jej twarzy, ale spojrzenie pozostawało zimne i twarde.
Zadzwoniły złote bransolety, gdy wzięła z biurka garść papierów i przeglądając je pobieżnie, zaczęła wyliczać:
- Fałszywe imię "Torgat" podałeś dopiero w Legionie Szumowin, naprawdę nazywasz się Gorath, urodzony w samym Arkus, w mieszanej rodzinie. Matka urwała się z domu niedługo po twoim urodzeniu, a i ty nie wytrzymałeś długo z przyrodnim rodzeństwem i ojcem, drobnym rzemieślnikiem. Zostawiłeś za sobą Kwartał Ludzi, a niedługo potem całą stolicę, i z bandą podobnych sobie szukałeś przygód na Kontynencie i na Wyspach. Typowe perypetie włóczęgów bez grosza, bez sensu i bez przyszłości. Zgadza się, jak dotąd? - Pociągnęła łyk ze zdobionego pucharu, który miała pod ręką, z pełną samozadowolenia miną.
Gorath zastanawiał się, czy najpierw pytać, jak to się stało, że ta cholerna czarownica wie wszystko, czy próbować się tłumaczyć. Jego wątpliwości rozwiał stojący obok Władca.
- Odpowiadaj!
- Potężna Kathana wie o mnie więcej niż ja sam, jak się zdaje.
- Nie zapominaj o tym. - Zmierzyła go twardym spojrzeniem, po czym wróciła do przeglądania papierów. - Ale mamy i zwrot akcji: skazany na śmierć, poszukiwany i ścigany po masakrze na Kroios, jednej z zapyziałych wysepek Archipelagu Mgieł. Ścigany długo, zarówno przez najemników, jak i siły imperialne. A nawet przez jednego z byłych towarzyszy, szlachetnego Evelona, obecnie prominentnego magistra Bractwa Oświeconych. Szukał cię także obecny tu han Drakhus, ale bez powodzenia.
- Znacie ciąg dalszy, fałszywe imię, Legion Szumowin i tak dalej - powiedział lekko niecierpliwie Gorath. Ta przepychanka zaczynała go już męczyć. - Gdybyście czegoś ode mnie nie chcieli, nie byłoby tej rozmowy, więc może przejdziemy do rzeczy?
- Taka hardość i odwaga mogą mi być potrzebne, ale uważaj, by nie przesadzić. - Marr gestem powstrzymała towarzysza. - Wciąż jeszcze nie rozstrzygnęłam, czy będziesz użytecznym narzędziem, czy skrwawionym strzępem w moich lochach - mówiła bez silenia się na groźny ton, z jej twarzy wciąż nie schodził lekki uśmiech osoby w pełni kontrolującej sytuację. Przejmowało to grozą dużo bardziej niż wrzaski Drakhusa.
- Gdy uznałeś, że Goratha już nikt nie ściga, szukałeś okazji, by uciec z armii. - Marr wstała wreszcie zza biurka i podeszła wolnym krokiem do klęczącego, spoglądając na niego z góry. - I mógłbyś urwać się na wolność, tylko że już wtedy to moja ręka trzymała twoją smycz. Ręka, która, być może, podpisze twoje ułaskawienie. Ręka, którą teraz ucałujesz, w zamian za życie.
Nie widząc zbytniego wyboru, Gorath dotknął ustami pierścienia na jej dłoni. Zadowolona Władczyni niedbałym gestem pozwoliła mu podnieść się z kolan. Teraz, gdy stali, z zainteresowaniem przyjrzał się obydwojgu. Nigdy wcześniej nie przebywał tak blisko Władców. Kathana Marr była odrobinę wyższa od niego, suknia z lekkiego, przewiewnego materiału opinała szerokie ramiona, zakrywając, a jednocześnie podkreślając kształt piersi. U dołu była luźna, z rozcięciami, ukazującymi mocne, muskularne nogi. Marr poruszała się pewnie i spokojnie. Było oczywiste, że mimo zajmowania się magią i polityką utrzymywała ciało w doskonałej kondycji. Mocna, szeroka szczęka i wydatne kości policzkowe, tak charakterystyczne dla orków, u Władców były łagodniej zarysowane, nadając im bardziej surowy niż brutalny wygląd. Spojrzenie mocno umalowanych oczu Marr pochłaniało niemal całą uwagę Goratha, ale ignorować obecności jej towarzysza także nie mógł.
Gorath był wysoki i mocno zbudowany, nawet jak na półorka, jednak han Drakhus przytłaczał go posturą. Wyższy co najmniej o głowę, wydawał się także znacznie cięższy. Okryty pancerzem łuskowym poruszał się nieco sztywno, ale w każdym jego ruchu widoczne były siła i pewność. Przy boku miał ciężki buzdygan, którym bez wątpienia posługiwał się z łatwością. Gorath nie wiedział, czy Drakhus pełni rolę strażnika Kathany, czy też dopiero przybył na Skałę i nie zdążył pozbyć się podróżnego stroju. Mógł być też jednym z tych typów, którzy zdejmowali zbroję tylko do snu.
- Chcecie czegoś ode mnie - powtórzył. - Ta długa przemowa nie została wygłoszona tylko po to, bym miał co wspominać na szubienicy?
- Nie była - potwierdziła Kathana. - Widzisz, Gorath, ja służę Imperatorowi w dość specyficzny sposób. Muszę znać każde obecne i przewidywać przyszłe zagrożenia dla jego boskiej władzy w tej części kontynentu. Nie jest to łatwe zadanie.
- Współczuję. Mam być twoim szpiegiem?
- Nie bądź zbyt domyślny. Szpiegów mam dosyć. Twoje cechy sprawiają, że nadawałbyś się na kogoś, nazwijmy to... do zadań specjalnych. A właściwie wykonasz dla mnie jedno zadanie specjalne. - Z wyrazu jej twarzy trudno było cokolwiek wyczytać.
- A co będę miał w zamian?
- Zapomnienie. Zostaniesz ułaskawiony, a my o tobie zapomnimy. Potem udasz się, gdzie dusza zapragnie, choćby poza granice Imperium. Znów będziesz wolny.
Wolny. To słowo poruszyło w nim coś, o czym już dawno zapomniał. Zbyt długo się ukrywał, uciekał, spał z nożem pod poduszką i spakowaną torbą. Myśl, że to wszystko może się skończyć, sprawiła, że nie zastanawiał się długo.
- Dobra. Jestem twój.
- Zawsze byłeś mój. - Marr posłała Drakhusowi zadowolone spojrzenie. - Ale nie ciesz się zawczasu. To zadanie nie będzie łatwe.
- Rzadko kiedy trafiają się łatwe zadania specjalne, pani. Kogo mam zabić?
- Bystry, to się chwali. Podejdź do mapy, lepiej zrozumiesz. Drakhus, zechcesz wyjaśnić, czego oczekujemy? - Kathana nalała sobie kolejny puchar wina.
- Imperator chce głowy przywódcy Nocnych Cieni, grupy skrytobójców działających na Wybrzeżu Szkutników. - Han Drakhus, gdy nie krzyczał, głos miał niski i gardłowy. - Dostanie ją ode mnie, a ty będziesz moim narzędziem. Masz przeniknąć w ich szeregi, zdobyć zaufanie i wystawić nam całą bandę. Oczyścimy Imperium z tych śmieci.
Gorath spodziewał się raczej, że każą mu kogoś zamordować - zdarzało mu się wykonywać zlecenia na ludzi, jeszcze zanim musiał ukrywać się w wojsku. Jednak zadania o takiej skali nigdy dotąd się nie podejmował. Z drugiej strony wszystko wydawało się lepsze od powrotu na front, do Legionu i ciągłej rzezi w starciach z Hordą.
- Plotka głosi, że Władcy tolerują gildie zabójców, by się nimi czasami posługiwać - spróbował ostrożnie. - Myślę, że...
- Ty nie jesteś od myślenia! - Drakhus jednak nie potrafił rozmawiać spokojnie. - Robisz to, co ci każemy albo...
- Nie popadajmy w przesadę - przerwała Marr władczym głosem, najwyraźniej także mając już dość wrzasków. - To nie pole bitwy, w tym przypadku działamy subtelniej.
Drakhus z trudem zdusił w sobie wściekłość, jednak nie odważył się sprzeciwić Kathanie.
- Ta misja wymaga sprytu i myślenia, nie okrzyków bitewnych. Ale politykę zostaw nam, Gorath. Nocne Cienie mają stać się przeszłością i taka wiedza musi ci wystarczyć. Jutro wsiądziesz na statek do Savony, gdzie nawiążesz z nimi kontakt. Han Drakhus przekaże ci szczegóły i niezbędne środki.
Nalała sobie po raz kolejny wina i podeszła do okna, za którym widać było fale wściekle rozbijające się o skały. Gorath i Drakhus czekali w milczeniu.
- Jeśli ci się powiedzie, będziesz wolny. Zapomnimy o twoim istnieniu i będziesz mógł udać się, dokądkolwiek zechcesz. Ale nie popełnij błędu! - Odwróciła się, a w jej oczach zabłysło dziwne światło. - Odprawiłam rytuały i wciąż jesteś na mojej smyczy. Dopóki cię z niej nie zwolnię, nie ukryjesz się przede mną nigdzie.