3
- John? - pyta zaskoczony Jimmy, wchodząc do zimnego budynku posterunku policji w December. Jest wpół do szóstej rano, a towarzyszy mu śmierdzący pies Bulten.
- Coś się stało?
"Czy coś się nie stało?" - myśli John i odstawia zdjęcie Sary i Mattiasa, w które wpatrywał się jak w transie przez ostatnie pół godziny.
Nie mógł spać. Wczoraj gówno chyba z całej Szwecji trafiło w gigantyczny wentylator, a potem w senne przemysłowe miasto December, przy czym w jakiś niepojęty sposób John znajdował się w środku tego wszystkiego. Siedem ofiar wojny gangów. A do tego NOA, Krajowy Oddział Operacyjny, który tu przybył i po prostu uratował im tyłki.
- Tak, wiesz... nie mogłem spać, uznałem więc, że równie dobrze mogę tu przyjść i trochę popracować - odpowiada John, marszcząc nos, kiedy mija go owczarek ze swoim nieodłącznym obłokiem odoru starego psa.
Jimmy zatrzymuje się koło biurka Johna i ciężko wzdycha z rękami wciśniętymi w kieszenie spodni. Ma krzaczaste ciemnoszare wąsy, które żuje, kiedy się nad czymś zastanawia.
- Wiesz, o co mi chodzi. Łotry nie miewają urlopu, więc jak my możemy sobie na niego pozwolić?
John kiwa głową, powstrzymując słowa, które ma ochotę wypowiedzieć - o tym, że Jimmy bardziej by się przydał, gdyby raz na jakiś czas wyszedł na ulicę, a nie siedział całymi dniami na posterunku, czekając na emeryturę. Milczy jednak. Poza Vallem i Moną tylko Jimmy nie traktuje Johna tak, jakby uważał, że najlepiej by zrobił, gdyby wrócił do Sztokholmu z podkulonym ogonem, razem ze swoim stresem pourazowym.
Valle, który miał nocną zmianę, stoi przy recepcji i pakuje torbę. Pozdrawia Jimmy'ego ręką i cofa się o krok, kiedy mija go Bulten. Potem zakłada torbę na ramię i podchodzi do biurka Johna.
- No proszę - mówi. - Była to dziwnie spokojna noc.
- Dziwnie? - odpowiada Jimmy. - Kiedyś w tym miasteczku noce zawsze były spokojne. Ludzie byli wykończeni po pracy, wypijali dwa piwka i szli do domu. Nikt nie miał czasu na zajmowanie się głupotami. Dopiero ostatnio wszystko się popsuło, kiedy pojawiły się gangi strzelające do siebie nawzajem i produkujące prochy w opuszczonych szkolnych budynkach.
Macha ręką ze zniechęceniem.
- Sam już nie wiem, co się stało z moim starym zadupiem.
Rusza za swoim psem, żeby nastawić pierwszy w tym dniu dzbanek kawy.
Valle robi gest sugerujący, że on też już pójdzie, na co John unosi podbródek.
- Hej, Valle...
Kolega się zatrzymuje.
- Co jest?
- Pamiętasz, jak kiedyś rozmawialiśmy, że nie ma tu żadnych... - Robi ręką w powietrzu nieokreślony gest. - No wiesz...
Na twarzy Vallego pojawia się uśmiech, w którym widać jednocześnie rozbawienie i zmęczenie.
- Pedałów, John. Możesz po prostu mówić "pedały". To było brzydkie słowo w ubiegłym stuleciu. O ile nie używają go homofoby. Odzyskaliśmy je, rozumiesz. A jeśli chcesz być supernowoczesny, możesz spróbować "osoby LGBTQ". Ale ciągle dochodzą do tego nowe litery, więc sam tego nie używam.
John stara się opanować. Odchrząkuje, zasłaniając usta pięścią.
- No właśnie. Pe... homoseksualiści.
Valle się śmieje.
- Dawaj dalej.
- W mieście o wielkości December, w normalnym układzie pe... osób LGBTQ... powinno być mniej więcej dwieście pięćdziesiąt. A ty narzekałeś, że jest tylko pięć, z czego cztery już zajęte. I to dlatego jesteś samotny.
Valle garbi się ze smutkiem.
- Wiem - odpowiada. - Ale czy przyglądałeś się temu miastu? December to nie Sztokholm, John. Ten normalny układ, o którym mówisz, zmienia się mocno, kiedy tylko ludzie mają okazję stąd zwiać i żyć gdzie indziej. Może to nie jest Rosja czy Polska, ale December jest w wielu dziedzinach... konserwatywne. Koleś, który odkryje, że jest gejem, ma zwyczaj prosty wybór: wynieść się stąd albo tajniaczyć.
- Okej - zgadza się John, pochylając się nieco do przodu. - Ale ja chyba mam dla ciebie... wskazówkę, czy jak to nazwać.
- Wskazówkę? - Valle z początku wygląda, jakby nie zrozumiał, a potem pojmuje. - Ha! Twój gejradar zaczął piszczeć? Tego to muszę posłuchać. Kto to taki?
- Asystent lekarza medycyny sądowej, wiesz który?
Kiedy Valle z kamienną twarzą przetwarza tę informację, John czuje, jak w brzuchu z niepokoju zaciska mu się supeł. Może w dzisiejszych czasach nie wolno wyczuwać orientacji seksualnej u innych? Czasami mu nie wychodzi z ludźmi, chociaż bardzo się stara. Mruga. Czy właśnie, jak ostatni kretyn, zniszczył wyjątkowo krótką relację zawodową z Vallem?
- No wiesz... - ciągnie, ale wyraźnie słyszy nerwowość we własnym głosie.
Valle podnosi rękę, żeby go uciszyć, i odpowiada szeptem.
- Harry ze szpitala to mięczak, John. Nie pedał. Mam nadzieję, że rozumiesz, że to nie to samo?
John właśnie ma wykrztusić przeprosiny, kiedy Valle dodaje jeszcze ciszej:
- Ale nie przestawaj, rozglądaj się. Bogowie wiedzą, że na froncie randkowym potrzebuję wszelkiej pomocy. Do zobaczenia wieczorem.
Ściska mocno jego rękę i opuszcza przebudowany kościół, który dziś jest posterunkiem policji w December.
"Jasne. Idiota. Jestem po prostu największym idiotą w całej północnej Europie" - myśli John i krzywi się, przypominając sobie, co właśnie się wydarzyło. Im więcej nad tym się zastanawia, tym bardziej go to męczy. Aby więc przenieść uwagę na jedyną rzecz na świecie, która jest jeszcze gorsza, patrzy znów na zdjęcie. A potem na leżącą obok kartkę papieru. Tę, na której odwrocie jest adres Johna i Sary w Sztokholmie. Ten, z którego dwa miesiące wcześniej zniknęła bez śladu jego żona razem z synem Mattiasem.
"Kurt Strand. Czy to ty ich porwałeś, pieprzony draniu?"
Wyszukiwanie w policyjnych rejestrach nie dało żadnych rezultatów. Jedyną żyjącą krewną Kurta jest siostra, a kiedy John po drodze przejeżdżał obok jej mieszkania, nikogo nie było w domu. Zapukał, mimo że była dopiero piąta rano, odczekał dość długo, ale nikt nie otwierał.
Prawdopodobnie trochę o nim wie Kim, ale są to raczej stare informacje. Kiedy myśli o Kim, w kąciku jego ust pojawia się nieśmiały uśmiech, co sprawia, że się otrząsa. Jeśli będzie dalej siedział zanurzony w nieznanych emocjach i dręczących myślach, to oszaleje.
"René - myśli. - Muszę porozmawiać z Reném Hoffmannem, to w końcu on od razu naprowadził mnie na właściwy tor".
W szklanej klatce Jimmy'ego Bulten podnosi głowę, puszcza bąka i wydaje z siebie jęk ulgi. John wstaje i zabiera swoją skórzaną kurtkę. Jimmy wydaje się nawet nie zauważać, że się poruszył.
Na ulicy stoi oznakowany radiowóz, który mu wypożyczyli, pokryty cieniutką warstwą szronu. Audi wciąż stoi w warsztacie. Podobno Viktor sprawnie przy nim pracuje, wykorzystując swoje magiczne umiejętności. John ma taką nadzieję, bo to stare, wymiętolone volvo to żaden raj w porównaniu z jego audi A6. Wskakuje do środka, przeklina, że będzie musiał skrobać szyby, i podkręca ogrzewanie siedzenia. Po chwili po kabinie rozchodzi się zapach odmrożonych gotowych posiłków, które zdecydowanie za długo tu leżą. Przypomina sobie, żeby posprzątać samochód, ale wie, że o tym zapomni.
Pół godziny później dziękuje pielęgniarce, która wskazała mu korytarz, gdzie może znaleźć Renégo Hoffmanna, lekarza naczelnego szpitala w December i lekarza medycyny sądowej.
Stoi kilka metrów dalej, pochylając się nad chudą, mniej więcej ośmioletnią dziewczynką z blond loczkami i z różowym gipsem na jednej ręce. Jej buzia jest spuchnięta od płaczu, ale rozjaśnia się, gdy Hoffmann podnosi obie dłonie, pokazuje, że są puste, a potem szybkim i zdecydowanym ruchem wyciąga zza jej ucha lizaka. Wdzięczny uśmiech matki jest szeroki i szczery, a kiedy odchodzą i lekarz też ma ruszyć w drogę, John woła:
- Hoffmann, poczekaj chwilę.
Lekarz się odwraca i chyba się cieszy na widok Johna.
- Pan Wagner, co za miła niespodzianka. Co tu robisz tak wcześnie? - Odwraca zegarek i stwierdza, że dobiega dopiero szósta rano.
John macha ręką.
- A ja myślałem, że w tych czasach dzieci nie powinny jeść cukru.
René uśmiecha się smutno.
- Podwójne złamanie kości promieniowej i łokciowej po upadku z wysokości - mówi. - Nieprawdopodobnie bolesne. Długo się zrasta. Jeśli ktoś zasługuje na odrobinę słodyczy, to właśnie ta dziewczynka.
- Rozumiem. Ja... - W chwili, w której ma wyjaśnić, po co przyszedł, ma pustkę w głowie. Tak jakby życie było wielką dmuchawą do liści, a mózg Johna składał się z poskręcanego, martwego listowia. - Ja... - Wzdycha i zaciska powieki.
- Co jest? - pyta lekarz.
John potrząsa głową.
- To ta pieprzona mgła mózgowa. Jest tysiąc razy gorsza od migreny. Ból mogę wytrzymać. Ale... Ja... co ja, kurwa, miałem powiedzieć?
Lekarz próbuje pomóc, wskazując na prawą rękę Johna.
- Może ma to coś wspólnego z tym?
John patrzy na kartkę, którą zdążył już bezwiednie zgnieść. Mgła powoli się rozprasza i John wraca na właściwe tory.
- Tak, rzeczywiście. Dzięki. Przepraszam, czasem... do niczego się nie nadaję.
- Wywołane przez stres objawy neurologiczne to nie przelewki, John. A to, że do niczego się nie nadajesz, to bzdura, jeśli wierzyć plotkom. W czym więc mogę ci pomóc?
John wyciąga rękę z kartką.
- To zostało znalezione u Kurta Stranda. Z tyłu jest adres mój i Sary w Sztokholmie. Kiedy ostatnio tu byłem, odniosłem wrażenie, że wiesz coś o tym gościu. A ja muszę go znaleźć.
- No tak, Kurt, tragiczna historia, ale zupełnie nie niezwykła. Popularny facet z obiecującą karierą sportową doznaje kontuzji i cała jego przyszłość rozpada się na drobne kawałki. Ja sam miałem być mistrzem pingla, a jednak zostałem lekarzem. Życie jest dziwne, no nie?
- Prawda, prawda - mówi John, myśląc o własnym losie. - Wiesz o nim coś więcej?
- Był tu parę razy, ale nie mogę powiedzieć, po co. Tajemnica lekarska. Na pewno rozumiesz. Za to spotyka się z Mullem. Kolejna tragiczna postać. Narkotyki.
- Mulle?
- Marcus Sten. Nazywają go Mulle, ale nie mam pojęcia dlaczego. Odszukaj go, a na pewno znajdziesz też Kurta.
- Dzięki, to wszystko?
- Tak, uważaj na siebie.
John dziękuje lekarzowi, a wracając do samochodu, wpatruje się w kartkę z otoczonym serduszkiem imieniem Sary. Tęskni za nią tak bardzo, że boli go całe ciało.
Podnosi wzrok i patrzy na jesień w December. Znajdzie Kurta, choćby to była ostatnia rzecz, jaką zrobi, w swoim życiu.