Gorączka orchidei - Izabela Głód

Reflow text when sidebars are open.
- Aua, Benny, co ty wyprawiasz?! - syknęła Alice Harrington do syna, który ugryzł ją właśnie w sutek. - Nie wolno tak robić, to boli mamusię, rozumiesz?
Kobieta odciągnęła chłopca od piersi i z grymasem na twarzy pobieżnie obejrzała zaczerwienioną brodawkę.
- Okrutnik! - Udała, że szlocha, jakby miało to wzbudzić współczucie malca.
Siedząca w fotelu naprzeciw nowa guwernantka domu, Eleanor Woodhouse, zaczynała odczuwać zażenowanie sytuacją, w której się znalazła. Od ponad kwadransa nie mogła dokończyć ani jednego zdania, gdy próbowała nakreślić plan zajęć na najbliższe tygodnie. Zamiast tego przypatrywała się utarczkom swojej nowej pracodawczyni z synami - trzyletnim Benjaminem oraz sześcioletnim Jamesem - którzy to, odwracając uwagę matki, skutecznie gasili każdą rozpoczętą wypowiedź guwernantki. Czuła się lekceważona w równym stopniu przez całą trójkę. Mimo że tkwienie tutaj bezczynnie uważała za stratę czasu, trudno było jej ot tak podnieść się z fotela i wyjść.
- Eleanor, kontynuuj, proszę - rzuciła Alice, siłując się z Bennym, który ponownie próbował dobrać się do obolałej piersi.
Na jego pulchnej twarzyczce rysował się teraz szelmowski uśmieszek, a okrągłe jak piłeczki do golfa policzki zaczerwieniły się niczym dojrzewające późnym latem jabłka. Mały okrutnik wyraźnie dopiero się rozkręcał.
- Chciałam tylko powiedzieć, że z uwagi na pewną, hmm... trudność w pojmowaniu przedmiotów ścisłych u Jamesa...
- Aua! Ty mały potworze, co ty sobie myślisz!?
- Może jednak dam pani chwilę... - Guwernantka niepewnie podniosła się z fotela.
- Nie, nie! Zostań! Poradzę sobie z nim, a ty mów dalej, co tam wymyśliłaś.
Eleanor sądziła, że zna zwyczaje panujące w domach zamożnych Anglików. Jednak scena rozgrywająca się w tym nad wyraz strojnym salonie, pełnym błyszczących dodatków, skutecznie wyprowadziła ją z błędu. Gdyby nie chodziło o Harringtonów - obrzydliwie bogatych przedstawicieli jednej z najbardziej szanowanych rodzin na Mayfair, którzy płacili jej trzykrotność przeciętnej pensji guwernantki w Londynie - już dawno dałaby im do zrozumienia, co sądzi o takim traktowaniu. Zamiast tego uśmiechnęła się, zaciskając wargi, i z powrotem opadła na fotel. Czuła się, jakby ktoś zmusił ją do oglądania żałosnej sztuki teatralnej, której sensu zupełnie nie pojmowała. Każda minuta dłużyła się w nieskończoność. Wpatrywała się więc z politowaniem w kobietę, która z jakiegoś powodu usiłowała karmić piersią stanowczo na to za dużego syna.
Czy mleko, o ile coś tam jeszcze zostało, było faktycznie tak pyszne, że chłopiec nie mógł się bez niego obejść? Czy może to kwestia przywiązania matki do ssącej pociechy? Tego Eleanor jeszcze nie odgadła, jednak zdążyła zauważyć, że pierś bogaczki nie wygląda na dorodny okaz. Była - pomimo stosunkowo młodego wieku właścicielki - zwiotczała, a kształtem przypominała bardziej wyschniętego racucha niż okrągłego, ociekającego lukrem donuta. Była to wysłużona i zmęczona pierś. Jakby ktoś wyssał z niej życie. Patrząc na korpulentne sylwetki chłopców, było mało prawdopodobne, że w ogóle coś tam jeszcze zostało. Braki w magazynie poczuł też pewnie Benny - ewidentnie myślał, że jeśli mocniej ugryzie, to skapnie mu jeszcze choćby jedna słodziutka kropelka. Eleanor wstydziła się tych amoralnych rozważań, jednak musiała zająć czymś głowę, czekając, aż pracodawczyni znów choć na moment poświęci jej odrobinę uwagi.
- Będziesz grzeczny, Benny, czy kończymy? - kontynuowała Alice piskliwym głosem, zasłaniając sutek dłonią. - Jeszcze raz mnie ugryziesz, oddam ci! Ostrzegam! Wgryzę się w ciebie jak stara wilczyca w zad młodego jagnięcia! Pożałujesz tego.
Chłopiec wiercił się coraz mocniej, a jego małe chudziutkie rączki zaczęły dobierać się do gorsetu matki. Majstrował przy zaczepach, próbując odpiąć klapkę zasłaniającą drugą pierś. Wtedy kobieta skapitulowała i sama ją odsłoniła, a syn łapczywie rzucił się do ssania.
Ten obraz przypomniał Eleanor, jak przez kilka miesięcy po urodzeniu jej młodszego brata Dennisa matka siadywała w izbie przy otwartym kominku i na zmianę karmiła dzieci sąsiadek, które same były mamkami u miastowych bogaczy. Spod szczelnych kokonów wystawały tylko ich zaczerwienione policzki i usta ułożone w dzióbki - jak u ryb gromadzących się pod taflą wody, gdy rzuca im się garść okruchów.
Eleanor nie lubiła tych dzieci; w końcu przyczepiały się jak pijawki do ciała jej rodzicielki i pożerały pokarm, jakby był ich własnością. Darmozjady - tak o nich myślała, chociaż wiedziała, że matka bierze za to pieniądze. To był jedyny ze sposobów, w jaki mogła choć trochę dorobić. Postępujący reumatyzm sprawiał, że przesiadywała przed kominkiem godzinami; ciepło przynosiło ulgę jej obolałym stawom. Był to moment, kiedy mała Eleanor mogła rozmawiać z nią na różne tematy. Najczęściej przychodziły jej do głowy opowieści o królewskich balach i o tym, że kiedyś sama zostanie księżniczką. Albo o tym, że jak już znajdzie swojego księcia, to zaraz po ślubie dobierze się do jego skarbca i kupi matce potrzebne leki, a później piękne suknie i błyszczące korale. Będą wtedy mogły chodzić na te wszystkie eleganckie przyjęcia, na które zaprasza się księżniczki. Matka najczęściej wyśmiewała bujną wyobraźnię córki i nakazywała, by zamiast marzyć o niebieskich migdałach, lepiej poszła poszukać czegoś na opał. W ten sposób bardziej jej pomoże, bo zapasów do pieca nigdy dość.
- Nie potrafisz słuchać, mały diable! Chowam cyca! - Alice z irytacją ponownie odsunęła od siebie syna, który w międzyczasie najwyraźniej znów ją kąsał. - Agnes! Chodź do mnie szybko - zawołała nianię piskliwym głosem, wyrywając guwernantkę z zamyślenia. - Zabierz ode mnie to dzikie dziecko, natychmiast! Zanim zrobię mu krzywdę!
Eleanor przyglądała się opiekunce, gdy ta energicznie weszła do salonu. Zjawiła się tak błyskawicznie, jakby koczowała za ścianą. Wyglądała na rówieśniczkę Eleanor, była wysoką i dobrze zbudowaną kobietą, choć gdy szła, nieco się garbiła.
- Za bardzo rozpieszczasz moje dzieci, nianiu! - zrugała ją pani domu już na wejściu. - Muszę się uważniej przyjrzeć twoim metodom.
Opiekunka przyjęła reprymendę bez emocji, choć Eleanor odniosła wrażenie, że przez ułamek sekundy przewróciła oczami ledwo wystającymi spod długiej grzywki. Jakby podobne uwagi słyszała już któryś raz i nic sobie z nich nie robiła.
- Zajmę się Bennym, ma'am. - Ucięła, po czym użyła kilku przyjaznych zwrotów do chłopca. Ten poddał się jej prośbom bez zająknięcia, jakby diabeł, który przed chwilą w niego wstąpił, nagle wyparował.
- Masz mu powiedzieć, że ma mnie szanować, w przeciwnym razie znajdę inną nianię! - krzyknęła na odchodne Alice Harrington. - Twój interes w tym, żeby Benny zaczął mnie słuchać! - dodała, wygrażając palcem.
Wkrótce przygarbiona niania i mały chłopiec odeszli w kierunku schodów.
- Na czym to skończyłyśmy? - Pani domu próbowała wrócić do rozmowy z guwernantką, jednocześnie chowając swe drobne piersi za luźnym gorsetem.
- Mówiłam właśnie o tym, aby...
Gdy Eleanor uwierzyła, że zostanie wreszcie wysłuchana, Alice Harrington odwróciła się gwałtownie w kierunku Jamesa, zaaferowana tym, co właśnie ujrzała. Starszy z dziedziców ogromnej fortuny rozłożył na podłodze egzemplarz "Magazynu Botanicznego Curtisa" i spuszczony na chwilę z oczu zaczął się z nim brutalnie rozprawiać, wyrywając kartkę po kartce. Chłopiec zdawał się nie reagować na piski rozhisteryzowanej matki i rwał kolejne strony, mając przy tym wyraźny ubaw. Uśmiech na jego twarzy rozszerzał się z każdą nową szkodą, którą wyrządzał bezbronnej papierowej ofierze.
Paniczne nawoływania Alice Harrington, aby przestał to robić, pozostały bez odpowiedzi, więc kobieta ruszyła w kierunku syna. Próbowała zabrać mu magazyn, jednak chłopiec szybko chwycił go pod ramię i zaczął uciekać przed matką. Gonili się tak przez kilka minut po pokoju, aż w pewnym momencie pracodawczyni zrobiła zwinny uskok i pochwyciła malca w pasie, kładąc go na podłogę. James przez chwilę wierzgał, próbując się wyrwać, lecz Alice skutecznie go unieruchomiła - położyła kolano na jego klatce piersiowej i przycisnęła nadgarstki do ziemi. Wbrew pozorom nie była od niego o wiele większa, ciało miała filigranowe, lecz było w nim na tyle siły, aby przytrzymywać syna w tej pozycji przez jakiś czas.
Eleanor od razu do nich podbiegła, lecz nie wiedziała, komu powinna pomóc najpierw - chłopcu czy jego matce? Alice rozkazała jej jednak wrócić na miejsce, tłumacząc, że to jej sprawdzony sposób na uspokojenie dzieci. Leżeli więc tak przez chwilę na zakurzonym dywanie, aż James znieruchomiał, wypuścił gazetę z ręki, a cwaniacki uśmieszek zniknął z jego twarzy. Przypominał trochę bezbronnego gryzonia złapanego przez wściekłego teriera podczas nielegalnej walki w boksie - wyglądał na pogodzonego ze swoim i tak z góry przesądzonym losem.
Co prawda Eleanor słyszała, że mali Harringotnowie potrafią być nieznośni, jednak to, co obserwowała od kilkudziesięciu minut, przypominało raczej groteskowy spektakl - dzieci nie słuchały matki, a ona ewidentnie sobie z tym nie radziła. Patrząc na tych nieusłuchanych smarkaczy, Eleanor przypomniała sobie, jak bardzo sama nie lubi dzieci; zwłaszcza tych rozkapryszonych malców o roszczeniach większych niż świta królewska! No cóż, ta praca będzie od niej wymagała po prostu więcej wysiłku, niż się spodziewała. Na szczęście ona, Eleanor Woodhouse, była na to gotowa. Musiała być. W końcu nie miała innego wyjścia.
Po kilku minutach do salonu wkroczył kamerdyner Thomas Simmons i zaoferował Alice pomoc w zajęciu się synem, na co ta przystała. Mężczyzna podniósł chłopca z ziemi i poklepał po plecach, tłumacząc mu coś szeptem. Eleanor nie słyszała tych słów.
Po chwili wyszli z salonu i podobnie jak poprzednia para, udali się w kierunku schodów.
- Przykro mi, że musiałaś na to patrzeć.
Pani domu, otrzepując się z kurzu, z powrotem usiadła na skraju eleganckiego siedziska, na które w tym akurat miejscu - co dopiero teraz zauważyła Eleanor - padały promienie słońca. Pomyślała, że musi być tam gorąco.
Alice, jeszcze przez moment rozkojarzona, położyła łokieć na oparciu fotela, znajdując przy tym wyraźną ulgę dla swojego zmęczonego ciała. Wydawała się nieobecna. Jakby odpłynęła myślami gdzieś daleko.
- Te dzieci w ogóle mnie nie słuchają! Daję im wszystko, co tylko mogę... a one? Odpłacają mi zupełnym brakiem szacunku! Naprawdę nie pojmuję, jak mogą się wobec mnie tak lekceważąco zachowywać. Niewdzięczne istoty! Diabły wrodzone!
- Och, pani Harrington, proszę wybaczyć, ale to całkiem naturalne, że dzieci czasami bywają niegrzeczne. - Eleanor sama nie wierzyła w to, co właśnie przeszło jej przez gardło. Jednak uznała, że tak właśnie powiedzieć trzeba.
- Ale moje są wyjątkowo okrutne! Och, Eleanor... zapewne niebawem sama poznasz ich prawdziwe charakterki.
- Już trochę poznałam.
- To jest w ogóle arcyciekawe, że wobec obcych potrafią zachowywać się jak aniołki. A wobec mnie? Istne szatany!
Eleanor tylko wzruszyła ramionami, nie czuła interesu w tym, aby ich wybielać, chociaż reakcja Alice Harrington wydawała jej się lekko przesadzona.
- Widziałaś, jak Benny zachował się przy Agnes? Poszedł z nią bez zająknięcia! A James i Thomas? To najlepsi przyjaciele. Tylko ja jestem w tym domu wrogiem. Nie pojmuję tego! Mam nadzieję, że masz jakieś swoje metody, aby temu zaradzić.
Czy miała metody? Życie Eleanor było wręcz utkane z samych problemów - sposobów na ich rozwiązywanie miała więc co niemiara. Nauczyła się tego już w dzieciństwie - nie dlatego, że chciała, ale dlatego, że musiała. Gdy ojca już z nimi nie było, matka najczęściej zamartwiała się o materiały na opał, były to absolutnie najcenniejsze surowce w ich domu. Każdą wolną chwilę wraz z nią i Denisem spędzali więc na gromadzeniu, czego się da, aby móc to spalić w kominku, gdy przyjdą zimniejsze miesiące.
Matka panicznie obawiała się tego, że brak ciepła zupełnie ją sparaliżuje i nie będzie w stanie nawet ugotować dzieciom ciepłej zupy. Eleanor, chcąc jej ulżyć, wychodziła potajemnie na plażę zbierać drewno wrakowe, które woda co jakiś czas wyrzucała na ląd, a przy okazji małże i ostrygi - mimo że matka stanowczo jej tego zabroniła, odkąd sama nie mogła ich już zbierać z powodu drętwot. Morze było niebezpieczne, a gwałtowne pływy mogły porwać małe dziecko w zaledwie kilka minut. Eleanor, nie do końca świadoma ryzyka, zeskrobywała muszle ze skał albo łowiła je, brodząc w lodowatej wodzie. Później sprzedawała zdobycze na targu, ale zamiast pieniędzy przynosiła do domu świeczki i jedzenie, tłumacząc matce, że to dary z parafii. W ten sposób rodzicielka mniej się martwiła i była weselsza. To nauczyło małą Eleanor, że zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie problemów, choćby miało być okupione małymi kłamstewkami.
- Myślę, że zachowanie mych okrutnych synów jest wynikiem ciągłej nieobecności mojego męża. Całymi dniami przesiaduje w biurze, dzieci nie mają dyscypliny!
Dodanie otuchy pani domu to jedno, lecz na taką bezpośredniość Eleanor nie była gotowa. Postanowiła więc przemilczeć ten komentarz, bo trzymanie strony jednego z chlebodawców, zwłaszcza jeśli ci byli małżeństwem, nie należało do zasad, którymi chciała się kierować. W Queen's College przestrzegano ją, że takie praktyki źle się kończą.
Harringtonowie byli bardzo wpływową rodziną w Londynie. Nie należeli wprawdzie do arystokratów, ale dorobili się fortuny na handlu. Już ich przodkowie, dzięki przedsiębiorczości oraz układom w Brytyjskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej, zapewnili sobie względną stabilność finansową i dobrze prosperujące firmy. Dziś Edmund Harrington, jego brat Richard oraz rodzice prowadzili biznes oparty na produkcji oraz sprzedaży leków. Farmaceutyki były ich ostatnią wielką inwestycją, która, jak zakładano, miała przynieść ogromne bogactwo dla kolejnych pokoleń. A ich flagowy syrop Calming Elixir na różne bóle i zły nastrój podbijał właśnie rynek w całym Zjednoczonym Królestwie.
- Dostrzegam w Jamesie trochę samej siebie, kiedy byłam jeszcze dzieckiem. Ma w sobie tę samą upartość i chęć postawienia na swoim!
Eleanor uśmiechnęła się na te słowa. Przecież ta drobna kobieta o bladej cerze, mysich włosach i zabawnie piskliwym głosie nie wyglądała na kogoś, kto mógłby wygrać w życiu jakiekolwiek negocjacje. Właśnie przegrała dwie, i to z własnymi dziećmi, które ledwo potrafią skleić pojedyncze słowa w pełne zdanie.
- Zatem dobrze wiedzieć, że to pani słowo bywa ostatnim w tym domu - zaśmiała się pod nosem, chcąc nieco rozładować napięcie.
- Jestem jedynaczką, więc mam we krwi stawianie na swoim! - Alice również jakby nieco się rozluźniła. - Och, moje błogie dzieciństwo! Tęsknię do tych czasów. - Głęboko westchnęła
Eleanor przyjęła sztuczny uśmiech, dając do zrozumienia, że podziela fantazje na temat beztroskiego dzieciństwa swojej pracodawczyni. Jakby była to najbardziej oczywista rzecz na świecie, jakby każdy takie posiadał...
- Mój ojciec prowadził interesy w miasteczku Esher w hrabstwie Surrey - ciągnęła. - Byliśmy majętni i dobrze sytuowani, dlatego miałam wszystko, o czym tylko może marzyć mała dziewczynka.
W jej wyrazie twarzy guwernantka dostrzegła szczere wzruszenie, więc nie przerywała.
- Mieliśmy piękny ogród. Ach, tak! Ten ogród był całym moim światem, to w nim mama nauczyła mnie wszystkiego, co wiem dziś o roślinach. A musisz wiedzieć, droga Eleanor, że na tym punkcie mam małą obsesję.
Mówiąc, strzepywała z przedramienia drobinki brudu, które musiały się przykleić podczas tarzania po podłodze, a które chyba dopiero teraz zauważyła.
- Już od najmłodszych lat uwielbiałam patrzeć, jak z małych ziarenek wyrastają piękne rośliny, jak zakwitają tulipany o kolorach tak różnych, że trudno je było wszystkie spamiętać, jak krzewy róż zbroją się w kolce, które to kłuły mnie za każdym razem, gdy tylko próbowałam je zerwać - wspominała, skubiąc jedwabny materiał. - W lecie przyozdabiałyśmy z mamą salon ogromnymi bukietami zerwanych w ogrodzie kwiatów, gałązek, traw i ziół. Niekiedy były one tak obfite, że pojedyncze łodyżki aż wysuwały się z wazonów. - Zachichotała, przykładając dłoń do ust, jakby powiedziała coś niestosownego.
Eleanor rozejrzała się po pokoju, lecz nie zauważyła żadnego naczynia z ciętymi kwiatami. Za to przy jednej ze ścian na drewnianych nóżkach stała kwietna gablota sięgająca wzrostu przeciętnego człowieka. Boczne ścianki, frontowe drzwiczki oraz kopułowe zadaszenie wykonane były ze szkła, a tył stanowiło duże lustro, które optycznie pomnażało znajdujące się w środku storczyki uczepione konarów lub zwisające z góry na przyciętych gałęziach.
- Lecz moją największą miłością są orchidee! - kontynuowała w maniakalnym wręcz uniesieniu. - Och! Cudowne orchidee, moje ukochane kwiaty - piękne i tajemnicze!
Nie da się tego ukryć - pomyślała Eleanor, gdy nagle zaczęła dostrzegać storczyki dyskretnie rozstawione na meblach. Musiały stać tu od początku, lecz dopiero teraz odkryła, jak ich wiele. Były subtelne; niektóre miały zabawnie długie falujące płatki przypominające ogon latawca, a ich cienkie łodygi wyglądały mizernie na tle mosiężnych, pozłacanych mebli, gablot i całej tej przesadnej wystawności ogromnego salonu państwa Harringtonów. Nic dziwnego, że tak łatwo wtapiały się w pstrokate otoczenie.
- Nigdy nie widziałam tak wielu storczyków w jednym miejscu - odpowiedziała guwernantka.
Znowu przypomniała sobie wczesne lata w Charmouth, kiedy piękne kwiaty widywała głównie w ogrodzie należącym do parafii. Ludzie nie trzymali roślin w domach dla ozdoby - na to mogli pozwolić sobie jedynie najzamożniejsi. Biedota wykorzystywała je w dwóch celach: leczniczych lub jako pożywienie.
- Są lepszym nabytkiem niż każdy bezużyteczny obraz, który wisi na tych ścianach.
- Dbanie o nie musi być wyzwaniem, pani Harrington.
- Kwiaty należy przede wszystkim kochać, droga Eleanor. Ktoś, kto daje im serce i dba o nie należycie, wie, że odwdzięczą mu się swym urokiem.
- Tak, kiedyś nawet...
- Ogród to jedyna dobra rzecz, jaką pamiętam ze swojego dzieciństwa - przerwała Alice, najwyraźniej niezainteresowana tym, co guwernantka chciała powiedzieć. - Mój ojciec pracował bardzo ciężko, stres go wykańczał, dlatego zmarł nagle na problemy z sercem. Zresztą nawet kiedy żył, nie spędzał ze mną zbyt wiele czasu, więc nie mogę powiedzieć, że byliśmy sobie szczególnie bliscy. Zostałyśmy z mamą same, zdane na własny los.
Cóż za zbieg okoliczności, pomyślała Eleanor i nagle chciała poznać dalszą część tej historii, chociaż inne guwernantki przestrzegały ją przed zbytnią wylewnością pracodawczyń. Należało się przed tym chronić jak przed cholerą! Podobno kobietom w bogatych domach często odbijało od nudy i nadmiaru dobrobytu, więc lubiły wplątywać pracowników w swoje intrygi. Eleanor miała jednak wrażenie, że to co innego; poczuła nić porozumienia z Alice Harrington. Wspólna trauma łączy ludzi.
- Niestety wkrótce okazało się, że wiele kwestii biznesowych nie było do końca uregulowanych, bo nikt nie spodziewał się tak szybkiej śmierci mego ojca. Zostałyśmy z matką praktycznie z niczym. Miałyśmy tylko siebie, wielki dom na utrzymaniu i ogród, który był jedynym bezpiecznym miejscem. Naszym azylem, schronieniem w trudnych momentach, które nadchodziły każdego następnego dnia. Ciągle zgłaszali się do nas jacyś wierzyciele i inni obcy ludzie domagający się zapłaty. Było już niemal pewne, że niebawem ktoś zajmie naszą posiadłość i ukochany ogród. Moja matka nie mogła znieść tej myśli, dlatego zaczęła podupadać na psychice. Jej stan pogarszał się w zatrważającym tempie, a ja nie umiałam jej pomóc.
To zadziwiające, jak wiele nas łączy, pomyślała Eleanor. Pragnęła słuchać dalej.
- Dolać ci? - zapytała Alice, podnosząc dzbanuszek z mlekiem.
- Nie, dziękuję, ma'am. - Spojrzała na swoją filiżankę, której zawartość już dawno zniknęła i pozostał tylko brązowy nalot na ściankach. Chętnie napiłaby się jeszcze samej herbaty, ale krępowała się poprosić.
Pani domu nalała mleka do swojej filiżanki z zapewne zimną już herbatą, zamieszała, po czym łapczywie upiła łyk. Eleanor lekko się skrzywiła - nienawidziła tego słodko-gorzkiego specyfiku, za którym tak szaleli Anglicy.
Po chwili Alice kontynuowała:
- Jednego dnia matka miała napady szału, tłukła porcelanę, przewracała krzesła, rozbijała szyby w gablotach, a kolejnego wpadała w melancholijny nastrój, w którym nie było do niej dostępu. Później następował okres spokoju i znów była tą samą kochającą mamą, aż do kolejnego napadu. Któregoś razu wpadła w taką furię, że zaczęłam się obawiać o własne życie. Matka groziła mi, że jeśli zaraz czegoś nie zrobię, to obetnie mi obie ręce ogrodniczym sekatorem. Schowałam się więc tak, aby nie mogła mnie znaleźć, i wyszłam dopiero, kiedy się uspokoiła. Poinformowałam o tym rodzinę od strony ojca i po jakimś czasie wzięli mnie pod swoją opiekę, a matkę wysłali na leczenie. Nie utrzymujemy kontaktu, choć bardzo za nią tęsknię.
- Pani Harrington...
Dziewczyna przypominała sobie, jak bardzo sama tęskni za swoją matką. Jej oczy nagle się zaszkliły, co nie umknęło uwadze pracodawczyni.
- Och, Eleanor, przepraszam najmocniej. Głupia jestem. - Odłożyła talerzyk z filiżanką na stolik i złożyła ręce na wysokości serca. - Wiem, co przeszłaś, nie powinnam była opowiadać ci o tych wszystkich przykrych sprawach...
- Proszę kontynuować, ma'am.
- Biedactwo... wiele wycierpiałaś. Uwierz mi, sama wolałabym stracić obu rodziców, niż żyć z myślą, że własna matka już mnie nie poznaje.
Ale to nie tak... chciała odpowiedzieć Eleanor, jednak ugryzła się w język. Ta otwartość pani Harrington w naturalny sposób sprawiła, że i ona chciała się przed nią otworzyć, jednak w porę oprzytomniała. Wyprostowała się, wzięła głęboki wdech, wygładziła koronkowe mankiety na nadgarstkach i położyła otwarte dłonie na spódnicy; zauważyła, że lekko drżą. Spojrzała na Alice i delikatnie uniosła kąciki ust. Nie odpowiedziała.
- No dobrze, już dobrze, rozumiem, że nie chcesz o tym rozmawiać. Ale skoro nalegasz, abym kontynuowała, to chętnie opowiem ci więcej, chociaż nie jest to dla mnie łatwe... - Zamknęła na chwilę oczy. - Rodzina od strony ojca, która wzięła mnie pod opiekę, również zawiodła. Pod przykrywką nieradzenia sobie z niesforną nastolatką przekazywali mnie z rąk do rąk, jakbym była gorącym żelazem. Nikt nie chciał mnie trzymać u siebie dłużej niż to konieczne.
- To okropne żyć na czyjejś łasce. - Eleanor zatęskniła za Charmouth.
- Zapewne ty doskonale to rozumiesz.
Alice zaczęła przesuwać się na szezlongu, szukając wygodniejszej pozycji. Nie ściągając butów, położyła nogi na bladoróżowej tapicerce, a głowę oparła o wyższe z ramion siedziska, wystawiając ją w sam środek wpadających przez okno promieni słońca. Miała na sobie brzoskwiniowo-szarą sukienkę z tafty i trochę przypominała jaszczurkę moszczącą się na rozgrzanym kamieniu.
- Wybacz, Eleanor, mam nadzieję, że to ci nie przeszkadza.
- Ależ skąd, ma'am.
- Opieka nad dziećmi bywa wyczerpująca, czasami potrzebuję po prostu odetchnąć. - Wyglądała, jakby układała się do drzemki. - Dawno nie było w tym salonie tyle słońca, trzeba korzystać, zanim nadejdzie szaruga!
Guwernantka nie miała nic przeciwko zmianie pozycji swojej pani, lecz poczuła się lekko skrępowana. Nie wiedziała, czy nadal powinna tu siedzieć, czy może czas się oddalić bez słowa i dać kobiecie odpocząć. W końcu należało pojawiać się przy chlebodawcach wyłącznie na ich wyraźne życzenie. Swoją drogą, panna Moore, nauczycielka, która notorycznie powtarzała na zajęciach, jak ważne jest, aby obcując z przełożonymi, zachowywały odpowiednie, adekwatne do rozmówcy postawę i ton głosu, zapewne nieźle by się zdziwiła, widząc tę scenę.
- Wracając... - powiedziała Alice, ale nie zdążyła dokończyć, bo nagle głośno ziewnęła, po czym mlasnęła dwa razy.
Tak, zrobiła to, mlasnęła! I to dwa razy! Eleanor zachichotała w myślach, bo nagle znów pomyślała o zbulwersowanej minie nauczycielki, która nie dowierzałaby temu, co tu się wyprawia.
Alice powoli stawała się w oczach młodej guwernantki kimś zupełnie normalnym. Nie przypominała nadętej i strojnej pańci, przed którą ją przestrzegano. Była zwykłym człowiekiem, takim z krwi i kości, drzemiącym w butach, mlaskającym czy łatwo tracącym cierpliwość do swoich dzieci. Takich ludzi było pełno w Charmouth, a ta kobieta wydawała się do nich zupełnie podobna.
- ...to, jak potraktowała mnie rodzina, było okropne, ale finalnie nie wyszłam na tym najgorzej - mówiła z zamkniętymi oczyma. - Choć to banda idiotów, to zrobili jednak coś użytecznego. Gdy już nie wiedzieli, jak się mnie pozbyć, mój wuj wpadł na pomysł zeswatania mnie z synem swoich znajomych. Tak właśnie poznałam pana Harringtona, mojego męża.
- Czyli można powiedzieć, że los się do pani uśmiechnął?
- Edmund to dobry człowiek i podobnie jak ja chyba nie miał zbyt wielu możliwości, aby uwolnić się od narzucanych mu przez rodzinę powinności.
Eleanor dobrze pamiętała surowe usposobienie Edmunda Harringtona, którego poznała na rozmowie kwalifikacyjnej, i czuła pewne skrępowanie, gdy zaczął być tematem rozważań w tej i tak już wystarczająco intymnej rozmowie.
- Widzę zakłopotanie na twojej twarzy. - Alice na kilka sekund otworzyła jedno oko i spojrzała na guwernantkę. Po chwili jednak znów leżała z głową skierowaną do okna. Gdyby nie wydawała z siebie żadnych dźwięków, można by pomyśleć, że albo śpi, albo nie żyje. - Pewnie uważasz, że pobraliśmy się z Edmundem z rozsądku? No cóż, nie mam zamiaru nikogo oszukiwać. Tak właśnie było! Miłość, w pewnym sensie, przyszła z czasem. Myślę, że darzę męża takimi uczuciami, jakich on ode mnie oczekuje, dlatego tworzymy wspaniałą rodzinę. Rodzinę, jakich mało w całym Londynie!
- Wcale tak nie myślę...
- Moja droga, zapewniam cię, że na pewnym poziomie małżeństwa są czystą kalkulacją i naprawdę nie należy dokładać do tego zbędnej filozofii. Poznałaś mego męża, wiesz doskonale, jaki szorstki i oschły jest w obejściu, dlatego po prostu nie miał szans na stworzenie prawdziwej rodziny.
- Ależ pani...
- Nie udawaj zdziwionej! - zaśmiała się. - Dobrze obie wiemy, że żadna szanująca się dama z towarzystwa nie zwróciłaby uwagi na mojego Edmunda - dodała po chwili. - Zresztą mnie też nie było dane zbyt długo przebierać w kawalerach.
Faktycznie, Edmund Harrington zdawał się mocno wycofanym i pozbawionym emocji człowiekiem. Eleanor zapamiętała go jako wysokiego, szczupłego mężczyznę o jasnych włosach, starannie wypielęgnowanej koziej bródce i wąsach zawiniętych na końcówkach; niemniej było w jego aparycji coś, co powodowało, że wydawał się nad wyraz poważny, a przez to odpychający. Gdy spotkała go po raz pierwszy, nie sprawił jej przykrości. Oczekiwał tylko prostych i zwięzłych odpowiedzi dotyczących edukacji Jamesa. Trudno więc było sądzić o nim cokolwiek ponad to, że jest człowiekiem wysoce pragmatycznym.
- Życie nauczyło mnie, że czasami niedoskonałości obojga partnerów mogą stać się solidną podstawą do budowania mocnej i szczęśliwej relacji - oznajmiła wyraźnie dumna z siebie Alice, po czym dodała prędko: - Ale dla jasności, żebyś mnie źle nie zrozumiała, te braki muszą być na innych płaszczyznach. Widzisz, ja jestem bardzo wrażliwa, o czym zapewne jeszcze się przekonasz, a mój mąż, no cóż, nie odczuwa zbyt wielu emocji. Dzięki temu nie przejmuje trosk, które się we mnie wzmagają od czasu do czasu. Nie rozumiem, dlaczego ludzie wciąż szukają w sobie podobieństw, kiedy to właśnie różnice są kluczem do wszystkiego!
- Czy chce pani powiedzieć, że szczęśliwy związek może istnieć bez prawdziwej, romantycznej miłości?
- Owszem, co więcej, myślę, że taki związek może być bardzo silny i stabilny!
- Stabilność nie jest równoznaczna ze szczęściem, pani Harrington. Przynajmniej ja to tak rozumiem.
- Ależ kto powiedział, że tego szczęścia nie ma? Stabilność i trwałość dają poczucie bezpieczeństwa, a to jeden z głównych fundamentów szczęścia. Moja droga, musisz wiedzieć, że szczęście to nie chwilowy zachwyt, a proces, który wymaga od nas ciągłej pracy.
Eleanor niewiele miała dotychczas styczności z rodzinami tak wysoko postawionymi jak Harringtonowie, a już na pewno nigdy nie odbyła tak spontanicznej i osobistej rozmowy z żadną z pań, które poznała.
Czy możliwe, że było tak, jak mówiła Alice?! Ludzie dobierają się na zasadzie różnych skomplikowanych historii i wspólnie decydują się tworzyć pozory, które tak naprawdę mają za zadanie tylko chronić ich interesy. I przez to bogaci stają się bogatsi, a osoby niższego pochodzenia, które wierzą w miłość i dają się jej zwieść, tylko tracą czas i nigdy niczego wielkiego nie osiągają.
- Jeśli zauroczyła cię historia Romea i Julii, młoda damo, to nie wróżę ci dobrego życia - zaśmiała się bogaczka.
Guwernantka nie wiedziała, co odpowiedzieć. Pomimo ogromnego zaciekawienia opowieściami swojej chlebodawczyni i poczucia więzi z nią - w końcu obie przeszły trudną drogę, aby znaleźć się właśnie tu, w ociekającym luksusami salonie, i popijać herbatę w porcelanowych filiżankach - dziewczyna zaczęła odczuwać pewien niepokój. Czyżby Alice Harrington ją podpuszczała? Może celowo tak się zachowywała i mówiła jej o tych wszystkich sprawach, żeby sprawdzić, czy guwernantka powtórzy je dalej?
Swoją drogą, Eleanor do dziś zastanawiała się, dlaczego to akurat ona dostała tę posadę. List, który nadesłano do Queen's College, obok zwykłych frazesów zawierał tylko kilka warunków: "Szukamy osoby skromnej, pracowitej oraz dobrze wykształconej. Może być po trudnych przejściach rodzinnych".
Kierownictwo szkoły początkowo nie chciało wydać zgody na to, aby to właśnie Eleanor starała się o tę posadę - uważali, że jest zbyt niedoświadczona, aby sprawdzić się w roli guwernantki w tak poważanej rodzinie, za jaką uchodzili Harringtonowie. Wysłano ją na tę rozmowę w zastępstwie za inną dziewczynę, która akurat tego dnia się pochorowała. W szkole było znacznie więcej dziewcząt i kobiet, które, przynajmniej w mniemaniu kierownictwa, lepiej nadawały się do tej pracy. Niemniej decyzja o wyborze Eleanor zapadła po stronie zainteresowanej rodziny i to do nich należało ostatnie słowo.
- Ma'am, obiad jest już gotowy. - Martha, tutejsza gosposia, nagle pojawiła się w salonie.
Alice niezgrabnie podniosła się z fotela.
- Dziękuję, Martho, zaraz przyjdziemy - odpowiedziała, po czym zwróciła się do Eleanor: - Mam nadzieję, że dołączysz do mnie?
Dziewczyna uniosła brwi i rozejrzała się dookoła, sprawdzając, czy na pewno nikogo nie ma za jej plecami i czy pytanie jest skierowane do niej. Mówiono jej, że spożywanie posiłków to będzie jeden z najsmutniejszych momentów w tej pracy, bowiem nikt nie zaprosi jej do stołu - ani państwo, ani służba - więc najlepiej będzie, jeśli przygotuje się na jadanie w samotności już do końca swych zawodowych dni. Tak właściwie to "zawieszenie między klasami" było jej bardzo na rękę. Uwielbiała spędzać czas sama, więc nigdy nie rozumiała narzekań starszych koleżanek.
- No, daj spokój. - Alice podeszła bliżej i położyła rękę na jej prawym barku. - W tym domu skracamy dystans i życzyłabym sobie, abyś od czasu do czasu dołączała do naszych wspólnych posiłków. Tak często jadam sama lub tylko z dziećmi, że przyda mi się towarzystwo!
- Zatem... chętnie dołączę.
- Jeszcze jedno - wtrąciła, chwytając ją tym razem pod ramię i sugerując, że powinny udać się już do jadalni.
- Tak, ma'am?
- Wiesz... powiedziałam ci dziś sporo o sobie, ponieważ szczerość w relacjach z drugim człowiekiem jest dla mnie najważniejsza. Mam nadzieję, że i ty będziesz wobec mnie szczera oraz że poczujesz się tu dobrze.
- Intuicja mi podpowiada, że będzie mi tu dobrze, naprawdę.
- I na koniec - zatrzymała się na chwilę - zależy nam na absolutnej poufności. Wszystko, co usłyszysz bądź czego doświadczysz w naszym domu, pozostaw wyłącznie dla siebie. Czy to jest dla ciebie zrozumiałe?
Eleanor tylko przytaknęła. Owa dyskrecja była bowiem wpisana w kontrakt i odmieniona niemal przez wszystkie przypadki. Było dla niej jasne i oczywiste, że wszelkie informacje musi zachować dla siebie, jednak powtórzenie tej prośby przez Alice Harrington spowodowało dziwne ukłucie w brzuchu.
***
Wystrój panujący w jadalni nie odbiegał zbytnio od stylu reszty posiadłości. Promienie słońca, wciąż intensywnie przedzierające się do środka, padały teraz na starannie wyrzeźbione na drewnianych zagłówkach krzeseł liście paproci. Panowała tu krępująca cisza, przerywana jedynie tykaniem wahadłowego zegara. W powietrzu czuć było aromat olejku z orzechów włoskich, którym zapewne nie tak dawno temu wypastowano każdy skrawek drewna w tym pomieszczeniu. Z sufitu nisko zwisały dwa wielkie kryształowe żyrandole, które delikatnie szeleściły, gdy ktoś, przechadzając się po jadalni, wprawiał powietrze w ruch. Były piękne, ale według Eleanor zupełnie nie pasowały do reszty wystroju.
W tym domu dało się wyczuć pewną niespójność. Eleanor od razu dostrzegła zderzenie dwóch światów. Z jednej strony ciepło rodzinnego domu: na ścianach zdjęcia i obrazy uśmiechniętych dzieci, zabawki porozrzucane po kątach, których chyba celowo nie sprzątano. Z drugiej - chłodny przepych: figurki najnowszych modeli powozów wykonane z drogocennych kruszców, kurzące się w gablotach, oraz sztućce wysadzane kamieniami szlachetnymi. Jeden z takich kompletów kosztował zapewne tyle, co dożywotni zapas leków na reumatyzm.
- Usiądźmy - zaproponowała pani Harrington.
Na stole, na okrągłych przezroczystych nóżkach, stał szklany półmisek z dwoma storczykami przypominającymi kształtem odwrócone dzwoneczki. Ich korzenie były przykryte dziwną grudkowatą masą. Wyglądało to, jakby rośliny brały błotną kąpiel w wannie.
- To Cypripedium insigne - powiedziała Alice, zauważając, że wzrok Eleanor zatrzymał się na orchideach. - Nie potrzebuje zbyt wiele słońca, dlatego można go trzymać w domu.
Kwiaty miały jeden duży płatek w kolorze biało-zielonym, którego wzór przypominał śmietankę rozlaną na świeżym liściu sałaty oprószoną maleńkimi purpurowymi plamkami, i dwa mniejsze płatki po bokach pofalowane niczym serpentyny. Dzwoneczek mienił się w kolorach czerwieni, brązu i żółci, jakby ktoś zamknął w środku zachodzące słońce.
- Są piękne. - Eleanor chciała przypodobać się swojej pracodawczyni, wiedząc już, jak ogromną miłością darzy te rośliny.
- Czekaliśmy dosyć długo, aż pojawią się pierwsze kwiaty, ale spójrz tylko, jakie są unikalne, warżka jest bardzo nietypowa, bo przypomina bucik. Niektórzy nazywają go "pantofelkiem Wenus".
Nagle dzwoneczki stały się pantofelkami.
- Ten kształt to nie tylko ozdoba. - Alice szturchnęła palcem kwiecisty woreczek. - Dzięki niemu Cypripedium insigne sugerują owadom, że w środku znajduje się słodki nektar. A wcale go tam nie ma, spójrz sama!
Eleanor zajrzała do środka i zobaczyła tylko lśniącą powierzchnię płatka. Poczuła pewne rozczarowanie, chyba podobnie jak te owady.
- Mała oszustka - zaśmiała się guwernantka.
- Raczej mądra oszustka!
- Mądrość nie powinna być usprawiedliwieniem dla oszustwa, czyż nie?
- Złotko, tylko mądre gatunki mają szansę przetrwać na tym brutalnym świecie.
- Nie pachnie - zauważyła Eleanor, gdy schyliła się jeszcze niżej.
-To prawda, myślę, że gdyby pachniał i miał nieco inne ubarwienie, byłby storczykiem idealnym.
Twarze kobiet znalazły się bardzo blisko siebie, obie pochylone nad delikatnym kwiatem, niczym koneserki podziwiające kunsztowną rzeźbę. W końcu ich spojrzenia się spotkały i dopiero teraz Eleanor dostrzegła u pani Harrington coś dziwnego; jej powieki były lekko opadnięte, jakby nie miały siły unieść się wyżej, a spod nich wyzierało nienaturalnie puste spojrzenie. Może była zmęczona?
- Jeśli chcesz zobaczyć naprawdę piękne orchidee, to musisz któregoś dnia odwiedzić moje konserwatorium.
- Z przyjemnością, ma'am.
Dziewczyna jeszcze nigdy nie była wewnątrz prawdziwego, przydomowego konserwatorium. Za to słyszała o takich miejscach legendy. Podobno pozwolić sobie mogli na nie wyłącznie ludzie z portfelami grubszymi niż brzuchy mopsów karmionych puddingiem!
- Czy poinformowano cię już, że w najbliższą sobotę przyjmujemy gości? - Alice nagle zmieniła temat.
- Tak, proszę pani.
Dziś rano gosposia, która oprowadzała ją po posiadłości, napomknęła o tym.
- Czy masz już może jakieś plany na ten czas?
- Plany?
- Tak, pytam, czy masz wolny wieczór w sobotę?
- Ach, tak, tak - odparła zaskoczona. - Niczego nie planowałam w tym czasie.
- Świetnie! Zatem może zechciałabyś do nas dołączyć?
- Dołączyć?
- Co z tobą, Eleanor, powtarzasz się jak katarynka - zaśmiała się Alice. - Pytam, czy dołączysz do mnie i mojej rodziny podczas tej kolacji. Będą też ludzie z firmy mojego męża. Myślę, że to świetna okazja, aby wszyscy cię poznali.
- Będzie mi bardzo miło, pani Harrington.
Alice pobieżnie omiotła ją wzrokiem.
- Gdyby potrzeba ci było odpowiedniego odzienia bądź biżuterii, moja szafa stoi dla ciebie otworem. Widzę, że rozmiar powinien pasować, więc nie krępuj się, pożycz to, co ci się podoba.
Guwernantka zdała sobie sprawę, że faktycznie nie miała zbyt wielkiego wyboru, a to, co przywiozła ze sobą w skromnej walizce, zapewne już dawno wyszło z mody. Mimo tego nigdy w życiu nie zdobyłaby się na skorzystanie z zaoferowanej jej przysługi.
- To bardzo miłe z pani strony, ale powinnam coś znaleźć w swojej garderobie.
- Jak chcesz. Tak czy inaczej, cieszę się, że przyjęłaś zaproszenie. Poinformuję o tym pana Harringtona, na pewno bardzo się ucieszy!
Chociaż Eleanor trudno było wyobrazić sobie cieszącego się Edmunda Harringtona, to i tak zaproszenie sprawiło jej radość.
- Dobrze, napijmy się jeszcze herbaty i pora wracać do swoich zajęć - powiedziała Alice, gdy skończyły jeść obiad.
- Oczywiście, jednak zanim pójdę, chciałabym jeszcze doprecyzować plan zajęć Jamesa, od którego zaczęłyśmy...
- Nie musisz mi przedstawiać żadnych planów, zrób, proszę, jak uważasz. Zdaję się w tej sprawie na ciebie.
- Tak zrobię, ma'am.
***
Gdy Eleanor starała się o tę posadę, nie do końca wiedziała, z kim będzie miała do czynienia. Dopiero później z plotek dowiedziała się, jak bardzo wpływowa jest to rodzina. Alice Harrington uchodziła w londyńskich wyższych sferach za wzór inteligencji, klasy i oddania rodzinie. Postrzegano ją jako istne trofeum surowego, nieprzystępnego Edmunda Harringtona, potentata branży farmaceutycznej.
Małżeństwo nie lubiło zbyt często pokazywać się na salonach, nie bawiły ich pełne przepychu bale ani inne uroczyste i nadęte spotkania. Jedynym wyjątkiem były festiwale i wystawy roślin, zwłaszcza orchidei. Pojawiali się na nich chętnie i regularnie, a ich obecność niemal zawsze zwiastowała sukces komercyjny przedsięwzięcia. Licytowali rośliny długo i zacięcie, zachowując się przy tym podobno jak dwa wściekłe psy trzymane na łańcuchu. Niby wiedzieli, że nie mogą pożreć przeciwnika, ale cóż szkodziło trochę go nastraszyć. Harringtonowie zawsze otrzymywali to, po co przychodzili, czyli najrzadsze gatunki orchidei.
W przypadku pozostałych doniosłych wydarzeń - gdy tylko obecność rodziny wydawała się konieczna - najczęściej posyłali w zastępstwie zaufanych pracowników z biura pana Harringtona, aby ci reprezentowali ich interesy. Ta pozorna niedostępność sprawiała, że w oczach lokalnej śmietanki towarzyskiej zyskiwali jeszcze większy prestiż.
Udając się do swojego nowego pokoju na pierwszym piętrze, Eleanor wciąż była podekscytowana, a jej ciało jeszcze delikatnie drżało od nadmiaru emocji. Boże, jakież to szczęście ją spotkało, że trafiła właśnie tutaj - pod numer dziewiąty na Brook Street. Czy w Londynie istniał lepszy adres, pod którym pracę mogła rozpocząć młoda guwernantka? Z pewnością nie!
Zaoferowano jej jedzenie przy wspólnym stole z panią domu, co oznaczało, że od teraz będzie spożywać wyłącznie wykwintne, świeże i ciepłe posiłki trzy razy dziennie. Cóż za zrządzenie losu, zwłaszcza że wciąż doskonale pamiętała czasy, kiedy całymi miesiącami jadali w domu tylko chleb z konfiturą na śniadanie i ziemniaki z kapustą lub grochem albo małże na kolację. A teraz? Będzie codziennie delektować się mięsem, serami, rybami i najwymyślniejszymi deserami, i to w dodatku w towarzystwie osób o tak postępowym podejściu do życia jak Alice Harrington. Jak to możliwe? Ktoś z pewnością nad nią czuwał i Eleanor chyba nawet wiedziała, kto...
Jej nowy pokój był przestronny i na całe szczęście - jak uważała - pozbawiony tych wszystkich zbędnych ozdobników, którymi wypełniony był niemal każdy kąt domu Harringtonów. Na środku stał okrągły stół, a w rogu znajdowało się sporych rozmiarów łóżko. Świeżo wyprana pościel dawała o sobie znać pięknym różanym zapachem przywodzącym na myśl ogródek kościelny w Charmouth, gdzie mała Eleanor co sobotę przycinała kwiaty i tworzyła z nich małe bukieciki, którymi później ozdabiała ołtarz.
Dziewczyna była zachwycona tym miejscem i od razu zaczęła wszystko drobiazgowo przeglądać. Otrzymała też niewielką toaletkę, na której stały misa i dzban z wodą, oraz kilka podstawowych kosmetyków do pielęgnacji, takich jak mydło marki Pears, woda różana czy olejek rozmarynowy. W szufladzie równo ustawione leżały szczotka do włosów, grzebień oraz pilnik do paznokci. Był to luksus, jakiego się nie spodziewała. W gablotce znalazła też kilka sztuk świec, kałamarz, pióro oraz zapas papieru. Na wierzchu leżało parę książek, dostrzegła wśród nich dzieła Szekspira, ale także bardziej współczesne powieści, jak Dziwne losy Jane Eyre Charlotte Brontë czy Opowieść wigilijna Charlesa Dickensa. Większość z tych lektur Eleanor przeczytała przynajmniej raz w swoim życiu, ale pomyślała, że chętnie do nich powróci.
Poczuła się dostrzeżona, jakby ktoś, kto przygotowywał ten pokój na jej przybycie, znał ją bardzo dobrze i wiedział, co sprawi jej przyjemność. Było czysto, ciepło i przytulnie, miała książki - czegóż mogłaby oczekiwać więcej?
Eleanor zamieszkała w Londynie dzięki wikaremu Nathanielowi Carrowowi, przyjacielowi rodziny, który przed laty znalazł jej pierwszą posadę guwernantki. Pracowała wtedy dla pewnej dobrze sytuowanej rodziny, nauczając arytmetyki, francuskiego i gry na fortepianie. Szybko zdobyła ich sympatię, traktowano ją niemal jak córkę. Po dwóch latach gospodarze postanowili wyjechać do Ameryki. Zaproponowali, by pojechała z nimi, lecz wikary nie wyraził zgody, a i ona nie zamierzała opuszczać kraju.
Miała swoje jasno określone powinności: musiała zarabiać i przesyłać pieniądze do Charmouth, a w razie potrzeby, gdyby matka niedomagała, zjawić się na miejscu i pomóc jej w prowadzeniu domu. Dziewczyna nie chciała, aby jej brat, podobnie jak ona, zajmował się zbieraniem mięczaków, by sprzedawać je później na targu jakimś chytrym mordom za cenę znacznie niższą niż rynkowa, tylko po to, aby pomóc matce. Na szczęście gdy wyruszyła w wielki świat, wikary Carrow wziął w opiekę jej rodzinę i po dziś dzień troszczył się, aby niczego im nie zabrakło.
Gdy więc straciła pierwszą pracę, duchowny wystarał się dla niej o miejsce w Queen's College, renomowanej szkole dla przyszłych guwernantek. Była to wielka szansa dla młodziutkiej dziewczyny z Charmouth. Wiedziała, że po takiej edukacji otworzą się przed nią drzwi do domów rodzin, które oferują pensje, o jakich wcześniej mogłaby tylko pomarzyć, a do tego mnóstwo przywilejów. Na ten cel musiała zaciągnąć kredyt u wikarego, który utrzymywał w tym czasie zarówno ją, jak i jej bliskich. Ostatnimi czasy pisywał nawet w listach, że pokłada sporą nadzieję w tym, iż dziewczyna znajdzie wkrótce dobrze płatną posadę, bo i jego oszczędności powoli się kurczą. Na szczęście los szybko się do niej uśmiechnął i dzięki pracy u Harringtonów sprawy finansowe miały zacząć się wreszcie układać.
Jednak, jak to w życiu bywa, za odważne decyzje płaci się często wysoką cenę. I z każdą chwilą docierało to do niej bardziej. Bowiem tajemnica, którą zdecydowała się nieść przez życie, niespodziewanie zaczęła ją dziś delikatnie uwierać, niczym zbyt mocno wykrochmalony kołnierzyk ocierający szyję przy najmniejszym nawet ruchu.