Rozdział 1
1
Uciekał. Zresztą nie po raz pierwszy w życiu. I może nie po raz ostatni,
pomyślał, mijając elegancką wystawę sklepu Tiffany'ego. Była chłodna,
kwietniowa noc. Padał deszcz, zmywając kurz z jezdni i chodników. Wiał
lekki wiatr, który nawet tu, na Manhattanie, pachniał wiosną. Pot
spływał mu po twarzy. Byli tuż za nim.
Piąta Aleja była cicha i jak na tę porę nocy spokojna. Uliczne światła
co jakiś czas rozpraszały ciemność; ruch panował niewielki. Tu nie
wtopisz się w tłum. Mijając Pięćdziesiątą Trzecią, pomyślał, że mógłby
dać nura do tunelu kolejki podziemnej pod budynkiem Tishmana - ale gdyby
zobaczyli, że tam znika, miałby odcięty odwrót.
Kiedy za jego plecami rozległ się pisk opon, skoczył za róg przy sklepie
Cartiera. Poczuł ostre ukłucie w ramię i usłyszał stłumiony świst kuli,
mimo to nie zwolnił kroku. Prawie jednocześnie poczuł zapach krwi. Teraz
to już przestawało być zabawne. Miał dziwne przeczucie, że może być
jeszcze gorzej.
Na Pięćdziesiątej Drugiej dostrzegł grupki ludzi - jedni stali, drudzy
spacerowali. Doszły go podniesione głosy i muzyka. Usiłował uspokoić
oddech, by nie zwracać na siebie uwagi. Stanął cicho za rudą kobietą, o kilka cali przewyższającą jego sześć stóp i o połowę szerszą. Kołysała
się w takt muzyki wydobywającej się z przenośnego odbiornika stereo. To
tak, jakby się ukrył za drzewem podczas wichury. Skorzystał ze
sposobności, by złapać oddech i obejrzeć ranę. Krwawił jak zarzynane
prosię. Bez chwili namysłu wyciągnął rudej kobiecie z tylnej kieszeni
spodni pasiastą chustkę i owinął nią ramię. Niczego nie zauważyła, nadal
się kołysała - zawdzięczał to swoim zręcznym palcom.
O wiele trudniej jest strzelić do człowieka, którego otacza tłum,
pomyślał. Nie jest to niemożliwe, ale trudniejsze. Posuwał się wolno,
chowając się za grupki ludzi i cały czas obserwując podążającego za nim
czarnego lincolna.
Przy Lexington zobaczył, że samochód się zatrzymuje i wysiada z niego
trzech mężczyzn w eleganckich ciemnych garniturach. Jeszcze go nie
dostrzegli, ale wkrótce to nastąpi. Myśląc intensywnie, uważnie
obserwował otaczających go ludzi. Ta czarna skóra z mnóstwem zamków
błyskawicznych mogłaby się przydać.
- Hej! - Złapał za ramię stojącego obok chłopaka. - Dam ci pięćdziesiąt
kawałków za twoją kurtkę.
Chłopak, z jasnymi, sterczącymi jak kolce włosami i z jeszcze bledszą
twarzą, wyrwał mu rękę.
- Odpieprz się, to prawdziwa skóra.
- No to stówę - mruknął Doug. Trzej mężczyźni byli coraz bliżej.
Tym razem chłopak okazał więcej zainteresowania. Odwrócił twarz i Doug
zobaczył maleńkiego wytatuowanego sępa na policzku.
- Dwie setki i jest twoja.
Doug już sięgał po portfel.
- Za dwie stówy dorzucisz mi jeszcze te ciemne okulary. Chłopak zdjął
wąskie okulary o fosforyzujących szkłach.
- Są twoje.
- Daj, pomogę ci zdjąć kurtkę.
Szybkim ruchem Doug ściągnął z niego skórę. Wcisnął mu banknoty do ręki
i włożył kurtkę, sycząc z bólu z powodu rany w lewym ramieniu. Skóra
wydzielała niezbyt przyjemny zapach poprzedniego właściciela. Nie
zwracając na to uwagi, zaciągnął zamek błyskawiczny.
- Uważaj, kolego, idzie tu trzech facetów w cmentarnych garniturkach.
Węszą tu za forsą ekstra za kasety z Billym Idolem.
- Taaa?
Kiedy chłopak odwracał głowę z miną znudzonego nastolatka, Doug dał nura
w najbliższe drzwi.
Tapety w bladych kolorach odbijały przyćmione światło. Przy stolikach w stylu art deco, przykrytych lnianymi obrusami, siedzieli ludzie.
Błyszczące mosiężne poręcze prowadziły do zacisznych saloników i do
otoczonego lustrami baru. Doug natychmiast rozpoznał zapachy
charakterystyczne dla francuskiej kuchni - szałwii, burgunda i tymianku.
Przez krótką chwilę rozważał pomysł wybrania ustronnego stolika, lecz
doszedł do wniosku, że bar będzie lepszą kryjówką. Zrobił znudzoną minę,
wbił ręce w kieszenie i kołysząc biodrami, podszedł do baru. Opierając
się o ladę, kombinował, którędy tu wyjść.
- Whisky. - Poprawił okulary na nosie. - Seagrama. Proszę zostawić
butelkę.
Pochylił się nad butelką, nieznacznie zwracając twarz w stronę drzwi.
Włosy miał ciemne, przy kołnierzu kurtki wijące się, twarz gładko
ogoloną, pociągłą. Kiedy sięgał po szklaneczkę, skryte za ciemnymi,
fosforyzującymi okularami oczy utkwione były w drzwi. Jednym haustem
wypił całą jej zawartość. Tymczasem umysł pracował intensywnie.
Potrafił myśleć w biegu już we wczesnej młodości, gdy tylko nauczył się
wykorzystywać nogi do ucieczki, jeśli tak nakazywał rozsądek. Nie miał
nic przeciwko walce, ale lubił mieć jeszcze coś w zanadrzu. Działał
wprost lub posługiwał się subtelniejszymi chwytami - w zależności od
tego, co było korzystniejsze.
To, co ukrył na piersi, być może spełni wreszcie jego marzenia o życiu w luksusie. Natomiast ten pościg za nim mógł w jednej chwili wszystko
zniweczyć. Po głębszym zastanowieniu postanowił jednak postawić na worek
złota.
Para siedząca obok niego dyskutowała żywo o ostatniej powieści Mailera.
Jakieś towarzystwo zastanawiało się, czy mają iść do klubu posłuchać
jazzu i napić się czegoś tańszego. Ludzie przy barze to przeważnie
samotnicy, ocenił. Przyszli tu, by pokrzepić się po ciężkim dniu pracy i spotkać innych samotników. Były tu skórzane spódnice, trzyczęściowe
garnitury i sportowe tenisówki. Zadowolony z siebie wyciągnął papierosa.
Mógł wybrać gorsze miejsce na kryjówkę.
Blondynka w kostiumie koloru ciepłej szarości wspięła się na stołek obok
niego i podała mu ogień. Pachniała perfumami Chanel i wódką. Zakładając
nogę na nogę, opróżniła do końca swoją szklaneczkę.
- Nigdy cię tu jeszcze nie widziałam.
Doug obrzucił ją szybkim spojrzeniem, wystarczającym, by dostrzec lekko
zamglony wzrok i drapieżny uśmiech. W innej sytuacji nie odrzuciłby
takiej okazji.
- Nie. - Wychylił następną kolejkę. - Moje biuro jest kilka domów stąd.
Nawet po trzech wódkach zauważyła coś bezczelnego i niebezpiecznego w tym mężczyźnie. Zaciekawiona przysunęła się bliżej.
- Jestem architektem - powiedziała.
Włosy zjeżyły mu się na karku, kiedy kątem oka dostrzegł, że wchodzą.
Wyglądali schludnie i dostatnio. Wyciągnął głowę i obserwował nad
ramieniem blondynki, jak tych trzech się rozdziela. Jeden z nich został
przy drzwiach, zamykając mu drogę odwrotu.
Zaciekawiona brakiem odpowiedzi, położyła rękę na ramieniu Douga.
- A ty czym się zajmujesz?
Zatrzymał przez chwilę whisky w ustach, a potem przełknął; czuł, jak
wolno spływa do żołądka.
- Kradnę - odpowiedział, bo ludzie rzadko dają wiarę prawdzie.
Uśmiechnęła się, wyjęła papierosa, a następnie podała mu zapalniczkę,
czekając, aż Doug poda jej ogień.
- Fascynujące. - Wypuściła cienką smugę dymu i wyjęła mu zapalniczkę z ręki. - Może postawisz mi drinka i opowiesz coś o tym?
Szkoda, że wcześniej nie spróbował tego sposobu, skoro okazał się taki
skuteczny. Żałował, że czas był tak nie sprzyjający, bo kostium leżał na
niej tak elegancko jak na modelce.
- Nie dzisiaj, złotko.
Koncentrując uwagę na swoim problemie, dolał sobie whisky, starając się
pozostać w cieniu. Zaimprowizowane przebranie mogło przynieść efekt.
Poczuł ucisk lufy pistoletu między żebrami. Tym razem nie przydało się
na nic.
- Wychodź, Lord. Pan Dimitri jest niezadowolony, że nie dotrzymałeś
umowy.
- Naprawdę? - Niedbale zamieszał whisky w szklaneczce. - Chciałem sobie
najpierw strzelić drinka, Remo. Musiałem stracić rachubę czasu.
Ucisk lufy na żebra zwiększył się.
- Pan Dimitri lubi, kiedy jego pracownicy są punktualni.
Sączył wolno whisky, obserwując w lustrze przed sobą, jak staje za nim
dwóch innych facetów.
Blondynka już się wycofała w poszukiwaniu łatwiejszego celu.
- Czy jestem wylany?
Nalał sobie kolejnego drinka, zastanawiając się, jakie ma szanse. Trzy
do jednej - oni byli uzbrojeni, on nie. Ale z nich trzech tylko Remo
mógł uchodzić za rozgarniętego.
- Pan Dimitri lubi wylewać swoich pracowników osobiście. - Remo
wyszczerzył w uśmiechu rząd równiutkich zębów okolonych cieniutkim
wąsikiem. - I chce ci poświęcić trochę uwagi.
- Okay. - Doug wziął do jednej ręki butelkę, a do drugiej szklaneczkę. -
Może przedtem drinka?
- Pan Dimitri nie lubi, kiedy się pije w czasie pracy. Poza tym jesteś
już spóźniony, Lord, mocno spóźniony.
- Naprawdę? Jednak to wstyd marnować dobry trunek.
Nie przestając mieszać whisky w szklaneczce, chlusnął nią w oczy Rema i machnął butelką przed nosem mężczyźnie stojącemu z prawej. Siłą rozpędu
wyrżnął głową trzeciego przeciwnika, skutkiem czego przewrócili się w tył na ladę z wystawionymi deserami. Czekoladowy suflet i gęsty
francuski krem wzbiły się w górę i opadły w postaci wysokokalorycznego
deszczu. Objęci jak kochankowie przetoczyli się na tort cytrynowy.
- Straszne marnotrawstwo - mruknął Doug i każdemu z nich wcisnął w twarz
po garści musu truskawkowego. Wiedząc, że element zaskoczenia nie trwa
wiecznie, Doug posłużył się najszybszymi ze środków obrony. Wbił kolano
między nogi przeciwnika i rzucił się do ucieczki.
- Zapisz to na rachunek Dimitriego! - zawołał, przeciskając się między
stolikami i krzesłami. Złapał kelnera i pchnął go razem z pełną tacą w stronę Rema. Pieczony gołąb wystrzelił jak z procy. Doug, opierając rękę
na mosiężnej poręczy, przeskoczył przez nią i rzucił się w stronę drzwi.
Pozostawiając za sobą chaos, wypadł na ulicę.
Zyskał trochę czasu, ale wkrótce znowu będzie ich miał na karku. Tym
razem na pewno nie spudłują. Biegł ulicą, zastanawiając się, czemu, u diabła, nigdy nie ma taksówki, kiedy się jej potrzebuje.
Ruch był niewielki, kiedy Whitney mknęła przez Long Island w kierunku
miasta. Samolot, którym przyleciała z Paryża, wylądował na lotnisku
Kennedy'ego z godzinnym opóźnieniem. Tylne siedzenie i bagażnik małego
mercedesa były załadowane bagażem. Radio grało na pełny regulator,
wyrzucając z siebie ostre dźwięki najnowszego przeboju Springsteena,
odbijające się od ścian samochodu i wydostające przez okno na zewnątrz.
Dwutygodniowa podróż do Francji była prezentem, który sobie sprawiła na
pocieszenie po zerwaniu zaręczyn z Tadem Carlyse'em IV.
Nieważne, co o tym sądzili jej rodzice. Nie mogła przecież poślubić
człowieka, który skarpetki dobierał do koloru krawata.
Zaczęła nucić razem ze Springsteenem, kiedy samochód trochę zwolnił.
Była atrakcyjną dwudziestoośmioletnią kobietą, której kariera rozwijała
się ze średnim powodzeniem. W każdej chwili, gdyby sprawy ułożyły się
niepomyślnie, mogła skorzystać z pieniędzy rodziny. Przywykła do
dostatku i okazywania jej względów. Nigdy nie musiała o to walczyć, po
prostu przyjmowała jako coś naturalnego. Lubiła wpadać późną nocą do
jednego z nowojorskich klubów i spotykać się tam ze znajomymi.
Nic nie robiła sobie z tego, że dziennikarze węszący za skandalami nie
dają jej spokoju, a brukowe gazety zastanawiają się, w jaką to nową
awanturę się wpakuje. Tłumaczyła swemu sfrustrowanemu ojcu, że nie jest
grzesznicą rozmyślnie, lecz z natury.
Lubiła szybkie samochody, stare filmy i włoskie buty. Właśnie
zastanawiała się, czy ma jechać prosto do domu, czy też wpaść do
"Elaine'sa" i posłuchać, co się zdarzyło w ciągu minionych dwóch
tygodni. Nie odczuwała zmęczenia z powodu opóźnienia się samolotu,
raczej lekkie znudzenie. Nawet więcej niż lekkie, skonstatowała. Prawie
ją przytłaczało. Problem w tym, jak temu zaradzić.
Whitney była dziedziczką fortuny - niedawno zrobionych dużych pieniędzy.
Wyrosła w świecie, w którym wszystko można łatwo zdobyć, ale nie uważała
za dość interesujące, by po to sięgać. Gdzie w tym wszystkim jest
wyzwanie, zastanawiała się, gdzie - nienawidziła tego słowa - cel? Miała
duży krąg przyjaciół, a dla kogoś z zewnątrz mógł się nawet wydawać
urozmaicony. Lecz kiedy człowiek przyjrzał się temu z bliska i przekonał
się, co kryją te jedwabne lub bawełniane sukienki, dochodził do wniosku,
że ci młodzi, wytworni, bogaci, rozpieszczeni ludzie niczym się od
siebie nie różnią. Gdzież jest w tym wszystkim dreszczyk emocji? Tak już
lepiej, pomyślała. Dreszczyk był lepszym słowem niż cel. Nie był
dreszczykiem lot na Arubę, skoro wystarczyło podnieść słuchawkę, by to
zorganizować.
Dwa tygodnie w Paryżu minęły spokojnie, kojąco i... nieciekawie. Może
właśnie w tym tkwiło sedno? Pragnęła czegoś więcej ponad to, co można
kupić, płacąc czekiem lub kartą kredytową. Chciała działać. Znając
siebie, wiedziała, że może być w tym dobra.
Nie miała wcale ochoty wracać do domu, sama, i rozpakowywać bagażu. Nie
miała również chęci na pójście do klubu, w którym spotka same znajome
twarze. Chciała czegoś nowego, czegoś zupełnie innego. Mogłaby wstąpić
do jednego z tych nowych klubów, gdzie zawsze coś się dzieje. Gdyby
zechciała, mogłaby wypić kilka drinków i nawiązać rozmowę. Potem, gdyby
klub się jej spodobał, mogłaby szepnąć, gdzie trzeba, parę słów i uczynić z niego najnowszy i najatrakcyjniejszy lokal na Manhattanie. Nie
dziwił jej fakt, że mogła tego dokonać, ani też nie cieszył. Po prostu
taka była rzeczywistość.
Zahamowała z piskiem hamulców na czerwonym świetle, by mieć czas na
podjęcie decyzji. Miała wrażenie, jakby nic się w jej życiu ostatnio nie
zdarzyło. Nic jej nie podnieciło, nic nie podekscytowało. Była raczej
zdziwiona niż przestraszona, kiedy drzwi z drugiej strony gwałtownie się
otworzyły. Rzuciła okiem na czarną kurtkę z zamkami błyskawicznymi i wąskie okulary znamionujące autostopowicza i pokręciła głową.
- Nie trzymasz się trendów mody - powiedziała.
Doug zerknął przez ramię. Ulica była czysta, ale to nie potrwa długo.
Wskoczył do środka i zatrzasnął drzwi.
- Ruszaj.
- Nie ma mowy. Nie jeżdżę z facetami, którzy noszą ciuchy z zeszłego
roku. Zrób sobie spacer.
Doug wcisnął rękę do kieszeni, wysuwając palec wskazujący tak, aby
wyglądało to na lufę pistoletu.
- Ruszaj - powtórzył.
Spojrzała na kieszeń, a potem ponownie na twarz. W radiu prezenter
zapowiadał godzinę wspomnień z przeszłości. Koncert rozpoczęli Vintage
Stones.
- Jeśli masz broń, chcę ją zobaczyć. W przeciwnym razie spieprzaj.
Akurat musiał wybrać ten samochód... Czemu, u diabła, nie trzęsła się i nie błagała jak każda normalna kobieta?
- Do cholery, wcale nie chcę tego użyć, ale jeśli nie włączysz biegu i nie ruszysz, wpakuję ci kulkę w łeb.
Whitney popatrzyła na własne odbicie w jego okularach.
Mick Jagger domagał się, by ktoś udzielił mu schronienia.
- Bzdura - powiedziała z wykwintną dykcją.
Doug zastanawiał się przez chwilę, czy nie załatwić jej jednym ciosem,
wypchnąć z samochodu i odjechać, ale obejrzał się i znów uświadomił
sobie, że nie pozostało zbyt wiele czasu.
- Słuchaj, panienko, jeśli nie ruszysz, to trzech facetów w czarnym
lincolnie za nami popsuje ci tę śliczną zabawkę.
Popatrzyła we wsteczne lusterko i zobaczyła wielki czarny samochód,
który zbliżał się wolno.
- Mój ojciec miał kiedyś taki - odezwała się. - Nazywałam go samochodem
pogrzebowym.
- Mhm... włącz bieg albo będzie to mój pogrzeb.
Zmarszczyła brwi, obserwując lincolna w lusterku, i nagle zapragnęła
dowiedzieć się, co teraz nastąpi. Wrzuciła pierwszy bieg i śmignęła
przez skrzyżowanie. Lincoln natychmiast ruszył za nimi.
- Oni jadą za nami.
- Jasne, że jadą - burknął Doug. - I jeśli nie dodasz gazu, wejdą na
tylne siedzenie i uścisną nam dłonie.
Głównie z ciekawości wcisnęła pedał gazu i skręciła w Pięćdziesiątą
Siódmą. Lincoln podążył za nimi.
- Oni rzeczywiście jadą za nami - powtórzyła, tym razem uśmiechając się
podekscytowana.
- Czy ta zabawka nie może jechać szybciej?
Przeniosła uśmiech na niego.
- Chyba żartujesz.
Zanim zdążył odpowiedzieć, zmieniła bieg i samochód ruszył jak strzała.
Nie mogła sobie wymarzyć lepszego sposobu na spędzenie wieczoru.
- Myślisz, że mogłabym ich zgubić? - Odwróciła się, wyciągając szyję, by
zobaczyć, czy lincoln nadal za nimi jedzie. - Widziałeś Bullita? Nie
ma oczywiście takich pięknych wzgórz, ale...
- Hej, uważaj!
Whitney spojrzała na drogę przed sobą i gwałtownie skręcając kierownicę,
dosłownie o włos uniknęła zderzenia z wolniej jadącym sedanem.
- Słuchaj - Doug zazgrzytał zębami - cały problem w tym, by zostać przy
życiu. Patrz przed siebie, a ja będę obserwował lincolna.
- Nie musisz się wściekać. - Whitney pokonała następny zakręt. - Wiem,
co robię.
- Patrz, gdzie jedziesz! - Doug szarpnął gwałtownie kierownicę, by
samochód nie uderzył błotnikiem w zaparkowany przy krawężniku pojazd. -
Cholerna idiotka!
- Jeśli będziesz mnie obrażać, to pożegnaj się z dalszą jazdą. -
Zwalniając, podjechała do krawężnika.
- Na litość boską, nie zatrzymuj się!
- Nie będę tolerować zniewag. A teraz...
- Na dół! - Doug pociągnął ją na siedzenie sekundę wcześniej, zanim
tylna szyba zamieniła się w szklaną pajęczynę.
- Mój samochód! - Usiłowała się podnieść, lecz zdołała jedynie wykręcić
głowę, by obejrzeć wyrządzone szkody. - Niech to diabli, nie miał nawet
zadrapania. Mam go dopiero od dwóch miesięcy.
- Będzie miał znacznie więcej niż zadrapanie, jeśli nie dodasz gazu. - W skulonej pozycji Doug skręcił w stronę środka jezdni i spojrzał
ostrożnie przez rozbitą szybę. - Teraz!
Rozwścieczona docisnęła pedał gazu, jadąc na ślepo, podczas gdy Doug
jedną ręką trzymał kierownicę, a drugą przyciskał kobietę do siedzenia.
- Nie mogę w ten sposób prowadzić.
- Z kulą w głowie też nie będziesz mogła.
- Z kulą? - W jej głosie nie było strachu, lecz irytacja. - Oni do nas
strzelali?
- Na pewno nie rzucali kamieniami. - Skręcił tak, że samochód uderzył w krawężnik, biorąc kolejny zakręt. Zdenerwowany, że sam nie może
kontrolować pojazdu, ostrożnie popatrzył w tył. Lincoln nadal jechał za
nimi, ale zyskali kilka sekund. - No dobra, siadaj, tylko powoli i, na
litość, nie zatrzymuj się.
- Jak mam to wszystko wytłumaczyć agencji ubezpieczeniowej? - Whitney
wyprostowała się i usiłowała znaleźć względnie gładkie miejsce w rozbitej szybie. - Nigdy nie uwierzą, że ktoś do mnie strzelał. Już i tak mam zapaskudzone konto. Wiesz, ile płacę?
- Domyślam się ze sposobu, w jaki prowadzisz.
- No, dość już tego. - Zaciskając zęby, Whitney skręciła w lewo.
- To jest ulica jednokierunkowa. - Rozejrzał się bezradnie. - Nie
widziałaś znaku?
- Widziałam - mruknęła i mocniej nacisnęła na gaz. - Ale to jest
najszybsza droga przez miasto.
- O Chryste!
Doug patrzył, jak omiatają ich światła jadących z przeciwka samochodów.
Automatycznie chwycił rączkę przy drzwiach, czekając na zderzenie.
Jeżeli miał umrzeć, pomyślał z czarnym humorem, wolałby zginąć od kuli,
która ładnie i czysto przeszyłaby mu serce, niż zostać rozjechanym na
ulicach Manhattanu.
Ignorując dźwięki klaksonów, Whitney szarpała samochodem to w prawo, to
w lewo. Głupcy i małe zwierzątka, pomyślał Doug, kiedy śmignęli między
dwoma nadjeżdżającymi z przeciwka pojazdami. Bóg opiekuje się głupcami i małymi zwierzątkami. Mógł być tylko wdzięczny, że towarzyszy głupcowi.
- Oni nadal jadą za nami. - Doug obrócił się na siedzeniu, by obserwować
postępy lincolna. Było to łatwiejsze do zniesienia niż patrzenie w przód. Rzucało ich na boki, kiedy manewrowała między samochodami, potem
z siłą, która cisnęła go na drzwi, wzięła następny zakręt. Doug zaklął i chwycił się za chore ramię. Ból dał o sobie znać tępym, nasilającym się
pulsowaniem. - Przestań próbować nas zabić, dobra? Oni wcale nie
potrzebują pomocy.
- Nic, tylko narzekasz - rzuciła w odpowiedzi. - Pozwól, że coś ci
powiem. Wcale nie jesteś zabawnym facetem.
- Staję się ponury, kiedy ktoś usiłuje mnie zabić.
- Spróbuj więc trochę się rozchmurzyć - zaproponowała, biorąc następny
zakręt i ścinając narożnik - bo zaczynasz mnie denerwować.
Przygniotło go do siedzenia. Dlaczego, pomyślał, mając tyle możliwości,
musiał skończyć właśnie w ten sposób - zmiażdżony w mercedesie jakiejś
szalonej kobiety. Mógł przecież pójść z Remem i dać się zabić
Dimitriemu, nawet z pewnym specyficznym rytuałem. Byłaby w tym jakaś
sprawiedliwość.
Znów pędzili Piątą Aleją na południe z prędkością dobrze ponad
dziewięćdziesiąt mil na godzinę. Kiedy przejeżdżali przez kałużę, woda
prysnęła na wysokość okna. Mimo to lincoln był zaledwie pół przecznicy
za nimi.
- Cholera! Nie dają się zgubić.
- Czyżby? - Whitney zacisnęła zęby i spojrzała w lusterko. - No to
patrz!
Zanim Doug zdążył złapać oddech, wykonała gwałtowny obrót o 180 stopni i ruszyła wprost na nadjeżdżającego lincolna. Patrzył, czując coś w rodzaju fascynującego strachu.
- O, Chryste!
Remo, siedzący obok kierowcy, miał podobne odczucie, natomiast kierowca
stchórzył i zjechał w stronę krawężnika. Siłą rozpędu wpadli na chodnik,
a potem z imponującym hukiem wyrżnęli w okno wystawowe Godiva
Chocolatiers. Nie dotykając nawet hamulca, Whitney wykonała ponowny
obrót o 180 stopni i śmignęła w dół Piątej Alei.
Opadając na oparcie fotela, Doug parę razy głęboko odetchnął.
- Kobieto - wydusił z siebie - masz więcej odwagi niż rozumu.
- A ty jesteś mi winien trzy setki za szybę.
Spokojnie już wjechała na podziemny parking z wysokim podjazdem.
- Jasne. - Pomacał w roztargnieniu klatkę piersiową, sprawdzając, czy
jest cała. - Wyślę ci czek.
- Gotówkę. - Po zatrzymaniu się na swoim miejscu Whitney wyłączyła
stacyjkę i wysiadła. - A teraz możesz zanieść mój bagaż na górę. -
Popukała w bagażnik, zanim poszła wolno w kierunku windy. Może kolana
jej drżały, ale niech ją diabli, jeśli się do tego przyzna. - Muszę się
napić.
Doug spojrzał w stronę bramy wjazdowej do garażu i rozważył swoje szanse
na ulicy. Może po godzinie lub dwóch u niej przyjdzie mu do głowy jakiś
dalszy plan działania. A poza tym był jej dłużnikiem. Zaczął wyjmować
bagaż.
- Na tylnym siedzeniu coś jeszcze jest - zauważył.
- Zabiorę to później.
Torbę na długim pasku przewiesił sobie przez ramię, a w ręce wziął dwie
walizy. Od Gucciego, pomyślał z uśmieszkiem. A ona domaga się zwrotu
trzech setek.
Wszedł do windy i upuścił bezceremonialnie dwie walizki na podłogę.
- Byłaś gdzieś?
Whitney przycisnęła guzik z numerem czterdzieści dwa.
- Dwa tygodnie w Paryżu.
- Dwa tygodnie. - Doug popatrzył na trzy toboły. A jeszcze jest tego
więcej. - Podróż z lekkim bagażem, co?
- Podróżuję, jak mi się podoba - powiedziała dumnie. - Byłeś kiedyś w Europie?
Uśmiechnął się i mimo ciemnych okularów uznała ten uśmiech za
pociągający. Miał ładnie wykrojone usta i niezbyt równe zęby.
- Kilka razy.
Patrzyli na siebie w milczeniu. Po raz pierwszy Doug mógł się jej
dokładnie przyjrzeć. Była wyższa, niż się spodziewał, lecz tak naprawdę
nie był pewny, czego się właściwie spodziewał. Włosy miała ukryte pod
białym miękkim kapeluszem, ale to, co się spod niego wymykało, było
takie jasne jak u tego punka, którego zaczepił na ulicy, lecz w piękniejszym odcieniu. Rondo skrywało jej twarz, lecz dostrzegł gładką
cerę koloru kości słoniowej i klasyczne rysy. Oczy miała duże, koloru
whisky, co zauważył już wcześniej. Usta były bezbronne, bez uśmiechu.
Pachniała jak coś delikatnego i słodkiego, coś, czego się chciało
dotknąć w ciemnym pokoju.
Była, jak to zwykł określać, pierwszorzędną babką, choć kryła swe
wypukłości pod prostą sobolową kurtką i jedwabnymi spodniami. Zawsze
wolał kobiety, które mają wszystko na swoim miejscu. I dodatkowo gruby
portfel. Patrzył na nią z przyjemnością.
Whitney sięgnęła obojętnie do torby ze skóry węża i wyjęła klucze.
- Te okulary są śmieszne.
- Ale zdały egzamin - powiedział, zdejmując je. Zaskoczyły ją jego oczy.
Były bardzo jasne, bardzo przejrzyste, koloru zielonego. Jakoś nie
pasowały do całej twarzy, póki nie dostrzegło się, jak są wyraziste i jak uważnie patrzą, jak gdyby wszystko i wszystkich mierzyły.
Do tej pory nie odczuwała niepokoju. W okularach wyglądał głupio i nieszkodliwie. Teraz pojawiło się uczucie skrępowania. Kim on, u diabła,
jest i dlaczego do niego strzelali?
Kiedy drzwi się rozsunęły, Doug pochylił się, żeby wziąć walizki.
Whitney dostrzegła w tym momencie cienki czerwony strumyk spływający
wzdłuż nadgarstka.
- Ty krwawisz.
Doug popatrzył obojętnie na rękę.
- Taaa. W którą stronę?
Wahała się tylko sekundę. Potrafi być równie nonszalancka jak on.
- Na prawo i nie zakrwaw mi walizek.
Omijając go, przekręciła klucz w zamku.
Mimo irytacji i bólu Doug zauważył, że się wspaniale porusza: wolno i lekko, elegancko kołysząc biodrami. Pomyślał, że należy do kobiet
przyzwyczajonych do tego, że chodzą za nią mężczyźni. Podszedł do niej
wolno. Nie patrząc na niego, pchnęła drzwi. Weszła do środka, zapaliła
światło i podążyła prosto do baru. Wyjęła butelkę remy martin i wlała po
sporej porcji do dwóch szklaneczek.
Robi wrażenie, pomyślał Doug, kiedy rozejrzał się po mieszkaniu. Dywan
był tak gruby i miękki, że wystarczyłby za wygodne łóżko. Wiedział na
ten temat dość, by dostrzec w umeblowaniu styl francuski, ale nie tyle,
by zorientować się, jaki to okres. Głęboki szafir i musztardowa żółć
obić równoważyły ostrą biel dywanu. Doug zauważył również kilka antyków,
które z łatwością rozpoznał. Jej romantyczny gust był dla niego tak
oczywisty jak pejzaż Moneta wiszący na ścianie. Cholernie dobra kopia,
ocenił. Gdyby miał czas go zastawić, byłby już w drodze. Jeden rzut oka
na te fantazyjne francuskie drobiazgi pozwalał stwierdzić, że dostałby
za nie bilet pierwszej klasy na samolot, dzięki któremu znalazłby się
daleko stąd. Kłopot w tym, że nie ośmieliłby się wejść do lombardu. Nie
teraz, kiedy Dimitri wypuścił swoje macki.
Nie mógł zrozumieć, dlaczego zainteresowało go umeblowanie, skoro nie
mógł z niego zrobić żadnego użytku. W normalnych warunkach uznałby je za
zbyt babskie i zbyt konwencjonalne. Może po tym męczącym wieczorze
potrzebował komfortu, jedwabnych poduszek i koronek. Whitney przeszła
przez pokój ze szklaneczkami w ręku.
- Możesz ją zabrać do łazienki - powiedziała, podając mu jedną. Niedbale
rzuciła futro na oparcie kanapy. - Rzucę okiem na to ramię.
Doug patrzył spode łba, jak odchodzi. Kobiety zwykle zadają pytania
tuzinami. Może ta nie miała na to dość rozumu.
Niechętnie poszedł za nią i za smugą jej zapachu. Jednak ma klasę,
pomyślał. Nie da się temu zaprzeczyć.
- Zdejmij kurtkę i usiądź - rozkazała, mocząc w wodzie myjkę z monogramem.
Doug ściągnął kurtkę, zaciskając zęby z bólu.
Po ostrożnym zgięciu i oparciu ręki na brzegu wanny usiadł na krześle z wysokim oparciem, które ktoś inny postawiłby w salonie. Zobaczył, że
rękaw koszuli przykleił się do rany. Klnąc, zdarł go z ręki.
- Sam mogę to zrobić - mruknął i sięgnął po myjkę.
- Siedź spokojnie. - Whitney zaczęła zmywać zaschniętą krew ściereczką
zmoczoną w ciepłej wodzie. - Nie zobaczę, jak duża jest rana, dopóki jej
nie oczyszczę.
Cofnął się na oparcie krzesła. Woda działała kojąco, a dotyk kobiety był
delikatny. Siedział w milczeniu i przyglądał się jej. Co to za jedna?
Prowadzi samochód jak szaleniec pozbawiony nerwów, ubiera się jak z "Harper's Bazaar" i pije - zauważył, że zdążyła już wypić swój koniak -
jak marynarz. Czułby się lepiej, gdyby okazała choć odrobinę histerii.
- Nie chcesz wiedzieć, skąd to mam?
- Hmmmm. - Whitney przyłożyła czystą ściereczkę do rany, by zahamować
krwawienie. Ponieważ to on chciał, by o to zapytała, postanowiła tego
nie robić.
- Od kuli - powiedział z satysfakcją Doug.
- Naprawdę? - Zaciekawiona zdjęła ściereczkę, by się lepiej przyjrzeć. -
Nigdy jeszcze nie widziałam rany postrzałowej.
- To świetnie. - Pociągnął spory łyk koniaku. - Jak ci się podoba?
Wzruszyła ramionami i odsunęła oszklone drzwiczki szafki z lekarstwami.
- Nie robi wielkiego wrażenia.
Popatrzył na ranę ze zmarszczonymi brwiami. Rzeczywiście, kula go tylko
drasnęła, ale to nie zmieniało faktu, że strzelano do niego. Nie co
dzień strzelają do człowieka.
- To boli.
- Zabandażujemy ją. Draśnięcia zwykle mniej bolą, kiedy się na nie nie
patrzy.
Przyglądał się, jak grzebie wśród słoików z kremami do twarzy i olejków
do kąpieli.
- Sprytnie powiedziane, panienko.
- Whitney - poprawiła. - Whitney MacAllister.
Odwracając się, wyciągnęła do niego rękę.
- Lord, Doug Lord. - Uśmiechnął się.
- Miło mi. Teraz, kiedy doprowadziłam to do porządku, musimy porozmawiać
o szkodach w moim samochodzie i o pieniądzach. - Odwróciła się do
szafki. - Trzysta dolarów.
Pociągnął następny łyk koniaku.
- Skąd wiesz, że to będzie kosztowało trzysta dolarów?
- Podałam ci najniższą cenę. W mercedesie nie wymienisz świecy za mniej
niż trzy setki.
- Będę ci winny. Wydałem ostatnio dwie setki na kurtkę.
- Na tę kurtkę? - Zdziwiona odwróciła głowę i popatrzyła na niego. -
Wyglądasz na sprytniejszego.
- Potrzebowałem jej - odparował Doug. - Poza tym to skóra.
Tym razem wybuchnęła śmiechem.
- Skoro tak nazywasz mistrzowską imitację.
- Co znaczy imitację?
- Ta tandeta z suwakami nawet nie leżała koło skóry. Aha, tu jest.
Wiedziałam, że gdzieś mam trochę.
Z usatysfakcjonowaną miną wyjęła z szafki butelkę.
- To mały sukinsyn - mruknął Doug. Nie miał czasu dokładniej przyjrzeć
się kurtce. Teraz, w jasnym świetle łazienki, zobaczył, że to nic więcej
tylko tani winyl. Za dwieście dolarów! Nagły palący ból w ramieniu
obudził go z zamyślenia. - Do diabła! Co ty robisz?
- Jodynuję ranę - odpowiedziała Whitney, smarując delikatnie chore
miejsce.
Zmarszczył brwi.
- To piecze.
- Nie bądź dzieckiem. - Sprawnie owinęła gazą ramię. Odcięła kawałek
plastra i zabezpieczyła nim bandaż. - Zrobione - powiedziała, zadowolona
ze swego dzieła. - Będzie jak nowe. - Nadal pochylona podniosła głowę i uśmiechnęła się do niego. Ich twarze znalazły się blisko siebie, jej
cała radosna, jego - skrzywiona z bólu. - A teraz wróćmy do sprawy
samochodu...
- A może jestem mordercą, gwałcicielem, psychopatą - powiedział wolno,
niebezpiecznie zniżając głos.
Poczuła drżenie wzdłuż kręgosłupa i wyprostowała się.
- Nie sądzę. - Ale chwyciła pustą szklaneczkę i wróciła do salonu. -
Jeszcze drinka?
Cholera, odważna dziewczyna. Doug złapał kurtkę i poszedł za nią.
- Nie chcesz wiedzieć, dlaczego mnie śledzili?
- Ci źli faceci?
- Ci... źli faceci - powtórzył ze śmiechem.
- Dobrzy faceci nie strzelają do niewinnych ludzi. - Nalała sobie
kolejnego drinka i usiadła na kanapie. - Tak więc w drodze eliminacji
doszłam do wniosku, że jesteś dobrym facetem.
Ponownie się roześmiał i usiadł obok niej.
- Niektórzy byliby przeciwnego zdania - powiedział.
Whitney popatrzyła na niego znad szklanki. Nie, przymiotnik "dobry" jest
zbyt jednoznacznym określeniem. Wyglądał na bardziej skomplikowanego.
- No więc czemu nie powiesz mi, dlaczego tych trzech mężczyzn chciało
cię zabić?
- Po prostu wykonują swoją robotę. - Doug pociągnął łyk ze szklaneczki.
- Pracują dla człowieka nazwiskiem Dimitri. On chce czegoś, co ja mam.
- To znaczy?
- Wskazówek, jak znaleźć worek złota - powiedział mgliście.
Wstał i zaczął chodzić po pokoju. Niecałe dwadzieścia dolarów i nieważna
karta kredytowa. Nikt nie kupi za to wyjazdu z kraju. To, co miał ukryte
w kopercie, warte było fortunę, ale najpierw musi kupić bilet. Mógłby
pokazać portfel na lotnisku. A jeszcze lepiej, gdyby spróbował popędzić
do samolotu, machając fałszywą legitymacją wywiadowczą, i zagrać rolę
twardego, niecierpliwego agenta FBI. W Miami to poskutkowało. Lecz tym
razem czuł, że mu się nie uda. Nauczył się polegać na swoim instynkcie.
- Potrzebuję forsy - mruknął. - Kilka setek... może tysiąc.
Odwrócił się w zamyśleniu i popatrzył na Whitney.
- Nie ma mowy - padła prosta odpowiedź. - Już jesteś mi winien trzysta
dolarów.
- Dostaniesz je - warknął. - Do diabła, za pół roku kupię ci cały
samochód. Spójrz na to jak na inwestycję.
- Mój makler się tym zajmuje.
Pociągnęła łyk i uśmiechnęła się. Był bardzo atrakcyjny, kiedy tak się
denerwował i niecierpliwił. Obnażone ramię było umięśnione, a jednocześnie delikatne i szczupłe. Oczy płonęły zapałem.
- Posłuchaj, Whitney. - Wrócił i usiadł na brzegu kanapy. - Tysiąc. To
nic po tym, cośmy razem przeszli.
- To siedemset dolarów więcej niż to, co już mi jesteś winien -
poprawiła.
- Za sześć miesięcy dostaniesz dwa razy tyle. Muszę kupić bilet na
samolot, parę rzeczy... - Popatrzył na siebie, a potem uśmiechnął się do
niej chytrze. - Na przykład nową koszulę.
Spryciarz, pomyślała zaintrygowana. Co on rozumiał przez ten worek
złota?
- Muszę wiedzieć coś więcej, zanim wyłożę pieniądze.
Potrafił czarować kobiety. Ufnie więc wziął jej rękę i gładził kciukiem
wnętrze dłoni. Głos miał łagodny, zniewalający.
- Skarb, o którym mogłaś czytać jedynie w bajkach. Obsypię ci włosy
brylantami. Wielkimi, migoczącymi brylantami. Będziesz wyglądać jak
księżniczka. - Podniósł rękę i dotknął palcem jej policzka. Był
delikatny, chłodny. Na moment, tylko na moment, stracił wątek swej
opowieści. - Jak królewna z bajki.
Wolno zdjął jej kapelusz z głowy i patrzył w zachwycie, jak włosy
opadają na ramiona i plecy. Blade jak zimowe słońce, delikatne jak
jedwab.
- Brylanty - powtórzył, przeplatając je między palcami. - Takie włosy
powinny stroić brylanty.
Czuła, że jego urok zaczyna na nią działać. Jakaś jej część uwierzyłaby
we wszystko, co mówił, zrobiłaby wszystko, o co poprosi, dopóki dotykał
jej w taki sposób. Ale istniała jeszcze druga część, mocno stojąca na
ziemi, która zwyciężyła.
- Lubię brylanty. Ale znam wielu ludzi, którzy za nie zapłacili, a potem
okazało się, że są to tylko piękne szkiełka. Gwarancje, Douglas. - Żeby
się opanować, pociągnęła łyk koniaku. - Zawsze żądam gwarancji, jakiegoś
zabezpieczenia.
Wstał rozczarowany. Wyglądała na kogoś, kogo można łatwo pokonać, ale
była równie twarda jak oni.
- Nic nie powstrzyma mnie od zdobycia forsy. - Porwał z kanapy jej
torebkę i wyciągnął w jej stronę. - Albo za chwilę wyjdę, albo zawrzemy
umowę.
Wyszarpnęła mu torebkę z ręki.
- Nie zawrę żadnej umowy, dopóki nie poznam wszystkich warunków. Masz
cholernie dużo tupetu, by mi grozić po tym, jak ocaliłam ci życie.
- Ocaliłaś mi życie?! - wybuchnął Doug. - Omal mnie nie zabiłaś ze sto
tysięcy razy!
Podniosła wysoko głowę. Jej głos nabrał królewskich i wyniosłych tonów.
- Gdybym nie przechytrzyła tych mężczyzn, uszkadzając przy tym samochód,
pływałbyś w tej chwili w East River.
Obraz był zbyt bliski prawdy.
- Oglądasz zbyt dużo filmów gangsterskich - mruknął.
- Chcę wiedzieć, co masz i dokąd się wybierasz.
- Mam układankę, kawałki układanki, i wybieram się na Madagaskar.
- Madagaskar? - Zaintrygowana pomyślała chwilę. Upał, gorące noce,
egzotyczne ptaki, przygoda. - Co za układanka? Jaki skarb?
- To moja sprawa. - Uważając na ramię, wsunął ponownie kurtkę.
- Chcę go zobaczyć.
- Nie możesz go zobaczyć, bo jest na Madagaskarze.
Wyciągnął papierosa, myśląc intensywnie. Mógłby powiedzieć jej tyle, by
ją zainteresować, lecz nie tyle, by zwalić sobie na głowę kłopoty.
Wydmuchując dym, rozejrzał się po pokoju.
- Wygląda, że znasz się trochę na Francji.
Jej oczy zwęziły się.
- Dość, by zamówić ślimaki i dom perignon.
- Zapewne. - Wziął do ręki pokrytą masą perłową tabakierkę, stojącą na
stylowej szafce. - Powiedzmy, że to, czego szukam, ma francuski akcent,
starofrancuski akcent.
Zagryzła dolną wargę. Był to jakiś znak. Mała tabakierka, którą
przerzucał z ręki do ręki, miała dwieście lat i była częścią ogromnej
kolekcji.
- Jak stary?
- Kilka wieków. Słuchaj, złotko, mogłabyś mnie wesprzeć. - Odstawił na
miejsce pudełeczko i wrócił do niej. - Potraktuj to jako kulturalną
inwestycję. Dasz mi gotówkę, a ja ci przywiozę parę świecidełek.
Dwieście lat oznacza rewolucję francuską. Maria Antonina i Ludwik.
Bogactwo, upadek i intryga. Uśmiech rozjaśnił jej twarz. Historia zawsze
ją fascynowała, a szczególnie historia Francji z jej władcami, dworskimi
politykami, filozofami i artystami. Jeśli naprawdę coś miał - a wyraz
jego oczu wskazywał na to, że ma - dlaczego nie mogłaby mieć w tym
swojego udziału? Poszukiwanie skarbu na pewno było zabawniejsze od
popołudnia u Sotheby'ego.
- Powiedzmy, że jestem tym zainteresowana - odezwała się po rozważeniu
wszystkich za i przeciw. - Jakiego rodzaju wkład będzie konieczny?
Pokazał zęby w uśmiechu. Nie sądził, że połknie haczyk tak szybko.
- Kilka tysięcy.
- Nie miałam na myśli pieniędzy. - Whitney zbyła ten temat w sposób, w jaki mógł to uczynić tylko człowiek bogaty. - Chodzi mi o to, jak się do
tego zabierzemy.
- My? - Już się nie uśmiechał. - Nie istnieje słowo "my".
Przyjrzała się z uwagą swoim paznokciom.
- Nie ma słowa "my", nie ma pieniędzy. - Cofnęła się na oparcie kanapy,
rozkładając ramiona. - Nigdy nie byłam na Madagaskarze.
- Więc zadzwoń do biura podróży, złotko. Pracuję w pojedynkę.
- To źle. - Odrzuciła włosy i uśmiechnęła się. - No cóż, było mi
przyjemnie. A więc musisz mi zapłacić za szkody...
- Nie ma czasu na... - Przerwał, bo ucho wyłowiło cichy dźwięk za
plecami. Obracając się, zobaczył, że gałka u drzwi przesunęła się wolno
w prawo, a następnie w lewo. Uniósł w górę rękę, sygnalizując ciszę. -
Schowaj się za kanapę - szepnął, jednocześnie omiatając wzrokiem pokój w poszukiwaniu czegoś ciężkiego. - Siedź tam i ani mru-mru.
Whitney już miała zaprotestować, kiedy usłyszała cichy zgrzyt gałki.
Zobaczyła, że Doug podnosi ciężką porcelanową wazę.
- Na dół! - syknął, gasząc światło.
Postanowiła go posłuchać. Przykucnęła za kanapą i czekała.
Doug stanął przy drzwiach, obserwując, jak wolno i cicho się otwierają.
Trzymał wazę oburącz, myśląc, że chciałby wiedzieć, z iloma
przeciwnikami przyjdzie mu się zmierzyć. Zaczekał, aż pierwszy cień
znajdzie się w środku, i z całej siły wyrżnął wazą w głowę osobnika.
Rozległ się trzask, potem kwik, a następnie łoskot padającego ciała.
Whitney usłyszała jeszcze te trzy dźwięki, po czym rozpętała się burza.
Rozległo się szuranie stóp, kolejny brzęk szkła - miśnieński serwis do
herbaty, jeśli sądzić z kierunku - potem ktoś zaklął. Kolejny brzęk
szkła i stłumiony strzał. Broń z tłumikiem, pomyślała. Słyszała ten
dźwięk w wielu filmach kryminalnych. I szyba - odwracając głowę,
zobaczyła dziurę w dużym oknie z tyłu za nią.
Gospodarz nie będzie z tego zadowolony, pomyślała. I tak była już na
czarnej liście od czasu ostatniego przyjęcia, które wymknęło się jej
spod kontroli. Cholera, Douglas Lord sprowadza na nią mnóstwo kłopotów.
Ten skarb - ściągnęła brwi - lepiej, żeby był tego wart.
Nagle wszystko ucichło. W tej ciszy usłyszała czyjś oddech.
Doug przywarł do ciemnego rogu, trzymając w ręku czterdziestkępiątkę.
Pozostał jeszcze jeden, ale przynajmniej miał teraz broń. Nienawidził
broni. Ten, kto jej używa, zwykle marnie kończy, znalazłszy się po
niewłaściwej stronie lufy.
Stał na tyle blisko drzwi, by móc się przez nie prześlizgnąć i wymknąć
nie zauważony. Gdyby nie ta kobieta za kanapą i świadomość, że on ją w to wpakował, zapewne tak by postąpił. Fakt, że nie może, spowodował, że
był na nią wściekły. Mógłby zabić człowieka, żeby się wydostać. Już mu
się to zdarzyło i wiedział, że zrobiłby to jeszcze raz, gdyby musiał.
Ale o tym epizodzie w jego życiu zawsze myślał z poczuciem winy.
Dotknął bandaża na ramieniu i poczuł, że jest wilgotny. Do diabła, nie
będzie tak stał i czekał, aż się wykrwawi na śmierć. Poruszając się
bezszelestnie, zaczął iść wzdłuż ściany.
Whitney zakryła dla pewności usta ręką, kiedy zobaczyła, że jakiś cień
przykucnął przy brzegu kanapy. To nie był Doug - spostrzegła, że ma
dłuższą szyję i krótsze włosy. Po chwili uchwyciła ruch po lewej. Cień
zwrócił się w tym kierunku. Zanim miała czas pomyśleć, co robi,
ściągnęła but. Trzymając dobrą włoską skórę w ręce, wycelowała
trzycalowym obcasem w głowę cienia i z siłą, jaką była w stanie z siebie
wykrzesać, uderzyła.
Rozległ się kwik, a potem głuchy łomot. Zaskoczona swoim czynem,
podniosła w triumfie but.
- Trafiłam go!
- Słodki Jezu - mruknął Doug, śmigając przez pokój, łapiąc ją za rękę i ciągnąc za sobą.
- Załatwiłam go na cacy - powiedziała, kiedy pędzili w kierunku schodów.
- Tym. - Pomachała zniszczonym butem tkwiącym między jego i jej ręką. -
Jak oni nas znaleźli?
- To Dimitri. Wytropił twoje mieszkanie - wyjaśnił, wściekły na siebie,
że tego nie przewidział. Pędząc w dół po schodach, zaczął opracowywać
nowy plan.
- Tak szybko? - Zaśmiała się krótko. Adrenalina zaczęła działać. - Czy
ten Dimitri to człowiek, czy czarodziej?
- To człowiek, który ma w garści innych ludzi. Może podnieść słuchawkę
telefonu i mieć numer twojej karty kredytowej i numer buta w ciągu pół
godziny.
To mógł również jej ojciec. To był biznes, a ona rozumiała biznes.
- Słuchaj, nie mogę biec jak kuternoga, daj mi kilka sekund. -
Wyszarpnęła dłoń z jego ręki i włożyła but. - Co teraz zrobimy?
- Musimy się dostać do garażu.
- Przez czterdzieści dwa piętra?
- Windy nie mają tylnych drzwi - powiedział, po czym ponownie złapał ją
za rękę i zaczął pędzić w dół po schodach. - Nie chcę wychodzić wprost
na twój samochód. Prawdopodobnie zostawili kogoś przy nim, na wypadek
gdybyśmy doszli aż tam.
- Więc dlaczego idziemy do garażu?
- Bo potrzebny jest nam jakiś samochód. Muszę się dostać na lotnisko.
Whitney przerzuciła przez głowę pasek torebki, by móc trzymać się
poręczy podczas biegu.
- Masz zamiar go ukraść?
- Właśnie. Podrzucę cię do hotelu, zarejestruję pod jakimś nazwiskiem, a potem...
- O nie. - Przerwała, stwierdzając z ulgą, że minęli dwudzieste piętro.
- Nie porzucisz mnie w żadnym hotelu. Szyba w samochodzie: trzysta.
Szyba w oknie: tysiąc dwieście. Drezdeńska waza z 1865 roku: dwa
dwieście siedemdziesiąt pięć. - Złapała torebkę i wygrzebała z niej
notatnik, nie zwalniając biegu. Kiedy złapała oddech, zaczęła liczyć. -
Mam zamiar wszystko odzyskać.
- Odzyskasz - powiedział ponuro. - A teraz oszczędzaj oddech.
Poszła za jego radą i zaczęła opracowywać własny plan.
Tymczasem dotarli do garażu. Miała jedynie tyle siły, by oprzeć się bez
tchu o ścianę, gdy tymczasem on zajrzał do środka przez szparę w drzwiach.
- W porządku, najbliżej stoi porsche. Wyjdę pierwszy. Kiedy będę już w samochodzie, ty wyjdziesz. I nie wystawiaj głowy.
Wyciągnął ponownie pistolet z kieszeni. Pochwyciła jego spojrzenie.
Czyżby w jego oczach dostrzegła wstręt? Dlaczego miałby patrzeć na broń
jak na coś paskudnego? Pomyślała, że powinna ona pasować do niego jak do
kogoś, kto jest bywalcem podejrzanych barów i zadymionych pokoi
hotelowych. Ale wcale tak nie było. Nie wyglądał z nią dobrze. W tym
momencie Doug podszedł do samochodu.
Kim naprawdę był Doug Lord? Zbirem, oszustem, ofiarą? Ponieważ wyczuła
instynktownie, że był wszystkim naraz, zafascynowało ją to i postanowiła
dowiedzieć się czegoś więcej.
Nisko pochylony, wyjął coś, co wyglądało jak scyzoryk. Obserwowała, jak
manipuluje przez chwilę przy zamku, a potem cicho otwiera drzwi od
strony pasażera. Kimkolwiek jest, pomyślała, jest dobry w rozwalaniu i dostawaniu się do środka. Zostawiając ten problem na później, podkradła
się do samochodu. Siedział już na miejscu kierowcy i majstrował przy
przewodach.
- Cholerne zagraniczne wozy - mruknął. - Gdyby to był chevrolet...
Whitney usłyszała z zachwytem, jak silnik budzi się do życia.
- Mógłbyś mnie tego nauczyć? - zapytała.
Doug zerknął na nią z ukosa.
- Tylko się trzymaj. Tym razem ja prowadzę. - Cofając samochód, ruszył z miejsca. Kiedy znaleźli się przy wyjeździe z garażu, licznik wskazywał
czterdzieści mil na godzinę. - Masz jakiś ulubiony hotel?
- Nie pojadę do hotelu. Nie pozwolę ci zniknąć mi z oczu, dopóki
wszystkiego nie uregulujesz. Tam, gdzie ty pojedziesz, pojadę i ja.
- Słuchaj, nie wiem, ile mam czasu - powiedział spoglądając we wsteczne
lusterko.
- To, czego naprawdę nie masz, to pieniędzy - przypomniała mu. Trzymała
na kolanach notes i zaczęła zapisywać wszystkie wydatki. - Teraz jesteś
mi winien za szybę w samochodzie, za antyczną wazę z porcelany, za
miśnieński serwis do herbaty... tysiąc sto pięćdziesiąt... i szyba w oknie... pewnie więcej.
- Więc kolejny tysiąc nie zrobi różnicy.
- Kolejny tysiąc zawsze robi różnicę. Twój kredyt obowiązuje tylko
wtedy, kiedy mam cię na oku. Jeśli chcesz bilet na samolot, musisz
przyjąć wspólnika.
- Wspólnika? - Popatrzył na nią, zastanawiając się, dlaczego po prostu
nie zabierze jej torebki i nie wypchnie z samochodu. - Nigdy nie biorę
wspólników.
- Tym razem będziesz musiał. Fifty-fifty.
- Mam klucz do zagadki. - Tak naprawdę to miał same znaki zapytania, ale
nie będzie się przecież przejmował szczegółami.
- Ale nie masz gotówki.
Skręcił we Franklin Delano Roosevelt Drive. Nie, do cholery, nie miał
gotówki i bardzo jej potrzebował. Tak więc ta kobieta też była mu
niezbędna. Kiedy będą już kilka tysięcy mil od Nowego Jorku, omówi z nią
warunki.
- Okay. Ile masz przy sobie forsy?
- Kilka setek.
- Setek? Cholera! - Utrzymywał teraz stałą prędkość pięćdziesięciu
pięciu mil na godzinę. Nie mógł pozwolić sobie na żadne przystanki. - Z tym nie dolecimy dalej jak do New Jersey.
- Nie lubię nosić przy sobie dużo pieniędzy.
- Wspaniale. Mam papiery warte miliony, a ty chcesz się wkupić dwoma
setkami.
- Dwie setki plus pięć tysięcy, które jesteś mi winien. I... - sięgnęła
do torebki - mam jeszcze to. - Szczerząc zęby w uśmiechu, pokazała złotą
kartę American Express. - Nigdy się z nią nie rozstaję.
Doug patrzył na nią przez chwilę, a potem wybuchnął śmiechem. Może
jednak była warta wszystkich kłopotów, jakich mu przysparzała.
Ręka, która sięgnęła po słuchawkę, była pulchna i bardzo biała.
Paznokcie wypolerowane i schludnie obcięte. Białe mankiety koszuli
spinały kwadratowe szafiry. Słuchawka dorównywała ręce bielą, czystością
i chłodem. W miejscu małego palca, który się wokół niej zacisnął,
widniał mały, zabliźniony kikut.
- Dimitri.
Głos miał poetyckie brzmienie. Słysząc go, Remo zaczął się pocić ze
strachu. Wyciągnął papierosa i powiedział szybko, zanim go zapalił:
- Wymknęli nam się.
Martwa cisza. Dimitri wiedział, że była groźniejsza od tysiąca gróźb.
Przeczekał pięć sekund, dziesięć.
- Trzech mężczyzn przeciw jednemu i kobiecie? Cóż za niedołęstwo.
Remo rozluźnił krawat, by móc oddychać.
- Ukradli porsche. Jedziemy teraz za nimi na lotnisko. Nie uciekną
daleko, panie Dimitri.
- Nie, nie uciekną daleko. Mam do wykonania kilka telefonów, kilka...
guzików do naciśnięcia. Spotkamy się za parę dni.
Remo otarł ręką usta, czując wielką ulgę.
- Gdzie?
Rozległ się cichy, daleki śmiech. Uczucie ulgi ulotniło się.
- Znajdź Lorda, Remo, a ja znajdę ciebie.
Rozdział 2
2
Ramię było sztywne. Kiedy przewrócił się na drugi bok, jęknął z bólu i bezwiednie złapał za bandaż. Twarz miał wciśniętą w miękką poduszkę w lnianej powłoczce, która nie wydzielała żadnego zapachu. Leżał na
ciepłym i gładkim prześcieradle. Ostrożnie zginając lewe ramię,
przekręcił się na plecy.
Pokój tonął w ciemności, sądził więc, że jest jeszcze noc, dopóki nie
spojrzał na zegarek. Dziewiąta piętnaście. Cholera! Przetarł ręką twarz
i usiadł na łóżku.
Powinien już być w samolocie, w połowie drogi nad Ocean Indyjski,
zamiast wylegiwać się w hotelu w Waszyngtonie. Nudny, dziwaczny pokój
hotelowy, pamiętał, że tak sobie pomyślał o schludnym, pokrytym
czerwonym dywanem pomieszczeniu. Przyjechali o pierwszej dziesięć i nie
mógł nawet dostać drinka. Może politykom podoba się w Waszyngtonie, on
woli Nowy Jork.
Pierwszym problemem było to, że Whitney pilnowała kasy, nie
pozostawiając mu żadnego wyboru. Następny problem to to, że miała rację.
On myślał jedynie o wydostaniu się z Nowego Jorku, a ona myślała o takich szczegółach jak paszporty.
Ma więc znajomości w Waszyngtonie, pomyślał. Jeżeli znajomości mogły
załatwić papierkową robotę, to jak najbardziej był za. Rozejrzał się po
pokoju, który był tylko trochę większy od schowka na szczotki. Zapewne
policzy mu i za ten pokój, pomyślał, patrząc na drzwi do drugiego
pomieszczenia. Whitney MacAllister miała umysł dyplomowanej księgowej i twarz...
Z półuśmiechem na ustach pokręcił głową i położył się z powrotem na
łóżku. Lepiej trzymać myśli z dala od jej twarzy i innych powabów. Na
razie potrzebował tylko pieniędzy tej kobiety. Inne sprawy muszą
poczekać. Gdy dostanie to, o co mu chodzi, będzie mógł mieć dziewczyny
na pęczki.
Obraz był tak miły, że wywołał uśmiech na jego twarzy. Blondynki,
brunetki, rude, pulchne, szczupłe, niskie i wysokie. Nie było sensu
żadnych dyskryminować. Postanowił, że będzie bardzo hojny. Ale najpierw
musi dostać ten cholerny paszport i wizę. Skrzywił się. Przeklęte
biurokratyczne bzdury. Miał dostęp do skarbu, który na niego czekał,
zawodowego mordercę depczącego mu po piętach i szaloną babę w pokoju
obok, która nie kupiłaby mu nawet jednego papierosa bez zanotowania tego
w małym notesiku, który trzymała w torebce ze skóry węża za dwieście
dolarów.
Myśl ta pobudziła go do sięgnięcia po paczkę papierosów leżącą na nocnym
stoliku. Nie mógł zrozumieć takiego postępowania. Kiedy miał pieniądze,
hojnie nimi szafował. Może zbyt hojnie, pomyślał z uśmiechem na ustach.
Pieniądze nigdy się go długo nie trzymały.
Hojność była częścią jego charakteru. Miał słabość do kobiet, zwłaszcza
do tych małych o wydatnych wargach i wielkich oczach. Nieważne, jak
długo był z którąś z nich, kiedy pojawiała się następna - natychmiast
tracił dla niej głowę. Sześć miesięcy temu mała kelnereczka imieniem
Cindy podarowała mu dwie niezapomniane noce i wyciskającą z oczu
historię o chorej matce w Columbus. W końcu rozstał się z nią i...
pięcioma kawałkami. Zawsze dawał się nabierać na wielkie oczy.
Ale teraz będzie inaczej, postanowił. Kiedy już raz położy łapę na tym
worku złota, będzie się go trzymać. Tym razem kupi sobie wielką, okazałą
willę na Martynice i zacznie żyć tak, jak zawsze marzył. I będzie
szczodry dla służących. Dość się nasprzątał u bogatych, by wiedzieć, jak
nieczuli i niedbali potrafią być w stosunku do służby. Oczywiście
sprzątał po nich, dopóki ich nie oskubał, lecz to niczego nie zmieniało.
Jednak to nie praca dla bogatych wywołała u niego zamiłowanie do drogich
rzeczy. On się z tym po prostu urodził. Natomiast nie urodził się z pieniędzmi. A potem pomyślał, że lepiej, że się urodził z inteligencją.
Dzięki inteligencji i pewnym talentom można mieć, co się chce - lub
potrzebuje - od ludzi, którzy nie dostrzegają oszustwa. Ta praca
sprawia, że adrenalina krąży po organizmie. Jej wynikiem są pieniądze,
które pozwalają się zrelaksować aż do następnego razu.
Wiedział, jak wszystko zaplanować, jak spiskować, jak intrygować.
Wiedział również, jaką wartość mają przygotowania. Spędził pół nocy na
studiowaniu każdego skrawka informacji, który mógł odcyfrować z materiałów zawartych w kopercie. To była układanka, ale miał już
wszystkie kawałki. Teraz potrzebny mu był czas, by złożyć je do kupy.
Staranne tłumaczenie, które przeczytał, mogło być dla jednych ładną
opowieścią, a dla innych lekcją historii o arystokratach, starających
się przemycić swoje klejnoty i swoje cenne osoby poza obszar rozdartej
rewolucją Francji. Czytał słowa przepełnione strachem, zmieszaniem i rozpaczą. Ze świetnie zabezpieczonych rękopisów emanowała rozpacz, którą
czuł, mimo że nie rozumiał słów. Ale również były tam słowa opisujące
intrygi, królewską władzę i bogactwo. Maria Antonina. Robespierre.
Naszyjniki o egzotycznych nazwach, ukryte wśród cegieł lub w wozach
załadowanych kartoflami. Gilotyna, desperackie ucieczki przez kanał do
Anglii. Piękne opowieści wtopione w historię i zabarwione krwią. Ale
brylanty, szmaragdy i rubiny wielkości kurzych jaj były również
prawdziwe. Niektóre z nich nigdy nie ujrzały światła dziennego.
Niektórych użyto, by kupić za nie życie, jedzenie lub milczenie. Inne
przepłynęły oceany. Doug wyrywał supełki z bandaża i uśmiechał się.
Ocean Indyjski - handlowy szlak kupców i piratów. A na wybrzeżu
Madagaskaru, ukryty przez wieki, strzeżony dla królowej, leżał cel jego
marzeń. Znajdzie go z pomocą pamiętnika młodej dziewczyny i rozpaczy
ojca. Kiedy tego dokona, nie obejrzy się wstecz.
Biedne dziecko, pomyślał, wyobrażając sobie młodą Francuzkę, która
przelewała na papier swoje uczucia dwieście lat temu. Czy tłumaczenie,
które czytał, oddawało w pełni to, o czym pisała? Gdyby tylko znał
francuski... Wzruszył ramionami i przypomniał sobie, że ona już dawno
nie żyje, więc nie ma się czym martwic. Ale była przecież dzieckiem,
przerażonym i zdesperowanym.
Dlaczego oni nas nienawidzą? - pisała. - Dlaczego patrzą na nas z taką nienawiścią? Tatuś mówi, że musimy opuścić Paryż, a ja wiem, że
nigdy już nie zobaczę mojego domu.
I nigdy go nie zobaczyła, pomyślał Doug, bo wojna i polityka widzą tylko
wielkie cele, a małego człowieka niszczą. Francja w czasie rewolucji czy
wilgotne piekło dżungli w Wietnamie. To się nigdy nie zmienia. Dobrze
wiedział, co znaczy czuć się bezradnym. Nie chciał przeżyć tego
ponownie.
Przeciągnął się i pomyślał o Whitney.
Na dobre czy złe, zawarł z nią układ. Nigdy nie wchodził w interes,
jeśli nie był pewny, że sobie z nim poradzi. Jednak to drażni, kiedy się
zależy od jej pieniędzy.
Dimitri wynajął go, by ukradł papiery, ponieważ jest w tym dobry,
pomyślał nie bez dumy, zaciągając się papierosem. W przeciwieństwie do
tej zgrai Dimitriego, nigdy nie uważał, że broń może zastąpić rozum.
Zawsze wolał polegać na tym drugim. Wiedział, iż to jego reputacja
cichego i zwinnego fachowca sprawiła, że Dimitri zlecił mu wydostanie z sejfu, znajdującego się w ekskluzywnym domu towarowym przy Park Avenue,
grubej koperty.
Robota to robota, jeśli taki facet jak Dimitri chce zapłacić pięć
tysięcy za paczkę papierów, z których większość jest spłowiała i w obcym
języku, to on nie będzie się sprzeczał. Poza tym miał kilka długów do
uregulowania.
Musiał pokonać dwa wymyślne systemy alarmowe i ominąć czterech
strażników, zanim rozbił mały klejnocik ściennego sejfu, gdzie schowana
była koperta. Umiał się obchodzić z zamkami i alarmami. To jest dar.
Człowiek nie powinien marnować talentów otrzymanych od Boga.
Chciał to rozegrać uczciwie. Nie wziął nic prócz papierów, chociaż była
tam również bardzo interesująco wyglądająca czarna teczka. Nigdy nie
przypuszczał, że przeczytanie ich będzie czymś więcej niż tylko ochroną
własnych interesów. Nigdy się nie spodziewał, że zafascynuje go przekład
listów, dziennika czy dokumentów sprzed dwustu lat. Może to zamiłowanie
do dobrej opowieści, szacunek dla słowa pisanego poruszyły jego
wyobraźnię, kiedy przeglądał papiery. Lecz zafascynowanie
zafascynowaniem, a interes interesem - papiery powinny zostać
przekazane.
Wszedł do sklepu i kupił przylepiec. Przyklejenie koperty do piersi było
jedynie środkiem ostrożności. W Nowym Jorku, jak w każdym mieście, roi
się od nieuczciwych ludzi. Oczywiście zjawił się w parku we Wschodniej
Dzielnicy godzinę wcześniej i ukrył się. Człowiek żyje dłużej, jeśli
pilnuje swojego tyłka.
Kiedy tak siedział w krzakach, w deszczu, zaczął rozmyślać o tym, co
przeczytał - o korespondencji, dokumentach i o sporej liście drogich
kamieni i klejnotów. Ten, kto zebrał te informacje i przetłumaczył je
tak szczegółowo, zrobił to z poświęceniem godnym zawodowego
bibliotekarza. Przemknęło mu przez myśl, że gdyby miał czas i okazję po
temu, mógłby resztę roboty wykonać sam. Ale umowa to umowa.
Czekał na spotkanie z zamiarem przekazania papierów i odebrania swojego
honorarium, dopóki nie dowiedział się, że nie dostanie tych pięciu
tysięcy, na które umówił się z Dimitrim. Zamiast tego otrzyma
dwudolarową kulkę w plecy i pochówek w East River.
Remo przybył w czarnym lincolnie z dwoma odpowiednio ubranymi facetami.
Spokojnie zaczęli debatować nad najlepszym sposobem unieszkodliwienia
go. Kulka w mózgu pogodziła wszystkich trzech, ale pozostawał problem,
kiedy i gdzie. Remo nie chciał pobrudzić krwią tapicerki w lincolnie.
Z początku Doug był wściekły. Nieważne, ile razy go już wykiwano -
przestał liczyć - ale za każdym razem to go wściekało. Nie ma uczciwych
na tym świecie, pomyślał, kiedy przylepiec pociągnął go za skórę.
Właśnie wtedy, kiedy zastanawiał się, jak wyjść cało z opresji, zaczął
rozważać swoje możliwości.
Dimitri miał reputację ekscentryka. Ale był też znany jako facet, który
zdobywa wszystko, co najlepsze, od senatora, by go opłacać, po najlepsze
wino, by składować je w piwnicy. Jeśli chciał mieć te papiery i jednocześnie pozbyć się kogoś takiego jak Doug Lord, to musiały one być
coś warte. Wobec tego Doug postanowił, że papiery należą do niego, i tak
się dopełnił los. Jedyne, co musiał teraz zrobić, to przeżyć.
Odruchowo dotknął ramienia. Jeszcze sztywne, ale już się goi. Musiał
przyznać, że ta szalona Whitney MacAllister wykonała niezłą robotę.
Wydmuchnął dym przez zęby i zgasił papierosa. Pewnie za to też mu
policzy.
Była mu potrzebna, przynajmniej dopóki nie wyjadą z kraju. Kiedy
znajdzie się na Madagaskarze, zostawi ją. Uśmiechnął się leniwie. Miał
pewne doświadczenie w przechytrzaniu kobiet. Czasami mu się udawało.
Jedyne, czego będzie żałował, to to, że nie zobaczy, jak ona tupie i przeklina, kiedy zda sobie sprawę, że jej zwiał. Wyobrażając sobie tę
rozlewającą się bladość, włosy koloru słońca, pomyślał, że źle się
stało, iż będzie musiał ją oszukać. Nie mógł zaprzeczyć, że jest jej
dłużnikiem. Właśnie kiedy westchnął i zaczął myśleć o niej życzliwie,
drzwi łączące oba pokoje otwarły się z impetem.
- Jeszcze w łóżku? - Whitney podeszła do okna i rozsunęła zasłony.
Zamachała kapryśnie ręką przed twarzą, usiłując rozpędzić dym
papierosowy. Przed chwilą się obudził, pomyślała. Palił i spiskował. No
cóż, ona również dokonała pewnych przemyśleń.
Doug zaklął i zmrużył oczy.
- Wyglądasz okropnie - rzuciła.
Był wystarczająco próżny, by zrobić kwaśną minę. Policzki miał szorstkie
od nocnego zarostu, włosy potargane i marzył o szczoteczce do zębów. Ona
zaś wyglądała, jakby właśnie wyszła z salonu Elisabeth Arden. Leżąc nago
w łóżku, z prześcieradłem do pasa, czuł się skrępowany. Niepotrzebne mu
były takie uczucia.
- Nigdy nie pukasz?
- Nie wtedy, kiedy płacę za pokój - powiedziała lekko. Przeskoczyła
zmiętoszone spodnie leżące na podłodze. - Zaraz będzie śniadanie.
- Wspaniale.
Nie zwracając uwagi na sarkazm w jego głosie, rozlokowała się swobodnie
na brzegu łóżka, wyciągając nogi.
- Rozgość się - powiedział ze złością.
Uśmiechnęła się i odrzuciła w tył włosy.
- Skontaktowałam się z wujkiem Maxem.
- Z kim?
- Z wujkiem Maxem - powtórzyła, oglądając krytycznie swoje paznokcie.
Musi zrobić manicure, zanim wyjadą z miasta. - Tak naprawdę to nie jest
moim wujem, po prostu tak go nazywam.
- Ach, więc to taki wujek. - Doug uśmiechnął się szyderczo.
Whitney rzuciła mu łagodne spojrzenie.
- Nie bądź taki nieokrzesany, Douglas. On jest przyjacielem rodziny.
Może o nim słyszałeś? Maximillian Teebury.
- Senator Teebury?
Rozcapierzyła palce, by się im przyjrzeć.
- Widzę, że jesteś na bieżąco w informacjach.
- Słuchaj, mądralo. - Doug chwycił ją za ramię tak, że upadła na jego
kolana. Popatrzyła na niego z uśmiechem, wiedząc, że trzyma w ręku
wszystkie atuty. - Cóż takiego ma senator Teebury?
- Znajomości. - Przejechała mu palcem po policzku, cmokając z dezaprobatą na jego zarost. Lecz ta szorstkość, skonstatowała, miała
swój prymitywny urok. - Mój ojciec zawsze mówi, że od biedy możesz
obejść się bez seksu, ale bez znajomości nigdy.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki