Rozdział 1. Urlop rekruta
1
Urlop rekruta
Podmuchy lodowatego wiatru smagały peron kolejowy. Podniosłem wyżej
kołnierz płaszcza i zatarłem ręce. Hans, który wpatrywał się w zegar na
stacji kolejowej tylko jęknął:
- Już dwadzieścia minut spóźnienia. Jak długo mamy tu zamiar jeszcze
czekać?
Nie byliśmy jedynymi, którzy chcieli jechać pociągiem urlopowym do
Niemiec. Razem z naszym 11. Pułkiem Piechoty SS, pododdziały SS
Standarte "Germania" nadal stacjonowały w Arnhem. Cały tłum
wojaków1 czekał na pociąg, który miał nas zabrać do kraju.
Ledwie mogliśmy wytrzymać, aby zamienić zimny, wietrzny peron na ciepły
i suchy przedział w wagonie. Nawet jeśli by było tylko miejsce do
stania... co to był za problem? Byłbym w domu w ciągu 24 godzin! Wtedy
mógłbym spać tyle, ile dusza zapragnie i nie musiałbym wyskakiwać z siennika, gdy gwizdek podoficera rozlegnie się nagle, jak diabeł z pudełka. Do tej chwili poświęciłem sporo wysiłków, aby nauczyć się
alfabetu życia wojskowego. Ale ten przenikliwy poranny gwizd doprowadzał
mnie do pasji. Czy ktoś inny go polubił? Wątpię! Dobrze w takim razie!
- Do cholery, do podwójnej cholery z tym czekaniem!
Ledwie Hans wypowiedział te słowa, kiedy głośnik na stacji zatrzeszczał,
a głos spikera przeleciał przez peron. Jak tylko zorientowałem się, że
nie należał do zwykłego niemieckiego czy holenderskiego pracownika
kolei, lecz był to szorstki głos niemieckiego komendanta stacji,
wyczułem, że zbliżały się kłopoty:
- Uwaga, uwaga, wszyscy żołnierze 11. Pułku SS zameldują się na placu
przed stacją kolejową. Uwaga, uwaga...
Kolejny trzask w głośniku, a potem cisza
- Co za kupa gówna, a niech to! - burzył się Hans. - Czy ty rozumiesz, o co tu chodzi?
Co to znaczy, czy rozumiem? Miałem przeczucie, że nasza przepustka
została odwołana, wszystko na darmo, pociąg może odjechać bez nas. Gdy
biegliśmy ku schodom, ściśnięci jak stado mułów, nasz pociąg wtoczył się
na stację, dudniąc i sapiąc. Zapiszczały hamulce, drzwi zazgrzytały i konduktor krzyknął:
- Arnhem, Arnhem...
I to był koniec marzeń... przynajmniej dla nas z "Jedenastki".
- Ruszać się, ruszać się! I to szybko - wydzierał się oberscharführer
(starszy sierżant). - Wsiadać!
I nim się zorientowaliśmy, cała nasza gromada siedziała w ciężarówce.
Silnik zaskoczył i powrócił do życia i byliśmy obok Café Rondell, przy
znajomej trasie do koszar. Zawołałem sarkastycznie z narożnika, w którym
siedziałem:
- Śpiewamy!
Niemal wszcząłem rozruchy. To dobrze, że nie było z nami kapelana i jeszcze lepiej, że sierżant zajął miejsce w szoferce, obok kierowcy.
Kapelan zatkałby uszy dłońmi z powodu obelg rzucanych przez nas, zaś
oberscharführer zdarłby skórę na palcach, spisując nazwiska buntowników
do karnego raportu. Skargi i przekleństwa padały zadziwiające.
Po łagodnym skręcie ciężarówka przejechała przez bramę koszar i zamiast
podróżować do granicy Niemiec, 22 pechowych urlopowiczów przełaziło
przez burtę ciężarówki, objuczonych paczkami, walizkami i tobołkami.
Hans i ja zameldowaliśmy się u szefa kompanii2, którego za
jego plecami nazywaliśmy "Jupp".
- Przykro mi chłopcy, ale nic nie mogę zrobić, aby to zmienić.
Przepustki zostały zawieszone ze skutkiem natychmiastowym. Pułk jest w stanie pogotowia.
Zgorzkniali, z morderczą wściekłością szarpiącą w brzuchach
podreptaliśmy długim korytarzem do naszych otwartych na oścież kwater.
Było jak w ulu! Wszyscy się pakowali. Nikt nie znał szczegółów co do
przyszłości. Wieczorem untersturmführer Drexler kazał żołnierzom
kompanii kłaść się spać i przypominał ponownie, że nikt nie może
opuszczać koszar. Mieliśmy być gotowi do wyjazdu w każdej chwili. Rzeczy
osobiste miały być gotowe do wysyłki do domu. Ci, którym udało się
wyjechać na urlopy, mieli naprawdę szczęście. Jednak dla nas, tych z powrotem ściągniętych z dworca kolejowego, termometr pokazywał
temperaturę dużo poniżej zera.
***
Długa kolumna pojazdów pułku przejechała przez niemiecką granicę.
Szczękaliśmy z zimna głośno zębami w otwartych ciężarówkach. Śnieg na
przemian z deszczem urozmaicał "radość z przejażdżki". Dojechaliśmy do
Wessel, przetoczyliśmy się przez Duisburg, obok hut, stalowni i fabryk
Zagłębia Ruhry. W Düsseldorfie mały Frankenbusch podskoczył z podniecenia:
- Patrzcie. Tam mieszkałem!
Zaczął machać rękami jak wariat.
- Trzymajcie mnie, mieszkać tu, teraz!
Unterscharführer Geyer, dowódca naszej drużyny wciągnął go z powrotem za
pasek.
Popołudniu słońce na krótką chwilę przebiło się przez warstwę chmur.
Katedra w Kolonii stała w pełnej krasie. Batalion dojechał do
Königswinter.
- Wysiadać! - padł rozkaz.
Tłum mieszkańców szybko zebrał się na placu małego, ślicznego
miasteczka. Kiedy untersturmführer Drexler poinformował zebraną
kompanię, że spędzimy noc na kwaterach prywatnych, Hans kopnął mnie
kolanem tak, że niemal wypuściłem karabin z ręki. Co za drań! Ale ja też
byłem szczęśliwy. Słowa "kwatery prywatne" były jak muzyka dla naszych
uszu. Na komendę "baczność" nasze buty zadudniły jak jeden grzmot.
Niedługo potem jakiś staruszek prowadził mnie na kwaterę.
Mała winiarnia ożyła. Śpiewaliśmy i kołysaliśmy się, trzymając się za
ramiona, aż trzęsły się stare, zadymione krokwie. I wtedy Toni wyciągnął
akordeon - pomimo zakazu posiadania rzeczy osobistych, ta bezkształtna
skrzynka przyjechała z nami, ukryta między skrzyniami z amunicją -
nastrój osiągnął apogeum. Zaśpiewaliśmy:
- Tyrolczyk poszedł na polowanie... Wysoko nad alpejską łąką...
Toni zaczął jodłować:
- Gdzie Eisack3 się toczy...
Zgiełk ściągał więcej i więcej gości z ulicy oraz naszych zwierzchników.
Mała winiarnia była pełna wybuchów śmiechu. Mój gospodarz, który mnie tu
przyciągnął, klepnął mnie w ramię z entuzjazmem:
- Wy na pewno jesteście szaloną bandą!
Wkrótce przed dwudziestą drugą drzwi otworzyły się na oścież i nasz
"Stary" wszedł do środka. Pokręcił głową dookoła i z wysoko uniesionymi
brwiami, próbował wzrokiem przebić zasłonę dymu tytoniowego. Wreszcie
radosny uśmiech pojawił się na jego twarzy i burknął:
- Dalej, nie przerywać!
Palce Toniego ponownie spoczęły na klawiszach. Szybko nimi przebierał i znowu śpiewał pieśń o Eisack. Wiedzieliśmy, że był to chwytający za
duszę i serce ulubiony utwór naszego dowódcy. Toni po raz ostatni głośno
zajodłował, a potem wstaliśmy jednocześnie. Nadszedł czas na nas!
"Stary" roześmiał się. Wiedzieliśmy, dlaczego pojawił się w sali tuż
przed dziesiątą wieczorem. Chciał nas sprawdzić! Biada tym, którzy
pozostali na siedząco, kiedy on wszedł. Przy pierwszej okazji dałby nam
tak mocno w tyłek, że nie byłoby na co założyć spodni. Oczywiście nie
miał pojęcia, że mrugaliśmy i szeptaliśmy porozumiewawczo w czasie
śpiewu. Był wyraźnie poruszony i gdy już sięgaliśmy po czapki i pasy,
zawołał:
- Gasić światła o godzinie 24:00!
Toni wyciągnął głębokie westchnienie z instrumentu i wtedy naprawdę
zebraliśmy się do wyjścia. To był burzliwy i cudowny wieczór. Dowódca
kompanii został do końca i z zapałem śpiewał z nami. Po raz pierwszy,
jak długo był dowódcą kompanii, "Stary" czuł się tak rozluźniony. Lata
później dowiedziałem się, że zginął jako dowódca batalionu i kawaler
Krzyża Rycerskiego.
Kiedy następnego dnia właziliśmy na ciężarówki, nikt nie był w stanie
potwierdzić, że kompania była "w formie". Alkohol i krótka noc
spowodowały, że byliśmy dwa razy bardziej zmęczeni niż normalnie. Z bladymi twarzami, spuchniętymi oczami, znużone grupki chłopaków siadały
w ciężarówkach.
Silniki zagrzmiały, zebraliśmy się w sobie, aby pomachać na pożegnanie
tym wszystkim mieszkańcom, którzy zgromadzili się na placu, aby nas
zobaczyć po raz ostatni.
W jawnym kontraście do poprzedniego dnia, kierowaliśmy się na południe
autostradą w olśniewających promieniach słońca. Gzie nas niosło? Toni
stwierdził:
- To się dzieje... jedziemy do Austrii! To rzut kamieniem od domu!
Gdy tylko pojawił się jakiś zjazd z autostrady, spoglądaliśmy na pojazd
na czele naszej kolumny. Frankfurt pozostał za nami, a teraz mijaliśmy
Mannheim.
Zapadły decyzje! Nic nie wyszło z szybkiej podróży Toniego do Tyrolu.
Jeszcze raz przyjaźnie nastawiona ludność przygotowała prywatne kwatery
w małej mieścinie nad górnym Renem. A potem przekroczyliśmy rzekę i zaczęła się Alzacja. Samochody mozolnie pokonywały kręte drogi, a nasi
kierowcy nie mogli zwolnić, aby uniknąć zjechania z pokrytej śniegiem i lodem trasy. Niejeden raz włosy stawały nam dęba, gdy ledwie
prześlizgiwaliśmy się blisko krawędzi głębokich dolin. Te Wogezy to było
naprawdę coś!
Przed północą dojechaliśmy wreszcie do miejsca zakwaterowania. Mała
wioska Ouges stała się na kilka tygodni naszym nowym domem. Dopiero
później dowiedzieliśmy się, dlaczego nas przeniesiono. Niemieckie
dywizje przemieszczały się dalej do centrum Francji, a my mieliśmy
wypełnić powstałą po nich lukę.
W wigilię Bożego Narodzenia staliśmy na warcie przed kancelarią
kompanii, koło małego kościoła. Dla mnie, człowieka pochodzącego z miasta, taki zimowy wieczór był specjalnym przeżyciem pomimo przydziału
do służby wartowniczej, a może właśnie dlatego. Głęboka cisza zaległa
nad zasypaną śniegiem wioską. Koledzy, którzy kwaterowali w pustych
domach, poszli już do łóżek. Jedyne światło połyskiwało słabo z okna
wartowni. Przebywali tam nie pełniący służby wartownicy. Może kończyli
ostatni poncz, który dostarczył szef kompanii. Spojrzenie na jasne,
gwiaździste niebo wskazywało, że jutro z pewnością będzie znowu bardzo
zimno.
Około północy wiejskie uliczki ożywiły się. Ze wszystkich stron do
kościoła schodzili się Francuzi - kobiety i mężczyźni. Jak duchy znikali
w małych, bocznych drzwiach. Grube mury nie przepuszczały żadnego
dźwięku, więc panowała cisza jak przedtem. Tylko światło świec,
przedostające się przez kolorowe witraże okienne, rzucało odblask na
śnieg pod kościołem.
Potem jednak podniosły się potężne tony organów i śpiewu zgromadzonych,
a mury już nie były przeszkodą. Oczarowany słuchałem pieśni
świątecznych, a w myślach wędrowałem do stron rodzinnych. W tej chwili
moi rodzice i brat prawdopodobnie siedzieli w salonie. Miałem nadzieję,
że otrzymali paczkę świąteczną z Holandii!
Muzyka organowa skończyła się. Ludzie opuścili kościół i wkrótce
ponownie znaleźli się w małych domach ze spadzistymi dachami. Wszystko
trwało zaledwie godzinę, teraz ponownie zapanowała cisza. Trochę śniegu
spadło z nieba i tylko chrzęst butów na twardo udeptanym gruncie
przerywał ciszę.
Za mną zaskrzypiały drzwi. To Hans przyszedł mnie zmienić.
***
Zakaz wydawania przepustek został cofnięty! To była najważniejsza rzecz,
jaką szef kompanii miał do zakomunikowania oddziałowi. Je też znalazłem
się na liście urlopowej. Mieliśmy się spakować natychmiast. O dziewiętnastej ciężarówka miała nas zawieźć do Vesoul. A potem
usłyszałem:
- Rozejść się!
Pognałem jak łasica z powrotem do kwatery. Hans też należał do grupy
szczęśliwców. Ale nie mógł powstrzymać się od narzekania:
- Mam nadzieję, że tym razem będziemy mieli więcej szczęścia!
- Ty stara sowo, nie bądź takim pesymistą! - odparłem.
Czas płynął powoli do dziewiętnastej i punktualnie stawiliśmy się przed
kancelarią. Jupp wręczył nam papiery. Zazgrzytały hamulce ciężarówki i ośmiu żołnierzy, chętnych do wyjazdu, wskoczyło na skrzynię ładunkową.
Jakieś dziesięć kilometrów od Vesoul silnik zaczął zacinać się i wkrótce
zgasł zupełnie. Kierowca próbował wszelkich sztuczek, aby przywrócić go
do życia. Nic nie działało. Silnik nie chciał zapalić.
- Widzisz, co mówiłem! Teraz spóźnimy się na pociąg i stracimy cały
dzień - narzekał Hans.
- Chodźcie tu, wieśniaki i pchajcie - krzyczał kierowca.
Nie mieliśmy innego wyboru. Popluliśmy w dłonie i pchaliśmy pojazd ze
wszelkich sił. Raz po raz przewracaliśmy się na oblodzonej i śliskiej
drodze. Kierowca, stary kapral, zafundował nam niezłą mękę.
- Jeśli wam się nie uda, to wasza wina.
Od razu mu odpowiedziałem.
- Ty cymbale! Dlaczego musiałeś wybrać to stare pudło? Jeśli nie
potrafisz wprawić w ruch tego gruchota, to co będzie, jeśli sytuacja
stanie się naprawdę poważna.
Byliśmy wściekli. Gdy wreszcie dostaliśmy przepustki, ten stary złom
popsuł wszystko.
- Nędzna kupa złomu! Ruszaj!
Silnik jakby usłyszał groźby i zawarczał, po czym wszedł na wysokie
obroty. To stare pudło skoczyło do przodu, a my padliśmy na śnieg. Ale
to nas już nie obchodziło. Zerwaliśmy się na równe nogi, łapiąc oddech -
udało się! Byliśmy szczęśliwi. Dziesięć minut przed odjazdem pociągu
biegliśmy przez bramę stacji.
Rozdział 2. Jak zostaje się kurierem motocyklowym
2
Jak zostaje się kurierem motocyklowym
Hans, Heinrich i ja otrzymaliśmy rozkaz zameldowania się w kancelarii
batalionu. Dzień wcześniej wróciliśmy z przepustek - cudowne dni
spędzone w domu teraz należały do przeszłości. To było po prostu
niesamowite obudzić się "bez gwizdka" sierżanta... pić leniwie kawę z mamą... spędzać cale dnie na robieniu tego, na co ma się ochotę.
Siedziałem z ojcem w ciepłym salonie i słuchałem, jak opowiadał o pracy
albo bawiłem się z bratem miniaturowymi pociągami.
- W sercu jesteś dzieckiem - powiedziała mama. - Twoi koledzy powinni
cię teraz zobaczyć.
- A co, gdyby zobaczyli? Byliby szczęśliwi, gdyby mogli w naszym
cieplutkim salonie leżeć na podłodze, zamiast pełnić nudną służbę gdzieś
na mrozie.
W kancelarii szef kompanii oznajmił nam, że ze skutkiem natychmiastowym
zostaniemy przeniesieni do batalionu motocyklowego [SS-Kradschützen
Battaillon "Reich"]. Mamy tam się zameldować o ósmej rano. Wydusiliśmy
z siebie słabe "Jawohl" i wkrótce potem staliśmy na wiejskiej ulicy.
Przeniesienie nie było czymś, co mogliśmy przewidzieć. Ale co do gadania
miał zwykły żołnierz? Jest przepychany w kółko, w tę i z powrotem, jak
dyktowała ogólna sytuacja. Smutno musieć opuszczać bliski krąg
przyjaciół, z którymi spędziliśmy prawie rok radości i cierpień.
Wracaliśmy do kwater załamani.
Ale była sobota! Unterscharführer Geyer kierował pracami porządkowymi na
kompanii. Zameldowaliśmy mu o naszych przenosinach. Nasi koledzy
nadstawiali uszu i usłyszeli o tym. Geyer był dowódcą naszej drużyny
przez około sześć miesięcy - porządny i uczciwy chłopak. Uważaliśmy go
za wzorzec podoficera. Nie dlatego, że dzięki niemu mieliśmy "lekkie
życie", albo że pozwalał nam często uciekać przed obowiązkami. O, nie!
Wiele razy dawał nam nieźle popalić. To był sposób, aby wyszkolić nas na
żołnierza, jakim on sam był. Pochodził gdzieś z Bawarii, a był z zawodu
celnikiem.
Byliśmy zbieraniną chłopaków, pochodzących z całych Niemiec. Najstarszy
był Willy Balz. Minęły miesiące, nim dowiedzieliśmy się, że był
feldmeisterm w RAD4. Feldmeister był najwyższym stopniem
podoficerskim w tej organizacji. Na ochotnika wstąpił do Waffen-SS i tak
jak my wszyscy musiał zaczynać karierę jako prosty strzelec. Przyjął to
spokojnie i znosił ze stoicką obojętnością, która oddziaływała również
na nas. Kiedy sytuacja stawała się niemal beznadziejna, wtedy zerkaliśmy
na Williego i to pomagało. Spotkałem go później gdzieś pod Moskwą, gdy
był już untersturmführerem, gdzie również znalazł swój grób. Pochodził
ze Schwarzwaldu.
Najspokojniejszy spośród nas był prawdopodobnie Brenner, młody Niemiec
etniczny z Transylwanii. Pełnił służbę w ciszy i bez zwracania na siebie
uwagi. Richter był berlińczykiem, jego dokładną przeciwnością. Nazwanie
jego ust "jadaczką" to delikatne określenie. Pomimo hałaśliwego stylu,
miał złote serce.
Heinrich Plecker został maskotką naszej grupy. Miał wszystkiego
szesnaście lat, ale był urodzonym żołnierzem. Nikt nie był lepszy od
niego w kroku defiladowym. Pochodził z Dolnej Nadrenii.
Frankenbush z Zagłębia Ruhry zdawał się być ociężały umysłowo. Geyer
zawsze wyjaśniał mu każdy rozkaz dwukrotnie. Ale gdy już pojął coś,
wykonywał to dobrze. Czego nie zawsze można powiedzieć o naszej reszcie!
Wspomniany wcześniej Toni, pochodził z Południowego Tyrolu i maczał
palce we wszystkich drakach. Był wirtuozem gry na akordeonie, czym
uprzyjemniał wiele wieczorów. Inne kompanie nam go zazdrościły. Kiedy 3
kompania maszerowała przez Arnhem i śpiewała piosenkę o rzece Eisack,
Toni jodłował tak, że miejscowi Holendrzy zaczęli się mimowolnie
uśmiechać.
Hans Fuerer był dostarczycielem "racji cywilnych". Jego rodzice
prowadzili wielkie gospodarstwo rolne w Gołdapi w Prusach Wschodnich i regularnie przysyłali mu ogromne paczki z żywnością.
Zastępcą dowódcy drużyny był sturmann Waid. Cichy typ, chętnie
przekazujący nam dobre rady. Nie potrafiłby skrzywdzić muchy. Urodził
się na wybrzeżu Morza Północnego.
Pochodząc z centralnej części Niemiec, dopełniałem ten obraz. Wszyscy z naszej drużyny uwielbiali sport. A teraz zapadła decyzja że mamy odejść
z tej grupy! Jeszcze raz Geyer pocieszał nas, jak potrafił:
- Jak myślicie, w ilu oddziałach byłem, nim dołączyłem do was? To nie
będą wasze ostatnie przenosiny. Waffen-SS jest nowe i rozrasta się, więc
należy spodziewać się przesunięć. Wszędzie są dobrzy kumple. Znam was,
chłopcy i wiem, że szybko dogadacie z się z nimi i to bez problemów.
Willy wyczarował butelkę wódki, opowiedział kilka historii z RAD i pomógł odzyskać dobry nastrój.
Zameldowaliśmy się w kancelarii i obładowani jak muły powlekliśmy się
przez siedem kilometrów do Vitrey. Nadal czuliśmy drżenie kolan.
Pożegnalne spotkanie poprzedniego wieczora ze starą drużną był mocno
zakrapiane. Stopniowo dowiadywaliśmy się, że Vitrey było tylko
początkiem wędrówki. Dowódca naszego plutonu, untersturmführer
Schädlich, również pokazał się w batalionie motocyklowym. Kilku
chłopaków znalazło się w 4 kompanii motocyklowej [4./SS-Kradschützen
Bataillon "Reich"], a reszta trafiła do nowo stworzonego batalionu
dział szturmowych [SS-Sturmgeschütz-Abteilung "Reich"].
Zgodnie z regulaminem zameldowaliśmy się w kancelarii sztabu batalionu,
a tam dowiedzieliśmy się, że ja i Hans zostaliśmy przydzieleni do
drużyny kurierów motocyklowych, zaś Heinrich miał przydział do 4
kompanii. Spotkałem go kilkakrotnie w Rosji i Serbii, a ostatni raz
wpadłem na niego w 1944 roku, gdy był sierżantem sztabowym
[Hauptscharführerem] podczas walk w Zagłębiu Saary.
Jak udało mi się później ustalić, my dwaj i wysoki Armbuster, który
został czołgistą, jako jedyni z całego starego plutonu przeżyliśmy
wojnę. Tak było, jeśli przyjmiemy, że nie zginęli w końcowych walkach
1945 roku. To sporo mówiło o historii 30 chłopaków, którzy mieli średnio
po 18 lat!
- Człowieku, co my tutaj robimy? - jęczał Hans. - Czy umiesz jeździć na
motocyklu?
- Ja? W żadnym razie! Wiem tylko, że wygląda jak... dwa koła z rurą
wydechową z tylu, z przodu kierownica, a przede wszystkim robi dużo
hałasu... i nic więcej!
Jak dotąd mieliśmy tylko blade pojęcie, czym była "drużyna kurierska", a reszta tej służby była dla nas zupełną tajemnicą. Ale jak już się
nauczyliśmy, wojskowe określenie "ja tego nie potrafię" w zasadzie dla
nas nie istniało. Na służbie można nawet nauczyć mysz śpiewać, to
dlaczego nie można nauczyć przeciętnego strzelca jeździć na motocyklu?
Drużyna kurierów motocyklowych kwaterowała w dwupoziomowym budynku.
Kilku ludzi wylegiwało się na łózkach polowych i ledwie rzuciło na nas
okiem. Upchaliśmy nasze rzeczy w dwóch pustych szafkach i czekaliśmy na
to, co nam zgotował los. Gdy rozmawialiśmy z naszymi nowymi towarzyszami
broni, dowiedzieliśmy się, że przybyli tu zaledwie kilka dni przed nami,
chociaż mieli tę przewagę, że już szkolili się w jeździe na motocyklach.
- Wy macie dobrze... my nie mamy pojęcia o jeździe na motorach - przyznał
Hans z wahaniem.
- No, cóż, moi przyjaciele, czego macie nadzieję się tutaj nauczyć? -
uśmiechnął się kpiąco piegowaty młodzieniaszek.
Wściekłem się.
- Patrz, dupku, czy myślisz, że zgłosiliśmy się tutaj na ochotnika do
waszego cudownego oddziału? Z pewnością wolelibyśmy pozostać ze starymi
kumplami.
- Dobrze, dobrze - powiedział pojednawczo sturmann - opanuj się i poczekaj. My też przyszliśmy tu z różnych oddziałów i też wolimy starych
kumpli.
Wtedy drzwi się otworzyły i stanął w nich smukły plutonowy
[unterscharführer], choć raczej średniej budowy ciała.
- Nazywam się Bachmeyer i mam nadzieję, że się dogadamy. Mamy stworzyć
drużynę kurierów w nowo powstałym batalionie motocyklowym naszej dywizji
i od jutra rana zaczynamy służbę.
Potem przedstawiliśmy się, podając nazwiska, numery poprzednich
jednostek i z jakiego zakątka Niemiec pochodzimy. Bachmeyer nigdy nie
postawił zasadniczego pytania, czy potrafimy jeździć na motocyklach.
Wiedział, że byliśmy przypadkową zbieraniną i po prostu brał to, co mu
dawano.
Stanowiliśmy mieszaną grupę, jak to było wszędzie indziej w Waffen-SS.
Szeregowiec [sturmann] mający już dobre 25 lat, był stary w porównaniu
z nami osiemnasto- albo dziewiętnastolatkami. Nazywał się Wolf i pochodził z Turyngii. Jak się wkrótce okazało, był pierwsza klasa.
Piegowaty chłopaczek nazywał się Bela i pochodził z Pomorza. Zipp i Huber byli Szwabami z okolic Stuttgartu i posługiwali się chropawym
akcentem. Schwenk pochodził z Mannheim, a Wagner z wybrzeża Morza
Północnego. A do tego jeszcze Hans i ja.
Przy jedzeniu już byliśmy opanowani. Co miało się jednak zdarzyć
rankiem, kiedy będziemy zajmować się motocyklami?
- Tak, tak, wy żałosne bękarty, jesteście bliscy utraty tyłków!
Oczywiście to mógł być tylko Bela. Grał mi na nerwach i chciałem mu dać
odpowiednią ripostę.
- Zamknij jadaczkę i chodź ze mną. Zorganizuj nam odpowiedni kurs nauki
jazdy!
Powiedziane i zrobione! Zszedł z nami na parter budynku.
W swoim czasie to musiał być duży magazyn. Teraz to był park
motocyklowy. Sześć błyszczących NSU stało wzdłuż dłuższej ściany hali.
Bela wyprowadził jeden z nich, włączył silnik i przejechał pełnymi
łukami w tę i z powrotem. Szczęki opadły nam ze zdziwienia, kiedy
ujrzeliśmy mistrzowską łatwość Beli w jeździe na trajkoczącej maszynie.
Naprawdę wiedział, do czego służyła. Pomyślałem, że nigdy nie osiągnę
takiego mistrzostwa. A potem zacząłem przeklinać dawnego dowódcę za to,
że przeniósł mnie do tego oddziału.
Bela zatrzymał motor i objaśnił jak go włączyć, gdzie jest pokrętło
gazu, zapłon oraz przeznaczenie wszystkich innych manetek i pedałów.
- A teraz, twoja kolej na jazdę!
Pchnął maszynę w moje ręce. Rozruch poszedł całkiem dobrze, poza tym, że
pedał rozrusznika odskoczył i uderzył mnie w goleń.
- Tak... teraz... wsiadaj... puszczaj powoli sprzęgło i dodaj gazu.
Puściłem sprzęgło naprawdę powoli, ale dodałem za dużo gazu. Gdyby Bela
mnie nie przytrzymał, przewróciłbym się razem z motorem.
- Nie ma się co martwić... spróbuj jeszcze raz - zaśmiał się z wyższością
nauczyciela. - Nie musisz dawać od razu całego gazu.
Tym razem robiłem wszystko bardzo ostrożnie, dokładnie jak wyjaśniał.
Cud niebywały, ale maszyna ruszyła. Ale niech to diabli, jak ją
zatrzymać? Bela wyjaśnił wszystko poza tym, gdzie znajdowały się hamulce
- albo może zapomniałem tę część lekcji. Drzwi prowadzące na ulicę były
bliżej i bliżej. Ale były zamknięte. Koledzy darli się:
- Hamulec! Hamulec!
Ale na Boga, gdzie on był? Przez czysty przypadek nacisnąłem czubkiem
buta na jakiś pedał i z podniecenia "zabiłem maszynę", jak nazwał to
Bela. Hans był następny w kolejce. Dzięki tej lekcji każdy z nas
przynajmniej wiedział, jak włączyć silnik motocykla, a gdybyśmy nie za
bardzo wariowali, to potrafilibyśmy już na nim porządnie pojeździć.
W końcu Bela wyraził coś w rodzaju pochwały:
- Może nadal wyglądacie jak małpy siedzące na gruchocie, ale coś już
pojmujecie.
Można uznać, że był to owocny wieczór. Dowiedzieliśmy się, że Bela miał
19 lat i naprawdę znał się na motocyklach. Jego rodzice na targach i jarmarkach pokazywali sztuczki związane z jazdą na pionowych ścianach
specjalnych beczek. Początkowo Bela siadał z nami na siedzeniu dla
pasażera jako instruktor. Potem to już sami robiliśmy diabelskie
sztuczki na drewnianej ścianie. Poznawaliśmy się coraz lepiej, a on
okazał się być solidnym kumplem, jakiego gdzie indziej trudno naprawdę
znaleźć. Inni kumple okazali się równie sympatyczni. Wiedziałem już, że
mimo wszystko nie wyszedłem źle na zmianie jednostki.
Następnego dnia wypchnęliśmy motocykle na ulicę i czekaliśmy na
Bachmeyera. Wolf złożył meldunek, a nasz sierżant zaczął dzień służby
słowami:
- Już umiecie jeździć. Zrobimy sobie przejażdżkę, a na koniec sformujemy
konwój.
Mieliśmy jeszcze szansę, aby przyznać, że nie potrafimy pewnie jeździć
na motocyklach. Może jazda po hali była tylko zabawą albo byliśmy zbyt
tchórzliwi - w każdym razie trzymaliśmy gęby zamknięte na kłódkę.
- Wolf, ty zaczynasz!
Wolf ruszył na maszynie i skręcił. Szybko zniknął za rogiem hali.
Patrzyliśmy z Hansem, jak inni robili to samo, a my mieliśmy jechać jako
ostatni.
Początkowo silnik mojej maszyny dławił się. Nie pomyślałem, że trzeba
włączyć ssanie, ale potem zaczął pracować cicho i miarowo. Trochę
nieufnie wdrapałem się na siodełko i uznałem, że nie było tak źle. Jadę!
Na prostym odcinku szło mi lepiej niż dzień wcześniej w wąskiej hali.
Co ty wiesz o sobie - pomyślałem w drodze do Ouge. Jechałem bez żadnych
problemów To był odurzający pęd powietrza, więc dodałem więcej gazu.
Wkrótce byłem przy wjeździe do miasta i nie mogłem doczekać się widoku
zadziwionych twarzy kumpli z mojej starej kompanii. Tak jest, chłopcy,
teraz możecie mi zazdrościć!
Chłopaki ze starej kompanii stali przed drzwiami kancelarii. Przyłożyłem
palec do klaksonu, nacisnąłem go i wyprężyłem dumnie pierś. Jak na
rozkaz, wszyscy gapili się na mnie. Szef kompanii patrzył ze złością,
gdyż chyba pomieszałem mu tym klaksonem jakieś plany. Dał znak, abym
zjechał na bok i zatrzymał się. Ja też tego chciałem, ale najzupełniej
zapomniałem, jak to zrobić. Naprawdę to była moja pierwsza, samodzielna
jazda w terenie. Oberscharführer Straub odskoczył dla bezpieczeństwa
kilka kroków i wreszcie się zatrzymałem. W zasadzie leżałem razem z motocyklem na jezdni.
Użyłem tylko przedniego hamulca ręcznego i przeleciałem przez koło.
Sądziłem do tej pory, że hamulec to hamulec. Skąd mogłem wiedzieć o różnych skutkach działania hamulców ręcznego i nożnego, przedniego i tylnego. Wokół mnie rozległ się niepowstrzymany śmiech wszystkich
chłopaków z kompanii. Nawet szef kompanii ryczał ze śmiechu. A jakby
tego jeszcze było mało, pojawił się w tym momencie mój stary dowódca,
obersturmführer Drexler, pokręcił głową i zapytał z troską w głosie:
- A poza tym wszystko z tobą w porządku?
Wydawało mi się, że moi starzy kumple umierali ze śmiechu. Ze
zdenerwowania nie wyczułem sensu pytania. Kolejna salwa śmiechu była
równie bolesna. Zrobiłem się czerwony jak burak, mruczałem coś o "wrednym towarzystwie" stawiając motor na koła, a w tym czasie szef
kompanii próbował przywrócić porządek w szeregach, aby zdać dowódcy
raport. Kuśtykając, pchałem maszynę na bok, aby zniknąć z pola widzenia
tej bandy.
Jeśli chodzi o motocykl, to tylko jeden podnóżek był lekko zgięty. Bałem
się na nim opierać, więc odbiłem się nogą od ziemi i odjechałem. W Vitrey jakimś cudem nie zauważyli mojej przedłużającej się nieobecności.
Tylko Bela, stary lis, dostrzegł, że podnóżek zwisał bezwładnie z ramy
motocykla i puścił do mnie oko.
Wyjechaliśmy grupą w kierunku Langes, które z daleka wyglądało cudownie,
usytuowane na skraju wysokiego płaskowyżu. Tym razem wszystko obyło się
bez kłopotów.
Kolejne dni wypełniała nauka czytania map, korzystania z kompasów i zapamiętywanie symboli taktycznych różnych jednostek. Bachmeyer wysyłał
nas w nocy, abyśmy nauczyli się orientacji w terenie na podstawie
położenia gwiazd. Nie pozwalał, abyśmy szkolili się po łebkach, więc
było ono cholernie podobne do podstawowego treningu rekrutów.
Batalion powoli nabierał kształtu. W dużej mierze składał się z kombinowanych kompanii z poszczególnych pułków. Większość z nas była w armii już od ponad roku, a kilku nawet brało udział w kampaniach w Polsce i Francji. Byliśmy bez wyjątku z ochotniczego poboru z 1939 i 1940 roku, a sturmbannführer Zehender tworzył batalion we własnym,
autorskim stylu. Zajęcia polowe odbywały się na szczeblu kompanii i batalionu. A ich ukoronowaniem były ćwiczenia we współdziałaniu
wszystkich jednostek dywizji. Jej dowódca, gruppenführer SS Hauser mógł
być zadowolony z tego, co widział.
Pewnego dnia uniknąłem dosłownie o włos trzech dni aresztu. Wszystko
zaczęło się wcześnie rano. Jak zawsze, każdego dnia porządkowaliśmy
naszą salę, czyli ścieliliśmy łóżka i czekaliśmy na podoficera
dyżurnego. Wtedy zjawił się, stukając butami na schodach, kapral
[rottenführer] Bauer, szewc batalionowy.
Wolf zdał mu raport. Bauer zrobił gniewną minę i łaził od szafki do
szafki. Ewidentnie szukał czegoś, do czego mógłby się przyczepić. Rzadko
się zdarzało, aby podoficerem dyżurnym był kapral, ale tak właśnie było
tego dnia z Bauerem. Nie znalazł niczego godnego uwagi w szafkach.
Przeniósł spojrzenie na łóżka polowe, przyglądał się im dokładnie, jakby
porównywał je z regulaminem. Gapił się i gapił. Już zaczynaliśmy się
śmiać. Podszedł do okna i wtedy stało się!
Bela, który był zbyt leniwy, aby wypastować buty poprzedniego wieczora,
zdecydował w pośpiechu, że wywiesi je za oknem, gdy tylko usłyszał kroki
na schodach. Myślał, że będą poza zasięgiem wzroku podoficera dyżurnego.
Mylił się okrutnie. Bauer wychylił się przez okno. Szarpnął ręką tylko
raz i "dowód zbrodni" spadł z pierwszego piętra na ulicę. Na szczęście
nie było nikogo poniżej i nikt nie dostał butami w głowę! Wściekły Bauer
obrócił się i przeleciał przez salę jak tornado, odpychając łóżka i wyrzucając zawartość szafek. Szalał jak furiat, przewracając wszystko do
góry nogami. Gotowaliśmy się z wściekłości.
- Głupi sukinsyn - wyrwało mi się bezwiednie z ust.
Chciałem powstrzymać się, ale było już za późno.
- Kto to powiedział? - wrzasnął Bauer.
- Ja, rottenführer - powiedziałem, podkreślając ironicznie jego stopień.
Było mi już wszystko obojętne.
- Doigrałeś się. Opiszę to wszystko w raporcie.
Piętnaście minut stałem przed szefem kompanii. Wbrew wszelkim
oczekiwaniom nie miał dużo do powiedzenia, jedynie, abym zameldował się
o jedenastej u adiutanta batalionu. Unterscharführer Bachmeyer dobrze
wykorzystał czas, jaki miał do dyspozycji, dając mi niezły wycisk.
Miałem zrujnowany cały dzień, ponieważ wiedziałem, że nie miałem racji w całej aferze. Dyżurny podoficer to dyżurny podoficer i nieważne, kto
pełnił tę funkcję. Mogliśmy jedynie potem zameldować o jego zachowaniu
szefowi kompanii, ponieważ zabronione było rujnowanie łóżek i wyrzucanie
rzeczy z szafek. Teraz jednak sprawy biegły już własnym torem.
Dokładne o jedenastej stałem przed adiutantem w wypolerowanym hełmie,
butach wypastowanych na glanc, w nieskazitelnym mundurze, ale serce ze
strachu podchodziło mi do gardła. Wiedziałem, że skończyć mogę jedynie w areszcie koszarowym albo z zakazem opuszczana rejonu zakwaterowania
Zaczął słowami:
- Czy wiesz, dlaczego tu jesteś?
- Tak jest, untersturmführer.
- Czego się spodziewasz?
- Zakazu opuszczania koszar.
- To już skończyliśmy dyskusję, prawda?
Szukałem jakiejś sensownej odpowiedzi.
- Jest coś, co musisz wiedzieć, poruczniku - tylko tyle zdołałem wydusić
z gardła.
- Po wieczornym apelu masz godzinę ćwiczeń gimnastycznych, a teraz wynoś
się!
Znalazłem się piorunem za drzwiami. Uniknąłem zakazu opuszczania miejsca
zakwaterowania.
Jednak potem unterscharführer kazał mi się czołgać po okolicy przez
błoto, a później skakać z karabinem trzymanym w wyciągniętych prosto
przed siebie rękach i śpiewać "Hop, hop, jeźdźcu, jak spadniesz, to
wtedy zapłaczesz..." i wtedy zacząłem się zastanawiać, czy trzy dni zakazu
opuszczania koszar, nie byłyby lepszym wyjściem. Na koniec tej męki
kompletnie wyczerpany powlokłem się do koszar. Wdrapałem się na schody,
doczłapałem do sali i padłem na łóżko jak worek ziemniaków. Przynajmniej
Bauer nie był już u nas więcej podoficerem dyżurnym.
***
Stłoczeni w ciężarówce jechaliśmy do Vesoul. Kilka dni przedtem zdaliśmy
nasze NSU 250. Mieliśmy wrócić z nowymi maszynami. Już sama podróż do
miasta była przyjemną sprawą, gdyż oznaczała przede wszystkim zmianę
rytmu życia. Dzień w dzień nudziliśmy się, stojąc po wieczornym apelu na
maleńkiej stacji kolejowej w Vitrey i przyglądając się przejeżdżającym
pociągom.
Zatrzymaliśmy się przed nowymi maszynami. Mój Boże, co to były za cuda!
Miały najmodniejszą i najbardziej szykowną sylwetkę w tamtym czasie. To
były BMW 600! Ze zdziwienia opadły nam szczęki. Teleskopowe amortyzatory
z przodu i z tyłu, przeciwstawne, poziome cylindry, czyli typu bokser,
manetki zmiany biegów nożne i ręczne, w sumie - czego chcieć więcej!
Miałem trochę obaw, jak prowadzić maszynę po wąskim trapie zjazdowym z wagonu kolejowego. Prawda, że miałem kilka godzin praktyki jazdy na NSU,
ale daleko mi było jeszcze do doświadczonego kierowcy! Wszystko jednak
poszło dobrze i trochę później dumnie staliśmy na skwerze przydworcowym
obok nowych, błyszczących motocykli. Żołnierze, którzy przechodzili obok
i znali się trochę na motorach, nie mogli uwierzyć, że widzieli takie
cuda. Ewidentnie nam zazdrościli.
Kiedy już Bachmeyer i dwóch jeszcze kierowców zjechało z platform
kolejowych z nowymi Zündappami 750, pojechaliśmy do koszar! Nie miałem
jeszcze doświadczenia, ale już czułem dumę z posiadania takiego cuda
technologii. Z zadziwiającą prędkością przemknęliśmy przez Vesoul do
Vitrey. Wiedzieliśmy już, że te maszyny nie pokazały jeszcze granic
swoich możliwości. Bela śmignął obok mnie. Wydawało się, że uśmiech
zajmował całą jego twarz. Był w swoim żywiole!
Gdy przyjechaliśmy do Vitrey, zdziwiliśmy się, że Huber i jego motocykl
z boczną przyczepką gdzieś zniknęli. Nikt nie wiedział, co się z nimi
stało. Bachmeyer wsiadł ponownie na motor i zabrał ze sobą Belę. Dwie
godziny później wrócili, holując maszynę Hubera. Ten ostatni siedział w przyczepce, ale jeszcze nie był przytomny. Jak się okazało, zjechał z drogi na zakręcie, ześlizgnął się z nasypu, a potem zniknął razem z motocyklem w zaroślach i zakończył jazdę na pniu jakiegoś drzewa. Zipp,
który jechał za nim, pojawił się niedługo potem na feralnym zakręcie,
ale Huber już zniknął w zaroślach. Szczęście w nieszczęściu, że maszyna
miała tylko kilka rys, a Huber spędził następne dwa dni w izbie chorych.
I to był koniec tej historii.
Rozdział 3. Marsz
3
Marsz
Na wieczornym apelu szef kompanii oznajmił
- Jutro o dziesiątej rano wszystkie pojazdy batalionu mają być gotowe do
wyjazdu. Przenosimy się. Rozejść się!
Zaczęliśmy gorączkowo dyskutować, gdzie jedziemy? Jeden mówił to, drugi
coś innego. Pełno bzdurnych plotek. Razem z Hansem nadal mieliśmy obawy
co do naszych umiejętności jako kierowcy. Chociaż już sporo się
nauczyliśmy i zrobiliśmy kilka dłuższych przejażdżek na NSU, to
musieliśmy teraz sprawdzić, czy potrafimy jeździć w kolumnie na ciężkich
BMW. Do tej pory jeździliśmy na nich zaledwie kilka razy.
Szkolenie kurierów skończyło się. W zasadzie potrafiliśmy nazwać każdą
gwiazdę na niebie. Orientacja w nocy bez pomocy kompasu nie stanowiła
problemu - przynajmniej jak niebo było bezchmurne. W innym przypadku
pojawiały się kłopoty. Z kompasem byliśmy tak samo zaznajomieni jak z karabinem, czytanie map był dziecinną zabawą i potrafiliśmy recytować we
śnie oznaczenia taktyczne wszystkich jednostek armii i rodzajów służb
tyłowych. Bachmeyer wbijał nam do głów wszystko, co powinien wiedzieć
goniec motocyklowy. Adiutant batalionu był zadowolony z wyrywkowo
przeprowadzanych testów i nie było więcej wątpliwości, co do naszego
poziomu wyszkolenia. Chyba jedynie poza samą jazdą na motocyklu.
Hans zamknął wieczorną dyskusję stwierdzeniem:
- Uspokój się, Helmut. Jakoś dogadamy się z tymi piekielnymi maszynami!
Dokładnie o dziesiątej rano batalion prezentował się przed dowódcą.
Pojazdy jednostek bojowych stały na głównej drodze do Vitrey. Samochód
Starego znalazł się na czele kolumny, potem nasze motocykle, wozy
plutonu łączności radiowej, samochody batalionowego chirurga, a na końcu
pododdziały tyłowe z plutonów remontowego, kwatermistrzowskiego oraz
wozy amunicyjne.
Po jednej stronie drogi stały ciężarówki Krupp-Protze5
kompanii ciężkich karabinów maszynowych [4./SS Kradschützen-Bataillon
"Reich"] oraz działa piechoty z 5. Kompanii. To samo musiał dziać się w sąsiednich wioskach, gdzie stacjonowały pozostałe kompanie motocyklowe.
Wszyscy czekali na rozkaz wyjazdu. Ale komendy "włączać silniki" i "motocykle, ruszać" jeszcze nie padły.
Powiedzenie weteranów, że żołnierze spędzają większość czasu na daremnym
czekaniu - nie straciło znaczenia. Po półgodzinnym szwendaniu się wokół
pojazdów, powiedziano nam, że mamy się rozejść. Zawiedziony Zipp
zarzucił karabin na plecy. Miał jako pierwszy pilnować maszyn. Reszta
porozłaziła się po ulicach.
Na rogu, gdzie boczna uliczka skręcała do stacji kolejowej, spotkaliśmy
Jeana. Opróżniliśmy z nim już wcześniej sporo szklanek wina w małej
tawernie przy głównej ulicy. Pierwszy raz go zobaczyliśmy, gdy siedział
przy sąsiednim stoliku i ogrzewał w dłoniach kieliszek z koniakiem. Po
kilku minutach rozmyślań pochylił trochę głowę i wypił trochę płynu.
Siedział tam jak mysz pod miotłą Nie mogliśmy powstrzymać się od
śmiechu. Naturalnie zauważył to i zmarszczył czoło w połowie zakryte
czarnym beretem. Pomyśleliśmy, że musiał być biednym człowiekiem,
którego stać było tylko na koniak. Bela usiłował go zaprosić do naszego
stolika gestem, który uznał za "światowy" i zamierzał kupić mu lampkę
wina. Jean podszedł i prawie pospadaliśmy ze stołków, gdy powiedział
dobrą niemczyzną, że doskonale wie, dlaczego się śmialiśmy.
- Wy, Niemcy, jesteście barbarzyńcami. Nie macie pojęcia, jak pić
takiego "pocieszyciela w smutkach".
- Dalej - wtrącił się Bela - nie przesadzaj!
- Zupełnie nie przesadzam. Ty bierzesz kieliszek i wlewasz od razu całą
zawartość do gardła.
Wiedzieliśmy, że ktoś może delektować się winem albo inaczej je sączyć,
ale koniak! Jean wyjaśnił nam w całej rozciągłości, że można w dłoniach
podnieść temperaturę napitku i dopiero wtedy odczuwać przyjemność nie w piciu go, tylko we wdychaniu aromatu. Tamtego wieczoru dowiedzieliśmy
się dużo więcej o wyrafinowanym sposobie picia i w końcu to Jean okazał
się naszym mistrzem.
Potem dość często na niego wpadaliśmy. Dowiedzieliśmy się, że podczas I wojny światowej dostał się do niemieckiej niewoli i nadal odczuwał
wdzięczność dla "patrona", u którego pracował. Z czasem coraz więcej
Francuzów przysiadało się do naszego stolika, a w Jeanie mieliśmy
wiarygodnego tłumacza.
Dla nas, młodych pętaków, te wieczory były niezwykle interesujące. Nie
dlatego, że Francuzi zgadzali się ze wszystkim, co mówiliśmy.
Niezupełnie. Byli patriotami i kochali swój kraj. Tak wynikało z tego,
co mówili. Ale czuliśmy w jakiś niewypowiedziany sposób, że nam
zazdrościli. Imponowało im, że Niemcy odbiły się ekonomicznie w tak
krótkim czasie, że nie było bezrobocia, a przede wszystkim, że mieliśmy
armię, która podbiła ich kraj w tak szybkiej kampanii. Mówili z goryczą,
że zmienne reżimy doprowadziły ich kraj na skraj przepaści i nietrudno
było Niemcom pokonać w takiej sytuacji ich armię.
Z tych rozmów wynikał jasny wniosek. Nie było nienawiści między młodymi
niemieckimi żołnierzami a francuskimi chłopami. Z tego, co widzieliśmy,
Francuzi pracowali równie ciężko, jak ich przeciwnicy z drugiej strony
Renu.
Maquis, francuscy partyzanci z późniejszych lat nie byli następstwem
czegoś, co można by nazwać, grą pozorów ze strony Francuzów. Faktycznie
większość z nich miała poprawne relacje z nami, żołnierzami okupanta.
Działania dywersyjne pojawiły się w końcowej fazie okupacji. Według mnie
to zewnętrzne siły animowały ruch oporu we Francji; początków wrogich
działań nie powinno się doszukiwać po stronie niemieckiej ani
francuskiej6.
Wracając do wiosny 1941 roku, Jean powitał nas nadzwyczaj wylewnie.
Wiedział, że wyjeżdżamy z Vitrey. Robił wszystko, co w jego mocy, aby
zaciągnąć nas do tawerny na ostatnią kolejkę wina. Z wielkim trudem
wyjaśniliśmy mu, że to niemożliwe, gdyż byliśmy na służbie.
- Dla nas, Francuzów, to już koniec wojny, ale życzę wam z całego serca,
abyście wrócili kiedyś do swojego kraju!
Jean nie był jasnowidzem. A może tak było lepiej. Gdyby wiedział, co nas
czekało w przyszłości w krwawych bitwach, przez jakie piekło musieliśmy
jeszcze przejść, nie potrafiłby wtedy tego przewidzieć.
Było już południe. Dostaliśmy jedzenie z kuchni polowej i siedząc na
motorach opróżnialiśmy menażki.
Według Bachmeyera dzisiaj jeszcze powinno coś się wydarzyć, więc
powinniśmy być w pogotowiu. Około szesnastej spojrzałem przypadkiem na
tylne koło mojego motocykla. Oczy zrobiły mi się okrągłe jak spodki -
flak w oponie! Od razu wzięliśmy się do naprawy. Teraz tylko jeszcze
brakowało rozkazu wymarszu, a ja pozostałbym na miejscu. Z pomocą Beli i Hansa załatałem dętkę w rekordowo krótkim czasie. Aby upewnić się, czy
wszystko w porządku, zrobiłem małą rundkę motorem. Łata trzymała i dziurawa dętka sprawdzała się, a ponadto wiedziałem od tej chwili, jak
poradzić sobie z takim problemem. Nikt nie pomyślał wcześniej o przeszkoleniu nas w tej kwestii.
Wreszcie dostaliśmy rozkazy. Zaczynało się robić ciemno jak w grobie.
- Do maszyn... włączać silniki!
Od razu rozległy się dudnienia i warkot.
- Wsiadać, wsiadać!
Kolumna pojazdów ruszyła z miejsca. Przy naszym braku doświadczenia,
jazda po nocy w ciasnym szyku wymagała ogromnego skupienia. Migotanie
światła pochodzącego z wąskich szczelin, jakie pozostały po zamalowaniu
reflektorów, bardziej przeszkadzało, niż pomagało. Inne pododdziały
dołączały na głównej drodze do kolumny marszowej. Z naszym batalionem na
czele dywizja SS "Reich" zaczynała pamiętną wędrówkę przez Niemcy,
Austrię, Węgry i Rumunię do Jugosławii. Ale o tym dowiadywaliśmy się
stopniowo - wszystko było tajemnicą operacyjną.
Gigantyczna kawalkada pojazdów wspinała się krętymi drogami Wogezów. Jak
dotąd moja maszyna dobrze się spisywała. Silnik mruczał niemal
usypiająco. Taka jazda sprawiała radość i coraz bardziej dumny byłem, że
znajdowałem się wśród strzelców motocyklowych.
Wszystko było wspaniałe, aż do chwili, gdy silnik zaczął dławić się.
Przekręciłem manetkę gazu - ale nadaremnie. Jeden po drugim wyprzedzali
mnie koledzy. Nawet samochód sztabowy był już przede mną. Kręciłem
manetką i kręciłem, pogrzebałem w zapłonie, ale wszystko bez rezultatu.
Z szeroko otwartą przepustnicą motocykl ledwie jechał 40 kilometrów na
godzinę. Obok mnie przejechała 1 kompania, potem druga, trzecia i czwarta, a na końcu 5 kompania. Za nimi nie było w zasadzie już nikogo.
Zatrzymałem się. A niech to, o co do diabła w tym wszystkim chodziło?
Gdy silnik wreszcie ostygł, próbowałem go włączyć. I znowu zaczęła się
ta sama zabawa. Przejechały obok mnie ciężarówki pułku Deutschland. Ich
ciemne sylwetki zlewały się w oddali w jedną plamę. Ich widok poprawił
mi na chwilę samopoczucie, które było już na niskim poziomie. Ale potem
byłem już sam w otwartym terenie i zrobiło się tak ciemno, że ledwie
widziałem własną dłoń przed twarzą. Nieźle się załatwiłem! Przetoczyłem
motor na pobocze i położyłem obok niego, owinięty w ciężki płaszcz do
jazdy. Monotonny szum silników przejeżdżających samochodów ukołysał mnie
do snu.
Kiedy otworzyłem oczy, było już jasno. Jak sięgnąć okiem nie było nikogo
widać. Poczułem burczenie w brzuchu. Stałem z motocyklem w środku
Wogezów i nie miałem żadnego pomysłu, co dalej robić. Tylko spokojnie,
tylko spokojnie, mówiłem do siebie. Jakiś pojazd wreszcie przyjedzie.
Usiadłem na skraju drogi, wyciągnąłem marszowy pakiet żywności i zacząłem jeść. Przejeżdżały pojedyncze pojazdy sztabowe i ku mojej
radości pojawił się sierżant z sekcji konserwacji sprzętu naszego
sztabu. Rozpoznał motocykl BMW. Nie było żadnego innego oddziału w dywizji, który posiadałby podobny sprzęt, a poza tym na błotniku maszyny
widać było wyraźnie taktyczny symbol mojego batalionu.
- Co stało się z tą maszyną? - zapytał od razu.
- Gdybym tylko wiedział, oberscharführer. Jakiś problem z silnikiem. Na
pełnym gazie robi zaledwie czterdzieści na godzinę.
Spojrzał na mnie zdziwiony.
- Odpal silnik!
Ledwie silnik zawarczał, a sierżant od razu wybuchnął śmiechem:
- Na miłość Boską, człowieku, nie słyszysz... przecież on działa tylko na
jednym cylindrze. Czy sprawdzałeś już świece?
- Nie!
- O, rany, człowieku! Jak to możliwe? Dlaczego pozwolili komuś takiemu
jak ty, być kurierem motocyklowym? Dać taką maszynę w takie ręce!
Nie potrafił tego zrozumieć, ale ja też nie. Wrócił do samochodu,
przyniósł kilka świec zapłonowych i osobiście je wymienił w moim
motorze.
- Tutaj, popatrz na to! - trzymał starą świecę przed moim nosem. - Ta
jest beznadziejnie zalana paliwem i wypalona.
Stałem, jakbym przegrał cały majątek w karty. Nauczony doświadczeniem,
stałem się ostrożny w kontaktach z ludźmi, szczególnie z wyższymi rangą.
- Jawohl! - to zawsze dobrze brzmiało.
Kiedy silnik BMW już pracował, sam słyszałem, że wydawał inne odgłosy.
- Teraz kieruj się na Colmar, Freiburg i Donauschgingen. Zobaczysz, że
wkrótce dogonisz batalion.
Ruszyłem w drogę, obiecując sobie, że przy pierwszej okazji zdobędę
garść świec zapłonowych.
Byłem w kiepskiej sytuacji. Jeśli opowiem o swoich kłopotach kumplom, to
nie będzie końca szyderstw ze mnie. Przecież problem ze świecami
powinienem załatwić w pięć minut. Pozwoliłem wyprzedzić się praktycznie
całej dywizji. Łatwo wam się śmiać, ale jak już wspominałem, byłem nadal
początkującym kierowcą motocykla. A do tego dopiero niedawno dostałem
BMW i nie było w zasadzie okazji, abym lepiej poznał jego konstrukcję.
Połykałem kilometr po kilometrze - było już zupełnie jasno - i poczułem
się znacznie raźniej. Zaraz za Renem, przemknąłem obok batalionu
zaopatrzeniowego dywizji. W Höllental przed frontem gospody stał BMW.
Zatrzymałem się tam z piskiem opon. W drzwiach stanął zaskoczony Bela.
- Skąd tu się wziąłeś?
Coś mu wybąkałem o dziurawej dętce.
Przechylił głowę na jedną stronę i spytał z niedowierzaniem:
- A może sam ją naprawiłeś?
Zbyt dobrze wiedział, że zawsze miałem z tym problemy.
- No pewnie. W którymś momencie musisz sobie sam radzić. Ale co ciebie
tu sprowadza?
- Flak w oponie - parsknął śmiechem, a potem dodał. - Czy ty uważasz, że
jestem głupi? Tylko mam jechać i jechać? Ty też musisz nacieszyć się
trochę okolicą i mieć choć chwilę wytchnienia.
Nadal musiałem nauczyć się sztuczek przydatnych gońcom motocyklowym, aby
"urwać się na chwilę", udając tylko awarię sprzętu.
O jedenastej w nocy dojechaliśmy do Donaueschingen, a Bachmeyer przyjął
nasz raport bez żadnych podejrzeń. Był po prostu zadowolony, że
wróciliśmy. Podczas tego długiego przemarszu nie było nic niezwykłego,
że jeden czy drugi z nas gdzieś znikał. Motocyklom zdarzały się
autentyczne usterki, ale większość udawało się naprawić we własnym
zakresie. Ważne było, aby z sześciu gońców motocyklowych, kilku było do
dyspozycji dowódcy.
To, co stało się między Memmingen a Monachium, było zupełną
niespodzianką. Jechałem z powrotem, aby odebrać rozkaz dla szefa
kompanii. Wykonałem zadanie i pełnym gazem pędziłem, aby dołączyć do
czoła kolumny. Tego dnia było bardzo gorąco, więc zaschło mi w gardle.
Widok gospody na poboczu drogi zachęcał do zrobienia przerwy w jeździe.
Kiedy otworzyłem drzwi, powitało mnie gromkie "Cześć!". Siedzieli tam
jak wczasowicze Zipp, Bela, Hans i Schwenk!
- Czy zwariowaliście, panowie? Co się stanie, jeśli jakiś oficer
przejedzie tędy i zobaczy, jak dobrze się tu bawicie?
- To ty jesteś wariatem - odezwał się Schwenk. - Tylko ty zostawiłeś
motocykl przed gospodą, aby wszyscy go zobaczyli, a nasze stoją z tyłu.
Spójrz i zobacz, jaki mamy znakomity widok na drogę. Uwierz, że szybko
znikniemy przez drzwi od zaplecza, jeśli wejdzie ktoś, kto nam się nie
spodoba.
- O rany, ile jeszcze muszę się od was nauczyć!
Drugiej nocy batalion kwaterował na przedmieściach Monachium.
Śmiertelnie zmęczeni zwalaliśmy się na słomę, rozrzuconą na podłodze sal
lekcyjnych miejscowego gimnazjum. W nocy Bela i Zipp miel pojechać do
sztabu dywizji, aby dostarczyć stosowne raporty. Dla reszty nas także
znalazło się coś do roboty. Pospaliśmy na słomie najwyżej trzy godziny,
kiedy dostaliśmy rozkaz wyjazdu. Zawyły ponownie silniki i kolumna
maszyn ruszyła z miejsca. W Monachium nadal panował mrok. Dudnienie
silników odbijało się głośnym echem od ścian wiekowych budynków. Jestem
pewny, że mieszkańcy miasta wstawali z łóżek i przeklinali nas za ten
hałas. Przecież 500 pojazdów naszego batalionu musiało robić niezły
harmider. Ciężarówki pułków piechoty, ciągniki artyleryjskie, ciężki
sprzęt mostowy i pojazdy saperów oraz cała reszta dywizyjnego taboru na
pewno nie była cichsza. Godzinami musiało trwać przetaczanie się tej
rzeki pojazdów przez stolicę Bawarii.
Pojawiła się tablica informacyjna: Braunau! W międzyczasie
doprowadziliśmy do perfekcji system "awarii". Pojawił się dobry moment,
aby urwać się na chwilę. Dałem znać Zippowi, który jechał obok mnie i skręciłem w prawo. Początkowo grzebałem przy gaźniku, kiedy przejeżdżały
obok nas pojazdy dywizyjne i kręciłem z rezygnacją głową. A kiedy
pojawiła się przerwa w korowodzie, uciekłem z motocyklem jak błyskawica
w boczną uliczkę.
Jechaliśmy przez całą poprzednią noc. Z Hansem otrzymaliśmy rozkazy, aby
uprzedzić miejscową policję, wyznaczoną do blokowania bocznych dróg, że
zbliża się nasza dywizja. To było doskonałe zadanie. Nie oglądając się
na czoło naszej kolumny, pognaliśmy przed siebie, przekazaliśmy
niezbędne informacje na posterunku policji, a potem mieliśmy czas dla
siebie, dopóki nie usłyszymy, że zbliżają się pojazdy straży przedniej
dywizji. Wtedy musieliśmy wrócić do batalionu.
Już ostatnie promienie słońca odbijały się od dachów długiej kolumny
szarych pojazdów, a potem zapadł zmierzch. Melk z imponującym barokowym
opactwem benedyktynów został za plecami. Naprzód, naprzód, cały czas
naprzód! Dojechaliśmy prawie do Wiednia. Zmęczenie związane z nieprzerwaną jazdą stawało się coraz bardziej dokuczliwe. Byłem tak
wyczerpany, że oczy same zamykały mi się ze zmęczenia.
Pomimo podjęcia nadzwyczajnych środków bezpieczeństwa - cały pluton
motocyklowy z 3 kompanii miał oświetlać latarkami niewidoczne z daleka
skrzyżowania i zakręty - przewrócone ciężarówki i wraki samochodów
znaczyły trasę przejazdu dywizji. Jeśli jakiś pojazd uderzył w drzewo,
zjechał do rowu, albo w inny sposób blokował drogę - był natychmiast
spychany na bok. Droga musiała być przejezdna. Dywizja przemieszczała
się i nic, absolutnie nic, nie mogło tego zakłócać. Oficer przydzielony
ze sztabu generalnego dokładnie wyznaczał etapowe punkty docelowe.
Deszcze, upał, ciemność i temu podobne problemy nie mogły być powodem,
aby pojawiły się jakiekolwiek opóźnienia.
Jeśli jakiś pojazd miał awarię, pasażerowie przesiadali się do innych.
Gdy zdarzały się wypadki, to batalion medyczny, jadący na końcu kolumny,
zbierał rannych. Warto w tym miejscu wspomnieć, że po przejechaniu
Austrii, zdarzyło się całemu plutonowi z 3 kompanii, włącznie z dowódcą,
że motocykle "popsuły" się w Budapeszcie. Wszyscy jego żołnierz musieli
spędzić noc w tym mieście. Dołączyli do dywizji dopiero przy granicy
Rumunii. Nie trzeba dodawać, że cały batalion zazdrościł tym chłopakom,
że udało im się mieć "awarię" w Budapeszcie.
Stacjonowaliśmy na południe od Wiednia. Stopniowo doświadczaliśmy coraz
bardziej niepewnego losu kuriera motocyklowego. Podczas gdy kumple z kompanii liniowych już zajmowali kwatery, nasza jazda jeszcze się nie
kończyła. Jeden z nas musiał pojechać do siedziby sztabu dywizji, a to
często było 30 do 40 kilometrów drogi powrotnej; ktoś inny musiał coś
zawieźć do sztabu pułku, a ktoś jeszcze do jednostek zaopatrzeniowych. I tak było każdej nocy. Cieszyliśmy się, jeśli udało nam się w tym zamęcie
pospać choć przez chwilę. Trudno nas w takiej sytuacji winić, że czasami
udawaliśmy "awarie", aby choć trochę odpocząć.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki