Góra Tajget - Anna Dziewit-Meller

Kup ebooka

34.90 zł
27.22 zł (26,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Se­ba­stian

Se­ba­stian Ko­wo­lik z tru­dem otwiera oczy. Wi­dzi przed sobą rząd pu­stych bu­te­lek, prze­wró­cone szklanki, pety wci­śnięte w ka­napki z szynką, wrzu­cone do kie­lisz­ków do po­łowy wy­peł­nio­nych jesz­cze wi­nem. Wi­dzi tlący się dym, który wy­do­bywa się z wa­zonu sto­ją­cego na stole. Le­dwo ko­ja­rzy fakty - coś przy­pływa, coś od­pływa, ob­razy prze­ni­kają się i kręcą jak fryga do­okoła jego głowy. Za­trzy­małby chęt­nie tę ka­ru­zelę i wy­siadł, ale naj­wy­raź­niej to te­raz nie­moż­liwe. Wy­mioty pod­cho­dzą nie­bez­piecz­nie bli­sko gar­dła. Czuje, że to bę­dzie prze­grana walka, więc na­chyla się nad wa­zo­nem, z któ­rego wciąż coś się kopci, i chlu­sta rzy­go­wi­nami. Ociera kan­tem dłoni usta i wy­daje mu się, że chyba czuje się odro­binę le­piej. Opiera się z ulgą o krze­sło i za­czyna ro­bić bi­lans wie­czoru.

Oto więc zo­stał oj­cem.

- Nie uro­dzi pani tego ko­losa na­tu­ral­nie, mó­wię pani, że to się i tak skoń­czy cię­ciem - mówi im le­karz, pa­trząc na czarno-białe kształty ma­ja­czące im na ekra­nie w ostat­nim przed po­ro­dem USG. - Naj­pierw bę­dzie się pani mę­czyć go­dzi­nami, po to że­by­śmy i tak pa­nią po­cięli. Po co ry­zy­ko­wać.

No tak, prze­cież nie będą ry­zy­ko­wać. Dok­tor każe Ka­ro­li­nie się wy­trzeć, ubrać i usiąść, a po­tem roz­ta­cza przed nimi wi­zje, w któ­rych roi się od dzieci udu­szo­nych pę­po­winą owi­niętą wo­kół szyi, nie­do­tle­nio­nych w ka­nale rod­nym, z po­ra­że­niem mó­zgo­wym, le­żą­cych mie­sią­cami w in­ku­ba­to­rach. Se­ba­stian trzyma żonę za rękę pod sto­łem. Ko­bieta ma lo­do­watą dłoń.

- Aha. - Kiwa głową, pa­trząc na ru­chy warg dok­tora - No tak. Fak­tycz­nie.

We wska­za­nym dniu jadą do szpi­tala na cię­cie. Kiedy sie­dzą w izbie przy­jęć, wśród stę­ka­ją­cych z bólu ro­dzą­cych, cze­ka­ją­cych na znie­czu­le­nie, czują się oby­dwoje nie­swojo. Jakby przy­byli tam, na te fo­tele w pleksi z in­nej pla­nety. Jakby cze­kali na ope­ra­cję wy­rostka. Jakby ich po­ród był ni­żej w hie­rar­chii waż­no­ści wszyst­kich pla­no­wa­nych tego dnia po­ro­dów świata. Ka­ro­lina chwyta go za ra­mię:

- Se­bek, kur­czę, my­ślisz, że my do­brze ro­bimy z tą ce­sarką?

- No prze­cież le­karz mó­wił. - Se­ba­stian mocno w to wie­rzy. Komu ufać, je­śli nie spe­cja­li­stom?

Le­karz dy­żu­ru­jący tego dnia na po­ro­dówce wyj­muje kilka go­dzin po­tem z brzu­cha Ka­ro­liny le­d­wie trzy­ki­lo­gra­mowe dziecko. Se­ba­stian, który asy­stuje przy cię­ciu, ob­ser­wu­jąc wszystko z miej­sca wy­zna­czo­nego dla oj­ców za szybą w ką­cie sali ope­ra­cyj­nej, jest zdu­miony.

- Trzy kilo? To jest ko­los?

Dają mu ją po­trzy­mać, kiedy chi­rurg zszywa brzuch żony. Jest oszo­ło­miony jak po moc­nym ude­rze­niu w głowę. Trzęsą mu się ręce. Pie­lę­gniarka śmieje się, wi­dząc jego nie­po­rad­ność:

- Pie­r?nie, chopy, pod ziy­mi? sie niy bo­ji­cie je­chać i fe­dro­wać, a dziecka niy po­ra­dzi­cie na rynce wzi­?ńć.

Se­ba­stian pro­te­stuje:

- Ja pod zie­mię nie jeż­dżę.

Pie­lę­gniarka tylko wzru­sza ra­mio­nami i zo­sta­wia go sam na sam z krzy­czą­cym dziec­kiem. De­li­kat­nie od­kłada je do pla­sti­ko­wej ku­wetki na kół­kach, w któ­rej mu je przy­wie­ziono. Dziew­czynka prze­staje krzy­czeć i za­pada w sen.

Po­ziom al­ko­holu we krwi Se­ba­stiana, który wła­śnie do­cho­dzi do sie­bie po in­te­gra­cji to­wa­rzy­skiej z ko­le­gami z oka­zji na­ro­dzin pier­wo­rod­nej, po­woli się ob­niża. Se­ba­stian wpada na­gle w przy­gnę­bie­nie. Za­myka oczy i z oczami za­mknię­tymi wi­dzi sie­bie, jak wczo­raj w tłu­mie ko­le­gów pod­nosi do ust ko­lejny kie­li­szek wódki, by opić zdro­wie córki, i wtedy do­okoła jego nóg za­czyna wić się mgła tak gę­sta, że nie może po­ru­szyć pal­cem w bu­cie, mgła trzyma go w uści­sku że­la­znym, opływa go jak roz­to­piona stal, trzyma w dy­bach, od­biera mu dech z piersi. Ko­le­dzy prze­pi­jają do sie­bie, a on do­świad­cza ataku pa­niki, ja­kiego nie znał ni­gdy do­tąd. Przed oczami ma za­ci­śnięte piąstki swo­jej córki i drży jak ol­chy na wie­trze.

Na to wspo­mnie­nie przez do­brych parę mi­nut Se­ba­stian sie­dzi z głową scho­waną w dło­niach. Znów nie wie, co się z nim dzieje, czuje się słaby i mi­kry. Wy­daje mu się te­raz, że wy­ro­sła przed nim nie­bo­siężna góra, na którą bę­dzie mu­siał to­czyć wielki głaz, a prze­cież nie ma sił. Ten lęk po­ja­wia się zni­kąd i siada mu na pier­siach jak wy­li­niały lew, który swoim ciel­skiem przy­gniata wy­ry­wa­jącą się ofiarę. Se­ba­stian ni­gdy nie bał się tak bar­dzo. Ale może to tylko wpływ al­ko­holu, który pły­nie wartko przez tęt­nice.

Bo czuje się wciąż bar­dzo pi­jany. Stary oby­czaj, który każe ojcu na cześć na­ro­dzin dziecka na­chlać się do nie­przy­tom­no­ści. Ten pa­ra­doks - ona leży w szpi­talu ze zszy­tym czarną ni­cią brzu­chem, z mo­czem spły­wa­ją­cym rurką cew­nika do worka, z kro­plów­kami peł­nymi soli fi­zjo­lo­gicz­nej do na­wad­nia­nia wbi­tymi w źle za­ło­żone we­nflony, nie­zdolna pod­nieść się o wła­snych si­łach, tra­dy­cyj­nie po­rzu­cona przez nie­sły­szące ni­czego po­łożne ukryte do­brze w swo­jej kan­cia­pie na końcu ko­ry­ta­rza, i on le­żący w domu na łóżku, wśród gru­zów zna­ko­mi­tej im­prezy, jaka za nim. Współ­czu­cie - ty cier­pisz i ja cier­pię.

Se­ba­stian wy­cho­dzi na bal­kon, żeby tro­chę ochło­nąć, mi­ja­jąc po dro­dze rzu­cone na pod­łogę ser­wetki i puszki po pi­wie. Wciąż mroźne po­wie­trze mar­cowe prze­sy­cone jest za­pa­chem pa­lo­nego miału, śmieci, opon - wszyst­kiego, czego oko­liczni miesz­kańcy uży­wają przez całą zimę do pa­le­nia w pie­cach. Przez oko­licę snuje się szaro-czarny smog, prze­ni­ka­jący z każ­dym głęb­szym od­de­chem do płuc, a stam­tąd do krwi. Wdy­cha przez dłuż­szą chwilę tę tru­jącą mie­szankę me­tali cięż­kich i tlenku wę­gla, pa­trząc na słońce, które zza tok­sycz­nej mgły świeci bla­dym świa­tłem. Wyj­muje z kie­szeni bluzy paczkę pa­pie­ro­sów. Wy­ciąga jed­nego i wkłada do ust.

Wy­cho­dzi z klatki i ru­sza za­cie­nioną stroną ulicy w stronę szpi­tala po­łoż­ni­czego. Ce­glany mur ka­mie­nic tu i ów­dzie jest od­no­wiony. Wiele bu­dyn­ków jed­nak nisz­czeje. Od­pa­dają z nich frag­menty se­ce­syj­nych de­ko­ra­cji, za­byt­kowe ozdobne bal­kony za­mie­niają się w gra­ciar­nie, na któ­rych trzyma się nie­miesz­czące się w do­mach sprzęty, szyby okien po­kryte są czar­nym na­lo­tem, zza któ­rego trudno roz­po­znać barwy za­słon i fi­ra­nek. W bra­mach stoją rów­nie pod­nisz­czeni lu­dzie, trud­niący się zbie­ra­niem złomu, któ­rych Se­ba­stian wy­prze­dza nie­raz sa­mo­cho­dem, kiedy cią­gną wózki wy­ła­do­wane sta­rymi pral­kami, ru­rami i Bóg wie czym. Są jak trój­konne za­przęgi. Je­den za­wsze cią­gnie, dwóch trzyma po bo­kach, żeby się im po dro­dze nie po­gu­biło to wy­szu­kane na ha­sio­kach bo­gac­two. Za­zwy­czaj są chu­dzi i ży­la­ści, w nie­okre­ślo­nym wieku, z po­ła­ma­nymi w bój­kach no­sami, z prze­pi­tymi oczami, z hi­sto­rią wielu po­ko­leń syn­dromu al­ko­ho­lo­wego wy­pi­saną na brzyd­kich twa­rzach. W oknach wi­szą oparte o po­duszki ich żony, z wło­sami spa­lo­nymi na biało lub na czarno ta­nią farbą, po­ma­rań­czowe od sa­mo­opa­la­czy albo blade z głodu, w za­leż­no­ści od faz księ­życa i po­daży złomu na mie­ście. Na pla­cach gdzieś w głębi ba­wią się ich dzieci, te za­wsze naj­mniej­sze w kla­sie, w po­dar­tych ubra­niach, z nie­bie­ską kartą w nie­bie­skiej li­nii, co je pod ko­niec pod­sta­wówki pchali już wszy­scy na siłę, byle je prze­pchać do gim­na­zjum i po­zbyć się kło­potu, a i nie­raz wszy. Ska­czą z da­chów chle­wi­ków na po­dwór­kach, grze­bią pa­ty­kami w czar­nej jak smoła ziemi, huś­tają się na tych trze­pa­kach, któ­rych jesz­cze nikt nie ukradł na zło­mo­wi­sko. Ich oj­co­wie kradną prąd, pod­łą­cza­jąc się do prze­wo­dów na klat­kach scho­do­wych, co cza­sem koń­czy się wiel­kim po­ża­rem i tru­pami wy­wo­żo­nymi w czar­nych wor­kach, a matki palą w pie­cach byle czym, co cza­sem też koń­czy się po­dob­nie, kiedy tle­nek wę­gla za­bija ich wszyst­kich we śnie. Wtedy tylko w MOPS-ie ktoś sta­wia pod­pisy w od­po­wied­nich miej­scach w od­po­wied­nich tecz­kach i uwal­nia środki fi­nan­sowe, które mogą tra­fić w inne wy­cią­gnięte brudne ręce. Czarne ob­wódki za pa­znok­ciami kie­dyś świad­czyły o tym, że się ma pracę, za­ra­bia pod zie­mią i wy­daje za żół­tymi fi­ran­kami. Te­raz czarne ob­wódki świad­czą o tym, że czło­wiek gnije za ży­cia, i o ni­czym wię­cej.

Se­ba­stian pa­trzy spode łba na mi­ja­nych lu­dzi o szkli­stym wzroku. Oni jed­nak go nie za­uwa­żają za­mro­czeni swoim ulu­bio­nym jab­co­kiem, stoją, chwie­jąc się lekko w przód i tył, mam­ro­cząc coś do sie­bie w so­bie tylko zna­nym na­rze­czu, w ję­zyku bę­dą­cym mie­szanką ślą­skiej gwary i mowy osób nie­ist­nie­ją­cych. Są jak cie­nie za­gi­nio­nych przod­ków, zjawy z naj­niż­szych po­kła­dów ko­palni, które ktoś przy­pad­kiem wy­wiózł ra­zem z ostat­nim wa­go­ni­kiem wę­gla na po­wierzch­nię. Roz­pierz­chły się wtedy po oko­licy w po­pło­chu jak wy­pusz­czeni ze szpi­tala wa­riaci i bie­gają te­raz sa­mo­pas, przy­bie­ra­jąc co­raz bar­dziej spo­twor­niałe formy.

Se­ba­stian idzie w stronę szpi­tala, przez po­ranną mgłę i dym z ko­mi­nów, przez miej­ski park. Jego syl­wetka wi­dziana z per­spek­tywy ulicy staje się co­raz bar­dziej za­ma­zana, traci swoje kon­tury i barwę, aż w końcu Se­ba­stian cał­ko­wi­cie znika w bia­ło­sza­rej po­świa­cie, jak duch, który wła­śnie prze­szedł przez ścianę.

A za­tem py­tam każ­dego z was. Czy wy­rze­kasz się grze­chu, aby żyć w wol­no­ści dzieci Bo­żych?

Wy­rze­kam się.

Czy wy­rze­kasz się wszyst­kiego, co pro­wa­dzi do zła, aby cię grzech nie opa­no­wał?

Wy­rze­kam się.

Czy wy­rze­kasz się sza­tana, który jest głów­nym sprawcą grze­chu?

Wy­rze­kam się.

Czy wie­rzysz w Boga Ojca Wszech­mo­gą­cego, Stwo­rzy­ciela nieba i ziemi?

Wie­rzę.

Czy wie­rzysz w Je­zusa Chry­stusa, Syna Jego je­dy­nego, Pana na­szego, na­ro­dzo­nego z Ma­ryi Dzie­wicy, umę­czo­nego i po­grze­ba­nego, który po­wstał z mar­twych i za­siada po pra­wicy Ojca?

Wie­rzę.

Czy wie­rzysz w Du­cha Świę­tego, święty Ko­ściół po­wszechny, ob­co­wa­nie Świę­tych, od­pusz­cze­nie grze­chów, zmar­twych­wsta­nie ciała i ży­cie wieczne?

Wie­rzę.

Złote szaty księ­dza sze­lesz­czą, mi­ni­stranci się uwi­jają, małe główki w bia­łych cza­pecz­kach zo­stają od­kryte i już, raz-raz, zimna woda świę­cona, krzyżmo święte i świa­tło Du­cha Świę­tego zstę­pują na po­częte z grze­chu istoty, które krzy­czą uni­sono, a ich głos nie­sie się wo­kół jak smętna pieśń.

Se­ba­stian Ko­wo­lik z ro­dziną stoi te­raz w cia­snej kruch­cie ko­ściel­nej, bo na ze­wnątrz leje wio­senny deszcz, ma­jowa bu­rza roz­pę­tała się nad drew­nia­nym ko­ścio­łem na wzgó­rzu, pio­runy grzmią, jakby sam książę ciem­no­ści mio­tał się po nie­bie, wy­go­niony przed chwilą z tych ma­łych du­szy­czek. Se­ba­stian trzyma na rę­kach córkę i mil­czy, choć do­okoła po­brzmiewa gwar roz­mów. Prze­cho­dzi ksiądz, u któ­rego Se­ba­stian był się wy­spo­wia­dać. Se­ba­stian spusz­cza wzrok. Trudno uda­wać, że przy­jemne jest opo­wia­da­nie o so­bie ob­cemu fa­ce­towi po dru­giej stro­nie kraty. O tym, co się robi i co się my­śli. Kiedy się spo­wiada, przy­cho­dzi mu do głowy myśl, by po­dzie­lić się z księ­dzem lę­kiem, który uro­dził się ra­zem z jego dziec­kiem.

Ksiądz mówi: "Ochrzcisz ją, synu, i sza­tan zo­stawi wa­szą ro­dzinę w spo­koju, a twoje serce sta­nie się spo­kojne". Ale już w chwili, gdy od­cho­dzi od kon­fe­sjo­nału, Se­ba­stian wie, że to nie­prawda. Bo ni­gdy nie prze­sta­nie się o nią bać.

Ap­teka, którą odzie­dzi­czył po ojcu, znaj­duje się tuż obok szpi­tal­nego kom­pleksu, w nie­zbyt ład­nym bu­dynku. Z jej okien wi­dać bramę do szpi­tala, przez którą wy­jeż­dżają ka­retki, wcho­dzą pa­cjenci, wy­cho­dzą le­ka­rze w kurt­kach i płasz­czach na­rzu­co­nych na białe ki­tle, a pie­lę­gniarki w czep­kach palą pa­pie­rosy za bramą, bo na te­re­nie szpi­tala obo­wią­zuje ści­sły za­kaz. I ma­sywne cho­daki, które kie­dyś szpi­tal do­stał w przy­dziale, toną w ka­łu­żach. Od pra­wie trzy­dzie­stu lat Se­ba­stiana za­prząta myśl, czy one mają pod tymi far­tu­chami bie­li­znę, czy są na­gie. Majtki pew­nie mają, ale czy biu­sto­no­sze? To jego pierw­sza kon­kretna fan­ta­zja ero­tyczna. Kiedy przy­cho­dzi do ojca po szkole, siada przy oknie, po­ły­ka­jąc sma­ku­jące jak pierw­sza ko­mu­nia opłatki - za­stęp­cze opa­ko­wa­nia do le­ków ro­bio­nych w ap­tece na za­mó­wie­nie - i pa­trzy przez to okno na pie­lę­gniarki w bia­łych albo zie­lo­nych far­tu­chach, pod któ­rymi wy­raź­nie ry­sują się duże piersi, krą­głe po­śladki. My­śli so­bie wtedy o tym, jak ła­two jest ze­drzeć to ubra­nie jed­nym zde­cy­do­wa­nym szarp­nię­ciem. Do­cho­dzą go prze­cież strzępki roz­mów ro­dzi­ców o ro­man­sach na dy­żu­rach, o zdra­dach, roz­wo­dach ko­lej­nych le­ka­rzy. Przez cały okres doj­rze­wa­nia wy­obraź­nia pod­po­wiada mu ob­razy be­ze­ceństw, do ja­kich do­cho­dzić musi w sta­rych szpi­tal­nych mu­rach. Szpi­tal jest dla niego od za­wsze miej­scem, które jak żadne inne ko­ja­rzy się z cie­le­sno­ścią, i to nie dla­tego, że ciała są tam wy­sta­wiane na wi­dok pu­bliczny, upo­ka­rzane we­nflo­nami, kacz­kami, wle­wami i jo­dyną, ale ze względu na sek­su­alny po­ten­cjał noc­nych dy­żu­rów, pie­lę­gnia­rek przy­sy­pia­ją­cych na wą­skich ko­zet­kach, le­ka­rzy spę­dza­ją­cych wiele nocy poza do­mem, le­ka­rek, co to nie mogą uło­żyć so­bie ży­cia ro­dzin­nego, pa­cjen­tów i pa­cjen­tek psy­chia­trycz­nych, o któ­rych sły­szał naj­dzik­sze hi­sto­rie po­wta­rzane przez ko­le­gów ze star­szych klas - tej ca­łej me­dycz­nej me­na­że­rii na­ła­do­wa­nej emo­cjami, ja­kich trudno się po­zbyć wraz z od­wie­sze­niem ki­tla na wie­szak w kan­cia­pie.

Se­ba­stian jed­nak ni­gdy nie za­znaje uro­ków ero­tycz­nego ży­cia szpi­tala. Gdy zo­staje kie­row­ni­kiem ap­teki, oj­ciec mówi mu: "Być na swoim, Se­ba­stian, to jest znacz­nie lep­sze". Oj­ciec wie, co mówi, prze­pra­co­wał parę lat w jed­nej ta­kiej szpi­tal­nej ap­tece, za­opa­tru­jąc od­działy w leki. "Układy, ukła­dziki, Se­ba­stian, tylko to się tam li­czy. Zo­sta­wiam ci ap­tekę, że­byś nie mu­siał się ni­komu w pas kła­niać". Oj­ciec Se­ba­stiana koń­czy stu­dia wyż­sze, bo jego z ko­lei oj­ciec pew­nej bez­sen­nej nocy przy­rzeka so­bie so­len­nie, że nie da dziecka zmar­no­wać pod po­kła­dami wę­gla, w wy­bu­chu me­tanu, po­cho­wa­nego na za­wsze setki me­trów pod zie­mią. Ta noc przy­cho­dzi po dniu, kiedy na jego zmia­nie ma­szyna gór­ni­cza ob­cina głowę dwu­dzie­sto­let­niemu są­sia­dowi, Ze­fli­kowi, który wła­śnie mie­siąc wcze­śniej oże­nił się ze swoją lip­stą.

I tak oto głowa ojca Se­ba­stiana, a po­tem i Se­ba­stiana uni­kają losu głowy nie­szczę­snego Ze­flika, któ­remu ją przy­szy­wają w za­kła­dzie po­grze­bo­wym, bo nikt się nie waży po­ka­zać ina­czej ciała zroz­pa­czo­nej matce.

Ze­flik bez głowy nie­raz przy­cho­dził we śnie do ma­łego Sebka, ten sen na­wie­dzał go re­gu­lar­nie, ni­gdy nie da­jąc za­po­mnieć o ma­ka­brycz­nym wy­da­rze­niu sprzed lat.

Far­ma­cja, kra­ina tru­cizn i od­tru­tek, od­czyn­niki, proszki, re­cep­tury - Se­ba­stian lubi swoją pracę, bo czuje się czę­ścią tej wspól­noty, któ­rej praca ma głę­boki spo­łeczny sens. Le­czy lu­dzi, ra­tuje ży­cie, nie two­rzy nie­po­trzeb­nych by­tów - tak o so­bie my­śli, po­rów­nu­jąc się z ko­le­gami z li­ceum, któ­rzy obej­mują urzędy w spół­kach gór­ni­czych, dzia­łają w mar­ke­tingu albo pi­szą do ga­zet. Leki uło­żone w od­po­wied­nich prze­gród­kach, ste­rylna czy­stość za­ple­cza, białe, pach­nące świe­żym pra­niem far­tu­chy, opary i wy­ziewy che­mi­ka­liów, atomy naj­róż­niej­szych sub­stan­cji, uwal­nia­jące się do at­mos­fery i wdy­chane przez pra­cow­ni­ków ap­teki - tak, to jest ży­wioł Se­ba­stiana.

Idąc do pracy, zo­sta­wia te­raz w domu żonę i córkę. Czuje się za każ­dym ra­zem, jakby wy­cho­dził nie z miesz­ka­nia, ale z mięk­kiego ko­konu, w któ­rym to­czy się inne ży­cie, ży­cie o smaku mleka, o za­pa­chu żół­tej kupki, o kon­sy­sten­cji fałd na wciąż roz­dę­tym ciążą brzu­chu żony, mięk­kie, o za­tar­tych kon­tu­rach, po­zba­wione in­ten­syw­nych ko­lo­rów. Za­myka za sobą drzwi, jakby za­kle­jał psz­cze­lim wo­skiem wej­ście do ula, by nie wy­pu­ścić ni­kogo na świat i by świata nie wpusz­czać do środka. Za­nim wyj­dzie, stoi za­wsze nad ko­ły­ską, gdzie ci­cho po­sa­puje dziew­czynka ochrzczona dwoj­giem imion Mał­go­rzata Ja­nina, o wło­sach zru­dzia­łych nieco i in­ten­syw­nie nie­bie­skich oczach, któ­rej główka mie­ści mu się na dłoni. Wzdy­cha i wy­cho­dzi, za­ty­ka­jąc szczel­nie po­zo­sta­wiony po so­bie otwór.

Nie chce, by do­tarły tu wia­do­mo­ści o matce, co udu­siła dziecko gumką do wło­sów, ani o tej, co uto­piła no­wo­rodki jak ko­cięta i za­ko­pała pod ka­mie­niem, ani o tej, co za­wie­rzyła zna­cho­rom i kar­miła córkę zio­łami tak długo, aż ta zmarła z głodu, ani o tej, co od­dała dziecko na lek­cję wy­cho­wa­nia do kon­ku­benta, który pa­sem z klamrą za­tłukł sze­ścio­latka na śmierć. Nie chce, by było sły­chać o wy­pad­kach ko­mu­ni­ka­cyj­nych, w któ­rych giną ro­dzice, a dwójka trzy­lat­ków zo­staje sama na bo­żym świe­cie. Pi­jane matki po­dają no­wo­rod­kom piersi pełne al­ko­holu, pi­jani oj­co­wie gwałcą swoje roczne córki, pi­jani wy­cho­wawcy nie wi­dzą, jak w do­mach dziecka wy­cho­wan­ko­wie gwałcą się wza­jem. Se­ba­stian nie chce, by do­tarła tu wie­dza o po­de­rżnię­tych gar­dzioł­kach ma­łych Sy­ryj­czy­ków ani o ma­łych trup­kach chrze­ści­jań­skich dzieci w Iraku. Gdyby mógł ja­koś ukryć przed ich wzro­kiem zdję­cia to­piel­ców w czer­wo­nych krót­kich spoden­kach, z czar­nymi wło­skami oka­la­ją­cymi śliczne małe bu­zie lub za­ple­cio­nymi w war­ko­czyki, które de­li­kat­nie po­ru­szają się w rytm przy­pływu śród­ziem­no­mor­skich cie­płych fal. Boi się na­wet tego, że w domu usły­szą o tym chłop­czyku, co nocą w pi­żamce wy­szedł z domu, cie­kawy świata, i nad ra­nem go zna­leźli za­hi­ber­no­wa­nego nad rzeczką. Se­ba­stian jak tam­pon na­siąka tymi hi­sto­riami, wy­ła­pu­jąc je ni­czym mio­tełka czą­steczki ku­rzu w po­wie­trzu, i czuje, że jest opa­sły od tych hi­sto­rii, że nie umie ich stra­wić i wy­da­lić, tylko je za­trzy­muje, tak jak tama na rzece za­trzy­muje całą szu­mo­winę pły­nącą od źró­dła po uj­ście. Boli go od tego i głowa, i serce, gdy pa­trzy na małe pa­luszki Mał­go­rzaty Ja­niny.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki