I
Las wydawał się nieskończony, ale jedna niewielka jego część należała tylko do mnie, znałam ją na pamięć. Rozciągała się od końca willowej dzielnicy do torów, szyny wycięły głęboką linię w krajobrazie, dzieląc go na "w domu" i poza nim.
Las ciągnął się po drugiej stronie torów, za wysokimi piaszczystymi zboczami, po których wspinały się wrzosy, wierzbówki i poziomki, ale nie wolno mi było tam chodzić, słuchałam zakazu do momentu, aż Marcus przeprowadził się na drugą stronę. Gdy rodzice zorientowali się, że przegrali walkę, zostałam dokładnie poinstruowana, jak patrzeć i słuchać podczas przechodzenia. Zbliżający się pociąg można usłyszeć po lekkim śpiewaniu w szynach, na długo zanim się pojawi. Jeśli w szynach śpiewa, trzeba poczekać. Jeśli w szynach śpiewa, należy zająć się jedzeniem poziomek, których wokół torów było więcej niż gdziekolwiek indziej.
Kiedy bawiłam się samotnie w lesie, często miałam wrażenie, że wcale nie jestem sama. Wtedy nie potrafiłam tego opisać, trochę jakby między drzewami przystanęło coś niewidzialnego, nagle mogło się ukazać, zdecydować, że właśnie mi się objawi. Uczucie to przychodziło do mnie w zimowe dni, kiedy śnieg był mokry, a pnie drzew czarne, jakby gąbczaste, gdy się po nich drapało, a pod paznokcie dostawała się porowata mokra kora. Albo późnym popołudniem, gdy temperatura spadała, na śniegu robiła się skorupa świecąca na pomarańczowo od zachodzącego słońca i trzeba było wracać do domu. Coś w środku kazało mi zarówno się spieszyć, jak i zostać. Albo w upalne letnie dni, gdy podkłady kolejowe pachniały dziegciem i ciepłym drewnem, a ja chowałam się w gąszczu paproci, gdzie gleba była chłodna i wilgotna, czułam się jak w piwnicy. Nawet w środku dnia panował tam półmrok, nie było widać, co kryje się za wielkimi liśćmi paproci.
To przez ten las musiałam przechodzić, żeby spotkać się z Marcusem.
Poznaliśmy się w przykościelnym przedszkolu jako pięciolatkowie. Już wtedy zawiązała się między nami jakaś nić porozumienia, nasze charaktery idealnie do siebie pasowały, od początku wiedziałam, że to coś wyjątkowego. Oboje mieliśmy także innych kolegów i inne koleżanki, ale nie przepadałam za zabawami dziewczynek. Nie lubiłam kącika dla lalek, gdzie wiecznie przesiadywały, w falbankach, z zabawkowymi butelkami ze smoczkiem, poza tym gapiące się plastikowe lalki miały w sobie coś lepkiego i niepokojącego.
Wiedziałam, że Marcus ma podobną intuicyjną odrazę do pokoiku z poduchami, który stanowił terytorium chłopców, pełne wybuchowej męskiej przemocowości, obudzonej już w pięciolatkach. W czwartki wpuszczano tam tylko dziewczynki, co mogło być wczesną próbą równouprawnienia kobiet lub wynikało po prostu z poczucia sprawiedliwości pragmatycznego pedagoga, wtedy lubiłam tam być, poskakać na grubych miękkich materacach. Przez resztę czasu nie ośmieliłabym się tam wejść, chłopcy stawali się stadem dzikusów, ganiali się, wrzeszczeli, bili się poduszkami, powalali się nawzajem na materace.
Czasami, gdy siedziałam we wspólnej sali nad układanką z kolorowych plastikowych koralików, Marcus chodził do pokoiku z poduchami - zawsze miałam wrażenie, że przebywa tam głównie ze względu na jakiś obowiązek wobec swojej płci. Tak naprawdę wolał bardziej wyrafinowane zajęcia niż skakanie i wrzeszczenie, po chwili wymykał się stamtąd, przynosił swoją układankę i dosiadał się do mojego stolika. I tak siedzieliśmy, milczący, w takim towarzystwie czuliśmy się komfortowo.
Codziennie w przykościelnym przedszkolu była zbiórka, każdy przynosił sobie zieloną sztruksową poduszkę, siadaliśmy w kółku na podłodze, żeby wysłuchać historyjki z Biblii, którą czytał pedagog. Potem każdy dostawał obrazek do wklejenia do żółtego zeszytu w miękkich okładkach. Chodziło o to, że kiedy wszystkie obrazki znajdą się na miejscu, powstanie mała Biblia dla dzieci.
Większość dzieci w grupie traktowała zbiórkę jako niechcianą przerwę w zabawie, ale Marcus i ja lubiliśmy opowieści. Płonący krzew zrobił na nas duże wrażenie, pewnego dnia rozmawialiśmy o takich zjawiskach, stojąc obok siebie i zbierając owoce dzikiej róży w gąszczu koło piaskownicy.
- Płonące krzewy nie istnieją w rzeczywistości - powiedziałam.
- Jeśli się w nie wierzy, to istnieją - odparł.
Już wtedy wiedziałam, że nie chcę rezygnować z tej przyjaźni.
Na początku Marcus mieszkał z mamą w domu szeregowym w samym środku Krokek. Jego mama miała na imię Kristina, ale wszyscy mówili do niej Kicki, była fryzjerką w centrum. Emanowała ciepłem, przyjemnie było u nich bywać, mieli egzotyczne rzeczy, jak telewizję kablową i kupne bułeczki w zamrażarce, mówili szczególnym żargonem, szybkim i wesołym. Nigdy nie wspominano o tacie Marcusa, nigdy nie miałam wrażenia, że w domu brakuje taty: Marcus i Kicki stanowili odrębną, samowystarczalną jednostkę.
Po kilku latach przeprowadzili się na drugą stronę torów, Kicki poznała mężczyznę, wybudowali nowy dom, dużą jednopoziomową willę, którą pomalowali na pastelowy róż. W ogrodzie postawili dodatkowy domek, który zamierzali przeznaczyć dla gości, ale z czasem to Marcus go zajął. W tym czasie w domu było jeszcze dwoje rodzeństwa, Kicki wciąż była młoda, mogły się pojawić kolejne dzieci.
Marcus traktował nowe rodzeństwo ze spokojem ducha, ale i tak najlepiej czuł się w odosobnieniu. W domku były telewizor i rozkładana kanapa, w zamyśle - dla odwiedzających krewnych, którzy rzadko przyjeżdżali, więc po kilku latach wymieniono ją na łóżko dla Marcusa, dostawiono niewielkie biurko i komodę, gdzie trzymał ubrania. Na komodzie stała wieża stereo, a na kilku półkach na ścianach mnóstwo książek. Było prawie tak, jakby wyprowadził się z domu.
Wiedziałam, że on i nowy mąż jego mamy, Bengt, nie całkiem się dogadywali, rozumiałam dlaczego. Bengt był wiecznie w dobrym humorze, mówiąc, żywo gestykulował, głośno i często się śmiał. Był miły, ale miał w sobie wesołkowatość, która pasowała do temperamentu Kicki, za to mniej do Marcusa. Kiedy przychodziliśmy do dużego domu po kanapki albo kawę, Bengt był dla mnie uprzejmy, ale czułam w jego uprzejmości coś stanowczego, nawet agresywnego, myślałam wtedy, że gdyby to u mnie mieszkał, również wolałabym sypiać w domku gościnnym w ogrodzie.
Bengt był właścicielem dwóch hamburgerowni, jednej w Norrköpingu, drugiej w Linköpingu, i miał plany na dalszy rozwój swojego biznesu. Od czasu do czasu z entuzjazmem i przekonaniem mówił o tym, że chce mieć restauracje w każdym szwedzkim mieście. Być może wcale nie było to takie nieprawdopodobne, restauracja w Norrköpingu stała się popularna. Urządzono ją w stylu lat pięćdziesiątych, kelnerki chodziły ubrane w turkusowe stroje, małe czepeczki i białe fartuszki. W kącie stała szafa grająca, na zewnątrz piękny neon z nazwą KRÓL BURGERÓW w zawijasach. Jedzenie nie smakowało dużo lepiej niż w McDonaldzie, a poza tym było droższe, ale pójść do KRÓLA BURGERÓW to prawie jak wybrać się do prawdziwej restauracji.
W pewnym sensie Bengt był gwiazdą w Krokek i w Norrköpingu. Plotkowano, że podrywa kelnerki. Kiedy moi rodzice o nim mówili, w ich głosach było słychać sceptycyzm, ton, którego używali wobec szczególnego typu ludzi: tych, którzy trochę za dużo mówią i zadzierają nosa. Także różowy dom miał w sobie coś ostentacyjnego, wszyscy się zgadzali, że to kiczowaty kolor, podobnie jak sztampowy był model tego budynku jak z katalogu, z dwoma skrzydłami i dużymi oknami wykuszowymi. Ogród był płaski z idealnym trawnikiem, który przyjechał w wielkich rulonach, rosło tam kilka drobnych drzew owocowych, które wyglądały na całkiem przypadkowo wybrane. Z przodu znajdowała się duża drewniana weranda z bieloną balustradą.
Dziwne miejsce na budowę domu - w lesie i jeszcze w pobliżu piaszczystego dołu. Ktoś taki jak Bengt powinien zamieszkać w Sandviken, z widokiem na jezioro, fakt, że z tego zrezygnował, mimo że było go stać, postrzegano jako kolejny dowód na jego brak gustu i własnego zdania.
Marcus różnił się od całego swojego otoczenia. Ani trochę nie przypominał z wyglądu swojej mamy, trudno było uwierzyć, że w ogóle są spokrewnieni. Kiedyś pokazał zdjęcie swojego taty, wysokiego mężczyzny o poważnej twarzy i ciemnych włosach, i od razu wydał mi się bardziej zakorzeniony w świecie. Tata mieszkał w Malmö; gdy dorośliśmy, Marcus czasem jeździł do niego w odwiedziny. Wracał z duńskimi słodyczami, potem także z piwem i kontynentalną aurą, poczuciem, że coś łączy go z wielkim światem.
W piwnicy u Sofii Samuelsson oglądałyśmy filmy na wideo. U nas nie było jeszcze odtwarzacza, ale tata Sofii był pasjonatem techniki i jako jedna z pierwszych znanych mi osób sprawił sobie magnetowid. W salonie mieli wysokiej klasy głośniki i gdy jej tata włączał jakąś płytę - disco, rzadziej Bruce'a Springsteena - bas rozchodził się miękko po całym domu, jak bicie serca.
Oglądałyśmy Turnera i Hoocha, w którym Tom Hanks jest policjantem i ma wielkiego śliniącego się psa. Mama Sofii wypożyczyła film na weekend, z dwoma innymi, które pewnie także miałyśmy obejrzeć. Lubiłam oglądać filmy, było to takie przyjemne i proste. Z pełną koncentracją oglądałyśmy także te filmy, które raczej nas nie interesowały, ponieważ kasety wideo stanowiły towar deficytowy, którego nie należało marnować gadaniem. Rozmawiało się dopiero po napisach końcowych.
Mama Sofii przyrządziła nam cały garnek popcornu, przesypała go do miski, co jakiś czas dłoń moja i Sofii spotykały się w niej, podczas gdy oczy były utkwione w telewizorze. Po filmie miałam jak zwykle powiedzieć, że muszę wracać do domu na kolację, dostrzec w spojrzeniu Sofii rozczarowanie i je zignorować. Nie chciałam iść do jej pokoju, wiedziałam, co się wydarzy: będę musiała stawić czoło jej pytaniom, zmienić temat rozmowy, a najlepiej zidentyfikować problemy, zanim zostaną wypowiedziane, i powstrzymać je od przybrania formy.
Z Marcusem było inaczej, jego towarzystwo było spokojne, niemal pasywne, jak wtedy, gdy siedzieliśmy obok siebie w przedszkolu, bez żadnych oczekiwań, zwyczajnie, jak nic innego, bo nawet pozornie łagodnie wypowiedziana troska dorosłych miała w sobie żądania, a przynajmniej oczekiwania.
W szkole nie spędzaliśmy z sobą czasu, mimo że całymi dniami siedzieliśmy w tej samej sali. On przerwy spędzał z chłopakami i robił to, co robią chłopaki w wieku jedenastu, dwunastu lat, a ja paplałam z dziewczynkami o czymś nieistotnym, starałam się unikać pytań o mnie i o Erika, czasem przyjmowałam zaproszenie do domu kogoś z mojej klasy, głównie dlatego, że nie miałam siły wymyślać wykrętów. Jeśli nie szłam do Sofii Samuelsson, to do Sandry, która mieszkała na nowym osiedlu nad potokiem, w jasnym mieszkaniu pachnącym kuwetą, albo do Jenny, która mieszkała w dzielnicy domów szeregowych niedaleko szkoły, miała krosno w piwnicy i poważnych rodziców, którzy byli zielonoświątkowcami. Wszystkie chciały, żebym została ich najlepszą przyjaciółką, przywilej, którym nonszalancko zarządzałam, bo one zawsze były dla mnie na drugim miejscu, po Marcusie. Być może sprawiałam na nich takie wrażenie, jak Marcus na mnie, niedościgniony ideał w swojej niechęci do przystosowania się, niezależny od innych. Kusiły mnie słodyczami i zaufaniem, ale jak ze wszystkimi, poza Marcusem, kończyło się tak samo, prosiły: "Opowiedz o tym, jak zaginął Erik".
[...]