Rozdział 4
4
Altantsetseg siedziała w prowizorycznej kuchni i jadła jajko na twardo.
Na stole leżały części rozłożonego karabinu, brudne od oleju szmaty,
kilka terminali oraz rozmaite części elektroniczne. Miała na sobie
granatowy kombinezon. Na jego ramionach i nad kieszeniami na piersi
umieszczono rzepy na epolety, ale nic do nich nie przyczepiono. Czarne,
ostrzyżone na jeża włosy tu i ówdzie upstrzyły smużki siwizny. Mogła
mieć jakieś trzydzieści pięć, czterdzieści lat, być może więcej. Potężne
dłonie, spuchnięte od pogody i pracy. Ciemne plamki na granicy włosów po
lewej stronie twarzy. Można je było wziąć za znamiona, ale Ha widziała
już przedtem weteranów wojny i wiedziała, że to ślady po szrapnelach.
Woń świeżej kawy przebiła się przez wypełniające hol zapachy smaru do
broni, ozonu, pleśni i zaniedbania. Przez okna przedzierał się wczesny
blask zachmurzonego poranka. Towarzyszyła mu słona, nieświeża woń morza.
Altantsetseg wskazała ruchem podbródka miskę z jajkami oraz grzanki
leżące obok maszyny do kawy.
- Dziękuję.
Ha nalała sobie kawy do jednego z kilku nie do końca czystych kubków.
Podstawka grzewcza pod dzbankiem nie działała zbyt dobrze i płyn był
letni. Przełknęła go jednym haustem. Nie usiadła na krześle, tylko
wzięła sobie jajko. Zauważyła aparat tłumaczący pośród martwej natury
elementów broni, skorupek jaj oraz okruszków.
- Osoba liderująca?
Altantsetseg przyjrzała się jej, skinęła głową i wskazała kciukiem w stronę tarasu oraz plaży.
- Dzień dobry.
Altantsetseg wzruszyła ramionami, powiedziała coś, co zabrzmiało dla Ha
jak "San igloo", i potoczyła drugie jajko po blacie, krusząc skorupkę.
Ha wyjęła makaronik z papierowej torebki, którą przyniosła, i położyła
go na blacie przed drugą kobietą.
Altantsetseg zerknęła na niego i obrzuciła Ha pytającym spojrzeniem. Ta
poruszyła przesadnie żuchwą, naśladując jedzenie.
- Makaronik. - Wskazała siebie palcem. - Sama go upiekłam. To prezent.
Altantsetseg gapiła się na nią z niezmienionym wyrazem twarzy,
- Żartuję. Nie umiem piec ciastek. Kupiłam je w ASH Ho Chi Minh. Ale są
dobre.
Oddaliła się. Ochroniarka siedziała za stołem, wpatrując się
podejrzliwie w złotobrązowe kokosowe ciasteczko.
Jedząc jajko, Ha wyszła na wyłożony spękanymi kafelkami taras. Widziała
osobę liderującą. Wysoka, smukła postać stała na plaży odwrócona do niej
plecami. Zamieszkujące basen stworzenie ukryło się pod wodą, gdy
przechodziła obok.
Morze było spokojne. Jego powierzchnia falowała lekko w perłowoszarej,
nieco cytrynowej mgiełce wczesnego poranka niczym zasłona kołysząca się
na wietrze.
Gdy Ha podeszła bliżej, osoba liderująca się odwróciła.
***
Kobieta zatrzymała się, jakby potknęła się na piasku. Papierowa torebka
omal nie wypadła jej z rąk.
Osoba liderująca trzymała w długich dłoniach kilka muszelek różnych
rozmiarów. Zaczekała chwilę, by Ha mogła wziąć się w garść.
Widziała wywiad na suficie pokoju hotelowego. Któraś z gadających głów
od popularyzacji nauki, zajmujących się wszystkim - od programów dla
dzieci do filmów dokumentalnych - rozmawiała z tą... istotą. Rozmawiała z Evrimem.
Osobą liderującą, którą miała teraz przed sobą, był Evrim. Nigdy by się
nie spodziewała, że go spotka. Można go było zobaczyć na ekranie w lustrze w łazience, na suficie albo na brudnym oknie w metrze. Na
ekranie widywało się takich ludzi - czy raczej istoty, które mówiły i wyglądały jak ludzie - ale mieszkały gdzie indziej. W płynnym
królestwie, do którego widzowie nie mieli wstępu. W świecie, w którym
działy się ważne rzeczy, niepodobnym do tego, w którym żyli widzowie.
Nikomu nie przychodziło do głowy, że kiedyś ich spotka. Że w ogóle można
ich spotkać. Ale Evrim tu był.
Wyciągnął do niej rękę.
- Cieszę się z naszego spotkania. Miło panią poznać.
Uścisnęła słabo jego dłoń.
- Może pani ściskać mocniej - zapewnił. - Jej skonstruowanie kosztowało
ponad dwieście pięćdziesiąt milionów dolarów. Większa część
wykorzystanej w niej technologii pochodzi z armii. Ma ona zastosowanie w protezach kończyn. Nie sądzę, by moja ręka miała się złamać.
Uśmiechnął się do Ha. Przyłapała się na tym, że próbuje coś wyczytać z jego oczu, z pozycji, w której stał. Dostrzec różnicę. Bez skutku. Dłoń
była chłodna - w końcu był wczesny ranek nad brzegiem morza - ale
wyczuwało się w niej ciepło, nieodróżnialne od wewnętrznego ciepła
ludzkiej ręki. Na palcach i wewnętrznej powierzchni Ha wyczuwała
ziarenka piasku. Evrim zbierał muszelki. Uświadomiła sobie, że za długo
już trzyma dłoń, i ją wypuściła.
- Ha - przedstawiła się.
- Tak. Doktor Ha Nguyen. Witam panią. Widzę, że wie pani, kim jestem.
Evrim ponownie zwrócił się w stronę morza. Uświadomiła sobie, że chce
dać jej moment na otrząśnięcie się z szoku. Zachowała się nieuprzejmie.
Był trzydzieści centymetrów wyższy od niej. Twarz miał pociągłą, a kończyny długie. Jego budowa była symetryczna, pięknie neutralna i nieco
wyidealizowana. Na takiej sylwetce nawet nieprawdopodobnie brzydkie
ubrania wyglądały dobrze. Dlatego często widziało się ją u manekinów na
wystawach oraz na wybiegach. Uświadomiła sobie, że w myślach uważa
Evrima za mężczyznę. A przecież nim nie był. Czym właściwie był... czy
może było?
"Widzę, że wie pani, kim jestem".
Czy to była prawda? Co właściwie wiedziała? Sprawdziła w myślach listę
znanych jej faktów. Evrim był jedyną (przypuszczalnie) świadomą istotą,
jaką kiedykolwiek stworzyła ludzkość. Wreszcie zrealizowanym marzeniem o androidzie. Najdroższym, pomijając badania kosmosu, projektem, jakiego
kiedykolwiek podjęła się prywatna firma. Jak często powtarzano, czymś,
na co ludzkość czekała od dawna - świadomą formą życia stworzoną
wyłącznie siłą jej technologicznej woli.
Evrim stał się inspiracją dla wielu pośpiesznie uchwalonych praw, a także ich celem. Uczyniły one jego istnienie, a również tworzenie
dalszych podobnych istot, nielegalnym w większości jurysdykcji na
świecie, w tym we wszystkich krajach podlegających rządom Dyrektoriatu
ONZ. Nawet sam Evrim (sama? samo?) - Ha była poirytowana
prowincjonalizmem własnego mózgu. Już prosty fakt istnienia androida był
nielegalny w ponad połowie świata. Jego powstanie w wielu miejscach
wywołało gwałtowne zamieszki. Ha pamiętała uzbrojonych w broń palną
ludzi szturmujących budynek DIANIMA w Moskwie, zamach bombowy na
siedzibę korporacji w Paryżu oraz śmierć jej wiceprezesa od spraw
inżynieryjnych, który zginął na swym jachcie na Karaibach wysadzony
przez latającą minę nakierowaną na jego DNA. Przypominała też sobie
widziany na ekranie na suficie w pokoju hotelowym obraz mężczyzny, który
podpalił się u bram Watykanu.
Człowiek spalił się żywcem tylko dlatego, że istniejesz. Jakie to
wrażenie?
Zdała sobie sprawę, że najbardziej w androidzie niepokoi ją fakt, że jej
mózg próbuje zaliczyć go do jakiejś kategorii, do której nie mógł
pasować bez poważnych zniekształceń. Gdyby tylko potrafiła się uwolnić
od pragnienia wciśnięcia go do otworu o odpowiednim kształcie, jak
klocek w zabawce dla dzieci. Przypisania mu tożsamości płciowej. Wpadła
w nawyk mówienia (i myślenia) po angielsku i posługiwania się
archaicznym pojęciem rodzaju gramatycznego typowym dla tego języka.
Przestawiła mózg na swój drugi język, turecki. W nim zaimek trzeciej
osoby, "o", nie miał rodzaju gramatycznego. "O" nie stwarzało problemów.
Mogło zastępować wszystkie formy trzeciej osoby występujące w języku
angielskim. W myślach zaczęła opisywać Evrim tureckim "o" - okrągłym jak
jego kształt, holistycznym i inkluzywnym. Problem gender zniknął, a dysonans zaczął blednąć, ustępując miejsca czystemu zdumieniu i zachwytowi.
Nie uświadamiając sobie, co robi, wyciągnęła do Evrim rękę z makaronikiem. Słyszała w tym wywiadzie, że android nie je, choć czuje
zapach i smak, oraz że nigdy nie śpi i o niczym nie zapomina.
Jak można być człowiekiem i o niczym nie zapominać? Nigdy nie spać ani
nie jeść? Evrim spojrzało na przedmiot w jej dłoni.
- Czy to muszla? Morskie stworzenie?
- To makaronik.
- A co oznacza to słowo?
- To ciastko.
- Aha! - Wzięło makaronik w rękę, dźgnęło go długim palcem i powąchało,
a potem się uśmiechnęło. - Dziękuję. Nikt nigdy nie dał mi czegoś
takiego.
Rozdział 5
5
Kawiarnia, w której najczęściej pracował Rustem, znajdowała się w zaniedbanej części Astrachania, nieopodal bielonych murów starego
kremla. Przed stuleciami dom należał do irańskiego kupca. Dawny
właściciel udekorował go na podobieństwo meczetu - płatki złota i gipsowe trompy spływające falami ze szczytowych kopuł. Jednakże
architekt, którego wynajął na przełomie dwudziestego wieku, cechował się
upodobaniem do art déco, co nadało wszystkiemu przyjemnie roślinny
wygląd. Mimo że budynek przypominał meczet, jego właściciel miał
heretyckie upodobanie do przedstawiania ludzkich postaci - zwłaszcza
gibkich kobiet o strategicznie zasłoniętych twarzach, czerpiących wodę z fantastycznych źródeł albo wylegujących się na kanapach w altanach
porośniętych zmysłowo winoroślą.
Czas pokrył to wszystko patyną, a wiele bardziej interesujących
fragmentów fresków się złuszczyło. Zepsuły je też nieudolne dodatki -
boazeria bezceremonialnie przecinająca wpół kąpiącą się piękność czy
drzwi przedwcześnie kończące sułtańskie polowanie na lwy. Niemniej
architektura budynku, a także fakt, że z upływem dziesięcioleci
podzielono go na mieszkania i magazyny, zapewniały prywatność. Kawiarnia
była labiryntem małych pokoików oddzielonych od siebie drewnianymi
przepierzeniami bądź osłoniętych przed spojrzeniami gapiów butwiejącymi
aksamitnymi kotarami albo dziwnie sugestywnymi gobelinami, w których
klimat Księgi tysiąca i jednej nocy mieszał się ze stylem typowym dla
późnego caratu.
Kawiarnia należała do Turka, który sugerował, że wygnano go z Republiki
Stambulskiej za jakąś straszliwą zbrodnię. Urzędował na parterze, w obłokach pary buchającej z gigantycznego multisamowaru z polerowanego
mosiądzu, produkującego sto filiżanek czarnej herbaty na godzinę. Robił
też kawę po turecku tak gęstą, że nie utonąłby w niej bawół. Zatrudnił
Kazacha, który piekł jesiotry, według zapewnień właściciela złowione
przez kłusowników w Morzu Kaspijskim. Ta sugestia nielegalności dodawała
rybom smaku, choć wszyscy wiedzieli, że mięso wyhodowano in vitro.
Ostatni kaspijski jesiotr albo krył się przed zagładą gdzieś w głębinach, albo już dawno go zjedzono.
Turek przekazywał wiadomości i wysyłał komunikaty na terminal tym,
których szukał ktoś, z kim nie chcieli się spotkać. Ta ostatnia usługa
dla stałych klientów była darmowa.
Rustem był stałym klientem od prawie roku, od pierwszego dnia pobytu w Republice Astrachańskiej. W większość dni już od rana rezydował w zasłoniętej kotarą wnęce na drugim piętrze. Zaczynał dzień od kahvalti
złożonego z oliwek, fety, jajka na twardo, podpłomyków oraz dżemu
figowego. Często się zdarzało, że nie opuszczał posterunku aż do zachodu
słońca.
Interes szedł dobrze. Republika Astrachańska, zawsze miło witająca
obywateli posiadających interesujące talenty, miała wkrótce przyznać mu
paszport, a wraz z nim niepewną ochronę, którą taki dokument zapewniał.
Gdy zjawił się dzisiaj, Turek skinął do niego głową.
- We wnęce czeka na ciebie kobieta. Ma abglanz na twarzy. Pytała o ciebie z nazwiska. Tak tylko mówię.
Rustem zadał sobie pytanie, czy powinien uciekać.
Nie, Moskwa nie zabiłaby go w ten sposób. Nie był wart osobistej wizyty.
Irytacja, o jaką przyprawiał tamtejsze grube ryby, zasługiwała co
najwyżej na drona kamikaze wielkości osy, który rozwaliłby mu pół twarzy
w zaułku. Albo to, albo w ogóle nic. Ponieważ upłynął już rok i nadal
miał całą twarz, wyglądało na to drugie.
- Dziękuję.
***
Czekała na niego we wnęce. Stał przed nią talerz z pieczonym jesiotrem,
a jej abglanz co pół sekundy pokazywał nową twarz - tak szybko, że oko
nie mogło dostrzec rysów, nim pojawiły się nowe. Mężczyźni, kobiety oraz
efemeryczne, wabiące niebinarne połączenia. Niektóre piękne, inne
zwyczajne, a jeszcze inne przerażające. Czy to byli prawdziwi ludzie,
czy losowo generowane konstrukty?
Miała małe dłonie. Paznokcie pokryła złotym lakierem, a zabarwione na
platynowo aż za drugi knykieć palce lśniły od rybiego tłuszczu. Zjadła
już połowę jesiotra. Gdy wszedł, właśnie pochłaniała kolejny kawałek.
Robiła to na tyle powoli, że każdym kęsem mogło się nacieszyć pół tuzina
różnych ust i zestawów zębów.
Lubi jeść.
Rustem nie był zbytnio zainteresowany jedzeniem, choć w kawiarni
podawano dobrego jesiotra, a w kawie obchodziła go jedynie dawka
kofeiny, jaką mogła mu zapewnić. Właśnie dlatego lubił straszliwie mocną
maź Turka.
Prawda wyglądała tak, że spędzał bardzo dużo czasu poza swym fizycznym
środowiskiem. Przyklejał się do terminali na wiele godzin, zagubiony w świecie swej pracy, i wracał do rzeczywistości dopiero wtedy, gdy
zmuszały go do tego ciemność za oknem, suchość w gardle albo pusty
żołądek. Hakując sieci neuronowe, nie posługiwał się modelami VR ani 3D.
W młodości nie było go stać na takie rzeczy. Gdy mieszkał w miasteczku
Jełabuga w dawnej Republice Tatarstanu (obecnie będącej częścią
Wspólnoty Uralskiej), większość pracy wykonywał na zestawie brudnych
terminali, które sam połączył ze sobą, siedząc w archaicznej kawiarence
internetowej płatnej od godziny. Znajdowała się ona w wilgotnej piwnicy
gmachu, który jakieś sto lat przed jego narodzinami był miejscową
siedzibą Partii Komunistycznej.
Zastępował VR potężną koncentracją. Opanował tę sztukę, gdy mieszkał w jednoizbowym mieszkanku z nieustannie kłócącymi się ze sobą rodzicami.
Nauczył się znikać ze świata realnego, uciekać do innych światów, które
sam stworzył.
W starej kawiarence wykorzystywał tę umiejętność, by budować w swym
umyśle modele, które dokładnie pokazywały mu, gdzie znajdzie tylne
wejście. Kiedy wszyscy otaczający go goście kawiarenki rozwalali się
nawzajem na kawałeczki, on uczył się hakować systemy. Zupełnie jak w domu.
Jako dorosły przynajmniej mógł pracować w cichym miejscu, gdzie nic nie
odwracało jego uwagi. Zapadał na długie godziny w neuronowych wzorcach,
rozgałęzieniach i skrzyżowaniach, ślepych uliczkach i pętlach
mnemotechnicznych.
Rustem postawił sfatygowaną skórzaną torbę na podłodze i usiadł. Kelner
zjawił się już po dziesięciu sekundach i przyniósł kahvalti oraz dwa
kubki kawy na poobtłukiwanej blaszanej tacce, razem z obowiązkową
szklanką wody.
Kobieta wytarła pomalowane na platynowo palce i postawiła na stole
terminal. Bardzo spersonalizowany. Bardzo drogi. Bardzo nowy.
Zaczekała, aż kelner się oddali.
- Dwa lata temu ktoś spenetrował zdalnie sieć autofrachtowca, powodując,
że zderzył się on z jachtem na morzu Marmara, zabijając jednego z moskiewskich ultraoligarchów, mało znanego, lecz bardzo wpływowego.
Fatalnie, że zginęła również załoga, a także najnowsza żona
ultraoligarchy, ale nie sposób było tego uniknąć. Czasami musiało być
również kilka innych ofiar.
- Rok temu ktoś spowodował, że robokonserwator w katarskim wieżowcu
zepchnął irańskiego biznesmena przez poręcz na klatce schodowej, a ten
spadł na pokrytą porfirem podłogę trzydzieści metrów w dole -
kontynuował głos, pozbawiony przez abglanz wszelkich uczuć i charakterystycznych cech.
Ten plan był naprawdę znakomity.
Rustem wzruszył ramionami.
- Niewykluczone, że ktoś spowodował te wypadki, ale mogło wcale tak nie
być. Słyszałem, że w obu przypadkach nie znaleziono dowodów, by ktoś
manipulował SI. Na autofrachtowcach ciągle zdarzają się awarie, a robokonserwatorowi nie pozwoliłbym się zbliżać nie tylko do siebie, lecz
również do swoich ręczników. Są bardzo zabugowane.
Na autofrachtowcach awarie zdarzają się wtedy, gdy ktoś je spowoduje, a robokonserwatorowi nie pozwoliłby zbliżyć się do siebie, ponieważ
wiedział, do czego są one zdolne w niewłaściwych rękach. Albo we
właściwych, zależnie od punktu widzenia.
- A co pan sądzi o tym? - zapytała, podsuwając mu terminal.
Rustem przejrzał dwadzieścia pierwszych obrazów - wierzchołek neuronowej
góry lodowej. Zajęło mu to trzydzieści minut. Gdy uniósł wzrok,
zobaczył, że kobieta siedzi wciąż w tej samej pozycji, trzymając
splecione dłonie na blacie.
- Nie sądzę, by ktokolwiek mógł to zrobić.
- Nawet najlepsi? Na przykład ten, którego nazywają Bakuninem?
- W górnym lewym kwadrancie pierwszego obrazu można by zmapować pięćset
umysłów SI używanych w autofrachtowcach. Kimkolwiek jest osoba, której
pragnie pani zlecić to zadanie, zapewne zażąda pięćdziesięciu procent
oferowanej przez panią stawki w przypadku niepowodzenia, a to zapewne
będzie mnóstwo forsy, którą wyrzuciłaby pani w błoto.
Kobieta wstała.
- Przypuszczam, że gdyby ta osoba nagle się dowiedziała, że na jej konto
wpłynęła wysoka kwota, wiedziałaby, że pora się zabierać do roboty. -
Odsunęła zasłonę. - Miło było pana poznać, Rustem.
- Nawzajem. Zapomniała pani terminala.
- Nie zapomniałam. Teraz jest pana własnością.
Rozdział 6
6
Pokryty płytami chodnikowymi dziedziniec otaczały koła modlitewne.
Automnisi okrążali podwórko, popychając koła bladosrebrnymi dłońmi o trzech palcach. Namu My?h? Rende Ky? - płynął śpiew z mikrofonów
będących ich ustami. Ha zauważyła, że każdy głos jest inny. Wszyscy
różnili się też wyglądem. Pochylali ku ziemi gładkie głowy koloru starej
kości słoniowej. Ich przymknięte oczy sugerowały, że pogrążyli się w medytacji, ale nie widziała źrenic, tylko ciemne, sześciokątne
fotoreceptory.
W świetle późnego poranka, w tej chwili zatrzymanego czasu, świątynny
dziedziniec był najpiękniejszą rzeczą, jaką Ha widziała w życiu. Szkoda,
że nie była zdolna do uczuć religijnych. Tak czy inaczej, nie mogła
jednak zaprzeczyć, że ta scena robi na niej ogromne wrażenie. Na
dziedziniec padał cień przypominających topniejące olbrzymy figowców,
wyblakłe flagi modlitewne poruszały się na lekkim wietrzyku, z pewnej
wdzięku pagody Van Son płynęła zaś woń kadzidełek. A nad tym wszystkim
widniało kryształowe niebo archipelagu Con Dao.
Powinna częściej odwiedzać to miejsce podczas pobytu na wyspie. Tutaj
będzie jej łatwiej myśleć. A będzie potrzebowała czasu na myślenie.
Będzie potrzebowała samotności. Zawsze potrzebowała jej bardzo dużo.
Spędzała długie godziny pod wodą albo na pustej plaży. Wszystko jedno
gdzie, byle nie było tam nikogo. Daleko od innych jej myśli mogły
osiągnąć spójność. To pomoże jej rozwiązać problem.
Problem. Pracowała już nad nim w swym umyśle. Naciskał na jej świadomość
ze wszystkich stron. Postrzegała myśli przesuwające się nieśmiało tuż
pod powierzchnią.
Musicie stworzyć wspólny świat - myślała. Interakcje drugiej strony z tobą będą zależne od kształtu jej ciała, podobnie jak w twoim przypadku.
To on określi formę jej rzeczywistości. Jej myśli wyłonią się z tej
formy. Zastanów się. Zacznij od tego. Co kształt drugiej strony mówi o tym, w jaki sposób będzie się porozumiewała? I o tym, jak muszą wyglądać
moje próby porozumienia z nią?
Chyba że to fałszywy alarm. Kolejna ślepa uliczka, a nie to, czego
szukałam.
- Czy automnisi mają świadomość? - zapytała.
Evrim odwróciło się od niej. Patrzyło na morze widoczne daleko w dole,
za niskim kamiennym murem otaczającym dziedziniec pagody.
- To dyskusyjne - odparło. - Podobnie jak sama koncepcja świadomości.
Ich umysły są bardzo skomplikowane i wielowarstwowe, ale wypełniają je
głównie rutynowe procesy. Dano im zero przecinek pięć punktu na skali
Szczegolewa. To przyznawałoby im takie same prawa jak zwierzętom
domowym: ochrona przed jawnym maltretowaniem i humanitarne wycofanie z użycia. Ale z drugiej strony każdy z nich zawiera neuronowe mapowanie
umysłu tybetańskiego mnicha, który naprawdę żył. Buddyjska Republika
Tybetu nie szczędzi wydatków. Możesz pytać automnichów o filozofię,
religię i ich poglądy na życie. Udzielą ci takich samych odpowiedzi jak
nieżyjący ludzie, których umysły w nich zapisano. Są chodzącymi
składnicami pamięci, ale nie wykazują cech wolnej woli. Obecnie
funkcjonują jak automaty. Gdyby pani zapytała o moje osobiste zdanie,
odpowiedziałbym, że nie są świadomi. Nie rozwijają się. Brak im
orientacji na przyszłość, a właśnie ją zapewne można nazwać "wolą". Są
jak encyklopedie umysłów nieżyjących kapłanów. Albo jak ich mapy. Ale
mapa nie jest tym samym, co terytorium.
- To brzmi makabrycznie.
- Twierdzono, że reakcje niektórych z nich świadczą o tym, że mogą się
uczyć, ale nie jestem o tym przekonane. Myślę, że to zwykłe automaty.
Kiedy ewakuowano wyspę, Tybet odmówił opuszczenia świątyni. Dlatego
jesteśmy skazani na ich towarzystwo. To samo dotyczy sześciu automnichów
opiekujących się rezerwatem żółwi na Hon Bay Canh. Buddyjska Republika
Tybetu uważa go za święty.
- Czy świątynia i rezerwat nie powinny należeć do rządu w Hanoi?
- Nie. Hanoi przekazało kontrolę nad wszystkimi świątyniami w Autonomicznej Strefie Handlowej Ho Chi Minh temu subrządowi, a ASH, jak
zwykle zainteresowane jedynie zyskiem, sprzedało je Tybetańczykom, ku
niezadowoleniu miejscowych wiernych, którzy oczywiście wyznają inną
postać buddyzmu. Wietnamscy neonacjonaliści również są wściekli, ale
cena była odpowiednia. Kiedy przejęliśmy archipelag, doszło do długich
negocjacji. Buddyjska Republika Tybetu nie ustępuje łatwo. Tybetańczycy
domagali się utrzymania kontroli nad wszystkimi świątyniami i kaplicami.
Chcieli wybudować tu nadmorski klasztor i domagali się innych koncesji.
To trudni negocjatorzy. Doktor Mínervudóttir-Chan mówiła, że nie była w stanie określić, czy to państwo narodowe, religia czy korporacja, ale z pewnością potrafią funkcjonować na każdy z tych trzech sposobów. W końcu
okazało się, że wszystkie świątynie na archipelagu oraz rezerwat żółwi
przekazano im w użytkowanie wieczyste i nie da się całkowicie usunąć ich
z Con Dao. Dlatego DIANIMA wynegocjowała kontrakt, który nie pozwala na
pobyt na archipelagu ludzkich mnichów. Mogą tu przebywać tylko
automnisi. Musieliśmy też zgodzić się na kilka innych ustępstw.
Dostarczanie zapasów przez drony, dostęp do robokonserwatorów. Nikt nie
jest z tego zadowolony, a Altantsetseg panicznie boi się naruszeń
bezpieczeństwa. Ale z drugiej strony nie przypuszczam, żeby śpiewy i medytacje automnichów oraz fakt, że zbierają żółwie jaja, by wypuścić
młode do oceanu, mogły komukolwiek zaszkodzić.
Większość mnichów wycofała się do pagody, gdy uderzono w gong. Jeden z nich zatrzymał się jednak na dziedzińcu, by podlać rosnący w doniczce
figowiec. Ha zauważyła, że Evrim przygląda się temu z niesmakiem.
- Nie lubisz ich, prawda? - zapytała.
- Nie lubię. Wydają mi się niesamowici. Odrażający. Ty pewnie czujesz to
samo, patrząc na małpę. Niepokój.
- Małpy mnie nie niepokoją. Myślę, że większości ludzi też nie.
- Naprawdę? Spodziewałom się, że będzie inaczej. Bardzo podobne do was,
ale w zdegradowanym stanie. Nieudana próba.
- Chyba po prostu nie patrzymy na nie w ten sposób.
Evrim wzruszyło ramionami, odwróciło się i ruszyło w stronę
transportera. Maszyna włączyła silnik, wyczuwając, że ktoś się zbliża.
- Widziałaś film, jak sądzę?
- Nie.
Evrim zatrzymało się na stromych kamiennych schodach prowadzących w dół.
- Nie spotkałaś się z doktor Mínervudóttir-Chan? Myślałom, że byłyście
umówione...
- Nie. Była nieobecna i przysłała swoje Sub-4.
- To znaczy, że cię nie wprowadzono.
- Wiem, po co tu jestem. W przybliżeniu. Te informacje przekazano mi
przed podpisaniem kontraktu. Ale...
- Ale nie zaznajomiono cię ze szczegółami tego, co tutaj widziałom przez
ostatnie pół roku.
- Ze szczegółami? Nie.
- To dziwne - stwierdziło Evrim. - Jeśli doktor Mínervudóttir-Chan nie
miała czasu się z tobą spotkać, musiało chodzić o coś bardzo ważnego.
- Albo uważała, że ty mnie wprowadzisz. A nawet była tego pewna. W końcu
jesteś osobą liderującą.
- To prawda i... z pewnością się zastanawiasz, dlaczego to właśnie ja
kieruję tymi badaniami. Na to pytanie istnieją i prostsze, i bardziej
skomplikowane odpowiedzi. To typowe dla doktor Mínervudóttir-Chan. Nigdy
nie ma tylko jednego powodu. Można jednak podać kilka oczywistych
przyczyn mojej obecności. Mam trochę silnych stron. Na przykład jeśli
coś zobaczę, nigdy tego nie zapomnę. I mogę funkcjonować pod wodą równie
dobrze, jak na lądzie. Myślę jednak, że prawdziwy powód był inny. Nigdy
mi tego nie powiedziano, domyślam się jednak, że chcieli sprawdzić moje
możliwości. Poddać mój umysł próbie poważniejszej niż wywiady dla mediów
czy laboratoryjne testy funkcji poznawczych. Zobaczyć, jak sobie poradzę
z realnym problemem na tak wielką skalę. Tak przynajmniej wygląda moja
teoria.
- I jak ci poszło?
- Jak dotąd udało mi się udowodnić, że jestem wystarczająco
inteligentne, by znaleźć odpowiednią prawdziwą osobę do tego zadania i pomagać jej w pracy.
- To dość zaawansowany sposób myślenia - stwierdziła Ha. - Niewielu
ludzi stać na taką pokorę.
- To nie jest pokora, tylko realizm. Ostatnie sześć miesięcy nauczyło
mnie, że ten problem mnie przerasta. Szczerze mówiąc, myślę, że
przerasta również ciebie, mimo że twoja książka jest rewelacyjna. Ale
być może nie przerasta nas obojga razem - zakończyło z uśmiechem.
Ha nagle uświadomiła sobie, że to właśnie jest powód, dla którego nigdy
nie będzie drugiej humanoidalnej SI. Ten uśmiech był doskonały. Szczery
i nieudawany. Całkowicie ludzki.
Z tego powodu dla każdego człowieka był jak zapowiedź śmierci. Z faktu
istnienia Evrim wypływał wniosek, że ludzie również są tylko maszynami.
Zbiorowiskiem zaprogramowanych impulsów powtarzających się bez końca.
Jeśli sztucznie wyprodukowane Evrim mogło być świadome, być może ludzie
różnili się od niego tylko tym, że zbudowano ich z innych materiałów. Że
są chodzącymi szkieletami odzianymi w mięso, które wmawiają sobie, że
mają wolną wolę. Czymś, co powstało przypadkowo, albo stworzonym pod
wpływem kaprysu przez kogoś, kto chciał sprawdzić, czy da się to zrobić.
- Jaki właściwie jest sens tworzenia androida? - zapytano kiedyś podczas
wywiadu doktor Mínervudóttir-Chan. - Po co zadawać sobie tyle trudu, by
uczynić go ludzkim, podczas gdy ludzi można produkować prawie za darmo?
- Wielka i straszliwa prawda o naszym gatunku brzmi tak, że ludzie
zawsze zrobią to, co mogą zrobić - odpowiedziała.
Ruszyli w dół, oddalając się od pagody.
Rozdział 7
7
Eiko wyglądał przez zardzewiałe kraty okien w kubryku, patrząc na pokład
przetwórczy. Dla ochrony przed zimnem owinął się w dwa pochodzące z recyklingu koce z plastipuchu. Sztorm już minął, ale statek nadal
kołysał się na falach, a w pomieszczeniu ciągle śmierdziało wymiocinami
oraz zrodzonym ze strachu potem, lecz najgorsze było już za nimi.
Wciskał twarz w kraty, próbując uciec przed tym smrodem. Słone bryzgi
smagały go po policzkach. Lepszy już był ostry odór morskiej rzezi
płynący z pokładu na dole oraz różowa mgiełka krwi z porannego połowu.
Na pokładzie trudzili się ludzie z bieżącej zmiany. Wbijali noże w brzuchy ryb, wydobywali wnętrzności i wrzucali je do niebieskich
plastikowych wiader. Następnie kładli ryby na taśmociągu, który
transportował je do zamrażalni, gdzie poddawano je szybkiemu mrożeniu w blokach i wysyłano do chłodni w ładowni. Ruchy pracujących ludzi były
wydajne i mechaniczne. Nie marnowali energii, podobnie jak roboty, które
pracowały tu przed nimi. Na pokładzie widziało się pozostałe po nich
zardzewiałe płyty podstawne.
Roboty sporo kosztowały i na morzu łatwo się psuły. Elektryczność i słona woda nie były dobrym połączeniem. Rdza, rozkład, krótkie spięcia.
Za duże koszty.
Ludzie są lepszymi robotami. Jesteśmy tańsi w obsłudze i łatwiej nas
spisać na straty.
Jedna ze strażniczek oparła się o podstawę suwnicy, ssąc rurkę e-fajki
wystającą spod jej kombinezonu. Wypuszczała z ust chmury dymu, leniwie
wspierając dłoń na kolbie zawieszonego na plecach karabinu. W oczach
miała tylko pustkę. Eiko nie znał jej prawdziwego nazwiska. Inni
strażnicy mówili na nią "Mniszka". Nigdy się nie odzywała, ale Eiko
wyczytał kilka szczegółów. Najemniczka wynajęta przez
Południowoafrykańską Strefę Ograniczonego Rządu. Legionistka
Protektoratu Paryskiego w Obszarze Rządu Lokalnego Wybrzeża Kości
Słoniowej. Zawsze ubierała się na szaro. Karabin, pistolet w kaburze i nóż na udzie. Mnóstwo ekwipunku u pasa. Kajdanki i ogłuszacz, a także
inne rzeczy, których Eiko nie potrafił zidentyfikować.
Wszyscy strażnicy lubili swój sprzęt. Mieli najróżniejsze karabiny,
pistolety i noże. Te ostatnie kochali najbardziej. Uwielbiali opowiadać
o tym, gdzie je kupili i jaki robili z nich użytek. Wszyscy mieli stroje
z zaawansowanych technologicznie materiałów, z ekspresami i ukrytymi
kieszeniami. Choć nie nosili ujednoliconych mundurów i tak wszyscy
wyglądali tak samo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
1
Noc.
Trzecia Dzielnica Autonomicznej Strefy Handlowej Ho Chi Minh.
Plastikowa markiza kawiarni zmoczona deszczem. Pod jej osłoną, spowici w kuchenną parę oraz ludzkie rozmowy, kelnerzy krążą między stolikami,
roznosząc miseczki z ciepłą zupą, szklanki z mrożoną kawą oraz butelki
piwa.
Za ścianą deszczu obok kawiarni niczym świetliste ryby przejeżdżają
elektryczne motocykle.
Lepiej nie myśl o rybach.
Lawrence skupił uwagę na siedzącej naprzeciw kobiecie, przecierającej
pałeczki plasterkiem limonki. Taniec kolorów abglanzowej osłony
tożsamości maskującej jej twarz nieustannie zmieniał się i migotał.
Jak coś kryjącego się pod wodą...
Lawrence wbił paznokcie w wewnętrzną powierzchnię dłoni.
- Przepraszam... czy mogłaby pani zmienić ustawienie?
Kobieta spełniła jego prośbę. Abglanz przestawił się na schematyczny
obraz kobiecej twarzy. Mężczyzna dostrzegał lekkie zarysy jej
prawdziwego oblicza, pływające głęboko pod powierzchnią.
Pływające...
- Z reguły nie używam tego ustawienia. - Oscylacje abglanzu pozbawiały
wyrazu modulację jej głosu. - Twarze wyglądają niesamowicie. Większość
ludzi woli plamy.
Uniosła pałeczki do ust. Makaron zniknął pod błyszczącą powierzchnią
warg elektronicznej maski. Za nią można było zobaczyć cień kolejnych
warg i zębów.
Nie patrz na nią. Po prostu zacznij mówić.
- W porządku. Moja historia. To dla niej tu przyszliśmy. Przybyłem na
archipelag dziesięć... nie, już jedenaście lat temu. Przedtem pracowałem w centrum nurkowym w Nha Trang. Kiedy tu przybyłem, na Con Dao były tylko
dwa takie centra. Jedno działało w eleganckim hotelu dla ludzi z zachodu, a drugie było małe i kiepsko mu szło. Kupiłem je za bezcen.
Archipelag był sennym, słabo zaludnionym i rzadko odwiedzanym miejscem.
Ludzie uważali, że jest nawiedzony.
- Nawiedzony?
- Kiedyś było tam więzienie. Cmentarze wypełniają całe pokolenia
dysydentów zamęczonych przez kolejne rządy. To niedobre miejsce na
otwieranie interesu, prawda? Może to i prawda. Ale wystarczająco dobre
dla kogoś, kto zadowoli się skromnym życiem. Pewnie, że Con Dao miało
swoje problemy. Całe mnóstwo problemów. Formalnie rzecz biorąc, Globalny
Park Ochrony Przyrody obejmował cały archipelag - powierzchnię wysp oraz
ocean. Rybołówstwo i polowania były zakazane. Raz na rok zjawiali się
nawet ludzie z Organizacji Strażniczej ONZ i spisywali raport.
Rzeczywistość jednak wyglądała tak, że zawsze przypływały tam łodzie
rybackie. Zarzucały włoki na rafach, posługiwały się cyjankiem i dynamitem. Wszyscy strażnicy w Parku Narodowym byli skorumpowani. Jak
mogłoby być inaczej przy takich pensjach? Sprzedawali żółwie jaja, ryby
rafowe, wszystko, co wpadło im w ręce. Miejscowi też w tym uczestniczyli
- łowiectwo podwodne i freediving w poszukiwaniu małży. Son, mój
pomocnik, też nurkował po małże.
- Gdzie jest teraz?
- Już pani mówiłem. Nie wiem. Straciliśmy ze sobą kontakt po ewakuacji.
- To on był z panem na łodzi? W dzień wypadku?
- Tak. Właśnie miałem o tym wspomnieć. - A raczej starałem się uniknąć
tego tematu. - Wrak jest stalowym kadłubem tajskiego frachtowca. Ma
sześćdziesiąt metrów długości. Zatonął pod koniec dwudziestego wieku. To
jedyny w Wietnamie wrak z dostępem do wnętrza, do którego można
nurkować. Leży zaledwie dwadzieścia metrów pod wodą, ale warunki z reguły są złe. Silne prądy i słaba widoczność. To tylko dla klientów,
którzy wiedzą, co robią. Na Con Dao nie mieliśmy takich zbyt wielu, więc
nie odwiedzaliśmy wraku od lat. To było poranne nurkowanie. Poza
sezonem. Widoczność była bardzo kiepska, może ze dwa metry. Ale ten
facet uparł się, żeby nurkować do wraku. Dlatego skoczyliśmy do wody i zaczęliśmy się zanurzać. Tylko ja i on. - Przerwał na chwilę. - Dodaję
temu niepotrzebnego dramatyzmu. W rzeczywistości to była rutynowa
sprawa. Ocierały się o nas kałamarnice i kobie. Widoczność była okropna.
Już niemal dotarliśmy do wraku, gdy zdecydowałem, że odwołujemy próbę.
Kiedy się rozejrzałem, zobaczyłem, że klient zniknął. Ale to normalne.
Gdy widoczność jest słaba, często tracimy ludzi z oczu. Wtedy trzeba po
prostu zostać na miejscu. Jeśli zacznie się ich szukać, łatwo można
stracić orientację. Jednakże po pięciu minutach ogarnął mnie niepokój.
Zacząłem się cofać wzdłuż relingu frachtowca. Powtarzałem sobie, że
klient wie, co robi. Nie wszedłby do wraku beze mnie. Może coś było nie
w porządku z jego ekwipunkiem? Albo postanowił wypłynąć na powierzchnię?
Ruszyłem w górę, licząc na to, że tam go znajdę. Krzyknąłem do
czekającego w łodzi Sona, pytając, czy go widział. Klienta nie było.
Wróciłem na dół. Czułem narastającą panikę. Warunki panujące pod wodą
pogarszały tylko sytuację: mętna woda pełna poruszających się kształtów.
Ryby przemykające w moim polu widzenia. Wreszcie skierowałem się do
wnętrza wraku. Nie mógł być w żadnym innym miejscu. Gdy już się tam
znalazłem, nie potrzebowałem wiele czasu, żeby go znaleźć. Nie dotarł
daleko. Jego zwłoki ugrzęzły pod schodami w głównej przestrzeni
ładunkowej. Na skroni miał ranę. Ryby już zaczęły odgryzać kawałki
ciała. Wyciągnąłem go na powierzchnię. Son domagał się podjęcia
reanimacji, ale wiedziałem, że on nie żyje.
- Co pana zdaniem było przyczyną śmierci?
- To nie mogła być rana. Była powierzchowna. Utopił się, ponieważ coś
ukradło jego aparat oddechowy, maskę, zbiornik powietrza, wszystko.
Kiedy stracił ekwipunek, wpadł w panikę, uderzył się w głowę i stracił
przytomność. Bez maski i aparatu oddechowego umarł bardzo szybko.
- A co z aparatem? Zbiornikiem? Maską? Znalazł je pan?
Pozbawiona wyrazu twarz przywodząca na myśl zamazane zdjęcie oraz
beznamiętny, przekształcony głos przypomniały Lawrence'owi wyspę.
Powtarzał swą historię raz po raz. Strażnikom parkowym, policji,
reporterom. Odpowiedzią były oskarżenia, niedowierzanie, a w końcu
obojętność.
- Nie znalazłem.
- Ale przeszukał pan statek.
- Nie zrobiłem tego. Skłamałem.
- Skłamał pan?
- Nie byłem w stanie ponownie tam zejść. Powiedziałem policji, że
szukałem jego sprzętu i sprawdziłem cały statek, ale... to nie była
prawda. Bałem się. Nie było żadnych poszukiwań.
- Rozumiem - rzekła po chwili milczenia. - I co pan zrobił później?
- Konkurencyjne centrum nurkowe wykorzystało wypadek do odstraszenia
moich klientów. Interes zaczął podupadać. Ale w ostatecznym rozrachunku
wszystko to nie miało znaczenia. Trzy miesiące po wypadku zaczęła się
ewakuacja. Żeby nie było wątpliwości, cieszę się, że kupiliście wyspę.
Teraz przynajmniej wiem, że otrzyma odpowiednią ochronę. Znam każdy cal
Con Dao, wszystkie rafy, które zniszczono, każdą złowioną rybę. Tak
będzie lepiej. Usuńcie stąd wszystkich, otoczcie archipelag kordonem i brońcie go. To jedyny sposób, by go ochronić. Byłem jednym z pierwszych
ludzi, którzy przyjęli waszą propozycję i wyjechali. Wysoka
rekompensata, nowy początek. Być może miałem szczęście.
***
Być może. Gdy Lawrence oddalał się od kawiarni w strugach deszczu, nie
był tego taki pewien. Tamaryndowce kołysały się, szumiąc, na wietrze.
Jego ponczo miało z boku dziurę i czuł mokrą plamę rosnącą na ubraniu.
Dotyk przemoczonego materiału był zimny.
- Co pan widział?
O to pytali go wszyscy - strażnicy parkowi, policja, reporterzy: "Co pan
widział?".
Nic. Niczego nie widział. Nie potrafił jednak pozbyć się wrażenia, że
coś widziało jego.
To wrażenie nadal mu towarzyszyło. Cieszył się, że opuścił archipelag.
Ale to nie wystarczyło. Wrażenie powracało za każdym razem, gdy myślał o oceanie.
Con Dao było dla niego domem. Pierwszym, jaki miał w życiu. Odebrało mu
go to, co wydarzyło się na statku. Tę historię pragnął opowiedzieć, ale
kobieta z DIANIMA i tak by jej nie zrozumiała.
Czy rzeczywiście była z DIANIMA? Nie powiedziała tego otwarcie.
To nie miało znaczenia. Może była z DIANIMA, a może z konkurencyjnej
firmy. W ASH Ho Chi Minh roiło się od korporacyjnych szpiegów i międzynarodowych spisków.
Przed tygodniem pojechał do Vung Tao, nad ocean. Nie widział wody od
miesięcy i doszedł do wniosku, że pora znowu spróbować popływać. Wyszedł
jednak na brzeg, nim fale sięgnęły mu do pasa, wypił kolejkę w barze na
plaży, wrócił do hotelu i wymeldował się.
Nigdy już więcej nie nurkował.
Wróci do małego mieszkanka w Trzeciej Dzielnicy i będzie patrzył, jak
"wysoka rekompensata" DIANIMA powoli znika, niezdolny znaleźć wyjścia z tej sytuacji.
Po dwóch przecznicach złapały go skurcze. Runął na chodnik. Obok
zatrzymał się motocykl. Lawrence poczuł dotyk czyjejś dłoni.
- Źle się pan czuje? - zapytał kobiecy głos.
Jego pole widzenia zacieśniło się, przechodząc w zamglony tunel.
- Niech pani wezwie pomoc. Proszę.
Nagle zauważył w jej dłoni strzykawkę.
Motocykle przejeżdżały obok. Ich zarysy zniekształcały przeciwdeszczowe
poncza okrywające pojazdy i ludzi. Na szeroko otwarte oczy Lawrence'a padał deszcz.
Znowu tam był. Na statku. Mętna woda pełna poruszających się kształtów...
niewyraźnych kształtów, które jego umysł ciągle przetwarzał w coś
innego.
Rozdział 2
2
Światła podejścia bezzałogowego heksakoptera przesuwały się po
wzburzonej powierzchni oceanu. Snopy reflektorów były wypełnione
strugami niesionego wiatrem deszczu. Przemknęły po namorzynach i padły
na nawierzchnię lotniska.
Na ziemi nie paliły się żadne światła. Zniszczony pas startowy biegł
przez większą część wąskiego przesmyku wyspy. Lądowisko dla śmigłowców
było tylko wyblakłym kręgiem. Pod czarną linią drzew rdzewiały stare
samoloty. Plastikowa okładzina ścian głównego budynku obłaziła niczym
łuski zdzierane z martwej ryby.
Maszyna zawisła w miejscu i zaczęła opadać. Wylądowała z nagłym
wstrząsem, obojętna na ludzką wygodę. Ale skuteczna. Śmigła się
zatrzymały, a drzwi otworzyły.
Ha słyszała dobiegającą z dżungli kakofonię owadów oraz jazgot
pohukujących do siebie makaków. Niesiony wiatrem deszcz padał na
lądowisko pod kątem. Wyciągnęła bagaże z ładowni. Stygnące silniki drona
postukiwały.
Między drzewami widziała aureolę rozświetlonego deszczu otaczającą
reflektory. Przysłali po nią pojazd. Światła heksakoptera zgasły i Ha
ujrzała Księżyc w pełni, częściowo przesłonięty przez zasłonę cirrusów.
Wiszące nisko nad lasem cumulusy zalewały strugami deszczu tropikalną
roślinność wyspy.
Ha zaczerpnęła tchu, zamknęła oczy i otworzyła je, próbując przyzwyczaić
wzrok do półmroku. Odezwały się głośniki maszyny.
- Zbliża się transporter. Proszę odsunąć się od heksakoptera.
Ha wzięła bagaże i uciekła pod osłonę wiaty. Dron włączył światła i odleciał pod takim kątem i z taką szybkością, że żywy pasażer straciłby
przytomność. Po kilku sekundach zniknął w chmurach.
Pojazd był z demobilu - autonomiczny transporter opancerzony, z okrągłymi oknami o utwardzonych szybach i wielkimi pełnymi oponami o strukturze plastra miodu.
Z myślą o wygodzie kabinę dla pasażera wyposażono w wyściółkę tłumiącą
hałas i wstrząsy podczas jazdy. Ogniwa paliwowe działały cicho, ale
przekładnia piszczała i wywoływała dziwne wibracje w kabinie. Ha
przyciemniła światło.
Grube szyby ze szkła i z poliwęglanów zniekształcały obraz. Widziała za
nimi kołyszącą się ścianę dżungli napierającą na wąską drogę. Na szybko
mijanych polanach dostrzegała ruiny budowli, które kiedyś mogły być
fortami. Albo młynami bądź fabrykami. Czymkolwiek. Blask księżyca w pełni podkreślał kształty fal na powierzchni oceanu.
Samochód wjechał do pogrążonego w mroku miasteczka wciśniętego między
las a ocean. Po ciężkich, pokrytych czerwoną dachówką dachach budynków
we francuskim stylu kolonialnym spływały strugi deszczu, a na stiuku
utworzyły się plamy od tropikalnej wilgoci. Żaluzje były zasunięte, a ogrody porosły pnączami i mchem. Tu i ówdzie ich ciąg zakłócały budynki
w brutalistycznym komunistycznym stylu - liceum albo gmach Partii
Komunistycznej. Betonowe, pokryte porostami potwory nocą wydawały się
zupełnie bezbarwne.
Za dnia w opuszczonym miasteczku dominowały brzydkie pastelowe odcienie
obłażącego tynku. Po obu stronach ulic wypełnionych odpadkami - liśćmi,
kawałkami gałęzi, torebkami nasiennymi oraz owocami - rosły figowce o pniach pomalowanych na blaknący biały kolor.
Transporter wjechał na bulwar, wzdłuż którego biegł mur chroniący przed
morskimi falami. Blask reflektorów padł na dwie małpy, niczym ludzkie
dzieci walczące o skarb wątpliwej wartości. Na skraju miasteczka domy
stopniowo ustępowały miejsca budom o zapadających się dachach,
pochłoniętym już w połowie przez pnącza.
Droga prowadziła wzdłuż brzegu. Krajobraz po lewej przeszedł w skały
oraz fale oceaniczne, lśniące teraz w blasku księżyca. Z wody sterczały
czarne wyniosłości mniejszych wysepek archipelagu. Po prawej stronie
piętrzył się grzbiet głównej wyspy, porośnięty futrem lasu.
Na dachu widocznej na tle zbocza pagody paliły się szerokostrumieniowe
reflektory, sugerujące, że na ewakuowanym archipelagu tli się jeszcze
życie. Jednakże oświetlanie budynku było zapewne zautomatyzowanym
nawykiem. Wabikiem dla turystów, którzy już nigdy tu nie wrócą.
Stację badawczą ulokowano w opuszczonym hotelu - białym, pięciopiętrowym
budynku wzniesionym w bardzo niekorzystnym miejscu, po zawietrznej od
najbardziej wietrznego punktu na wyspie. Hotel wyłaniał się spośród
otaczających go zarośli, oświetlony w podobny sposób jak pagoda. Jego
zwrócona ku drodze strona kryła się w cieniu, a okna były ciemne. Droga
dojazdowa prowadziła do bramy w podwójnym ogrodzeniu zwieńczonym drutem
kolczastym.
Płot był nowy i błyszczący, ale hotel z pewnością opuszczono na długo
przed ewakuacją wyspy. Za rozbitymi szybami na wyższych piętrach widać
było podarte zasłony, a fasadę pokrywały smugi błota i pleśni.
Transportowiec zatrzymał się przed podwójną bramą.
Z budynku wyłoniła się jakaś postać w przeciwdeszczowym ponczo. Podeszła
do pierwszej bramy i ją otworzyła. Transportowiec wjechał do strefy
oczekiwania. Pierwsza brama się zamknęła i otworzyła się przed nim
druga. Pojazd skierował się na zaplecze tunelu, gdzie znajdował się
pokryty spękanymi terakotowymi płytkami taras. Walały się na nim zeschłe
liście palm posadzonych wokół hotelu, obcych dla tej wyspy.
Większą część tarasu zajmował przesadnie wielki basen, wypełniony algami
i zielskiem. Zapewne był to kiedyś jeden z tych modnych w owym okresie
słonowodnych basenów, dających gościom hotelowym wrażenie pływania w oceanie bez konieczności zanurzania się w nim. Jakieś pływające w wodzie
stworzenie przestraszyło się na widok transportowca i skryło się pod
powierzchnią.
Na brzegu basenu stały dwie mobilne jednostki badawcze wielkości
standardowego kontenera, dostarczone tu przez dron towarowy. Wyglądały
jak fabrycznie wykonane domki plażowe.
Drzwi transportowca otworzyły się i jego wnętrze wypełnił rozświetlony
blaskiem reflektorów deszcz. Odziana w przeciwdeszczowe ponczo postać
zajrzała do środka. Kobieca twarz skryta pod kapturem. Szerokie, wysoko
ustawione kości policzkowe. Ciemne oczy o unoszących się kącikach.
Deszcz spływający po policzkach. Kobieta wypowiedziała jakieś zdanie w języku, którego Ha nie znała. Rozległ się władczy, pozbawiony intonacji
kobiecy głos, brzmiący jak dworcowa zapowiedź. Płynął z odpornego na
warunki pogodowe i wstrząsy aparatu tłumaczącego przypiętego do
kołnierza kobiety.
- Witam w Placówce Badań Zaawansowanych Con Dao. Nazywam się
Altantsetseg i jestem wynajętą pracownicą ochrony. Niech pani zabierze
swoje bagaże. Pogoda sra na nas deszczem.
Ha zamrugała ze zdziwienia. Przez moment miała ochotę wybuchnąć
histerycznym śmiechem. To była długa podróż.
Altantsetseg wlepiła w nią spojrzenie i wypowiedziała w swym ojczystym
języku zdanie przywodzące na myśl płot, w którym każda sztacheta była
spółgłoską.
- Cudzołożny aparat tłumaczący nie działa dobrze?
- Wystarczająco dobrze. Da się zrozumieć.
- W takim razie ruszajmy.
Kobieta była znacznie wyższa od Ha. Miała co najmniej dwa metry wzrostu.
Ha dostrzegła też karabin o krótkiej, praktycznej lufie przerzucony
przez ramię Altantsetseg.
Deszcz jeszcze się nasilił. Piszczenie przekładni transportowca umilkło,
a jego pancerz nie tłumił już dźwięków, więc Ha wyraźnie słyszała wicher
kołyszący palmami, odgłosy zwierząt wypełniające mrok, oraz fale
uderzające o brzeg pod tarasem, poza zasięgiem jej wzroku. Wszystko to
rozpływało się jednak w nieustannym szumie deszczu.
Ruszyły naprzód szybkim marszem, pochylając się, by osłonić twarze przed
deszczem. Po tej stronie w nielicznych oknach na parterze i pierwszym
piętrze hotelu paliły się światła. Pęknięty betonowy wazon chronił
szklane drzwi wejściowe przed zamknięciem.
Altantsetseg poprowadziła Ha przez opuszczony hol. Na stołach stały
sterty pleśniejących krzeseł, a wilgotne wyściełane kanapy ustawiono w kręgach, by ułatwić rozmowy, które i tak już dawno umilkły. Na wolnej
przestrzeni pośrodku sali stało kilka stołów. Był tam też sprzęt -
kuchnia polowa, maszynka do kawy, elektronika. Ślady zamieszkania w ogromnym pomieszczeniu z syntetycznego marmuru.
***
Apartament Ha znajdował się na piętrze. Cuchnęło w nim wilgocią i zaniedbaniem, ale poza tym było tu czysto. Altantsetseg postawiła jej
bagaże na podłodze i wyszła.
Ha już od kilku godzin marzyła o prysznicu, ale teraz uwaliła się tylko
na łóżku, nawet nie zdejmując ubrania. Dobrze, że przynajmniej ktoś
rozścielił czystą pościel.
Znowu śniły się jej mątwy.
Rozdział 3
3
W tym śnie Ha nigdy nie widziała mątw w ich najlepszym stanie - barwnych
i świetlistych, ozdobionych zmieniającymi się kalejdoskopowo kolorami,
układających ramiona niczym semafory wyrażające groźbę albo ciekawość.
Nie.
W tym śnie opuszczała się w głębiny, uwięziona w białym szumie aparatu
oddechowego. Zanurzała się w szarą jak wapno wodę. Wodę zmąconą sepią,
skalaną unoszącymi się swobodnie sieciami ciemności. Aż osiadła na
mulistym, pełnym kamieni dnie.
Mątwy składały jaja w szczelinach skalnych. Młode świeciły w ich wnętrzu
niczym wiązki blasku uwięzione pod błonami.
Cenne jaja nie powinny leżeć odsłonięte w mule. Mątwy zawieszały je pod
skalnymi półkami, by zapewnić im osłonę. Coś tu było bardzo nie w porządku.
Jaj strzegła unosząca się nad nimi olbrzymia samica. W pierwszej chwili
Ha nie zauważyła jej w wodzie wypełnionej sepią i mułem. Szarpnęła się
do tyłu, zaskoczona, ale mątwa nie zareagowała. Nadal unosiła się
spokojnie. Kierowała wzrok na Ha, ale jej nie widziała.
Stworzenie było bliskie śmierci. Jego ciało było białe, tu i ówdzie
upstrzone rdzawymi plamami o niezdrowym wyglądzie. Bez tańca wzorów i barw, zawsze widocznego na skórze zdrowej mątwy, wydawało się nagie i bezbronne.
Mątwie oderwano kilka ramion. Jedna z dwóch długich macek chwytnych
unosiła się bezwładnie na słabym prądzie.
Kamienie w tym miejscu tworzyły luźny krąg, niczym donżon zdobytego
zamku. Skalne nawisy przywodziły na myśl zniszczone kondygnacje wieży.
Szczeliny były otworami strzelniczymi dla łuczników. Zauważyła trzy
kolejne mątwy ukrywające się pod jednym z nawisów. One również straciły
znaczną część skóry i brakowało im niektórych ramion. Unosiły się w wodzie niczym widma głowonogów o niezdrowym, perłowym odcieniu i obserwowały. Przez pozostałe na nich fragmenty skóry przesuwały się
wachlarze matowej czerwieni i brązu, mapa martwych połączeń.
Nagle samica, którą Ha zauważyła najwcześniej, zbliżyła się do jaj. Jej
poszarpane płetwy były słabe. Płynęła niczym statek widmo przybijający
do brzegu pod podartymi żaglami. Mątwa pogłaskała jedno z jaj
nietkniętym ramieniem chwytnym. Plamy na jej skórze zalśniły bladą
żółcią. Mątwa sprawiała wrażenie, że ruch i zmiana koloru wymagały od
niej maksymalnego wysiłku.
Wewnątrz jaja zamigotało słabe światełko.
Mątwa zaczęła wznosić się ku powierzchni, a Ha płynęła razem z nią. Gdy
minęły trzy pozostałe osobniki kryjące się pod nawisem, Ha poczuła, że
przebiegło między nimi lekkie drżenie. Rozpoznania? Pozdrowienia?
Pożegnania? Samica płynęła w górę po spirali, zostawiając za sobą ślad
uwalnianej co chwila sepii niczym dym buchający z silników uszkodzonego
samolotu, który jednak wzlatywał ku niebu, zamiast opadać.
Samica i Ha wynurzyły się w tej samej chwili. Przywitał je świat
oślepiającego blasku słońca, chaotycznych dźwięków oraz morskiej piany.
Mątwa znieruchomiała. Ha wiedziała, że stworzenie nie żyje, podpłynęła
jednak do niego, zdjęła rękawicę, a potem pogłaskała je po uszkodzonej
głowie i resztkach oderwanych ramion.
Nad nią mewy zataczały z wrzaskiem kręgi, czekając, aż kobieta porzuci
pokarm, który zauważyły. Ha popłynęła w stronę łodzi, tuląc mątwę niczym
utopione dziecko.
Obudziła się z twarzą mokrą od łez, tak samo jak zawsze.
Wizja, która nawiedzała ją nocami, była jednocześnie marzeniem sennym i wspomnieniem. Nie potrafiła już określić, które elementy wywodzą się z tego pierwszego, a które z drugiego źródła. Była w tamtym miejscu w realnym życiu. Ale sepia była wtedy gęstsza, nieprawdaż? Przypominała
zasłonę ocierającą się o jej plecy. Była w tym miejscu i widziała trzy
bardzo stare mątwy unoszące się na podobieństwo mnichów pod
roztrzaskanymi blankami swego zamku. Ale wtedy jaja nie świeciły. To
było niemożliwe. Nie było też umierającej samicy unoszącej się ku
powierzchni jak lustrzane odbicie spadającego do wody samolotu.
Jej umysł raz po raz wracał do wspomnień o tym miejscu i za każdym razem
w scenie coś się zmieniało. Czy były to błędy pamięci, narastające przy
każdym kolejnym powtórzeniu? Czy raczej za każdym razem zbliżała się
nieco do prawdy?
- Płaczesz. Znowu miałaś ten sen?
Ha usiadła. Nie przypominała sobie, żeby to zrobiła, ale w którejś
chwili musiała rozwinąć terminal i położyć na stoliku nocnym. A może
zapisała w jego pamięci, o której godzinie ma rozwinąć się sam?
Stał przed nią - dwudziestościan na nogach w stylu origami - a z jego
okulusa płynęło światło. W tym świetle rysował się Kamran. Stał u podnóża jej łóżka i pił z kubka coś, co z pewnością było kawą.
Widziała zarys drzwi przez kołnierz jego koszuli. Widziała ducha dywanu
przez jego buty.
- Tak. To ten sam sen.
- Musisz się od tego uwolnić, Ha. To już przeszłość. Nie mogłaś nic w tej sprawie zrobić.
Mogła coś zrobić i wiedziała o tym. Były też rzeczy, których mogła nie
zrobić. Ale Kamran nigdy nie pozwalał jej przyznać się przed sobą do
winy w żadnej sprawie. Ani nawet wziąć na siebie odpowiedzialności. Nie
warto było znowu z nim o tym rozmawiać. Każda rozmowa kończyła się
stwierdzeniem, że Ha "musi się od tego uwolnić".
Zmieniła temat.
- Gdzie jesteś?
- W laboratorium.
- U was minęła już druga w nocy! Dlaczego jeszcze pracujesz?
Kamran wzruszył ramionami.
- Przestań mnie oskarżać o wampiryzm. Jak minęła ci podróż?
- Była długa. A gdy opuszczaliśmy Autonomiczną Strefę Handlową Ho Chi
Minh, rozszalała się burza. Pilot drona był pozbawionym wrażliwości
skurwysynem. Porzygałam się po drodze do Con Dao.
- Czy miałaś okazję spotkać się z nią osobiście?
- Z doktor Mínervudóttir-Chan? W Ho Chi Minh? Nie. Jest w Osi SF-SD,
koordynuje wykup przybrzeżnych instytucji badawczych. Tak przynajmniej
powiedziało mi jej Sub-4. Nie chciało dodać nic więcej. Wszystko to jest
bardzo tajemnicze. Albo to prawda, albo ludzie sami nie wiedzą, co się
dzieje. Sub-4 obiecało, że osoba liderująca w Con Dao powie mi wszystko,
gdy już przybędę na miejsce.
- I zrobiła to?
- Jeszcze jej nie spotkałam.
Ha wstała i zaczęła przerzucać rzeczy w torbie w poszukiwaniu czystego
ubrania. Przeszła przez nogę Kamrana.
- Przepraszam.
- Prawie tego nie poczułem - odpowiedział.
- Muszę ci opowiedzieć o osobie ochroniarskiej, którą dzisiaj spotkałam.
- Nie mogę się doczekać - odpowiedział Kamran. - Ale nie w tej chwili.
Jesteś przemęczona. Widzę to po twojej twarzy. Musisz się
zaaklimatyzować, zorientować w sytuacji. A ja muszę wykorzystać
działanie kawy.
- Powinieneś wrócić do domu i się przespać. Unikasz własnego mieszkania?
Kamran odwrócił wzrok.
- Być może.
- Jak będziesz taki sentymentalny, wkrótce zaczniesz spać pod stołami w laboratorium.
- Weź prysznic. Jesteś brudna i włosy ci się lepią.
- Dziękuję. To było bardzo miłe.
- Zawsze jestem miły.
Kamran jak zwykle zniknął, nie mówiąc "do widzenia".