Góra pod morzem - Ray Nayler

Kup ebooka

44.90 zł
38.17 zł (34,57 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 4

4

Altant­set­seg sie­działa w pro­wi­zo­rycz­nej kuchni i jadła jajko na twardo. Na stole leżały czę­ści roz­ło­żo­nego kara­binu, brudne od oleju szmaty, kilka ter­mi­nali oraz roz­ma­ite czę­ści elek­tro­niczne. Miała na sobie gra­na­towy kom­bi­ne­zon. Na jego ramio­nach i nad kie­sze­niami na piersi umiesz­czono rzepy na epo­lety, ale nic do nich nie przy­cze­piono. Czarne, ostrzy­żone na jeża włosy tu i ówdzie upstrzyły smużki siwi­zny. Mogła mieć jakieś trzy­dzie­ści pięć, czter­dzie­ści lat, być może wię­cej. Potężne dło­nie, spuch­nięte od pogody i pracy. Ciemne plamki na gra­nicy wło­sów po lewej stro­nie twa­rzy. Można je było wziąć za zna­miona, ale Ha widziała już przed­tem wete­ra­nów wojny i wie­działa, że to ślady po szrap­ne­lach.

Woń świe­żej kawy prze­biła się przez wypeł­nia­jące hol zapa­chy smaru do broni, ozonu, ple­śni i zanie­dba­nia. Przez okna prze­dzie­rał się wcze­sny blask zachmu­rzo­nego poranka. Towa­rzy­szyła mu słona, nie­świeża woń morza. Altant­set­seg wska­zała ruchem pod­bródka miskę z jaj­kami oraz grzanki leżące obok maszyny do kawy.

- Dzię­kuję.

Ha nalała sobie kawy do jed­nego z kilku nie do końca czy­stych kub­ków. Pod­stawka grzew­cza pod dzban­kiem nie dzia­łała zbyt dobrze i płyn był letni. Prze­łknęła go jed­nym hau­stem. Nie usia­dła na krze­śle, tylko wzięła sobie jajko. Zauwa­żyła apa­rat tłu­ma­czący pośród mar­twej natury ele­men­tów broni, sko­ru­pek jaj oraz okrusz­ków.

- Osoba lide­ru­jąca?

Altant­set­seg przyj­rzała się jej, ski­nęła głową i wska­zała kciu­kiem w stronę tarasu oraz plaży.

- Dzień dobry.

Altant­set­seg wzru­szyła ramio­nami, powie­działa coś, co zabrzmiało dla Ha jak "San igloo", i poto­czyła dru­gie jajko po bla­cie, kru­sząc sko­rupkę.

Ha wyjęła maka­ro­nik z papie­ro­wej torebki, którą przy­nio­sła, i poło­żyła go na bla­cie przed drugą kobietą.

Altant­set­seg zer­k­nęła na niego i obrzu­ciła Ha pyta­ją­cym spoj­rze­niem. Ta poru­szyła prze­sad­nie żuchwą, naśla­du­jąc jedze­nie.

- Maka­ro­nik. - Wska­zała sie­bie pal­cem. - Sama go upie­kłam. To pre­zent.

Altant­set­seg gapiła się na nią z nie­zmie­nio­nym wyra­zem twa­rzy,

- Żar­tuję. Nie umiem piec cia­stek. Kupi­łam je w ASH Ho Chi Minh. Ale są dobre.

Odda­liła się. Ochro­niarka sie­działa za sto­łem, wpa­tru­jąc się podejrz­li­wie w zło­to­brą­zowe koko­sowe cia­steczko.

Jedząc jajko, Ha wyszła na wyło­żony spę­ka­nymi kafel­kami taras. Widziała osobę lide­ru­jącą. Wysoka, smu­kła postać stała na plaży odwró­cona do niej ple­cami. Zamiesz­ku­jące basen stwo­rze­nie ukryło się pod wodą, gdy prze­cho­dziła obok.

Morze było spo­kojne. Jego powierzch­nia falo­wała lekko w per­ło­wo­sza­rej, nieco cytry­no­wej mgiełce wcze­snego poranka niczym zasłona koły­sząca się na wie­trze.

Gdy Ha pode­szła bli­żej, osoba lide­ru­jąca się odwró­ciła.

***

Kobieta zatrzy­mała się, jakby potknęła się na pia­sku. Papie­rowa torebka omal nie wypa­dła jej z rąk.

Osoba lide­ru­jąca trzy­mała w dłu­gich dło­niach kilka musze­lek róż­nych roz­mia­rów. Zacze­kała chwilę, by Ha mogła wziąć się w garść.

Widziała wywiad na sufi­cie pokoju hote­lo­wego. Któ­raś z gada­ją­cych głów od popu­la­ry­za­cji nauki, zaj­mu­ją­cych się wszyst­kim - od pro­gra­mów dla dzieci do fil­mów doku­men­tal­nych - roz­ma­wiała z tą... istotą. Roz­ma­wiała z Evri­mem.

Osobą lide­ru­jącą, którą miała teraz przed sobą, był Evrim. Ni­gdy by się nie spo­dzie­wała, że go spo­tka. Można go było zoba­czyć na ekra­nie w lustrze w łazience, na sufi­cie albo na brud­nym oknie w metrze. Na ekra­nie widy­wało się takich ludzi - czy raczej istoty, które mówiły i wyglą­dały jak ludzie - ale miesz­kały gdzie indziej. W płyn­nym kró­le­stwie, do któ­rego widzo­wie nie mieli wstępu. W świe­cie, w któ­rym działy się ważne rze­czy, nie­po­dob­nym do tego, w któ­rym żyli widzo­wie. Nikomu nie przy­cho­dziło do głowy, że kie­dyś ich spo­tka. Że w ogóle można ich spo­tkać. Ale Evrim tu był.

Wycią­gnął do niej rękę.

- Cie­szę się z naszego spo­tka­nia. Miło panią poznać.

Uści­snęła słabo jego dłoń.

- Może pani ści­skać moc­niej - zapew­nił. - Jej skon­stru­owa­nie kosz­to­wało ponad dwie­ście pięć­dzie­siąt milio­nów dola­rów. Więk­sza część wyko­rzy­sta­nej w niej tech­no­lo­gii pocho­dzi z armii. Ma ona zasto­so­wa­nie w pro­te­zach koń­czyn. Nie sądzę, by moja ręka miała się zła­mać.

Uśmiech­nął się do Ha. Przy­ła­pała się na tym, że pró­buje coś wyczy­tać z jego oczu, z pozy­cji, w któ­rej stał. Dostrzec róż­nicę. Bez skutku. Dłoń była chłodna - w końcu był wcze­sny ranek nad brze­giem morza - ale wyczu­wało się w niej cie­pło, nie­odróż­nialne od wewnętrz­nego cie­pła ludz­kiej ręki. Na pal­cach i wewnętrz­nej powierzchni Ha wyczu­wała zia­renka pia­sku. Evrim zbie­rał muszelki. Uświa­do­miła sobie, że za długo już trzyma dłoń, i ją wypu­ściła.

- Ha - przed­sta­wiła się.

- Tak. Dok­tor Ha Nguyen. Witam panią. Widzę, że wie pani, kim jestem.

Evrim ponow­nie zwró­cił się w stronę morza. Uświa­do­miła sobie, że chce dać jej moment na otrzą­śnię­cie się z szoku. Zacho­wała się nie­uprzej­mie. Był trzy­dzie­ści cen­ty­me­trów wyż­szy od niej. Twarz miał pocią­głą, a koń­czyny dłu­gie. Jego budowa była syme­tryczna, pięk­nie neu­tralna i nieco wyide­ali­zo­wana. Na takiej syl­wetce nawet nie­praw­do­po­dob­nie brzyd­kie ubra­nia wyglą­dały dobrze. Dla­tego czę­sto widziało się ją u mane­ki­nów na wysta­wach oraz na wybie­gach. Uświa­do­miła sobie, że w myślach uważa Evrima za męż­czy­znę. A prze­cież nim nie był. Czym wła­ści­wie był... czy może było?

"Widzę, że wie pani, kim jestem".

Czy to była prawda? Co wła­ści­wie wie­działa? Spraw­dziła w myślach listę zna­nych jej fak­tów. Evrim był jedyną (przy­pusz­czal­nie) świa­domą istotą, jaką kie­dy­kol­wiek stwo­rzyła ludz­kość. Wresz­cie zre­ali­zo­wa­nym marze­niem o andro­idzie. Naj­droż­szym, pomi­ja­jąc bada­nia kosmosu, pro­jek­tem, jakiego kie­dy­kol­wiek pod­jęła się pry­watna firma. Jak czę­sto powta­rzano, czymś, na co ludz­kość cze­kała od dawna - świa­domą formą życia stwo­rzoną wyłącz­nie siłą jej tech­no­lo­gicz­nej woli.

Evrim stał się inspi­ra­cją dla wielu pośpiesz­nie uchwa­lo­nych praw, a także ich celem. Uczy­niły one jego ist­nie­nie, a rów­nież two­rze­nie dal­szych podob­nych istot, nie­le­gal­nym w więk­szo­ści jurys­dyk­cji na świe­cie, w tym we wszyst­kich kra­jach pod­le­ga­ją­cych rzą­dom Dyrek­to­riatu ONZ. Nawet sam Evrim (sama? samo?) - Ha była poiry­to­wana pro­win­cjo­na­li­zmem wła­snego mózgu. Już pro­sty fakt ist­nie­nia andro­ida był nie­le­galny w ponad poło­wie świata. Jego powsta­nie w wielu miej­scach wywo­łało gwał­towne zamieszki. Ha pamię­tała uzbro­jo­nych w broń palną ludzi sztur­mu­ją­cych budy­nek DIA­NIMA w Moskwie, zamach bom­bowy na sie­dzibę kor­po­ra­cji w Paryżu oraz śmierć jej wice­pre­zesa od spraw inży­nie­ryj­nych, który zgi­nął na swym jach­cie na Kara­ibach wysa­dzony przez lata­jącą minę nakie­ro­waną na jego DNA. Przy­po­mi­nała też sobie widziany na ekra­nie na sufi­cie w pokoju hote­lo­wym obraz męż­czy­zny, który pod­pa­lił się u bram Waty­kanu.

Czło­wiek spa­lił się żyw­cem tylko dla­tego, że ist­nie­jesz. Jakie to wra­że­nie?

Zdała sobie sprawę, że naj­bar­dziej w andro­idzie nie­po­koi ją fakt, że jej mózg pró­buje zali­czyć go do jakiejś kate­go­rii, do któ­rej nie mógł paso­wać bez poważ­nych znie­kształ­ceń. Gdyby tylko potra­fiła się uwol­nić od pra­gnie­nia wci­śnię­cia go do otworu o odpo­wied­nim kształ­cie, jak klo­cek w zabawce dla dzieci. Przy­pi­sa­nia mu toż­sa­mo­ści płcio­wej. Wpa­dła w nawyk mówie­nia (i myśle­nia) po angiel­sku i posłu­gi­wa­nia się archa­icz­nym poję­ciem rodzaju gra­ma­tycz­nego typo­wym dla tego języka.

Prze­sta­wiła mózg na swój drugi język, turecki. W nim zaimek trze­ciej osoby, "o", nie miał rodzaju gra­ma­tycz­nego. "O" nie stwa­rzało pro­ble­mów. Mogło zastę­po­wać wszyst­kie formy trze­ciej osoby wystę­pu­jące w języku angiel­skim. W myślach zaczęła opi­sy­wać Evrim turec­kim "o" - okrą­głym jak jego kształt, holi­stycz­nym i inklu­zyw­nym. Pro­blem gen­der znik­nął, a dyso­nans zaczął bled­nąć, ustę­pu­jąc miej­sca czy­stemu zdu­mie­niu i zachwy­towi.

Nie uświa­da­mia­jąc sobie, co robi, wycią­gnęła do Evrim rękę z maka­ro­ni­kiem. Sły­szała w tym wywia­dzie, że android nie je, choć czuje zapach i smak, oraz że ni­gdy nie śpi i o niczym nie zapo­mina.

Jak można być czło­wie­kiem i o niczym nie zapo­mi­nać? Ni­gdy nie spać ani nie jeść? Evrim spoj­rzało na przed­miot w jej dłoni.

- Czy to muszla? Mor­skie stwo­rze­nie?

- To maka­ro­nik.

- A co ozna­cza to słowo?

- To ciastko.

- Aha! - Wzięło maka­ro­nik w rękę, dźgnęło go dłu­gim pal­cem i pową­chało, a potem się uśmiech­nęło. - Dzię­kuję. Nikt ni­gdy nie dał mi cze­goś takiego.

Rozdział 5

5

Kawiar­nia, w któ­rej naj­czę­ściej pra­co­wał Rustem, znaj­do­wała się w zanie­dba­nej czę­ści Astra­cha­nia, nie­opo­dal bie­lo­nych murów sta­rego kremla. Przed stu­le­ciami dom nale­żał do irań­skiego kupca. Dawny wła­ści­ciel ude­ko­ro­wał go na podo­bień­stwo meczetu - płatki złota i gip­sowe trompy spły­wa­jące falami ze szczy­to­wych kopuł. Jed­nakże archi­tekt, któ­rego wyna­jął na prze­ło­mie dwu­dzie­stego wieku, cecho­wał się upodo­ba­niem do art déco, co nadało wszyst­kiemu przy­jem­nie roślinny wygląd. Mimo że budy­nek przy­po­mi­nał meczet, jego wła­ści­ciel miał here­tyc­kie upodo­ba­nie do przed­sta­wia­nia ludz­kich postaci - zwłasz­cza gib­kich kobiet o stra­te­gicz­nie zasło­nię­tych twa­rzach, czer­pią­cych wodę z fan­ta­stycz­nych źró­deł albo wyle­gu­ją­cych się na kana­pach w alta­nach poro­śnię­tych zmy­słowo wino­ro­ślą.

Czas pokrył to wszystko patyną, a wiele bar­dziej inte­re­su­ją­cych frag­men­tów fre­sków się złusz­czyło. Zepsuły je też nie­udolne dodatki - boaze­ria bez­ce­re­mo­nial­nie prze­ci­na­jąca wpół kąpiącą się pięk­ność czy drzwi przed­wcze­śnie koń­czące suł­tań­skie polo­wa­nie na lwy. Nie­mniej archi­tek­tura budynku, a także fakt, że z upły­wem dzie­się­cio­leci podzie­lono go na miesz­ka­nia i maga­zyny, zapew­niały pry­wat­ność. Kawiar­nia była labi­ryn­tem małych poko­ików oddzie­lo­nych od sie­bie drew­nia­nymi prze­pie­rze­niami bądź osło­nię­tych przed spoj­rze­niami gapiów butwie­ją­cymi aksa­mit­nymi kota­rami albo dziw­nie suge­styw­nymi gobe­li­nami, w któ­rych kli­mat Księgi tysiąca i jed­nej nocy mie­szał się ze sty­lem typo­wym dla póź­nego caratu.

Kawiar­nia nale­żała do Turka, który suge­ro­wał, że wygnano go z Repu­bliki Stam­bul­skiej za jakąś strasz­liwą zbrod­nię. Urzę­do­wał na par­te­rze, w obło­kach pary bucha­ją­cej z gigan­tycz­nego mul­ti­sa­mo­waru z pole­ro­wa­nego mosią­dzu, pro­du­ku­ją­cego sto fili­ża­nek czar­nej her­baty na godzinę. Robił też kawę po turecku tak gęstą, że nie uto­nąłby w niej bawół. Zatrud­nił Kaza­cha, który piekł jesio­try, według zapew­nień wła­ści­ciela zło­wione przez kłu­sow­ni­ków w Morzu Kaspij­skim. Ta suge­stia nie­le­gal­no­ści doda­wała rybom smaku, choć wszy­scy wie­dzieli, że mięso wyho­do­wano in vitro. Ostatni kaspij­ski jesiotr albo krył się przed zagładą gdzieś w głę­bi­nach, albo już dawno go zje­dzono.

Turek prze­ka­zy­wał wia­do­mo­ści i wysy­łał komu­ni­katy na ter­mi­nal tym, któ­rych szu­kał ktoś, z kim nie chcieli się spo­tkać. Ta ostat­nia usługa dla sta­łych klien­tów była dar­mowa.

Rustem był sta­łym klien­tem od pra­wie roku, od pierw­szego dnia pobytu w Repu­blice Astra­chań­skiej. W więk­szość dni już od rana rezy­do­wał w zasło­nię­tej kotarą wnęce na dru­gim pię­trze. Zaczy­nał dzień od kahvalti zło­żo­nego z oli­wek, fety, jajka na twardo, pod­pło­my­ków oraz dżemu figo­wego. Czę­sto się zda­rzało, że nie opusz­czał poste­runku aż do zachodu słońca.

Inte­res szedł dobrze. Repu­blika Astra­chań­ska, zawsze miło wita­jąca oby­wa­teli posia­da­ją­cych inte­re­su­jące talenty, miała wkrótce przy­znać mu pasz­port, a wraz z nim nie­pewną ochronę, którą taki doku­ment zapew­niał.

Gdy zja­wił się dzi­siaj, Turek ski­nął do niego głową.

- We wnęce czeka na cie­bie kobieta. Ma abglanz na twa­rzy. Pytała o cie­bie z nazwi­ska. Tak tylko mówię.

Rustem zadał sobie pyta­nie, czy powi­nien ucie­kać.

Nie, Moskwa nie zabi­łaby go w ten spo­sób. Nie był wart oso­bi­stej wizyty. Iry­ta­cja, o jaką przy­pra­wiał tam­tej­sze grube ryby, zasłu­gi­wała co naj­wy­żej na drona kami­kaze wiel­ko­ści osy, który roz­wa­liłby mu pół twa­rzy w zaułku. Albo to, albo w ogóle nic. Ponie­waż upły­nął już rok i na­dal miał całą twarz, wyglą­dało na to dru­gie.

- Dzię­kuję.

***

Cze­kała na niego we wnęce. Stał przed nią talerz z pie­czo­nym jesio­trem, a jej abglanz co pół sekundy poka­zy­wał nową twarz - tak szybko, że oko nie mogło dostrzec rysów, nim poja­wiły się nowe. Męż­czyźni, kobiety oraz efe­me­ryczne, wabiące nie­bi­narne połą­cze­nia. Nie­które piękne, inne zwy­czajne, a jesz­cze inne prze­ra­ża­jące. Czy to byli praw­dziwi ludzie, czy losowo gene­ro­wane kon­strukty?

Miała małe dło­nie. Paznok­cie pokryła zło­tym lakie­rem, a zabar­wione na pla­ty­nowo aż za drugi kny­kieć palce lśniły od rybiego tłusz­czu. Zja­dła już połowę jesio­tra. Gdy wszedł, wła­śnie pochła­niała kolejny kawa­łek. Robiła to na tyle powoli, że każ­dym kęsem mogło się nacie­szyć pół tuzina róż­nych ust i zesta­wów zębów.

Lubi jeść.

Rustem nie był zbyt­nio zain­te­re­so­wany jedze­niem, choć w kawiarni poda­wano dobrego jesio­tra, a w kawie obcho­dziła go jedy­nie dawka kofe­iny, jaką mogła mu zapew­nić. Wła­śnie dla­tego lubił strasz­li­wie mocną maź Turka.

Prawda wyglą­dała tak, że spę­dzał bar­dzo dużo czasu poza swym fizycz­nym śro­do­wi­skiem. Przy­kle­jał się do ter­mi­nali na wiele godzin, zagu­biony w świe­cie swej pracy, i wra­cał do rze­czy­wi­sto­ści dopiero wtedy, gdy zmu­szały go do tego ciem­ność za oknem, suchość w gar­dle albo pusty żołą­dek. Haku­jąc sieci neu­ro­nowe, nie posłu­gi­wał się mode­lami VR ani 3D. W mło­do­ści nie było go stać na takie rze­czy. Gdy miesz­kał w mia­steczku Jeła­buga w daw­nej Repu­blice Tatar­stanu (obec­nie będą­cej czę­ścią Wspól­noty Ural­skiej), więk­szość pracy wyko­ny­wał na zesta­wie brud­nych ter­mi­nali, które sam połą­czył ze sobą, sie­dząc w archa­icz­nej kawia­rence inter­ne­to­wej płat­nej od godziny. Znaj­do­wała się ona w wil­got­nej piw­nicy gma­chu, który jakieś sto lat przed jego naro­dzi­nami był miej­scową sie­dzibą Par­tii Komu­ni­stycz­nej.

Zastę­po­wał VR potężną kon­cen­tra­cją. Opa­no­wał tę sztukę, gdy miesz­kał w jed­no­izbo­wym miesz­kanku z nie­ustan­nie kłó­cą­cymi się ze sobą rodzi­cami. Nauczył się zni­kać ze świata real­nego, ucie­kać do innych świa­tów, które sam stwo­rzył.

W sta­rej kawia­rence wyko­rzy­sty­wał tę umie­jęt­ność, by budo­wać w swym umy­śle modele, które dokład­nie poka­zy­wały mu, gdzie znaj­dzie tylne wej­ście. Kiedy wszy­scy ota­cza­jący go goście kawia­renki roz­wa­lali się nawza­jem na kawa­łeczki, on uczył się hako­wać sys­temy. Zupeł­nie jak w domu.

Jako doro­sły przy­naj­mniej mógł pra­co­wać w cichym miej­scu, gdzie nic nie odwra­cało jego uwagi. Zapa­dał na dłu­gie godziny w neu­ro­no­wych wzor­cach, roz­ga­łę­zie­niach i skrzy­żo­wa­niach, śle­pych ulicz­kach i pętlach mne­mo­tech­nicz­nych.

Rustem posta­wił sfa­ty­go­waną skó­rzaną torbę na pod­ło­dze i usiadł. Kel­ner zja­wił się już po dzie­się­ciu sekun­dach i przy­niósł kahvalti oraz dwa kubki kawy na poob­tłu­ki­wa­nej bla­sza­nej tacce, razem z obo­wiąz­kową szklanką wody.

Kobieta wytarła poma­lo­wane na pla­ty­nowo palce i posta­wiła na stole ter­mi­nal. Bar­dzo sper­so­na­li­zo­wany. Bar­dzo drogi. Bar­dzo nowy.

Zacze­kała, aż kel­ner się oddali.

- Dwa lata temu ktoś spe­ne­tro­wał zdal­nie sieć auto­frach­towca, powo­du­jąc, że zde­rzył się on z jach­tem na morzu Mar­mara, zabi­ja­jąc jed­nego z moskiew­skich ultra­oli­gar­chów, mało zna­nego, lecz bar­dzo wpły­wo­wego.

Fatal­nie, że zgi­nęła rów­nież załoga, a także naj­now­sza żona ultra­oli­gar­chy, ale nie spo­sób było tego unik­nąć. Cza­sami musiało być rów­nież kilka innych ofiar.

- Rok temu ktoś spo­wo­do­wał, że robo­kon­ser­wa­tor w katar­skim wie­żowcu zepchnął irań­skiego biz­nes­mena przez poręcz na klatce scho­do­wej, a ten spadł na pokrytą por­fi­rem pod­łogę trzy­dzie­ści metrów w dole - kon­ty­nu­ował głos, pozba­wiony przez abglanz wszel­kich uczuć i cha­rak­te­ry­stycz­nych cech.

Ten plan był naprawdę zna­ko­mity.

Rustem wzru­szył ramio­nami.

- Nie­wy­klu­czone, że ktoś spo­wo­do­wał te wypadki, ale mogło wcale tak nie być. Sły­sza­łem, że w obu przy­pad­kach nie zna­le­ziono dowo­dów, by ktoś mani­pu­lo­wał SI. Na auto­frach­tow­cach cią­gle zda­rzają się awa­rie, a robo­kon­ser­wa­to­rowi nie pozwo­lił­bym się zbli­żać nie tylko do sie­bie, lecz rów­nież do swo­ich ręcz­ni­ków. Są bar­dzo zabu­go­wane.

Na auto­frach­tow­cach awa­rie zda­rzają się wtedy, gdy ktoś je spo­wo­duje, a robo­kon­ser­wa­to­rowi nie pozwo­liłby zbli­żyć się do sie­bie, ponie­waż wie­dział, do czego są one zdolne w nie­wła­ści­wych rękach. Albo we wła­ści­wych, zależ­nie od punktu widze­nia.

- A co pan sądzi o tym? - zapy­tała, pod­su­wa­jąc mu ter­mi­nal.

Rustem przej­rzał dwa­dzie­ścia pierw­szych obra­zów - wierz­cho­łek neu­ro­no­wej góry lodo­wej. Zajęło mu to trzy­dzie­ści minut. Gdy uniósł wzrok, zoba­czył, że kobieta sie­dzi wciąż w tej samej pozy­cji, trzy­ma­jąc sple­cione dło­nie na bla­cie.

- Nie sądzę, by kto­kol­wiek mógł to zro­bić.

- Nawet naj­lepsi? Na przy­kład ten, któ­rego nazy­wają Baku­ni­nem?

- W gór­nym lewym kwa­dran­cie pierw­szego obrazu można by zma­po­wać pięć­set umy­słów SI uży­wa­nych w auto­frach­tow­cach. Kim­kol­wiek jest osoba, któ­rej pra­gnie pani zle­cić to zada­nie, zapewne zażąda pięć­dzie­się­ciu pro­cent ofe­ro­wa­nej przez panią stawki w przy­padku nie­po­wo­dze­nia, a to zapewne będzie mnó­stwo forsy, którą wyrzu­ci­łaby pani w błoto.

Kobieta wstała.

- Przy­pusz­czam, że gdyby ta osoba nagle się dowie­działa, że na jej konto wpły­nęła wysoka kwota, wie­dzia­łaby, że pora się zabie­rać do roboty. - Odsu­nęła zasłonę. - Miło było pana poznać, Rustem.

- Nawza­jem. Zapo­mniała pani ter­mi­nala.

- Nie zapo­mnia­łam. Teraz jest pana wła­sno­ścią.

Rozdział 6

6

Pokryty pły­tami chod­ni­ko­wymi dzie­dzi­niec ota­czały koła modli­tewne. Autom­nisi okrą­żali podwórko, popy­cha­jąc koła bla­do­srebr­nymi dłońmi o trzech pal­cach. Namu My?h? Rende Ky? - pły­nął śpiew z mikro­fo­nów będą­cych ich ustami. Ha zauwa­żyła, że każdy głos jest inny. Wszy­scy róż­nili się też wyglą­dem. Pochy­lali ku ziemi gład­kie głowy koloru sta­rej kości sło­nio­wej. Ich przy­mknięte oczy suge­ro­wały, że pogrą­żyli się w medy­ta­cji, ale nie widziała źre­nic, tylko ciemne, sze­ścio­kątne foto­re­cep­tory.

W świe­tle póź­nego poranka, w tej chwili zatrzy­ma­nego czasu, świą­tynny dzie­dzi­niec był naj­pięk­niej­szą rze­czą, jaką Ha widziała w życiu. Szkoda, że nie była zdolna do uczuć reli­gij­nych. Tak czy ina­czej, nie mogła jed­nak zaprze­czyć, że ta scena robi na niej ogromne wra­że­nie. Na dzie­dzi­niec padał cień przy­po­mi­na­ją­cych top­nie­jące olbrzymy figow­ców, wybla­kłe flagi modli­tewne poru­szały się na lek­kim wie­trzyku, z pew­nej wdzięku pagody Van Son pły­nęła zaś woń kadzi­de­łek. A nad tym wszyst­kim wid­niało krysz­ta­łowe niebo archi­pe­lagu Con Dao.

Powinna czę­ściej odwie­dzać to miej­sce pod­czas pobytu na wyspie. Tutaj będzie jej łatwiej myśleć. A będzie potrze­bo­wała czasu na myśle­nie. Będzie potrze­bo­wała samot­no­ści. Zawsze potrze­bo­wała jej bar­dzo dużo. Spę­dzała dłu­gie godziny pod wodą albo na pustej plaży. Wszystko jedno gdzie, byle nie było tam nikogo. Daleko od innych jej myśli mogły osią­gnąć spój­ność. To pomoże jej roz­wią­zać pro­blem.

Pro­blem. Pra­co­wała już nad nim w swym umy­śle. Naci­skał na jej świa­do­mość ze wszyst­kich stron. Postrze­gała myśli prze­su­wa­jące się nie­śmiało tuż pod powierzch­nią.

Musi­cie stwo­rzyć wspólny świat - myślała. Inte­rak­cje dru­giej strony z tobą będą zależne od kształtu jej ciała, podob­nie jak w twoim przy­padku. To on okre­śli formę jej rze­czy­wi­sto­ści. Jej myśli wyło­nią się z tej formy. Zasta­nów się. Zacznij od tego. Co kształt dru­giej strony mówi o tym, w jaki spo­sób będzie się poro­zu­mie­wała? I o tym, jak muszą wyglą­dać moje próby poro­zu­mie­nia z nią?

Chyba że to fał­szywy alarm. Kolejna ślepa uliczka, a nie to, czego szu­ka­łam.

- Czy autom­nisi mają świa­do­mość? - zapy­tała.

Evrim odwró­ciło się od niej. Patrzyło na morze widoczne daleko w dole, za niskim kamien­nym murem ota­cza­ją­cym dzie­dzi­niec pagody.

- To dys­ku­syjne - odparło. - Podob­nie jak sama kon­cep­cja świa­do­mo­ści. Ich umy­sły są bar­dzo skom­pli­ko­wane i wie­lo­war­stwowe, ale wypeł­niają je głów­nie ruty­nowe pro­cesy. Dano im zero prze­ci­nek pięć punktu na skali Szcze­go­lewa. To przy­zna­wa­łoby im takie same prawa jak zwie­rzę­tom domo­wym: ochrona przed jaw­nym mal­tre­to­wa­niem i huma­ni­tarne wyco­fa­nie z uży­cia. Ale z dru­giej strony każdy z nich zawiera neu­ro­nowe mapo­wa­nie umy­słu tybe­tań­skiego mni­cha, który naprawdę żył. Bud­dyj­ska Repu­blika Tybetu nie szczę­dzi wydat­ków. Możesz pytać autom­ni­chów o filo­zo­fię, reli­gię i ich poglądy na życie. Udzielą ci takich samych odpo­wie­dzi jak nie­ży­jący ludzie, któ­rych umy­sły w nich zapi­sano. Są cho­dzą­cymi skład­ni­cami pamięci, ale nie wyka­zują cech wol­nej woli. Obec­nie funk­cjo­nują jak auto­maty. Gdyby pani zapy­tała o moje oso­bi­ste zda­nie, odpo­wie­działbym, że nie są świa­domi. Nie roz­wi­jają się. Brak im orien­ta­cji na przy­szłość, a wła­śnie ją zapewne można nazwać "wolą". Są jak ency­klo­pe­die umy­słów nie­ży­jących kapła­nów. Albo jak ich mapy. Ale mapa nie jest tym samym, co tery­to­rium.

- To brzmi maka­brycz­nie.

- Twier­dzono, że reak­cje nie­któ­rych z nich świad­czą o tym, że mogą się uczyć, ale nie jestem o tym prze­ko­nane. Myślę, że to zwy­kłe auto­maty. Kiedy ewa­ku­owano wyspę, Tybet odmó­wił opusz­cze­nia świą­tyni. Dla­tego jeste­śmy ska­zani na ich towa­rzy­stwo. To samo doty­czy sze­ściu autom­ni­chów opie­ku­ją­cych się rezer­wa­tem żółwi na Hon Bay Canh. Bud­dyj­ska Repu­blika Tybetu uważa go za święty.

- Czy świą­ty­nia i rezer­wat nie powinny nale­żeć do rządu w Hanoi?

- Nie. Hanoi prze­ka­zało kon­trolę nad wszyst­kimi świą­ty­niami w Auto­no­micz­nej Stre­fie Han­dlo­wej Ho Chi Minh temu sub­rzą­dowi, a ASH, jak zwy­kle zain­te­re­so­wane jedy­nie zyskiem, sprze­dało je Tybe­tań­czy­kom, ku nie­za­do­wo­le­niu miej­sco­wych wier­nych, któ­rzy oczy­wi­ście wyznają inną postać bud­dy­zmu. Wiet­nam­scy neo­na­cjo­na­li­ści rów­nież są wście­kli, ale cena była odpo­wied­nia. Kiedy prze­ję­li­śmy archi­pe­lag, doszło do dłu­gich nego­cja­cji. Bud­dyj­ska Repu­blika Tybetu nie ustę­puje łatwo. Tybe­tań­czycy doma­gali się utrzy­ma­nia kon­troli nad wszyst­kimi świą­ty­niami i kapli­cami. Chcieli wybu­do­wać tu nad­mor­ski klasz­tor i doma­gali się innych kon­ce­sji. To trudni nego­cja­to­rzy. Dok­tor Mínervudóttir-Chan mówiła, że nie była w sta­nie okre­ślić, czy to pań­stwo naro­dowe, reli­gia czy kor­po­ra­cja, ale z pew­no­ścią potra­fią funk­cjo­no­wać na każdy z tych trzech spo­so­bów. W końcu oka­zało się, że wszyst­kie świą­ty­nie na archi­pe­lagu oraz rezer­wat żółwi prze­ka­zano im w użyt­ko­wa­nie wie­czy­ste i nie da się cał­ko­wi­cie usu­nąć ich z Con Dao. Dla­tego DIA­NIMA wyne­go­cjo­wała kon­trakt, który nie pozwala na pobyt na archi­pe­lagu ludz­kich mni­chów. Mogą tu prze­by­wać tylko autom­nisi. Musie­li­śmy też zgo­dzić się na kilka innych ustępstw. Dostar­cza­nie zapa­sów przez drony, dostęp do robo­kon­ser­wa­to­rów. Nikt nie jest z tego zado­wo­lony, a Altant­set­seg panicz­nie boi się naru­szeń bez­pie­czeń­stwa. Ale z dru­giej strony nie przy­pusz­czam, żeby śpiewy i medy­ta­cje automni­chów oraz fakt, że zbie­rają żół­wie jaja, by wypu­ścić młode do oce­anu, mogły komu­kol­wiek zaszko­dzić.

Więk­szość mni­chów wyco­fała się do pagody, gdy ude­rzono w gong. Jeden z nich zatrzy­mał się jed­nak na dzie­dzińcu, by pod­lać rosnący w doniczce figo­wiec. Ha zauwa­żyła, że Evrim przy­gląda się temu z nie­sma­kiem.

- Nie lubisz ich, prawda? - zapy­tała.

- Nie lubię. Wydają mi się nie­sa­mo­wici. Odra­ża­jący. Ty pew­nie czu­jesz to samo, patrząc na małpę. Nie­po­kój.

- Małpy mnie nie nie­po­koją. Myślę, że więk­szo­ści ludzi też nie.

- Naprawdę? Spo­dzie­wa­łom się, że będzie ina­czej. Bar­dzo podobne do was, ale w zde­gra­do­wa­nym sta­nie. Nie­udana próba.

- Chyba po pro­stu nie patrzymy na nie w ten spo­sób.

Evrim wzru­szyło ramio­nami, odwró­ciło się i ruszyło w stronę trans­por­tera. Maszyna włą­czyła sil­nik, wyczu­wa­jąc, że ktoś się zbliża.

- Widzia­łaś film, jak sądzę?

- Nie.

Evrim zatrzy­mało się na stro­mych kamien­nych scho­dach pro­wa­dzą­cych w dół.

- Nie spo­tka­łaś się z dok­tor Mínervudóttir-Chan? Myśla­łom, że były­ście umó­wione...

- Nie. Była nie­obecna i przy­słała swoje Sub-4.

- To zna­czy, że cię nie wpro­wa­dzono.

- Wiem, po co tu jestem. W przy­bli­że­niu. Te infor­ma­cje prze­ka­zano mi przed pod­pi­sa­niem kon­traktu. Ale...

- Ale nie zazna­jo­miono cię ze szcze­gó­łami tego, co tutaj widzia­łom przez ostat­nie pół roku.

- Ze szcze­gó­łami? Nie.

- To dziwne - stwier­dziło Evrim. - Jeśli dok­tor Mínervudóttir-Chan nie miała czasu się z tobą spo­tkać, musiało cho­dzić o coś bar­dzo waż­nego.

- Albo uwa­żała, że ty mnie wpro­wa­dzisz. A nawet była tego pewna. W końcu jesteś osobą lide­ru­jącą.

- To prawda i... z pew­no­ścią się zasta­na­wiasz, dla­czego to wła­śnie ja kie­ruję tymi bada­niami. Na to pyta­nie ist­nieją i prost­sze, i bar­dziej skom­pli­ko­wane odpo­wie­dzi. To typowe dla dok­tor Mínervudóttir-Chan. Ni­gdy nie ma tylko jed­nego powodu. Można jed­nak podać kilka oczy­wi­stych przy­czyn mojej obec­no­ści. Mam tro­chę sil­nych stron. Na przy­kład jeśli coś zoba­czę, ni­gdy tego nie zapo­mnę. I mogę funk­cjo­no­wać pod wodą rów­nie dobrze, jak na lądzie. Myślę jed­nak, że praw­dziwy powód był inny. Ni­gdy mi tego nie powie­dziano, domy­ślam się jed­nak, że chcieli spraw­dzić moje moż­li­wo­ści. Pod­dać mój umysł pró­bie poważ­niej­szej niż wywiady dla mediów czy labo­ra­to­ryjne testy funk­cji poznaw­czych. Zoba­czyć, jak sobie pora­dzę z real­nym pro­ble­mem na tak wielką skalę. Tak przy­naj­mniej wygląda moja teo­ria.

- I jak ci poszło?

- Jak dotąd udało mi się udo­wod­nić, że jestem wystar­cza­jąco inte­li­gentne, by zna­leźć odpo­wied­nią praw­dziwą osobę do tego zada­nia i poma­gać jej w pracy.

- To dość zaawan­so­wany spo­sób myśle­nia - stwier­dziła Ha. - Nie­wielu ludzi stać na taką pokorę.

- To nie jest pokora, tylko realizm. Ostat­nie sześć mie­sięcy nauczyło mnie, że ten pro­blem mnie prze­ra­sta. Szcze­rze mówiąc, myślę, że prze­ra­sta rów­nież cie­bie, mimo że twoja książka jest rewe­la­cyjna. Ale być może nie prze­ra­sta nas obojga razem - zakoń­czyło z uśmie­chem.

Ha nagle uświa­do­miła sobie, że to wła­śnie jest powód, dla któ­rego ni­gdy nie będzie dru­giej huma­no­idal­nej SI. Ten uśmiech był dosko­nały. Szczery i nie­uda­wany. Cał­ko­wi­cie ludzki.

Z tego powodu dla każ­dego czło­wieka był jak zapo­wiedź śmierci. Z faktu ist­nie­nia Evrim wypły­wał wnio­sek, że ludzie rów­nież są tylko maszy­nami. Zbio­ro­wi­skiem zapro­gra­mo­wa­nych impul­sów powta­rza­ją­cych się bez końca. Jeśli sztucz­nie wypro­du­ko­wane Evrim mogło być świa­dome, być może ludzie róż­nili się od niego tylko tym, że zbu­do­wano ich z innych mate­ria­łów. Że są cho­dzą­cymi szkie­le­tami odzia­nymi w mięso, które wma­wiają sobie, że mają wolną wolę. Czymś, co powstało przy­pad­kowo, albo stwo­rzo­nym pod wpły­wem kaprysu przez kogoś, kto chciał spraw­dzić, czy da się to zro­bić.

- Jaki wła­ści­wie jest sens two­rze­nia andro­ida? - zapy­tano kie­dyś pod­czas wywiadu dok­tor Mínervudóttir-Chan. - Po co zada­wać sobie tyle trudu, by uczy­nić go ludz­kim, pod­czas gdy ludzi można pro­du­ko­wać pra­wie za darmo?

- Wielka i strasz­liwa prawda o naszym gatunku brzmi tak, że ludzie zawsze zro­bią to, co mogą zro­bić - odpo­wie­działa.

Ruszyli w dół, odda­la­jąc się od pagody.

Rozdział 7

7

Eiko wyglą­dał przez zardze­wiałe kraty okien w kubryku, patrząc na pokład prze­twór­czy. Dla ochrony przed zim­nem owi­nął się w dwa pocho­dzące z recy­klingu koce z pla­sti­pu­chu. Sztorm już minął, ale sta­tek na­dal koły­sał się na falach, a w pomiesz­cze­niu cią­gle śmier­działo wymio­ci­nami oraz zro­dzo­nym ze stra­chu potem, lecz naj­gor­sze było już za nimi.

Wci­skał twarz w kraty, pró­bu­jąc uciec przed tym smro­dem. Słone bry­zgi sma­gały go po policz­kach. Lep­szy już był ostry odór mor­skiej rzezi pły­nący z pokładu na dole oraz różowa mgiełka krwi z poran­nego połowu.

Na pokła­dzie tru­dzili się ludzie z bie­żą­cej zmiany. Wbi­jali noże w brzu­chy ryb, wydo­by­wali wnętrz­no­ści i wrzu­cali je do nie­bie­skich pla­sti­ko­wych wia­der. Następ­nie kła­dli ryby na taśmo­ciągu, który trans­por­to­wał je do zamra­żalni, gdzie pod­da­wano je szyb­kiemu mro­że­niu w blo­kach i wysy­łano do chłodni w ładowni. Ruchy pra­cu­ją­cych ludzi były wydajne i mecha­niczne. Nie mar­no­wali ener­gii, podob­nie jak roboty, które pra­co­wały tu przed nimi. Na pokła­dzie widziało się pozo­stałe po nich zardze­wiałe płyty pod­stawne.

Roboty sporo kosz­to­wały i na morzu łatwo się psuły. Elek­trycz­ność i słona woda nie były dobrym połą­cze­niem. Rdza, roz­kład, krót­kie spię­cia. Za duże koszty.

Ludzie są lep­szymi robo­tami. Jeste­śmy tańsi w obsłu­dze i łatwiej nas spi­sać na straty.

Jedna ze straż­ni­czek oparła się o pod­stawę suw­nicy, ssąc rurkę e-fajki wysta­jącą spod jej kom­bi­ne­zonu. Wypusz­czała z ust chmury dymu, leni­wie wspie­ra­jąc dłoń na kol­bie zawie­szo­nego na ple­cach kara­binu. W oczach miała tylko pustkę. Eiko nie znał jej praw­dzi­wego nazwi­ska. Inni straż­nicy mówili na nią "Mniszka". Ni­gdy się nie odzy­wała, ale Eiko wyczy­tał kilka szcze­gó­łów. Najem­niczka wyna­jęta przez Połu­dnio­wo­afry­kań­ską Strefę Ogra­ni­czo­nego Rządu. Legio­nistka Pro­tek­to­ratu Pary­skiego w Obsza­rze Rządu Lokal­nego Wybrzeża Kości Sło­nio­wej. Zawsze ubie­rała się na szaro. Kara­bin, pisto­let w kabu­rze i nóż na udzie. Mnó­stwo ekwi­punku u pasa. Kaj­danki i ogłu­szacz, a także inne rze­czy, któ­rych Eiko nie potra­fił ziden­ty­fi­ko­wać.

Wszy­scy straż­nicy lubili swój sprzęt. Mieli naj­róż­niej­sze kara­biny, pisto­lety i noże. Te ostat­nie kochali naj­bar­dziej. Uwiel­biali opo­wia­dać o tym, gdzie je kupili i jaki robili z nich uży­tek. Wszy­scy mieli stroje z zaawan­so­wa­nych tech­no­lo­gicz­nie mate­ria­łów, z eks­pre­sami i ukry­tymi kie­sze­niami. Choć nie nosili ujed­no­li­co­nych mun­du­rów i tak wszy­scy wyglą­dali tak samo.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

1

Noc.

Trze­cia Dziel­nica Auto­no­micz­nej Strefy Han­dlo­wej Ho Chi Minh.

Pla­sti­kowa mar­kiza kawiarni zmo­czona desz­czem. Pod jej osłoną, spo­wici w kuchenną parę oraz ludz­kie roz­mowy, kel­ne­rzy krążą mię­dzy sto­li­kami, roz­no­sząc miseczki z cie­płą zupą, szklanki z mro­żoną kawą oraz butelki piwa.

Za ścianą desz­czu obok kawiarni niczym świe­tli­ste ryby prze­jeż­dżają elek­tryczne moto­cy­kle.

Lepiej nie myśl o rybach.

Law­rence sku­pił uwagę na sie­dzą­cej naprze­ciw kobie­cie, prze­cie­ra­ją­cej pałeczki pla­ster­kiem limonki. Taniec kolo­rów abglan­zo­wej osłony toż­sa­mo­ści masku­ją­cej jej twarz nie­ustan­nie zmie­niał się i migo­tał.

Jak coś kry­ją­cego się pod wodą...

Law­rence wbił paznok­cie w wewnętrzną powierzch­nię dłoni.

- Prze­pra­szam... czy mogłaby pani zmie­nić usta­wie­nie?

Kobieta speł­niła jego prośbę. Abglanz prze­sta­wił się na sche­ma­tyczny obraz kobie­cej twa­rzy. Męż­czy­zna dostrze­gał lek­kie zarysy jej praw­dzi­wego obli­cza, pły­wa­jące głę­boko pod powierzch­nią.

Pły­wa­jące...

- Z reguły nie uży­wam tego usta­wie­nia. - Oscy­la­cje abglanzu pozba­wiały wyrazu modu­la­cję jej głosu. - Twa­rze wyglą­dają nie­sa­mo­wi­cie. Więk­szość ludzi woli plamy.

Unio­sła pałeczki do ust. Maka­ron znik­nął pod błysz­czącą powierzch­nią warg elek­tro­nicz­nej maski. Za nią można było zoba­czyć cień kolej­nych warg i zębów.

Nie patrz na nią. Po pro­stu zacznij mówić.

- W porządku. Moja histo­ria. To dla niej tu przy­szli­śmy. Przy­by­łem na archi­pe­lag dzie­sięć... nie, już jede­na­ście lat temu. Przed­tem pra­co­wa­łem w cen­trum nur­ko­wym w Nha Trang. Kiedy tu przy­by­łem, na Con Dao były tylko dwa takie cen­tra. Jedno dzia­łało w ele­ganc­kim hotelu dla ludzi z zachodu, a dru­gie było małe i kiep­sko mu szło. Kupi­łem je za bez­cen. Archi­pe­lag był sen­nym, słabo zalud­nio­nym i rzadko odwie­dza­nym miej­scem. Ludzie uwa­żali, że jest nawie­dzony.

- Nawie­dzony?

- Kie­dyś było tam wię­zie­nie. Cmen­ta­rze wypeł­niają całe poko­le­nia dysy­den­tów zamę­czo­nych przez kolejne rządy. To nie­do­bre miej­sce na otwie­ra­nie inte­resu, prawda? Może to i prawda. Ale wystar­cza­jąco dobre dla kogoś, kto zado­woli się skrom­nym życiem. Pew­nie, że Con Dao miało swoje pro­blemy. Całe mnó­stwo pro­ble­mów. For­mal­nie rzecz bio­rąc, Glo­balny Park Ochrony Przy­rody obej­mo­wał cały archi­pe­lag - powierzch­nię wysp oraz ocean. Rybo­łów­stwo i polo­wa­nia były zaka­zane. Raz na rok zja­wiali się nawet ludzie z Orga­ni­za­cji Straż­ni­czej ONZ i spi­sy­wali raport. Rze­czy­wi­stość jed­nak wyglą­dała tak, że zawsze przy­pły­wały tam łodzie rybac­kie. Zarzu­cały włoki na rafach, posłu­gi­wały się cyjan­kiem i dyna­mi­tem. Wszy­scy straż­nicy w Parku Naro­do­wym byli sko­rum­po­wani. Jak mogłoby być ina­czej przy takich pen­sjach? Sprze­da­wali żół­wie jaja, ryby rafowe, wszystko, co wpa­dło im w ręce. Miej­scowi też w tym uczest­ni­czyli - łowiec­two pod­wodne i fre­edi­ving w poszu­ki­wa­niu małży. Son, mój pomoc­nik, też nur­ko­wał po małże.

- Gdzie jest teraz?

- Już pani mówi­łem. Nie wiem. Stra­ci­li­śmy ze sobą kon­takt po ewa­ku­acji.

- To on był z panem na łodzi? W dzień wypadku?

- Tak. Wła­śnie mia­łem o tym wspo­mnieć. - A raczej sta­ra­łem się unik­nąć tego tematu. - Wrak jest sta­lo­wym kadłu­bem taj­skiego frach­towca. Ma sześć­dzie­siąt metrów dłu­go­ści. Zato­nął pod koniec dwu­dzie­stego wieku. To jedyny w Wiet­na­mie wrak z dostę­pem do wnę­trza, do któ­rego można nur­ko­wać. Leży zale­d­wie dwa­dzie­ścia metrów pod wodą, ale warunki z reguły są złe. Silne prądy i słaba widocz­ność. To tylko dla klien­tów, któ­rzy wie­dzą, co robią. Na Con Dao nie mie­li­śmy takich zbyt wielu, więc nie odwie­dza­li­śmy wraku od lat. To było poranne nur­ko­wa­nie. Poza sezo­nem. Widocz­ność była bar­dzo kiep­ska, może ze dwa metry. Ale ten facet uparł się, żeby nur­ko­wać do wraku. Dla­tego sko­czy­li­śmy do wody i zaczę­li­śmy się zanu­rzać. Tylko ja i on. - Prze­rwał na chwilę. - Dodaję temu nie­po­trzeb­nego dra­ma­ty­zmu. W rze­czy­wi­sto­ści to była ruty­nowa sprawa. Ocie­rały się o nas kała­mar­nice i kobie. Widocz­ność była okropna. Już nie­mal dotar­li­śmy do wraku, gdy zde­cy­do­wa­łem, że odwo­łu­jemy próbę. Kiedy się rozej­rza­łem, zoba­czy­łem, że klient znik­nął. Ale to nor­malne. Gdy widocz­ność jest słaba, czę­sto tra­cimy ludzi z oczu. Wtedy trzeba po pro­stu zostać na miej­scu. Jeśli zacznie się ich szu­kać, łatwo można stra­cić orien­ta­cję. Jed­nakże po pię­ciu minu­tach ogar­nął mnie nie­po­kój. Zaczą­łem się cofać wzdłuż relingu frach­towca. Powta­rza­łem sobie, że klient wie, co robi. Nie wszedłby do wraku beze mnie. Może coś było nie w porządku z jego ekwi­pun­kiem? Albo posta­no­wił wypły­nąć na powierzch­nię? Ruszy­łem w górę, licząc na to, że tam go znajdę. Krzyk­ną­łem do cze­ka­ją­cego w łodzi Sona, pyta­jąc, czy go widział. Klienta nie było. Wró­ci­łem na dół. Czu­łem nara­sta­jącą panikę. Warunki panu­jące pod wodą pogar­szały tylko sytu­ację: mętna woda pełna poru­sza­ją­cych się kształ­tów. Ryby prze­my­ka­jące w moim polu widze­nia. Wresz­cie skie­ro­wa­łem się do wnę­trza wraku. Nie mógł być w żad­nym innym miej­scu. Gdy już się tam zna­la­złem, nie potrze­bo­wa­łem wiele czasu, żeby go zna­leźć. Nie dotarł daleko. Jego zwłoki ugrzę­zły pod scho­dami w głów­nej prze­strzeni ładun­ko­wej. Na skroni miał ranę. Ryby już zaczęły odgry­zać kawałki ciała. Wycią­gną­łem go na powierzch­nię. Son doma­gał się pod­ję­cia reani­ma­cji, ale wie­dzia­łem, że on nie żyje.

- Co pana zda­niem było przy­czyną śmierci?

- To nie mogła być rana. Była powierz­chowna. Uto­pił się, ponie­waż coś ukra­dło jego apa­rat odde­chowy, maskę, zbior­nik powie­trza, wszystko. Kiedy stra­cił ekwi­pu­nek, wpadł w panikę, ude­rzył się w głowę i stra­cił przy­tom­ność. Bez maski i apa­ratu odde­cho­wego umarł bar­dzo szybko.

- A co z apa­ra­tem? Zbior­ni­kiem? Maską? Zna­lazł je pan?

Pozba­wiona wyrazu twarz przy­wo­dząca na myśl zama­zane zdję­cie oraz bez­na­miętny, prze­kształ­cony głos przy­po­mniały Law­rence'owi wyspę. Powta­rzał swą histo­rię raz po raz. Straż­ni­kom par­ko­wym, poli­cji, repor­te­rom. Odpo­wie­dzią były oskar­że­nia, nie­do­wie­rza­nie, a w końcu obo­jęt­ność.

- Nie zna­la­złem.

- Ale prze­szu­kał pan sta­tek.

- Nie zro­bi­łem tego. Skła­ma­łem.

- Skła­mał pan?

- Nie byłem w sta­nie ponow­nie tam zejść. Powie­dzia­łem poli­cji, że szu­ka­łem jego sprzętu i spraw­dzi­łem cały sta­tek, ale... to nie była prawda. Bałem się. Nie było żad­nych poszu­ki­wań.

- Rozu­miem - rze­kła po chwili mil­cze­nia. - I co pan zro­bił póź­niej?

- Kon­ku­ren­cyjne cen­trum nur­kowe wyko­rzy­stało wypa­dek do odstra­sze­nia moich klien­tów. Inte­res zaczął pod­upa­dać. Ale w osta­tecz­nym roz­ra­chunku wszystko to nie miało zna­cze­nia. Trzy mie­siące po wypadku zaczęła się ewa­ku­acja. Żeby nie było wąt­pli­wo­ści, cie­szę się, że kupi­li­ście wyspę. Teraz przy­naj­mniej wiem, że otrzyma odpo­wied­nią ochronę. Znam każdy cal Con Dao, wszyst­kie rafy, które znisz­czono, każdą zło­wioną rybę. Tak będzie lepiej. Usuń­cie stąd wszyst­kich, otocz­cie archi­pe­lag kor­do­nem i broń­cie go. To jedyny spo­sób, by go ochro­nić. Byłem jed­nym z pierw­szych ludzi, któ­rzy przy­jęli waszą pro­po­zy­cję i wyje­chali. Wysoka rekom­pen­sata, nowy począ­tek. Być może mia­łem szczę­ście.

***

Być może. Gdy Law­rence odda­lał się od kawiarni w stru­gach desz­czu, nie był tego taki pewien. Tama­ryn­dowce koły­sały się, szu­miąc, na wie­trze. Jego pon­czo miało z boku dziurę i czuł mokrą plamę rosnącą na ubra­niu. Dotyk prze­mo­czo­nego mate­riału był zimny.

- Co pan widział?

O to pytali go wszy­scy - straż­nicy par­kowi, poli­cja, repor­te­rzy: "Co pan widział?".

Nic. Niczego nie widział. Nie potra­fił jed­nak pozbyć się wra­że­nia, że coś widziało jego.

To wra­że­nie na­dal mu towa­rzy­szyło. Cie­szył się, że opu­ścił archi­pe­lag. Ale to nie wystar­czyło. Wra­że­nie powra­cało za każ­dym razem, gdy myślał o oce­anie.

Con Dao było dla niego domem. Pierw­szym, jaki miał w życiu. Ode­brało mu go to, co wyda­rzyło się na statku. Tę histo­rię pra­gnął opo­wie­dzieć, ale kobieta z DIA­NIMA i tak by jej nie zro­zu­miała.

Czy rze­czy­wi­ście była z DIA­NIMA? Nie powie­działa tego otwar­cie.

To nie miało zna­cze­nia. Może była z DIA­NIMA, a może z kon­ku­ren­cyj­nej firmy. W ASH Ho Chi Minh roiło się od kor­po­ra­cyj­nych szpie­gów i mię­dzy­na­ro­do­wych spi­sków.

Przed tygo­dniem poje­chał do Vung Tao, nad ocean. Nie widział wody od mie­sięcy i doszedł do wnio­sku, że pora znowu spró­bo­wać popły­wać. Wyszedł jed­nak na brzeg, nim fale się­gnęły mu do pasa, wypił kolejkę w barze na plaży, wró­cił do hotelu i wymel­do­wał się.

Ni­gdy już wię­cej nie nur­ko­wał.

Wróci do małego miesz­kanka w Trze­ciej Dziel­nicy i będzie patrzył, jak "wysoka rekom­pen­sata" DIA­NIMA powoli znika, nie­zdolny zna­leźć wyj­ścia z tej sytu­acji.

Po dwóch prze­czni­cach zła­pały go skur­cze. Runął na chod­nik. Obok zatrzy­mał się moto­cykl. Law­rence poczuł dotyk czy­jejś dłoni.

- Źle się pan czuje? - zapy­tał kobiecy głos.

Jego pole widze­nia zacie­śniło się, prze­cho­dząc w zamglony tunel.

- Niech pani wezwie pomoc. Pro­szę.

Nagle zauwa­żył w jej dłoni strzy­kawkę.

Moto­cy­kle prze­jeż­dżały obok. Ich zarysy znie­kształ­cały prze­ciw­desz­czowe pon­cza okry­wa­jące pojazdy i ludzi. Na sze­roko otwarte oczy Law­rence'a padał deszcz.

Znowu tam był. Na statku. Mętna woda pełna poru­sza­ją­cych się kształ­tów... nie­wy­raź­nych kształ­tów, które jego umysł cią­gle prze­twa­rzał w coś innego.

Rozdział 2

2

Świa­tła podej­ścia bez­za­ło­go­wego hek­sa­kop­tera prze­su­wały się po wzbu­rzo­nej powierzchni oce­anu. Snopy reflek­to­rów były wypeł­nione stru­gami nie­sio­nego wia­trem desz­czu. Prze­mknęły po namo­rzy­nach i padły na nawierzch­nię lot­ni­ska.

Na ziemi nie paliły się żadne świa­tła. Znisz­czony pas star­towy biegł przez więk­szą część wąskiego prze­smyku wyspy. Lądo­wi­sko dla śmi­głow­ców było tylko wybla­kłym krę­giem. Pod czarną linią drzew rdze­wiały stare samo­loty. Pla­sti­kowa okła­dzina ścian głów­nego budynku obła­ziła niczym łuski zdzie­rane z mar­twej ryby.

Maszyna zawi­sła w miej­scu i zaczęła opa­dać. Wylą­do­wała z nagłym wstrzą­sem, obo­jętna na ludzką wygodę. Ale sku­teczna. Śmi­gła się zatrzy­mały, a drzwi otwo­rzyły.

Ha sły­szała dobie­ga­jącą z dżun­gli kako­fo­nię owa­dów oraz jazgot pohu­ku­ją­cych do sie­bie maka­ków. Nie­siony wia­trem deszcz padał na lądo­wi­sko pod kątem. Wycią­gnęła bagaże z ładowni. Sty­gnące sil­niki drona postu­ki­wały.

Mię­dzy drze­wami widziała aure­olę roz­świe­tlo­nego desz­czu ota­cza­jącą reflek­tory. Przy­słali po nią pojazd. Świa­tła hek­sa­kop­tera zga­sły i Ha ujrzała Księ­życ w pełni, czę­ściowo prze­sło­nięty przez zasłonę cir­ru­sów. Wiszące nisko nad lasem cumu­lusy zale­wały stru­gami desz­czu tro­pi­kalną roślin­ność wyspy.

Ha zaczerp­nęła tchu, zamknęła oczy i otwo­rzyła je, pró­bu­jąc przy­zwy­czaić wzrok do pół­mroku. Ode­zwały się gło­śniki maszyny.

- Zbliża się trans­por­ter. Pro­szę odsu­nąć się od hek­sa­kop­tera.

Ha wzięła bagaże i ucie­kła pod osłonę wiaty. Dron włą­czył świa­tła i odle­ciał pod takim kątem i z taką szyb­ko­ścią, że żywy pasa­żer stra­ciłby przy­tom­ność. Po kilku sekun­dach znik­nął w chmu­rach.

Pojazd był z demo­bilu - auto­no­miczny trans­por­ter opan­ce­rzony, z okrą­głymi oknami o utwar­dzo­nych szy­bach i wiel­kimi peł­nymi opo­nami o struk­tu­rze pla­stra miodu.

Z myślą o wygo­dzie kabinę dla pasa­żera wypo­sa­żono w wyściółkę tłu­miącą hałas i wstrząsy pod­czas jazdy. Ogniwa pali­wowe dzia­łały cicho, ale prze­kład­nia pisz­czała i wywo­ły­wała dziwne wibra­cje w kabi­nie. Ha przy­ciem­niła świa­tło.

Grube szyby ze szkła i z poli­wę­gla­nów znie­kształ­cały obraz. Widziała za nimi koły­szącą się ścianę dżun­gli napie­ra­jącą na wąską drogę. Na szybko mija­nych pola­nach dostrze­gała ruiny budowli, które kie­dyś mogły być for­tami. Albo mły­nami bądź fabry­kami. Czym­kol­wiek. Blask księ­życa w pełni pod­kre­ślał kształty fal na powierzchni oce­anu.

Samo­chód wje­chał do pogrą­żo­nego w mroku mia­steczka wci­śnię­tego mię­dzy las a ocean. Po cięż­kich, pokry­tych czer­woną dachówką dachach budyn­ków we fran­cu­skim stylu kolo­nial­nym spły­wały strugi desz­czu, a na stiuku utwo­rzyły się plamy od tro­pi­kal­nej wil­goci. Żalu­zje były zasu­nięte, a ogrody poro­sły pną­czami i mchem. Tu i ówdzie ich ciąg zakłó­cały budynki w bru­ta­li­stycz­nym komu­ni­stycz­nym stylu - liceum albo gmach Par­tii Komu­ni­stycz­nej. Beto­nowe, pokryte poro­stami potwory nocą wyda­wały się zupeł­nie bez­barwne.

Za dnia w opusz­czo­nym mia­steczku domi­no­wały brzyd­kie paste­lowe odcie­nie obła­żą­cego tynku. Po obu stro­nach ulic wypeł­nio­nych odpad­kami - liśćmi, kawał­kami gałęzi, toreb­kami nasien­nymi oraz owo­cami - rosły figowce o pniach poma­lo­wa­nych na blak­nący biały kolor.

Trans­por­ter wje­chał na bul­war, wzdłuż któ­rego biegł mur chro­niący przed mor­skimi falami. Blask reflek­to­rów padł na dwie małpy, niczym ludz­kie dzieci wal­czące o skarb wąt­pli­wej war­to­ści. Na skraju mia­steczka domy stop­niowo ustę­po­wały miej­sca budom o zapa­da­ją­cych się dachach, pochło­nię­tym już w poło­wie przez pną­cza.

Droga pro­wa­dziła wzdłuż brzegu. Kra­jo­braz po lewej prze­szedł w skały oraz fale oce­aniczne, lśniące teraz w bla­sku księ­życa. Z wody ster­czały czarne wynio­sło­ści mniej­szych wyse­pek archi­pe­lagu. Po pra­wej stro­nie pię­trzył się grzbiet głów­nej wyspy, poro­śnięty futrem lasu.

Na dachu widocz­nej na tle zbo­cza pagody paliły się sze­ro­ko­stru­mie­niowe reflek­tory, suge­ru­jące, że na ewa­ku­owa­nym archi­pe­lagu tli się jesz­cze życie. Jed­nakże oświe­tla­nie budynku było zapewne zauto­ma­ty­zo­wa­nym nawy­kiem. Wabi­kiem dla tury­stów, któ­rzy już ni­gdy tu nie wrócą.

Sta­cję badaw­czą ulo­ko­wano w opusz­czo­nym hotelu - bia­łym, pię­cio­pię­tro­wym budynku wznie­sio­nym w bar­dzo nie­ko­rzyst­nym miej­scu, po zawietrz­nej od naj­bar­dziej wietrz­nego punktu na wyspie. Hotel wyła­niał się spo­śród ota­cza­ją­cych go zaro­śli, oświe­tlony w podobny spo­sób jak pagoda. Jego zwró­cona ku dro­dze strona kryła się w cie­niu, a okna były ciemne. Droga dojaz­dowa pro­wa­dziła do bramy w podwój­nym ogro­dze­niu zwień­czo­nym dru­tem kol­cza­stym.

Płot był nowy i błysz­czący, ale hotel z pew­no­ścią opusz­czono na długo przed ewa­ku­acją wyspy. Za roz­bi­tymi szy­bami na wyż­szych pię­trach widać było podarte zasłony, a fasadę pokry­wały smugi błota i ple­śni.

Trans­por­to­wiec zatrzy­mał się przed podwójną bramą.

Z budynku wyło­niła się jakaś postać w prze­ciw­desz­czo­wym pon­czo. Pode­szła do pierw­szej bramy i ją otwo­rzyła. Trans­por­to­wiec wje­chał do strefy ocze­ki­wa­nia. Pierw­sza brama się zamknęła i otwo­rzyła się przed nim druga. Pojazd skie­ro­wał się na zaple­cze tunelu, gdzie znaj­do­wał się pokryty spę­ka­nymi tera­ko­to­wymi płyt­kami taras. Walały się na nim zeschłe liście palm posa­dzo­nych wokół hotelu, obcych dla tej wyspy.

Więk­szą część tarasu zaj­mo­wał prze­sad­nie wielki basen, wypeł­niony algami i ziel­skiem. Zapewne był to kie­dyś jeden z tych mod­nych w owym okre­sie sło­no­wod­nych base­nów, dają­cych gościom hote­lo­wym wra­że­nie pły­wa­nia w oce­anie bez koniecz­no­ści zanu­rza­nia się w nim. Jakieś pły­wa­jące w wodzie stwo­rze­nie prze­stra­szyło się na widok trans­por­towca i skryło się pod powierzch­nią.

Na brzegu basenu stały dwie mobilne jed­nostki badaw­cze wiel­ko­ści stan­dar­do­wego kon­te­nera, dostar­czone tu przez dron towa­rowy. Wyglą­dały jak fabrycz­nie wyko­nane domki pla­żowe.

Drzwi trans­por­towca otwo­rzyły się i jego wnę­trze wypeł­nił roz­świe­tlony bla­skiem reflek­to­rów deszcz. Odziana w prze­ciw­desz­czowe pon­czo postać zaj­rzała do środka. Kobieca twarz skryta pod kap­tu­rem. Sze­ro­kie, wysoko usta­wione kości policz­kowe. Ciemne oczy o uno­szą­cych się kąci­kach. Deszcz spły­wa­jący po policz­kach. Kobieta wypo­wie­działa jakieś zda­nie w języku, któ­rego Ha nie znała. Roz­legł się wład­czy, pozba­wiony into­na­cji kobiecy głos, brzmiący jak dwor­cowa zapo­wiedź. Pły­nął z odpor­nego na warunki pogo­dowe i wstrząsy apa­ratu tłu­ma­czą­cego przy­pię­tego do koł­nie­rza kobiety.

- Witam w Pla­cówce Badań Zaawan­so­wa­nych Con Dao. Nazy­wam się Altant­set­seg i jestem wyna­jętą pra­cow­nicą ochrony. Niech pani zabie­rze swoje bagaże. Pogoda sra na nas desz­czem.

Ha zamru­gała ze zdzi­wie­nia. Przez moment miała ochotę wybuch­nąć histe­rycz­nym śmie­chem. To była długa podróż.

Altant­set­seg wle­piła w nią spoj­rze­nie i wypo­wie­działa w swym ojczy­stym języku zda­nie przy­wo­dzące na myśl płot, w któ­rym każda szta­cheta była spół­gło­ską.

- Cudzo­łożny apa­rat tłu­ma­czący nie działa dobrze?

- Wystar­cza­jąco dobrze. Da się zro­zu­mieć.

- W takim razie ruszajmy.

Kobieta była znacz­nie wyż­sza od Ha. Miała co naj­mniej dwa metry wzro­stu. Ha dostrze­gła też kara­bin o krót­kiej, prak­tycz­nej lufie prze­rzu­cony przez ramię Altant­set­seg.

Deszcz jesz­cze się nasi­lił. Pisz­cze­nie prze­kładni trans­por­towca umil­kło, a jego pan­cerz nie tłu­mił już dźwię­ków, więc Ha wyraź­nie sły­szała wicher koły­szący pal­mami, odgłosy zwie­rząt wypeł­nia­jące mrok, oraz fale ude­rza­jące o brzeg pod tara­sem, poza zasię­giem jej wzroku. Wszystko to roz­pły­wało się jed­nak w nie­ustan­nym szu­mie desz­czu.

Ruszyły naprzód szyb­kim mar­szem, pochy­la­jąc się, by osło­nić twa­rze przed desz­czem. Po tej stro­nie w nie­licz­nych oknach na par­te­rze i pierw­szym pię­trze hotelu paliły się świa­tła. Pęk­nięty beto­nowy wazon chro­nił szklane drzwi wej­ściowe przed zamknię­ciem.

Altant­set­seg popro­wa­dziła Ha przez opusz­czony hol. Na sto­łach stały sterty ple­śnie­ją­cych krze­seł, a wil­gotne wyście­łane kanapy usta­wiono w krę­gach, by uła­twić roz­mowy, które i tak już dawno umil­kły. Na wol­nej prze­strzeni pośrodku sali stało kilka sto­łów. Był tam też sprzęt - kuch­nia polowa, maszynka do kawy, elek­tro­nika. Ślady zamiesz­ka­nia w ogrom­nym pomiesz­cze­niu z syn­te­tycz­nego mar­muru.

***

Apar­ta­ment Ha znaj­do­wał się na pię­trze. Cuch­nęło w nim wil­go­cią i zanie­dba­niem, ale poza tym było tu czy­sto. Altant­set­seg posta­wiła jej bagaże na pod­ło­dze i wyszła.

Ha już od kilku godzin marzyła o prysz­nicu, ale teraz uwa­liła się tylko na łóżku, nawet nie zdej­mu­jąc ubra­nia. Dobrze, że przy­naj­mniej ktoś roz­ście­lił czy­stą pościel.

Znowu śniły się jej mątwy.

Rozdział 3

3

W tym śnie Ha ni­gdy nie widziała mątw w ich naj­lep­szym sta­nie - barw­nych i świe­tli­stych, ozdo­bio­nych zmie­nia­ją­cymi się kalej­do­sko­powo kolo­rami, ukła­da­ją­cych ramiona niczym sema­fory wyra­ża­jące groźbę albo cie­ka­wość. Nie.

W tym śnie opusz­czała się w głę­biny, uwię­ziona w bia­łym szu­mie apa­ratu odde­cho­wego. Zanu­rzała się w szarą jak wapno wodę. Wodę zmą­coną sepią, ska­laną uno­szą­cymi się swo­bod­nie sie­ciami ciem­no­ści. Aż osia­dła na muli­stym, peł­nym kamieni dnie.

Mątwy skła­dały jaja w szcze­li­nach skal­nych. Młode świe­ciły w ich wnę­trzu niczym wiązki bla­sku uwię­zione pod bło­nami.

Cenne jaja nie powinny leżeć odsło­nięte w mule. Mątwy zawie­szały je pod skal­nymi pół­kami, by zapew­nić im osłonę. Coś tu było bar­dzo nie w porządku.

Jaj strze­gła uno­sząca się nad nimi olbrzy­mia samica. W pierw­szej chwili Ha nie zauwa­żyła jej w wodzie wypeł­nio­nej sepią i mułem. Szarp­nęła się do tyłu, zasko­czona, ale mątwa nie zare­ago­wała. Na­dal uno­siła się spo­koj­nie. Kie­ro­wała wzrok na Ha, ale jej nie widziała.

Stwo­rze­nie było bli­skie śmierci. Jego ciało było białe, tu i ówdzie upstrzone rdza­wymi pla­mami o nie­zdro­wym wyglą­dzie. Bez tańca wzo­rów i barw, zawsze widocz­nego na skó­rze zdro­wej mątwy, wyda­wało się nagie i bez­bronne.

Mątwie ode­rwano kilka ramion. Jedna z dwóch dłu­gich macek chwyt­nych uno­siła się bez­wład­nie na sła­bym prą­dzie.

Kamie­nie w tym miej­scu two­rzyły luźny krąg, niczym don­żon zdo­by­tego zamku. Skalne nawisy przy­wo­dziły na myśl znisz­czone kon­dy­gna­cje wieży. Szcze­liny były otwo­rami strzel­ni­czymi dla łucz­ni­ków. Zauwa­żyła trzy kolejne mątwy ukry­wa­jące się pod jed­nym z nawi­sów. One rów­nież stra­ciły znaczną część skóry i bra­ko­wało im nie­któ­rych ramion. Uno­siły się w wodzie niczym widma gło­wo­no­gów o nie­zdro­wym, per­ło­wym odcie­niu i obser­wo­wały. Przez pozo­stałe na nich frag­menty skóry prze­su­wały się wachla­rze mato­wej czer­wieni i brązu, mapa mar­twych połą­czeń.

Nagle samica, którą Ha zauwa­żyła naj­wcze­śniej, zbli­żyła się do jaj. Jej poszar­pane płe­twy były słabe. Pły­nęła niczym sta­tek widmo przy­bi­ja­jący do brzegu pod podar­tymi żaglami. Mątwa pogła­skała jedno z jaj nie­tknię­tym ramie­niem chwyt­nym. Plamy na jej skó­rze zalśniły bladą żół­cią. Mątwa spra­wiała wra­że­nie, że ruch i zmiana koloru wyma­gały od niej mak­sy­mal­nego wysiłku.

Wewnątrz jaja zami­go­tało słabe świa­tełko.

Mątwa zaczęła wzno­sić się ku powierzchni, a Ha pły­nęła razem z nią. Gdy minęły trzy pozo­stałe osob­niki kry­jące się pod nawi­sem, Ha poczuła, że prze­bie­gło mię­dzy nimi lek­kie drże­nie. Roz­po­zna­nia? Pozdro­wie­nia? Poże­gna­nia? Samica pły­nęła w górę po spi­rali, zosta­wia­jąc za sobą ślad uwal­nia­nej co chwila sepii niczym dym bucha­jący z sil­ni­ków uszko­dzo­nego samo­lotu, który jed­nak wzla­ty­wał ku niebu, zamiast opa­dać.

Samica i Ha wynu­rzyły się w tej samej chwili. Przy­wi­tał je świat ośle­pia­ją­cego bla­sku słońca, cha­otycz­nych dźwię­ków oraz mor­skiej piany.

Mątwa znie­ru­cho­miała. Ha wie­działa, że stwo­rze­nie nie żyje, pod­pły­nęła jed­nak do niego, zdjęła ręka­wicę, a potem pogła­skała je po uszko­dzo­nej gło­wie i reszt­kach ode­rwa­nych ramion.

Nad nią mewy zata­czały z wrza­skiem kręgi, cze­ka­jąc, aż kobieta porzuci pokarm, który zauwa­żyły. Ha popły­nęła w stronę łodzi, tuląc mątwę niczym uto­pione dziecko.

Obu­dziła się z twa­rzą mokrą od łez, tak samo jak zawsze.

Wizja, która nawie­dzała ją nocami, była jed­no­cze­śnie marze­niem sen­nym i wspo­mnie­niem. Nie potra­fiła już okre­ślić, które ele­menty wywo­dzą się z tego pierw­szego, a które z dru­giego źró­dła. Była w tam­tym miej­scu w real­nym życiu. Ale sepia była wtedy gęst­sza, nie­praw­daż? Przy­po­mi­nała zasłonę ocie­ra­jącą się o jej plecy. Była w tym miej­scu i widziała trzy bar­dzo stare mątwy uno­szące się na podo­bień­stwo mni­chów pod roz­trza­ska­nymi blan­kami swego zamku. Ale wtedy jaja nie świe­ciły. To było nie­moż­liwe. Nie było też umie­ra­ją­cej samicy uno­szącej się ku powierzchni jak lustrzane odbi­cie spa­da­ją­cego do wody samo­lotu.

Jej umysł raz po raz wra­cał do wspo­mnień o tym miej­scu i za każ­dym razem w sce­nie coś się zmie­niało. Czy były to błędy pamięci, nara­sta­jące przy każ­dym kolej­nym powtó­rze­niu? Czy raczej za każ­dym razem zbli­żała się nieco do prawdy?

- Pła­czesz. Znowu mia­łaś ten sen?

Ha usia­dła. Nie przy­po­mi­nała sobie, żeby to zro­biła, ale w któ­rejś chwili musiała roz­wi­nąć ter­mi­nal i poło­żyć na sto­liku noc­nym. A może zapi­sała w jego pamięci, o któ­rej godzi­nie ma roz­wi­nąć się sam?

Stał przed nią - dwu­dzie­sto­ścian na nogach w stylu ori­gami - a z jego oku­lusa pły­nęło świa­tło. W tym świe­tle ryso­wał się Kam­ran. Stał u pod­nóża jej łóżka i pił z kubka coś, co z pew­no­ścią było kawą.

Widziała zarys drzwi przez koł­nierz jego koszuli. Widziała ducha dywanu przez jego buty.

- Tak. To ten sam sen.

- Musisz się od tego uwol­nić, Ha. To już prze­szłość. Nie mogłaś nic w tej spra­wie zro­bić.

Mogła coś zro­bić i wie­działa o tym. Były też rze­czy, któ­rych mogła nie zro­bić. Ale Kam­ran ni­gdy nie pozwa­lał jej przy­znać się przed sobą do winy w żad­nej spra­wie. Ani nawet wziąć na sie­bie odpo­wie­dzial­no­ści. Nie warto było znowu z nim o tym roz­ma­wiać. Każda roz­mowa koń­czyła się stwier­dze­niem, że Ha "musi się od tego uwol­nić".

Zmie­niła temat.

- Gdzie jesteś?

- W labo­ra­to­rium.

- U was minęła już druga w nocy! Dla­czego jesz­cze pra­cu­jesz?

Kam­ran wzru­szył ramio­nami.

- Prze­stań mnie oskar­żać o wam­pi­ryzm. Jak minęła ci podróż?

- Była długa. A gdy opusz­cza­li­śmy Auto­no­miczną Strefę Han­dlową Ho Chi Minh, roz­sza­lała się burza. Pilot drona był pozba­wio­nym wraż­li­wo­ści skur­wy­sy­nem. Porzy­ga­łam się po dro­dze do Con Dao.

- Czy mia­łaś oka­zję spo­tkać się z nią oso­bi­ście?

- Z dok­tor Mínervudóttir-Chan? W Ho Chi Minh? Nie. Jest w Osi SF-SD, koor­dy­nuje wykup przy­brzeż­nych insty­tu­cji badaw­czych. Tak przy­naj­mniej powie­działo mi jej Sub-4. Nie chciało dodać nic wię­cej. Wszystko to jest bar­dzo tajem­ni­cze. Albo to prawda, albo ludzie sami nie wie­dzą, co się dzieje. Sub-4 obie­cało, że osoba lide­ru­jąca w Con Dao powie mi wszystko, gdy już przy­będę na miej­sce.

- I zro­biła to?

- Jesz­cze jej nie spo­tka­łam.

Ha wstała i zaczęła prze­rzu­cać rze­czy w tor­bie w poszu­ki­wa­niu czy­stego ubra­nia. Prze­szła przez nogę Kam­rana.

- Prze­pra­szam.

- Pra­wie tego nie poczu­łem - odpo­wie­dział.

- Muszę ci opo­wie­dzieć o oso­bie ochro­niar­skiej, którą dzi­siaj spo­tka­łam.

- Nie mogę się docze­kać - odpo­wie­dział Kam­ran. - Ale nie w tej chwili. Jesteś prze­mę­czona. Widzę to po two­jej twa­rzy. Musisz się zaakli­ma­ty­zo­wać, zorien­to­wać w sytu­acji. A ja muszę wyko­rzy­stać dzia­ła­nie kawy.

- Powi­nie­neś wró­cić do domu i się prze­spać. Uni­kasz wła­snego miesz­ka­nia?

Kam­ran odwró­cił wzrok.

- Być może.

- Jak będziesz taki sen­ty­men­talny, wkrótce zaczniesz spać pod sto­łami w labo­ra­to­rium.

- Weź prysz­nic. Jesteś brudna i włosy ci się lepią.

- Dzię­kuję. To było bar­dzo miłe.

- Zawsze jestem miły.

Kam­ran jak zwy­kle znik­nął, nie mówiąc "do widze­nia".