Good Spirits. Święta nie z tego świata - B. K. Borison

-
Proszę czekać

"Czytanie książek B.K. Borison to jak przytulanie się do złocistego, migoczącego zachodu słońca".

Tessa Bailey, autorka bestsellerów z listy "New York Timesa"

"Good Spirits to absolutny hit. Nowa książka Borison sprawia wrażenie powrotu do domu w najlepszym tego słowa znaczeniu. Autorka naprawdę nie ma sobie równych".

Hannah Grace, autorka bestselleraIcebreaker z listy "New York Timesa"

"Good Spirits to arcydzieło. Borison stworzyła romans inny niż wszystkie, pełen magii i fantazji, który oczaruje nawet największych sceptyków. Jeśli szukasz książki, która wykracza poza strony, aby wypełnić zarówno twoje serce, jak i wyobraźnię, nie musisz szukać dalej".

Hannah Bonam-Young, autorka bestsellera Jesteś moim jutrem z listy "USA Today"

"Good Spirits to idealny świąteczny romans, zawierający charakterystyczne dla B.K. Borison dowcipne dialogi, przytulną scenerię, która otula jak najcieplejszy koc, oraz historię miłosną, od której można krzyczeć w poduszkę, a wszystko to zwieńczone czystą, niczym niezmąconą magią. Borison to prawdziwy dar dla czytelników romansów i klasa sama w sobie".

Jessica Joyce, autorka bestsellera The Ex Vows z listy "USA Today"

"B.K. Borison ma talent do dostrzegania tego, co sprawia, że życie jest wyjątkowe, i wplatania tych szczegółów w magiczną książkę. Good Spirits przenosi nas do mądrze skonstruowanego, zabawnego i czarującego świata, który doskonale oddaje zdrowego ducha świąt. To historia miłosna dla prawdziwych romantyków".

Julie Olivia, autorka książki Jeśli to cię uszczęśliwia

"B.K. Borison ponownie triumfuje, łącząc ducha Bożego Narodzenia (dosłownie) z wyjątkowym romantycznym napięciem i dowcipnym humorem. Ciepła i przyjemna, z nutką szczerego wzruszenia, Good Spirits to świetna lektura, która wprowadzi cię w świąteczny nastrój".

Alexis Daria, autorka bestsellera You Had Me at Hola

"Good Spirits zawiera wszystko, co najbardziej cenię w twórczości B.K.: spryt, dowcip, przejmującą czułość i dekadencki erotyzm. Ten świąteczny romans to czysta magia".

Chloe Liese, autorka bestsellera Przeciwieństwa się przyciągają z listy "USA Today"

"Good Spirits to najwspanialsza lektura tego roku. Słodka, zadowalająca innych Harriet jest niezwykle urocza, a Nolanowi, zrzędliwemu duchowi minionych świąt, nie sposób się oprzeć. Przewracałam kartki z zapartym tchem".

Lindsey Kelk, autorka książki The Christmas Wish

"Ta wzruszająca, pełna nadziei i inspirująca książka sprawi, że twoje serce zaboli w najlepszy możliwy sposób. Prawdziwy dowód na to, że to miłość jest najpotężniejszą magią".

A.T. Qureshi, autorka książki The Baby Dragon Café

"Ta historia jest pełna czułości we właściwych momentach. Magiczna w spokojnych chwilach i nieoczekiwanie zabawna, kiedy trzeba. Niesamowicie mnie rozczuliła. Lśni, błyszczy, mieni się złotem. Mogłabym ją przeczytać dziesiątki razy".

Ki Stephens, autorka książki Spring Tide

Rozdział 1

Harriet

W pierwszym dniu grudnia wszechświat obdarował mnie...

Rozbitym kolanem, poskręcaną girlandą i charakterną kotką.

Niczego z tej listy nie potrzebuję, ale mam to wszystko. Walczą o moją uwagę, gdy zatrzymuję się na dolnym schodku ganku po tym, jak potknęłam się o tę szelmę. Miauczy i przebiera za mną nogami, liże mnie po grzbiecie dłoni językiem niczym papier ścierny - zupełnie jakbym to nie przez nią leżała teraz rozciągnięta na chodniku przed swoim małym domkiem niczym w CSI: Annapolis, z błyszczącą girlandą okręconą wokół kostki.

Oliver miauczy żałośnie, gdy siadam i przypatruję się kolanu. Rajstopy są rozdarte, mam wielkiego siniaka, ale nie krwawię... za bardzo. Chyba mogło być gorzej.

Widzę, jak kocisko odpowiedzialne za moją wczesnoporanną akrobatykę trzyma między maleńkimi ostrymi zębami kawałek ciężkiego brystolu ze złotą folią, i moje pozytywne podejście opada.

- Mogłaś z tym poczekać, Oliver - burczę, głaszcząc kotkę, gdy przyjmuje zaproszenie na kolana.

Szczerze mówiąc, mogła poczekać do nigdy.

Oliver miauczy ponownie, barankując czołem moje ramię, po czym się wycofuje. Milczące "weź się w garść, niedorajdo". Znika za rogiem ze świstem rudego ogona, by zająć się tym, czym zajmuje się w ciągu dnia, cokolwiek by to było.

Spoglądam na kopertę na podołku. Przez dwadzieścia pięć lat moja mama w ogóle ich nie zmieniła. Gdy byłam małą dziewczynką, chowałam się w holu jej biura i patrzyłam, jak powoli wypisuje imiona. Zwykłam myśleć, że chciała, by zaproszenia były wyjątkowe, z uwagi na jej uwagę i drobiazgowość. Teraz wiem już, że po prostu lubi show.

Przebiegam wzrokiem po moim imieniu: "Harriet York".

Ani śladu personalizacji czy jakiegokolwiek wspomnienia, że autorka tej kartki jest tą samą kobietą, która mnie wychowała. Takie samo zaproszenie otrzymuje księgowy mojego ojca, jak i wszyscy inni z listy corocznej świątecznej gali rodu Yorków. Każdego roku koperta przybywa 1 grudnia, jak w zegarku. Jest to dowód niezrównanego oddania mojej matki dla tradycji i etykiety.

Umieszczam kopertę w torbie, uważając, by nie zagiąć brystolu. Choć chciałabym, żeby to nie miało dla mnie znaczenia, zaproszenie oznacza, że matka wciąż uznaje mnie za część rodziny, mimo że tak trudna stała się nasza relacja.

Wstaję z chodnika, odplątuję girlandę z nogi i zbieram siatki, które wylądowały w krzakach przy poręczy. Do czasu, gdy przyszło zaproszenie od matki, zdążyłam już powiesić świąteczne dekoracje. Taka moja mała tradycja na ulubiony czas w roku. Cały weekend spędziłam na wykopywaniu wszelkich skarbów z poddasza i zestawianiu ich w tematyczne sterty - nie żeby miało to teraz znaczenie. W tej chwili owinięta artystycznie wokół poręczy girlanda zwisa smętnie, a wielkiej poinsecji, którą poprawiałam przez dwadzieścia sześć minut, brakuje płatka.

Poprawiam ułożenie liści, by ukryć to gołe miejsce.

- Proszę - mówię. - Jak nowa.

Ciocia Matilda zwykła mawiać, że tylko nielicznych spraw nie można naprawić zmianą perspektywy i nowymi błyskotkami. Wdrożyłam tę zasadę we własnym życiu, kupując okropne, zbyt duże świąteczne dekoracje. Próbuję znajdować pozytywy, a gdy wszystko inne zawodzi, zawsze pozostaje mi jagodzianka z maleńkiej piekarenki na mojej ulicy, by odpędzić zły humor.

Nie lubię koncentrować się na złych rzeczach. Nigdy nie lubiłam.

Więc tego nie robię.

- Harry, wszystko okej? - Na niski drewniany płot okalający moją posesję pada cień. Darryl, listonosz przypisany do naszej dzielnicy, próbuje dojrzeć sytuację sponad wypełniających mu ręce przesyłek.

- Tak. - Kulejąc, podchodzę do płotu, i zabieram pudło z góry wielkiej sterty.

Darryl uśmiecha się z ulgą - gęste wąsy skrywają większość ust, ale nie głębokie linie uśmiechu na policzkach.

- Skąd wiedziałaś, że spadnie?

- Pewnie dlatego, że nic spoza nich nie widzisz. - Wieża w jego rękach chwieje się niepewnie, torbę na ramieniu ma wypchaną. Wykrzywiam usta w grymasie. - Gorączka świąteczna? Już?

- Nie, po prostu przekierowuję pocztę dostarczoną w nieodpowiednie miejsca. - Odwraca się, by spojrzeć ponad ramieniem. - Nie wiem, jak to się dzieje, że wciąż się mylę.

Myli się tak przez całą karierę - dostarcza niewłaściwe przesyłki niewłaściwym ludziom od ponad dwudziestu lat. Nie mam pojęcia, dlaczego człowiek bez orientacji w terenie postanowił zostać listonoszem. Rzucam szybkie spojrzenie na przesyłkę, którą trzymam, po czym wskazuję zielony znak na rogu.

- To nie ta ulica. Paczka zaadresowana jest na Morris Street, a my jesteśmy na Murray.

Darryl patrzy na papier i marszczy brwi. Z gardła dobywa mu się pełne zaskoczenia "hmm".

- Nie mogę uwierzyć, że to przeoczyłem.

Ja też nie, zważywszy, że dokładnie to samo zrobił tydzień wcześniej. Większość miejscowych spędza niedziele na ustalaniu, kto co dostał i dokąd powinno się te przesyłki przekazać. W minionym tygodniu było tak wiele pomyłek, że aż zrobiliśmy imprezę składkową.

- A może... - wciskam zagubioną paczkę pod ramię - wezmę ją i podrzucę pod właściwy adres po drodze do pracy? Dzięki temu będziesz mógł skończyć tę ulicę i nie cafać się.

Twarz mu jaśnieje.

- Zrobiłabyś to dla mnie?

Robiłam bardziej skomplikowane rzeczy za mniejsze uznanie. Uśmiecham się do niego.

- Uwielbiam bawić się w mikołaja - oznajmiam i klepię go po ramieniu. - Widzimy się później?

Spogląda na mnie przelotnie ponad ramieniem. Już maszeruje chodnikiem.

- Nie, jeśli mi się uda.

W pierwszym dniu grudnia wszechświat obdarował mnie...

Dwoma paczkami do przekierowania, pozaprogramową wycieczką po plastry i deficytem jagodzianek.

- Przykro mi, kochana, ale wyszły. - Paula marszczy brwi zza lady, linie po obu stronach jej ust pogłębiają się w wyrazie troski.

Przychodzę do jej piekarni, od kiedy skończyłam sześć lat. Przykładam twarz do witryny, a jagody plamią mi policzki.

- Może z jabłkiem i żurawiną? - pyta.

Nie, chcę jagodziankę. Piekielny poranek pomogła mi przetrwać wyłącznie perspektywa owego słodkiego, pełnego cukru deseru. Machałam sobie nią przed nosem niczym marchewką na kiju. To jednak nie wina Pauli, że się skończyły, więc zmuszam się do uśmiechu i kiwam głową, skłonna przyjąć okruchy od tej kobiety. Dosłownie.

- Żurawina brzmi świetnie, dziękuję.

Paula sięga do długiej szklanej gabloty, a ja przyglądam się kolanu. Dziura w rajstopach się powiększyła - przechodząc na górną część uda. W tweedowej spódniczce i wysokich po kolana glanach wyglądam jak świąteczna księżniczka grunge. Przynajmniej plastry z jednorożcami dodają trochę koloru. Miły akcent.

- O-o.

Unoszę wzrok. Paula zgięła się wpół i kontroluje stan gabloty ze słodkościami.

- Co za "o-o"? - pytam. Nie cierpię "o-o". Nie wiem, ile ich jeszcze dzisiaj jestem w stanie znieść.

- Chyba skończyły się drożdżówki.

- Wszystkie? A te z żurawiną? Tak całkiem?

Na dźwięk mojego zdruzgotanego głosu twarz Pauli łagodnieje. 1 grudnia zawsze kupuję jagodziankę. Zawsze.

- Przyszłaś dużo później niż zwykle - oznajmia, rzucając mi sponad lady krytyczne spojrzenie. Dostrzega rozbite kolano. - Biłaś się z kimś? Co się stało?

- Życie się stało - mamroczę. Przyszłam tu później niż zwykle, bo próbowałam zrobić dobry uczynek, ale najwyraźniej dobre uczynki nie mogą uchodzić bezkarnie.

Świadoma kolejki, jaka zaczyna się formować za moimi plecami, oglądam, co zostało: kilka maślanych croissantów i dwa pączki z posypką.

- Wezmę pączka. - Spoglądam ponad ramieniem. - Przepraszam, że przeze mnie czekacie.

- Tym się nie martw. - Paula chwyta pączka metalowymi szczypcami i wkłada go do torebki. - Może weź sobie po drodze kawę? Mamy tę miętową mochę, którą lubisz. Powiedz Imani w kasie, że to prezent ode mnie.

Zmuszam się do uśmiechu.

- Dzięki, Paulo.

Jem żałosnego pączka i popijam żałosną kawą w drodze do Wroniego Gniazda, antykwariatu, który kilka lat wcześniej odziedziczyłam po cioci Matildzie. Cukier puder dekoruje mi przód swetra, gdy skręcam w jedną z wielu zakrzywionych alei centrum Annapolis, podążając wzdłuż portu po kocich łbach uliczki prowadzącej do Wroniego Gniazda. Przycupnięte na końcu ulicy czeka na mnie - mój dom z dala od domu - oprawione w ramkę błyszczącej po obu stronach wody.

Dach z cedrowego gontu. Zielone wykończenia. Znak z łukowatymi złotymi literami ponad drzwiami. Gdy podejdę bliżej, będę w stanie dostrzec wyblakłe ślady po ołówku na framudze z czasów, gdy wraz z siostrą mierzyłyśmy się każdego lata.

Podczas gdy moi rodzice trzymali dokumentację medyczną w schludnej kopercie z szarego papieru w swoim dzielonym biurze, ciocia Matilda wyrzeźbiła nasze dzieciństwo w swoich ścianach. Zawsze czułam się jak w domu pośród zapomnianych przedmiotów, zalegających na półkach. Zawsze dawały mi nadzieję. Dotrzymywały towarzystwa. Wielokrotnie brałam do ręki zagubioną maleńką bombkę i dostrzegałam piękno w jej niedoskonałości. Zastanawiałam się, czy przy odpowiednio ciężkiej pracy nad własnymi siniakami i złamaniami sama znów będę błyszczeć. Zastanawiałam się, czy ktokolwiek kiedykolwiek będzie w stanie dostrzec we mnie piękno.

Przechodzę przez chodnik na maleńki drewniany mostek zaraz przed wejściem, obcasy moich butów lekko stukają. Ciocia Matilda z przymrużeniem oka przyrównywała przejście po tym mostku do egzekucji piratów. Przeskakuję ponad ostatnią deską i witam dwie ogromne daglezje, cierpliwie czekające przy drzwiach - dostawa z plantacji choinek kilka miasteczek dalej. Planuję udekorować antykwariat przy akompaniamencie Binga Crosby'ego nucącego ze starożytnego odtwarzacza na tyłach i spałaszować wystarczającą ilość czekoladek miętowych, by ten poranek stał się niczym więcej niż tylko złym wspomnieniem.

Jednak moje starannie ułożone plany utknęły między drzewami. Nawet nie udaje mi się ustawić ich na podstawkach. Gdy tylko obracam tabliczkę z napisem ZAMKNIĘTE na OTWARTE, zalewa nas fala klientów. Powinnam się cieszyć z powodu ruchu w sklepie, jednak to ten specyficzny rodzaj klienteli, który zadaje wiele pytań i niczego nie kupuje, po prostu testuje moje pozytywne podejście, którego trzymam się jedynie siłą woli. Zwykle nie mam problemu z pogawędkami, ale jedna z kobiet spędza kwadrans na rozmowie w trybie głośnomówiącym, inna próbuje przekonać mnie do jakiegoś rodzaju maski na włosy, której sumiennie używa od dziesięciu lat, a mężczyzna w średnim wieku w butach New Balance sapie głośno w dziale z meblami.

- Nie ma pani może jakichś stolików nocnych do składania? - pyta z rękami na biodrach i jednym butem w kolorze złamanej bieli obróconym w bok.

Chcę warknąć, że to nie IKEA. Zamiast tego jednak zakopuję tę myśl w tym samym miejscu co żal po jagodziance i uśmiecham się.

Pozytywy, przypominam sobie. Pozytywy, pozytywy, pozytywy.

- Nie, nie sprzedajemy antyków do składania. - Jestem z siebie dumna, ponieważ nie zmienia mi się ton głosu. - Ale meble, które mamy, są naprawdę bardzo ładne.

Gdy dużo później słońce przypieka przez okna z tyłu, jestem zmęczona, boli mnie kolano, a w sklepie nie zdążyła zawisnąć ani jedna dekoracja, poza niezbyt przekonującą gałązką jemioły ponad szafką składziku na tyłach. Odwracam tabliczkę na drzwiach i poklepuję jedno drzewo, przesuwając palcami wzdłuż kłujących gałęzi.

- Nie martw się. Jutro też jest dzień.

Miejmy nadzieję, że lepszy. Miejmy nadzieję, że będę mogła powiesić na drzewach światełka.

Wiatr śmiga po wodzie, gdy zamykam za sobą drzwi. Zdobiony mosiężny klucz ciąży mi w dłoni - kolejny z kaprysów cioci Matildy, których nie miałam serca zmieniać. Wsuwam klucz do kieszeni i kieruję się w górę ulicy, latarnie po obu stronach drogi z wolna zapalają się do życia w postępującym zmierzchu.

Po drodze do domu nie natrafiam na żadne zbłąkane koty. Żadne przesyłki wysłane w nieodpowiednie miejsce czy zbyt duże świąteczne dekoracje poupychane na stercie przy ganku. Wyłącznie mój spokojny dom w stylu rustykalnym w bocznej uliczce Annapolis i drzwi, które muszę kopnąć w prawym dolnym rogu, by się otworzyły.

W środku wita mnie blask choinki. Rzucam swoje rzeczy na stertę przy drzwiach i ściągam rajstopy. Wkładam ulubioną piżamę - czerwono-biały flanelowy zestaw z tańczącym reniferem - i związuję loki w kucyk. Złagodzę rozczarowania dzisiejszego dnia z pomocą Białego Bożego Narodzenia i herbaty miętowej. Spróbuję ponownie jutro.

Święta Bożego Narodzenia zawsze były moim ulubionym momentem w roku. Tylko wtedy można poczuć, że magia mogłaby naprawdę istnieć, unosząc się gdzieś blisko powierzchni, jakby można było sięgnąć i jej dotknąć. Objąć zmarzniętymi koniuszkami palców niczym cukrowe pocałunki i popcorn nawleczony na wstążkę. Ogień trzaskający w kominku i pierniki prosto z piekarnika. Boże Narodzenie zawsze było super. Zawsze było szczere.

Zapadam się w komfort sofy i oglądam film, odpakowuję laskę cukrową, podczas gdy Betty i Judy śpiewają o siostrach. Coś gęstego i ciężkiego więźnie mi z tyłu gardła. Siostry.

Gdy dorastałyśmy, zwykłyśmy z siostrą leżeć na podłodze z głowami obok siebie i oglądać tę scenę raz za razem. Obiecywałyśmy sobie, że na zawsze pozostaniemy takie same: będziemy się śmiać, uśmiechać i tańczyć - razem. Widziałyśmy, jak nasza matka i ciocia gryzą się tak, że ich relacja legła w gruzach. Wiedziałyśmy, że chcemy czegoś innego. Czegoś lepszego.

Jednak ostatnim razem, gdy rozmawiałam z siostrą, po jej policzkach spływały łzy, a wokół kwitły wiśnie. W jakiś sposób pomimo najlepszych intencji udało się nam stać takimi jak one.

Wybrałam jedną drogę, a Samantha drugą.

Odpycham tę myśl. Dziś mamy 1 grudnia. To nie dzień na bolesne wspomnienia. To dzień na Danny'ego Kaye'a, miętowe świeczki i najwygodniejsze skarpetki.

Tradycja. Nadzieja. Dobroć.

Tak pochłania mnie picie herbaty i przekonywanie siebie, że wszystko jest dobrze, że nie zauważam ważnych rzeczy. Mianowicie obcego mężczyzny w salonie. Moją uwagę przykuwa dopiero szuranie butów po podłodze i wielki cień wyłaniający się w blasku choinki. Mężczyzna odchrząkuje, odwracam głowę w jego stronę i...

Krzyczę. Krzyczę z całych sił i rzucam najbliższym przedmiotem, jaki znajduję pod ręką. Pilot do telewizora przelatuje mu ponad ramieniem i ląduje przy ozdobnej latarni.

Nawet się nie wzdrygnął, po prostu przygląda mi się uważnie z cienia.

- Cześć, Harriet - mówi swobodnie.

Głos ma szorstki. Lekki akcent, którego nie potrafię skojarzyć ani rozpoznać. Niczego w nim nie rozpoznaję, bo stoi w cieniu. Dostrzegam tylko mocno zarysowaną szczękę i szerokie ramiona, ręce ma opuszczone luźno wzdłuż ciała.

Wciskam się mocniej w kanapę. Zaczynam płytko oddychać. Wszystkie podcasty o zagadkowych morderstwach, jakie przesłuchałam, zaczynają się właśnie tak.

Nieznajomy unosi i pokazuje mi dłonie.

- Nie bój się.

Nie bój się. Okej. Mówi to człowiek, który stoi - niezaproszony - na środku mojego salonu. Podchodzi bliżej i światło tańczy mu na kanciastej twarzy. Na szczęce ma kilkudniowy zarost, wyraźniejszy nad górną wargą. Taka sugestia wąsów, gdyby miał je zapuszczać. Przeciąga dłonią po rozczochranych wiatrem włosach.

Chwytam laskę cukrową. Nie jest wystarczająco ostra, by go dźgnąć, ale mam w ciele dość adrenaliny, by zadać jakieś małe obrażenia.

- Czego chcesz? - dyszę.

- Chcę ci pomóc. - Podchodzi bliżej. - Jeszcze nie jest za późno. Możesz wszystko naprawić.

Mrugam.

- Czy to coś w stylu akwizycji? Dziękuję, nie chcę przystąpić do żadnego kultu.

Jego twarz pozostaje bez wyrazu. Spoglądam to na drzwi, to na niego.

- Jak wszedłeś do mojego domu?

- No...

- I co istotniejsze, kiedy możesz wyjść?

- Ja nie...

- Nie mam niczego wartościowego. - Przygryzam wargę. - Chociaż nie, to kłamstwo. Ten domek z piernika obok ciebie jest ręcznie malowany. Pewnie mógłbyś coś za niego dostać na czarnym rynku.

Przygląda się wspomnianemu domkowi z uniesionymi brwiami.

- Na czarnym rynku - powtarza powoli.

- Możesz go wziąć - szepczę. - A teraz, proszę, wyjdź.

Kręci głową i ponownie skupia uwagę na mnie. Nieco zbyt długo zatrzymuje wzrok na wzorzystym materiale mojego dołu od piżamy. Przeciąga dłonią po szczęce.

- Nie interesuje mnie twój domek z piernika.

- W takim razie co? Morderstwo?

Dobra robota, Harriet, świergocze mi w głowie. Bardzo subtelnie.

- Morderstwo też mnie nie interesuje. - Światło przesuwa mu się po twarzy, kanciastej, o ostrych rysach i bystrych oczu. Zaciska mocniej szczęki i unosi brodę. - Interesuje mnie twoja dusza - oznajmia złowieszczo i żołądek podchodzi mi do gardła.

Czekam, aż powie coś więcej, ale milczy.

- To brzmi trochę jak morderstwo.

- To nie morderstwo.

- Ale tak brzmi.

- To nie morderstwo - upiera się. - Ja nie...

- Jeśli nie jesteś mordercą, to powinieneś popracować nad prezentacją, bo...

- Jestem tu z powodu twojego osądu - ucina krótko, podnosząc głos. Wygląda na sfrustrowanego, jakby nie szło mu zgodnie z planem. Dobrze. To jest nas dwoje. Zaciska usta i spogląda na mnie z jakimś błyskiem w oczach. Płomieniem. Albo świeczką. - Jestem duchem minionych świąt. Czeka na ciebie zażalenie.

Szczęka wypada mi z zawiasów, a laska cukrowa na podłogę.

W pierwszy dzień grudnia wszechświat obdarował mnie...

Ciągiem pecha i... najwyraźniej duchem.

Rozdział 2

Nolan

Przygląda mi się z sofy w cichym, zamrożonym zdumieniu, piwne oczy ma szeroko otwarte, koc przyciśnięty mocno do piersi. Wygląda na to, że po płomiennej pierwszej reakcji postanowiła teraz udawać, że jest niewidzialna.

W porządku. Jestem cierpliwy.

Wciąż dochodzę do siebie po szoku, jakim był lot pilota tuż przy uchu. Prawie mnie uderzył. I choć pełne przemocy reakcje na mój widok nie należą do rzadkości, nie mogę powiedzieć, żebym spodziewał się tego po tej małej kobietce w niedorzecznej piżamie.

Obracam się nieco i sięgam do choinki za sobą. Wyciągam niewielkie urządzenie i kładę je starannie na stoliku do kawy.

Kobieta wciąż przetwarza sytuację. Wydaje z siebie jakiś bełkoczący odgłos.

Cudownie.

- Nie... - Przełyka ślinę, wciąga i wypuszcza powietrze. - Nie wyglądasz na ducha - mówi w końcu.

- Cóż... - Słowo to wychodzi mi z ust i zawisa niepewnie w powietrzu. Nie przywykłem do tego, by ludzie podawali w wątpliwość moje istnienie, gdy staję przed nimi.

- Cóż? - powtarza, przyglądając mi się w osłupieniu. Na wysokości łokcia ma kubek w kształcie choinki i wystarczającą liczbę lasek cukrowych zwisających z różnych światełek, by stwarzać zagrożenie pożarowe. Każdy skrawek dostępnej przestrzeni wypełniają rupiecie. Ten dom to katastrofa, ale... przynajmniej świąteczna. Świąteczna katastrofa.

Próbuję zebrać całą duchową brawurę, na jaką tylko mnie stać.

- Jestem duchem.

- Duchem?

- Tak. - Kiwam głową. - Duchem. Albo zjawą. Jak wolisz.

W odpowiedzi kobieta mruga powoli. Ma rozczochrane blond włosy, związane w chaotyczny kucyk na szczycie głowy. Dwa uwolnione loki muskają jej wysokie kości policzkowe. Przeciera pięścią oko, jakby chciała lepiej widzieć, po czym opuszcza ją i mruga nieprzytomnie.

- Oczywiście. Ma to sens. - Zaczyna się histerycznie śmiać, podnosi wzrok na sufit. - Jesteś duchem - mówi pod nosem. - Jest duchem.

Kiwam głową.

- Tak. Jestem duchem.

Uśmiech pomału odpływa jej z twarzy.

- Jesteś duchem - powtarza, a sarkazm przechodzi w niedowierzanie.

- Duchem minionych świąt, tak.

- Wysłanym, żeby mnie nawiedzać? - Wbija sobie palec w pierś. - Mnie?

Mruczę potwierdzająco.

- I teraz właśnie mnie nawiedzasz? - Mruży oczy, marszczy nos. - To... ciężko mi w to uwierzyć.

- To dość typowa reakcja.

- Nawiedzasz mnie? Mnie. Jestem dobrym człowiekiem. Płacę podatki. Karmię kota sąsiadów. - Znów mruży oczy. - Na pewno po prostu się nie włamujesz?

Kręcę głową, wskazując pokój.

- Nie włamałem się. Pojawiam się tam, gdzie mnie wzywają. To niezamierzona konsekwencja ogólnego nawiedzania.

Porusza się pod kocem, krzywi usta w zamyśleniu. Tak się też zdarza. Powolne przejście z szoku przez zmieszanie do wyparcia. Sposób, w jaki ludzie próbują nadać sens mojemu nagłemu, nieoczekiwanemu ukazaniu się. Wiem, że nie wyglądam jak duch, tylko jak zwyczajny człowiek. Brązowe buty. Ciemne dżinsy. Ciepła flanelowa koszula. Nigdy nie przemawiało do mnie nagłe pojawienie się typu błysk i grzmot, jak praktykują to niektórzy moi koledzy. Kostiumy nie mają sensu, zwykle wystarczy nieoczekiwane pojawienie się. Nie zamierzam zacząć ubierać się w białe prześcieradło dla samego efektu.

Chociaż może powinienem, jeśli miałoby to przyśpieszyć sprawy.

Uwaga na następny raz.

Kobieta powoli kieruje wzrok na powrót na mnie i coś w wyrazie jej twarzy jakby... wygląda znajomo. Przekręcam głowę i przyglądam się jej. Jakby wspomnienie, co do którego nie mam pewności. Albo... wrażenie. Zasłyszana dawno temu piosenka.

- Czy się wcześniej spotkaliśmy? - pytam.

- Nie wiem - odpowiada słabym głosem. Porusza się na kanapie i światło pada na nią pod innym kątem. Wrażenie mija. - Ty mi powiedz. Czy oprócz włamań śledzisz ludzi?

Podnoszę wzrok na sufit.

- Nie włamałem się do twojego domu, Harriet. Użyłem magii.

- Magii - powtarza sceptycznie. - Zdajesz sobie sprawę, że metoda włamania nie ma tu znaczenia?

Chwytam się za grzbiet nosa.

- Czy możemy zakończyć temat włamań?

- Chciałbyś tego, co?

Tak. Desperacko. Ledwie zacząłem to zadanie, a już jestem poirytowany. To uczucie zwykle pojawia się przy drugim lub trzecim wspomnieniu. Nie stałem się delikatniejszy od spędzania pory świątecznej na nawiedzaniu ludzkich szumowin.

Magia wymyka mi się nieco spod kontroli, światła w pomieszczeniu rozświetlają się i przygasają. Kobieta szerzej otwiera oczy.

- Zrób tak jeszcze raz - mówi.

- Nie.

- Czemu nie?

Bo nie było to moim zamiarem, ale tego akurat nie musi wiedzieć.

- Bo to nie ty podejmujesz tu decyzje.

Zdaje się, że to wzbudza w niej jakiś opór. Siada bardziej wyprostowana, koc, którym owinęła ramiona, opada lekko.

- Chcę potwierdzenia - domaga się.

- Potwierdzenia czego?

- Twojej... duchowatości. Masz jakiegoś rodzaju dokument? - Spod koca wysuwa się smukła ręka z laską cukrową. Koniec jest zaostrzony. - Albo... odznakę?

- Odznakę ducha?

- Nie wiem, jak to działa.

- Nie nosimy odznak. Ani dokumentów.

Mruży oczy.

- Bardzo wygodnie.

Wzruszam ramionami.

- Wspomnę o tym na następnym zebraniu.

- Zebraniu? Jest was więcej?

Kiwam głową. Są nas setki. Chyba nie wydaje się jej, że jest tylko jeden duch minionych świąt, który nawiedza najgorszych winowajców. Byłoby to zadanie niemożliwe.

- Dobra. W porządku. W porządku - szepcze do siebie. Drgają jej powieki. Ponownie. Za trzecim razem skupia na mnie spojrzenie.

- Zrób coś duchowatego - domaga się.

Dobry Boże. Co za kobieta.

- Nie.

- Udowodnij, że jesteś duchem - upiera się. - Zrób coś, co może zrobić tylko duch. To ze światłem.

Zakładam ramiona na piersi.

- To nie jest żaden trik.

Wygląda na zadowoloną z siebie.

- Tak właśnie powiedziałby nieduch.

- Właśnie po prostu pojawiłem się w twoim salonie. To powinno wystarczyć.

- Wyszedłeś zza choinki - uściśla. - Możliwe, że wszedłeś frontowymi drzwiami.

Odwracam się i spoglądam znacząco na zasuwkę w drzwiach. Jest zasunięta.

- Nie wszedłem.

- No to oknem.

- Okno też jest zamknięte.

Unosi brwi. Wyraźnie szuka wytłumaczenia.

- Może mam bardzo skomplikowany sen - mówi słabym głosem. Szczypie się w nadgarstek.

Uśmiecham się triumfalnie.

- To nie sen.

Dyszy poirytowana.

- Jesteś za młody na ducha.

- Co możesz o tym wiedzieć? - Wzruszam ramionami. - Umarłem młodo.

- No i ten twój głos. O co z nim chodzi?

Unoszę brew.

- O akcent?

Kiwa głową.

- Umarłem jako Irlandczyk.

Marszczy brwi.

- Nie jesteś już Irlandczykiem?

- Jestem.

- Czemu w takim razie nie nawiedzisz jakiejś miłej panny w Irlandii?

- Nie wiem. Przypisano mi to konkretne miejsce. - Drapię się po szczęce. - Pewnie dlatego, że Amerykanie częściej potrzebują nawiedzania niż inni.

Oddycha gwałtownie, oburzona.

- To niegrzeczne.

Wzruszam ramionami.

- Taka prawda. Jesteście bandą narcyzów.

Cichnie, zastanawia się. Jedynym dźwiękiem jest buczenie telewizora z tyłu i chrupanie laski cukrowej, gdy odgryza jej koniec. Ma na sobie flanelową piżamę z powtarzającym się motywem maleńkiego renifera, na stopach grube czerwone skarpety. Cały strój jest dziwnie ujmujący, jeśli nie całkowicie absurdalny.

- Jestem nawiedzana przez ducha - stwierdza Harriet. - Najwyraźniej zrobiłam coś okropnego i teraz jestem nawiedzana. Przez ducha.

- Tak to z grubsza wygląda.

- I jesteś pewien, że to właśnie mnie powinieneś nawiedzać?

Pstrykam palcami i w mojej dłoni pojawia się kartka papieru. Rozkładam ją i krzywię się na niewyraźne pismo. Isabella, moja przełożona w Departamencie Nawiedzeń i Zjaw, preferuje tradycyjne metody. Zadania zawsze pisane są ręcznie i dostarczane do rąk własnych.

- Jesteś Harriet York, tak? Dwadzieścia siedem lat. Właścicielka Wroniego Gniazda.

Mruga, wpatrując się tam, gdzie przed chwilą zmaterializował się papier.

- Masz kartkę z moim nazwiskiem? - pyta szeptem.

- Taką dostałem.

- Niezbyt się starasz, żeby obalić teorię prześladowcy.

Wzdycham.

- Nie prześladuję. Nawiedzam.

- Jasne.

- Tak to się robi.

Wszystkie duchy świąt minionych, obecnych i przyszłych otrzymują od Isabelli list w ostatni dzień listopada - i ruszamy. Mamy cały grudzień, by zmienić działania przypisanych nam problematycznych osób. W przeciwnym razie czeka je życie pełne żałości i smutku. Moim zadaniem jest przekazać Harriet następnemu duchowi przed Wigilią albo będzie na wieki przeklęta.

Czy coś. Nigdy nie zadałem sobie trudu, żeby dowiedzieć się, co dzieje się po skończeniu mojej pracy.

- Może zaczniemy od początku? - pytam. - Czy to pomoże ci zaakceptować to, co się tu dzieje?

Podwija nogi pod siebie. Kolejny lok rzuca się do szaleńczej ucieczki.

- W sumie możemy spróbować.

- Jestem duchem minionych świąt. Przybywam, by pomóc ci naprawić twoje życie. Przyjrzymy się twojej przeszłości, żebyś mogła wyciągnąć wnioski ze swoich błędów.

- Okeej - odpowiada powoli, przeciągając to słowo, aż brzmi bardziej jak pytanie niż stwierdzenie.

- Tak? Dobrze? Zaczynamy?

- Jeszcze nie. - Pewnym ruchem przykłada laskę cukrową do policzka. - Mam pytania.

Ramiona mi opadają.

- Oczywiście, że tak.

- Te błędy... - Głos jej mięknie. Błysk żalu w piwnych oczach. Mruga i ten efekt mija. - Co za błędy?

- Wszystko się wyjaśni, gdy przyjrzymy się twojej przeszłości.

- I już?

- Mniej więcej.

Nie wygląda na przekonaną.

- Na pewno popełniłam te błędy? Żeby zasłużyć na nawiedzenie?

Prawie sięgam po papier, wciąż zgnieciony w tylnej kieszeni dżinsów, i ciskam go jej pod nos. Chcę krzyknąć, że jest na nim jej imię. Dlaczego kwestionuje magię ducha świąt? Przeczesuję dłonią włosy i zatrzymuję ją na karku.

- To magia decyduje. Zostałaś uznana za zdatną do uratowania, jeśli tylko naprawisz swoje błędy.

Wszyscy ci śmiertelnicy są tacy sami. Opierają się na początku - mówią, że są dobrzy, że na to nie zasługują - ale nie wymkną się prawdzie. Wspomnienia nie kłamią.

A ja nie przejdę dalej, dopóki nie spełnię swoich obowiązków. Nie interesuje mnie pozostawanie w tym piekielnym miejscu dłużej, niż to konieczne. Sto lat spędziłem na czekaniu. Dość mam stania w miejscu.

Zniecierpliwiony wyciągam dłoń.

- Zacznijmy.

- Znaczy moglibyśmy. Tak sądzę - mówi. - Albo moglibyśmy poczekać.

Ledwie powstrzymuję jęk.

- Czemu mielibyśmy czekać?

- Bo nie jestem przekonana, czy to aby nie medyczna sprawa, no i nie czuję się dziś na siłach na nawiedzanie, dziękuję bardzo. Możesz wrócić do tego zakątka mojego umysłu, z którego przybyłeś, a ja pójdę spać i zapiszę cały ten wieczór na konto niestrawności po mięcie. - Marszczy brwi i przykłada dwa palce do skroni. - Albo wstrząsu mózgu.

- Niezmiernie się cieszę, że pasuję do snów, jakie miewasz, ale to tak nie działa. Nie mogę po prostu zniknąć. Zostałem ci przypisany na cały sezon świąteczny, do czasu, aż zrozumiesz błędy przeszłości i będę mógł cię przekazać duchowi obecnych świąt.

Kobieta śmieje się, niemal jakby była szalona.

- Och, świetnie. Więcej zasad.

Kiwam głową.

- Tak. Jest proces przejścia.

Powtarza tę nazwę bezgłośnie.

- Bardzo to wszystko zorganizowane.

- Tak - przyznaję. - Sam się tego nie spodziewałem.

Nie miałem wyboru, gdy umarłem, ale gdybym go miał, to nie wybrałbym tego wszystkiego. Owej przyziemnej egzystencji, w której przyglądam się ludzkim żywotom, chociaż sam pozostaję w tym samym miejscu. Nawiedzam okropnych ludzi. Oglądam ich ponure, smutne wspomnienia.

Po ponad stuleciu nawiedzania najgorszych możliwych ludzi ledwie pamiętam własne ludzkie życie. Pojawia się i znika w przypływach kolorów i dźwięków. Turkus. Szmaragd. Bardzo blady róż. Fale uderzające o bok okrętu i bicie kościelnego dzwonu gdzieś w oddali. Latarnia na brzegu.

Zamiast chwil - przebłyski. Straciłem wszystko to, kim byłem. Teraz jestem taki. Skorupa człowieka zmuszona znosić to, co złe w innych.

Sfrustrowany ponownie wyciągam dłoń.

- Czas zacząć.

Harriet się nie porusza.

- Nie, dzięki.

Ręka mi opada.

- Harriet.

Unosi kubek.

- Duchu.

- Nie możesz uniknąć swego losu.

Unosi brew.

- O, to dobry tekst.

Przestępuję z nogi na nogę skrępowany. Słyszałem, jak inny duch minionych świąt wypowiada tę kwestię. Zawsze wydawała mi się mocna.

Najwyraźniej nie jest.

- Jak mogę cię skłonić, byś złapała mnie za rękę?

Wodzi wzrokiem po moim ramieniu i w dół ręki, zastanawia się. Ponieważ jestem duchem, rzadko kiedy ludzie mnie widzą - a praktycznie nigdy się nie przyglądają. Dziwne to uczucie. Jej uważne spojrzenie sprawia, że wzdłuż kręgosłupa przechodzą mnie ciarki.

Drżą mi palce.

Na powrót spogląda mi w oczy.

- Duchu minionych świąt, chciałabym pomówić z twoim przełożonym.

- Och, proszę. Nie bądź taką osobą.

Śmieje się. Pogodny wybuch, jaki dobywa się z jej ciała. Śmieje się tak, jakby była do tego stworzona, wystarczająco, bym zachwiał się na granicy niezdecydowania.

- W takim razie sam porozmawiaj ze swoim przełożonym - mówi z szerokim uśmiechem. - W ten sposób przekonasz mnie do spojrzenia w moją przeszłość czy co tam planujesz. - Na powrót przyciąga odrzucony koc i zakopuje się w nim jak jakieś zwierzę w norze. Policzki ma różowe, usta w kolorze czerwonego jabłka. Pasuje do światełek na choince, jaskrawych i kolorowych. Nieco przemęczona. - Jeśli pojawisz się jutro, może uwierzę, że to nie jakiś majak.

- Tego potrzebujesz? Żebym wrócił?

Kiwa głową, spoglądając poza mnie, na film, który wciąż leci w telewizji. Pamiętam rok, w którym pojawiło się Białe Boże Narodzenie. Siedziałem na tyłach kina z tymi wszystkimi śmiertelnikami, z ciastkami z cynamonem na kolanach i sercem w gardle. Patrzyłem, jak Danny Kaye kręci Verą-Ellen w bladoróżowej sukience, i czułem w dłoniach ból. Tęsknotę za domem czy coś w tym stylu. Ukłucie na wysokości mostka za czymś nieosiągalnym, czego nie mogłem dosięgnąć. Czymś, czego nie mogłem nawet nazwać.

To znajome uczucie chwyta mnie ponownie.

Skrzypienie łódki pod stopami. Morskie, pełne soli powietrze i dłonie na lśniącym metalu.

Blady róż.

- Jutro - powtarzam słabo, próbując uchwycić owo uczucie, ale mi się to nie udaje, przez co zwlekam, nie wiedząc, co robić. Nie zdarzyło mi się to nigdy wcześniej. Nigdy nikt nie odmówił wzięcia mnie za rękę ani nie... zażądał rozmowy z przełożonym. Nie mogę rzucić się na nią i zmusić do zgody, nie mogę jej zmusić do przeżycia przeszłości. Sama musi podjąć tę decyzję.

Kolejna z naszych zasad.

- Tak. Jutro. - Nie wiadomo skąd wyciąga miskę z popcornem. Jej własna magia. - Jeśli będziesz wychodzić oknem, zamknij je, proszę, do końca. Inaczej robi się przeciąg.

Wypuszczam powietrze mimo wszystko rozbawiony.

- Nie wyjdę przez okno, Harriet. Jestem duchem.

- Tak twierdzisz.

Z wahaniem wycofuję się w stronę choinki.

- Zobaczymy się jutro - oznajmiam zdecydowanie. Może do tego czasu uda mi się zebrać w sobie.

Harriet unosi w roztargnieniu kciuk. Wywracam oczami i używam magii. Zgarnia mnie, zanim Harriet może podać dalsze wymówki.

Czy też rzucić czymś w moją stronę.

Rozdział 3

Nolan

W połowie uliczki z kocimi łbami, która prowadzi z urzędu miasta do portu, stoi pusta witryna sklepowa. Skromna, wciśnięta między lodziarnię a sklep marynistyczny. Okna wyściełane są wyblakłym brązowym papierem, a porwana markiza z zielonego materiału wisi pod takim kątem, jakby ktoś próbował ją zedrzeć.

Przechodnie mijają ją bez szczególnej uwagi, ignorują zakurzone okna na rzecz obietnicy słodyczy kawałek dalej. W tym okresie roku wszystko pachnie karmelem i kakao. Gorącymi krówkami. Kreszowanym aksamitem i świeżą sosną.

Przechodzę równie niezauważany co puste okno, ku któremu zmierzam. Chowam brodę w kołnierzu płaszcza, a tłumy świątecznych zakupowiczów suną wokół. Schodzę z chodnika, a jakaś kobieta mknie w moją stronę i uderza mnie ramieniem. Jasnoczerwona torba ze złotym oblamowaniem prawie powala mnie na kolana. Chwytam kobietę za ramiona, by się nie przewróciła, a ona spogląda na mnie z zażenowaniem niewidzącym wzrokiem, po czym szczebiocze przeprosiny i oddala się w stronę znajomych.

Nie będzie mnie pamiętać. Nigdy już o mnie nie pomyśli. Poza przypisanymi mi osobami i garstką duchów nikt nie spojrzał na mnie bezpośrednio od ponad stu lat. Ludzie zachowują naturalny dystans, obchodząc mnie niczym rzeka opływająca kamień. Jakiś szósty zmysł mówi im, żeby trzymać się z dala, że jestem jakiś inny. Nie stąd czy stamtąd, ale z kompletnie innego miejsca. Innego czasu. Czekam, słucham i przyglądam się, jak świat rozrasta się i zmienia kształt, choć ja sam nigdzie się nie ruszam.

Gdybym był posępnym człowiekiem, nazwałbym to pustą egzystencją.

A póki co jest to życie pozagrobowe.

Drzwi opuszczonego sklepu skrzypią nieco, gdy je otwieram, dzwoneczek na schludnej czerwonej wstążce ogłasza moje przybycie. Na długi czas ktoś uznał, że świetnym miejscem na punkt łączący z biurem będzie sekcja ręczników w sklepie o nazwie Urządź Dom i Całą Resztę. Tę "całą resztę" można rozciągnąć na życie po śmierci. Doszło jednak do pewnego incydentu z duchem i pufą wypełnioną kulkami i śmiertelnicy zaczęli dociekać. Teraz stosuje się bardziej subtelne podejście.

Pomieszczenie jest jasne i pełne słonecznego blasku pomimo obskurnej, rozpadającej się fasady, świetlik rozciąga się na całą długość sufitu. Wielki cis o powykręcanych i guzowatych gałęziach przebija się przez kafle na środku podłogi. U jego pnia stoją dwa wygodne krzesła, za nim duże mahoniowe biurko, celowo ustawione naprzeciw pojedynczych drzwi.

- Nolan! - Niska kobieta o przylizanych blond włosach macha do mnie zza biurka. Bransolety tańczą jej na nadgarstku w górę i w dół. Na koszulce ma dżem, a w rogu biurka leży do połowy zjedzone ciastko. - Co za niespodzianka!

Mężczyzna stojący cierpliwie przy biurku obraca się nieco, pod rękę wciśnięty ma znoszony kowbojski kapelusz. Kiwa mi głową, na co unoszę dłoń w powitalnym geście. Nie poznaję go, ale nic dziwnego - czasami myślę, że w tym mieście jest więcej duchów niż ludzi.

Betty jest recepcjonistką, od kiedy tylko pamiętam i pewnie dużo dłużej. Wskazuje mi teraz krzesło.

- Pomogę tylko temu dżentelmenowi i już się tobą zajmę.

- Nie śpiesz się. To nic pilnego. - Opadam na jedno z siedzeń i wyciągam nogi pod drzewem. - Wygodnie tu.

Zajmuję się obserwacją chmur przez świetlik, podczas gdy Betty kończy cichą rozmowę z niepokornym kowbojem. Zawsze, gdy siedzę w tym pokoju, mam wrażenie, jakbym był zaklinowany na dole kalejdoskopu. Milczący, pośród rozmazanych kolorów i ściszonych dźwięków.

U Harriet też się tak czułem, ale byłem bardziej podekscytowany. To był świąteczny kalejdoskop.

Laski cukrowe. Jej dzikie, nieomal świadome włosy. Piżama w renifery. W życiu nie widziałem tak niedorzecznej piżamy, wliczając w to nawiedzanego przeze mnie gościa, który uważał za stosowne spać w jednoczęściowym spandeksie.

Czy ta piżama była prezentem? Żartem? Sama ją sobie kupiła?

Ależ dziwna, cudaczna kobieta. Jak również wrzód na dupie.

Drzwi za biurkiem otwierają się i zamykają, więc kieruję uwagę z powrotem na Betty.

- Nolan. - Przywołuje mnie skinieniem, w ręce sztywno trzyma tartę z galaretką. - Zapraszam.

Bierze gargantuiczny kęs, okruszki opadają jej na bluzkę. Zamyka oczy w uniesieniu.

Wpatruję się w nią.

- Na pewno? Jeśli potrzebujesz chwili dla siebie, mogę wrócić za...

- Nie, nie. - Kończy tartę, policzki ma jak chomik. - Nieco bałaganu w pubie na Church Circle - wyjaśnia, ciasto z dżemem tłumi słowa. Betty przełyka i przyciska pięść do ust. - Reed ma mały problem ze swym przydziałem. Nowa właścicielka upiera się przy paleniu szałwii w pomieszczeniach na piętrze, więc Reed nie może się tam zmaterializować. - Uśmiecha się z zaciśniętymi ustami. - Ale starczy o tym. Jak mogę ci pomóc? Zwykle nie widuję cię od razu na początku sezonu świątecznego. Jak idzie z przydziałem?

Mój przydział to katastrofa. Nie wierzy w nic, co mówię, i upiera się przy własnej niewinności. I domaga się, żebym przyszedł porozmawiać z przełożonym.

Drapię się po szczęce.

- Nieco odbiłem się od ściany - wykręcam się. - Miałem nadzieję, że uda mi się porozmawiać z Isabellą.

Na twarzy Betty pojawia się współczucie.

- Czy twój przydział potraktował cię szałwią?

- Nie. Szałwia się nie pojawiła.

- A te tanie świeczki od medium z Waldorfu?

- Też nie. - I dobrze. Słyszałem, że migreny od tych świeczek trwają dekadę. - Po prostu chciałem na chwilkę zobaczyć się z Isabellą, jeśli to nie problem.

Betty spogląda na mnie znacząco.

- No... - zaczyna, strzepując pozostałości okruchów ze spódnicy. - Znasz ją.

Znam. Od dnia, gdy wpadłem do jej schludnego biura, oszołomiony i wciąż przemoczony od oceanu, w którym utonąłem. Spojrzała na mnie, uniosła brew i spytała: "Czemu tak na mnie patrzysz?".

Jakbym świadomie wypadł za burtę podczas zimowego sztormu.

Takt nie należy do jej mocnych stron.

- Chciałbym się z nią zobaczyć.

Betty podnosi telefon ze skraju biurka i wystukuje trzy cyfry. Kolejne ciastko w magiczny sposób pojawia się obok, jakby wszechświat, przeznaczenie czy co tam rządzi prawami tego świata, wiedziały, że Betty potrzebuje się wzmocnić.

- To twój pogrzeb - oznajmia.

Uśmiecham się niemrawo.

- Nie będzie pierwszy.

Parska śmiechem.

- Zachowaj ten humor, gdy będziesz się z nią widzieć.

Słyszę leniwe buczenie wybieranej linii, a potem ostry głos. Betty zaczyna tłumaczyć sytuację. Cisza przeciąga się przez kilka niekomfortowych sekund. Nawet drzewo za mną szumi liśćmi z niepokojem.

Betty odkłada słuchawkę na widełki i krzywi się.

- Przyjmie cię teraz.

Nie ruszam się.

- Jest zła?

Betty splata palce na biurku. Otwiera usta, zamyka i próbuje jeszcze raz.

- Nie jestem upoważniona, by odpowiedzieć.

Wzdycham.

- Znaczy jest.

- Najlepiej, jeśli sam zobaczysz - mówi. Wskazuje zamknięte drzwi za sobą. - Znasz drogę.

Nijakie drzwi za biurkiem Betty prowadzą do równie nudnego korytarza, naturalne światło zastępuje tu blask świetlówek. Klarownie opisane drzwi po obu stronach, wszystkie biura znajdują się w takiej samej odległości. Zwracam uwagę na napisy.

"Widma, ghule, wrogie upiory" na lewo. "Anioły stróże, amory, świadomi" na prawo.

Powraca do mnie głos Harriet. "Bardzo to wszystko zorganizowane".

Nawet nie ma pojęcia.

Nie żartowałem o zebraniach. Piszemy też kwartalne raporty. Mamy centrum świadczeń, którego działania nie udało mi się jeszcze rozszyfrować, i letni piknik, na którym oczekuje się naszej obecności.

Drzwi do "Opętań" grzechoczą złowieszczo, gdy przechodzę obok. Automat z chłodzoną wodą kapie przed "Ponurymi żniwiarzami". Za drzwiami do "Poltergeistów" słyszę ożywioną kłótnię - mocny akcent, raz głośniej, raz ciszej. Zastanawiam się, czy to tu przybył kowboj z lobby.

"Duchy świąteczne" znajdują się na samym końcu korytarza, oznaczone ciemnymi drewnianymi drzwiami i błyszczącą złoto klamką. Kiedyś nad drzwiami wisiała wesoła gałązka jemioły. Nie wiem, dlaczego Isabella postanowiła się jej pozbyć.

Dwukrotnie pukam, naśladując melodię Jingle Bells z nadzieją, że uda mi się tym zdobyć nieco przychylności.

Nie udaje się.

- Wejść - rozbrzmiewa głos ze środka.

Wpierw wsuwam przez drzwi samą głowę, przezornie nie wchodząc od razu cały. Isabella już marszczy brwi, a surowość jej miny w jakiś sposób jeszcze zwiększa opaska na głowie z mrugającym reniferem. Tylko Isabella potrafi zmienić zabawną świąteczną dekorację w coś onieśmielającego. Ciemne włosy ma schludnie założone za uszy, opaloną skórę gładką i nieskazitelną. Wyraźnie zarysowane kości policzkowe. Ciemne, wszystkowidzące oczy.

Mówi się, że umarła zaraz przed dwudziestymi urodzinami i była zbyt wściekła z powodu przedwczesnej śmierci, by przejść dalej. Zaczęła w departamencie déja vu, ale przeniosła się do nawiedzeń i zjaw pod koniec XV wieku. Od tego czasu jest kierowniczką duchów świąt.

Jej biuro jest równie skromne jak reszta departamentu, poza biurkiem i regałem na książki. Każdy centymetr wolnej przestrzeni zapełniają kule śnieżne różnych kształtów i rozmiarów. Niektóre są na wpół wstrząśnięte, inne całkowicie nieruchome. W dłoniach trzyma jedną z nich, z niewyraźną panoramą miasta - maleńkie białe płatki śniegu dryfują leniwie wewnątrz.

Odstawia kulę na bok, a ja zamykam za sobą drzwi.

- Nolan - wita mnie spokojnie.

- Isabello. - Pochylam głowę. - Jak zawsze przyjemność po mojej stronie.

Mruczy pod nosem, przeciągając paznokciem o barwie krwi po skraju innej śnieżnej kuli.

- Albo ustanowiłeś wyjątkowy rekord, albo przyszedłeś mnie irytować. - Urywa. - Które?

Zakładam ręce za plecami.

- Nie ustanowiłem wyjątkowego rekordu.

Zaciska usta. Opaska z reniferem zmienia kolor z czerwonego na zielony i z powrotem.

Czerwony. Zielony. Czerwony. Zielony.

- Z jakiej okazji ta opaska? - pytam. Nie widziałem, żeby zdobiła się czymś więcej niż szykownymi kolczykami.

Twarz jej ciemnieje.

- Zespół wykonawczy postanowił, że powinnam wykazywać się trochę większym świątecznym duchem. Dla morale całego departamentu. Przyszedłeś tu pytać o opaskę?

- Nie, ja...

- O imprezę składkową?

- Też nie. Myślałem, żeby...

- Zakładam, że skoro tu jesteś, to o czymś myślałeś. W moim biurze. Na samym początku sezonu świątecznego. - Rozsiada się wygodniej. - No, wykrztuś to z siebie.

Zaciskam i rozluźniam szczęki. Opaska bez wątpienia nie zwiększa dziś żadnego morale.

- Czy aktualnie biorę udział w jakimś szkoleniu?

Jej grymas to cięcie przez całą twarz.

- Co?

- Czy odbywa się jakieś szkolenie, o którym nie wiem?

Isabella wpatruje się we mnie tak długo, że rozważam ucieczkę przez drzwi i zniknięcie. Przyglądam się jej przezornie.

- Nolanie, jaki mamy dziś dzień?

Kontempluję stojący za nią regał z książkami. Pośrodku wszystkich tych śnieżnych kul znajduje się mały kwadratowy kalendarz. 2 GRUDNIA właściwie razi mnie sponad ramienia Isabelli.

- Drugi dzień grudnia.

- Zgadza się. - Dotyka delikatnie opaski i przeskakujące kolory zatrzymują się na czerwieni. Na jej twarzy wyraźnie rysują się ostre kąty i cienie, a głęboko karmazynowy odcień ust jak na mój gust nieco zbyt przypomina krew. Gdyby tylko chciała, bez problemu mogłaby pracować w departamencie wrogich upiorów. Nie mam pojęcia, dlaczego nigdy się tam nie przeniosła.

- Wydaje ci się - kontynuuje - że w drugi dzień grudnia, na samym początku najbardziej pracowitego sezonu, zarządziłabym szkolenie?

Wsuwam ręce do kieszeni. Znam swoje miejsce.

- Nie.

- Potrzebujesz szkolenia?

- Nie?

- Czy to pytanie?

- Nie - odpowiadam, upewniając się, że brzmi to dostatecznie przekonująco. - Nie, nie potrzebuję szkolenia.

- I nie powinieneś. Jesteś duchem od ponad stu lat. - Dotyka opaski, która na powrót zaczyna migać. - Dlaczego tu jesteś i pytasz mnie o szkolenia? Nie masz nic do roboty?

- Dlatego tu jestem. Coś jest nie w porządku.

Isabella wpatruje się we mnie.

- Z moim przydziałem - precyzuję.

- Co masz na myśli?

- Jest... - Chaotyczna. Trudna. Szczera. - Młoda.

- Wiek nie określa osobowości - odpowiada Isabella. Jej głos i twarz wyrażają krytykę. - Nawiedzałeś już młodszych.

- Wiem. Ale w niej jest coś dziwnego.

Jak książka na niewłaściwym miejscu w regale. Pojedynczy dźwięk poza skalą. Postrzępiona na środku lina. Harriet York się jakoś od pozostałych odróżnia i do końca nie jestem w stanie stwierdzić czym.

- Jest miła. - Próbuję kontynuować, ale nie udaje mi się odpowiednio przekazać dziwacznej rozmowy z poprzedniego wieczoru. - Moje przydziały... Nie są zwykle miłe.

Z pewnością ma obsesję na punkcie lasek cukrowych i irracjonalny gust co do piżam, ale coś w niej wydawało się autentyczne. Szczere. Powiedziała mi, że jest dobrym człowiekiem, i...

I myślę, że jej wierzę.

To się jeszcze nie zdarzyło.

Isabella wygląda na znudzoną.

- I doszedłeś do tego zdumiewającego wniosku na temat jej osobowości na podstawie jednej rozmowy?

Patrzę spode łba, powściągliwość we mnie gaśnie, oddając miejsce frustracji.

- Czy nie mówiłaś, żeby ufać własnemu instynktowi?

- Ty nie masz instynktu. Jesteś martwy - odpowiada oschle.

- Coś mi mówi, że ona jest inna. - Prawie znajoma. Może nie na miejscu. - Nie wydaje mi się, żeby trzeba było ją nawiedzać. Chciałbym cię prosić, żebyś sprawdziła, czy przypadkiem nie doszło do pomyłki.

Isabella ściąga usta. Podnosi inną śnieżną kulę - tym razem port z latarnią pośrodku. Trzęsie nią pełnym wdzięku ruchem nadgarstka i biel przesłania zawartość kuli. Gdy płatki opadają, latarnia jest przesłonięta migającymi światełkami. Nikły błysk pochodni zapala się i przygasa.

- Nolanie, jestem tu od tysięcy lat. Widziałam wszystkie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości, jakie tylko jesteś sobie w stanie wyobrazić. Widziałam rzeczy, których nie mógłbyś pojąć. - Unosi wzrok sponad kuli śnieżnej, ciemne oczy nadają jej poważny wygląd. Sprawia wrażenie zmęczonej. Nie widziałem jej jeszcze w tak ludzkiej postaci. - Nie ma mowy o pomyłce - odpowiada. - Nie tutaj. Nie w tym przypadku. Masz swój przydział z konkretnego powodu. I to ty masz się dowiedzieć dlaczego.

Serce, którego nie potrzebuję, wybija mi w piersi nierówne staccato. Czuję jakiegoś rodzaju zagrożenie, a przynajmniej ostrzeżenie.

- A jeśli się nie dowiem?

Isabella ponownie obraca kulę i światło nagle gaśnie.

- Wtedy poniesiesz konsekwencje niepowodzenia.

Dalsza część w wersji pełnej