Good Economics Nowe rozwiązania globalnych problemów - Abhijit Banerjee, Esther Duflo


Reflow text when sidebars are open.
Dla naszych dzieci, Noemi i Milana,
w nadziei na to, że będą dorastały
w bardziej sprawiedliwym, ludzkim świecie,
oraz dla Sashy, któremu nie było to dane
Dziesięć lat temu napisaliśmy książkę o naszej pracy, która to książka, co nas zdziwiło, znalazła licznych czytelników. Schlebiało nam to, ale nie mieliśmy wątpliwości, że nic więcej z tego nie wyniknie. Wszak ekonomiści nie piszą książek - a już na pewno takich, które ludzie chcieliby czytać. My napisaliśmy i uszło nam to na sucho; trzeba było jednak wrócić do tego, czym się przede wszystkim zajmowaliśmy, czyli do pisania i publikowania artykułów naukowych.
Właśnie to nas pochłaniało, kiedy nadzieja i optymizm pierwszych lat rządów Obamy ustąpiły miejsca szaleństwu brexitu, wzburzeniu "żółtych kamizelek" i pomysłom budowy murów na granicach, a pochód dyktatorów (lub wygrywających wybory autokratów) zdeptał niepewne nadzieje wiązane z arabską wiosną. Nierówności eksplodowały, pojawiło się widmo kataklizmu klimatycznego i załamania się światowej polityki, a nasz arsenał środków służących przeciwdziałaniu takim zjawiskom okazał się pełen wyświechtanych komunałów.
Napisaliśmy Good Economics, by podtrzymać nadzieję. Chcieliśmy opowiedzieć o tym, co się nie udało i dlaczego, ale też przypomnieć o wszystkim, co poszło dobrze. To książka traktująca zarówno o problemach, jak i sposobach na poskładanie naszego świata z powrotem w spójną całość. Da się to jeszcze zrobić, o ile postawimy uczciwą diagnozę. To książka o tym, gdzie zawiodła nas polityka ekonomiczna, gdzie daliśmy się zaślepić ideologii, gdzie nie udało nam się dostrzec oczywistych zjawisk - ale też o tym, gdzie i do czego przydaje się rzetelna ekonomia, zwłaszcza we współczesnym świecie.
Sam fakt, że taką książkę trzeba było napisać, nie oznaczał jeszcze, że jesteśmy odpowiednimi kandydatami na jej autorów. Wiele problemów nękających świat nabrzmiewa dzisiaj szczególnie mocno na bogatej Północy, podczas gdy my poświęciliśmy karierę badaniu warunków życia ubogich ludzi w biednych krajach. Było dla nas oczywiste, że będziemy musieli przestudiować mnóstwo nieznanej nam wcześniej literatury i prawdopodobnie coś przegapimy. Potrzebowaliśmy czasu, żeby dojść do przekonania, że warto spróbować.
W końcu postanowiliśmy rzucić się na głęboką wodę między innymi dlatego, że mieliśmy już dość przyglądania się z bezpiecznej odległości, jak publiczna dyskusja o najważniejszych problemach ekonomicznych - imigracji, handlu, wzroście gospodarczym, nierównościach albo środowisku - ulega coraz większemu wypaczeniu. Poza tym po głębszym namyśle doszliśmy do wniosku, że trudności, z jakimi borykają się bogate kraje, w rzeczywistości przypominają do złudzenia te, z którymi mieliśmy styczność podczas badań prowadzonych w państwach rozwijających się - problemy ludzi pozostawionych na łasce losu w procesie szybkiego rozwoju, gwałtownie rosnących nierówności, braku zaufania do władz publicznych, podzielonych społeczeństw oraz scen politycznych itd. Wiele się nauczyliśmy podczas tych dociekań i odzyskaliśmy wiarę w cechy, które są mocną stroną ekonomistów: realizm, przywiązanie do faktów, sceptycyzm wobec prostych recept i uniwersalnych rozwiązań, pokora i szczerość w odniesieniu do tego, co wiemy i rozumiemy, a czego nie, a także - co być może najważniejsze - chęć wypróbowywania rozwiązań i pomysłów oraz popełniania błędów, o ile może nas to doprowadzić do ostatecznego celu, jakim jest stworzenie bardziej ludzkiego świata.
Przychodzi baba do lekarza i słyszy, że zostało jej tylko sześć miesięcy życia. Doktor radzi, żeby wyszła za mąż za ekonomistę i przeprowadziła się do Wąchocka.
- Czy to mnie uleczy? - pyta baba.
- Nie, ale gwarantuję, że te pół roku będzie się pani bardzo dłużyło.
Żyjemy w epoce rosnącej polaryzacji. Od Węgier po Indie, od Filipin po Stany Zjednoczone, od Wielkiej Brytanii po Brazylię i od Indonezji po Włochy dyskurs publiczny między lewicą a prawicą coraz bardziej przypomina głośną pyskówkę, w której używane bez żadnego umiaru inwektywy pozostawiają niewiele miejsca na krok wstecz i zmianę zdania. W Stanach Zjednoczonych, gdzie mieszkamy i pracujemy, odsetek osób głosujących jednocześnie na przedstawicieli różnych partii w wyborach do różnych organów jeszcze nigdy nie był tak niski[1]. Aż 81% osób głosujących na jedną partię ma negatywne zdanie o przedstawicielach drugiej[2]. Wśród wyborców Partii Demokratycznej 61% osób uważa republikanów za rasistów, seksistów lub bigotów. Wśród wyborców Partii Republikańskiej 54% osób uważa demokratów za ludzi mściwych. Jedna trzecia Amerykanów byłaby rozczarowana, gdyby ktoś z bliskiej rodziny zawarł związek małżeński z osobą popierającą drugą stronę sceny politycznej[3].
We Francji i w Indiach, dwóch innych krajach, w których spędzamy dużo czasu, wzrost znaczenia politycznej prawicy jest omawiany w naszych liberalnych, "oświeconych" kręgach w kategoriach zwrotu dziejowego. Narasta uczucie, że znana nam cywilizacja, oparta na demokracji i konstruktywnych sporach, jest poważnie zagrożona.
Naszym zadaniem jako naukowców zajmujących się sprawami społecznymi jest przedstawienie faktów i interpretacji, które mogłyby zmniejszyć podziały, pomóc każdej ze stron zrozumieć, co mówi druga, i doprowadzić do obniżenia temperatury sporu, jeśli nie do konsensusu. Demokracja dobrze znosi różnice zdań, o ile obie strony szanują się nawzajem. Szacunek wymaga jednak pewnego zrozumienia.
Obecna sytuacja jest szczególnie niepokojąca z tego powodu, że przestrzeń dialogu wydaje się zmniejszać. Następuje trybalizacja poglądów dotyczących nie tylko polityki, ale także najważniejszych problemów społecznych i sposobów ich rozwiązywania. Szeroki sondaż przeprowadzony wśród Amerykanów ujawnił, że ich poglądy na bardzo różne sprawy grupują się niczym kiście winogron[4]. Ludzie, którzy podzielają pewne podstawowe przekonania, na przykład o roli płci albo o tym, że ciężka praca zawsze prowadzi do sukcesu, mają zbliżone poglądy także na wiele innych spraw - od imigracji, przez handel, nierówności i podatki, po rolę rządu. Podstawowe przekonania są znacznie lepszym prognostykiem dla poglądów politycznych ludzi niż poziom dochodu, charakterystyka demograficzna czy miejsce zamieszkania.
Wymienione problemy znajdują się w centrum politycznego dyskursu nie tylko w Stanach Zjednoczonych. Imigracja, handel, podatki i rola rządów są tak samo głośno kontestowane w Europie, Indiach, Republice Południowej Afryki i w Wietnamie. Poglądy na te sprawy są jednak zdecydowanie zbyt często oparte wyłącznie na afirmacji konkretnych wartości osobistych ("popieram imigrację, ponieważ jestem szlachetny", lub "jestem przeciwny imigracji, ponieważ przybysze zagrażają naszej tożsamości narodowej"). Jeżeli coś wzmacnia takie postawy, to zwykle są to zmyślone dane i bardzo uproszczona interpretacja faktów. Tak naprawdę nikt nie zastanawia się zbyt głęboko nad samymi problemami.
To rzeczywiście katastrofalna sytuacja, ponieważ można odnieść wrażenie, że znaleźliśmy się w naprawdę ciężkich czasach. Okres żywiołowego wzrostu gospodarczego napędzanego ekspansją handlu i zdumiewającym sukcesem ekonomicznym Chin chyba dobiegł końca wskutek spowolnienia wzrostu Państwa Środka i wybuchających wszędzie wojen handlowych. Azjatyckie, afrykańskie i południowoamerykańskie kraje, dla których ta rosnąca fala była źródłem wyraźnych korzyści, zaczynają się zastanawiać, co teraz z nimi będzie. Oczywiście dla większości państw bogatego Zachodu obecne spowolnienie nie jest niczym nowym, ale szczególnie niepokojące wydaje się szybkie wygasanie kontraktu społecznego, obserwowane dziś w tej części globu. Można odnieść wrażenie, że trafiliśmy z powrotem do świata opisanego przez Dickensa w powieści Ciężkie czasy, gdzie ludzie zamożni odwracają się plecami do coraz bardziej wyobcowanych biednych i nie ma nadziei na żadne rozwiązanie tej sytuacji[5].
Najważniejsze miejsce w obecnym kryzysie zajmują sprawy dotyczące ekonomii i polityki ekonomicznej. Czy można coś zrobić, żeby ożywić wzrost? Czy to powinno być priorytetem zamożnego Zachodu? Co ponadto? Co z gwałtownie narastającymi na całym świecie nierównościami? Czy handel międzynarodowy jest problemem, czy rozwiązaniem? Jaki ma wpływ na poziom nierówności? Jaka jest przyszłość handlu - czy kraje o niższych kosztach pracy odbierają Chinom status fabryki świata? Co z migracją ludności? Czy naprawdę mamy zbyt wielu niewykwalifikowanych imigrantów? Co z nowoczesnymi technologiami? Czy na przykład powinniśmy się cieszyć z rozwoju sztucznej inteligencji, czy raczej się go obawiać? I najpilniejsza być może sprawa - jak społeczeństwo mogłoby pomóc tym wszystkim, których gospodarka rynkowa wypchnęła na margines?
Nie da się odpowiedzieć na te pytania za pomocą jednego wpisu na Twitterze. Pojawia się więc presja na to, by ich unikać. Między innymi z tego powodu kraje robią bardzo niewiele, żeby rozwiązać większość najbardziej palących wyzwań naszych czasów; politycy podsycają złość i nieufność, które nas polaryzują i sprawiają, że jesteśmy jeszcze mniej zdolni do rozmowy, wspólnego myślenia i rozwiązywania problemów. Często można odnieść wrażenie, że utknęliśmy w błędnym kole.
Ekonomiści mają dużo do powiedzenia o tych poważnych problemach. Badają zjawisko imigracji, aby sprawdzić, jaki ma wpływ na poziom płac, przyglądają się podatkom, by się dowiedzieć, czy nie tłumią one przedsiębiorczości, analizują zagadnienie redystrybucji dochodu, żeby wiedzieć, czy nie zachęca ona do lenistwa. Zastanawiają się nad tym, co się dzieje, gdy kraj uczestniczy w handlu zagranicznym, i formułują przydatne prognozy dotyczące tego, kto może zyskać, a kto stracić na wymianie handlowej. Od lat ciężko pracują, żeby zrozumieć, dlaczego jedne kraje się rozwijają, a inne nie i w jaki sposób rządy mogłyby pobudzać wzrost - o ile w ogóle mogą coś zrobić. Zbierają dane dotyczące tego, co sprawia, że ludzie są szczodrzy lub nieufni, co zmusza ludzi do opuszczenia rodzinnego domu i udania się w zupełnie obce miejsce, oraz jak media społecznościowe rozgrywają nasze uprzedzenia.
Wyniki najnowszych badań okazują się często zaskakujące, zwłaszcza dla tych, którzy przyzwyczaili się do krągłych wypowiedzi "ekonomistów" z telewizji i gładkich formułek z podręczników ekonomii. Mogą ukazać dotychczasowe spory w zupełnie innym świetle.
Niestety, bardzo niewiele osób ufa ekonomistom na tyle, by wysłuchać uważnie, co mają do powiedzenia. Tuż przed referendum w sprawie brexitu nasi koledzy z Wielkiej Brytanii desperacko próbowali przestrzec opinię publiczną, że opuszczenie Unii Europejskiej będzie bardzo kosztowne, ale mieli poczucie, że nie mogą się przebić ze swoim przekazem. Mieli rację. Nikt nie zwracał na nich uwagi. Na początku 2017 roku serwis YouGov przeprowadził w Wielkiej Brytanii sondaż zaufania publicznego zawierający pytanie: "Której z poniższych grup zawodowych ufa Pani/Pan najbardziej, gdy wypowiadają się na temat swoich dziedzin?". Pierwsze miejsce zajęły pielęgniarki. Ufało im 84% badanych. Politycy uplasowali się na ostatnim miejscu, z zaufaniem na poziomie 5% (aczkolwiek parlamentarzyści wypadli nieco lepiej w swoich okręgach wyborczych - ufało im 20% badanych). Ekonomiści znaleźli się tuż przed politykami, ciesząc się zaufaniem 25% osób. Dwa razy większym zaufaniem darzono autorów prognoz pogody[6]. Jesienią 2018 roku zadano to samo pytanie (oraz kilka innych dotyczących poglądów na różne kwestie ekonomiczne, dlatego podpieramy się wynikami tego sondażu w wielu miejscach tej książki) 10 tysiącom osób w Stanach Zjednoczonych[7]. Wynik był podobny - jedynie 25% respondentów stwierdziło, że ufa ekonomistom, kiedy wypowiadają się na temat swojej dziedziny. Tylko politycy wypadli gorzej.
Ten deficyt zaufania znajduje odzwierciedlenie w fakcie, że konsensus między ekonomistami (o ile udaje się go osiągnąć) często znacznie odbiega od poglądów zwykłych obywateli. Szkoła Biznesu im. Bootha na Uniwersytecie Chicagowskim regularnie zadaje grupie około 40 uniwersyteckich ekonomistów, uważanych za najwyższe autorytety w tej dziedzinie, pytania dotyczące ich poglądów na najważniejsze tematy ekonomiczne. Będziemy w tej książce powoływać się na ich odpowiedzi, zaznaczając, że chodzi o panel IGM Booth. Wybraliśmy dziesięć pytań zadanych jego uczestnikom i powtórzyliśmy je w sondażu, który przeprowadziliśmy wśród zwykłych ludzi. W przypadku większości spraw ekonomiści i nasi respondenci mieli zupełnie rozbieżne przekonania. Przykładowo wszyscy uczestnicy panelu IGM Booth nie zgodzili się ze stwierdzeniem, że "nałożenie przez Stany Zjednoczone nowych ceł na stal i aluminium zwiększy dobrobyt Amerykanów"[8]. Tymczasem nieco ponad jedna trzecia naszych respondentów uznała je za prawdziwe.
Ogólnie rzecz biorąc, nasi respondenci wykazywali się większym pesymizmem niż ekonomiści. Przykładowo 40% ekspertów zgodziło się ze stwierdzeniem, że "zapoczątkowany latem 2015 roku napływ imigrantów do Niemiec przyniesie krajowi korzyści gospodarcze w nadchodzącej dekadzie", a większość pozostałych nie była pewna albo nie miała zdania (tylko jedna osoba się nie zgodziła)[9]. Dla kontrastu tylko jedna czwarta naszych respondentów zgodziła się z tym stwierdzeniem, a 35% je odrzuciło. Uczestnicy naszego sondażu częściej też sądzili, że rozwój robotyki i sztucznej inteligencji doprowadzi do powszechnego bezrobocia, a rzadziej wyrażali opinię, że spowoduje wystarczająco duży wzrost bogactwa, by zrekompensować straty tym, którzy zostaną bez pracy[10].
Nie chodzi wcale o to, że ekonomiści zawsze mają bardziej leseferystyczne podejście niż reszta świata. W jednym z wcześniejszych badań porównywano odpowiedzi ekonomistów i tysiąca zwykłych Amerykanów na 20 pytań[11]. Okazało się, że ekonomiści znacznie częściej opowiadają się za podwyższeniem podatków federalnych (poparło je 97,4% ekonomistów i tylko 66% przeciętnych obywateli). Mieli też dużo więcej wiary w narzędzia stosowane przez rząd po kryzysie w 2008 roku (ratowanie banków, pakiet stymulacyjny itd.) niż opinia publiczna. Z drugiej strony aż 67% zwykłych ludzi i tylko 39% zawodowych ekonomistów zgodziło się ze stwierdzeniem, że dyrektorzy generalni dużych przedsiębiorstw otrzymują zbyt wysokie wynagrodzenia. Najważniejszy wniosek ogólny jest taki, że przeciętny ekonomista z uniwersytetu myśli zupełnie inaczej niż przeciętny Amerykanin. W przypadku wszystkich 20 pytań pomiędzy poziomem poparcia dla poszczególnych twierdzeń ze strony ekonomistów i przeciętnych Amerykanów ziała potężna przepaść wynosząca 35 punktów procentowych.
Co więcej, poinformowanie respondentów o poglądach prominentnych ekonomistów na sprawy objęte sondażem nie wpłynęło na ich zdanie. Badacze zmodyfikowali lekko trzy pytania, na które eksperci udzielili zupełnie innych odpowiedzi niż zwykli ludzie. W ankietach przeznaczonych dla jednej grupy respondentów dodali przed nimi słowa: "Niemal wszyscy eksperci zgadzają się, że...", w ankietach dla drugiej grupy nic nie zmieniali. Nie było prawie żadnej różnicy w odpowiedziach. Przykładowo stwierdzenie, że przystąpienie do Północnoamerykańskiego Układu o Wolnym Handlu (NAFTA) zwiększyło dobrobyt przeciętnego mieszkańca Stanów Zjednoczonych (z którym zgodziło się 95% ekonomistów) uznało za prawdziwe 51% osób poinformowanych o poglądach ekonomistów i 46% tych, którzy ich nie znali. To dość mała różnica. Wygląda zatem na to, że duża część opinii publicznej zupełnie przestała słuchać ekonomistów w sprawach dotyczących ekonomii.
W żadnym wypadku nie uważamy, że kiedy poglądy ekonomistów i opinii publicznej są rozbieżne, to ci pierwsi zawsze mają rację. My, ekonomiści, często jesteśmy zbyt zapatrzeni w nasze modele i metody i często zapominamy, gdzie się kończy nauka, a zaczyna ideologia. Kwestie polityczne rozstrzygamy w oparciu o założenia, które weszły nam w krew, ponieważ stanowią podstawowy budulec naszych modeli, ale to nie znaczy, że zawsze są prawidłowe. Jednocześnie jednak mamy użyteczną wiedzę i doświadczenie, których nikt inny nie ma. Skromnym celem tej książki jest podzielenie się nimi i wznowienie dialogu na temat najpilniejszych problemów naszych czasów, będących źródłem największych podziałów.
Aby go osiągnąć, musimy zrozumieć, co osłabia zaufanie do ekonomistów. Częściowym wytłumaczeniem jest wszechobecność nierzetelnej ekonomii. Osobami reprezentującymi grupę zawodową ekonomistów w dyskursie publicznym na ogół nie są uczestnicy panelu IGM Booth. Samozwańczy ekonomiści z telewizji i gazet - ludzie zatrudnieni na stanowiskach głównych ekonomistów różnych banków czy firm - z kilkoma istotnymi wyjątkami są przede wszystkim rzecznikami interesów swoich pracodawców i z wielką swobodą ignorują jednoznaczne fakty. Co więcej, mają dość przewidywalną skłonność do podtrzymywania za wszelką cenę optymizmu rynkowego, w związku z czym opinia publiczna kojarzy wszystkich ekonomistów z takim podejściem.
Niestety, gadające głowy z telewizji trudno odróżnić od ekonomistów uniwersyteckich, ponieważ ubierają się podobnie (w garnitury i krawaty) i posługują się podobnym językiem (naszpikowanym żargonem). Najważniejszą bodaj cechą wyróżniającą tę pierwszą grupę jest skłonność do głośnego i dobitnego wyrażania swoich poglądów, co niestety tylko dodaje autorytetu jej członkom. Ci zaś w rzeczywistości kiepsko sobie radzą z przewidywaniem czegokolwiek - częściowo dlatego, że bardzo często jest to niemal niemożliwe (i z tego powodu większość ekonomistów uniwersyteckich trzyma się z dala od futurologii). Jednym z zadań Międzynarodowego Funduszu Walutowego (MFW) jest przewidywanie tempa wzrostu światowej gospodarki w najbliższej przyszłości. Można by powiedzieć, że MFW robi to bez nadzwyczajnego powodzenia, choć zatrudnia liczny zespół świetnie wyszkolonych ekonomistów. Redakcja magazynu "Economist" obliczyła kiedyś, jak bardzo prognozy MFW odbiegały średnio od rzeczywistości w latach 2000-2014[12]. Po dwóch latach od sformułowania prognozy (na przykład przy porównaniu rzeczywistej stopy wzrostu w 2014 roku z prognozą z 2012 roku) średni błąd wynosił 2,8 punktu procentowego. To trochę lepiej, niż gdyby ekonomiści co roku wybierali losową wartość z zakresu od -2% do 10%, i tak samo źle, jak gdyby po prostu zakładali stałe tempo wzrostu wynoszące 4% rocznie. Podejrzewamy, że takie rzeczy są dość ważnym powodem ogólnego sceptycyzmu wobec ekonomii.
Innym ważnym czynnikiem powodującym występowanie tej luki zaufania jest fakt, że ekonomiści uniwersyteccy bardzo rzadko poświęcają czas na wyjaśnienie zazwyczaj złożonego wnioskowania, które kryje się za bardziej zniuansowanymi konkluzjami. W jaki sposób dokonują analizy wielu możliwych wyjaśnień danego zjawiska? Jakie fakty z wielu różnych dziedzin musieli połączyć ze sobą, żeby dojść do najbardziej wiarygodnej odpowiedzi? Na ile jest ona wiarygodna? Czy warto podejmować działania na tej podstawie, czy raczej należy czekać i obserwować rozwój wydarzeń? Współczesna kultura medialna tak naprawdę nie zostawia miejsca na subtelne lub rozbudowane wyjaśnienia. Oboje musieliśmy nieraz zmagać się z prezenterami telewizyjnymi, by móc w pełni wyjaśnić swój punkt widzenia (a i tak niejednokrotnie wycinano z naszych wypowiedzi obszerne i ważne fragmenty), więc rozumiemy, dlaczego ekonomiści uniwersyteccy często nie chcą brać na siebie odpowiedzialności za tłumaczenie różnych zjawisk opinii publicznej. Trzeba wielkiego wysiłku, żeby zostać należycie wysłuchanym, a i tak zawsze jest ryzyko, że wypowiedź zabrzmi nie całkiem poważnie albo jej sens zostanie wypaczony.
Oczywiście są naukowcy, którzy nie wahają się występować publicznie, lecz zwykle są to osoby o najbardziej wyrazistych poglądach i najmniej skłonne zaznajamiać się z wynikami najdonioślejszych prac we współczesnej ekonomii. Są wśród nich osoby zbyt przywiązane do pewnych ortodoksyjnych doktryn, by zwracać uwagę na nieprzystające do nich fakty, i nastawione na powtarzanie w kółko tych samych starych idei, nawet jeśli od dawna wiadomo, że były błędne. Są też ludzie tak skupieni na (czasem uzasadnionej) krytyce ekonomii głównego nurtu, że nie są skłonni sięgać po najlepszy współczesny dorobek tej dziedziny nauki.
Mamy poczucie, że najbardziej rzetelna ekonomia ma często najmniejszą siłę przebicia. Świat jest na tyle skomplikowanym i niepewnym miejscem, że najbardziej wartościową rzeczą, jaką mogą się podzielić ekonomiści, często nie jest wniosek z ich przemyśleń, lecz droga, jaką do niego doszli - znane im fakty, dokonane interpretacje, kolejne kroki rozumowania i wciąż obecne źródła niepewności. Wynika to z faktu, że ekonomiści, w przeciwieństwie do fizyków, nie uprawiają nauki ścisłej i zwykle nie są absolutnie pewni tego, co mówią. Każdy, kto oglądał serial komediowy Teoria wielkiego podrywu, wie, że fizycy patrzą z góry na inżynierów. Fizycy snują głębokie rozmyślania, podczas gdy inżynierowie majstrują przy urządzeniach i próbują nadać realny kształt tym myślom - a w każdym razie tak to zostało przedstawione na ekranie. Gdyby powstał kiedyś serial wyśmiewający ekonomistów, zapewne znaleźliby się oni kilka szczebli niżej niż inżynierowie, zwłaszcza ci, którzy zajmują się konstruowaniem rakiet. W przeciwieństwie do inżynierów (przynajmniej tych, których sportretowano w Teorii wielkiego podrywu) nie możemy liczyć na to, że jakiś fizyk powie nam, co trzeba zrobić, by rakieta mogła opuścić ziemskie pole grawitacyjne. Ekonomiści są bardziej jak hydraulicy - rozwiązują problemy za pomocą intuicji opartej na wiedzy, czasem muszą coś zgadnąć, bazując na własnym doświadczeniu, i często posługują się przy tym metodą prób i błędów.
To znaczy, że ekonomiści często się mylą. My także bez wątpienia pomylimy się wiele razy w tej książce. Nie w kwestii przewidywania tempa wzrostu, co jest na ogół zadaniem niewykonalnym, lecz w sprawach znacznie bardziej szczegółowych, takich jak określenie wysokości podatku węglowego, która przyczyniłaby się do zahamowania zmian klimatu, wpływu podwyżki podatków na wynagrodzenia dyrektorów generalnych albo gwarantowanego dochodu podstawowego na strukturę zatrudnienia. Ekonomiści nie są jednak jedynymi specjalistami, którzy popełniają błędy. Każdy się czasem myli. To nie błądzenie jest groźne, lecz głębokie zauroczenie własnymi poglądami, które uniemożliwia przyswajanie sprzecznych z nimi faktów. Jeżeli zależy nam na postępie, musimy nieustannie wracać do podstawowych faktów, przyznawać się do błędów i iść dalej.
Poza tym wcale nie brakuje wokół nas rzetelnej ekonomii. Zauważa ona pewne niepokojące fakty, formułuje hipotezy na podstawie naszej wiedzy o ludzkich zachowaniach i teoriach, które sprawdziły się w innych sytuacjach, weryfikuje te hipotezy za pomocą konkretnych danych, koryguje (lub całkowicie zmienia) podejście w zależności od nowych faktów, a na końcu, przy odrobinie szczęścia, dochodzi do jakiegoś rozwiązania. W tym sensie nasza praca przypomina w dużym stopniu badania medyczne. Siddhartha Mukherjee w Cesarzu wszech chorób, wspaniałej książce o historii walki z rakiem, pisze o tym, że prace nad nowym lekiem onkologicznym zaczynają się od inspiracji i domysłów, obejmują drobiazgowe testowanie i wymagają wielu cykli drobnych ulepszeń, zanim specyfik trafi na rynek[13]. Znaczna część pracy ekonomistów wygląda podobnie. Tak jak w medycynie nigdy nie jesteśmy pewni, czy dotarliśmy do prawdy - tyle tylko, że mamy dość wiary w odpowiedź, by podjąć działania na jej podstawie, wiedząc, że być może później będziemy musieli zmienić zdanie. Porównanie z medycyną jest zasadne również w tym sensie, że nasza praca także nie kończy się po zakończeniu badań podstawowych i ustaleniu podstawowej idei, potem bowiem zaczyna się proces wprowadzania idei w życie.
Na pewnym poziomie można by traktować tę książkę jak raport z pierwszej linii badań i poszukiwanie odpowiedzi na pytanie o to, co rzetelni ekonomiści mogą nam dzisiaj powiedzieć o fundamentalnych problemach trapiących społeczeństwa. Piszemy w niej o tym, jak ekonomiści myślą o świecie. Nie ograniczamy się przy tym do przytaczania ich konkluzji, lecz pokazujemy, jak do nich doszli, a jednocześnie cały czas próbujemy oddzielać fakty od mrzonek, śmiałe założenia od konkretnych wyników badań i nasze nadzieje od tego, co wiemy na pewno.
Co istotne, kierujemy się w tej pracy coraz lepszym zrozumieniem tego, czego pragną ludzie i co sprawia, że życie jest dobre. Ekonomiści mają skłonność do przyjmowania dość wąskiej definicji dobrobytu, w dużym stopniu powiązanej z dochodem albo konsumpcją materialną. Tymczasem do osiągnięcia zadowolenia z życia potrzebujemy czegoś więcej - szacunku otoczenia, dobrych relacji z rodziną i przyjaciółmi, godności, lekkości, przyjemności. Koncentracja na samym dochodzie nie jest tylko wygodnym uproszczeniem. Zniekształca obraz rzeczywistości i często sprowadza nawet najmądrzejszych ekonomistów na złą drogę, skłania polityków do podejmowania złych decyzji, a wielu z nas doprowadza do niebezpiecznych obsesji. To właśnie skupianie się na pieniądzach wywołuje w nas przekonanie, że cały świat czyha u naszych drzwi, żeby pozbawić nas dobrze płatnej pracy. To ono każe nam uparcie marzyć o powrocie gospodarek Zachodu na znaną z przeszłości drogę szybkiego wzrostu. To ono wywołuje naszą głęboką podejrzliwość wobec tych, którzy nie mają pieniędzy, i napełnia nas strachem, że kiedyś możemy znaleźć się w ich położeniu. To ono sprawia, że wybór między rozwojem gospodarczym a przetrwaniem planety wydaje nam się tak trudny.
Bardziej wartościowa dyskusja musi się zacząć od uznania głębokiej ludzkiej potrzeby godności i kontaktu z drugim człowiekiem, traktowania jej nie jako czegoś, co nas rozprasza, lecz jako drogowskazu umożliwiającego lepsze zrozumienie siebie nawzajem i uwolnienie się od podziałów, które wydają się nie do przezwyciężenia. Przekonujemy, że ponowne postawienie ludzkiej godności na pierwszym miejscu prowadzi do głębokiego przemyślenia priorytetów ekonomicznych oraz tego, jak społeczeństwa dbają o swoich członków, zwłaszcza znajdujących się w potrzebie.
Trzeba jednak zaznaczyć, że w dowolnej sprawie, którą poruszamy w tej książce, a może nawet we wszystkich, możesz dojść do zupełnie innych wniosków niż my. Nie chcemy, abyś bez namysłu się z nami zgodził, lecz byś skorzystał z naszych metod i podzielił przynajmniej część naszych nadziei i obaw, a być może na koniec będziemy umieli naprawdę ze sobą rozmawiać.
Migracja ludności to wielka sprawa - tak wielka, że kształtuje politykę Stanów Zjednoczonych i dużej części Europy. Wsłuchując się w oderwaną od rzeczywistości, ale niezwykle chwytliwą narrację prezydenta Donalda Trumpa o hordach krwiożerczych przybyszów z Meksyku, ksenofobiczną retorykę Alternatywy dla Niemiec, francuskiego Zjednoczenia Narodowego i ekipy brexitowców, a także enuncjacje partii rządzących Włoch, Węgier i Słowacji, można odnieść wrażenie, że jest to najważniejsza kwestia polityczna w najbogatszych państwach świata. Nawet politycy europejskich partii głównego nurtu mają trudności z pogodzeniem liberalnych tradycji, których chcieliby dochować, z zagrożeniem widocznym u własnych granic. W krajach rozwijających się problem jest mniej widoczny, ale spory o uchodźców z Zimbabwe w Republice Południowej Afryki, rozpaczliwa sytuacja Rohindżów uciekających z Birmy do Bangladeszu oraz nowelizacja indyjskiej ustawy o obywatelstwie, odnosząca się do mieszkańców stanu Assam, wywołują przerażenie tych, których te sytuacje bezpośrednio dotykają.
Skąd ta panika? Odsetek międzynarodowych migrantów w całej populacji świata był w 2017 roku mniej więcej taki sam jak w 1960 i 1990 roku - wynosił około 3%[14]. Unia Europejska przyjmuje co roku średnio 1,5-2,5 miliona migrantów spoza swojego terytorium. 2,5 miliona osób to mniej niż 0,5% populacji całej UE. Większość tych osób stanowią legalni przybysze, ludzie mający zapewnione zatrudnienie w Unii oraz osoby pragnące dołączyć do swoich rodzin. W latach 2015-2016 nastąpił wprawdzie zwiększony napływ uchodźców, ale już w 2018 roku liczba osób ubiegających się o azyl w Europie wróciła do poziomu 638 tysięcy, przy czym pozytywnie rozpatrzono tylko 38% wniosków[15]. To jedna osoba na 2500 rezydentów Unii Europejskiej. Tylko tyle. W żadnym wypadku nie można mówić o zalewie migrantów.
Podnoszony przez rasistów alarm spowodowany strachem przed mieszaniem się różnych grup etnicznych i mitem czystości rasy nie wytrzymuje konfrontacji z faktami. Badania przeprowadzone wśród 22,5 tysiąca rodowitych mieszkańców krajów, w których imigracja jest istotną sprawą polityczną (Francji, Niemiec, Włoch, Szwecji, Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych), ujawniły ogromne błędy w postrzeganiu liczby migrantów i ich pochodzenia etnicznego[16]. Przykładowo we Włoszech udział imigrantów w populacji wynosi 10%, ale mieszkańcy szacują go przeciętnie na 26%.
Respondenci wyraźnie przeszacowują też odsetek muzułmanów oraz osób pochodzących z Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej w grupie przybyszów. Panuje przekonanie, że imigranci są gorzej wykształceni, biedniejsi, częściej pozostają bezrobotni i są bardziej skłonni żyć na garnuszku państwa, niż to jest w rzeczywistości.
Politycy podsycają ten strach, zniekształcając fakty. Podczas kampanii przed wyborami prezydenckimi we Francji w 2017 roku Marine Le Pen często podkreślała, że 99% migrantów stanowią dorośli mężczyźni (w rzeczywistości 58%), a 95% przybyszów, którzy osiedlili się we Francji, "żyje na koszt narodu", ponieważ nie chce pracować (w rzeczywistości 55% imigrantów w tym kraju znajduje zatrudnienie)[17].
Dwa niedawno przeprowadzone eksperymenty pokazują, że taka taktyka wyborcza jest skuteczna, nawet w warunkach systematycznego sprawdzania faktów. Podczas jednego z badań przeprowadzonych w Stanach Zjednoczonych naukowcy posługiwali się dwoma zestawami pytań. Pierwszy dotyczył opinii respondentów na temat migracji, a drugi ich faktycznej wiedzy dotyczącej liczby i przekroju demograficznego przybyszów[18]. Osoby, które odpowiedziały najpierw na pytania dotyczące faktów, zanim zapytano je o opinie (przypominając tym samym o ich własnych zniekształconych poglądach na temat migrantów), znacznie częściej zajmowały stanowisko przeciwne imigracji. Kiedy pokazywano im prawdziwe dane, zmianie ulegała znajomość faktów, ale nie podstawowe poglądy dotyczące imigracji. Eksperyment przeprowadzony równolegle we Francji przyniósł podobne wyniki. Ludzie, którym celowo przedstawiono fałszywe twierdzenia wypowiadane przez Marine Le Pen, byli bardziej skłonni na nią zagłosować[19]. Niestety, nie zmieniali zdania, kiedy przedstawiano im fakty będące zaprzeczeniem wypowiedzi Le Pen. Samo poruszenie tematu imigracji sprawia, że ludzie zaczynają myśleć zaściankowo. Fakty nie mogą się przebić.
Istnieje ważny powód, dla którego ignoruje się fakty, a wynika on z teorii ekonomicznej sprawiającej wrażenie tak oczywistej, że mało kto potrafi się jej przeciwstawić, nawet kiedy przeczą jej bezsporne dowody. Analiza ekonomiczna zjawiska imigracji często sprowadza się do uwodzicielskiego sylogizmu. Na świecie jest mnóstwo biednych ludzi, którzy bez wątpienia mogliby zarabiać dużo więcej, gdyby udało im się dostać do naszego kraju, w którym sytuacja jest dużo lepsza, więc jeśli tylko będą mieli okazję, opuszczą kraj pochodzenia i tu przyjadą, a to przyczyni się do spadku wynagrodzeń i pogorszenia się naszego dobrobytu.
Uderzająca w tej argumentacji jest jej wierność standardowej postaci prawa popytu i podaży wykładanej w szkołach średnich. Ludzie chcą zarabiać więcej pieniędzy i dlatego są gotowi udać się tam, gdzie wynagrodzenia są wyższe (podaż rośnie). Krzywa popytu na pracę zaczyna się obniżać i w efekcie wzrost podaży pracy powoduje obniżenie zarobków wszystkich uczestników rynku pracy. Migranci może i dobrze na tym wychodzą, ale rodowici pracownicy cierpią. Do tego właśnie odczucia społecznego odwołuje się prezydent Trump, kiedy mówi, że kraj jest "pełny". Ten rodzaj rozumowania jest tak bardzo uproszczony, że można go przedstawić w postaci wykresu na bardzo małej serwetce (zob. rys. 2.1).
Rys. 2.1. "Ekonomia na serwetce" wyjaśnia, dlaczego wszyscy zbiedniejemy przez imigrantów
Logika jest prosta, uwodzicielska i błędna. Po pierwsze, różnice płac między krajami (albo lokalizacjami, mówiąc bardziej ogólnie) w rzeczywistości mają niewiele wspólnego z tym, czy ludzie migrują, czy nie. Choć oczywiście jest wiele osób na tyle zdesperowanych, by opuścić swoje obecne miejsce zamieszkania, o czym będzie mowa za chwilę, cały czas pozostaje zagadką, dlaczego wielu innych nie opuszcza go, nawet jeżeli może.
Po drugie, brakuje wiarygodnych dowodów na to, że nawet duży napływ nisko wykwalifikowanych migrantów jest w stanie zaszkodzić lokalnej populacji, a zatem również tym jej członkom, którzy najbardziej przypominają migrantów pod względem kwalifikacji. W rzeczywistości wygląda na to, że imigracja służy wszystkim - zarówno imigrantom, jak i lokalnym mieszkańcom. Ma to wiele wspólnego z dziwaczną naturą rynku pracy, która nijak nie odzwierciedla standardowej wersji prawa popytu i podaży.
Brytyjska poetka somalijskiego pochodzenia, Warsan Shire, napisała:
nikt nie opuszcza domu, dopóki
dom nie staje się paszczą rekina
i można tylko biec ku granicy
gdy wszyscy w mieście też biegną
sąsiedzi cię wyprzedzają
wypluwając płuca z wysiłku
chłopiec, z którym chodziłaś do szkoły
i całowałaś się do utraty tchu,
trzyma karabin większy od niego
opuszczasz dom dopiero wtedy,
gdy dom już nie chce, byś została[20]
Najwyraźniej autorka wpadła na dobry trop. Miejsca, z których ludzie najbardziej desperacko chcą uciekać - kraje takie jak Irak, Syria, Gwatemala, a nawet Jemen - zdecydowanie nie należą do najbiedniejszych na świecie. Dochód na głowę mieszkańca Iraku po uwzględnieniu kosztów życia (ekonomiści nazywają to parytetem siły nabywczej) jest 20 razy wyższy niż w Liberii i co najmniej 10 razy wyższy niż w Mozambiku czy Sierra Leone. W 2016 roku, pomimo drastycznego spadku dochodów, Jemen był nadal trzy razy bogatszy niż Liberia (w chwili gdy piszemy tę książkę, nie ma nowszych danych). Będący ulubionym celem prezydenta Trumpa Meksyk jest krajem o dochodach w przedziale wyższym średnim i ma bardzo sprawny, kopiowany przez inne kraje system opieki zdrowotnej.
Ludzie, którzy próbują się wydostać z takich miejsc, prawdopodobnie nie muszą się zmagać ze skrajną, wyniszczającą biedą, w jakiej żyją mieszkańcy Liberii lub Mozambiku. Opuszczają miejsce pochodzenia raczej dlatego, że stało się nie do zniesienia ze względu na zapaść codziennej normalności - nieprzewidywalność i przemoc towarzyszące wojnom gangów narkotykowych w Meksyku, okrutne rządy junty wojskowej w Gwatemali i wojny domowe na Bliskim Wschodzie. Badania przeprowadzone w Nepalu dowiodły, że nawet kilka lat nieurodzaju nie zmusiło zbyt wielu Nepalczyków do wyjazdu za granicę[21]. Tak naprawdę w chudych latach wyjechało nawet mniej osób, ponieważ wielu nie mogło sobie pozwolić na kosztowną wyprawę. Ludzie zaczęli wyjeżdżać dopiero wtedy, gdy w kraju wybuchła przemoc spowodowana tlącym się od lat powstaniem maoistowskim. Nepalczycy uciekali z paszczy rekina. Kiedy do tego dochodzi, bardzo trudno jest zatrzymać uchodźców, ponieważ w ich przekonaniu nie ma już domu, do którego mogliby wrócić.
Oczywiście jest też zupełnie inny typ migranta - człowiek bardzo ambitny, który pragnie wyjechać za wszelką cenę. Kimś takim jest Apu, główny bohater drugiej części wspaniałej trylogii Satyajita Raya zatytułowanej Aparajito, rozdarty między pozostaniem z samotną matką w rodzinnej wiosce a wyjazdem do miasta, które oferuje wiele ekscytujących możliwości[22]. Kimś takim jest imigrant z Chin, który pracuje na dwa etaty i odkłada każdy grosz, żeby jego dzieci mogły kiedyś studiować na Harvardzie. Wszyscy wiemy, że tacy ludzie istnieją.
Jest też grupa pośrednia, czyli ogromna większość, której do wyjazdu nie zmuszają skrajne okoliczności wewnętrzne ani zewnętrzne. Jej przedstawiciele nie wydają się gonić za dodatkowym zarobkiem. Nawet kiedy nie muszą unikać kontroli granicznych i urzędników imigracyjnych, zostają tam, gdzie są - na przykład na wsi - pomimo ogromnych różnic w zarobkach w obrębie jednego kraju, między wsią a miastem[23]. Badanie przeprowadzone wśród mieszkańców slumsów w Delhi, do których należy wielu niedawnych przybyszów z Biharu i Uttar Pradesh, dwóch ogromnych stanów położonych na wschód od miasta, pokazało, że po opłaceniu kosztów mieszkania przeciętna rodzina żyje za niewiele ponad dwa dolary dziennie (według parytetu siły nabywczej)[24]. To znacznie więcej niż ma do dyspozycji najbiedniejsze 30% ludzi w Biharze i Uttar Pradesh, którzy żyją za mniej niż dolara dziennie. Mimo to większość tych bardzo biednych ludzi (których jest około 100 milionów) nie zdecydowała się na przeprowadzkę do Delhi i ponaddwukrotne zwiększenie dochodów.
Nie tylko w krajach rozwijających się ludzie nie decydują się na przeprowadzkę w poszukiwaniu lepszych warunków życia. W okresie największego nasilenia kryzysu gospodarczego w Grecji w latach 2010-2015 na emigrację udało się mniej niż 350 tysięcy obywateli tego kraju[25]. To najwyżej 3% greckiej populacji, a trzeba pamiętać, że w latach 2013-2014 bezrobocie w Grecji wynosiło 27%, Grecy zaś jako obywatele Unii Europejskiej mogą swobodnie się przemieszczać i podejmować zatrudnienie w Europie.
Być może jednak nie ma w tym żadnej zagadki, a my przeceniamy korzyści płynące z migracji. Ważnym problemem w ich ocenie jest to, że zwykle skupiamy się na zarobkach ludzi, którzy decydują się na wyjazd z kraju pochodzenia, a nie na wielu powodach, które skłaniają ich do takiej decyzji, ani na wielu czynnikach, które umożliwiają im udaną emigrację. Osoby wybierające emigrację zwykle dysponują szczególnymi umiejętnościami albo niezwykłą wytrwałością, w związku z czym i tak zarabiałyby więcej niż ich rodacy, nawet gdyby zostały w ojczyźnie. Choć migranci imają się wielu zajęć niewymagających wyjątkowych umiejętności, zwykle są to żmudne, ciężkie prace, do których potrzeba dużej cierpliwości i wytrzymałości (takie jak zbieranie owoców czy praca w branży budowlanej, które w Stanach Zjednoczonych wykonuje wielu przyjezdnych z Ameryki Łacińskiej). Nie każdy potrafi robić to dzień w dzień.
Nie można zatem naiwnie porównywać zarobków migrantów z zarobkami osób, które zostają w kraju pochodzenia, i wyciągać z tego wniosku, jak to czyni wielu zwolenników większej migracji, że korzyści płynące z migracji muszą być olbrzymie. Ekonomiści nazywają to problemem identyfikacji. Aby móc twierdzić, że różnica w zarobkach jest spowodowana wyłącznie zmianą miejsca zamieszkania i niczym innym, musielibyśmy wskazać dokładny związek między przyczyną a skutkiem.
Jednym z łatwiejszych sposobów sprawdzenia tego jest przyjrzenie się wynikom loterii wizowych. Zwycięzcy i przegrani w loterii są do siebie bardzo podobni pod każdym względem z wyjątkiem tego, że ci pierwsi mieli trochę więcej szczęścia, dlatego różnica w zarobkach będąca następstwem wygranej w loterii nie może wynikać z niczego innego niż zmiana miejsca zamieszkania, którą owa wygrana umożliwia. W ramach jednego z badań porównano zwycięzców i przegranych nowozelandzkiej loterii wizowej z maleńkiej wyspy Tonga na Pacyfiku Południowym. Większość obywateli tego państwa jest dość biedna. Okazało się, że tongijscy zwycięzcy loterii w ciągu roku od przeprowadzki więcej niż potroili swoje dochody[26]. Na drugim krańcu spektrum zarobków mieszczą się indyjscy programiści, którzy wyjechali do Stanów Zjednoczonych po wygraniu loterii wizowej i zarabiają sześć razy więcej niż ich koledzy, którzy zostali w Indiach[27].
Przytoczone dane są jednak obarczone pewną wadą, która jednocześnie sprawia, że bardzo łatwo je zinterpretować. Otóż wynikają one z porównania grup osób biorących udział w loteriach wizowych. Ludzie, którzy w ogóle nie zdecydowali się wysłać wniosku, mogą jednak być zupełnie inni. Być może emigracja nie przyniosłaby im większych korzyści, ponieważ nie posiadają odpowiednich umiejętności. Dysponujemy jednak bardzo ciekawymi wynikami badań dotyczącymi ludzi, których do przeprowadzki zmusił czysty przypadek.
Vestmannaeyjar to niewielki archipelag położony u wybrzeży Islandii, dysponujący dobrze prosperującym przemysłem rybackim. 23 stycznia 1973 roku doszło tam do katastrofalnej erupcji wulkanu Eldfell. Wszystkich 5200 mieszkańców ewakuowano w ciągu czterech godzin i zginęła tylko jedna osoba, ale kataklizm trwał pięć miesięcy, a lawa zniszczyła jedną trzecią domów na wyspach. Dewastacji uległy zabudowania położone we wschodniej części największej wyspy (bezpośrednio na trasie spływu lawy) oraz część domostw znajdujących się w polu rażenia bomb wulkanicznych. Nie istnieją budynki odporne na działanie lawy, więc o zniszczeniach decydowało wyłącznie położenie i pech. Nic nie wskazywało na to, by domy położone we wschodniej części różniły się czymś od pozostałych - miały taką samą wartość rynkową, a ich mieszkańcy byli zwykłymi ludźmi. Erupcja wulkanu była w tym przypadku czymś, co socjologowie nazywają naturalnym eksperymentem - przyroda rzuciła kości, a my możemy bezpiecznie założyć, że przed katastrofą nie istniały żadne czynniki odróżniające ludzi, których domy uległy zniszczeniu, od pozostałych mieszkańców archipelagu.
Po kataklizmie zaistniała jednak pewna istotna różnica. Właściciele domów zniszczonych przez wulkan dostali pieniądze na ich odbudowę lub przeprowadzkę w dowolnie wybrane miejsce. Na zmianę miejsca zamieszkania zdecydowało się 42% poszkodowanych (oraz 27% ludzi, których domy nie uległy zniszczeniu)[28]. Islandia jest małym, ale świetnie zorganizowanym krajem, więc na podstawie archiwów podatkowych i innych rejestrów można prześledzić, jak w długim okresie potoczyły się losy ludzi, którzy opuścili Vestmannaeyjar. Co ciekawe, są też dostępne wyczerpujące dane genetyczne umożliwiające precyzyjne powiązanie emigrantów z archipelagu z ich potomkami zamieszkującymi na Islandii.
Na podstawie tych danych naukowcy stwierdzili, że każda osoba, która w chwili erupcji wulkanu miała mniej niż 25 lat, z ekonomicznego punktu widzenia dużo zyskała na utracie domu[29]. W 2014 roku ci, których domy rodzinne uległy zniszczeniu w wyniku kataklizmu, zarabiali w ciągu roku średnio o ponad 3 tys. dolarów więcej niż osoby, które nie straciły domów rodzinnych, mimo że nie wszyscy poszkodowani zdecydowali się na wyjazd z archipelagu po erupcji. Poprawa losu stała się udziałem ludzi, których kataklizm dotknął w młodym wieku. Prawdopodobnie te osoby po wyjeździe miały większe szanse pójścia na studia, a konieczność przeprowadzki dała im możliwość wyboru zawodu, w którym mogły się sprawdzić, podczas gdy pozostanie na wyspach oznaczało pracę w rybołówstwie, czym trudni się zdecydowana większość tamtejszych mieszkańców. Zmiana drogi życiowej musiała być znacznie łatwiejsza dla młodych ludzi, którzy nie zainwestowali jeszcze wielu lat w naukę zawodu rybaka. Mimo wszystko była to zmiana wymuszona (przez przypadkową szczodrość lawy); osoby, które nie straciły domów, w większości zostały na wyspach i tak jak ich przodkowie nadal zajmują się rybactwem, z trudem wiążąc koniec z końcem.
Jeszcze bardziej niezwykły przykład tego typu inercji pochodzi z Finlandii, z okresu tuż po II wojnie światowej. Ponieważ Finlandia walczyła po przegranej stronie niemieckiej, była zmuszona oddać znaczną część swojego terytorium Związkowi Radzieckiemu. Cała ludność tego obszaru, czyli około 430 tys. osób stanowiących 11% fińskiej populacji, musiała zostać ewakuowana i przesiedlona do pozostałych części kraju[30].
Przesiedleńcy mieszkali przed wojną na terenach mniej zurbanizowanych i rzadziej podejmowali formalne zatrudnienie niż inni mieszkańcy Finlandii, ale poza tym byli bardzo podobni do reszty społeczeństwa. Dwadzieścia pięć lat później, pomimo urazów, jakie musiała pozostawić pospieszna i chaotyczna przeprowadzka, byli bogatsi od innych obywateli - głównie dlatego, że wykazywali większą mobilność, mieszkali w miastach i częściej byli formalnie zatrudnieni. Wygląda na to, że przymusowa przeprowadzka pozwoliła im podnieść kotwicę i uczyniła bardziej przedsiębiorczymi.
Skoro trzeba katastrofy albo wojny, aby zmotywować ludzi do przeprowadzki tam, gdzie płace są najwyższe, najwyraźniej bodźce ekonomiczne same w sobie nie są wystarczającym impulsem do zmiany miejsca zamieszkania.
Oczywiście jest możliwe, że biedniejsi ludzie po prostu nie zdają sobie sprawy z możliwości poprawy swojej sytuacji ekonomicznej poprzez migrację. Interesujący eksperyment terenowy przeprowadzony w Bangladeszu pokazuje, że nie jest to jedyny powód, dla którego się nie przenoszą.
Nie ma żadnych barier prawnych uniemożliwiających migrację w granicach Bangladeszu. Mimo to nawet w okresach niedostatku, które nazywa się tu monga ("pora głodu"), gdy na obszarach wiejskich jest naprawdę niewiele możliwości zarobienia pieniędzy, bardzo mało ludzi migruje do miast, by podjąć niewymagającą kwalifikacji pracę na budowach lub w transporcie, a nawet do sąsiednich regionów rolniczych, w których cykl wegetacji może być trochę przesunięty. Chcąc zrozumieć przyczyny tego stanu rzeczy i zachęcić ludzi do sezonowej zmiany miejsca zamieszkania, badacze postanowili wypróbować różne sposoby pobudzania migracji w okresach niedostatku w regionie Rangpur na północy Bangladeszu[31]. Lokalna organizacja pozarządowa wytypowała grupę przypadkowych osób, po czym części z nich przekazano informacje na temat korzyści płynących z migracji (głównie wysokości zarobków w miastach), a pozostałym zaoferowano oprócz tego wypłatę kwoty 11,5 dolara (wystarczającej na pokrycie kosztów podróży i kilkudniowego wyżywienia w mieście) po przeprowadzce do miasta.
Oferta zachęciła do migracji około jednej czwartej (22%) gospodarstw domowych, które w innej sytuacji nie zdecydowałyby się na wysłanie któregoś z domowników. Większości migrantów udało się znaleźć zatrudnienie. Członkowie grupy, która zdecydowała się na wyjazd, w całym okresie pobytu poza domem zarobili średnio po 105 dolarów, czyli znacznie więcej, niż mogliby zarobić w rodzinnej okolicy. Wysłali przy tym lub przywieźli z powrotem do rodzin średnio po 66 dolarów. W efekcie te gospodarstwa domowe, które zdecydowały się wysłać kogoś do miasta, spożywały średnio aż o 50% kalorii więcej niż pozostałe, co oznacza, że uniknęły śmierci głodowej i osiągnęły w miarę komfortowy poziom wyżywienia.
Dlaczego jednak migranci potrzebowali dodatkowego impulsu ze strony organizacji pozarządowej, aby zdecydować się na podróż? Dlaczego perspektywa śmierci głodowej nie była wystarczającym bodźcem?
W tym przypadku jest zupełnie jasne, że to nie brak informacji był decydującym ograniczeniem. Kiedy organizacja pozarządowa poinformowała losowo wybraną grupę ludzi o dostępności miejsc pracy (ale bez zachęty finansowej), nie przyniosło to absolutnie żadnego efektu. Co więcej, spośród osób, które otrzymały wsparcie finansowe i zdecydowały się na podróż, tylko mniej więcej połowa wyjechała ponownie w następnej porze niedostatku, pomimo osobistych doświadczeń związanych z poszukiwaniem pracy i zarabianiem pieniędzy. Przynajmniej tych ludzi nie powstrzymywał sceptycyzm co do możliwości znalezienia pracy.
Innymi słowy, mimo że osoby decydujące się na migrację - wymuszoną lub nie - zyskują ekonomicznie, trudno traktować poważnie pogląd, że większość ludzi czeka tylko na okazję, by rzucić wszystko i wyjechać do bogatszego kraju. Biorąc pod uwagę skalę korzyści ekonomicznych, migrantów jest znacznie mniej, niż można by się spodziewać. Musi ich powstrzymywać coś innego - do tej zagadki wrócimy później. Zanim jednak do niej dojdziemy, warto zrozumieć, jak działa rynek pracy dla migrantów, a w szczególności to, czy imigranci osiągają korzyści kosztem miejscowych, jak sądzi wiele osób.
Pytanie to było tematem ożywionej debaty w środowisku ekonomistów, ale ogólnie rzecz biorąc, dowody wydają się sugerować, że nawet duże fale migracji mają bardzo niewielki negatywny wpływ na płace lub perspektywy zatrudnienia w populacji, do której dołączają imigranci.
Spór trwa głównie dlatego, że zwykle niełatwo to stwierdzić. Poszczególne kraje ograniczają imigrację, a już najmniej skłonne do wpuszczania ludzi są wtedy, gdy gospodarka ma się źle. Migranci również głosują nogami i mają naturalną skłonność do przemieszczania się tam, gdzie są większe możliwości. Jeśli połączymy te dwa czynniki i narysujemy wykres płac mieszkańców miast, którzy nie są imigrantami, w zależności od odsetka migrantów w miastach otrzymamy piękną krzywą rosnącą - im więcej migrantów, tym wyższe zarobki. To dobra wiadomość dla zwolenników imigracji, ale być może całkowicie nieuzasadniona.
Aby poznać rzeczywisty wpływ imigracji na płace miejscowej ludności, musimy poszukać zmian w migracji, które nie są bezpośrednią reakcją na poziom płac w danym mieście. A i to może nie wystarczyć, bo zarówno obecni mieszkańcy, jak i przedsiębiorstwa także głosują nogami. Przykładowo jest możliwe, że napływ migrantów wypiera z miasta tak wielu rodzimych pracowników, że płace pozostałych nie spadają. Gdybyśmy patrzyli tylko na płace tych autochtonów, którzy zdecydowali się pozostać w miastach zasiedlanych przez migrantów, całkowicie przeoczylibyśmy problemy osób, które zdecydowały się wyjechać. Nowa populacja imigrantów może również przyciągać firmy do jednego miasta kosztem innych miast, a my moglibyśmy nie zauważyć kosztów ponoszonych przez pracowników w tych pozostałych miejscach.
Ciekawą próbą obejścia przynajmniej części tych problemów jest przeprowadzone przez Davida Carda badanie dotyczące exodusu Kubańczyków z portu Mariel[32]. Pomiędzy kwietniem a wrześniem 1980 roku 125 tysięcy obywateli Kuby, w większości słabo wykształconych, przybyło drogą morską do Miami. Fala migracji przyszła po nieoczekiwanym przemówieniu Fidela Castro, który dał ludziom przyzwolenie na wyjazd z kraju. Ich reakcja była natychmiastowa. Przemówienie zostało wygłoszone 20 kwietnia, a lawina ruszyła jeszcze przed końcem miesiąca. Wielu uciekinierów osiadło na stałe w Miami, wskutek czego liczebność siły roboczej w tym mieście wzrosła o 7%.
Co się stało z płacami? Aby się tego dowiedzieć, Card przyjął metodę różnicy w różnicach. Porównał zmiany płac i stopę bezrobocia wśród dotychczasowych mieszkańców Miami przed przybyciem migrantów i po nim z tymi samymi parametrami populacji czterech innych, "podobnych" miast w Stanach Zjednoczonych (Atlanty, Houston, Los Angeles i Tampy). Chciał sprawdzić, czy po przybyciu uciekinierów z Mariel (zwanych Marielitos) nie doszło do spowolnienia wzrostu wysokości płac i liczby miejsc pracy dla ludzi, którzy mieszkali wcześniej w Miami, w porównaniu z tymi samymi parametrami odnotowanymi w czterech innych miastach.
Card nie zauważył żadnej różnicy - płace autochtonów nie ucierpiały wskutek napływu Marielitos ani bezpośrednio po ich przybyciu, ani kilka lat później. Dotyczyło to również zarobków kubańskich przybyszów z poprzedniej fali migracji, którzy pod wieloma względami byli podobni do nowych migrantów i dlatego mogli najbardziej odczuć skutki napływu kolejnej grupy.
Opisane badanie okazało się ważnym krokiem w stronę uzyskania rzetelnej odpowiedzi na pytanie o wpływ migracji na lokalną gospodarkę. Marielitos nie wybrali Miami ze względu na możliwości zatrudnienia - po prostu był to najbliższy port, do którego mogli zawinąć. Fala migracji przyszła niespodziewanie, więc przynajmniej w krótkim okresie pracownicy i przedsiębiorcy nie mieli czasu, by zareagować (pracownicy poprzez wyjazd z miasta, a firmy poprzez przeniesienie działalności do niego). Badanie Carda było bardzo istotne zarówno ze względu na przyjętą metodę, jak i sformułowane wnioski. Pierwszy raz udało się wykazać, że model podaży i popytu może nie znajdować bezpośredniego zastosowania w przypadku migracji ludności.
Bez wątpienia dlatego właśnie jego wyniki stały się przedmiotem ożywionej dyskusji. Wiele razy je podważano i potwierdzano. Chyba żadne inne badanie empiryczne w ekonomii nie wywołało tak wielkich, pełnych pasji sporów. Stałym krytykiem badania exodusu z Mariel jest George Borjas, wielki zwolennik polityki ograniczania napływu nisko wykwalifikowanych imigrantów. Borjas przeanalizował ponownie tę sytuację, biorąc do porównania większą grupę miast i skupiając się przede wszystkim na nielatynoskich uczniach szkół średnich przerywających naukę, ponieważ uznał, że jest to grupa, o którą powinniśmy się martwić najbardziej[33]. Zauważył, że w porównaniu z innymi miastami płace w Miami w tej grupie ludności zaczęły bardzo gwałtownie spadać po przybyciu fali imigrantów. Późniejsza ponowna analiza wykazała jednak, że również te nowe wyniki można podważyć, jeśli weźmie się pod uwagę latynoskich uczniów porzucających szkołę średnią (wydałoby się, że to najbardziej oczywista grupa, z którą należy porównywać kubańskich imigrantów, ale Borjas z jakiegoś powodu jej nie uwzględnił) i kobiety (również pominięte przez Borjasa bez wyraźnego powodu)[34]. Co więcej, w kolejnych badaniach polegających na porównywaniu Miami z różnymi miastami, w których trendy na rynku pracy były bardzo podobne jak w Miami przed exodusem, nie wykrywa się żadnego wpływu migracji na płace i poziom zatrudnienia[35]. Borjas pozostaje jednak nieprzekonany, a spór o imigrantów z Mariel trwa[36].
Jeżeli ktoś ma trudności z wyciągnięciem z tego wszystkiego jakichś sensownych wniosków, nie jest sam. Szczerze mówiąc, sprawy nie ułatwia fakt, że żaden z uczestników sporu nie jest gotów zmienić zdania, a opinie zdają się korelować z poglądami politycznymi. Tak czy inaczej, uzależnianie przyszłej polityki imigracyjnej od jednego zdarzenia, które miało miejsce 30 lat temu w jednym mieście, wydaje się dość nierozsądne.
Na szczęście praca Carda zainspirowała wielu innych uczonych do podejmowania prób identyfikowania podobnych zdarzeń, w ramach których imigranci lub uchodźcy byli wysyłani w jakieś miejsce bez ostrzeżenia i bez żadnej kontroli nad tym, gdzie powinni się udać. Istnieje badanie dotyczące repatriacji do Francji Algierczyków europejskiego pochodzenia po uzyskaniu przez Algierię w 1962 roku niepodległości od Francji[37]. W ramach innego badania analizowano wpływ masowej emigracji ze Związku Radzieckiego do Izraela po zniesieniu przez Moskwę w latach dziewięćdziesiątych ograniczeń w tym zakresie, wskutek czego liczba ludności Izraela wzrosła w ciągu czterech lat o 12%[38]. W jeszcze innym przyglądano się skutkom dużego napływu Europejczyków do Stanów Zjednoczonych w okresie wielkiej emigracji (w latach 1910-1930)[39]. Za każdym razem obserwowano bardzo niewielki niekorzystny wpływ imigracji na lokalną populację. W rzeczywistości czasem ten wpływ był bardzo pozytywny. Przykładowo napływ europejskich przybyszów do Stanów Zjednoczonych zwiększał ogólne zatrudnienie wśród autochtonów, sprzyjał awansowi miejscowych na brygadzistów i kierowników oraz skutkował wzrostem produkcji przemysłowej.
Dysponujemy również podobnymi danymi dotyczącymi niedawnego napływu uchodźców z całego świata do Europy Zachodniej. Pewne szczególnie intrygujące badanie dotyczy Danii[40]. Kraj ten jest wyjątkowy pod wieloma względami, między innymi dlatego, że prowadzi bardzo szczegółowe rejestry dotyczące wszystkich mieszkańców. W przeszłości uchodźcy byli rozlokowywani w różnych miastach, bez uwzględniania ich preferencji i możliwości znalezienia pracy. Ważna była jedynie dostępność komunalnych zasobów mieszkaniowych oraz zdolność lokalnej administracji do udzielenia tym ludziom pomocy w osiedleniu się. W latach 1994-1998 nastąpił duży napływ imigrantów z tak różnych krajów, jak: Bośnia, Afganistan, Somalia, Irak, Iran, Wietnam, Sri Lanka i Liban. Wszyscy ci ludzie zostali w mniej lub bardziej przypadkowy sposób rozproszeni po całym terytorium Danii. Kiedy w 1998 roku zarzucono politykę odgórnego rozlokowywania przybyszów, większość migrantów zaczęła się kierować tam, gdzie mieszkali już przedstawiciele ich grup etnicznych. Przykładowo imigranci z Iraku wybierali miejsca, w których wcześniej dość przypadkowo osiedli inni przyjezdni z ich kraju. W efekcie w niektórych duńskich gminach wyrosły o wiele liczniejsze społeczności imigrantów niż w innych, a jedyną widoczną przyczyną było to, że w pewnym momencie między 1994 a 1998 rokiem gminy te dysponowały wolnymi zasobami umożliwiającymi przyjęcie przybyszów.
Autorzy omawianego badania doszli do takich samych wniosków co autorzy badań historycznych. Porównanie zmian wysokości płac i stopy bezrobocia wśród gorzej wykształconych rodzimych mieszkańców miast, do których napłynęli imigranci, z podobnymi parametrami odnotowanymi w innych miejscach nie ujawniło dowodów na niekorzystny wpływ migracji na rynek pracy.
Każde z cytowanych badań sugeruje, że nisko wykwalifikowani imigranci na ogół nie pozbawiają miejscowych zatrudnienia, a ich pojawienie się nie powoduje obniżki płac. Poziom retorycznego zapału we współczesnym dyskursie politycznym bardzo utrudnia jednak dostrzeżenie faktów przez zasłonę poglądów politycznych uczestników sporu. Gdzie zatem można usłyszeć spokojny, metodyczny głos fachowców? Czytelnicy zainteresowani delikatną sztuką budowania konsensusu w dziedzinie ekonomii mogą zajrzeć na 267 stronę darmowego raportu o wpływie imigracji na gospodarkę przygotowanego przez Amerykańską Narodową Akademię Nauk, będącą najbardziej szacownym gronem naukowym w Stanach Zjednoczonych[41]. Instytucja ta od czasu do czasu organizuje dyskusje panelowe, których celem jest podsumowanie konsensusu naukowego w danej sprawie. W panelu poświęconym imigracji wzięli udział zarówno jej zwolennicy, jak i przeciwnicy (w tym George Borjas). Musieli oni uwzględnić korzystne, niekorzystne i niewygodne fakty, a ich wywody są często bardzo zawikłane, jednak wspólnie doszli do bodaj najbardziej jednoznacznej konkluzji, jaką kiedykolwiek udało się osiągnąć grupie ekonomistów:
Badania empiryczne przeprowadzone w ostatnich dekadach prowadzą do wniosków w zasadzie zbieżnych z ustaleniami The New Americans National Research Council z 1997 roku, które mówią, że w okresie dłuższym niż 10 lat wpływ imigracji na poziom płac rodzimych mieszkańców jest bardzo niewielki.
Dlaczego klasyczna teoria popytu i podaży (im więcej czegoś mamy, tym niższa jest cena) nie znajduje zastosowania w przypadku imigracji? Ważne jest, aby dotrzeć do sedna tego pytania, ponieważ nawet jeśli to prawda, że imigracja nie ma wpływu na wysokość płac osób o niskich kwalifikacjach, to dopóki nie dowiemy się, dlaczego tak się dzieje, zawsze będziemy się zastanawiać, czy nie wynika to z jakichś szczególnych okoliczności lub danych.
Istnieje wiele czynników, które okazują się istotne, a są pomijane w podstawowym modelu podaży i popytu. Po pierwsze, napływ nowej grupy pracowników zazwyczaj powoduje przesunięcie krzywej popytu w prawo, co pomaga zniwelować efekt spadku. Przybysze wydają pieniądze - chodzą do restauracji, do fryzjera, na zakupy. Wskutek tego powstają nowe miejsca pracy, i to głównie dla innych osób o niskich kwalifikacjach. Jak widać na rysunku 2.2, to pociąga za sobą wzrost płac i być może w ten sposób kompensuje przesunięcie krzywej podaży pracy, dzięki czemu płace i poziom zatrudnienia nie ulegają zmianie.
Rys. 2.2. "Ekonomia na serwetce" w nowej odsłonie. Większa liczba migrantów nie zawsze oznacza obniżenie płac
W rzeczywistości istnieją dowody na to, że jeśli wzrost popytu na pracę zostanie stłumiony, migracja może rzeczywiście mieć "spodziewany" negatywny wpływ na rodzimych mieszkańców. Przez krótki czas pracownicy z Czech mogli swobodnie przekraczać granicę i podejmować pracę w Niemczech. W szczytowym momencie w przygranicznych miejscowościach niemieckich nawet 10% pracowników dojeżdżało z Republiki Czeskiej. W tym okresie płace miejscowej ludności nie uległy znaczącej zmianie, nastąpił jednak duży spadek zatrudnienia, ponieważ - inaczej niż w omawianych wyżej przypadkach - Czesi wracali do siebie, by wydać zarobione pieniądze. Nie nastąpił więc efekt domina, który mógłby wpłynąć na popyt na pracę w Niemczech. Imigranci nie mogą bowiem wywołać wzrostu gospodarczego w swoich nowych społecznościach, jeśli nie wydają w nich zarobionych pieniędzy; kiedy zabierają je ze sobą do kraju pochodzenia, społeczność przyjmująca nie odnosi korzyści ekonomicznych związanych z imigracją[42]. Znajdujemy się wtedy ponownie w sytuacji przedstawionej na rysunku 2.1 (str. 28), gdzie poruszamy się po nachylonej w dół krzywej popytu na pracę, przy czym nie dochodzi do kompensującego ten spadek przesunięcia krzywej w prawo.
Po drugie, napływ nisko wykwalifikowanych migrantów może zwiększać popyt na pracę ze względu na spowolnienie procesu mechanizacji. Perspektywa stabilnego dopływu taniej siły roboczej zmniejsza atrakcyjność wdrażania technologii oszczędzających pracę. W grudniu 1964 roku meksykańscy robotnicy rolni, zwani braceros, zostali wyrzuceni z Kalifornii właśnie dlatego, że ich obecność była powodem zaniżania płac rodowitych Kalifornijczyków. Ich odejście nic nie dało tubylcom - płace i zatrudnienie nie wzrosły[43]. Gdy tylko braceros opuścili Kalifornię, gospodarstwa rolne, które wcześniej w dużym stopniu polegały na ich pracy, zrobiły bowiem dwie rzeczy. Po pierwsze, zmechanizowały produkcję. Przykładowo maszyny do zbioru pomidorów, które mogły podwoić wydajność pracy w przeliczeniu na jednego robotnika, istniały już od lat pięćdziesiątych, ale proces ich wdrażania przebiegał bardzo powoli. W Kalifornii wskaźnik ich upowszechnienia wzrósł z poziomu bliskiego zero procent, odnotowanego w 1964 roku, czyli w momencie odejścia braceros, do 100% w 1967 roku. Tymczasem w Ohio, gdzie nigdy nie było robotników napływowych, stopień upowszechnienia maszyn w tym samym okresie praktycznie się nie zmienił. Po drugie, rolnicy wycofali się z upraw, których nie dało się zmechanizować. W ten sposób Kalifornia, przynajmniej na jakiś czas, zrezygnowała z takich przysmaków, jak: szparagi, świeże truskawki, sałata, seler i ogórki na przetwory.
Po trzecie, w związku z dwiema powyższymi kwestiami, pracodawcy próbują reorganizować produkcję, aby efektywnie wykorzystać nową siłę roboczą, co może otworzyć drogę do nowych zawodów dla rodzimych pracowników o niskich kwalifikacjach. W omówionym wcześniej przypadku Danii, tamtejsi nisko wykwalifikowani pracownicy ostatecznie skorzystali na przybyciu migrantów, częściowo dlatego, że mogli dzięki temu zmienić zawód[44]. Tam, gdzie imigracja była większa, więcej rodzimych pracowników przekwalifikowało się z pracy fizycznej na umysłową i zmieniło pracodawcę. Zwykle wybierali oni zawody wymagające wykonywania bardziej złożonych zadań, większych zdolności komunikacyjnych i szerszej wiedzy technicznej, co pokrywa się ze spostrzeżeniem, że przybywający do kraju imigranci prawie nie mówili po duńsku i nie mogli rywalizować z miejscowymi o pracę w tych zawodach. Taki sam rodzaj awansu zawodowego miał miejsce podczas wielkiej europejskiej emigracji do Stanów Zjednoczonych na przełomie XIX i XX wieku.
Mówiąc bardziej ogólnie, wygląda na to, że nisko wykwalifikowani autochtoni i imigranci nie muszą ze sobą bezpośrednio rywalizować. Mogą wykonywać różne zadania, przy czym imigranci mogą specjalizować się w zajęciach niewymagających intensywnej komunikacji, a rodzimi pracownicy w zadaniach, w których jest ona niezbędna. Obecność imigrantów może w rzeczywistości zachęcać firmy do zatrudniania większej liczby pracowników; w takiej sytuacji imigranci wypełniają prostsze zadania, a rodzimi pracownicy przechodzą do bardziej zaawansowanych i bardziej satysfakcjonujących zajęć.
Po czwarte, kolejnym przejawem tego, że migranci raczej uzupełniają miejscową siłę roboczą, niż z nią konkurują, jest ich gotowość do wykonywania zadań, które rodzimi mieszkańcy podejmują raczej niechętnie - koszenia trawników, smażenia hamburgerów, zajmowania się dziećmi i chorymi ludźmi. Kiedy jest więcej imigrantów, ceny tych usług zwykle spadają, co ułatwia życie rodzimym pracownikom i daje im możliwość podejmowania innych prac[45]. Zwłaszcza wysoko wykwalifikowane kobiety mają większe szanse na podjęcie zatrudnienia, gdy w okolicy jest wielu imigrantów[46]. Ich wejście na rynek pracy zwiększa z kolei popyt na nisko wykwalifikowaną siłę roboczą (opieka nad dziećmi, gotowanie, sprzątanie) w gospodarstwach domowych lub w firmach, którymi zarządzają.
Skutki imigracji zależą również w znacznym stopniu od tego, kim są migranci. Jeśli są wśród nich osoby bardzo przedsiębiorcze, mogą zakładać firmy i tworzyć miejsca pracy dla autochtonów. Osoby o najniższych kwalifikacjach zasilają szeregi prostych robotników, z którymi muszą rywalizować rodzimi pracownicy o niewielkich umiejętnościach.
O tym, kto migruje, decydują zazwyczaj bariery, które trzeba pokonać na drodze do kraju docelowego. Kiedy prezydent Trump przeciwstawiał niechcianych migrantów z "nędznego zadupia" tym dobrym, pochodzącym z Norwegii, najprawdopodobniej nie wiedział, że dawno temu to norwescy imigranci byli częścią "wzgardzonych mas", o których wspominała w swoim sonecie Emma Lazarus[47]. Tak się składa, że przeprowadzono badania dotyczące sytuacji norweskich imigrantów przybywających do Stanów Zjednoczonych w epoce masowej migracji na przełomie XIX i XX wieku[48]. W tamtych czasach jedynym ograniczeniem ruchu ludności były koszty podróży. W ramach tego badania porównano rodziny migrantów z tymi, w których nikt nie migrował. Okazało się, że migranci pochodzili zazwyczaj z najbiedniejszych rodzin; ich ojcowie byli znacznie ubożsi, niż wynosiła średnia. Historycy (i ekonomiści) doceniają ironię ukrytą w fakcie, że imigranci z Norwegii w swoich czasach byli właśnie takimi ludźmi, jakich Trump instynktownie wolałby trzymać na dystans. W jego oczach byliby bowiem przybyszami z "nędznego zadupia".
W przeciwieństwie do nich ci, którzy dziś wyjeżdżają z biednych krajów, muszą mieć pieniądze na pokrycie kosztów podróży i odwagę (lub dobre wykształcenie) niezbędną do pokonania systemu kontroli imigracji, który zazwyczaj jest nastawiony przeciwko nim. Wielu posiada wyjątkowe talenty - umiejętności, ambicję, cierpliwość i wytrwałość - dzięki którym mogą tworzyć nowe miejsca pracy lub wychować dzieci na przedsiębiorczych ludzi dających innym zatrudnienie. Z raportu Centrum Amerykańskiej Przedsiębiorczości wynika, że w 2017 roku aż 43% spośród 500 firm o największych przychodach w Stanach Zjednoczonych (z listy Fortune 500) stanowiły podmioty, których założycielami bądź współzałożycielami byli imigranci lub ich dzieci. Co więcej, firmy założone przez imigrantów stanowią 52% podmiotów z pierwszej dwudziestkipiątki, 57% firm z pierwszej trzydziestkipiątki i dziewięć spośród trzynastu najbardziej wartościowych marek[49]. Henry Ford był synem irlandzkiego imigranta. Biologiczny ojciec Steve'a Jobsa pochodził z Syrii. Sergey Brin urodził się w Rosji. Jeff Bezos nosi nazwisko swojego ojczyma, kubańskiego imigranta Mike'a Bezosa.
I nawet w tych, którzy na początku nie wyróżniają się niczym szczególnym, bycie imigrantem w obcym miejscu, bez więzi społecznych z jednej strony wzbogacających życie, a z drugiej ograniczających możliwość pełnego determinacji dążenia do sukcesu zawodowego, może wyzwolić chęć spróbowania czegoś nowego i innego. Abhijit zna wielu bengalskich mężczyzn z klasy średniej, którzy podobnie jak on nigdy nie zmywali naczyń w rodzinnym domu. Kiedy jednak w jakimś brytyjskim lub amerykańskim mieście zabrakło im pieniędzy, a mieli dużo czasu, zatrudnili się jako kelnerzy w lokalnej restauracji i odkryli, że takie zajęcie nawet bardziej im odpowiada niż praca umysłowa, o której marzyli. Być może niedoszli islandzcy rybacy znaleźli się w odwrotnej sytuacji - rzuceni w nieznane miejsce, gdzie znacznie więcej ludzi decydowało się na studia, uznali, że to wcale nie jest taki zły pomysł[50].
Bardzo dużym problemem w stosowaniu analizy popytu i podaży w odniesieniu do imigracji jest to, że napływ imigrantów zwiększa popyt na siłę roboczą, a jednocześnie zwiększa podaż pracowników. To jeden z powodów, dla których płace nie spadają, gdy jest więcej imigrantów. Jeszcze głębszy problem tkwi w samej naturze rynku pracy, bowiem prawo popytu i podaży niezbyt dobrze opisuje jego rzeczywiste funkcjonowanie.
[...]