Wstęp
Wstęp
Dlaczego znowu o golfie?
To proste.
Trochę pewnie przypadek, jak wiele rzeczy w życiu, trochę pasja, trochę
chęć zwiedzania świata przy okazji gry w golfa. I wreszcie trochę taka
wewnętrzna misja, żeby zachęcić innych do gry.
Przypadek, bo szczerze powiedziawszy, uważałem tę grę za nudną,
snobistyczną, drogą i nieciekawą. Nawet gdy za namową przyjaciół sam
spróbowałem, to zdania nie zmieniłem, dopóki nie trafiłem na człowieka,
trenera, dzięki któremu golf zaczął mi sprawiać przyjemność.
Pasja, bo z uprawiania zwyczajnej, jednej z wielu dyscyplin sportowych
uczyniłem swoje życiowe hobby. Najpierw było to zbieranie piłeczek
golfowych z logo pola, na którym osobiście zagrałem. Potem zacząłem
opisywać te pola, fotografować je, rankingować, aż w końcu ścigać się z samym sobą, żeby znaleźć się w kolejnym kraju, na nowym dla mnie polu.
Nie dość tego, bo również po to, żeby w końcu napisać artykuł: o swoich
doświadczeniach, ocenach, wrażeniach, opowiadając przy okazji o przygodach, krajach, miastach, czasem hotelach, restauracjach, klubach i innych interesujących miejscach.
Świat jest piękny. Życie jest krótkie. To truizmy, o których nie muszę
pisać. Można sobie kupić dom na Mazurach albo w Zakopanem, można w Marbelli czy gdziekolwiek indziej. Można wtedy jeździć tam sobie, ile
dusza zapragnie. Czemu jednak nie pojechać, by zobaczyć Wielki Mur
Chiński, piramidy w Gizie, muzeum Prado w Madrycie? Nie poleżeć trochę
na plaży w Sri Lance, a przy okazji zagrać tam w golfa? Ja to robię
trochę w odwrotnej kolejności - wybieram destynacje golfowe, a przy
okazji zwiedzam świat, napawając się jego urodą, historią, zabytkami,
współczesną architekturą, ciekawymi miejscami.
Nie chcę wchodzić w dywagacje, na ile "niepopularność" golfa w Polsce to
efekt historii, nastawienia władz czy krążących stereotypów. To nie ma -
a jednocześnie ma - żadnego znaczenia. Żyjemy w środku Europy, w XXI
wieku, a golf jest bardzo, ale to bardzo popularną dyscypliną i sposobem
na rekreację na całym świecie. Trzeba zatem te bariery, te stereotypy,
przełamywać. Trzeba o tym mówić i pisać. Trzeba do golfa zachęcać i go
popularyzować. Robi to wiele osób, robię i ja. I tyle.
Macie przed sobą zbiór popularyzatorskich felietonów pisanych przez
lata, nieco zmodyfikowanych na potrzeby tej książki. Nie odkładajcie jej
apriorycznie na półkę, przeczytajcie choć dwa, trzy artykuły. Nie
spodoba się wam - trudno. Jeśli jednak zachęcę was do zaplanowania
wyjazdu do Norwegii, do Słowenii czy gdziekolwiek indziej i połączenia
go z grą na kilku polach golfowych, już będę szczęśliwy. Jeszcze większe
szczęście mnie ogarnie, gdy trafię do ludzi, którzy dotąd w golfa nie
grali, a te parę artykułów ich do tego skłoni.
Najprościej powiedzieć, że się czegoś nie lubi albo że szkoda na to coś
czasu, jeśli się tego nie zna. Nigdy nie spróbowało.
Nie mam racji?
Spróbujcie więc - sami albo rodzinnie. Sportowo albo rekreacyjnie.
Golf to piękna gra, wielka dyscyplina sportowa z milionami dolarów w tle, przeznaczanymi na nagrody za wygrane turnieje. To fajna rekreacja
na świeżym powietrzu, często w pięknych okolicznościach przyrody. To
pomysł na spędzenie czasu, pokonkurowanie i dostarczenie bliskim
ekstrazabawy. To wreszcie nauka reguł i zasad, które warto stosować
również w życiu, ale także pokory, akceptacji własnych słabości,
umiejętności godzenia się z porażką i jednocześnie sportowej rywalizacji
w duchu fair play.
Grajcie w golfa.
Warto.
Pozdrawiam
Pasyn
Golf. Gra pasterzy i gentlemanów
To właśnie szkoccy pasterze owiec - pewnie trochę z nudów, a może też z myślą o przyjacielskiej rywalizacji - leżąc i gapiąc się to na owieczki,
to na niebo, wymyślili tę grę. Wykopali w ziemi parę dołków,
przysposobili znalezione gałęzie na kształt łopatki na długim trzonku,
zrobili kulkę ze skóry, wypełnili ją trocinami i powiedzieli do siebie:
"Kto trafi piłeczką do dołka, uderzając ją najmniej razy, ten wygrywa".
Minęło trochę czasu. Zmagania pasterzy podpatrzył zapewne któryś z właścicieli zwierząt będących naturalnymi producentami wełny. Może też
paru notabli czy innych szlachetnie urodzonych. I ani się kto obejrzał,
a gra trafiła na salony.
Trudno powiedzieć, że dziś grają w nią gentlemani, bo jak podaje
Wikipedia: "W swym pierwotnym i ścisłym znaczeniu pojęcie to określało
mężczyznę z dobrej rodziny, po łacinie gentilis (...). W tym znaczeniu
słowo jest równoważne francuskiemu gentilhomme ("szlachcic,
arystokrata"), którego użycie w Wielkiej
Brytanii długo
ograniczało się do mężczyzn posiadających godność
para - szlachty właściwej objętej zasadą wzajemnej równości".
Na podstawie Polskiego kodeksu
honorowego
Władysława
Boziewicza
z 1919 roku, który uznawał kategorie "człowieka honoru" i "dżentelmena"
za równoznaczne, można określić polską wizję tego wzorca: jest to
mężczyzna odznaczający się nienagannymi manierami, nieposzlakowanym
imieniem i uznający honor za najwyższą wartość. Musi być pełnoletni,
niezależny i posiadający przynajmniej średnie wykształcenie. Jego
przymiotami są: męstwo, czyli zdecydowanie, odwaga i waleczność.
Powinien być zawsze gotów do udowodnienia swoich zalet w pojedynku.
Oskarżenie o tchórzostwo jest dla niego jedną z najbardziej dotkliwych
obelg. Do obowiązków gentlemana należy również obrona kobiet; mężczyźni
niewalczący o dobre imię niewiast skazują się na ostracyzm. Od
gentlemanów wymagano także odpowiedniego prowadzenia się w przestrzeni
publicznej. Szczególnie zwracano uwagę na zachowanie pod wpływem
alkoholu i brak poważniejszych konfliktów z prawem.
Czemu zatem napisałem, że golf to gra gentlemanów?
Bo tak jest. I choć część pojęć i określeń związanych z gentlemanem się
zdezawuowała, to te dotyczące stosunku do kobiet, zachowania wśród ludzi
i przestrzegania prawa są aktualne i ponadczasowe. A golf jest właśnie
taką grą, w której uczciwość, poszanowanie zasad, przestrzeganie reguł i stosowanie etykiety są out of the question!
Dziś w golfa grają wszyscy: mechanicy, barmani, kierowcy taksówek,
inżynierowie, lekarze, prawnicy, biznesmeni, członkowie rządów (z premierami na czele), prezydenci, a nawet koronowane głowy, nie mówiąc
już o aktorach, piosenkarzach, emerytach i dzieciach.
Coś więc musi być w tej grze, skoro uprawia ją ponad 150 milionów ludzi
na świecie bez względu na status materialny, płeć, wykształcenie, wiek,
zawód i posturę.
OK, ale co z pasterzami?
Rzecz ciekawa - choć gram w golfa już od ponad 16 lat i z niejednego
pieca chleb jadłem, czyli grałem w wielu krajach na świecie, na setkach
pól i często zadawałem partnerom pytanie o ich zawód, nigdy nie
natrafiłem na grającego pasterza.
Może zbyt rzadko jeżdżę do Szkocji? A może oni, pasterze, się obrazili,
że im ukradziono pomysł na grę, i na złość mamie, jak mówi porzekadło,
całkiem zarzucili tę dyscyplinę?
Może zatem prawdziwych pasterzy i prawdziwych gentlemanów w golfie już
nie ma, tak jak nie ma dziś prawdziwych Cyganów, o czym onegdaj śpiewała
wiecznie młoda Maryla Rodowicz.
Z żoną, Irlandia Północna, lipiec 2022
Przez większość życia (a mam już swoje lata) uważałem, jak pewnie
większość z was, że trzeba być kretynem, snobem lub niepełnosprawnym -
fizycznie czy umysłowo - żeby chodzić z kijkiem po trawie i starać się
wcelować małą białą piłeczką do dołka, tocząc ją po przystrzyżonej
trawie zwanej greenem. Ani to sport, ani rekreacja, ani tym bardziej
przyjemność, tłumaczyłem sobie i swoim znajomym, zadufany we własne
zdanie.
Na swoje szczęście - tak mogę powiedzieć teraz - poznałem kilku golfowych
zapaleńców i moje podejście do tej dyscypliny uległo zasadniczej
zmianie.
Pierwsze próby nie były specjalnie udane. A nawet wręcz mało przyjemne.
Zrządzeniem losu i przypadku trafiłem w końcu do trenera, który w naszym
golfowym języku nazywa się head pro. Trochę na siłę wyciągnął mnie na
driving range (to miejsce, gdzie się trenuje, uderzając piłki różnymi
kijami), żebym pokazał, co potrafię. Po godzinie pojawiła się moja żona
i zapytała zaniepokojona, czy coś się stało, bo mieliśmy tam być
kwadrans.
- Nie przeszkadzaj! - burknąłem, choć na ogół jestem całkiem miłym i sympatycznym człowiekiem. - Nie widzisz, że trenuję?
Make long story short: następnego dnia zamówiłem kije golfowe, cały
zestaw, wraz z torbą. I tak rozpocząłem przygodę z golfem, która trwa do
dziś.
Challenge polegający na poprawianiu rezultatów (liczby wykonanych
uderzeń na polu golfowym w trakcie jednej rundy) stopniowo zamienił się
w pasję, następnie w way of life, a jeszcze potem w pomysł, żeby
zagrać w życiu na jak największej liczbie pól golfowych na całym
świecie.
Dość konsekwentnie realizuję ten plan od ładnych paru lat. Do dziś
zagrałem na 490 różnych polach golfowych w 47 krajach. Mam szczerą
nadzieję, że uda mi się jeszcze w tym roku pokonać magiczną granicę
pięciuset pól i prostą drogą, step by step, dojść stopniowo do
tysiąca!
Wariat? Może trochę. Ale czy pasję można nazwać wariactwem?
Zacząłem pisać felietony do różnych magazynów. Wydałem książkę Golf to
moja pasja (druga powinna się ukazać na rynku w 2021 roku). Krótko
mówiąc, postawiłem sobie jasny cel: propagować golf. Tłumaczyć, o co
chodzi w tej grze. Zachęcać innych do uprawiania tej dyscypliny. Pisać
tak, żeby ludzie nie myśleli, że golf to gra dla snobów, elit, emerytów
i bogaczy, ale dla wszystkich. Nie dlatego, albo nie tylko dlatego, że
to sport przez duże S, ale dlatego, że to zdrowa rywalizacja, rekreacja,
odpoczynek, relaks, kontakt z naturą, możliwość poznania wielu nowych,
wspaniałych ludzi, szansa na zwiedzenie świata, przygoda i w pewnym
sensie pomysł na życie.
Kieruję te słowa do nie byle kogo, ale do was, szanowni czytelnicy "Elle
Man".
Na golfie z przyjaciółmi. Pierwszy z prawej Czesław Romankiewicz, najstarszy golfista w Polsce - 96 lat, Tatfort GC, Toruń, maj 2019
Jesteście cr?me de la cr?me. Czytacie o modzie, trendach, ciekawych
ludziach, wydarzeniach, kulturze, designie. Jeżeli zatem po tym
felietonie nie zarażę was swoją pasją, nie namówię na golfa, choćby na
spróbowanie, to zacznę poważnie rozważać seppuku.
Nie lubię słowa "elity". Ma ono w naszym kraju negatywne konotacje. Ale
prawda jest prosta, banalna i brutalna: to elity (i to obojętnie jakie -
kulturalne, sportowe, modowe, intelektualne) wyznaczają kierunki. Jeśli
wy zaczniecie grać w golfa, jeśli będą to robić wasze żony, dzieci,
przyjaciele i znajomi, za wami pójdą inni.
Będę więc z uporem maniaka i za zgodą miłościwie panującego nam
Naczelnego zachęcać was do uprawiania tej jakże wspaniałej gry. Będę
opowiadać o golfie, o pięknych polach, podróżach, przygodach, ludziach,
których poznałem, ciągając z mozołem po trawie ciężki wózek wyładowany
kijami golfowymi i mnóstwem innych mniej lub bardziej potrzebnych
rzeczy.
No to po kolei.
Historia: mimo że zdania są podzielone jak podczas głosowania w naszym
Sejmie, Chińczycy (jak to Chińczycy, którzy chcą być numerem jeden na
świecie i na pewno już niedługo będą) twierdzą, że golf wymyślili oni. W książce Dongxuan jej autor Wei Tai opisuje grę chuiwan, której
zasady rzeczywiście przypominają te rządzące współczesnym golfem. Grano
w nią za czasów dynastii Song, około 1000 roku naszej ery. Holendrzy z kolei twierdzą, że kolebką golfa jest Holandia, gdzie już w 1297 roku
odbijano kijami skórzaną piłeczkę, choć nie do dołka, ale do tarczy, a wygrywał ten, kto uderzył mniejszą liczbę razy. Może to i prawda, bo
słowo "golf" pochodzi od holenderskiego kolf, oznaczającego laskę,
maczugę lub kij.
Nijak ma się to jednak do zasad współczesnego golfa, które ustanowili
Szkoci. I nie ma co do tego wątpliwości!
Podobno już w XV wieku parlament Szkocji oficjalnie, choć na dość
krótko, zakazał gry zwanej golfem. Jednak niektórzy twierdzą, że zakaz
dotyczył podobnych rozgrywek, zwanych shinty, bardziej
przypominających współczesny hokej na trawie. Niemniej udokumentowanym
faktem jest, że królowa Szkotów Maria I Stuart grała w golfa w 1567
roku, a pierwsza zachowana informacja o grze datowana jest na 2 marca
1672 roku i pochodzi z pola Musselburgh Links, The Old Golf Course, w Szkocji, na wschód od Edynburga - najstarszego, czynnego do dziś, choć
tylko dziewięciodołkowego, pola na świecie.
Tak czy inaczej, współczesne reguły gry w golfa zostały opisane przez
najstarszy klub golfowy na świecie, założony 14 maja 1754 roku - The
Royal and Ancient Golf Club of St. Andrews. Po dziś dzień klub ten
opisuje, ustanawia i modyfikuje reguły gry w golfa, choć od pewnego
czasu czyni to wspólnie z USGA (United States Golf Association). Pole
The Old Course w St. Andrews jest absolutną mekką wszystkich golfistów.
Teraz powinienem opisać wam zasady gry, wytłumaczyć, jak wygląda pole
golfowe, co to jest par dołka i par pola, a na końcu zaznajomić was z regułami i etykietą. Ale tego nie zrobię. Przyjdzie na to czas kiedy
indziej. Ci z was, którzy grają w golfa - jestem pewien, że tacy są -
wiedzą to doskonale. Ci, którzy przygodę z golfem dopiero zaczną - nie
muszą teraz mieć tej wiedzy.
Ważniejsze, wydaje mi się, jest powiedzenie wam, dlaczego ja - i jeszcze
wiele milionów ludzi na świecie - zmieniłem swoje podejście do tej gry.
Powodów jest tak wiele, że prawdę mówiąc, nie wiem, od czego zacząć. Od
kasy? Przyjemności i radości z gry? Ekologii? Zdrowia? Estetyki?
Rekreacji? Sportu? Zen? Szacunku? Uczciwości?
Money makes a world go round, czyli kasa rządzi światem, jak śpiewała
w kultowym już dziś filmie Kabaret Liza Minnelli. Więc chyba od tego
zacznę.
Światem golfowym rządził wtedy Jack Nicklaus, a Tiger Woods musiał
czekać jeszcze trzy lata, żeby pojawić się na tym marnym padole. Ale to
właśnie on, Afroamerykanin z ubogiej rodziny, przeniósł golfa w inny
wymiar. Jego gra, perfekcja, wirtuozeria, popularność (może i kolor
skóry?) spowodowały, że 20 parę lat później nagrody za wygrane turnieje,
kasa za udział w reklamach poszybowały w przypadku Tigera nie tyle w niebo, ile w kosmos. Został pierwszym człowiekiem na świecie, którego
zarobki płynące ze sportu przekroczyły miliard dolarów. Science
fiction? I tak, i nie, bo pieniądze kwadratowe. Ale gdy następnego dnia
po wygraniu przez Tigera dużego turnieju kilkadziesiąt tysięcy ludzi na
całym świecie biegło do sklepów, żeby kupić taką koszulkę, w jakiej on
występował w rundzie finałowej, a firma Nike, sponsor i producent tych
koszulek, musiała zatrudniać dodatkowych księgowych do liczenia
przychodów i zysków, to czemu się tu dziwić? Jeszcze parę lat temu w pierwszej dziesiątce najlepiej zarabiających sportowców było czasem
trzech, a czasem pięciu golfistów. Teraz to się trochę zmieniło, bo
doszli piłkarze, hokeiści, baseballiści, kierowcy F1 i oczywiście
bokserzy. Jednak w kwestii wieku sportowców golf nie ma sobie równych.
Pokażcie mi, proszę, przedstawicieli innych dyscyplin sportu, którzy po
pięćdziesiątce wciąż kasują parę milionów dolarów za sezon. Tymczasem w golfie Bernhard Langer, który kończy w tym roku 63 lata, przytulił w 2020 roku już prawie dziewięćset tysięcy. Nieźle, co?
Macie trochę odłożonej mamony? Myślicie, jak ją zainwestować?
To proste - wyślijcie swoje dzieci do szkółki golfa. Jeżeli solidnie
popracują przez paręnaście lat, to nawet jeśli się okaże, że nie są
wybitnie utalentowane, i tak będą zarabiać koło miliona dolarów rocznie.
Robi wrażenie?
Taka kasa jest jednak zarezerwowana wyłącznie dla zawodowców,
professional golfers. Tylko oni mogą przyjmować nagrody pieniężne. My,
amatorzy, musimy się zadowalać pucharami, drobnymi nagrodami rzeczowymi
i oczywiście - choć może to najważniejsze - satysfakcją.
Kolejna piękna rzecz w tym sporcie jest taka, że amatorzy mogą grać i rywalizować z zawodowcami. Więcej - mogą z nimi wygrywać. Widzicie
siebie na murawie stadionu piłkarskiego u boku Lewandowskiego na meczu
Champions League? Staniecie na wprost Nadala, Federera czy Igi Świątek
na korcie z rakietą w ręku? Pościgacie się na torze F1 z Kubicą? Bo ja -
i jeszcze pewnie 100 milionów innych golfistów - bez problemu wyjdę na
rundę golfa z Woodsem. Jak jednak z nim wygrać? To proste, bo w golfie
jest klasyfikacja brutto i netto. Brutto pokaże rzeczywistą liczbę
uderzeń wykonanych w trakcie gry, netto przeliczy te uderzenia według
handicapu. Wystarczy zatem, że Tiger Woods zagra zgodnie ze swym
handicapem, który wynosi 0, a ja zagram poniżej swojego - i już go mam.
I to nie teoretycznie, a naprawdę, zgodnie z formatem gry stroke play
netto.
No właśnie. Ten handicap, w skrócie HCP, to następna fantastyczna i wyjątkowa rzecz w golfie. Wszyscy zawodowcy mają HCP równy 0, amatorom
wylicza się go na podstawie kolejnych wyników zakończonych rund na polu
golfowym. Oficjalnie najwyższy HCP wśród amatorów wynosi 36. Mój na
dzisiaj to 13,9. Oznacza to ni mniej, ni więcej, że w kategorii netto
mam, mówiąc językiem laika, odejmowane od końcowego wyniku prawie 14
uderzeń. System jest trochę bardziej skomplikowany, bo dodatkowo
uwzględnia trudność pola, ale o tym innym razem.
Wiek, płeć, waga, postura, kondycja fizyczna - jakże ważne w innych
sportach - w golfie są rzeczą kompletnie wtórną (mam na myśli wyłącznie
golf amatorski!). Kobiety grają z mężczyznami, dzieci z seniorami.
Nikogo nie zdziwi, gdy drobna jedenastolatka wygrywa z wysportowanym
mężczyzną czy gdy sześćdziesięcioletnia pani pokonuje ambitnego
dziewiętnastolatka.
Nie ma drugiego takiego sportu na świecie.
Pola golfowe, choć oczywiście nie wszystkie, bywają położone w nieprawdopodobnie pięknych okolicach: nad morzem, nad jeziorem, w górach, wśród malowniczych łąk czy majestatycznych lasów. Wspaniałe,
zapierające dech w piersi widoki, kontakt z naturą w najczystszej
formie, przyroda, dzikie zwierzęta cieszą oczy i duszę. A nawet jeżeli
tych oszałamiających widoków brakuje, już sama aranżacja pola golfowego:
kwiaty, krzewy, kępy drzew, jeziorka, stawy, mostki - słowem
architektura zieleni i przestrzeni - może czynić je wyjątkowym. Pomijam
przy tym design pola, czyli kształt i położenie poszczególnych dołków,
który może być wytworem fantazji architekta lub naturalnie komponować
się z otoczeniem. W jednym miejscu dołek skręca w lewo, w innym trzeba
zagrać przez wodę, a na kolejnym pokonać strome wzgórze.
Można uprawiać lekkoatletykę, można grać w tenisa lub piłkę nożną.
Jednak wszystkie boiska, korty czy stadiony, choć mogą różnić się na
zewnątrz, w środku są takie same. A każde pole golfowe jest inne...
Na koniec lekcja o zasadach, uczciwości, pokorze i nauce przegrywania.
Golf ma to do siebie, że uczy tych wszystkich ładnych spraw. I że choć
rywalizuję ze wszystkimi biorącymi udział w turnieju amatorskim, przede
wszystkim z ludźmi, którzy grają razem ze mną w jednej grupie, która
nazywa się flight (liczy do czerech osób), to tak naprawdę gram sam ze
sobą. Mój wynik końcowy jest porównywany z wynikami innych graczy, ale
aby okazać się lepszym od nich, muszę pokonać samego siebie, swoje
słabości, nieudane zagrania, swoją psychikę - wpisane w grę takich
amatorów jak ja. Niby rywalizuję z tymi, którzy grają ze mną w jednej
grupie, ale to pozór, nieprawda. Będę od nich lepszy, jeśli popełnię
mniej błędów. W tenisie zagranie w siatkę czy w aut to jeden przegrany
punkt, czasem skutkujący przegranym gemem lub nawet setem. Tymczasem w golfie jedno złe zagranie - do wody, w las, poza teren pola - może
skutkować, jeśli nie liczyć punktów karnych, serią kolejnych straconych
uderzeń. Musisz być uważny, nie możesz się rozproszyć nawet na moment,
podczas gdy przejście pola i zagranie osiemnastu dołków to czasem (w turnieju) ponad pięć godzin skupienia i walki.
W piłce nożnej jest system VAR, w tenisie Hawk Eye, o zwycięstwie na
mecie wyścigu kolarskiego czy sprintu może decydować fotokomórka. W golfie jest inaczej - musisz sam zadeklarować popełniony przez siebie
błąd. Nie ma sędziego, nie ma kamer i tłumów śledzących twoje uderzenia
(tak jest tylko na turniejach professionals). Wszystko zależy od
twojej uczciwości. Czy zdarzają się oszustwa? Jasne, człowiek jest tylko
człowiekiem, ale golfiści jako środowisko ich nie akceptują. Oszukujesz
kolegów i partnerów, mówisz, że zagrałeś pięć uderzeń na dołku,
tymczasem było ich sześć? Poprawiasz położenie piłki, żeby uderzyć
dokładniej, nie przyznajesz się, że dotknąłeś kijem piasku w bunkrze
(czego robić nie wolno), i do jeszcze stu innych zabronionych zachowań?
Myślisz, że nikt tego nie widzi? Nic z tego, kłamstwo ma krótkie nogi,
szczególnie w tym środowisku. Prędzej czy później przylgnie do ciebie
łatka oszusta i nikt nie będzie chciał z tobą grać.
Mówi się, że jesteś takim golfistą, jakim jesteś człowiekiem - prawym i uczciwym albo oszustem.
A teraz o pokorze. Sukces i porażka są wpisane w nasze życie, czy się
nam to podoba, czy nie. W golfa częściej przegrywasz, niż wygrywasz.
Może nie brzmi to zachęcająco, ale taka jest prawda. Trzeba umieć się z tym pogodzić, nauczyć się z tym żyć i liczyć, że następnym razem będzie
lepiej, że się uda i zagrasz porządniej niż poprzednio. Gwarancji nie
ma, ale trzeba próbować. Właśnie dlatego, niepomni wielu porażek,
nieudanych zagrań, straconych szans, wracamy po raz kolejny na pole,
wierząc, że tym razem efekt nas zadowoli.
Golf to wspaniały sport - i rekreacja - któremu towarzyszą adrenalina,
challenge, wysiłek. Wymaga koncentracji, umiejętności pogodzenia się z prawdą, poszanowania zasad i przestrzegania reguł.
Takim jesteś golfistą, jakim jesteś człowiekiem. Albo odwrotnie.
Coś w tym jest.
Grajcie w golfa. Będziecie mieć fun, poznacie wielu wspaniałych ludzi,
poznacie smak sukcesu. I posiądziecie umiejętność akceptacji własnych
niedoskonałości.
"Elle Man", sierpień 2020
Moje trofea - piłeczki z pól, na których zagrałem. Trzy szafki pełne, czwarta się zapełnia, październik 2021
Golf. Dlaczego ta gra jest tak bardzo popularna na całym świecie?
Golfistom nie muszę tłumaczyć. Oni wiedzą dlaczego. Ale co z wami? Wy
nie wiecie. Ba, nawet nie zaczęliście jeszcze grać w golfa!
Spróbuję skupić się na najistotniejszych czynnikach, które sprawiają, że
jest jak w tytule.
Sport i rekreacja. Niewiele jest dyscyplin łączących obie te aktywności.
Golf niewątpliwie do ich należy. Można grać wyłącznie dla przyjemności -
samemu, z rodziną lub z przyjaciółmi. Co więcej, można nawet nie liczyć
liczby wykonanych uderzeń, znajdując czystą przyjemność w tej odrobinie
wysiłku wśród otaczającej przyrody, miłym towarzystwie czy wyłączeniu
się choć na chwilę z pędu dnia codziennego. Jeżeli jednak, grając rundę
z kolegą, zaczynamy liczyć uderzenia, rekreacja zaczyna przeplatać się
ze sportem, bo zwracamy uwagę na osiągnięty wynik, zarówno nasz, jak i partnera - kto jest lepszy, kto lepiej zagrał. Jeżeli decydujemy się na
udział w zawodach, czyli turnieju golfowym (nawet jako absolutni
amatorzy), pojawiają się stres, adrenalina, presja na wynik. A to już
jest sport w najczystszym wydaniu. Oponenci (nigdy nie brakuje) zaraz
zakrzykną: przecież tak samo jest w tenisie, jeździe konnej, kolarstwie,
nartach czy nawet bieganiu! Tak. W niektórych aspektach tak, ale tylko w niektórych. I to z wielu różnych powodów.
Przed startem turnieju, Rajszew, lipiec 2017
Poziom umiejętności. Nie ma na świecie drugiego takiego sportu, w którym
dwóch zawodników na skrajnie różnym poziomie umiejętności i zaawansowania może ze sobą rywalizować lub w którym amator może
konkurować z zawodowcem, a co więcej - z nim wygrać. Dzieje się tak
dzięki systemowi przyznającemu każdemu zarejestrowanemu golfiście
określony, ale zmieniający się w czasie handicap (HCP), będący (mówiąc w skrócie) odniesieniem do jego umiejętności i poziomu gry. System ten,
stosowany i uznawany na całym świecie, pozwala nie tylko grać w jednym
flighcie (drużynie) ludziom o różnych stopniach zaawansowania, ale daje
realne szanse amatorowi na pokonanie profesjonalisty. Wyobrażacie sobie
coś takiego w tenisie czy slalomie gigancie?
Wiek. W golfie ma niewielkie lub wtórne znaczenie. Grałem z kolegą i jego dziećmi - jedno w wieku sześciu lat, drugie siedmiu, grałem z siedemdziesięcioośmioletnim Holendrem (przegrałem), grałem z dziewięćdziesięciojednoletnią Amerykanką (na szczęście wygrałem).
Niewiele jest takich dyscyplin sportu, w których ramię w ramię grają
dziecko i mocno starsza osoba, a wynik nie jest przesądzony. I nie mówię
tu tylko o sporcie amatorskim. Na początku kwietnia 2018 roku Bernhard
Langer, który za parę miesięcy skończy 61 lat, rywalizował jak równy z równym z wieloma młodymi zawodowcami w najważniejszym chyba turnieju na
świecie - Masters w Augusta National. Nie tak dawno, na początku marca
tego roku, w dużym turnieju PGA (Professional Golfers' Association of
America) - Mexico Championship - na podium stanął Phil Mickelson. W wieku 48 lat zgarnął nagrodę główną w wysokości 1,7 miliona dolarów,
podczas gdy paru dwudziestolatków musiało obejść się smakiem. Równie
dobrze mógł jednak Phil trafić na Guan Tianlanga, Chińczyka, który w 2013 roku jako czternastolatek zagrał we wspomnianym Masters (jeden z wielkoszlemowych turniejów w golfa), przeszedł cuta (cut, czyli
odcięcie, to ograniczenie po dwóch dniach rozgrywek liczby zawodników na
ostatnie dwie rundy finałowe) i zajął ostatecznie bodajże 58. miejsce na
76 zawodników. To i tak nic, bo rekord (choć w odwrotną stronę) należy
do Jerry'ego Barbera, który wziął udział w turnieju PGA Buick
Invitational w 1994 roku, na dwa lata przed osiemdziesiątką. Pokażcie mi
drugiego sportowego staruszka, który toczyłby tak wyrównany pojedynek z dużo młodszymi rywalami - drugiego dnia zawodów zagrał jedno uderzenie
poniżej par pola, a zaledwie jednego zabrakło mu do przejścia cuta.
Podobnie zresztą jak Michelle Wie, najlepszej chyba golfistce świata,
która zaczęła startować w zawodowych turniejach w wieku 14 lat, w 2004
roku, w Sony Open na Hawajach. Mimo że drugiego dnia turnieju zagrała
fenomenalnie - cztery uderzenia poniżej par pola - również cuta nie
przeszła.
Coroczny Biało-Czerwony turniej w Narodowe Święto Niepodległości, Finca Cortesin, Hiszpania. 2019
Budowa ciała, waga. Kolejny fenomen w golfie, który na poziomie
zawodowym jest sportem niezwykle wymagającym fizycznie, ale tężyzna nie
jest najważniejsza. Czy grają zawodowcy o nagrodę wartości miliona
dolarów, czy amatorzy o puchar za 25 złotych, waga, postura i wzrost są
drugorzędne. Jedenastoletnia drobna dziewczynka potrafi lepiej uderzyć
niż dorosły wysportowany mężczyzna, a niski facet z dużą nadwagą ograć
młodszego, szczuplejszego i wyższego (wyższego, czyli z większym
zasięgiem ramion, z dłuższą dźwignią, czyli teoretycznie z mocniejszym -
dalszym - uderzeniem) kolegę. Kevin Stadler, zawodnik PGA, ważył swego
czasu prawie 113 kilogramów przy wzroście niespełna metr osiemdziesiąt,
a Mark Calcavecchia ponad 110. To prawidłowy swing, koordynacja i szybkość ruchu w większym stopniu decydują o precyzji i długości
uderzenia niż walory fizyczne. O możliwościach mentalnych, umiejętności
koncentracji i woli walki nie ma co mówić w tym miejscu, bo nie zależą
one od budowy ciała.
Otoczenie. Jest kilka sportów, które dają poczucie kontaktu z przyrodą,
z naturą, wyzwalających w nas masę endorfin. Wind czy kite surfing,
galop na koniu po stepie, zjazd na nartach ze szczytów Alp w słoneczny
dzień, z panoramą i majestatem gór przed oczami, spływ kajakiem górską
rzeką i tak dalej. Nieczęsto jednak możemy tego poczucia doświadczać,
jeśli nie mieszkamy w Tignes, Val Thorens, na Pampie czy nad brzegiem
morza. Z golfem jest pod tym względem dużo łatwiej, bo jeżeli nie żyjemy
w Afganistanie czy za kołem podbiegunowym, to z dużą dozą
prawdopodobieństwa do najbliższego pola golfowego dzieli nas zaledwie
kilka czy kilkanaście kilometrów. Nie obiecuję wam, że najbliższe pole
roztoczy przed wami widoki srebrzyście połyskującego jeziora lub
ośnieżonych górskich szczytów w oddali, ale poranny śpiew ptaków, rosa
na soczystej, zielonej trawie czy rechot żab przed zachodem słońca będą
na wyciągnięcie ręki. Zieleń trawy i lasu, błękit wody i nieba, widok
bociana, żurawi, biegnącego zająca czy sarny - to dotknięcie przyrody.
To jest wspaniałe, daje oddech, poczucie wolności i jedności z naturą.
Design. Są pola ładne i brzydkie, ciekawe i nudne, trudne i łatwe.
Wszystko zależy od trzech rzeczy:
naturalnego otoczenia: łąka, las, jeziora, góry, morze;
projektanta: ukształtowanie poszczególnych dołków, rozmieszczenie
bunkrów, umiejscowienie greenów, wkomponowanie stawów, jezior;
dbałości i nakładów na utrzymanie pola.
Zwłaszcza ten trzeci czynnik wpływa na estetykę miejsca: grupy drzew, na
klombach krzewy i kwiaty, porządne dróżki między dołkami, mostki nad
wodą, obramowanie stawów i bunkrów, ład, czystość i porządek. Można
oczywiście powiedzieć, że natura sama w sobie jest już wystarczającym
pięknem, uwierzcie mi jednak, że to trochę tak jak z ogródkiem
przydomowym - jeden posieje trawę i nie bacząc na chwasty, kopce kretów
i niewielkie błotko po małym deszczu, będzie zadowolony, a drugi
wybuduje ścieżki, dróżki, posadzi kwiaty, zrobi oczko wodne, tu postawi
ławeczkę, tam zasadzi krzewy i stworzy małe cudeńko. Z polem golfowym
jest tak samo, jeśli pominąć oczywiście to, co znajduje się poza terenem
gry, czyli na przykład morze lub góry. Dlatego, jeśli wziąć pod uwagę
ukształtowanie terenu, architekturę pola, otoczenie dołków i ogólną
dbałość o detal, jedne pola są piękne, a inne byle jakie. Budowa jednego
pola może kosztować 6 milionów złotych, drugiego 230 milionów dolarów, a koszty ich utrzymania wahać się między 500 tysięcy złotych a 5 milionami
dolarów rocznie. Runda golfa może kosztować albo 40 złotych, albo 500
dolarów. No cóż, takie jest życie. Nie oczekujmy, że kupimy nowego
mercedesa za cenę dacii. Ale nie to jest istotne - ważne jest to, że
ciągle jesteśmy młodzi, ciągle chcemy wiedzieć, co jest za rogiem, i ciągle mamy nadzieję, że zagramy na najpiękniejszym polu na świecie.
Wielu z nas żyje w miastach, a dzięki golfowi zyskuje możliwość ucieczki
na łono natury.
Z synami - Maciejem i Mateuszem, Phuket, Tajlandia, maj 2012
Pieniądze. No tak, takie mamy czasy. Szczytne ideały barona de
Cou-bertina trochę się zdezaktualizowały - światem rządzi pieniądz. Im
lepszy sportowiec, im większe sukcesy, im więcej widzów, tym więcej kasy
na nagrody, organizację zawodów, marketing, media. Sukces buduje sławę,
sława daje pieniądze, pieniądze przyciągają widzów i naśladowców. I tak
w kółko.
Wiemy (przynajmniej od pewnego wieku), że nie będziemy jeździć
samochodem jak Sébastien Loeb czy Paweł Przybylski, śmigać na nartach
jak Bode Miller czy na snowboardzie jak Mateusz Ligocki, grać w kosza
jak LeBron James czy Marcin Gortat, kopać piłki jak Leo Messi czy Robert
Lewandowski. Wiemy, ale próbujemy. Współczesny sport to wielkie medialne
widowisko, show, a my pragniemy być jego częścią. Jedziemy na
Hungaroring, licząc, że Kubica wygra, stoimy na mrozie pod Wielką
Krokwią, ściskając kciuki za Kamila Stocha. Patrzymy, jak inni strzelają
bramki, jeżdżą na rowerze, zbijają piłki nad blokiem przeciwników, a potem sami tak chcemy. Wielkie nazwiska, międzynarodowe sukcesy są jak
paliwo dla popularyzacji sportu i jego konkretnej dyscypliny. To dzięki
takim nazwiskom jak Jack Nicklaus, Tiger Woods czy Rory McIlroy miliony
ludzi zaczęły grać w golfa. Chcą być jak oni, nawet jeśli oznacza to
wygranie zaledwie lokalnego turnieju w Pcimiu. Dla nas, amatorów,
pieniądze są wtórne - zresztą nie wolno ich przyjmować, bo traci się
wtedy status amatora - ale to właśnie one sprawiają, że pragniemy być
jak Tiger, który być może jest pierwszym człowiekiem na kuli ziemskiej,
który na sporcie zarobił ponad miliard dolarów. To nas przyciąga,
zachęca ich do uprawiania danej dyscypliny, w tym wypadku golfa.
Chciałbym jednak być dobrze zrozumianym - to, że za golfem idą wielkie
pieniądze, nie oznacza, że jest on drogim sportem. W wymiarze amatorskim
kosztuje tyle samo co każda inna pasja. Pieniądze są tylko magnesem
przyciągającym do gry.
Język. Bez względu na to, jakiej jesteś narodowości, gdzie mieszkasz i jakim językiem posługujesz się na co dzień, na polu golfowym dogadasz
się ze wszystkimi na całym świecie. Wszyscy wiedzą, co to par,
birdie, slice, rough, green, fairway, tee off, driver, iron, wood,
putter, buggy, shank, bunker, hazard, dogleg, club house, pro shop i tak
dalej. Nawet gdy Włoch powie buca, Czech jamka, a Polak "dziurka",
to i tak wszyscy wiedzą, że chodzi o hole. Ten specyficzny slang,
określający rodzaje kijów, miejsce na polu golfowym czy rodzaj uderzeń,
jest zrozumiały dla golfistów na całej kuli ziemskiej. To łączy ludzi,
to ich zbliża. Czują się częścią grupy, kasty, do której innym wstęp
jest wzbroniony albo przynajmniej utrudniony. Taka elitarna
przynależność zawsze poprawia nam samopoczucie, czyż nie?
Zasady, reguły, etykieta. Zostały opracowane przez Brytyjczyków, a w zasadzie przez Szkotów w XVII i XVIII wieku, lecz choć od tamtej pory
nieustannie je modyfikowano, nie uległy zasadniczym zmianom. Niewiele
jest sportów z tak długą tradycją. Oczywiście już starożytni Grecy
urządzali olimpiady, rzucali oszczepem, biegali, uprawiali zapasy. To
piękne, że te sporty przetrwały i wciąż możemy obserwować zmagania
atletów. Nigdy jednak nie stały się sportami masowymi, no, może poza
uprawianiem biegów. Natomiast golf jest specyficzny, bo łączy tradycję
ze współczesnym trybem życia. Uczy zasad fair play, kultury,
uczciwości, nie dzieli ludzi na biednych i bogatych, na miastowych i wsioków - grać mogą wszyscy. Uczy także pokory oraz poszanowania zasad i partnerów. Z jednej strony walczysz sam ze sobą - nie ma znaczenia, jak
czysto technicznie uderzasz, jaki masz swing, jaką postawę, jak drogie
kije kupiłeś i ile wydałeś na modny strój - w efekcie liczy się tylko
to, w ilu uderzeniach umieściłeś piłkę w dołku. Z drugiej strony grasz
obok innych graczy i siłą rzeczy ich postawa, zachowanie, gra i wyniki
na poszczególnych dołkach wpływają na twoją psychikę, a co za tym idzie
na grę. Nie ścigasz się zatem z nikim, nie siłujesz, nie walczysz, a jednocześnie to robisz. Nie fizycznie, ale mentalnie.
Życie towarzyskie i klubowe. Dom klubowy, nawet jeśli jest to mały
drewniany domek, a nie designerska budowla za miliony dolarów, to nie
tylko miejsce do zmiany ubrania, wypicia kawy czy zjedzenia posiłku. To
miejsce, gdzie spędzasz czas z przyjaciółmi, z innymi pasjonatami golfa.
To miejsce niekończących się dyskusji o grze, zagraniach, przypadkach,
przygodach, zdarzeniach i opowieściach. Golfiści tworzą swego rodzaju
kółka towarzyskie. Nie znam takich miejsc i takich sportów, gdzie po
grze gromadzą się uprawiający daną dyscyplinę i potrafią godzinami
rozmawiać o swojej pasji. Kluby to również często miejsca będące
swoistym wyznacznikiem statusu społecznego, materialnego, a czasem nawet
(jak w Stanach Zjednoczonych) wyznania. Dobry country club, którego
częścią jest club house, to miejsce przeznaczone dla lokalnej elity,
grupy właścicieli domów na danym osiedlu, kompletnie zamknięte dla ludzi
z zewnątrz. Golf & Country Club szczyci się swoją historią,
tradycjami, członkami i zawodnikami. Dostanie się tam bez polecenia bywa
wręcz niemożliwe. Jakkolwiek patrzeć, oznacza to pewnego rodzaju
elitarność. Owszem, ale to właśnie elity wyznaczają trendy, sposób
bycia, zachowania i kanony kultury. I super, bo za nimi idą masy. Tak
było i jest w przypadku golfa, i chyba dobrze, bo nikomu nie
przeszkadza, że na członkostwo w Augusta National czeka się 20 lat (a z drugiej strony - dwa kilometry dalej jest pole publiczne, gdzie runda
kosztuje 20 dolarów, czasem mniej). Ważne, by znaleźć się w grupie jego
członków jak w kółku różańcowym czy na niedostępnym spotkaniu loży
masońskiej albo zamkniętym pokazie nowego filmu. Takie wyróżnienie
nobilituje.
Życie społeczne i rodzinne. Golf to gra, przy której wspólnie spędzają
czas przyjaciele, rodziny i koledzy. Nie stawia barier wiekowych, nie
każe grać regularnie, nie wywiera presji na wynik. Pozwala na relaks na
łonie natury, zdrowe oddychanie czystym powietrzem, nie niesie
specjalnego ryzyka kontuzji, daje radość z otaczającej przyrody i umożliwia podróże po świecie. Każde pole golfowe jest inne, nie ma dwóch
takich samych, a jest ich kilkadziesiąt tysięcy w ponad stu krajach.
Zatem gra w golfa to wspaniały pomysł na zwiedzanie świata, poznawanie
nowych miejsc, kultur, ludzi. To swego rodzaju way of life. To także
jeden z niewielu sportów, które mogą uprawiać całe rodziny, zacieśniając
więzi, rozwiązując problemy, znajdując wreszcie czas na rozmowę i bycie
razem. Jest w nim miejsce i na zabawę, i na rywalizację, i na zbudowanie
lepszych, bliższych relacji z synem, córką, tatą czy wnukiem.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki